Z Andrzejem Stankiewiczem o kneblowaniu tygodnika „Wprost” przez jego właściciela rozmawia Błażej Torański.

Andrzej Stankiewicz, studiował inżynierię komputerową i japonistykę, a ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Laureat wielu nagród w dziedzinie dziennikarstwa śledczego, w tym nagrody SDP (2003). Przez wiele lat pracował w „Rzeczpospolitej”, potem w tygodnikach „Newsweek Polska” i „Wprost”. Ostatnio wrócił do „Rzeczpospolitej”.

Dopadły cię długie ręce Aleksandra Kwaśniewskiego, Andrzeju?

Chciałbym to wiedzieć. Na pewno zadziwiające jest to, co działo się od stycznia wokół mojego tekstu o Aleksandrze Kwaśniewskim dla „Wprost”. Wiem ze świata polityki, że ludzie Kwaśniewskiego szczególnie interesowali się tym materiałem przed publikacją. Czy jednak cokolwiek nakazali wydawcy? Nie mam na to dowodów.

Tak tłumaczysz decyzję Michała M. Lisieckiego o zablokowaniu Twojego materiału? Wydawca „Wprost” ma jakieś interesy z Kwaśniewskim, skoro niechętnie informuje o jego pieniądzach?

Najłatwiej to wytłumaczyć koniunkturalizmem Lisieckiego. Uważam, że robi gazetę wyjątkowo nieuczciwą wobec Czytelników. Podczas naszej ostatniej rozmowy – na szczęście przy świadkach – przyznał się, że po tym, jak kupił od Marka Króla „Wprost”, postanowił wyciszyć spory prawne, które miała gazeta. Wcześniej, jak wiadomo, pismo nie kryło sympatii do PiS, źle pisało o wielu politykach lewicy i powiązanych z nimi biznesmenach. W efekcie „Wprost” miało wiele procesów, w tym głośny, przegrany proces z córką Włodzimierza Cimoszewicza.

Jak zamierzał to „wyprostować”?

Lisiecki oświadczył mi, że zawarł kilkadziesiąt ugód z politykami lewicy i z najpoważniejszymi biznesmenami w Polsce. Są to ugody z tajnymi załącznikami. Ale ich założenie jest proste: w zamian za wycofanie roszczeń albo zaniechanie bojkotu „Wprost”, Lisiecki zobowiązał się, że tygodnik nie będzie się zajmował ich „prywatnymi” sprawami, w tym majątkiem. Oznacza to, że można pisać o działalności publicznej Aleksandra Kwaśniewskiego czy Włodzimierza Cimoszewicza, ale już o ich pieniądzach nie można. Moje rozgoryczenie bierze się z tego, że chciałem pracować w gazecie rzetelnej i uczciwej wobec Czytelników. A okazało się to niemożliwe, bo jest lista ludzi, o których nie można we „Wprost” uczciwie pisać, nie dopuszcza do tego wydawca. Mam dla Lisieckiego propozycję: niech napisze nad winietą gazety, o kim we „Wprost” pisać nie można. Inaczej po prostu okłamuje Czytelników.

To kneble dla wolności słowa, jakby kaftan bezpieczeństwa.

„Wprost” nie jest gazetą, która patrzy politykom na ręce i rzetelnie relacjonuje rzeczywistość. Możesz w niej pisać tylko pod warunkiem, że nie wkraczasz w obszary objęte ugodami wydawcy. Jeśli napiszesz o gościach, z którymi podpisał jakieś deale, to tekst i tak się nie ukaże.

Nie widzisz analogii z usunięciem przez Michała M. Lisieckiego w 2010 roku felietonu Marka Króla „Nie polezie orzeł w GWna”?

Panowie dopinali między sobą wielomilionowe umowy przejmowania „Wprost” i niech się rozliczają po swojemu. To nie moje wojny. Ja jestem dziennikarzem i chciałem napisać rzetelny tekst o pieniądzach zarabianych przez Kwaśniewskiego po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opisała jego pracę dla kazachskiego kacyka Nursułtana Nazarbajewa i dla oligarchy Jana Kulczyka. Przecież Kulczyk robił ogromne interesy, kiedy Kwaśniewski był prezydentem. Zatrudnienie byłego prezydenta wygląda na formę odwdzięczenia się. Czyż to nie jest dziennikarski temat?

Jest. Czy wydrukowali Ci ostatecznie tekst o pieniądzach Kwaśniewskich, aby nie dopuścić do buntu dziennikarzy, którzy zagrozili odejściem? Aby nie eskalować katastrofy wizerunkowej?

Zapewne i jedno i drugie. Ale bądźmy precyzyjni: wydrukowali zmanipulowany tekst, pod którym podpisali mnie bez mojej zgody. Ale po kolei. Jest połowa stycznia, gdy po doniesieniach kilku gazet wybucha zainteresowanie opinii publicznej Kwaśniewskim i jego pieniędzmi. Na planowaniu „Wprost” w poniedziałek 14 stycznia szefostwo redakcji i dział krajowy zgodnie stwierdzają, że należy napisać na ten temat tekst. Nie paliłem się do tego tekstu, ale padło na mnie. Przez kilka kolejnych dni zrobiłem, co do mnie należało. Najpierw zebrałem cały background — materiały o kontrowersjach wokół majątku Kwaśniewskiego po jego odejściu z urzędu prezydenckiego. Ale, co oczywiste, postanowiłem wygrzebać także coś oryginalnego.

Znalazłeś w Nowym Jorku firmę Harry Walkera (HWA), która organizuje mu odczyty.

Wiedziałem, że Kwaśniewski regularnie jeździ do Stanów Zjednoczonych, więc pomyślałem, że musi mieć tam firmę, która go rozprowadza. Gdy ją znalazłem, podałem się za kontrahenta, który chce Kwaśniewskiego wynająć na event. Zacząłem negocjować stawki i w efekcie ustaliłem, że bierze za wystąpienie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. W HWA Kwaśniewski jest VIP-em. Ma tam status „exclusive speaker”, podobnie jak np. były prezydent USA Bill Clinton, jego zastępca Al Gore, lider U2 Bono, Arnold Schwarzenegger czy kolarz Lance Armstrong. Jednym słowem — duże pieniądze. Opis tych negocjacji to był pierwszy mocny element tego tekstu. Ale był i drugi —  sprawdziłem, co słychać w interesach Jolanty Kwaśniewskiej. Okazało się, że zasiadała we władzach stowarzyszenia Women’s International Peace Movement, założonego przez żonę dyktatora Egiptu - Suzanne Mubarak. Do Kairu Kwaśniewska jeździła regularnie, aż do upadku reżimu Mubaraków. Wysłałem jej pytanie, czy za działalność w WIPM brała pieniądze. Zaległa cisza. Kwaśniewski, mimo wielu starań, też nie chciał ze mną rozmawiać.

Jest piątek, 18 stycznia.

Późnym wieczorem zamykamy gazetę. Pierwotnie mój materiał „Prezydent brutto plus VAT” ma być tekstem do środka gazety. Po jego przeczytaniu, podnieceni szefowie „Wprost” uznają, że tekst nadaje się na okładkę. Normalny dziennikarski nos: najpierw Nazarbajew, teraz Mubarakowa. Najpierw kasa od Kulczyka, teraz dolary od Harrego Walkera. Dokładają mi miejsca, rozbudowuję tekst, dokładam ramki i zdjęcia. Wygrzebuję fotografię z 2007 r. z Paryża, gdzie Suzanne Mubarak spotkała się z Jolantą Kwaśniewską i zaproponowała jej współpracę. Przed wyjściem, jak zawsze, drukuję sobie ostateczną wersję tekstu, bite pięć stron.

Ale tekst „Prezydent brutto plus VAT” zostaje zdjęty.

W sobotę przed południem dostaję smsa od redaktora naczelnego Michała Koboski o tym, że w nocy z piątku na sobotę właściciel „Wprost” zażądał zatrzymania tekstu. Kobosko pisze, że nie ma do mojego tekstu żadnych zastrzeżeń. Nota bene — w niedzielę Michał M. Lisiecki wręczał na wystawnej gali nagrodę Kisiela, mocno wycierając sobie nim gębę. Niechaj mu wybaczy Kisiel, który sporą część życia spędził na walce o wolność słowa.

Ale co z Twoim tekstem?

W poniedziałek 21 stycznia jest kolejne planowanie. Michał Kobosko szczegółowo opisuje dziennikarzom, jak doszło do zatrzymania tekstu. Wiele w tej kwestii działo się mailowo i smsowo, więc są na to dowody. W piątek po moim wyjściu, do Koboski napisał prawnik Lisieckiego. Oświadczył, że po pierwsze tekst jest „niezgodny z linią redakcji”, a po wtóre, narusza ugodę, którą Lisiecki zawarł z Kwaśniewskim. Na to Kobosko odpisał — już do wiadomości Lisieckiego — pytając, w jaki sposób tekst narusza linię redakcyjną i dodał, że żadnej ugody z Kwaśniewskim nie zna i jest nią zdziwiony. Wtedy zadzwonił do niego właściciel. Już znał tekst. Oświadczył, że nie ma czasu na wyjaśnienia, a jeśli naczelny nie ściągnie tekstu, to on sam przyjdzie do redakcji i zatrzyma druk. Kobosko zdjął materiał, a we wtorek został odwołany.

Już od poniedziałku kilkunastu dziennikarzy zagroziło odejściem.

Zachowali się fantastycznie. Podpisali się pod listem do właściciela, zażądali publikacji tekstu o Kwaśniewskich. W obawie przed buntem nowy redaktor naczelny Sylwester Latkowski zapowiedział, że tekst ukaże się w następnym numerze.

Dotrzymał słowa, ale tekst poddano kastracji.

Najpierw z pięciu stron zrobiono trzy, wyjmując ramki, zdjęcia, wyimki — takie dość ordynarne ukrycie tematu. Ale to nie koniec. W poniedziałek zobaczyłem w gazecie zmanipulowany materiał. Okazało się, że w tajemnicy przed dziennikarzami „Wprost” do tekstu została dołożona rozmowa z Kwaśniewskim przeprowadzona przez... praktykantkę z działu internetowego. Każdy, kto zna Kwaśniewskiego wie, że przez telefon nie będzie rozmawiał z osobą, której nie zna, zwłaszcza o swoich pieniądzach. Wątpię więc, że wywiad był wynikiem talentu młodej autorki. W dodatku Lisiecki i Latkowski promowali w Internecie ten wywiad, zanim w ogóle ukazał się mój tekst. Chodziło o to, żeby maksymalnie wyeksponować wypowiedzi Kwaśniewskiego, a ukryć tekst. Jednocześnie Lisiecki próbował podważać moją wiarygodność. Na Twitterze napisał, że dołożenie takiej rozmówki z Kwaśniewskim jest zgodne ze standardami Rady Etyki Mediów i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W ostatniej rozmowie z Lisieckim wytłumaczyłem mu, że nikt nie nie opracował takich zasad. To niedouczenie mu wybaczam, ale niech mnie nie próbuje uczyć dziennikarstwa.

Co jeszcze wyrzucono z Twojego tekstu?

Z tekstu usunięto wszystko, co dotyczyło akcji CBA przeciwko Kwaśniewskim w sprawie domu w Kazimierzu Dolnym. Jest na to dowód. W opublikowanym materiale pozostał śródtytuł do bardzo krótkiego paragrafu: „Kwaśniewska na podsłuchu”. Paragraf jest krótki, bo został ocenzurowany. A ten śródtytuł odnosił się właśnie do wyrzuconej z tekstu części: podsłuchiwania prezydentowej przez CBA. Taka dość prymitywna manipulacja, dokonana przez niewidzialną rękę, bo nikt się do niej nie przyznaje.

Jak takie manipulacje mogą wpływać na wartość giełdowej spółki?

Zadziwia, że giełdowa spółka ma poufne umowy, ugody, aneksy z politykami i biznesmenami, które decydują, o czym dziennikarze mogą, a o czym nie mogą pisać. Każdy właściciel akcji Platformy Mediowej Point Group ma prawo wiedzieć, co pan Lisiecki podpisał i z kim. „Wprost” jest głównym produktem tej spółki, więc zadziwia mnie to nie tylko od strony dziennikarskiej, ale i biznesowej. To są standardy prasy oligarchicznej krajów byłego ZSRR w latach 90.

Dlatego odszedłeś z „Wprost”?

To przelało czarę goryczy. Ale decyzję podjąłem już w listopadzie po tym, jak zastępcą redaktora naczelnego – a w finale naczelnym – został Sylwester Latkowski. To człowiek, który ma na koncie wyrok za rozbój. Mieliśmy poważne konflikty, bo próbował ingerować w przygotowywane przeze mnie materiały, co jest dla mnie niedopuszczalne. Ale przede wszystkim nie wyobrażam sobie, aby moim zwierzchnikiem był człowiek, który siedział w więzieniu za jedno z najbrutalniejszych przestępstw kryminalnych. Redaktor naczelny ma prawo do swej wizji czy poglądów, ma prawo do dobierania sobie zespołu, ale nie ma prawa do wyroku kryminalnego.

Ale jego kara dawno uległa zatarciu.

Ale co mnie to obchodzi?! Chodzi o moralność, a nie o kartotekę! Przeszłość jest jak tatuaż. Nie da się jej wywabić. Facet, który siedział w więzieniu i współpracował z przestępcami próbuje pouczać polityków, prokuratora generalnego, komendanta głównego policji, szefów CBŚ czy ABW. Zachowajmy zdrowy rozsądek i przyzwoitość! Zadziwia mnie, że po nominacji dla Latkowskiego wielu dziennikarzy udaje, że nic się nie stało. To niebywałe, że są takie telewizyjne gwiazdki, które ustawiają się w kolejce po parę złotych od Latkowskiego, żeby zrobić dla „Wprost” wywiad lub zapełnić głupkowatą rubrykę. Rozumiem upadek mediów, ale ja tak nisko upadać nie zamierzam. Jako dziennikarz zajmujący się polityką, nie byłbym w stanie rzetelnie wykonywać swoich obowiązków, wymagać od polityków uczciwości, przyzwoitości, godnego zachowania, samemu pracując w gazecie kierowanej przez człowieka, który był kryminalistą i nie rozliczył się ze swoją przeszłością.

Uciekłeś przed Lisieckim, który knebluje wolność słowa. Ale dlaczego do „Rzeczpospolitej”? Przecież Hajdarowicz, jak Pac. Też wart pałaca!

Mimo wszystkich moich zastrzeżeń do tekstu o trotylu, zawsze uważałem, że reakcja Hajdarowicza była niewspółmierna do sytuacji. Dla mnie sprawa jest prosta. Jeśli ktoś w „Rzeczpospolitej” zatrzyma mi tekst z powodów politycznych, to odejdę. Żaden polityk nie jest moja linią redakcyjną.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl