Z Januszem Szostakiem, wydawcą i redaktorem naczelnym magazynu kryminalnego „Reporter”, rozmawia Błażej Torański.

Janusz Szostak, rocznik 1957, dziennikarz, reporter śledczy, wydawca Expressu Wieczornego, Expressu Sochaczewskiego, Expressu Płockiego i Reportera. Był dziennikarzem Przeglądu Tygodniowego, Tygodnika Popularnego, Walki Młodych, Ziemi Sochaczewskiej (redaktor naczelny), Wiadomości Skierniewickich, Miliardera, Expressu Wieczornego (szef działów: reportażu i sensacji, mazowieckiego), reaktywowanego Tygodnika Mazowsze (redaktor naczelny).

Co się stało z Iwoną Wieczorek, która zaginęła w lipcu 2010 roku na plaży w Sopocie? Jej sprawą żyło „pół Polski”.

Tego dokładnie nie wiem. Według słynnego jasnowidza z Człuchowa -Krzysztofa Jackowskiego - Iwona Wieczorek od dawna nie żyje, a zabił ją znajomy. To samo twierdzi Krzysztof Rutkowski. Policja nie wypowiada się w tej kwestii, jest bardziej wstrzemięźliwa.

13 marca debiutuje Pan na rynku miesięcznikiem  kryminalno-sensacyjnym „Reporter”, a na okładce - zamiast wejścia smoka - same zdarte, rozjechane przez media wzdłuż i wszerz tematy i twarze: Krzysztof Rutkowski, Kalibabka, Iwona Wieczorek…

Przesadza Pan z tymi zdartymi tematami. Jest na okładce zapowiedź rozmowy z Tomaszem Kaczmarkiem, słynnym agentem Tomkiem. Mówi o sprawach, o których dotychczas milczał: o zdrajcach z CBA, o kobietach, o zagrożeniach dla swego życia. Na okładce sygnalizujemy też historię kobiety, która napadła na dziewięć  banków, aby zdobyć pieniądze na leczenie dziecka.  Nikt głębiej nie wszedł w te tematy. Co do Kalibabki,  to niech mi pan znajdzie w Internecie choć jedno jego zdjęcie. Jego zdjęcia nie ma nikt! Nikt z nim przez lata nie rozmawiał, a jest to barwna postać. Ostatni raz rozmawiał ze mną i dał się sfotografować w 1994 roku, dla tygodnika „Miliarder”.

Jest pan starym reporterskim wygą, więc doskonale pan wie, że okładka jest opakowaniem, często decyduje, czy czytelnik kupi nowe pismo.

Moim zdaniem te historie i twarze przyciągną czytelników, ale nad okładką będziemy pracować do końca. Właśnie wymieniłem Iwonę Wieczorek na agenta Tomka.

Właśnie mam co do tego wątpliwości. Detektywa Rutkowskiego już mało kto z wydawców traktuje poważnie i chce z nim współpracować.

Zgadzam się. Też miałem takie wątpliwości. Jednak dla milionów Polaków – choć niekoniecznie dla mnie - ten Rutkowski jest kimś. Powiem więcej: jest bohaterem. Mogłem oczywiście na okładkę dać historię bardziej anonimową, choć równie okrutną: Edyty Wieczorek z Warszawy. Na portalu randkowym Sympatia poznała pana, który podawał się za wnuczka Stanisława Barei. Z tej opowieści zamiast komedii wyszedł dramat. W zeszłym roku odnaleziono czaszkę dziewczyny. To jest poruszająca sprawa, ale nie tak głośna, jak Iwony Wieczorek, więc mało kto by ją skojarzył. Nie każdy temat da się sprzedać na okładce.

Jakie pan widzi szanse dla swojego tytułu w czasie, kiedy papier więdnie, a dziennikarstwo śledcze zanika?

Prasa papierowa jeszcze nie zwiędła, ale prawdą jest, że umiera w Polsce dziennikarstwo.

Co pan ma na myśli? W sieci dziennikarstwo i wolne słowo święcą tryumfy.

Wychowałem się w czasach, kiedy dziennikarstwo było w zupełnie innej kondycji. Na początku lat 80-tych, aby napisać artykuł, jechałem do bohaterów pociągiem, przesiadałem się na pekaes, szedłem pieszo, zabrała mnie furmanka. Jechałem w rejony Kolbuszowej albo Lubania Śląskiego niezależnie od tego czy świeciło słońce, padał śnieg czy deszcz. Zawsze rozmawiałem z ludźmi. Relację wielokrotnie przekazywałem telefonicznie, łącząc się przez centralę, bo przecież nie było wtedy telefonów komórkowych. Co opowiadałem, to trafiało na łamy gazety. Teraz z Warszawy niemal nikt się nie rusza poza redakcję. To jest dla mnie pisanie z sufitu, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Prawdziwe dziennikarstwo jest jeszcze na tak zwanej prowincji, w gazetach lokalnych, które mają się świetnie i rozwijają się .

Chce pan powiedzieć, że znani dziennikarze „Dużego Formatu” czy „Polityki” piszą reportaże zza biurka?

To są wyjątki od reguły. Generalnie jednak praca dziennikarzy jest odległa od czytelników, dominuje publicystyka, formy reporterskie są w zaniku, dlatego dzienniki ogólnopolskie umierają. W Warszawie łatwo jest być odważnym, bo jest się daleko. Ale w prasie lokalnej jest zdecydowanie lepszy kontakt z czytelnikiem, często na ulicy, w sklepie. Dziennikarz i czytelnik są na wyciągnięcie ręki. Do tego stopnia, że ten pierwszy może dostać w twarz. W „Reporterze” także chcemy być blisko wydarzeń i ludzi. Będziemy rzeczywistość opisywać reportersko.

Ale wraca pytanie o szanse rynkowe magazynu reportersko-kryminalno-śledczego. Telewizja Polska już kilka lat temu zdjęła z anteny swój sztandarowy program kryminalny „997”, a papierowy magazyn „Detektyw” ledwie przędzie.

Na razie będziemy wydawać miesięcznik reportersko-kryminalny. Dziennikarstwo śledcze na naszych łamach pojawi się wkrótce. Na rynku jest zaledwie kilka takich pism i wszystkie – za wyjątkiem „Focusa Śledczego” - są słabe.

„Detektyw” również?

Nie jest dobrym pismem takie, w którym czytamy, że w mieście K. pan G. zabił panią J., a pod tekstem widnieje formuła: „wszystkie inicjały i nazwy miejscowości zostały zmienione” (śmiech). Niektóre z tych historii znam, przebiegały inaczej. To są bardziej opowiadania, mieszanie fikcji z dziennikarstwem. Przy tym fatalnie ilustrowane i koszmarnie wydawane.

Ale jest to najstarsze pismo kryminalne w Polsce. Wychodzi od 26 lat. Czy dokonał pan analizy rynku, czy idzie na żywioł? Jak Antoni Piechniczek, który mówił kiedyś o polskich piłkarzach, że wrzucają piłkę na pole karne bez przemyślenia, „na aferę”.

Szanse upatruję bardzo duże, bo tytuł jest atrakcyjny dla czytelnika. Wystarczy popatrzeć, jak wiele jest w telewizjach programów i seriali kryminalnych. Prawdziwy zalew! „997” spadł z ramówki TVP nie dlatego - moim zdaniem - że nie był oglądany, ale z innych powodów. Prawdopodobnie przestał być atrakcyjny dla reklamodawców. Był to jednak wartościowy program, bo pomagał łapać przestępców, a to jest ważniejsze niż zarabianie milionów na reklamach.

Badaliśmy rynek. Okazuje się, że jest zapotrzebowanie na tematyką kryminalno-sensacyjną, a - co ciekawe - najbardziej zainteresowane są nią kobiety. Chcemy być wiarygodni, dlatego przywiązuję dużą wagę do udokumentowania każdego materiału.

Przewiduje pan teksty tabloidalne, na przykład o matce Madzi z Sosnowca?

Nie, nie będziemy tabloidem.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl