Co charakteryzuje najlepsze dziennikarstwo podróżnicze? Własny punkt widzenia? Osobiste przeżycia i emocje?

Bardzo ważne są własne doświadczenia. Autor musi mieć swoje zdanie na temat tego, czego doświadczył. W „Travelerze” liczy się własny punkt widzenia, emocje, przeżycia i jak najwięcej informacji praktycznych. Oczywiście fakty historyczne i geograficzne rzecz jasna w tekstach podróżniczych też muszą być, ale można je znaleźć...

w Wikipedii…

… albo też w przewodnikach, wielu książkach. Natomiast emocje, własne przeżycia autora sprawiają, że tekst podróżniczy jest wiarygodny. Nie ma w nim jedynie informacji o miejscu, ale dowody tego, że autor tam był, coś przeżył i chce o tym opowiedzieć czytelnikom.

Czy popularność „Travelera” nie bierze się stąd, że Polacy lubią czytać o wyprawach, odkrywcach dzikich lądów, jak w książkach Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego, która nas w dzieciństwie ukształtowała?

Na pewno popularność „Travelera” wynika stąd, że lubimy czytać o przygodach, o konkretnych przeżyciach, a tak naprawdę o tym, czego sami nie zawsze doświadczymy, bo czasami boimy się zaryzykować i wyruszyć w daleką podróż. Lektura "Travelera" ma to zmieniać, inspirować do zrobienia tego pierwszego kroku. Pokazuje trendy i kierunki, które warto zaliczyć. Oczywiście nie wszędzie jest bezpiecznie, jak np. w Bangladeszu, o którym ostatnio pisaliśmy. Pokazujemy sposoby, jak można podróżować i jak to robić tanio i bezpiecznie.

Z bezpieczeństwem i strachem jest tak, jak powiedział kiedyś Jacek Pałkiewicz, że na Piotrkowskiej w Łodzi można stawiać wielkie kroki z zasłoniętymi oczami. W kraju, którego nie znamy, idziemy o wiele wolniej. Boimy się rzeczywistości, której nie znamy.

Zgadzam się z Jackiem Pałkiewiczem. Trudno lecieć na złamanie karku do kraju, o którym nic nie wiemy. Dlatego w „Travelerze” przy każdym tekście pojawiają się informacje, na co, i na kogo uważać. Wiele miejsca poświęcamy też etyce podróżowania.

Aby Polak za granicą zachowywał się przyzwoicie?

Być przyzwoitym, ale w konkretnym ujęciu. Na przykład: jakich gestów nie używać, bo mogą być dwuznacznie odebrane. Co myślimy o seksturystyce? Jaki jest nasz punkt widzenia o biedaturyzmie, zwiedzaniu slumsów. Czy jest to etyczne, czy nie. Piszemy, jak rodzice powinni przygotować dziecko do podróży na odmienność kulturową lub kolor skóry. Aby wskazując afroamerykanina nie krzyczało „O, murzyn!” albo „O, czarny!”. Mamy więc nie tylko reportaże z podróży, część poradnikową, ale też wiele materiałów edukacyjnych.

Masz, jako dziennikarz podróżniczy, patologiczną ciekawość świata i potrzebę silnych wrażeń?

Mogę mówić o nałogu podróżowania. Ale czy jest to patologia? Z pewnością jestem uzależniony od podróży, ciekawość świata mam od dziecka. Zwiedzałem go z rodzicami, jak teraz robią to ze swoimi dziećmi nasi autorzy Anna i Krzysztof Kobusowie, którzy wydają książki o ich rodzinnych podróżach. Ja nie potrafię zbyt długo wysiedzieć w redakcji. Teraz lecę do Turynu, aby zebrać materiał o tym pięknym mieście i winnicach Piemontu, a za chwilę będę pewnie pisał o Malcie...

Szukasz adrenaliny, silnych emocji?

Absolutnie. Bez emocji nie ma dla mnie podróżowania. Nuda jest czymś najgorszym, co może mi się przytrafić. Jeśli mam mnóstwo doznań i kontaktów z ludźmi – czy to jest strach, radość, płacz z bólu czy ze szczęścia lub przerażenia – to o wiele łatwiej przełożyć to wszystko na papier.

No właśnie: największą przyjemność sprawia ci poznawanie ludzi czy odkrywanie lądów?

Uwielbiam poznawać ludzi i z tym wiążą się u mnie największe emocje. Zawsze, podróżując, wychodzę do ludzi: na ich posesje, rozmawiam, próbuję wejść do domu. Czasami jest to sympatyczne, a czasami mnie ktoś pogoni, co też jest normalne. Nie w każdym kraju lubią takich ciekawskich. Kontakt z ludźmi jest dla mnie podstawą. Oni pomagają mi w podróży, otwierają oczy na głębsze wartości, aniżeli tylko na oglądanie skądinąd pięknych zabytków.

Ostatnio znowu byłem w Chinach, tym razem w Xi’ an, by przyjrzeć się miastu glinianych generałów. Odwiedziłem tam m.in. muzeum prowincji Shaanxi. I powiem, że muzeum było punktem obowiązkowym, ale nic nie zastąpi mi kontaktów z żywym człowiekiem, jego emocjami, przeżyciami, ubiorem, jedzeniem, po prostu z życiem.

Co cię motywuje przy wyborze kierunku podróży? Ciekawość miejsca? Egzotyka? Krajobraz? Lodowce, wulkany?

Tak naprawdę ostatnio liczy się dla mnie cena biletu lotniczego. Od tego zaczynam. Inspirują mnie też autorzy „Travelera”. We wrześniowym numerze moja koleżanka Monika Maciejewska napisała o Urugwaju i szukam w tym kierunku biletu lotniczego w promocji. Ale znając siebie, pewnie znowu trafię do Azji. Tak się zwykle kończą moje poszukiwania. W listopadzie zapewne po raz piąty pojadę do Chin, aby odkrywać kolejne prowincje, mniejszości narodowe. To mnie niesamowicie kręci.

A czego cię nauczyły podróże? Pokory? Tolerancji? Empatii? Szacunku dla innych kultur?

Empatii mam w sobie wiele. Podróże dają mi przede wszystkim poszanowanie innych kultur, przekonanie o konieczności absolutnej tolerancji. Do tego stopnia, że nie zastanawiam, że ktoś beka w Azji albo pluje na ulicy. Przyjmuję to, bo nie jestem u siebie. Pokory i tolerancji też się uczę. Wchodzę w czyjąś kulturę i życie. Staram się tym ludziom nie narzucać, ale podglądać ich, obserwować, zbliżyć się do nich tylko na tyle, na ile pozwolą. Nic na siłę.

Jak ci się podobają zwariowane pomysły dziennikarskie, jak Henryka Martenki z „Angory”, który obleciał świat w 80 godzin szlakiem Fileasa Fogga, bohatera słynnej powieści Julesa Verne’a?

Z wielkim entuzjazmem podchodzę do takich akcji. Albo do wysłania w świat krasnala, jak zrobiła to Amelia ze znakomitego filmu Jean-Pierre Jeuneta. Albo wysłanie aparatu fotograficznego, aby zapisać twarze ludzi z całego świata. Jeśli nie jest to nieetyczne, nie próbuje ktoś ośmieszać mieszkańców kraju, do którego leci, to znakomicie. Jest to bardzo kreatywne i fajnie o tym pisać.

Jaki jest twój warsztat dziennikarza podróżniczego? Notujesz czy zapamiętujesz obrazy, kolory, smaki, zapachy?

Różnie. Przede wszystkim robię mnóstwo zdjęć i natychmiast, tego samego dnia, nawet, jeśli padam na twarz ze zmęczenia, je opisuję. Codziennie tworzę archiwum zdjęciowe. Zdjęcia są dla mnie podstawą, bo jeśli moje oko nie zapamiętało jakiegoś szczegółu, to zapisał je aparat. Wychwytuję na fotkach fragmenty rzeczywistości, której nie zauważyłem. Notuję też, ale są to hasła, np. nazwy ulic i jakieś zdarzenia. Ale nie są to dokładne opisy tylko zapis emocji, których doświadczyłem. Smaki opisuję wszędzie. Ostatnio, jak zapomnę dyktafonu, rejestruję głos w telefonie. Bardzo mi to pomaga.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl