Home / Publicystyka  / Gdzie brzmią fałszywe nuty? – ŁUKASZ WARZECHA analizuje „Tylko nie mów nikomu” jako dzieło dziennikarskie

Gdzie brzmią fałszywe nuty? – ŁUKASZ WARZECHA analizuje „Tylko nie mów nikomu” jako dzieło dziennikarskie

Film Tomasza Sekielskiego jest nie tylko dokumentem ważnym dla polskiego Kościoła i polityki (bo, chcąc nie chcąc, na nią wpływa). Jest też owocem pracy dziennikarskiej. Emocje wywołał jednak takie, że nikt nie przyjrzał mu się dotąd od tej właśnie strony.

 

Moje zawodowe zboczenie polega na tym, że od tego typu analizy nie jestem w stanie się nigdy uwolnić, nawet jeżeli temat materiału jest bardzo emocjonujący. A przecież dziennikarz, podobnie jak reżyser, stosuje określone środki, żeby osiągnąć cel. Czasem tym celem jest wzbudzenie ciekawości, czasem – podkreślenie najważniejszego przekazu tekstu, czasem – pobudzenie wątpliwości albo krytycznego myślenia w jakiejś sprawie. Filmowiec, oglądając nawet najbardziej wciągające dzieło najbardziej cenionego reżysera analizuje, po jakie sięgnął środki, jak kadrował ujęcia, jaką dobrał do nich muzykę i tak dalej – oraz jaki efekt, jaki wpływ na widza dzięki temu osiągnął.

 

W ten sam sposób można spojrzeć na reportaż, dokument czy nawet tekst publicystyczny. Różnica jest taka, że o ile filmowiec operuje jednak na ogół w sferze fikcji, to dziennikarz zmaga się z prawdą i faktami, a to powinno na niego nakładać pewne ograniczenia w operowaniu środkami stylistycznymi.

 

O znaczeniu filmu Sekielskiego mówiłem świeżo po jego obejrzeniu w wideokomentarzu na swoim kanale na YT. Powiedziałem, że film jest ważny i potrzebny, ale też ma pewne elementy, które osłabiają poczucie, że chodzi w nim wyłącznie o prawdę. Niepotrzebnie, bo ta prawda, którą pokazał w części swojego dokumentu Sekielski, broni się wystarczająco mocno sama. Oceniałem w ten sposób nie stronę czysto warsztatową, ale merytoryczną.

 

Dzisiaj w ten sam sposób oceniam „Tylko nie mów nikomu” od strony warsztatu: to film bardzo sprawny – momentami aż za bardzo. Niepotrzebnie.

 

Nowoczesny dokument nie ucieka od efektów, które uatrakcyjniają go czysto wizualnie. Ujęcia z dronów, elementy inscenizacji – to wszystko zdarza się nawet w produkowanych masowo reportażach w programach interwencyjnych, cóż dopiero w filmach dokumentalnych. I jest obecne u Sekielskiego. Pokazywane są z góry świątynie czy inscenizowane zbliżenia na przedmioty czy osoby. Jedno z nich pokazuje na przykład twarz człowieka pijącego mleko, które ścieka mu po brodzie. Ten obraz pojawia się, gdy ofiara molestowania opowiada, że ksiądz, który wyrządził jej krzywdę, pił często mleko. Nie jest to jedyna taka scena w filmie.

 

Tu mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, jako się rzekło, to normalny element nowoczesnego dokumentu. Z drugiej – budzi wątpliwości, szczególnie przy tak drażliwym temacie. Czemu bowiem taka inscenizacja służy? Przecież nie przekazaniu faktów (czasami inscenizacji występują w takiej roli i wtedy są stylistycznie neutralne). Odpowiedź jest oczywista: wzmocnieniu emocji. Słyszmy wstrząsającą historię molestowanej kobiety (wtedy dziewczynki) i widzimy zbliżenie na odrażającą twarz (w kamerowym zbliżeniu w formacie HD niemal każda twarz będzie mało estetyczna) mężczyzny pijącego mleko. Czy to coś wnosi w warstwie wiedzy widza? Nie. To tylko wzmacnia przekaz opowieści ofiary.

 

Sekielski mógłby odpowiedzieć, że właśnie o to mu chodziło, bo ta relacja miała wybrzmieć jak najmocniej. Może ma rację, ja jednak mam tutaj ambiwalentne odczucia. W inscenizowaniu takich obrazów pobrzmiewa mi jakaś fałszywa nuta.

 

Ewidentnie fałszywa nuta brzmi natomiast już nie w aktorskich inscenizacjach, ale w ewidentnie aranżowanych scenach z udziałem jednego z głównych bohaterów filmu, prawnika Artura Nowaka. Są takie dwie. Pierwsza, gdy Nowak – przecież prawnik, a więc ktoś doskonale wiedzący, jakie są procedury składania pism czy umawiania się na spotkania z jakimikolwiek  osobami funkcyjnymi, świeckimi czy duchownymi – dobija się do zamkniętych drzwi warszawskiej kurii, chcąc zostawić pismo dla kardynała Nycza. Drzwi są zamknięte, bo Nowak przyszedł poza godzinami pracy kurii. Tak samo odbiłby się od drzwi dowolnego urzędu, gdyby zjawił się po godzinach jego pracy. Wie to on sam, wie to Sekielski. Znów można spytać: po co zatem ta inscenizacja?

 

Druga scena to ta kończąca film: próba porozmawiania z kardynałem Dziwiszem. Nowak i jego klient, Marek Mielewczyk, ofiara molestowania, dwukrotnie próbują – nie umówieni – dostać się do kardynała, dzwoniąc domofonem do drzwi jego domu. Za pierwszym razem nikt nie odbiera, za drugim słyszą, że kardynała nie ma. Odchodzą, mówiąc: „No i co zrobisz? Nic nie zrobisz”. To szyte tak grubymi nićmi, że aż żenujące. Równie dobrze można by próbować z ulicy dostać się do dowolnego ministra.

 

Pytanie brzmi: po co były Sekielskiemu te sceny, skoro główny wątek jego obrazu – wyznania ofiar i spotkania niektórych z nich z prześladowcami – jest wystarczająco mocny i nie trzeba go wspomagać naciąganymi scenami czy inscenizacjami? Mało tego: postawiłbym tezę, że gdyby skasować z filmu wszystkie te nic niewnoszące w warstwie faktów uzupełnienia i skrócić go w ten sposób niemal o połowę – byłby nawet mocniejszy. Zaś u bardziej krytycznie i analitycznie nastawionych widzów nie wywoływałby poczucia, że momentami autor chciał nimi manipulować.

 

Jest jeszcze jedna wątpliwość, tu i tam się pojawiająca: czy Sekielski postąpił etycznie z dziennikarskiego punktu widzenia, nagrywając ukrytą kamerą spotkania ofiar z prześladowcami – ludźmi już starymi, nawet, jak w przypadku ks. Cybuli, nad grobem. Wątpliwość rozumiem, ale tu bronię Sekielskiego stanowczo. Dziennikarz ma prawo sięgnąć po nadzwyczajne środki, jeśli działa w uzasadnionym interesie społecznym. Jeśli tylko w ten sposób może sięgnąć prawdy. I tak tu właśnie było. Ofiary otworzyły się dopiero po latach, księża, którzy je molestowali, byli już siłą rzeczy starymi ludźmi. Nie sposób sobie wyobrazić, żeby przyznali się do swoich czynów, gdyby weszła do nich ekipa z kamerą. Celu, którym było pokazanie prawdy, jakkolwiek strasznej i niewygodnej dla wielu, nie dałoby się osiągnąć inaczej.

 

Czego by wreszcie o dokumencie Sekielskiego czy o motywacjach, jakie nim kierowały, nie myśleć – odniósł ogromny sukces: stworzył dokument, który potężnie wpłynął na rzeczywistość. Wiele wskazuje na to, że nie tylko w krótkim, ale też w długim okresie, jeśli wziąć pod uwagę, że Kościół musi zareagować systemowo. To chyba marzenie każdego dziennikarza co najmniej od czasów serii tekstów Woodwarda i Bernsteina o aferze Watergate.

 

I jakich byśmy nie mieli wątpliwości czy zastrzeżeń – na tle wielu nierzetelnych, fałszujących rzeczywistość, robionych wręcz na polityczne zamówienie materiałów dziennikarskich film Sekielskiego broni się całkiem dobrze.

 

Ostatecznie – jak mówił Józef Mackiewicz – tylko prawda jest ciekawa.

Łukasz Warzecha

Podziel się!

Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę dziennikarską rozpoczynał w tygodniku „Najwyższy Czas!” Był redaktorem działu opinii dziennika „Życie” oraz wieloletnim komentatorem w „Fakcie”. Publikował w tygodnikach „wSieci” i Do Rzeczy” oraz w dzienniku „Rzeczpospolita”. Był jednym z prowadzących program „W tyle wizji” w TVP Info. Obecnie jego teksty ukazują się m.in. w „Super Expressie” i na portalu Wirtualna Polska.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close