"Dziejsze czasy" (Modern Times) z 1936 roku w reżyserii i wykonaniu Charlie Chaplina od lat są uważane za parodię pracy przy taśmie produkcyjnej. Teraz te sceny, zdaniem wielu osób, przypominają tzw. pracę korporacyjną Zdj.: kadr z filmu

Prostym czynnościom przypatruje się WALTER ALTERMANN: Praca nasza powszednia

 Nie wiem dlaczego nie potrafię być szczęśliwy w pracy – mówi bohater filmu „Życie biurowe”, scenariusz i reżyseria Mike Judge. Ten film z 1999 roku podejmuje ważny temat i jest bardzo mądry. Temat jest spychany na margines naszych zainteresowań a o tym co jest zapisane na marginesach przecież nie mówi. Jest to historia pracowników, którzy stracili wiarę w sens swojej roboty. Ich biuro jawi się jako rzeczywistość niemal abstrakcyjna.

Nie wiadomo co ci ludzi właściwie robią. Biuro istnieje właściwie tylko dla biura. Mają szefa, który jest tyranem, bo też nie wierzy w sens swojej pracy. W końcu wybucha bunt, czyli mała rewolucja. Nie będę streszczał filmu, ale warto go zobaczyć.

Biblijne przekleństwo

Już Księdze Rodzaju, w rozdziale trzecim, znajdujemy słowa o pracy. To ważne, że właśnie już na początku Starego Testamentu mowa o losie człowieka pracującego. Znamy, ale na wszelki wypadek przeczytajmy raz jeszcze.

„Do niewiasty powiedział: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (…) Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich. Po czym Pan Bóg rzekł: „Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki”. Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia”.

Dla wierzących zatem sprawa jest jasna. Człowiek został skazany na pracę za grzech pierworodny. Tymczasem w dziejach ludzkości wylano hektolitry atramentu, żeby udowodnić istotę wielkości pracy dla człowieka i społeczeństw. Oto niektóre zaklęcia: praca uszlachetnia, praca wyzwala, sprawdzamy się w pracy, praca buduje więzi społeczne, bez pracy nie ma kołaczy, praca dowodem ludzkiej wielkości…

Praca jako radość tworzenia

Zacząłem od filmu, ale sprawa nie jest z gruntu sztuki, jest rzeczywista. U nas temat pracy został doszczętnie skompromitowany za socjalizmu. Powieści, sztuki teatralne, filmy, które z nakazu władzy podejmowały ten temat, były z założenia nieprawdziwe. Robotnicy byli w nich uśmiechnięci, radośni, bo szczęśliwi. Praca paliła się im w rękach a każdy kolejny nowy wał Kardana, odkuty i dotoczony w fabryce powodował euforię i entuzjazm. Można to jeszcze zobaczyć w polskich filmach z lat 1946-1956.

Owszem, bywały też ukazywane kłopoty w zakładach pracy. W „dziełach” z tamtych lat występowały tzw. czarne charaktery. Ich katalog wyglądał, mniej więcej tak: bumelant, pijak, zły majster i sabotażysta. Ten ostatni okazywał się najczęściej byłym, przedwojennym majstrem na usługach podłego byłego właściciela fabryki.

W dzisiejszym kinie praca jako temat główny nie występuje. Bo kto zechce oglądać tokarza, frezera, tkacza, czy nawet laboranta, którzy cały czas wykonują te same standardowe czynności, te same ruchy? Również praca intelektualna jest nie do ukazania w literaturze, teatrze i filmie. Bo jak mają – kamera czy narrator – wejść w mózgi „umysłowych”?

A temat jest ważny, bo większość ludzi jednak pracuje. Praca jest nie tylko źródłem utrzymania. Jest także ich – żeby jakoś modnie to nazwać – naturalnym środowiskiem przez prawie pół doby – licząc z dojazdem i powrotem z pracy.

Praca nielubiana

Takie zajęcie może stać się nieopisana udręką, cierpieniem i karą. Dzisiaj ogromna większość depresji – a jest to choroba powszechna – związana jest z pracą, nie z domem i rodziną.

Istotnym problemem jest praca poniżej wykształcenia i umiejętności, lub powyżej kwalifikacji i zdolności. Postawieni na stanowiskach pracy, które ich przerastają lub też deprecjonują ich wykształcenie – odbierają to „karę za grzechy”. Takie sytuacje powodują nieustający stres i w konsekwencji choroby.

Tu trzeba zaznaczyć, że ludzie, których stanowiska przerosły lepiej sobie radzą niż ci, którzy wykonują pracę poniżej kwalifikacji. Ci, których stanowiska przerosły są najczęściej nominatami partyjnymi – zarówno w administracji samorządowej, jak w państwowej, w różnych spółkach, agencjach, agendach i temu podobnych tworach. Jest to zjawisko w Polsce stałe, niejako zwyczajowe, a nawet obyczajowe. Ci nominaci pojawili się w Polsce wraz z odzyskaniem niepodległości w 1918 roku, byli w PRL i są teraz. Wszystkie konkursy na takie stanowiska, to przecież fikcja.

Za socjalizmu było takie partyjne powiedzenie, że ludzie rosną wraz z coraz wyższymi stanowiskami. Naród odbierał to jako dobry, choć niezamierzony dowcip.

Z moich obserwacji wynika, że ci nominaci radzą sobie psychicznie w ten sposób, że z tytułów robią sobie tarcze. Są bardzo poważni, ogromnie skupieni na sobie i swej randze. Są nadęci stanowiskiem jak chińscy cesarze. I ta powaga, poczucie misji, jaką mają do spełnienia, jakoś ich ratuje przed szaleństwem. Poza tym mają zastępców, którzy są fachowcami.

Odwrócona piramida zawodów

W każdym dobrze rządzonym państwie istnieje klasyczna piramida stanowisk. Jej potężną podstawę muszą stanowić pracownicy wykonujący prace proste, ale niezbędne. Są nimi wszelkiego rodzaju technicy – tak z wykształceniem podstawowym, zawodowym, jak średnim. Bez nich podstawowa machina cywilizacji – budownictwo, drogi, szlaki pociągów, transport lotniczy i kołowy, energetyka, komunikacja elektroniczna, wodociągi, kanalizacje, gospodarka odpadami – to wszystko i jeszcze trochę, ległoby w gruzach.

Niestety w Polsce dzisiejszej brakuje najbardziej właśnie pracowników technicznych. Stało się tak na skutek zindoktrynowanych do szpiku kości rządów neoliberałów. Najpierw chcieli wprowadzić obowiązek nauki jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Gdy to nie przeszło, zaczęli likwidować szkolnictwo zawodowe. Idea była taka, że każdy robi maturę, a zainteresowani techniką w ciągu dwóch lat skończą techniczne szkoły pomaturalne. Jedno co się neoliberałom udało, to rozwalić dobrze funkcjonującą strukturę nauczania. Skąd mieli takie pomysły? Zakładali doktrynalnie, że wolny człowiek musi radzić sobie sam, dostanie talon szkolny i cześć.

Dzisiaj próbuje się restytuować szkolnictwo zawodowe, ale idzie to ciężko, tym bardziej, że dorosło już pokolenie ludzi bez zawodu. Teraz są już rodzicami i nie bardzo wiedzą, jak pokierować swymi dziećmi.

Podstawowym problem polskiej piramidy jest to, że stoi na czubku. Najwięcej mamy specjalistów od zarządzania, marketingu, reklamy, politologii, znawców mediów i kulturoznawców. A szewców, ślusarzy, hydraulików ani widu, ani słychu.

Migranci i emigranci

Ważnym problemem polskiej pracy jest emigracja Polaków, w poszukiwaniu lepszych zarobków, lepszego materialnie życia. Wszystkie rządy ostatnich 20 lat obiecywały, że emigranci wrócą – dzięki ich rządom właśnie. Żeby jednak taki cud nastąpił, to bardzo wiele w sferze materialnej powinno się w Polsce zmienić na lepsze, powinna przynajmniej przypominać bogate kraje Zachodu, tak w płacach, jak i emeryturach. Być może to nastąpi – czego bym sobie i Państwu życzył, ale nie szybciej niż za 30 – 40 lat. A i to pod warunkiem, że jakieś kolejne rządy niczego nie… zepsują.

Nadzieja na naszym rynku pracy zaświtała wraz z napływem migrantów ekonomicznych z Ukrainy. Z wybuchem wojny większość z ukraińskich mężczyzn dostała powołanie do wojska, by bronić ojczyzny. I natychmiast odczuło to polskie budownictwo, obsługa transportu i sam transport. Być może Ukraińcy przyjadą, choć może nie do Polski, bo Niemcy kuszą ich zarobkami w granicach 18 euro za godzinę.

Pańska choroba Polaków

Jedną z przyczyn awersji Polaków do zajęć fizycznych jest fakt, że lud od zawsze uważał panów za nierobów, żyjących ich kosztem, stąd wzięło się ludowe powiedzenie, że ktoś cierpi na „Pańską chorobę”.  Jej objawy są takie: „Jadłbym, piłbym, nic nie robił”.

Panowie z kolei uważali podległy im lud za leni i obiboków. Przykładem jest przecież jeden z najstarszych polskich tekstów, czyli „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Ten dialog napisany przez Mikołaja Reja, został wydany w Krakowie w roku 1543 pod pseudonimem Ambroży Korczbok Rożek. Tamże możemy przeczytać:

Wójt:

Ksiądz pana wini, pan księdza,

A nam prostym zewsząd nędza…

 

Kłopot w tym, że nie lubiąc panów, lud chce żyć jak oni. Siedzieć w biurach, przekładać papiery, coś ostemplować, gdzieś zadzwonić, w komputer popatrzeć. Panowie przecież byli wzorem lepszego życia, a głównie lżejszej pracy. Dlatego ciężka, ale dobrze płatna praca fizyczna nie jest u nas w poważaniu.

Praca twórcza

Dobra praca musi angażować nie tylko ręce i nogi, ale także mózg pracownika. O dziwo kłopoty w wykonywaniu pracy są głęboko twórcze i odstresowujące. Ale ile dzisiaj jest takich twórczych stanowisk pracy? Świat zmierza do pełnej automatyzacji produkcji i usług. Następuje więc dynamiczne uprzedmiotowienie pracownika, staje się on jedynie częścią automatu, czyli automatonem.

W klasycznym filmie Chaplina „Dzisiejsze czasy”, z roku 1936, widzimy człowieka opanowanego przez taśmę produkcyjną. Jeśli za taśmą nie nadąża, to ona go fizycznie niszczy. Taśmę produkcyjną wymyślił Henry Ford dla swojej fabryki Ford Motor Company, producenta samochodów osobowych, sportowych, dostawczych i ciężarowych. Za Fordem poszli inni, zwiększając produkcję i zyski. Taśma stała się ideałem organizacji produkcji. I nikt nie zwracał uwagi, że taśma degraduje człowieka.

Dopiero jakieś 30 lat temu szwedzkie Volvo zrezygnowało z taśmowej produkcji swoich aut. Taśmę zastąpiono produkcją gniazdową. W tej nowej organizacji pracy kilku robotników składało od początku do końca każdy samochód. O dziwo produkcja nie spadła, jakość wzrosła, a monterzy czuli się twórcami samochodu, bo bardzo wiele od nich zależało. Ta nowa praca wymagała od nich nie tylko fizycznej sprawności, ale także wysiłku umysłowego. I najważniejsze – ci ludzie przestali się czuć trybikami w machinie, stali się twórcami – w najmądrzejszym znaczeniu tego pojęcia.

Czego Państwu i sobie życzę, bo źle zorganizowana praca dziennikarza może również stać się produkcją taśmową, a przez to męczącą i powodować wiele chorób.

 

 

Nie zacierajmy śladów językowych w naszej kulturze Fot.: Archiwum/ h/ re

Nad znęcającymi się nad językiem znęca się WALTER ALTERMANN: Drobiazgi językowo-mózgowe

Życie składa się głównie z wielkich, przykrych spraw. Przy czym wielkich jest mało. Większość – niestety – to sprawy drobne, małe, ale właśnie one składają się w sumie na wielkie przykre sprawy epickie w rozmiarze giga-mega-hiper. Z tymi epickimi też powstał problem. Więc wyjaśnijmy.

HBO reklamuje swój nowy serial takim oto zawołaniem: „Oglądanie tego serialu stało się epickie”. Od razu zauważę, że epickie pojawiło się jako novum, bo wszystkie giga, mega zostały już użyte, zużyte i wyplute przez speców od marketingu. Inaczej – spowszedniały i nie robią wrażenia. A bez wrażenia nie ma kasy.

 Czytajcie!

Pojęcie eposu pojawiło się w starożytnej Grecji. Tradycyjne eposy to dłuższe poematy narracyjne. Ich zadaniem była afirmacja etosu społeczności, w której zostały napisane. Postaci są idealizowane, wynoszone na piedestał jako „ojcowie założyciele” danego państwa-miasta. Autorzy eposów sięgali najczęściej po zdarzenia mityczne bądź legendarne, odnoszące się do „czasu ojców”, którzy prawie zawsze byli potomkami bogów i ziemianek, niekiedy bogiń i ziemian. Stąd każda społeczność antyczna miała boskie pochodzenie. Klasycznymi przykładami eposu, epiki są „Iliada”, „Odyseja” i nasz „Pan Tadeusz”.

W Polsce eposy pisze się trzynastozgłoskowcem, rymowanym parzyście. W ten sposób pisał między innymi Wacław Potocki swą „Wojnę chocimską”. Trzynastozgłoskowcem tłumaczono także starożytny heksametr. Dzisiaj epika oznacza każdą powieść, nowelę, opowiadanie. W odróżnieniu od liryki i dramatu. Tyle – w dużym skrócie – na temat epiki, epickości.

Co by nie mówić i jakby nie rozumieć pojęcia epiki, epickości, to zawsze dotyczy ono dzieła, które ktoś napisał. Natomiast reklama HBO mówi nam, że bierne oglądanie cudzego utworu – choćby w formie filmowej – jest epickie. Logicznie, mózgowo biorąc jest to bujda na resorach, która kłamie i oszukuje wmawiając oglądaczowi, że jest twórcą. Aby wyciągnąć od niego kasę. Dla mnie ta forma reklamy niczym nie różni się od reklam Amber Gold.

Pierwsza sprawa z UE – schabowy z retorty

Organizacje spod znaku New Age żądają – żeby to jeszcze grzecznie postulowały – natychmiastowej likwidacji produkcji mięsa, sposobem naturalnym. Mięso ma być produkowane laboratoryjnie, bez niszczących planetę gazów, wydalanych przez bydło, a to na skutek „trawienia trawy”. Są też żądania w sprawie chowu nierogacizny, która zatruwa ziemię odchodami, tak stałymi, jak płynnymi.

Wszystko to prawda i masowa produkcja mięsa stwarza problemy dla środowiska. Szczególnie groźne są wielkie farmy świń, od których polskie prawo nie żąda utylizacji odchodów. W momencie wpuszczania do polski amerykańskich farm, nikt w Polsce nie zdawał sobie sprawy z zagrożeń. Bo zagrożeniem nie były wcześniejsze, małe polskie tuczarnie, z których odchody wykorzystywano do nawożenia i użyźniania pól. Natomiast właściciele amerykańskich farm w Polsce, hodujący powyżej kilkunastu tysięcy sztuk świń, ani myślą robić cokolwiek użytecznego z odchodami, a to dlatego, że transport na wynajęte pola kosztowałby sporo. Poza tym, nie ma zapotrzebowania na ich nawóz, bo małe polskie hodowle wystarczą. Więc gigantyczne farmy gromadzą je w ogromnych lagunach, z których przeciekają do gleby, zatruwając wody podskórne. I jest to problem, ale do rozwiązania przy dobrej woli ustawodawcy.

Natomiast pomysły New Age na produkcję mięsa w retortach jest, idiotyczny. Tym bardziej, że pomysłodawcy nie zadali sobie trudu z policzeniem kosztów produkcji, ergo ceny takiego mięsa w sklepie.

Jest faktem, że przybywa nas w ogromnym tempie. Jeszcze w 1960 roku było nas 2 miliardy, dziś jest nas 7 miliardów. I każdy chce jeść. A jednocześnie na świecie marnuje się około 30 procent żywności. Naprawdę są możliwości wykarmienia nas wszystkich, ale nie zawierzałbym liberalnym doktrynom i ich przekonaniu o cudownej mocy wolnego rynku. W tej sprawie powinny działać światowe organizacje. Z wyłączeniem oczywiście New Age.

Bo w sumie pomysły New Age są totalitarne. Czytając liczne deklaracje zbawicieli świata ciągle odnoszę wrażenie, że oni nie lubią ludzi. I trochę racji w tym jest. Człowiek ma okropną postawę roszczeniową – chce jeść, oczekuje mieszkania i pracy.

Druga sprawa z UE – pestycydy

Ostatnio Frans Timmermans, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej odpowiedzialny za Europejski Zielony Ład przeforsował swój pomysł na drastyczne ograniczenie używania pestycydów w rolnictwie. Do 2050 roku używanie pestycydów w krajach UE ma być zredukowane o 50 procent.

To kuriozum, że Holender nawet nie skonsultował tej idei z Januszem Wojciechowskim, unijnym Komisarzem ds. Rolnictwa. Oczywiście pestycydy są groźne, szczególnie dla owadów zapylających. I dlatego ich używanie powinno być sukcesywnie ograniczane. Ale Timmermans się śpieszy i chce mieć natychmiastowy sukces, tym bardziej, że w innych sprawach szło mu kiepsko.

Czy da się zastąpić pestycydy innymi, mniej trującymi środkami? Oczywiście, ale to kosztowałoby dużo. I stać na to tylko bogate kraje.

Obawiam się, że w sprawach pestycydów, jak i sztucznej produkcji mięsa, zdrowy rozsądek jest na przegranej pozycji. Sęk w tym, że bogate kraje UE mają inne problemy niż Polska, Bułgaria, Słowacja czy Rumunia. Źródłem tych różnic programowych są różnice między majętnościami dawnych demoludów a zachodem Europy. Bogatych  po prostu stać na nowoczesność, od razu. Biedny Wschód ma inne priorytety. Tymczasem bez przerwy bogaci żądają od biednych współpracy na tych samych zasadach, spełniania oczekiwań ekstremalnie myślących obrońców Ziemi.

Zresztą oni jakoś tak dziwnie kochają Ziemię, bo z każdym rokiem mają coraz więcej pretensji do człowieka. Podejrzewam, że ich ideałem jest czysta i piękna Ziemia bez ludzi.

Broń przeciw powietrzna

Znany polityk mówi w TV: „Teraz mamy broń przeciw powietrzną”. To bardzo ciekawa obserwacja. Wiemy przecież, że w średniowieczu wierzono, iż złe powietrze przynosi zarazę. I dlatego jeszcze – choć to już wiek XIX – Cześnik w „Zemście” zwraca uwagę:

Od powietrza, ognia, wojny,
                        I do tego od człowieka,
                        Co się wszystkim nisko kłania,
                        Niech nas zawsze Bóg obrania.

 

Morowe powietrze zawsze budziło grozę, bo nagle, bez uprzedzenia unicestwiało ogromne rzesze. W wielu miejscach Polski znajdziemy jeszcze trzy krzyże, ustawiane po to, żeby odpędzały zarazę. Najbardziej znane znajdują się w Kazimierzu na Wisłą. Może zatem polityk miał na myśli takie krzyże? Nie wiem. Prawdopodobnie w ogniu dyskusji militarnej uprościł sobie pojęcie. Zapewne chodziło mu o broń przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Ale sobie uprościł, aż do zupełnej śmieszności.

No, powie ktoś – teraz wszyscy skracają, upraszczają, a pan się czepia… Szczerze mówiąc wolałbym w fotelach rządowych ludzi, którzy nie będą upraszczali, bo zbyt wiele w moim życiu zależy od ich skrótów myślowych, parafraz i kontaminacji. Niech mówią prosto, skoro myślą w sposób bardzo skomplikowany.

Miejscówka

Dziennikarz TV mówi o kimś, kto wyprowadził się z Warszawy do Konstancina: „Teraz ma fajną miejscówkę”. Ja wiem, że „miejscówka” wzięła się nie z PKP, ale ze slangu młodzieży. Miejscówkami są teraz lokale, sale zabaw, kluby fitness, a nawet mieszkania.

W slangu młodzieżowym to jeszcze uchodzi, bywa nawet dowcipne. Ale obawiam się, że niebawem dowiemy się, że Prezydent RP ma dobrą miejscówkę. Albo prymas. Papież też ma fajną miejscówkę w Rzymie.

Na pusto

W telewizji, relacjonującej pracę Inspekcji Transportu Drogowego wesoła dziennikarka mówi: „Ten samochód nie miał prawa przewozić koparki, bo była za ciężka i niewłaściwie zabezpieczona. Inspekcja kazał zdjąć koparkę z samochodu, który dalej pojechał na pusto”.

Gdyby ów samochód pojechał pusty, bez ładunku, tylko z kierowcą – byłoby dobrze powiedziane. Natomiast „na pusto” jest wzięte z okropnej gwary miejskiej. Nic nie znaczy, a brzmi makabrycznie. Od języka dziennikarzy oczekuję nie tylko informacji, ale też elegancji w ich podawaniu.

Co to jest elegancja? No, na przykład… nie zakładamy zimowych skórzanych rękawiczek do sukni ślubnej, nie plujemy na ziemię, a starszych ludzi nie klepiemy po ramieniu, mówiąc im: „Cześć stary”.

Powtarzanie

Dziennikarz w TV: „Pan kolejny raz powtarza o tym”. No i znowu mamy mielony zamiast schabowego. Zgodnie z normą języka polskiego dziennikarz powinien powiedzieć: „Pan kolejny raz to powtarza.” Żeby to wszystko jakoś ładnie ująć: „Furda nam normy / Gdy hufiec nasz zbrojny”. To o poczuciu siły i bezkarności sporej części dziennikarzy.

Blisko, coraz bliżej

Dziennikarka TV: „Te dzieci były bardzo blisko do tego zdarzenia.” Błąd, szanowna pani. Dzieci mogły być jedynie blisko tego zdarzenia. Rzecz jest w nieznajomości składni. A składni można się jedynie nauczyć czytając klasyków polski z XIX wieku. Klasykami są: Sienkiewicz, Prus, Reymont, Żeromski. Polecam.

Co uczcić?

„Trzeba uczcić pamięć o św. Janie” – mówi dziennikarz. I mamy kolejny przypadek z nielogicznym podmiotem. Logicznie powinno być: „Trzeba czcić, upamiętnić postać św. Jana”. A tak wyszło, że musimy czcić, że pamiętamy. Bo kogo czcimy? Jana czy pamięć o nim? Niby proste, a jednak pojawiają się kłopoty. Bo wyszło na to, że św. Jana mamy za nic, natomiast szanujemy naszą pamięć. Paranoja? Owszem.

Czasami zastanawiam się, czy dziennikarze TV piszą sobie teksty, które potem wypowiedzą? Zdaje mi się, że jednak stawiają na wdzięk i urodę. Zawodni to sojusznicy pracy dziennikarza. Radziłbym pisać i czytać, poprawiać, zanim coś powie się do kamery. W natchnieniu nie bierzmy tekstu z niczego, czyli z głowy – jak mawiał pewien aktor o mówieniu od siebie, bez tekstu autora.

 

Pierwsza strona dokumentu z 5 marca 1940 roku - Stalin i jego współpracownicy rozkazują zamordować tysiące Polaków wziętych do niewoli przez Sowietów po 17 września 1939 roku Zdj.: Wikipedia/ re

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Lemkin i rewizjoniści Katynia

24 czerwca 1900 r. w Bezwodnem koło Wołkowyska urodził się Rafał Lemkin, polski prawnik pochodzenia żydowskiego, absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. To on stworzył pojęcie „ludobójstwa”, a jego prace z zakresu prawa karnego i międzynarodowego stały się m.in. podstawą aktu oskarżenia przeciwko niemieckim nazistom w Procesie Norymberskim. Warto o tym pamiętać w kontekście dzisiejszego ludobójstwa Rosji na Ukrainie, a także zaprzeczania przez tę samą Rosję ludobójstwu Polaków w Katyniu. I tak np. wiceszef komisji zagranicznej rosyjskiego parlamentu Aleksiej Czepa stwierdził niedawno, że o zbrodni katyńskiej „nie wszystko wiadomo”. Dlaczego? Bo polskich oficerów „mogli mordować żołnierze Wehrmachtu”. W związku z tym Czepa zaapelował do „specjalistów różnych krajów” o podjęcie działań „wyjaśniających okoliczności zdarzenia”.

Podobnych kłamstw w Rosji Putina jest coraz więcej. Ale chyba jeszcze bardziej niepokoi inna kwestia: zapowiedź anulowania uchwały rosyjskiej Dumy z 26 listopada 2010 r., w której potwierdzono odpowiedzialność ZSRS za Zbrodnię Katyńską. Szczęśliwie do tego nowego/starego kłamstwa katyńskiego odniosła się ambasada RP podkreślając, że we wspomnianej uchwale sprzed 20 lat „nie tylko potępiono Zbrodnię Katyńską, ale także wskazano, iż została ona dokonana na rozkaz Józefa Stalina i innych radzieckich przywódców”.

Aleksander Gurjanow, historyk z moskiewskiego stowarzyszenia Memoriał, od lat rzetelnie badający zbrodnię katyńską, ocenił dla dziennika „Rzeczpospolita”: „Negatorzy zbrodni katyńskiej dążą dzisiaj do zmiany oficjalnego stanowiska władz rosyjskich i powrotu do uprawianej przez pół wieku propagandy Związku Radzieckiego, który utrzymywał, że to Niemcy mordowali polskich oficerów. Na razie na poziomie rządowym nie powtarzają tej narracji. Ale marginalne dotychczas środowiska zaczęły otrzymywać wsparcie takich wpływowych organizacji jak WRIO oraz władz regionalnych”.

Podobnie zareagowała do niedawna jedyna niezależna od Kremla „Nowaja Gazieta” (po inwazji Rosji na Ukrainę, wskutek „perswazji Kremla”, została zawieszona): „Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują nową jakość w kwestii negowania zbrodni katyńskiej”. Zdaniem dziennika sytuacja oznacza powrót nawet nie do 1989 r., ale do 1946 r. i przerzucanie odpowiedzialności z NKWD na nazistowskie Niemcy.

Wspomniana „Nowaja Gazieta” podkreślała, że do tej pory podważaniem odpowiedzialności za Katyń zajmowały się jedynie niewielkie grupy, zaś władze Rosji już dawno uznały odpowiedzialność ZSRS za tę zbrodnię: „wydarzenia ostatnich miesięcy demonstrują zupełnie nową jakość”.

A co na to Kreml? Rzecznik Dmitrij Pieskow stwierdził, że nic nie wie, „by doszło do jakiegokolwiek przewartościowania wydarzeń w Katyniu”.

Nie przypomina to Państwu słynnych słów Józefa Stalina? Kiedy 3 grudnia 1941 r. podczas wizyty w Moskwie generałowie: Władysław Anders i Władysław Sikorski spytali generalissimusa o los polskich oficerów, ten odparł, że uciekli do Mandżurii.

 

Fot.: HB

Jeszcze raz o serialach pisze WALTER ALTERMANN: Suplement do rozpaczy

Jeżeli poruszam jeszcze raz sprawę naszych seriali, to dlatego że przerzucając kanały ciągle natrafiam na któryś z nich. I często się gubię, myśląc, że przecież już ten odcinek widziałem. Niestety mylę się.

Nowe seriale są podobne do starych, aktorzy grają prawie to samo – to znaczy, grają jakieś nierzeczywiste, nieistniejące postacie. I dodam do tego, że scenariusze są podobne do siebie, jak w dawnych czasach pisania na maszynie, strona pierwsza i odbitki.

Maszyna do pisania

Tu muszę wyjaśnić młodzieży, że od początku, aż do końca wieku XX ludzkość pisała ręcznie, lub  na maszynie. Chcąc uzyskać więcej niż jeden egzemplarz tekstu maszynowego, trzeba było pod pierwszą stronę włożyć kalkę, potem tzw. przebitkę, czyli cieńszą kartkę, i znowu kalkę, a pod nią drugą przebitkę. Jednakże uzyskanie więcej niż czterech dobrych przebitek było niemożliwe, bo tekst był nieczytelny. Dodam jeszcze, że w PRL-u zdobycie maszyny było niezmiernie trudne, a i tak każda z nich była odnotowana w przepastnych archiwach Służby Bezpieczeństwa. Tajna policja „zdejmowała” z maszyny cechy charakterystyczne jej czcionek, zupełnie tak samo, jak odciski palców. Na wypadek, gdyby ktoś pisał na maszynie ulotki. Wtedy – ale to mocno teoretycznie – tajniacy mogli dojść prawdy, na jakiej maszynie powstał tekst zagrażający ustrojowi. I dojść od maszyny do kłębka, czyli do wichrzyciela.

Pisanie na maszynie było trudne, bo człowiek jest omylny, a usunięcie „maszynowych błędów” przy pomocy białego korektora nie było łatwe. Poza tym tekst z plamkami białej farby wyglądał okropnie. Dzisiaj, przy pisaniu komputerowym, pomyłki i skład tekstu, poprawia się błyskawicznie. No i każda kopia jest równa technicznie oryginałowi.

Co mają wspólnego tytułowe seriale z maszyną do pisania? Dużo, bo wszystkie – poza nielicznymi wyjątkami jak „Ranczo” czy „Ucho prezesa” są jakby z maszynowej przebitki, są kopiami amerykańskich wzorców, tyle że bardzo niewyraźnymi artystycznie, jak to u przebitek bywa.

To jest Ameryka…

Prawie przez półtora wieku dwa kraje były dla Polaków rajem, ziemią obiecaną i eldorado w jednym. To Ameryka i Kanada.

Teraz to ja mam Kanadę – mawiał ktoś, kto miał w Polsce pracę lekką i ciężko płatną. Wyjazd do USA lub Kanady po dobre życie już od połowy XIX wieku był marzeniem wielu. Nie znam żadnej piosenki o Kanadzie, ale ta o Ameryce od lat mnie wzrusza… Wzruszcie się i Państwo.

To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.
To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.

Ach, byczy ten kraj,
Siuksowie bye, bye.
Dolary, ajaj, o money, ajaj,
Daj, Boże mi, daj, daj, daj, daj.

Co prawda wielki amerykański przemysł filmowy nie bardzo jest otwarty na przybyszów z Polski, choć kilkunastu Polakom się udało. Za to amerykańska produkcja filmowa jest wzorem i wzorcem dla wielu. Także dla właścicieli stacji telewizyjnych.

Niestety, dla nas oglądaczy z Polski, stacje telewizyjne kupują coraz więcej amerykańskich seriali, w dwóch kategoriach. Pierwsza – to seriale nakręcone w USA. Druga – to gotowe amerykańskie scenariusze, które są „naturalizowane”. To znaczy – daje się scenariusz Polakowi, żeby przerobił.  Umożliwiając mu także zobaczenie jak wygląda film, który już nakręcono.

Scenarzysta zmienia imiona, nazwiska, Nowy Jork na Warszawę, samochody na europejskie… pozostaje jednak inna mentalność obywateli USA i nasza. A są one bardzo różne. Począwszy od tego, że oni mówią sobie na „you”, są bardzie bezpośredni i otwarci. I te niemożliwości pełnego spolszczenia widać i słychać.

Najlepszym, czyli najgorszym przykładem są „Miodowe lata”. W sumie dobrze grane i reżyserowane, ale na odległość 8850 km – bo tyle dzieli Nowy Jork i Warszawę – widać, że to jest lipa. Póki akcja rozgrywa się w mieszkaniu motorniczego Krawczyka, jest jako tako, ale ile można siedzieć w jednym pokoju? I scenarzyści wyprowadzają bohaterów na zewnątrz, na przykład do zajezdni Krawczyka. Pojawia się kierownik, koledzy i wszyscy oni bawią się na jakichś korporacyjno-stowarzyszeniowych spotkaniach. I wychodzi szydło z worka, czyli nic nie wychodzi. Bo takich relacji między pracownikami i szefami w Polsce nie było i nie ma.

A przecież w Polsce mamy wybitnych scenarzystów, dlaczego nie powierza się im tworzenia oryginalnych dzieł? Tylko dla oszczędności kasy producenta? Polscy literaci do piór, studenci do nauki – może Gomułka miał rację? Tym bardziej, że poziom studiów jest marny, podobnie jak scenariuszy filmowych.

Historia – nasza niezbyt udana specjalność

Mamy jeszcze telewizyjne filmy i seriale dotyczące historii najnowszej. I niestety są one artystycznie słabe. Być może dlatego, że nie da się napisać dobrej powieści, zrobić dobrego filmu pod założoną tezę. Choć takie produkcje powstają. Przy czym – wszystkie one są bardzo tendencyjne. Ale stacje i twórcy nawet nie silą się na obiektywizm. I mimo że kręcone w kolorze, te filmy i seriale są czarno-białe. Każda produkcja – powiedzmy telewizji A – ma dowieść wyższości cukinii nad ogórkiem, a cała działalność telewizji B ma pognębić cukinię, kosztem ogórka.

Jest to nawet śmieszne i zabawne, póki nie dotyczy sztuki. Prawdziwa sztuka nie uniesie, bo nie może, treści dydaktycznych. Sztuka to bunt i poszukiwanie nowych światów, nowych wartości.

Żyją jeszcze wśród nas artyści, którzy pamiętają okres socrealizmu w sztuce i mogą poświadczyć, że za Stalina dzielono spektakle teatralne i filmy – telewizji jeszcze nie było – na słuszne i niesłuszne. W tamtych latach władza wyznaczała bohaterów, o których trzeba było pisać, władza organizowała nawet wycieczki literatów na wieś, żeby artyści na miejscu mogli poznać i zrozumieć wieś, bo to było słuszne. Ale literatom pokazywano dwie wsie – starą kułacką i nową socjalistyczną, czyli spółdzielczą, lub pegeerowską. Stare należało potępić, nowemu dodać skrzydeł.

Takie „zadaniowe” traktowanie sztuki przez władze zawsze kończy się źle. I osiąga przeciwne do oczekiwanych skutki. Bo żaden aktor na świecie nie zagra „bohatera”. Może zagrać człowieka zdeterminowanego, odważnego, bez wyjścia, w trudnym położeniu, osamotnionego…, ale nikt nie jest w stanie zagrać bohatera. A u nas, niestety, próby nad graniem bohaterów są w pełnym toku.

W efekcie powstają coraz to nowe filmy hagiograficzne, o świeckich świętych politycznych. Ci co zamawiają takie dzieła nie wiedzą, że bohater bez skazy jest w sumie nudny. Tym samym wszelkie dzieła artystyczne o bohaterach naznaczone są skazą nudnego dydaktyzmu.

Szuka z drążka

Są oczywiście seriale „pogłębione”, w których bohaterowie coś dramatycznego przeżywają. Niestety jest to konfekcja psychologiczna, z drążka. Przed wojną o garniturze marnej jakości mówiono, że to „garnitur z drążka”. Znaczyło to, że garnitur jest kupiony w sklepie, nie jest szyty na miarę, ergo marny.

Przyszło mi to porównanie na myśl, ponieważ pojawiają się też seriale psychologicznie ambitne. Niestety dramat jest najtrudniejszym gatunkiem i trzeba na jego powstanie talentu na miarę Szekspira. Bo powtarzanie w kółko, że są w kraju biedni i bogaci, że rodziny coraz bardziej się rozpadają, że ofiarami rozwodów są dzieci, że niegdysiejsi ideowcy okazują się niekiedy karierowiczami… Takie i podobne „refleksje” leżą u podstaw wielu naszych filmów i seriali. Ale są to niestety tezy gazetowe, publicystyczne. Nie da się z nich nakręcić poruszającego dzieła o samotności, o nienawiści, szaleństwach, inności i nieprzystosowaniu. Owszem Ingmar Bergman nakręcił „Milczenie”, ale z pewnością nie inspirował się odkryciami prasowymi.

I jeszcze jedno – talent. Jedno co o nim wiadomo, że niekiedy występuje, ale już dlaczego i kogo dotyka jest Wielką Tajemnicą. Zawsze gorzko bawiło mnie wspomnienie Boya-Żeleńskiego, gdy pisał o pewnym krakowskim artyście, który w upojeniu alkoholowym, leżąc pod fortepianem powtarzał w kółko: „Boże dałeś mi talent, ale dlaczego tak mały?!”

Jedno co wiemy o talencie, że występuje wtedy, gdy jego nosiciel sprawdza się w sztuce. Talent nie poparty pozytywnymi efektami talentem nie jest. Talent nie jest czymś, co jest ukryte. Mówimy o nim dopiero wtedy, gdy zaistniej na scenie, w książce, na ekranie. Być może każdego z nas stać jest na napisanie jednego wiersza, nawet jednego tomiku, ale przy drugim i trzecim najczęściej okazuje się, że talent bez wsparcia techniki twórczej, znajomości kanonów danej gałęzi sztuki jest niczym. Z drugiej strony producenci filmów i seriali powinni szukać ludzi utalentowanych. Bo bez talentu – tej boskiej iskry geniuszu – na nic są umiejętności, warsztat i znajomość kanonów. Tak to wygląda. Nie najlepiej – jak mawiała moja licealna pani profesor stawiając mi tróje na szynach.

Zebranie Ogólne Delegatów EFJ - Izmir 14 zerwca 2022 roku Fot.: HB

O niektórych uchwałach kongresu EFJ pisze HUBERT BEKRYCHT: Zmartwienia i beztroska

Po Zebraniu Ogólnym Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), które odbyło się w połowie czerwca 2022 roku w Izmirze pozostały nie tylko gorące wspomnienia o temperaturze 35 stopni Celsjusza, przy sporej wilgotności. W Turcji wybrano nowe władze EFJ, przyjęto kilkanaście uchwał. Niestety, moim zdaniem, większość delegatów nie zdaje sobie sprawy z powagi międzynarodowego kryzysu i sytuacji dziennikarzy po rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz w stosującej represje wobec reporterów Turcji. Na kongresie EFJ, zamiast w całości poświęcić obrady tym właśnie problemom, rozmawiano też o wielu tematach zastępczych zniekształcających obecny obraz naszej profesji.

Wobec kryzysu społeczno-ekonomicznego spowodowanego najpierw pandemią a teraz brutalną rosyjską agresją na Ukrainę oczekiwano, że, główny akcent kongresu położony zostanie na sytuację m.in. dziennikarzy w napadniętym przez Moskwę kraju i przypadki łamania wolności słowa nad Bosforem poprzez represjonowanie przedstawicieli tureckich mediów. Nic z tego. Owszem, te problemy także omawiano, ale w kontekście wyborów nowych władz EFJ, nie poświęcono im – moim zdaniem – tyle uwagi, ile należało. Oprócz piszącego te słowa reprezentanta jednej z trzech, za to największej, organizacji dziennikarskiej w Polsce, czyli SDP, potwierdzili to zresztą dziennikarze z Ukrainy, Litwy i kilku innych krajów środkowo-wschodniej części Europy oraz sporo reprezentantów Turcji.

                                                                    Inwazja

Zresztą podczas zjazdu na stronie internetowej EFJ próżno było szukać wzmianek o Ukrainie, zresztą, poza informacją o wyborze Chorwatki Mai Sever na nową szefową Europejskiej Federacji Dziennikarskiej, w ogóle niewiele było o zjeździe w Izmirze. Dwa dni po jego zakończeniu w oficjalnym medium EFJ w sieci ukazały się wieści o więzionych w Turcji dziennikarzach, o czym też rozmawialiśmy podczas kongresu. Nie ma na stronie EFJ jakiegokolwiek symbolu solidarności z Ukrainą – akcent kolorystyczny, flaga…

A jakie podczas zjazdu wybrano sposoby natychmiastowego przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie wykrzywiającej obraz wojny obronnej, którą prowadzi odpierająca moskiewską inwazję Ukraina? Nie było ich wiele. Omawiany był projekt uchwały – rezolucji autorstwa Narodowej Unii Dziennikarzy Ukrainy NUJU „O odpowiedzialności rosyjskich dziennikarzy za podżeganie do wojny”. Projekt poparł także delegat drugiej organizacji ukraińskiej Niezależnego Związku Zawodowego Mediów Ukrainy IMTUU oraz reprezentanci Litwy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i kilku innych delegatów, głównie z centralnej i wschodniej Europy.

Przypomnieć należy, że ogólnie sytuację w EFJ porównać można do Unii Europejskiej, w której prym wiodą kraje bogate: Niemcy, Francja, Włochy, państwa skandynawskie, a reprezentanci wschodniej i centralnej części kontynentu są nieustannie pouczani, co do tego, jaka powinna być solidarność między członkami Wspólnoty z dwunastoma gwiazdami na fladze.

Kilka poprawek zasadniczo zmieniających, a według niektórych delegatów nawet łagodzących treść rezolucji ukraińskiej, zgłosili brytyjscy dziennikarze z Narodowej Unii Dziennikarzy (National Union of Journalists – NUJ). Korekty Wyspiarzy, choć nie są oni już w UE, poparły delegacje dziennikarskie z krajów tzw. Starej Europy, m.in. Niemiec, Francji i Belgii oraz niektórych państw skandynawskich. Polityczna poprawność znowu wyszła z cienia i świetnie rozwijała się zasilana przez tureckie upały 13 i 14 czerwca 2022 roku.

                                                                           Poprawki

Po co poprawki? Wydawało się, że chciano nieco „uspokoić atmosferę” po tym, jak – zdaniem reprezentantów sporej części południa kontynentu – „napiętnowano wszystkich dziennikarzy rosyjskich” – taką tezę wygłaszali potem w kuluarach zjazdu już nie tylko Włosi, Hiszpanie i przedstawiciele krajów bałkańskich.

Pierwsza brytyjska poprawka stanowiła, że „Zgromadzenie Ogólne potępia niesprowokowaną rosyjską inwazję na Ukrainę”. Przyznać należy, że ktoś tu był bardzo ostrożny wobec ewidentnych zbrodni na cywilach, których dopuścili się mordercy w mundurach rosyjskich.

Druga poprawka firmowana przez brytyjski NUJ: „Po słowach ‘niszczycielska propaganda, dezinformacja i podżeganie do nienawiści wobec Ukraińców’, usuwa się następującą po tym część zdania – ‘która przygotowywała do zakrojonej na szeroką skalę inwazji rosyjskiej wraz z nagromadzeniem czołgów i pocisków’ – i zastępuje się to: ‘były częścią strategii Putina, wraz z rozmieszczeniem czołgów, rakiet, samolotów i jednostek wojskowych w pobliżu granicy z Ukrainą’”. Zatem, poprawka ta ma – wg. bogatej Europy „wyjaśnić”, że „strategia Putina” to nie to samo, co „rosyjska inwazja”. Chodziło chyba o to, aby tak często nie pisać „rosyjska”, rosyjski”, kiedy można napisać „putinowski”, putinowska”. Paranoja? Tak, ale to trwa od lat, bo Europa potrzebuje rosyjskiego gazu. I boi się bardziej Rosjan niż Putina.

W przerwie, przy wybornej tureckiej kawie, brytyjscy delegaci i ich akolici z innych krajów tłumaczyli brzmienie poprawki tym, że „nie wszystko, co rosyjskie jest putinowskie”. Była to próba relatywizowania i dowodzenia, że są „dobrzy i źli” Rosjanie, a ponieważ proponujące poprawki brytyjskie stowarzyszenie dziennikarzy nie jest tak konserwatywne jak realnie wspierający Ukrainę rząd Borisa Johnsona, można mieć w przypadku niektórych dziennikarzy – delegatów z NJU do czynienia z syndromem ostrożności nazywanym w naszej części Europy syndromem „pożytecznych idiotów”.

Poprawka trzecia: „usunąć wszystkie pozostałe punkty rezolucji (autorstwa Ukraińców – red.) i zastąpić je następującymi zdaniami…”. Wymienię tylko trzy z poprawek rezolucji proponowanej przez dziennikarzy brytyjskich, przy wsparciu, pozostałych delegacji tzw. Starej Europy, zamiast oryginalnego tekstu Ukraińskiego, w którym piętnowano po prostu wszystkich Rosjan, także dziennikarzy, którzy nie sprzeciwiają się barbarzyńskiej agresji Moskwy na Ukrainę.

Oto „złoty środek” w rezolucji stygmatyzującej Rosjan – najeźdźców i ich propagandystów – zdaniem delegatów zasobnych i stabilnych, na razie, państw m.in. członków UE oraz Wielkiej Brytanii:

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjskie media, w większości, odegrały rolę wspierającą inwazję Putina (…)”.

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjscy dziennikarze zostali poddani silnej presji, aby opublikowali materiały wspierające wojnę, pod groźbą kary więzienia (…).”

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że odnotowuje odważne decyzje ze strony niewielkiej liczby rosyjskich dziennikarzy, którzy – pomimo poważnego ryzyka dla nich samych – publikowali wiadomości rzetelniej odzwierciedlające sytuację, a wielu rosyjskich dziennikarzy wybrało emigrację (wygnanie) zamiast współudziału”.

Ukraińcy wnioskodawcy, z poparciem delegatów Litwy i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz kilku reprezentantów innych krajów, nie zgodzili się na takie – kolejne już – relatywizowanie i „wybielanie” rosyjskich dziennikarzy. Oj, znowu ci dobrzy Rosjanie. Tacy jak „redaktor” Owsjannikowa, która wspólnie z Putinem zakpiła sobie z opinii publicznej na całym świecie i jest teraz niemiecką reporterką swobodnie nadającą korespondencje z Moskwy.

Po kilku godzinach „perswazji” ze strony władz EFJ i mających większość delegatów na zjazd krajów starej UE, przedstawiciele ukraińskich stowarzyszeń i związków przystali na kompromis, któremu bliżej było do pierwowzoru projektu autorstwa NUJU i bez nieco naiwnych poprawek proponowanych przez zwolenników „ostrożnych posunięć” wobec rosyjskich dziennikarzy, którzy „nie wsparli oficjalnie agresji Moskwy i rosyjskich zbrodni wojennych na Ukrainie”. Choć na poziomie semantycznym pozostała forma radykalna, to niuanse kompromisu stworzyły furtkę do przyjęcia równie ważnej dla ukraińskich dziennikarzy i dziennikarzy w każdym demokratycznym państwie, uchwały EFJ o ratowaniu mediów w wyniszczonym rosyjskim atakiem kraju.

                                               Wsparcie dla dziennikarzy z Ukrainy

A w najważniejszym fragmencie rezolucji EFJ skierowanej m.in. do KE i PE czytamy, że EFJ popiera działania mające „zatwierdzić program wspierania niezależnych mediów ukraińskich i ustanowić Fundusz Wsparcia Mediów; zrealizować w Europie specjalne programy wsparcia ekonomicznego dla ukraińskich dziennikarzy i mediów w celu ratowania niezależnych mediów ukraińskich” – przewiduje rezolucja przyjęta przez Europejską Federację Dziennikarzy 14 czerwca 2022 roku w Izmirze.

Niestety, sprawy dziennikarzy na zniszczonej wojną Ukrainie i represje wobec tureckich mediów skutecznie schodziły na drugi plan, bo dyskutowano długo, o przyjętych potem, uchwałach dotyczących równości płci i środowisk LGBT, które z radością poparła większość delegatów. To prawo demokracji, ale, na Boga, świat jest na krawędzi III wojny światowej i – najczęściej rzekoma – dyskryminacja środowisk homoseksualnych nie jest tak istotna, jak to, że wkrótce rozlewająca się rosyjska fala totalitaryzmu może wyeliminować jakiekolwiek prawa osób LGBT. Bo napadnięte państwa przestaną być suwerenne i demokratyczne, toteż nie będzie żadnych praw dla mniejszości seksualnych. Tego większość delegatów nie rozumiała lub nie chciała rozumieć.

Obserwowałem zainteresowanie takimi tematami zastępczymi jedynego, spoza SDP (2,8 tys. członków wg. danych EFJ), delegata z Polski – Krzysztofa Bobińskiego z Towarzystwa Dziennikarskiego (100 członków – EFJ) powstałego na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku. Bobiński reprezentował także Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będące spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów federacji liczy 350 osób. Sam zaś redaktor Bobiński był niedawno jeszcze prominentnym działaczem SDP, ale 8 lat temu po przegranych z Krzysztofem Skowrońskim wyborach na stanowisko prezesa stowarzyszenia, odszedł obrażony. Potem współtworzył Towarzystwo Dziennikarskie, którego głównym celem wydaje się być zwalczanie PiS i tropienie „przychylnych” rządowi mediów.

                                                                 Nie taka zła Polska

Delegat TD kilka razy zabierał głos, m.in. na temat równości płci. Bobiński przedłożył też projekt przyjętej zresztą później uchwały, w której, Towarzystwo Dziennikarskie potępia Polskę, czyli własny kraj, za to, że przedsiębiorstwo państwowe Orlen kupiło na wolnym rynku od niemieckich przedsiębiorców koncern prasowy Press. W uchwale napisano, że to rządowy plan zdominowania prasy regionalnej przed wyborami samorządowymi. Wystąpieniu delegata TD przysłuchiwała się delegatka jednego ze stowarzyszeń dziennikarzy szwajcarskich i potem – ku zdziwieniu wszystkich – powiedziała, że u Helwetów jest gorzej z wolnością prasy niż w Europie Środkowej i Wschodniej. Podkreśliła, że w Szwajcarii większość lokalnej prasy usiłuje kontrolować tamtejszy sektor bankowy. Czyli, delegat TD nie mógł cieszyć się opinią jedynego reprezentanta mediów kraju zawłaszczanego przez „antydemokratyczny” rząd powiązany z biznesem.

Przebiegły do bólu plan Towarzystwa Dziennikarskiego nie wypalił także podczas, złożonego przez Bobińskiego wniosku, w sprawie przyjęcia uchwały o pilnej potrzebie obrony niezależnych mediów publicznych w Europie. Uchwała została przyjęta, ale było tam napisane, że oprócz Polski, ryzyko pozbawiania niezależności mediów publicznych występuje także w 14 innych krajach Europy, m.in. w Austrii, Bułgarii, Chorwacji, na Cyprze, w Grecji, na Węgrzech, na Malcie, w Czarnogórze, Macedonii Północnej, Turcji, Rumunii, Słowenii a nawet we Włoszech. I znowu klops, bo ponownie TD nie udało się udowodnić, że w Polsce jest gorzej niż gdzie indziej.

Reasumując większości delegatów EFJ nie martwiło to, że jeśli w europejskiej polityce i europejskim dziennikarstwie nie nastąpi ostra reakcja na rosyjską inwazję na Ukrainę, może i ich kraje zostaną kiedyś podporządkowane Moskwie. Nie martwiły prawie nikogo ukryte gdzieś w państwach UE rosyjskie agentury i ośrodki kremlowskiej propagandy rozsiane po całym kontynencie. Nie martwiły większości delegatów EFJ niesprawiedliwe osądy dziennikarstwa w krajach centralnej i wschodniej części kontynentu.

A mnie takie problemy martwią. Zastanawiam się więc, jak będzie wyglądał następny zjazd EFJ? Bo to niestety tylko kwestia czasu, kiedy ignorowane przez Europejską Federację Dziennikarzy sprawy staną się pierwszoplanowymi tematami kolejnego zjazdu. Obyśmy tylko zdążyli przed końcem znanego nam świata.

 

 

 

Czasem język polski sięga bruku, a raczej modnej teraz kostki. A ta kostka też nie przystaje do wszystkich składowych naszego języka ojczystego. Fot.: HB

WALTER ALERMANN: Walka z językiem polskim, czyli zwycięstwo Marksa

Walka z językiem narasta w miarę rozwoju mediów –  tak właśnie pozwolę sobie strawestować słynną tezę Stalina, że walka z socjalizmem narasta w miarę kolejnych sukcesów socjalizmu.

Jest jednak faktem nieżartobliwym, że póki w Polsce działała jedna państwowa telewizja, jedno państwowe Polskie Radio oraz jeden państwowy koncern RSW Prasa, Książka, Ruch, z językiem nie było tak źle jak teraz. Oczywiście język socjalistycznych mediów był śmiertelnie nudny, ale jednak poprawny.

Nie tęsknię za tamtymi laty i nie namawiam do powrotu do owych czasów, ale jest faktem, że mnogość mediów spowodowała dopuszczenie do klawiatur, mikrofonów, kamer i Facebooków osobników, którzy nie radzą sobie z poprawnym wysławianiem się. I tu mamy starą tezę Marksa – trzymając się już powrotu do lat minionych – że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość, a nawet gorzej, że ilość wymusza obniżenie jakości. Ale przejdźmy już do kolejnych „świeżynek”.

W co gra Iga

Słyszę od sprawozdawców sportowych w telewizji: „Iga gra kapitalny tenis”.  Coś nie bardzo jest to poprawne. Iga Świątek gra w tenisa – to jest dla polskiej normy językowej oczywiste. I tak musi być. Nie wiem dokładnie jak tam jest u Anglików i w USA, ale u nas gra się w piłkę, w tenisa, w siatkówkę, w szachy a nawet w klipę.

Dlaczego sprawozdawcy snobują się na „nowoczesnych”? Nie wiem, ale być może znają trochę angielski. Na tyle, żeby bezmyślnie kopiować obce wzorce. W poprawionym zadaniu „Iga gra kapitalnie w tenisa”, też miałbym wątpliwości co do tego „kapitalnie”. Kapitułowo, kapitałowo, kapitulikowo – jeszcze bym z czymś to w języku polskim kojarzył, ale „kapitalnie”? Dlaczego to Iga nie może grać cudownie, doskonale, wspaniale, porywająco?

Co zrobił teatr

Na wielkim płocie, ogradzającym duży teren budowy w centrum Łodzi, jakiś magistracki urzędnik, odpowiedzialny za autoreklamę miasta, kazał wymalować jakieś obrazki przedstawiające aktorów w akcji, które podpisano: „Teatr odegrał spektakl”.

Zmartwiłem się, bo lubię teatr, ale też lubię język polski. Zatem. Może być, że teatr coś zagrał, że odbyło się przedstawienie, spektakl. Skąd ten urzędnik wziął „odegrał”? Owszem, w języku gwarowym występował, przed kilkudziesięcioma laty, taki zwrot, ale na wsiach, którym daleko do miasta. Zdarzało się też, że jeszcze w dziewiętnastym wieku wędrowne trupy teatralne „coś odgrywały” na prowincji. Ale żeby dzisiaj, w trzecim co do wielkości mieście Polski, dochodziło do „odgrywania”?

Odgrywać się to można w karty. Przy czym nie jest to postawa racjonalna, bo na kilometr pachnie hazardem, czyli stratą. Odgrywać się można na kimś, za jakąś podłość nam uczynioną. I pamiętajmy za co Cygan bił syna: „Cygan bił syna nie za to, że przegrał, ale że się odgrywał”.

Jeszcze co do napisów na łódzkich płotach. Pamiętam, że przed kilkunastoma laty na płocie ogradzającym Plac Dąbrowskiego, przed Teatrem Wielkim, zawisły banery głoszące: „Łodzianie, robimy to dla Was”. Czyli, że władze miejskie wysupłały z własnych kieszeni pieniądze, za które budowniczowie mieli wybudować nową nawierzchnię placu, którego centralnym punktem okazała się być gigantyczna – i wątpliwej urody – fontanna. I jeszcze jedno – ponieważ zbliżała się kampania wyborcza, to te banery były podpisane dwoma nazwiskami: ówczesnego prezydenta miasta i jego zastępcy, bo obaj gdzieś kandydowali. Łaskawcy i dobrodzieje.

Czym zarządza piłkarz na boisku

Istnym kuriozum jest kwestia jednego ze sprawozdawców piłki nożnej w telewizji, który  stwierdził: „Ten piłkarz doskonale zarządza swoimi emocjami  na boisku”. O co temu sprawozdawcy mogło chodzić? Może o to, że będąc faulowany nie pobił faulującego? A może o to, że nie skopał sędziego, który niesłusznie odgwizdał spalonego? Skupiłem się na nudnym meczu, żeby odkryć tę tajemnicę. Po godzinie oglądania odkryłem, że sprawozdawcy chodziło o to, że piłkarz przez większą część meczu zachowywał się spokojnie, wolniutko, statecznie dreptał po boisku, ale w kilku sytuacjach nagle przyspieszał, a nawet zdobył – z tego przyspieszania, czyli z  dobrego zarządzania emocjami – bramkę.

Ten tenże

Jest też nowe modne słówko w obiegu – „tenże”. Coraz więcej dziennikarzy telewizyjnych zamiast mówić „ten”, mówi „tenże”. Oczywiście jest taki zaimek, urobiony z – ten oraz partykuły – że. Tyle tylko, że jest to straszny archaizm. Funkcjonuje jeszcze w kościele i w starych tekstach świeckich. „Tenże” ma charakter podniosły, uroczyste i nobliwy. Ale dlaczego współczesny dziennikarz przy okazji banalnej i codziennej mówi „tenże” zamiast „ten”? Nie rozwikłam tego, a jedyne co mi przychodzi na myśl, to podejrzenie, że dziennikarze mówiący „tenże”, chcą być poważniejsi. Ale jak można być traktowanym poważnie, gdy mówi się językiem przedrozbiorowej Polski?

Momentum

Kolejnym mało zrozumiałym słowem, z wielką, ale miejmy nadzieję chwilową karierą jest „momentum”. Zacząłem obserwować w jakich sytuacjach dziennikarze telewizyjni mówią „momentum”. Otóż w różnych. Przede wszystkim momentum zastępują „tę chwilę, ten moment”.

Słownik internetowy poucza nas, że momentum jest pojęciem z fizyki i oznacza rozpęd, impet. W języku potocznym może też oznaczać tempo, rozmach działań. Przy czym – język potoczny zapożyczył termin z fizyki, nie do końca sensownie.

Stary Doroszewski nie notuje „momentum” w ogóle, bo nie zajmowały go języki techniczne, żargony specjalistyczne. U Doroszewskiego mamy jedynie: „Wpaść gdzieś na moment. Przełomowy moment w czyimś życiu.” I tak być powinno. Dbajmy o prawidłowe używanie „momentu” a „momentum” zostawmy technice i nauce. Bo inaczej wszystkich nas – niedługo – z tego horrendum trafi apopleksium.

Kto kogo dominuje

Mówi dziennikarz sportowy: „Kowalski dominował swego przeciwnika”. Mój Boże, co to ludziom przychodzi do głowy, albo bez pośrednictwa głowy, prosto na język.

Można dominować nad kimś, nad czymś. Dominować pochodzi przecież od dominus czyli pan. Zatem można panować, dominować, czyli przeważać. Da się dominować na boisku lub zdominować dyskusję. Ale nie można dominować kogoś. Panowie i Panie! Poza słowami, mamy jeszcze składnię tych słów!

Obcowanie

Dotychczas zdawało mi się, że „obcowanie” należy do sfery intymnej. I znowu myliłem się. Bo oto dziennikarz twierdzi: „Ten piłkarz doskonale obcuje z piłką”. Tak napisano na portalu „WP Sportowe Fakty”. Chodziło o to, że piłkarz ma doskonałą technikę – w odbiorze piłki, w prowadzeniu i podaniu. Skąd redaktorom wzięło się „obcowanie”? Nie wiem, ale jest śmiesznie. Na dowód zamieszczam znany wiersz Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Mądrym ku przypomnieniu, idiotom ku nauce – jak pisano przed wiekami.

Tadeusz Boy Żeleński – Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna –
Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera – gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne panie
(By od grubszych zacząć braków);
Jak mam nazwać… „obcowanie”
Dwojga różnych płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” – czy też „świństwem,
Lub czym innym w takim guście?

Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o – „rui i porubstwie”!

W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era?
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć –
Lecz wykrztusić jak: „Aniele,
Ja chcę z tobą… »cudzołożyć«!”

Jak wyszeptać do dziewczęcia:
„Chcę… pozbawić cię dziewictwa…
Nie obawiaj się »poczęcia«,
Kpij sobie z »ja-wno-grze-szni-ctwa«!”

Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”

Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi;
Polak cnotę ma w respekcie,
Lub „tentuje” ją – na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się pod stołem…

Niech upadnie ci serweta –
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A przy stole – komunały
O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki.

Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem…”

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Widzę tu zebraną tłumnie
Kapłanów sztuki elitę,
Co swe kudły wnoszą dumnie
Ponad rzesze pospolite.

Wy! „świetlanych duchów związek”,
Wy! „idei stróże czystej”,
Wasz to jest psi obowiązek
Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,
Schowajcie pawie ogony,
Żyjcie – czym każdy z nas żyje,
Idźcie – – kochać… za miliony!

Dość „nastrojów” waszych, dranie!
Uczcie mówić waszych braci:
To jest wasze powołanie!
Od tego was naród płaci!

Język nasz jest skarbem świętym,
Nie igraszką obojętną;
Nie krwią, ale atramentem
Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi.
A nie tępić życia zaród,
Soków pełnię czerpać z ziemi:
Jaki język – taki naród!!!

Fot. Archiwum/ hb

Gorzkie przewidywania przedwyborcze STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Przerębel

Francuska reżyser Celine Sciamma mówiła WO, że „polityków nie obchodzi los dzieci ani ludzi starszych, bo to im się zwyczajnie nie opłaca”. My jednak jak uparte osły ciągle na tych partyjnych wybrańców głosujemy. W zależności od łaski szefa partii lub jego doradców można dostać się na listę wyborczą na dobrym lub gorszym miejscu. Będziesz pokorny, będziesz bez grymasów ssał mleko matki – twojej partii, to dostaniesz Jedynkę. Czym mniej jesteś wierny tym niżej lądujesz.

Większość głosuje nie na konkretnych ludzi, a na partię. I to oczywiście źle. Bo dostaje się potem do rad, Sejmu i Senatu wielu zakłamańców, leni a nawet wrogów Ojczyzny. Tak, tak wrogów bezwstydnych, którzy podnoszą łapę albo i obie nie bacząc komu służą. Bo nieważne czyje co je – ważne tylko co je moje. Łazi to łajdactwo po naszej ziemi i czeka na europejską łaskę. Toleruje się to w imię demokracji, choć demos to lud!

Któregoś dnia lud weźmie cepy w dłoń. Tak już bywało i będzie. Warto jednak próbować zmieniać elekcyjne przyzwyczajenia. Takąż próbą mogą być jednomandatowe okręgi wyborcze. Mówią, że do wyborów daleko. Wcale nie. Jest dokładnie tyle czasu, ile potrzeba na przedstawienie ogromnej rzeszy kandydatów. Bo na wysokie stołki powinni dostać się ludzie godni i kompetentni. Aby takich odszukać wśród 20-30 milionów tu i teraz mieszkających, pracujących, trzeba czasu – by z każdym porozmawiać przed mniejszą lub większą kamerą. Pokazać ich! Niech ludzie ich zobaczą, posłuchają. Wówczas wybiorą dobrze. Może i trafi się jakaś menda tu i tam. Ale to będą wyjątki.

Bezczelne, kłamliwe partyjne kampanie wyborcze sprawy nie załatwią. Media są przypisane i sterowane, podzielone. Tylko wyczerpujące rozmowy przynajmniej nieco niezależnych dziennikarzy (a może nie tylko dziennikarzy), mogą obraz-obrazek obywatela namalować w pełni. A już ludzie wybiorą.

Dlatego akcję wielkiej prezentacji kandydatów należy rozpocząć już! No, powiedzmy po wakacjach, gdy wrócą opaleni i gotowi do boju. Bo to jest prawdziwy bój, walka nie o władzę, ale o to by coś ważnego zrobić w życiu. Partyjni bójcie się. Jeśli ktoś chwali się, że jest już piątą-siódmą kadencję – to przede wszystkim niech wytłumaczy się co zrobił w tym czasie. Na pewno dużo nagadał, przejeździł, przejadł i zarobił. Ale to za mało. Wymienić wreszcie! A może się mylę? Może ci „wprawieni” w demagogii pokonają jednak „pierwszaków-nieśmiałków”. Zobaczymy.

Tak czy owak nie powtarzajmy narodowej zabawy wyborczej tak jak zwykle. Ktoś powie: będzie zamęt. A teraz go nie ma? Naród jest podzielony jak nigdy. Ci na górze już nie ukrywają wzajemnej nienawiści. Ględzą w studiach telewizyjnych i podlizują się dziennikarzom, by ich dalej zapraszać. Po co ten szum? Życie weryfikuje wszystko. Jak jest każdy sam widzi i wie. Co się udało zrobić – widać gołym okiem. Ale gadanie o tym w kółko jest niepotrzebne. Idźmy dalej. Liczmy tylko na siebie.

Na początku lat 90. fundacje powstawały na gruzach komunizmu, ale same też nie były trwałe; Fot.: HB

WALTER ALTERMANN: Nasze wielkie osiągnięcia fundacyjne

Kilka lat temu, pewna znajoma opowiedziała mi taką historyjkę. Otóż jej koleżanka – powiedzmy z jakiegoś stowarzyszenia społecznego – zaprosiła ją do swojej fundacji.

– Ja wiem – powiedziała – tobie się nie przelewa – ale moja fundacja wesprze cię, nie jesteś sama. Musisz tylko do nas przyjechać.

Następnego dnia moja znajoma wsiadła do tramwaju i pojechała na koniec miasta. Znalazła blok i lokal, w którym fundacja się mieściła. Serdecznie się z koleżanką ucałowały a potem moja znajoma otrzymała od fundacji: kilogram cukru i cztery jajka. I wszystko to musiała – oczywiście – pokwitować.  Płacząc wracała tramwajem, na który w obie strony, wydała więcej niż warte były fundacyjne wsparcie.  

Spora część obywatel naszego kraju uważa, że marnie im się dzieje, bo Polska jest „obżerana” przez armię nierobów. Z całą pewnością jest to skutek „polityki niechęci” różnych grup społecznych wobec siebie. W PRL-u władza celowo antagonizowała lub tylko podtrzymywała stare antagonizmy.

Kto nas naprawdę obżera 

Chłopstwo nasze od wieków nie cierpiało miastowych, bo „ino siedzą za biurkiem i przekładają papiry, a w tych fabrykach, to tylko stoją, a maszyna sama się kręci”. Mieszczuchy w odwecie nie lubili chłopa, bo „chłop śpi a jemu samo rośnie, no i cały czas jest na wakacjach”. Robotnicy nie szanowali kształconych i studentów – nawet jeśli ich syn lub córka akurat studiowali.

Wszyscy oni razem nie darzyli uznaniem jednej kategorii obywateli – gryzipiórków, czyli urzędników. Zapewne dlatego, że niewielu rozumiało sens pracy tej kategorii Polaków. I ta niechęć – niestety – pozostała do dzisiaj. Skutki są takie, że urzędnicy państwowi i samorządowi zarabiają tragicznie mało. A skutkiem tego skutku jest to, że do urzędów trafiają ludzie niezbyt dobrze przygotowani do pracy. Powyższe określenie „niezbyt dobrze” to łagodny eufemizm.

Niestety wszystkim nam umyka jedna kategoria „obżeraczy” społecznego grosza. Fakt, że grupa ta sformowała się całkiem niedawno, nie usprawiedliwia braku naszej czujności. A mam tu na myśli najrozmaitszych ludzi, którzy tworzą rozliczne fundacje.

Społecznicy kontrolowani

W latach 1945-1990 każda, najmniejsza nawet forma działalności „oddolnej”, była poddawana kontroli władz. I każda była kierowana przez „delegowanych na odcinek społeczny” ludzi miałkich, strachliwych i bez polotu, których jedynym zadaniem było pilnowanie, żeby te organizacje społecznikowskie broń Boże nie prowadziły działań mogących zagrozić systemowi. A ponieważ wykładnia zagrożeń należała do państwowych służb – tak jawnych, jak tajnych – które z założenia muszą być bardzo ostrożne, więc o jakiejkolwiek wolności w organizacjach społecznych nie mogło być mowy. I nie było lub było w małym zakresie.

Tym samy stowarzyszenia ludzi promujących i uprawiających turystkę, organizacje filatelistyczne, filumenistyczne, miłośnicy i hodowcy gołębi, kanarków, hodowcy rybek akwariowych, rasowych psów i kotów – wszyscy tacy byli podejrzani i inwigilowani przez państwo.

Fundacje – początek

Z początkiem lata dziewięćdziesiątych, po czterech dekadach PRL-u, pojawiły się byty, które miały służyć oddolnemu, społecznemu i samorządowemu odrodzeniu. Zmieniono prawo, które umożliwiało grupom aktywnych obywateli powoływanie do życia wszelkiego rodzaju fundacji, stowarzyszeń, klubów i ruchów. Przyświecała temu nowemu zjawisku wielka idea ożywienia samorządności i samostanowienia się Polaków.

Trzeba powiedzieć, że wielu ludziom – w tym i mnie – niezwykle spodobała się ta nowa forma organizacyjna, mogąca wreszcie obudzić aktywność obywatelską. Mieliśmy wtedy świeżo w pamięci upaństwowione za czasów „realnego socjalizmu” spółdzielnie i stowarzyszenia, które choć z założenia były społeczne, to realnie były ekspozyturą państwa. Wielu liczyło, że przemożna, opresyjna siła państwa przestanie działać wszędzie, w najmniejszym bodaj społecznym ruchu – jak choćby w chórach, orkiestrach dętych, Lidze Ochrony Przyrody, Ochotniczej Straży Pożarnej, lub w organizacjach młodzieży akademickiej.

Pierwsze chore jaskółki

Niestety realna działalność pierwszych fundacji była katastrofą. Pamiętam, że już w 1990 roku pojawiła się inicjatywa fundacji niosącej pomoc dzieciom. Na każdej poczcie możne było kupić ładną pocztówkę i wysłać ja na adres fundacji. Przychody z tej akcji miały trafić oczywiście do biednych dzieci. Reklama była potężna, bo państwowe media nie szczędziły czasu antenowego na jej promowanie.

Działalność fundacji firmowała znana już wszystkim Małgorzata Niezabitowska. Dziennikarka „Tygodnika Solidarność”, przede wszystkim jednak rzeczniczka rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Przyznam się, że i ja wsparłem tak szczytny cel. Niestety po kilku latach okazało się, że z każdej otrzymanej od darczyńców złotówki, do dzieci trafiało jedynie 10 groszy, bo 90 groszy pochłaniały koszty prowadzenia fundacji, reklamy, etc. Wyszło niezbyt dobrze.

Powiem wprost, że nie podejrzewam pani Niezabitowskiej o jakąkolwiek rozrzutność „wewnętrzną” czy defraudację. Myślę, że osoba tak zajęta i przepracowana nie zdawała sobie sprawy z problemów organizacyjnych fundacji, z tego, że będzie musiała płacić ludziom pracujący na rzecz jej dzieła. Oczywiście powinna wiedzieć, ale nie wiedziała. Czasy były niespokojne, państwową łajbą mocno kiwało na wzburzonym morzu polityki… Jest to jakieś wytłumaczenie.

Fundacja rządowa dla teatrów

W drugiej ponurej sprawie jest zanurzona po uszy również „osoba rządowa”. A chodzi o wybitną panią reżyser, która została Ministrem Kultury i Sztuki w latach 1989-1991, w tym samym rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Sprawa dotyczy bowiem pani Izabelli Cywińskiej.

Resort kierowany przez panią minister Cywińską otrzymał od wicepremiera Leszka Balcerowicza całkiem spore pieniądze, pochodzące z rozliczenia jakiejś państwowej nadwyżki. Balcerowicz zaproponował trzymanie tych sum na koncie państwowej fundacji, celem wspierania z odsetek państwowych teatrów. I tak się stało. A pieniędzy było sporo, bo ich kwota mogła wystarczyć na roczne, całkowite utrzymanie kilkunastu teatrów.

Po kilku latach pewien dziennikarz zapytał Izabellę Cywińską co się stało z pieniędzmi fundacji.

– Niestety przepadły – odpowiedziała była minister.

– Jak to możliwe, że przepadły rządowe pieniądze? – zdziwił się szczerze dziennikarz.

– Wie pan, sytuacja była taka, że banki dawały bardzo mały procent, więc postanowiłam powierzyć je na korzystniejszy procent mojemu znajomemu, bardzo porządnemu człowiekowi. Bo w końcu komu miałam wierzyć, jak nie znajomemu? On zajmował się hodowlą kurczaków, ale na farmie – niestety – wybuchł pożar, który strawił wszystko. I pieniądze przepadły. Tak to bywa.

Jako podsumowanie przypadku fundacji pań Niezabitowskiej i Cywińskiej mogę powiedzieć tylko jedno: Nie wszyscy ci, którzy obalali komunę nadają się do robienia biznesu, prowadzenia firm czy prowadzenia kraju. Tak to niestety już jest, że nie każdy burzyciel warowni ma kompetencje do stawiania własnych.

Dobra porada fundacyjna

Gdyby ktoś z Państwa chciał polepszyć swoją sytuację materialną, polecałbym mu założyć fundację. Fundacje bowiem mogą zatrudniać kogo chcą i na jakich chcą warunkach, także założycieli. Mogą dostawać z zewnątrz pieniądze i dawać je innym fundacjom. Jest tylko jedna, ale to bardzo ważna zasada: trzeba nazwę i cele fundacji dopasować do ideologii partii aktualnie rządzącej.

Jeżeli będzie to za czasów Platformy et consortes, to polecam takie nazwy: Bliżej Europy, Europa w Nas, My w Europie, Wolność Obywatelska, Patrzymy w przyszłość, Nowoczesność bez zahamowań, Europa bez granic.

Gdyby zaś pomysł z fundacją przypadł na rządy PiS, to nazwy muszą być ciut-ciut inne, na przykład: Przedmurze, Tradycja, Dobre stare wzorce, Duch nad ciałem, Duch naszych ojców, Na straży granic, Okopy, Bastion, Forteca.

Znalazłem tylko jeden wyjątek, który będzie pasował do obu formacji, ta nazwa to: „Nigdy więcej”. Ale bez wypisywania czego nigdy więcej. Po prostu samo „Nigdy więcej”.

 

Fot.: Archiwum/ r/ h

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Ten wyrok to ideologia, nie prawo

 To się dzieje naprawdę. W procesie karnym szanowany, nadzwyczaj kulturalny profesor zostaje skazany za to, że zdystansował się od profesorki publicznie wydzierającej się: „j…ć” i „wy…….ać”. To się dzieje nie w putinowskiej Rosji, tylko u nas w Polsce. Wyrok sądu wydany przez sędzię Karolinę Świderską jest szkodliwy i delikatnie mówiąc niemądry. Jest też nieprawomocny i nie wyobrażam sobie, żeby ta bzdura mogła stać się ostać.
Chociaż to polski wymiar sprawiedliwości, więc wszystko może się wydarzyć. Rozumiem, że lobby sędziowskie wbija maluczkim do głów: „Wyroków sądów nie można komentować”. W ten sposób sędziowie próbują zrobić z siebie święte krowy, z których wymion spijać mamy prawdę objawioną. Swoją drogą sędziowie w Polsce są już w zasadzie świętymi krowami, które za nic nie ponoszą odpowiedzialności, bo tak udało im się skonstruować prawo. Jedyne co robi na nich wrażenie to upublicznienie w jaki sposób orzekają.
Zobaczmy co, jak i na jakiej podstawie orzekła sędzia Świderska, ponieważ mamy prawo i obowiązek przyglądać się wyrokom. Jest sobie taka profesorka na Uniwersytecie Szczecińskim, nazywa się Inga Iwasiów i jest ona wielce zaangażowana. W październiku 2020 roku na demonstracji w Szczecinie po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającym prawo do aborcji miała długie wystąpienie. Wykrzykiwała między innymi: „Nie jak profesorka, tylko jak kobieta powiem: j…ć i wy…….ać”.
Iwasiów należy do elitarnej Rady Doskonałości Naukowej, która zastąpiła w 2019 roku Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów. Do tej rady w roku 2020 należy też profesor Tadeusz Żuchowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W listopadzie 2020 roku na posiedzeniu online (pandemia) wygłasza swoje oświadczenie-rezygnację, które słucha kilkanaście osób, w tym Iwasiów. „Nie akceptuję wulgarności i chamstwa w życiu publicznym, a takim było wystąpienie profesor Iwasiów na wiecu w Szczecinie” i dalej „Nie chcę uczestniczyć w obradach, podejmować kolegialnych decyzji, jeżeli w Zespole Humanistycznym są profesorowie, którzy wypowiadając się publicznie używają języka rynsztokowego. Nie rozstrzygam czym spowodowana jest koprolalia pani profesor Iwasiów, czy zaburzeniami chorobowymi czy brakiem wychowania, ale według mnie takie zachowanie uwłacza zarówno etosowi profesora, jak i szkodzi wizerunkowi Rady Doskonałości Naukowej”. Sytuacja jest nadzwyczaj prosta. Ponieważ publiczne wykrzykiwanie „j…ć” i „wy…….ać” jest chamskie i wulgarne profesor Żuchowski nie akceptuje tego i w geście sprzeciwu nie chce mieć z profesorką Iwasiów nic wspólnego. Jeszcze niedawno z taką profesorką nic wspólnego nie chciałby mieć żaden uniwersytet, ale czasy się niestety zmieniają.
Iwasiów idzie do sądu i z artykułu kodeksu karnego oskarża profesora Żuchowskiego w zniesławienie. Prywatny akt oskarżenia wygląda na jakąś kompletną bzdurę. Artykuł 54 Konstytucji zapewnia przecież wolność wyrażania swoich poglądów, a profesor korzystając z chwytu retorycznego delikatnie obszedł się z wulgarną profesorką. Tak się wydaje, żyjemy jednak w Polsce, do której powoli wkracza kaganiec poprawności politycznej, a ta ma zastraszyć wyrokami inaczej myślących. Profesor Iwasiów przed sądem konstruuje zdumiewające androny. Uważa, że musiała krzyczeć „j…ć” i „wy…….ać”, bo inaczej już było i nie przyniosło to spodziewanego efektu. Idąc jej tokiem rozumowania, jeśli wulgaryzmy nie przyniosą efektu być może zacznie usprawiedliwiać terroryzm, bo przecież „j…ć” i „wy…….ać” okazały się za słabe.
Poza tym Iwasiów włącza kompletnie bezsensownie feministyczną histerię. „Sprzeciw profesora Żuchowskiego z całą pewnością ma charakter paternalistyczny. Opiera się na poczuciu posiadania władzy” – mówi i dodaje „Mechanizm jaki został zastosowany przez profesora Żuchowskiego, jest stary jak świat. Mężczyźni nie tylko objaśniają nam świat, ale też zwalczają kobiety, które nie chcą słuchać ich tyrad przestrzegać narzuconych zasad”. Sprawiedliwie przyznać trzeba, że te słowa to kompletne bzdury. Płeć nie ma tu nic do rzeczy. Gdyby facet-profesor wykrzykiwał takie słowa, to przecież byłoby to to samo chamstwo z sferze publicznej.
Co na to profesor Żuchowski? „Oskarżenie to nieuzasadniona reakcja na mój protest, która ma spowodować zastraszenie innych, żeby nie występowali w obronie przyzwoitości i poprawności języka polskiego”. Trudno się z tą wypowiedzią nie zgodzić. Słowo klucz w tej wypowiedzi to „zastraszenie”. Sędzia Karolina Świderska 15 czerwca skazuje jednak profesora Żuchowskiego na grzywnę 5 tysięcy złotych, 2 tysiące na feministyczne stowarzyszenie i publiczne przeprosiny. W ustnym uzasadnieniu mówi: „W ocenie sądu doszło niewątpliwie do przekroczenia przez oskarżonego granic krytyki wypowiedzi, albowiem wypowiedź oskarżonego była nacechowana złośliwością i w ocenie sądu miała na celu obrażenie Ingi Iwasiów”. Zaraz, zaraz. Zatrzymajmy się tu, załóżmy, że wypowiedź profesora była złośliwa, choć ja tu żadnej złośliwości nie widzę, czy to znaczy, że za złośliwe wypowiedzi możemy zostać skazani w procesie karnym? Werbalna złośliwość jest przestępstwem? Jeśli tak to wkrótce trzeba będzie wsadzić większość Polaków. Poza tym co znaczy „w ocenie sądu wypowiedź miała na celu obrażenie”?
Na jakiej podstawie sąd przypisuje winę? Przecież to czysto subiektywne. Na tej zasadzie powiedzenie komuś „dzień dobry” może zostać uznane przez sąd za obrażające, bo mówiący nie wykazał entuzjazmu? Czyli to nie „j…ć” i „wy…….ać” jest piętnowane przez sąd i uwłacza etosowi profesorskiemu, tylko krytyka takich słów? Ciekawa sprawiedliwość. Ten nieprawomocny wyrok to niestety pewna potęgująca się tendencja. Odbiera się nam wolności myślenia i wypowiadania ocen. Mamy akceptować chamstwo, jeśli służy ono określonej ideologii. Bo ten wyrok nie ma nic wspólnego z prawem. Ma zastraszyć naukowców, dziennikarzy, publicystów. Ten wyrok to ideologia, nie prawo.
Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne. Collage i fot.: Hubert Bekrycht

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarskie palmy pierwszeństwa poprawności politycznej. Przykłady i przypadki

 

Wracając z Izmiru ze zjazdu Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), zapadłem w samolocie w głęboki sen. Kiedy się obudziłem zdałem sobie sprawę, że następny kongres EFJ może się już nie odbyć, bo europejskiemu dziennikarstwu grozi bagno poprawności politycznej. Obym się mylił, ale po pandemii, wobec inwazji rosyjskiej na Ukrainę i pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego spowodowanego przez Moskwę, największym zagrożeniem społecznym jest paraliż rzetelnego dziennikarstwa przez propagandę Kremla i zachodnich przyjaciół Putina. A to realne zagrożenie.

EFJ skupia 73 organizacje i związki zawodowe dziennikarzy z 45 krajów. To, jak podaje Federacja, ponad 320 tys. dziennikarzy ze Starego Kontynentu oraz Turcji, która była gospodarzem tegorocznego zjazdu. Do Izmiru dotarło ponad 50 delegatów i mniej więcej także 50 obserwatorów. Byli też reprezentanci biura EFJ z Brukseli i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (International Federation of Journalists – IFJ) oraz liczne grono tureckich dziennikarzy a także organizatorzy zjazdu z Izmiru.

Tyle statystyki, czas teraz wytłumaczyć, dlaczego dziennikarzom podczas takich kongresów i nie tylko, w takich federacjach jak EFJ – wybaczcie pospolite określenie – odbija palma. Palma politycznej poprawności.

EFJ, SDP i prawa wyborcze

Z Polski było na kongresie dwóch delegatów: piszący te słowa z największej polskiej organizacji branżowej, czyli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich liczącej wg. danych EFJ 2,8 tys. osób oraz będący jeszcze kilka lat temu prominentnym działaczem SDP Krzysztof Bobiński reprezentujący Towarzystwo Dziennikarskie powstałe na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku i liczące wg. danych EFJ 100 osób. W trakcie zjazdu dotarło upoważnienie dla Krzysztofa Bobińskiego do głosowania w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będącego spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów EFJ liczy 350 osób.

Polskie organizacje dziennikarskie dostały w sumie 5 mandatów uprawniających do głosowania, m.in. w wyborach nowych władz. Skomplikowany system elekcji wymusza jednak podział przyznanych głosów pomiędzy trzy reprezentowane na zjeździe polskie grupy.

Za mało, za dużo

W statucie napisane jest, że 2 mandaty dostaje organizacja członkowska EFJ, która liczy ponad 600 osób. Dolnej granicy przyznania jednego głosu zatem nie określono i to była szansa dla małych stowarzyszeń dziennikarskich. Skorzystały z niej dwie polskie organizacje, bo, mimo że razem mają ok. 450 członków, to – ich zdaniem – powinny dostać po jednym mandacie. Tyle tylko, że SDP mając 2,8 tys. członków powinno dostać 4 mandaty, bo tyle przysługuje organizacjom zrzeszonym w EFJ mającym w swoich szeregach ponad 2,4 tys. osób.

Dla porównania: Albanii, której jedyny reprezentant na zjeździe – stowarzyszenie dziennikarskie APJA liczy 220 członków, przyznano 2 głosy a, także jedynemu krajowemu przedstawicielowi, belgijskiej unii dziennikarskiej AGJPB mającej ponad 3,1 tys. członków przysługiwało 5 mandatów. Dysproporcja? Moim zdaniem, to wykrzywienie zasad demokratycznych procedur nacechowane wspieraniem tzw. słabszych, którzy czasem po prostu nie muszą się starać. Ale sprawiedliwość niewiele ma wspólnego z polityką, a przecież nawet dziennikarze z przedpotopowej definicji „apolityczni”, co we współczesnym świecie jest bzdurą, jakąś „politykę” muszą prowadzić w swoich organizacjach, na przykład choćby nawet chłodne, ale kontakty z władzami.

Wspólnie albo wcale?

Prawda zaś jest taka, że Polsce i wielu innym delegacjom krajowym przyznano za mało mandatów, a niektórym dano ich za dużo. To już wina luk prawnych w regulaminie i ustępujących władz. W sumie wielu delegatów szło na kompromis, bo połową karty mandatu głosować nie można. Organizacjom z Polski usiłowały pomóc ustępujące władze EFJ próbując orzekać, ile mandatów może dostać każdy z trzech krajowych członków – padła propozycja, że 4 dla SDP i 1 dla TD, inny przedstawiciel EPJ był za 6 mandatami dla naszego kraju powołując się na arytmetyczną logikę… Na uwagę, że Polsce przysługuje tylko 5 głosów, nic już nie powiedział.

Obrady się przeciągały a turecki upał na zewnątrz przekroczył 35 stopni Celsjusza. Plus wilgotność. Aby nie wracać z udarem słonecznym ustaliliśmy wspólnie z roboczym                 i nieformalnym międzynarodowym gremium „rozjemczo-negocjacyjnym”, że polskie głosy podzielimy następująco: SDP – 3, TD -1, SDRP -1. Na podobne kompromisy poszły inne krajowe organizacje. Ale nie jest to zadowalające rozwiązanie. W przyszłym statucie EFJ trzeba precyzyjnie zapisać zasady głosowania, aby to takich nonsensów nie dopuścić, bo kompromis jest może szlachetny, ale to jednak tylko kompromis.

Izmirska gorączka politycznej poprawności narastała, bo ustępujące władze EFJ, aby nie łamać politycznej poprawności, postanowiły, że głosować się będzie krajami, czyli karty do głosowania, jeśli w danym państwie jest więcej niż jedna organizacja, dostawały na przykład dwa czy trzy stowarzyszenia i przy stoliku komisji wyborczej je dzieliły a dopiero potem reprezentanci szli głosować i wrzucać karty do urny. Jeden bez drugiego nie mógł się ruszyć, chociaż ich mandaty przypisane były do różnych grup dziennikarzy. Obłęd? Nie, polityka europejskiej „równości” i poprawności wzorowana głównie na unijnych zasadach wypracowanych przez lata w Brukseli.

Chorwacka siła i zachodni opór

Delegaci zdecydowali, że następcą przewodniczącego EFJ, którym przez 9 lat był Duńczyk Mogens Blicher Bjerregård, przez najbliższe trzy lata będzie dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever reprezentująca swoją krajową unię medialną (TUCJ).  W Izmirze wybrano także zastępcę szefowej federacji. Został nim turecki dziennikarz Mustafa Kuleli (TGS).

Wydawałoby się, że EFJ stawia na nowe części Europy i Turcję, ale skład siedmioosobowego Komitetu Sterującego (Wykonawczego) Europejskiej Federacji Dziennikarskiej zdaje się temu przeczyć. Chorwatce i Turkowi we władzach największej organizacji dziennikarskiej na Starym Kontynencie towarzyszyć będą głównie przedstawiciele zachodnich stowarzyszeń medialnych: Andrea Roth (DJV) z Niemiec, Anna Del Freo (FNSI) z Włoch, Marta Barcenilla (CCOO) z Hiszpanii, Pablo Aiquel (SNJ-CGT) z Francji, Allan Boye Thulstrup (DJ) z Danii, Martine Simonis (AJP) z Belgii oraz reprezentujący Wielką Brytanię Tim Dawson (NUJ). I to ta siódemka stanowi większość.

Wybór tak ogromnej reprezentacji Zachodu do władz EFJ i faktyczna dominacja we władzach federacji mogą po prostu oznaczać – znowu to napiszę: oby nie – utrzymanie starego kursu, czyli de facto lawirowanie pomiędzy Unią Europejską a stowarzyszeniami z państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej, które dopiero od kilkunastu lat są w stanie wybierać swoje delegacje na zjazdy i kongresy.

Z kronikarskiego obowiązku – nie wybrano m.in. kandydatów z Polski i Ukrainy, choć przedstawicielowi naszych wschodnich sąsiadów Sergiejowi Tomilenko (NUJU) zabrakło tylko kilku głosów, aby być we władzach. Teraz jest pierwszym „rezerwowym”, który w przypadku rezygnacji kogoś z siódemki może wejść w skład Komitetu Sterującego.

Niestety, można spodziewać się, że w obecnych władzach EFJ będzie dominowała narracja podobna do tej w większości instytucji UE, gdzie uważa się, iż od ostatnich wydarzeń na wschodzie kontynentu, od barbarzyńskiej napaści rosyjskich morderców i złodziei na Ukrainę ważniejsze są takie „problemy” jak: kodyfikowanie praw osób LGBT, manipulacyjnie przekazywane „łamanie praworządności” na Węgrzech, w Polsce i innych krajach wschodniej Europy, czy lokalne kłopoty medialne niektórych państw. Marginalizuje się natomiast –  wskazywane na izmirskim kongresie EFJ – przypadki autentycznej cenzury i łamania wolności słowa m.in. we Francji Niemczech, Holandii, w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii oraz na Bałkanach a nawet w Szwajcarii.

Czy za trzy lata, po kadencji tych władz, Europejska Federacja Dziennikarska będzie tak bliska mediom Starego Kontynentu jak Turcja, ogromna jak Chorwacja, empatyczna dla wszystkich narodów jak Niemcy i Francja, wyrozumiała jak Włochy i Hiszpania i skromna jak Wielka Brytania, Belgia i Dania razem wzięte? Tego nie wiem, zatem ośmieliłem się nieco ironicznie o to zapytać.

A może w 2025 roku, na kolejnym zjeździe wyborczym – tu już bez ironii – EFJ będzie tak dalekowzroczna jak teraz m.in. dwie delegacje ukraińskie (IMTUU, NUJU) oraz reprezentanci Litwy (LJU) i Polski (SDP)? Tego też nie wiem, ale warto próbować.

Co do tytułowych porównań. Palmy dobrze rosną w Turcji, gorzej przyjmują się w chłodniejszym klimacie. Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne.