Fragment wiersza Juliana Tuwima "O Grzesiu kłamczuchu i jego cioci"

O kłamstwach w mediach pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Święte łganie albo karuzela z kretynami

Znajoma psycholog z wieloletnim stażem żachnęła się, kiedy powiedziałem o “pozytywnej manipulacji”. „Kiedyś uczono nas, że nie ma pozytywnej manipulacji. Technik manipulacyjnych uczyło się po to, by umieć je rozpoznawać, by się przed nimi bronić. Teraz zaczyna się je traktować jako część warsztatu” – stwierdziła. To zupełnie jak w dziennikarstwie. Tyle, że w dziennikarstwie tak jest z kłamstwem. Stąd zadziwiająca kariera zmyśleń Tomasza Piątka.

Nie jest tak przecież, że kiedyś dziennikarze nie kłamali. Łgali gęsto i często a było to w koordynacji z działaniami politycznymi. Ale w czasach faceta, który przez wyborami obiecywał benzynę po pięć złotych, a dziś mówi, że o cenie paliwa decyduje rynek, wszystko to jest bardziej na rympał. Kiedyś, choćby wtedy, kiedy przeprowadzano operację Tymiński na początku lat 90. zaangażowane w nią były rozmaite agentury, fałszywki. Załatwiano – niezbyt zresztą, przyznać trzeba, ciekawego kandydata – koronkowo, tak by ludzi przekonać. Trzeba było to wszystko uwiarygodnić. Podobnie było, gdy ludzie służb z otoczenia Tuska wykańczali potem kandydata na prezydenta, a obecnego ich sojusznika – Włodzimierza Cimoszewicza. Trzeba było jakąś babę zaangażować, ona musiała coś zasugerować, dobrze trzeba było ją zbriefować. Wszystko to trzeba było dostosować do jakiś faktów, profilu psychologicznego faceta, tak by go zniechęcić. Profeska.

A teraz? W tym tygodniu szef Radia Zet przeprosił za publikowanie wymysłów Piątka na temat Krzysztofa Stanowskiego i jego – a jakże – rzekomych moskiewskich powiązań. Bardzo roztropne było to, że pan Sawala przestraszył się jazdy, którą wśród grupy komercyjnej może mu urządzić wpływowy dziś Kanał Zero. Tyle, że na pewno nie mógł dopiero po tej publikacji stwierdzić, że coś jest nie tak. Przecież podług tego modelu, tworzenia jakiś fantasmagorycznych modeli powiązań, w które dawniej mógłby uwierzyć tylko kretyn absolutny lub paranoik, działalność Piątka rozwija się od lat. Stosując tę samą metodologię połączył z Kremlem pół PiS-u z Morawieckim, Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, a Radio Zet podobnie jak cztery piąte polskich mediów, cytowało to z aprobatą jako cenne odkrycia i efekty dziennikarskiego śledztwa, a ważni świadkowie, “zawsze anonimowi” potwierdzali te sensacje. Wszystkim tym wspierała się zresztą ekipa Donalda Tuska wraz z nim samym.

A pamiętacie sensacje niejakiego Marcina W. który twierdził, że nagrania z afery podsłuchowej sprzedano Rosjanom? Donald Tusk uznał go za “bardzo wiarygodnego świadka”, ba, domagał się komisji śledczej w tej sprawie, co na chwilę nasze media ochoczo i bezkrytycznie podchwyciły. Ale zaraz potem porzuciły, kiedy się okazało, że ten wiarygodny świadek twierdzi także, że syn Tuska, obecny główny specjalista w pomorskim urzędzie marszałkowskim nosił papie brudne pieniądze w reklamówce z Biedronki. Oczywiście wtedy, poprzedniej sprawy nie dementowano. Po prostu ją zniknięto – ewaporowała.

Można by mnożyć – więzienia pełne opozycjonistów, przygraniczne pola śmierci, regularne publikowanie tekstów zdefiniowanych mitomanów w rodzaju niejakiego Krzysztofa Boczka, który nie tylko, że zmyślił ciężarną rzucaną na druty kolczaste, co stało się kanwą filmu Agnieszki Holland, ale też choćby napisał tekst o PAP, w którym zrobił 52 błędy.

Kłamstwo, mitologizowanie, ściema – to zawsze funkcjonowało w mediach, ale było jednak czymś cichym, choć pozornie potępianym. Od któregoś momentu to się zmieniło i zwyciężyło podejście rodem z “Pana Jowialskiego” Fredry: “Jeżeli kłamię, niech mnie piorun trzaśnie! Tak zaczął kłamca. Wtem zagrzmiało właśnie, A on, czym prędzej dokańczając mowy: Żem zawsze kłamał i kłamać gotowy!”

Kłamstwo stało się powodem do dumy, a obiektem krytyki mogła być co najwyżej jego skuteczność. Po prostu na liberalnej lewicy zwyciężyło w pełni postmodernistyczne podejście, że prawda nie istnieje, a media to rodzaj artystycznej kreacji, sztuka z kolei musi służyć wzniosłym politycznym celom, które wyznacza grupa ta co zawsze. Oczywiście te cele to też ściema, bo tak naprawdę za nimi jest paru chciwych, zdemoralizowanych cwaniaków kręcących wielką karuzelą z kretynami. Może i zawsze tak było, ale dziś – jak na czasy przystało – jest bardziej tandetnie.

 

Okładka książki Konrada W. Tatrowskiego „Bieg z przeszkodami. Autoportret w pękającym zwierciadle”

Niezwykły „Bieg z przeszkodami…” opisuje MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Autoportret opozycjonisty

Spore grono spotkało się na promocji książki Konrada Tatarowskiego „Bieg z przeszkodami. Autoportret w pękającym zwierciadle”. Jej autor jest doskonale znany w środowisku akademickim i ludzi mediów, bo przez wiele lat pracował jako dziennikarz, badacz i teoretyk literatury, a potem mediów i komunikacji. Ale dla wielu był i pewnie na zawsze pozostanie człowiekiem demokratycznej opozycji.

Urodzony w Łodzi, tu skończył polonistykę na UŁ i rozpoczął dobrze zapowiadającą się karierę naukową. Równolegle Tatarowski włączył się w działalność opozycyjną. Najpierw była to naturalna, poniekąd odruchowa niezgoda na opresyjny, antydemokratyczny system PRL-u, a jej początkiem, dla niego i jego pokolenia, akcja strajkowa studentów w pamiętnym i pamiętanym Marcu’68. Także dzięki tablicy pamiątkowej na starym gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej, który to budynek tamtej wiosny był centrum studenckiej opozycji dla całej Łodzi.

„Tak” i „nie”

Ukończenie studiów, wejście w dorosłość, początek pracy wcale nie oznaczały zgody i akceptacji kłamstwa partyjnej propagandy, wszechwładzy cenzury, arbitralności decyzji we wszystkich praktycznie przejawach życia artystycznego, kulturalnego, naukowego. I w ogóle życia społeczeństwa. Sprzeciw wydawał się logiczną konsekwencją. Prawda, nie był powszechny ani konsekwentny, tym większa cześć i chwała tym, którzy potrafili i chcieli mówić i działać zgodnie z własnym sumieniem i przekonaniami. Ci co, mówiąc słowami Norwida, „mają tak za taknie za nie”.

Bunt intelektualisty

 Konrad, Radek, bo tak nazywaliśmy go w czasie wspólnych studiów i takim też kryptonimem posłużyła się SB zakładając mu teczkę operacyjną, wcześnie dał się poznać jako ten, co się sprzeciwia. Zbierał podpisy i sam podpisywał petycje do władz, wśród nich tę wtedy najważniejszą: przeciw wpisaniu do polskiej konstytucji „nierozerwalnej przyjaźni polsko-radzieckiej”, którą przy jednym głosie wstrzymującym się Sejm przyjął w 1976. Niedługo potem przyszło zaangażowanie w działalność KOR-u, kolportaż wydawnictw drugiego obiegu, a wreszcie „Solidarność” i wspieranie studentów w trakcie akcji strajkowej zmierzającej do rejestracji NZS-u.

W stanie wojennym Tatarowski był internowany w więzieniach w Łowiczu, Łęczycy, Kwidzynie. Przesiedział pełne dziesięć miesięcy i wobec braku perspektyw, zdecydował się na emigrację do USA. Miał to być wyjazd w jedną stronę, o czym został nie tylko poinformowany, ale też taki paszport otrzymał. Więc trudne lata, bez jakiejkolwiek stabilizacji w Los Angeles, uwieńczone jednak perspektywą stałej pracy w Rozgłośni Polskiej RWE w Monachium. Powrót do Europy, szybka nauka nowego zawodu dziennikarza, komentatora i publicysty radiowego, kolejne dziesięć lat stabilizacji. A co najważniejsze – przekonanie o ważności tego, że pozostaje wierny swoim przekonaniom i że działa dla Polski. Wiem, słuchałem go czasami, częściej mój ojciec, który znał ze słyszenia wszystkich chyba dziennikarzy Wolnej Europy, więc kiedy mówiłem mu, że Konrad Tatarowski to mój kolega, rosłem w oczach swojego taty.

Dziennikarskie rozczarowania i uniwersyteckie spełnienie

Po zakończeniu misji – przez Radio i przez Konrada – powrót do kraju próby zakorzenienia się w dziennikarstwie. Próby przeniesienia doświadczeń i metod znanych z RWE do Radia Łódź, „Dziennika Łódzkiego” nie przyniosły powodzenia. Za to powrót na uniwersytet już tak. Wykłady, doktorat i habilitacja, publikacje naukowe, książki, współpraca z ważnym w Łodzi periodykiem „Tygiel Kultury”, profesura w końcu.

Teraz dostajemy to pełne zdarzeń, emocji, wzlotów, ale i rozczarowań życie inteligenta w postaci autobiografii. Zbudowanej z różnych materiałów, łączącej wątki, zdarzenia, wspomnienia, refleksje, obserwacje. Fragmenty ubeckich dokumentów i wyimki z osobistego pamiętnika – dziennika; listy z rodzinnego archiwum i więzienne grypsy, pisane do żony i korespondencja od żony i córki; wiersze powstające w różnych okresach, kiedyś dawno publikowane, teraz z autokomentarzem; cytaty z audycji i artykułów autorskich oraz tekstów innych autorów.

Życie poskładane

Książka, w której Konrad Tatarowski opisał, a po trosze i poskładał, pozlepiał swoje życie, jest dokumentem, którego wartość ocenią i docenią zapewne zawodowi historycy, badacze mediów oraz życia codziennego w Polsce drugiej połowy XX wieku i pierwszych dwóch dekadach wieku XXI.

Nie mam wątpliwości, że autor podejmując niemały trud przedstawienia siebie i swoich losów na przestrzeni ostatniego półwiecza czynił to w przekonaniu, że tworzy materiał źródłowy. Sam będąc źródłem, uczestnikiem, świadkiem, w jakimś stopniu kreatorem, starał się wszędzie tam, gdzie to było możliwe podeprzeć swoje relacje dokumentami. Osobistymi najczęściej, jak wspomniane listy czy grypsy albo niektóre cytowane lub reprodukowane dokumenty, ale też przez siebie samego sporządzanymi charakterystykami kilku osób, z którymi siedział w więzieniu. Wartość takich notatek i zapisków z pewnością rośnie wraz z upływem czasu.

Kamień i lawina

Poza bezspornym walorem dokumentalnym książki, który wzmacniają przypisy i indeksy – osobowy i miejscowy, jest to znakomita lektura. Można ją czytać jak pamiętnik okresu dojrzewania, jak literaturę inicjacyjną, jak pamiętnik spiskowca i relacje podróżnika. Właściwie wiele jest sposobów lektury i odczytania, ale najważniejsza dla mnie jest szczerość autora w pisaniu o sobie, swoich bliskich, swoich dalszych i swoich dalekich – jeśli bowiem ktoś znalazł się książce, z pewnością był albo jest w kręgu „swoich”. O nie-swoich czasami wspomina, ale nie zawsze wymienia ich imiona czy nazwiska. I on i my wiemy, że byli, ale pamiętnik nie musi być księgą donosów. Podobnie jak nie musi, nie powinien epatować ekshibicjonizmem w wielorakim znaczeniu.

Im więcej książka znajdzie czytelników, a autor naśladowców w sposobie narracji – powściągliwej, bez rozbuchanych emocji – tym lepiej. Dla czytelników, dla historyków, dla naśladowców opowiadających swoje małe lub nie tylko małe historie. Każdy, będąc jednym z kamieni, po których przetoczyła się lawina, wpłynął na jej kształt i może dać świadectwo.

 

Książka: Konrad W. Tatarowski, „Bieg z przeszkodami. Autoportret w pękającym zwierciadle” opublikowana w serii „Pokolenie Solidarności” staraniem Instytutu Literatury oraz Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego; wydała ją Księgarnia Akademicka w Krakowie w 2023 roku

 

Rys. Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Koń, krowa, kura, Protasiewicz, droga na Ostrołękę…

Cierpię na dziwaczne natręctwo. Nauczony doświadczeniem poprzednich lat rządów Tuska, kiedy pojawia się w przestrzeni publicznej większa czy mniejsza inba, zadaję sobie zaraz pytanie do czego jest Tuskowi potrzebna.

Historia romansu podstarzałego polityka i promującej się przy pomocy składania donosów na lepszych od siebie młodziutkiej aktywistki rozgrzała Internet. Czego tu nie ma… jest i zawsze doskonały jako materiał do plotek mezalians i malowniczy ekshibicjonizm kryzysu wieku średniego (no powiedzmy, że średniego), przezabawne kontrasty pomiędzy wizerunkiem „scenicznym”, a ujawnionym, katastrofa rzekomej „moralnej wyższości” i ogromna, przeogromna porcja żenady. Gdyby tej parze zrobił to ktoś obcy, byłbym gotów jej współczuć, ale jakiej miary by nie przykładać, wychodzi na to, że zrobili to sobie sami.

Inby

W każdym razie sprawa zajęła opinię publiczną na jakieś dwa dni i to niedługo po tym jak wygasła inna inba, wywołana przez zdesperowaną Lewicę, za akceptacją Tuska jak sądzę, ws. rzekomej liberalizacji prawa aborcyjnego, która i tak nie ma szansy legalnie zaistnieć, ponieważ nie podpisze jej Prezydent, albo uzna za niekonstytucyjne Trybunał Konstytucyjny. Trudno nie zauważyć tej korelacji i jednocześnie nie zadać sobie pytania – skoro mamy na tym skupić uwagę, to czego mamy nie zauważyć.

Odpowiedź oczywiście może być tylko złożona i zawierać margines błędu. Oczywistym wydaje się, że mamy odwrócić wzrok od faktu akceptacji przez Tuska paktu migracyjnego, a co za tym idzie przymusowej relokacji nielegalnych imigrantów, wzrostu cen prądu i żywności, przeznaczenia bajońskich sum na TVP „zamiast na onkologię dziecięcą”, chaosu w spółkach skarbu państwa, atrofii programów strategicznych i innych, poruszanych już w mediach kwestii. Wydaje mi się jednak, że jest sprawa, która umyka, a jest nią pogłębiająca się awaria programu wzmacniania polskiej armii.

Koniec żartów

Rosja chwali się, że produkuje ponad 100 czołgów miesięcznie. Załóżmy, że to propaganda i realnie produkuje powiedzmy 50 miesięcznie. W dodatku to niezupełnie nowe czołgi tylko stare skorupy wypełnione nową techniką. Ale w tym czasie Europa, a właściwie Niemcy, są w stanie produkować 50 czołgów, ale… rocznie. I nikt oprócz Niemiec takich zdolności w Unii Europejskiej nie ma. Polska we współpracy z Koreańczykami miała budować czołgi K2PL. Czy ktoś wie co z nimi? Co z kontraktami na „Apacze”?

Ktoś powie – Tusk dba o polski przemysł – no nie bardzo. Portal Defence24 donosi, że z 13 miliardów obiecanych polskiej zbrojeniówce, która ma wyprodukować dla polskiej armii i polskie „Kraby” i „Borsuki” i spolszczoną wersję koreańskich czołgów K2, ta dostała ok. 1.5 miliarda. Jak to jest, że za PiS na wszystko było, na modernizację armii, na projekty strategiczne, na programy socjalne i to przy bezprawnie wstrzymanych „europejskich funduszach”, a tylko doszedł Tusk do władzy a znów „piniendzy ni ma i nie będzie”?

A jeszcze ta „europejska tarcza antyrakietowa”. Czyli w istocie niemiecka, bo przecież Francja czy Włochy jej nie chcą. To sobie Niemcy w Polsce frajera znaleźli. Nasz projekt jest o niebo bardziej zaawansowany, jest realizowany w praktyce, a to niemieckie coś jest ledwo w odległych planach. Nie widzę powodu, żeby guzik do naszej tarczy był gdziekolwiek indziej niż w Warszawie.

W co Pan grasz Panie Tusk?

W kilku kotłach na świecie coraz bardziej wrze. Ukraina, Bliski Wschód, nie daj Boże w przyszłości Tajwan. Te kotły są naczyniami połączonymi. Odciąganie uwagi USA do kolejnych teatrów wojennych na świecie, powoduje, że każdemu z nich mogą poświęcić mniej. Tym samym nasza sytuacja się pogarsza. To co możemy robić, to zbroić się po zęby w możliwie jak najkrótszym czasie. Nie chcę straszyć wojną, ale Rosja po coś te wszystkie czołgi produkuje i trzeba brać pod uwagę każdy scenariusz.

A u nas – koń, krowa, kura, kaczka, drób, aborcja, Protasiewicz, droga na Ostrołękę… AaW co Pan gra Panie Tusk? Co Pan kombinujesz?

Zdj.: Piramida finansowa, tak jak zwykły komin ma swój koniec, wchodząc i ostro inwestując można spaść... Fot. archiwum; HB

Remanenty WALTERA ALTERMANNA: Co mnie śmieszy, co smuci (1)

Bez przymusu składam tu szczere wyznanie: większość przypadków tego świata, które smucą całą populację, mnie śmieszą. I odwrotnie, to co większość ludzi bawi, mnie smuci.

Czy jestem odmieńcem? Chyba nie. I tego, że to ja jestem normalny, postaram się dowieść w kilku felietonowych odsłonach. Dziś pierwsza.

Wiara w wielkie procenty

Na przełomie systemów, a więc już po roku 1989, wybuchło w Polsce kilka wielkich finansowych afer. I nie mam na myśli wielkich przekrętów światowych banków, potężnych instytucji finansowych, holdingów i korporacji, bo te twory od zawsze żyją z przekrętów – co wcale nie jest śmieszne.

Natomiast silna wiara przeciętnego polskiego obywatela w możliwość zarobienia psim swędem gigantycznie wielkich pieniędzy śmieszy mnie do rozpuku. Gdybyż to moi rodacy równie mocno wierzyli w Boga i Dziesięcioro Przykazań, byłaby teraz Polska najbardziej moralnym krajem na świecie, i oczywiście w historii.

Łańcuszek świętego Antoniego

Większość przekrętów oparta jest na działaniu Łańcuszka Świętego Antoniego, którego idea odżywa raz po raz. Rzecz polega na tym, żeby wysłać 10 swoim znajomym po 10 złotych, co daje niedużą kwotę 100 złotych. Każdy z tych znajomych zobligowany jest także do znalezienia nowych 10 znajomych i przekazania im po te 10 złotych. Oczywiście nasze nazwisko ma być na liście, czyli teoretycznie natychmiast, już w pierwszej turze, odzyskujemy swoje 100 złotych. Ale nie w tym rzecz, bo niebawem spłynie na nas deszcz pieniędzy od kolejnych dziesiątek uczestników tej zbożnej akcji.

I ludzie biorą w tym udział! Piszą listy, kartki i wysyłają nieznajomym pieniądze. Co wtedy myślą? Nic nie myślą, bo wierzą, że zostaną bogaczami. Czy zastanawiają się jaki będzie kres tej zabawy? A, broń Boże! A dlaczego? Bo chciwość odbiera ludziom rozum od zawsze. I pożądają, pożądają… za nic mając 10. przykazanie, które głosi: „Ani żadnej rzeczy, która jego jest”.

I to jest tragiczne, bo odsłania marność ludzkiego rozumu i charakteru, ale jest też nieskończenie śmieszne. Mnie bawi.

Zarobić na cudownym mleku

Gdzieś tak, również na przełomie dziejów, gdy socjalizm odchodził i powracał kapitalizm, miała miejsce afera z cudownym mlekiem. Tym, co nie pamiętają przypomnę, młodszym opowiem. Zaczęło się od tego, że nagle w większych miastach gruchnęła wieść, że wystarczy mieć pusty, czysty litrowy słoik i parę groszy, żeby nieźle zarobić.

Tu wyjaśnię, że z pojęciem „zarobić” jest duży językowy kłopot. Bo słowo to pochodzi od „roboty”, czyli pracy. Jednak język polski nie zna innego określenia na dojście do dużych pieniędzy bez pracy, więc pozostaniemy przy „zarobić”.

Wracając do sprawy cudownego mleka. Poszła zatem wieść w miastach, że należy udać się tam a tam, wpłacić niedużą kwotę, na dzisiejsze pieniądze powiedzmy 50 złotych, a dostanie się cudowny proszek, który następnie trzeba rozpuścić w mleku, w lirowym słoiku. I już po trzech-czterech dnia, trzeba ten słoik z mlekiem zanieść do tego samego punktu, w którym kupiło się ów proszek. Wtedy można dostać całe 100 złotych.

Firma, płacąca za mleko jak za zboże, głosiła, że jej proszek czyni z mleka cudowny półprodukt, który ona zamienia w cenny lek. Brzmiało szlachetnie. Więc ludzie ruszyli jak w dym po ten proszek do mleka. I ku swemu zadowoleniu otrzymywali za swoje 50 złotych, całe 100 złotych. Na miejscu rozdawnictwa gotówki okazywało się, że można kupić proszek nawet za całe 1.000 zł, a w zamian dostać 2.000 złotych. A można też było nakupić proszku, ile kto zapragnie. Podobno rekordziści inwestowali w mleko z proszkiem nawet po 20.000 złotych, jednorazowo.

Jednak gdzieś tak po dwóch miesiącach działalności firma zniknęła, wraz z wpłatami klientów. Zrobił się wielki raban. Milicja stwierdziła, że proszek zawierał bakterie zamieniające mleko w mleko zsiadłe.

Naciągnięci wracali do domów z hektolitrami zsiadłego mleka, które wylewali do ubikacji. Mieli też stuprocentowe przekonanie, że jacyś podli ludzie oszukali ich. Ale nie przychodziło im do głów, że chcieli być oszukani, bo oczekiwali manny z nieba.

Banki, banczusie

Wielki Bertolt Brech napisał w „Operze za trzy grosze” taką myśl: „Bo czymże jest okradzenie banku, wobec jego założenia?”

Z tego wynika, że chcąc zrobić wielki, prawdziwy przekręt należy jednak założyć bank, lub coś co ludzie wezmą za bank. Banki bowiem mają u ludu opinię świątyń kapitalizmu, czyli, że są wiarygodne. Życie uczy, że to nieprawda, bo największe światowe afery były kreowane właśnie przez banki, ale lud wie swoje. No, ale lud nie słyszał o aferze panamskiej i o setkach innych bankowych afer.

Żeby nie być gołosłownym, co do banków… Przecież to one wypuszczają akcje bez pokrycia, ale z reklamowanym dużym zyskiem. To również banki sprzedawały w Polsce pożyczki we frankach szwajcarskich. Mało kto też wie, że żaden z banków nie odda nam w całości – w razie plajty – naszych pieniędzy. Najlepsze banki twierdzą, że gwarantują nasze wkłady do 30 procent.

Niestety ludzie o tym nie wiedzą i wierzą w banki jak w Pana Boga. Dlatego rząd powinien zmusić banki do wyraźnego informowania klientów o przykrych następstwach zarówno naszych lokat jak i pożyczek bankowych. „Ustawa antybankowa” powinna nakazywać informowanie przez banki o dwóch sprawach: 1. Powierzone bankowi pieniądze możesz odzyskać jedynie w 20, 30 procentach. 2. Każdą pożyczkę będziesz musiał oddać z procentem.

Bez takich informacji banki są naprawdę groźne.

Amber Gold i inni

Słynna była w Polsce, w latach 2009-2010, sprawa Amber Gold. Ta instytucja, założona w Gdańsku, nie miała prawa reklamować się jako bank, ale jej właściciele, małżeństwo P., znaleźli coś równie wiarygodnego. Swój Amber Gold Sp. z o.o. przedstawiali jako pierwszy dom składowy w Polsce, zajmujący się składowaniem metali szlachetnych. Amber reklamował się też tym, że firma mocno inwestuje w złoto i inne kruszce, a także oferował klientom kontrowersyjne lokaty w złoto, srebro i platynę, podpisując z nimi tzw. „umowy składu”.

Firma obracająca złotem…? To rozbiło duże wrażenie, więc Amber Gold szybko stał się znany w całej Polsce. Klientów łudzono niebywale wysokim zyskiem, bo gdy w większości banków można było zarobić rocznie na lokacie ok. 5 procent, Amber Gold oferował zysk 15 procentowy. Natychmiast zatem tysiące obywateli RP złożyli w tym Amber całe swoje oszczędności.

Pierwsi klienci mieli szczęście, bo sumiennie wypłacono im zysk. Ten fakt napędził nowych klientów – zupełnie jak w przypadku mleka z proszkiem. Ale Amber Gold też był klasyczną piramidą finansową, w której pierwsi klienci otrzymują pieniądze następnych. Ale dla następnych – jak to w piramidzie – pieniędzy nie ma, nie było i nie będzie.

Według prokuratury małżeństwo P. oszukało w sumie ponad 18 tys. klientów, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 852 mln zł. Małżeństwo P. poszło siedzieć, ale ludzie stracili pieniądze.

Czy im współczuję? Nie bardzo, a nawet wcale nie. Bo czego spodziewali się ci, którzy uwierzyli, że zaspokoją własne pożądanie wielkich pieniędzy, bez ciężkiej pracy, bez jakichkolwiek talentów i nawet minimalnego wysiłku? Na co liczyli?

Powie ktoś, że w końcu cierpią? Oczywiście. Ale jak jest grzech, to i kara być musi. Za złamanie 9-go przykazania ksiądz może zalecić kilkadziesiąt zdrowasiek, ale za nieprzestrzeganie 10-go przykazania nadchodzi kara bardziej dotkliwa – utrata własnych pieniędzy i wstyd. Choć… czy ci oszukiwani na własne życzenie cierpią? Chyba jedynie z powodu utraty pieniędzy. A może mają choć trochę moralnego kaca? Nie, bo po wszystkim zawsze głoszą, że ktoś ich oszukał, a oni sami nie wstydzą się i nie poczuwają się do winy. To też jest śmieszne.

Ponieważ ludzkość niczego się nie uczy, więc spokojnie czekam na kolejne afery, bo lubię się pośmiać.

 

Ilustracje w tekście Bogdan Rutkowski; Fot.: Stefan Truszczyński

O szczególnym miejscu po raz kolejny pisze STEFAN TUSZCZYŃSKI: Kompromitacja „Polski morskiej”

W ciągu ostatnich już kilkudziesięciu lat przybywają do Warszawy by rządzić dziesiątki polityków cywilnych i wojskowych z wybrzeża. A tam na końcu cudu natury, czyli półwyspu helskiego znajduje się największa kompromitacja portowa – wojenny akwen, ponad jednohektarowy.

Większy niż port rybacki i jachtowy w Helu. To wstyd, wielki wstyd i marnotrastwo stulecia. Tak wyobraża sobie to zapomniane i zaniedbane miejsce nasz rysownik, inżynier, designer (około 2 tysiące projektów przemysłowych) Bogdan Rutkowski.

 

Pytanie, które zadaję: „CO WY NATO” jest w pełni uzasadnione, ponieważ właśnie obecnie trwają prace nad przygotowaniem natowskiej bazy morskiej w Estonii. Dobrze będzie dla bezpieczeństwa europejskiego, jeśli takowa tam powstanie, ale my – Polska – powinniśmy zaproponować nasz port wojenny na Helu, który ma bardzo dogodne, bardzo głębokie podejście od strony zatoki.

Tak to mogłoby wyglądać przy naprawdę minimalnych kosztach, ponieważ nabrzeża marnującego sie portu wojennego są już gotowe od 80 lat. Zbudowano je w okresie międzywojennym tuż przed wybuchem II wojny światowej. Korzystali z nich Niemcy. Nasze „szczury lądowe” nie doceniają tej budowy. Chcą tu hodować morsy albo foczki. Rażąca niegospodarność powinna się skończyć. Proszę popatrzeć tak mógłby port wojenny na cyplu helskim wyglądać.

 

 

Od wielu lat piszę o tym i apeluję do różnych obojętnych i jak się okazuje tępych głów. Tak dalej być nie może. Jesteśmy zaślubieni z morzem. Mamy aż 500 km wybrzeża. Ostatnio wiele z gospodarki morskiej rozgrabiliśmy i zniszczyliśmy. Port wojenny na Helu jest jeszcze do uratowania. Ta kompromitacja obciąża nie tylko władze malutkiego miasteczka Hel a nawet i Marynarkę Wojenną – to skandal zaniedbania władz całej Polski, od lat. To powinna być najważniejsza Polska baz wypadowa na Bałtyk, baza marynarki wojennej. Od dziesiątek lat falochrony tej wojennej przystani są rozkradane. Dopiero rok temu ogrodzono i podzielono port.

Różne głupoty władza wciska ludziom: że nie dość przed falą chronione jest wejście, że nabrzeże główne nie jest prostopadłe, ale wypukłe i trudne do cumowania, że teraz ma poradzić sobie z obiektem… Uniwersytet Gdański (!), któremu ponoć połowę akwenu sprzedano, Na marginesie: rybacy, z którymi rozmawiałem, mówili mi, że opieka Morskiego Instytutu Rybackiego była przydatna w przeciwieństwie do tego, co robi teraz „nowy” opiekun, czyli UG.

Rok temu wokół portu wojennego były jeszcze obiekty budowlane w zupełnie dobrym stanie. M.in. pralnia koszarowa, sprzed której to właśnie zabrać miała Lecha Wałęsę do Stoczni Gdańskiej motorówka admirała Janczyszyna w sierpniu 1980. Bo to był skok przez zatokę, a nie przez płot. Ta pralnia – słyszę od przedstawicieli władz miasta – podobno stanowiła niebezpieczeństwo, bo kręcili się tam… menele i moglibysobie krzywdę zrobić. Pamiętam, że jeszcze rok temu trwały tam jakieś prace budowlane. A nawet teren ten stanowił bazę dla historycznych pojazdów wojskowych, bowiem od kilku lat na Helu organizowany jest przez urząd miasta D-Day, taka wojenna zabawa ku uciesze wczasowiczów. Ponoć nawet niewiele kosztuje, bo tylko 80 tysięcy złotych. Zjeżdżają się na nią miłośnicy militariów. Również z Niemiec.

Turyści rzeczywiście liczni przybywają na Hel tylko w okresie wakacji natomiast uruchomienie portu wojennego dałoby zatrudnienie wielu setkom ludzi. Hel ożyłby. To jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce musi być również miejscem do życia mieszkańców. Teraz jest tam wolnych ponad 80 hektarów po zabudowaniach wojskowych, które już rozebrano. Było na Helu Wojsko Polskie. Teraz jest pustka, zrujnowane ogromne zakłady przeróbki ryb, no i właśnie port wojenny do którego prowadzi głębokie na kilkadziesiąt podejście.

Nie gardźmy naszym morzem. To nie tylko wielka szansa gospodarcza ale i bezpieczeństwo dla całej Polski. Panowie i Panie – nowi posłowie i posłanki, pojedźcie na „koniec Polski”, na koniec helskiego cypla. Sami zobaczcie!

 

 

 

Gościnie, naukowczynie, czyli kobiety w akcji – WALTER ALTERMAN: Fakty autentyczne

Zacznijmy od drobnych złośliwości, pod adresem NOWOCZESNYCH, kórych podnieca mówienie o „gościniach”, „ministerkach”, czy używając terminu „ministra” i innych objawach rewolucji feministycznej. Jeżeli miało być irytująco, to wspóczesne sufrażystki mają sukces. Jeżeli miało być równo – to odnotować trzeba klęskę.

Rzecz bowiem w tym, że nikt w Polsce nie traktuje kobiet jak obywatelki drugiego gatunku. W życiu codziennym, rodzinnym kobiety dominują. Jeżeli spotykam mężczyznę, który
mówi, że to on kieruje rodziną, to mamy wiadomy znak, że jego żona jest tak inteligentna, tak
przebiegła, że nie dość, że kieruje stadłem, to jeszcze stwarza pozory, które jej mąż bierze za
prawdę. Pantoflarz jest szczęśliwy – widać, że małżonka kocha go i pragnie mocno podbudowywać
jego ego.

Zatem rzucam na stół naszych XXI-wiecznych sufrażystek kolejne wyzwanie: należy natychmiast
wprowadzić do obiegu pojęcie „dama stanu” jako przeciwieństwo feminatywne wobec
dominującego jeszcze „męża stanu”. Pora kończyć z przykrą dla „polityczek i gościń” dominacją
panów, w języku oczywiście. Chyba oszalałem, one są w stanie to zrobić…

Hiperpoprawność, czyli głęboka nieznajomość

Ostatnio pewien młody polityk w swych licznych wypowiedziach telewizyjnych zaczął wymawiać
słowa, tak jak się pisze. Taka maniera, poza tym, że ów polityk umie czytać, niczego nie dowodzi.
Oto bowiem prawidła naszego języka są takie, że w przypadku łączników „z”, „w”, jeżeli
występują przed spółgłoskami bezdźwięcznymi, takimi jak „p”, „t”, „f” następuje
ubezdźwięcznienie tych spółgłosek. Czyli jest tak, że piszemy: „z frontu”, „w futrynie”, „pod
strzechą”, ale wymawiamy tak: „s frontu”, „f futrynie”, „pot strzechą”. I dlatego mówimy „w
Warszawie”, „w Gdańsku”, ale też „f Poznaniu”, „f Krakowie”.

Zakładam, że młody polityk uznał poprawne wymawianie za niechlujstwo językowe i zaczął mówić
tak jak piszą. W konsekwencji otrzymujemy mowę agresywną, szczekliwą i nie do zniesienia.
Ale, że ani on mi brat, ani swat, potraktuję go życzliwie: „S panem Bogiem, młodzieńcze”.

W komunizmie czy komuniźmie?

Podobną hiperpoprawność słychać coraz częściej w naszych telewizorach, a dotyczy ona
wymawiania niektórych wyrazów tak jak są napisane. Owszem, piszemy „tak to było w komunizmie”, ale wymawiamy „tak to było w komuniźmie”. Dlaczego? Bo mamy tu przypadek zmiękczenia „z”, przez następujące po nim „mie”.

Identyczna pomyłka zachodzi w wymawianiu „faszyzmie, liberalizmie, mechanizmie”. Bo czytamy
inaczej niż jest napisane, czyli: „faszyźmie, liberaliźmie, mechaniźmie”. Swoją drogą, kto tak mówi? Jedynie ten, który zostawszy posłem czy dziennikarzem nie dowierza, na skutek swego awansu społecznego ani rodzicom, ani szkole i uczy się na nowo języka polskiego z internetu. Żeby być lepszym od plebsu. Ale los też lubi się pośmiać i z uciechy bije się po udach, że zastawił taką pułapkę na zadufka.

Z czym zagrał tenisista

W czasie transmisji meczu tenisa sprawozdawca mówi: „Hubi zagrał z olimpijskim spokojem”.
Niby ładnie, bo z nawiązaniem do antyku, ale z potwornym błędem. Olimpijski – bowiem – był w antycznej Helladzie pokój, bo na czas igrzysk wstrzymywano się od działań wojennych. Natomiast spokój jest naprawdę czymś innym, choć oba pojęcia mają ten sam źródłosłów.

Cena a koszt

Portal wnp.pl informuje, 11 IV 2024 roku, że spółka Polska Grupa Militarna zajmie się produkcją
amunicji strzeleckiej. To dobra wiadomość na te czasy, ale sformułowana niezwykle koślawo, bo
napisana jest tak: „Spółka ma środki własne niezbędne do zapłaty ceny za dwie pierwsze linie
produkcyjne”.

W czym rzecz? Ktoś sobie wydumał, że poważniej będzie napisać, że w grę wchodzi cena. Gdy
naprawdę chodzi o to, że pojęcie cena jest nierozerwalnie związane z konkretną wartością. A w tym przypadku spółka nie podaje ile ma zapłacić, ergo – powinno się napisać, że Polska Grupa
Militarna ma własne środki na zakup dwóch linii produkcyjnych.

Na czym oparty jest film

Ostatnimi czasy coraz częściej natykam się na błędy językowe, za które w moim pokoleniu już
podstawówce można było wziąć cięgi od polonistki, a teraz uchodzi. Portal wp.pl informuje, że do kin wwchodzi nowy polski film, który: „…oparty jest na autentycznych faktach”. Otóż – fakty są zawsze autentyczne, proszę ja pań i panów z wp.pl. Tak samo jak akwen jest zbiornikiem, obszarem wody. I nie ma też „godziny czasu”, bo godzina jest czasu jednostką. Przykre, że muszę pisać o takich „oczywistych oczywistościach”.

Usieciowane kobiety

„Naukowczyni”, czyli pani naukowiec, pani socjolog Anna Jurek w TVN 24 tak mówi o upolitycznieniu współczesnych kobiet: „Obecnie kobiety się sieciują”. Chodziło je o to, że kobiety organizują się w internetowym świecie. Niemniej naukowczyni powiedziała jak wyżej. I co z takim przypadkiem robić? Nie wiem, ale coraz bardziej boję się agresywnych politycznie i usieciowanych kobiet. Bo mówią jak niedouczeni mężczyźni, zachowują się jak mężczyźni po dużej wódce i są agresywne jak niedopici mężczyźni. Czyli, na lepsze wcale nie idzie!

Grafika na podstawie fot. z Wikipedii

WIKTOR ŚWIETLIK: Awans społeczny i 10 kwietnia

Przed piętnastym października ubiegłego roku mieliśmy w mediach patologię i propagandę, na szczęście to się zmieniło. Jak powinna wyglądać wzorcowa symbioza dziennikarzy i polityków mogliśmy przekonać się choćby 10 kwietnia tego roku. Standard może nie jest nowy, ale teraz wprowadzany w większym stopniu bez zakłóceń.  

Najważniejsza jest koordynacja. Czasem zresztą wynika ona zresztą z planu, a czasem – w dobrej wprawionej w boju organizacji – wszyscy sami siebie wiedzą co robić. Myślę, że tu było i tak, i tak. Cóż się mogło nie udać, wszystko się udało, posypią się podwyżki, a z czasem pewnie i odznaczenia państwowe.

Trzeba jeszcze jedno docenić. Awans społeczny. Może nie dla wszystkich, ale dla pewnych grup zdecydowanie. Kiedyś ludzie dokuczający rodzinom ofiar tragedii, kpiący z samych tych tragedii, byli jakimiś anonimowymi trollami. Pisali z satysfakcją komentarze pod artykułami korzystając z oszczędności na moderacji. Jeszcze wcześniej pisali anonimowe listy do mediów, donosy do SB albo paśli się swoimi emocjami i wyobrażeniami w zaciszu wypełnionych nienawiścią mieszkań. Teraz w pełni partycypują w życiu publicznym. A pełna partycypacja różnych grup w życiu publicznym to jeden z celów Unii Europejskiej!

Zaczyna więc choćby Radosław Sikorski. Delikatnie, wzruszająco. Podaje link ze zdjęciem stewardessy z prezydenckiego samolotu, na którym napisane jest, że piętnaście minut przed katastrofą powiedziała “panie dyrektorze, wróćmy”. Z artykułu wynika, co prawda, że “miała tak powiedzieć”. Miała tak powiedzieć, bo wszystkie te rozmowy to skrawki, które są dowolnie interpretowane, albo i fałszywe. Portal, który opublikował tekst właśnie dlatego, klasycznie zabezpieczał się prawnie sformułowaniem “miała powiedzieć”. “Mieli powiedzieć” w mediach wszyscy wszystko. Przyjaciel Sikorskiego, o ile ci ludzie mają przyjaciół, Tomasz Lis uwielbiał kpiarsko odwoływać się do rzekomych słów generała Błasika “zmieścisz się, śmiało” i do rzekomych kozackich rozmów między pilotami tuż przed lądowaniem. Wszystko to “mieli powiedzieć”.

Ale dlaczego Radosław Sikorski zdecydował się akurat w ten sposób uczcić tę rocznicę, w której przecież zginęło wielu ludzi, których znał? Raczej wątpliwe by miał jakieś szczególnie dobre relacje z Barbarą Maciejczyk, bo był znany z tego, że osoby z obsługi, w swoim mniemaniu niżej stojące w hierarchii społecznej od siebie, traktował mocno z góry – mówiąc najdelikatniej. Ta sprawa poruszyła go z jednej przyczyny, z jednej przyczyny wykonał ten jeden rocznicowy gest. Bo wpis, ta rzekoma wypowiedź, która “miała się odbyć”, a nie wiadomo czy się odbyła i w jakim kontekście, ma obciążać Lecha Kaczyńskiego. Przerażona kobieta błaga by wracać, ale on nie, twardo chce wymordować wszystkich.

Kolega Sikorskiego i Tuska Roman Giertych już nie miał takich skrupułów. Pasł nienawiść wszystkich silnych razem wyśmiewających się z żartów o “tu polewie” domagając się zbadania wariografem Jarosława Kaczyńskiego, by wyjaśnić wspólnictwo braci w katastrofie.  Potem nieoceniona Pani Shnepf – Wysocka zaprosiła, rocznicowo, Giertycha do odzyskanej telewizji publicznej by odbyć z nim rocznicową rozmowę na ten temat. Brawo! Good job. Co musieli po tej rozmowie czuć bliscy zmarłych, ci ludzie, którzy co roku w tym dniu płaczą,? Nagrodą za taką rozmowę może być nieujawniana pensja, a i zapewne przyłoży się to do dobrej placówki dyplomatycznej dla małżonka.

W tym samym dniu Jarosław Kaczyński nożyczkami odcinał od pomnika smoleńskiego tabliczkę, na której ktoś napisał rozmaite kalumnie na temat jego brata, najbliższego mu człowieka. Takie tabliczki to ważna sprawa. Od momentu kiedy zostaną do pomnika przyczepione strzeże ich stroskana ich losem ekipa dziennikarska. Podobnie jak w sytuacjach, gdy “przypadkowi obywatele” w tym dniu postanawiają obrazić Kaczyńskiego ich prawa głosu strzeże “obywatelski” serwis Okopress, “Gazeta Wyborcza”, “Newsweek”. Ale jest zawsze śmiechu z tego, co Kaczyński odpowie. Ale jest oburzenia, że starszy pan nożyczkami, trochę nieporadnie próbuje z pomnika brata usunąć napis urągający pamięci w rocznicę jego śmierci. Brecht jest. Zabawa. Oburzenie. Emocje. Radość – ale będą wirale. Będą szaleć po mediach. Wszyscy się ubawią.

W tym samym dniu posłowie koalicji Donalda Tuska w europarlamencie współprowadzili do przyjęcia przez Polskę paktu migracyjnego. Dwa dni później w Sztokholmie zginął Polak, który grupie młodych przybyszy spoza Europy zwrócił uwagę, że są zbyt głośno. Zastrzelono, go na oczach dwunastoletniego syna. Czytelnik Okopress, widz TVP, o tym się nie dowiedział. Cóż, szum informacyjny szkodzi. A nowa uśmiechnięta Polska dba o społeczeństwo i w tym zakresie.

Rys. Cezaru Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Wszyscy wygrali. No, prawie wszyscy

Prawda jak sympatycznie przebiegły ostatnie wybory samorządowe? Każdy wygrał. Również każdy elektorat dostał jakiś prezent. No dobrze, może z nielicznymi wyjątkami.

Weźmy taki elektorat PiS. Sporo już powiedziano i napisano o tym, że dostał nadzieję, która dodała mu wiatru w żaglach, więc nie ma co stwierdzać oczywistości. Warto jednak zauważyć, że dostał również kojące przekonanie, że nie trzeba niczego zmieniać, nie trzeba wyciągać wniosków z tego co się stało 15 października, analizować trendów, przedstawiać wizji. Można mieć beznadziejne listy, nie prowadzić kampanii, a i tak, w sensie arytmetycznym, da się wygrać z opętanym Tuskiem. Jest to wprawdzie poczucie złudne, myślę że jest kwestią czasu zanim jakieś ugrupowanie przedstawi wiarygodną wizję silnej, suwerennej, ambitnej Polski i zgarnie pulę, ale chwila ulgi na razie jest.

Elektorat KO

Albo taki elektorat Koalicji Obywatelskiej. Trzy dni po wyborach i cyk, Tusk ostatecznie rozwiewa nadzieje pisowskiej biedoty na benzynę po 5,19. Ludzie na pewnym poziomie domyślali się przecież, że jako patologiczny kłamca wspominając o benzynie za 5,19, może nie mówić tego na poważnie, a jedynie po to by łatwowiernym makaron na uszy nawinąć. Dla ludzi na pewnym poziomie oczywiste było, że jedyny realny konkret Koalicji Obywatelskiej nie jest nawet zapisany w tych śmiesznych „100 konkretach”, a sprowadza się do obietnicy zapisanej w ośmiu gwiazdkach. Jednak obserwacja min pisowców czekających na decyzję o taniej benzynie – bezcenna. Hasta la vista frajerzy!

W bonusie Rafał Trzaskowski dorzucił pakiet niesamowitej kładki dla pieszych przed wyborami i podniesienia kosztów korzystania z parkingów „Parkuj i jedź” po wyborach. Warszawiacy nie mogą się zdecydować, czy dawać wyraz radości chodząc po kładce, czy korzystając z parkingów.

Reszta

Elektorat Trzeciej Drogi, a szczególnie jej zeteselowskiej nogi (badania nie są na dzień dzisiejszy w stanie stwierdzić oznak życia w hołownianej) dostał prezencik taki malutki, ale jakże cenny – „jeszcze dychamy, nie widomo jak długo, ale jeszcze dychamy” – Tak to już jest, kiedy się wchodzi do basenu z krokodylem, każda minuta życia jest na wagę złota.

Elektorat Konfederacji ma prawo się cieszyć, że ta uzyskała wynik lepszy niż w wyborach samorządowych w 2018 roku. No bo z czego? Tym bardziej, że w 2018 roku Konfederacja w wyborach nie startowała.

Jedynym osiołkiem wydaje się być elektorat Lewicy, któremu nie jestem w stanie wymyślić nawet najbardziej szyderczo definiowanego prezentu. Okazuje się, co za zaskoczenie, że usiłowanie implementowania w Polsce lewackich głupot z Zachodu z kilkunastoletnim opóźnieniem, nie znajduje poklasku pośród jakiejś szczególnej grupy Polaków do tego stopnia, że nawet były sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, obecnie na etacie „autoryteta”, Leszek Miller (dla uczciwości trzeba dodać w konflikcie z obecnym kierownictwem Lewicy), uważa, że „wszyscy wygrali, tylko Czarzasty przegrał”.

Czyli prawie wszyscy zadowoleni. Nie mogłoby tak być zawsze?

HUBERT BEKRYCHT: Za pięć dwunasta, czyli cisza, która nie inspiruje

Za kilka minut nie będzie już można niczego powiedzieć o wyborach, wyborcach a nawet o napoju, który jest wyborowy. Taka to głupota młodej przecież jeszcze pokomunistycznej demokracji, że nam tę ciszę wyborczą wciskają jak pasztetową w sklepie z PRL rodem. A my – jak mówi młodzież – „łykamy jak pelikany”. Myślimy, że to taki bezpiecznik demokracji, choć po grudniowych wydarzeniach ub. r. demokracja to czysta abstrakcja. A prawda jest taka, że urzędnicy z Brukseli nie mogą się nadziwić, bo co komu cisza przed wyborami? Ale w krajach, jak o nas mówią, niezbyt rozwiniętych demokratycznie – a tę opinię o Polsce przez lata umacniali politycy obecnej koalicji rządzącej – taka cisza być musi. Nikt nie wie w Polsce dlaczego, ale uśmiechnięte społeczeństwo tak uznaje i tak jest. Chyba.

Nie wiem, czy wszyscy rozumiemy w jakim stopniu cisza przed jakimikolwiek wyborami jest abstrakcją. W dobie wszech dostępu do sieci i zaszyfrowanych informacji, tudzież popularności – przepraszam wyborczych cenzorów – platform, z tym że społecznościowych, takie przepisy to tylko śmiech z prawa. I demokracji. W niczym cisza nie pomaga, bo plakaty wiszą, napisane przed godziną 23:59 w piątek artykuły, posty i zrobione filmiki mogą sobie dyndać w sieci jak pułkownikom prawo w zajmowanych nielegalnie mediach publicznych.

Geografia ciszy

Cisza przedwyborcza a właściwie wybitnie wyborcza nie obowiązuje w krajach o ugruntowanym systemie politycznym – celowo nie piszę demokratycznym – czyli nie jest potrzebna m.in. Brytyjczykom, Szwajcarom, Belgom, Austriakom, Duńczykom, Szwedom, Finom, Litwinom i Portugalczykom. W Europie, najbardziej chyba sprawiedliwy zakaz agitacji, czyli w dniu wyborów, obowiązuje w Niemczech i na Węgrzech. Polska wydarzeniami z grudnia ub. r. zasłużyła ostatnio na ciszę w polityce w ogóle, ale ma tylko prawie dwudniowy zakaz prowadzenia kampanii przed wyborami, tak samo jest w Chorwacji, Grecji, na Cyprze, Irlandii, Bułgarii i na Słowacji oraz we Francji.

Najdłużej trzeba milczeć we Włoszech, bo aż 15 dni przed wyborami a 5 dni cisza trwa w Hiszpanii. Kilkudniowy post od agitacji obowiązuje m.in. w państwach bałkańskich (Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Rumunia) oraz w Luksemburgu a także w Turcji.

Milczenie wyborcze i historia (krótki kurs)

Oczywiście, dla bardziej dociekliwych, wszystko może mieć w tym zestawieniu logiczne uzasadnienie, ale też i nie: Włochy najdłużej milczą przed wyborami, bo rządy po wojnie trudno tam zliczyć a parlament jest rozdrobniony jak karma dla bezzębnego jelenia. Poza tym Italia, poprzez nadmierną agitację panów w czarnych koszulach, już kiedyś płaciła sporą cenę społeczną za zbytnią „wolność” wyborczą. Z drugiej jednak strony w Niemczech cisza jest tylko w dniu wyborów, ale są tacy, którzy właśnie tam po wojnie wyborów w ogóle nie przeprowadzaliby. W Austrii, gdzie nawet malarze mogą drzeć się w dniu elekcji na kogo głosować, też – zdaniem wielu – lepiej przeprowadzać tylko wybory miss (sprawdzić, czy dzierlatki mają brody) lub wybory komitetu domowego.

Wyciszenia demokratyczne

Cisza wyborcza w Polsce tylko raz minęła się z pędzącym pociągiem prawa. Całkiem niedawno całe tabuny ludzi przed lokalami za nic miały ciszę, kiedy w nocy, bez komunikatu PKW, tworzyły się kolejki po formalnym zakończeniu wyborów a w kraju wiadomo było już jakie są wyniki. Nawet jeden poseł roznosił w nocy wśród wyborców swojego okręgu napoje i nie był w masce, czyli każdy mógł go rozpoznać i ów parlamentarzysta mógł agitować za pomocą dobrze zwanej, nie tylko nad Bosforem, twarzy… To taka była wyciszona demokracja. Wybory się uśmiechnęły ustami polityków i sędziów, którzy są demokratami i o ciszę wyborczą dbają, chociaż zastosowano tu wyciszenie ciszy wyborczej.

W czasie podróży przez Europę śladem występowania ciszy wyborczej pominąłem jednak jeden istotny szczegół. Przed ciszą, w jej trakcie i nawet przed powtórnymi czy powtórzonymi wyborami trzeba mieć na kogo głosować. Czego Państwu i sobie życzę.

 

 

WALTER ALTERMANN: Oj, wybory, wybory, po wyborach smutek…

Tytuł tego felietonu zaczerpnąłem, z małą przeróbką, z ludowej piosenki. W oryginale jest tak:

„Oj, wesele, wesele, po weselu smutek,

oj, wlazła baba na piec,

sparzyła półdupek…”

W rzeczywistości wybory to wielkie społeczne wesele, a skutek powyborczy, jest właściwie  identyczny, jak u tej baby – duże rozczarowanie i obolałe siedzenie. Żeby jednak nie być posądzonym o pójście na łatwiznę, proponuję poniższy wykład.

Wybory, dawniej 22 lipca

Daje się dziś słyszeć, że wybory to wielkie święto demokracji. Ilekroć słyszę takie zadęcie, tylekroć  budzi się we mnie uśpiony burzyciel pomników. Bo dzisiejsze wybory samorządowe bardziej przypominają dawne święto 22 lipca, niż prawdziwą demokrację. Według mnie demokracja, która ogranicza się do możliwości głosowania nie jest jeszcze prawdziwą demokracją. Prawdziwa demokracja, to możliwość weryfikowania działań władzy, poddawania tych działań rozumnej krytyce i wyciąganie bezwzględnych wniosków. Tak samo jak do pełni demokracji konieczna jest weryfikacja obietnic wyborczych i sprawdzanie dotychczasowych osiągnięć życiowych kandydatów do władzy.

Wydawałoby się, że w dobie wolnych mediów, Facebooka, Twittera nie ma nic łatwiejszego, niż rzetelne rozliczenie dotychczas rządzących radnych, burmistrzów, wójtów, prezydentów miast i marszałków województw, ale nic bardziej mylnego. Obecna kampania wyborcza to parada terenowych zarozumialców, gminnych zbawców i lokalnych świętych Mikołajów. Przykłady? Podzieliłem je na dwie kategorie. Pierwsza to auto-chwalba obecnych władz, druga to zapowiedzi kandydatów.

Czego to myśmy nie zrobili

W wielu miastach na nowych obiektach municypalnych, takich jak zajezdnie autobusowe, na  wyremontowanych pośpiesznie, po łebkach ulicach i na ledwo co ukończonych budynkach szkół, żłobków i szpitali pojawiły się transparenty, głoszące: „Zrobiliśmy to dla Was, Łodzianie, Poznaniacy czy Pszczynianie”. I wychodzi na to, że władza robi prezenty swoim wyborcom, z własnej (tej władzy) kasy. Pomijam już fakt, że łodzianie, poznaniacy, pszczynianie zawsze  piszemy małą literą. Nie jesteśmy w końcu Niemcami którzy każdy rzeczownik piszą wielką literą.

Zwracam też uwagę, że pisanie „dla was” jest rodzajem nieprzyjemnego fraternizowania się z  wyborcami, którym władza lokalna ma służyć. A nadto, to wyborcy są dla władzy władzą, nie odwrotnie.

I zupełnie jak w przeddzień 22 lipca obecne władze chwalą się osiągnięciami remontowo-budowlanymi. A czynią to tak, jakby rzeczywiście dochodziło do jakichś masowych cudów, a  władze były po prostu cudotwórcami.

Trzeba być naprawdę mocno w sobie zakochanym, żeby uznać, że remont linii tramwajowej jest objawieniem łaski Bożej, poprzez prezydenta miasta. I tak to, przed wyborami, to co oczywiste i normalne, staje się wydarzeniem metafizycznym, nadludzkim.

I ani słowa o tym, ile z poprzednich obietnic wyborczych naprawdę zrobiono, a ile poszło psu na budę. Nikt nie ma zamiaru z czegokolwiek się rozliczać. Przecież minęło już 5 lat, więc wyborcy nie pamiętają o obiecanych złotych górach…

A czego to my nie zrobimy

Obietnice wyborcze nowych ludzi są równie nadprzyrodzone, co działania ich poprzedników. Ani słowa o pieniądzach – w sensie, skąd je nowi lokalni władcy wezmą. A bez pieniędzy nawet Salomon nie naleje. Nic, czysta abstrakcja jak u Kandinskiego lub niepohamowany kubizm jak u Picassa.

W obietnicach nowych nic się nie trzyma kupy, albo nic niczego się nie trzyma. A to dlatego, że albo nie mają pojęcia o zarządzaniu miastami i gminami, albo też uważają, że nie ma się co skupiać na szczegółach, bo i tak zwycięża wizerunek kandydata. Dlatego pozostaje nowym odwoływanie się do uczuć wyższych, właśnie metafizycznych.

Przejrzałem kilkadziesiąt ulotek wyborczych z całej Polski. Kilka poniżej zacytuję.

„Dlaczego startuję? Bo władza w mieście ignoruje mieszkańców. Chcę im przywrócić szacunek” – niestety kandydat nie rozumie, że szacunek jest w tym tekście dziwnym słowem. Co prawda dobrze brzmi, ale nic nie znaczy. Bo co? Będzie non stop łaził ulicami i każdemu mieszkańcowi będzie się nisko kłaniał kapeluszem? Przy okazji nie będzie też nikogo ignorował.

„Jestem zmianą, na którą czekacie” – pisze kandydatka. Ale nie pisze jaką zmianą, z czego na co. Ot, ma być zmiana, to jestem. Jako kobieta jest nowa nawet ładna, ale iluż wyborców zechce zmienić na nią swe żony?

„Chcę, aby nasze miasto inspirowało” – pisze kandydat, z zawodu nauczyciel, obecnie emeryt. I aż przykro myśleć, czego to on nie uczył w przeszłości. Przede wszystkim nie uczył sensu słów, bo inspiracja to natchnienie. A czymże ma inspirować owo miasto, Duchem Świętym, skłonnościami  do uprawiania sztuk pięknych? Kolejne puste słowa.

„Obecny prezydent jest zmęczony. Dajmy mu odpocząć.” – jakże podle apeluje kandydatka na urząd prezydenta miasta. Sugeruje bowiem, że obecny prezydent nie ma już sił i zdrowia do sprawowania urzędu, a nawet – być może jest chory. Czyli, podłość, podejrzane sugestie i pomówienia. Strzeż Panie wyborców przed takim kandydatem na urzędzie. Bo taka kandydatka będzie gotowa na wszystko.

„Sejmik bez polityki!” – deklaruje kandydat do sejmiku województwa. I kolejna abstrakcja, bo czymże jest sejmik jak nie ciałem politycznym? A tu kandydat zapowiada, że jego polityka nie interesuje… W takim razie nie powinien się ubiegać o mandat. Mógłby zostać dobrym strażnikiem miejskim, szewcem (których tak brakuje), a jeżeli ma ukończone studia to nawet nauczycielem. Tu  dodam, że kandydat o niczym więcej w swoim programie nie informuje.

„Kocham to miasto. Chcę przywrócić mieszkańcom szacunek” – informuje kolejny łaskawca do rady miejskiej. Ale nie zdaje sobie sprawy, że szacunek jest czymś osobistym, własnym, niemal intymnym i nikt nikomu ani nie może go odebrać, ani przywrócić. Szacunek dla innych się ma, albo nie ma. Szacunek jest wartością moralną, wskazówką, jak traktować siebie i innych, by nie naruszać swojej ani cudzej godności. Szacunek służy ochronie tej najważniejszej, najbardziej delikatnej części naszego ja. Wybacz im Panie, bo piszą jak myślą, a myślą – jak widać – bardzo marnie.

Brudno i totalny bałagan

O jednym żaden z kandydatów ani z tych, co już władzę mają ani z tych, co jej tak bardzo pragną nie wspomina… o powszechnym i zniewalającym brudzie i bałaganie, który panuje na wsiach, w miastach i miasteczkach. Elektorat niemiłosiernie brudzi, a władze nie sprzątają.

Dziwne, że nikt, dosłownie nikt z kandydatów, nie podjął tego tematu. A temat widać i czuć na każdym kroku. Obecne władze robią niewiele w kwestii brudu, bo – jak twierdzą – nie mają pieniędzy. Więc zrozumiałe, że obecni udają, że jest czysto. Ale dlaczego ci nowi sprawy nie podejmują? Bo boją się wyborców, których tak niskie tematy mogłyby odstręczyć od głosowania na czyściochów. No i nikt nie lubi, żeby mu wytykać, że jest brudasem.

A prawdę mówiąc, my Polacy lubimy bardziej wzniosłe tematy: honor, dziedzictwo historyczne  odpowiedzialność dziejowa… A przypominanie, żeśmy z dziada pradziada brudasy, nie uchodzi.

Pójdę, ale bez zadowolenia

W sumie mamy programowy mętlik w głowach, kalectwo językowe w ulotkach i nieprzepartą chęć życia przez najbliższe 5 lat na koszt wyborców. Mało, piekielnie mało. I potwornie drogo! Niestety, przed każdymi wyborami wzrasta we mnie poziom anarchizmu. Albowiem nikt ze starych z niczego się nie rozlicza, a nikt z nowych nie sili się nawet na minimum logiki. Do urny oczywiście pójdę, ale bez zadowolenia.