Graf.: Jeden z memów, który pojawił się w sieci tuż po próbie zamachu na Donalda Trumpa

Skandaliczny przekaz mediów liberalnych po zamachu w USA – „eksperci” o „dziwnym zachowaniu” Trumpa po strzałach…

Straszna nocna informacja o zamachu na Donalda Trumpa u normalnego dziennikarza budzi w ułamku sekundy pytanie o zdrowie 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych, który został postrzelony na wiecu wyborczym w Pensylwanii.

Stało się to na dobę przed oficjalną nominacją Republikanów dla Trumpa, który od tej pory będzie formalnie kontrkandydatem obecnego prezydenta Joe Bidena (Demokraci) na najwyższy w USA urząd. Wielu dziennikarzy tak właśnie pomyślało. Najpierw pytania: „czy przeżyje”, „jak ciężko Trump jest ranny”? I dopiero potem „kto strzelał” i „jakie były okoliczności zamachu” oraz „jakie będą polityczne skutki zamachu”. Niestety, zachowaniu nie wszystkich  reporterów i wydawców, przede wszystkim mediów głównego nurtu, nie przyświecała taka kolejność działania podczas relacjonowania okoliczności zamachu na Trumpa.

Fakty

W nocy z 13 na 14 lipca polskiego czasu świat obiegła informacja, że na wiecu wyborczym w Butler w stanie Pensylwania na północ od Chicago 45. prezydent USA Donald Trump (2017 – 2020) został postrzelony podczas próby zamachu. Nie żyje jedna osoba, dwie są ranne. Trump dostał postrzał w prawe ucho, uniknął śmierci dzięki refleksowi ochrony. 20-letniego lub, wg. innych mediów 21-letniego, zamachowca zastrzelono.

Przekaz

W naszym świecie nie ma sensu spekulować, kto pierwszy podał tę dramatyczną informację. Najprawdopodobniej kilka (?) minut po strzałach w Butler zrobił to jakiś portal z USA na swoim profilu w jednym z mediów społecznościowych. Większość polskich mediów podała wiadomość o zamachu również bardzo szybko na podstawie Reutersa i innych mediów amerykańskich. Ten przekaz przetłumaczyła PAP właśnie z Reutersa, CNN i AFP między północą a godziną 1.00 w niedzielę. Potem media elektroniczne i portale z nimi związane uruchomiły przekaz bezpośredni z mediów w Stanach Zjednoczonych a potem m.in. portale prasowe zaczęły podawać, oprócz informacji, komentarze i opinie. Spóźniła się TVP Info, chociaż na portalu były wieści z tragicznych wydarzeń w Pensylwanii.

Spekulacje

Jak zwykle kilka godzin po zamachu w Butler pojawiły się prawie we wszystkich mediach spekulacje dotyczące tragicznych wydarzeń podczas wiecu Trumpa. Tak to zwykle bywa, że w 80 proc. przypadków spekulacji są to tzw. bezpieczne rozważania medialne, na przykład dotyczące konsekwencji politycznych próby zamachu. Nie cytuję tutaj bzdur, który wiele polskich mediów internetowych nazywają spekulacjami, bo to zjawiska jednak marginalne a kompromitacja „dziennikarzy” jest tak oczywista jak zdanie: „Donald Trump mógł postrzelić się sam”. Stan umysłu autora lub autorów (skutek tzw. dziennikarstwa obywatelskiego) takich „tez” to chyba beznadziejna paranoja albo nieuleczalna psychoza.

Mitologia liberalna i lewicowa, także lewacka

Oczywiście w nocy z soboty na niedzielę i nad ranem w większości redakcji są tylko tzw. dyżurni i osoby odpowiedzialne za technikę przekazu i łączność. Nie należy oczekiwać cudów, zanim obudzeni zostaną szefowie tych mediów i inni dziennikarze, wystarczy podać rzetelną, a w przypadku zamachu w Butler, dobrze przetłumaczoną informację.

Niestety, niektórzy dziennikarze i „dziennikarze” uznali, że kreacja to też możliwy środek informacyjny. Onet nazwał próbę zamachu na Trumpa „incydentem” a PAP za światowymi agencjami pisała o „eksplozjach” na wiecu wyborczym Partii Republikańskiej.

Najgorzej było nad ranem w niedzielę 14 lipca. Poza mediami konserwatywnymi, niewiele redakcji czekało na potwierdzone informacje niwelujące fake newsy z pierwszych godzin po tragicznych wydarzeniach.

Żenujący byli „eksperci” ze szkół typu Akademia Elegancji i Humoru Politycznego, którzy pletli, co im  ślina na język przyniosła. Prym wiedli „specjaliści” zapraszani przez media publiczne i TVN24. Owi „guru od wszystkiego” podkreślali, jakby wrócili właśnie z Butler, że lider Republikanów miał po zamachu „sceniczne odruchy” i dziwiło ich (sic!) „dziwne zachowanie” Trumpa po strzałach…

Nie strzelano do mnie nigdy, ale podejrzewam, że też zachowywałbym się potem dziwnie, może tak jak Trump, dodawałbym nawet otuchy swoim zwolennikom krzykami. Tylko u mnie byłby to, powiedzmy, szok a u 45. prezydenta USA odwaga.

W przypadku wypowiedzi wspomnianych „ekspertów” niedowład społeczny dotyczy także naukowców i specjalistów od wszystkiego.

Kto zabił Laurę Palmer?

No i na koniec – pozwolę sobie na ironię –  wisienka na medialnym torcie. Program „Woronicza 17” emitowany w TVP Info rano po zamachu prowadzony przez Kamilę Biedrzycką. I europoseł z mojego miasta Łodzi Dariusz Joński – człowiek śledczy (homo investigatus), znający najprawdopodobniej nawet mordercę Laury Palmer z serialu „Twin Peaks”. Tyle ironii…

Ale jednak Joński – jak mówi młodzież – „poleciał” zwracając uwagę na to, że domniemany zamachowiec był zarejestrowany jako wyborca Partii Republikańskiej. Co z tego wynika? Nasz narodowy śledczy, nie wyjaśnił, ale swój cel osiągnął, bo nieliczni już odbiorcy TVP Info, którzy zostali przy tej stacji po zamachu na media publiczne w grudniu 2023 roku, dostali przetworzoną przez europosła informację. W  komentarzach internetowych, nie tylko dotyczących słów polityka, pojawiało się brawurowe pytanie –  „Republikanie próbowali zabić Trumpa?”. Jońskiemu pomogła prowadząca zmieniając temat zauważywszy przenikliwie, że „społeczeństwa są spolaryzowane”.

Hubert Bekrycht (felieton z mojego FB)

 

Uroczystości ku czci ofiar 12 lipca 1942 roku, które odbyły się w 2023 roku w 81 rocznicę masakry Fot.: z FB Urzędu Gminy Garbatka-Letnisko

WALTER ALTERMANN: Garbatka – nieduża wieś i jej wielka historia

Czasem mamy ochotę pojechać gdzieś, niezbyt nawet daleko. Od tego, jak trakujemy miejsca naszych wyjazdów wiele zależy. Zatem, zamiast gromadzić tylko praktyczne informacje o miejscu naszego wypoczynku, warto czasem rozejrzeć się i zapamiętać nie tylko, gdzie jest sklep i bankomat. Garbatka-Letnisko jest niedużą wsią położoną w województwie mazowieckim, w powiecie kozienickim, w gminie o tej samej nazwie. Leży przy drodze krajowej nr 79 – tak opisuje ją popularna encyklopedia, ale warto zagłębić się w historię miejscowości.

Garbatka była wsią klasztorną benedyktynów sieciechowskich w ostatniej ćwierci XVI wieku. Na obszarze obecnej Garbatki-Letnisko do XV w. istniały dwie miejscowości: sama Garbatka oraz Rambertów (różnie pisana: Rembiertów, Rambertów, Rembertów). O tej drugiej miejscowości wspomina przywilej jaki wydał książę Bolesław Wstydliwy klasztorowi sieciechowskiemu w 1252. Pierwsza wzmianka o samej Garbatce w źródłach pisanych pochodzi z 1449. Jednak najważniejsze wzmianki występują w Liberum beneficiorum Jana Długosza, w dokumentach z lat 1497 i 1542 oraz radomskich księgach ziemskich z połowy XV w.

Historyczny rozwój wsi

W 1787 Garbatka liczyła 253 mieszkańców, w 1881 – 715 mieszkańców i 101 domów. W latach 1795-1809 Garbatka znajdowała się w zaborze austriackim, a potem, w latach 1815-1915 w zaborze rosyjskim.

W momencie wybuchu II wojny światowej miejscowość liczyła ponad 3500 mieszkańców. Rozwój miejscowości w końcu XIX w. i na początku XX w. był spowodowany budową kolei (1885) łączącej Zagłębie Dąbrowskie z Dęblinem. Już wówczas dzięki dogodnemu dojazdowi i niewielkiej odległości od Radomia w Garbatce zaczęły powstawać domy wypoczynkowe i letniskowe. Jeden z takich domów (1890) wybudował Grek Antonis Jani, w sumie otworzył 4 takie pensjonaty oraz sklep, a następnie zaczął Garbatkę intensywnie reklamować jako miejscowość uzdrowiskową, co udało mu się znakomicie. Najpierw lekarze i ich pacjenci, a później i zwykli mieszkańcy Radomia, Dęblina oraz innych miast zaczęli tu spędzać wolny czas. Po kilku latach jednak Jani zrezygnował z prowadzenia pensjonatu i po sprzedaniu majątku założył fabrykę wyrobów cementowych. Po następnych kilku latach i ten interes sprzedał, a sam wyjechał w głąb Rosji, i tam zmarł.

Międzywojnie

Najświetniejsze lata w historii Garbatki to okres międzywojenny. W tym czasie zasłynęła jako kurort letniskowy. Odwiedzały ją rzesze „letników”, szczególnie z Radomia, Lublina i Warszawy. Liczba domów do wynajęcia wzrosła do 400. Zabudowania powstawały po obu stronach linii kolejowej. W 1921 Garbatka liczyła już 1739 mieszkańców. Ważnym momentem w gospodarczo-ekonomicznej historii Garbatki jest utworzenie w 1923 Nadleśnictwa Garbatka. W okresie międzywojennym na obszarze Puszczy Kozienickiej rozwinął się przemysł drzewny. W Garbatce znajdował się już tartak trzytraktowy o mocy przetarcia 15 tys. m² razem ze stolarnią mebli. Wpłynęło to także na rozwój przemysłu chemicznego (destylarnia żywicy).

II wojna światowa

W czasie II wojny światowej Garbatka stanowiła ważny węzeł kolejowy, którym przechodziły niemieckie transporty z zaopatrzeniem frontu wschodniego. W latach 1942 – 1944 partyzanci przeprowadzili w tym rejonie szereg udanych akcji dywersyjnych.

12 lipca 1942 roku wieś została spacyfikowana, do niemieckich obozów śmierci (głównie do Auschwitz) przewieziono około 800 osób, przeżyło jedynie 46. Na placu w pobliżu części towarowej stacji kolejowej Garbatka-Letnisko, z którego odjeżdżały transporty zatrzymanych, ustawiony jest pomnik ku pamięci ofiar.

W latach 1942-1945 w Garbatce mieszkał profesor Leszek Kołakowski, który od 2000 r. był Honorowym Członkiem Stowarzyszenia Przyjaciół Garbatki. W Garbatce-Letnisko urodził się pianista jazzowy Andrzej Jagodziński oraz Krzysztof Kumor – aktor i prezes ZASP.

Współcześnie Garbatkę-Letnisko zamieszkuje ok. 3400 osób.

Wzorcowa pamięć mieszkańców

Niemiecka pacyfikacja Garbatki była okrutna. Wielu z zatrzymanych przesłuchiwano i męczono, a później wywożono do obozów koncentracyjnych. To, co stało się 12 lipca 1942 roku, było katastrofą dla setek rodzin z Garbatki, ale również dla sztabu Obwodu Armii Krajowej.

12 lipca w Garbatce – w rocznicę niemieckiej zbrodni, która miała tragiczny wpływ na losy wielu rodzin i stanowi okrutną, krwawą kartę w historii Garbatki-Letnisko – odprawiana jest uroczysta msza w intencji mieszkańców, ofiar niemieckiej zbrodni.

To jak w małej Garbatce traktuje się własną historię powinno być wzorcem dla niezliczonych miejsc kaźni w Polsce.

Nasze zbrodnie niepamięci

Niestety, w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci (po roku 1989) zaczęliśmy traktować własną historię, jak obciążenie – ze wstydem i chęcią szybkiego zapomnienia. Jakbyśmy sami byli winni niemieckiej okupacji. A Francja, przecież znacznie potężniejsza od Polski, również przegrała wojnę z Niemcami.

Zaczęto też grzebać przy nazywaniu II wojny światowej i okupacji Polski. Niemców przerobiono najpierw na nazistów, faszystów, a w końcu na hitlerowców. Skutkiem czego Polacy sami uwolnili państwo niemieckie od jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo przecież poza hitlerowcami byli też „porządni Niemcy”. A ich liczba z roku na rok, według dzisiejszej narracji Niemców, rośnie. Natomiast hitlerowców było, podobno, nie więcej niż 8 procent… Ta sprawa jest dla nas groźna, bo zbrodni i grabieży dokonywało w Polsce ówczesne niemieckie państwo, którego spadkobiercą prawnym jest dzisiejsza Bundesrepublik Deutschland. Sami zdjęliśmy z Niemców odpowiedzialność?

Odnotować też trzeba ukazywanie naszej tragicznej historii w czasach okupacji, jako fajnej przygody. Bo rzekomo młodzież lubi „nawalanki” w stylu Spider-Mana i Supermana. Albo w stylu kowbojskim Jak mogło do tego dojść, że u nas, w kraju takiego ogromu niemieckich zbrodni, powstawały, robione przez Polaków, komiksy i filmy ukazujące okupację i walkę o niepodległość jako interesującą przygodę? Kto wpadł na pomysł i kto sfinansował tak liczne wydawnictwa dla idiotów? A może jest to celowe idiocenie Polaków? Niestety w swoim czasie, za poprzednich rządów PO-PSL, również IPN ma na sumieniu takie potworności.

Nasi politycy mają swój niemały udział w niszczeniu historii. Po PRL-owskiej manifestacyjnej niechęci do Niemców, nowe partie obrały kierunek na winy i zbrodnie ZSRR, a później Rosji. A przecież oba narody – niemiecki i rosyjski – dokonywały zbrodni. Jednakże zapominanie o zbrodniach Niemców i skierowanie większej uwagi na zbrodnie Rosji było  naszym ogromnym błędem.

I teraz nie dziwmy się, że Niemcy nie traktują poważnie naszych roszczeń co do odszkodowań za wojnę, i naszych oczekiwań zadośćuczynień za okupację. Skoro sami traktujemy jak stado baranów…

Sam nie wiem co gorsze – bezmyślna hucpa, czy wyrachowana depolonizacja?

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Frustracja i dylematy nauczycieli

Co robić jeśli ma się kretyńskie, antynarodowe dyspozycje z jednej strony a z drugiej strony sporu rozum i pryncypalne zasady odpowiedzialności zawodowej, obywatelskości rozszarpują nauczyciela wewnętrznie i uniemożliwiają pracę? Gdy zamieniają ci Sienkiewicza na Tokarczuk, eliminują najlepszych reportażystów zostawiając jedynie Krall. Gdy poddaje się szara masa cyniczno-tchórzliwych decydentów i chce uczyć młodzież niwecząc to, co już od wieków jest naszą wielką wartością i skutecznym orężem dla podtrzymania patriotyzmu i krzewienia wartości.

W zdecydowanie źle kojarzonych przez obywateli al. Szucha zasiada edukacyjna władza, która bełkocze coś o podstawach programowych w szkolnictwie i chce wyrzucać najwartościowsze lektury. Bo ta władza ma teraz (chwilową zresztą) władzę. Ale ona uzurpuje sobie prawo do ustalania reguł w materii najdelikatniejszej – naszej szkoły. W ostatnich dziesięcioleciach ten resort miał już na czele kilku idiotów i niedołęgów. Jedni mieszali w prawo inni w lewo.  Był na przykład spadkobierca teorii o smokach. Sam chłop wielki ale porzucił tromtadracje polityczne po prostu dla obfitego szmalu zdobywanego wszelkimi sposobami.

Bryndza. Wychowawcy, nauczyciele narodu gmach wasz przepiękny, przedwojenny. Wzorem Bohdana Pniewskiego pięknie zaprojektowany i zbudowany. Szkoda go dla tych, którzy tam teraz są. Co ma więc robić biedny belfer, który ma beznadziejne związki zawodowe kierowane przez facetów już opierzonych, otłuszczonych i miernych? Belfer musi się zdobyć na odwagę. Pytam człowieka doświadczonego w szkolnictwie, który sam w swoim czasie dużo wymyślił a potem zrobił sporo dla oświaty.

– Oni się podporządkują – mówi. Podporządkują się, bo to teraz bierna masa. Bo to już inni nauczyciele niż kiedyś. Chcą doczekać emerytury. Uważają, że ich głos się nie liczy.

Może jednak nie wszyscy są już tacy. Przecież to tysiące wykształconych ludzi. Szczególnie ci starsi. Niech uczą o obecnie modnych idolach władzy. Nie trzeba rezygnować z Krall ale dodać Kąkolewskiego, Herberta, Nowakowskiego. Ciekawe, kto przebrnie przez nudziarstwo Tokarczuk, której również prawicowi dycydenci kulturalni zafundowali miliony? A nic a np. patriocie i piłsudczykowi BohdanowiUrbankowskimu. Oczywiście werbalnie go chwalili, ale nakłady miał po pięćset egzemplarzy.

Nauczyciele ciągle mogą wiele. Mogą wykonywać rozkazy a jednocześnie przekazywać wiedzę o ważnych dziełach i pisarzach. Mogą to zrobić po prostu sprytnie. Wystarczy powiedzieć młodzieży, że to pisarz teraz zabroniony, szykanowany. Młodzież pochłonie jednym tchem te lektury (ten pomysł podsunęła mi moja żona – Ewa, długoletnia nauczycielka polskiego). „Ogniem i mieczem”, „Potop” się wam głupcy nie podobają. Nauczyciele, zaproście na lekcję reżysera Hoffmana albo Olbrychskiego  Myślę, że przyjdą. Wyświetlajcie fragmenty filmów choćby z telefonu komórkowego.

Porzucone lektury wydrukować nawet na szarym papierze. Ludzie kupią. Oczywiście nie po cenach złodziejskich, które teraz odstraszają. Żadna nawet wymuskana współczesna paniusia nie będzie rzeźbić w naszej utrwalonej od wieków literaturze. Niech wyżywają się gdzie indziej – np. na tuskowych wiecach i pochodach. Owszem może i przyjedzie ich znowu kilkaset tysięcy. Niech sobie swobodnie drepczą. Pozostaną jeszcze miliony ludzi, którzy otrząsną się z amoku. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz a Rusek dzieci kradł i sobaczył. Ty nauczycielu swoją powinność znasz. Przetrwasz, jeśli pomyślisz i będziesz uczył uczciwie.

Rodzice już zabierają dzieci ze szkół i uczyć będą prywatnie. Z językiem polskim uda się to lekko. Ale inne przeszkody, w obronie i dla dziecka swojego rodzic pokona. Po prostu wyśmiać trzeba pomysły oświatowe, które oświatę polską niszczą. Przewracają się w grobach pisarze. Współcześni milczą. Bo to dziady, prawdziwe, nie mickiewiczowskie. Żywe trupy. Niedługo Trzaskowski odbierze im nawet chałupę. A idźcie do baraków po ZOMO nad Wisłą za mostem Gdańskim. A kysz!

 

 

Rys. Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Gorliwi wykonawcy doktryny Klausa Bachmanna

Nie po to III RP została zbudowana na bezkarności ubeków żeby dzisiaj nie korzystać z ich know how. I nie po to „skrzywdzeni” ubecy organizowali za rządów demonstracje wspierające obecnie rządzących żeby dziś nie iść po swoje.

Chyba nie ma dnia, żeby czy to prof. Sławomir Cenckiewicz, czy były szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Kasprzyk nie informowali o akcesji do różnych organów i spółeczek osób prowadzących w latach ubiegłych tzw. „reset” z Rosją, byłych szkoleniowców ORMO, oficerów Ludowego Wojska Polskiego chwalących się zwalczaniem podziemia niepodległościowego, byłych kapitanów peerelowskiej Wojskowej Służby Wewnętrznej, czy byłych Tajnych Współpracowników Służby Bezpieczeństwa. I tak sobie myślę, że w zalewie informacji złych, bardzo złych i tych mających odwrócić nasza uwagę, jest to daleko niedoceniany aspekt rządów Koalicji 13 grudnia.

Doktryna Klausa Bachmanna

– (…) jeśli nowy rząd naprawdę chce rządzić, musi skierować całą siłę państwa policyjnego, które PiS zbudował przeciwko PiS i prezydentowi – pisał Berliner Zeitung o potencjalnym jeszcze wtedy rządzie Donalda Tuska niemiecki publicysta Klaus Bachmann – Nad Wisłą rozpoczyna się dość unikalny na skalę światową eksperyment, który może być nauką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje uczynić kraj ponownie demokratycznym przy użyciu metod niedemokratycznych – pisał ten sam Bachmann w tym samym Berliner Zeitung na chwilę przed powołaniem rządu Koalicji 13 Grudnia. Myślę, że zbieżność wytycznych niemieckiego publicysty z efektami późniejszej ich realizacji przez Donalda Tuska i jego ludzi, upoważnia do tego, żeby te instrukcje nazwać zbiorczo „Doktryną Klausa Bachmanna”.

Oczywiście nie istnieją żadne wiarygodne, pełne dane na temat udziału czy wsparcia ludzi służb komunistycznego reżimu dla rządów Koalicji 13 Grudnia. Ale choćby z relacji „wiodących mediów” wynika, że odszkodowania, które zostały już przyznane przez „nadzwyczajną kastę” pójdą w miliardy złotych. Przy czym warto wiedzieć, że „krzywda” smutnych panów (i pań) polegała na obniżeniu ich wysokich emerytur do poziomu ŚREDNIEJ emerytury, o czym np. mój śp. Tata, wieloletni nauczyciel, mógł tylko pomarzyć, podobnie jak mogą i mogły tylko pomarzyć liczne ofiary smutnych panów (i pań). Warto również wiedzieć, że mówimy tu o ludziach, którzy za PRL nie musieli odprowadzać składek na ZUS, więc tak wtedy jak i teraz na ich emerytury składają się również ich ofiary. Wydaje mi się więc, że można śmiało założyć szerokie zadowolenie i poparcie w tym środowisku dla rządów Koalicji 13 Grudnia.

Profesjonalne know how

Najwyraźniej Doktryna Klausa Bachmanna spotyka się tu chyba nie tylko z profesjonalnym know how, ale również z głębokim przekonaniem o skuteczności podobnych metod co – biorąc pod uwagę nie tylko milczenie dotychczas głośnych zagranicznych „obrońców demokracji w Polsce”, ale także, cóż, bezradność opozycji –  jest najwyraźniej przekonaniem słusznym. Mało tego, spotyka się również z entuzjazmem szerokiego elektoratu Koalicji 13 grudnia, który spazmował kiedy policja wynosiła delikatnie plujące Babcie Kasie, ale poci się z podniecenia na wieść o tym, że wobec księdza czy byłych urzędniczek ministerstwa sprawiedliwości stosuje się metody z katalogu stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

I ma to doskonałą podbudowę propagandową. Politycy koalicji 13 grudnia, a za nimi „asy wolnego dziennikarstwa” sugerują jakoby ksiądz miał sobie przywłaszczyć jakieś pieniądze, podczas gdy w ogóle nie ma takiego zarzutu, zarzuty generalnie są dość mgliste i trudno zrozumiałe dla kogoś kto nie jest prawnikiem. Czy, że został zatrzymany „w towarzystwie kobiety” co w zasadzie nie zostało potwierdzone niczym. Ktoś kto choć trochę zna historię PRL ma prawo zadawać sobie pytanie o podobieństwo tych metod do metod stosowanych przez komunistów wobec księży, jak podrzucanie bł. ks. Jerzemu Popiełuszce ulotek i materiałów wybuchowych, czy artykułów takich jak „Garsoniera Popiełuszki” czy „Seanse nienawiści” autorstwa Jerzego Urbana, dla wielu i dziś przecież, nawet po śmierci, „autorytetu” i „zabawnego, kontrkulturowego staruszka”.

Jak już wspomniałem, nie dysponuję pełną, ani nawet szczególnie pogłębioną wiedzą na temat współpracy mniej i bardziej emerytowanych „smutnych panów” (i pań) w realizacji przez Donalda Tuska i jego ekipy założeń Doktryny Kalusa Bachmanna, ale obawiam się, że efekty tej współpracy będziemy mogli obserwować coraz częściej. Pod warunkiem oczywiście, że ktoś będzie miał oczy do patrzenia, a uszy do słuchania. Oczy i uszy względnie nie zalepione trującymi produktami przemysłu przykrywkowego.

 

 

Jedwabne 19 sierpnia 2013 r./ arch. hhr/ r/ res

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Odwracanie uwagi Jedwabnem

10 lipca 1941 r. Zbrodnia w Jedwabnem. Zbrodnia dawno rozpoznana. Kłamią ci, którzy mówią i piszą, że nie wiedzą, co tam się stało. Że tylko wznowione ekshumacje wyjawią nam jakąś nową, tajemną prawdę. Bodaj najlepiej Jedwabne opisał prof. Marek Jan Chodkiewicz. Ten polsko-amerykański historyk – obalając tezę Jana Tomasza Grossa o polskiej zbrodni – jednoznacznie ustalił, że była to zbrodnia niemiecka. Ustalił to lata temu. A więc czego jeszcze nie wiecie?

Chodakiewicz zbadał, że Niemcy nie tylko tę zbrodnię wymyślili, ale także ją przeprowadzili, zmuszając do uczestnictwa niektórych Polaków. Niemieckie dokumenty nie pozostawiają wątpliwości, że niemiecka policja miała – w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach – prowokować wystąpienia antyżydowskie tak, aby wyglądało to na spontaniczną akcję miejscowej ludności.

A zatem wiemy, co stało się w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Dlaczego zatem ten temat tak „grzeje”? A właściwie, dlaczego i przez kogo jest tak „podgrzewany”?Bo skoro wiemy, to nie o wiedzę tu chodzi, tylko o emocje. Ta niemiecka zbrodnia od lat jest wykorzystywana do antypolskiej kampanii. Z jednej strony są oczywiście ci, którzy wciąż – wbrew wszystkiemu – przypisują zbrodnie Polakom. Ale jest też druga strona. Środowiska, które grają jedwabińską kartą, grają na narodowych uczuciach, robią z Jedwabnego test na polskość, judzą. Kto przeciw – ten „antypolak”.

Ale właściwie przeciwko czemu ci rzekomi „antypolacy” mają występować? Bo nie przeciw prawdzie o Jedwabnem – tę znamy. Występują przeciw ekshumacjom, a właściwie przeciw ich wznowieniu. Podjudzacze krzyczą: „ekshumacje”, „ekshumacje” tak jak krzyczeli: „konstytucja”, „konstytucja”. Uczciwym Polakom od razu powinna się zapalić czerwona lampka. I tylko pozornie ci krzykacze konstytucyjni różnią się od krzykaczy ekshumacyjnych. Łączy ich jedno – prowokacja. Szkodząca Polsce – doprecyzujmy. Jak to zwykle bywa – mniej lub bardziej uświadomiona.

Krzyczą: „ekshumacje”. Przecież w ten sposób dają siłom zewnętrznym potężny oręż do walki z Polską. Bo właściwie po co nam te ekshumacje? Przecież wiemy, że w Jedwabnem ofiar nie było 1600, co wymyślił J. T. Gross, tylko ok. 300. Wiemy to od dawna. Skąd? Z badań rzetelnych historyków, w tym Marka Jana Chodakiewicza, ale też ze wstępnych ekshumacji, zablokowanych przez rabinów.

No dobrze, załóżmy, że wznawiamy ekshumacje. I czego się dowiemy? Że ofiar było nie 300, tylko np. 280? Albo 320? Dla takiej korekty warto uruchamiać/podtrzymywać antypolską hecę? Skoro Żydzi sami nie chcą doprecyzować, ilu ich zginęło, mamy ich wyręczać? Skoro najwyraźniej nie mają szacunku dla szczątków przedstawicieli swojego narodu, choć jedwabińscy Żydzi byli rzecz jasna obywatelami II Rzeczypospolitej?

W normalnym świecie wyglądałoby to tak: Państwo, które czuje się spadkobiercą ofiar (w tym przypadku Izrael) przeprowadza ekshumacje. Kraj popełnienia zbrodni (w tym przypadku Polska, w 1941 r. rzecz jasna okupowana przez Niemcy) może (ale nie musi) się na to zgodzić. Zakładając, że się zgadzamy, konsekwencją tego może być (nie musi) pomoc naukowa, prawna. W wyniku zgodnej pracy ogłaszane są wyniki. W przypadku Jedwabnego problem polega na tym, że państwo Izrael nie jest tym zainteresowane.

Ale w Polsce mamy pożytecznych ludzi (środowiska), którzy postanowili wyręczać niezainteresowane państwo (w tym przypadku Izrael). Tylko w imię czego? Własnych ambicji? Rozgłosu? Bo na pewno nie w imię polskiej racji stanu.

Od dawna twierdzę i zdania nie zmieniłem, że Jedwabne nie jest najważniejszym, centralnym punktem w polskiej historii. To nasi wrogowie chcieliby, abyśmy byli kojarzeni tylko z tym miejscem – oczywiście jako sprawcy. Nie z naszą walką z Niemcami od 1 września i Sowietami od 17 września. Nie z rotmistrzem Pileckim, ojcem Kolbe, rodziną Ulmów. Nie z Enigmą, bitwą o Anglię. Nie ze zbrodniami totalitarnych ideologii w Palmirach, Katyniu, Auschwitz, na Kołymie, na Wołyniu.

Ponadto, kto uznałby wyniki wznowionych ekshumacji jedwabińskich Żydów? Jan Tomasz Gross? Jan Grabowski? Barbara Engelking? Oczywiście nie. Nadal na świecie obowiązywałaby ich nieprawdziwa wersja, że to Polacy – w Jedwabnem i wszędzie indziej – mordowali Żydów.

Kolejne polskie pokolenia (teraz nasze pokolenie) mają do spełnienia wielki obowiązek wobec przodków: ekshumować dziesiątki tysięcy polskich ofiar, zakopanych na Łączkach w całej Polsce i na Kresach II Rzeczpospolitej. Tego wymaga polski interes narodowy. Tego domaga się polska racja stanu. A dziś Jedwabne to tylko chwytliwe hasło, idealne narzędzie manipulacji i odwracania uwagi.

 

Agnieszka Romaszewska podczas wręczenia Złotego Lauru SDP Zdj. sdp.pl

Na AGNIESZKĘ ROMASZEWSKĄ trwa nagonka – Likwidator TVP likwiduje TV Biełsat i zdrowy rozsądek + OŚWIADCZENIE

„Śledczy” z radia na ostatnią literę alfabetu „odkryli” informację, że likwidator TVP zbiera kolejne haki na zwolnioną dyscyplinarnie w marcu wieloletnią szefową TV Biełsat Agnieszkę Romaszewską. W prokuraturze jest „zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. (…) Wynika z niego, że przez nieprawidłowości, do jakich miałoby dochodzić w Biełsacie, straty Telewizji Polskiej mogły pójść w miliony złotych” – podano. „Jak myślicie? Będą mnie probowali posadzić? Będą coś kombinować, żeby zrobić ze mnie “pisowską kryminalistkę?” – zapytała na FB Romaszewska.

Także na facebooku w sprawie tych absurdalnych zarzutów, które wynikają z niechęci politycznej do legendarnej działaczki NZS, głos zabrał dziennikarz i reportażysta, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis:

„Agnieszka Romaszewska – zdobywczyni Honorowego Lauru SDP, wieloletnia dyrektor, pomysłodawczyni i dobry duch Biełsatu pisze o rzeczach, które jeszcze niedawno budziłyby jedynie uśmiech i bagatelne uwagi. Dzisiaj brzmi ten głos poważnie, choć wciąż nie chce się wierzyć, że odważą się i posuną się do takich rozwiązań” – zwrócił uwagę Pilis. 

„Prute sądowe kasy pancerne, siłowe przejęcia mediów, przejmowanie śledztw, umarzanie swoim, dobijanie mediów to zjawiska, których nie przeżywaliśmy po 1989 roku. Teraz ta neobolszewia podnosi swój łeb. Rękami swoich dzieci i wnuków. Front jest szeroki. Ale nie mam wątpliwości co do ostatecznego wyniku” – napisał wiceprezes SDP na FB. 

I właściwie moża było by to tak zostawić, bo ataki na Romaszewską (na jej Rodziców i jej Męża) były za komuny i obecna władza zdaje sobie z tego sprawę, że kopuje prześladowania komunistycznej bezpieki. Na FB zwolniona dyscyplinarnie Agnieszka Romaszewska napisała:

„(…) MSZ usiłuje z Kijowa 'odwołać’ prawnie urzędującego ambasadora, którym jest mój mąż Jarosław Guzy. No i trwa bezmyślne rozmontowywanie Biełsatu. Mózg staje w poprzek, jak się na to wszystko patrzy. Jak myślicie? Będą mnie probowali posadzić? Będą coś kombinować, żeby zrobić ze mnie 'pisowską kryminalistkę’?Łukaszenkowska propaganda zawsze twierdziła, że kradniemy tam kasę… Czy mają wstarczająco mocnych przyjaciół w Polsce, którzy myślą podobnie?” – pyta Agnieszka Romaszewska

Na „X” Agnieszka Romaszewska dodaje:

„Jak wyglądają „ubeckie metody”? Żeby łatwiej spacyfikować i zastraszyć ludzi w Biełsacie i zemścić się za moją postawę, postanowili ze mnie zrobić złodziejkę. Finalnie pewnie im się nie uda, ale obsmarować g…nie zaszkodzi – podkreśliła twórczyli TV Biełsat”.

Przychodzą do głowy najgorsze skojarzenia, ale nawet nie metody ataku są najbardziej bulwersujące. Dziwi po prostu cisza wielu „wielkich ludzi” ze środowiska dziennikarskiego obecnie zaprzedanego nowym panom, rządowi i fikcyjnym likwidatorom, którzy zlikwidowali już chyba poczucie wstydu i zdrowy rozsądek.

Hubert Bekrycht (informacja z FB)

 

Publikujemy w całości oświadczenie Agnieszki Romaszewskiej

                                                                                                                OŚWIADCZENIE

Stanowczo protestuję przeciwko rozpowszechnianiu przez władze TVP informacji, które sugerują jakoby w kierowanej przeze mnie Telewizji Biełsat dochodziło do malwersacji i były wystawiane fałszywe faktury na usługi informatyczne. Co więcej podawana jest przez TVP i powtarzana w mediach jakaś absurdalna suma 7 mln., której pochodzenia nie jestem w stanie zidentyfikować. Przypuszczam, że może chodzić o zsumowaną, kilkuletnią kwotę kosztu usług informatycznych za projektowanie, tworzenie, zabezpieczanie i obsługę portali internetowych prowadzonych przez Biełsat TV.

Oświadczam, że te umowy i zamówienia, o których piszę wyżej były opłacane przez Biełsat zgodnie z procedurami obowiązującymi w spółce TVP i decyzje przechodziły zazwyczaj także przez inne jednostki spółki. Środki na obsługę informatyczną nie były ukryte w jakiejś „lewej kasie”, a były corocznie ZAKŁADANE w budżecie kanału, następnie zaś wydatki zatwierdzane były przez Biuro Kontrolingu i Restrukturyzacji. Ponieważ środki na te wydatki pochodziły głownie z MSZ ( choć tu sytuacja może się różnić w różnych latach) to były także uwidoczniane w corocznych sprawozdaniach i fakturach przekazywanych przez Biełsat do Ministerstwa i następnie refundowanych przez MSZ.
System informatyczny w jakim funkcjonują wszystkie prowadzone przez Bielsat strony jest wielką dumą stacji. Zwłaszcza dziś, gdy widzimy, jak serwery TVP padają jak wydmuszka pod naporem ataku DDOS (a może raczej dużej liczby wejść, ze strony kibiców piłkarskich), warto zauważyć,że strony belsat.eu i vottak.tv doświadczają od wielu lat takich ataków praktycznie co tydzień i udało się zachować ciągłość ich działania oraz nie utracić zasobów..

Już wiele lat temu, w związku z tym, że informatyka nie była najmocniejsza stroną spółki TVP, władze TVP zdecydowały, o wyprowadzeniu nieustannie atakowanej struktury informatycznej Biełsatu, na serwery zewnętrzne. Ponieważ zaś Biełsat nigdy nie otrzymał w TVP środków inwestycyjnych pozwalających na wybudowanie własnego systemu, odpornej na ataki infrastruktury informatycznej, byliśmy zmuszeni polegać na usługach zewnętrznych. Mimo to strony belsat.eu, wraz ze swoja mutacją polską belsat.eu/PL oraz Vottak.tv okazały się nadzwyczajnie odporne na próby włamania i ataki. Zbudowano je w specjalnym, autorskim systemie architektury rozproszonej. Warto dodać, że redakcje stron internetowych Biełsatu miały też zapewniony conajmniej 12 godzinny,a często i dużej pracujący help desk czego nie można powiedzieć o innych jednostkach TVP. Jakim cudem można uznać, ze nie ma śladu wykonania usług informatycznych, tak jak to stwierdza komunikat TVP, chociaż w większości usługi te miały konkretny cel, widoczny gołym okiem – pozostaje dla mnie niezrozumiałe.
Domagam się zaprzestania szkalowania mnie i moich wspołpracowników i naruszania mojego dobrego imienia, poprzez podawanie zniesławiających informacji sugerujących BEZ JAKIEJKOLWIEK SĄDOWEJ WERYFIKACJI, że dokonywałam malwersacji w TV Biełsat. Domagam się jednocześnie zamieszczenia odpowiednich przeprosin za naruszenie mojego dobrego imienia, na portalu TVP, w tym samym miejscu, gdzie był komunikat o „złożeniu do prokuratury doniesienia o przestępstwie”

 

 

 

O medialnym apelu do nikogo pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Pudle na wojnie

Istnieje klucz, który pozwala zrozumieć to, co się przydarzyło polskim mediom w ostatnim czasie. Po prostu zaczęły być one dziedziną sztuki, a dziennikarze, a także obecni funkcjonariusze, kimś w rodzaju artystów czy wykonawców. Są równie durni, nierzetelni, a co najgorsze – skupieni na sobie i egzaltowani. 

 Dowód koronny, wisienkę na torcie, tego doszusowania mediów do świata piosenkarzy czy aktorów, widzieliśmy w tym tygodniu podczas ponurego, czarnego protestu mediów. Ciemnych okładek z politycznym hasłem, o nim zaraz. I żeby było jasne, postulat dziennikarzy, czy raczej wydawców, podobnie jak postulaty artystów, uważam za z gruntu słuszne. Co więcej, tym razem sprawa nawet mnie dotyczy.

Jeżeli ktoś coś napisał albo nakręcił, ktoś inny to przedrukował, obszernie cytuje albo się tym żywi w celach zarobkowych, to powinien za to zapłacić. Podobnie jak ktoś, kto korzysta z naszego dodatkowego mieszkania albo nam płaci, czasem możemy sami go zwolnić z czynszu, albo jest dzikim squattersem, nawet jak udaje wykluczonego biedaka. Dokonuje formy kradzieży, choćby i system go chronił, bo przyjechał z Albanii, a udaje Syryjczyka. Wracając jednak do meritum i do drobnego problemu, który na drodze realizacji tegoż słusznego postulatu się pojawia.

“Politycy nie zabijajcie mediów” – uderzyły we mnie wczoraj okładki wszystkich niemal dzienników, licznych portali. Po pierwsze, zacząłem szukać trupów, ale żadnych nie znalazłem. Spojrzałem w lustro – ja też cały, łysiejący, pomarszczony, jak zawsze. Kliknąłem dalej i dowiedziałem się, że chodzi o te opłaty od wielkich platform social-mediowych. Słuszna sprawa. Tylko o co chodzi? Do kogo to? Toż to komedianci, a nie demonstranci.

Już sam napis jest dobry. Rozumiem, że przekaz jest kierowany do Ministerstwa Kultury, Tuska, rządu, ale zacni zbuntowani boją się napisać konkretnie o kogo im chodzi. Jak się apeluje do wszystkich to jakby do nikogo się apelowało. Ludzie, nie zabijajcie się! Rosjanie, skończcie, tę wojnę! Politycy, nie zabijajcie mediów! Matko, nie krzycz na dziecko. Myjcie uszy i szyję! Sygnatariusze apelu pokazali nim samym panu premierowi, że się go tak boją, iż może ich mieć głęboko.

Nie dość tego, potem wszystkie czerskie pieski rozpoczęły jazgot, że przez brak tych opłat oni nie będą mogli PiS-owi patrzeć na ręce i go rozliczać. Myślałem, że kto inny rządzi od ponad pół roku, a jeśli w ogóle jakaś troska o media ma mieć jakiś sens, to właśnie o bycie tym watchdogiem obywateli. Chodzi jednak, jak widać, o łomotanie po opozycji i wsparcie dla jedynej kochanej opcji. Powiedzmy sobie zresztą prawdę, tefałenowskie pudle z resortowymi rodowodami koło takiego prawdziego psa – strażnika nawet nie stały.

Dochodzi jeszcze jedna sprawa. W Polsce zabijano media. Całkiem niedawno robiło to państwo łamiąc wielokrotnie prawo. Potem media jak zawsze próbowała zabijać “Gazeta Wyborcza” uderzając w reklamodawców konkurencji, chcąc zastraszyć rynek. Robiła tak nie po raz pierwszy. Dziennikarze w Polsce, to akurat dotyczy obu stron, zabijają media szczując na innych dziennikarzy. Media zabija blondynka z TVN, której propagandowy przekaz z zajmowania KRS i kilka słów prawdy, które usłyszała od znajdującej się tam kobiety, a także jej niezdolność do wejścia w dyskusję (“nie jestem na live”) stały się hitami platformy X.

Postulaty są więc słuszne, ale czasem niestety k… i złodziejom trudno uzyskać kredyt w banku i nie zmienia tego nawet fakt, że bankier regularnie korzysta z ich usług.

 

HUBERT BEKRYCHT: Powstają nowe pałace im. Stalina, czyli kasowanie krytyki [felieton z FB]

Wydawać się może, że pół roku w raju zarządzanym przez gabinet utworzony 13 grudnia ub. roku doprowadzi wszystkich do radosnego szaleństwa. I doprowadziło. Czy radosnego? Okaże się, kiedy krytycy powychodzą z więzień i odzyskają pracę. A to może potrwać.

Może się zresztą nic nie okazać, bo twa proces deprecjonowania i obrzydzania niepokornych mediów przez rząd, rozmaite instytucje państwowe i wierne premierowi samorządy. Już 19 grudnia zeszłego roku skasowano media publiczne, choć jeszcze kilkanaście dni broniono TVP, PR i PAP. Wymyślono likwidację bez likwidacji, ale to też nie wystarczy. Zakazano wielu mediów, pojawiają się kłopoty z kolportażem niezależnej prasy i publikacją reklam w portalach piszących prawdę a sygnał TV Republika wyłączono w polskim parlamencie.

I nie będzie niczego…

Zanim jednak inspektor Cluseau polskich mediów, czyli były już minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz pozamiatał w imieniu Donalda Tuska, pojawiły się żądania totalnej czystki wszystkich. Dlaczego nie wyrzucić wszystkich dziennikarzy i innych osób pracujących w TVP, PR i PAP w latach 2016 – 2023? No, oczywiście z wyjątkiem tych, którzy pracowali w mediach publicznych przez dwie kadencje wstrętnych pisiorów, ale nie uśmiechali się odchodząc sprzed kasy z dobrze wypchanym portfelem. Ci dziennikarze wrzeszczący teraz o kasowaniu konserwatystów z mediów publicznych to nawet coś tam kiedyś powiedzieli na korytarzu, ale tak cicho, że najczulsze mikrofony nie wychwyciły i można było odnieść wrażenie, iż czekali na łysych osiłków z ochrony przejmujących media publiczne jak na saperów wysadzających krę na rzece. Nic to, że woda zaleje dom. Ale przecież nie ich, bo to w sumie publiczne media. No i przestanie się mówić o burzeniu Pałacu Kultury i Nauki im. Stalina, bo można już wreszcie odetchnąć pełną piersią i zbudować kilka nowych. Na razie towarzysze wygrywają.

Pogonić lub zastraszyć

Rozumowanie nowych kierowników – likwidatorów jest proste jak ludzik z kreskówki chodzący po linii i nucący „Bajum, bajum”. Każdy kolejny miesiąc to kolejna pensja a idea mediów publicznych jest na końcu owej linii z kreskówki. Niektórzy, ci radiowi – po wyrzuceniu niewygodnych a bardziej postraszeniu tych, którzy początkowo się stawiali – mają narzekać, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie daje kasy z abonamentu i deponuje ją w sądach. Tym można szantażować pracowników. Do telewizji publicznej zrobi się nabór jak na pomocnika geodety na PRL-owskiej wsi a w PAP… Sza, sza! Mnie zwolnili dyscyplinarnie – jak napisali moi Przyjaciele z ZG SDP – z powodów politycznych, m.in. za to, że pisałem o mediach publicznych po 19 grudnia ub. r. i działałem na rzecz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, bo jestem tam sekretarzem generalnym. Cóż to jednak w porównaniu z czystką w TVP, gdzie zwalniano nawet partnerów tych, których uważano za sympatyków PiS, o kobietach w ciąży i osobach wychowujących niepełnosprawne dzieciaki nie wspominając.

   Na złość PiS uszy sobie odmrażają

Najwięcej zła namiestnicy propagandy rządu Tuska zrobili jednak w TVP. Odpowiedzialnych za rozwalenie TV Biełsat i zwolnienie Agnieszki Romaszewskiej oraz wyrzucenie twórców TVP World powinno się kiedyś sądzić. Taka telewizyjna Norymberga mogłaby za to samo objąć także tych Nikoforów* polskiego dziennikarstwa pozwalających zlikwidować Studio Wschód Marii Przełomiec i de facto na likwidację TVP Dokument, TVP Historia i TVP Kultura oraz dyscyplinarki dla m.in. (przepraszam, nie da się wymienić wszytskich) Michała Adamczyka, Marcina Tulickiego, czy Piotra Gursztyna a także Samuela Pereiry.

Dokąd to wszystko prowadzi? Nie wiem, ale widać, że sprawcy medialnego bałaganu się boją. Procesów też, bo to wszystko było bezprawne, ale bardziej boją się Odbiorców. A ci już zrozumieli, że warto mieć dostęp do wielu nurtów przekazu, bo bez tego nikt nie powie, kiedy mamy – nie daj Bóg – iść do schronu.

 

Hubert Bekrycht – felieton z FB

———-

*przepraszam wszystkich miłośników prymitywistów

 

Fotomontaż ze strony PCh24.pl - Polonia Christiana

Filmowe życie ministry – MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Tańcząca z lekturami

W mediach pokazała się rozmowa z Barbarą Nowacką, prezentowaną w roli ministra lub ministry edukacji. Pierwsze skojarzenie, jakie automatycznie niemal się nasuwa, kieruje w stronę filmu o ponętnym tytule „Pani mister tańczy”, nakręconego w 1937 roku przez Juliusza Gardana. Tytułowa pani minister z tamtego obrazu ma siostrę bliźniaczkę, aktorkę kabaretową. Jej sceniczne popisy i popularność oczywiście idą na konto poważnej pani minister stojącej na czele Ministerstwa Ochrony Moralności Publicznej.  

 Obie role odtwarzała gwiazda przedwojennego polskiego kina, kabaretu i estrady, Tola Mankiewiczówna. Jej filmowe perypetie oczywiście dobrze się skończyły, wyjaśniły się też nieporozumienia wywołane podobieństwem sióstr zajmujących tak różne pozycje w zawodowej hierarchii. Wystarczyły niespełna dwie godziny filmowego seansu. 

 To dygresja, ale bardzo na czasie. Zastanawiam się bowiem, ile trzeba będzie czekać na odkręcenie tego, co proponuje aktualna pani minister. Nie od spraw moralności, ale oświecenia, czyli edukacji. A także komu? czemu? potrzebne są proponowane, a właściwie już zadekretowane zmiany, choćby w liście lektur, jakie młodzież powinna w czasie lat nauki poznać. Wiem, to temat rzeka. Sam przeżyłem wiele różnych zmian, pamiętam też, co zwykł powtarzać studentom jeden z wykładowców, kiedy jeszcze byłem na pierwszym roku polonistyki. Otóż mówił on, jeszcze przed Marcem 68, że żadna reforma edukacji w Polsce nie trwała dłużej niż pięć lat. I nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy gołym okiem widać, że okresy te bywają dłuższe, to z reguły nie przekraczają dwóch kolejnych kadencji sejmowej większości. Czyli lat ośmiu.  

 Stąd u każdego z jakim takim doświadczeniem życiowym i dostatecznie długą perspektywą musi pojawić się zaskoczenie (?): po co to wszystko, jeśli za niewiele lat wahadło wychyli się w drugą stronę albo zwyczajnie powróci do stanu sprzed aktualnej reformy. Zastanawiam się zwłaszcza, dlaczego nagle Jarosław Marek Rymkiewicz, poeta wybitny, hołubiony i popularyzowany a także honorowany przez środowisko „Gazety Wyborczej” – jest przecież laureatem Nagrody Literackiej Nike w 2003 za tomik poezji „Zachód słońca w Milanówku”, stał się „niejakim Rymkiewiczem”. Dla którego wstęp na listy lektur polecanych młodzieży został wzbroniony. Jest on bowiem „poetą sekty smoleńskiej” – jak można wyczytać z wypowiedzi aktualnej „pani ministry”. Cokolwiek to znaczy. Bo np. jeśli wszystko, co napisał po katastrofie smoleńskiej jest zaliczane do „poezji sekty smoleńskiej”, a w związku z tym dla wszystkich innych (nie-smoleńskich) sekciarzy jest be, to może wystarczyło zostawić wybór jego wierszy sprzed 10 kwietnia 2010 roku? Gdyby oczywiście była wola…  

 Tu jeszcze jedna dygresja. Jestem sporo od „pani ministry” starszy i pamiętam, jak omijano w PRL-u cenzorski zapis na Miłosza, przynajmniej w jakiejś części. Nie drukowano jego nowych wierszy, które pisał na emigracji, ale przedwojenne, a nawet te z tomu „Ocalenie” (Warszawa 1945) można była znaleźć w różnych antologiach. Kto chciał, a jeszcze trafił na dobrego polonistę, mógł je czytać. Podobnie zresztą uważa niejaka pani Nowacka: „To, że kogoś nie ma na liście lektur, nie znaczy, że go nie można czytać.” Bo z listy lektur wyrzucono nie tylko Jarosława Marka Rymkiewicza, jeśli więc tylko jemu poświęcam miejsce, to z przyczyn poniekąd patriotycznych. Mógłbym dodać: lokalno-patriotycznych dla jego wyjątkowych łódzkich konotacji. Bo to Łódź była dla niego miejscem nauki i pierwszych dokonań artystycznych. Tu zdał maturę, a następnie ukończył polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie też czas pewien pracował jako asystent. Wchodził w skład zespołu redakcyjnego tygodnika „Odgłosy”, był też, krótko wprawdzie, kierownikiem literackim Teatru Ziemi Łódzkiej. Debiutował jako poeta tomikiem „Konwencje”, opublikowanym przez Wydawnictwo Łódzkie w 1957. Ta sama oficyna wydała jego drugi tom poezji „Człowiek z głową jastrzębia” (1960) oraz dramaty: „Król Mięsopust” i „Porwanie Europy” w jednym tomie w 1977 roku. Wreszcie w Łodzi został laureatem Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima w 2015 roku.  

 Nic dodać, poza tym, że najczęściej o tym, co młodzież powinna czytać, a przynajmniej wiedzieć o ważnych, znaczących osobach i dziełach, z reguły decyduje ktoś: rodzic, nauczyciel, wychowawca, wykładowca, profesor, nad którymi jednak są ministrowie i ministry. Wyznaczają kierunki, opracowują programy, wskazują nazwiska, tytuły warte poznania albo skazane na niebyt. Dlatego jeśli się o nich – autorach i dziełach – nie mówi, nie ma ich w programie ani na liście lektur, to jakby ich nie było. I nie trzeba wielkiej przenikliwości, by stwierdzić, że większość z tych, co dziś chodzą do szkół, nigdy do raz „przerobionych”, a tym bardziej „nieprzerobionych” lektur nie wróci. Niezależnie od okoliczności, od takich czy innych decyzji administracyjnych, jedna kwestia nie ulega wątpliwości. Rymkiewicz ma swoje miejsce w kanonie polskiej literatury jako wybitny poeta, prozaik, eseista, dramaturg, tłumacz, znawca twórczości polskich romantyków z Mickiewiczem na czele.  

 Pani ministra zaś – językoznawcy formę tę wywodzą od łacińskiego słowa minister, które oznacza sługę, pomocnika – doskonale znalazła się w roli posłusznej wykonawczyni politycznych poleceń. Na pewno nie jest to rola warta pamięci następnych pokoleń. 

  

Słabości polskich mediów wylicza STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kukiełki

Wkrótce Dorota Wysocka-Schnepf wyjedzie do Rzymu, bo jej mąż będzie ambasadorem we Włoszech a nowa TVP jest nadal kadrowo ubożuchna. Owszem, widać wysiłki poszukiwawcze, ale niełatwo znaleźć fachowców. Gorliwych wprawdzie nie brak, lecz kwalifikacji nie nabiera się raz z precyzją posłuszeństwa i wyrzeczenia zasad zawodowych. 

 „Nowi” pomyślcie jednak o takich, którzy nie całkowicie wam się w pacht oddadzą. Oczywiście ci – powiedzmy „symetryści” – będą was słuchać, ale nie każde kłamstwo akceptować. Są jeszcze tacy zawodowcy na rynku, którzy nie upaprali się i nie cuchną koniunkturalizmem. Ci, którzy bardzo chcą zrobić błyskotliwą karierę wcale nie uzyskają popularności. Chyba że się opamiętają. A jeszcze szybciej, jeśli się postawią władzy. To też o pana, panie Czyż. Widać, że się pan coraz bardziej poddaje politycznym decydentom.  

 Czyż, słowiki, wróble i inne ptactwo przylatuje i odlatuje. Tak jest w telewizji zawsze. Każdy oczywiście ma nadzieję: ja się utrzymam. Otóż NIE! Rotacja jest coraz gwałtowniejsza a łaska pańska na kulawym koniu się potyka.  

 Popatrzcie na wielkiego antykomunistę Sikorskiego. Wyznaczył chłop strefę niedopuszczającą czerwonych. A teraz zrzedła mu mina. Tusk wcisnął go w kąt i nawet do niemieckiego gościa nie dopuszcza. Popatrzcie na sierotkę Marysię Hołownię, którego przodek w czasie rokoszu zebrzydowskiego rzucił się z kopią na króla Zygmunta III Wazę. Zmiótł go w okamgnieniu rycerz Chodkiewicza. Podobnie będzie teraz z pikusiami, tygryskami i innym płaczliwym dziadostwem, które Tuskowi zapewniają autorytatywną władzę.  

 Gdyby Tuskowi wyrosły Wałęsowe wąsy może przypomniałby sobie, że ma ciągle polski paszport (jestem Polakiem, rzekł przy kanclerzu niemieckim, ale to tylko są słowa). Padło teraz oskarżenie, że Ardanowski to bogacz. Podobno ma 2000 hektarów. I dobrze, że ma. Każdy kto zarobił uczciwie powinien być bogatym. Oczywiście jeśli nie ukradł a zapracował.  

 Dlaczego złodzieje w Polsce pozostają bezkarni. I kto może ich pozbawić w połowie tego, co sobie „załatwili” kombinacjami i partyjnymi układami. Wiadomo kto powinien ich namierzyć, kto oskarżyć i posadzić.  

 Teraz mamy mowę ministra czy ministerki edukacji, która chyba zwariowała i chce polską młodzież pozbawić lektury najważniejszych pisarzy. Ludzie obudźcie się. Larum grają. Tak dalej być nie może. Smutno aż strach.  

 Pozostała nam Iga. Ta dziewczyna jeszcze raduje. Piłkarzom wybaczyliśmy, bo my zawsze skorzy jesteśmy do wybaczania. Sport to zdrowie. Ale na durnotę to za słabe lekarstwo. Można jeszcze udać się do Matki Boskiej, bo media porządne kurczą się.  Jest jeszcze wprawdzie ojciec Rydzyk, Karnowscy, Sakiewicz, Radio Wnet Skowrońskiego, gdzie pracują prawdziwi dziennikarze. Jest jeszcze portal sdp.pl kierowany przez wyrzuconego właśnie z PAP Huberta Bekrychta, sekretarza generalnego SDP.  

Powielacze czas odkurzyć. W latach 1981-89 używaliśmy nawet tych z okresu wojny. Portrety zdrajców wywieszać. Głos Wolnej Polski uruchomić np. przez Paryż. Coś trzeba robić. Same werbalne protesty nie wystarczą.  Słowa, które padły z ust premiera podczas wizyty niemieckiego kanclerza to kpina i zaprzaństwo. To wszystko widać, słychać i czuć.