Jerzy Pawłowski; Fot.: Archiwum, domena publiczna

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Szablista wszech czasów Jerzy Pawłowski podwójnym agentem

W 1976 r. został skazany na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz USA – 10 lat spędził w więzieniu. Mało kto wie, że wcześniej był tajnym współpracownikiem UB i SB, czemu do końca życia zaprzeczał. Odkrywamy nieznaną historię szablisty wszech czasów – Jerzego Pawłowskiego.

Wielokrotny olimpijczyk (1952 – 1972), złoty, trzykrotnie srebrny i brązowy medalista olimpijski, 18-krotny medalista MŚ, 14-krotny indywidualny mistrz Polski we florecie i szabli. W sumie zdobył 21 medali. Najlepszy sportowiec XXV i XXX-lecia PRL (wyprzedził nawet Irenę Szewińską; na którą – jak się potem okazało – donosił bezpiece), laureat plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski (1957 i 1968).

Jerzy Pawłowski lubił podkreślać, że jego rodzina była nękana przez komunę, co przekładało się też na jego postawę: „Miałem antyubecką świadomość. Ubek to było pojęcie ponadnarodowe, to była władza pozbawiająca człowieka osobowości. Przeraźliwie wszechmocna”. O swoich związkach z ubecją milczał.

Przygodę ze sportem zaczął w 1949 r. w klubie „Grochów”, skąd trafił do milicyjnej „Gwardii”. Po trzech latach, kiedy powołano go do LWP, przeniósł się do „Legii”. Wojskowemu klubowi pozostał wierny do końca sportowej kariery, armii do końca życia – był zawodowym wojskowym. Szybko trafił pod skrzydła słynnego węgierskiego trenera, majora Janosa Keveya. Pierwszy tytuł – mistrza Polski we florecie – zdobył już w 1952 r. Największym sukcesem, w wieku 36 lat, było pierwsze miejsce na igrzyskach olimpijskich w 1968 r. w Meksyku.

Pawłowski był u szczytu sportowej kariery. W 1973 r., w uznaniu zasług, wybrano go prezesem Polskiego Związku Szermierczego, którym był przez dwa lata. W międzyczasie ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Rozpoczął pracę jako adiunkt w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie.

Sielanka skończyła się w kwietniu 1975 r., kiedy został aresztowany przez kontrwywiad wojskowy (operacja jego rozpracowania nosiła kryptonim „Gracz”). Miał wpaść w restauracji Baszta w Pyrach. Inna wersja głosiła, że Pawłowski nie żyje, że zabito go na Okęciu, kiedy próbował uciec z Polski. Plotka była o tyle uzasadniona, że człowiek, który przez lata był na pierwszych stronach gazet, nagle zniknął. Cenzura zakazała wymieniać jego nazwiska nawet w kontekście wcześniej odniesionych sukcesów. Rzecz jasna złoty medalista nie mógł też znaleźć się w kadrze na zbliżające się szermiercze MŚ. Milczenie o Pawłowskim trwało 10 lat i 44 dni, czyli dokładnie tyle, ile przesiedział w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie i w Barczewie.

Z ujawnionych dokumentów śledztwa i procesu wynika, że Pawłowski do szpiegostwa przyznał się bardzo szybko – podczas trzech dwugodzinnych przesłuchań. Potwierdził, że CIA zwerbowało go wiosną 1964 r. podczas jego pobytu w USA i nadało pseudonim „Paweł”. Na polecenie Amerykanów miał wstąpić do PZPR.

Dla Amerykanów był cenny nie tylko dlatego, że był światowej sławy szermierzem, ale to, że był majorem LWP, a przede wszystkim współpracował z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Te ostatnie zwerbowały go w 1950 r. i nadały pseudonim „Szczery”. Tu o współpracy miał zadecydować szantaż.

Już w wolnej Polsce (kiedy został zdemaskowany jako agent bezpieki), wyznał: „Podpisałem zobowiązanie, ponieważ nie chciałem, żeby dobrali się do mojego ojca, żołnierza AK”. Historia z ojcem w AK to bajka. Tej samej bezpiece Pawłowski po aresztowaniu opowiedział o szczegółach pracy dla Amerykanów. Donosił również na kolegów-sportowców. W jego aktach są m.in. informacje, że podczas meksykańskiej olimpiady Szewińska i Komar zajmowali się handlem.

Po roku od aresztowania – 8 kwietnia 1976 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego skazał go na 25 lat więzienia, utratę praw publicznych na 10 lat i zdegradował do stopnia szeregowca.

„Zdrada Ojczyzny, zbrodnia szpiegostwa – działania przeciw podstawowym interesom obrony kraju – musi wywoływać tym surowsze potępienie, gdy czynu tego dopuszcza się człowiek, któremu Polska Ludowa umożliwiła wykształcenie, rozwijanie zamiłowań i wykorzystanie talentu sportowego, awans społeczny i dostatni byt, sukcesy i sławę w ulubionej dyscyplinie sportu. Nie może nie wywoływać odrazy fakt, że Jerzy Pawłowski reprezentując nasze barwy narodowe na wielu imprezach sportowych, jednocześnie zdradzał Polskę, sprzedając za nędzne, judaszowskie srebrniki [o pieniądzach od CIA niżej – TP], jej tajemnice. Pawłowski prowadził podwójne życie. Był człowiekiem o dwóch obliczach – istniał inny Pawłowski – karierowicz, bezkrytyczny wielbiciel Zachodu, samolub, dorobkiewicz – Pawłowski, dla którego dobrem najwyższym są pieniądze” – pisał organ Ministerstwa Obrony Narodowej – „Żołnierz Wolności”. Zdrada Ojczyzny nie musiała być jednak tak wielka, skoro Pawłowski dostał „jedynie” 25 lat. Za szpiegostwo groziła bowiem kara śmierci.

W celi w Barczewie przebywał z kryminalistami, którzy – jak mówił – mieli go zniszczyć, ale nie dał się, a kilku nawet przyłożył. Za cenę wcześniejszego wyjścia z więzienia, w okresie stanu wojennego, władze zaproponowały Pawłowskiemu napisanie książki i nagranie filmu, w których potępi imperializm i pochwali socjalizm, i PRL, czyli pośrednio Jaruzelskiego i Kiszczaka. Więzień zgodził się. W pełni poparł też decyzję WRON. Wkrótce przyszła nagroda. W 1984 r. na specjalnym posiedzeniu Rada Państwa PRL udzieliła mu łaski. Postanowiono wymienić Pawłowskiego i czterech innych agentów amerykańskich osadzonych w polskich więzieniach na skazanego w USA superszpiega PRL-u Mariana Zacharskiego. Słynna wymiana nastąpiła w 1985 r. na moście w Berlinie.

Pawłowski postanowił jednak zostać w Polsce. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówił: „Zaprosił mnie konsul generalny USA i zapytał, czy chcę wyjechać do jego kraju, odpowiedziałem, że zostaję. I jeszcze mu powiedziałem, że zostaję dlatego, że to jest mój kraj i że to komuniści powinni wyjechać do Rosji, jeśli im pobyt w Polsce nie odpowiada. Ja mam pewne zasady”. Pawłowski zawsze mówił obrazowo, górnolotnie. Pierwszy raz propozycję pozostania w Stanach miał dostać w 1958 r. na szermierczych mistrzostwach świata. Ma się rozumieć – odmówił.

Można przypuszczać, że w 1985 r. Pawłowski został w Polsce, bo nic już mu nie groziło. Karę – i to w skróconym czasie – odsiedział i na tym represje się skończyły. Odzyskał wolność i znów, mimo 53 lat, zaczął trenować, ale tylko amatorsko, gdyż na reprezentowanie Polski już mu nie pozwolono.

Dlaczego szpiegował? Dla pieniędzy – to klasyczna definicja szpiegostwa. Pod koniec lat 60. Pawłowski jeździł ekskluzywnym mercedesem 300, takim jak ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkał w centrum stolicy w domu wypełnionym antycznymi meblami i kolekcją cennych obrazów. Po wyroku skonfiskowano mu majątek (w ramach dodatkowej kary), ale potem musiano mu go zwrócić – na filmie Jerzego Zalewskiego „Szpiedzy” widać Pawłowskiego w pięknym salonie na tle zabytkowych sprzętów. Sam tłumaczył to szczęściem w pokerze, w którego namiętnie i z powodzeniem grał.

Pawłowski utrzymywał: „Nigdy nie brałem pieniędzy od CIA. To kłamstwo komunistycznej propagandy i dziennikarzy powiązanych z SB. Kiedy mnie skazywali, za wszelką cenę chcieli mi udowodnić pobieranie ogromnych pieniędzy za szpiegostwo, takich, jakie KGB, GRU oraz polskie SB i MSW płaciły swym agentom na Zachodzie, np. Zacharskiemu. (…) Tworzona przez SB, WSW i generała Kiszczaka teoria mojej rzekomej pazerności na pieniądze [Kiszczak pisze o tym w swoich wspomnieniach, przy okazji pracy Pawłowskiego dla służb specjalnych PRL – TP], musiała uzasadniać skandaliczny kapturowy proces i wyrok, jaki otrzymałem. Była to zemsta generała Kiszczaka, mieściła się w ogólnej polityce okłamywania społeczeństwa, a w moim przypadku było to szkalowanie świadome» zdrajcy komuny «, jakim niewątpliwie byłem”.
Innym razem (kiedy okazało się, że jednak pieniądze brał) mówił: „Otrzymałem tylko raz zwrot kosztów podróży i utrzymania przez 12 dni we Francji. To wszystko!”.

Zwrot kosztów nie mógł jednak wystarczyć na mercedesa i antyki. Można spytać – skoro wcześniej pobierał wynagrodzenie od UB, dlaczego później miał nie skorzystać z pieniędzy CIA? Do wygodnego życia wystarczała pensja majora WP i apanaże wybitnego szablisty – pupilka władz. On jednak chciał więcej.

Wielkim patriotą Pawłowski został po 1989 r. Wtedy właśnie zaczął opowiadać, jak to z narażeniem życia walczył z komuną. Tylko jeśli ideowo pracował dla CIA, to jak nazwać jego wcześniejszą pracę dla UB?

Pawłowski nie wstydził się określenia – Wallenrod. Żalił się, że wolna Polska rehabilituje innych patriotów, a jego nie. Tylko czy były podstawy do rehabilitacji?

 

 

Kapitan Emilia Malessa; Fot.: Autor nieznany, Tygodnik Powszechny nr 127

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wyklęta „Marcysia” – ofiara bezpieki i Rzepeckiego

5 czerwca 1949 r. kpt. Emilia Malessa ps. m.in. „Marcysia” popełniła samobójstwo. Miała 40 lat i była bezsilna, obarczona poczuciem winy, odrzucona przez część środowiska byłych żołnierzy Armii Krajowej, które zarzucało jej zdradę i „wsypanie” kolegów. Przyczynił się do tego Józef Goldberg-Różański, który dał jej oficerskie słowo honoru, że żaden z ujawnionych niepodległościowców nie będzie represjonowany. Ale przede wszystkim przełożony „Marcysi” – płk Jan Rzepecki.

 

Emilia Malessa, urodzona w 1909 r. w rodzinie o tradycjach patriotycznych, 1 września 1939 r. zgłosiła się do pracy w Ochotniczej Służbie Kobiet. Od października 1939 r. organizowała komórkę łączności zagranicznej przy Komendzie Głównej Służby Zwycięstwu Polski, którą kierowała następnie w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej aż do końca okupacji niemieckiej.

Zadaniem placówki, działającej pod kryptonimami: „Zenobia”, „Łza”, „Załoga” i najbardziej znanym – „Zagroda”, było utrzymywanie łączności między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie. Na przełomie lat 1943 i 1944 – w okresie największego rozwoju – „Zagroda” dysponowała 120 ludźmi w całej Europie. „Pani na Zagrodzie”, jak ją nazywano, zorganizowała też trasy kurierskie i system ekspedycji poczty, bazujący na najnowszych osiągnięciach techniki fotograficznej (mikrofilmowanie). Komórka łączności odbierała także przeszkolonych na Zachodzie żołnierzy – cichociemnych. To „Marcysia”, w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. pod Skierniewicami przejmowała pierwszego cichociemnego – majora Jana Piwnika, „Ponurego”, z którym dwa lata później wzięła ślub.

Virtuti Militari i awans na kapitana

W Powstaniu Warszawskim „Marcysia” otrzymała order Virtuti Militari za bohaterską służbę kurierską podczas walk w Śródmieściu, w Batalionie Szturmowym kpt. Kazimierza Bilskiego „Ruma”, do którego przeszła na własną prośbę (miała przydział do odwodu sztabu KG AK). Po kapitulacji Powstania uciekła z transportu do Rzeszy i przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowała kanały łączności między AK a Zachodem.

Za całokształt działalności konspiracyjnej Emilia Malessa została awansowana do stopnia kapitana. Po rozwiązaniu AK pozostała w podziemiu, najpierw w organizacji „NIE” (jej dowódca – August Emil Fieldorf, jeszcze jako pułkownik, polecił jej zorganizowanie szlaku kurierskiego z kraju na Zachód), potem w Delegaturze Sił Zbrojnych, w końcu w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Była członkiem ścisłego sztabu, a przede wszystkim nadal kierowała komórką łączności zagranicznej. 31 października 1945 r. została aresztowana przez UB.

Na polecenie Rzepeckiego

Tu zaczyna się początek tragedii Emilii Malessy. W areszcie ujawniła kolegów z WiN-u. Powód? Pułkownik Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP ręczył jej „oficerskim słowem honoru”, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Różański przekonywał, odwołując się do jej patriotycznych uczuć: „tylu już Polaków niepotrzebnie zginęło, trzeba z tym skończyć”. Jeśli nie pójdzie na ugodę – argumentował dalej ubek – „będzie odpowiedzialna za mordownię”. „Marcysia” uwierzyła, wychowana w świecie wartości, w którym słowo honoru coś znaczyło.

Różański słowa jednak nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania członków WiN. Po latach winę zrzucał na innych – twierdził, że jego honor ma swoją wagę, ale zwolnieniu aresztowanych kategorycznie sprzeciwił się Bierut, który – dodatkowo – zarzucił mu uleganie drobnomieszczańskim przesądom. Z kolei radziecki doradca MBP – płk NKWD Jurij Nikołaszkin zdziwił się ponoć: „Co to znaczy, że ty dałeś słowo honoru? Jeśli dałeś, to znaczy ono było twoje, a jak było twoje, to możesz je odebrać”.

W więzieniu, oszukana i zrozpaczona Malessa, w akcie protestu, podjęła pierwszą głodówkę. Wiele wskazuje jednak na to, że decyzję o ujawnieniu uzgodniła wcześniej z kierownictwem organizacji. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk Jana Rzepeckiego (a także płk Antoniego Sanojcy), co w wojsku oznaczało ni mniej, ni więcej tylko rozkaz. Według relacji Rzepecki nie pozostawił „Marcysi” wyboru: jeśli nie ujawni współpracowników, zaszkodzi im znacznie bardziej. Obaj pułkownicy mieli to potwierdzić w rozmowie z historykiem Cezarym Chlebowskim. Jeśli tak, oznacza to, że Rzepecki przerzucił całą odpowiedzialność za swoją decyzję na Malessę.

„Sędziowie”

Od 4 stycznia 1947 r. była sądzona, razem z dziewięcioma innymi WIN-owcami przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Trwającemu miesiąc procesowi przewodniczył płk Władysław Garnowski. Ten przedwojenny prawnik (studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie), AK-owiec, po wojnie w sądownictwie wojskowym (m.in. szef WSR w Poznaniu i w Warszawie), a w końcu prezes Najwyższego Sądu Wojskowego, ma na koncie w sumie 23 wyroki śmierci.

Prócz Garnowskiego sądzili: Jan Hryckowian i Stanisław Kaczmarek. Hryckowian, też przedwojenny prawnik (po Uniwersytecie Jagiellońskim), urodzony w 1907 r. w Latrobe (Pensylwania), w czasie wojny – jako oficer AK – odznaczony Krzyżem Walecznych (jego żona, Stanisława Hryckowian była adiutantem gen. Fieldorfa „Nila”). Miesiąc po procesie Rzepeckiego, w marcu 1947 r., już w randze podpułkownika, został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Wtedy właśnie dopuścił się największej liczby zbrodni sądowych (w sumie 16., w tym mord na Witoldzie Pileckim).

Mniej znany, ale równie krwawy oprawca w todze – kpt. Stanisław Kaczmarek, też był sędzią warszawskiego WSR. Jako przewodniczący składu i sędzia pomocniczy skazywał byłych żołnierzy AK (w tym 3 i 5 Wileńskiej Brygady) oraz działaczy niepodległościowych. Wielu zostało straconych.

Oskarżyciel

Oskarżał sam Naczelny Prokurator Wojskowy Henryk Holder. Urodzony w 1914 r. w Szczerzcu (Lwowskie), syn Mojżesza i Wincentyny. Tak jak Garnowski był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wojny podporucznik Armii Czerwonej. Naczelnym Prokuratorem Wojskowym był w latach 1946-1948. Przez następne dwa lata kierował Departamentem Służby Sprawiedliwości MON (odmawiał m.in. ułaskawienia skazanych na karę śmierci).

Po przeniesieniu do rezerwy, m.in. dyrektor Biura Prawnego Rady Państwa.
W mowie oskarżycielskiej płk Holder zarzucił WiN-owcom m.in. terroryzm, morderstwa, szpiegostwo, propagandę antypaństwową, a także współpracę z faszystami z NSZ i UPA, oraz uchylanie się od służby wojskowej (oczywiście w lWP). Atakował „reakcję” – PSL i rząd na emigracji, wykazując ich związki z WiN (w rzeczywistości nie chciał ich premier Mikołajczyk, słusznie obawiając się prowokacji).

Koniec pięknej karty

Proces nazwano – od nazwiska głównego podsądnego – procesem Rzepeckiego. Jego patriotyczna karta była długa: żołnierz Legionów, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, w okresie międzywojennym służył zawodowo w wojsku, w maju 1926 r. stanął po stronie rządu przeciwko zamachowi Józefa Piłsudskiego, we wrześniu 1939 r. szef oddziału operacyjnego w sztabie armii „Kraków”, od października 1939 r. w SZP, następnie w ZWZ i AK (szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej – za czteroletnią służbę na tym stanowisku otrzymał Złoty Krzyż Virtuti Militari), po Powstaniu Warszawskim w niewoli niemieckiej, organizator i dowódca Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Tu niestety piękna karta Rzepeckiego się kończy. Stefan Korboński (ostatni delegat Rządu na Kraj, podwładny Rzepeckiego) zapisał: „Po aresztowaniu ujawnił on wszystko bez wyjątku: ludzi, adresy, broń i pieniądze, obliczane na około jeden milion dolarów. Według wiadomości, jakie do mnie doszły, nie zostało to na nim wymuszone torturami [potwierdzają to inne relacje], a stało się dzięki pewnemu systemowi obrony, jaki Rzepecki przyjął. Przyznał on uroczyście i kategorycznie, że pozostanie w konspiracji było ciężkim błędem i oświadczył, że ze swej strony dokona wszystkiego, by ten błąd naprawić i podziemie WiN ostatecznie zlikwidować. Wobec tego w śledztwie wydał wszystkich i wszystko. W zamian za to otrzymał przyrzeczenie, że nikt z ludzi przez niego ujawnionych nie zostanie aresztowany i to przyrzeczenie było przez szereg miesięcy przez bezpiekę honorowane. Jest to pierwszy wypadek masowego ujawnienia podwładnych, dokonany przez przełożonego, bez ich wiedzy i zgody”.

Potem, gdy na Rakowiecką trafił rtm Witold Pilecki, ubecy chcieli go „przekonać”, aby namawiał żołnierzy niepodległościowego podziemia do ujawnienia się, tak jak to zrobił prezes WiN. Pilecki odpowiedział: „Rzepeckiemu za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz”. Dlatego Rzepecki uniknął śmierci, a Pilecki musiał zginąć. Musiała zginąć również Emilia Malessa…

„Nie lubi chodzić na pogrzeby”

Malessę „bronił” Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, należący do starannie wyselekcjonowanego grona w pełni dyspozycyjnych wobec bezpieki adwokatów. Stefan Korboński wspominał: „Gdy na zakończenie zabrali głos adwokaci (…) poszli oni po utartej drodze obrony w wypadkach, gdy oskarżeni przyznają się do winy. Powołując się na złe środowisko, w którym ich klienci wyrośli, na błędy polityczne Polski przedwrześniowej, na reakcyjność otoczenia, w którym działali, wreszcie podkreślając fakt, że oskarżeni przejrzeli na oczy, przyznali się do popełnienia przestępstwa, jakim była ich podziemna działalność i okazali żal oraz skruchę, prosili o łagodny wymiar kary. Tak to do ostatniego dowódcy wojskowego podziemia i jego sztabu zastosowano system obrony, typowy dla procesów o kradzież z włamaniem”.

O Maślance mówiło się, że interesują go tylko ci klienci, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Gdy jeden z aresztowanych dowódców AK zwrócił mu kiedyś uwagę, że taki sposób obrony godzi w jego honor, Maślanko odpowiedział, że „ten towar nie jest już obecnie w obiegu”. Czasem odmawiał podjęcia się obrony, bo „nie lubi chodzić na pogrzeby”.

Po miesiącu procesu – 3 lutego 1947 r. ogłoszono wyrok. Najwyższą karę – KS – otrzymał Marian Gołębiewski. Kazimierz Leski i Henryk Żuk dostali po 12 lat, Józef Rybicki i Ludwik Muzyczka – po 10, Jan Rzepecki – 8, Jan Szczurek-Cergowski – 7, Antoni Sanojca – 6, Tadeusz Jachimek – 4. Najłagodniej potraktowano Emilię Malessę, skazując ją na 2 lata. Większość skazanych (w tym Malessę) następnie ułaskawiono. Komuniści chcieli w ten sposób udawać łagodnych wobec tych, którzy wyznali swoje winy, a przede wszystkim potępili dalszy opór, legalizując nową władzę. Jak wyglądała łaskawość „ludowej” władzy? Wielu skazanych w procesie Rzepeckiego (w tym on sam) i innych powojennych procesach, zostało potem ponownie aresztowanych. Byli torturowani w śledztwie, a następnie odsiadywali wieloletnie wyroki.

Nie chciała opuścić więzienia

Ruta Czaplińska (szefowa łączności Komendy Głównej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ps. „Ewa”) w książce „Z archiwum pamięci. 3653 więzienne dni” wspominała „Marcysię” – koleżankę z Rakowieckiej: „Mimo, że w procesie dostała tylko dwa lata i była ułaskawiona przez Bieruta (mogła być natychmiast zwolniona), nie chciała opuścić więzienia. Cały czas była namawiana na wyjście z obietnicą zwolnienia pozostałych aresztowanych. Ale ona uparcie trwała przy swoim. Wyszła wreszcie parę miesięcy potem i swoją walkę prowadziła już na wolności, wierząc, że będzie mogła więcej osiągnąć. Prowadziła liczne pertraktacje z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, przypominając bezustannie o wszystkich przyrzeczeniach wypuszczenia na wolność ujawnionych osób, wymieniając wszystkich z nazwiska”.

Emilia Malessa domagała się po prostu dotrzymania słowa honoru, które dał jej Józef Różański. Zabiegała o wizytę u Bieruta, pisała do szefa bezpieki Radkiewicza (obszerny memoriał pozostał bez odpowiedzi).
Na wiosnę 1948 r. listę z nazwiskami aresztowanych i okolicznościami ich ujawnienia wysłała też do placówek dyplomatycznych. Świat jednak milczał. Prócz interweniowania u władz, „Marcysia” pomagała też więzionym i ich rodzinom. Odwiedzała w celach towarzyszki niedoli, wysyłała im paczki. Świadczyła na rzecz żołnierzy podziemia, zeznając z wolnej stopy na ich procesach.

W kwietniu 1949 r. Malessa napisała list do Różańskiego: „Po wyczerpaniu na przestrzeni trzech i pół lat wszystkich środków dla uzyskania zwolnienia pozostałych ujawnionych, donoszę Panu Pułkownikowi, że od 9 kwietnia podjęłam głodówkę [przechodnie na ul. Rakowieckiej widzieli ją skuloną pod więziennym murem], jako ostatni z mojej strony akt protestu przeciwko niedotrzymaniu umowy dotyczącej akcji ujawniania WiN i grupy »Liceum«. Mając za sobą wypełnienie wszystkich obowiązków wobec mego kraju w okresie okupacji oraz w pierwszym okresie niepodległości przez dokonanie aktu ujawniania, mam niewątpliwie prawo oczekiwać od władz bezpieczeństwa, a w szczególności od Pana Pułkownika jako głównego inicjatora akcji ujawniania, decyzji, która zapobiegnie mojej śmierci i dalszemu więzieniu lojalnie ujawnionych wobec państwa ludzi”.

Jan Rzepecki po ostatecznym wyjściu na wolność w połowie lat 50. został zrehabilitowany. Służył w LWP, działał w ZBoWiD-zie, w 1956 r. poparł Gomułkę, został historykiem. Uratował głowę, ale czy honor?
Ruta Czaplińska: „Marcysia” „wielokrotnie, jeszcze w więzieniu mokotowskim, a potem już na wolności, chciała się widzieć i rozmawiać z Rzepeckim, ale ten nie poczuwał się do niczego i zostawił ją samą”. Do dziś często poświadcza się nieprawdę, że WiN ujawniła Malessa, a Rzepecki – postawiony przed faktami dokonanymi, nie mając już wyboru – tylko to potwierdził.

 

Rotmistrz Witold Pilecki przed "sądem" i jego oprawca Mońko (miniatura); Zdjęcia: Archiwum, Tadeusz Płużański

W rocznicę śmierci rotmistrza Pileckiego TADEUSZ PŁUŻAŃSKI pisze o egzekucji Bohatera

Zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych Ryszard Mońko, w najbardziej mrocznych, stalinowskich czasach, nigdy nie odpowiedział za udział w zbrodni na Witoldzie Pileckim 25 maja 1948 r. Nie ujawnił także, gdzie komunistyczni siepacze – jego koledzy – zrzucili zmasakrowane ciało rotmistrza i innych polskich bohaterów. Przez ćwierć wieku III RP nie zapukał do niego żaden prokurator. Mnie bez problemu udało się odnaleźć Mońkę w 2012 r. w Hrubieszowie.

O „Łączce” Mońko nie chciał mi nic powiedzieć, twierdząc, że na Mokotowie pracował do 1948 r. Mońko kłamał. Na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżyciela rtm. Pileckiego zeznawał: „Na Mokotów zostałem skierowany w styczniu 1948 r. ze zlikwidowanej jednostki saperskiej. Jako funkcjonariusz ds. polityczno-wychowawczych uczyłem śledczych zasad polskiego ruchu robotniczego”.

Winny Grabicki i bezpieka

Trochę więcej Mońko mówił o egzekucjach na Rakowieckiej. Przede wszystkim potwierdził, że w pierwszych latach powojennych odbywały się one na terenie więzienia – głównie w starej kotłowni za budynkiem X Pawilonu (potwierdzał to również np. więzień Rakowieckiej Stanisław Krupa). Przyznał również, że nie było żadnego plutonu egzekucyjnego: strzelał jeden funkcjonariusz – najpierw Piotr Śmietański, potem Aleksander Drej (ten drugi na ogół po pijanemu). Potem ciała wywoził jego przełożony – naczelnik więzienia – Alojzy Grabicki. To na niego – od dawna nieżyjącego – Mońko zrzuca całą odpowiedzialność za represje i morderstwa na Mokotowie. No i oczywiście na bezpiekę.

„Jedyny przypadek w karierze”

Mnie szczególnie interesowała egzekucja rotmistrza Witolda Pileckiego, w której – jak wynika z dokumentów – Mońko brał udział. Pamiętałem jego opowieść z procesu Łapińskiego: „To był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem Grabickiego [Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi i pracował najpierw w Białymstoku, do końca życia, nie nękany przez wymiar sprawiedliwości, ukrywał prawdę o miejscu grzebania więźniów], który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora Cypryszewskiego rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [etatowy morderca starszy sierżant Piotr Śmietański]. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Martusiewicz”.

 

Oskarżający Łapińskiego prokurator IPN spytał jeszcze świadka Mońkę: „Gdzie pogrzebano Pileckiego?” A on odparł: „Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy”. Również na ostanie pytanie: „Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?” Mońko opowiedział jak zawsze ze spokojem: „A co miałem robić?”

Z białą opaską

Pamiętając te zeznania miałem nadzieję, że Mońko powie mi więcej. On powtórzył właściwie opis śmierci Pileckiego, który przedstawił w sądzie: „Wzięli go pod ręce. Czterech ludzi. On powiedział: „Będę szedł sam”. Założyli mu białą opaskę na oczy”.

Dopytywałem, powołując się na świadectwo księdza Jana Stępnia, współwięźnia z Rakowieckiej, który miał widzieć tę ostatnią drogę rotmistrza z okna celi: „Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. Nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego”. Czyli istnieje domniemanie, że w momencie egzekucji skatowany przez „oficerów” bezpieki Pilecki już nie żył, że Śmietański zamordował trupa…

Taka zresztą była praktyka bezpieki. Często najgorsze śledztwo rozpoczynało się po procesie i wyroku skazującym, kiedy oprawcy wiedzieli już, że ich ofiara nie wyjdzie na wolność. Że zginie w więzieniu. Mogli sobie pofolgować.

Mońko jednak twardo powtórzył swoje: „Szedł sam, dobrowolnie. Widziałem to dokładnie, szedłem 30–40 metrów dalej. Nim doszedłem do miejsca, jego już rozstrzelano”. Gdzie to było, też w kotłowni? – doprecyzowałem. „Tak. Prócz kata Śmietańskiego byli prokurator, ksiądz”. Ile było strzałów? „Słyszałem jeden”. Co się potem stało? „Nie wiem. Mówiłem już, że nie uczestniczyłem w pochówkach. Też musiał być wywieziony sanitarką”.

Z faktu, że kat zamordował rotmistrza w kotłowni, Zofia Pilecka wyciąga wniosek, że został spopielony. Czyli może nigdy nie odzyskać szczątków taty.

Pilecki trafił na „Łączkę ” – uważa jednak prof. Krzysztof Szwagrzyk, prowadzący prace na stołecznych Powązkach Wojskowych. Niedaleko swojego oprawcy – sędziego Romana Kryże.

9 tysięcy emerytury

Potem spytałem Mońkę jeszcze m.in. o to, dlaczego – jego zdaniem – na ekshumacje na Powązkach trzeba było czekać aż 23 lata? Czy ktoś to blokuje? Mońko na to: „Wydaje mi się, że tak. Może boją się Rosji”.

Ryszard Mońko, z zawodu technik rolniczy i mechanik, który po odejściu z Mokotowa był m. in. – do 1962 r. – naczelnikiem więzienia w Częstochowie, na koniec pochwalił mi się, że ma 9 tysięcy złotych emerytury („Wałęsa, dobry człowiek, wyrównał mi emeryturę”). Zadowolony z życia, miły dla sąsiadów starszy pan cieszył się dobrym zdrowiem. „Nie mam żadnych dochodzeń sądowych. Jestem czysty” – powiedział mi na odchodne. Zmarł w 2016 r. w rodzinnym Hrubieszowie, pożegnany na miejscowym cmentarzu parafialnym. Tak odszedł ostatni morderca Witolda Pileckiego.

 

Jan Paweł II, Pamięć i Tożsamość, Wydawnictwo Znak; graf.: Znak/ re

O św. Janie Pawle II i prześladowcach Kościoła pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Święty i bestie

 

18 maja 1920 r. w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła, Ojciec Święty Jan Paweł II. Papież-Polak był znienawidzony przez bolszewików do tego stopnia, że 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Rzymie chcieli go zabić.

Pozbyć się JP II chcieli również rodzimi bolszewicy. Ale po kolei.

„Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem” – pisał papież Jan Paweł II w książce „Pamięć i tożsamość”.  „Wtedy w 1920 roku zdawało się, że komuniści podbiją Polskę i pójdą dalej do Europy Zachodniej, że zawojują świat. »Cud na Wisłą«, zwycięstwo marszałka Piłsudskiego w bitwie z Armią Czerwoną, zatrzymało te sowieckie zakusy”. 

Ojciec Święty przypominał również, że wokół „Cudu nad Wisłą” przez całe lata trwała zmowa milczenia: „Dlatego opatrzność Boża niejako nakłada dzisiaj obowiązek podtrzymywania pamięci tego wielkiego wydarzenia w dziejach naszego narodu i całej Europy, jakie miało miejsce po wschodniej stronie Warszawy”.

Marzenia Kiszczaka

13 grudnia 1981 r. Jerzy Urban, czyli „Goebbels stanu wojennego” (określenie śp. senatora Ryszarda Bendera) był nie tylko rzecznikiem ukonstytuowanego wówczas związku przestępczego o charakterze zbrojnym (określenie sądu III RP), ale jednym z decydentów. I tak np. w 1983 r. namawiał Czesława Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO. Pion ten co prawda formalnie nie powstał, ale w sposób nieformalny świetnie działa do dziś.

Szef PRL-owskiego MSW Czesław Kiszczak o JP II mówił tak: „Mamy do czynienia z najsławniejszym Polakiem na świecie” i zaraz dodawał: „na nieszczęście mamy do czynienia tu w Polsce„. Był rok 1983, władza z przerażeniem myślała o zbliżającej się pielgrzymce Papieża do Ojczyzny. „Możemy obecnie jedynie marzyć, żeby Bóg powołał go jak najszybciej na swoje łono” -tak ober-esbek zwierzał się dalej towarzyszom z KGB. Te szczere słowa przywołał historyk IPN Grzegorz Majchrzak.

Podkreślić warto, że za zbrodnie komunizmu Kiszczak nigdy realnie nie odpowiedział. A UrbanUrban nie odpowiedział nawet symbolicznie.

 

A Urban-Goebbels od lat wiedzie prym w hejcie na papieża-Polaka. Kto jak kto, ale on na Kościele się zna. To przecież gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” mordowali księży: Jerzego PopiełuszkęStefana NiedzielakaStanisława SuchowolcaSylwestra Zycha. Ci trzej ostatni zginęli w 1989 r. – nie wiedzieć czemu uważanym za „rok przełomu”. Miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., Urban nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu„. Jana Pawła II zamordować nie dali rady, choć to on był głównym celem dla sowieckiego imperium zła. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie.

Teraz III RP. Kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso„? Właśnie Urban. W artykule z sierpnia 2002 r., zamieszczonym w tygodniku „Nie”. Tuż przed pielgrzymką papieża do Polski Urban pisał m.in.: „Kochany staruszku! Połóż się do łóżka. Przykryj kołderką. (…) Wyrzuć te starcze środki dopingowe, którymi Cię szpikują jak byczków hodowanych na olimpiadę, żebyś mógł przez godzinę ruszać nogą i mniej trząść ręką. (…) Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź„. Urban nazwał też papieża m.in. „Breżniewem Watykanu„, „żywym trupem” i „sędziwym bożkiem„.

Za to znieważenie Jana Pawła II jako głowy państwa watykańskiego, Sąd Okręgowy w Warszawie zasądził ostatecznie Urbanowi 20 tys. zł grzywny. Mało, Urban za te i inne działania powinien siedzieć!

Fot. h/ re

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polsko-radziecka przyjaźń trwa”, bo Pałac Stalina nadal stoi

Większość Polaków jest przeciwna likwidacji Pałacu Stalina (Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie – dowiedzieliśmy się z ostatniego sondażu Social Changes dla portalu wPolityce.pl. Czyli mimo formalnego rozpadu ZSRR polsko-radziecka przyjaźń trwa. Jak długo jeszcze?

Przeciw wyburzeniu sowieckiego pałacu w centrum polskiej stolicy wypowiedziało się ponad 3/4 badanych – 77 proc. Usunięcie „maczugi Stalina” popiera tylko 10 proc. respondentów. 13 proc. badanych… nie ma zdania.

Mnie chyba najbardziej zadziwił fakt, jak mało przeciwników rozbiórki Pałacu Stalina, czyli de facto zwolenników tego obiektu, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy (za rozbiórką 69 proc., przeciw 12 proc.) Przecież tyle razy tłumaczyliśmy, edukowaliśmy i… nic. A przynajmniej niewiele.

Jednocześnie z omawianego badania wynika, że większość Polaków – dokładnie 2/3 – ma świadomość, iż Pałac Kultury i Nauki to „prezent” od sowietów. Pytanie dokładnie brzmiało tak: „Czy wiedziała Pani/wiedział Pan, że Pałac Kultury i Nauki (PKiN) w Warszawie został zbudowany na rozkaz Stalina?”

Jaki z tego wniosek? Jeśli Polacy wiedzą, a mimo to pałac im nie przeszkadza, trzeba wciąż edukować.

No to jeszcze raz…

Tzw. słońce narodów, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii świata Józef Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii naszej Ojczyzny, a do tego agent NKWD Bolesław Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Bolszewicy zniszczyli w ten sposób historyczne centrum stolicy, z wieloma pięknymi kamienicami secesyjnymi czy modernistycznymi (po rozbiórce PKiN-u należałoby je przywrócić – wtedy Warszawa odzyskałaby centrum).

22 lipca 1955 r. Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty.

Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL >prywislianskogo kraja<” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków (ale wiadomo, iż pałac z tego rejestru można też wypisać – wystarczy chcieć).

Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). PKiN od początku był kiczem: miał połączyć styl krakowskich Sukiennic, kamienic z Kazimierza Dolnego, pałacu w Nieborowie, ratusza w Chełmnie i oczywiście pałaców sowieckich. Wysokość – 230 metrów. Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa.

7 marca 1953 r. PKIN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. Na placu miał również stanąć jego pomnik. Szczęśliwie z pomysłu zrezygnowano, bo zapewne stałby tam dalej.

„Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał… Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa kolejne dekady. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska.

Czy wiedząc to wszystko, „dar Stalina” ma pozostać symbolem Warszawy? Dla wielu ważniejszym niż Syrenka, czy Zamek Królewski? Chyba, że chcemy, aby nadal tak głęboka była polsko-radziecka przyjaźń?

 

Archiwum/ g/ re -fot.: CAW

O końcu czerwonych pomników pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Na prawym brzegu Wisły nie ma już Berlinga

Przez 34 lata na prawym brzegu Wisły straszył Zygmunt Berling. Zniknął w 2019 r. w „czynie społecznym”. Miasto stołeczne nie miało zamiaru go dekomunizować. Niech to będzie przestroga dla wszystkich samorządów w Polsce: nie chcecie po dobroci, nie słuchacie apeli IPN, czytaj: świadomie łamiecie prawo, to wam pomożemy.

Bo ustawa Sejmu z 1 kwietnia 2016 r. zakazywała propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego „przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Samorządy na usunięcie reliktów sowieckiej dominacji miały dużo czasu, bo aż rok. Wiele nie chciało się zastosować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej następca Rafał Trzaskowski nie chciał tak samo, a może jeszcze bardziej – prezydent m. st. wielokrotnie publicznie kontestował wszelkie zabiegi dekomunizacyjne, i niestety skutecznie je zwalczał – patrz przywrócenie większości komunistycznych patronów ulic, czyli faktyczna rekomunizacja. W sprawie Berlinga (Zygmunta) Trzaskowskiego (Rafała) wspierała Jaruzelska (Monika): „Moim zdaniem to akt wandalizmu”. I wiele środowisk (post)komunistycznych.

 

Z przetrąconymi nogami

I tak urodzony 27 kwietnia 1896 r. w Limanowej Berling straszył w Warszawie zbyt długo. Podobnie, jak w Koszalinie pomnik „Zwycięskiej Armii Radzieckiej”. Wobec takiej samorządowej „opieszałości” monument obalił ostatnio za pomocą koparki 39-letni mieszkaniec. Też w „czynie społecznym”. Pomnik rozpadł się na kawałki, a w sumie szkoda, bo mógł trafić do muzeum komunizmu. Ze względu na swoje wartości edukacyjne (wyjątkowe sowieckie zakłamanie): russkij sołdat przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka.

Ale wracając do Berlinga. Jego w ogóle nie żal. Stał na czerwonym (nomen omen) cokole, z przetrąconymi (można się domyślać przez sowietów) nogami. Architektoniczne szkaradztwo.

Czy to sukces, że Berling z przestrzeni publicznej zniknął? Nie do końca, bo gdyby nie wspomniani „społecznicy” trwałby dalej. I zakłamywał przestrzeń publiczną, infekując kolejne pokolenia Polaków. Fatalnie to świadczy o władzach stołecznego grodu.

Hołd dla Stalina

Zygmunt Berling był zdrajcą. Ten żołnierz Legionów Polskich, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, w czasie II wojny światowej sam stał się bolszewikiem.

Po agresji sowietów na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. wzięty do niewoli. I podzieliłby los ponad dwóch dziesiątków tysięcy polskich jeńców, gdyby nie dał sobie przetrącić nóg, a właściwie całego polskiego kręgosłupa.

NKWD zwerbowało go w obozie w Starobielsku. Werbowali tacy osobnicy jak generał-major Wasilij Maksim Zarubin, wcześniej sekretarz ambasady sowieckiej w Waszyngtonie. Do sowieckiej siatki Zarubina w USA należał Konstanty Gebert (dziennikarz, współzałożyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych), Aleksander Hertz (socjolog), Oskar Lange (ekonomista), Julian Tuwim (poeta).

I znów czytelnikowi należy się powrót do Berlinga: po zdradzie katyńskiej przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworząc deklarację hołdu i lojalności wobec mega-mordercy Stalina. Zdrajca Berling zatwierdzał wyroki śmierci na swoich żołnierzach podejrzanych o związki z polskim podziemiem niepodległościowym.

Duch czasów

Ale w Warszawie zostały jeszcze inne pamiątki po sowieckim „wyzwoleniu”. Nie mówię o Pomniku Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej (przez Warszawiaków nazywanym „pomnikiem utrwalaczy”), rozebranym w 1991 r. (dziś przed Pałacem Lubomirskich stoi pomnik Tadeusza Kościuszki).

Nie mówię też o Pomniku Braterstwa Broni („czterech śpiących”), odsłoniętym na Placu Wileńskim w listopadzie 1945 r. (zniknął dopiero w 2011 r.), czy rok późniejszym Pomniku Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej, upamiętniającym sołdatów poległych w trakcie „wyzwalania” warszawskiej Pragi (dotrwał do 2018 r.).

Tu warto przypomnieć historię „czterech śpiących” (w ramach „braterstwa” z Polakami czterej „spali”, gdy Niemcy zarzynali Powstanie Warszawskie, a trzej walczyli – zarzynali na Pradze polskie podziemie niepodległościowe). Przez lata minister Andrzej Krzysztof Kunert (sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa) wmawiał nam, że „śpiący” muszą pozostać na warszawskiej Pradze, bo „oddają ducha tamtych czasów”. Ale Polacy „ducha” tego poznawali w kazamatach NKWD-owskich i ubeckich katowni. Na Pradze przy ul. 11 Listopada, Ratuszowej, Sierakowskiego, Strzeleckiej. Gdy na drugim brzegu Wisły tliło się jeszcze powstanie, tu „wyzwoliciele” hurtowo wyłapywali i mordowali AK-owców.

A sekretarz Kunert, razem z prezydentem Komorowskim budowali pomnik bitwy polsko-bolszewickiej 1920 r. w Ossowie. Pomnik bolszewicki.

Mały Franek” contra „Inka”

W tym samym roku co pomnik Berlinga (1985) na Pradze stanął Pomnik Kościuszkowców – w 40. rocznicę „wyzwolenia” Warszawy. Tym razem nie „zawdzięczamy” go Andrzejowi Krzysztofowi Kunertowi, ale Włodzimierzowi Sokorskiemu – komunistycznemu dygnitarzowi, który był nie tylko politrukiem lWP, funkcjonariuszem KPP i PPR, ale także Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Pomnik stoi do dziś…

I przynajmniej jeszcze jedna stołeczna sowiecka „pamiątka”: Pomnik Partyzanta przy rondzie de Gaulle’a, poświęcony Gwardii Ludowej i Franciszkowi Zubrzyckiemu (po remoncie w 2014 r. na cokole pojawił się dla zmyłki nowy napis: „Partyzantom walczącym o wolną Polskę w czasie II wojny światowej”). Ten „Mały Franek” wsławił się jedną akcją na polską leśniczówkę, podczas której zabrał dubeltówkę i 5 tys. złotych. Można powiedzieć: taki (sowiecki) bohater, jakie (sowieckie) wyzwolenie. Ulicy Zubrzyckiego wyjątkowo – w ramach rekomunizacji – Rafał Trzaskowski nie przywrócił. Najwyraźniej Danuta Siedzikówna „Inka”, która „Małego Franka” zastąpiła, jest zbyt znana, a w bezideowej prokomunistycznej polityce liczą się przecież słupki poparcia.

Eletrownia jądrowa w Czarnobylu po wybuchu; zdjęcie archiwalne

HUBERT BEKRYCHT: Głupota (i elektrownie jądrowe) pod specjalnym nadzorem

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.

Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.

Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.

Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.

Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.

Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.

Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…

Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.

Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…

Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.

Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.

Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.

Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…

 

Józef Piłsudski (l) i Bronisław Piłsudski (p)

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Carska Rosja przeciw Piłsudskim

20 kwietnia 1887 r. władze carskie skazały Józefa Piłsudskiego na pięć lat zesłania do wschodniej Syberii za współdziałanie z grupą konspiracyjną przygotowującą zamach na cara Aleksandra III. Nie wszyscy wiedzą, że w tej samej sprawie wyrok – i to dużo wyższy, bo dożywotniego więzienia – otrzymał brat „Ziuka” Bronisław Piłsudski. Zesłanie zaowocowało badaniami etnograficznymi Ajnów, które do dziś są uważane za najlepsze źródło poznania tego wymierającego ludu Dalekiego Wschodu.

Skąd się wzięły te wyroki? Przez kilka lat bracia Józef i Bronisław Piłsudscy działali razem w szkolnej konspiracji przeciw caratowi. W marcu 1887 r., w ramach petersburskiej frakcji terrorystycznej „Narodnej Woli” brali udział w przygotowaniach do zamachu na cara Aleksandra III.

„Ciężko żyć osobno”

Mimo, iż międzywojenna literatura przedstawiała to inaczej, Bronisław był bardziej wtajemniczony. Od znajomego aptekarza z Wilna przywiózł do Petersburga truciznę. Włożono ją następnie do bomby, która miała zabić imperatora Rosji. Również przy pomocy Bronisława, kierownik całej akcji, a zarazem jego przyjaciel – Aleksander Uljanow (starszy brat Lenina), drukował swoje ulotki, które po Wilnie i okolicy rozprowadzał Ziuk. Po nieudanej akcji spisek został wykryty. Bronisławowi Piłsudskiemu groziła nawet kara śmierci, ale udało się go wybronić przekupując kilku carskich urzędników. Kolejne amnestie zmniejszyły mu wyrok do 15 lat katorgi, ale do końca życia miał pozostać na zesłaniu. Józef – jako przypadkowo wciągnięty do spisku – otrzymał mniejszą karę: w trybie administracyjnym (bez sądu) został zesłany na pięć lat na Syberię. Aleksandra Uljanowa skazano na karę śmierci i stracono.

Po ogłoszeniu wyroku, ojcu braci – Józefowi Wincentemu Piłsudskiemu, pozwolono pożegnać się z synami w petersburskim więzieniu. Bronisława nigdy więcej nie zobaczył. „Zapomnij o mnie! Proszę, żebyś uznał, że byłem niegodny Ciebie, może tak będzie łatwiej, Twój Bronisław” – pisał do ojca z Rosji. Przyszły Marszałek Polski chciał przebywać na zesłaniu razem z bratem. W podaniu do władz argumentował, że Bronisławowi, „jak i mnie, ciężko żyć osobno”. Carscy urzędnicy nie wyrazili jednak zgody.

Młodszy siedzi, starszy stoi

Bronisław Piłsudski urodził się w 1866 r. (rok wcześniej od Józefa). Mieli aż dziesięcioro rodzeństwa (dwoje bliźniąt zmarło we wczesnym dzieciństwie, jeden z braci – Jan Piłsudski był przez ponad rok ministrem skarbu II RP). Aby podkreślić wielowiekowe tradycje rodziny Bronisław używał czasem przydomka Ginet, pochodzący od imienia litewskiego kniazia. Dzieciństwo spędzili w rodzinnym majątku Piłsudskich – Zułowie, 60 kilometrów od Wilna (dziś Zalavas na Litwie; na jego ruinach w czasach komunizmu wybudowano sowchoz).

Bronisław i Józef różnili się przede wszystkim charakterem. Bronisław pisze w swoich pamiętnikach, że Józef był ulubieńcem rodziny, w domu rozpieszczano go. Żywy i wesoły, w spotkaniach towarzyskich grał pierwsze skrzypce. Do tego bardzo ambitny, a jego egocentryzm przeradzał się często w egoizm. Bronisław, z natury spokojny, lubił spędzać czas w samotności, kontemplować. Ale żeby przeżyć później na Sachalinie musiał być bardzo silny i odporny psychiczne.

Gdyby nie Bronisław, Józef mógł wcześnie zejść z tego świata. Niewiele brakowało, żeby utopił się w jeziorze Piorun, 3 kilometry od Zułowa. Brat w ostatniej chwili wyłowił go z wody. Najbardziej znane, a może i jedyne zachowane zdjęcie braci z wydanego w 1935 r. albumu o Józefie Piłsudskim zostało podpisane: „Dwaj bracia, młodszy Józef (siedzi) i Bronisław Piłsudscy, w latach dziecięcych. Uderza wyraz twarzy młodego Ziuka – skupiony i energiczny, uderza sposób ułożenia nóg i nawet sam fakt, że młodszy brat siedzi, a starszy stoi”. Tak tworzyła się legenda Marszałka.

Król Ajnów

Pobyt na zesłaniu to punkt zwrotny w życiu obu braci. Po odbyciu kary Ziuk wrócił do konspiracji i wkrótce został czołowym działaczem PPS, twórcą Legionów. Bronisław nigdy nie miał aspiracji politycznych. Nieudany zamach na cara w 1887 r. był raczej przejawem jego młodzieńczej fantazji.

Bronisław Piłsudski na Sachalinie znalazł się 3 sierpnia 1887 r. Po kilkuletniej katorżniczej pracy, dostał zgodę na przeniesienie do Władywostoku, gdzie objął funkcję kustosza miejscowego muzeum etnograficznego. W międzyczasie wiele podróżował. Razem z innym słynnym badaczem – Wacławem Sieroszewskim udał się na wyprawę na wyspę Hokkaido, aby zbierać materiały o japońskich Ajnach.

Wysłany przez carską Akademię Nauk powrócił na Sachalin, gdzie wkrótce zyskał przydomek „króla Ajnów”. Badał ich kulturę (język, życie codzienne, seksualne, wierzenia, szamanizm), bronił przed restrykcjami władz rosyjskich, a w końcu został nauczycielem w założonej przez siebie szkole dla ajnuskich dzieci. Tak dalece wtopił się w ich społeczność, że dostał zgodę na ślub z kobietą z ich plemienia. Nosiła imię Chuhsamma i była bratanicą naczelnika wsi Ai we wschodniej części Sachalinu. Razem z żoną zamieszkał w małym, drewnianym domku, charakterystycznym dla sachalińskiego pejzażu.

Chuhsamma powiła Bronisławowi dwójkę dzieci. Syn Sukezo urodził się w 1903 r., córka Kiyo dwa lata później, już po wyjeździe Piłsudskiego z Sachalinu. Opuszczenie przez niego rodziny było jednym z powodów, dla których zrozpaczona Chuhsamma nie chciała opowiadać dzieciom o ojcu. Przyznawanie się do polskich korzeni mogło również powodować represje.

Na pytanie, dlaczego Bronisław wyjechał, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pamiętać należy, że przez cały 19-letni okres pobytu na Dalekim Wschodzie miał status zesłańca i marzył o powrocie do kraju. Ucieczkę z Rosji umożliwił mu wybuch wojny rosyjsko-japońskiej. Istnieją przekazy, że opuszczając Sachalin, chciał zabrać ze sobą rodzinę. Potem starania o ich ściągnięcie do Europy czynił jego brat Józef. W międzyczasie Chuhsamma straciła wzrok, co często zdarza się mieszkańcom Sachalinu.

W zbiorach Uniwersytetu Jagiellońskiego zachowały się trzy listy pewnego Ajna do przebywającego wówczas w Krakowie Bronisława: „Dzieci rosną, żona tęskni. Dlaczego nie wracasz?” Bronisław miał pisać do władz rosyjskich, że chce kontynuować badania na Sachalinie, ale te nie wyraziły zgody.

W nurtach Sekwany

17 maja 1918 r. jego ciało wyłowiono z Sekwany, niedaleko mostu Mirabeau. Przyczyna: samobójstwo. Powód: psychiczna depresja.

– Przez cały pobyt w Polsce i Europie Bronisław żył w biedzie, nie miał stałego zatrudnienia. Cieszył się dużym autorytetem, ale nie mógł pracować na uczelni, gdyż nie posiadał niezbędnych stopni naukowych. Proponowano mu posadę w starostwie w Limanowej, ale urzędowa praca nie odpowiadała jego charakterowi. Dochodziła do tego tęsknota za rodziną, którą pozostawił na Sachalinie – mówi prof. Antoni Kuczyński, wrocławski etnograf i socjolog.

Piłsudski od dawna miał również kłopoty ze zdrowiem, w Karlsbadzie (Karlove Vary) leczył m. in. chorobę żołądka. Niektórzy twierdzą, że na Sachalinie nabawił się ponadto choroby wenerycznej. Tak, czy inaczej, na kilka dni przed śmiercią lekarz zalecał mu spokój i wyjazd na wieś.

Profesor Alfred Majewicz, badacz języka Ajnów, jest innego zdania: – Francuska policja napisała o samobójstwie, ale nie znalazła żadnych motywów takiego czynu. Bronisław nie miał powodów, aby odebrać sobie życie. Podczas pobytu w Europie zaczął wychodzić na prostą, jego dorobek naukowy został doceniony. Przecież nawet w ekstremalnych warunkach Sachalina nie załamał się.

Feralnego dnia w Paryżu była duża mgła. Wiele wskazuje na to, że Bronisław Piłsudski zginął w sposób bardzo prozaiczny – zasnął nad brzegiem rzeki i wpadł do wody.

Marszałek Polski Józef Piłsudski został pochowany z wielką pompą na Wawelu w 1935 r. Pogrzeb brata, którego dorobek nie jest wcale mniejszy, nie miał takiej oprawy. Do dziś Bronisław Piłsudski spoczywa w zapomnieniu na cmentarzu w Paryżu.

 

Fot. : Wikipedia - Fallaner - Praca własna, CC BY-SA 4.0,https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81413507

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Andrzej Gwiazda i Europejskie Centrum Solidarności

14 kwietnia 1935 r. w Pińczowie urodził się Andrzej Gwiazda, inżynier, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu 1980 r. członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, współautor 21 Postulatów Sierpniowych, współzałożyciel NSZZ „Solidarność”.

Nie mniej ważne jest (także w kontekście inwazji Rosji Putina na Ukrainę) doświadczenie sowieckie Andrzeja Gwiazdy. W 1940 r., razem z matką i babką (ojciec był więziony w niemieckim oflagu) trafił – w ramach masowych wywózek Polaków do ZSRS – do Kazachstanu. Do Polski wrócili po sześciu latach, przez Górny Śląsk, do Gdańska.

Przez życie Andrzej Gwiazda idzie z niestrudzoną żoną Joanną Dudą-Gwiazdą. Ale nie tylko w PRL, ale przez większość III RP była to droga pod górę.

Tusk i Komorowski

Bo Rzeczpospolita po 1989 r. była zniekształceniem idei Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia. I tak np. 14 maja 2012 r. decyzją prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza bramie nr 2 stoczni nadano wygląd z sierpnia 1980 r. włącznie z napisem: „Stocznia Gdańska im. Lenina”. Dopiero po awanturze Lenin został zdemontowany.

Znamienne były obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w 2012 r. Bronisław Komorowski, 31 sierpnia podczas odznaczania wydawców solidarnościowych przyznał, że najchętniej odznaczyłby za podziemną walkę Donalda Tuska. Tusk odwdzięczył się tym samym. Czyli zamiast prawdziwych bohaterów Sierpnia: Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz, czy Krzysztofa Wyszkowskiego salon III RP serwował nam nowych: Komorowskiego, Tuska i jeszcze Henrykę Krzywonos, której tramwaj stanął, bo jeden z jej kolegów wyłączył prąd. Szczęśliwie to pisanie historii na nowo, jej fałszowanie, zostało przerwane.

Pamiętamy również, jak Donald Tusk, którego rola w strajkach solidarnościowych była minimalna, dwoił się i troił, aby odebrać dzisiejszemu związkowi prawo do Sierpnia ‘80. Na tym niestety nie koniec.

Lewicowe upolitycznienie
„To jest centrum dywersji antypolskiej” – tak o Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, kierowanym przez dyrektora o polsko-irackich korzeniach Basila Kerskiego powiedział mi niedawno w Polskim Radiu 24 Andrzej Michałowski, jeden z założycieli „Solidarności”. – „Z ECS-u zrobiono mauzoleum doradców – Mazowieckiego, Geremka, Kuronia – którym patronuje TW „Bolek”.

To mauzoleum – otwarte obok Stoczni Gdańskiej w 2014 r., którego budowa kosztowała ponad 231 mln zł, a roczne utrzymanie ma wynosić ponad 13 mln zł, gości dziś polityków PO, działaczy KOD i feministki. To oni atakują działaczy „Solidarności” i wykrzykują, żeby „odebrać państwo polskie PiS-owi”. Ale od państwa zarządzanego przez PiS Europejskie Centrum Solidarności chętnie bierze pieniądze i krytykuje, że dostaje za mało, że chciałoby więcej.

A pieniądze daje ECS Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiceminister resortu Jarosław Sellin komentuje działania placówki, którą MKiDN współtworzy: „Jakoś nie słyszałem, żeby tam znalazła przestrzeń do działania jakaś organizacja konserwatywna albo organizacja o charakterze pro-life. (…) W Europejskim Centrum Solidarności przestrzeń do działania znalazły organizacje o charakterze lewicowym. (…) I to się wszystko dzieje w ECS-ie, który jest spadkobiercą dziedzictwa Solidarności. Solidarności, która jak walczyła, to na płotach Stoczni Gdańskiej jakie były symbole? Krzyż, papież Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska. Cały karnawał Solidarności, walka razem z polskim Kościołem przeciwko komunizmowi, opór przeciwko lewicowemu ateistycznemu reżimowi.”

A dziś lewicowi, ateistyczni działacze rozpanoszyli się w ECS. „Patrząc na inne tego typu instytucje jak np. wrocławskie Centrum Historii Zajezdnia czy Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, gdzie mimo różnic udaje się łączyć a nie dzielić, nie widzimy takiej woli w Gdańsku.” – napisała w liście do dyrektora Kerskiego NSZZ „Solidarność”. – „ECS to upolityczniona instytucja, która zamiast łączyć – dzieli; nie widzimy zasadności dalszego funkcjonowania naszych przedstawicieli i do odwołania zawieszamy ich w pracach Rady i Rady Historycznej ECS”.

Przegrani w ECS

Dziś dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności wskazuje miasto Gdańsk. Ponieważ – zdaniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przekaz w ECS jest jednostronny, a dokładnie jednostronnie lewicowy, ministerstwo, które współfinansuje placówkę, łożąc na nią miliony złotych, chciałoby przynajmniej wskazywać wicedyrektora Centrum. Nie mniej ważnym postulatem jest utworzenie nowego działu poświęconego Joannie i Andrzejowi Gwiazdom, którzy przegrywają w ECS z Lechem Wałęsą. Podobnie przegrywają inni twórcy wolnych od komunistów związków zawodowych: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, czy Andrzej Kołodziej.

Doszły do tego przywileje dyrektora Basila Kerskiego, który niemal za bezcen użytkował mieszkanie będące w zasobach miasta.
Wniosek jest jeden: wobec niemożności pokazania prawdziwej historii Solidarności w ECS, należy odwołać obecną dyrekcję placówki. Zrobić w Europejskim Centrum Solidarności porządek, tak jak zrobiono go w innej gdańskiej placówce: Muzeum II Wojny Światowej.

Polacy powinni skorzystać z doświadczenia Sierpnia ’80 i rozpędzić złodziei i zdrajców. Powinni zmobilizować się, powinni stać się dynamitem – tym, co prezentowaliśmy sobą w 1980 r. – przywołajmy wciąż aktualne przesłanie Anny Walentynowicz, prawdziwej bohaterki Sierpnia 1980 r. W imię idei Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia.

Fragment grafiki: Instytut Pamięci Narodowej

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Wyzwalali” strzałem w tył głowy

82 lata temu, w kwietniu 1940 r. NKWD rozpoczęło likwidację Polaków skazanych na śmierć decyzją najwyższych władz ZSRS. 3 kwietnia pierwszy transport jeńców z obozu w Kozielsku przybył na stację Gniezdowo. Tam mordercy ładowali ich na ciężarówki i przewozili do lasu katyńskiego, gdzie od razu odbywała się egzekucja. Ale Rosja do dziś twierdzi, że to było „wyzwolenie”.

Polscy jeńcy z obozu ostaszkowskiego byli rozstrzeliwani w Twerze, ze starobielskiego w Charkowie. Mamy jeszcze dwa rozpoznane miejsca: Bykownia pod Kijowem i Kuropaty pod Mińskiem.

„Wielki błąd”

Wersja sowiecka brzmiała: Polacy zostali wypuszczeni na wolność, a ich dalszy los nie jest znany. Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców w kwietniu 1943 r. stanowisko Moskwy uległo niewielkiej zmianie. Podczas rozmowy z polskimi przedstawicielami Beria miał powiedzieć: „zróbcie ich spisy, ale dużo już ich nie ma, gdyż zrobiliśmy wielki błąd, oddając ich większość Niemcom”.

A prócz zbrodni było jeszcze kłamstwo. Właściwie nie było, tylko jest, bo kłamstwo katyńskie trwa do dziś. Bo ZSRS nie mógł nas mordować, bo nas nie napadł 17 września 1939 r. (Armia Czerwona tylko „wkroczyła”, aby „wyzwolić”), bo do wojny przystąpił dopiero 22 czerwca 1941 r. Czyli jeśli „wyzwolił”, nie mógł mordować. Tako rzecze Putin i jego kłamliwa propaganda. Tylko dlaczego Polacy wzięci do niewoli przez Sowietów mieli oficjalny status jeńców wojennych?

„Napisz, żeby przyjechał”

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia… napisz, żeby przyjechał”. Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany. Tak, jak ponad 20 tysięcy Polaków.

Ostatnia wiosna

Mieczysława Welzandta, jednego z nielicznych jeńców obozu w Starobielsku, który cudem uniknął losu kilku tysięcy polskich oficerów, skrytobójczo zamordowanych w Charkowie-Piatichatkach (zabici strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Czernyszewskiego w Charkowie i zakopani w bezimiennych dołach śmierci na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD koło osiedla Piatichatki), uratował stopień podchorążego (nie dotarła do niego nominacja na podporucznika).

We wspomnieniach napisał: „Przyjechaliśmy na niepozorną stację Starobielsk i najkrótsza droga powrotu prowadziła przez Charków. Bieg pociągu od tego miasta był najlepszym sprawdzianem kierunku. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy nasz eszelon ruszył stamtąd na zachód. Z taką samą nadzieją musieli wyjeżdżać, zapakowani do więźniarek skazańcy, nieświadomi zbliżającego się gwałtownego kresu życia – lecz ich tam wysadzono, przewieziono do miejsca kaźni w więzieniu i zwalono do dołów w Piatichatkach. (…) Przed śmiercią musieli przeżyć i przeżyli bardzo ciężką, potwornie mroźną zimę 1939/1940. Wiosny już nie przeżyli. Była ostatnią w ich życiu”.

Bez Norymbergi II

Kiedy w kwietniu 1943 r. Niemcy obwieścili światu o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w lasach koło miejscowości Katyń, a Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła, zrzucając winę na „niemiecko-faszystowskich szubrawców”, w kościele na warszawskim Targówku, przysięgę odbierał oddział ochronny komórki wywiadu Armii Krajowej „Lombard”, do której należał Welzandt. Zaprzysiężeni pytali go: „Panie poruczniku, co pan myśli o tym s… syństwie katyńskim?” Odpowiadałem: „To prawda. Byłem w Starobielsku i nie mam żadnych wątpliwości”. A oni na to: „Ma pan rację. Mordowały s… syny razem, a teraz jeden drugiego sypie. Przyjdzie na nich kara boska. Obyśmy tylko dożyli!”.

Welzandt: „Zbrodnia, zadysponowana na najwyższym szczeblu, musiała być doskonała. Winni – naczelne władze ZSRR i podrzędni wykonawcy, nigdy nie zostali i nie będą osądzeni. Ostatni ze zbrodniarzy – Łazar Kaganowicz – zmarł w 1991 roku. Mimo tego, prawdy nie udało się pogrzebać”.
Mieczysław Welzandt, który doświadczył obu totalitaryzmów, napisał o procesie w Norymberdze: „Szczytny i nadrzędny /zdawałoby się/ cel został zrealizowany tylko w odniesieniu do zbrodniczego totalitaryzmu hitlerowskiego. Nie tknięto sojuszniczego z nim w pierwszych latach wojny totalitaryzmu stalinowskiego, ponieważ nie było aktu oskarżenia. Dla opinii światowej oznaczało to bezkarność”.