„Amor” Balbiny Switycz-Widackiej w parku Zamkowym w Olsztynie. Fot. Teresa Kaczorowska

Amor w olsztyńskim parku Zamkowym to ja. Rozmowa z wnukiem olsztyńskiej rzeźbiarki Balbiny Świtycz-Widackiej

Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę – mówi dr Kamil Solarski, wnuk Balbiny Świtycz-Widackiej (1901-1972), artystki rzeźbiarki pochodzącej z Kresów, która przez ostatnie 20 lat swego życia mieszkała i tworzyła w Olsztynie, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Podczas wakacji turyści odwiedzają często Warmię i Mazury, w tym stolicę regionu Olsztyn, gdzie w parku Zamkowym zachwycają się licznymi pomnikami Balbiny Świtycz-Widackiej, jak „Wiosna”, „Amor”, czy fontanna „Ryba z dzieckiem”. W tym roku, dokładnie 28 lipca 2022 r., mija 50 lat od śmierci ich autorki. Czy Olsztyn przypomni w jakiś sposób artystkę, która przez zawieruchę wojenną musiała opuścić rodzinne Polesie, ale pokochała miasto nad Łyną?

Kamil Solarski. Fot. Teresa Kaczorowska

Kami Solarski: Niestety, dbająca o jej pamięć i twórczość córka, czyli moja mama Jowita Solarska z domu Widacka, którą się opiekuję, liczy już 88 lal i jest bardzo chora. Ciekawą inicjatywę przypomnienia artystki podjęła niedawno „Gazeta Olsztyńska”, z czego bardzo się cieszę.

Jak wspomina Pan swoją babcię Balbinę Świtycz-Widacką?

Pamiętam, że byłem jej ukochanym wnuczkiem, wręcz oczkiem w głowie. Może zacznijmy od jedzenia – zawsze przygotowywała mi to co lubię, szczególnie kotlety schabowe, nauczyła mnie też jadać dorsze. Gotowała mi, mimo iż nie lubiła tego zajęcia, wolała jadać w restauracjach, w kawiarniach, szczególnie w Staromiejskiej. Byłem przez nią rozpieszczany, spełniała moje wszystkie zachcianki, w tym zamiłowanie do podróży pociągiem. Urządzaliśmy wyprawy koleją śladami jej pomników, np. do Rucianego Nidy, gdzie jest pomnik Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, do Ełku gdzie stoi pomnik Michała Kajki, do Bisztynka, aby obejrzeć pomnik Henryka Sienkiewicza, czy do Warszawy, aby zobaczyć  jej słynną rzeźbę „Poleszuczka z dzieckiem”, którą podarowała marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu na dzień jego ostatnich imienin. Najdłuższą podróż z babcią Bają odbyłem do Krakowa, gdzie odwiedziliśmy kuzyna Jana Widackiego, znanego adwokata. Jeździłem z babcią także do innych krewnych, w tym do Sochaczewa, do jej młodszej córki Kariny, siostry mojej mamy. W rodzinie nazywaliśmy ją Bają, inni mówili do niej Bajka, gdyż nie lubiła swego imienia Balbina. Mówiła, że nie jest telewizyjną gęsią…

Ale podobno miał Pan w domu dwie babcie…

Balbina Świtycz-Widacka. Fot. ze zbiorów rodziny Solarskich

Moi rodzice byli zajęci pracą naukową na uczelni w Kortowie, więc całe szczęście, że w domu były babcie – poza Bają także Janina Solarska, matka mego ojca prof. Henryka Solarskiego. Obie się bardzo lubiły, ale wychowywała mnie głównie Baja. Była na luzie, niezwykle tolerancyjna i wyrozumiała, nawet kiedy nie chciałem się uczyć. Pilnowała mnie jednak, abym uczęszczał na religię. To dzięki niej przyjąłem pierwszą komunię i sakrament bierzmowania.

Jak ocenia Pan rzeźby babci?

Są dla mnie niezwykle cenne. Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę, więc z zamówieniami w czasach PRL-u miała trudności. W wolnych chwilach rzeźbiła drobne artystyczne miniaturki, nawiązujące do folkloru warmińsko-mazurskiego i poleskiego. Mamy ich blisko 300. Ale kiedy otrzymywała zamówienie na jakieś dzieło, to w rodzinie panowała pełna mobilizacja. Wszyscy przeżywaliśmy swoistą akcję. Babcia miała pracownię w Kortowie pod rektoratem i tam jej pomagaliśmy: przywoziliśmy odpowiednią glinę z cegielni, wyrabialiśmy ją ręcznie, mieszaliśmy, ugniataliśmy, oblepialiśmy nią konstrukcję. Baja dopracowywała potem artystyczne szczegóły, następnie powstawał odlew gipsowy, do którego wlewało się cement, biały gips, czy brąz. Pamiętam, że przy odlewach pomagał jej też Wilhelm Bobrzyk, nauczyciel plastyki. W ten sposób stworzyła ok. 50 głów i popiersi znanych postaci w cyklach, m.in. „Zasłużeni dla Warmii i Mazur”, czy „Artyści, naukowcy, politycy”.  Poza tym wykonała 14 rzeźb pomnikowych, w tym  9 z nich jest w Olsztynie, m.in. trzy fontanny: „Ryba z dzieckiem”, „Rybactwo i Rybołóstwo” oraz „Kormoran”. Razem Baja jest autorką blisko 1000 dzieł.

Pozował Pan do niektórych?

Tak, byłem modelem do kilku rzeźb, na przykład „Amor” w olsztyńskim parku Zamkowym nad Łyną to ja, podobnie jak dziecko na fontannie „Ryba z dzieckiem”. Kiedy pozowałem robiło się nerwowo, bo musiałem tkwić nieruchomo. Całe szczęście, że babcia pracowała fragmentami i robiła mi jako dziecku przerwy, podczas których mogłem trochę pobiegać.

Gdzie można zobaczyć rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej?

W różnych miejscach w Polsce i poza granicami – w przestrzeni publicznej, w muzeach, w kolekcjach prywatnych. Ponad 40 rzeźb można oglądać w Kortowie, w autorskiej galerii mieszczącej się na kilku poziomach Auli prof.  Mieczysława Kotera, czyli w budynku dawnego Kina. W Kortowie, gdzie mieszkaliśmy, stoi też jej kilka rzeźb, m.in. „Kormoran”, „Rolnictwo i Rybołóstwo”. Na frontonie rektoratu UWM, czyli w gmachu gdzie znajdowała się jej pracownia, umieszczono w 1992 r. tablicę pamiątkową z wizerunkiem artystki i napisem „Balbina Świtycz-Widacka (1901–1972). Rzeźbą swoją ukochała Warmię i Mazury”. Jest ona też patronką jednej z ulic na olsztyńskim osiedlu Pieczewo. Olsztyn sporo babci zawdzięcza – była współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Olsztyna, angażowała się w działalność Związku Artystów Plastyków, Stowarzyszenia „Pojezierze”, prowadziła społecznie zajęcia rysunku i malarstwa.

Balbina Świtycz-Widacka to także poetka. Mimo iż napisała ponad 1000 wierszy, aforyzmów, fraszek i erotyków, tylko niewielką część wydrukowano w prasie i antologiach. Jej twórczość nie doczekała się też nawet jednego zbiorku… Czy jej utwory literackie się zachowały?

Tak, są w moim posiadaniu, podobnie jak własnością rodziny jest większość jej rzeźb. Baja pisała poezję głównie nocą, kiedy przychodziła do niej natchnienie.

Zmarła stosunkowo  młodo, w wieku 71 lat, 28 lipca 1974 roku. W jakim był Pan wtedy wieku?

Miałem szesnaście lat. Jej śmierć była dla nas zaskoczeniem, nie mówiąc o wielkim bólu. Pamiętam, że panowały wtedy straszne upały i babcia skarżyła się, że „serce jej kamieniem leży”. Lekarz stwierdził jednak, że to nic groźnego, ale skierował ją do szpitala, aby zrobić badania. I już na drugi dzień, o dziesiątej wieczorem, zmarła w olsztyńskim szpitalu. Cierpiała na rozedmę płuc, bo całe życie dużo paliła, ale miała też kłopoty z układem krążenia. Pogrzeb był sporym wydarzeniem, przybyło dużo ludzi, po nabożeństwie w olsztyńskiej katedrze spoczęła w Brodnicy, obok swego męża Iwona Widackiego, krewnego Rodziewiczówny, właściciela majątku koło Kobrynia na Polesiu. Oboje, z córkami Jowitą i Kariną, przetrwali tam okupację, najpierw sowiecką, potem niemiecką, i znowu sowiecką. Po zakończeniu wojny tułali się po Polsce i mój dziadek, mąż Bai, zmarł  9 sierpnia 1949 r. w Brodnicy. W 1972 r. znowu więc się połączyli… Na pewno odwiedzę ich grób 28 lipca, w 50. rocznicę śmierci Bai.

Co Pan odziedziczył po babci Balbinie Świtycz-Widackiej?

Luz, swobodny tryb życia, dużo też palę.

„Wiosna” Fot. Teresa Kaczorowska
„Rybactwo i Rybołóstwo”. Fot. Teresa Kaczorowska
„Ryba z dzieckiem”. Fot. Teresa Kaczorowska
Olsztyn-Kortowo, część dzieł w Galerii Rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej. Fot. Teresa Kaczorowska
Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej

Poetka była dla mojej mamy prawdziwą babcią Marysią. Rozmowa z prawnuczką Marii Konopnickiej

Przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie. Obydwie kochały literaturę, łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski, czy równouprawnienie kobiet. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. To są wierutne kłamstwa – mówi Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Mimo iż Maria Konopnicka miała sześcioro dzieci, to jedynych wnuków doczekała tylko po najmłodszym synu Janie. Wnuki pochodziły jednak od dwóch żon Jana – czworo po Jadwidze Brzozowskiej: Anna (1894-1948), Janusz Stanisław (1895-1962), Zofia (1898-1971) i Maria (1902-1976) oraz dwie wnuczki po Jadwidze z Rajkowskich: Aniela (1912—1940) i Krystyna (1913-1988). Pani jest po pierwszej żonie Jana Konopnickiego, a dokładnie jedynaczką jego córki Zofii Konopnickiej. Czy  uważa Pani, że Konopnicka zasługuje dziś na pamięć? Rok 2022 Sejm ogłosił Rokiem Marii Konopnickiej, słusznie?

Joanna Modrzejewska: Z pewnością jako pisarka zasługuje, aby o niej pamiętać, wznawiać jej wydania, sięgać po jej utwory. I nie mówię tego jako prawnuczka, ale Polka. Twórczość Marii Konopnickiej jest wciąż aktualna, niesie treści patriotyczne, wolnościowe, ponadto niezwykłe wartości estetyczne i artystyczne. Jej liryka dla dzieci jest też wciąż nie do zastąpienia. Czekaliśmy na ogłoszenie jej Roku wiele  lat.

Czyli Konopnicka jest nadal potrzebna?

Z pewnością tak. Aby uczyć miłości do kraju i własnego narodu, co jest dziś konieczne. Moja prababcia była gorącą patriotką, pełniła służebną rolę wobec rodaków i poprzez swoją twórczość oraz działalność przyczyniła się w dużej mierze do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Często się dziś mówi i pisze o homoseksualizmie Marii Konopnickiej. Proszę się do tego odnieść…

To absolutna bzdura. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. Owszem, przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie, ale była ona zaprzyjaźniona z naszą rodziną. Malarka, podobnie jak moja prababka, pragnęła poznawać europejską kulturę i sztukę, muzea, biblioteki i galerie. Obydwie kochały też literaturę i miały podobne poglądy w wielu innych sprawach. Łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski z niewoli, czy równouprawnienie kobiet. Ponadto Dulębianka była pomocna Marii w trudach podróży, opiekowała się poetką w ostatnich latach życia kiedy ona była chora. Nigdy nie słyszałam, że to były partnerki. To są wierutne kłamstwa, porządni badacze nie podają tego, bo nie ma na to żadnych dowodów.

Ale nikogo w rodzinie nie dziwiło, że razem podróżują, zamieszkują?

Nie. W tamtych czasach kobiecie nie wypadało samej podróżować po świecie, we dwie było im raźniej i bezpieczniej. Zwłaszcza, że doskonale się rozumiały. A podróżowały w trudnych warunkach, na twardych siedzeniach w pociągach, bo mojej prababci nie było stać na bilet koleją luksusowej pierwszej klasy, tylko trzeciej. Pisywała w listach do swoich dzieci, że wsiadła do wagonu bez przedziałów wprost z peronu, że jedzie razem z przekupkami handlującymi serami, jajami, czy żywym drobiem, że panuje potworny tłok i okropny zaduch. Te podróże były do tego stopnia dla niej męczące, że nie życzyła ich „nawet Moskalom!

Pomija się też często niektóre wątki z biografii Marii Konopnickiej, jak choćby ten związany z ziemią ciechanowską.  Może nie był ważny jej w życiu?

Sądzę, że jednak bardzo istotny. W Ciechanowie osiedlił się bowiem najmłodszy jej syn Jan Konopnicki, mój dziadek – z żoną i jedynymi wnukami poetki. Potem w podciechanowskim Przedwojewie nabył, przy pomocy matki, posiadłość z dworem. Cała rodzina tam przyjeżdżała, także moja prababcia poetka. W Przedwojewie powstało siedlisko, miejsce spotkań rodzinnych podczas świąt, czy uroczystości familijnych. Takie gniazdo rodzinne istniało u Jana najpierw w Arkadii, a potem w Przedwojewie. Jarosław Konopnicki, mąż poetki i mój pradziadek, też dożywał swoich lat u Jana. Zmarł w 1905 roku w Ciechanowie, jego ciało przewieziono w trumnie koleją do Warszawy, gdzie spoczął na Powązkach.

Jaka poetka była prywatnie? Czy Pani mama, córka Jana Konopnickiego i Jadwigi z Brzozowskich, opowiadała o swojej babci?

Babcię Marysię wspominała zawsze ciepło i serdecznie, jako prawdziwą babcię. Moja mama urodziła się w 1898 roku w Kapitule nad Bzurą, gdzie jej ojciec a mój dziadek, Jan Konopnicki dzierżawił młyn. Od piątego roku życia wychowywała się jednak i mieszkała w Ciechanowie, potem w podciechanowskim Przedwojewie. Miała tam okazję bliżej babcię poznać. Konopnicka odwiedzając Jana zabierała wnuki, w tym moją mamę na spacery – nad rzekę, do lasu. Jako kilkuletnia dziewczynka mama zapamiętała dłonie babci – drobne i delikatne. Ale jak prowadziła ją za rączkę, to mama czuła siłę tych dłoni i niczego się nie bała, babcia dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Mama zachwycona też była włosami babci Marysi, które się falowały i miały wyjątkowy rudozłoty kolor. Nawet zazdrościła, że sama ma włosy jak druty, a babcia piękne loki. Zapamiętała też, że recytowała jej wiersze. Jednego mama nauczyła i mnie – poetka ułożyła go podczas ich spaceru. Nie został on nigdzie opublikowany, zachował się tylko w naszej rodzinie i do dziś go pamiętam. Brzmi tak: „Mówi niania, że w dąbrowie/ chodzą za dnia aniołowie/ i gdzie stąpną nóżką bosą/ tam zakwita kwiat pod rosą./ Bo gdy tak się w słońcu bawi/ ślad anielski drży na trawie”.

Mama Pani, Zofia z Konopnickich, wpajała więc swojej jedynaczce miłość do utworów Konopnickiej…

Oczywiście. Kiedy byłam mała czytała mi wiersze prababci, później już sama sięgałam po jej twórczość. Jestem na niej wychowana, tak jak całe pokolenia Polaków. Niektóre utwory do dziś wręcz uwielbiam, jak na przykład „Stefek Burczymucha”, „Pimpuś sadełko”, „Na jagody”, czy o „O Janku wędrowniczku”. Jej poezja jest czysta, prosta, śpiewna, wiele utworów Konopnickiej można śpiewać. Poza utworami dla dzieci lubię utwór „Imagina”, która do dziś robi na mnie wielkie wrażenie, a także piękne liryki z Włoch.

A była Pani w Ciechanowie i Przedwojewie?

JM: – Nie byłam, znam je tylko z opowiadań swojej mamy. Chciałam kiedyś pojechać do Przedwojewa, ale odradzono mi, bo podobno dwór znajduje się w stanie opłakanym. Ale może teraz został wyremontowany?

Niestety, jest jeszcze w gorszym stanie. W Ciechanowie też coraz mniej materialnych śladów po Marii Konopnickiej. Nie ma już Domu Ludowego, na otwarcie którego poetka napisała w 1907 r. wiersz „Na otwarcie Domu Ludowego w Ciechanowie”. Nie istnieje młyn, który Jan Konopnicki dzierżawił w latach 1903-1914, ani dom przy młynie, gdzie mieszkał. Ostatnim obiektem dawnych zabudowań młyńskich, które Jan dzierżawił, jest niewielki budyneczek wciśnięty w Farską Górę byłego biura młyna, ale też przeznaczony jest do rozbiórki. A bywała Pani w ocalałym dworku poetki w Żarnowcu za życia córek Marii Konopnickiej?

Często, od dziecka. Znałam Zofię, ulubioną córkę poetki, po drugim mężu Mickiewiczową, którą poetka traktowała nie jak córkę, a przyjaciółkę. Zofia dożyła długich lat w Żarnowcu. Spędzaliśmy tam liczne wakacje całą gromadką dzieci, m.in. z prawnukiem poetki Jankiem Bieleckim, który związany był blisko z Ciechanowem. Nazywaliśmy Zofię „babcią Mickiewiczową”. Mimo iż dwa razy wychodziła za mąż, za Królikowskiego i Mickiewicza, nie doczekała swoich dzieci ani wnuków, więc chętnie przyjmowała wnuki swego brata Jana. Babcia Zofia Mickiewiczowa była jednak dość ostra dla naszej urwisowskiej piątki. Całe szczęście, że miała pomoc domową, nieocenioną panią Władzię, która przygotowywała nam posiłki, codziennie gotowała, mając na głowie cały dom i ogród, a nawet krowę.

W rodzinie mówiło się o mężczyznach Marii?

Wspominano głównie o jednym – o Maksymilianie Gumplowiczu, który oszalał z miłości do niej i jeździł za Marią po całej  Europie. Kiedy odrzuciła jego zaloty i ofertę matrymonialną strzelił do siebie z pistoletu, pod jej drzwiami w Wiedniu w 1897 r. i wkrótce zmarł w Grazu. To była tragedia, bo stała przed nim otworem kariera naukowa, a zakochał się w „starej babie”, jak mówiono. Rozmawiano też czasem o mężu Jarosławie Konopnickim, że Maria była z nim najpierw bardzo szczęśliwa. Potem jednak zaczął męczyć ją styl życia męża, ciągłe polowania, intensywne życie szlacheckie, ponadto ciągłe prawowanie się w sądach. Jarosław nie umiał zupełnie zadbać o swój majątek, o własną rodzinę, ani o wykształcenie swoich dzieci.

Zgadza się Pani z określeniem, że Maria Konopnicka to poetka anachroniczna, jak wielu dziś ją określa?

Jestem zdziwiona tym określeniem. Ubolewam również, że jej utwory wycofywane są z lektur szkolnych, nawet „Baśń o krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Naturalnie poezja mojej prababci różni się od współczesnej, ale tej z kolei ja nie rozumiem.


Joanna Modrzejewska, rocznik 1935, prawnuczka Marii Konopnickiej, mieszkanka Łodzi.

 

 

Tutaj rezydował sam generał Sierow – dr TERESA KACZOROWSKA o Strzeleckiej 8

Na pozór zwyczajna, z mieszkaniami na czterech piętrach, narożna kamienica. Jedna z tych już odnowionych na warszawskiej Pradze. Niewielu mieszkańców stolicy wie jednak jakie kryje tajemnice.

 

– Wychowywałem się tutaj, chodziłem do szkoły, ale nic nie wiem o jej mrocznej przeszłości – mówi, patrząc na policyjne patrole zdziwiony taksówkarz, zatrzymując się w pobliżu, bo 28 lutego 2020 r. na Strzelecką wjazdu nie ma. Trwa otwarcie Izby Pamięci IPN „Strzelecka 8”.

 

***

 

Kamienica przy Strzeleckiej 8 – zbudowana w drugiej połowie lat trzydziestych na zlecenie właściciela ziemskiego hr. Zygmunta Jórskiego – w 1939 r. nie została jeszcze całkowicie ukończona ani zasiedlona. Po wybuchu II wojny światowej wprowadzili się do niej dzicy lokatorzy. W 1944 r., po wkroczeniu na Pragę oddziałów Armii Czerwonej, Sowieci pozbyli się lokatorów i przekształcili ją w główną kwaterę NKWD w Polsce – rezydował w niej sam generał Iwan Sierow (1905-1990), zbrodniarz stalinowski, współodpowiedzialny m.in. za mord polskich oficerów w zbrodni katyńskiej. „Sowiezytator” Polski, w Warszawie był głównym doradcą NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP). W kolejnych latach w kamienicy mieścił się areszt Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP). W latach 1944-48 zwożono tutaj z całego regionu „wrogów ludu”, głównie żołnierzy polskiego ruchu niepodległościowego. Piwnice zamieniono na więzienne cele, a mieszkania – na pokoje brutalnych przesłuchań i tortur. Przez katownię przy Strzeleckiej przeszły setki patriotów, m.in. przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego: Kazimierz Pużak (przewodniczący podziemnego parlamentu Rady Jedności Narodowej) i Jan Stanisław Jankowski (delegat Rządu RP na Kraj, wicepremier) – w marcu 1945 r. NKWD, z rozkazu gen. Sierowa, zwabiło i uprowadziło ich zdradziecko do Moskwy i skazało w Procesie Szesnastu.

 

 

Z meldunków polskiej siatki wywiadowczej, latem 1945 r.:

 

„[…] dom przy Strzeleckiej 8 jest na zewnątrz ogrodzony drutem kolczastym, na którym widnieją napisy: przechodzić na drugą stronę. Wieczorem budynek oświetlają cztery silne reflektory oraz strzegą wzmocnione straże zewnętrzne. Mieszkańcy sąsiednich domów opowiadają, że z budynku władz bezpieczeństwa dochodzą stałe jęki, a nawet odgłosy salw […] w piwnicach budynku umierają ludzie na skutek bicia, podczas badania przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa”.

 

„W NKWD w Lublinie – ulica Chopina, w Warszawie – ulica Strzelecka i we Włochach stwierdzono stosowanie „śruby skroniowej” (ściskanie głowy), powolne zrywanie paznokci, „kajdanki amerykańskie” powodujące silny napływ krwi do dłoni, w następstwie czego pęka skóra i krew wytryska spod paznokci. Zemdlonych cuci się zastrzykami z morfiny”.

 

 

„Porucznik Borowski uwolniony z obozu w Rembertowie podaje sposób badań na Pradze. Badany stoi nago w piwnicy po kolana w wodzie. Przystawia się mu w odległości 3 centymetrów od oka pręt żelazny ostro zakończony by się nie schylał i bije prętami metalowymi owiniętymi drutem po karku., plecach i nogach, aż do utraty nieprzytomności”.

 

 

Więźniów ze Strzeleckiej, którzy przeżyli bestialskie przesłuchania, wywożono do byłej fabryki „Pocisk” przy ul. Marsa 110, zamienionej na obóz specjalny NKWD nr 10. Także w głąb Rosji do łagrów albo rozstrzeliwano ich w  więzieniu przy ul. 11 Listopada („Toledo”). Kiedy już rozprawiono się z „bandytami”, w 1948 roku w kamienicy zamieszkali „zasłużeni” funkcjonariusze UB i MO wraz z rodzinami (hr. Zygmunt Jórrski, jako „kapitalista i spekulant” został pozbawiony prawa własności do kamienicy na rzecz MBP). Funkcjonariuszom przydzielono też byłe więzienne cele na piwnice – łącznie 41 pomieszczeń. Jeszcze kilka lat temu przechowywano w nich zapasy na zimę, czy ziemniaki. W 2015 r., dzięki aktywności obywateli Pragi oraz IPN, piwnice tej kamienicy zostały wpisane do rejestru zabytków.

 

***

 

Najpierw oddanie hołdu przy pamiątkowej tablicy na zewnętrznej fasadzie kamienicy. Wieńce, hymn narodowy, krótka historia obiektu. Potem uroczystość na parterze kamienicy, otwarcie Izby Pamięci IPN i wystawy „Czerwona mapa Warszawy” (z miejscami komunistycznych represji w stolicy). Duże wrażenie robi wiszące pod sufitem 115 czerwonych tabliczek z adresami podobnych obiektów w kraju – to zaledwie jedna piąta, bo siedzib NKWD/PUB w całym kraju jest ponad 550. Wystąpienia i czytanie listów reprezentantów najwyższych władz Polski, Warszawy Pragi, partii, stowarzyszeń, kombatantów. Powtarzają się słowa, że jest to miejsce naznaczone męką, głodem, krwią, bezmiernego cierpienia i walką o godność. Miejsce tragedii, ale i niezwykłej odwagi oraz męstwa przeciwko sowieckiej machinie terroru.

 

– Oddajemy dziś to miejsce państwu polskiemu, abyśmy mogli poznać i opowiadać, w kraju i zagranicą, jak wyglądało nowe zniewolenie Polski po „wyzwoleniu”, jak jedna okupacja, niemiecka, została zastąpiona drugą, sowiecką –  mówi prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Jarosław Szarek. – Tu oprawcy katowali polskich patriotów, a potem w tej kamienicy mieszkali. To miejsce opowiada o ich zbrodniczej komunistycznej ideologii. Ale po kilkudziesięciu latach prawda zwyciężyła. Dziś możemy dowiedzieć się jaką ofiarę nasi przodkowie płacili za polskość. Winniśmy im pamięć!

 

Wśród kilkorga kombatantów obecna była jedyna więźniarka Strzeleckiej 8 – sierżant Krystyna Miszczak-Opałło, urodzona 26 sierpnia 1921 r. Łączniczka AK ps. „Elżbieta”,  uczestniczka Powstania Warszawskiego. Na wózku, 99-letnia kobieta mówiła reporterce ledwie słyszalnym głosem:

 

– Od września 1945 r. należałam do WiN-u. Zostałam aresztowana 21 stycznia 1946 r., tuż po zdanych egzaminach na architekturę. Przywieziono mnie tutaj, na Strzelecką do wojewódzkiego UB, z całą grupą. Tutaj byłam przesłuchiwana, więziona w piwnicy, spałam na nagiej glinianej posadzce. Skazano mnie na rok więzienia, odsiedziałam ten wyrok w areszcie przy 11 Listopada. Zwolniono mnie dopiero w 1947 r. Ale UB nachodziło mnie bardzo długo, namawiało do współpracy, raz aresztowali mnie nawet w wigilię.

 

Największe wrażenie robi ostatnia część uroczystości: zwiedzanie piwnic w tej niezwykłej kamienicy. Są one doskonale zachowane: z oryginalnymi drzwiami, celami (wraz z numerami), korytarzami, murowanymi ścianami z czerwonej cegły. Jedynie dawne gliniane posadzki zostały utwardzone betonem. Najbardziej wzruszają inskrypcje – wyryte na ceglanych ścianach, a także na drewnianych drzwiach cel. Najczęściej są to imiona, nazwiska, daty, krzyże, kalendarze. I modlitwy, jak: „Matko módl się za nami”, „Jezu wróć”, „Śmierć naszym wybawieniem”. W piwnicach przy ulicy Strzeleckiej 8 zachowały się setki takich śladów po więzionych Polakach. W kilkunastu byłych celach można usłyszeć dokumentalne nagrania byłych więźniów. Oto jedno z nich:

 

   „Wjechaliśmy w podwórze dużej  kamienicy. Kazano wysiadać. Jeden ze współwięźniów poznał, że jesteśmy w posesji jego rodziny na Pradze, zajętej przez NKWD na ulicy Strzeleckiej. Znowu rozlokowano nas w małych piwniczkach na węgiel. Ja się znalazłem się z jednym kolegą z Włoch, drugiego nie znałem. Klitka tak mała, że z trudem mogliśmy się koło siebie położyć. Głowy dotykają jednej ściany, a od nóg do przeciwległej nie było nawet kroku. Słowem, rozmiar grobu. Podłoga gliniana, pokryta grubą warstwą miału węglowego i cieniutką warstwą czegoś… Żadnego okienka. W kompletnej ciemności przesiedzieliśmy kilka dni, tracąc kompletnie poczucie czasu. Potem zainstalowano żarówkę, żarzącą się czerwonym nikłym światłem. Paliła się dla odmiany całą dobę, do reszty rozstrajając nerwy i wyżerając oczy. Bicie nas dwóch było niczym w porównaniu z naszym trzecim towarzyszem. To był prawdziwy bohater męczennik. Niestety, nawet jego nazwiska zanotować nie mogę. Mam wrażenie, że używany przez niego „Borowicz” był pseudonimem. W śledztwie żądano, aby wydał innych. A on milczał. Przez kilka dni, może nawet tydzień, bito go prawie bez przerwy, dzień i noc. Na krótkie pauzy powracał do naszej piwnicy. Krew mu szła nie tylko z nosa, ust, uszu, ale po prostu ze wszystkich otworów ciała. Odebrano mu kożuch. W piekielnym zimnie leżał więc między nami dwoma przykrywając się naszymi płaszczami. Nogi od bicia tak mu spuchły, że musiał chodzić boso…Dwa razy na dobę wypuszczano nas do ubikacji z dziurą w podłodze. Biedak nie mógł sam iść. Prowadziliśmy go więc, a właściwie ciągnęliśmy pod ręce…Któregoś dnia rozebrać się już nie mógł. Zdjąłem mu ubranie, potem bieliznę i widzę w półmroku, że ma na sobie jeszcze coś ciemnego. W pierwszej chwili sądziłem, że to trykot. Dopiero gdy dotknąłem poczułem, że była to skóra koloru ciemnobrązowego, od stóp do głowy. Biedne skatowane ciało odmawiało mu kompletnie posłuszeństwa. […] Pazurami wydłubaliśmy w kąciku celi dziurę, do którego krwawo wymiotował […] W nocy majaczył i nieprzytomnie i szeptał: boli, boli, boli […] Biedny męczennik niedługo potem, w nocy, skonał”.

 

Dr Tomasz Łabuszewski z IPN, autor ekspozycji przy Strzeleckiej 8:

 

   – To wszystko potwierdza, że brunatną okupację w Polsce zastąpiła okupacja czerwona. Oprawcy, którzy tu pracowali i mieszkali niczego nie żałowali. Nie przeszkadzały im ani numery cel pozostałe na drzwiach piwnic, ani setki inskrypcji. Ale paradoksalnie, dzięki temu swoistemu, trudnemu do zrozumienia poczuciu wrażliwości, te materialne ślady komunistycznego terroru dotrwały do naszych czasów. Oni je dla nas zachowali.

 

Czerwona mapa Warszawy miała złowrogie, straszliwe rozmiary. To ponad 17 tysięcy aresztowanych przez WUBP w Warszawie, ponad 4 tysiące zatrzymanych przez stołeczną „bezpiekę”, to 8 tysięcy powstańców warszawskich wpisanych do tzw. ewidencji operacyjnej. To obraz stolicy żyjącej przez całą pierwszą powojenną dekadę w cieniu „czerwonej mapy”.

 

Tekst i zdjęcia: Teresa Kaczorowska

 

Artykuł ukaże się w najbliższym „Forum Dziennikarzy”

 

Budynek przy Strzeleckiej 8 obecnie

 

 

Izba Pamięci IPN „Strzelecka 8”

 

 

Była więźniarka Strzeleckiej 8, Krystyna Miszczak-Opałło ps. „Elżbieta”, liczy dziś 99 lat

 

Piwnice, które w latach 1944-48 były więziennymi celami dla polskiego podziemia niepodległościowego