Zmarł wybitny uczony, prof. Juliusz Chrościcki. Wspomnienie TERESY KACZOROWSKIEJ

Academia Europaea Sarbieviana straciła kolejnego wybitnego uczonego. Nocą 16 stycznia 2024 r., zmarł w Warszawie prof. Juliusz Chrościcki (ur. 1942) – wybitny historyk, znawca sztuki i kultury nowożytnej, autor licznych publikacji naukowych, promotor wielu prac magisterskich i doktorskich. Absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie też najdłużej pracował (w latach 1964-2012).

Poza pracą naukową na kilku uczelniach, w Polsce i Francji oraz pełnieniu wielu funkcji, prof. Chrościcki aktywnie działał  w Stowarzyszeniu. Academia Europaea Sarbieviana w Sarbiewie (AES) – w 2006 r. był jej członkiem założycielem. Przewodniczył Radzie Naukowej AES, organizował ogólnopolskie konkursy na najlepsze prace naukowe, przekłady i publikacje o „polskim Horacym”. Był wspaniałomyślny i bezinteresowny – czasami, kiedy brakowało pieniędzy na nagrody dla laureatów, finansował je z własnej kieszeni.

Był duszą kilkunastu międzynarodowych Festiwali M.K. Sarbiewskiego „Chrześcijański Horacy z Mazowsza”, które prowadzę na płn. Mazowszu od 18 lat, wraz z kilkunastoma podmiotami. Współpracował ze mną niemal na co dzień – nie tylko w sprawie Festiwali, ale też konferencji naukowych (występowaliśmy z referatami w Wilnie, Opawie, w kilku miejscach w Polsce), jako redaktor zamieszczał moje teksty w uniwersyteckim piśmie „Barok. Historia – literatura – sztuka”. Ponadto donosił mi często – zawsze z radością! – o wyszukanych pracach naukowych na temat Sarbiewskiego lub jego epoki, zachęcał badaczy, studentów i doktorantów do podejmowania badań tematycznych, pomógł mi nawiązać współpracę z Zamkiem Królewskim w Warszawie – a wszystko po to, aby wskrzesić z niepamięci sławnego poetę, ks. jezuitę M.K. Sarbiewskiego rodem z Sarbiewa.

Cenił też pismo literackie, które prowadzę od 25 lat – „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”. Publikował na jego łamach i, jak mawiał, nie mógł się oderwać od lektury każdego nowego numeru tego rocznika, zanim nie przeczytał go od deski do deski.

A przy tym ten wybitny, dystyngowany naukowiec był osobą niezwykle serdeczną, życzliwą, otwartą na ludzi. Aż trudno uwierzyć, że już się nie zobaczymy… Przecież tak niedawno był jeszcze w świetnej formie! – także kiedy półtora roku temu uroczyście świętował swoje 80. urodziny (na zdjęciu). Jego odejście jest niepowetowaną stratą – dla nauki, dla sztuki, dla przyjaciół i bliskich.

Spoczywaj Juliuszu w pokoju! I miej baczenie – na nas i na Polskę, która była tak Ci droga! Cześć Twojej Pamięci!

 

Aleksandra Piłsudska, 1931, Autor nieznany, Wikipedia

Kobieta niezwykłej odwagi i misji – TERESA KACZOROWSKA o Aleksandrze Piłsudskiej

Kończy się ustanowiony przez Sejm IX kadencji Rok Aleksandry Piłsudskiej z d. Szczerbińskiej. Warto więc przypomnieć tę mało znaną Patronkę 2023 r., kobietę niezwykłej odwagi, działaczkę niepodległościową i społeczną, oddaną żonę i matkę, a także strażniczkę pamięci o Marszałku Józefie Piłsudskim.

Aleksandra Szczerbińska pochodziła z Suwałkurodziła się nad Czarną Hańczą 12 grudnia 1882 r., w zubożałej, patriotycznej rodzinie szlacheckiej. Już w dzieciństwie straciła oboje rodziców – ojciec, Piotr Paweł Szczerbiński, urzędnik suwalskiego magistratu, zmarł jak miała 14 lat, zaś matka Julia Jadwiga z Zahorskich jeszcze wcześniej, kiedy Ola skończyła 12 lat. Wychowaniem jej oraz licznego rodzeństwa zajęła się głównie babka Karolina Zahorska, też zaangażowana w walkę Polaków o odzyskanie niepodległości.

Po ukończeniu w 1901 r. rosyjskiego żeńskiego gimnazjum w Suwałkach 19-letnia Ola rozpoczęła samodzielną drogę życiową. Wyjechała do Warszawy, w ciągu dwóch lat kształcenia zdobyła zawód buchalterki i w 1903 r. rozpoczęła pracę w biurze fabryki wyrobów skórzanych na warszawskiej Pradze. Jednocześnie uczęszczała na wykłady tajnego Uniwersytetu Latającego dla kobiet.

Ola Szczerbińska w Suwałkach, 1901 r., ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

Bojowniczka o niepodległą Polskę

W 1904 r. Aleksandra Szczerbińska wstąpiła do Polskiej Partii Socjalistycznej. Od razu dała się poznać jako działaczka odważna, zaangażowana, biorąca na siebie coraz trudniejsze zadania. Już 13 listopada 1904 r., podczas manifestacji  na Placu Grzybowskim w Warszawie, przenosiła broń, a nawet „dynamit w pasie”. Niedługo potem PPS powierzyła jej nadzór nad składami broni – w jednym z nich, w maju 1906 r. poznała Józefa Piłsudskiego. Było to dla niej ważne wydarzenie, o którym wspominała: „Czekałam na przybycie tego człowieka, którego imię było już legendą w Polsce podziemnej”.

Rok później 40-letni Piłsudski wyznał już miłość o 15 lat młodszej bojowniczce o wolną Polskę. Ich związek był jednak bardzo trudny. Piłsudski był żonaty z inną działaczką PPS, Marią Piłsudską de domo Koplewską, primo voto Juszkiewicz, która do śmierci 17 sierpnia 1921 r. nie chciała się zgodzić na rozwód. „Jestem w tragicznym trójkącie i nie wiem jak z niego wybrnąć” – pisał w listach do Oli.

W 1907 r. Aleksandra została za swoją działalność aresztowana przez policję rosyjską i osadzona na Pawiaku w Warszawie. Po czterech miesiącach, w kwietniu 1907 r., zwolniono ją z braku dowodów. Była jednak obserwowana i dalsza jej praca w konspiracji stała się w Warszawie niemożliwa. Postanowiła więc zmienić wygląd, przefarbowała sobie włosy, zapakowała w kufry broń i wyjechała z Warszawy do Kijowa.

Brała udział w wielu akcjach bojowych, w tym w akcji pod Bezdanami (wrzesień 1908), czy w napadzie na bank Państwowy w Kijowie. Przez pewien czas mieszkała też we Lwowie, gdzie pracowała w biurze fabrycznym. Nawiązała tam współpracę z powstałym w 1912 r. Związkiem Strzeleckim,  wstąpiła do jego żeńskiej sekcji. Współtworzyła również Towarzystwo Opieki nad Więźniami Politycznymi.

W Legionach i w Polskiej Organizacji Wojskowej

Po wybuchu I wojny światowej Aleksandra Szczerbińska wstąpiła do Legionów Polskich. W I Brygadzie była komendantką kurierek legionowych i wywiadowczyń, szkoliła je, werbowała nowe. Od 1915 r. działała w nielegalnej Polskiej Organizacji Wojskowej pod zwierzchnictwem Piłsudskiego. Na terenie okupacji pruskiej przechowywała broń, przewoziła literaturę, za co została znowu aresztowana, tym razem przez Niemców, w listopadzie 1915 r. Przez rok była więźniarką polityczną – internowana najpierw na Pawiaku, potem w obozie w Szczypiornie (w dramatycznych warunkach, w brudnych, zimnych barakach pełnych szczurów) i w Lubaniu na Śląsku. Zwolniono ją dopiero w listopadzie 1916 r. Wróciła wówczas do Warszawy i podjęła pracę urzędniczki w suszarni jarzyn. W latach 1917-1918 pracowała w POW jako kurierka materiałów wybuchowych i wywiadowca, często w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych.

Kiedy Józef Piłsudski był więziony w Magdeburgu Aleksandra urodziła, 7 lutego 1918 r., córkę Wandę. Wrócił po 16 miesiącach internowania, 10 listopada 1918 r. – zobaczył wtedy po raz pierwszy pierworodną córkę, która miała dziewięć miesięcy. Drugą córkę, Jadwigę, Aleksandra urodziła kiedy Piłsudski był już Naczelnikiem Państwa, 28 lutego 1920 r. Nadal była jednak skazana na samotne macierzyństwo. Mogła zamieszkać razem z mężem i dziećmi w Belwederze dopiero po ślubie, który odbył się 25 października 1921 r., po 15 latach bliskiej znajomości  (po śmierci w Krakowie Marii Piłsudskiej).

Józef Piłsudski z rodziną i adiutantami w Sulejówku, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

W podwarszawskim Sulejówku

W styczniu 1921 r. Aleksandra Piłsudska zakupiła 5-morgową leśną działkę w podwarszawskim Sulejówku, z letnim drewnianym domem, ogrodem, warzywnikiem, pasieką. Spędzała tam z córkami wiosny i lata, a Piłsudski w wolnych chwilach dojeżdżał z Belwederu. Jego żołnierze zorganizowali jednak zbiórkę na budowę dla nich całorocznego domu – w ten sposób powstał szybko, niemal społecznymi siłami,  Dworek „Milusin”, który Komitet Daru Żołnierza Naczelnemu Wodzowi przekazał Piłsudskim 21 czerwca 1923 r.

Oboje kochali tę leśną willę i ogród, w którym pracowała głównie Aleksandra. Ale pomagali jej adiutanci i przyjaciele Piłsudskiego, gosposia Adela, był dochodzący pszczelarz. W tym okresie Piłsudska sprawdziła się jako oddana żona, wychowująca córki matka, tworząca atmosferę gospodyni domu, choć w cieniu męża. Bywały u nich tysiące gości, szczególnie 19 marca – na imieniny Józefa i 12 grudnia – na imieniny Aleksandry.

Aleksandra i Józef Piłsudscy z córkami: Wandą i Jadwigą, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

– Spędzili w Dworku „Milusin” najpiękniejsze trzy kolejne lata, do przewrotu majowego 1926 r. – uważa Małgorzata Basaj, historyczka i muzealniczka, kierowniczka Działu Wystaw i Popularyzacji Nauki w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. – Piłsudski wycofał się wówczas z funkcji publicznych, miał wreszcie czas dla rodziny, zajął się pracą pisarską. Pisał książki nocami, a właściwie dyktował żonie, tak powstał jego „Rok 1920”. Aleksandra, poza rolą gospodyni, żony i matki, była więc również sekretarką męża. Kiedy w  maju 1926 r. Marszałek wrócił do władzy, Piłsudscy zamieszkali w Belwederze. Do w Sulejówka przyjeżdżali tylko odpoczywać.

Działaczka charytatywna i społeczna  

Piłsudska nie należała do żadnej partii, ale jako Marszałkowa prowadziła szeroką działalność charytatywna, społeczną i honorową. Po 1926 r. wspierała bezdomnych, osoby bezdomne, biedną młodzież, kombatantów, pomagała sierotom rodzin wojskowych, ale też odsłaniała pomniki i wystawy, bywała na licznych państwowych uroczystościach,  często zastępując Piłsudskiego. Zajmowała się m.in. pozyskiwaniem finansów dla stowarzyszenia „Nasz Dom”, które prowadziło zakład dla sierot. Została honorową członkinią i przewodniczącą założonego w 1925 r. Stowarzyszenia „Rodzina Wojskowa” (otrzymała legitymację nr 1). W organizacji tej organizowała w Warszawie przedszkola i szkoły powszechne dla rodzin wojskowych. Do 1939 r. była przewodniczącą zarządu Komitetu Opieki nad Najbiedniejszymi Mieszkańcami Warszawy „Osiedle”. W stowarzyszeniu „Osiedle” wspierała mieszkańców baraków dla bezdomnych w Warszawie, a w towarzystwie „Opieka” zakładała świetlice z bibliotekami dla młodzieży.

Od 1926 r. Marszałkowa zasiadała także w Kapitule Orderu Virtuti Militari (była też uhonorowana tym orderem w 1922 r.), była  inicjatorką ustanowienia odznaczenia Krzyż Niepodległości (miała legitymację nr 2). Walczyła również o równouprawnienia kobiet, działała w Unii Obrończyń Ojczyzny. Zainicjowała, współredagowała i pomogła w wydaniu dwóch tomów, cenionych do dziś wspomnień uczestniczek działań niepodległościowych.

Aleksandra Piłsudska mocno przeżyła utrzymywanie przez męża zażyłych stosunków z lekarką Eugenią Lewicką – powszechnie sądzono, że to romans – w której w towarzystwie Piłsudski spędził zimę 1930/1931 na Maderze. Najbliższa przyjaciółka Aleksandry, Janina Prystorowa, wspominała, że „Ola jest struta, zmartwiona, na wpółprzytomna”. Po powrocie Piłsudskiego z Madery, Aleksandra zażądała od niego zerwania wszelkich kontaktów z Lewicką, co też się stało. Lekarka Eugenia Lewicka – zaszczuta, upokorzona i załamana – popełniła samobójstwo.

Aleksandra Piłsudska (trzecia od prawej w dolnym rzędzie) na spotkaniu dam wchodzących w skład organizacji zajmującej się losem sierot i bezdomnych dzieci, ofiar I wojny światowej, Warszawa 1934, Internet

– Po śmierci męża i wyprowadzeniu się z Belwederu na ulicę Klonową, Aleksandra podjęła się nowej roli – stała się strażniczką pamięci o Marszałku. To dzięki niej, ocaleniu przez nią pamiątek i gromadzeniu ich, powstało w 1936 r. Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze – twierdzi dr Tomasz Osiński z Oddziału IPN w Lublinie

Aleksandra Piłsudska w Londynie, ze zbiorów Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, depozyt Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego

 Na emigracji w Londynie

Aleksandra prowadziła szeroką działalność społeczną i charytatywną także na emigracji w Londynie, gdzie udało się jej z córkami ewakuować 28 września 1939 r., po wybuchu II wojny światowej. Emigracja była dla niej wielką tragedią – jej wieloletnia walka o Niepodległą legła w gruzach. Niemniej jednak, jak tylko mogła, pomagała innym, kształciła córki, nadal była kobietą czynu. To dzięki niej powstał w 1947 r. Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, a także w dużej mierze otwarte 14 sierpnia 2020 r. Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. W jego zbiorach są bowiem eksponaty i pamiątki z Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze, które w czasie II wojny światowej uległo likwidacji, a po wojnie jego zbiory zostały rozproszone.

Aleksandra Piłsudska ze Szczerbińskich zmarła 31 marca 1963 r. w Londynie, gdzie została pochowana na cmentarzu North Sheen. Jednak 28 października 1992 r. prochy jej przeniesiono do Warszawy i złożono w grobowcu rodzinnym na cmentarzu Powązkowskim, gdzie spoczywa razem z córkami Wandą i Jadwigą oraz z zięciem, kpt. Andrzejem Jaraczewskim.

Grób Aleksandry, Jadwigi i Wandy Piłsudskich oraz kapitana Andrzeja Jaraczewskiego na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, Internet

Znowu w Polsce

Córki, Wanda i Jadwiga Piłsudskie, powróciły w 1990 r. z Anglii do Polski. Założyły Fundację Rodziny Józefa Piłsudskiego, odzyskały Dworek i utworzono Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Jest ono od 2020 r. prowadzone wspólnie przez Fundację Rodziny Józefa Piłsudskiego oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Muzeum to pamięta o Pani Marszałkowej – w jej urodziny, 12 grudnia 2023 r., otworzyło dwie plenerowe wystawy biograficzne w dwóch muzeach: w Sulejówku oraz w warszawskich Łazienkach, zatytułowane „Moje wybory – Aleksandra Piłsudska”.

O swojej rodaczce pamiętają też suwalczanie. W okresie międzywojennym nie zerwała ona związków z Suwałkami. Wspierała lokalne inicjatywy, m.in. budowę gmachów dla szkół, od 1934 r. Szkoła Podstawowa nr 2 nosi jej imię. W 1935 r. A. Piłsudska została uhonorowana tytułem „Honorowy Obywatel Miasta Suwałk”. Ma też tablicę na rodzinnym domu (obecnie to W. Gałaja 47), jest nad Czarną Hańczą patronką jednej z ulic, gotowy jest też jej pomnik (pierwszy w Polsce), który wkrótce ma być odsłonięty.

 

Dworek „Milusin” w Sulejówku, obecnie, Internet

 

Wiosna Literatury Gołotczyźnie, czerwiec 2021, Od lewej Barbara Petrozolin-Skowrońska, prowadząca spotkanie dr Teresa Kaczorowska, kustosz Jarosław Wałaszyk

TERESA KACZOROWSKA: Śmierć Barbary Petrozolin-Skowrońskiej to strata dla kultury polskiej

Klub Publicystyki Kulturalnej SDP stracił kolejną osobę. Zmarła Barbara Petrozolin-Skowrońska.

W niedzielę, 22 października 2023 r., o godz. 22.40, zmarła Barbara Petrozolin-Skowrońska (ur. 24 lipca 1937 r. w Warszawie) – historyczka, dziennikarka należąca od lat do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (współpracowała m.in. z „Kulturą”, „Literaturą”, „Mówią Wieki”, „Nowymi Książkami”), animatorka i społeczna działaczka kultury. Była absolwentką LO nr 157 im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie oraz wydziału historii Uniwersytetu Warszawskiego. Interesowała się losami polskiej inteligencji, historią prasy, dziejami Warszawy.

Przez wiele lat była związana z Pracownią Dziejów Inteligencji IH PAN, współpracowała też z Pracownią Dziejów Warszawy. Wieloletnia redaktorka encyklopedii PWN (w latach 1990-98 redaktorka naczelna), wydawczyni wyróżnionej licznymi nagrodami „Encyklopedii Warszawy”. Przez dziesięć lat była przewodniczącą Komisji Historycznej w Towarzystwie Przyjaciół Warszawy.

Autorka licznych publikacji, artykułów, scenariuszy słuchowisk radiowych oraz książek: „Król Tatr z Mokotowskiej 8. Portret doktora Tytusa Chałubińskiego (Iskry, Warszawa 2005, wydanie drugie jubileuszowe, Iskry, Warszawa 2020) i pozycji najbardziej znanej, dotyczącej  postaw społeczeństwa Warszawy w XIX wieku – „Przed tą nocą” (IW ,,Pax”, Warszawa 1988, 2007); po raz trzeci wydana jako „Przed nocą styczniową” (Zysk, Warszawa  2013).

Ciechanowska Jesień Poezji 2020, spotkanie autorskie w jednej z ciechanowskich szkół średnich.

Barbara była osobą niezwykle aktywną i ciekawą świata. Pracowała, działała nie tylko w Warszawie, ale też często wyjeżdżała. Uczestniczyła również w imprezach literacko-kulturalnych na płn. Mazowszu – bywała na Wiosnach Literatury w Gołotczyźnie (ostatni raz w 2021 r.), na Ciechanowskich Jesieniach Poezji w Ciechanowie i Opinogórze (ostatni raz w 2020 r.), na Festiwalach Macieja Kazimierza Sarbiewskiego – w Płońsku i Sarbiewie, w 2019 r. była też z nami na wyprawie studyjnej w Wilnie. Odbywała spotkania autorskie w szkołach i muzeach, spotykała się z uczniami, wygłaszała prelekcje. Publikowała także w naszym periodyku „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”.

Prywatnie była serdeczną, miłą, uczynną koleżanką. Przyjaźniłyśmy się od października 2005 r., kiedy poznałyśmy się w Stella Plage, na francuskim wybrzeżu Atlantyku, podczas VIII Międzynarodowego Sympozjum Biografistyki Polonijnej we Francji i V Salonu Książki Polonijnej. Przyjeżdżała potem na Ziemię Ciechanowską, zachwycając się jej bogatą kulturą i tradycją oraz kultywowaniem ich w regionie. „Mieszkasz w niezwykłym, ciekawym zakątku naszego kraju” – mawiała często, dodając, że na Saskiej Kępie jej tego brakuje.

Od jesieni 2012 r., kiedy zostałam przewodniczącą Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, spotykałyśmy się już regularnie – w Domu Dziennikarza, przy ul. Foksal 3/5, na comiesięcznych spotkaniach Klubu, które prowadzę trzynasty rok. Była zaangażowana, zabierała głos w dyskusjach, imponując wiedzą historyczną i kulturoznawczą, ciekawymi pomysłami oraz chęcią do działania, i to do końca swoich dni. Zawsze znalazłyśmy czas na pogawędkę, czasem chodziłyśmy do Lwowskiej na kolacyjki, niekiedy nocowałam u niej na Saskiej Kępie. Była niezwykle ciepłą osobą, uśmiechniętą, nie zważającą na dolegliwości, które ją ostatnio dopadały. Nigdy nie biadoliła, nie narzekała, nie utyskiwała. Zawsze oddana Polsce oraz synowi i jego rodzinie – śledziła karierę Krzysztofa, rozwój i kształcenie jego latorośli, ciesząc się z ich sukcesów.

Barbara Petrozolin-Skowrońska i Teresa Kaczorowska zostały tego samego dnia, 8 września 2022 r., uhonorowane Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

Śmierć Barbary Petrozolin-Skowrońskiej to strata nie tylko dla rodziny, ale dla kultury polskiej. Odeszła bowiem osoba aktywna, z dużym dorobkiem twórczym i społecznym, pracowita, prawa, zasłużona dla Polski, zawsze zatroskana o jej los. Będzie jej mądrości i kultury bardzo mi brakowało.

Basiu, jestem przepełniona żalem po Twoim odejściu. Ubolewam, że już nie będziemy się widywać w pierwsze środy miesiąca, że nie będę na Ciebie wyglądać w Domu Dziennikarza w Warszawie na kolejnych spotkaniach Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, którego byłaś nieodłącznym członkiem. Na ostatnim spotkaniu, 4 października 2023 r., nie było Ciebie, ale napisałaś smsa: „Teresko kochana, przegapiłam Twoje spotkanie, może dodałoby mi sił…żałuję..”.  Odeszła 18 dni później, mając 86 lat.

Pozostaniesz Basiu na zawsze w moim sercu. Spoczywaj w pokoju droga Przyjaciółko. Cześć Twojej pamięci!

 

Fot. ciech24.pl

Neoromantyk, bojownik o niepodległość – BOHDANA URBANKOWSKIEGO wspomina Teresa Kaczorowska

W czwartek, 15 czerwca 2023 r. zmarł Bohdan Urbankowski – poeta, dramatopisarz, doktor nauk humanistycznych, filozof, działacz podziemia niepodległościowego, neoromantyk, piłsudczyk, dziennikarz. Należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, był członkiem Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, bywał na comiesięcznych spotkaniach tego Klubu, a kilkakrotnie był jego głównym gościem. Laureat najważniejszej nagrody dziennikarskiej – Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2014).

Bohdan Urbankowski urodził się 19 maja 1943 r. w Warszawie. Wychowywał się na Śląsku, bo jako półtoraroczne dziecko był ranny w Powstaniu Warszawskim, przeszedł obóz w Pruszkowie, skąd matce udało się z nim zbiec (ojciec akowiec został w jednym z obozów). Po latach powiedział: – Byłem w Powstaniu Warszawskim, ale jako przedmiot, niewielki, w tobołku mamy.

W Bytomiu rozpoczęła się twórczość literacka Bohdana Urbankowskiego – już jako uczeń I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Smolenia zorganizował działający w tej szkole Klub Artystów Anarchistów. Po maturze powrócił do Warszawy, gdzie ukończył studia polonistyczne i filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Doktoryzował się pracą poświęconą filozofii Dostojewskiego, która doczekała się dwóch wydań książkowych pt. Dostojewski – dramat humanizmów (1978, 1994). Był organizatorem i przewodniczącym Międzyuczelnianej Sekcji Badań Filozofii Polskiej (1978-1981), wykładowcą kilku wyższych uczelni – wykładał filozofię m. in. w Wyższej Szkole Ekonomii i Innowacji w Lublinie oraz w Instytucie Nauk Humanistycznych AWF.

Mając 28 lat został twórcą i teoretykiem Ruchu Nowego Romantyzmu. W latach 1970-1981 przewodniczył tej antykomunistycznej formacji literackiej, uznającej tradycję romantyzmu polskiego za podstawę programową, działającej w Warszawie, Płocku, Łodzi, Bytomiu i – krótko – w Lublinie. Po jej rozbiciu przez władze związał się w 1978 r. z nurtem niepodległościowym opozycji.

Był w Peerelu współredaktorem wielu pism i wydawnictw podziemnych. W stanie wojennym współpracował ze „Słowem Podziemnym”, łódzkim Biuletynem „Solidarności” i „Prześwitem” oraz wydawnictwami Związku Piłsudczyków. W latach 1986-88 publikował w miesięczniku „Wiara i odpowiedzialność” (po półtora roku został rozwiązany), w berlińskim „Poglądzie”, w podziemnym piśmie dla nauczycieli „Tu Teraz”, a później w wydawnictwach KPN (był członkiem tej pierwszej antykomunistycznej partii politycznej w całej Europie środkowo-wschodniej, założonej 1 września 1979 r. przez Leszka Moczulskiego). Redagował pisemka „Przyszłość Polski” i „Konfederata”. Według słownika pseudonimów Kto był kim w drugim obiegu pisywał w co najmniej 9 pismach pod 10 pseudonimami. Był stypendystą Instytutu im. Piłsudskiego w Nowym Jorku i Editions Dembinski w Paryżu.

W PRL był inwigilowany przez SB (jako figurant „Romantyk”) i wielokrotnie usuwany z pracy. Po wprowadzeniu stanu wojennego usunięto go z Polskiego Radia. Po paromiesięcznym bezrobociu znalazł pracę w Warszawie, jako zastępca red. nacz. miesięcznika „Poezja”, skąd po dwóch latach został wyrzucony z „Poezji” za druk fragmentów Czerwonej mszy. Na szczęście znalazł pracę jako kierownik literacki w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku.

Dokładniejsze o nim dane są w IPN, w donosach i wyciągach z donosów: TW Karola – Jana Jaśniaka, TW Xa – Józefa Kurylaka, konsultanta MSW Aleksandra – Nawrockiego, TW Orłowskiego – Andrzeja Zaniewskiego, TW Jana – Leszka Żulińskiego, TW Marii Wolskiej – Barbary Kmicic i innych.

Za działalność w podziemiu antykomunistycznym, jako jeden z pierwszych w III RP, otrzymał odznakę Zasłużonego Działacza Kultury (1989), Medal „Solidarności” Zasłużony w Walce o Niepodległość i Prawa Człowieka (2001) oraz Płomień Solidarności (2015). Był także kawalerem Krzyża Wolności i Solidarności, Srebrnego Krzyża Zasłużony dla KPN, Krzyża Oficerskiego „Polonia Restitutai społecznego medalu POLONIA MATER NOSTRA EST. W 2019 r. otrzymał również odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej” oraz Medal Pro Bono Poloniae. Od 2016 r. był członkiem nadzwyczajnym Światowego Związku Żołnierzy AK – odznaczony Medalem „Za Zasługi dla Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej(2019). Człowiek Roku Klubu Ronina (2017).

W III RP był konsultantem ds. oświaty i wychowania Ministerstwa Obrony Narodowej w rządzie Jana Olszewskiego. W latach 1992–2000 przewodniczył Warszawskiemu Oddziałowi Odnowionego ZLP; organizował Sejmiki Kultury Narodowej, Międzynarodowe Dni Poezji, Płockie Dni Romantyzmu.

Niemal do końca był aktywny, społecznie i literacko. Do śmierci był wiceprezesem Rady Instytutu Historycznego Nurtu Niepodległościowego, przewodniczył Radzie Programowej Związku Piłsudczyków, współpracował z kilkoma redakcjami, jak „Studia Filozoficzne”, czy „Gazeta Polska”. Ale głównie pisał książki.

Jest autorem blisko 60 książek, w tym kilkunastu zbiorów poezji, m.in zbioru Głosy, który doczekał się siedmiu wydań, dziesięciu nagród, a także kilkunastu krajowych i zagranicznych realizacji radiowych i scenicznych. Autor licznych pozycji z dziejów polskiej filozofii (Myśl romantyczna; Absurd – ironia – czyn; Kierunki poszukiwań; Filozofia czynu, ostatnia – to najnowsze czterotomowe Żródła – Dzieje myśli polskiej (2017), powstające od 1968 r. – zostały uhonorowane zostały Nagrodą MKiDN (2018). Jest autorem także licznych monografii: Adama Mickiewicza, Fiodora Dostojewskiego, Józefa Piłsudskiego, Karola Wojtyły, Zbigniewa Herberta – a za poświęconą Piłsudskiemu monografię Marzyciel i strateg, kilkakrotnie wznawianą, Urbankowski otrzymał w 2015 r. Nagrodę „Przeglądu Wschodniego” i w 2019 r. – Nagrodę im. Conrada (przez Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku). Z kolei jego monografia Jana Pawła II doczekała się dwóch wydań i przekładu na język słowacki. Z kolei poświęcona analizie kultury sowieckiej w Polsce Czerwona Msza – czterech wydań.

Napisał też liczne widowiska plenerowe, opowiadania i powieści (Ścieżka nad drogami. Fraktale; Krew nie wysycha nigdy; Ja Szekspir, ja Bóg; Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły). Z kolei dramaty sceniczne i radiowe Urbankowskiego zebrane zostały w kilku książkach: Chłopiec, który odchodzi; Dramaty płocki;, Piłsudczycy – Dyptyk; Sny o ojczyźnie; Trwa jeszcze bal; Cienie. Sztuki Urbankowskiego otrzymały kilkanaście nagród na konkursach teatralnych i radiowych, a także Nagrodę Towarzystwa Teatru – Złotą Maskę im. Rajmunda Rembielińskiego (2014).

Jest też laureatem wielu innych nagród literackich (Juliusza Słowackiego, Księcia Poetów, Cypriana K. Norwida, Georga Trakla, etc), filozoficznych – w Kanadzie i Szwajcarii, a także najważniejszej nagrody dziennikarskiej – Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2014). Za całokształt działalności literackiej otrzymał też Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017).

Jednym z trzech ostatnich dzieł Bohdana Urbankowskiego jest Gniazdo polskie – wspólna pamięć narodu (Biały Kruk, Warszawa 2020), w którym przekonywał, że od tysiąca lat Polska jest potęgą kulturową na kontynencie europejskim. Ten znakomity pisarz i filozof dokonał w Gnieździe polskim przeglądu wielkich polskich osiągnięć w dziedzinie sztuki i historii myśli, akcentując mocno wkład Polaków w rozwój cywilizacji łacińskiej, a przede wszystkim – w rozwój idei wolności. Autora fascynowała Rzeczpospolita jako przedmurze chrześcijaństwa, tak dawniej, jak i dziś. Snuł swą opowieść piórem wrażliwego na piękno słowa prawdziwego mistrza literatury. Urbankowski argumentował, że kultura jest dostępną nam formą wieczności. Dzieła i twórcy, zwycięstwa i bohaterowie, triumfy i konspiratorzy istnieją jako twory zbiorowej wyobraźni, ale też wiecznie, choć nieraz już tylko w formie mitów.

Wymieniłam wiele wyróżnień i odznaczeń, jakimi został uhonorowany Bohdan Urbankowski. Chciałabym dodać, że w 2020 r. – Roku 100-lecia Bitwy Warszawskiej – został też odznaczony przez Prezydenta RP Medalem „Stulecia Odzyskania Niepodległości” (2020). I właśnie Niepodległość, także w literaturze, była tematem XXII Spotkania z Literaturą w Opinogórze, które prowadzę w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Bohdan Urbankowski kochał Opinogórę, mimo choroby przyjął zaproszenie, 8 października 2020 r., wraz z córką Hanią. A wywód tego znakomitego filozofa i patrioty był fascynujący! Nie było bowiem w Polsce lepszego specjalisty od znaczenia słowa Niepodległość jak Bohdan Urbankowski. Myślę, że nie przypuszczał, że widzi wtedy tę romantyczną miejscowość po raz ostatni. Dwa lata później ukazała się jego książka – ostatnia! – Romantyzm polski (Wydawnictwo Biały Kruk, 2022), a rok wcześniej jeszcze – Bohaterowie i zdrajcy. Wspólna pamięć narodu (Wydawnictwo Biały Kruk, 2021). Do końca pisał, był  niezwykle pracowity, niezmordowany!

Uhonorowaliśmy Go tamtego dnia w jego ukochanej Opinogórze, 8 października 2020 r., Medalem Zygmunta Krasińskiego. Tym samym stał się członkiem Kapituły tego Medalu. Moja ostatnia rozmowa z Nim, pod koniec maja 2023 r., dotyczyła  komu przyznać ten Medal w 2023 r. Zaproponował Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Bo Marszałek Piłsudski to była Jego wielka miłość, podobnie jak wielką Jego miłością była Polska. Będzie nam, i Polsce, bardzo Ciebie, Bohdanie, brakowało! I w Twojej Opinogórze, i w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP, gdzie Twój mądry głos był dla nas zawsze ważny. Mam nadzieję, że będziesz orędował teraz Polsce już z wysoka.


Pogrzeb Bohdana Urbankowskiego odbędzie się w piątek, 23 czerwca o godz. 14 na warszawskim Cmentarzu na Wólce Węglowej, kaplica św. Ignacego.

Fot. Teresa Kaczorowska

Dzieło polsko-ukraińskie w Grecji – TERESA KACZOROWSKA o odsłonięciu pomnika Juliusza Słowackiego na Peloponezie

W Grecji, w nadmorskim mieście Nauplion na Peloponezie, odsłonięto w niedzielę, 11 czerwca 2023 r. pomnik polskiego poety Juliusza Słowackiego. Monument stanął przy kościele katolickim pw. Przemienienia Pańskiego z inicjatywy jego proboszcza, chrystusowca ks. Ryszarda Karapudy.  Pomnik został sfinansowany przez tę parafię, a jego wykonawcami są ukraińscy artyści: rzeźbiarz Aleksander Porozhniuk i jego żona, historyk sztuki Liza Porozhniuk.

Artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Artyści ci pochodzą z Doniecka, od 2014 r. są uchodźcami wojennymi i przebywają w Polsce – znaleźli schronienie na plebanii w Zielonej na płn. Mazowszu.

Pisarka z Polski, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, dr Teresa Kaczorowska, wygłaszając podczas uroczystości odczyt o podróży Juliusza Słowackiego po Grecji w 1836 r. i jego związkach z Helladą, podkreśliła, że bez przyjaźni autorów pomnika z ks. Ryszardem Karapudą, z czasów kiedy ten duszpasterz pracował w Doniecku, nie byłoby tego monumentu.

– W Grecji powstało dzieło polsko-ukraińskie – mówiła. – Dziękuję Wam za nie z całego serca! Dziękuję za pamięć i hołd oddany wielkiemu polskiemu poecie. Dziękuję za ten pierwszy ślad upamiętniający obecność Juliusza Słowackiego w Helladzie 187 lat temu!

Uroczystość była bardzo podniosła. Uczestniczył w niej nuncjusz papieski w Grecji ks. biskup Jan Romeo Pawłowski, który przewodniczył mszy św. i wygłosił homilię. Była też konsul z Ambasady Polskiej w Atenach Ewa Pańczuk, ponadto dyrektor Instytutu Archeologicznego w Atenach prof. Juliusz Czebreszuk, działacze polonijni (Instytut J. Słowackiego przygotował ulotkę) oraz 40-osobowa grupa uczniów i nauczycieli ze Szkoły Polskiej w Atenach, którzy recytowali fragmenty wiersza „Grób Agamemnona” Juliusz Słowackiego. Z Polski przybyli też ukraińscy artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie.

Ks. Ryszard Karapuda z dr. Teresą Kaczorowską.

Uroczystość zakończyła się radosną biesiadą przy polskich gołąbkach, które przygotowali Wioletta i Marek Stuskowie, Polacy mieszkający w pobliskim Argos.

***

Juliusz Słowacki (ur. 4 września 1809 r. w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 r. w Paryżu) to jeden z największych poetów polskich, przedstawiciel epoki romantyzmu. Obok Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego jest jednym z polskich wieszczów narodowych.. Mimo iż żył niecałe 40 lat, jego twórczość literacka jest bogata i bardzo różnorodna – pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść.

Grecja ciekawiła Słowackiego od najmłodszych lat (jego ojciec, Euzebiusz Słowacki,  był filologiem klasycznym, grecystą). O wyprawie do Grecji, i dalej po Egipcie, Palestynie i Syrii, poeta marzył od lat. Zrealizował ją w okresie od sierpnia 1836 r. do czerwca 1837 r. Nazwie ją później „pobożną podróżą”.

Pierwszym etapem życiowej wędrówki poety była Grecja. Słowacki z kolegą, Zenonem Brzozowskim, wypłynęli z Neapolu 24 sierpnia 1836 r. Poeta zabrał ze sobą drewniany sekretarzyk podróżny, pióro, zeszyt na notatki oraz ołówek i album rysunkowy. 4 września 1836 r. przypłynęli na wyspę Korfu, gdzie Słowacki spędził 4 dni i spotkał się z greckim poetą Dionizosem Salomosem. Potem popłynął do Patry, gdzie odwiedził bohatera greckiego powstania narodowego Kanarisa (Konstantinosa). Z Patry Słowacki z kolegą udali się konno wzdłuż północnego brzegu Peloponezu do Nauplion – nadmorskiego miasta, które w latach 1823–1834, było pierwszą stolicą nowożytnego państwa greckiego, siedzibą pierwszego rządu wolnej Grecji i króla Ottona.

Być może Słowacki odwiedził w Nafplio świątynię, przy której stanął pomnik, ale była ona wtedy meczetem.  Dopiero w czerwcu 1839 r. król Otto przydzielił meczet katolikom, którzy było w Nafplio ok. 300 i nie mieli swojego kościoła. W 1840 r. przeprowadzono jego remont i król Otto nadał świątyni imię Przemienienia Pańskiego, co miało oznaczać przemianę Grecji po wyzwoleniu kraju z tureckiej długiej niewoli.

Z Napfilo Słowacki jechał przez Argolidę, w tym Argos, a 19 września 1836 r. dotarł z kolegą do Myken, które wywarły na nim ogromne wrażenie. Lwia Brama, zasypana rumowiskiem tysiącleci, ledwo wystawała wtedy ponad powierzchnię. Pobliski Grób Agamemnona (Skarbiec Atrydów) też nie przypominał dzisiejszego stanu. Wiodący do niego korytarz i brama do połowy były zasypane. W miejscu legendarnego grobu bohatera spod Troi, na tle dziejów starożytnej Grecji, poeta rozważał nieszczęsne losy własnego narodu. Pisał:

Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;

A teraz jesteś służebnicą cudzą — 

Choć wiem, że słowa te nie zadrżą długo

W sercu — gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

Mówię — bom smutny — i sam pełen winy!

(Juliusz Słowacki, „Grób Agamemnona”)

Te smutki i pamięć o Ojczyźnie poniesie Słowacki przez cały czas podróży…

Z Myken poeta udał się do Koryntu, w którym był zaledwie jeden dzień. Następnego dnia dotarł do Aten, gdzie spędził tydzień. Ostatnim punktem w Grecji była dla Słowackiego wyspa Siros, skąd odpłynął z kolegą statkiem do Aleksandrii. Na Siroz Słowacki napisał całą „Pieśń I i III” ze swej poetyckiej relacji z podróży. Z kolei pod Aleksandrią poeta-pielgrzym, poeta-tułacz, napisał sławny „Hymn o zachodzie słońca: Smutno mi Boże”… Najczystszy to przykład liryki religijnej uderzającej w ton prywatnej modlitwy pełnej tęsknoty do kraju i przeświadczenia o znikomości człowieczej egzystencji.

Później podróżował po Palestynie, Syrii i Libanie. Powrócił do Europy (do Livorno we Włoszech) 16 czerwca 1837 r. Z głową pełną wrażeń, jak pisał, po tej „ślicznej podróży”, „pełnej przyjemności i zachwyceń”.

Podróż ta była dla poety nieoceniona, zarówno pod względem twórczym, duchowym, jak zdrowotnym. Zaowocowała licznymi utworami i rysunkami, poeta wysłał też pięć listów do matki (zachowały się trzy), a reminiscencje tej podróży rozsypał później w całej swej twórczości. Poza tym podróż ta umocniła go na ciele, czuł się zdrowszy i silniejszy, a przede wszystkim bogatszy duchowo – powrócił nawet do praktyk religijnych. Po powrocie, 11 lipca 1837 r., Słowacki pisał z Livorno do matki:

„Grecja pełna ruin przecudownych podobała mi się bardzo, i bardziej niż Rzym mnie zachwyciła […].

Pielgrzymi na motocyklach – relacja TERESY KACZOROWSKIEJ z jubileuszowego zlotu na Jasnej Górze

Radośnie, widowiskowo, w słońcu i z modlitwą rozpoczęli motocykliści swój nowy sezon. Do Częstochowy w pierwszy powielkanocny weekend, 15-16 kwietnia 2023 r., zjechało ok. 40 tys. motocyklistów, nie tylko z Polski. Był to jubileuszowy XX Motocyklowy Zlot Gwiaździsty im. ks. Zdzisława Peszkowskiego.

Organizatorem Zlotów na Jasnej Górze jest Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński. Pierwszy Zlot odbył się w 2004 r., z inicjatywy komandora śp. Wiktora Węgrzyna. Chciał on podziękować patronce Polski za uratowanie życia w groźnym wypadku motocyklowym.

– Złożył wtedy Matce Boskiej Częstochowskiej wotum wdzięczności, w towarzystwie 60 motocyklistów. Potem Zloty rozwinęły się błyskawicznie. Dziś na jubileuszowy XX Zlot przybyło ponad 40 tys. motocyklistów, osiągnęliśmy więc wynik lepszy niż przed pandemią – opowiada na Jasnej Górze wiceprezes Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński Mirosław Wenglorz, motocyklista z Cieszyna.

Inicjatorem Wiktor Węgrzyn

Wiktor Węgrzyn to pomysłodawca Międzynarodowych Motocyklowych Rajdach Katyńskich, które trwają od 2001 r. W latach 70. wyemigrował on z Warszawy do Stanów Zjednoczonych i po obaleniu komunizmu zapragnął w ciekawy sposób przypomnieć zbrodnię katyńską, do dziś bez sądu i kary. W młodości był pasjonatem jazdy motocyklem, pomyślał więc, że pielgrzymi na stalowych rumach mogą to zrobić widowiskowo. Kupił więc motocykl (hondę shadow 750) i razem z Jackiem Kawczyńskim, przyjacielem z Chicago, który też kupił identyczną hondę, rozkręcili motocyklowe patriotyczne eskapady. Do tego stopnia, że kilka lat później, Wiktor Węgrzyn nabył mieszkanie na Krzywym Kole w Warszawie, założył Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński i razem z kapelanem Rodzin Katyńskich ks. Zdzisławem Peszkowskim, przy pomocy polskich motocyklistów, zaczęli z Warszawy organizować pokojowe wyprawy na Wschód.

Na pierwszy start spod Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie zgłosiło się w sierpniu 2001 r. ponad 40 motocyklistów. Jako pionierzy odwiedzili wówczas świeżo oddane w 2000 r., polskie cmentarze wojenne w Katyniu i Miednoje. Byli pierwszą grupą pielgrzymów na motocyklach, która przejechała kresowe terytoria dawnej Rzeczypospolitej. Kolejne Rajdy tym szlakiem, kierowane przez Wiktora Węgrzyna, prowadziły nieco innymi trasami, ale zawsze szlakiem polskiego oręża, naszych zwycięstw i klęsk. Polscy rycerze na stalowych rumakach zawsze spotykali się z Polakami na Wschodzie, z dyplomatami, oddawali hołd ofiarom zbrodni komunistycznych, zesłańcom powstań narodowych, pochylali głowy nad grobami najwybitniejszych przedstawicieli narodu polskiego, odwiedzając miejsca nierozerwalnie związane z historią naszej Ojczyny. Składali wieńce, stawiali pomniki – np. w 2015 r. aż pięć: trzy pomniki Jana Pawła II oraz św. Faustyny i św. Rafała Kalinowskiego: trzy w Tobolsku na Syberii oraz dwa na Litwie.

Co roku motocykliści znad Wisły pomagali też podnosić się z ruin świątyniom polskim na Wschodzie. Wszędzie zapalali ognie pamięci, nie tylko na grobach Polaków, ale i innych narodów z byłego terenu ZSRS. Zawsze i wszędzie byli entuzjastycznie przyjmowani, szczególnie przez żyjących na wschodnich rubieżach Polaków, którzy co roku na nich oczekują. Pielgrzymi na motocyklach przywożą im dary, książki, umacniają duchowo, krzepią ich serca. „Przywozicie nam kawałek Ojczyzny, patriotyzm, co daje nam potem siłę na cały rok” – mówili motocyklistom wzruszeni rodacy z dawnych Kresach polskich – jako reporterka byłam dwukrotnie na tych niezwykłych Rajdach-Pielgrzymkach: w 2004 i w 2015 r., co zaowocowało dwiema albumowo-reporterskimi książkami: „Zapalają ognie pamięci” (Warszawa 2005) oraz „Od Warszawy do Tobolska” (Warszawa 2015).

Bogaty program XX Zlotu Gwiaździstego

Większość motocyklistów przyjechała do Częstochowy na XX Zlot Gwiaździsty w sobotę, 15 kwietnia 2023 r. Najpierw oddali hołd Żołnierzom Niezłomnym przed pomnikiem kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” w Częstochowie. Inaugurację na Jasnej Górze rozpoczęli po południu odśpiewaniem „Roty”. Potem uczestniczyli w dwóch spotkaniach: z twórcą słynnej firmy Opitimus Romanem Kluską (opowiadał o swoich doświadczeniach w biznesie) i dr. Teresą Kaczorowską (wygłosiła prelekcję o Obławie Augustowskiej). Patriotyczne pieśni motocyklistów, z ich hymnem, śpiewała „wnuczka katyńska” Maria Lamers z Krakowa. Ideą Zlotów Motocyklowych na Jasnej Górze jest przesłanie ks. Peszkowskiego: „Kocham Polskę i ty ja kochaj”. Pierwszy dzień Zlotu motocykliści zakończyli szerokim udziałem w Apelu Jasnogórskim w kaplicy NMP.

W niedzielę, 16 kwietnia 2023 r., na jasnogórskich Błoniach odbyła się msza święta, celebrowana na Szczycie pod przewodnictwem biskupa seniora diecezji drohiczyńskiej Tadeusza Pikusa. Na rozpoczęciu tegorocznego sezonu motocyklowego biskup Pikus wyraził słowa uznania dla motocyklistów za ich troskę o historię i popularyzację prawdy historycznej, za postawę patriotyczną, za pielęgnowanie polskich tradycji, za wierność Ojczyźnie.

– Niechaj wasze drogi prowadzą zawsze do domu rodzinnego, ale też do domu ojczystego, do Polski, którą tak kochacie! – mówił biskup Pikus w swojej homilii, który po mszy św. dokonał poświęcenia pojazdów.

Tradycyjnie Zlot miał charakter patriotyczny i charytatywny: Motocykliści oddawali krew, mogli nabyć książki Teresy Kaczorowskiej (autorki tekstu), płyty Marii Lamers, a także koszulki i pamiątkowe znaczki rajdowe, z których dochód przeznaczony jest na pomoc Polakom z Kresów. Liczni motocykliści przywieźli też ze sobą zabawki dla dzieci, które trafią tam z darami. Ale nader wszystko radowali się swoją obecnością, wspólnymi spotkaniami, końcem pandemii i zimy.

– Nareszcie wsiądziemy na motocykle, ruszymy na rajdy, wycieczki i parady, poczujemy znowu ten wiatr we włosach – mówili, podkreślając, że jednoczy ich Chrystus, Matka Boża i miłość do Polski.

W Zlocie uczestniczyła m.in. Anna Paniszewa dyrektorka represjonowanej polskiej szkoły harcerskiej w Brześciu na Białorusi, więziona w 2021 r., która od dwóch lat jest w Polsce.

– Dziękuję Matce Bożej Częstochowskiej za wolność i proszę o Jej wstawiennictwo za naszego więzionego Andrzeja Poczobuta, który dzisiaj kończy 50 lat – mówiła Paniszewa.

Rajdy trwają

Mimo iż twórca Rajdów i Zlotów, komandor Wiktor Węgrzyn, zmarł 17 stycznia 2017 r. (w wieku 78 lat; spoczywa w świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie) Rajdy Katyńskie trwają – w dniach 12-27 sierpnia 2023 r., trasą Warszawa-Olavinlinna, odbędzie się już XXIII Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński im. Komandora Wiktora Węgrzyna.

– Niestety, w tym roku ze względu na wojnę nie pojedziemy na cmentarze katyńskie w Rosji i Ukrainie. Wybieramy się, i to w kilku naszych rajdach, na północ i południe Europy. Ale i tam szukamy polskości. Niech Bóg ma Was w swojej opiece! Szerokości! – życzył kolegom na nowy sezon Bronisław Biel, prezes Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński.

Fot. Mariusz Jaszczurowski, Marcin Szpądrowski

 

 

Stanisław Ostoja Kotkowski przy jednym ze swoich kolaży. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Malował muzykę promieniem lasera – TERESA KACZOROWSKA o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim

Mija właśnie 100 lat jak narodził się niezwykle wszechstronny artysta, twórca sztuki laserowej, nazywany Mistrzem światła, Stanisław Ostoja-Kotkowski. W Polsce mało znany, a w świecie sławny, szczególnie w Australii, gdzie rzuciły go losy wojny. Jego przełomowe, wyprzedzające epokę osiągnięcia, wpisano na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Ten wybitny malarz, rzeźbiarz, scenograf, fotografik, grafik nazywany „Mistrzem światła”, wykorzystywał w swojej niezwykłej twórczości najnowsze zdobycze techniki, wyprzedzając swoją epokę. Zamienił pędzel na promienie lasera, malował nimi muzykę i – jako pierwszy w świecie – użył efektów laserowych podczas przedstawienia teatralnego (1968) i operowego (1974), wykonując nimi scenografię. Organizował koncerty laserowe, w których zamieniał muzykę w obrazy. Wykonywał grafiki komputerowe inspirowane fraktalami i kolaże optyczne; stawiał pomniki, projektował witraże i mozaiki.

Stanisław Ostoja Kotkowski i jego kolaże, Stirling, lipiec 1982. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Stanisław Ostoja- Kotkowski (1922-1994) urodził się 28 grudnia 1922 r. w Golubiu, jako syn Stefana i Jadwigi Kotkowskich. Był spokrewniony z Witoldem Gombrowiczem – dziadek pisarza, Ignacy Gombrowicz i pradziadek artysty, Stanisław Kotkowski, byli rodzonymi braćmi. Rodzina Kotkowskich przeprowadzała się – najpierw z Golubia do Brodnicy (w 1925 r.  urodziła się tam Irena, jedyna siostra przyszłego artysty), a w 1937 r. do Przasnysza, gdzie Stefan Kotkowski objął stanowisko dyrektora banku w Komunalnej Kasie Oszczędności. Jego syn, nastolatek Staś, uczył się w latach 1937-1939 w przasnyskim gimnazjum, uzyskując w 1939 r. tzw. małą maturę.

– Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowania artystyczne – mówi Krzysztof Gadomski, artysta plastyk z Przasnysza, współautor z żoną Agnieszką wydanej w 2006 r. publikacji „Stanisław Ostoja- Kotkowski. Mistrz światła”. – W Przasnyszu przebywał w tym czasie malarz Olgierda Vetesco, u którego w latach 1939-1945 Stanisław mógł pobierać pierwsze lekcje rysunku i malarstwa. Dało to mu podstawy warsztatowe i wiedzę z teorii sztuki.

W Przasnyszu młodzieniec działał też w Polskim Podziemiu, wspierając walkę z okupantem niemieckim. Jego ojciec, bankowiec, po udziale w kampanii wrześniowej trafił do niewoli, a potem na kilka lat do niemieckiego oflagu. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny jego syn podjął pracę w miejscowym zakładzie mechanicznym, gdzie zdobył też prawo jazdy. Dzięki temu, a także dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego, Stanisław został kierową niemieckiego lekarza powiatowego w Przasnyszu. Swoją pracę wykorzystywał w walce podziemnej, przewożąc łączników i broń służbowym „Adlerem”. Należał do AK, współpracował z miejscową organizacją, której przewodził Henryk Pszczółkowski. Pod koniec wojny został zabrany przez Niemców jako zakładnik, jednak podczas transportu zdołał uciec.

Trafił do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Tam, w 1945 r. udało mu się zdać egzaminy do ASP w Dusseldorfie, gdzie w latach 1945-1949 studiował malarstwo. Zainspirowała go twórczość Kandinsky’ego oraz …opera. „Będę malował muzykę” – napisał z Dusseldorfu w jednym z listów do matki w Przasnyszu. W Niemczech też postanowił  wybrać za swoją nową ojczyznę Australię. Wyemigrował jesienią 1949 r.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem 2, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

W Australii kontynuował studia w Wiktoriańskiej Szkole Sztuk Pięknych w Melbourne, zarabiając na życie jako robotnik i malarz elewacji domów. Podczas licznych podróży po Australii zafascynowała go bogata kolorystyka i światło tego kontynentu. Zaczął poszukiwać odpowiednich farb, aby oddać  niezwykłość wyspy. Znalazł je w USA, były to polimery. W 1955 r., po osiedleniu się w Stirling koło Adelajdy, odbyła się w Royal Society of Arts, South Australia, pierwsza wystawa abstrakcyjnych obrazów Stanisława Ostoi-Kotkowskiego („Ostoja” to pierwszy człon z herbu rodu Kotkowskich, który wykorzystał do sygnowania swoich prac). Zaczął zdobywać coraz większe uznanie i wystawiać prace na kolejnych ekspozycjach, m.in. jego polimerowe dzieła wystawiono w 1965 r. w Pałacu Sztuki w Krakowie. Dwa lata później otrzymał stypendium Churchilla, dzięki czemu odwiedził Polskę, kilka krajów europejskich, a także Japonię i Stany Zjednoczone.

W latach osiemdziesiątych Ostoja zaczął tworzyć obrazy sprzężone z muzyką, przekładać dźwięk na dzieła plastyczne. Marzenie połączenia obrazu i dźwięku zrealizował w 1975 r., kiedy na uniwersytecie w Melbourne zainstalował  kompozycję z 24 płyt z emalii szklistej, wypalonej na stali. Wmontował w nią „theremin” – urządzenie, które wytwarzało muzykę przy kontakcie z ludzkim ciałem. Swoje eksperymentalne „theremity” połączone z dziełami sztuki, optycznymi kolażami prezentował na festiwalach, na budynkach, wystawiał w galeriach, budząc ogromne zainteresowanie.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Angażował  się również w projektowanie dekoracji scenicznych i teatralnych, stosując zaskakujące kinetyczne dekoracje świetlne, łącząc muzykę ze światłem, baletem, obrazem. W 1968 r. zastosował po raz pierwszy w świecie laser na scenie – zaprezentowana na Festiwalu Sztuki w Adelajdzie sztuka „The Veldt” Raya Bradbury’ego, z zastosowaniem wiązki laserowej, była pierwszym tego rodzaju pokazem na świecie. Później stał się twórcą opraw scenicznych wielu oper i widowisk – do 1974 r. wykonał ich, z wykorzystaniem lasera ponad 30. Uległ magii lasera. W 1982 r. Ostoja był np. autorem scenografii do „Wesela” Stanisława Wyspianskiego, które zostało wystawione w Teatrze Polskim w  Adelajdzie na 30-lecie tego teatru. W ciągu kilkunastu lat pracy scenografa tak udoskonalił swój warsztat, że zaczął  malować dekoracje sceniczne samym  światłem.

Stanisław Ostoja Kotkowski, kompozycj z emalii szklistych, 1975 r. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Cały czas parał się również innymi formami sztuki. Jest autorem licznych płaskorzeźb, rzeźb, fresków i konstrukcji świetlnych w gmachach użyteczności publicznej (w Melboume, Adelajdzie, Pert, Canberze), abstrakcyjnych kompozycji malarskich wykonanych w emalii szklistej, kolaży optycznych, grafik komputerowych, fotografii artystycznych, pokazów fotografiki kinetycznej, spektakli i koncertów laserowych. Poza urządzeniami wytwarzającymi muzykę w zetknięciu z ludzkim ciałem („thereminami”), jest też twórcą wież chromasonicznych, w tym śpiewającej wieży w Adelajdzie (1978), reagującej na ruch uliczny gamą kolorowych, pulsujących świateł,  czy kinetycznego fresku słonecznego Solaris (1986).

Ostoja był artystą wszechstronnym, niezwykle pracowitym, a jego talent i niespokojny duch zmuszały go do ciągłych poszukiwań, co czyniło go nowatorem i wizjonerem. Należał do wielu światowych towarzystw, w tym Royal Society of Art w Londynie, był laureatem mnóstwa międzynarodowych nagród. Został uhonorowany m.in. przez królową Elżbietę II najważniejszym australijskim odznaczeniem państwowym „Orderem Australii” (1992) i przez ministra kultury RP Medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (1990).

Z Polską nigdy nie zerwał kontaktów – odwiedził ją dwukrotnie, m.in. w 1991 r., kiedy zaprezentował swój koncert laserowy w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Odwiedził też wtedy Przasnysz – matkę, kolegów szkolnych, był przyjęty przez władze. Działał aktywnie w środowisku australijskiej Polonii, propagował kulturę polską na tym odległym kontynencie. Jest autorem pomnika Tadeusza Kościuszki, który stanął w 1988 r. w Cooma, ok. 80 kilometrów od Góry Kościuszki – najwyższego szczytu Australii. Wykonał też pomniki Bohaterstwa Żołnierza Polskiego, Ofiar Katynia w Adelajdzie, a także mozaikę w kościele św. Maksymiliana Kolbe w Ottoway. Prace Ostoi-Kotkowskiego można dziś oglądać w australijskich oraz zagranicznych zbiorach państwowych i prywatnych. W lutym 2008 r. archiwum jego dzieł na University of Melboume – zawierające różnorodne formy sztuki artysty, m.in. zapisy wykładów, programy, fotografie, slajdy, pokazy laserowe, modele rzeźb, rzeźby – wpisano na australijską Listę Pamięć Świata UNESCO „Memory of the Word Register of Australia”.

Po śmierci, nocą z 2 na 3 kwietnia 1994 r., spoczął w Polsce – w grobie rodzinnym na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie na Powązkach, razem ze swoją siostrą Ireną.

– Sprowadziłam prochy Stasia z Australii do Warszawy, przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, bo w Australii rodziny nie założył – opowiada dbająca o pamięć wuja, mieszkająca w Warszawie jedyna córka Ireny, Liliana Adamczyk, która jest spadkobierczynią wielu jego obrazów. – Archiwum Ostoi, m.in., grafiki komputerowe, własnoręcznie wykonane albumy, artykuły o nim i książki są natomiast w Muzeum Narodowym w Warszawie, które przekazał w darze sam artysta.

Pamięć o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim niesie też Przasnysz, gdzie do końca mieszkali i spoczywają jego rodzice. Miejscowe Muzeum Historyczne posiada cenny zbiór korespondencji i zdjęć, które przekazała matka artysty Jadwiga Kotkowska, są tez listy do jego przasnyskich kolegów, oryginalne karty pisane z całego świata oraz inne pamiątki. W Przasnyszu jedna z ulic oraz dom kultury noszą jego imię, organizowane są ogólnopolskie Festiwale „Fabryka Światła”, Przeglądy Sztuki Współczesnej im. Stanisława Ostoi- Kotkowskiego. Od 2006 r. przyznawany jest też Medal Stanisława Ostoi- Kotkowskiego w trzech kategoriach: twórca uznany, debiut, medal honorowy. Przasnysz upamiętnia też 100. urodziny Stanisława Ostoi -Kotkowskiego – w formie wystaw, warsztatów, spektakli laserowych, konkursów, testów, prelekcji  – w miejscowych placówkach kultury. Np. w sierpniu br. Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała spotkanie z australijskim muzykiem dr. Robinem Foxem, który inspiruje się twórczością Stanisława Ostoi–Kotkowskiego tworząc spektakle, koncerty oraz widowiska łączące laser z dźwiękiem i przenosząc widzów w sferę, w której światło oraz muzyka działają jako jedno.

Jeden z koncertów laserowych Ostoi. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu
Panel ekspercki z udziałem profesorów Wiesława Wysockiego, Grzegorza Górskiego i Marii Szonert-Biniendy.

TERESA KACZOROWSKA: Festiwal Mazurka Dąbrowskiego

Podczas Festiwalu Mazurka Dąbrowskiego (28-30 września 2022 r.), ponad 30 działaczy Polonii, przybyłych z kilku państw obydwu półkul świata, przybliżono Patronów 2022 Roku w Polsce i poruszono wiele istotnych spraw dotyczących emigracji polskiej. Festiwal zorganizowało Światowe Stowarzyszenie „Republika Polonia” z USA, a dofinansowała go Kancelaria Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego. Festiwal prowadziła prezes tej organizacji, mecenas Maria Szonert-Binienda ze Stanów Zjednoczonych.

Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie

Pierwszego dnia rodacy z zagranicy odwiedzili na Kaszubach dwa muzea związane z Józefem Wybickim: Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie (w jego gmachu urodził się, 29 września 1747 r., Józef Wybicki) oraz Muzeum Historyczne Generała Wybickiego w Sikorzynie (dawny dwór Wybickich, gdzie autor Hymnu Polski się wychowywał). Te dwa ciekawe muzea łączy szlak turystyczny, wśród pięknych kaszubskich jezior i lasów.

Drugiego dnia w centrum hotelowo-konferencyjnym w Turznie pod Toruniem odbyła się konferencja poświęcona Patronom Roku 2022 – Marii Konopnickiej (odczyt „Maria Konopnicka – postać, twórczość oraz jej znaczenie dla Polaków spoza kraju” wygłosiła autorka tego tekstu, dr Teresa Kaczorowska, szefowa Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP), Józefowi Mackiewiczowi (prelekcje mieli Romuald Mieczkowski i Maria Szonert-Binienda) oraz Józefowi Wybickiemu (o historii Hymnu Narodowego opowiedział Lech Makowiecki). W drugiej połowie dnia zaplanowano dwa interesujące panele: ekspercki pod hasłem „Co to znaczy być państwowcem?” z udziałem profesorów Wiesława Wysockiego i Grzegorza Górskiego oraz panel polonijny z reprezentantami polskiego rządu i działaczy polonijnych. Na zakończenie dnia prof. Ryszard Grucza przybliżył historię pałacu w Turznie (bywali w nim m.in. Fryderyk Chopin, Zawisza Czarny), a Lech Makowiecki zaprezentował swój program artystyczny.

Podkreślano, że Polonia – często  bardziej patriotyczna niż Polacy w kraju – jest dla kraju olbrzymim kapitałem i może być animatorem wizerunku Polski za granicą. Ocenia się, że jedna trzecia narodu polskiego żyje na obczyźnie, choć dokładna liczba nie jest obecnie znana. – Zamierzamy wkrótce zrobić dokładne badania o liczebności naszych rodaków w świecie, już powołaliśmy  zespół koordynacyjny – obiecał dyrektor Departamentu Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą Jan Badowski, który odpowiadał na liczne zapytania emigrantów.

Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba” w Toruniu

Ostatniego, trzeciego dnia, wybrano się do Torunia. Zwiedzono tam otwarty w 2020 r. Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba”, który oddaje hołd blisko 35 tysiącom Polakom ratującym Żydów. Jest to rozwinięcie powstałej w 2016 r. Kaplicy Pamięci Męczenników Polskich znajdującej się naprzeciwko, w Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji  i św. Jana Pawła II, gdzie później odbyła się msza św. pod przewodnictwem o. dr. Tadeusza Rydzyka w intencji Polonii, a szczególnie Światowego Stowarzyszenia „Republika Polonia”. Na zakończenie Festiwalu, w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (niepublicznej szkoły wyższej założonej w Toruniu przez o. Tadeusza Rydzyka w 2001 r. należącej do Fundacji Lux Veritatis) zaplanowano wystąpienia przedstawicieli polskich władz oraz instytucji, szeroką dyskusję oraz panel polonijny z udziałem Waldemara Gołębiewskiego z USA.

Działacze polonijni z Nowego Jorku Halina i Zbigniew Koralewscy, z Teresą Kaczorowską

Emigranci podkreślali, że dopiero od 2015 r. Polonia na świecie traktowana jest przez kraj ojczysty poważnie jako część narodu i bardziej wspierane są jej inicjatywy w dziedzinie kultury, edukacji, czy gospodarki. Z kolei minister Jan Dziedziczak, pełnomocnik Rządu do Spraw Polonii i Polaków za Granicą, prosił  rodaków w świecie o pomoc w ich krajach w obronie dobrego imienia Polski, nawoływał do jedności, zachowania języka ojczystego i kultury. – Polska i Polonia powinny być partnerami dla spraw Rzeczypospolitej – mówił.

„Amor” Balbiny Switycz-Widackiej w parku Zamkowym w Olsztynie. Fot. Teresa Kaczorowska

Amor w olsztyńskim parku Zamkowym to ja. Rozmowa z wnukiem olsztyńskiej rzeźbiarki Balbiny Świtycz-Widackiej

Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę – mówi dr Kamil Solarski, wnuk Balbiny Świtycz-Widackiej (1901-1972), artystki rzeźbiarki pochodzącej z Kresów, która przez ostatnie 20 lat swego życia mieszkała i tworzyła w Olsztynie, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Podczas wakacji turyści odwiedzają często Warmię i Mazury, w tym stolicę regionu Olsztyn, gdzie w parku Zamkowym zachwycają się licznymi pomnikami Balbiny Świtycz-Widackiej, jak „Wiosna”, „Amor”, czy fontanna „Ryba z dzieckiem”. W tym roku, dokładnie 28 lipca 2022 r., mija 50 lat od śmierci ich autorki. Czy Olsztyn przypomni w jakiś sposób artystkę, która przez zawieruchę wojenną musiała opuścić rodzinne Polesie, ale pokochała miasto nad Łyną?

Kamil Solarski. Fot. Teresa Kaczorowska

Kami Solarski: Niestety, dbająca o jej pamięć i twórczość córka, czyli moja mama Jowita Solarska z domu Widacka, którą się opiekuję, liczy już 88 lal i jest bardzo chora. Ciekawą inicjatywę przypomnienia artystki podjęła niedawno „Gazeta Olsztyńska”, z czego bardzo się cieszę.

Jak wspomina Pan swoją babcię Balbinę Świtycz-Widacką?

Pamiętam, że byłem jej ukochanym wnuczkiem, wręcz oczkiem w głowie. Może zacznijmy od jedzenia – zawsze przygotowywała mi to co lubię, szczególnie kotlety schabowe, nauczyła mnie też jadać dorsze. Gotowała mi, mimo iż nie lubiła tego zajęcia, wolała jadać w restauracjach, w kawiarniach, szczególnie w Staromiejskiej. Byłem przez nią rozpieszczany, spełniała moje wszystkie zachcianki, w tym zamiłowanie do podróży pociągiem. Urządzaliśmy wyprawy koleją śladami jej pomników, np. do Rucianego Nidy, gdzie jest pomnik Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, do Ełku gdzie stoi pomnik Michała Kajki, do Bisztynka, aby obejrzeć pomnik Henryka Sienkiewicza, czy do Warszawy, aby zobaczyć  jej słynną rzeźbę „Poleszuczka z dzieckiem”, którą podarowała marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu na dzień jego ostatnich imienin. Najdłuższą podróż z babcią Bają odbyłem do Krakowa, gdzie odwiedziliśmy kuzyna Jana Widackiego, znanego adwokata. Jeździłem z babcią także do innych krewnych, w tym do Sochaczewa, do jej młodszej córki Kariny, siostry mojej mamy. W rodzinie nazywaliśmy ją Bają, inni mówili do niej Bajka, gdyż nie lubiła swego imienia Balbina. Mówiła, że nie jest telewizyjną gęsią…

Ale podobno miał Pan w domu dwie babcie…

Balbina Świtycz-Widacka. Fot. ze zbiorów rodziny Solarskich

Moi rodzice byli zajęci pracą naukową na uczelni w Kortowie, więc całe szczęście, że w domu były babcie – poza Bają także Janina Solarska, matka mego ojca prof. Henryka Solarskiego. Obie się bardzo lubiły, ale wychowywała mnie głównie Baja. Była na luzie, niezwykle tolerancyjna i wyrozumiała, nawet kiedy nie chciałem się uczyć. Pilnowała mnie jednak, abym uczęszczał na religię. To dzięki niej przyjąłem pierwszą komunię i sakrament bierzmowania.

Jak ocenia Pan rzeźby babci?

Są dla mnie niezwykle cenne. Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę, więc z zamówieniami w czasach PRL-u miała trudności. W wolnych chwilach rzeźbiła drobne artystyczne miniaturki, nawiązujące do folkloru warmińsko-mazurskiego i poleskiego. Mamy ich blisko 300. Ale kiedy otrzymywała zamówienie na jakieś dzieło, to w rodzinie panowała pełna mobilizacja. Wszyscy przeżywaliśmy swoistą akcję. Babcia miała pracownię w Kortowie pod rektoratem i tam jej pomagaliśmy: przywoziliśmy odpowiednią glinę z cegielni, wyrabialiśmy ją ręcznie, mieszaliśmy, ugniataliśmy, oblepialiśmy nią konstrukcję. Baja dopracowywała potem artystyczne szczegóły, następnie powstawał odlew gipsowy, do którego wlewało się cement, biały gips, czy brąz. Pamiętam, że przy odlewach pomagał jej też Wilhelm Bobrzyk, nauczyciel plastyki. W ten sposób stworzyła ok. 50 głów i popiersi znanych postaci w cyklach, m.in. „Zasłużeni dla Warmii i Mazur”, czy „Artyści, naukowcy, politycy”.  Poza tym wykonała 14 rzeźb pomnikowych, w tym  9 z nich jest w Olsztynie, m.in. trzy fontanny: „Ryba z dzieckiem”, „Rybactwo i Rybołóstwo” oraz „Kormoran”. Razem Baja jest autorką blisko 1000 dzieł.

Pozował Pan do niektórych?

Tak, byłem modelem do kilku rzeźb, na przykład „Amor” w olsztyńskim parku Zamkowym nad Łyną to ja, podobnie jak dziecko na fontannie „Ryba z dzieckiem”. Kiedy pozowałem robiło się nerwowo, bo musiałem tkwić nieruchomo. Całe szczęście, że babcia pracowała fragmentami i robiła mi jako dziecku przerwy, podczas których mogłem trochę pobiegać.

Gdzie można zobaczyć rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej?

W różnych miejscach w Polsce i poza granicami – w przestrzeni publicznej, w muzeach, w kolekcjach prywatnych. Ponad 40 rzeźb można oglądać w Kortowie, w autorskiej galerii mieszczącej się na kilku poziomach Auli prof.  Mieczysława Kotera, czyli w budynku dawnego Kina. W Kortowie, gdzie mieszkaliśmy, stoi też jej kilka rzeźb, m.in. „Kormoran”, „Rolnictwo i Rybołóstwo”. Na frontonie rektoratu UWM, czyli w gmachu gdzie znajdowała się jej pracownia, umieszczono w 1992 r. tablicę pamiątkową z wizerunkiem artystki i napisem „Balbina Świtycz-Widacka (1901–1972). Rzeźbą swoją ukochała Warmię i Mazury”. Jest ona też patronką jednej z ulic na olsztyńskim osiedlu Pieczewo. Olsztyn sporo babci zawdzięcza – była współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Olsztyna, angażowała się w działalność Związku Artystów Plastyków, Stowarzyszenia „Pojezierze”, prowadziła społecznie zajęcia rysunku i malarstwa.

Balbina Świtycz-Widacka to także poetka. Mimo iż napisała ponad 1000 wierszy, aforyzmów, fraszek i erotyków, tylko niewielką część wydrukowano w prasie i antologiach. Jej twórczość nie doczekała się też nawet jednego zbiorku… Czy jej utwory literackie się zachowały?

Tak, są w moim posiadaniu, podobnie jak własnością rodziny jest większość jej rzeźb. Baja pisała poezję głównie nocą, kiedy przychodziła do niej natchnienie.

Zmarła stosunkowo  młodo, w wieku 71 lat, 28 lipca 1974 roku. W jakim był Pan wtedy wieku?

Miałem szesnaście lat. Jej śmierć była dla nas zaskoczeniem, nie mówiąc o wielkim bólu. Pamiętam, że panowały wtedy straszne upały i babcia skarżyła się, że „serce jej kamieniem leży”. Lekarz stwierdził jednak, że to nic groźnego, ale skierował ją do szpitala, aby zrobić badania. I już na drugi dzień, o dziesiątej wieczorem, zmarła w olsztyńskim szpitalu. Cierpiała na rozedmę płuc, bo całe życie dużo paliła, ale miała też kłopoty z układem krążenia. Pogrzeb był sporym wydarzeniem, przybyło dużo ludzi, po nabożeństwie w olsztyńskiej katedrze spoczęła w Brodnicy, obok swego męża Iwona Widackiego, krewnego Rodziewiczówny, właściciela majątku koło Kobrynia na Polesiu. Oboje, z córkami Jowitą i Kariną, przetrwali tam okupację, najpierw sowiecką, potem niemiecką, i znowu sowiecką. Po zakończeniu wojny tułali się po Polsce i mój dziadek, mąż Bai, zmarł  9 sierpnia 1949 r. w Brodnicy. W 1972 r. znowu więc się połączyli… Na pewno odwiedzę ich grób 28 lipca, w 50. rocznicę śmierci Bai.

Co Pan odziedziczył po babci Balbinie Świtycz-Widackiej?

Luz, swobodny tryb życia, dużo też palę.

„Wiosna” Fot. Teresa Kaczorowska
„Rybactwo i Rybołóstwo”. Fot. Teresa Kaczorowska
„Ryba z dzieckiem”. Fot. Teresa Kaczorowska
Olsztyn-Kortowo, część dzieł w Galerii Rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej. Fot. Teresa Kaczorowska
Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej

Poetka była dla mojej mamy prawdziwą babcią Marysią. Rozmowa z prawnuczką Marii Konopnickiej

Przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie. Obydwie kochały literaturę, łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski, czy równouprawnienie kobiet. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. To są wierutne kłamstwa – mówi Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Mimo iż Maria Konopnicka miała sześcioro dzieci, to jedynych wnuków doczekała tylko po najmłodszym synu Janie. Wnuki pochodziły jednak od dwóch żon Jana – czworo po Jadwidze Brzozowskiej: Anna (1894-1948), Janusz Stanisław (1895-1962), Zofia (1898-1971) i Maria (1902-1976) oraz dwie wnuczki po Jadwidze z Rajkowskich: Aniela (1912—1940) i Krystyna (1913-1988). Pani jest po pierwszej żonie Jana Konopnickiego, a dokładnie jedynaczką jego córki Zofii Konopnickiej. Czy  uważa Pani, że Konopnicka zasługuje dziś na pamięć? Rok 2022 Sejm ogłosił Rokiem Marii Konopnickiej, słusznie?

Joanna Modrzejewska: Z pewnością jako pisarka zasługuje, aby o niej pamiętać, wznawiać jej wydania, sięgać po jej utwory. I nie mówię tego jako prawnuczka, ale Polka. Twórczość Marii Konopnickiej jest wciąż aktualna, niesie treści patriotyczne, wolnościowe, ponadto niezwykłe wartości estetyczne i artystyczne. Jej liryka dla dzieci jest też wciąż nie do zastąpienia. Czekaliśmy na ogłoszenie jej Roku wiele  lat.

Czyli Konopnicka jest nadal potrzebna?

Z pewnością tak. Aby uczyć miłości do kraju i własnego narodu, co jest dziś konieczne. Moja prababcia była gorącą patriotką, pełniła służebną rolę wobec rodaków i poprzez swoją twórczość oraz działalność przyczyniła się w dużej mierze do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Często się dziś mówi i pisze o homoseksualizmie Marii Konopnickiej. Proszę się do tego odnieść…

To absolutna bzdura. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. Owszem, przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie, ale była ona zaprzyjaźniona z naszą rodziną. Malarka, podobnie jak moja prababka, pragnęła poznawać europejską kulturę i sztukę, muzea, biblioteki i galerie. Obydwie kochały też literaturę i miały podobne poglądy w wielu innych sprawach. Łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski z niewoli, czy równouprawnienie kobiet. Ponadto Dulębianka była pomocna Marii w trudach podróży, opiekowała się poetką w ostatnich latach życia kiedy ona była chora. Nigdy nie słyszałam, że to były partnerki. To są wierutne kłamstwa, porządni badacze nie podają tego, bo nie ma na to żadnych dowodów.

Ale nikogo w rodzinie nie dziwiło, że razem podróżują, zamieszkują?

Nie. W tamtych czasach kobiecie nie wypadało samej podróżować po świecie, we dwie było im raźniej i bezpieczniej. Zwłaszcza, że doskonale się rozumiały. A podróżowały w trudnych warunkach, na twardych siedzeniach w pociągach, bo mojej prababci nie było stać na bilet koleją luksusowej pierwszej klasy, tylko trzeciej. Pisywała w listach do swoich dzieci, że wsiadła do wagonu bez przedziałów wprost z peronu, że jedzie razem z przekupkami handlującymi serami, jajami, czy żywym drobiem, że panuje potworny tłok i okropny zaduch. Te podróże były do tego stopnia dla niej męczące, że nie życzyła ich „nawet Moskalom!

Pomija się też często niektóre wątki z biografii Marii Konopnickiej, jak choćby ten związany z ziemią ciechanowską.  Może nie był ważny jej w życiu?

Sądzę, że jednak bardzo istotny. W Ciechanowie osiedlił się bowiem najmłodszy jej syn Jan Konopnicki, mój dziadek – z żoną i jedynymi wnukami poetki. Potem w podciechanowskim Przedwojewie nabył, przy pomocy matki, posiadłość z dworem. Cała rodzina tam przyjeżdżała, także moja prababcia poetka. W Przedwojewie powstało siedlisko, miejsce spotkań rodzinnych podczas świąt, czy uroczystości familijnych. Takie gniazdo rodzinne istniało u Jana najpierw w Arkadii, a potem w Przedwojewie. Jarosław Konopnicki, mąż poetki i mój pradziadek, też dożywał swoich lat u Jana. Zmarł w 1905 roku w Ciechanowie, jego ciało przewieziono w trumnie koleją do Warszawy, gdzie spoczął na Powązkach.

Jaka poetka była prywatnie? Czy Pani mama, córka Jana Konopnickiego i Jadwigi z Brzozowskich, opowiadała o swojej babci?

Babcię Marysię wspominała zawsze ciepło i serdecznie, jako prawdziwą babcię. Moja mama urodziła się w 1898 roku w Kapitule nad Bzurą, gdzie jej ojciec a mój dziadek, Jan Konopnicki dzierżawił młyn. Od piątego roku życia wychowywała się jednak i mieszkała w Ciechanowie, potem w podciechanowskim Przedwojewie. Miała tam okazję bliżej babcię poznać. Konopnicka odwiedzając Jana zabierała wnuki, w tym moją mamę na spacery – nad rzekę, do lasu. Jako kilkuletnia dziewczynka mama zapamiętała dłonie babci – drobne i delikatne. Ale jak prowadziła ją za rączkę, to mama czuła siłę tych dłoni i niczego się nie bała, babcia dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Mama zachwycona też była włosami babci Marysi, które się falowały i miały wyjątkowy rudozłoty kolor. Nawet zazdrościła, że sama ma włosy jak druty, a babcia piękne loki. Zapamiętała też, że recytowała jej wiersze. Jednego mama nauczyła i mnie – poetka ułożyła go podczas ich spaceru. Nie został on nigdzie opublikowany, zachował się tylko w naszej rodzinie i do dziś go pamiętam. Brzmi tak: „Mówi niania, że w dąbrowie/ chodzą za dnia aniołowie/ i gdzie stąpną nóżką bosą/ tam zakwita kwiat pod rosą./ Bo gdy tak się w słońcu bawi/ ślad anielski drży na trawie”.

Mama Pani, Zofia z Konopnickich, wpajała więc swojej jedynaczce miłość do utworów Konopnickiej…

Oczywiście. Kiedy byłam mała czytała mi wiersze prababci, później już sama sięgałam po jej twórczość. Jestem na niej wychowana, tak jak całe pokolenia Polaków. Niektóre utwory do dziś wręcz uwielbiam, jak na przykład „Stefek Burczymucha”, „Pimpuś sadełko”, „Na jagody”, czy o „O Janku wędrowniczku”. Jej poezja jest czysta, prosta, śpiewna, wiele utworów Konopnickiej można śpiewać. Poza utworami dla dzieci lubię utwór „Imagina”, która do dziś robi na mnie wielkie wrażenie, a także piękne liryki z Włoch.

A była Pani w Ciechanowie i Przedwojewie?

JM: – Nie byłam, znam je tylko z opowiadań swojej mamy. Chciałam kiedyś pojechać do Przedwojewa, ale odradzono mi, bo podobno dwór znajduje się w stanie opłakanym. Ale może teraz został wyremontowany?

Niestety, jest jeszcze w gorszym stanie. W Ciechanowie też coraz mniej materialnych śladów po Marii Konopnickiej. Nie ma już Domu Ludowego, na otwarcie którego poetka napisała w 1907 r. wiersz „Na otwarcie Domu Ludowego w Ciechanowie”. Nie istnieje młyn, który Jan Konopnicki dzierżawił w latach 1903-1914, ani dom przy młynie, gdzie mieszkał. Ostatnim obiektem dawnych zabudowań młyńskich, które Jan dzierżawił, jest niewielki budyneczek wciśnięty w Farską Górę byłego biura młyna, ale też przeznaczony jest do rozbiórki. A bywała Pani w ocalałym dworku poetki w Żarnowcu za życia córek Marii Konopnickiej?

Często, od dziecka. Znałam Zofię, ulubioną córkę poetki, po drugim mężu Mickiewiczową, którą poetka traktowała nie jak córkę, a przyjaciółkę. Zofia dożyła długich lat w Żarnowcu. Spędzaliśmy tam liczne wakacje całą gromadką dzieci, m.in. z prawnukiem poetki Jankiem Bieleckim, który związany był blisko z Ciechanowem. Nazywaliśmy Zofię „babcią Mickiewiczową”. Mimo iż dwa razy wychodziła za mąż, za Królikowskiego i Mickiewicza, nie doczekała swoich dzieci ani wnuków, więc chętnie przyjmowała wnuki swego brata Jana. Babcia Zofia Mickiewiczowa była jednak dość ostra dla naszej urwisowskiej piątki. Całe szczęście, że miała pomoc domową, nieocenioną panią Władzię, która przygotowywała nam posiłki, codziennie gotowała, mając na głowie cały dom i ogród, a nawet krowę.

W rodzinie mówiło się o mężczyznach Marii?

Wspominano głównie o jednym – o Maksymilianie Gumplowiczu, który oszalał z miłości do niej i jeździł za Marią po całej  Europie. Kiedy odrzuciła jego zaloty i ofertę matrymonialną strzelił do siebie z pistoletu, pod jej drzwiami w Wiedniu w 1897 r. i wkrótce zmarł w Grazu. To była tragedia, bo stała przed nim otworem kariera naukowa, a zakochał się w „starej babie”, jak mówiono. Rozmawiano też czasem o mężu Jarosławie Konopnickim, że Maria była z nim najpierw bardzo szczęśliwa. Potem jednak zaczął męczyć ją styl życia męża, ciągłe polowania, intensywne życie szlacheckie, ponadto ciągłe prawowanie się w sądach. Jarosław nie umiał zupełnie zadbać o swój majątek, o własną rodzinę, ani o wykształcenie swoich dzieci.

Zgadza się Pani z określeniem, że Maria Konopnicka to poetka anachroniczna, jak wielu dziś ją określa?

Jestem zdziwiona tym określeniem. Ubolewam również, że jej utwory wycofywane są z lektur szkolnych, nawet „Baśń o krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Naturalnie poezja mojej prababci różni się od współczesnej, ale tej z kolei ja nie rozumiem.


Joanna Modrzejewska, rocznik 1935, prawnuczka Marii Konopnickiej, mieszkanka Łodzi.

 

 

Tutaj rezydował sam generał Sierow – dr TERESA KACZOROWSKA o Strzeleckiej 8

Na pozór zwyczajna, z mieszkaniami na czterech piętrach, narożna kamienica. Jedna z tych już odnowionych na warszawskiej Pradze. Niewielu mieszkańców stolicy wie jednak jakie kryje tajemnice.

 

– Wychowywałem się tutaj, chodziłem do szkoły, ale nic nie wiem o jej mrocznej przeszłości – mówi, patrząc na policyjne patrole zdziwiony taksówkarz, zatrzymując się w pobliżu, bo 28 lutego 2020 r. na Strzelecką wjazdu nie ma. Trwa otwarcie Izby Pamięci IPN „Strzelecka 8”.

 

***

 

Kamienica przy Strzeleckiej 8 – zbudowana w drugiej połowie lat trzydziestych na zlecenie właściciela ziemskiego hr. Zygmunta Jórskiego – w 1939 r. nie została jeszcze całkowicie ukończona ani zasiedlona. Po wybuchu II wojny światowej wprowadzili się do niej dzicy lokatorzy. W 1944 r., po wkroczeniu na Pragę oddziałów Armii Czerwonej, Sowieci pozbyli się lokatorów i przekształcili ją w główną kwaterę NKWD w Polsce – rezydował w niej sam generał Iwan Sierow (1905-1990), zbrodniarz stalinowski, współodpowiedzialny m.in. za mord polskich oficerów w zbrodni katyńskiej. „Sowiezytator” Polski, w Warszawie był głównym doradcą NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP). W kolejnych latach w kamienicy mieścił się areszt Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP). W latach 1944-48 zwożono tutaj z całego regionu „wrogów ludu”, głównie żołnierzy polskiego ruchu niepodległościowego. Piwnice zamieniono na więzienne cele, a mieszkania – na pokoje brutalnych przesłuchań i tortur. Przez katownię przy Strzeleckiej przeszły setki patriotów, m.in. przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego: Kazimierz Pużak (przewodniczący podziemnego parlamentu Rady Jedności Narodowej) i Jan Stanisław Jankowski (delegat Rządu RP na Kraj, wicepremier) – w marcu 1945 r. NKWD, z rozkazu gen. Sierowa, zwabiło i uprowadziło ich zdradziecko do Moskwy i skazało w Procesie Szesnastu.

 

 

Z meldunków polskiej siatki wywiadowczej, latem 1945 r.:

 

„[…] dom przy Strzeleckiej 8 jest na zewnątrz ogrodzony drutem kolczastym, na którym widnieją napisy: przechodzić na drugą stronę. Wieczorem budynek oświetlają cztery silne reflektory oraz strzegą wzmocnione straże zewnętrzne. Mieszkańcy sąsiednich domów opowiadają, że z budynku władz bezpieczeństwa dochodzą stałe jęki, a nawet odgłosy salw […] w piwnicach budynku umierają ludzie na skutek bicia, podczas badania przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa”.

 

„W NKWD w Lublinie – ulica Chopina, w Warszawie – ulica Strzelecka i we Włochach stwierdzono stosowanie „śruby skroniowej” (ściskanie głowy), powolne zrywanie paznokci, „kajdanki amerykańskie” powodujące silny napływ krwi do dłoni, w następstwie czego pęka skóra i krew wytryska spod paznokci. Zemdlonych cuci się zastrzykami z morfiny”.

 

 

„Porucznik Borowski uwolniony z obozu w Rembertowie podaje sposób badań na Pradze. Badany stoi nago w piwnicy po kolana w wodzie. Przystawia się mu w odległości 3 centymetrów od oka pręt żelazny ostro zakończony by się nie schylał i bije prętami metalowymi owiniętymi drutem po karku., plecach i nogach, aż do utraty nieprzytomności”.

 

 

Więźniów ze Strzeleckiej, którzy przeżyli bestialskie przesłuchania, wywożono do byłej fabryki „Pocisk” przy ul. Marsa 110, zamienionej na obóz specjalny NKWD nr 10. Także w głąb Rosji do łagrów albo rozstrzeliwano ich w  więzieniu przy ul. 11 Listopada („Toledo”). Kiedy już rozprawiono się z „bandytami”, w 1948 roku w kamienicy zamieszkali „zasłużeni” funkcjonariusze UB i MO wraz z rodzinami (hr. Zygmunt Jórrski, jako „kapitalista i spekulant” został pozbawiony prawa własności do kamienicy na rzecz MBP). Funkcjonariuszom przydzielono też byłe więzienne cele na piwnice – łącznie 41 pomieszczeń. Jeszcze kilka lat temu przechowywano w nich zapasy na zimę, czy ziemniaki. W 2015 r., dzięki aktywności obywateli Pragi oraz IPN, piwnice tej kamienicy zostały wpisane do rejestru zabytków.

 

***

 

Najpierw oddanie hołdu przy pamiątkowej tablicy na zewnętrznej fasadzie kamienicy. Wieńce, hymn narodowy, krótka historia obiektu. Potem uroczystość na parterze kamienicy, otwarcie Izby Pamięci IPN i wystawy „Czerwona mapa Warszawy” (z miejscami komunistycznych represji w stolicy). Duże wrażenie robi wiszące pod sufitem 115 czerwonych tabliczek z adresami podobnych obiektów w kraju – to zaledwie jedna piąta, bo siedzib NKWD/PUB w całym kraju jest ponad 550. Wystąpienia i czytanie listów reprezentantów najwyższych władz Polski, Warszawy Pragi, partii, stowarzyszeń, kombatantów. Powtarzają się słowa, że jest to miejsce naznaczone męką, głodem, krwią, bezmiernego cierpienia i walką o godność. Miejsce tragedii, ale i niezwykłej odwagi oraz męstwa przeciwko sowieckiej machinie terroru.

 

– Oddajemy dziś to miejsce państwu polskiemu, abyśmy mogli poznać i opowiadać, w kraju i zagranicą, jak wyglądało nowe zniewolenie Polski po „wyzwoleniu”, jak jedna okupacja, niemiecka, została zastąpiona drugą, sowiecką –  mówi prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Jarosław Szarek. – Tu oprawcy katowali polskich patriotów, a potem w tej kamienicy mieszkali. To miejsce opowiada o ich zbrodniczej komunistycznej ideologii. Ale po kilkudziesięciu latach prawda zwyciężyła. Dziś możemy dowiedzieć się jaką ofiarę nasi przodkowie płacili za polskość. Winniśmy im pamięć!

 

Wśród kilkorga kombatantów obecna była jedyna więźniarka Strzeleckiej 8 – sierżant Krystyna Miszczak-Opałło, urodzona 26 sierpnia 1921 r. Łączniczka AK ps. „Elżbieta”,  uczestniczka Powstania Warszawskiego. Na wózku, 99-letnia kobieta mówiła reporterce ledwie słyszalnym głosem:

 

– Od września 1945 r. należałam do WiN-u. Zostałam aresztowana 21 stycznia 1946 r., tuż po zdanych egzaminach na architekturę. Przywieziono mnie tutaj, na Strzelecką do wojewódzkiego UB, z całą grupą. Tutaj byłam przesłuchiwana, więziona w piwnicy, spałam na nagiej glinianej posadzce. Skazano mnie na rok więzienia, odsiedziałam ten wyrok w areszcie przy 11 Listopada. Zwolniono mnie dopiero w 1947 r. Ale UB nachodziło mnie bardzo długo, namawiało do współpracy, raz aresztowali mnie nawet w wigilię.

 

Największe wrażenie robi ostatnia część uroczystości: zwiedzanie piwnic w tej niezwykłej kamienicy. Są one doskonale zachowane: z oryginalnymi drzwiami, celami (wraz z numerami), korytarzami, murowanymi ścianami z czerwonej cegły. Jedynie dawne gliniane posadzki zostały utwardzone betonem. Najbardziej wzruszają inskrypcje – wyryte na ceglanych ścianach, a także na drewnianych drzwiach cel. Najczęściej są to imiona, nazwiska, daty, krzyże, kalendarze. I modlitwy, jak: „Matko módl się za nami”, „Jezu wróć”, „Śmierć naszym wybawieniem”. W piwnicach przy ulicy Strzeleckiej 8 zachowały się setki takich śladów po więzionych Polakach. W kilkunastu byłych celach można usłyszeć dokumentalne nagrania byłych więźniów. Oto jedno z nich:

 

   „Wjechaliśmy w podwórze dużej  kamienicy. Kazano wysiadać. Jeden ze współwięźniów poznał, że jesteśmy w posesji jego rodziny na Pradze, zajętej przez NKWD na ulicy Strzeleckiej. Znowu rozlokowano nas w małych piwniczkach na węgiel. Ja się znalazłem się z jednym kolegą z Włoch, drugiego nie znałem. Klitka tak mała, że z trudem mogliśmy się koło siebie położyć. Głowy dotykają jednej ściany, a od nóg do przeciwległej nie było nawet kroku. Słowem, rozmiar grobu. Podłoga gliniana, pokryta grubą warstwą miału węglowego i cieniutką warstwą czegoś… Żadnego okienka. W kompletnej ciemności przesiedzieliśmy kilka dni, tracąc kompletnie poczucie czasu. Potem zainstalowano żarówkę, żarzącą się czerwonym nikłym światłem. Paliła się dla odmiany całą dobę, do reszty rozstrajając nerwy i wyżerając oczy. Bicie nas dwóch było niczym w porównaniu z naszym trzecim towarzyszem. To był prawdziwy bohater męczennik. Niestety, nawet jego nazwiska zanotować nie mogę. Mam wrażenie, że używany przez niego „Borowicz” był pseudonimem. W śledztwie żądano, aby wydał innych. A on milczał. Przez kilka dni, może nawet tydzień, bito go prawie bez przerwy, dzień i noc. Na krótkie pauzy powracał do naszej piwnicy. Krew mu szła nie tylko z nosa, ust, uszu, ale po prostu ze wszystkich otworów ciała. Odebrano mu kożuch. W piekielnym zimnie leżał więc między nami dwoma przykrywając się naszymi płaszczami. Nogi od bicia tak mu spuchły, że musiał chodzić boso…Dwa razy na dobę wypuszczano nas do ubikacji z dziurą w podłodze. Biedak nie mógł sam iść. Prowadziliśmy go więc, a właściwie ciągnęliśmy pod ręce…Któregoś dnia rozebrać się już nie mógł. Zdjąłem mu ubranie, potem bieliznę i widzę w półmroku, że ma na sobie jeszcze coś ciemnego. W pierwszej chwili sądziłem, że to trykot. Dopiero gdy dotknąłem poczułem, że była to skóra koloru ciemnobrązowego, od stóp do głowy. Biedne skatowane ciało odmawiało mu kompletnie posłuszeństwa. […] Pazurami wydłubaliśmy w kąciku celi dziurę, do którego krwawo wymiotował […] W nocy majaczył i nieprzytomnie i szeptał: boli, boli, boli […] Biedny męczennik niedługo potem, w nocy, skonał”.

 

Dr Tomasz Łabuszewski z IPN, autor ekspozycji przy Strzeleckiej 8:

 

   – To wszystko potwierdza, że brunatną okupację w Polsce zastąpiła okupacja czerwona. Oprawcy, którzy tu pracowali i mieszkali niczego nie żałowali. Nie przeszkadzały im ani numery cel pozostałe na drzwiach piwnic, ani setki inskrypcji. Ale paradoksalnie, dzięki temu swoistemu, trudnemu do zrozumienia poczuciu wrażliwości, te materialne ślady komunistycznego terroru dotrwały do naszych czasów. Oni je dla nas zachowali.

 

Czerwona mapa Warszawy miała złowrogie, straszliwe rozmiary. To ponad 17 tysięcy aresztowanych przez WUBP w Warszawie, ponad 4 tysiące zatrzymanych przez stołeczną „bezpiekę”, to 8 tysięcy powstańców warszawskich wpisanych do tzw. ewidencji operacyjnej. To obraz stolicy żyjącej przez całą pierwszą powojenną dekadę w cieniu „czerwonej mapy”.

 

Tekst i zdjęcia: Teresa Kaczorowska

 

Artykuł ukaże się w najbliższym „Forum Dziennikarzy”

 

Budynek przy Strzeleckiej 8 obecnie

 

 

Izba Pamięci IPN „Strzelecka 8”

 

 

Była więźniarka Strzeleckiej 8, Krystyna Miszczak-Opałło ps. „Elżbieta”, liczy dziś 99 lat

 

Piwnice, które w latach 1944-48 były więziennymi celami dla polskiego podziemia niepodległościowego