Zmarł Jarosław Kawecki wieloletni dziennikarz Polskiego Radia

Nie żyje Jarosław Kawecki, wieloletni dziennikarz Polskiego Radia związany m.in. z Radiem Kierowców. Korespodnent PR3 w Holandii. Nagordzony Złotym Mikrofonem w 2019 r. Miał 67 lat.

Pogrzeb odbędzie się w piątek 9 grudnia w Białowieży.

– Informacje Radia Kierowców, które prezentował na antenie, to były małe dzieła sztuki, nierzadko małe felietoniki. Nie tylko suche informacje. Potrafił skłonić do zastanowienia, potrafił sprowokować kierowców i pasażerów do tego, żeby wzajemnie siebie zauważali. Umiał sprowokować słuchaczy do gorących dyskusji, które trwały czasem cały jego dyżur – wspominał Jarosława Kaweckiego cytowany przez IAR dyrektor Programu 1 Polskiego Radia Marcin Kusy.

Red. Jarosław Kawecki był związany z Polskim Radiem od lat siedemdziesiątych. Pierwotnie w Rozgłośni Harcerskiej, trafił na praktyki studenckie do Andrzeja Turskiego i dzięki niemu znalazł się w pierwszym zespole Trójki. Obrosły legendą jego wspaniałe montaże (wtedy jeszcze z taśm na stole montażowym) gdzie potrafił wycinać z przegranych z płyt utworów trzaski lub sprawić, że The Rolling Stonesi śpiewali po polsku i to brzydkie wyrazy.  Jego wielki talent, wiedza, ucho i nerw radiowca sprawiały, że był dla wielu kolegów wzorem, a nawet ze zwykłego serwisu czy informacji o wypadkach drogowych potrafił stworzyć prawdziwa radiową perełkę. W stanie wojennym nie powrócił na antenę, został managerem grupy Rezerwat, by w 1982 r. wyjechać na emigrację do Holandii. Od 1992 r. był stałym korespondentem Programu 3 Polskiego Radia w Holandii. Po powrocie do Polski w 1995 r. pracował w Trójce jako dziennikarz – prowadził poranki, ale też zajął się produkcją dżingli. Od 2013 r. w Jedynce, gdzie prowadził audycje Radia Kierowców. Jego miniatury przeszły do historii – w 2019 r. odebrał za nie Złoty Mikrofon. Od kilku lat był na emeryturze.  Zmarł 2 grudnia w Białowieży. Miał 67 lat.

Pogrzeb odbędzie się w kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Białowieży w piątek 9.12.2022 r. o godz. 12:00 a uroczystości żałobne zakończą się na miejscowym cmentarzu.

opr. jka, źródła: MŚM, Polskie Radio, emodKS

Fot. archiwum HB

WALTER ALTERMANN: „Reduta” pani Strzępki

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł unieważnił wybór Pani Moniki Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wobec czego władze stolicy powierzyły jej stanowisko doradcy dyrektora. Zrobiła się afera, że hej. Można usłyszeć głosy, że jest to cenzura, zamach na wolność artysty, na ruch feministyczny oraz wolność kobiecą sui generis.

A ja mam niemal 100 procent pewności, że unieważnienie wyboru p. Strzępki było iście machiawelicznym planem PiS. Partia ta, z całą pewnością, wiedziała, że zawieszona zacznie się ostro i głośno bronić, a tym samym w pełni odsłoni pełną naturę swej kobiecości. I nie mam tu na myśli intymnych części ciała p. Strzępki, bo dla niej kobiecość jest zawołaniem bojowym, sztandarem jej armii i drogowskazem w życiu. A herbem wagina.

Tematy

Portal culture pl tak pisze o jednym ze spektakli pani Strzępki:

W głośnej „Tęczowej Trybunie 2012” Strzępka wzięła na reżyserski warsztat temat mniejszości seksualnej – geje walczą u niej o prawa do własnego sektoru na Stadionie Narodowym. „Tęczowa…”  nie jest jednak, jak zauważa Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej, interwencyjną wypowiedzią w sprawie gejowskiej inicjatywy.

Wszyscy jesteśmy pedałami – mówi jedna z postaci. I taki właśnie przekaz płynie ze sceny. Nie ma tu znaczenia orientacja seksualna – rzecz w tym, że dokładnie tak jak „tęczowi” w spektaklu traktowani są wszyscy obywatele w relacjach z władzą. Teatralny duet stawia Polakom gorzką diagnozę, bez taryfy ulgowej. To nie może się udać – wydają się mówić Strzępka i Demirski. Więcej: w tym kraju nic nie może się udać. „Tęczowa Trybuna 2012” miała premierę rok przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej Euro 2012.

Dlaczego pani Strzępka została dyrektorem zasłużonej sceny

Poznawszy dotychczasowe osiągnięcia zawodowe p. Strzępki, muszę stwierdzić, że działała dotychczas w teatrach prowincjonalnych, skupiając się na tworzeniu spektakli mających charakter manifestów politycznych i społecznych. Nie ma w tym nic złego, teatr ma różne formy i bardzo różne przesłania. Ale w historii to też się zdarzało. I nie zawsze takie nominacje okazywał się całkiem udane. Jednakże w przypadku pani Moniki Strzępki nadzieje na pozytywne efekty są malutkie.

Podejrzewam bowiem, że głównym powodem powołania p. Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego była jej działalność „na niwie” feminizmu. Pani Strzępka jest przecież jedną z najbardziej aktywnych i głośnych feministek w kraju. Znana też jest z atakowania władz Warszawy, za zbyt małą aktywność, za zbyt słabe wspieranie feministek, ruchów LGBT+ oraz wszystkich mniejszościowych ruchów. Dość powiedzieć, że właśnie w walce o „ukobiecenie” stolicy zaistniała pani dyrektor.

A ponieważ żadna władza – tak państwowa, jak magistracka – nie lubi wytykania jej błędów, to władze Warszawy postanowiły, zagospodarować jakoś liderkę feministek. I dały jej stanowisko eksponowane i ważne. Na co liczyły władze stolicy? Mam podejrzenia, że na uspokojenie pani Strzępki. Tak jak to stało się w Łodzi.

Jak to w mieście Łodzi było

Kilka lat temu w Łodzi niezwykle aktywna była Partia Kobiet. Niemal co tydzień panie manifestowały przed magistratem, atakując władze miejskie żądaniami w duchu LGBT+. Tak naprawdę prawdziwie kobiecych haseł tam się nie słyszało. Nie było mowy o równym traktowaniu kobiet jako pracowniczek i nic o żłobkach, przedszkolach. Czysta walka o prawa dla mniejszości seksualnych.

Przed kolejnymi wyborami samorządowymi prezydent Hanna Zdanowska zaproponowała awanturującym się kobietom z Partii Kobiet start z listy KO. W wyborach przepadły, ale za to obsadziły bardzo wiele miejskich domów kultury i innych instytucji do kultury zbliżonych. Na szczęście żadnego z łódzkich teatrów nie było w tej ofercie.

I co się w efekcie stało? Liderki Partii Kobiet przestały mieć pretensje do magistratu, uspokoiły się i zaczęły się pracować. Czy zostały skutecznie przekupione, jak pracują? To już zupełnie inny temat.

Jeżeli prezydent Trzaskowski chciał powtórzyć ten manewr, to popełnił dwa błędy. Zdanowska nie dała żadnej z awanturujących się kobiet nawet małego forum do zaistnienia, a on dał. No i żadna z łódzkich Partyjnych Kobiet nie była artystką, a pani Strzępka jest. Tym samym prezydent ukręcił sobie bat na własny tyłek. Ale jak tam już wola…

Reduta feministek

Pani Strzępka w jednej ze swych ostatnich wypowiedzi stwierdziła, że Teatr Dramatyczny będzie redutą feministek. I tu już przesadziła. Albo z niewiedzy albo z pychy. Obstawiałbym pierwszy wariant.

Otóż REDUTA to wielkie dla polskiego teatru hasło. Reduta była teatrem eksperymentalnym, założonym przez Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego. Istniała w latach 1919–1939 i była pierwszym w Polsce teatrem-laboratorium, zakładającym poszukiwanie nowych metod pracy aktorskiej. Inspiracją dla twórców były idee głoszone przez Konstantego Stanisławskiego, a przede wszystkim jego działalność w moskiewskim teatrze MChAT.

Pierwszym przedstawieniem Reduty było „Ponad śnieg bielszym się stanę” Stefana Żeromskiego, w reżyserii Juliusza Osterwy i z nim w roli Wincentego Rudomskiego oraz Wandy Siemaszkowej jako jego matką, w dekoracjach Zbigniewa Pronaszki. Osiągnięcia artystyczne, powtórzę artystyczne, Reduty miały wielki, pozytywny wpływ na cały polski teatr. Ale też Osterwa był wybitnym artystą.

Myślenie hasłowe

W licznych wywiadach pani Strzępki, jakich udzieliła po zawieszeniu jej, można zauważyć, że zachowuje się jak uliczna manifestantka. Brak cienia refleksji, żadnego momentu zastanowienia. Po prostu słowotok, jakby przemawiała przez megafon do grupy współtowarzyszek walki.

Zauważyłem też, że p. Strzępka nie posługuje się argumentami i nie umie dyskutować. Ona jedynie monologuje, a właściwie krzyczy. W różnych wywiadach operuje ledwie kilkoma argumentami, z których najważniejsze to:

– Nie można definiować kobiety z męskiego punktu widzenia.

– Za dużo w naszej realnej i mentalnej przestrzeni sterczących fallusów.

– Nadszedł czas władzy naszej – to do Moniki Olejnik – mokrej pani.

– Wystawienie instalacji, rzeźby waginy w naszym teatrze jest oznaką buntu kobiet przeciw męskiej dominacji.

– Pałac Kultury to fallus, znak falliczny.

Jakieś wnioski?

Tym felietonem chciałem podjąć dyskusję z panią Strzępką, ale… nie warto. Nie warto poważnie dyskutować z szaleńcami. A szczególnie z wulgarnymi kobietami.

Obawiam się, że p. Strzępka cierpi na głęboki mizoandryzm, czyli na nienawiść do mężczyzn. Zauważmy też, że co jakiś czas prasa donosi, iż jakaś pani obcięła jakiemuś panu przyrodzenie. Dlatego w czasie nowych znajomości, kontaktów z przygodnie poznanymi paniami należy głęboko schować brzytwy i ostre noże, bo może być za późno.

A konkretnie co do pani Strzępki… Przypomina mi ona, á rebours, młodą mężatkę ze starego szmoncesu, w wykonaniu Lopka Krukowskiego: Żydowskie małżeństwo udało się w podróż poślubną do Włoch. Po pierwszej nocy państwo młodzi wychodzą na taras, widok jest zachwycający. Pan młody mówi:

– Popatrz jak pięknie… Jak te szczyty gór dumnie sterczą w niebo… A te potężne sosny, jak ocierają się o chmury… A na jeziorze, ten wielki żaglowiec, z tym ogromnym masztem…

– Ty milcz – mówi żona.

 

"To Tylko Chwile" Fot. ze strony internetowej Mirosławy Kempińskiej-Mirosławskiej; www.miroslawska.pl

BOGUMIŁA KEMPIŃSKA-MIROSŁAWSKA: Pierwszy wiersz powstał z zakochania

Lekarka, specjalistka chorób wewnętrznych, zafascynowana historią medycyny, pisarka, poetka, dziennikarka (SDP Łódź), blogerka. Z miłości do lasu – wędrowiec i fotograf przyrody, czyli Bogumiła Kempińska-Mirosławska. Urodzona w Łodzi autorka czterech książek literackich: „Życie niedokończone”, „Przemiany”, „Chimera” oraz najnowszego tomiku wierszy „To Tylko Chwile”, czyli poetyckiej refleksji nad czasem.

Współautorka m.in. pracy zbiorowej z historii medycyny pt. „Dzieje medycyny w Polsce. II RP” oraz kilku wydań tomików wierszy. Autorka kilkuset tekstów: dziennikarskich, publicystycznych, blogowych, felietonów, artykułów popularno-naukowych oraz naukowych.

Mówi o sobie, że kocha jesień, zimowe wieczory z książką i aromatyczną herbatą, poranną gorącą, czarną kawę, oswajanie nowych dróg i bezdroży podczas leśnych wędrówek, podglądanie przyrody oraz rozmowy o życiu.

„Pierwszy wiersz powstał z zakochania, ale nie w poezji, ale w koledze z wyższej klasy. Było to więc wieki temu. A potem zakochałam się w poezji. W niej byłam w stanie wyrazić to, czego nie potrafiłam nazwać wprost. Metafory bowiem czynią cuda. Dotykają istoty rzeczy, używając oszczędnie słów, nie etykietują, zostawiają pole do interpretacji, pozwalają się spotkać poecie i czytelnikowi często w bardzo intymnym obszarze uczuć, bez poczucia zawstydzenia, lęku, jednym słowem pozwalają stanąć w prawdzie bez winy” – napisała autorka.

Tomik „To Tylko Chwile” – jak zaznacza pisarka i poetka – też powstał, aby stanąć w prawdzie „wobec tego, co dotyka nas, każdego, na co dzień, czyli upływ czasu. Mogę sobie na to pozwolić, bo już wiem, co to przemijanie – jestem przecież ‘późną pięćdziesiątką’, ale dzięki temu wiem też, co to jest smakowanie każdej chwili. Bo życie to tylko chwile i aż chwile. Niech więc będą poezją” – podkreśla Kempińska-Mirosławska i dodaje, że zamierza teraz powrócić do prozy…

 

Senność

w kołysce mgieł

zasypiają wrzosy

w których spokojność

znalazły świerszcze

 

i babiego lata

srebrzyste włosy czesane

słońcem wiatrem deszczem

 

Fragment wiersza z tomiku „To Tylko Chwile”

Bogumiła Kempińska-Mirosławska

SCRIPTI VERBI

Łódź 2022

 

Jak media mogą zapobiegać samobójstwom

Bezpłatne szkolenia dla dziennikarzy na temat zasad prawidłowego informowania o zachowaniach samobójczych w mediach organizowane są  w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Dla tych, którzy nie mogą wziąć w nich udział stacjonarnie przygotowano webinar.

Według danych Komendy Głównej Policji każdego roku w Polsce ponad 5 tys. osób odbiera sobie życie, a ponad dwukrotnie większa grupa podejmuje próby samobójcze. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) szacuje, że w populacji naszego kraju prób samobójczych może być nawet 20 razy więcej niż samobójstw. Każde samobójstwo i próba samobójcza wpływa na dwadzieścia osób z najbliższego otoczenia.

Eksperci Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym Instytutu Psychiatrii i Neurologii
w Warszawie opierając się na międzynarodowych badaniach i zaleceniach opracowali Rekomendacje dotyczące informowania o zachowaniach samobójczych, które stanowią swoisty drogowskaz, jak tworzyć treści, aby nie były zagrażające czy szkodliwe i nie wywoływały niebezpiecznych następstw w postaci kolejnych prób samobójczych, a przyczyniły się do wywołania efektu Papageno, czyli zmniejszenia liczby zachowań samobójczych.

W ramach bezpłatnych szkoleń dla dziennikarzy, które prowadzone będą przez ekspertów suicydologów, osoby uczestniczące w szkoleniu poznają podstawowe dane i informacje dotyczące zachowań samobójczych, a także zasady prawidłowego informowania o zachowaniach samobójczych w mediach. Poruszone zostaną zarówno tematy dotyczące zagadnień teoretycznych, jak i praktyczne wskazówki dotyczące tworzenia bezpiecznych materiałów  z zakresu tej tematyki.

Termin szkoleń stacjonarnych

2 grudnia – prowadzi  Małgorzata Łuba, Kraków , Hotel Archeion, ul. Św. Filipa 23/3, godz.  9.30-14.30. Zapisy: : https://forms.gle/GsKbBTQgbE6bQcjc8

6 grudnia – prowadzi Lucyna Kicińska, Warszawa, Instytut Psychiatrii i Neurologii, ul. Sobieskiego 9 (sala konferencyjna Kliniki Psychiatrii Sądowej, tzw. „sądówka”), godz. 13 -18. Zapisy: https://forms.gle/6R9Egoe84qhJGkcM7

9 grudnia – prowadzi Adam Czabański, Poznań, , Hotel IOR – Centrum Kongresowe, ul. Władysława Węgorka 20, godz. 9. 30 – 14.30. Zapisy: https://forms.gle/4QwhJn4sL2qCN9v19

Webinar

5 grudnia  – prowadzi Małgorzata Łuba, godz. 13 – 14.30, Zapisy: https://biurozzs.clickmeeting.com/rola-dziennikarza-w-zapobieganiu-zachowaniom-samobojczym-grudzien/register

W teatrze trudniej włożyć maskę komediową niż tragiczną Fot. archiwum

JAN TESPISKI: Ile jest naprawdę jest dowcipów (20)

To rzecz nieznośna, a nawet i zdrożna,

Że już we własnym domu nic robić nie można.

To mój ukochany cytat. Ta kwestia hrabiego Wacława – przyłapanego przez żonę Elwirę, na miłostkach ze służącą Justysią – pochodzi z „Męża i żony” Aleksandra Fredry. Prawda, że piękny przykład dobrego dowcipu, biorącego się z myślenia pradoksalnego? Komedia to bardzo poważny temat. Naprawdę trudniej jest wyreżyserować komedię, niż dramat. I trudniej jest być aktorem komediowym, niż aktorem od tragedii i dramatu. Przede wszystkim aktor komediowy musi być obdarzony umysłem krytycznym, pozwalającym mu dostrzec i zagrać paradoksy.

Oczywiście widzowie uważają, że jest odwrotnie. Być może dlatego, że mało jest dobrze napisanych współczesnych polskich komedii. Na naszych scenach królują angielskie farsy, dowcipne, to fakt, ale nie są to jeszcze komedie. Dzisiaj tak jest, ale w dawnych wiekach wybitnych komediopisarzy było wielu, i byli niezwykle cenieni, że wspomnę jedynie Moliera. Inna sprawa, że dzisiejszy widz jest przekonany, że komedia to kabaret i zdziwiony jest, że nie ma z czego rechotać.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka anegdot, których bohaterem był aktor, obdarzony wielkim talentem komediowym, aktor łódzkich scen Stanisław Marian Kamiński.

Kto zabił?

W dawnych dobrych dla sztuki czasach Teatr Telewizji gromadził przed telewizorami miliony ludzi. Może dlatego, że była to nowość, a może dlatego, że telewizja w ogóle była nowością? W każdym razie poniedziałkowe wieczory z teatrem były świętem w większości polskich domów.

W pierwszych latach Teatr Telewizji realizowany był na żywo, bo nie było jeszcze urządzeń do rejestrowania widowisk. Nie dziwota więc, że w studiach telewizyjnych, w czasie emisji teatru panowało wielkie napięcie. Aktorzy wiedzieli, że niczego się nie wytnie i nie powtórzy, reżyserom i realizatorom latały ręce, a za kamerami czuwali inspicjenci i suflerzy. Oczywiście nie obywało się bez wpadek, ale one – o dziwo – świadczyły o autentyczności, prawdzie grania. Różnica była tak jak pomiędzy meczem na żwywo, a powtórką.

W łódzkim studiu telewizyjnym, w latach sześćdziesiątych, realizowano jakiś kryminał. Przebiegłego inspektora policji, który rozszyfrowuje skomplikowaną zagadkę morderstwa grał Stanisław Marian Kamiński. Niestety, w finałowej scenie, gdy miał przyszpilić swą przenikliwą dedukcją zbrodniarza zupełnie się pogubił. Wyszło to mniej więcej tak:

– Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie przesłanki, stwierdzam, że to pan jest…

I tu wskazał palcem na jednego z aktorów. Wskazany aktor zbladł i zachwiał się… Inspicjent, stojący za kamerą złapał się za głowę.

Kamiński zrozumiał, że to nie ten… Ale kto zabił? I co zrobić, z tym, które mordercą nie jest?  I nagle olśniła go myśl! Nie spuszczając wzroku z tego, którego wskazał, mówił dalej…

– Tak, tak bym powiedział, gdybym kierował się się jedynie antypatią do pana… Ale naprawdę, zabójcą jest…

I tu wskazał na innego z aktorów. Ale znowu nie trafił. Znowu omdlał inspicjent, aktorzy zbledli… Ale Kamiński ratował sytuację i mówił…

– Był pan ogromnie podejrzany i wskazałbym na pana, bo miał pan istotne powody, żeby zamordować…

W tym momencie, już aktorzy, sufler, inspicjent… wszyscy, których nie widziuała kamera palcami wskazali, na tego, który naprawdę był mordercą. Finałowa scena, w końcu, przyniosła Kamińskiemu sukces, bo jednak wskazał prawdziwego zabójcę.

Minęło jakieś 10 lat. Stanisław Marian Kamiński pojechał na gościnne występy ze swoim teatrem do rodzinnego miasta, do Konina. Po spektaklu, przy wyjściu z teatru czekała na niego koleżanka szkolna. Wręczyła mu kwiaty, pogratulowała, mówiąc, że sztuka bardzo jej się podobała. A potem przeszła do rzeczy:

– Stasiu kochany, ty mi wreszcie powiedz, kto w tej telewizyjnej sztuce naprawdę zabił?

Za krótkie nogi

Na komediowej scenie „7,15”, na której teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi grał lżejszy repertuar, w jednej z fars występował Stanisław Kamiński. I jak to farsach bywa, akcję napędzały szybkie zmiany dekoracji i „gwałtowne” upływy czasu akcji.

W pewnym momencie Kamiński wychodził ze sceny, ubrany we frak i dosłownie po chwili wracał na scenę w płaszczu, meloniku i z laską. Żeby ten efekt osiągnąć, w kulisie czekał na niego garderobiany, który szybko podawał mu płaszcz i wręczał melonik, i laskę. Niestety garderobiany ciągle sie gdzieś gubił, zawsze był spóźniony. A na scenie panowała wtedy martwa cisza.

Po kolejnej wpadce, już po spektaklu, Kamiński urządził garderobianemu dziką awanturę.

Chwilę później, w garderobie koledzy ujęli się za nieszczęśnikiem.

– Stasiu, niepotrzebnie tak go skrzyczałeś, naprawdę – powiedział pierwszy z kolegów.

– Przecież wiesz, że on ma jedną nogę krótszą – uzupełnił argumenty obronne drugi z aktorów.

– Taaak… – powiedział po dłuższej chwili Kamiński. – A ja mam obie nogi krótsze. I nade mną nikt się nie lituje.

A trzeba nam wiedzieć, że Stanisław Marian Kamiński nie byly mężczyzną nazbyt wysokim.

Ile jest naprawdę dowcipów

Jak to często bywa, w przerwie spektaklu, aktorzy rozmawiali dla zabicia czasu. Jeden z nich streszczał pozostałym jakiś film, na którym się setnie ubawił, cytując kilka udanych – jego zdaniem – dowcipów z tego dzieła.  Na to odezwał się Kamiński, tego dnia chyba nie w sosie:

– Dowcipów, w sumie jest tylko dziesięć, po jednym na każde przykazanie. Reszta to tylko warianty.

Ile kosztuje cegła

Innym razem, w czasie dłuższego wyjazdu autokarem, na gościnny występ, aktorzy rozmawiali o upadającej polskiej gospodarce. A że była to końcówka czasów Gierka, to dyskusja była gorąca i miejscami śmieszna, bo przecież żaden z nich nie był znawcą polityki i gospodarki. W pewnym momencie dyskutanci zapętli się, zabrakło im argumentów i podniety do dalszej dyskusji, więc jeden z zwrócił się do Kamińskiego:

– A ty Stasiu nic nie mówisz? No, kto ma w tym wszystkim rację?

– Dopóki – zaczął Kamiński – nie dowiem się dlaczego zwykła cegła kosztuje w Polsce 2,50 zł, a nie 2 zł lub 3 złote… to ja w dyskusjach ekonomicznych udziału nie biorę. Jak rząd ujawni prawdę o cegle, to pogadamy,

Zdzisław Starostecki 1919 - 2010; zdj: Źródło: archiwum śp. Zdzisława Starosteckiego

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Patrioty dla kraju twórcy Patriotów

Jak psu kość należą się Polsce amerykańskie Patrioty. Oczywiście jest to amerykańska broń ale z dużym wkładem Polaka. I za chwilę będzie o nim. Najpierw zajmę się sprawą „darowizny” niemieckiej w sprawie której gorąco optują i obrażają wybraną przez suwerena władzę miłośnicy PO i PSL. W dyskusjach opowiadają o niechęci ze strony prawicy przyjmowania Patriotów. Jak się sprawy miały i jak się toczą każdy może wyrobić sobie zdanie i tak powinno być, ale decyzję podjąć powinien minister obrony narodowej, bo od tego jest. Czekamy. I ani posłanki ani posłowie nie będą w tej sprawie decydować, ponieważ są od ustanawiania prawa a nie od rządzenia.

A teraz o udziale Polaka, żołnierza, męczennika łagrów, generała a wreszcie i przede wszystkim inżyniera niesłychanie zdolnego, ponieważ był w zespole, który pracował i dopracował się wyrzutni rakietowej Patriot. To inżynier Zdzisław Starostecki. Każdy łatwo może osobiście sprawdzić to co piszę. Wystarczy uruchomić Internet. PAP tak opisuje bohatera”

” Zdzisław Julian Starostecki urodził się 8 lutego 1919 r. w Łodzi. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Wstąpił do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce, która później przeobraziła się w Związek Walki Zbrojnej, a następnie w Armię Krajową. Był więźniem sowieckich łagrów na Kołymie, skąd dostał się do armii generała Władysława Andersa. Przeszedł z nią szlak bojowy do Włoch.

Starostecki był bohaterem bitwy pod Monte Cassino. Został ranny pod Bolonią. Po wojnie wybrał emigrację. Mieszkał w Londynie. W latach 50. pojechał do USA, gdzie po skończeniu studiów inżynierskich pracował dla przemysłu zbrojeniowego i armii amerykańskiej. Był jednym z konstruktorów i twórców systemu obrony przeciwrakietowej Patriot.

W 2009 r. został mianowany na stopień generała brygady przez prezydenta Lecha. Kaczyńskiego. Starosteckiego odznaczono m.in. Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Trwają starania o pośmiertne odznaczenie generała Orderem Orła Białego.

Zdzisław Starostecki zmarł 31 grudnia 2010 r. w swoim domu na Florydzie w USA” – napisano w PAP na początku 2022 roku.

W 1992 roku gdy byłem stypendystą telewizji Canal 9 w Nowym Jorku rozmawiałem z generałem inżynierem. Omawialiśmy film dokumentalny o jego życiu. Wróciłem do Warszawy i niestety poraz kolejny wyrzucono mnie z telewizji, ponieważ zmienił się prezes, tak zresztą wiele razy w czasie mojej kilkudziesięcioletniej pracy dziennikarskiej. Może teraz znajdzie się prezes TVP, który da młodemu, zdolnemu i chętnemu na film dokumentalny o dokonaniach generała inżyniera Zdzisława Starosteckiego.

 

 

Fot. Pixabay

WOŁODYMYR SYDORENKO: „Przyjaciele Krymu” są wrogami pokoju

Od dawna wiadomo, że przestępca stara się zaangażować w swoją zbrodnię jak najwięcej wspólników. Wtedy czuje się spokojniej i pewniej. Tak działa Rosja. Po zajęciu Krymu Moskwa stworzyła na arenie międzynarodowej Klub „Przyjaciół Krymu”, kupiła do niego polityków, którzy nawet wbrew oficjalnej linii politycznej swoich krajów, zaczęli wspierać wojnę Rosji na Ukrainie.

Ostatnio „Przyjaciele Krymu”, przy udziale rosyjskiego MSZ, zorganizowali w Moskwie piątą konferencję. Przyjechało tylko 50 obcokrajowców z różnych krajów, ale niewielka liczba „przyjaciół” nikomu nie przeszkadzała, najważniejsze było zadeklarowanie całemu światu, że Rosja wciąż ma swoich „przyjaciół”. Kremlowscy propagandyści nazywają takie konferencje „dyplomacją ludową”, choć z reguły biorą w nich udział niepopularni i nieuznawani posłowie lub mało ważni działacze. „Wiceprzewodniczący Rady Ministrów” Krymu Gieorgij Muradow powiedział, że „kiedy wracają do domu, otrzymują groźby pod swoim adresem i oskarżenia o szpiegostwo”. Na przykład były dyplomata z Grecji, Kostas Isikhos, nie przybył do Moskwy, do którego oficjalne władze jego kraju wysłały ostrzeżenie: „Zdecydowanie zalecamy dobrowolne zwrócenie się do organów ścigania w celu uniknięcia przestępstwa odpowiedzialność za szpiegostwo na rzecz obcego państwa lub publiczne oświadczenie o odmowie współpracy z reżimem Putina”.

Dlatego pozostałych członków klubu „Przyjaciół Krymu” prosi się, aby nie reklamowali swojego udziału, nie rozpowszechniali informacji o nim. Tym samym „przyjaciele Krymu” zamienili się w tajne, podziemne stowarzyszenie, które wbrew całemu światu popiera rosyjską agresję i jej autorów, niedawno uznanych przez Parlament Europejski za „sponsorów terroryzmu”.

Ale „przyjaciele Krymu” wciąż działają i rozpowszechniają kłamliwą rosyjską propagandę. Na przykład  Ján Čarnogurský, w latach 1991 – 92 premier Republiki Słowackiej ramach Czechosłowacji, zaczął wspierać wojnę z Rosją i zaprzeczać możliwości przystąpienia Ukrainy do NATO.

Rosyjski działacz polityczny Ołeksij Puszkow mówił o potrzebie „zerwania z Zachodem i dążenia do nowego porządku światowego”. Powtarzał takie bzdury, jak „próba Zachodu ustanowienia totalnej hegemonii”.

Jego zdaniem „rośnie rola BRICS”. Twierdzi, że „12 kolejnych krajów chce do niego dołączyć, w tym Arabia Saudyjska, Egipt, Turcja…” To zaskakujące – dlaczego jeszcze nie przystąpiły?

Przemówienie przedstawiciela Beninu, niewielkiego państwa w Afryce Zachodniej,  Aniseta Gabriela Kochofy, świadczy o dziwnej logice „przyjaciół Krymu”. Przytoczył słowa swojej matki, która urodziła 11 dzieci i która dowiedziawszy się o locie Jurija Gagarina w kosmos powiedziała: „Czego chcą ci biali ludzie? Co stracili w kosmosie? Na planecie Ziemia jest tak wiele problemów i oni czegoś tam szukają”. Aniset Kochofa w Moskwie powiedział, że teraz jego matka powie: „Przyjaciele, dlaczego szukamy wrogów w XXI wieku, kiedy jest tyle problemów, głodu, pandemii?” I rzeczywiście – dlaczego Władimir Putin szuka wrogów na świecie, a nie rozwiązuje globalnych problemów?

Aniset Kochofa studiował kiedyś w ZSRR i został zwerbowany przez służby specjalne, więc nie może się uwolnić od swojego wypaczonego światopoglądu nawet dzisiaj. To są te osoby, na które liczy Moskwa. Aniset Kochofa powiedziała: „1,5 miliona zagranicznych absolwentów rosyjskich uniwersytetów, do których należę, którzy mówią po rosyjsku, pozostają jej przyjaciółmi, pamiętają i doceniają lata studiów”.

Aktywnie podkreślał potrzebę użycia przez Rosję „miękkiej siły” i mobilizacji absolwentów rosyjskich uniwersytetów na całym świecie do walki o rosyjskie interesy. I był wspierany przez tych samych szpiegów Rosji z Iraku, Libanu, Syrii i innych krajów.

Rosyjski senator z Krymu Serhij Cekow twierdził, że decyzja z 1954 r. o przekazaniu Krymu Ukraińskiej SRR była niezgodna z prawem. Dlaczego? Cekow nie udzielił odpowiedzi, ale nie mógł zaprzeczyć, że ówczesna decyzja o przekazaniu została podjęta w pełnej zgodności z obowiązującym wówczas w ZSRR ustawodawstwem. Co więcej, Cekow zaczął oszukiwać uczestników konferencji, powiedział: „doprowadziło to do tego, że z biegiem lat Krym został zniszczony jako część Ukrainy, a dopiero po zrujnowaniu stał się regionem rozwijającym się”. W rzeczywistości było odwrotnie. Ukraina przyjęła Krym nie z własnej woli, ale na polecenie Moskwy. Co więcej, przyjęła półwysep w dekadę po II wojnie światowej, w ruinie, praktycznie bez gospodarki i przemysłu. Ukraina odbudowała Krym i Sewastopol, wybudowała fabryki, miasta, odrestaurowała kurort, zbudował kanał irygacyjny na Północnym Krymie, który przywrócił do życia głęboko pogrążony w depresji region.

Kolega Cekowa z Rady Federacji Rosyjskiej Wołodymyr Jabarow nadal oszukiwał obecnych, do czego użył starego kłamstwa: „gdyby nie >Krymska Wiosna<, półwysep zostałby zajęty przez NATO”. Rosja zawsze używa tego „argumentu”, kiedy zajmuje jakieś terytorium. Na przykład, gdy ZSRR wprowadził wojska do Afganistanu, moskiewscy propagandyści twierdzili, że „wyprzedzają USA o kilka godzin” dodawali, że amerykańskie wojska „już stały na granicy”.

Na konferencji w Moskwie nie mogło zabraknąć tematu Polski. Bliżej nieznany Andrij Romańczuk, który przedstawił się jako „działacz”, powiedział, że w Polsce „polityka antyrosyjska wychodzi poza skalę”. Skarżył się, że od 24 lutego 2022 r., czyli bezpośrednio po rozpoczęciu przez Rosję wojny na dużą skalę na Ukrainie, „władze miasta Białegostoku oficjalnie zerwały stosunki z organizacją (klubem „Przyjaciół Krymu”), a wszyscy zaangażowani w działalność klubu są poddawani szczeremu nękaniu, nazywani są kolaborantami i zdrajcami”.

Romańczuk dodał, że „osobnym artykułem jest prześladowanie prawosławnych chrześcijan w Polsce, zwanych piątą kolumną”.

Jego zdaniem też „nikogo nie obchodzi bezczeszczenie czy niszczenie pomników żołnierzy sowieckich, a nawet rosyjskich (przed 1917). Jeśli wcześniej można było z tym walczyć w sądzie to teraz jest to niemożliwe” .

 

Anna Walentynowicz 1929 - 2010 Fot. IPN Gdańsk

Kolejny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pokażcie dokument o Annie Walentynowicz w reż. J. Zalewskiego!

W grobie w Gdańsku nie leży ciało Anny Walentynowicz. Tam są zbezczeszczone jakieś ludzkie szczątki. Gdy Januszowi, synowi Pani Anny, pokazywano ciało matki w Moskwie w czasie dopuszczenia rodzin do oglądania zwłok – ciało Walentynowicz nie nosiło śladów poranienia. Rosjanin asystujący nieco uniósł nawet głowę, gdy Pan Janusz zbliżył się do zwłok – podkreślam jeszcze raz: ciało Anny Walentynowicz było nienaruszone. To co znajduje się teraz w grobie w Gdańsku to wynik zwyrodnienia, kolejna zbrodnia, kolejny dowód, że tam na wschodzie z nikim i z niczym się nie liczą.

O tym wszystkim jest film reżysera Jerzego Zalewskiego. To niezwykle ważny dokument. Nie zwykły film dokumentalny, ale właśnie dokument. Zdajcie sobie z tego sprawę wy wszyscy decydenci medialni. Dlaczego nie rozumiecie tak prostej sprawy. Jerzy Zalewski i ja rozesłaliśmy nagranie wielu osobom z kręgu telewizyjnego imperium i nadzoru. Otrzymuję pokrętne odpowiedzi źle świadczące o ludziach, których dotychczas szanowałem. Niby zmieniają się czasy, ustroje, decydenci a jednak i nowi przychodzą na wysokie stołki z jakimś zamuleniem w głowach. Kobieta, która stoi na pomnikach w Polsce i jest w sercach wielu rodaków, legendarna Anna Solidarność, nie może doczekać się sprawiedliwości po śmierci i godnego pochówku.

Po filmowym raporcie Antoniego Macierewicza o smoleńskiej zbrodni, po okrojonym na skutek niezrozumiałych przepychanek, uzupełniającym wiedzę dokumentalnym filmie Ewy Stankiewicz, teraz czeka na zmiłowanie dzieło bodajże najważniejsze. Musi ono być pokazane szerokiej widowni w pierwszym programie TVP. Jeśli nie o godz. 20:00 to nawet o północy, ale z odpowiednim wcześniejszym powiadomieniem telewidzów.

Film Jerzego Zalewskiego nosi tytuł „Skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy”. Jest o przebogatym życiu, o tragicznej śmierci i wreszcie o profanacji zwłok Anny Walentynowicz. Dokument jest rzeczywiście długi ale to film dużo ważniejszy niż inne. On ma utkwić w pamięci zacnych ludzi. Pozwoli zrozumieć z kim za Bugiem mamy do czynienia. Teraz gdy tamci mordują i niszczą Ukraińców i Ukrainę nikt nie powinien mieć wątpliwości kim są. Jakie mogą stanowić zagrożenie, jak są niebezpieczni!

Okazuje się, że nie dociera to do decydentów medialno-telewizyjnych, ani do ich nadzorców. Urodził się – teraz za rządów PiS – jakiś nowy typ cenzora. W TVP trwają narady, a KRRiT odwołuje się do zasad i decyzji obowiązujących na Woronicza.

Film Jerzego Zalewskiego nie powinien podlegać zwykłym regulaminom. Kiedyś podobno brutalny prezes z Katowic Maciej Szczepański mówił, że telewizja to fabryka, gdzie trzeba wbić młotkiem tysiące gwoździ. Zdaje się, że poziom umysłowy obecnych medialnych władców zbliża się do szczepańszczyzny. Tyle, że obecnie mamy podobno wolny kraj i wolę, a nie ZSRR za płotem i „wicie-rozumicie” w białym domu przy Nowym Świecie. Apeluję do nowego prezesa TVP:

– Dali Panu ogromną władzę, więc rządź Pan. Nie oglądaj się Pan na nikogo. Ten film jest wyjątkowy. Należą mu się zasady specjalne. To sprawa najwyższej wagi, bo taką sprawą jest konieczność pokazania ruskiej zbrodni.

Anna Walentynowicz czeka patrząc na to wszystko z wielu pomników i tablic poświęconych jej pamięci. To była mądra i bohaterska kobieta. To nie tylko symbol stoczniowego buntu. Gdy była młoda, mieszkała na wsi, była wykorzystywana i bita przez nadzorcę majątkowego. Ta młoda chłopka przetrwała. Była potem wykorzystywana i źle opłacana jako spawaczka i suwnicowa w stoczni. Była niezwykle odważna i mówiła prawdę. Dlatego zawierzyli jej robotnicy.

Ruski knut sponiewierał zwłoki. Różni pisarze, filmowcy i plastycy oddali jej hołd w swoich dziełach artystycznych. A teraz jest cisza. Cisza nad trumną, w której leżą sponiewierane, zbrukane zwłoki bez głowy! Film Jerzego Zalewskie to wszystko jednoznacznie pokazuje.

I jeszcze jedno. Decydenci medialni. Przecież słuchacie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. W czasie ostatnich spotkań w wielu miastach naszego kraju mówi on jednoznacznie, że Smoleńsk to był zamach, żaden wypadek. Może jeszcze nie dotarło do prezesa co wy wyprawiacie z tym filmem. Więc piszę: proszę natychmiast emitować film a przedtem go odpowiednio zapowiedzieć, nagłośnić. Po programie powinna odbyć się w studio dyskusja z udziałem twórców oraz przedstawicieli rodziny, syna i wnuka. Oczywiście należy zaprosić także tych, którzy nie wierzą w ruską zbrodnię. Może odważą się przyjść.

 

 

Fot. archiwum/ re/ h/ e

WALTER ALTERMANN: Wielkie Oszczędzanie, czyli jedna telewizja

Żyjemy w dobie potężnego kryzysu, tak mówią politycy. Tak mówią też wszystkie media. Ale jakoś tego kryzysu nie widać. No, może poza cenami w sklepach, bo tam widać, jak rosną. Zdaniem mediów mamy też potężne problemy z dostępnością gazu, węgla, ropy naftowej, w sumie z energią. Choć, jak na razie, światło jest, bloki i domy są ogrzewane, samochody i tramwaje jeżdżą…

Myślę jednak, że do zwykłych ludzi prawda o tym kryzysie jakoś nie dociera. Dlaczego? Ano dlatego, że nie widać, żebyśmy brali się za oszczędzanie. A jest ono konieczne. Tak ze względu na braki surowców, jak i ceny. I dopóki władze państwowe nie wykonają przynajmniej kilku spektakularnych ruchów w sprawie oszczędzania, to wszyscy będziemy żyli w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest dobrze, że nie musimy oszczędzać w ogóle.

Żywiąc przekonanie o konieczności otrzeźwienia narodu, pozwalam sobie podsunąć władzy jeden duży pomysł, zwany obecnie bardzo modnie „projektem”, który wstrząsnąłby społeczeństwem, ocuciłby nas wszystkich i zmusił do opamiętania, czyli do oszczędzania.

Żeby jednak wziąć się za problem, trzeba uprzednio wyzbyć się starego, klasycznego myślenia. Bo nasze dotychczasowe przywiązanie do starego stylu bycia, musi ulec drastycznej zmianie. Idea wolności w wielości, kapitalistyczne przyzwyczajenie do tego, że wielość form służy rozwojowi – musi ulec zapomnieniu. Ja widzę możliwość wielkich oszczędności właśnie w scalaniu w jedno, tego co dotychczas było naszą pseudo chlubą.

Pora zacząć oszczędzanie

Po co komu na rynku siedemnastu producentów pasty do butów? Wystarczyłaby jedna marka, byle dobra. Ale co tam buty, w końcu w kryzysie można chodzić w butach, które nie muszą błyszczeć. Naprawdę są ważniejsze dziedziny, w których możemy sporo zaoszczędzić.

Co prawda jakaś pani twierdzi, że przy 17 stopniach Celsjusza i tak jest jej gorąco, ale przecież nie chodzi o jedną czy nawet trzy gorące kobiety! Bo one całej Polski nie ogrzeją. Poza tym gorące kobiety bywają najczęściej bardzo wymagające, a tego nam jeszcze trzeba w kryzysie, żeby mitrężyć energię, która jest potrzebna do ważniejszych działań. Naprawdę nie chodzi drobiazgi, nadszedł czas na Wielkie Oszczędzanie!

Zacząłbym od telewizji. Przede wszystkim dlatego, że telewizja jest dobrem powszechnym codziennego użytku. Znacznie bardziej codziennym niż pasta do zębów. Właściwie – telewizja jest naszym wielkim uzależnieniem, dlatego właśnie od jej reformy oszczędnościowej należy zacząć Wielkie Oszczędzanie. Zmiany, jakie proponuję poniżej z całą pewnością zauważą wszyscy, tym samym do wszystkich Polaków dotrze poważna prawda, że jednak, i to już, należy zacząć oszczędzanie.

Stan obecny naszych telewizji

Zauważmy, że w Polsce mamy obecnie trzech dużych nadawców: TVP, Polsat i TVN. I to te stacje dominują w naszych telewizorach. Są też telewizje pomniejsze, są telewizje internetowe, ale to płotki przy wielorybach. Zauważmy też, że te trzy duże stacje właściwie powtarzają konkurencję. W święta narodowe i kościelne wszystkie te trzy stacje emitują te same filmy: „Potop”, „Krzyżaków”, „Ogniem i mieczem”, „Chłopów”, „Ziemię obiecaną”, „Lalkę”, „Karierę Nikodema Dyzmy” i „Samych swoich”. Te wielkie nasze klasyki oczywiście nie są emitowane przez trzy główne stacje w tym samym czasie i nie w te same święta, ale w rozliczeniu rocznym – stacje główne ciągle nadają te filmy właśnie.

Na marginesie… od 1989 roku trochę lat już minęło, a wszystkie nasze telewizji ciągle żerują na produkcji filmowej z PRL-u. Zaprzeczając jednocześnie tezie, że komuna nie była jakoby patriotyczna. Jeżeli wymienione wyżej pozycje filmowe nie są patriotyczne, to co jest patriotyczne? Komuna rządziła przez 44 lata, od czasu wolnych wyborów w 1989 roku minęły 33 lata. Obawiam się, że porównanie dorobku artystycznego, w tym filmowego, lat 1945 – 1989 z latami 1989 – 2022 wypadłoby jednak na korzyść czasów, skądinąd, słusznie minionych.

To co właśnie przedstawiłem dowodzi ukrywanego skrzętnie faktu, że mając trzy telewizje, mamy właściwie jedną. Jeżeli ktoś nie wierzy, to proszę w niedzielę przed południem przełączać z TVP na TVN, a potem na Polsat. I tak kilka razy. Okaże się, że w każdej z trzech telewizji, w tym samym czasie, siedzą przy podobnych stołach identyczni politycy i wygłaszają te same herezje. A są to „mądrości” znane już wcześniej. Gorzej, bo reprezentanci każdej z dużych partii mówią – na przykład w TVN – to samo, co w tym samym prawie czasie, mówią ich koledzy w TVP czy Polsacie.

Czy nie sądzicie Państwo, że jest to ogromna utrata energii? I to zarówno ludzkiej jak też elektrycznej. Przecież wystarczyłaby jedna audycja w jednej stacji! Pozostali uczestnicy dyskusji, z dwóch pozostałych stacji, mogliby w tym czasie tłuc schabowe na niedzielny obiad, pójść na mszę, wyjść z dziećmi na spacer… A w skrajnych przypadkach pokłócić się z druga połową – to w końcu też rozrywka.

A prąd? Ileż to energii elektrycznej marnuje się na taką wielość stacji telewizyjnych.  A energię w Polsce mamy z węgla, a węgiel zatruwa atmosferę, z czego biorą się najgorsze choroby. A marnowanie ciężkiej pracy górników, kolejarzy, którzy wiozą ten węgiel, a trud pracowników elektrociepłowni? A węgiel coraz droższy, więc trzeba oszczędzać.

Weźmy jeszcze taksówki, którymi uczestnicy dyskusji politycznych zjeżdżają do studiów? I nawet jeżeli jeżdżą elektrykami, to prąd – u nas – też rodzi się z węgla. A węgiel? Racja, o węglu już pisałem…

Dlatego mój pomysł wygląda tak:

Jedna Telewizja Państwowa

Powinniśmy dążyć do tego, żeby – z oszczędności – w naszym kraju istniała tylko jedna telewizja. I powinna to być telewizja państwowa. Przyszłość pozostałych stacji widzę tak, że same się zlikwidują. Po wdrożeniu mego projektu. Gdyby się nierozsądnie upierały, zlikwiduje się je ustawą sejmową. I już. Jak jest chęć, to i sposoby się znajdą. To ostatnie zdanie napisałem z rozpędu, bo w tej sprawie mamy przecież bogatą praktykę.

Zatem – jak powinna wyglądać ta jedna telewizja państwowa? Ujmijmy to naukowo, czyli w punktach.

  1. Nie powinna być, w żadnej mierze, kontynuacją obecnej TVP. Obecna TVP ma zbyt jasno określony profil społeczny i polityczny. Poza tym zawsze była w rękach aktualnych władz. Zmieniamy więc nazwę. Podsuwam prostą, która się sama narzuca – Jedna Telewizja Państwowa.
  2. Statut telewizji. Powinna być kierowana przez co najmniej pięciu współdyrektorów, z których każdy ma jeden głos, równie ważny, co pozostali dyrektorzy. W przypadku różnicy zdań decyduje większość.
  3. Dyrektorów powołuje Sejm i Senat, bo sprawa jest najwyższej wagi państwowej. Dyrektorzy są mianowani na czas trwania kadencji parlamentu.
  4. Każdy z dyrektorów reprezentuje jedną z partii sejmowych. Tak jak startowały w wyborach. A to, że potem, różni posłowie występują, przestępują, wstępują do innych partii, lub tworzą nowe -– to już by przy podziale telewizji nie miało znaczenia. Pod uwagę brane byłyby tylko partie wyborcze, a właściwie listy. Nie przewiduję bowiem, żeby w najbliższych dziesięcioleciach było w polskim parlamencie więcej niż pięć partii.
  5. I tu novum. Każda z partii ma taki sam głos w telewizji. Żadnych tam układów z panem D’Hondt’em. Ten pan, który tak króluje u nas w liczeniu głosów i decyduje o miejscach w polskim parlamencie, przypomina mi pewnego kelnera z dawnej restauracji łódzkiego SPATiF-u. Osobnik ten przy rachunku postępował podobnie i na zakończenie biesiady tak podliczał:

– A zatem było tak: dwa razy pół litra, trzy razy schabowy z kapustą, tatar, pieczywo, popitek, trzy kawy… co czyni razem 282 złote. Ale zaokrąglijmy tę sumę. I płacą panowie, jedynie 300 złotych.

  1. Tych pięciu dyrektorów decyduje o wszystkim. O angażowaniu i zarobkach kierowców, sprzątaczek, redaktorów każdej rangi i dziennikarzy. O wszystkim. Żadnych tam pośrednich dyrektorów i kierowników. Oczywiście ciężko im będzie się dogadać, ale batem na nich będzie to, że jeżeli nie przegłosują skutecznie jakiejś sprawy, to parlament natychmiast ich wyrzuca – bez odprawy – i wybiera następnych.
  2. O programie też decydują dyrektorzy. Na przykład, którego dnia ma iść kolejny odcinek „Korony królów”, czy też „Komisarza Aleksa”. O wszystkim.
  3. Programy polityczne będą przydzielane poszczególnym partiom. Po równo, bez uwzględnienia faktu, ile głosów ma jakaś partia w parlamencie. I tak. Niedzielne dyskusje polityczne są obsadzane w ten sposób, że pierwsza niedziela miesiąca przypada partii A, druga partii B, trzecia partii C i tak dalej. Jeżeli miesiąc ma tylko cztery niedziele, to pierwsza następnego miesiąca jest traktowana jako piąta poprzedniego.
  4. Wiadomości, które dzisiaj we wszystkich stacjach nie tyle informują, co komentują, również obsadzane byłyby sposobem niedzielnych dyskusji politycznych. Codziennie inna partia ma swojego prowadzącego komentatora, serwisantów, dziennikarzy ze stolicy i terenu… Nawet realizatorzy musieliby się zmieniać partyjnie. Bo realizator z partii B może w niekorzystnym świetle ukazywać posła z partii D.

Błogosławione korzyści

Po pierwsze – osiągniemy efekt opamiętania się u widzów, do których dotrze wreszcie prawda o potężnym kryzysie.

Po drugie – skończymy wreszcie z ględzeniem i okłamywaniem się, co do niezależności dziennikarskiej, obiektywizmu i rzetelności. Skoro wszystko w Polsce jest już partyjne, to bądźmy dorośli i szczerzy do bólu.

Po trzecie – znajdą się wreszcie pieniądze na działalność państwowej telewizji i żadna partia nie będzie już mówić o marnowaniu publicznego grosza.

Po czwarte – uwolnimy dziennikarzy od udawania, że nikomu nie sprzyjają. Prowadzący program, każdy z dziennikarzy może mówić co mu się żywnie podoba, nawet i kłamać może, jak tam wola. Ale za facetem jest plansza, i pasek płynie na dole, czyli widz ma świadomość, że ten dzień należy do partii „Wolność dla kanarków” – dla przykładu. I właśnie ta partia bierze za niego odpowiedzialność. Poza tym, następnego dnia, kolejna partia – powiedzmy – „Partia Doczesnej Szczęśliwości”, ma prawa tego kłamcę z poprzedniego dnia objechać jak Turczyna. I kłamać po swojemu.

Przesłanie

Wiem, że droga do realizacji mojego pomysłu może być długa i wyboista. Ale wszystkie wielkie idee z początku wydawały się głupie.

A tak serio… Czy wierzę w realizację tego pomysłu?  Nie, nie wierzę. Ale przynajmniej jestem szczery. I napisałem, co powyżej, z wrodzonej złośliwości.

 

Rys. Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Ani za sandałem ani za tykwą

Nie wiem co się stało w Przewodowie. To stwierdzenie zapewne ściągnie na mnie falę gromów, ponieważ większość już przecież „wie”. Chociaż nie było żadnego śledztwa, a osoby dramatu podają sprzeczne wersje.

Prawda wydaje się tu w ogóle mało komu potrzebna.

„Nareszcie”

Dla jednych o niebo ważniejsze od jakiejkolwiek prawdy jest to, że „winien jest PiS”. Autentycznie. A, bo zareagował za wolno, bo zareagował za szybko, bo „nasza obrona przeciwlotnicza nie obejmuje całości terytorium kraju”. Tak jakby obrona przeciwlotnicza jakiegokolwiek kraju obejmowała całość terytorium. Niektórzy twierdzą, że tak jest w Izraelu, ale po pierwsze nie do końca, a po drugie Izrael ma terytorium wielkości województwa podlaskiego. Pośród „totalnych” influenserów w internecie i to takich obserwowanych przez „totalne” polityczne tuzy, o lepsze walczy również teoria o tym, że to Putin i Łukaszenka wspierają PiS dając mu pretekst do „wprowadzenia stanu wojennego” żeby móc „odwołać wybory”. Naprawdę.

Dla innych z kolei najważniejsze jest że „nareszcie mamy ruskich”. Ci już wzywali do sięgnięcia po artykuł 5. NATO, który wbrew oczekiwaniom, nie jest automatyczny, ale może prowadzić do wspólnej akcji zbrojnej, czyli de facto wojny. A jeśli nie sięgnięcia po artykuł 5. NATO, to przynajmniej po jakąś rezolucję ONZ.

Jeszcze inni za najbardziej istotne uznali, że „nareszcie mamy ukrów”. Nareszcie „możemy pokazać jacy są naprawdę”. Naprawdę? Owszem, uważam, że Zełenski mógł powiedzieć „nie wiemy co się stało, badamy to, ale jeśli okaże się, że to nasza rakieta, przeprosimy i zrobimy wszystko by zadośćuczynić rodzinom ofiar”, z komunikatem o „rosyjskim ataku” nie zwlekał. Ale czy naprawdę ten tragiczny w skutkach, ale raczej wypadek, mógłby świadczyć „o Ukraińcach”, którym właśnie ruscy palą kraj i zabijają dzieci? A, że „chcą nas wciągnąć do wojny” to cóż to za odkrycie? No jasne, że chcą. To jest w ich najgłębszym interesie i gdybyśmy byli na ich miejscu, mam nadzieję, że robilibyśmy to samo. Na szczęście, póki co, nie jesteśmy.

Ani za sandałem ani za tykwą

A mnie by się marzyło żebyśmy nie biegli ani za sandałem, ani za tykwą (patrz „Latający Cyrk Monty Pythona”), tylko żebyśmy pamiętając o ofiarach, zastanowili się nad tym, gdzie w tym wszystkim leży NASZ interes i bezpieczeństwo NASZYCH dzieci. Bo logicznie rzecz biorąc jest to raczej wypadek. Po nerwowej reakcji Rosji widać, że nie chce ryzykować starcia z NATO, Ukraińcy musieliby oszaleć, żeby narazić na szwank stosunki z najbardziej przyjaznym sobie krajem. Ale czy prawdą obiektywną jest jakoś tak oficjalnie-nieoficjalnie przebąkiwana wersja o „rakiecie ukraińskiej”, czy też rację mają ci, którzy spekulują, że jednak mogła to być rakieta rosyjska, a „ukraińską” została dla świętego spokoju? Być może nigdy nie będziemy pewni czy znamy prawdę.

Napiszę brutalnie, choć prawda ma znaczenie ogromne i wszyscy w naturalny sposób dążymy do jej poznania, to tutaj nasz interes jako państwa i bezpieczeństwo naszych dzieci, są wartością jeszcze ważniejszą. Dlatego cieszę się, że rządzący nie dali się sprowokować do „szybkiej reakcji”, ani przez twitterowych mędrków, ani przez orzekające o „rosyjskiej winie” ukraińskie komunikaty. Oby chłodnej głowy wystarczyło im do końca kryzysu. Ja również, jak wiecie, mam różne do nich różne pretensje (patrz mój poprzedni tekst na stronie SDP), ale w tej sytuacji muszę im zaufać, my musimy, bo jakie mamy wyjście? Przeprowadzić referendum?

Mam tylko nadzieję, że Twitter nie jest wiernym odbiciem struktury społecznej Polski, bo jeśli tak (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami) to możliwe, że w razie czego zatłuczemy się nawzajem, zanim ruscy poradzą sobie z płotem na granicy.