Fot. Pixabay

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Obejrzałbym transmisję z egzekucji Breivika

To nie jest siła norweskiego państwa. To słabość. Wyeliminowanie kary śmierci również odbieram jako słabość. Powinna wisieć mieczem Damoklesa nad niektórymi zbrodniarzami. Niektórymi. Rzadko, naprawdę rzadko powinna być wykonywana. Breivik.

43-letni dziś Andreas Breivik znów stał się gwiazdą mediów. W 2011 roku zamordował 77 osób. W zdecydowanej większości strzelał do młodych, bezbronnych ludzi, jak do kaczek. Akcję starannie zaplanował. Zimny i systematyczny. Proces zbrodniarza stał się okazją do prezentowania przez niego rasistowskich, nazistowskich poglądów. Chore i głupie. Dostał najsurowszą w Norwegii karę, 21 lat więzienia z opcjami: 1. Wcześniejsze wyjście po 10 latach, 2. Przedłużenie wyroku, jeśli uznano by go za zagrożenie dla społeczeństwa. Skarżył się na warunki odbywania kary, które można by porównać do pobytu w trzygwiazdkowym hotelu. Nawet się o to procesował.

Teraz postanowił ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie. I tu dochodzimy do sedna. Sąd pozwolił na telewizyjną transmisję jego przemówienia. Resocjalizacja nie przebiegła jednak pomyślnie. W świat poszły zdjęcia, na których Breivik hajluje przed sądem, na których pokazuje kartki z rasistowskimi przekazami, z tymi samymi, które w 2011 roku miały uzasadniać jego zbrodnie. Dziennikarze zastrzegali się, że transmisja będzie z 1-minutowym opóźnieniem, tak, żeby można było wyciąć ewentualne, jakieś kontrowersyjne treści. Tyle, że tam były same kontrowersyjne treści. Pełen nienawiści bełkot mordercy. Opowiadał, że „przez następne 50 lat będzie walczył w nordyckim ruchu oporu”, albo że po wyjściu z więzienia „założy niewojowniczy ruch nacjonalistyczny w Europie”. Mówił też, że jest kandydatem do norweskiego parlamentu z ramienia partii nazistowskiej. Nic nieznaczące brednie? Niby tak, ale jednak chyba nie.

Zbrodnie i wystąpienia Breivika zainspirowały wielu terrorystów, którzy strzelali do niewinnych ludzi dopisując do tego ideologiczne przesłanie prezentowane przez Norwega w swoim manifeście. 18-letni David Ali Sonboly dokładnie w piątą rocznicę zamachów Breivika, 22 lipca 2016 roku zastrzelił w galerii handlowej w Monachium 10 osób, a ranił prawie 40. Fascynował go Breivik. Ten sam, któremu Norwegowie pozwalają teraz w czasie transmisji prawie na żywo w zasadzie pielęgnować swoją zbrodnię i pamięć o niej. Uczucia rodzin ofiar? Pamięć o ofiarach? Ktoś o tym pamięta?

W Stanach Zjednoczonych na egzekucje morderców zapraszane są rodziny ofiar. Mogą skorzystać, mogą nie skorzystać. Ktoś powie, że to zbyt okrutny spektakl, ktoś powie, że to elementarna sprawiedliwość. Elementarna sprawiedliwość. W zasadzie odchodzi się od bolesnego zadawania śmierci skazańcom. Ostatnią egzekucje na krześle elektrycznym wykonano w lutym 2020. Może to i dobrze.

Stoję na stanowisku, że lepiej dla świata byłoby przeprowadzić transmisję z egzekucji Breivika niż z ubiegania się przez niego o przedterminowe zwolnienie. Obejrzałbym. Elementarna sprawiedliwość. Ten spektakl ze zbrodniarzem podnoszącym rękę w geście hitlerowskiego pozdrowienia, to nie był pokaz siły norweskiego państwa.

Nowotwór złośliwy, rak. Wyciąć, żeby nie było przerzutów.

Pomnik Pękniętego Serca w Łodzi ku czci ofiar niemieckiego obozu koncentracyjnego dla dzieci

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Jaś i Małgosia, czyli niemieckiego obozu koncentracyjnego dla dzieci ślady filmowe

Niemiecki obóz koncentracyjny dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi od zawsze wywoływał emocje i zainteresowanie.

Jego małoletni więźniowie po raz pierwszy przywiezieni zostali w grudniu 1942 roku, zatem z początkiem nowego roku weszliśmy w 80. rocznicę początków obozu. Znakomitym wprowadzeniem w jego historię jest specjalna wkładka – dwunastostronicowy dodatek do „Dziennika Łódzkiego” z końca 2021 roku, przygotowany przez pracowników łódzkiego oddziału IPN.

W zamieszczonych tam tekstach można znaleźć, obok historii i topografii obozu, informacje o podejmowanych dotąd formach upamiętnienia więźniów, w pierwszym rzędzie monumencie „Pęknięte serce”, autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza, a także o filmie dokumentalnym Danuty Halladin Obóz na Przemysłowej i filmie fabularnym Zbigniewa Chmielewskiego Twarz anioła.

Warto więc przypomnieć, że dzieje obozu były częściej źródłem zainteresowania filmowców.

Nie tak dawno atmosferę podgrzała decyzja Facebooka o czasowym zablokowaniu prezentacji filmu dokumentalnego Obóz na Przemysłowej – poznaj nasz strach przygotowanego przez łódzki IPN. Co obszernie relacjonowały media.

Wcześniej, w 2012 roku, powstał filmowy reportaż Nie wolno się brzydko bawić. Hubert Kaszyński, socjolog z UJ, napisał o filmie: „…to historia człowieka, który mając lat 10, został osadzony w niemieckim obozie koncentracyjnym dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej w Łodzi. W obozowym skierowaniu stwierdzono: Stanisław Sochacki pozostaje bez opieki, włóczył się i żebrze, matka w Rzeszy. Jego historię opowiada Urszula Sochacka – córka więźnia, która prowadzi wewnętrzny dialog z ojcem oraz z tymi, którzy ocaleli.” Największą wartością filmu są relacje nielicznych już byłych więźniów i więźniarek obozu.

Film w pewien sposób przenosi historię do współczesności pokazując, jak przeżycia obozowe byłych więźniów wpływają na następne pokolenia. W scenach współczesnych uczestniczą uczniowie i nauczyciele Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, a także innych szkół. Zainteresowanie autorki (reportażystka, dziennikarka, producentka filmowa) obozem ma zresztą o wiele większy i dłuższy wymiar.

O obozie dowiedziała się po śmierci ojca w 2009 roku. Sprzątając rzeczy po nim znalazła kartkę z informacją, iż był on więziony w obozie dla dzieci.

 Zaczęła tropić temat obozu i tak trafiła do znanej już Szkoły Podstawowej nr 81, gdzie poznała Genowefę Kowalczuk, byłą więźniarkę obozu. Ze spisanych rozmów z nią oraz jej wspomnień złożyła książkę: Eee… tam, takiego obozu nie było, która ukazała się drukiem w 2019 roku.

Najbardziej (dotąd!) niezwykły obraz filmowy inspirowany obozowymi przeżyciami dzieci to Bajka o Jasiu i Małgosi, w konwencji kukiełkowej, którego autor Daniel Zagórski stworzył absolutnie osobny i osobisty, w pełni autorski obraz. Inspirowany znaną baśnią braci Grimm „twórczo” zaadaptowaną przez nazistowskich następców. Dwoje dzieci trafia do zamkniętej przestrzeni, z barakami, parkanem, strażniczymi wieżyczkami, oślepiającymi reflektorami. Nadzorcy o ptasich dziobach, w mundurach, na których da się rozpoznać hitlerowskie insygnia. I dzieci: drewniane marionetki z twarzami, które są autentycznymi fotografiami bezimiennych więźniów z obozowej dokumentacji.

W obozie dzieci pracują: dziewczynki szyją, chłopcy naprawiają jakieś części żołnierskiego ekwipunku, ciągną ciężki walec. Niektóre są zamykane w pomieszczeniu, gdzie ich ciała zostają oplątywane w kokony przez monstrualne ćmy. Tak zawinięte wywożone gdzieś na wózku. Alegoria zniemczenia? Czy może tak autor pokazał ich wyzysk, wysysanie z nich sił i życia?

Obraz filmowy niejednoznaczny w wymowie, fascynujący w oglądaniu; wędrówka przez kręgi zwyrodniałego świata. Inspirowany dziejami rzeczywistego obozu, o czym autor informuje na końcu. Film powstał w 2012 roku, pokazano go na kilkudziesięciu festiwalach w Polsce i na świecie, można i trzeba go obejrzeć, bo jest dostępny w sieci.

Napis na murze, środkowa Polska, I poł. XXI w. Fot. autor

HUBERT BEKRYCHT: Pandemia medialnej głupoty, czyli informacyjna wojna na fakty i fake newsy

Nie napiszę tutaj, czy się szczepić, czy nie. To sprawa każdego z nas. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chodzi tylko o to, aby media nie serwowały nam głupiutkiej papki faktów pełnych fake newsów i fake newsów przemieszanych z faktami, bo chodzi o życie milionów ludzi.

Media miały nie szkodzić, a dziennikarze, jak lekarze, mieli nie być rzecznikami lobby powstających tak szybko, jak dziś komisje senackie. Niestety, wielu lekarzy przepisuje leki, za które od koncernów farmaceutycznych otrzymują atrakcyjne „prezenty” takie jak safari w Kenii, czy telewizor o przekątnej ekranu przekraczającej powierzchnię ścian w prywatnym gabinecie. Niestety, wielu dziennikarzy, nawet bez „prezentów” promuje durne teorie dotyczące zarazy spowodowanej przez koronawirusa (SARS-CoV-2).

Media mające przewagę w Internecie przekazują covidowe teorie na podstawie faktów z dodatkiem fake newsów i fake newsy uwiarygodniające się szczyptą faktów. To tak, jak wspomniane senackie komisje, w których zasiadają opozycyjni parlamentarzyści izby wyższej. Powołują na świadków zagranicznych szpiegów i analityków, aby udowodnić, że polskie służby robią to do czego zostały powołane, czyli inwigilują ludzi działających wbrew polskiemu prawu, nawet tych, którzy są prominentnymi przedstawicielami opozycji. COVID-19 to jednak nie zabawa w politykę i prowokacje funta kłaków nie warte.

Gdyby przemieszane z nieprawdą informacje dotyczyły tylko polityki, edukacji, reguł matematycznych, a nawet spiskowych teorii dziejów, nie byłoby to aż tak szkodliwe. Sprawa jednak dotyczy naszego zdrowia i tutaj media powinny przekazywać fakty oraz zdania odrębne w równych proporcjach. Wiele stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i portali stara się to robić, chociaż łatwo nie jest. Niestety, w internetowej rzeczywistości, szczególnie na portalach społecznościowych będących przecież częścią mediów, hula głupota połączona z pazernością właścicieli mediów serwujących nam prawdę homogenizowaną, czyli nieprawdę. Klikalność przesłania rozum, a tu chodzi o życie i zdrowie milionów ludzi.

Prawdziwe media powinny ostrożnie i odpowiedzialnie przekazywać wszystko to, co dotyczy pandemii. Koronawirus to nie opozycja, bo patogen nie znosi próżni. Patogen nie chce kandydować, nie chce mieć większości mandatów parlamentarnych, nie chce tylko gadać. Patogen chce zabijać, a dziennikarze powinni w tym przeszkadzać, a nie kreować chaos w imię źle, naprawdę źle, rozumianej wolności a raczej „wolności” słowa. Jeśli w niektórych redakcjach tego nie rozumieją rozpuszczając fakty w śmiesznych teoriach i odwrotnie, należy rozpędzić takie redakcje. Tylko fakty w sprawie SARS-CoV-2 i dwa, trzy różne stanowiska o pandemii.

Głupich mediów nie brakuje, jeśli mają odbiorców, niechaj sobie będą. Jeśli jednak wprowadzają w błąd w sprawie pandemii,  w sprawie naszego zdrowia, trzeba je po prostu zamknąć. Pora skorzystać z tego prawa. Kto to zrobi uratuje mnóstwo istnień ludzkich.

 

Fot. Pixabay

MARIA GIEDZ: Reportaż ze świata w dobie pandemii

Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi?

Od najmłodszych lat kocham podróże i te bliskie i te dalekie. Chętnie o nich opowiadam, a ludzie lubią mnie słuchać. Często te opowieści przelewam na papier, aby podzielić się z szerszym gronem miłośników podróży oraz tych ciekawych świata. Pomimo najróżniejszych trudności, braku pieniędzy, czekania na paszport przez rok, a potem na wizę, jakoś udawało mi się poznawać świat. I im trudniej było dotrzeć w dany rejon, czasem objęty konfliktem zbrojnym, tym większe wzbudzało zainteresowanie wśród odbiorców moich relacji. I nagle wszystko się urwało. Nastała pandemia. Ludzie zamknięci w domach nawet nie chcą słyszeć o innych kulturach, o pięknych krajobrazach czy problemach społeczeństw żyjących na drugim końcu świata, którzy też zostali zamknięci, albo próbuje się to z nimi zrobić. No, może niektórzy, zmęczeni oglądaniem „kosmicznych” postaci i słuchaniem przerażających statystyk szukają czegoś, co pozwoliłoby im oderwać się od ponurej rzeczywistości. Ale jak to zrealizować, jeśli dziennikarze, ci reportażyści turystyczni również nie cieszą się pełną swobodą?

Oczywiście z tym zamknięciem trochę przesadzam, bo nadal można podróżować i można o tych podróżach pisać. Nawet znajdą się chętni, którzy to przeczytają. Tylko od podróżującego dziennikarza wymaga się spełnienia wiele dodatkowych warunków. Musi on: wykazać się posiadaniem specjalnego „zielonego” dokumentu, niestety niezbyt długo ważnego; poddawać się kilkukrotnemu pędzlowaniu nosa, bo ów specjalny dokument nie w każdym miejscu jest wystarczający; czasem bez powodu dać się zamknąć na kilka, a nawet kilkanaście dni i to na własny koszt, a przede wszystkim respektować przyjęte niemal na całym świecie stereotypowe i standardowe zasady w kontakcie z drugim człowiekiem.

Obrazek z Ciudad de Mexico, niemal dziesięciomilionowego miasta, a z przyległościami trzy razy większego, tej do niedawna barwnej, tętniącej życiem aglomeracji, miejscami niebezpiecznej również dla miejscowych, a czasem wesołej, dzisiaj ukazuje w ponad 90 proc. snujące się lub chyłkiem przemieszczające postacie. Chociaż do Meksyku wjeżdża się bez specjalnych formalności, to po co jechać na drugi koniec świata, skoro, poza pogodą, krajobrazem i językiem jakim posługują się tamtejsi ludzie, nie różni się on zbytnio od mojego kraju? Męczyć się, wydawać pieniądze i jeszcze żyć w ciągłym strachu, że zaleje mnie kolejna fala?

To lepiej zostać w domu. Tylko jak w tej rzeczywistości uprawiać dziennikarstwo turystyczne? Jak być korespondentem wojennym? Jak relacjonować ważne, często spontanicznie rozgrywające się wydarzenia gdzieś „na antypodach”? Bywa, że nawet nie potrafimy „z marszu” zlokalizować miejsca owych wydarzeń. Chociaż czytelnikowi, w myśl przekonania wszechwiedzących reporterów, że jest mało zorientowany, jest wszystko jedno, gdzie ten konflikt się rozgrywa. Wystarczy wskazać kierunek, że np. Kazachstan leży na wschodzie. Można jeszcze dodać, że to była republika Związku Sowieckiego, azjatycka, położona daleko od Moskwy.

W tym momencie przypomniała mi się sytuacja z jaką się spotkałam w regionalnej redakcji, w której przez lata pracowałam i nawet przez jakiś czas prowadziłam dział podróży. Otóż pewnego dnia napisałam tekst o indonezyjskiej wyspie Bali, gdzie główną religią jest hinduizm w tym zdominowanym przez muzułmanów kraju. Bali jest jednak wyjątkiem i to tam mieszkają hinduiści, ale i chrześcijanie, w większości katolicy. Muzułmanie występują w śladowej ilości. Pisząc o Bali dołączyłam czarno-białe zdjęcia, bo wówczas fotografowało się analogowo, a kolorowe filmy były trudno dostępne. Redakcja chciała być jednak nowoczesna i zamieścić zdjęcie kolorowe, więc zamówiła je w agencji. Wybierała moja szefowa, jednocześnie pracownik lokalnego biura podróży. Mnie w te działania nawet nie wtajemniczono. Zobaczyłam swój tekst wraz z piękną fotografią dopiero, gdy gazeta ukazała się drukiem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ilustracją do mojego tekstu o Bali, dla przypomnienia azjatyckiej wyspy, była piękna kobieta w stroju karnawałowym z Rio De Janeiro, a to Brazylia. Roznegliżowana piękność nijak miała się do niemal purytańskich hinduistek z Bali. A jednak można! Mój protest zakończył się stwierdzeniem, że czytelnikowi jest wszystko jedno i tak się nie zorientuje, a zdjęcie ma zachęcać do przeczytania tekstu. W tej redakcji przestałam zajmować się podróżami i pisaniem reportaży ze świata.

Dlaczego przytoczyłam ten przykład sprzed niemal trzydziestu lat? Bo dzisiejsza sytuacja nieco się powtarza, chociaż polskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej jest „wyrobione” i świadome rzeczywistości o innych częściach kuli ziemskiej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polacy podróżowali na potęgę, fakt, że najczęściej w grupach zorganizowanych. A więc dość biernie oglądając ten świat, a nie poznając go. Jednak podróżowali, a obecnie?

Ograniczenia podróży, utrudnienia, najróżniejsze obostrzenie sprawiają, że wiedza przeciętnego Kowalskiego zaczyna zawężać się do tego co zobaczy, usłyszy lub przeczyta w mainstreamowych mediach albo „wygugla” w Internecie. A to wszystko nie koniecznie musi być prawdziwe. Modne stały się fake newsy, bo przy relacji ze świata, zwłaszcza z miejsc, które trudno sprawdzić, a w dobie pandemii mogły się diametralnie zmienić, liczy się głównie kasa i świadome lub nie wprowadzanie dezinformacji. Na dodatek, w ramach oszczędności i pandemii coraz częściej reportaże czy relacje z różnych miejsce opiera się na dziennikarstwie obywatelskim. Inaczej mówiąc, korzystając z pomocy innych, miejscowych, którzy chcą zaistnieć w sieci. Jeśli są to stali korespondenci, to można im wierzyć. Co innego, jeśli informatorem jest tzw. każdy, kto ma dostęp do Internetu. Jak sprawdzić wiarygodność informacji zamieszczanych na Facebooku, czy innych portalach społecznościowych? I na takiej podstawie pisać reportaż?

Zazwyczaj podróżuję sama, z jedną osobą, w gronie przyjaciół, sporadycznie z grupą zorganizowaną. Zanim wyruszę w świat „obkładam się” najróżniejszymi publikacjami dotyczącymi rejonu, w który się wybieram. Dzwonię po znajomych i nieznajomych, wypytuję o szczegóły, aby uniknąć przykrych niespodzianek, a raczej zmniejszyć ich liczbę, bo te i tak będą. Kiedy już dotrę w nieznane mi miejsce wsadzam nos wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba. O wszystko pytam, sprawdzam, nie polegam na informacjach z katalogów reklamowych, bo są przekłamane, o czym przekonałam się wielokrotnie. Chętnie nocuję – o ile to możliwe – u miejscowych, a nie w hotelach. I nie chodzi tu o finanse, tylko o możliwość obserwacji życia lokalnego, poznania atmosfery miejsca, próbę zrozumienia innej mentalności…

Czy jestem w stanie to zrobić dzięki Facebookowi albo Twitterowi tak chętnie stosującym cenzurę? Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi? Jak pogodzić wiarygodne dziennikarstwo z restrykcjami pandemicznymi? Czy już nigdy nie będziemy opisywać miejsc oglądanych z autopsji, relacjonować konfliktów zbrojnych obserwując, jak żołnierze, czy partyzanci repetują broń?

Chwasty mogą pięknie wyglądać na łące, ale nie w języku. Józef Chełmoński, Kaczeńce (fragment obrazu), 1908 r., Muzeum Narodowe w Warszawie

WALTER ALTERMANN: Chwasty

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół.

Poważna osoba, pani minister czy też (jak to dziwacznie niektórzy nazywają kobietę na męskim stanowisku) „ministra”, zapewnia że jej resort przeprowadził zmiany z pełną merytoryką. Czym jest rzeczona merytoryka? Nie wiadomo. To kolejny neologizm z furią atakujący podstawy języka polskiego. Dlaczego pani minister nie mówi, że zmiany mają merytoryczne uzasadnienie? Może dlatego, że nie wie, iż merytoryczny to przymiotnik. Owszem znamy rzeczowniki odprzymiotnikowe, ale to rzadkość. Merytoryka brzmi dobrze, choć nic nie znaczy. Merytoryka brzmi tak, jakby była nauką (kojarzy się z metodyką) i może dlatego słówko to pojawia się w ustach urzędników średniego i wyższego szczebla. Niemniej, niezależnie od intencji merytoryka jest chwastem.

Częściej mamy do czynienia z rzeczownikami odczasownikowymi. Najpierw mieliśmy czasownik kopać – od czego najpierw było kopanie i kopacz (czyli osoba zajmująca się kopaniem) a z wynalezieniem mechanicznego urządzenia mamy koparkę. Mamy czynność spychania czegoś (na przykład piasku), a wraz z maszyną pojawiła się nazwa spychacz. Najpierw było dźwiganie, a potem mechaniczny dźwig. Pamiętam, że lud nasz na pierwsze spychacze mówił spych, wzorem derywacji, takiej jak w przypadku dźwigania – dźwigu.

Swoją drogą obawiam się, że czeka nas wielka rewolucja językowa. Nasze współczesne feministki na pewno podejmą temat opatrywania różnych urządzeń i maszyn nazwami kobiecymi. I to, że skręcarka, wyciągarka, ładownica, spulchniarka, glebogryzarka, foliarka, drukarka są rodzaju żeńskiego na pewno je obraża. Tak jak dotyka je, że mówimy pani minister zamiast ministra. Podejrzewam, że feministki gotują się już do ataku. Bo jak to może być (według nich), że poważne maszyny są rodzaju męskiego, a te pośledniejsze są u-kobiecone? Traktor, kombajn, samolot, autobus, czołg, pociąg są rodzaju męskiego a te gorsze, jak lokomotywa, armata, rakieta są akurat rodzaju żeńskiego? Wtedy dopiero będzie zabawa, gdy każą nam mówić: ten armat, ten lokomotyw i ta samolot.

Warto zauważyć, że z wynalezieniem radia, telewizji i Internetu ludzkość coraz więcej mówi. I za nic ma maksymę, iż „milczenie jest złotem”.  Wraz ze wzrostem rodzaju i wielości nadajników ludzkość rozgadała się nad miarę. Dobrą zasadą byłoby to, gdyby mówił i pisał ten, kto ma coś do przekazania. Ale nie. Demokracja pokazała swe okrutne oblicze – mówić, pisać może każdy, nawet taki, który ledwo mówi i słabo pisze.

Ciągle słyszę od dziennikarzy i ich utytułowanych rozmówców, że minęła godzina czasu albo nawet tydzień czasu. Niektórzy muszą cofnąć się do tyłu a inni wrócić z powrotem. Jak to może być, że w kraju, w którym średnie wykształcenie ma już większość obywateli przed czterdziestym rokiem życia zdarzają się osobniczki i osobnicy, którzy nie wiedzą, że godzina jest miarą czasu? Gdyby to jeszcze  dotyczyło ludzi mówiących gwarą… Ale nie. Tak mówi dziś wykształcona elita kraju.

Język ma dwie funkcje. Po pierwsze – ma służyć komunikacji. I dlatego czym więcej słów znam, czym mówię poprawniej, tym precyzyjniej mogę się komunikować z innymi. Po drugie – język jest, sam w sobie, narzędziem poznania, pozwala mi uczyć się nowych rzeczy, a nawet nowych stanów ducha. Prostak powie że jest wkur*****y. Człowiek znający dobrze swój język powie, że jest zirytowany, poddenerwowany, zdenerwowany, wściekły, podrażniony, rozdrażniony. Mieszkańcy krain wiecznych lodów mają prawie 60 określeń śniegu, tak precyzyjnie umieją różne rodzaje i stany śniegu rozpoznawać, bo żyją na śniegu. Mongołowie mają około 40 nazw maści konia, bo są od wieków z tym zwierzętami w symbiozie.

Kilka dni temu dowiedziałem się z poważnej stacji TV, że jedna pani jest kobietą progresywną. Czyli uśmiercono już kobietę postępową. Dzisiaj sufrażystki są progresywne. W gruncie rzeczy znaczy to samo, ale brzmi po zachodniemu, czyli progresywnie.

Zauważyłem też, że większość naszych polityków pobiera lekcje w tej samej firmie marketingu politycznego, bo wszyscy oni mówią: i co istotnie ważne lub też w lżejszej formie: i co jest istotne, ważne. Czym się różni istotne od ważnego nie wiem, ale zawsze mnie to bawi. A to już jest coś, czego od polityka codziennie zaznać się nie da!

Pewien młody polityk, mający przekonanie, że ktoś tam powinien siedzieć w więzieniu, mówi: a ten gość ciągle chodzi po wolności. Od kogo się takiego zwrotu nauczył? Podejrzewam, że od kogoś, kto rzadko przebywał na wolności, większość czasu spędzając w zamknięciu.

No i jeszcze to nierozróżnianie rodzajów. Raptem mamy trzy i tysiące z nimi kłopotów. Język polski zna trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Więc dlaczego ciągle słyszę, że mamy tą strategię? Strategia to rodzaj żeński więc poprawnie ma być: mamy tę strategię. Niezależnie czy mówiący ma „tę strategię” czy tylko myśli, że ma. A jak się Państwu podoba „półtorej roku czasu”?

I na zakończenie tych męczących przykładów… W jakiejś reklamie słyszę ciągle – „To jest twój plannig odporności”. Planning to po prostu plan. Ale producent jakiegoś tam specyfiku wie, że Polacy to „paw narodów i papuga” i lubią obce słówka, bardziej im wierzą niż ojczystym słowom. Więc zamiast plan lektor czyta „planning”.  Swoją drogą, wszyscy nadawcy obowiązani są do nieemitowania szkodliwych reklam i mogliby wymusić na zamawiającym język polski. Ale nie zrobią tego, bo reklama to pieniądz.

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół. Dlaczego to tak ważne? Bo rozplenione chwasty głuszą rozwój cennej rośliny, która karleje i przynosi niesmaczne plony. A w końcu chwasty mogą doprowadzić do jej obumarcia.

 

Andrzej Grygiel w ubiegłym roku otrzymał Nagrodę SDP im. Eugeniusza Lokajskiego za fotografię o tematyce sportowej.

Wsparcie CMWP SDP dla apelu o przywrócenie do pracy fotoreportera PAP Andrzeja Grygiela

CMWP SDP wspiera apel dziennikarzy i Prezydium Zarządu Regionu Śląsko Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność” o przywrócenie do pracy w Polskiej Agencji Prasowej fotoreportera katowickiego oddziału PAP Andrzeja Grygiela. Fotoreporter stale współpracował z Agencją  od 2005 r. Z początkiem roku 2022 został poinformowany o nieprzedłużeniu mu umowy współpracy. Do dnia dzisiejszego pod listem otwartym o przywrócenie Andrzeja Grygiela do pracy podpisało ponad 100 dziennikarzy pracujących w redakcjach prasowych, radiowych, telewizyjnych, portalach internetowych oraz w agencjach fotograficznych w województwie śląskim. W obronie fotoreportera wystąpiło także Prezydium Zarządu Regionu Śląsko Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”.

Jako pierwsi w obronie tracącego pracę kolegi wystąpili dziennikarze PAP w Katowicach: Z niedowierzaniem przyjęliśmy (…) informację o zamiarze nieprzedłużenia umowy z naszym kolegą, wieloletnim znakomitym fotoreporterem Agencji, Andrzejem Grygielem. Wierzymy, że decyzja ta zostanie zmieniona i Andrzej pozostanie członkiem naszego zespołu – napisali dziennikarze w liście do kierownictwa firmy. Jako dziennikarze współpracujący z Andrzejem na co dzień, możemy jednogłośnie zaświadczyć, że jego pracowitość, dyspozycyjność, kreatywność i oddanie pracy na rzecz PAP nie mają sobie równych – czytamy w piśmie dziennikarzy. Prezydium Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ ,,Solidarność” oświadczyło, iż jest gotowe udzielić fotoreporterowi wszelkiego wsparcia, mimo iż nie jest członkiem związku i domaga się przywrócenia Andrzeja Grygiela do pracy, a nawet podpisania z nim stałej umowy o pracę.

Andrzej Grygiel w Polskiej Agencji Prasowej pracował od 2005 r. Wcześniej przez 16 lat był związany z katowicką popołudniówką „Wieczór” i „Dziennikiem Zachodnim”. Jego zdjęcia były wielokrotnie nagradzane, np. w Grand Press Photo 2017 zajął drugie miejsce w kategorii Wydarzenia, a w World Press Photo 2014 otrzymał drugą nagrodę w kategorii Sport Actions. Była to pierwsza w historii nagroda World Press Photo dla fotoreportera Polskiej Agencji Prasowej.

W ocenie CMWP SDP losy zawodowe Pana Andrzeja Grygiela są przykładem są patologicznego traktowania dziennikarzy, reporterów i fotoreporterów w Polsce, gdyż bardzo często zmuszeni są oni do wykonywania pracy w swoich zawodach w ramach tzw. umowy – zlecenia lub umowy o dzieło ze wszystkimi negatywnymi dla pracownika konsekwencjami tego faktu. Często wykorzystując uprzywilejowaną pozycję pracodawcy wobec tak zatrudnionego pracownika pozbawia się go pracy bez socjalnego zabezpieczenia i bez próby uzasadnienia tego działania.  CMWP SDP podkreśla przy tym, iż szanuje prawo każdego pracodawcy do swobodnej polityki kadrowej i dowolnego doboru pracowników, ale jest działaniem nieetycznym i przez to nieakceptowalnym pozbawianie pracy w tak nagłym trybie współpracowników z kilkunastoletnim stażem i niekwestionowanym dorobkiem zawodowym. Dlatego CMWP SDP wspiera apel o przywrócenie współpracy Polskiej Agencji Prasowej z Andrzejem Grygielem wyrażony zarówno w liście otwartym dziennikarzy, jak i Prezydium Solidarności Śląsko – Dąbrowskiej.

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP 

Warszawa 12 stycznia 2022 r

Protest CMWP SDP przeciwko usunięciu z Facebooka profilu partii Konfederacja

CMWP  SDP stanowczo protestuje przeciwko usunięciu profilu partii Konfederacja z Facebooka i apeluje o jego jak najszybsze przywrócenie. W ocenie CMWP SDP jest to drastyczne naruszenie zasady wolności słowa, ponieważ poprzez arbitralną decyzję platformy internetowej  legalnie działająca partia polityczna w Polsce  utraciła możliwość korzystania z jednej z najbardziej dostępnych i popularnych w naszym kraju platform społecznościowych. Partia ta  ma swoją reprezentację w parlamencie i cieszy się sporym poparciem społecznym, przez co zawieszenie jej konta na Facebooku jest szczególnie bulwersującą sprawą.

5 stycznia br.  koncern Facebook (Meta) usunął ze swojego serwisu profil Konfederacji, partii, która miała najwięcej tzw. znajomych (671 tys.) ze wszystkich partii politycznych w Polsce.  Według cytowanego przez media oświadczenia firmy Facebook (Meta)  strona Konfederacji została usunięta z powodu powtarzających się naruszeń zasad Facebooka dotyczących dezinformacji o COVID-19, w szczególności „poprzez publikowanie fałszywych twierdzeń o tym, że maski nie ograniczają rozprzestrzeniania się choroby, że śmiertelność COVID-19 jest taka sama lub niższa niż grypy, a także że szczepionki na COVID-19 nie zapewniają żadnej odporności i są nieefektywne”. Powodem zamknięcia miało być także naruszanie zasad dotyczących mowy nienawiści poprzez publikowanie „treści bezpośrednio atakujących inne osoby na podstawie tzw. cech chronionych, takich jak narodowość czy orientacja seksualna”.

W opublikowanym w mediach społecznościowych stanowisku przedstawiciele Konfederacji oświadczyli, iż zawieszenie swojego profilu traktują jako „pogwałcenie konstytucyjnej zasady swobody rozpowszechniania informacji i ingerencję w zbliżający się cykl wyborczy”.  Wg ugrupowania profil Konfederacji (…) osiągał „wielomilionowe zasięgi i od dwóch lat miał największą dynamikę wzrostu spośród wszystkich profili politycznych, a w czasie prowadzenia profilu zostały przeprowadzone trzy ogólnopolskie kampanie wyborcze i opublikowano na nim tysiące materiałów w różnej formie”. Administracja Facebooka –  podkreśla Konfederacja –  nigdy nie nawiązała z  przedstawicielami ugrupowania kontaktu w sprawie zastrzeżeń co do sposobu prowadzenia profilu, a jej płatne reklamy polityczne były zatwierdzane w kampaniach wyborczych. Wg Konfederacji usuwanie materiałów z ich profilu na Facebooku zdarzało się bardzo rzadko (ostatni raz w listopadzie 2021 r.) i nigdy nie towarzyszyły temu żadne wyjaśnienia poza całkowicie ogólną informacją o naruszeniu „Standardów Społeczności”. W bieżącym roku Facebook nie usunął żadnego materiału opublikowanego przez Konfederację.

W związku z tym CMWP SDP przypomina, iż wolność słowa należy do podstawowych zasad  demokratycznego państwa prawa. W Polsce jest ona zagwarantowana przez art. 54 ust. 1 Konstytucji. Poświadczają ją również wiążące Polskę akty prawa międzynarodowego. Wolności wypowiedzi dotyczy art. 10 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności i art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej . Także Powszechna Deklaracja Praw Człowieka w art. 19 zapewnia „swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami”. Likwidując  profil Konfederacji na Facebooku przedstawiciel globalnych mediów społecznościowych w Polsce po raz kolejny stawia się ponad obowiązującym prawem  i blokuje dyfuzję istotnych z punktu widzenia interesu społecznego treści . Ze względu na powszechność serwisu społecznościowego Facebook w Polsce działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa. CMWP SDP apeluje o zaniechanie takich działań i przywrócenie swobodnego funkcjonowania na Facebooku konta partii Konfederacja. 

Biorąc pod uwagę wszystkie wskazane powyżej okoliczności Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP ponownie apeluje do rządu o jak najszybsze przyjęcie przepisów gwarantujących wolność słowa w Internecie. Petycja w tej sprawie została złożona w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów  przez  wiceprezesa Instytutu na Recz Kultury Prawnej Ordo Iuris dr Tymoteusza Zycha,  Prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego i dr Jolantę Hajdasz, dyrektora CMWP SDP  już w styczniu 2021 r.

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 10 stycznia 2022 r.

SISDD – Subiektywny i Ironiczny Słownik Dziennikarsko-Dziennikarski HUBERTA BEKRYCHTA

W proteście przeciwko politycznej poprawności redakcja zastrzega sobie niealfabetyczną kolejność publikacji haseł słownika.

 

Dziennikarz – każdy;

 

Dziennikarz, publicysta – nie każdy;

 

Publicysta – prawie każdy;

 

Publicysta kulturalny – nikt;

 

Publicysta z działu publicystyki kulturalnej – byli tacy, niedobitki na emigracji w USA;

 

Dziennikarstwo covidowe – styl dziennikarzy, którzy skupieni w tzw. działach covidowych redakcji udają, że znają się na chorobach zakaźnych;

 

Dziennikarstwo antyszczepionkowe – dziennikarze, którzy zostali odsunięci od pracy w tzw. działach covidowych redakcji;

 

Epidemiolog – lekarz, który mówi chętnie o pandemii;

 

Szaman – lekarz, który nie zgadza się z lekarzami mówiącymi chętnie o pandemii;

 

Ładny – ktoś, kto zgadza się z założeniami Polskiego Ładu;

 

Brzydki – nieładny.

 

Ciąg dalszy będzie się ciągnąć, ale należy założyć, że publikowane znaczenie haseł może być niezgodne ze stanem faktycznym.

 

IV ogólnopolski konkurs na rysunek prasowy

Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie zaprasza do udziału w IV edycji ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy im. Aleksandra Wołosa.

 

Celem Ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy im. Aleksandra Wołosa jest nagrodzenie autorów najlepszych prac opublikowanych w 2021 roku i zwrócenie uwagi na znaczenie rysunku prasowego, który może być komentarzem politycznym, społecznym bądź sportowym,  tworzyć opowieść w postaci krótkiego komiksu czy być rysunkiem-ilustracją artykułu prasowego.

 

Organizatorem konkursu jest Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie. Patronat honorowy nad konkursem objęło Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego.

 

Regulamin konkursu dostępny jest TUTAJ.

 

Patron konkursu

 

Aleksander Wołos (1934-2014); doktor habilitowany z zakresu nauk przyrodniczych,  olsztyński karykaturzysta, rysownik, pastelista,  malarz.

 

Od 1955 r. publikował w prasie regionalnej (Gazeta Olsztyńska, Nasza Wieś, Panorama Północy, Posłaniec Warmiński, Warmia i Mazury), w tygodnikach ogólnopolskich Karuzela, Polityka, Szpilki, Wprost, a także w prasie niemieckiej (Kontraste, Eulenspiegel, Pardon) i jugosłowiańskiej (Osten) oraz wielu wydawnictwach książkowych. Był autorem ponad 100 projektów okładek do książek. Opublikował cztery zbiorki rysunków satyrycznych oraz trzy albumy malarstwa pastelowego: Pastelowy humor (2002), Głowy i główki (2004), Akweny (2006). Miał na swym koncie ponad 60 wystaw indywidualnych oraz udział w kilkuset wystawach zbiorowych. Laureat wielu nagród krajowych i zagranicznych. Otrzymał m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski,  Medal Zasłużony dla Kultury Polskiej, Odznakę „Zasłużony dla Warmii i Mazur”.

 

Śmierć zaskoczyła Aleksandra Wołosa w dniu, gdy na Zamku Olsztyńskim miał odebrać z rąk Prezydenta Olsztyna nagrodę im. Hieronima Skurpskiego, przyznawaną przez Kapitułę najbardziej uznanych artystów olsztyńskich.

 

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close