Rosyjskie ataki rakietowe, w których ofiarami jest głównie ludność cywilna, to zbrodnia wojenna. Fot. X/DRP

WOŁODYMYR SYDORENKO: Podwójne uderzenia, czyli szczyt podłości rosyjskich najeźdźców

Rosja stosuje na Ukrainie taktykę tzw. podwójnych uderzeń, czyli ataki rakietowe w to samo miejsce w krótkim odstępie czasu. Ich ofiarami często są służby ratownicze.

W ostatnim czasie Kreml znacząco zintensyfikował działania wojskowe na terytorium Ukrainy. Miasta i wsie są bombardowane rakietami, ciężkimi bombami kierowanymi i artylerią zarówno w dzień, jak i w nocy. Z reguły w Charkowie, Odessie, Zaporożu, Dnieprze, Mikołajowie, Chersoniu i Kijowie sygnały alarmowe rozbrzmiewają mniej więcej co 3 – 5 godzin. Szczególnie niebezpieczne są ataki rakietowe na infrastrukturę cywilną. Giną w nich dzieci i cywile.

Ukraińscy dziennikarze zauważają, że masowe bombardowania ukraińskich miast i wsi znacznie przekroczyły już intensywność nie tylko ataków rakietowych V-2, które wojska Hitlera przeprowadziły na miasta w Wielkiej Brytanii, na przykład Londyn, ale także alianckich bombardowań Drezna i Berlina, które miały miejsce w czasie II wojny światowej. Tak więc od 8 września 1944 r. do 27 marca 1945 r. wojska Hitlera wystrzeliły w kierunku Anglii 1359 rakiet, z czego 1054 dotarły na terytorium Wielkiej Brytanii. Jak poinformował w jednym ze swoich ostatnich przemówień prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, od rozpoczęcia wojny na pełną skalę z Ukrainą Rosja wystrzeliła na terytorium Ukrainy ponad 7400 rakiet, czyli 5 razy więcej niż hitlerowskie Niemcy wystrzeliły w stronę terytorium Anglii. Ponadto nowoczesne rosyjskie rakiety są znacznie potężniejsze, a przez to bardziej zabójcze, niż V-2. „Jedną trzecią tej liczby stanowiły rakiety S-300 i S-400. Około 900 to rakiety balistyczne Iskander-M. Wykorzystano już ponad 50 rakiet Dagger” – oznajmił prezydent Zełenski.

Ponadto od września 2022 r. Rosja wypuściła nad Ukrainę około 3800 irańskich dronów kamikadze Shahed. Siły obrony powietrznej zestrzeliły około 3000 z nich. Celem rosyjskiego ostrzału jest głównie infrastruktura cywilna, hotele, budynki mieszkalne, biblioteki, kościoły, obiekty transportowe i energetyczne.

Ponadto według stanu na luty 2022 r. Światowa Organizacja Zdrowia odnotowała ponad 1680 ataków na infrastrukturę medyczną i system opieki zdrowotnej Ukrainy, w wyniku których zginęło, wśród pacjentów i personelu medycznego, 128 osób, a 288 zostało rannych – podaje służba prasowa tej organizacji. Ponadto Światowa Organizacja Zdrowia zwraca uwagę, że pracownicy karetek pogotowia i inny personel obsługujący transport medyczny są narażeni na trzykrotnie większe ryzyko śmierci lub obrażeń niż inni pracownicy branży medycznej. „Wiele zespołów ratowniczych znajduje się pod ostrzałem w drodze na wezwanie lub w swoich bazach. Czterech naszych pracowników już zmarło, 12 osób zostało rannych i hospitalizowanych” – powiedziała Halina Saldan, kierownik Centrum Ratownictwa Medycznego obwodu chersońskiego. Stwierdzono, że spośród 68 ataków w pierwszym kwartale 2024 r. 12 (prawie 20%) było skierowanych przeciwko służbom ratownictwa medycznego, w tym dziewięć ataków na placówki ratownictwa medycznego, z których siedem zakończyło się uszkodzeniem karetek pogotowia.

Według Ministerstwa Energii Ukrainy, w zależności od regionu, od 30 do 50 procent ukraińskich przedsiębiorstw energetycznych zostało uszkodzonych w wyniku ataków rakietowych.

Miasta Berdiańsk, Mariupol, Chersoń, Melitopol zostały całkowicie lub prawie całkowicie zniszczone, a infrastruktura Odessy, Mikołajowa, Czernihowa, Charkowa, Sum i innych miast jest częściowo zniszczona. „Tylko w okresie od początku tego roku do chwili obecnej Rosja ostrzeliwała terytorium Ukrainy około 30 000 razy. Wróg wykorzystuje głównie kierowane bomby lotnicze i drony szturmowe. Rosjanie atakują ludność cywilną i obiekty infrastruktury krytycznej. Od początku inwazji na pełną skalę zniszczono 217 000 obiektów” – zeznał podczas swojej wizyty w Niemczech wiceminister spraw wewnętrznych Ukrainy Oleksij Siergiejew. Ogromne obszary wokół miast i wsi pozostają celowo zaminowane przez wroga, co uniemożliwia prace rolnicze i naprawę uszkodzonej infrastruktury transportowej, komunikacyjnej, energetycznej, wodnej i gazowej.

Według szacunków „Forbesa” (stan na październik 2023 roku) Rosja wydała na ataki rakietowe 22,8 miliarda dolarów, co równa się prawie połowie całej amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy od 24 lutego 2022 roku.

Najbardziej podłe są tak zwane „podwójne uderzenia” Rosji na miasta Ukrainy, taktyka, której nie stosowali nawet niemieccy faszyści podczas II wojny światowej. Pewnego sierpniowego dnia 2023 roku armia rosyjska wystrzeliła dwie rakiety w odstępie 40 minut w ten sam rejon miasta Pokrowska w obwodzie donieckim. Oznacza to, że po dotarciu ratowników i krewnych ofiar na miejsce trafienia pierwszą rakietą i rozpoczęciu działań ratowniczych, Rosjanie wystrzelili w nich kolejną rakietę. W tym samym czasie zginęło 10 osób, prawie 90 zostało rannych. Byli wśród nich policjanci i ratownicy, którzy już po pierwszym uderzeniu wyciągali ludzi spod gruzów.

Jest to tzw. taktyka podwójnego uderzenia, którą Rosja stosuje od początku inwazji na pełną skalę. Wiadomo, że wykorzystywano ją już wcześniej podczas operacji wojskowych w Syrii.

„Najpierw uderzają w obiekt wojskowy lub coś innego. Następnie czekają na przybycie ratowników i ponownie celują w ten sam obszar. Strategia ta ma na celu zabijanie ludności cywilnej, więc jest zbrodnią wojenną” – wyjaśnił ukraińskim dziennikarzom Mark Harlasko, ekspert jednej z organizacji praw człowieka. Wcześniej Harlasko był śledczym ONZ i odnotował w szczególności konsekwencje podwójnych ataków, które syryjski reżim Bashara al-Assada i Rosjanie zadali Syrii. Miało to miejsce jeszcze przed przystąpieniem Rosji do wojny w 2015 r., ale potem takie ataki stały się częstsze, twierdzi Syryjskie Centrum Sprawiedliwości i Odpowiedzialności. Według ich danych, od 2013 do 2021 roku miało miejsce 58 takich podwójnych uderzeń.

Jeanine Di Giovanni, amerykańska dziennikarka, która relacjonowała prawie dwadzieścia wojen, a obecnie jest członkinią The Reckoning Project, międzynarodowej inicjatywy mającej na celu dokumentowanie zbrodni wojennych Federacji Rosyjskiej na Ukrainie, a także pracowała w Syrii, mówi: „Jednym z najokrutniejszych czynów Putina i armii rosyjskiej był atak na budynek w Aleppo w 2016 roku, kiedy pracownicy misji humanitarnej wydobywali spod gruzów dzieci, niemowlęta i starców. Część z nich miała połamane kości. Potem Rosjanie zaczęli bombardować to samo miejsce. Celowo wycelowali w ratowników. Nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwa wojna, ale wojny Putina powodują niewypowiedziane cierpienie ludności cywilnej – dzieje się to niepotrzebnie i jest po prostu barbarzyńskie” – mówi Di Giovanni.

„Po interwencji rosyjskiej zaczęto stosować tę taktykę jeszcze szerzej. Załóżmy, że artyleria atakuje szkołę, rynek lub szpital, a potem nadlatują samoloty, aby uderzyć w to samo miejsce. Przez lata wojny w Syrii organizacja ratownicza ‘Białe Hełmy’ straciła ponad 300 ochotników, a większość z nich zginęła w podwójnych uderzeniach” – dodaje Di Giovanni. .

Dwie na dziesięć osób, które zginęły w wyniku podwójnego ataku rakietowego na Pokrowsk, to ratownicy. Wśród rannych byli także ratownicy i policjanci.

Już przed ostrzałem Pokrowska doszło do kilku epizodów, w których medycy, ratownicy i policjanci, czyli kategoria ludności cywilnej chroniona przez Konwencje Genewskie, ucierpieli w wyniku podwójnych ataków. Mark Garlasko wspomina: „1 marca 2022 roku doszło do znaczącego uderzenia na plac Swobody w Charkowie. Następnie Rosjanie wycelowali w budynek administracyjny, a gdy przybyli ratownicy, oni również zostali trafieni. 17 kwietnia 2022 r. w Charkowie doszło do ataku na pracowników Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. A 3 sierpnia byliśmy świadkami takiego ataku w Chersoniu, gdzie uderzono w kościół.”

22 marca Rosjanie przeprowadzili „podwójny cios” na Charków. Wśród zabitych było trzech ratowników. Jak podał ukraiński kanał telewizji publicznej, w wyniku podwójnych ataków rosyjskiego wojska podczas masowej inwazji rosyjskiej na Ukrainę zginęło już 91 ratowników, a 348 specjalistów i ochotników zostało rannych. Wcześniej okazało się, że w nocy 4 kwietnia, podczas ponownego ataku Szahedów na Charków, zginęło trzech kierowców służb ratowniczych, dwóch na miejscu zdarzenia, jeden w karetce.

 

Grafika na podstawie fot. z Wikipedii

WIKTOR ŚWIETLIK: Awans społeczny i 10 kwietnia

Przed piętnastym października ubiegłego roku mieliśmy w mediach patologię i propagandę, na szczęście to się zmieniło. Jak powinna wyglądać wzorcowa symbioza dziennikarzy i polityków mogliśmy przekonać się choćby 10 kwietnia tego roku. Standard może nie jest nowy, ale teraz wprowadzany w większym stopniu bez zakłóceń.  

Najważniejsza jest koordynacja. Czasem zresztą wynika ona zresztą z planu, a czasem – w dobrej wprawionej w boju organizacji – wszyscy sami siebie wiedzą co robić. Myślę, że tu było i tak, i tak. Cóż się mogło nie udać, wszystko się udało, posypią się podwyżki, a z czasem pewnie i odznaczenia państwowe.

Trzeba jeszcze jedno docenić. Awans społeczny. Może nie dla wszystkich, ale dla pewnych grup zdecydowanie. Kiedyś ludzie dokuczający rodzinom ofiar tragedii, kpiący z samych tych tragedii, byli jakimiś anonimowymi trollami. Pisali z satysfakcją komentarze pod artykułami korzystając z oszczędności na moderacji. Jeszcze wcześniej pisali anonimowe listy do mediów, donosy do SB albo paśli się swoimi emocjami i wyobrażeniami w zaciszu wypełnionych nienawiścią mieszkań. Teraz w pełni partycypują w życiu publicznym. A pełna partycypacja różnych grup w życiu publicznym to jeden z celów Unii Europejskiej!

Zaczyna więc choćby Radosław Sikorski. Delikatnie, wzruszająco. Podaje link ze zdjęciem stewardessy z prezydenckiego samolotu, na którym napisane jest, że piętnaście minut przed katastrofą powiedziała “panie dyrektorze, wróćmy”. Z artykułu wynika, co prawda, że “miała tak powiedzieć”. Miała tak powiedzieć, bo wszystkie te rozmowy to skrawki, które są dowolnie interpretowane, albo i fałszywe. Portal, który opublikował tekst właśnie dlatego, klasycznie zabezpieczał się prawnie sformułowaniem “miała powiedzieć”. “Mieli powiedzieć” w mediach wszyscy wszystko. Przyjaciel Sikorskiego, o ile ci ludzie mają przyjaciół, Tomasz Lis uwielbiał kpiarsko odwoływać się do rzekomych słów generała Błasika “zmieścisz się, śmiało” i do rzekomych kozackich rozmów między pilotami tuż przed lądowaniem. Wszystko to “mieli powiedzieć”.

Ale dlaczego Radosław Sikorski zdecydował się akurat w ten sposób uczcić tę rocznicę, w której przecież zginęło wielu ludzi, których znał? Raczej wątpliwe by miał jakieś szczególnie dobre relacje z Barbarą Maciejczyk, bo był znany z tego, że osoby z obsługi, w swoim mniemaniu niżej stojące w hierarchii społecznej od siebie, traktował mocno z góry – mówiąc najdelikatniej. Ta sprawa poruszyła go z jednej przyczyny, z jednej przyczyny wykonał ten jeden rocznicowy gest. Bo wpis, ta rzekoma wypowiedź, która “miała się odbyć”, a nie wiadomo czy się odbyła i w jakim kontekście, ma obciążać Lecha Kaczyńskiego. Przerażona kobieta błaga by wracać, ale on nie, twardo chce wymordować wszystkich.

Kolega Sikorskiego i Tuska Roman Giertych już nie miał takich skrupułów. Pasł nienawiść wszystkich silnych razem wyśmiewających się z żartów o “tu polewie” domagając się zbadania wariografem Jarosława Kaczyńskiego, by wyjaśnić wspólnictwo braci w katastrofie.  Potem nieoceniona Pani Shnepf – Wysocka zaprosiła, rocznicowo, Giertycha do odzyskanej telewizji publicznej by odbyć z nim rocznicową rozmowę na ten temat. Brawo! Good job. Co musieli po tej rozmowie czuć bliscy zmarłych, ci ludzie, którzy co roku w tym dniu płaczą,? Nagrodą za taką rozmowę może być nieujawniana pensja, a i zapewne przyłoży się to do dobrej placówki dyplomatycznej dla małżonka.

W tym samym dniu Jarosław Kaczyński nożyczkami odcinał od pomnika smoleńskiego tabliczkę, na której ktoś napisał rozmaite kalumnie na temat jego brata, najbliższego mu człowieka. Takie tabliczki to ważna sprawa. Od momentu kiedy zostaną do pomnika przyczepione strzeże ich stroskana ich losem ekipa dziennikarska. Podobnie jak w sytuacjach, gdy “przypadkowi obywatele” w tym dniu postanawiają obrazić Kaczyńskiego ich prawa głosu strzeże “obywatelski” serwis Okopress, “Gazeta Wyborcza”, “Newsweek”. Ale jest zawsze śmiechu z tego, co Kaczyński odpowie. Ale jest oburzenia, że starszy pan nożyczkami, trochę nieporadnie próbuje z pomnika brata usunąć napis urągający pamięci w rocznicę jego śmierci. Brecht jest. Zabawa. Oburzenie. Emocje. Radość – ale będą wirale. Będą szaleć po mediach. Wszyscy się ubawią.

W tym samym dniu posłowie koalicji Donalda Tuska w europarlamencie współprowadzili do przyjęcia przez Polskę paktu migracyjnego. Dwa dni później w Sztokholmie zginął Polak, który grupie młodych przybyszy spoza Europy zwrócił uwagę, że są zbyt głośno. Zastrzelono, go na oczach dwunastoletniego syna. Czytelnik Okopress, widz TVP, o tym się nie dowiedział. Cóż, szum informacyjny szkodzi. A nowa uśmiechnięta Polska dba o społeczeństwo i w tym zakresie.

Rys. Cezaru Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Wszyscy wygrali. No, prawie wszyscy

Prawda jak sympatycznie przebiegły ostatnie wybory samorządowe? Każdy wygrał. Również każdy elektorat dostał jakiś prezent. No dobrze, może z nielicznymi wyjątkami.

Weźmy taki elektorat PiS. Sporo już powiedziano i napisano o tym, że dostał nadzieję, która dodała mu wiatru w żaglach, więc nie ma co stwierdzać oczywistości. Warto jednak zauważyć, że dostał również kojące przekonanie, że nie trzeba niczego zmieniać, nie trzeba wyciągać wniosków z tego co się stało 15 października, analizować trendów, przedstawiać wizji. Można mieć beznadziejne listy, nie prowadzić kampanii, a i tak, w sensie arytmetycznym, da się wygrać z opętanym Tuskiem. Jest to wprawdzie poczucie złudne, myślę że jest kwestią czasu zanim jakieś ugrupowanie przedstawi wiarygodną wizję silnej, suwerennej, ambitnej Polski i zgarnie pulę, ale chwila ulgi na razie jest.

Elektorat KO

Albo taki elektorat Koalicji Obywatelskiej. Trzy dni po wyborach i cyk, Tusk ostatecznie rozwiewa nadzieje pisowskiej biedoty na benzynę po 5,19. Ludzie na pewnym poziomie domyślali się przecież, że jako patologiczny kłamca wspominając o benzynie za 5,19, może nie mówić tego na poważnie, a jedynie po to by łatwowiernym makaron na uszy nawinąć. Dla ludzi na pewnym poziomie oczywiste było, że jedyny realny konkret Koalicji Obywatelskiej nie jest nawet zapisany w tych śmiesznych „100 konkretach”, a sprowadza się do obietnicy zapisanej w ośmiu gwiazdkach. Jednak obserwacja min pisowców czekających na decyzję o taniej benzynie – bezcenna. Hasta la vista frajerzy!

W bonusie Rafał Trzaskowski dorzucił pakiet niesamowitej kładki dla pieszych przed wyborami i podniesienia kosztów korzystania z parkingów „Parkuj i jedź” po wyborach. Warszawiacy nie mogą się zdecydować, czy dawać wyraz radości chodząc po kładce, czy korzystając z parkingów.

Reszta

Elektorat Trzeciej Drogi, a szczególnie jej zeteselowskiej nogi (badania nie są na dzień dzisiejszy w stanie stwierdzić oznak życia w hołownianej) dostał prezencik taki malutki, ale jakże cenny – „jeszcze dychamy, nie widomo jak długo, ale jeszcze dychamy” – Tak to już jest, kiedy się wchodzi do basenu z krokodylem, każda minuta życia jest na wagę złota.

Elektorat Konfederacji ma prawo się cieszyć, że ta uzyskała wynik lepszy niż w wyborach samorządowych w 2018 roku. No bo z czego? Tym bardziej, że w 2018 roku Konfederacja w wyborach nie startowała.

Jedynym osiołkiem wydaje się być elektorat Lewicy, któremu nie jestem w stanie wymyślić nawet najbardziej szyderczo definiowanego prezentu. Okazuje się, co za zaskoczenie, że usiłowanie implementowania w Polsce lewackich głupot z Zachodu z kilkunastoletnim opóźnieniem, nie znajduje poklasku pośród jakiejś szczególnej grupy Polaków do tego stopnia, że nawet były sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, obecnie na etacie „autoryteta”, Leszek Miller (dla uczciwości trzeba dodać w konflikcie z obecnym kierownictwem Lewicy), uważa, że „wszyscy wygrali, tylko Czarzasty przegrał”.

Czyli prawie wszyscy zadowoleni. Nie mogłoby tak być zawsze?

Fot. NAC

Pierwszy dowódca Powstania Wielkopolskiego 1918/1919 – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Stanisławie Taczaku

8 kwietnia 1874 r. w Mieszkowie koło Jarocina urodził się Stanisław Taczak, pierwszy dowódca Powstania Wielkopolskiego, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, generał WP. Podczas II wojny światowej więziony w niemieckich obozach jenieckich.

Stanisław Taczak w latach 1880-1884 uczył się w miejscowej szkole powszechnej. W 1893 r. zdał maturę w Gimnazjum Królewskim w Ostrowie Wielkopolskim. Następnie studia kontynuował w Akademii Górniczej we Freiburgu. W tym czasie należał do Polskiego Towarzystwa „Sarmacja”, Związku Młodzieży Polskiej, czy Polskiej Partii Socjalistycznej. Na studiach obronił tytuł inżyniera. Między 1 listopada 1898 r. a 26 marca 1899 r. odbywał służbę w 155 Pułku Piechoty w Ostrowie Wielkopolskim. 14 września 1904 r. został awansowany na podporucznika (leutnant), natomiast w 1913 r. – na porucznika (oberleutnant).

Będąc w rezerwie pracował w Instytucie Doświadczalnym Politechniki Berlińskiej w Dahlem. Był również redaktorem naczelnym pisma o tematyce górniczej „Der Ingenieur” („Inżynier”). W 1914 r. został powołany do 46 pułku piechoty armii niemieckiej. Był tam dowódcą kompanii i dowódcą batalionu. 14 kwietnia 1915 r. został mianowany majorem. Walczył na froncie wschodnim, za co został odznaczony Krzyżem Żelaznym I i II kl.

11 grudnia 1916 r. przeniesiony do 2 batalionu 6 Pułku Legionów Polskich. Przebywał w Nałęczowie oraz Dęblinie. Po kryzysie przysięgowym współtworzył „Polnische Wehrmacht” pracując w Inspektoracie Wyszkolenia. W listopadzie włączył się w tworzenie Wojska Polskiego. Później trafił do Berlina, a wracając zatrzymał się w Poznaniu. Tam Wojciech Korfanty zaproponował mu stanowisko tymczasowego dowódcy powstania.

O organizowaniu wojsk Taczak opowiadał w nagraniu, które znajduje się na stronie Urzędu Miejskiego w Poznaniu: „Wojsko było uzbrojone, z tego powodu, że ci żołnierze, którzy wracali z wojska niemieckiego przybywali do domu z bronią. Poza tym dużo powstańców kupowało bagnety i karabiny od żołnierzy niemieckich, którzy wracali także do domu. Tak, że mniej – więcej połowa powstańców była uzbrojona w karabiny i bagnety, a druga połowa posługiwała się staroświecką naszą bronią, tj. kosą i widłami”.

Taczak musiał skupić się nie tylko na organizacji wojska, ale także na administracji wojskowej. 16 stycznia wojska wielkopolskie liczyły już ok. 14 tys. żołnierzy! Tego też dnia na stanowisku zastąpił Taczaka gen. Józef Dowbór – Muśnicki, a Taczak został II kwatermistrzem Dowództwa Głównego. 25 stycznia 1918 r. mianowany majorem (ze starszeństwem z 10 listopada 1918 r.). 14 lutego 1919 r. znalazł się w komisji, która była odpowiedzialna za awanse oficerskie byłych oficerów armii zaborczych, a 5 maja 1919 r. w Sądzie i Radzie Honorowej oficerów sztabowych. 16 maja 1919 r. został zastępcą Szefa Sztabu Dowództwa Głównego, z kolei 3 czerwca 1919 r. mianowany podpułkownikiem.

20 kwietnia 1920 r. Stanisław Taczak został dowódcą 11 Pułku Strzelców Wielkopolskich (69 Pułku Piechoty Wielkopolskiej). Okres jego dowództwa przypadł na czasy ofensywy bolszewickiej i bitwy warszawskiej. Na stanowisku był do końca września.

W lipcu 1923 r. Stanisław Taczak otrzymał stopień generała brygady. W międzyczasie od 23 czerwca do 13 września był specjalistą hutnikiem na Górnym Śląsku, jako dyrektor Huty Srebra i Ołowiu w Strzelnicy. To on był inicjatorem wzniesienia pomnika króla Bolesława Chrobrego w Gnieźnie. 31 października 1928 r. został dowódcą Okręgu Korpusu nr II w Lublinie. 28 lutego 1930 r. przeszedł w stan spoczynku, ale tylko wojskowego. Przed wybuchem II wojny światowej był m.in. inspektorem technicznym Ubezpieczalni Krajowej w Gdyni, prezesem Okręgu Związku Straży Pożarnej w Poznaniu i wiceprezesem władz Związku Polskiej Straży Pożarnej w Warszawie, przewodniczącym Towarzystwa dla Badań nad Historią Powstania Wielkopolskiego, czy prezesem Związku Weteranów Powstań Narodowych Rzeczypospolitej Polskiej 1914-1919.

Gdy wybuchła II wojna światowa gen. bryg. Stanisław Taczak znajdował się w Poznaniu. Założył mundur i chciał oddać się do dyspozycji wojsk. Ok. 5 września 1939 r. wyruszył na wschód w poszukiwaniu Armii „Poznań”, lecz 9 września dostał się w ręce Niemców. Ci na początku chcieli go rozstrzelać dowiedziawszy się kim tak naprawdę jest, lecz przekazali go dowództwu niemieckiemu. Władze Wehrmachtu miały mu proponować przejście do armii niemieckiej, jednak ten stanowczo odmówił. Rozpoczęło się 5,5 roku niewoli… Najpierw był Offizierslager für kriegsgefangene Offiziere (Oflag) IIaw Prenzlau, później IVc w Colditz, potem twierdza Königstein, Hohenstein, Oflag VIIIe Johannisbrunn, a na końcu Oflag VII Murnau.

Generał źle znosił niewolę, miał kłopoty zdrowotne, lecz 29 kwietnia 1945 r. został uwolniony i 10 maja 1945 r. udał się do Paryża, potem przebywał w Nicei, a w maju 1947 r. znalazł się w Polsce. Zamieszkał w Janikowie (Kujawy). Cieszył się dobrym zdrowiem psychicznym i fizycznym. Nagrał nawet wspomnienia dla Polskiego Radia. Wiosną 1959 r. zamieszkał u córki w Malborku, gdzie zmarł 2 marca 1960 r. Ponoć chciał być pochowany w Poznaniu, lecz spoczął w Malborku, skąd 30 listopada 1988 r. jego prochy zostały przeniesiony na Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan w Poznaniu.

 

Cyryl zamienił Rosyjską Cerkiew Prawosławną w antychrześcijańskiego sługę faszystowskiego państwa Putina - stwierdził profesor Uniwersytetu Rutgersa Alexander Motyl. Fot. Wikipedia

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjska Cerkiew Prawosławna ogłosiła „krucjatę” przeciwko Ukrainie

Tuż przed Wielkanocą, którą obchodzili chrześcijanie obrządku zachodniego, w soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie odbyła się Światowa Rosyjska Rada Ludowa pod przewodnictwem patriarchy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Cyryla, która ogłosiła „krucjatę” przeciwko Ukrainie.

W apelu „Rady” zamieszczonym na stronie internetowej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej stwierdza się, że całe terytorium Ukrainy powinno znaleźć się w strefie wyłącznych wpływów Rosji. Ale oświadczenie „Rady”  nie dotyczyło tylko „świętej wojny” z Ukrainą i „satanizmu” Zachodu. To bardzo jasno napisany i faktyczny plan likwidacji państwowości ukraińskiej i odebrania narodowi ukraińskiemu prawa do tożsamości i odrębnej egzystencji.

Jak zauważa w amerykańskim wydaniu „The Hill” profesor Uniwersytetu Rutgersa Alexander Motyl wezwanie Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej jest jawnym ludobójstwem, gdyż niszczenie „duszy” narodów wyraźnie odpowiada definicji tego pojęcia, którego naukową koncepcję opracował Rafał Lemkin w połowie XX wieku . „Cyryl zamienił Rosyjską Cerkiew Prawosławną w antychrześcijańskiego sługę faszystowskiego państwa Putina. Zamiast oddzielać Kościół od państwa, Cyryl wolał podporządkowanie Kościoła państwu” – podsumowuje profesor Motyl.

Analitycy Amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) zauważają, że wezwanie ze strony Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej „jest równoznaczne z zniszczeniem narodu ukraińskiego na pełną skalę”.

Rosyjska Światowa Rada Ludowa powstała ponad 30 lat temu – w 1993 roku – i od samego początku swojego istnienia propagowała ideę „rosyjskiego świata” – koncepcję imperialną, uznającą istnienie Ukrainy i Białorusi niezależne od Rosji za swego rodzaju „historyczny błąd”. Promowała język i kulturę rosyjską na przestrzeni poradzieckiej. Ale w obecnej sytuacji, kiedy nawet władze Rosji nie odważą się bezpośrednio nazwać inwazji na Ukrainę „wojną”, ale mówią o „specjalnej operacji wojskowej”, Cerkiew faktycznie nazwała wojnę wojną i jeszcze ochrzciła ją „świętą”.

Patriarcha Cyryl już wcześniej powiedział Rosjanom, że śmierć w wojnie z Ukrainą jest równoznaczna z otrzymaniem przebaczenia wszystkich grzechów. „Święta wojna” wypowiedziana przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną przeciwko Ukrainie przypomina wyprawy krzyżowe czy Islamski Dżihad, „ale jest całkowicie zgodna z językiem Putina” – zauważa profesor Motyl.

„Wielu uważa, że ​​po tym dokumencie Rosyjska Cerkiew Prawosławna przestała być nie tylko cerkwią prawosławną, ale i chrześcijańską – stwierdza profesor. – „Rosyjska Cerkiew Prawosławna już dawno przestała być organizacją religijną. Faktycznie od początku lat 90. XX w. ulegała stopniowym przekształceniom, a od 2014 r. przekształciła się w Ministerstwo Informacji i Polityki Duchowej. A Cyryl zamienił Patriarchat Moskiewski w instytucję służącą państwu, która służy imperialnej ideologii Kremla” – podsumowuje.

To skłania wielu wiernych i księży na Ukrainie, pozostających w jedności z Patriarchatem Moskiewskim, do przejścia do Cerkwi Prawosławnej Ukrainy, która otrzymała autokefalię. Już teraz liczba parafii obu Cerkwi niemal się zrównała – w każdej jest ich ponad osiem tysięcy. Dokument o „świętej wojnie” stanie się kolejnym czynnikiem ułatwiającym przejście od kościoła rosyjskiego do ukraińskiego.

Około miesiąc temu komisja Rady Najwyższej Ukrainy ds. polityki humanitarnej i informacyjnej jednomyślnie zarekomendowała parlamentowi przyjęcie przedłożonego projektu ustawy o zakazie działalności organizacji religijnych powiązanych z Rosją na Ukrainie. Dokument ten może zahamować działalność Cerkwi Rosyjskiej na Ukrainie. Teraz decyzja „Rady” w Moskwie może stać się nowym katalizatorem procesu zakazowego. Jak zauważa profesor Motyl: „Podobnie jak Rosja Putina, Rosyjska Cerkiew Prawosławna i jej zwierzchnik, patriarcha Cyryl, całkowicie stracili kierownictwo duchowe i odrzucili wszystko, co rzekomo reprezentuje chrześcijaństwo – przede wszystkim przekonanie, że należy kochać bliźniego jak siebie”.

 

HUBERT BEKRYCHT: Za pięć dwunasta, czyli cisza, która nie inspiruje

Za kilka minut nie będzie już można niczego powiedzieć o wyborach, wyborcach a nawet o napoju, który jest wyborowy. Taka to głupota młodej przecież jeszcze pokomunistycznej demokracji, że nam tę ciszę wyborczą wciskają jak pasztetową w sklepie z PRL rodem. A my – jak mówi młodzież – „łykamy jak pelikany”. Myślimy, że to taki bezpiecznik demokracji, choć po grudniowych wydarzeniach ub. r. demokracja to czysta abstrakcja. A prawda jest taka, że urzędnicy z Brukseli nie mogą się nadziwić, bo co komu cisza przed wyborami? Ale w krajach, jak o nas mówią, niezbyt rozwiniętych demokratycznie – a tę opinię o Polsce przez lata umacniali politycy obecnej koalicji rządzącej – taka cisza być musi. Nikt nie wie w Polsce dlaczego, ale uśmiechnięte społeczeństwo tak uznaje i tak jest. Chyba.

Nie wiem, czy wszyscy rozumiemy w jakim stopniu cisza przed jakimikolwiek wyborami jest abstrakcją. W dobie wszech dostępu do sieci i zaszyfrowanych informacji, tudzież popularności – przepraszam wyborczych cenzorów – platform, z tym że społecznościowych, takie przepisy to tylko śmiech z prawa. I demokracji. W niczym cisza nie pomaga, bo plakaty wiszą, napisane przed godziną 23:59 w piątek artykuły, posty i zrobione filmiki mogą sobie dyndać w sieci jak pułkownikom prawo w zajmowanych nielegalnie mediach publicznych.

Geografia ciszy

Cisza przedwyborcza a właściwie wybitnie wyborcza nie obowiązuje w krajach o ugruntowanym systemie politycznym – celowo nie piszę demokratycznym – czyli nie jest potrzebna m.in. Brytyjczykom, Szwajcarom, Belgom, Austriakom, Duńczykom, Szwedom, Finom, Litwinom i Portugalczykom. W Europie, najbardziej chyba sprawiedliwy zakaz agitacji, czyli w dniu wyborów, obowiązuje w Niemczech i na Węgrzech. Polska wydarzeniami z grudnia ub. r. zasłużyła ostatnio na ciszę w polityce w ogóle, ale ma tylko prawie dwudniowy zakaz prowadzenia kampanii przed wyborami, tak samo jest w Chorwacji, Grecji, na Cyprze, Irlandii, Bułgarii i na Słowacji oraz we Francji.

Najdłużej trzeba milczeć we Włoszech, bo aż 15 dni przed wyborami a 5 dni cisza trwa w Hiszpanii. Kilkudniowy post od agitacji obowiązuje m.in. w państwach bałkańskich (Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Rumunia) oraz w Luksemburgu a także w Turcji.

Milczenie wyborcze i historia (krótki kurs)

Oczywiście, dla bardziej dociekliwych, wszystko może mieć w tym zestawieniu logiczne uzasadnienie, ale też i nie: Włochy najdłużej milczą przed wyborami, bo rządy po wojnie trudno tam zliczyć a parlament jest rozdrobniony jak karma dla bezzębnego jelenia. Poza tym Italia, poprzez nadmierną agitację panów w czarnych koszulach, już kiedyś płaciła sporą cenę społeczną za zbytnią „wolność” wyborczą. Z drugiej jednak strony w Niemczech cisza jest tylko w dniu wyborów, ale są tacy, którzy właśnie tam po wojnie wyborów w ogóle nie przeprowadzaliby. W Austrii, gdzie nawet malarze mogą drzeć się w dniu elekcji na kogo głosować, też – zdaniem wielu – lepiej przeprowadzać tylko wybory miss (sprawdzić, czy dzierlatki mają brody) lub wybory komitetu domowego.

Wyciszenia demokratyczne

Cisza wyborcza w Polsce tylko raz minęła się z pędzącym pociągiem prawa. Całkiem niedawno całe tabuny ludzi przed lokalami za nic miały ciszę, kiedy w nocy, bez komunikatu PKW, tworzyły się kolejki po formalnym zakończeniu wyborów a w kraju wiadomo było już jakie są wyniki. Nawet jeden poseł roznosił w nocy wśród wyborców swojego okręgu napoje i nie był w masce, czyli każdy mógł go rozpoznać i ów parlamentarzysta mógł agitować za pomocą dobrze zwanej, nie tylko nad Bosforem, twarzy… To taka była wyciszona demokracja. Wybory się uśmiechnęły ustami polityków i sędziów, którzy są demokratami i o ciszę wyborczą dbają, chociaż zastosowano tu wyciszenie ciszy wyborczej.

W czasie podróży przez Europę śladem występowania ciszy wyborczej pominąłem jednak jeden istotny szczegół. Przed ciszą, w jej trakcie i nawet przed powtórnymi czy powtórzonymi wyborami trzeba mieć na kogo głosować. Czego Państwu i sobie życzę.

 

 

WALTER ALTERMANN: Oj, wybory, wybory, po wyborach smutek…

Tytuł tego felietonu zaczerpnąłem, z małą przeróbką, z ludowej piosenki. W oryginale jest tak:

„Oj, wesele, wesele, po weselu smutek,

oj, wlazła baba na piec,

sparzyła półdupek…”

W rzeczywistości wybory to wielkie społeczne wesele, a skutek powyborczy, jest właściwie  identyczny, jak u tej baby – duże rozczarowanie i obolałe siedzenie. Żeby jednak nie być posądzonym o pójście na łatwiznę, proponuję poniższy wykład.

Wybory, dawniej 22 lipca

Daje się dziś słyszeć, że wybory to wielkie święto demokracji. Ilekroć słyszę takie zadęcie, tylekroć  budzi się we mnie uśpiony burzyciel pomników. Bo dzisiejsze wybory samorządowe bardziej przypominają dawne święto 22 lipca, niż prawdziwą demokrację. Według mnie demokracja, która ogranicza się do możliwości głosowania nie jest jeszcze prawdziwą demokracją. Prawdziwa demokracja, to możliwość weryfikowania działań władzy, poddawania tych działań rozumnej krytyce i wyciąganie bezwzględnych wniosków. Tak samo jak do pełni demokracji konieczna jest weryfikacja obietnic wyborczych i sprawdzanie dotychczasowych osiągnięć życiowych kandydatów do władzy.

Wydawałoby się, że w dobie wolnych mediów, Facebooka, Twittera nie ma nic łatwiejszego, niż rzetelne rozliczenie dotychczas rządzących radnych, burmistrzów, wójtów, prezydentów miast i marszałków województw, ale nic bardziej mylnego. Obecna kampania wyborcza to parada terenowych zarozumialców, gminnych zbawców i lokalnych świętych Mikołajów. Przykłady? Podzieliłem je na dwie kategorie. Pierwsza to auto-chwalba obecnych władz, druga to zapowiedzi kandydatów.

Czego to myśmy nie zrobili

W wielu miastach na nowych obiektach municypalnych, takich jak zajezdnie autobusowe, na  wyremontowanych pośpiesznie, po łebkach ulicach i na ledwo co ukończonych budynkach szkół, żłobków i szpitali pojawiły się transparenty, głoszące: „Zrobiliśmy to dla Was, Łodzianie, Poznaniacy czy Pszczynianie”. I wychodzi na to, że władza robi prezenty swoim wyborcom, z własnej (tej władzy) kasy. Pomijam już fakt, że łodzianie, poznaniacy, pszczynianie zawsze  piszemy małą literą. Nie jesteśmy w końcu Niemcami którzy każdy rzeczownik piszą wielką literą.

Zwracam też uwagę, że pisanie „dla was” jest rodzajem nieprzyjemnego fraternizowania się z  wyborcami, którym władza lokalna ma służyć. A nadto, to wyborcy są dla władzy władzą, nie odwrotnie.

I zupełnie jak w przeddzień 22 lipca obecne władze chwalą się osiągnięciami remontowo-budowlanymi. A czynią to tak, jakby rzeczywiście dochodziło do jakichś masowych cudów, a  władze były po prostu cudotwórcami.

Trzeba być naprawdę mocno w sobie zakochanym, żeby uznać, że remont linii tramwajowej jest objawieniem łaski Bożej, poprzez prezydenta miasta. I tak to, przed wyborami, to co oczywiste i normalne, staje się wydarzeniem metafizycznym, nadludzkim.

I ani słowa o tym, ile z poprzednich obietnic wyborczych naprawdę zrobiono, a ile poszło psu na budę. Nikt nie ma zamiaru z czegokolwiek się rozliczać. Przecież minęło już 5 lat, więc wyborcy nie pamiętają o obiecanych złotych górach…

A czego to my nie zrobimy

Obietnice wyborcze nowych ludzi są równie nadprzyrodzone, co działania ich poprzedników. Ani słowa o pieniądzach – w sensie, skąd je nowi lokalni władcy wezmą. A bez pieniędzy nawet Salomon nie naleje. Nic, czysta abstrakcja jak u Kandinskiego lub niepohamowany kubizm jak u Picassa.

W obietnicach nowych nic się nie trzyma kupy, albo nic niczego się nie trzyma. A to dlatego, że albo nie mają pojęcia o zarządzaniu miastami i gminami, albo też uważają, że nie ma się co skupiać na szczegółach, bo i tak zwycięża wizerunek kandydata. Dlatego pozostaje nowym odwoływanie się do uczuć wyższych, właśnie metafizycznych.

Przejrzałem kilkadziesiąt ulotek wyborczych z całej Polski. Kilka poniżej zacytuję.

„Dlaczego startuję? Bo władza w mieście ignoruje mieszkańców. Chcę im przywrócić szacunek” – niestety kandydat nie rozumie, że szacunek jest w tym tekście dziwnym słowem. Co prawda dobrze brzmi, ale nic nie znaczy. Bo co? Będzie non stop łaził ulicami i każdemu mieszkańcowi będzie się nisko kłaniał kapeluszem? Przy okazji nie będzie też nikogo ignorował.

„Jestem zmianą, na którą czekacie” – pisze kandydatka. Ale nie pisze jaką zmianą, z czego na co. Ot, ma być zmiana, to jestem. Jako kobieta jest nowa nawet ładna, ale iluż wyborców zechce zmienić na nią swe żony?

„Chcę, aby nasze miasto inspirowało” – pisze kandydat, z zawodu nauczyciel, obecnie emeryt. I aż przykro myśleć, czego to on nie uczył w przeszłości. Przede wszystkim nie uczył sensu słów, bo inspiracja to natchnienie. A czymże ma inspirować owo miasto, Duchem Świętym, skłonnościami  do uprawiania sztuk pięknych? Kolejne puste słowa.

„Obecny prezydent jest zmęczony. Dajmy mu odpocząć.” – jakże podle apeluje kandydatka na urząd prezydenta miasta. Sugeruje bowiem, że obecny prezydent nie ma już sił i zdrowia do sprawowania urzędu, a nawet – być może jest chory. Czyli, podłość, podejrzane sugestie i pomówienia. Strzeż Panie wyborców przed takim kandydatem na urzędzie. Bo taka kandydatka będzie gotowa na wszystko.

„Sejmik bez polityki!” – deklaruje kandydat do sejmiku województwa. I kolejna abstrakcja, bo czymże jest sejmik jak nie ciałem politycznym? A tu kandydat zapowiada, że jego polityka nie interesuje… W takim razie nie powinien się ubiegać o mandat. Mógłby zostać dobrym strażnikiem miejskim, szewcem (których tak brakuje), a jeżeli ma ukończone studia to nawet nauczycielem. Tu  dodam, że kandydat o niczym więcej w swoim programie nie informuje.

„Kocham to miasto. Chcę przywrócić mieszkańcom szacunek” – informuje kolejny łaskawca do rady miejskiej. Ale nie zdaje sobie sprawy, że szacunek jest czymś osobistym, własnym, niemal intymnym i nikt nikomu ani nie może go odebrać, ani przywrócić. Szacunek dla innych się ma, albo nie ma. Szacunek jest wartością moralną, wskazówką, jak traktować siebie i innych, by nie naruszać swojej ani cudzej godności. Szacunek służy ochronie tej najważniejszej, najbardziej delikatnej części naszego ja. Wybacz im Panie, bo piszą jak myślą, a myślą – jak widać – bardzo marnie.

Brudno i totalny bałagan

O jednym żaden z kandydatów ani z tych, co już władzę mają ani z tych, co jej tak bardzo pragną nie wspomina… o powszechnym i zniewalającym brudzie i bałaganie, który panuje na wsiach, w miastach i miasteczkach. Elektorat niemiłosiernie brudzi, a władze nie sprzątają.

Dziwne, że nikt, dosłownie nikt z kandydatów, nie podjął tego tematu. A temat widać i czuć na każdym kroku. Obecne władze robią niewiele w kwestii brudu, bo – jak twierdzą – nie mają pieniędzy. Więc zrozumiałe, że obecni udają, że jest czysto. Ale dlaczego ci nowi sprawy nie podejmują? Bo boją się wyborców, których tak niskie tematy mogłyby odstręczyć od głosowania na czyściochów. No i nikt nie lubi, żeby mu wytykać, że jest brudasem.

A prawdę mówiąc, my Polacy lubimy bardziej wzniosłe tematy: honor, dziedzictwo historyczne  odpowiedzialność dziejowa… A przypominanie, żeśmy z dziada pradziada brudasy, nie uchodzi.

Pójdę, ale bez zadowolenia

W sumie mamy programowy mętlik w głowach, kalectwo językowe w ulotkach i nieprzepartą chęć życia przez najbliższe 5 lat na koszt wyborców. Mało, piekielnie mało. I potwornie drogo! Niestety, przed każdymi wyborami wzrasta we mnie poziom anarchizmu. Albowiem nikt ze starych z niczego się nie rozlicza, a nikt z nowych nie sili się nawet na minimum logiki. Do urny oczywiście pójdę, ale bez zadowolenia.

 

 

Na medialny seans spirytystyczny zaprasza WIKTOR ŚWIETLIK: Upiory Wyborczej

Duchy mają to do siebie, że bywają tylko odbiciem tego, co było kiedyś. Kilka lat temu nie bez lekkiego rozbawienia czytywałem o sobie jako o troglodycie z prawicowej kloaki zarzynającym najbardziej inteligencką stację radiową w historii ludzkości. A także jako o mordercy ducha niezależności i wolności, który przy Myśliwieckiej niepodzielnie panował od czasów powstania Trzeciego Programu Polskiego Radia w latach 60. i przez buntowniczą pierwszą połowę lat 80., manifestowany szczególnie po grudniu 1981 roku.

Potem dowiedziałem się jeszcze, za sprawą nieocenionej w dziedzinie researchu redaktor Agnieszki Kublik, że robiłem niezłe przewały, hodowałem trolle, a z radia nie odszedłem sam, tylko osobiście spuścił mnie sam Krzysztof Czabański. Research pani Kublik polegał na tym, że powtórzyła to wszystko po znanym mitomanie Wojciechu Cieśli plus trochę zmyśliła.

Co z tego zostało? Kilka procesów, które wloką się latami. A także, na przykład, rozmowa, którą kilka tygodni temu odbyłem z redaktorem „Gazety Wyborczej” Piotrem Głuchowskim. Nie wiedziałem swoją drogą tego, że Głuchowski za chwilę zasłynie awanturą z Kanałem Zero i Krzysztofem Stanowskim. Za to słyszałem gdzieś tam wcześniej, że to facet, który nie jest takim modelowym Wielińskim. Czasem coś pisze po swojemu. Uprzedziłem go, że z madame Kublik się procesuję, parę rzeczy mu powiedziałem, fakt, że na szybko, podczas jazdy samochodem.

Szczerze mówiąc „Gazeta Wyborcza” nie jest za bardzo w stanie ani mi zaszkodzić, ani pomóc. Wiadomo, że mnie nie znoszą, jako elementu znienawidzonej polskiej czarnej sotni, która nie zaakceptowała Michnika jako pana dusz i karier po wieki. A ja z odwrotnych przyczyn nie przepadam za nimi, choć piszę tu o formacji, a nie o ludziach, którzy bywają przecież różni. Daleki jestem od stygmatyzowania wszystkich, choć mógłbym przecież jechać „funkcjonariuszami z Czerskiej”, „poddziennikarzami” i „małpoludami”, jak to czyni się od kilku lat.

Mam wrażenie, że ani ja, ani Głuchowski tego nie lubimy. Dlatego na koniec nie poprosiłem nawet o autoryzację. Po pierwsze, nie lubię tego zwyczaju, po drugie – też byłem ciekaw, co będzie.I co wyszło? Niewiele. Ani się oburzać, ani wzruszać. Mam wrażenie, że Piotr Głuchowski próbował napisać tekst pod tezę, ale mniej więcej oddając sens wypowiedzi, więc trochę mu poprawili redaktorzy, żeby zbyt uczciwie nie było. To takie stare numery, drobne manipulacje, które zna każdy doświadczony sekretarz redakcji. Wychodzi niby to samo, a co innego. Kilka przykładów:

Jest tam o rozmaitych odejściach w ramach awantur, które odbywały się w Trójce już nie za moich czasów. No i jest choćby o Janie Młynarskim. A kto – tego Janka Młynarskiego – przyjął, wymyślił jego audycję, nie przy oporze, dodam, części “starej” redakcji? Jest za to o całym stadzie “przyjętych” prawicowców, z których większość po prostu bywała jako goście audycji publicystycznych obok innych gości. No to teraz jest taka w odzyskanym przez demokrację tuskową radiu apolityczność, że w sąsiedzkim RDC wprowadzają zapis na Piotra Semkę jako gościa.  Jest we wspomnianym tekście też wyssana już zupełnie z palucha moja wypowiedź, że dziennikarzy „trzeba dyscyplinować”. Jest podobnych rzeczy masa, ale zatrzymam się jeszcze przy dwóch rzeczach. Jest śródtytuł „dwa procent Świetlika” sugerujący, że zostawiłem Trójkę z dwoma procentami słuchalności. Zostawiałem z pięcioma, wedle mocno niemiarodajnego badania, ale przyznaję, że słuchalność spadła, bo i nie mogła nie spaść w warunkach takiego ostrzału medialnego. Polecam sprawdzić za to w biurze reklamy Polskiego Radia, jakie dochody wtedy Trójka przynosiła i jaki odsetek w nich stanowiły podmioty niepubliczne.

Dalej: rzekomo, zalecam Agnieszce Szydłowskiej, obecnej dyrektor, by nie bała się brać na siebie decyzji polityków. Tak naprawdę, zasugerowałem by nie zasłaniała się zarządem. To co się dzieje w jej stacji to jej odpowiedzialność. Na przykład gdy zostaje wywalona Beata Michniewicz. A sorry, „Wyborcza” wyjaśniła. Przeszła na emeryturę.

No i w końcu – to już chyba ze względu na proces z panią Kublik – „Świetlik musiał odejść”. Nie, szanowna „Gazeto” i droga Trójko. Odszedłem, bo miałem dosyć, będąc w historii tej stacji bodajże jedynym dyrektorem, który sam sobie odszedł, nie licząc Michała Olszańskiego, którego do rezygnacji zmusili koledzy. Odszedłem, bo miałem dosyć cierpień na pluszowym krzyżu pana Wojciecha Manna, czasami kojonych podwyżkami. Miałem dosyć ciągłego zewnętrznego podkręcania konfliktu w redakcji przez „Wyborczą”, ludzi pokroju Jerzego Owsiaka i ciągłego słuchania wypłakiwania strachu części tej redakcji, że „jak oni kiedyś przyjdą to się zemszczą za to, że nie odeszliśmy „. Miałem dosyć spławiania jakiś wokołopisowskich nawiedzeńców, bredzących że mam wprowadzić „kulturę narodową” ograniczoną do kilku artystów popierających ich partię plus czasem czyjejś kochanki albo córki, która jest utalentowaną artystką, ale system ją blokuje. Miałem dosyć tego, że nic nie mogę zrobić bo mam wciąż obcinany budżet. I miałem, szczerze mówiąc, też dość przy tej harówie oglądania kolejnych siedem tysięcy coś tam na rękę na koniec miesiąca. Lubicie ujawniać zarobki? Proszę, ujawniam się sam. Może inni pójdą moim śladem? Panowie Czyż, Orłoś, członkowie zarządów PR i TVP zapraszam…

I powiem wam coś jeszcze. Jakbym tam siedział dłużej, to to co się zdarzyło w 2020 roku by się nie zdarzyło, bo miałem na tyle oleju w głowie i kontaktów by to powstrzymać. Tyle, że taka wegetacja dla mnie nie miała sensu. Nie rozwijałaby ani radia, ani mnie. Czułem się jak facet ze słynnej okładki „Super Expressu”, który „cały czas trzymał kredens”. Wyszedłem. Kredens za przeproszeniem p…ł. Widocznie tak miało być.

Mógłbym małe i większe manipulacje wymieniać. Tylko po co? Do Głuchowskiego zresztą wielkich pretensji nie mam bo mam wrażenie, że chciał dać panu Bogu świeczkę i Diabłu ogarek. Chciał, żebym ja się nie czuł nadmiernie oszukany, a tekst przeszedł przez redakcję. Pozostaje pytanie. Po co w ogóle z kimkolwiek rozmawiać, skoro linia redakcyjna wyklucza jakąkolwiek realną ciekawość tego, co ma on do powiedzenia? I nie jest to tylko pytanie o „Gazetę Wyborczą”.

 

 

Rys. Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Rewolucja 13 grudnia zjada swoje dzieci

Rewolucja zjada swoje dzieci” – to wyświechtane powiedzenie wydaje się wyprawne z treści wieloletnim nadużywaniem. Dlatego wybaczcie, że mimo wszystko wydaje mi się najlepiej opisującym zjawisko, które mam wrażenie szybko narasta od 13 grudnia zeszłego roku.Gdyby przypadek prokurator Wrzosek został opisany przez „prawicowy portal” wywołałby pewnie słuszne, ale ograniczone oburzenie w szeroko pojętej „prawicowej bańce” i tam by pozostał.

Dzięki mechanizmowi plemiennego immunizowania na fakty, prokurator Wrzosek zostałaby jeszcze bohaterką walki z „prawackim oszołomstwem”. Jej pech polega jednak na tym, że afera została ujawniona na portalu zaliczanym do grupy „uśmiechniętych” i przez to w bańce „uśmiechniętych” nie da się jej łatwo zbyć machnięciem ręki.

Wrzosek

Dzięki Patrykowi Słowikowi i Wirtualnej Polsce – nie mam żadnej wiedzy, żeby miało to być elementem jakiejś podskórnej rozgrywki, więc zakładam, że ujawnione zostało w najlepszej intencji – dowidzieliśmy się, że wnioski prokuratorskie dotyczące TVP  – w dość powszechnym mniemaniu cierpiącej na przerost ambicji i pragnienie atencji, jednocześnie wielce „zasłużonej” dla „walki o demokrację” – prokurator Ewy Wrzosek, miały powstać poza prokuraturą. Wskazuje się na międzynarodową kancelarię Clifford Chance, która obecnie… obsługuje media publiczne. Co ciekawe ta sama kancelaria znajduje się w centrum skandalu finansowego Cum-ex w Niemczech.

No i chyba zrobiło się zbyt „grubo” żeby zbyt wielu chciało prok. Wrzosek „ratować”. Wprawdzie najbardziej fanatyczni jak Tomasz Lis, wzywają, żeby „nie zostawiać swoich na polu bitwy”, ale już Donald Tusk „staje w obronie” tak jakoś enigmatycznie i jakby pozostawiając sobie możliwość ewakuacji. A już rzecznik dyscyplinarna adwokatury uznała, że „zachodzi prawdopodobieństwo popełnienia deliktu przez adwokatów”, Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, uznał, że „granice zostały przekroczone”, nawet neo-prokuratura Korneluka informuje, że „prowadzi śledztwo”. Usiłowanie tłumaczeń na zasadzie „wyższej racji” chyba nie przynosi rezultatów.

Bracia Morales

Smutne i głodne święta panowały chyba również w hacjendzie „Braci Moralesów” czyli rozjechanego w Wirtualnej Polsce (sprawę z Moralesem ujawniła wcześniej „poprzednia” TVP) doradcy Platformy Obywatelskiej i internetowego hejtera Bartosza Kopani, oraz jego brata, również internetowego hejtera znanego na platformie „X” jako CasperVanDeHag – Marcina Kopani (sprawa ujawniona na Salonie24 przez Marcina Dobskiego), przypadkiem szefa podlegającej Trzaskowskiemu warszawskiej spółki miejskiej. Podczas jednej z telewizyjnych debat Trzaskowski zapowiedział jego zwolnienie.

Trudno powiedzieć, czy ujawnienie przez Onet sprawy Marka Balawajdera, który miał się dopuścić licznych przypadków mobbingu w RMF ma podobny kontekst. Prawdopodobnie nie, choć im więcej tego typu spraw, tym bardziej drapię się po głowie. Na pewno ciekawie brzmią jakby zawoalowane „groźby” Tuska wobec dziennikarzy WP.

I tak „najdzielniejsze z dzielnych” i „najwierniejsze z wiernych” matrosy rewolucji 13 grudnia, dopiero co cieszyły się euforią entuzjastycznego, mówiąc po ziemkiewiczowsku „jechania PiS”, a już same są „jechane”. Dopiero co łaknący krwi lud niósł ich na ramionach, a już okazało się, że niesie ich w stronę szafotu. Dopiero co czuli się Panami świata, a tu jakaś gilotyna robi zygu zygu po gardzieli.

„Rewolucja zjada swoje dzieci” – przynajmniej na razie, bo do „robespierów” jeszcze nie doszła.

W zamachu w Crocus City Hall zginęły co najmniej 144 osoby, a 550 zostało rannych. Fot. Wikipedia

WOŁODYMYR SYDORENKO: Zamach w Crocus City Hall w wersji ukraińskiego generała

Gazeta „Ukraina Mołoda” opublikowała prywatne śledztwo byłego śledczego ukraińskiego MSW, byłego szefa wydziału kontrwywiadu wojskowego SBU, byłego posła, generała Hryhorija Omelczenki w sprawie terrorystycznego ataku w Crocus City Hall pod Moskwą. Twierdzi on, że ​​jego wersja, opierająca się na analizie poufnych informacji otrzymanych m.in. z zagranicy, a także danych zebranych z jawnych źródeł, daje mu prawo do wyciągnięcia wniosków zasadniczo różniących się od rosyjskiej narracji.

Według Hryhorija Omelczenka 22 marca 2024 r. na przedmieściach Moskwy, w Crocus City Hall przeprowadzono specjalną operację terrorystyczną rosyjskich służb specjalnych. Ukraiński generał jako autora i dyrektora operacji wymienia Władimira Putina, a inicjatorami operacji mieli być Nikołaj Patruszew i Aleksandr Bortnikow, obecni szefowie rosyjskich służb specjalnych.

Według Omelczenki terrorystyczna operacja specjalna była przygotowywana przez kilka miesięcy. Główną rolę realizatorów krwawej akcji odegrała tajna grupa sił specjalnych FSB, która z zimną krwią pod przykrywką grupy Tadżyków, bez ich wiedzy, rozstrzelała widzów i podpaliła salę koncertową. Pracownicy służb specjalnych monitorowali przebieg ataku terrorystycznego i jego zakończenie. Czterech Tadżyków, którzy zostali później zatrzymani i torturowani w obiektywach kamer, odegrało odwracającą uwagę rolę w tym zdarzeniu.

Jeżeli Tadżykowie rzeczywiście byli członkami Vilayat Khorasan – tadżyckiego skrzydła grupy terrorystycznej Państwo Islamskie, to FSB wykorzystała ich, nie ujawniając ich prawdziwej roli, do zamaskowania swojej krwawej operacji. Tadżykowie zostali zatrzymani około czterech godzin po opuszczeniu Crocus kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Białorusią. Generał Omelczenko twierdzi, że Tadżykowie byli od samego początku wynajęci, utrzymywali z nimi ścisły kontakt funkcjonariusze rosyjskich służb specjalnych, którzy później wykorzystywali ich jedynie jako przykrywkę. Czterech Tadżyków z karabinami szturmowymi nie mogło zabić i zranić kilkuset osób oraz podpalić widownię w ciągu kilku minut od ataku.

Generał Omelczenko twierdzi także, że rozmowy terrorystów podsłuchane przez wywiad USA, po których zaczęto ostrzegać Moskwę o planowanym zamachu, były aranżowane przez rosyjskie służby specjalne. Zdaniem ukraińskiego generała, ​​CIA i Departament Stanu USA odegrały swoją „rolę” nieświadomie, nie wiedząc, że FSB je wykorzystuje do swoich celów. Informacja o tym, że IS przygotowuje atak w Moskwie, wyciekła do CIA przez rosyjskie służby specjalne za pośrednictwem ich podwójnych agentów w organizacji terrorystycznej. Rosjanie umożliwili przechwycenie kilku rozmów telefonicznych i SMS-ów o przygotowaniu do zamachu.

Kreml tak rozpisał scenariusz tego wydarzenia: Rosja otrzyma ostrzeżenie od USA, że bojownicy IS przygotowują atak terrorystyczny w Moskwie w „zaludnionych miejscach lub na koncercie”, potem zaś Władimir Putin będzie mógł przeprowadzić kontrolowany atak terrorystyczny z udziałem „członków IS” (Tadżyków) i spróbować powiązać te wydarzenia z Ukrainą. Kreml był pewien, że po ataku terrorystycznym Departament Stanu USA z całą pewnością oświadczy, że dokonali go bojownicy Państwa Islamskiego. W ten sposób Putin i FSB zyskali „żelazne alibi”, że nie biorą udziału w ataku terrorystycznym.

Po pojawieniu się oficjalnego ostrzeżenia Władimir Putin i kierownictwo FSB byli przekonani, że CIA i Departament Stanu USA wierzą w autentyczność informacji o przygotowywanym przez IS ataku terrorystycznym w Moskwie. FSB mogła wówczas przystąpić do realizację ostatniej fazy kontrolowanego aktu terrorystycznego w Crocus City Hall.

Jakie korzyści odniosła Rosja po tym zamachu?. Po pierwsze, uwaga światowych mediów została odwrócona od zmasowanych ataków rakietowych na Ukrainę, w tym na Kijów i elektrownię wodną Dnipro. Ukraina zniknęła z pola zainteresowania światowych polityków i środków masowego przekazu.

Po drugie, świat demokratyczny zamienia Rosję, państwo agresora i zbrodniarza wojennego Putina, w „ofiarę”, która ucierpiała w wyniku ataku organizacji terrorystycznej. Pojawiają się wypowiedzi o zaangażowaniu Rosji we wspólną walkę z międzynarodowym terroryzmem.

Donald Trump obiecał, że jeśli zostanie wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych, będzie walczył z Państwem Islamskim wspólnie z Rosją, aby „wysłać ISIS do piekła”.

Francja zaproponowała agresorowi Rosji wzmocnienie współpracy służb specjalnych w walce z terrorystami Państwa Islamskiego, którzy zagrażają obu krajom. Poinformował o tym prezydent Francji Emmanuel Macron.

Po trzecie, Zachód składa kondolencje rosyjskiemu rządowi, wylewa krokodyle łzy i składa kwiaty pod rosyjskimi ambasadami, zapominając, że w latach 2014 – 2018 rosyjskie służby specjalne przy pomocy bojowników IS zorganizowały w Europie serię ataków terrorystycznych.

Generał Hryhorij Omelczenko powiedział dziennikarzom, że rozesłał swoją publikację do ambasad państw członkowskich NATO oraz odbył rozmowy z poszczególnymi dyplomatami wojskowymi i przedstawicielami służb wywiadowczych tych krajów. Twierdzi, że krwawe ataki terrorystyczne w krajach UE i NATO (Turcja, Francja, Belgia, Niemcy i inne), które wywołały falę oburzenia w całym cywilizowanym świecie, zostały zorganizowane przy udziale i wsparciu Rosji. Zauważa, że ​​„Czołowi mówcy Kremla nie wahali się przyznać, że Rosja czerpie korzyści z międzynarodowego terroryzmu i grozili Europejczykom, że czeka ich nowa fala przemocy, jeśli UE nie będzie bardziej wyrozumiała w kwestii zniesienia sankcji wobec Rosji”.