Fot. ГСЧС Украины

Wielkie kłamstwo – JEWHEN MAHDA o rosyjskiej propagandzie po ataku na centrum handlowe w Krzemieńczuku

W nazistowskich Niemczech maszyna propagandy miała duże znaczenie. Jej działalność zyskała też należną uwagę podczas Trybunału Wojskowego w Norymberdze nad głównymi niemieckimi zbrodniarzami wojennymi. Julius Streicher, redaktor „Der Stürmer”, został powieszony wraz z innymi nazistowskimi zbrodniarzami.

Przypomniałem sobie o tym fakcie rankiem 28 czerwca, po obejrzeniu briefingu Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej, podczas którego jego oficjalny przedstawiciel Igor Konaszenkow, poinformował, że centrum handlowe Amstor, które spłonęło w Krzemieńczuku, „nie działało”. 25 zabitych, w tym ci, których ciała zostały rozerwane na strzępy, generała armii rosyjskiej nie interesowały. Pierwszy zastępca stałego przedstawiciela Rosji przy ONZ, Dmitrij Polanski, uważa, że ​​sytuacja w Krzemieńczuku ma wiele wspólnego z „prowokacją w Buczy”. Dziwne, że rosyjski dyplomata nie ogłosił zmartwychwstania tych, którzy zginęli w Krzemieńczuku. Zaznaczę, że 27 czerwca rosyjskie media i kanały telegramowe, skoncentrowały się na tym, że rakieta, która w niedzielę 26 czerwca uderzyła w centrum Kijowa, była pociskiem przeciwrakietowym ukraińskiego systemu obrony powietrznej.

Generał porucznik (generał lejtnant) Konaszenkow (kolejny stopień wojskowy otrzymał w czerwcu 2022 r.) jest tubą rosyjskiej propagandy wojskowej. To on wielokrotnie donosił o zniszczeniu ukraińskiego systemu obrony przeciwlotniczej, rozpowszechniając doniesienia o ogromnej liczbie zabitych żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy (których rosyjska propaganda coraz częściej nazywa „bojownikami”), „nacjonalistów” i „zachodnich najemników”. Jeżeli wierzyć jego briefingom, to rosyjskie wojska (dla nadania większej wagi armię Federacji Rosyjskiej, która dokonała inwazji, nazywają „siłami sojuszniczymi”) powinny już zająć zdecydowaną większość terytorium Ukrainy, a nie wyniszczać miejscowości w obwodzie donieckim i ługańskim.

Jednocześnie Konaszenkow twierdzi, że rosyjski pocisk rakietowy w Krzemieńczuku trafił w „hangar z bronią z Zachodu”, a pożar w centrum handlowym Amstor, został spowodowany detonacją amunicji. Jego słowa sprostowują nagrania z kamer monitoringu, ale główny rosyjski propagandysta kicha na to. Jednocześnie sieć kanałów w Telegramie, które są prowadzone przez rosyjski wywiad, kontynuuje rozmywanie informacji o zbrodni wojennej w Krzemieńczuku, podrzucając coraz to nowe i nowe wersje tego co się wydarzyło. Jest to tradycyjna taktyka rosyjskich propagandystów – zasypać wydarzenie szlamem informacyjnym, tak, aby pogrzebać prawdę.

Uderzenie rakietowe w centrum handlowe w Krzemeńczuku nie jest pierwszym, które spowodowało trend dezinformacyjny. Powodem jest to, że rosyjscy najeźdźcy w przededniu szczytów G-7 i NATO znacznie nasilili ostrzały rakietowe terytorium Ukrainy. Kreml próbował wykorzystać ten czynnik na zasadzie kasownika: rezultatami ostrzałów zmusić Zachód, aby wywarł nacisk na Ukrainę i przymusił ją do wznowienia rozmów pokojowych z Rosją. Rosnąca fala dezinformacji wskazuje na to, że cele wyznaczone przez rosyjskie kierownictwo nie zostały osiągnięte. Na Kremlu zdają sobie sprawę, że decyzja o dostarczaniu Ukrainie artylerii dalekiego zasięgu została podjęta na Zachodzie po ujawnieniu informacji o zbrodniach wojennych rosyjskich okupantów w Buczy i innych przedmieściach Kijowa. Na dany moment rosyjscy propagandyści będą próbowali złagodzić negatywne skutki uderzenia po Krzemieńczuku, na co nie możemy pozwolić.

 

fot. Pixabay

WOŁODYMYR SYDORENKO: Upadek kosmicznej potęgi Rosji

Lekkomyślna polityka Władimira Putina, a przed wszystkim wojna na Ukrainie, doprowadziły do upadku osiągnięć Rosji na polu podboju kosmosu.

Związek Radziecki włożył wiele wysiłku, aby uzyskać status „wielkiej potęgi kosmicznej”. Pamiętam, że zanim Jurij Gagarin powiedział: „Ruszajmy!”, Nikita Chruszczow zażądał od naukowców i inżynierów prawdziwych wyczynów, aby wygrać wyścig o podbój kosmosu. Dziś na świecie są dziesiątki krajów, które w jakiś sposób działają w kosmosie, a współczesna Rosja nie jest wśród nich pierwsza. Co więcej, od czasu rozpoczęcia wojny na Ukrainie w 2014 r., w ciągu 8 lat straciła nie tylko dominację w sprawach kosmicznych, ale nawet swój status kraju kosmicznego.

Etapy utraty wysokości kosmicznej

Szef Roskosmosu Dmitrij Rogozin robił w swoim życiu wiele rzeczy. I tylko kapryśny los mógł doprowadzić absolwenta Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego na stanowisko dyrektora generalnego rosyjskiej agencji kosmicznej. Ale nawet tutaj zasłynął jako człowiek, który „oddał przestrzeń”. W rzeczywistości współczesnej Rosji po prostu brakuje sił i środków zarówno do prowadzenia wojny, jak  i podboju kosmosu. To „dziennikarz” Rogozin informuje świat o każdym kolejnym etapie utraty przez kraj statusu kosmicznego mocarstwa.

Tak więc, jak donosi rosyjski Interfax, Rada Europejskiej Agencji Kosmicznej uznała niemożność kontynuowania współpracy z Roskosmosem w misji ExoMars-2022. Zamiast tego EAK rozważa NASA zamiast Roskosmos jako partnera ExoMars. Pod koniec ubiegłego roku szef Roskosmosu przyznał też, że Stany Zjednoczone mogą odmówić nie tylko współpracy na Marsie, ale także przy wspólnym projekcie Venus-D. Start rosyjskich misji międzyplanetarnych ExoMars i Venus-D został przełożony na czas nieokreślony.

Choć rosyjska firma Energia opatentowała już koparkę do pracy na Księżycu, Europejska Agencja Kosmiczna ogłosiła w połowie kwietnia br., że zawiesza wspólne działania z Rosją na misjach na Księżyc. Dmitrij Rogozin nie znalazł nic mądrzejszego do powiedzenia niż to, że „Europejka z wozu,  rosyjskiej klaczy lżej”. W efekcie misje „Łuna-25”, „Łuna-26” i „Łuna-27” miały zostać odroczone na czas nieokreślony.

Niepewny jest udział Rosji w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Rogozin powiedział, że decyzja o dacie zakończenia prac Rosji nad ISS została już podjęta, ale Roskosmos nie jest zobowiązany do jej publicznego ogłaszania. Dodał, że Rosja ostrzeże partnerów ISS na rok przed zakończeniem prac. Według niego taki termin zapewniają zobowiązania międzynarodowe. Jednocześnie NASA stwierdziła, że ​​nie potrzebuje udziału Rosji w wysyłaniu astronautów na stację kosmiczną, ponieważ zorganizowała wystarczająco dużo lotów SpaceX. Agencja zakupiła od SpaceX pięć dodatkowych lotów na ISS z załogą – to wystarczy, aby utrzymać załogę USA na pokładzie stacji do czasu zakończenia jej misji w 2030 roku.

 Rosyjska przestrzeń pod sankcjami

Astronautyka od dawna jest jedną z niewielu rosyjskich branż nietowarowych, na które istnieje zapotrzebowanie na rynku międzynarodowym. Jednak lekkomyślna polityka Władimira Putina, wojna na Ukrainie, doprowadziła do upadku działalności kosmicznej i osiągnięć Rosji. Ale tak naprawdę były one możliwe nie dzięki samodzielnej działalności Roskosmosu, tylko współpracy z europejskimi i amerykańskimi agencjami kosmicznymi. To we współpracy z innymi krajami Rosja otrzymała zmodernizowaną stację międzynarodową, instrumenty naukowe, rakiety i satelity, które są wykonane z importowanych komponentów, a także dostęp do rynku startów kosmicznych i eksperymentów naukowych w kosmosie. Wszystko to było możliwe dzięki współpracy z Ameryką i Europą.  Pomysły, aby zastąpić dotychczasowych partnerów Chinami, wciąż nie wyszły jeszcze poza etap deklaracji.

Jednak amerykańskie i europejskie sankcje nałożone w związku z inwazją Rosji na Ukrainę poważnie wpłynęły na astronautykę. Obecnie niektóre rodzaje sprzętu i elektroniki są zamknięte dla dostaw do Rosji, na firmy kosmiczne nałożono sankcje  jak na producentów broni, a prezes Roscosmosu Dmitrij Rogozin został objęty sankcjami osobistymi.

Według Radia Liberty Europejska Agencja Kosmiczna poparła decyzję Unii Europejskiej w sprawie sankcji wobec Rosji. Zagroziło to dwóm głównym wspólnym projektom: Kosmicznemu Teleskopowi Rentgenowskiemu Spectrum-RG i międzyplanetarnemu statkowi kosmicznemu Exomars-2022. To wspólny projekt, w ramach którego Rosja miała dostarczyć rakietę i platformę do lądowania dla europejskiego łazika. Miał on wylecieć z Bajkonuru jesienią 2022 roku. Teraz pozostanie w magazynie przez czas nieokreślony.

Działania Roskosmosu i jego szefa Dmitrija Rogozina rujnują reputację Rosji jako wiarygodnego partnera w kosmosie, nawet na obszarach, które nie są bezpośrednio objęte sankcjami. W ciągu ostatniego półtora miesiąca Roskosmos utracił lub odciął praktycznie wszystkie obszary współpracy międzynarodowej z partnerami amerykańskimi i europejskimi, które były przygotowywane przez ostatnie 30 lat. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna nadal działa, ale tylko dlatego, że strony muszą tam być technicznie połączone, wyłączenie jednej automatycznie oznacza awarię obu segmentów.

Dmitrij Rogozin jako uczestnik wojny na Ukrainie

Im mniejsza jest rola rosyjskiego lidera przemysłu kosmicznego w przestworzach, tym głośniej i agresywnie ingeruje on w „sprawy ziemskie”, przez co nazywany był „kosmicznym jastrzębiem”. Niedawno Rogozin powiedział, że „w przypadku wojny nuklearnej Rosja zniszczy kraje NATO w pół godziny” i wezwał do przeniesienia rosyjskiej przestrzeni kosmicznej i powiązanych sektorów gospodarki „po szynach wojskowych”.

Innym razem Rogozin zasugerował, że Roskosmos może uruchomić produkcję w ukraińskich zakładach na terytoriach okupowanych i kontrolowanych przez Rosję. Są to przede wszystkim przedsiębiorstwa zlokalizowane w obwodach charkowskim, kijowskim, dniepropietrowskim.

Pod koniec maja szef Roskosmosu interweniował w stosunkach rosyjsko-japońskich i zaproponował zmianę nazwy południowych Wysp Kurylskich, „bo ich nazwy łamią język rosyjski”.

Innym razem groził Elonowi Muskowi, mówiąc, że „będzie odpowiedzialny za zaopatrzenie sił faszystowskich na Ukrainie w terminale internetowe Starlink”.

A przy tym wszystkim okazuje się, że sprawy Rogozina giną nie tylko w kosmosie, ale i na ziemi. Niedawno wyszło na jaw, że kontrolowany przez niego kosmodrom Bajkonur jest tak słabo strzeżony, że w celach turystycznych udało się tam wejść dwóm obcokrajowcom, obywatelowi Wielkiej Brytanii Benjaminowi Richowi i obywatelce Białorusi Aliniea Zelupie.

Pod presją tych wszystkich niepowodzeń Roskosmos i jego szef skupiają się teraz na sprawach wojskowych. Jak informowano wczoraj, przedsiębiorstwa Roskosmosu rozpoczęły masową produkcję pocisków Sarmat. Jednak okazało się, że pocisk jest w dużej mierze niedoskonały, dlatego Roscosmos przygotowuje się obecnie do testów nowej konstrukcji.

Wzrost sławy Rosji jako kraju kosmicznego zakończył się całkowitym niepowodzeniem w realizacji niezależnych projektów w kosmosie. Politycznie Kreml powrócił do czasów kryzysu karaibskiego, kiedy świat z powodu postawy Związku Radzieckiego, był na skraju wojny nuklearnej. Dziś Rosja powtarza swoje 50-letnie groźby, po raz kolejny wymachując bronią jądrową. Rada Najwyższa Ukrainy już uznała Rosję za sponsora terroryzmu. Jak dotąd Komisja Spraw Zagranicznych Senatu USA poparła rezolucję wzywającą Departament Stanu do uznania Rosji za państwo sponsorujące terroryzm. „Terror stał się jedyną formą działania Rosji przeciwko Ukrainie i Europie” – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Ukraina będzie nalegać, aby Rosja wreszcie została oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne i sponsora terroryzmu. Ostateczna decyzja należy do Departamentu Stanu i administracji prezydenta USA Joe Bidena. Uznanie Rosji za sponsora terroryzmu zrówna ją z Iranem, Koreą Północną, Kubą i kilkoma innymi krajami objętymi najostrzejszymi sankcjami.

„Nie ma wątpliwości, że Rosja, kierowana przez Władimira Putina, jest sponsorem terroryzmu. Czyn, którego popełnił, zlecając ofensywę na Ukrainę, był aktem terrorystycznym. Jest zbrodniarzem wojennym i odpowiada za każdą zbrodnię popełnioną w jego imieniu, za każde zniszczenie za każde morderstwo. Wszystko, co zostało zrobione na Ukrainie, jest jego obowiązkiem ”- powiedział republikański senator James Rich.

 

Wysiedlenia rolników z Zamojszyzny zima 1942/1943; Zdj. archiwalne - Wikipedia

O niemieckiej akcji wysiedleń na Zamojszczyźnie pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Mężczyźni” wywożą Polaków

24 czerwca 1943 r. Niemcy rozpoczęli drugą fazę masowych wysiedlenia ludności polskiej z Zamojszczyzny. W ciągu kilku miesięcy 1942 r. i 1943 r. z ok. 300 wsi wypędzili ponad 100 tys. mieszkańców, w tym ok. 30 tys. dzieci, częściowo przeznaczonych do germanizacji.

Wynikało to z rozkazu Heinricha Himmlera, który polecił utworzenie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Zresztą Zamojszczyzna od początku okupacji szczęścia nie mała. Niemcy zaczęli od zbrodni na inteligencji (akcja „AB”).

Pierwsze wysiedlenie 2 tys. polskich chłopów z sześciu wsi niemiecki okupant przeprowadził w listopadzie 1941 r. Rok później akcja nabrała zbrodniczego rozmachu w ramach Generalnego Planu Wschodniego.

O co chodziło na Zamojczyźnie? O stworzenie niemieckiego pasa wzdłuż ówczesnej granicy III Rzeszy ze Związkiem Sowieckim i bazy wypadowej dla germanizacji Ukrainy i Białorusi. W przejściowych obozach Polacy byli segregowani do pracy przymusowej, eksterminacji w obozach koncentracyjnych, część została zakwalifikowana do rasy panów (należało posiadać niemieckie cechy rasowe) i zgermanizowana. Dotyczyło to również polskich dzieci, które trafiały do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Łodzi (wówczas Litzmannstadt).

Polacy oczywiście stawili opór. Kolejarze informowali o transportach śmierci do Auschwitz, Majdanka, Łodzi. Na trasie przejazdu mieszkańcy z narażeniem życia wykupywali szczególnie małoletnie ofiary. Opór przybrał charakter masowy i zbrojny. Polegał na samoobronie, przeciwdziałaniu ekspedycjom wysiedlającym. Wielka w tym rola komendanta głównego Batalionów Chłopskich Franciszka Kamińskiego. Partyzanci różnych formacji skutecznie walczyli z kolonizatorami, paląc zasiedlone przez nich wsie i uwalniając represjonowanych Polaków.

1 lutego 1943 r. Polacy stoczyli zwycięską bitwę pod Zaborecznem, która zapobiegła pacyfikacji tej wsi i powstrzymała na pół roku wysiedlenia Zamojszczyzny. Pokonany major Ernst Schweiger, dowódca I Zmechanizowanego Batalionu Żandarmerii w swoim raporcie mówił o ataku 700–800-osobowego oddziału (naprawdę partyzantów było 250), używając terminu „powstanie”. Kolejni niemieccy dowódcy też pisali o „powstaniu zamojskim”, które zagraża nie tylko pacyfikacjom i wysiedleniom, ale całej III Rzeszy.

Niemcy wywieźli z Zamojszczyzny ok. 110 tys. Polaków, w tym ponad 30 tys. polskich dzieci. Na miejsce Polaków chcieli osiedlić ok. 60 tys. etnicznych Niemców z innych krajów, głównie z Besarabii, Bośni, Serbii, Słowenii, ZSRS, oraz Ukrainy. Wszystko pod hasłem Heim ins Reich („Do domu w Rzeszy”) i tworzenia na wschodzie „przestrzeni życiowej” („Lebensraum”). Z Ukrainy Niemcy przesiedlali nie tylko swoich etnicznych obywateli, ale także Ukraińców (Ukraineraktion).

Gdyby nie powstanie zamojskie, ofiar byłoby znacznie więcej. I gdyby nie Elna Gistedt-Kiltynowicz, szwedzka śpiewaczka operowa, która we wrześniu 1939 r. zdecydowała się pozostać w podbitej Warszawie. Z ambasady neutralnej Szwecji wypożyczyła ciężarówkę, którą pojechała na Zamojszczyznę i wykupywała od Niemców polskie dzieci. Zmuszona do wyjazdu w 1949 r. przez komunistów Elna polskim sierotom zapisała przed samotną śmiercią w domu opieki w Szwecji cały swój majątek.

O rozpoczętym w listopadzie 1945 r. procesie niemieckich morderców: procesie norymberskim, szef niemieckiego MSZ Heiko Maas dwa lata temu napisał: „Przed sądem stanęli mężczyźni odpowiedzialni za najohydniejsze zbrodnie w historii”. Wpis powielił ambasador mężczyzn w Polsce Arndt Freytag von Loringhoven.

A zatem nie Niemcy byli zbrodniarzami, tylko mężczyźni.

Przeróbmy zatem (z języka niemieckiego na „mężczyźniany”) wspomnienia Leonarda Szpugi, polskiego rolnika wysiedlonego ze wsi Topólcza w gminie Zwierzyniec: „W tym czasie widziałem naocznie, jak [mężczyźni] odłączali dzieci od matek. (…) Najgorsze tortury, jakie zniosłem, były niczym w porównaniu z tym widokiem. [Mężczyźni] zabierali dzieci, a w razie jakiegoś oporu, nawet bardzo nikłego, bili nahajami do krwi – i matki i dzieci. Wtedy w obozie rozlegał się pisk i płacz nieszczęśliwych. Nieraz matki zwracały się do [mężczyzn] z prośbą o żywność dla zgłodniałych i zmarzniętych dzieci. Jedyne, co mogły otrzymać, to uderzenie laską lub bykowcem. Widziałem, jak [mężczyźni] zabijali małe dzieci”.

Jeśli nie Niemcy są winni, tylko jacyś kosmiczni mężczyźni, to powiedzmy również tak: Ojciec mężczyźnianego dyplomaty, Bernd Freytag von Loringhoven, pochodzący ze starej mężczyźnianej rodziny szlacheckiej, w czasie wywołanej przez mężczyzn II wojny światowej należał do mężczyźnianego Wehrmachtu, brał udział w bitwie między mężczyznami i sowietami pod Stalingradem. W kwietniu przebywał w schronie przywódcy mężczyzn – Adolfa Hitlera. Dlatego współcześnie strona polska nie była zachwycona nominacją mężczyzny Arndta, syna Bernarda na ambasadora mężczyzn w Warszawie.

Szczęśliwie Arndt Freytag von Loringhoven zakończył swoją misję ambasadora Niemiec, przepraszam – mężczyzn – w Polsce. Będzie kolejny ambasador. Czy lepszy?

 

Dziennikarz uniewinniony, redaktor naczelny jeszcze nie. Wyrok w sprawach z 212 kk przeciwko Głosowi Zabrza i Rudy Śląskiej

Dziennikarz uniewinniony, ale redaktor naczelny  – nie, bo jeden z zarzutów przeciwko niemu został jedynie warunkowo umorzony, co oznacza, ze ma wpłacić 2 tysiące zł. nawiązki, a to jest dla niego,  i dla kierowanej przez niego gazety, niebezpieczne, bo otwiera drogę do roszczeń  na gruncie prawa cywilnego.  Dlatego CMWP SDP protestuje przeciwko tej części orzeczenia i zapowiada wsparcie Redakcji  Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej przy składaniu apelacji od tego wyroku.  W imieniu oskarżonego złożenie apelacji potwierdził  jego adwokat. 

20 czerwca Sąd Rejonowy w Zabrzu  wydał wyrok w sprawie karnej z art. 212 kk z oskarżenia Fabiana Pawlaka opisywanego przez  dziennikarza gazety Głos Zabrza red. Przemysława Jarasza i redaktora naczelnego Jakuba Lazara. Fabian Pawlak wytoczył  im  trzy procesy karne z art. 212 o zniesławienie . w 2018 roku w Głosie Zabrza redakcja ujawniła, iż jest to  absolwent prawa, który nie uzyskał jak dotąd uprawnień adwokackich ani radcowskich i  prowadzi jedynie kancelarię doradztwa prawnego, co oznacza, że nie może wykonywać pewnej części usług, jak np. prowadzenie w sądzie spraw karnych czy rozwodowych. Niestety, część zwyczajnych  ludzi nie rozróżnia terminów i znaczenia określeń „radca prawny – doradca prawny” i była przekonana, że ma do czynienia z zawodowym prawnikiem o pełnych uprawnieniach. Zdaniem redakcji potwierdzała to jego oficjalna strona internetowa, na której wśród swych ofert zawarł niemal pełny zakres usług prawnych, dodatkowo powołując się wyraźnie na pracę w Sądzie Rejonowym w Lublinie. Sprawa została opisana przez  Głos Zabrza, gdy do Redakcji zaczęły docierać informacje o tym, że poszkodowani klienci Fabiana Pawlaka zgłaszają się do zabrzańskiego biura poselskiego posła Borysa Budki oraz do miejscowej prokuratury z prośbami o interwencje.  To niestety było nieskuteczne, bo prokuratura ostatecznie umorzyła kilka wszczętych postępowań, gdy się okazało, że na umowach z klientami drobnym druczkiem były adnotacje, że Fabian Pawlak jest doradcą, a nie radcą. Wtedy zaczął on nękać redakcję  aktami oskarżenia . Jak zazwyczaj w przypadku 212 kk toczyły się one z wyłączeniem jawności.

W sumie przeciwko dziennikarzowi  oraz redaktorowi naczelnemu Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej w Sądzie Rejonowym w Zabrzu prowadzone były trzy sprawy. W pierwszej dziennikarz Przemysław Jarasz  został oskarżony wraz z redaktorem naczelnym za serię artykułów ukazujących całą sytuację i niejasności, a także rozwój sytuacji po pierwszym artykule. Chodzi o publikacje „Gra pozorów”, „Kto go rekomendował”, „Policja u drzwi kancelarii”. Niezależnie od tego, że materiał był obszernie sprawdzony i udokumentowany i wypowiadał się w nim sam bohater, w imię pełnej otwartości na jego argumentację, Redakcja postanowiła opublikować jego krótkie sprostowanie (Nr 39/2018), a jej odpowiedzią było podanie kolejnych faktów i ustaleń w następnym numerze. Fabian Pawlak w akcie oskarżenia kwestionował niemal wszystkie argumenty.
Drugie oskarżenie pojawiło się po roku  od pierwszej publikacji , dziennikarz w nowym artykule opisał główne tezy aktu oskarżenia i przypomniał, o co w sprawie chodzi. Po tej publikacji zareagował rzecznik prasowy Śląskiej Izby Adwokackiej mec. Paweł Matyja, który  zaproponował redakcji pomoc prawną w procesie pro publico bono. Te wszystkie fakty i komentarze także zostały opublikowane w gazecie. Po tych dwóch artykułach  p.t. „Ścigani za prawdę” oraz „Solidarni z Głosem” zarówno dziennikarz jak i redaktor naczelny zostali ponownie oskarżeni przez bohatera ich tekstów. Dodatkowo  w trakcie pierwszego procesu Fabian Pawlak odkrył w aktach sprawy  służbową korespondencję dziennikarza z prezesem Sądu Rejonowego w Lublinie, dotyczyła ona  weryfikacji informacji o zatrudnieniu Pawlaka w tymże sądzie, gdyż taka informacja znajdowała się na jego stronie internetowej. Na podstawie tego maila kierowanego wyłącznie do prezesa sądu dziennikarz został oskarżony po raz trzeci.
Ze względu na niejawność toczących się spraw  oraz obawy oskarżonych, by nie narazić się  Sądowi przez  jej naruszenie, CMWP SDP  zgodnie z wolą oskarżonych nie zabierało publicznie głosu w tej sprawie razem z nimi oczekując na orzeczenie Sądu.  20 czerwca został ogłoszony wyrok  w którym Sąd uniewinnił dziennikarza Przemysława Jarasza od wszystkich zarzutów, ale warunkowo umorzył jeden z zarzutów o zniesławienie przeciwko Jakubowi Lazarowi redaktorowi naczelnemu Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej.  Chodzi o użycie przez niego słów „podszywa się pod adwokata” w emitowanej w lokalnej telewizji zapowiedzi treści najnowszych artykułów, co w ustnym uzasadnieniu wyroku zostało uznane za zniesławienie i za co  red. Jakub Lazar ma ma zapłacić nawiązkę 2 tysiące zł. W ocenie CMWP SDP  narusza to zasadę wolności słowa i niezależności dziennikarskiej, dlatego CMWP SDP protestuje przeciwko temu orzeczeniu zapowiada, że będzie wspierać publicznie apelację redaktora naczelnego Głosu Zabrza od tego wyroku.

Poznaliśmy nominowanych do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka w 2022 roku

Monika Białkowska, Sebastian Duda i Dariusz Karłowicz zostali w tym roku nominowani do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Laureat poznamy 5 października.

Zgłoszenia kandydatów  napłynęły z kilkunastu redakcji. Kapituła Nagrody na posiedzeniu 15 czerwca 2022 r. nominowała trzy osoby.

Monika Białkowska, dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”, autorka wideobloga „Reportaż z wycinków świata”,  nominowana została za doskonały warsztat dziennikarski, kulturę słowa, spontaniczność oraz głos rozsądku w debacie publicznej cechujący się troską o przyszłość Kościoła w Polsce i na świecie. W sposób szczególny Kapituła doceniła stworzony w czasie pandemii i prowadzony po dziś dzień program „Reportaż z wycinków świata”, który dostępny jest w mediach społecznościowych. Kapituła doceniła także napisaną przez Nominowaną książkę reporterską pt. „Nawet jeśli umrę w drodze. Twarzą w twarz z uchodźcami”, w której przedstawiła poruszające historie uchodźców z różnych stron świata, spotkanych w czterech miejscach Europy.

Sebastian Duda, dziennikarz, publicysta i autor książek, redaktor kwartalnika „Więź” nominowany został  za nową jakość publicystyki religijnej, która rodzi się w dialogu z niewiarą; za wnikliwe badanie współczesnej „pustki po Bogu” i szukanie nadziei Zmartwychwstania we współczesnej kulturze; za przenikliwą propozycję „nowego soboru trydenckiego” jako najgłębszej odpowiedzi na kryzys Kościoła.  Kapituła doceniła także jego gotowość do dialogu z przedstawicielami wszystkich stron sporów polskich ideowych oraz nową inicjatywę: podcast „Pomiędzy”, w którym Sebastian Duda  rozmawia z wierzącymi, niewierzącymi, „postwierzącymi”, agnostykami i duchowymi poszukiwaczami.

Dariusz Karłowicz, współzałożyciel i redaktor naczelny rocznika filozoficznego „Teologia Polityczna”. Prezes Fundacji Świętego Mikołaja. Współautor programu telewizyjnego „Trzeci Punkt Widzenia” (TVP Kultura). Autor książek.  Nominację otrzymał za kulturę polemiki i wzór bycia chrześcijaninem w laicyzującym się świecie. Za prawdziwie chrześcijańską nadzieję mimo trudnych problemów, z którymi bez lęku mierzy się na rozmaitych areopagach, używając przy tym klarownych wywodów i przepięknej polszczyzny. Kapituła doceniła w sposób szczególny fakt, iż nominowany ukazuje dziedzictwo Jana Pawła II jako mapę drogową wśród konfliktów i zawirowań współczesności. Instytut Kultury Jana Pawła II na Papieskim Uniwersytecie im. św. Tomasza z Akwinu (Angelicum) w Rzymie, którego jest inicjatorem i współtwórcą, jest tego najlepszym przykładem.

Laureata Nagrody „Ślad” 2022 poznamy podczas uroczystej Gali, która odbędzie się w środę 5 października 2022 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich.


Nagroda Dziennikarska „Ślad” im. bp. Jana Chrapka przyznawana jest od 2002 r. Laureatami jej dotychczasowych edycji byli kolejno: Ewa K. Czaczkowska, Grzegorz Polak, Stefan Wilkanowicz, ks. Jerzy Szymik, Marek Zając, Szymon Hołownia, ks. Marek Gancarczyk, ks. Kazimierz Sowa, Anna Gruszecka, Tomasz Królak, Jacek Moskwa, Krzysztof Ziemiec, ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Tomasz Rożek, Alina Petrowa-Wasilewicz, Brygida Grysiak, ks. Andrzej Draguła, Tomasz Krzyżak, Tomasz Terlikowski i Paulina Guzik.

Patronem nagrody jest bp Jan Chrapek (1948–2001), człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego. Był on członkiem zgromadzenia księży michalitów, doktorem teologii, wybitnym duszpasterzem i znanym naukowcem w zakresie współczesnych mediów. Studiował w Lublinie i Louvain. W latach 1983–1986 byt redaktorem naczelnym miesięcznika „Powściągliwość i Praca”, w okresie 1986–1992 był przełożonym generalnym zgromadzenia księży michalitów. Autor licznych publikacji z zakresu teologii pastoralnej, zwłaszcza środków społecznego przekazu, m.in. „Recepcja programów TV przez młodzież” i „Kościół a media”. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1992 do 1994 r. był biskupem pomocniczym drohiczyńskim, w latach 1994–1999 biskupem pomocniczym toruńskim. Od 1999 roku do swojej tragicznej śmierci w wypadku samochodowym – biskup radomski.

Organizacją Gali Nagrody „Ślad” zajmuje się Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka, powołane przez członków Kapituły Nagrody „Ślad”.

 

Sąd Apelacyjny przychylił się do wniosku red. Tomasza Sakiewicza pozwanego przez prezesa fundacji „Otwarty Dialog”

Sąd Okręgowy w Warszawie – IV Wydział Cywilny na rozprawie 13 czerwca b.r. zdecydował o dalszym rozpoznawaniu sprawy redaktora  Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” pozwanego  przez Bartosza Kramka, prezesa fundacji „Otwarty Dialog”.  Na kolejnej rozprawie 15 lipca  ma być przesłuchany przez Sąd red. Tomasz Sakiewicz, który wnioskował o to formalnie od pierwszych rozpraw w tej sprawie, a którego zdania  sąd niższej instancji nie uwzględnił.  Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP, w imieniu SDP w rozprawie apelacyjnej uczestniczyła red. Anna Maria Szczepaniak. 

Rozprawa odbyła się w trybie zdalnym. Bartosz Kramek zarzuca Tomaszowi Sakiewiczowi, redaktorowi naczelnemu „Gazety polskiej” i wydawnictwu  Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o.o., o wydawcy „Gazety Polskiej”  naruszenie dóbr osobistych w postaci godności, szacunku, czci, dobrego imienia i reputacji poprzez umieszczenia na okładce Gazety Polskiej z 16.08.2017 r. fotomontażu przedstawiającego jego twarz  wmontowaną w postać niemieckiego żołnierza łamiącego polską barierę graniczną. Wyrokiem z dnia 28 lipca 2021 r. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał pozwanym publikację przeprosin oraz zasądził od nich solidarnie na rzecz powoda zadośćuczynienie w kwocie 15 000 zł, a także kwotę 10 000 zł na rzecz Fundacji Centrum Praw Kobiet. Od powyższego orzeczenia pełnomocnik pozwanych wywiódł apelację, w której powołał zarzuty odnoszące się do naruszenia przepisów prawa materialnego, jak i procesowego.

W ocenie CMWP SDP  działanie Pozwanych  odnosiło się do działalności Powoda i  było uzasadnione.  Bartosz Kramek zasiada we władzach Fundacji Otwarty Dialog, która – zdaniem wielu mediów  prowadzi działalność wymierzoną w rząd Rzeczypospolitej Polskiej. Powód zresztą osobiście angażuje się w te działania. Udział z manifestacjach, także tych organizowanych przez Obywateli RP czy Akcję Demokratyczną, to tylko część działalności Bartosza Kramka.   Często  występuje on w mediach, gdzie wygłasza komentarze, wręcz manifesty dotyczące jego działalności politycznej. Trudno nie zauważyć, że stał się przez to politycznym celebrytą. Jest wraz ze swoją żoną Ludmiłą twarzą Fundacji Otwarty Dialog  Dlatego też Bartosz Kramek jest osobą powszechnie znaną, a inkryminowany  fotomontaż jest zrozumiały  dla czytelników „Gazety Polskiej”.  Okładka , o którą toczy się proces  i również treść artykułu, jest uzasadniona działalnością polityczną Powoda.

W przesłanej do Sądu Apelacyjnego opinii Amicus curiae  sporządzonej przez Michała Jaszewskiego, doradcę prawnego SDP, CMWP SDP  podkreśliło, iż decyzje sądu I instancji odnoszące się do kwestii dowodowych budzą ogromne wątpliwości. Sąd oddalił bowiem szereg wniosków dowodowych red. Tomasza Sakiewicza, w tym wszystkie wnioski dotyczące przesłuchania świadków. Ponadto nie wyraził zgody na odroczenie rozprawy, zamykając ją na tym samym posiedzeniu i przesłuchując w charakterze strony wyłącznie Bartosza Kramka. Pełnomocnik Pozwanych wskazał też na zastrzeżenia dotyczące bezstronności sędziego orzekającego w I instancji. Abstrahując w tym miejscu od czysto procesualistycznej oceny tego stanu rzeczy, nie ulega wątpliwości, że ten wątek sprawy wymaga dogłębnego zbadania przez Sąd Apelacyjny pod kątem ustalenia, czy Pozwani nie zostali pozbawieni możliwości obrony ich praw w toczącym się postępowaniu, jak również – szerzej – czy nie pozbawiono ich prawa do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy przez niezależny, bezstronny i niezawisły sąd (art. 45 ust. 1 Konstytucji RP).

Tekst: Anna Maria Szczepaniak

Więcej na ten temat TUTAJ.

Jerzy Pawłowski; Fot.: Archiwum, domena publiczna

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Szablista wszech czasów Jerzy Pawłowski podwójnym agentem

W 1976 r. został skazany na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz USA – 10 lat spędził w więzieniu. Mało kto wie, że wcześniej był tajnym współpracownikiem UB i SB, czemu do końca życia zaprzeczał. Odkrywamy nieznaną historię szablisty wszech czasów – Jerzego Pawłowskiego.

Wielokrotny olimpijczyk (1952 – 1972), złoty, trzykrotnie srebrny i brązowy medalista olimpijski, 18-krotny medalista MŚ, 14-krotny indywidualny mistrz Polski we florecie i szabli. W sumie zdobył 21 medali. Najlepszy sportowiec XXV i XXX-lecia PRL (wyprzedził nawet Irenę Szewińską; na którą – jak się potem okazało – donosił bezpiece), laureat plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski (1957 i 1968).

Jerzy Pawłowski lubił podkreślać, że jego rodzina była nękana przez komunę, co przekładało się też na jego postawę: „Miałem antyubecką świadomość. Ubek to było pojęcie ponadnarodowe, to była władza pozbawiająca człowieka osobowości. Przeraźliwie wszechmocna”. O swoich związkach z ubecją milczał.

Przygodę ze sportem zaczął w 1949 r. w klubie „Grochów”, skąd trafił do milicyjnej „Gwardii”. Po trzech latach, kiedy powołano go do LWP, przeniósł się do „Legii”. Wojskowemu klubowi pozostał wierny do końca sportowej kariery, armii do końca życia – był zawodowym wojskowym. Szybko trafił pod skrzydła słynnego węgierskiego trenera, majora Janosa Keveya. Pierwszy tytuł – mistrza Polski we florecie – zdobył już w 1952 r. Największym sukcesem, w wieku 36 lat, było pierwsze miejsce na igrzyskach olimpijskich w 1968 r. w Meksyku.

Pawłowski był u szczytu sportowej kariery. W 1973 r., w uznaniu zasług, wybrano go prezesem Polskiego Związku Szermierczego, którym był przez dwa lata. W międzyczasie ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Rozpoczął pracę jako adiunkt w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie.

Sielanka skończyła się w kwietniu 1975 r., kiedy został aresztowany przez kontrwywiad wojskowy (operacja jego rozpracowania nosiła kryptonim „Gracz”). Miał wpaść w restauracji Baszta w Pyrach. Inna wersja głosiła, że Pawłowski nie żyje, że zabito go na Okęciu, kiedy próbował uciec z Polski. Plotka była o tyle uzasadniona, że człowiek, który przez lata był na pierwszych stronach gazet, nagle zniknął. Cenzura zakazała wymieniać jego nazwiska nawet w kontekście wcześniej odniesionych sukcesów. Rzecz jasna złoty medalista nie mógł też znaleźć się w kadrze na zbliżające się szermiercze MŚ. Milczenie o Pawłowskim trwało 10 lat i 44 dni, czyli dokładnie tyle, ile przesiedział w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie i w Barczewie.

Z ujawnionych dokumentów śledztwa i procesu wynika, że Pawłowski do szpiegostwa przyznał się bardzo szybko – podczas trzech dwugodzinnych przesłuchań. Potwierdził, że CIA zwerbowało go wiosną 1964 r. podczas jego pobytu w USA i nadało pseudonim „Paweł”. Na polecenie Amerykanów miał wstąpić do PZPR.

Dla Amerykanów był cenny nie tylko dlatego, że był światowej sławy szermierzem, ale to, że był majorem LWP, a przede wszystkim współpracował z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Te ostatnie zwerbowały go w 1950 r. i nadały pseudonim „Szczery”. Tu o współpracy miał zadecydować szantaż.

Już w wolnej Polsce (kiedy został zdemaskowany jako agent bezpieki), wyznał: „Podpisałem zobowiązanie, ponieważ nie chciałem, żeby dobrali się do mojego ojca, żołnierza AK”. Historia z ojcem w AK to bajka. Tej samej bezpiece Pawłowski po aresztowaniu opowiedział o szczegółach pracy dla Amerykanów. Donosił również na kolegów-sportowców. W jego aktach są m.in. informacje, że podczas meksykańskiej olimpiady Szewińska i Komar zajmowali się handlem.

Po roku od aresztowania – 8 kwietnia 1976 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego skazał go na 25 lat więzienia, utratę praw publicznych na 10 lat i zdegradował do stopnia szeregowca.

„Zdrada Ojczyzny, zbrodnia szpiegostwa – działania przeciw podstawowym interesom obrony kraju – musi wywoływać tym surowsze potępienie, gdy czynu tego dopuszcza się człowiek, któremu Polska Ludowa umożliwiła wykształcenie, rozwijanie zamiłowań i wykorzystanie talentu sportowego, awans społeczny i dostatni byt, sukcesy i sławę w ulubionej dyscyplinie sportu. Nie może nie wywoływać odrazy fakt, że Jerzy Pawłowski reprezentując nasze barwy narodowe na wielu imprezach sportowych, jednocześnie zdradzał Polskę, sprzedając za nędzne, judaszowskie srebrniki [o pieniądzach od CIA niżej – TP], jej tajemnice. Pawłowski prowadził podwójne życie. Był człowiekiem o dwóch obliczach – istniał inny Pawłowski – karierowicz, bezkrytyczny wielbiciel Zachodu, samolub, dorobkiewicz – Pawłowski, dla którego dobrem najwyższym są pieniądze” – pisał organ Ministerstwa Obrony Narodowej – „Żołnierz Wolności”. Zdrada Ojczyzny nie musiała być jednak tak wielka, skoro Pawłowski dostał „jedynie” 25 lat. Za szpiegostwo groziła bowiem kara śmierci.

W celi w Barczewie przebywał z kryminalistami, którzy – jak mówił – mieli go zniszczyć, ale nie dał się, a kilku nawet przyłożył. Za cenę wcześniejszego wyjścia z więzienia, w okresie stanu wojennego, władze zaproponowały Pawłowskiemu napisanie książki i nagranie filmu, w których potępi imperializm i pochwali socjalizm, i PRL, czyli pośrednio Jaruzelskiego i Kiszczaka. Więzień zgodził się. W pełni poparł też decyzję WRON. Wkrótce przyszła nagroda. W 1984 r. na specjalnym posiedzeniu Rada Państwa PRL udzieliła mu łaski. Postanowiono wymienić Pawłowskiego i czterech innych agentów amerykańskich osadzonych w polskich więzieniach na skazanego w USA superszpiega PRL-u Mariana Zacharskiego. Słynna wymiana nastąpiła w 1985 r. na moście w Berlinie.

Pawłowski postanowił jednak zostać w Polsce. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówił: „Zaprosił mnie konsul generalny USA i zapytał, czy chcę wyjechać do jego kraju, odpowiedziałem, że zostaję. I jeszcze mu powiedziałem, że zostaję dlatego, że to jest mój kraj i że to komuniści powinni wyjechać do Rosji, jeśli im pobyt w Polsce nie odpowiada. Ja mam pewne zasady”. Pawłowski zawsze mówił obrazowo, górnolotnie. Pierwszy raz propozycję pozostania w Stanach miał dostać w 1958 r. na szermierczych mistrzostwach świata. Ma się rozumieć – odmówił.

Można przypuszczać, że w 1985 r. Pawłowski został w Polsce, bo nic już mu nie groziło. Karę – i to w skróconym czasie – odsiedział i na tym represje się skończyły. Odzyskał wolność i znów, mimo 53 lat, zaczął trenować, ale tylko amatorsko, gdyż na reprezentowanie Polski już mu nie pozwolono.

Dlaczego szpiegował? Dla pieniędzy – to klasyczna definicja szpiegostwa. Pod koniec lat 60. Pawłowski jeździł ekskluzywnym mercedesem 300, takim jak ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkał w centrum stolicy w domu wypełnionym antycznymi meblami i kolekcją cennych obrazów. Po wyroku skonfiskowano mu majątek (w ramach dodatkowej kary), ale potem musiano mu go zwrócić – na filmie Jerzego Zalewskiego „Szpiedzy” widać Pawłowskiego w pięknym salonie na tle zabytkowych sprzętów. Sam tłumaczył to szczęściem w pokerze, w którego namiętnie i z powodzeniem grał.

Pawłowski utrzymywał: „Nigdy nie brałem pieniędzy od CIA. To kłamstwo komunistycznej propagandy i dziennikarzy powiązanych z SB. Kiedy mnie skazywali, za wszelką cenę chcieli mi udowodnić pobieranie ogromnych pieniędzy za szpiegostwo, takich, jakie KGB, GRU oraz polskie SB i MSW płaciły swym agentom na Zachodzie, np. Zacharskiemu. (…) Tworzona przez SB, WSW i generała Kiszczaka teoria mojej rzekomej pazerności na pieniądze [Kiszczak pisze o tym w swoich wspomnieniach, przy okazji pracy Pawłowskiego dla służb specjalnych PRL – TP], musiała uzasadniać skandaliczny kapturowy proces i wyrok, jaki otrzymałem. Była to zemsta generała Kiszczaka, mieściła się w ogólnej polityce okłamywania społeczeństwa, a w moim przypadku było to szkalowanie świadome» zdrajcy komuny «, jakim niewątpliwie byłem”.
Innym razem (kiedy okazało się, że jednak pieniądze brał) mówił: „Otrzymałem tylko raz zwrot kosztów podróży i utrzymania przez 12 dni we Francji. To wszystko!”.

Zwrot kosztów nie mógł jednak wystarczyć na mercedesa i antyki. Można spytać – skoro wcześniej pobierał wynagrodzenie od UB, dlaczego później miał nie skorzystać z pieniędzy CIA? Do wygodnego życia wystarczała pensja majora WP i apanaże wybitnego szablisty – pupilka władz. On jednak chciał więcej.

Wielkim patriotą Pawłowski został po 1989 r. Wtedy właśnie zaczął opowiadać, jak to z narażeniem życia walczył z komuną. Tylko jeśli ideowo pracował dla CIA, to jak nazwać jego wcześniejszą pracę dla UB?

Pawłowski nie wstydził się określenia – Wallenrod. Żalił się, że wolna Polska rehabilituje innych patriotów, a jego nie. Tylko czy były podstawy do rehabilitacji?

 

 

Kapitan Emilia Malessa; Fot.: Autor nieznany, Tygodnik Powszechny nr 127

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wyklęta „Marcysia” – ofiara bezpieki i Rzepeckiego

5 czerwca 1949 r. kpt. Emilia Malessa ps. m.in. „Marcysia” popełniła samobójstwo. Miała 40 lat i była bezsilna, obarczona poczuciem winy, odrzucona przez część środowiska byłych żołnierzy Armii Krajowej, które zarzucało jej zdradę i „wsypanie” kolegów. Przyczynił się do tego Józef Goldberg-Różański, który dał jej oficerskie słowo honoru, że żaden z ujawnionych niepodległościowców nie będzie represjonowany. Ale przede wszystkim przełożony „Marcysi” – płk Jan Rzepecki.

 

Emilia Malessa, urodzona w 1909 r. w rodzinie o tradycjach patriotycznych, 1 września 1939 r. zgłosiła się do pracy w Ochotniczej Służbie Kobiet. Od października 1939 r. organizowała komórkę łączności zagranicznej przy Komendzie Głównej Służby Zwycięstwu Polski, którą kierowała następnie w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej aż do końca okupacji niemieckiej.

Zadaniem placówki, działającej pod kryptonimami: „Zenobia”, „Łza”, „Załoga” i najbardziej znanym – „Zagroda”, było utrzymywanie łączności między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie. Na przełomie lat 1943 i 1944 – w okresie największego rozwoju – „Zagroda” dysponowała 120 ludźmi w całej Europie. „Pani na Zagrodzie”, jak ją nazywano, zorganizowała też trasy kurierskie i system ekspedycji poczty, bazujący na najnowszych osiągnięciach techniki fotograficznej (mikrofilmowanie). Komórka łączności odbierała także przeszkolonych na Zachodzie żołnierzy – cichociemnych. To „Marcysia”, w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. pod Skierniewicami przejmowała pierwszego cichociemnego – majora Jana Piwnika, „Ponurego”, z którym dwa lata później wzięła ślub.

Virtuti Militari i awans na kapitana

W Powstaniu Warszawskim „Marcysia” otrzymała order Virtuti Militari za bohaterską służbę kurierską podczas walk w Śródmieściu, w Batalionie Szturmowym kpt. Kazimierza Bilskiego „Ruma”, do którego przeszła na własną prośbę (miała przydział do odwodu sztabu KG AK). Po kapitulacji Powstania uciekła z transportu do Rzeszy i przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowała kanały łączności między AK a Zachodem.

Za całokształt działalności konspiracyjnej Emilia Malessa została awansowana do stopnia kapitana. Po rozwiązaniu AK pozostała w podziemiu, najpierw w organizacji „NIE” (jej dowódca – August Emil Fieldorf, jeszcze jako pułkownik, polecił jej zorganizowanie szlaku kurierskiego z kraju na Zachód), potem w Delegaturze Sił Zbrojnych, w końcu w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Była członkiem ścisłego sztabu, a przede wszystkim nadal kierowała komórką łączności zagranicznej. 31 października 1945 r. została aresztowana przez UB.

Na polecenie Rzepeckiego

Tu zaczyna się początek tragedii Emilii Malessy. W areszcie ujawniła kolegów z WiN-u. Powód? Pułkownik Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP ręczył jej „oficerskim słowem honoru”, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Różański przekonywał, odwołując się do jej patriotycznych uczuć: „tylu już Polaków niepotrzebnie zginęło, trzeba z tym skończyć”. Jeśli nie pójdzie na ugodę – argumentował dalej ubek – „będzie odpowiedzialna za mordownię”. „Marcysia” uwierzyła, wychowana w świecie wartości, w którym słowo honoru coś znaczyło.

Różański słowa jednak nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania członków WiN. Po latach winę zrzucał na innych – twierdził, że jego honor ma swoją wagę, ale zwolnieniu aresztowanych kategorycznie sprzeciwił się Bierut, który – dodatkowo – zarzucił mu uleganie drobnomieszczańskim przesądom. Z kolei radziecki doradca MBP – płk NKWD Jurij Nikołaszkin zdziwił się ponoć: „Co to znaczy, że ty dałeś słowo honoru? Jeśli dałeś, to znaczy ono było twoje, a jak było twoje, to możesz je odebrać”.

W więzieniu, oszukana i zrozpaczona Malessa, w akcie protestu, podjęła pierwszą głodówkę. Wiele wskazuje jednak na to, że decyzję o ujawnieniu uzgodniła wcześniej z kierownictwem organizacji. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk Jana Rzepeckiego (a także płk Antoniego Sanojcy), co w wojsku oznaczało ni mniej, ni więcej tylko rozkaz. Według relacji Rzepecki nie pozostawił „Marcysi” wyboru: jeśli nie ujawni współpracowników, zaszkodzi im znacznie bardziej. Obaj pułkownicy mieli to potwierdzić w rozmowie z historykiem Cezarym Chlebowskim. Jeśli tak, oznacza to, że Rzepecki przerzucił całą odpowiedzialność za swoją decyzję na Malessę.

„Sędziowie”

Od 4 stycznia 1947 r. była sądzona, razem z dziewięcioma innymi WIN-owcami przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Trwającemu miesiąc procesowi przewodniczył płk Władysław Garnowski. Ten przedwojenny prawnik (studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie), AK-owiec, po wojnie w sądownictwie wojskowym (m.in. szef WSR w Poznaniu i w Warszawie), a w końcu prezes Najwyższego Sądu Wojskowego, ma na koncie w sumie 23 wyroki śmierci.

Prócz Garnowskiego sądzili: Jan Hryckowian i Stanisław Kaczmarek. Hryckowian, też przedwojenny prawnik (po Uniwersytecie Jagiellońskim), urodzony w 1907 r. w Latrobe (Pensylwania), w czasie wojny – jako oficer AK – odznaczony Krzyżem Walecznych (jego żona, Stanisława Hryckowian była adiutantem gen. Fieldorfa „Nila”). Miesiąc po procesie Rzepeckiego, w marcu 1947 r., już w randze podpułkownika, został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Wtedy właśnie dopuścił się największej liczby zbrodni sądowych (w sumie 16., w tym mord na Witoldzie Pileckim).

Mniej znany, ale równie krwawy oprawca w todze – kpt. Stanisław Kaczmarek, też był sędzią warszawskiego WSR. Jako przewodniczący składu i sędzia pomocniczy skazywał byłych żołnierzy AK (w tym 3 i 5 Wileńskiej Brygady) oraz działaczy niepodległościowych. Wielu zostało straconych.

Oskarżyciel

Oskarżał sam Naczelny Prokurator Wojskowy Henryk Holder. Urodzony w 1914 r. w Szczerzcu (Lwowskie), syn Mojżesza i Wincentyny. Tak jak Garnowski był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wojny podporucznik Armii Czerwonej. Naczelnym Prokuratorem Wojskowym był w latach 1946-1948. Przez następne dwa lata kierował Departamentem Służby Sprawiedliwości MON (odmawiał m.in. ułaskawienia skazanych na karę śmierci).

Po przeniesieniu do rezerwy, m.in. dyrektor Biura Prawnego Rady Państwa.
W mowie oskarżycielskiej płk Holder zarzucił WiN-owcom m.in. terroryzm, morderstwa, szpiegostwo, propagandę antypaństwową, a także współpracę z faszystami z NSZ i UPA, oraz uchylanie się od służby wojskowej (oczywiście w lWP). Atakował „reakcję” – PSL i rząd na emigracji, wykazując ich związki z WiN (w rzeczywistości nie chciał ich premier Mikołajczyk, słusznie obawiając się prowokacji).

Koniec pięknej karty

Proces nazwano – od nazwiska głównego podsądnego – procesem Rzepeckiego. Jego patriotyczna karta była długa: żołnierz Legionów, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, w okresie międzywojennym służył zawodowo w wojsku, w maju 1926 r. stanął po stronie rządu przeciwko zamachowi Józefa Piłsudskiego, we wrześniu 1939 r. szef oddziału operacyjnego w sztabie armii „Kraków”, od października 1939 r. w SZP, następnie w ZWZ i AK (szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej – za czteroletnią służbę na tym stanowisku otrzymał Złoty Krzyż Virtuti Militari), po Powstaniu Warszawskim w niewoli niemieckiej, organizator i dowódca Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Tu niestety piękna karta Rzepeckiego się kończy. Stefan Korboński (ostatni delegat Rządu na Kraj, podwładny Rzepeckiego) zapisał: „Po aresztowaniu ujawnił on wszystko bez wyjątku: ludzi, adresy, broń i pieniądze, obliczane na około jeden milion dolarów. Według wiadomości, jakie do mnie doszły, nie zostało to na nim wymuszone torturami [potwierdzają to inne relacje], a stało się dzięki pewnemu systemowi obrony, jaki Rzepecki przyjął. Przyznał on uroczyście i kategorycznie, że pozostanie w konspiracji było ciężkim błędem i oświadczył, że ze swej strony dokona wszystkiego, by ten błąd naprawić i podziemie WiN ostatecznie zlikwidować. Wobec tego w śledztwie wydał wszystkich i wszystko. W zamian za to otrzymał przyrzeczenie, że nikt z ludzi przez niego ujawnionych nie zostanie aresztowany i to przyrzeczenie było przez szereg miesięcy przez bezpiekę honorowane. Jest to pierwszy wypadek masowego ujawnienia podwładnych, dokonany przez przełożonego, bez ich wiedzy i zgody”.

Potem, gdy na Rakowiecką trafił rtm Witold Pilecki, ubecy chcieli go „przekonać”, aby namawiał żołnierzy niepodległościowego podziemia do ujawnienia się, tak jak to zrobił prezes WiN. Pilecki odpowiedział: „Rzepeckiemu za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz”. Dlatego Rzepecki uniknął śmierci, a Pilecki musiał zginąć. Musiała zginąć również Emilia Malessa…

„Nie lubi chodzić na pogrzeby”

Malessę „bronił” Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, należący do starannie wyselekcjonowanego grona w pełni dyspozycyjnych wobec bezpieki adwokatów. Stefan Korboński wspominał: „Gdy na zakończenie zabrali głos adwokaci (…) poszli oni po utartej drodze obrony w wypadkach, gdy oskarżeni przyznają się do winy. Powołując się na złe środowisko, w którym ich klienci wyrośli, na błędy polityczne Polski przedwrześniowej, na reakcyjność otoczenia, w którym działali, wreszcie podkreślając fakt, że oskarżeni przejrzeli na oczy, przyznali się do popełnienia przestępstwa, jakim była ich podziemna działalność i okazali żal oraz skruchę, prosili o łagodny wymiar kary. Tak to do ostatniego dowódcy wojskowego podziemia i jego sztabu zastosowano system obrony, typowy dla procesów o kradzież z włamaniem”.

O Maślance mówiło się, że interesują go tylko ci klienci, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Gdy jeden z aresztowanych dowódców AK zwrócił mu kiedyś uwagę, że taki sposób obrony godzi w jego honor, Maślanko odpowiedział, że „ten towar nie jest już obecnie w obiegu”. Czasem odmawiał podjęcia się obrony, bo „nie lubi chodzić na pogrzeby”.

Po miesiącu procesu – 3 lutego 1947 r. ogłoszono wyrok. Najwyższą karę – KS – otrzymał Marian Gołębiewski. Kazimierz Leski i Henryk Żuk dostali po 12 lat, Józef Rybicki i Ludwik Muzyczka – po 10, Jan Rzepecki – 8, Jan Szczurek-Cergowski – 7, Antoni Sanojca – 6, Tadeusz Jachimek – 4. Najłagodniej potraktowano Emilię Malessę, skazując ją na 2 lata. Większość skazanych (w tym Malessę) następnie ułaskawiono. Komuniści chcieli w ten sposób udawać łagodnych wobec tych, którzy wyznali swoje winy, a przede wszystkim potępili dalszy opór, legalizując nową władzę. Jak wyglądała łaskawość „ludowej” władzy? Wielu skazanych w procesie Rzepeckiego (w tym on sam) i innych powojennych procesach, zostało potem ponownie aresztowanych. Byli torturowani w śledztwie, a następnie odsiadywali wieloletnie wyroki.

Nie chciała opuścić więzienia

Ruta Czaplińska (szefowa łączności Komendy Głównej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ps. „Ewa”) w książce „Z archiwum pamięci. 3653 więzienne dni” wspominała „Marcysię” – koleżankę z Rakowieckiej: „Mimo, że w procesie dostała tylko dwa lata i była ułaskawiona przez Bieruta (mogła być natychmiast zwolniona), nie chciała opuścić więzienia. Cały czas była namawiana na wyjście z obietnicą zwolnienia pozostałych aresztowanych. Ale ona uparcie trwała przy swoim. Wyszła wreszcie parę miesięcy potem i swoją walkę prowadziła już na wolności, wierząc, że będzie mogła więcej osiągnąć. Prowadziła liczne pertraktacje z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, przypominając bezustannie o wszystkich przyrzeczeniach wypuszczenia na wolność ujawnionych osób, wymieniając wszystkich z nazwiska”.

Emilia Malessa domagała się po prostu dotrzymania słowa honoru, które dał jej Józef Różański. Zabiegała o wizytę u Bieruta, pisała do szefa bezpieki Radkiewicza (obszerny memoriał pozostał bez odpowiedzi).
Na wiosnę 1948 r. listę z nazwiskami aresztowanych i okolicznościami ich ujawnienia wysłała też do placówek dyplomatycznych. Świat jednak milczał. Prócz interweniowania u władz, „Marcysia” pomagała też więzionym i ich rodzinom. Odwiedzała w celach towarzyszki niedoli, wysyłała im paczki. Świadczyła na rzecz żołnierzy podziemia, zeznając z wolnej stopy na ich procesach.

W kwietniu 1949 r. Malessa napisała list do Różańskiego: „Po wyczerpaniu na przestrzeni trzech i pół lat wszystkich środków dla uzyskania zwolnienia pozostałych ujawnionych, donoszę Panu Pułkownikowi, że od 9 kwietnia podjęłam głodówkę [przechodnie na ul. Rakowieckiej widzieli ją skuloną pod więziennym murem], jako ostatni z mojej strony akt protestu przeciwko niedotrzymaniu umowy dotyczącej akcji ujawniania WiN i grupy »Liceum«. Mając za sobą wypełnienie wszystkich obowiązków wobec mego kraju w okresie okupacji oraz w pierwszym okresie niepodległości przez dokonanie aktu ujawniania, mam niewątpliwie prawo oczekiwać od władz bezpieczeństwa, a w szczególności od Pana Pułkownika jako głównego inicjatora akcji ujawniania, decyzji, która zapobiegnie mojej śmierci i dalszemu więzieniu lojalnie ujawnionych wobec państwa ludzi”.

Jan Rzepecki po ostatecznym wyjściu na wolność w połowie lat 50. został zrehabilitowany. Służył w LWP, działał w ZBoWiD-zie, w 1956 r. poparł Gomułkę, został historykiem. Uratował głowę, ale czy honor?
Ruta Czaplińska: „Marcysia” „wielokrotnie, jeszcze w więzieniu mokotowskim, a potem już na wolności, chciała się widzieć i rozmawiać z Rzepeckim, ale ten nie poczuwał się do niczego i zostawił ją samą”. Do dziś często poświadcza się nieprawdę, że WiN ujawniła Malessa, a Rzepecki – postawiony przed faktami dokonanymi, nie mając już wyboru – tylko to potwierdził.

 

Rysuje Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Jesteśmy za głupi, aby to pojąć

Jeszcze chwilę temu na szwajcarskich lotniskach prężyły się smukłe sylwetki prywatnych odrzutowców „mędrców”, którzy zlecieli się na Światowe Forum w Davos. Z tego co mi wiadomo żaden z tych samolotów nie porusza się dzięki sile wiatru czy słońca, żaden nie jest na baterię, ani nawet na pastę sojową. Wszystkie, literalnie wszystkie, latają dzięki spalaniu bardzo mało ekologicznego paliwa lotniczego pochodzącego ze straszliwych surowców kopalnych. Nie wiem jak w tym roku, ale podobno w 2020 żeby szczyt w Davos mógł się odbyć, do Szwajcarii przylecieć musiało 1500 samolotów, które ilość wyemitowały CO2 równą ilości w sytuacji, w której te same samoloty przetransportowałyby 76 652 zwykłych pasażerów do Davos i z powrotem.

Jednak nasi mędrcy są na to poświęcenie gotowi, tym bardziej, że w końcu decydują w swoim przekonaniu o losach świata. Tylko oni. Niedługo potem rozjadą się do swoich krajów, by z pełnym przekonaniem uchodzić za „demokratów” czy wręcz „obrońców demokracji”. Wprawdzie demokracja to z definicji rządy ludu, nie „mędrców” z ich prywatnymi odrzutowcami, ale od lat przecież mówimy już o demokracji liberalnej, w której „rządy bezrozumnego ludu” są w rzeczywistości zastąpione rządami „światłych gremiów”, które od ludu widzą lepiej. W innych, mniej postępowych czasach, taką formę nazwano by oligarchią, ale dziś jednak lepiej w uszach ludu brzmi „demokracja liberalna”. A kiedy w uszach ludu brzmi to lepiej, lud uspokojony poczuciem, że „nadal żyje w demokracji” nie wydaje niepotrzebnych okrzyków, które mogłyby „mędrcom” zakłócić doniosłe procesy myślowe.

Ku naszej radości

A procesy te sięgają na tyle daleko, że zwykły człowiek nigdy by za nimi nie nadążył. Być może więc, biorąc pod uwagę niedoskonałość materii, z którą przyszło „mędrcom” pracować, całkiem możliwe, że na przeszkodzie planowanemu za pięć lat wprowadzeniu „globalnej waluty” stanie ten niewydolny „czynnik ludzki”. W innych jednak przypadkach, takich jak obciążenie gospodarek, szczególnie Europy, mechanizmami duszącymi wstydliwą konsumpcję i emisję CO2, wysokie gremia wydają się nadzwyczaj skuteczne. Wprawdzie redukcja emisji CO2 przez coraz bardziej upośledzoną gospodarczo Europę, w skali niemiłosiernie kotłującego świata, wydaje się mało zauważalna, ale to mało istotne wobec przejmującej symboliki poświęcenia, dawania przykładu i kary za stulecia europejskiej supremacji.

Również przyszłość wielkie umysły malują nam w jakże ambitnych barwach, planując odebrać przygłupim, ciągle skażonym demokracją w przestarzałym rozumieniu tego słowa, rządom lokalnym, kolejne partie suwerenności. I wykorzystując w tym celu atmosferę pewnego niepokoju, ciągle obecnego po pandemii, która przeorała świat w te i nazad, oddać je o ileż bardziej światłemu WHO, żeby już nigdy więcej nikt nie śmiał kwestionować nieomylności jego wyroków. Ku naszej radości, jak najbardziej i nasz rząd również prowadzi w tej sprawie negocjacje.

Adoracja

Nie łudźmy się, horyzontów ku którym sięgają umysły „mędrców” nie jesteśmy w stanie objąć. W ich tytanicznej pracy nie jesteśmy w stanie im pomóc. Jedyne co możemy, to spróbować je swoimi ograniczonymi, choć przecież pełnymi gorącej wiary w to, że nad nami czuwają, umysłami i sercami, adorować.

Chyba, że ktoś jest akurat w Szwajcarii, wtedy może symbolicznie pomachać chusteczką odrzutowcom.

Ciemnieje niebo nad Europą...

HUBERT BEKRYCHT: Ruchy sankcjopodopne UE umacniają Putina

Pojawiły się doniesienia agencyjne, że UE ma wprowadzić wobec Moskwy pakiet sankcji polegający na zakazie importu rosyjskiej ropy, ale… nie tej tłoczonej rurociągami…                          Za komuny w Domu Kultury przy Petrochemii Płock, z okazji rocznicy wybudowania kombinatu, ogłoszono konkurs plastyczny dla najmłodszych pod tytułem: „Ropa w oczach dziecka”. Odpowiedzialnych do tej pory nie wskazano.

Byłoby do śmiechu, gdyby nie sytuacja na Ukrainie. Europejski kraj na oczach „wolnego” świata walczy z ruską hordą zabijającą, gwałcącą, rabującą, a ci biurokraci z Brukseli zastanawiają się jak mieć ciasteczko i je zjeść.

Obłęd. Niemcy, Francuzi, Włosi, Skandynawowie i Benelux chyba gdzieś mają cierpienia Ukraińców. Boją się, że z powodu braku ropy i gazu tyłki im zmarzną. A zmarzną na pewno, jeśli ów twór – a może już potwór – zwany Unią Europejską, się nie obudzi.

Na razie śpią sumienia krajów członkowskich. Śpią smacznie i nie zmieni tego nawet nasza postawa. Cóż z tego, że Polska i m.in. Rumunia oraz kraje bałtyckie zachęcają do działania zdecydowanego wobec Rosji? Na Zachodzie jednak bez zmian. To przecież Rosja. Tutaj nie ma żartów. Ale czym to się skończy? Być może i oby nie, przed zasadniczym atakiem Moskwy na Ukrainę, Kreml będzie atakował hybrydowo włączając całą swoją agenturę w Berlinie, Brukseli, Paryżu i pożytecznych idiotów w tych i innych stolicach Starego Kontynentu. Pożytecznych idiotów, czyli wielu dziennikarzy również.

Może przywódcy Niemiec, Francji, Belgi, Holandii, Włoch myślą, że, kiedy będzie im brakowało paliwa wystarczy, tak jak prezydent Serbii, zadzwonić do Putina i serdecznie o ropę i gaz poprosić.

Tak, władcy Unii Europejskiej są cały czas w PRL-u, na wernisażu wystawy prac najmłodszych podopiecznych Domu Kultury Petrochemii Płock… W Brukseli ciągle „Ropa w oczach dziecka”.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close