Rysuje Cezary Krysztopa

Specjalnie dla sdp.pl szczuje CEZARY KRYSZTOPA: Temida, bierz go!

Nieco nam ostatnio spowszedniał temat „nadzwyczajnej kasty”. Bo i cóż mogłoby nas zaskoczyć po złodziejach kiełbasy, karuzeli z kamienicami i dobroczyńcach Gangu Obcinaczy Palców? Zjadacze majtek? Sądowa trupa żonglerów im. Lecha Falandysza?

Niczemu nie umniejszając powagi, żeby nie napisać, grozy, przyzwyczailiśmy się do sędziów i prokuratorów otwarcie uprawiających politykę, donoszących na własną ojczyznę, aktywnie zabiegających na zagranicznych dworach o zemstę na jej „niewdzięcznych” obywatelach, otwarcie podnoszących rokosz przeciwko legalnym instytucjom państwa polskiego, czy iustytuujących się bezwstydnie z politykami po knajpach.

Najwyraźniej jednak „nadzwyczajna kasta” tego przedłużającego się poczucia opadania emocji, nie była w stanie znieść. I postanowiła podkręcić temperaturę.

Wyroki

Na początek okazało się, że znieważanie polskiego munduru przez Barbarę Kurdej-Szatan to nic takiego. Aktoreczka spokojnie może wyzywać  funkcjonariuszy Straży Granicznej oraz – w anturażu najbardziej odrażających przekleństw – nazywać ich „maszynami bez serca, mózgu i bez niczego, ślepo wykonującymi rozkazy”. Być może jako okoliczność łagodzącą potraktowano wkład jaki wniosła w promocję nadwiślańskiej myśli aktywistycznej w białoruskiej reżimowej telewizji Łukaszenki i Putina.

Następnie okazało się, że Magdalenie Ogórek i Rafałowie Ziemkiewiczowi nie wolno odnosić wrażenia względem aktywistki Elżbiety Podleśnej. Wszyscy wiemy jak niebezpieczne mogą być wrażenia rodzące się w głowach nieautoryzowanych pod kątem zawartości certyfikowanych światopoglądów.

Na koniec sąd uniewinnił był Pawła Kasprzaka, który sam o swojej zorganizowanej podczas lockdownu inbie, pisał, że „znieważył i naruszył nietykalność cielesną policjanta”.

A to tylko wyciąg z co głośniejszych medialnie spraw. W istocie należałoby do nich dodać uniewinnioną kierowniczkę IKEI, która zwolniła pracownika po zacytowaniu przez niego fragmentów Pisma Świętego na zamkniętym forum, wyroki łaskawe dla aktywistów wspomagających przemyt ludzi przez granicę, sprawę Sadurskiego itd. itp.

Linia orzecznicza

Mówiąc brutalnie – nie spodziewajmy się, że ktokolwiek cokolwiek z tym zrobi – rządzący zafiksowali się na celu w postaci pieniędzy z UE, których nie dostaniemy właśnie dlatego, że na każdym kroku okazujemy słabość – i są na etapie uświęcenia wszelkich rozpaczliwych środków.

Natomiast, biorąc pod uwagę, że próbka badawcza jest już przecież spora, możemy się pokusić o ekstrapolację linii orzeczniczej, która się z niej wyłania. Jakąż to zasadą kierują się sądy pod przewodem „nadzwyczajnej kasty”? Dlaczego jednym wolno obrażać czy naruszać nietykalność cielesną, a innym nie wolno nawet „mieć wrażenia”? Chodzi może o praworządność, czy też którąś z wolności obywatelskich? No, ale te dotyczyłyby wszystkich po równo. Nie, jedynym logicznym wnioskiem, jest to, że chodzi absolutnie i wyłącznie o czysty środowiskowy kalizm na zasadzie „święci celebryci i błogosławieni aktywiści być dobrzy, bo nasi, a nie-nasi być źli i my ich zjeść”. I myliłby się ten, kto by sądził, że chodzi o „złych pisiorów”, to już zaszło znacznie dalej. Znieważani strażnicy czy policjanci nie muszą nimi być i bardzo możliwe, że nimi nie są. Wypełniając obowiązki stanęli jednak na drodze „rewolucji”, co przypieczętowało ich los.

Witamy w świecie, w którym połowa społeczeństwa nie podlega ochronie prawnej i z mocy sądu, można jej zrobić… no, jeszcze nie wszystko, ale sytuacja jest rozwojowa.

Marszałek Edward Śmigły-Rydz - plakat propagandowy, 1937 r. Fot.: domena publiczna

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Marszałek Śmigły-Rydz nie zmarł, ukrywa się…

Oficjalna informacja brzmi. 2 grudnia 1941 r. w Warszawie zmarł marszałek Edward Śmigły-Rydz i został pochowany w gronie najbliższych przyjaciół 6 grudnia na Starych Powązkach pod przybranym nazwiskiem Adama Zawiszy. Tymczasem Naczelny Wódz Wojska Polskiego we wrześniu 1939 r. mógł odejść nawet ponad rok później, a nawet został zamordowany.

18 września 1939 r. Edward śmigły-Rydz przekroczył granicę z Rumunią, aby kontynuować walkę na Zachodzie. Nigdy tam jednak nie dotarł. Razem z najwyższymi władzami II RP został internowany. Komunistyczna propaganda przez 50 lat mówiła o hańbie, zdradzie. Dziś coraz częściej słyszy się głosy, że Rydz dowodził dobrze, a wojna i tak była przegrana.
Marszałek Józef Piłsudski wysoko go cenił: „… nie zawiódł mnie ani w jednym wypadku… pod względem mocy charakteru i woli stoi najwyżej pośród generałów polskich… jeden z moich kandydatów na Naczelnego Wodza”.
Płk Bogusław Miedziński, który razem ze Śmigłym przekroczył most na Czeremoszu, tak ocenił jego wyjazd z kraju: „Gdyby umarł, to by żył; wobec tego, że żyje – umarł”.

Dalsze losy Marszałka to ciąg mało znanych wydarzeń i znaków zapytania. Niewiele wiemy o jego pobycie w Rumunii, ucieczce na Węgry, powrocie do Polski w październiku 1941 r. i próbach włączenia się w konspirację. Najbardziej zagadkowa wydaje się jednak śmierć. Oficjalnym powodem zgonu była angina pectoris, tylko… na tę chorobę Rydz nigdy nie cierpiał. Inaczej niż jego sąsiad z mieszkania przy ul. Sandomierskiej 18 na Mokotowie – płk Zygmunt Polak, który używał nazwiska Zawisza i chociaż był młodszy, z wyglądu bardzo przypominał Śmigłego. Czyżby wziął udział w wielkiej mistyfikacji, która pozwalała Marszałkowi dalej działać w konspiracji? Dodajmy, że płk Polak zmarł w 1982 r.
Zastanawiać musi fakt, że wywiady kilku krajów szukały Śmigłego nie tylko w Polsce, ale i w Turcji, Bułgarii, Jugosławii, na Bliskim Wschodzie, w Afryce Północnej – aż do września 1943 r.

Informacje polskiego wywiadu z lipca 1942 r. wskazywały, że Marszałek mieszka w Palestynie. 26 lipca 1942 r. w jednej z nowojorskich gazet można było przeczytać, że Niemcy proponowali Śmigłemu urząd gubernatora, ale ten odmówił. W niemieckim dokumencie, opatrzonym klauzulą „tajna sprawa państwowa” i bazującym na polskich informacjach, czytamy, że Śmigły-Rydz zmarł 11 lutego 1943 r. w Warszawie na… zakażenie krwi, spowodowane ropniem w nodze. Inna wersja głosi, że padł ofiarą ludzi gen. Władysława Sikorskiego, dla którego Marszałek był konkurencją.

Prof. Paweł Wieczorkiewicz przytaczał rozmowę, jaką Stalin odbył z Andersem w marcu 1942 r. Stalin pyta o premiera Kozłowskiego, ministra Becka i marszałka Rydza. Anders: Według wiadomości z kraju znajduje się w Warszawie, podobno ciężko chory na angina pectoris. Stalin: Ukrywa się chyba? Anders: Naturalnie.

 

Ogłoszono nominowanych do Nagród Mediów Publicznych 2022

Nagrody Mediów Publicznych 2022 przyznawane są w kategoriach: „Obraz”, „Słowo”, „Muzyka” oraz „Idea”. Kapituły powołane przez TVP, PAP, Polskie Radio i rozgłośnie regionalne Polskiego Radia ogłosiły właśnie swoje nominacje. Kto zostanie laureatem dowiemy się 5 grudnia.

Nagrody Mediów Publicznych, po jedenastu latach przerwy, powróciły w 2019 roku. Przyznawane są osobom  ważnym dla rozwoju kultury narodowej.  Organizatorami i fundatorami NMP są: TVP – „Obraz”, Polskie Radio – „Muzyka”, PAP – „Słowo” i regionalne rozgłośnie Polskiego Radia – „Idea”. Honorowy patronat nad wydarzeniem sprawuje Rada Mediów Narodowych.

W kategorii „Obraz” w tym roku nominowano Marię Dłużewską, autorkę ponad 40 ważnych filmów dokumentalnych. Została doceniona przez kapitułę za „twórczość dokumentalną, otwartość na świat i dbałość o pamięć o polskim dziedzictwie”.

Kolejnym nominowanym jest Zdzisław Cozac, scenarzysta, producent, reżyser filmowy i operator. „W filmach nie tylko przedstawia udokumentowane fakty, ale też stawia odważne pytania, nawet tam, gdzie nie ma jednoznacznych odpowiedzi” – głosi uzasadnienie Kapituły.

Trzecim nominowanym został Andrzej Mastalerz, aktor filmowy i teatralny, reżyser. Doceniony przez kapitułę za „oryginalne łącznie talentu aktorskiego z reżyserskim”.

Kapitułę nagrody w kategorii „Obraz” tworzą: Aneta Woźniak, Anna Popek, Przemysław Babiarz, Paweł Rzewuski i Jerzy Kopański.

Nominację w kategorii „Muzyka” otrzymała Renata Przemyk, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i aktorka. W uzasadnieniu zwrócono uwagę, iż artystka „twierdzi, że w muzyce nie ma granic i potwierdza to swoją twórczością”.

Kolejnym nominowanym w tej kategorii jest dyrygent Łukasz Borowicz. „Jego inicjatywy koncertowe i wydawnicze przywracają zapomniane dzieła polskiej literatury symfonicznej i operowej” – podkreślono w uzasadnieniu.

Szansę na nagrodę ma również kompozytor, aranżer, basista, multiinstrumentalista i producent Marcin Pospieszalski . „W istotny sposób angażuje się w promowanie muzyki tradycyjnej. Umiejętnie łączy świat jazzu i muzyki rozrywkowej z idiomami polskiej muzyki tradycyjnej. Od lat nieprzerwanie współpracuje z radiem jako wykonawca i producent” – przypomniano w uzasadnieniu.

W skład kapituły kategorii „Muzyka” wchodzą: Piotr Beczała, Józef Skrzek, Krzysztof Herdzin, Katarzyna Moś i Krzysztof Ścierański.

W kategorii „Słowo” nominację do Nagrody Mediów Publicznych 2022 uzyskał Ernest Bryll. „Pisze prosto, bez patosu, ale spod serca na odwieczne tematy poezji – o relacjach z ludźmi, rodzimym, kartoflanym Mazowszu, naszej tradycji, przeszłości, duchach naszych przodków – po prostu o Polsce i Polakach” – podkreślono.

Nominację otrzymał również Wiesław Helak, który – jak przypomniała Kapituła, „w ostatnich dziesięciu latach napisał i wydał siedem książek wpisujących się w kresowy nurt literatury polskiej”.

Trzecim nominowanym został socjolog prof. Andrzej Zybertowicz, który w ocenie kapituły „pokazuje rzeczywistość społeczną i polityczną taką, jaką ona w istocie jest, a nie w wersji zgodnej z polityczną poprawnością”.

Kapitułę kategorii „Słowo” tworzą: Joanna Siedlecka, Krzysztof Masłoń, Wojciech Tomczyk, Andrzej Mastalerz i Radosław Gil.

W kategorii „Idea” nominowany został Felicjan Andrzejczak, muzyk, wokalista, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich piosenkarzy.

Wśród nominowanych znalazł się również Leszek Długosz, poeta, pieśniarz, kompozytor, legendarny artysta „Piwnicy pod Baranami”.  Nominację uzyskał także Jarosław Jakubowski, poeta, prozaik, dramatopisarz, krytyk literacki i dziennikarz.

W skład Kapituły Nagrody Mediów Publicznych w kategorii „Idea” wchodzą prezesi rozgłośni regionalnych Polskiego Radia.

Ogłoszenie laureatów i wręczenie nagród zaplanowano na 5 grudnia podczas gali w siedzibie Telewizji Polskiej.

opr. jka, źródła: pap.pl, TVP

 

W mediach społecznościowych pojawił się film pokazujący moment zatrzymanie dziennikarza. Fot. Twitter

Dziennikarz BBC zatrzymany i pobity przez chińską policję

Brytyjska publiczna stacja BBC podała, że chińska policja zatrzymała i pobiła jednego z jej dziennikarzy, który w Szanghaju relacjonował protesty przeciw restrykcjom covidowym. Po kilku godzinach reporter został zwolniony.

„BBC jest niezwykle zaniepokojona traktowaniem naszego dziennikarza Eda Lawrence’a, który został aresztowany i zakuty w kajdanki podczas relacjonowania protestów w Szanghaju. Był przetrzymywany przez kilka godzin, zanim został zwolniony. Podczas aresztowania był bity i kopany przez policję. Stało się to w czasie, gdy pracował jako akredytowany dziennikarz” – napisała stacja BBC w oświadczeniu.

Dodano, że stacja nie otrzymała wiarygodnego oficjalnego wyjaśnienia powodu zatrzymania swojego dziennikarza. Po kilku godzinach reporter został zwolniony.

Do incydentu odniósł się na Twitterze szef brytyjskiej dyplomacji. James Cleverly określił zatrzymanie dziennikarza jako „głęboko niepokojące”.

„Wolność mediów i wolność protestowania muszą być przestrzegane. Żaden kraj nie jest wyjątkiem” – napisał na Twitterze Cleverly.

Protesty przeciwko restrykcjom covdowym rozpoczęły się w mieście Urumczi, a w weekend objęły wiele chińskich miast.

opr. jka, źródła: bbc.com. pap.pl

 

Rysuje Cezary Krysztopa

Nasz publicysta CEZARY KRYSZTOPA chyba żartuje: Nic się nie dzieje, pogłębiamy integrację

Mało kto już pamięta, że referendum ws. przystąpienia do Unii Europejskiej w 2003 roku musiało trwać dwa dni żeby móc doczłapać się do przekroczenia 50-procentowej, zwykle nieosiągalnej dla polskich referendów, frekwencji wymaganej do tego żeby uznać je za wiążące.

Tak czy siak, Polacy, którzy zagłosowali w nim „tak”, w tej liczbie i ja, zrobili to w przekonaniu o tym, że wstępują do „raju” równych w różnorodności. A przy okazji zamożnych. Jakiś czas później, czym mniej naiwni ode mnie nie byli specjalnie zaskoczeni, okazało się, że prawdziwa umowa brzmi zupełnie inaczej. Przede wszystkim Polacy mieli nie tracić okazji do tego żeby milczeć. Równie istotne okazało się to żeby Polacy byli tacy jak się od nich oczekuje, a nie tacy jak im się podoba. Żeby wykazywali się autoryzowanym zestawem światopoglądowym i nie sprawiali kłopotów nowemu wcieleniu rewolucji. Jeśli chodzi natomiast o dobrobyt, okazało się, że nie może on przekraczać poziomu wystarczającego dla taniej siły roboczej i rynku zbytu.

Polacy i zombie

Polacy, jak to Polacy, nigdy nie umieli uszanować wyznaczonej im przez ważniejszych i mądrzejszych roli, musieli zacząć fikać i kwestionować ustalony porządek rzeczy. Nic dziwnego, że nasi dobroczyńcy i ci niemieccy i ci brukselscy ostatecznie postanowili naprawić swój błąd i Polaków zagłodzić. Zresztą, tak bardzo się znów starać nie muszą, czego by nam nie zrobili i jak nie „oszukali”, mogą być pewni, że zawsze „będziemy gotowi do kompromisu”.

No, ale czy sama eurocentrala może tu być pewna swojej niezłomnej potęgi? Wbrew temu co się niektórym wydaje chyba nie. Ciągle oczywiście dysponuje Babilonem monumentalnych budynków, bizantyjską administracją i głębokim przekonaniem o swojej wyższości i prawie do pouczania innych, ale czy nie jest już w istocie tylko żałosnym, choć jeszcze groźnym, zombie, do którego jeszcze nie dotarło, że UE jest martwa?

Rozpad

„Unia walutowa się rozpadnie – inwestorzy powinni wyciągnąć wnioski na wczesnym etapie” – pisał ostatnio na łamach internetowej wersji Die Welt Thomas Mayer, założyciel i dyrektor Instytutu Badawczego Flossbach von Storch. Tezę swoja argumentował tym, że europejscy politycy zwyczajnie nie dbają o wspólną walutę, kierując się raczej krótkoterminowym interesem politycznym w zakresie własnych państw narodowych. Czyli, nawet te, mające na co dzień pełne gęby „europejskości” zachodnie mądrale, nie poczuwają się do wspólnego europejskiego interesu, pilnując raczej interesów własnych. Może i nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że nie istnieje żaden europejski naród, który mógłby takiego interesu być depozytariuszem.

Z utrzymaniem granic również nie jest najlepiej. Szczególnie od czasu tragicznej w skutkach z punktu widzenia całej Europy polityki „Herzlich Willkommen” Angeli Merkel. Struktura europejskich miast, kiedyś będących dla mieszkańca Europy Wschodniej niedoścignionym wzorcem, powoli rozpada się pod naporem odmawiającej uznania „europejskich wartości”, a jednocześnie będącej według wytycznych autoryzowanych ideologii – nietykalną – dziczy. Kraje takie jak Włochy, Grecja czy Hiszpania uginają się po równo pod naporem zmierzających do obiecanego przez Mutti „raju” imigrantów jak i presją progresywnych kapłanów rewolucji, z jednej strony żądającej od nich przyjmowania wszystkich, a z drugiej cichcem odmawiających partycypowania w konsekwencjach.

Zresztą, jeśli chodzi o tzw. „europejskie wartości”, to kto tym samozwańczym inżynierom społecznym, dał prawo do ich definiowania?  Tzw. Ojcowie Założyciele Unii Europejskiej byli głęboko wierzącymi chrześcijanami. Obecne tzw. „wartości europejskie” nie mają nic wspólnego z wartościami chrześcijańskimi, na których chciał budować zjednoczoną Europę Robert Schuman. Dziś pewnie, kiedy słyszy o tym, że „wartościami europejskimi” są „prawo do zabijania dzieci”, „prawo do ich seksualizowania” czy możliwość kwestionowania podstawowych pojęć biologicznych, takich jak płeć, zapewne przewraca się w swoim grobie w kościele Saint Quentin w Scy-Chazelles we Francji. Czy kiedy więc, rzecz jasna najmądrzejsze na świecie, niemieckie media piszą o tym, że „Europejczycy ze wschodu nie rozumieją wartości europejskich, w związku z czym wspólnocie grozi rozpad”, podczas gdy wschodni Europejczycy resztką sił stoją na straży wartości Ojców Założycieli, to kto tych wartości w istocie nie rozumie?

Albo kluczowa obecnie polityka energetyczna. Czy stanowi dla kogoś tajemnicę, że ta koncepcja oparta na supremacji Niemiec i rosyjskiego gazu, pod płaszczykiem „ekologii” i „klimatyzmu”, uległa kompletnej katastrofie? Nie będzie rosyjskiego gazu, a Niemcy nie będą energetycznym hubem, ale czy to spowodowało jakąś refleksję u Timmermansa, czy jemu podobnych? A skąd! Na szczycie COP27 Timmermans zapowiedział jeszcze zaostrzenie „klimatycznych” kryteriów. Podczas gdy coraz bardziej zapyziała w stosunku do reszty świata i będąca, w sensie gospodarczym, coraz mniejszą jego częścią Europa, mogłaby i cała wymrzeć, a zapewne stanowiłoby to dla ogólnego bilansu emisji CO2, niewielką różnicę. Obłąkany plan Fit for 55, będący w istocie unikalnym w historii planem autodestrukcji, nadal obowiązuje. To nie ma prawa działać.

„Solidarność europejska”

Ktoś zapyta – A europejska solidarność? Jaka solidarność? Kiedy wybuchła pandemia, państwa UE zaczęły sobie kraść transporty materiałów medycznych, a celowało w tym „moralne imperium” mające ambicje przewodzenia Europie – Niemcy. A gdzie jest solidarność europejska wobec uginającej się pod ciężarem wojennych uchodźców z Ukrainy, Polski? Gdzie są europejskie fundusze na ich utrzymanie? Decyzją brukselskich kacyków mających pełne mordy „solidarności europejskiej”, Polska nie otrzymała z tego tytułu ani grosza. Przeciwnie, uznano, że to doskonała okazja żeby nas, w związku z naszymi obiekcjami, tu i teraz „zagłodzić”. Lepszej okazji może nie być. A gdzie jest „europejska solidarność” jeśli chodzi o radzenie sobie z kryzysem energetycznym, nota bene w największym stopniu zawinionym przez Niemców? Niemcy nie chcą limitu cenowego na zakup gazu, ponieważ są gotowi płacić więcej niż biedniejsi partnerzy. A na pomoc publiczną (straszne słowo w UE, z jej powodu Polska musiała zatłuc swoje stocznie) wydadzą 200 miliardów euro, co spokojnie wystarczy na to żeby nie tylko utrzymać swoje firmy, ale też żeby te mogły wykupić europejską konkurencję. I taka to „solidarność”.

Wymieniać kolejne obszary podlegające coraz dalej idącej destrukcji, można długo. Ktoś powie – no ale zawsze tak było, że za blichtrem wielkich słów kryły się brutalne interesy. I będzie miał rację. Ale z faktu, że ostatnio to wszystko otwarcie wypłynęło już na wierzch również coś wynika. Ten system ulega coraz szybszej degradacji. Niemcy już nie ukrywają tego, ze trzymają za twarz unijne instytucje, otwarcie obsadzając je Niemcami, w kolejnych krajach rośnie niezadowolenie z ich „przywódczej”, a w istocie pasożytniczej roli. Stare, prorosyjskie, europejskie potęgi kompromitują się wobec tego co Rosja wyprawia na Ukrainie. Tymczasem kanclerz Scholz, jak gdyby nigdy nic, ogłasza, że „Niemcy są gotowe przejąć odpowiedzialność za Europę”, a w ogóle to „trzeba znieść jednomyślność”, bo przecież dosyć już tego marudzenia maluczkich. To tylko pozornie objaw siły. W istocie to objaw desperacji.

I co teraz?

I co teraz będzie? Nie wiem. Być może krajom, które mają dosyć niemieckiej przemocy, uda się zbudować siłę, która tę bryłę ruszy z posad i zatrzyma przed przepaścią. Ostatecznie, o ile działają, wolności przepływu ludzi, towarów i usług, to rzeczywiste wartości. A być może to się nie uda.

Na każdy z tych wariantów musimy być przygotowani. I tutaj, kiedy widzę jak sytuacja na Ukrainie zmienia rolę Polski, to przy całym oczywistym dramacie wojny, w tym zakresie bywam optymistą. A kiedy widzę polskich przywódców pogarszających stopniowo pozycję negocjacyjną Polski w sporze z Brukselą w imię płonnych nadziei na parę groszy, których Unia Europejska być może w ogóle już nie ma, a na pewno dać nam (choć przecież kredyty z KPO i tak spłacamy!) nie ma interesu, bywam również pesymistą.

Fot. HB/ re/ a

WALTER ALTERMANN: Gościni, czyli ekstremiści rosną w siłę

W TVN, w programie o kosmosie, prowadzący powiedział: „Witamy naszą gościnię”. Wystraszyłem się, bo pomyślałem, że pojawi się jakaś kosmitka, ale na szczęście nie. Weszła ładna, zgrabna pani.

Czytając, patrząc i słuchając, jak z uporem i metodycznie feministki walczą o sfeminizowanie wszystkich nazw, niegdyś zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn, czegoś nie rozumiem. A konkretnie nie wiem co im daje zastąpienie gościa „gościnią” . Czy kobiety walczące na wszystkich polach o równouprawnienie, naprawdę wierzą, że to coś zmieni? Najwyżej polepszy im samopoczucie.

Te posełki, sędzinie, gościnie chcą dać znać, głównie mężczyznom, że kobiety są równe mężczyznom, a właściwie lepsze. No, dobrze. Mogę przyjąć, że istnieje grupa kobiet, którym rola żon, matek i babć nie wystarcza. Co prawda większość z tych dzisiejszych feministek nie wyrzeka się ról przypisanych z natury kobietom, ale dodatkowo chcą być „mężczyznom równe”. Panie chcą być równe, ale zarazem lepsze, bo mogą być matkami.

Może powinienem napisać „paniniom”, bo „pani” jest jednak urobione wprost od „pan”? A może nadszedł już czas, żeby w ogólne zrezygnować ze słowa „pani” i wymyślić jakieś nowe. Może przyjęłoby się pojęcie „mapania” lub „paniama” – powstałe z połączenia matka i pani?

Zastanawiałem się ostatnio, szukałem nawet w Internecie, ale nie znalazłem informacji jaki procent wśród populacji kobiet w dzisiejszej Polsce stanowią feministki. Myślę, że jest ich znacznie mniej, niż się wydaje. A wydaje się nam, że jest ich dużo dlatego, że każde dopiero co wznoszące się ruchy społeczne są wyjątkowo aktywne i hałaśliwe. Tak było, na przykład, z feministkami i ruchami socjalistycznymi w końcówce XIX wieku.

Z feministkami byłoby to wszystko zrozumiałe, trochę nawet zabawne, ale w sumie do przyjęcia, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok do feministek przyłączają się nowe grupy pań i panów, i z wolna stajemy naprzeciw poważnego ekstremizmu.

Ekstremizm kontra fundamentalizm

Do feministek dołączają zwolennicy i zwolenniczki LGBT, zwolenniczki złagodzenia prawa antyaborcyjnego. I to też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że naprzeciw nim stają coraz liczniejsze szyki fundamentalistów i „fundamentalistyczek”.

Fundamentaliści powołują się na prawa boskie a z Pisma Świętego wyciągają przesłanki dla stanowienia współczesnego świeckiego prawa. Przy czym – jak poucza nas historia – wszelkiego rodzaju święte księgi podlegają interpretacji, reinterpretacji i kontreinterpretacji. Taki jest bowiem charakter świętych ksiąg, że z rozmysłem pozostawiają ogromne pole dla interpretatorów, albowiem pisane są językiem metaforycznym.

Można by się spierać, kto wykonał pierwszy ruch: feministki czy fundamentalistki. W każdym razie znaczącym politycznie zwycięstwem tych drugich była zmiana prawa antyaborcyjnego na bardziej restrykcyjne. Co wzmogło aktywność feministek i ich przyszywanych koalicjantów spod znaku LGBT i innych nowoczesnych znaków.

Jedno jest pewne, że fundamentaliści zburzyli kompromis, tak trudno wypracowany, za czasów św. pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego samego, na którego czyny i słowa tak chętnie – przy innych okazjach – się powołują. Moim zdaniem, odejście od tamtego prawa, było poważnym błędem. Ale taka jest już natura obu stron: ekstremistów i fundamentalistów, że burzenie ich podnieca. Budowanie mniej, ale za to burzenie niezwykle mocno, niemal orgiastycznie.

Sacrum i profanum

Poza tym, życiu duchowym mamy dwie sfery: sacrum i profanum. I mylenie tych dwóch mentalnych przestrzeni jest okropnym błędem i prowadzi do wielkich kłopotów społecznych. W Nowym Testamencie jest fragment, w którym Jezus mówi, że co cesarskie należy oddać cesarzowi, a co boskie, Bogu. Ale jakoś nikt się tym fragmentem nie przejmuje.

Mylenie tych dwóch porządków, a co za tym idzie wszelkie próby – z jednej strony – ograniczania sfery boskiej w życiu człowieka, na korzyść sfery profanum, burzy zawsze kruchy społeczny ład. Z drugiej strony jest odwrotnie, ale równie niebezpiecznie, bo marginalizacja sacrum i laicyzacja również zagrażają spokojowi społecznemu. Nie przekonują mnie argumenty fundamentalistów, którzy chcą rozciągnąć prawa boskie na każdą piędź ziemi, na każdy ludzki ruch i odruch. Tak samo, jak przeraża mnie „nowoczesne” myślenie feministek i wszelkiej maści postępowców, którzy nie przewidują żadnego miejsca dla Boga w życiu jednostek i całego społeczeństwa.

Inności

Uważam, że nie ma jednego społecznego wzorca zachowań. Poza szanowaniem prawa. A prawo – dotychczas i na szczęście  –  milczy w sprawach seksualności, transpłciowości, a nawet deklarowanych orientacji. Tak samo, jak szczęśliwie milczy na temat zdrad i współżycia pozamałżeńskiego. Nie ma też w prawie zakazu rozwodów, rozstawania się kochanków i wszelkich innych ludzkich niecności.

Piszę o tym, bo obawiam się, że nasi rodzimi fundamentaliści mogą w skrytości pracować nad powrotem do średniowiecznego prawa. Za czasów Bolesława Chrobrego tak o traktowaniu cudzołożników u Lechitów pisał niemiecki kronikarz Thietmar: „Prowadzi się skazańca na most targowy i przymocowuje doń wbijając gwóźdź poprzez mosznę z jądrami. Następnie umieszcza się obok ostry nóż i pozostawia mu się trudny wybór: albo tam umrzeć, albo obciąć ową część ciała”.

Co tam zresztą średniowiecze. Przecież dzisiaj, w pierwszej ćwierci XXI wieku, w wielu krajach muzułmańskich za współżycie seksualne bez ślubu lub pozamałżeńskie zdrady ludzie są kamienowani.

Podjąłem ten niełatwy temat, albowiem niewiadome są drogi postępowych feministek, LGBT oraz fundamentalistów. I na swych drogach nie zatrzymają się oni przed niczym. Przed czym uczciwie przestrzegam.

Równość płci w klatce

Żeby jednak nie było tak serio i smutno, przedstawię głupi, ale ucieszny przypadek jednej pani, która chciała być równa mężczyznom. Otóż 30 X 2021 roku odbyła się pierwsza walka kobiety z mężczyzną w MMA w Polsce.

Nie wiem czy jest to sukces czegokolwiek – wielkiej idei czy jednego człowieka, ale tak było. W klatce stanęli: pani Ula Siekacz i pan Piotr MuaBoy. Walczyli na gali MMA-VIP 3. Wcześniej Pani Ula była już znana i odnosiła sukcesy w walce o siłowanie się na rękę, co się nazywa arm wrestling. Niestety pan MyaBoy’em nie okazał się gentleman’em, bo od razu zasypał panią Ulę gradem ciosów… i wygrał. Agencja nie podają, czy pani Ula zdecyduje się na rewanż.

A pisał wieszcz: „Kobieto, puchu marny…”. Gdzie te czasy, gdy cnotą niewieścią była zwiewna lekkość bytu tudzież elegancja w słowach, ruchach i geście?

 

Fot. archiwum

JAN TESPISKI: Moda w teatrach i inne zdarzenia (18)

Teatry nie są wolne od mód. Moda, tak zrozumiała w zmienności ubiorów, obuwia i fryzur, w teatrach jest niebezpieczna. Modne nowinki w teatrach dotyczą głównie repertuaru, ale też sposobu inscenizacji klasyki. Szczególnie ten drugi przypadek jest irytujący.

O ile chodzi o repertuar – kilkanaście lat temu przez nasze teatry przeszła – jak powódź z przerwanej tamy – moda na utwory tzw. młodych brutalistów. Dramaty były ciężkie, bo ukazywały ludzkie dno – narkotyki, alkohol, przemoc w rodzinie, brak społecznej empatii. Na szczęście ta moda dość szybko przeminęła. Być może na Zachodzie, gdzie żyje się lepiej i stateczniej niż u nas, odsłonięcie tego marginesu ludzkiego dna miało sens, bo było wstrząsem. U nas jednak przeniesienie na deski sceny sytuacji i obrazów powszechnej codzienności raczej mijało się z celem.

Panują też mody co do inscenizacji i reżyserii. Pamiętam z lat sześćdziesiątych modne wystawianie Szekspira w garniturach. Oczywiście było to śmieszne, choć wielu się podobało. Moim zdaniem już po trzeciej takiej „garniturowej inscenizacji” Makbeta czy Hamleta garnitury stawały się też kostiumami.

Skąd brały się takie mody? Z „pańskiego” przekonania, że ciemny lud nie dostrzeże samych siebie, nie odczyta swoich ambicji i lęków w starym dramacie, jeśli nie podpowiemy mu łopatologicznie, że Hamlet w garniturze, to jeden z nas współczesnych. A przecież wrażliwy widz – bo dla niewrażliwego w ogóle nie ma po co grać – właśnie pod renesansowym czy barokowym kostiumem łatwiej odnajdzie samego siebie, łatwiej utożsami się z bohaterem.

Bywały też małe mody, i o nich dzisiaj jedna, ale za to mocna anegdota.

Bunkier, mgły i balony

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych niezwykle popularnym dramaturgiem na naszych scenach był Ireneusz Iredyński. Ten wspaniały pisarz, autor m.in. wielkich, znaczących dramatów: „Jasełka moderne” i „Żegnaj Judaszu” był też niebywale płodny twórczo. Z regularnością maszyny publikował rok w rok, po dwa-trzy utwory. Niestety nie wszystkie były wybitne, choć każdy miał swoją klasę.

W 1976 roku jeden z takich „pomniejszych” utworów postanowił wystawić, jako prapremierę, krakowski Teatr Bagatela. Byli to „Narkomani”. Reżyserii podjął się Mieczysław Górkiewicz, ówczesny dyrektor.

Sztuka jest o władzy i domniemanych, ale niepokazywanych w sztuce, burzycielach, którzy tę władzę chcą obalić. Czy naprawdę istnieją przeciwnicy władzy? Nie wiadomo, ale władca robi wszystko, by cały dwór był o tym przekonany. Ludzie władcy i on sam zamknięci są w bunkrze, a swoją władzę traktują jak trzymający ich przy życiu narkotyk. Stąd też tytuł sztuki.

W tamtych latach modna była pewna brutalność dekoracji, połączona z dosłownością, żeby nie powiedzieć brutalnym realizmem. I tym tropem postanowił podążać Górkiewicz.

Bunkier jak żywy

Przede wszystkim reżyser postanowił, że na scenie stanie prawdziwy stalowy bunkier. Zamówiono więc w jednym z poważnych stalowych krakowskich przedsiębiorstw prawdziwe monstrum inżynierii. Podłogę, pokrywającą całą scenę stanowiły trzy ciężkie schodkowe podesty, oparte na stalowym rusztowaniu. Podłoga była z grubej blachy, bo inaczej chodzi się po grubej, a inaczej po cienkiej blasze – tłumaczył wszystkim reżyser. Zresztą Górkiewicz kochał mówić, i całemu zespołowi, wszystkim w teatrze opowiadał z podnieceniem, jakie znaczenie ma, dla wymowy sztuki owa stalowa konstrukcja.

Od stalowego podestu odchodziły symetrycznie w górę jakby wręgi statku, też obudowane grubą blachą. Z takiej samej blachy miał być sufit bunkra oraz ciężka stalowa klapa, którą od czasu do czasu miał uchylać władca, żeby pokazać wszystkim swoim ludziom, że na powierzchni ziemi są dymy, pożary, bo trwa walka z przeciwnikiem, i że dlatego oni muszą tkwić w bunkrze.

Przy montażu wszytko szło gładko, do czasu próby zamontowania dachu bunkra, bo cała ta poważna – na wagę – konstrukcja załamała się. Wtedy do pracy przystąpili stolarze teatralni, którzy z desek i sklejki, jak to normalnie w teatrze, wykonali zgrabny bunkier, z dachem i uchylaną klapą, ale podesty zostały stalowe.

Mgła jak marzenie

Przeżywszy jakoś tragedię ze stalą, Mieczysław Górkiewicz objawił nowy pomysł. Pewnego dnia zawołał na scenę teatralnego palacza, a gdy trochę zdziwiony człowiek stanął na deskach sceny, to pomiędzy nim a siedzącym na widowni Górkiewiczem – dyrektorem i reżyserem w jednym – odbył się taki dialog.

– Pan jest u nas palaczem? – zapytał Górkiewicz.

– Jestem.

– Czy to prawda że kotłownia znajduje się akurat pod sceną?

– Akuratnie, pod samiuśką – powiedział palacz.

– Bardzo proszę, żeby od kotła poprowadził pan na scenę instalację, która będzie kończyła się zaworem pary dokładnie za drugą kulisą… Bo w czasie spektaklu będziemy puszczać na scenę parę.  Rozumie pan?

– Ja pana dyrektora rozumiem – powiedział palacz. Ale po prawdzie, to nasze ogrzewanie do tego się nie nadaje, bo akuratnie…

Tu Górkiewicz przerwał palaczowi.

– Ja panu już bardzo panu dziękuję, proszę wykonać, bez dyskusji.

Palacz wyszedł, a dyrektor miał dłuższy monolog do aktorów.

– I tak właśnie jest w teatrze. Cokolwiek człowiek chce wykonać nowego, to zaraz dyskusje, to się nie da, tamtego nie można… A mnie chodzi o to, żebyście wy brodzili w tej parze, jakby we mgle, bo wy jesteście jak narkomani, właśnie. Zaczadzeni władzą…

Potem przez miesiąc w kotłowni trwały prace techniczne, i w czasie prób było słychać piłowanie, walenie młotem i różne takie techniczne działania. Ale Górkiewicz jakby tego nie słyszał. I w kółko powtarzał:

– Tak, będzie dobrze, te tabuny, kłęby pary stworzą wspaniała atmosferę. Tak ma być.

Po miesiącu konstrukcja „parociągu” była gotowa i nadszedł dzień objawienia pary jako ostrego zabiegu inscenizacyjnego. Wszyscy byli na widowni, cały zespół teatru, wpatrzeni w drugą prawą kulisę. I wtedy Górkiewicz krzyknął:

– Para naprzód!

Po chwili usłyszano cichy pisk odkręcanego zaworu instalacji, i z kranu rury, biegnącej spod sceny, na wysokości około metra, poleciało kilkanaście słabych kropel wody. Zapanowała głęboka cisza. I w tej ciszy powoli, godnie wszedł na scenę palacz, i cicho, spokojnie powiedział:

– Ja żem chciał panu dyrektorowi od początku powiedzieć, że nasza instalacja nie je parowa, ino wodna, ale pan nie chciał słuchać.

I wrócił do siebie, pod scenę.

Balony

Po klęsce stali i pary, Górkiewiczowi został jeszcze jeden pomysł, który objawił z emfazą:

– A w finale pierwszego aktu, moi drodzy, oni brodzą w balonach, w kolorowych balonach, bo jest w nich metafora pustki i formy zarazem. Dlatego kupimy dwie setki balonów, bo mogą się psuć, żeby było na zapas. Potem z setkę umieścimy w paludamencie, pod sufitem sceny, w takich rynienkach. Rynienki obróci techniczny i te balony spadną na scenę. Będzie pięknie.

Gdy nadszedł czas próby balonowej, było dziwnie, bowiem na scenę spadło ciężkim lotem około sto nadmuchanych prezerwatyw, przezroczystych i zupełnie niekolorowych. Zapanował cisza, i tylko Górkiewicz wyjaśnił.

– W całym Krakowie nie ma balonów, więc zostało to…

Potem opadła kurtyna, zamiatając podmuchem część „balonów” na widownię. Niezrażony tym, wychodząc na przerwę w próbie, Górkiewicz powiedział do asystenta:

– Proszę powiedzieć paniom sprzątaczkom, że w przerwie mają te balony zebrać i wynieść.

Jednak po przerwie balono-prezerwatywy nadal zaściełały widownię. Górkiewicz się wściekł i kazał zawołać kierowniczkę administracyjną. Weszła osoba energiczna, która rozłożywszy szeroko ręce powiedziała:

– Nasze panie oświadczyły, że tego świństwa do ręki nie wezmą.

I tak skończyła się przygoda Mieczysława Górkiewicza z nowymi modami w teatrze.

 

 

Featured Video Play Icon

SDP CAFE. Edycja 2. KATARZYNA RODZIEWICZ

ODCINEK 4. Z Katarzyną Rodziewicz, kustoszką w Dworze Marzeń z Izbą Admiralską Józefa Unruga, malarką, poetką, rozmawia Anita Nowak.   

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

Flaga Polskiego Państwa Podziemnego Fot. Wikipedia

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: TAP – Przysięga wojskowa wobec Boga nadal obowiązuje

10 listopada 1939 r. w kościele garnizonowym przy ul Długiej w Warszawie (dzisiejsza Katedra polowa Wojska Polskiego Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski) ks. Jan Zieja przyjął uroczystą przysięgę twórców Tajnej Armii Polskiej, jednej z pierwszych wojskowych organizacji podziemnych. Komendantem został mjr. Jan Włodarkiewicz „Darwicz”, a szefem sztabu ppor. Witold Pilecki „Witold”.

TAP powstała z połączenia dwóch tajnych grup: Jana Dangla (studenci Szkoły Głównej Handlowej) i wspomnianego mjr. Jana Włodarkiewicza (wojskowi i chrześcijańscy działacze społeczni; Włodarkiewicz został potem szefem dywersyjnej jednostki „Wachlarz”, zmarł 19 marca 1942 r. we Lwowie).

Spotkanie założycielskie odbyło się dzień wcześniej – 9 listopada 1939 r. w mieszkaniu kuzynki Pileckiego – Eleonory Ostrowskiej, na warszawskim Żoliborzu przy alei Wojska Polskiego 40 m. 7.
Tajna Armia Polska miała wyraźny rys chrześcijańsko-narodowy (w dzisiejszym antypolskim bełkocie poprawno-politycznym zostałaby faszystowską). Zajmowała się głównie wywiadem, gromadziła informacje o niemieckich represjach wobec Polaków i współpracownikach okupanta, organizowała – po przygotowaniu lewych dokumentów – przerzut osób do polskiego wojska we Francji, w końcu prowadziła dywersję.

To właśnie w ramach TAP Witold Pilecki przedostanie się dobrowolnie do Auschwitz, aby zbadać możliwość uwolnienia przewiezionych tam wcześniej członków organizacji. 19 września 1940 r., w tym samym mieszkaniu przy alei Wojska Polskiego 40, pozwoli się aresztować Niemcom (dziś na budynku jest tablica, a nieopodal pomnik Pileckiego). Ostrowska zachowa dla potomności słowa, jakie rotmistrz wypowiedział podczas zatrzymania: „Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem”. W obozie razem z odnalezionymi tam TAP-owcami Pilecki założy Związek Organizacji Wojskowej. Gdy w Warszawie powstanie Związek Walki Zbrojnej, przemianowany potem na Armię Krajową, ZOW – tak samo zresztą jak TAP – stanie się ich częścią.

Rota przysięgi żołnierzy Tajnej Armii Polskiej brzmiała:

„Przyjmując za dewizę mego życia hasło:

Bóg, Honor i Ojczyzna

ślubując Narodowi Polskiemu bezgranicznie wierną i ofiarną służbę oświadczam, że złożona w swoim czasie wobec Boga przysięga wojskowa obowiązuje mnie nadal w stosunku do obecnego i jedynie legalnego rządu Gen. Sikorskiego i do władz tajnej organizacji wojskowej N.A.P. [Narodowa Armia Polska – tak brzmiała wcześniejsza nazwa TAP] i zgodnie z tą przysięgą przyrzekam uroczyście słowem honoru:

  1. Zachować ścisłą karność i bezwzględne posłuszeństwo przełożonym organizacyjnym,
  2. Przestrzegać wiernie i ściśle powierzonych mi tajemnic organizacyjnych i nigdy na ten temat rozmów poza służbą z nikim nie prowadzić,
  3. Składając wszystkie swe siły dla dobra Ojczyzny, wypełniać włożone na mnie obowiązki z całą sumiennością i ofiarnością – aż do chwili, gdy z mego przyrzeczenia zwolniony już będę.

Tak mi dopomóż Bóg”.

Ksiądz Jan Zieja pełnił wcześniej posługę m.in. podczas wojny polsko-bolszewickiej, będzie potem aktywny w wielu strukturach konspiracyjnych: kapelan przy Komendzie Głównej AK, Szarych Szeregów oraz Batalionów Chłopskich. Rozwinie współpracę z Frontem Odrodzenia Polski oraz Radą Pomocy Żydom „Żegota”. W Powstaniu Warszawskim zostanie kapelanem walczącego na Mokotowie pułku „Baszta”. W okresie PRL ks. Zieja współzakładał KOR, współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Solidarnością.

Tadeusz Płużański

Featured Video Play Icon

SDP CAFE. Edycja 2. ROBERT KWIATEK

ODCINEK 3. Z Robertem Kwiatkiem, fotoreporterem, publicystą, działaczem opozycji antykomunistycznej, rozmawia Maria Giedz.   

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy