Jedwabne, 2013 r. Fot.: HB/ r

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemiecka zbrodnia w Jedwabnem

29 czerwca 1941 roku szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej.

 

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 roku wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner  –  dowódca Einsatzkommando Białystok (J.T. Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.
W tle dyskusji pozostaje również stosunek części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno.

Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale dywersja trwała przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939, w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach.
Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom.

CMWP SDP w „Salonie Dziennikarskim” w TVP INFO

Kulisy zwolnienia Tomasza Lisa z funkcji redaktora naczelnego „Newsweeka” i konsekwencje tego faktu oraz  komentarze do gróźb Donalda Tuska w odniesieniu do prezesa NBP i  bieżących wydarzeń politycznych to tematy najnowszej audycji „Salon dziennikarski”  emitowanej na żywo w TVP INFO 9 lipca 2022. Tym razem gośćmi red. Michała Karnowskiego byli red. Stanisław Janecki z tygodnika Sieci, red. Jacek Łęski z TVP i mec. Marek Markiewicz oraz Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP. 

Wirtualna Polska najczęściej cytowanym medium w czerwcu. Na podium też „Rzeczpospolita” i RMF FM

Na informacje portalu Wirtualna Polska najczęściej powoływali się w czerwcu dziennikarze innych mediów – wynika z cyklicznego rankingu „Najbardziej opiniotwórcze media” przygotowywanego przez Instytut Monitorowanie Mediów (IMM).

Wirtualna Polska w czerwcu cytowana była 1987 razy. Tak dobry wynik portal tez uzyskał m.in. dzięki publikacji reportażu na temat nadużyć, do których miało dochodzić w Domu Pomocy Społecznej dla dzieci w Jordanowie oraz materiałom o sprawie mobbingu w redakcji „Newsweeka”. Na drugim miejscu znalazła się „Rzeczpospolita”, na informacje z tego dziennika powoływano się 1701 razy. Trzecia pozycja przypadła radiu RMF FM, które w czerwcu cytowano 1538 razy.

Wśród tytułów prasowych za „Rzeczpospolitą” znalazły się „Super Express” (1281 cytowań) i „Gazeta Wyborcza” (1250 wzmianek).

W kategorii stacji telewizyjnych najbardziej opiniotwórczy okazał się TVN24 (1173 odniesienia), który wyprzedził Polsat News (822 cytowania) i TVP Info (700 wzmianek).

Najczęściej cytowanymi rozgłośniami radiowymi poza RMF FM były jeszcze Radio ZET (1323 cytowań) oraz Program I Polskiego Radia (469 wzmianek).

Wśród portali internetowych do pierwszej trójki, za Wirtualną Polską, weszły Onet.pl (1378 odniesień) i Interia.pl (849 cytowań).

„Gazeta Polska”, z wynikiem 521 odniesień, zajęła pierwsze miejsce w kategorii tygodników i dwutygodników, wyprzedziła „Do Rzeczy” (338 wzmianek) oraz „Vivę” (231 cytowań).

opr. jka, źródło: Instytut Monitorowania Mediów (IMM)

Z widowni teatr jest zawsze ogromny Fot.: Archiwum/ re/ r

JAN TESPISKI: Jak to dawniej z teatrem bywało, czyli anegdoty teatralne i ludzkie (1)

Lubię anegdoty. Uważam je za skondensowaną literaturę, w której zawarte są ludzkie doświadczenia. Anegdota rodzi się z ludzkich słabości i potknięć. Zupełnie jak u Chaplina, kiedy biedak poślizgnie się na skórce od banana nie jest śmiesznie, ale kiedy to samo spotyka bogatego burżuja – jest dowcip. W teatrze też nikt nie śmieje się z wpadek ostatniego na liście płac, jeżeli jednak wpadkę zaliczy „mistrz”, jest wesoło.

Starałem się moje anegdoty teatralne tak opowiedzieć, żeby nikomu z ludzi teatru nie stała się krzywda. Pracują przecież w ogromnym napięciu i „na sobie”, bo sami są materią i twórcami zarazem. Dlatego, gdyby któraś z anegdot – mimo mych starań – mogła kogoś urazić, nie podaję nazwisk, a niekiedy nazw teatrów. Wydaje mi się bowiem, że anegdota ma uczyć i bawić. Nigdy obrażać.

Nie obędzie się też bez kilku słów wprowadzeń. Anegdota często rodzi się w swoich czasach, choć bywa ponadczasowa.

Socrealizm w teatrze

Od roku 1946 roku delikatnie, po trochu, a ostro i w całości po Zjeździe Literatów w Szczecinie, który odbył się w styczniu 1949 roku, socrealizm zapanował w teatrach naszych. Była to doktryna zakładająca skrajną indoktrynację komunistyczną. Sztuka – w tym teatr – miała ukazywać słuszne kierunki, potępiać wrogów i gloryfikować „postępowców”. Żadnych wahań, żadnych odcieni szarości. Miała panować jedynie czerń i biel – to w dramacie. Natomiast na scenie królował realizm, zwany realizmem socjalistycznym. Wszystko miało być jak w życiu: buty, meble i rekwizyty. Zjawiały się na scenie nawet prawdziwe tokarki, brony, siewniki… Kłopot był z aktorami, bo ci mieli swoje twarze, nie zawsze pasujące do sztuk rozgrywających się w środowiskach wiejskich i robotniczych. Amantów obsadzano więc w roli „klasowych wrogów”. Ale iluż może być wrogów naraz na scenie, gdy sztuka jest robotniczo-chłopska, a zdrowa część społeczeństwa stanowi przemożną siłę?

Komisje społeczne

Nad prawomyślnością sztuk czuwała oczywiście partia i jej zbrojne ramię w walce z reliktami przeszłości, czyli cenzura. To stwarzało jednak wrażenie niecałkowitej wolności sztuki teatralne. Władze wymyśliły zatem, że formalnie każdą sztukę i cały repertuar będzie oceniał tzw. czynnik społeczny. Powołano komisje teatralne, przy każdym teatrze, z dużą przewagą robotników – i to koniecznie prostych. Byli jeszcze przedstawiciele administracji, ale niższego szczebla. Oczywiście komisjami kierowała partia, wcale nie z ukrycia i nie po cichu.

Te komisje oceniały – przed przystąpieniem do prób – czy tekst jest słuszny. Jeżeli nie, to autor musiał poprawiać. Po premierze komisje zbierały się raz jeszcze i w ogniu dyskusji decydował, czy efekt jest zadowalający. Jeżeli uznano, że sztuka jest słuszna, to komisje wyznaczały minimalny limit dla danej pozycji, czyli decydowały, ile razy dany spektakl ma być zagrany. Żeby jak najwięcej ludzi mogło przekonać się do drogich nam treści.

Dyrekcje teatrów jak ognie bały się „sukcesu” w oczach komisji. Sztuki były, jak jedna, nudne i trudno było zorganizować widownię. Widzowie „z kasy” pojawiali się na sztukach słusznych rzadko. Posiłkowano się więc wojskiem, zorganizowanymi grupami ZMP i aktywem partyjnym. Jeżeli jednak sztuka miała być grana, powiedzmy 70 razy, a w okolicy wojska było mało? Ktoś z aparatu partyjnego wpadł na straszny pomysł, wymyślił, że na sztuki będą obowiązkowo chodzili pracownicy administracyjni teatru i obsługa techniczna. Na tę okoliczność zmieniono godziny pracy administracji teatralnej – która miała pracować od 8.00 do 12.00 i od 18.00 do 22.00. Teraz wyobraźmy sobie księgową, która dzień w dzień musi odsiedzieć na widowni całą sztukę, która zna prawie całą na pamięć… A do tego sztuka może uśpić już w pierwszym akcie.

Widz z kasy

Zdarzało się jednak, rzadko bo rzadko, że ktoś nieświadom sprawy szedł do teatru dobrowolnie i kupował bilet. Tak zdarzyło się kiedyś w warszawskim Ateneum. Na widowni siedzieli sami pracownicy teatru, nie liczą pary, która kupiła bilety. Po pierwszym akcie do dyrektora Janusza Warmińskiego podszedł nieśmiało jego zastępca, bardzo smutny.

– No i co tam? – zapytał Warmiński.

– Tych dwoje, co kupiło bilety już sobie poszło. To nie wiem, czy mamy dalej grać dla samych swoich?

– Gramy, ale powiem aktorom, żeby grali szybciej – podjął decyzję dyrektor Warmiński.

Ożywienie

Kiedyś, także w Ateneum, na widowni byli sami żołnierze. Komedia socrealistyczna jakoś ich nie rozweselała. Siedzieli, jak martwi. Być może dlatego, że byli po raz pierwszy w życiu w teatrze. Nagle, w połowie drugiego aktu, żołnierze wybuchnęli gromkim śmiechem, odezwały się nawet rzęsiste oklaski. Stojący, jak zawsze, w kulisach dyrektor Warmiński ożywił się.

– Chwyciło, nareszcie chwyciło – dyrektor wbił się palcami w ramię inspicjenta. – Pan pójdzie i sprawdzi co się stało…

Inspicjent wrócił po chwili, siadł przy pulpicie, milcząc.

– No i co, i co? – dyrektor był bardzo poruszony i szczęśliwy.

– E, nic… Jeden żołnierz z balkonu zwymiotował na parter.

Akademia bez pamięci

Socrealizm zapanował również w szkołach teatralnych. W 1952 roku przyjęto do jednej z nich młodego człowieka, który dobrze rozumiał, że talent talentem, ale poglądy też trzeba mieć słuszne. Zaraz po rozpoczęciu studiów, będąc dopiero miesiąc w szkole, dowiedział się, że studenci III-go roku przygotowują akademię ku czci rewolucji 1917 roku. I nasz bohater zgłosił się. Wyraził chęć wystąpienia na uroczystości. Starsi koledzy zdziwili się, ale nie odmówili.

Kiedy nadszedł ów dzień, adept aktorstwa wyszedł na scenę i dziarsko zaczął mówić wiersz Majakowskiego. Niestety utknął pod koniec pierwszej zwrotki. Zaczął jeszcze raz, i jeszcze… W końcu zszedł ze sceny a akademia potoczyła się dalej.

Nieszczęśnik zaś siedział na schodach, za sceną i bił głową w balustradę. Przy czym bez przerwy powtarzał:

– Boże, Boże, po co ja się urodziłem?…

Później pedagodzy nie mieli do niego pretensji o słabą pamięć, ale o Boga, to i owszem.

Socjalistyczna piękność

W szkoła aktorskich była też moda, wynikająca z czujności klasowej, żeby na studia aktorskie przyjmować „ludzi prostych z urody”. Tak też przyjęto K., który był, biorąc pod uwagę urodę, idealnym przedstawicielem ciemiężonego przez wieki polskiego chłopstwa. Studiował dobrze, miał talent, przykładał się do pracy. Jednakże na jednym z posiedzeń Rady Pedagogicznej, któryś z aktorów – przedwojennego oczywiście chowu – wyraził pewną wątpliwość co do wspomnianego studenta K.

– Ja wiem – powiedział pedagog aktorstwa – że chłopak ma talent, że chce. Ale ta twarz…

– O, przepraszam – zerwał się z krzesła pierwszy sekretarz POP szkoły aktorskiej – ten K. to jest nasza socjalistyczna piękność.

Kaciaryna Andrejewa. Fot. Belsat.eu

Białoruska dziennikarka ponownie przed sądem. Oskarżono ją o „zdradę stanu”

Za zamkniętymi drzwiami sądu obwodowego w Homlu na Białorusi ruszył proces dziennikarki  Kaciaryny Andrejewej, która już została skazana za „organizację zamieszek”. Tym razem reżim Łukaszenki ma ją oskarżać o „zdradę stanu”. Może jej grozić nawet 15 lat więzienia.

Kaciaryna Andrejewa to dziennikarka Biełsatu, która  wraz z Darią Czulcową została zatrzymana 15 listopada 2020 roku, po brutalnej pacyfikacji akcji upamiętnienia pobitego na śmierć Ramana Bandarenki. Dziennikarki relacjonowały te wydarzenia. 18 lutego 2021 roku sąd skazał je na dwa lata kolonii karnej za „organizację zamieszek” i blokowanie komunikacji miejskiej. Obie trafiły do kolonii karnej w Homlu. Wliczając czas spędzony w areszcie powinny wyjść na wolność 5 września 2022 roku.

Jednak 10 lutego 2022 roku Andrejewa  została niespodziewanie przewieziona do Aresztu Śledczego w Homlu. Jak pisze portal Belsat.eu,7 kwietnia bliscy dziennikarki poinformowali, że została ona oskarżona o „zdradę stanu”. Grozi jej za to od 7 do 15 lat pozbawienia wolności.

Nie wiadomo dokładnie co i na jakiej podstawie reżim w Mińsku zarzuca dziennikarce, bo sprawa została utajniona. Portal Belsat.eu podaje, że adwokat Andrejewej musiał podpisać zobowiązanie do nieujawniania informacji dotyczących postępowania nawet rodzinie oskarżonej. Sprawa dziennikarki jest rozpatrywana za zamkniętymi drzwiami, wstępu na salę rozpraw nie mają  nawet jej krewni.

opr. jka, źródło: Belsat.eu

 

"Dziejsze czasy" (Modern Times) z 1936 roku w reżyserii i wykonaniu Charlie Chaplina od lat są uważane za parodię pracy przy taśmie produkcyjnej. Teraz te sceny, zdaniem wielu osób, przypominają tzw. pracę korporacyjną Zdj.: kadr z filmu

Prostym czynnościom przypatruje się WALTER ALTERMANN: Praca nasza powszednia

 Nie wiem dlaczego nie potrafię być szczęśliwy w pracy – mówi bohater filmu „Życie biurowe”, scenariusz i reżyseria Mike Judge. Ten film z 1999 roku podejmuje ważny temat i jest bardzo mądry. Temat jest spychany na margines naszych zainteresowań a o tym co jest zapisane na marginesach przecież nie mówi. Jest to historia pracowników, którzy stracili wiarę w sens swojej roboty. Ich biuro jawi się jako rzeczywistość niemal abstrakcyjna.

Nie wiadomo co ci ludzi właściwie robią. Biuro istnieje właściwie tylko dla biura. Mają szefa, który jest tyranem, bo też nie wierzy w sens swojej pracy. W końcu wybucha bunt, czyli mała rewolucja. Nie będę streszczał filmu, ale warto go zobaczyć.

Biblijne przekleństwo

Już Księdze Rodzaju, w rozdziale trzecim, znajdujemy słowa o pracy. To ważne, że właśnie już na początku Starego Testamentu mowa o losie człowieka pracującego. Znamy, ale na wszelki wypadek przeczytajmy raz jeszcze.

„Do niewiasty powiedział: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (…) Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich. Po czym Pan Bóg rzekł: „Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki”. Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia”.

Dla wierzących zatem sprawa jest jasna. Człowiek został skazany na pracę za grzech pierworodny. Tymczasem w dziejach ludzkości wylano hektolitry atramentu, żeby udowodnić istotę wielkości pracy dla człowieka i społeczeństw. Oto niektóre zaklęcia: praca uszlachetnia, praca wyzwala, sprawdzamy się w pracy, praca buduje więzi społeczne, bez pracy nie ma kołaczy, praca dowodem ludzkiej wielkości…

Praca jako radość tworzenia

Zacząłem od filmu, ale sprawa nie jest z gruntu sztuki, jest rzeczywista. U nas temat pracy został doszczętnie skompromitowany za socjalizmu. Powieści, sztuki teatralne, filmy, które z nakazu władzy podejmowały ten temat, były z założenia nieprawdziwe. Robotnicy byli w nich uśmiechnięci, radośni, bo szczęśliwi. Praca paliła się im w rękach a każdy kolejny nowy wał Kardana, odkuty i dotoczony w fabryce powodował euforię i entuzjazm. Można to jeszcze zobaczyć w polskich filmach z lat 1946-1956.

Owszem, bywały też ukazywane kłopoty w zakładach pracy. W „dziełach” z tamtych lat występowały tzw. czarne charaktery. Ich katalog wyglądał, mniej więcej tak: bumelant, pijak, zły majster i sabotażysta. Ten ostatni okazywał się najczęściej byłym, przedwojennym majstrem na usługach podłego byłego właściciela fabryki.

W dzisiejszym kinie praca jako temat główny nie występuje. Bo kto zechce oglądać tokarza, frezera, tkacza, czy nawet laboranta, którzy cały czas wykonują te same standardowe czynności, te same ruchy? Również praca intelektualna jest nie do ukazania w literaturze, teatrze i filmie. Bo jak mają – kamera czy narrator – wejść w mózgi „umysłowych”?

A temat jest ważny, bo większość ludzi jednak pracuje. Praca jest nie tylko źródłem utrzymania. Jest także ich – żeby jakoś modnie to nazwać – naturalnym środowiskiem przez prawie pół doby – licząc z dojazdem i powrotem z pracy.

Praca nielubiana

Takie zajęcie może stać się nieopisana udręką, cierpieniem i karą. Dzisiaj ogromna większość depresji – a jest to choroba powszechna – związana jest z pracą, nie z domem i rodziną.

Istotnym problemem jest praca poniżej wykształcenia i umiejętności, lub powyżej kwalifikacji i zdolności. Postawieni na stanowiskach pracy, które ich przerastają lub też deprecjonują ich wykształcenie – odbierają to „karę za grzechy”. Takie sytuacje powodują nieustający stres i w konsekwencji choroby.

Tu trzeba zaznaczyć, że ludzie, których stanowiska przerosły lepiej sobie radzą niż ci, którzy wykonują pracę poniżej kwalifikacji. Ci, których stanowiska przerosły są najczęściej nominatami partyjnymi – zarówno w administracji samorządowej, jak w państwowej, w różnych spółkach, agencjach, agendach i temu podobnych tworach. Jest to zjawisko w Polsce stałe, niejako zwyczajowe, a nawet obyczajowe. Ci nominaci pojawili się w Polsce wraz z odzyskaniem niepodległości w 1918 roku, byli w PRL i są teraz. Wszystkie konkursy na takie stanowiska, to przecież fikcja.

Za socjalizmu było takie partyjne powiedzenie, że ludzie rosną wraz z coraz wyższymi stanowiskami. Naród odbierał to jako dobry, choć niezamierzony dowcip.

Z moich obserwacji wynika, że ci nominaci radzą sobie psychicznie w ten sposób, że z tytułów robią sobie tarcze. Są bardzo poważni, ogromnie skupieni na sobie i swej randze. Są nadęci stanowiskiem jak chińscy cesarze. I ta powaga, poczucie misji, jaką mają do spełnienia, jakoś ich ratuje przed szaleństwem. Poza tym mają zastępców, którzy są fachowcami.

Odwrócona piramida zawodów

W każdym dobrze rządzonym państwie istnieje klasyczna piramida stanowisk. Jej potężną podstawę muszą stanowić pracownicy wykonujący prace proste, ale niezbędne. Są nimi wszelkiego rodzaju technicy – tak z wykształceniem podstawowym, zawodowym, jak średnim. Bez nich podstawowa machina cywilizacji – budownictwo, drogi, szlaki pociągów, transport lotniczy i kołowy, energetyka, komunikacja elektroniczna, wodociągi, kanalizacje, gospodarka odpadami – to wszystko i jeszcze trochę, ległoby w gruzach.

Niestety w Polsce dzisiejszej brakuje najbardziej właśnie pracowników technicznych. Stało się tak na skutek zindoktrynowanych do szpiku kości rządów neoliberałów. Najpierw chcieli wprowadzić obowiązek nauki jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Gdy to nie przeszło, zaczęli likwidować szkolnictwo zawodowe. Idea była taka, że każdy robi maturę, a zainteresowani techniką w ciągu dwóch lat skończą techniczne szkoły pomaturalne. Jedno co się neoliberałom udało, to rozwalić dobrze funkcjonującą strukturę nauczania. Skąd mieli takie pomysły? Zakładali doktrynalnie, że wolny człowiek musi radzić sobie sam, dostanie talon szkolny i cześć.

Dzisiaj próbuje się restytuować szkolnictwo zawodowe, ale idzie to ciężko, tym bardziej, że dorosło już pokolenie ludzi bez zawodu. Teraz są już rodzicami i nie bardzo wiedzą, jak pokierować swymi dziećmi.

Podstawowym problem polskiej piramidy jest to, że stoi na czubku. Najwięcej mamy specjalistów od zarządzania, marketingu, reklamy, politologii, znawców mediów i kulturoznawców. A szewców, ślusarzy, hydraulików ani widu, ani słychu.

Migranci i emigranci

Ważnym problemem polskiej pracy jest emigracja Polaków, w poszukiwaniu lepszych zarobków, lepszego materialnie życia. Wszystkie rządy ostatnich 20 lat obiecywały, że emigranci wrócą – dzięki ich rządom właśnie. Żeby jednak taki cud nastąpił, to bardzo wiele w sferze materialnej powinno się w Polsce zmienić na lepsze, powinna przynajmniej przypominać bogate kraje Zachodu, tak w płacach, jak i emeryturach. Być może to nastąpi – czego bym sobie i Państwu życzył, ale nie szybciej niż za 30 – 40 lat. A i to pod warunkiem, że jakieś kolejne rządy niczego nie… zepsują.

Nadzieja na naszym rynku pracy zaświtała wraz z napływem migrantów ekonomicznych z Ukrainy. Z wybuchem wojny większość z ukraińskich mężczyzn dostała powołanie do wojska, by bronić ojczyzny. I natychmiast odczuło to polskie budownictwo, obsługa transportu i sam transport. Być może Ukraińcy przyjadą, choć może nie do Polski, bo Niemcy kuszą ich zarobkami w granicach 18 euro za godzinę.

Pańska choroba Polaków

Jedną z przyczyn awersji Polaków do zajęć fizycznych jest fakt, że lud od zawsze uważał panów za nierobów, żyjących ich kosztem, stąd wzięło się ludowe powiedzenie, że ktoś cierpi na „Pańską chorobę”.  Jej objawy są takie: „Jadłbym, piłbym, nic nie robił”.

Panowie z kolei uważali podległy im lud za leni i obiboków. Przykładem jest przecież jeden z najstarszych polskich tekstów, czyli „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Ten dialog napisany przez Mikołaja Reja, został wydany w Krakowie w roku 1543 pod pseudonimem Ambroży Korczbok Rożek. Tamże możemy przeczytać:

Wójt:

Ksiądz pana wini, pan księdza,

A nam prostym zewsząd nędza…

 

Kłopot w tym, że nie lubiąc panów, lud chce żyć jak oni. Siedzieć w biurach, przekładać papiery, coś ostemplować, gdzieś zadzwonić, w komputer popatrzeć. Panowie przecież byli wzorem lepszego życia, a głównie lżejszej pracy. Dlatego ciężka, ale dobrze płatna praca fizyczna nie jest u nas w poważaniu.

Praca twórcza

Dobra praca musi angażować nie tylko ręce i nogi, ale także mózg pracownika. O dziwo kłopoty w wykonywaniu pracy są głęboko twórcze i odstresowujące. Ale ile dzisiaj jest takich twórczych stanowisk pracy? Świat zmierza do pełnej automatyzacji produkcji i usług. Następuje więc dynamiczne uprzedmiotowienie pracownika, staje się on jedynie częścią automatu, czyli automatonem.

W klasycznym filmie Chaplina „Dzisiejsze czasy”, z roku 1936, widzimy człowieka opanowanego przez taśmę produkcyjną. Jeśli za taśmą nie nadąża, to ona go fizycznie niszczy. Taśmę produkcyjną wymyślił Henry Ford dla swojej fabryki Ford Motor Company, producenta samochodów osobowych, sportowych, dostawczych i ciężarowych. Za Fordem poszli inni, zwiększając produkcję i zyski. Taśma stała się ideałem organizacji produkcji. I nikt nie zwracał uwagi, że taśma degraduje człowieka.

Dopiero jakieś 30 lat temu szwedzkie Volvo zrezygnowało z taśmowej produkcji swoich aut. Taśmę zastąpiono produkcją gniazdową. W tej nowej organizacji pracy kilku robotników składało od początku do końca każdy samochód. O dziwo produkcja nie spadła, jakość wzrosła, a monterzy czuli się twórcami samochodu, bo bardzo wiele od nich zależało. Ta nowa praca wymagała od nich nie tylko fizycznej sprawności, ale także wysiłku umysłowego. I najważniejsze – ci ludzie przestali się czuć trybikami w machinie, stali się twórcami – w najmądrzejszym znaczeniu tego pojęcia.

Czego Państwu i sobie życzę, bo źle zorganizowana praca dziennikarza może również stać się produkcją taśmową, a przez to męczącą i powodować wiele chorób.

 

 

Fot. ГСЧС Украины

Wielkie kłamstwo – JEWHEN MAHDA o rosyjskiej propagandzie po ataku na centrum handlowe w Krzemieńczuku

W nazistowskich Niemczech maszyna propagandy miała duże znaczenie. Jej działalność zyskała też należną uwagę podczas Trybunału Wojskowego w Norymberdze nad głównymi niemieckimi zbrodniarzami wojennymi. Julius Streicher, redaktor „Der Stürmer”, został powieszony wraz z innymi nazistowskimi zbrodniarzami.

Przypomniałem sobie o tym fakcie rankiem 28 czerwca, po obejrzeniu briefingu Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej, podczas którego jego oficjalny przedstawiciel Igor Konaszenkow, poinformował, że centrum handlowe Amstor, które spłonęło w Krzemieńczuku, „nie działało”. 25 zabitych, w tym ci, których ciała zostały rozerwane na strzępy, generała armii rosyjskiej nie interesowały. Pierwszy zastępca stałego przedstawiciela Rosji przy ONZ, Dmitrij Polanski, uważa, że ​​sytuacja w Krzemieńczuku ma wiele wspólnego z „prowokacją w Buczy”. Dziwne, że rosyjski dyplomata nie ogłosił zmartwychwstania tych, którzy zginęli w Krzemieńczuku. Zaznaczę, że 27 czerwca rosyjskie media i kanały telegramowe, skoncentrowały się na tym, że rakieta, która w niedzielę 26 czerwca uderzyła w centrum Kijowa, była pociskiem przeciwrakietowym ukraińskiego systemu obrony powietrznej.

Generał porucznik (generał lejtnant) Konaszenkow (kolejny stopień wojskowy otrzymał w czerwcu 2022 r.) jest tubą rosyjskiej propagandy wojskowej. To on wielokrotnie donosił o zniszczeniu ukraińskiego systemu obrony przeciwlotniczej, rozpowszechniając doniesienia o ogromnej liczbie zabitych żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy (których rosyjska propaganda coraz częściej nazywa „bojownikami”), „nacjonalistów” i „zachodnich najemników”. Jeżeli wierzyć jego briefingom, to rosyjskie wojska (dla nadania większej wagi armię Federacji Rosyjskiej, która dokonała inwazji, nazywają „siłami sojuszniczymi”) powinny już zająć zdecydowaną większość terytorium Ukrainy, a nie wyniszczać miejscowości w obwodzie donieckim i ługańskim.

Jednocześnie Konaszenkow twierdzi, że rosyjski pocisk rakietowy w Krzemieńczuku trafił w „hangar z bronią z Zachodu”, a pożar w centrum handlowym Amstor, został spowodowany detonacją amunicji. Jego słowa sprostowują nagrania z kamer monitoringu, ale główny rosyjski propagandysta kicha na to. Jednocześnie sieć kanałów w Telegramie, które są prowadzone przez rosyjski wywiad, kontynuuje rozmywanie informacji o zbrodni wojennej w Krzemieńczuku, podrzucając coraz to nowe i nowe wersje tego co się wydarzyło. Jest to tradycyjna taktyka rosyjskich propagandystów – zasypać wydarzenie szlamem informacyjnym, tak, aby pogrzebać prawdę.

Uderzenie rakietowe w centrum handlowe w Krzemeńczuku nie jest pierwszym, które spowodowało trend dezinformacyjny. Powodem jest to, że rosyjscy najeźdźcy w przededniu szczytów G-7 i NATO znacznie nasilili ostrzały rakietowe terytorium Ukrainy. Kreml próbował wykorzystać ten czynnik na zasadzie kasownika: rezultatami ostrzałów zmusić Zachód, aby wywarł nacisk na Ukrainę i przymusił ją do wznowienia rozmów pokojowych z Rosją. Rosnąca fala dezinformacji wskazuje na to, że cele wyznaczone przez rosyjskie kierownictwo nie zostały osiągnięte. Na Kremlu zdają sobie sprawę, że decyzja o dostarczaniu Ukrainie artylerii dalekiego zasięgu została podjęta na Zachodzie po ujawnieniu informacji o zbrodniach wojennych rosyjskich okupantów w Buczy i innych przedmieściach Kijowa. Na dany moment rosyjscy propagandyści będą próbowali złagodzić negatywne skutki uderzenia po Krzemieńczuku, na co nie możemy pozwolić.

 

fot. Pixabay

WOŁODYMYR SYDORENKO: Upadek kosmicznej potęgi Rosji

Lekkomyślna polityka Władimira Putina, a przede wszystkim wojna na Ukrainie, doprowadziły do upadku osiągnięć Rosji na polu podboju kosmosu.

Związek Radziecki włożył wiele wysiłku, aby uzyskać status „wielkiej potęgi kosmicznej”. Pamiętam, że zanim Jurij Gagarin powiedział: „Ruszajmy!”, Nikita Chruszczow zażądał od naukowców i inżynierów prawdziwych wyczynów, aby wygrać wyścig o podbój kosmosu. Dziś na świecie są dziesiątki krajów, które w jakiś sposób działają w kosmosie, a współczesna Rosja nie jest wśród nich pierwsza. Co więcej, od czasu rozpoczęcia wojny na Ukrainie w 2014 r., w ciągu 8 lat straciła nie tylko dominację w sprawach kosmicznych, ale nawet swój status kraju kosmicznego.

Etapy utraty wysokości kosmicznej

Szef Roskosmosu Dmitrij Rogozin robił w swoim życiu wiele rzeczy. I tylko kapryśny los mógł doprowadzić absolwenta Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego na stanowisko dyrektora generalnego rosyjskiej agencji kosmicznej. Ale nawet tutaj zasłynął jako człowiek, który „oddał przestrzeń”. W rzeczywistości współczesnej Rosji po prostu brakuje sił i środków zarówno do prowadzenia wojny, jak  i podboju kosmosu. To „dziennikarz” Rogozin informuje świat o każdym kolejnym etapie utraty przez kraj statusu kosmicznego mocarstwa.

Tak więc, jak donosi rosyjski Interfax, Rada Europejskiej Agencji Kosmicznej uznała niemożność kontynuowania współpracy z Roskosmosem w misji ExoMars-2022. Zamiast tego EAK rozważa NASA zamiast Roskosmos jako partnera ExoMars. Pod koniec ubiegłego roku szef Roskosmosu przyznał też, że Stany Zjednoczone mogą odmówić nie tylko współpracy na Marsie, ale także przy wspólnym projekcie Venus-D. Start rosyjskich misji międzyplanetarnych ExoMars i Venus-D został przełożony na czas nieokreślony.

Choć rosyjska firma Energia opatentowała już koparkę do pracy na Księżycu, Europejska Agencja Kosmiczna ogłosiła w połowie kwietnia br., że zawiesza wspólne działania z Rosją na misjach na Księżyc. Dmitrij Rogozin nie znalazł nic mądrzejszego do powiedzenia niż to, że „Europejka z wozu,  rosyjskiej klaczy lżej”. W efekcie misje „Łuna-25”, „Łuna-26” i „Łuna-27” miały zostać odroczone na czas nieokreślony.

Niepewny jest udział Rosji w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Rogozin powiedział, że decyzja o dacie zakończenia prac Rosji nad ISS została już podjęta, ale Roskosmos nie jest zobowiązany do jej publicznego ogłaszania. Dodał, że Rosja ostrzeże partnerów ISS na rok przed zakończeniem prac. Według niego taki termin zapewniają zobowiązania międzynarodowe. Jednocześnie NASA stwierdziła, że ​​nie potrzebuje udziału Rosji w wysyłaniu astronautów na stację kosmiczną, ponieważ zorganizowała wystarczająco dużo lotów SpaceX. Agencja zakupiła od SpaceX pięć dodatkowych lotów na ISS z załogą – to wystarczy, aby utrzymać załogę USA na pokładzie stacji do czasu zakończenia jej misji w 2030 roku.

 Rosyjska przestrzeń pod sankcjami

Astronautyka od dawna jest jedną z niewielu rosyjskich branż nietowarowych, na które istnieje zapotrzebowanie na rynku międzynarodowym. Jednak lekkomyślna polityka Władimira Putina, wojna na Ukrainie, doprowadziła do upadku działalności kosmicznej i osiągnięć Rosji. Ale tak naprawdę były one możliwe nie dzięki samodzielnej działalności Roskosmosu, tylko współpracy z europejskimi i amerykańskimi agencjami kosmicznymi. To we współpracy z innymi krajami Rosja otrzymała zmodernizowaną stację międzynarodową, instrumenty naukowe, rakiety i satelity, które są wykonane z importowanych komponentów, a także dostęp do rynku startów kosmicznych i eksperymentów naukowych w kosmosie. Wszystko to było możliwe dzięki współpracy z Ameryką i Europą.  Pomysły, aby zastąpić dotychczasowych partnerów Chinami, wciąż nie wyszły jeszcze poza etap deklaracji.

Jednak amerykańskie i europejskie sankcje nałożone w związku z inwazją Rosji na Ukrainę poważnie wpłynęły na astronautykę. Obecnie niektóre rodzaje sprzętu i elektroniki są zamknięte dla dostaw do Rosji, na firmy kosmiczne nałożono sankcje  jak na producentów broni, a prezes Roscosmosu Dmitrij Rogozin został objęty sankcjami osobistymi.

Według Radia Liberty Europejska Agencja Kosmiczna poparła decyzję Unii Europejskiej w sprawie sankcji wobec Rosji. Zagroziło to dwóm głównym wspólnym projektom: Kosmicznemu Teleskopowi Rentgenowskiemu Spectrum-RG i międzyplanetarnemu statkowi kosmicznemu Exomars-2022. To wspólny projekt, w ramach którego Rosja miała dostarczyć rakietę i platformę do lądowania dla europejskiego łazika. Miał on wylecieć z Bajkonuru jesienią 2022 roku. Teraz pozostanie w magazynie przez czas nieokreślony.

Działania Roskosmosu i jego szefa Dmitrija Rogozina rujnują reputację Rosji jako wiarygodnego partnera w kosmosie, nawet na obszarach, które nie są bezpośrednio objęte sankcjami. W ciągu ostatniego półtora miesiąca Roskosmos utracił lub odciął praktycznie wszystkie obszary współpracy międzynarodowej z partnerami amerykańskimi i europejskimi, które były przygotowywane przez ostatnie 30 lat. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna nadal działa, ale tylko dlatego, że strony muszą tam być technicznie połączone, wyłączenie jednej automatycznie oznacza awarię obu segmentów.

Dmitrij Rogozin jako uczestnik wojny na Ukrainie

Im mniejsza jest rola rosyjskiego lidera przemysłu kosmicznego w przestworzach, tym głośniej i agresywnie ingeruje on w „sprawy ziemskie”, przez co nazywany był „kosmicznym jastrzębiem”. Niedawno Rogozin powiedział, że „w przypadku wojny nuklearnej Rosja zniszczy kraje NATO w pół godziny” i wezwał do przeniesienia rosyjskiej przestrzeni kosmicznej i powiązanych sektorów gospodarki „po szynach wojskowych”.

Innym razem Rogozin zasugerował, że Roskosmos może uruchomić produkcję w ukraińskich zakładach na terytoriach okupowanych i kontrolowanych przez Rosję. Są to przede wszystkim przedsiębiorstwa zlokalizowane w obwodach charkowskim, kijowskim, dniepropietrowskim.

Pod koniec maja szef Roskosmosu interweniował w stosunkach rosyjsko-japońskich i zaproponował zmianę nazwy południowych Wysp Kurylskich, „bo ich nazwy łamią język rosyjski”.

Innym razem groził Elonowi Muskowi, mówiąc, że „będzie odpowiedzialny za zaopatrzenie sił faszystowskich na Ukrainie w terminale internetowe Starlink”.

A przy tym wszystkim okazuje się, że sprawy Rogozina giną nie tylko w kosmosie, ale i na ziemi. Niedawno wyszło na jaw, że kontrolowany przez niego kosmodrom Bajkonur jest tak słabo strzeżony, że w celach turystycznych udało się tam wejść dwóm obcokrajowcom, obywatelowi Wielkiej Brytanii Benjaminowi Richowi i obywatelce Białorusi Aliniea Zelupie.

Pod presją tych wszystkich niepowodzeń Roskosmos i jego szef skupiają się teraz na sprawach wojskowych. Jak informowano wczoraj, przedsiębiorstwa Roskosmosu rozpoczęły masową produkcję pocisków Sarmat. Jednak okazało się, że pocisk jest w dużej mierze niedoskonały, dlatego Roscosmos przygotowuje się obecnie do testów nowej konstrukcji.

Wzrost sławy Rosji jako kraju kosmicznego zakończył się całkowitym niepowodzeniem w realizacji niezależnych projektów w kosmosie. Politycznie Kreml powrócił do czasów kryzysu karaibskiego, kiedy świat z powodu postawy Związku Radzieckiego, był na skraju wojny nuklearnej. Dziś Rosja powtarza swoje 50-letnie groźby, po raz kolejny wymachując bronią jądrową. Rada Najwyższa Ukrainy już uznała Rosję za sponsora terroryzmu. Jak dotąd Komisja Spraw Zagranicznych Senatu USA poparła rezolucję wzywającą Departament Stanu do uznania Rosji za państwo sponsorujące terroryzm. „Terror stał się jedyną formą działania Rosji przeciwko Ukrainie i Europie” – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Ukraina będzie nalegać, aby Rosja wreszcie została oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne i sponsora terroryzmu. Ostateczna decyzja należy do Departamentu Stanu i administracji prezydenta USA Joe Bidena. Uznanie Rosji za sponsora terroryzmu zrówna ją z Iranem, Koreą Północną, Kubą i kilkoma innymi krajami objętymi najostrzejszymi sankcjami.

„Nie ma wątpliwości, że Rosja, kierowana przez Władimira Putina, jest sponsorem terroryzmu. Czyn, którego popełnił, zlecając ofensywę na Ukrainę, był aktem terrorystycznym. Jest zbrodniarzem wojennym i odpowiada za każdą zbrodnię popełnioną w jego imieniu, za każde zniszczenie za każde morderstwo. Wszystko, co zostało zrobione na Ukrainie, jest jego obowiązkiem ”- powiedział republikański senator James Rich.

 

Wysiedlenia rolników z Zamojszyzny zima 1942/1943; Zdj. archiwalne - Wikipedia

O niemieckiej akcji wysiedleń na Zamojszczyźnie pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Mężczyźni” wywożą Polaków

24 czerwca 1943 r. Niemcy rozpoczęli drugą fazę masowych wysiedlenia ludności polskiej z Zamojszczyzny. W ciągu kilku miesięcy 1942 r. i 1943 r. z ok. 300 wsi wypędzili ponad 100 tys. mieszkańców, w tym ok. 30 tys. dzieci, częściowo przeznaczonych do germanizacji.

Wynikało to z rozkazu Heinricha Himmlera, który polecił utworzenie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Zresztą Zamojszczyzna od początku okupacji szczęścia nie mała. Niemcy zaczęli od zbrodni na inteligencji (akcja „AB”).

Pierwsze wysiedlenie 2 tys. polskich chłopów z sześciu wsi niemiecki okupant przeprowadził w listopadzie 1941 r. Rok później akcja nabrała zbrodniczego rozmachu w ramach Generalnego Planu Wschodniego.

O co chodziło na Zamojczyźnie? O stworzenie niemieckiego pasa wzdłuż ówczesnej granicy III Rzeszy ze Związkiem Sowieckim i bazy wypadowej dla germanizacji Ukrainy i Białorusi. W przejściowych obozach Polacy byli segregowani do pracy przymusowej, eksterminacji w obozach koncentracyjnych, część została zakwalifikowana do rasy panów (należało posiadać niemieckie cechy rasowe) i zgermanizowana. Dotyczyło to również polskich dzieci, które trafiały do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Łodzi (wówczas Litzmannstadt).

Polacy oczywiście stawili opór. Kolejarze informowali o transportach śmierci do Auschwitz, Majdanka, Łodzi. Na trasie przejazdu mieszkańcy z narażeniem życia wykupywali szczególnie małoletnie ofiary. Opór przybrał charakter masowy i zbrojny. Polegał na samoobronie, przeciwdziałaniu ekspedycjom wysiedlającym. Wielka w tym rola komendanta głównego Batalionów Chłopskich Franciszka Kamińskiego. Partyzanci różnych formacji skutecznie walczyli z kolonizatorami, paląc zasiedlone przez nich wsie i uwalniając represjonowanych Polaków.

1 lutego 1943 r. Polacy stoczyli zwycięską bitwę pod Zaborecznem, która zapobiegła pacyfikacji tej wsi i powstrzymała na pół roku wysiedlenia Zamojszczyzny. Pokonany major Ernst Schweiger, dowódca I Zmechanizowanego Batalionu Żandarmerii w swoim raporcie mówił o ataku 700–800-osobowego oddziału (naprawdę partyzantów było 250), używając terminu „powstanie”. Kolejni niemieccy dowódcy też pisali o „powstaniu zamojskim”, które zagraża nie tylko pacyfikacjom i wysiedleniom, ale całej III Rzeszy.

Niemcy wywieźli z Zamojszczyzny ok. 110 tys. Polaków, w tym ponad 30 tys. polskich dzieci. Na miejsce Polaków chcieli osiedlić ok. 60 tys. etnicznych Niemców z innych krajów, głównie z Besarabii, Bośni, Serbii, Słowenii, ZSRS, oraz Ukrainy. Wszystko pod hasłem Heim ins Reich („Do domu w Rzeszy”) i tworzenia na wschodzie „przestrzeni życiowej” („Lebensraum”). Z Ukrainy Niemcy przesiedlali nie tylko swoich etnicznych obywateli, ale także Ukraińców (Ukraineraktion).

Gdyby nie powstanie zamojskie, ofiar byłoby znacznie więcej. I gdyby nie Elna Gistedt-Kiltynowicz, szwedzka śpiewaczka operowa, która we wrześniu 1939 r. zdecydowała się pozostać w podbitej Warszawie. Z ambasady neutralnej Szwecji wypożyczyła ciężarówkę, którą pojechała na Zamojszczyznę i wykupywała od Niemców polskie dzieci. Zmuszona do wyjazdu w 1949 r. przez komunistów Elna polskim sierotom zapisała przed samotną śmiercią w domu opieki w Szwecji cały swój majątek.

O rozpoczętym w listopadzie 1945 r. procesie niemieckich morderców: procesie norymberskim, szef niemieckiego MSZ Heiko Maas dwa lata temu napisał: „Przed sądem stanęli mężczyźni odpowiedzialni za najohydniejsze zbrodnie w historii”. Wpis powielił ambasador mężczyzn w Polsce Arndt Freytag von Loringhoven.

A zatem nie Niemcy byli zbrodniarzami, tylko mężczyźni.

Przeróbmy zatem (z języka niemieckiego na „mężczyźniany”) wspomnienia Leonarda Szpugi, polskiego rolnika wysiedlonego ze wsi Topólcza w gminie Zwierzyniec: „W tym czasie widziałem naocznie, jak [mężczyźni] odłączali dzieci od matek. (…) Najgorsze tortury, jakie zniosłem, były niczym w porównaniu z tym widokiem. [Mężczyźni] zabierali dzieci, a w razie jakiegoś oporu, nawet bardzo nikłego, bili nahajami do krwi – i matki i dzieci. Wtedy w obozie rozlegał się pisk i płacz nieszczęśliwych. Nieraz matki zwracały się do [mężczyzn] z prośbą o żywność dla zgłodniałych i zmarzniętych dzieci. Jedyne, co mogły otrzymać, to uderzenie laską lub bykowcem. Widziałem, jak [mężczyźni] zabijali małe dzieci”.

Jeśli nie Niemcy są winni, tylko jacyś kosmiczni mężczyźni, to powiedzmy również tak: Ojciec mężczyźnianego dyplomaty, Bernd Freytag von Loringhoven, pochodzący ze starej mężczyźnianej rodziny szlacheckiej, w czasie wywołanej przez mężczyzn II wojny światowej należał do mężczyźnianego Wehrmachtu, brał udział w bitwie między mężczyznami i sowietami pod Stalingradem. W kwietniu przebywał w schronie przywódcy mężczyzn – Adolfa Hitlera. Dlatego współcześnie strona polska nie była zachwycona nominacją mężczyzny Arndta, syna Bernarda na ambasadora mężczyzn w Warszawie.

Szczęśliwie Arndt Freytag von Loringhoven zakończył swoją misję ambasadora Niemiec, przepraszam – mężczyzn – w Polsce. Będzie kolejny ambasador. Czy lepszy?

 

Dziennikarz uniewinniony, redaktor naczelny jeszcze nie. Wyrok w sprawach z 212 kk przeciwko Głosowi Zabrza i Rudy Śląskiej

Dziennikarz uniewinniony, ale redaktor naczelny  – nie, bo jeden z zarzutów przeciwko niemu został jedynie warunkowo umorzony, co oznacza, ze ma wpłacić 2 tysiące zł. nawiązki, a to jest dla niego,  i dla kierowanej przez niego gazety, niebezpieczne, bo otwiera drogę do roszczeń  na gruncie prawa cywilnego.  Dlatego CMWP SDP protestuje przeciwko tej części orzeczenia i zapowiada wsparcie Redakcji  Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej przy składaniu apelacji od tego wyroku.  W imieniu oskarżonego złożenie apelacji potwierdził  jego adwokat. 

20 czerwca Sąd Rejonowy w Zabrzu  wydał wyrok w sprawie karnej z art. 212 kk z oskarżenia Fabiana Pawlaka opisywanego przez  dziennikarza gazety Głos Zabrza red. Przemysława Jarasza i redaktora naczelnego Jakuba Lazara. Fabian Pawlak wytoczył  im  trzy procesy karne z art. 212 o zniesławienie . w 2018 roku w Głosie Zabrza redakcja ujawniła, iż jest to  absolwent prawa, który nie uzyskał jak dotąd uprawnień adwokackich ani radcowskich i  prowadzi jedynie kancelarię doradztwa prawnego, co oznacza, że nie może wykonywać pewnej części usług, jak np. prowadzenie w sądzie spraw karnych czy rozwodowych. Niestety, część zwyczajnych  ludzi nie rozróżnia terminów i znaczenia określeń „radca prawny – doradca prawny” i była przekonana, że ma do czynienia z zawodowym prawnikiem o pełnych uprawnieniach. Zdaniem redakcji potwierdzała to jego oficjalna strona internetowa, na której wśród swych ofert zawarł niemal pełny zakres usług prawnych, dodatkowo powołując się wyraźnie na pracę w Sądzie Rejonowym w Lublinie. Sprawa została opisana przez  Głos Zabrza, gdy do Redakcji zaczęły docierać informacje o tym, że poszkodowani klienci Fabiana Pawlaka zgłaszają się do zabrzańskiego biura poselskiego posła Borysa Budki oraz do miejscowej prokuratury z prośbami o interwencje.  To niestety było nieskuteczne, bo prokuratura ostatecznie umorzyła kilka wszczętych postępowań, gdy się okazało, że na umowach z klientami drobnym druczkiem były adnotacje, że Fabian Pawlak jest doradcą, a nie radcą. Wtedy zaczął on nękać redakcję  aktami oskarżenia . Jak zazwyczaj w przypadku 212 kk toczyły się one z wyłączeniem jawności.

W sumie przeciwko dziennikarzowi  oraz redaktorowi naczelnemu Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej w Sądzie Rejonowym w Zabrzu prowadzone były trzy sprawy. W pierwszej dziennikarz Przemysław Jarasz  został oskarżony wraz z redaktorem naczelnym za serię artykułów ukazujących całą sytuację i niejasności, a także rozwój sytuacji po pierwszym artykule. Chodzi o publikacje „Gra pozorów”, „Kto go rekomendował”, „Policja u drzwi kancelarii”. Niezależnie od tego, że materiał był obszernie sprawdzony i udokumentowany i wypowiadał się w nim sam bohater, w imię pełnej otwartości na jego argumentację, Redakcja postanowiła opublikować jego krótkie sprostowanie (Nr 39/2018), a jej odpowiedzią było podanie kolejnych faktów i ustaleń w następnym numerze. Fabian Pawlak w akcie oskarżenia kwestionował niemal wszystkie argumenty.
Drugie oskarżenie pojawiło się po roku  od pierwszej publikacji , dziennikarz w nowym artykule opisał główne tezy aktu oskarżenia i przypomniał, o co w sprawie chodzi. Po tej publikacji zareagował rzecznik prasowy Śląskiej Izby Adwokackiej mec. Paweł Matyja, który  zaproponował redakcji pomoc prawną w procesie pro publico bono. Te wszystkie fakty i komentarze także zostały opublikowane w gazecie. Po tych dwóch artykułach  p.t. „Ścigani za prawdę” oraz „Solidarni z Głosem” zarówno dziennikarz jak i redaktor naczelny zostali ponownie oskarżeni przez bohatera ich tekstów. Dodatkowo  w trakcie pierwszego procesu Fabian Pawlak odkrył w aktach sprawy  służbową korespondencję dziennikarza z prezesem Sądu Rejonowego w Lublinie, dotyczyła ona  weryfikacji informacji o zatrudnieniu Pawlaka w tymże sądzie, gdyż taka informacja znajdowała się na jego stronie internetowej. Na podstawie tego maila kierowanego wyłącznie do prezesa sądu dziennikarz został oskarżony po raz trzeci.
Ze względu na niejawność toczących się spraw  oraz obawy oskarżonych, by nie narazić się  Sądowi przez  jej naruszenie, CMWP SDP  zgodnie z wolą oskarżonych nie zabierało publicznie głosu w tej sprawie razem z nimi oczekując na orzeczenie Sądu.  20 czerwca został ogłoszony wyrok  w którym Sąd uniewinnił dziennikarza Przemysława Jarasza od wszystkich zarzutów, ale warunkowo umorzył jeden z zarzutów o zniesławienie przeciwko Jakubowi Lazarowi redaktorowi naczelnemu Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej.  Chodzi o użycie przez niego słów „podszywa się pod adwokata” w emitowanej w lokalnej telewizji zapowiedzi treści najnowszych artykułów, co w ustnym uzasadnieniu wyroku zostało uznane za zniesławienie i za co  red. Jakub Lazar ma ma zapłacić nawiązkę 2 tysiące zł. W ocenie CMWP SDP  narusza to zasadę wolności słowa i niezależności dziennikarskiej, dlatego CMWP SDP protestuje przeciwko temu orzeczeniu zapowiada, że będzie wspierać publicznie apelację redaktora naczelnego Głosu Zabrza od tego wyroku.