Fot. Netflix

HUBERT BEKRYCHT: Europa w obliczu nowego Monachium, czyli jak film tłumaczy wojnę i politykę

Nowy układ monachijski w Europie już jest. Nie wiadomo tylko, gdzie zostanie podpisany. Na pewno nie w Monachium, bo to byłoby zbyt dosłowne, ale Niemcy pracują na to, aby wesprzeć Rosję, co oznacza, że teutońskie jelenie wchodzą na teren moskiewskich niedźwiedzi i tygrysów.

83 lata po tym jak Adolf Hitler upokorzył premiera Nevilla Chamberlaina i po tym, jak Brytyjczycy próbowali wytłumaczyć światu, że pozostawienie na pożarcie Czechosłowacji jest jedynym wyjściem, aby Stary Kontynent po dwóch dekadach pokoju znowu nie utonął we krwi. Tłumaczyli prawie rok, aż Niemcy napadli na Polskę. 17 dni później ówczesny sojusznik Hitlera – Józef Stalin wydał rozkaz, aby walczącej Polsce wbić nóż w plecy i bez wypowiedzenia wojny zaatakować wschodnie tereny naszego kraju.

Historia lubi się powtarzać? Bardzo. Historia pełna jest takich przypadków. Miejmy nadzieję, że nie teraz. Niemcy AD 2022 bardzo jednak zabiegają o kolejne Monachium i celowo nazwy bawarskiego miasta nie umieszczam w cudzysłowie. To przecież okoliczności, które są kopią tych z 1938 roku. Tym razem nie chodzi o pozostawienie samej sobie, konającej Czechosłowacji. Teraz idzie o Ukrainę, uznawane na całym świecie niezależne państwo, które od prawie 8 lat jest atakowana przez Kreml. Najpierw Rosja ukradła Ukrainie Krym, a potem wznieciła krwawy konflikt w Donbasie.

Oczywiście zdolności Władimira Putnia nie sposób porównywać do zdolności Adolfa Hitlera. Prezydent Rosji jest lepszy. I oczywiście dla nas i wielu narodów Europy to gorzej. Putin rozumie geopolitykę wprost, bez przesądów niemieckiego dyktatora. A to już naprawdę bardzo zły prognostyk dla świata. Świat jednak nie jest gotowy na wojnę, szczególnie administracja prezydenta USA Joe Bidena (wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziadka, Panie Prezydencie). Świat wyczekuje na nowe Monachium. Najpierw w sprawie Ukrainy. A potem? Odpowiedź jest prosta.

Jeśli teraz NATO i UE zdecydowanie nie sprzeciwią się kremlowskiej satrapii, zagrożone będą – jak mówił 14 lat temu prezydent RP Lech Kaczyński – państwa bałtyckie, a być może i Polska. Sytuacja zmienia się szybko, bo szantaż gazowy Moskwy jest faktem, może Putinowi zechce się zapanować nad Słowacją, Republiką Czech, Węgrami i zachodnimi Bałkanami. Kto wie, co dalej?

Na pewno nie wiedzą tego albo nie chcą wiedzieć nowe władze w Berlinie. Niemcy toczone teraz chorobą lewacką prowadzą już wojnę, wojnę myśli. To wojna niemiecko-niemiecka. Jedni Niemcy myślą, a drudzy myślą, że myślą. Na razie ustępują, na razie się kompromitują, ale być może za kilka miesięcy, jakaś myśl niemiecka odszuka dawną bratnią myśl. Na przykład pruską – jeśli wroga nie można pokonać, należy się przyłączyć. Chodzi o wroga oficjalnego, czyli Rosję, (choć tonie przeszkadza w robieniu interesów z Moskwą), bo Niemcy nie wystąpiły ani z UE ani z NATO. A co wtedy zrobią Francja, Wielka Brytania, Benelux, Skandynawia, południowe państwa UE i NATO, wreszcie, co zrobią Stany Zjednoczone? Czy podpiszą, przygotowany już poza Monachium, nowy układ monachijski?

Ale miało być o filmie „Monachium w obliczu wojny”. Niewiele jednak będzie, bo pokazywany w Netflixie brytyjski obraz „Monachium…” jest tak samo dobry, jak polskie tłumaczenie tytułu. Otóż „Munich The Edge of War” przełożono – moim zdaniem – niezgodnie z prawdą. I językową i historyczną. Co komu szkodziło przetłumaczyć tytuł, jako „Monachium na krawędzi wojny”? Tak przecież było. Hitler wszystkich postraszył, Chamberlain się dał się zwieść, a jak się zorientował, że Niemcy go wykiwali strasząc wojną, kłamał, że „przywiózł” pokój. Widać i dziś ktoś się przestraszył, tak jak 83 lata temu Hitlera, tak jak teraz Putina. To na razie strach wyznaczany przez polityczną poprawność, ale wkrótce..? Oby nie.

Dziennikarzy w filmie o monachijskiej hańbie Europy przedstawiono też szczególnie, tyle, że niestety prawdziwie. „Mocarstwa” zachodnie zgodziły się, aby podczas konferencji zdjęcia robili tylko fotoreporterzy Hitlera…

Czy teraz to możliwe, aby tylko jedna strona informowała i pokazywała wydarzenie polityczne? Nie wiem, ale to nie jest wykluczone.

Film „Monachium w obliczu wojny” nakręcono, aby Jeremy Irons mógł zagrać Nevilla Chamberlaina i aby w finalnych napisach, umieszczono bzdurę, że układ w Monachium „kupił” czas na przygotowania do wojny i… pokonanie III Rzeszy…

Kłamstwo, także to „nierealne” – powiedzmy filmowe – w naszych czasach często staje się prawdą, wystarczy, że ktoś, kto nie zna historii obejrzy zapakowaną w „uniwersalne” wartości brytyjską bajeczkę o bohaterstwie synów Albionu i… niektórych Niemców.

Na Ukrainie na pewno ten film furory nie zrobi.

Monachium w obliczu wojny Munich The Edge of War reż.: Christian Schwochow, scen.: Robert Harris, thriller / szpiegowski, prod.: Wielka Brytania, dystr.: Netflix

Napis na murze, środkowa Polska, I poł. XXI w. Fot. autor

HUBERT BEKRYCHT: Pandemia medialnej głupoty, czyli informacyjna wojna na fakty i fake newsy

Nie napiszę tutaj, czy się szczepić, czy nie. To sprawa każdego z nas. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chodzi tylko o to, aby media nie serwowały nam głupiutkiej papki faktów pełnych fake newsów i fake newsów przemieszanych z faktami, bo chodzi o życie milionów ludzi.

Media miały nie szkodzić, a dziennikarze, jak lekarze, mieli nie być rzecznikami lobby powstających tak szybko, jak dziś komisje senackie. Niestety, wielu lekarzy przepisuje leki, za które od koncernów farmaceutycznych otrzymują atrakcyjne „prezenty” takie jak safari w Kenii, czy telewizor o przekątnej ekranu przekraczającej powierzchnię ścian w prywatnym gabinecie. Niestety, wielu dziennikarzy, nawet bez „prezentów” promuje durne teorie dotyczące zarazy spowodowanej przez koronawirusa (SARS-CoV-2).

Media mające przewagę w Internecie przekazują covidowe teorie na podstawie faktów z dodatkiem fake newsów i fake newsy uwiarygodniające się szczyptą faktów. To tak, jak wspomniane senackie komisje, w których zasiadają opozycyjni parlamentarzyści izby wyższej. Powołują na świadków zagranicznych szpiegów i analityków, aby udowodnić, że polskie służby robią to do czego zostały powołane, czyli inwigilują ludzi działających wbrew polskiemu prawu, nawet tych, którzy są prominentnymi przedstawicielami opozycji. COVID-19 to jednak nie zabawa w politykę i prowokacje funta kłaków nie warte.

Gdyby przemieszane z nieprawdą informacje dotyczyły tylko polityki, edukacji, reguł matematycznych, a nawet spiskowych teorii dziejów, nie byłoby to aż tak szkodliwe. Sprawa jednak dotyczy naszego zdrowia i tutaj media powinny przekazywać fakty oraz zdania odrębne w równych proporcjach. Wiele stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i portali stara się to robić, chociaż łatwo nie jest. Niestety, w internetowej rzeczywistości, szczególnie na portalach społecznościowych będących przecież częścią mediów, hula głupota połączona z pazernością właścicieli mediów serwujących nam prawdę homogenizowaną, czyli nieprawdę. Klikalność przesłania rozum, a tu chodzi o życie i zdrowie milionów ludzi.

Prawdziwe media powinny ostrożnie i odpowiedzialnie przekazywać wszystko to, co dotyczy pandemii. Koronawirus to nie opozycja, bo patogen nie znosi próżni. Patogen nie chce kandydować, nie chce mieć większości mandatów parlamentarnych, nie chce tylko gadać. Patogen chce zabijać, a dziennikarze powinni w tym przeszkadzać, a nie kreować chaos w imię źle, naprawdę źle, rozumianej wolności a raczej „wolności” słowa. Jeśli w niektórych redakcjach tego nie rozumieją rozpuszczając fakty w śmiesznych teoriach i odwrotnie, należy rozpędzić takie redakcje. Tylko fakty w sprawie SARS-CoV-2 i dwa, trzy różne stanowiska o pandemii.

Głupich mediów nie brakuje, jeśli mają odbiorców, niechaj sobie będą. Jeśli jednak wprowadzają w błąd w sprawie pandemii,  w sprawie naszego zdrowia, trzeba je po prostu zamknąć. Pora skorzystać z tego prawa. Kto to zrobi uratuje mnóstwo istnień ludzkich.

 

HUBERT BEKRYCHT: Kazachski blef medialny Kremla

To truizm, ale relacjonując konflikty trzeba zdawać sobie sprawę, że to nie zabawa. W Kazachstanie zginęli ludzie, lecz niektóre media dały się nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe wyjaśnienia tragedii.

Nie jestem specjalistą od Azji Środkowej i mam dużo szacunku wobec publicystów, którzy orientują się w tamtejszych skomplikowanych uwarunkowaniach geopolitycznych, ale nie trzeba być ekspertem, aby pamiętać, że to jednak Rosja rozdaje karty w tej części świata.

Co prawda nie pozostaje też bierny inny wielki sąsiad Kazachstanu – Chiny, ale na razie Państwo Środka tylko pilnie obserwuje rozwój wypadków. Na pewno jednak Chińczycy nie pozostaną obojętni na to co zdarzyło się m.in. w Ałmaty i Nur – Sułtanie (Astanie). Nie tylko te dwa miasta były kluczowe dla tego, co stało się w tej części Wielkiego Stepu na początku tego roku. Kluczowe były media, a raczej medialna manipulacja.

Kazachstan jako największa sierota po sowieckim imperium jest wciąż obiektem pożądania Moskwy, a prezydent Władimir Putin i jego służby propagandowe zrobią wszystko, aby jeszcze bardziej zbliżyć ten kraj do Kremla. Dlatego rosyjskie źródła, a większość kazachskich mediów jest pod wpływem moskiewskiej propagandy, od początku konfliktu, zaczęły mylić tropy. To zresztą nie od dziś specjalność rosyjskich mediów.

Najpierw zdziwiło mnie, że oprócz informacji uznanych światowych agencji, wiele polskich mediów powoływało się od początku stycznia na portale rosyjskie i oficjalne komunikaty dostępne nawet, co chyba nie było przypadkiem, w medialnie zamkniętych Chinach. I jakoś nie uwierzyłem w to, że jedyną przyczyną zamieszek były protesty ludzi po podwyżkach gazu, którym napędzane są kazachskie samochody. Przyznaję jednak, że brzmiało to wiarygodnie w pogrążonej w kryzysie paliwowym Europie. Nawet jeden z polityków polskiej opozycji groteskowo straszył nasz rząd „kazachską rewolucją paliwową”.

Kraj niewolony przez postsowieckich kacyków i dyktatorów – a ich kwintesencją jest Nursułtan Nazarbajew (któremu stolica Astana „zawdzięcza” nową nazwę) – ma wiele problemów, bo rządzi nim korporacja możnowładców, dla których nie liczy się coraz biedniejsza ludność Kazachstanu. Tym biedniejsza, że mieszka w bogatym w rozmaite zasoby naturalne kraju.

Stąd bajeczka o wystąpieniach z powodu podwyżek cen paliwa była wiarygodna. I to nie tylko w zmanipulowanych propagandowo portalach internetowych dla Kazachów i Rosjan.

Kazachskie media, na rozkaz prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa, po prostu zaczęły udawać środki masowego przekazu znane z Rosji. Z kolei media moskiewskie udawały, że to wewnętrzna sprawa Astany – w doniesieniach nawet „zapomniano”, że dyktator Nazarbajew zmienił miastu nazwę – i w ogóle nie władze kazachskie zamknęły granicy i zawiesiły połączenia internetowe.

Granice otwarto, ale tylko dla wojsk interwencyjnych z krajów Azji Środkowej. I tak się akurat złożyło, że większość tych wojsk nosi naszywki bojowe z flagą Rosji. Z Internetem też nie było tak, jak głosiły kazachsko-rosyjskie przekazy medialne. Ważne jest przecież nie to, że jakiegoś medium nie można znaleźć w sieci, ale jakie portale, bez reżimowych przeszkód, przekazują kłamstwa m.in. z Ałmaty i Astany. Sprawdziłem, w pierwszych dniach konfliktu państwowe agencje kazachskie i rosyjskie przekazywały informacje uspokajające. Już to dla Europy powinno być sygnałem, że konflikt może być nawet, w odpowiednich proporcjach, początkiem przewrotu, a nawet powstania narodowego, co w azjatyckich warunkach nie jest określeniem przystającym do naszych pojęć politycznych.

W Kazachstanie zginęli ludzie, ale niektóre media dały się jednak nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe tłumaczenia tragedii. I to jest ten tytułowy blef Kremla. Putin jako doświadczony sowiecki szpieg, ma wielu, powiedzmy znajomych w kręgach władzy w Asatanie. Wiele mediów europejskich, w tym polskich, oczywiście powołując się na źródła w Ałmaty lub w innych krajach tej części świata, informowała o gospodarczym podłożu zamieszek.

Tymczasem już wtedy trwała krwawa rozprawa kazachskich „siłowników”, którzy dowodzą siłami porządkowymi. Zasłonę propagandową oprócz mediów kazachskich włączyły rosyjskie środki przekazu. Reporterzy z Europy utknęli w sąsiednim Kirgistanie, a o interwencji rosyjskiej „mającej obronić kazachską demokrację” pierwsi -jak podały agencje – poinformowali sami Rosjanie. I tak wszyscy dowiedzieli się, że krwawa rozprawa na ulicach Ałmaty była „dławieniem terroryzmu” a setki ofiar i tysiące uwięzionych to wynik prowokacji wewnątrz dawnych kręgów władzy w Kazachstanie.

I nabraliśmy się wszyscy. Nawet źródła watykańskie pisały, że interwencja w Kazachstanie była spowodowana groźbą „wojny domowej”. Niebezpieczne jest jednak coś innego.

Starcia w stepowym kraju skutecznie odciągnęły uwagę opinii publicznej od przygotowań Rosji do wojny z Ukrainą. I dlatego kazachski blef w podręcznikach dziennikarstwa będzie za kilka lat przykładem postsowieckiej manipulacji medialnej na globalnej scenie politycznej.

SISDD – Subiektywny i Ironiczny Słownik Dziennikarsko-Dziennikarski HUBERTA BEKRYCHTA

W proteście przeciwko politycznej poprawności redakcja zastrzega sobie niealfabetyczną kolejność publikacji haseł słownika.

 

Dziennikarz – każdy;

 

Dziennikarz, publicysta – nie każdy;

 

Publicysta – prawie każdy;

 

Publicysta kulturalny – nikt;

 

Publicysta z działu publicystyki kulturalnej – byli tacy, niedobitki na emigracji w USA;

 

Dziennikarstwo covidowe – styl dziennikarzy, którzy skupieni w tzw. działach covidowych redakcji udają, że znają się na chorobach zakaźnych;

 

Dziennikarstwo antyszczepionkowe – dziennikarze, którzy zostali odsunięci od pracy w tzw. działach covidowych redakcji;

 

Epidemiolog – lekarz, który mówi chętnie o pandemii;

 

Szaman – lekarz, który nie zgadza się z lekarzami mówiącymi chętnie o pandemii;

 

Ładny – ktoś, kto zgadza się z założeniami Polskiego Ładu;

 

Brzydki – nieładny.

 

Ciąg dalszy będzie się ciągnąć, ale należy założyć, że publikowane znaczenie haseł może być niezgodne ze stanem faktycznym.

 

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarz w kryzysie, czyli życzenia na 2022 rok

To nie dziennikarstwo zeszło na psy, to dziennikarze, bo większość z nich przeżywa kryzys, tak jak otaczający nas świat. Nowy, 2022 rok będzie trzecim rokiem pandemii i którymś z kolei rokiem sztywnego opisu świata przez pogrążonych w kryzysie dziennikarzy, w którym znaleźli z powodu zbytniej wrażliwości lub jej braku.

 

Ponad dziesięć lat temu rewolucja technologiczna ograniczyła wyobraźnię wydawców i właścicieli wielu mediów. Nie sądzili oni wówczas, że rozwój nowych mediów, głównie społecznościowych, zagrozi tradycyjnym gazetom, rozgłośniom radiowym i stacjom telewizyjnym. Sieć i jej prawie nieograniczone możliwości wywołały pełzający kryzys w środowisku dziennikarskim.

 

W Polsce kilka lat temu na emerytalny odpoczynek zaczęli udawać się przedstawiciele następnej, chyba trzeciej już, powojennej generacji dziennikarzy. Wiele z tych osób, choć zawodowo czynni są dużo starsi od nich ludzie mediów, poszło na emeryturę, bo praca była dla nich zbyt skomplikowana informatycznie i narzucała zbyt szybkie tempo życia.

 

Obserwujemy też inne zjawisko. Frustracja 50-latków – obawiających się po prostu, że ktoś sprawniejszy technologicznie wypchnie ich z redakcji – spowodowała też tzw. zmowę pokoleniową. Tak, tak, proszę spokojnie popatrzeć na nasze, dziennikarskie miejsca pracy. Sam już trzy dekady pracuję i wcale nie uważam, że wszyscy, którzy teraz zaczynają w zawodzie to media workerzy. Jest wiele utalentowanych osób czekających w redakcjach na swoją szansę. Często kilka, a nawet kilkanaście lat. Rewolucja mediów m.in. społecznościowych spowodowała, że zaczęli tę szansę po prostu wykorzystywać.

 

Młodsi, z reguły, lepiej znają się na nowinkach technologicznych, chociaż brak doświadczenia nieco ich dziennikarsko ogranicza. Nie ma tutaj zwycięzców i zwyciężonych, bo przecież liczą się Odbiorcy. A co wybierają „nowi” telewidzowie, radiosłuchacze, czytelnicy i internauci?

 

Odbiorcy nie zmieniają się tak szybko. Czekają. Na przykład na swoją prasę. Także jeszcze papierową. Czekają również na mniej inwazyjne media elektroniczne, które poza kluczowymi pierwszymi zadaniami i tzw. paskami oferują coś więcej. Jeśli nikt w redakcjach i koncernach medialnych tego nie zauważy i dążyć będzie do technologicznej dominacji mediów, kryzys ludzi wykonujących zawód dziennikarza pogłębi się.

 

Narzekamy często na dziennikarstwo, które jest coraz bardziej bezduszne, odczłowieczone, odmóżdżone, ale to nie dziennikarstwo zeszło na psy, to dziennikarze, bo większość z nich przeżywa kryzys, tak jak otaczający nas świat. Nowy, 2022 rok będzie trzecim rokiem pandemii i którymś z kolei rokiem sztywnego opisu świata przez pogrążonych w kryzysie dziennikarzy, w którym znaleźli z powodu zbytniej wrażliwości lub jej braku, bo wrażliwość jest pochodną niezgody na świat. Wielu dziennikarzy trwa w kryzysie, bo paradoksalnie to ów stan przynosi znaczne zyski koncernom produkującym informacje.

 

Napisałem tak, bo to produkcja informacji (sic!) jest teraz problemem. Nawet, jeżeli produkowane są newsy są prawdziwe, nie opisują rzeczywistości, tylko ją kreują. Nie, jako trend, zachęta do dyskusji, co jest dopuszczalne. Po prostu działa już masowa wytwórczość informacji nieprawdziwych lub wyrosłych na plotkach, czy onirycznej wizji świata. Na to nie może być zgody środowiska dziennikarskiego.

 

Jeszcze poważniejszy problem to fake newsy – kłamstwa produkowane po to, aby właśnie, jako fałszywy przekaz dotarły do Odbiorców. To już kryminał. Ale w niektórych redakcjach zdominowanych przez polityczne cele tak postępują właściciele, wydawcy i tak zwani dziennikarze. Dla nich nie ma miejsca wśród ludzi opisujących rzeczywistość i w gronie publicystów. Innego zdania są niestety medialni magnaci i niektórzy politycy.

 

Fake newsy nie są jednak, jeszcze, największym przekleństwem dla Odbiorców polskich mediów. To trend właściwy, także jeszcze, tylko dla portali społecznościowych, gdzie fake newsy najczęściej piszą głupi dziennikarze dla głupich polityków.

 

Niestety skoordynowane kłamstwa włamują się do prasy, radia, telewizji i portali internetowych, bo coraz mniej zabezpieczeń stosujemy, bo nie mamy czasu na sprawdzenie czegoś dokładniej, bardziej wnikliwie. Włamywacze, czyli nieuczciwi tzw. dziennikarze, stosują coraz bardziej wyrafinowane metody. Elektroniczne, ale i stare sposoby manipulacji, a nawet po prostu szpiegowskie sztuczki, bo świat, nawet po pandemii, bezpieczniejszy już nie będzie i widmo wojny coraz bardziej się krystalizuje.

 

Mieszkamy w bardzo niebezpiecznej, wbrew pozorom, części świata. Kiedyś dziennikarze ze Starego Kontynentu relacjonowali głównie konflikty w Azji czy Afryce. Teraz do nas przyjeżdżają reporterzy z całego świata, aby – głównie z powodu kremlowskich prowokacji – obserwować napięcia na wschodzie Europy.

 

W sprawach związanych z obronnością, jeszcze dekadę temu obowiązywały dziennikarzy szczególne regulacje. Dziś wystarczą cukierki, czy celowo porozrzucane w lesie dziecięce ciuszki, aby Odbiorcy nabierali się na podłe fake newsy, które nie są już tylko kłamstwami, czy manipulacjami. To po prostu przestępstwa popełniane, aby zwiększyć tzw. klikalność, bo silnikami większości mediów są portale internetowe.

 

Kto z dziennikarską legitymacją zrobi coś takiego? Kto jest w stanie sprokurować takie rzeczy? To najczęściej ludzie, którzy nie znaleźli miejsca w jakiejś redakcji, a teraz za wszelką cenę „udowadniają”, że się ktoś pomylił. Są dziennikarzami tylko z nazwy i raczej wbrew czemuś niż z jakiegoś powodu… Czyli, to już nawet nie dziennikarstwo w kryzysie czy dziennikarze w kryzysie, a ludzie udający dziennikarzy podczas kryzysu.

 

Widać to na przykład podczas uważnej obserwacji relacji z granicy polsko-białoruskiej. Zawodowcy od razu wiedzą, co jest tylko przesadą, co konfabulacją, a co po prostu sprzeniewierzeniem się polskiej racji stanu, czyli po prostu zdradą. Tutaj należy bezwzględnie egzekwować przepisy bez względu czy to dziennikarz jest w kryzysie, czy też kryzys międzynarodowy wpływa na zachowanie dziennikarzy, czy też jest to fałszywy reporter mogący pogłębić kryzys.

 

Być może, kiedy kara dla udających „wolnych” dziennikarzy będzie nieuchronna i w końcu zostaną sklasyfikowani przez służby, jako wolni, ale od rozumu… Przecież istotą ich przekazu jest, nieważne czy zamierzona, pomoc naszym wrogom.

 

W Nowym Roku wszystkim prawdziwym dziennikarzom, i tym w kryzysie i tym, którzy ciągle mają nadzieję, niezależnie od poglądów i redakcji życzę omijania raf, jakie spotykamy codziennie, sukcesów, wynagrodzeń adekwatnych do jakości pracy oraz po prostu zdrowia a także szczęścia, nie tylko dziennikarskiego.

 

HUBERT BEKRYCHT: Koza, weto i żółto-niebieskie medialne piekło

Gdyby TVN była normalną telewizją, prezydenckie weto byłoby po prostu elementem dyskusji o polskim prawie medialnym. TVN jednak normalnym medium nie jest, bo stacja od wielu lat stanowi narzędzie politycznej propagandy ugrupowań liberalnych i lewicowych likwidujących samodzielne myślenie wielu Odbiorców. Weto prezydenta Andrzeja Dudy nie musi być jednak wcale wsparciem opozycji, a szerszym politycznym działaniem, także na arenie międzynarodowej.

 

Tzw. lex TVN, czyli nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, nie dotyczy w istocie tylko stacji, którą zakładali Mariusz Walter i Jan Wejchert. Zmiana miałaby następstwa dla wielu mediów, także publicznych. Nie jest to wcale sprawa „wolności mediów” i „wolności słowa”, jak o przypadku TVN mówią politycy opozycji i sprzyjające im media. Żółto-niebieska stacja nie jest wcale „represjonowana przez reżim PiS”, co od wielu miesięcy wmawia się Polakom i środowisku dziennikarskiemu w Europie i na świecie. Ale to już wiadomo.

 

Proponowane przez prawicę zmiany w ustawie dotyczą także przywrócenia części kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i trybu jej wyboru. To są zmiany w ramach zapowiadanej od dawna reformy medialnej. Projekt w art. 7 ust. 1 przewiduje:

 

„Członków Krajowej Rady powołuje Prezydent RP za zgodą Sejmu i Senatu na wniosek Marszałka Sejmu albo grupy 35 posłów.”; zaś w ust. 4 czytamy: „Senat podejmuje uchwałę w sprawie wyrażenia zgody na powołanie członków Krajowej Rady w ciągu miesiąca od dnia przekazania Senatowi uchwały Sejmu (…). Niepodjęcie uchwały przez Senat w ciągu miesiąca oznacza wyrażenie zgody”.; w ust 5, 6 i 7 art. 7 projektu nowelizacji ustawy napisano:, „Jeżeli Senat odmawia wyrażenia zgody na powołanie członków Krajowej Rady, Sejm proponuje na stanowisko członka Krajowej Rady inną osobę.”; „Prezydent RP powołuje członków Krajowej Rady wyłonionych (…) w ciągu miesiąca od uchwały Senatu o wyrażeniu zgody na powołanie członków Krajowej Rady”; a „dotychczasowy członek Krajowej Rady pełni swoje obowiązki do czasu objęcia stanowiska przez nowego członka Krajowej Rady.”

 

Zatem, to prezydent jest największym beneficjentem tej części zawetowanej przez siebie nowelizacji. Tym bardziej, że teraz wskazywał, co prawda bezpośrednio, ale tylko dwóch członków KRRiT. Po co więc zawetował korzystne dla siebie rozwiązania? W nowelizacji dotyczącej samego funkcjonowania Krajowej Rady jest, z punktu widzenia czystej polityki, ważniejszy zapis.

 

„W art. 27 ust. 3 otrzymuje brzmienie: Członków zarządu, w tym prezesa zarządu, powołuje i odwołuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.” Chodzi o to, że poprzednio obowiązywał, a po wecie nadal obowiązuje przepis o powoływaniu władz publicznych mediów przez utworzoną latem 2016 roku Radę Mediów Narodowych, a nie, jak wcześniej, tylko przez KRRiT.

 

Z punktu widzenia polityki obozu Zjednoczonej Prawicy, teoretycznie, różnica proponowana w tym zapisie nie ma żadnego znaczenia. Przecież członkowie KRRiT byli rekomendowani właśnie przez większość sejmową PiS, w Senacie – w poprzedniej kadencji – też, a w obecnym składzie Rady Mediów Narodowych rządzący również mają większość. Po co zatem odrzucać nowelizację ustawy? Ktoś wymyśli pewnie sto spiskowych teorii, ale odpowiedź nasuwa się sama.

 

Może dla tych fragmentów przepisów z art. 35 ustawy? „Koncesja może być również udzielona osobie zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego” – głosi odrzucona wersja nowelizacji: „pod warunkiem, że osoba taka nie jest zależna, w rozumieniu Kodeksu spółek handlowych, od osoby zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie niebędącym państwem członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego.”

 

I tutaj już chodzi o politykę międzynarodową. O współdziałanie w ramach naszych sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi. I o współdziałanie z USA innych państw UE. A wiadomo, że Amerykanie szybciej nawodnią obszary pustynne w Newadzie, niż wypuszczą z rąk jakikolwiek biznes w Europie, tym bardziej biznes medialny. Po prostu amerykańscy udziałowcy spółki Discovery kontrolującej TVN chcą coraz większych pieniędzy, jakie pojawiają się w biznesie medialnym w naszej części Europy, choć na pewno nie mają w nosie profilu politycznego stacji. Dla tej amerykańskiej korporacji jej media mają być liberalne, czyli, przekładając to na język europejskiej polityki, lewackie. I taka jest telewizja TVN.

 

Z USA łączą nas interesy, ale i doktryna obronna, czyli też interesy. Tylko większe. Nie ma się, co zatem dziwić, że prezydent odrzucił projekt, który zakładał, choćby hipotetyczne, straty amerykańskiego koncernu medialnego w Europie. Koncernu sprzedającego przecież amerykańskie produkty medialne na całym obszarze Starego Kontynentu.

 

W obliczu kryzysu białoruskiego, za którym stoi Kreml i bardzo prawdopodobnej rosyjskiej agresji na Ukrainę, istnienie TVN w zamian za bezpieczeństwo Polski, a może i UE, to niezbyt wygórowana cena, nawet, jeżeli teraz brzmi to niedorzecznie. Czy stąd wzięła się propozycja nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji?

 

Wszyscy chyba znamy dowcip o biedaku narzekającym na małe mieszkanie, któremu doradzono, aby przyjął pod swój dach jeszcze kozę. Bo jakież to będzie jego szczęście i o ile większe wyda się pomieszczenie, jeśli po kilku miesiącach ów biedak sprzeda zwierzę.

 

To ma sens także w przypadku nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Sztucznie być może stworzono mechanizm wywołujący żółto-niebieski terror społeczny i naciski podobne do dawnych narzędzi tortur. Przesunięcie dźwigni powoduje wycie nieszczęśnika, który cieszy się sympatią części bardziej opozycyjnej gawiedzi. Ułaskawienie „skazanego” powoduje ukłon władcy wobec dużej liczby poddanych, ale też wzbudza szacunek sąsiadów, bo przecież „torturowany”, jest znany w różnych krajach i tam też ma swoje wpływy.

 

„Ułaskawienie” TVN przez prezydenta spowoduje wyrzucenie przysłowiowej kozy, czyli zakończenie sporu z Amerykanami o ich spółkę i o wielkie pieniądze. Do następnego kryzysu opozycja poczuje ulgę i zacznie głupio się chwalić, że zmusiła prezydenta Andrzeja Dudę do ustępstw. Relacje Polska – USA poprawią się, bo nawet mało przychylna obecnie rządzącym administracja prezydenta Joe Bidena wreszcie przestanie się zastanawiać, czy jest jeszcze w NATO i czy powinna wspierać Polskę, jako państwo graniczne sojuszu. A musi, bo i spore kręgi amerykańskich elit oraz ich akolici z UE oraz Wielkiej Brytanii żądają od Bidena radykalnych działań wobec Rosji i pomocy dla naszego kraju. Tym bardziej, że świat po pandemii będzie bardziej podatny na wybuch konfliktu zbrojnego, a przecież mistrzem w prokurowaniu fałszywych powodów wojen jest prezydent Rosji Władimir Putin.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tej historii, nikt przy „załatwieniu sprawy” TVN nie będzie się zastanawiał, co z kolejnymi zapisami nowelizacji medialnej. Na przykład tymi o trybie wyboru i kompetencjach KRRiT.

 

Politycznie to majstersztyk PiS i prezydenta. Opozycja już ekstatycznie krzyczy z radości, że Andrzej Duda znowu jest skłócony z Jarosławem Kaczyńskim.

 

A co to zmieni w polskich mediach? Zobaczymy. Oby tylko Amerykanie nie okazali się zbyt pazerni na pieniądze z polskiego rynku i nie zaczęli przejmować innych koncernów telewizyjnych. A są w Polsce takie media komercyjne, których właściciele chcieliby przejęcia przez firmę z USA, bo – ich zdaniem – mogliby wówczas bezkarnie kłamać i manipulować działając na korzyść opozycji. Nabijając przy okazji sobie portfele i – niestety – jak w przypadku TVN nabijając w butelkę Odbiorców.

 

HUBERT BEKRYCHT: W dobrym towarzystwie

Zwykle, kiedy jestem trybikiem jakiegoś środowiska tłumaczę sobie, dlaczego się w nim znalazłem i po co tam jestem. Z członkostwem w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich też tak jest. Od dwudziestu lat, od kiedy mam legitymację SDP, choć czasem nie jest łatwo, jestem przekonany, że znalazłem się po prostu w dobrym towarzystwie.

 

O takim środowisku jak nasze stowarzyszenie świadczą tradycje i przekonania, jakim hołduje największa w kraju organizacja dziennikarska. I dlatego właśnie tu jestem. Bo gdzie miałbym być, jako dziennikarz, który w 1989 roku miał 20 lat i – wtedy naiwnie myśląc, że to koniec PRL – z radością przyglądał się agonii sowieckiej dominacji?

 

W towarzystwie towarzyszy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, czyli ludzi nawiązujących do „etosu” żurnalistów oddanych bezgranicznie komunizmowi?

 

W towarzystwie, towarzyszącym towarzyszom, zeteselowców udających przedwojenne PSL? To oni utworzyli stowarzyszenie dziennikarskie imienia Władysława Reymonta, który zapewne przewraca się w grobie wiedząc, komu patronuje.

 

A może miałbym wstąpić do organizacji towarzyszy z Towarzystwa Dziennikarskiego, którego sporo członków kiedyś było w SDP? Towarzystwa, które powstało tylko po to, aby krytykować, kpić i oczerniać wszystkich i wszystko, co symbolizuje dziennikarstwo niepoprawne politycznie i przy okazji SDP. Towarzystwo, które jest karykaturą wszystkich stowarzyszeń zawodowych, a najbardziej stowarzyszeń dziennikarskich.

 

Do wszystkich tych trzech „towarzystw” nie mógłbym wstąpić, bo nie tak sobie wyobrażam grono ludzi godnych reprezentować mnie, jako dziennikarza. Może jestem zbyt radykalny, ale to oznacza, że pulsuje we mnie jeszcze młodość i czyste emocje. Po prostu uważam, że owe trzy towarzystwa nie są najlepszym towarzystwem dla mnie. Uważam tak, chociaż, być może, są tam jeszcze porządni ludzie.

 

Na szczęście nie jest wykluczone łączenie członkostwa SDP i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, zatem może kiedyś jeszcze wstąpię do tego drugiego stowarzyszenia.

 

Kiedy niedawno w SDP rozpoczęły się bitwy przedstawiane, jako wojna o władzę, kiedy publicznie wyszydzano nasze stowarzyszenie przypisując mu wyłącznie polityczne konotacje negując konserwatywne ideały, to właśnie wówczas, delegaci ostatniego zjazdu – w imieniu około 60, może 65 procent wszystkich członków SDP – postanowili nadal być, w moim mniemaniu, w dobrym towarzystwie. Czy taka większość miała rację?  Ja jestem przekonany, że tak, ale okaże się za trzy lata, przy końcu kadencji obecnych władz.

 

To nie żadna odwaga ani brawura napisać, że jest się w dobrym towarzystwie, bo, poza wymienionymi wyżej trzema wyjątkami, z powodu, których dziennikarze nie chcą się zrzeszać, w SDP są ludzie porządni, może tylko nieco zagubieni wobec dynamicznych zmian zawodowych. Chciałbym jednak, aby odwagą wykazali się ludzie niepodzielający pomysłów i poglądów obecnych władz stowarzyszenia. Chciałbym, aby ci ludzie – co nie jest regułą, ale w większości skupieni w warszawskim oddziale SDP – przestali bredzić o „korupcji”, „sprzedaży mienia SDP”, „zadłużaniu stowarzyszenia”, „praktykach niegodnych SDP”.

 

Chciałbym, aby „buntownicy” poczuli się współodpowiedzialni za SDP, a nie wpadali w sidła swoich marzeń o secesji, czy rozłamie. Chciałbym, aby postawili na dialog, a nie przeciągali linę, na której powiesili ambicje. Chciałbym, aby, pomimo różnic i opozycyjnych ciągot, poczuli się wreszcie w towarzystwie. W dobrym towarzystwie.

 

Hubert Bekrycht,

sekretarz generalny SDP