Zanim podniesie się alarm, należy wszystko sprawdzić, może to wcale nie pożar a tylko ćwiczenia... Fot. HB

HUBERT BEKRYCHT: Gratulacje dla Oddziału Warszawskiego SDP

Serdecznie gratuluję członkom, ale przede wszystkim jednak władzom Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich sukcesów w mijającym roku. Obwieszczenie tego radosnego faktu opisanego piórem prezesa OW SDP możemy przeczytać na autonomicznej stronie oddziału TUTAJ.

Jako sekretarz generalny SDP przede wszystkim gratuluję Wam, Koleżanki i Koledzy z oddziału warszawskiego, Prezesa, który ciężko pracuje, wszystkiego przypilnuje, ale też czasami… myli się, jak to zwykły człowiek. Właśnie tym, dezorientującym nasze środowisko pomyłkom szefa OW SDP w przywołanej publikacji pt. „Na dobrym kursie”, te kilka akapitów poświęcam.

Po roku działalności warszawskiego oddziału naszego stowarzyszenia należy podkreślić, że – bez ironii – Koleżanki i Koledzy, po ponad 2 latach izolacji covidowej, radzą sobie bardzo dobrze. Rozczaruję jednak niektórych liderów opinii z OW SDP, radzicie sobie bardzo dobrze, ale nie lepiej i nie gorzej w porównaniu z innymi oddziały terenowymi. Po prostu OW SDP jest najliczniejszy, ale nie zawsze musi to oznaczać, że jest najlepszy.

Wyciągając wnioski ze wspomnianego artykułu, na pewno prezes OW Zbigniew Rytel nie jest nieomylny. Wymieniając sukcesy swojego oddziału Zbyszek zauważył:

„Nasze biuro załatwia sprawy członkowskie i pomaga. Osobiście rekomenduję wnioski o pomoc finansową do Komisji Interwencyjnej. Z niepokojem przyjąłem wiadomość, że pula środków przeznaczonych na tę pomoc przez Zarząd Główny jest już na wyczerpaniu” – zaznaczył szef OW SDP.

To chwalebne, że prezes Rytel, jak każdy prezes oddziału, osobiście rekomenduje wnioski o pomoc finansową do KI, ale skąd „wiadomość”, że pieniądze przeznaczone na to przez ZG się kończą? Jak każdy dziennikarz, nawet a przede wszystkim w działalności publicznej, powinien pamiętać o podaniu źródła takiej informacji, bo nieprawdą jest, że „pula środków” (rozumiem, że chodzi o pieniądze) „jest już na wyczerpaniu”.

„Pula środków” dla Komisji Interwencyjnej, która rozdziela pomoc finansową w trzyletniej kadencję ZG (2021 – 2024) nie jest od razu oznaczona w podziale na poszczególne lata. Po prostu nikt nie ma pojęcia ilu osobom w tych latach trzeba pomóc finansowo. KI to samodzielny organ SDP wybierany przez Zjazd Delegatów i to właśnie KI określa wysokość wypłaty ze wsparciem i liczbę pozytywnie zaopiniowanych do wypłaty wniosków o zapomogi. Mam nadzieję, że wszyscy potrzebujący, którzy spełniają kryteria pomocy finansowej ją otrzymają. Oby takich Koleżanek i Kolegów było jak najmniej.

Druga sprawa, poruszona przez Kolegę Rytla w obwieszczeniu na stronie warszawskiego oddziału, to fatalna – głęboko wierzę, że nieświadoma – pomyłka prezesa OW SDP dotycząca Komisji Statutowej:

„Z pewnym zdziwieniem patrzę również na to, że w głębokiej tajemnicy, bez możliwości szerszej dyskusji przygotowywany jest nowy Statut naszej organizacji” – napisał Rytel.

To zdanie miałoby znamiona manipulacji i pomówienia, gdyby nie jego kuriozalna wymowa. Zbyszek chyba po prostu zapomniał, że w gronie OW SDP, są prominentni przedstawiciele władz centralnych, m.in. Sonia Kwaśny i Wanda Nadobnik zasiadające i w Zarządzie Głównym i w Komisji Statutowej. W KS jest też śląski działacz SDP Grzegorz Mika (Naczelny Sąd Koleżeński), który – jak mi powiedział – jako członek OW SDP (przeniósł się ze Śląskiego Oddziału SDP) został wyznaczony do KS przez prezesa oddziału warszawskiego.

Rozumiem, że Zbyszek, podobnie jak my wszyscy, dużo pracuje i czasem popełnia błędy, ale jako szef oddziału, powinien odpowiadać za swoje błędy i je sprostować.

Zbyszku, wystarczy tylko napisać: „pomyliłem się, przepraszam”.

Pozdrawiam wszystkich w SDP, a szczególnie członków z OW SDP!

 

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny SDP

HUBERT BEKRYCHT: AAA – Asnyka nie sprzedam, czyli niepodległość dziennikarska

W przededniu Święta Niepodległości 11 listopada polskie media puchną od porad, jak ów dzień obchodzić, jak trwać w zadumie, kogo wówczas wspominać, kogo nie i – najważniejsze – co robić, aby niepodległość to nie był drętwy monolog Stasia Tarkowskiego z „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. A, czy my, dziennikarze wiemy co to jest niepodległe dziennikarstwo?

Aby dokonać krótkiej wykładni tego pojęcia posłużę się wierszem „Daremne żale” Adama Asnyka. Utwór napisany 150 lat temu powinien być znany większości Polaków, bo powinien być analizowany w szkołach. Powinien…

 

Daremne żale – próżny trud,

Bezsilne złorzeczenia!

Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia.

 

Dziennikarze współcześni, nawet w przededniu Święta Niepodległości, przeraźliwie nie zdają sobie sprawy z tego, że przywoływanie przeszłości, historii, także tej niedawnej, powinno mieć sens i być osadzone w kontekście teraźniejszym.

Przypominanie dziejów nie musi być oczywiście tylko przyjemne, ale nie może być tylko połajanką dla dzieci. Historia ma uczyć, nie może powodować torsji. Nieważne czy ze strachu, czy ze śmiechu…

 

  Świat wam nie odda, idąc wstecz,

Znikomych mar szeregu –

Nie zdoła ogień ani miecz

Powstrzymać myśli w biegu.

 

W pogoni za tzw. klikalnością dziennikarze ukrywają skwapliwie fakt, że świadomie wypaczają sens słów Asnyka. „Ogień i miecz” nie mogą wyłączać myślenia, ale przecież nikt nie każe mediom odrzucić radykalne metody przekazu, które dotrą do odbiorców.

Urodzony w Kaliszu twórca był także doktorem filozofii, ale nie przewidział, że dzisiejsi kronikarze rzeczywistości będą dążyć do hamowania nowych trendów, aby móc spłacać kredyt. I wykonywać polityczne zlecenia…

 

Trzeba z żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe…

A nie w uwiędłych laurów liść

Z uporem stroić głowę.

Z tymi żywymi to – radzę – ostrożnie. Dziennikarz czasem powinien popatrzeć na narodową graciarnię nie wyrzucając starych, ale przydatnych jeszcze sprzętów. I co, jeśli laur jeszcze nie wysechł?

 

Wy nie cofniecie życia fal!

Nic skargi nie pomogą –

Bezsilne gniewy, próżny żal!

Świat pójdzie swoją drogą.

 

Nic nie odwróci koła historii? Technika idzie jednak do przodu i ktoś może wynaleźć, specjalnie dla dziennikarzy, maszynę, która powodować będzie symboliczny powrót pasty do tuby. Media poszły swoją drogą, ale świat może mieć lepszą ścieżkę.

I weźmy pod uwagę, że pod utworem Adama Asnyka widnieje data 1 kwietnia. Co prawda 1877 roku, ale czy prorok nie może zażartować?

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Rasista Radek w Polsce nie mieszka…

Nie będę przypominał już nazwiska owego rasisty, bo jeszcze – i słusznie – obrażą się potomkowie legendarnego polskiego premiera. Taki, statystyczny, rasistowski Radek, pomimo zameldowania, dawno już w Polsce nie mieszka. Rasista Radek jest bowiem zewsząd.  I jest symbolem obciachu nie tylko wśród młodzieży.

Kolonialna zachęta do zesłania do Afryki jednego z dziennikarzy jest oczywiście kolejnym rozdziałem do tomu o mowie nienawiści i ma na celu zastraszenie innych przedstawicieli mediów, ale przy okazji ten wpis jest głupi, co rzuca więcej światła na głupotę rasisty Radka.

Dziennikarza Samuela Pereiry nie da się zastraszyć, ale rasista Radek może o tym zapomniał. Albo… nie pamiętał… Na idiotyczny wpis jakiegoś innego rasisty, o tym, żeby Pereirę zesłać „na Madagaskar”, statystyczny rasista Radek zareagował: „Do Mozambiku” – podpowiadał. „Była portugalska kolonia” – zauważył błyskotliwie były szef MSZ.

Boki zrywać. Nie dość, że rasista Radek wpisał się w antysemicki ton postu, to jeszcze próbował „ośmieszyć”, „zastraszyć” (?) Pereirę, który rzeczywiście ma portugalskie korzenie. Z tym, że Mozambik, co w tym przypadku nie ma znaczenia, przestał być zależny od Lizbony trzynaście lat przed przyjściem na świat dziennikarza TVP Info. Czyli, rasista Radek ma jeszcze luki w wiedzy geopolitycznej.

I tak oto z „obywatela świata” został rasista Radosław tylko panem w garniturze, który nerwowo zaciąga się papierosem w towarzystwie szefa sowieckiej dyplomacji Ławrowa.

Ten obraz proszę zapamiętać. Nic innego nie warto, bo rasista Radek odchodzi z życia publicznego. Przynajmniej z mojego. A powinien bezpowrotnie zniknąć też z życia innych dziennikarzy.

Grafika: kalendarz Microsoft/ re/ h

Terminy wyroków ws. zabójstwa Ziętary to skandal – pisze HUBERT BEKRYCHT: Sąd kalendarzowy

Nie zamierzam podporządkować się tzw. zasadzie, że nie komentuje się wyroków sądów. Nie zgadzam się z tym. Nadto uważam, że ważne są terminy publikacji wyroków. Skandaliczne są daty ogłaszania rozstrzygnięć w niewyjaśnionej od 30 lat sprawie zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.

Poprzedni wyrok w procesach dotyczących śmierci poznańskiego dziennikarza ogłoszono 24 lutego 2022 roku w dniu napaści Rosji na Ukrainę. Wtedy uniewinniono byłego senatora Aleksandra Gawronika. Teraz 19 października uniewinnia się ochroniarzy Elektromisu ws. uprowadzenia i pomocnictwa w zabójstwie Jarosława Ziętary, akurat w rocznicę zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki i zabójstwa Marka Rosiaka w łódzkim biurze PiS.

Co taki sędzia sobie myśli, że ludzie nie skojarzą, iż daty ogłoszenia wyroku ws. Ziętary z dniem obchodów ważnych rocznic śmierci: kapłana Solidarności zabitego przez funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki i mordu politycznego popełnionego na pracowniku biura PiS przez byłego aktywistę PO? Polacy nie są głupi. Wydający wyrok też nie są głupi, wiedzą, że nie ukryją, nie wyciszą środowego wyroku uniewinniającego na ochroniarzy w sprawie Ziętary. Po co zatem to robią?

Czy nie w tym samym celu, co „nieznani sprawcy”, którzy zabili 22 lipca 1989 roku Anielę Piesiewicz matkę mecenasa Krzysztofa Piesiewicza, oskarżyciela posiłkowego w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszko? Anielę Piesiewicz związano tak samo, jak przed śmiercią funkcjonariusze SB skrępowali duszpasterza Solidarności…

Sprawy dziennikarza z Poznania nie zakończy środowy werdykt sądu. Nikogo już nie przestraszą daty, w których są publikowane wyroki w sprawie Ziętary. Nawet jeżeli następne będą wydawane 23 sierpnia czy 17 września.

O wyroku z 19 października 2022 roku czytaj też:

https://sdp.pl/ochroniarze-z-elektromisu-zostali-uniewinnieni-ws-uprowadzenia-i-pomocnictwa-w-zabojstwie-dziennikarza-jaroslawa-zietary/

 

Fot. HB

HUBERT BEKRYCHT: Sojowy schabowy, czyli dziennikarstwo w sieci. Manipulacji i kłamstw

Od lat czytam dzieła Koleżanek i Kolegów, na co dzień dziennikarzy tzw. szanowanych redakcji, którzy popisują się w sieci, szczególnie w portalach społecznościowych. Popisują się swoją „odwagą”, „niezależnością”, „bezkompromisowością”. Zwykle jest to pean wychwalający zjawiska związane z tzw. poprawnością polityczną i krytykujący „patopatriotyzm” oraz wyimaginowane pojęcia, takie jak „nacjonalizm” i „faszyzm”.

Z reguły to, że żurnaliści owi piszą w „społecznościach” jest na rękę niektórym redakcjom, chociaż wielu szefów dziennikarskiego przepada za tym internetowym schabowym z soi i nawet nie ukrywa, że popiera „niezależność” swojego pracownika poza redakcją. Pod warunkiem, że tak samo uważa mityczna redakcja, w rzeczywistości właściciele i sponsorzy.

Zwykle dziennikarz na Twitterze, Facebooku, Instagramie lub innym Tik Toku pisze niezbyt wiele artykułów w tygodniu a nawet w miesiącu, może jeszcze nagrywa kilka amatorskich filmików zwanych blogami wideo albo felietonami. Reszta to ich kompilacje w sieci i odpowiedzi na komentarze. Zwykle odpowiedzi znamionujące „wybitną wiedzę” i nie znoszące sprzeciwu, czyli krytyki. To nawet tysiące wpisów. Pewne i pewni siebie nowi medialni manipulatorzy sycą się swą pozycją w Internecie. Zwykle innej nie mają. Zanim za kilka lat napiszą książkę na przykład pod tytułem: „Wywiad rzeka z księdzem, który porzucił stan kapłański zanim stał się duchownym, bo uznał, że kler to zło” muszą troszkę popracować przy pisaniu swojego własnego życiorysu wybitnego dziennikarza. Pojawia się zatem pytanie, czy praca w mediach usprawiedliwia bycie bucem? Wiele osób tak uważa.

Powszechne są przypadki kierowników jeziora (przydomek nadany kiedyś nawet zdolnemu kiedyś publicyście nazywającemu siebie uparcie „prawicowym” lub „konserwatywnym”), dziennikarek wytatuowanych jak modelka prezentująca flamastry albo ludzi szerzej nie znanych a piszących tylko pochwały opozycji. No cóż, to nie grzech. Każdy tak może, jest demokracja.

Co jednak, jeśli tacy „dziennikarze” wzmacniając przekaz na przykład negatywną narrację wymierzoną w rząd piszą po prostu pierdoły? To też jeszcze nie grzech. Problem zaczyna się, kiedy – a to niestety coraz częstsze – tacy medialni celebryci manipulują lub nawet otwarcie kłamią Co wtedy? No właśnie, nic…

Tak jest niestety wszędzie na świecie, nie tylko u nas. Pandemia stała się poniekąd matką dziennikarskiego samogwałtu. Chodzi o fakty, które tylko dla podającego je medium mają wartość i ukryty przekaz, prawie zawsze negatywny dla krytykowanego zjawiska społeczno-politycznego oraz kojarzonych z nim ludzi. Potem dla takiej fabryki dezinformacji sprawa jest prosta, potrzebne są tylko jeszcze cytaty w podobnych mediach i wówczas wiadomość z sieci przedostaje się do poważnych ogólnokrajowych mediów. To znaczy nie wiadomość a fake news, czyli bzdura, fałsz, manipulacja, świństwo.

Czyli, jest „news”, jest dobrze. Kasa się zgadza, ale to nie dziennikarstwo tylko histeryczne ujadanie hien (wybaczcie kochani przedstawiciele tego gatunku). To nie żadna informacja, a pulpa dziennikarska, tytułowy medialny sojowy schabowy.  A przecież, nawet wegetarianie i weganie nie publikują na swoich portalach przepisów na potrawy z mięsa.

 

Jan Matejko - Rejtan (fragment obrazu), 1866

HUBERT BEKRYCHT: Precz z dziennikarstwem obiektywnym!

Nie, nie zwariowałem. Przynajmniej nie czuję się wariatem, a to – jak wiadomo w naszej kulturze – stanowi wyrok, że jednak nierówno jest pod moim sufitem. Trudno, wolę jednak teraz uchodzić za wariata niż po kilku latach być wyrzucony z bezpiecznego szpitala psychiatrycznego, bo masowo będą tam trafiać walnięci dziennikarze, którzy obecnie są uważani za ostoję normalności i poprawności. Politycznej.

Nie ma czegoś takiego, jak dziennikarski obiektywizm. Szczególnie gdy trwa wojna. A inwazja moskiewskiej hordy na Ukrainę jest więcej niż wojną. To starcie cywilizacyjne. Skoro trwa wojna, to pięknoduchy, którzy „za wszelką cenę chcą pokoju na świecie” powinny przestać się mazać i przestać marudzić, że „dziennikarze” trzymają stronę Ukrainy. Tak, w tym sensie jestem stronniczy, czyli – jak głosi biblia polityczne poprawnych dziennikarzy – nie jestem obiektywny. Trzymam stronę Ukraińców i nie obchodzą mnie „zwykli Rosjanie”, nawet jeśli to wrażliwi poeci albo baletnice, którym kazano włożyć rosyjskie mundury…

A pal sześć obiektywizm. Muszę być tylko rzetelny. A będąc rzetelny nie mogę przecież kłamać pisząc Odbiorcom, że „będzie dobrze”, kiedy nie będzie się drażnić Rosji. Bo Rosja, nawet jeśli w niektórych latach niegroźna, zawsze się odrodzi pod postacią azjatyckiej bestii.

Już słyszę ujadanie dystyngowanej sfory dziennikarskich psów gończych poprawnie politycznej opozycji z Polski. Nie ma jednak innego wyjścia, uczciwy dziennikarz musi być po stronie Ukrainy, bo jej bohaterowie, także za nasze pieniądze, bronią Europy. Kontynentu, który – też za nasze pieniądze – postanowił popełnić samobójstwo za pomocą rozerwania wiązadeł jamy ustnej, bo do tego prowadzi nieustanne gadanie o „dobrych Rosjanach”.

Znam sporo Rosjan, szczególnie dziennikarzy. Żaden z nich nie przeprosił za to, co jego rodacy robią na Ukrainie, bo to przecież „nie Rosjanie, tylko rosyjskie władze” robią te okropne rzeczy – mordują, gwałcą, kłamią, rabują… Znani mi żurnaliści z Rosji opowiadają głodne kawałki, jak to współczują Ukraińcom, ale sami w swoich rosyjskich redakcjach przy pomocy swoich rosyjskich mózgów, wykonują tylko swoje rosyjskie obowiązki. A w ogóle pracują w redakcjach muzycznych, sportowych, śniadaniowych lub grają w redakcyjnych orkiestrach…

Niestety, w amoku politycznej ugodowości są też międzynarodowe organizacje dziennikarskie. Członkowie ich władz ciągle myślą jak moja prababcia w 1939 roku, że wojna pójdzie bokiem.

W związku z tym oświadczam: nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę neutralny, czyli „obiektywny”,  wobec inwazji moskiewskiej na Ukrainę. Nie zamierzam być obiektywny, bo obiektywizm dziennikarski to utopia gorsza niż komunizm. W dziennikarstwie jest tylko zwyczajna ludzka przyzwoitość, którą podobni mi pismacy nazywają po prostu rzetelnością.

Jeśli trzeba będzie ratować Ukrainę, Polskę, Europę na wojnie i w wojnie z propagandą Kremla nie zawaham się użyć adekwatnych środków. Przeciw Rosjanom jestem w stanie walczyć z bronią w ręku. Gdyby jednak dowódcy NATO uznali to za niebezpieczne, mogę jako dziennikarz, kłamać, manipulować, mataczyć. Byle przeciw Rosji! Byle przeciwko zidiociałym od poprawności politycznej urzędnikom nazywających siebie dziennikarzami, którzy chcą ratować tyłki układając się z promoskiewskimi ośrodkami władzy w różnych krajach Europy i świata.

 

Chrystus przed Piłatem (fragment obrazu), Jacopo Tintoretto, 1565, Scuola Grande di San Rocco, Wenecja

HUBERT BEKRYCHT: Nie bądźmy Piłatami dla Ukrainy

Tytuł napisałem z rozmysłem po ponad półrocznej barbarzyńskiej, rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Pomagamy stawiającym opór bohaterom. Cały świat pomaga walczącym Ukraińcom. Jeszcze… Dlaczego kreślę tak czarny scenariusz? Bo Europa boi się Rosji. Pod różnymi postaciami. Niemcy boją się przeziębienia z powodu braku ciepła tej zimy; Francuzi boją się głodu, bo, z braku paliwa, nie będzie czym dowieźć bagietek i sera; Włosi i Hiszpanie boją się braku prądu, bo przecież całą zimę są transmisje meczów piłki kopanej.

A czego boją się Polacy? Niektórzy, nawet po 24 lutego tego roku, nie boją się niczego. Tacy mieszkańcy Polski, mając ułańską fantazję, są w pozytywnym tego określenia znaczeniu narodowo obłąkani, ale na pewno chcą bić Moskala. To dobrze. Są narwani. To źle, ale na pewno są obywatelami Polski i Europy a w dużym stopniu także i Ukrainy.

Tacy ludzie nie myślą w tzw. pragmatyczny sposób. Tłumaczę: tacy ludzie są odważni. Co będzie, jak zwycięży Putin? Otóż, nie zwycięży! Tym większy będzie wstyd dla obywateli krajów, którzy ciągle trzęsą się na myśl o tym, że im Kreml zakręci kurek z gazem i podniesie (jeszcze?) ceny paliw. Tacy „bojowi” (bo się boją) ludzie nie są pragmatycznymi filozofami. Tłumaczę: tacy ludzie to tchórze. Piłaci dla Ukrainy. A takich jest sporo wśród kilkuset milionów społeczności tzw. Zjednoczonej Europy.

Kochani Rodacy, cóż nam jeszcze może się złego przydarzyć? Po kleszczach zaborów, po sprzedaniu nas Sowietom przez naszych aliantów w końcówce II wojnie światowej, po latach okupacji rosyjskiej, niemieckiej, austriackiej i znowu niemieckiej oraz ponownie rosyjskiej, po dekadach indoktrynowania nas przez sowieckich agentów i oszalałych zwolenników superpaństwa podległego gospodarczo Moskwie? Co jeszcze musi się zdarzyć, aby postępować godnie?

Mój kolega zawsze w ciężkich chwilach opowiada taką anegdotę:

Sklep z alkoholem. Noc. Zaduch. Nerwowość. Niektórym tak chce się pić, że zamordowaliby stojących w małej kolejce przed nimi. Jeden ze szczęśliwców pochwycił butelkę z marzeniami i już odkręca… Nagle potrąciła go niezgrabie wchodząca kobieta. Słychać dźwięk tłuczonego szkła i charakterystyczny zapach. Mężczyzna klnie, lamentuje, złorzeczy na wszystko i wszystkich. Kobieta zapewnia, że mu odda pieniądze i zaraz klient kupi sobie kolejne marzenia. Przekonuje: „Proszę nie przesadzać, przecież zawsze mogło się panu przytrafić coś gorszego”. Zapłakany pechowiec pyta: „Co gorszego, no co gorszego?!”

Kurtyna.

Zapewniam, że nie czeka nas o wiele gorszy los narodowy niż w przeszłości i – hipotetycznie – w przyszłości. Trzeba mieć po prostu godność, bo wówczas zyskamy szacunek. Nie tylko sąsiadów zza wschodniej granicy. Nie bądźmy zatem Piłatami dla Ukrainy. Nie umywajmy rąk wobec morderstw, gwałtów i rabunków, których dopuszczają się na Ukrainie rosyjskie hordy. Miejmy godność. Nawet wówczas, kiedy się boimy.

Nie bierzmy przykładu z zachodu, bo – w większości – to tylko podróbka Zachodu. Nawet nie chińska, bo obywatel Państwa Środka ma taką mentalność, że nie będzie popierał długo, tych którzy zdradzają swoich sąsiadów. I sojuszników.

 

 

 

Zachodem słońca zawsze można zilustrować tekst, na którego ilustrację nie mamy pomysłu Fot. HB

O tym, co dręczy dziennikarza na wakacjach pisze HUBERT BEKRYCHT: Demokracja szkodzi mediom

Najpopularniejszy, najlepszy, ale też i najbardziej zdegenerowany system rządzenia światem, czyli demokracja ma najgorszy wpływ na media. Wszędzie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii jak w i Japonii, Australii i w Mongolii. Z tym, że z tą mongolską demokracją to jest problem. No, ale w końcu z każdą demokracją bywają problemy. Z mediami w demokracji, niestety, stało się to, co musiało się stać – zanikają tradycyjne a pojawiają się media, które społeczne są tylko z nazwy.

Demokracja daje, teoretycznie, ogromne prawa mediom. Dziennikarz jest osobą uprzywilejowaną, niemal na granicy władzy. Reporterzy, bywa, obalają rządy, prezydentów, ale najczęściej zmieniają swoich szefów. Bo kto będzie lubił prezesa gazety, która podała, że jakiś minister ma kochankę albo wydał kilka tysięcy w miejscowej walucie na odzież damską płacąc służbową kartą?

W związku z tym prasa, radio, telewizja, a nade wszystko internetowe potwory nazywające siebie portalami, zaczynają przekraczać granice demokracji zadeptując jej ślady prawne. Na całym świecie znane jest zjawisko tzw. dziennikarskiego przesunięcia, które polega na stawianiu się pracownika redakcji ponad obowiązującymi przepisami wszystkich kodeksów. Władze, nie chcąc mieć kłopotów, początkowo to ignorują a potem… A potem jest już za późno. Kolejne szczeble administracji są pożerane przez żarłoczne media.

Teraz naprawdę gra się „dziennikarskimi śledztwami”. Choć bardzo podziwiam Koleżanki i Kolegów zajmujących się tzw. dziennikarstwem śledczym i doceniam, że często ich praca przynosi efekty, to zawsze będę powtarzał: nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty!

Czy nie możemy powrócić do zwykłego dziennikarstwa, tak aby żaden polityk nie podrzucał redakcjom kompromitujących materiałów na innych polityków? A może sama demokracja musi się zreformować, bo za kilka lat nie będzie istniała? Będą tylko redakcje i ich wojny. Politycy będą pisali artykuły a dziennikarze staną się politykami. Zresztą takie przykłady już obserwujemy. I to nie tylko w Mongolii.

Międzynarodowe Lotnisko we Frankfurcie nad Menem. Oferta sklepu z pamiątkami z Niemiec; 16.06.2022 r.

O zna(cz)ku czasu pisze HUBERT BEKRYCHT: Niemcy to Rosja, tylko trochę inna

Na jednym z największych lotnisk Europy – we Frankfurcie nad Menem, w czwartym miesiącu rosyjskiej, terrorystycznej napaści na Ukrainę, natknąłem się w tamtejszym sklepiku na „pamiątkę z Niemiec” – znaczek ze złączonymi ze sobą przyjaźnie flagami tychże właśnie Niemiec i Rosji… 16 czerwca zamieściłem zdjęcia z uroczego lotniskowego sklepiku na swoim profilu na FB myśląc, że może kogoś nad Renem zawstydzę, ale – jak przekazują podróżnnicy – tego typu znaczki nadal można kupić w wielu niemieckich miastach. Czekam na zdjęcia innych „pamiątek”, także tych nawiązujących do histrorii sprzed kilkudziesięciu lat. Oczywiście tylko tych dostępnych w legalnej sprzedaży. Mam oczywiście nadzieję, że takich nie ma.  Te znaczki z Frankfurtu to jednak fakt. Nie tylko handlowy.

Gdyby to było dawno temu, napisałbym, że ktoś w Niemczech zwariował. Gdyby nie brutalna, moskiewska agresja na Ukrainę, uznałbym, że we Frankfurcie nad Menem zapomniano już, jakie to po kapitulacji Berlina w 1945 roku, były odruchy szczególnej rosyjsko-niemieckiej przyjaźni.  Oczywiście wtedy byli Sowieci, a dziś są Rosjanie, ale to przecież Rosjanie uważają się za spadkobierców Armii Czerwonej. A tę akurat formację, od niemieckich, pustoszących Europę hord ze swastyką i trupią czaszką, odróżniała jedynie czerwona gwiazda na mundurach.

Jeszcze trzy dekady temu naiwnie myślałem, że Niemcy sławiący swoją przeszłość z II wojny światowej i Rosjanie wychwalający sowiecką historię krwawych komunistycznych podbojów to już przeszłość zamknięta w krypcie przez demokrację.

Demokracja, przynajmniej w rozumieniu doktryny politycznej, jest w m.in. Berlinie, Monachium, Hamburgu, Lipsku i Frankfurcie nad Menem. W Moskwie nigdy nikt się demokracją nie przejmował, chociaż wielu przywódców zachodnich państw potwierdzało jeszcze nie tak dawno, że Rosja jest państwem „demokratycznym”. Może teraz, kiedy żołdacy Putina mordują bezbronną ukraińską ludność cywilną, to się zmienia, ale chyba zbyt wolno. A chyba bardzo wolno to idzie w Niemczech, gdzie wciąż – w ramach wolnego rynku – można kupić „pamiątki” miejscowej przyjaźni ze zbrodniczą Rosją pustoszącą Ukrainę.

Moje pytanie, czy, oprócz splecionej z rosyjską, czarno-czerwono- żółtej flagi, we frankfurckim sklepiku lotniskowym z „pamiątkami z Niemiec” mogę kupić „pamiątki” czasów III Rzeszy, pozostało bez odpowiedzi. Właściciel pamiątkarskiego biznesu wówczas zaniemówił, ale kuriozalne znaczki ponoć nadal w Niemczech można kupić. Czyli, handel kwitnie.

Czy tylko w sklepiku na lotnisku we Frankfurcie nad Menem, gdzie, pomimo sankcji wobec Moskwy, relacje niemiecko-rosyjskie są nadal takie przyjazne?

 

 

Zebranie Ogólne Delegatów EFJ - Izmir 14 zerwca 2022 roku Fot.: HB

O niektórych uchwałach kongresu EFJ pisze HUBERT BEKRYCHT: Zmartwienia i beztroska

Po Zebraniu Ogólnym Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), które odbyło się w połowie czerwca 2022 roku w Izmirze pozostały nie tylko gorące wspomnienia o temperaturze 35 stopni Celsjusza, przy sporej wilgotności. W Turcji wybrano nowe władze EFJ, przyjęto kilkanaście uchwał. Niestety, moim zdaniem, większość delegatów nie zdaje sobie sprawy z powagi międzynarodowego kryzysu i sytuacji dziennikarzy po rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz w stosującej represje wobec reporterów Turcji. Na kongresie EFJ, zamiast w całości poświęcić obrady tym właśnie problemom, rozmawiano też o wielu tematach zastępczych zniekształcających obecny obraz naszej profesji.

Wobec kryzysu społeczno-ekonomicznego spowodowanego najpierw pandemią a teraz brutalną rosyjską agresją na Ukrainę oczekiwano, że, główny akcent kongresu położony zostanie na sytuację m.in. dziennikarzy w napadniętym przez Moskwę kraju i przypadki łamania wolności słowa nad Bosforem poprzez represjonowanie przedstawicieli tureckich mediów. Nic z tego. Owszem, te problemy także omawiano, ale w kontekście wyborów nowych władz EFJ, nie poświęcono im – moim zdaniem – tyle uwagi, ile należało. Oprócz piszącego te słowa reprezentanta jednej z trzech, za to największej, organizacji dziennikarskiej w Polsce, czyli SDP, potwierdzili to zresztą dziennikarze z Ukrainy, Litwy i kilku innych krajów środkowo-wschodniej części Europy oraz sporo reprezentantów Turcji.

                                                                    Inwazja

Zresztą podczas zjazdu na stronie internetowej EFJ próżno było szukać wzmianek o Ukrainie, zresztą, poza informacją o wyborze Chorwatki Mai Sever na nową szefową Europejskiej Federacji Dziennikarskiej, w ogóle niewiele było o zjeździe w Izmirze. Dwa dni po jego zakończeniu w oficjalnym medium EFJ w sieci ukazały się wieści o więzionych w Turcji dziennikarzach, o czym też rozmawialiśmy podczas kongresu. Nie ma na stronie EFJ jakiegokolwiek symbolu solidarności z Ukrainą – akcent kolorystyczny, flaga…

A jakie podczas zjazdu wybrano sposoby natychmiastowego przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie wykrzywiającej obraz wojny obronnej, którą prowadzi odpierająca moskiewską inwazję Ukraina? Nie było ich wiele. Omawiany był projekt uchwały – rezolucji autorstwa Narodowej Unii Dziennikarzy Ukrainy NUJU „O odpowiedzialności rosyjskich dziennikarzy za podżeganie do wojny”. Projekt poparł także delegat drugiej organizacji ukraińskiej Niezależnego Związku Zawodowego Mediów Ukrainy IMTUU oraz reprezentanci Litwy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i kilku innych delegatów, głównie z centralnej i wschodniej Europy.

Przypomnieć należy, że ogólnie sytuację w EFJ porównać można do Unii Europejskiej, w której prym wiodą kraje bogate: Niemcy, Francja, Włochy, państwa skandynawskie, a reprezentanci wschodniej i centralnej części kontynentu są nieustannie pouczani, co do tego, jaka powinna być solidarność między członkami Wspólnoty z dwunastoma gwiazdami na fladze.

Kilka poprawek zasadniczo zmieniających, a według niektórych delegatów nawet łagodzących treść rezolucji ukraińskiej, zgłosili brytyjscy dziennikarze z Narodowej Unii Dziennikarzy (National Union of Journalists – NUJ). Korekty Wyspiarzy, choć nie są oni już w UE, poparły delegacje dziennikarskie z krajów tzw. Starej Europy, m.in. Niemiec, Francji i Belgii oraz niektórych państw skandynawskich. Polityczna poprawność znowu wyszła z cienia i świetnie rozwijała się zasilana przez tureckie upały 13 i 14 czerwca 2022 roku.

                                                                           Poprawki

Po co poprawki? Wydawało się, że chciano nieco „uspokoić atmosferę” po tym, jak – zdaniem reprezentantów sporej części południa kontynentu – „napiętnowano wszystkich dziennikarzy rosyjskich” – taką tezę wygłaszali potem w kuluarach zjazdu już nie tylko Włosi, Hiszpanie i przedstawiciele krajów bałkańskich.

Pierwsza brytyjska poprawka stanowiła, że „Zgromadzenie Ogólne potępia niesprowokowaną rosyjską inwazję na Ukrainę”. Przyznać należy, że ktoś tu był bardzo ostrożny wobec ewidentnych zbrodni na cywilach, których dopuścili się mordercy w mundurach rosyjskich.

Druga poprawka firmowana przez brytyjski NUJ: „Po słowach ‘niszczycielska propaganda, dezinformacja i podżeganie do nienawiści wobec Ukraińców’, usuwa się następującą po tym część zdania – ‘która przygotowywała do zakrojonej na szeroką skalę inwazji rosyjskiej wraz z nagromadzeniem czołgów i pocisków’ – i zastępuje się to: ‘były częścią strategii Putina, wraz z rozmieszczeniem czołgów, rakiet, samolotów i jednostek wojskowych w pobliżu granicy z Ukrainą’”. Zatem, poprawka ta ma – wg. bogatej Europy „wyjaśnić”, że „strategia Putina” to nie to samo, co „rosyjska inwazja”. Chodziło chyba o to, aby tak często nie pisać „rosyjska”, rosyjski”, kiedy można napisać „putinowski”, putinowska”. Paranoja? Tak, ale to trwa od lat, bo Europa potrzebuje rosyjskiego gazu. I boi się bardziej Rosjan niż Putina.

W przerwie, przy wybornej tureckiej kawie, brytyjscy delegaci i ich akolici z innych krajów tłumaczyli brzmienie poprawki tym, że „nie wszystko, co rosyjskie jest putinowskie”. Była to próba relatywizowania i dowodzenia, że są „dobrzy i źli” Rosjanie, a ponieważ proponujące poprawki brytyjskie stowarzyszenie dziennikarzy nie jest tak konserwatywne jak realnie wspierający Ukrainę rząd Borisa Johnsona, można mieć w przypadku niektórych dziennikarzy – delegatów z NJU do czynienia z syndromem ostrożności nazywanym w naszej części Europy syndromem „pożytecznych idiotów”.

Poprawka trzecia: „usunąć wszystkie pozostałe punkty rezolucji (autorstwa Ukraińców – red.) i zastąpić je następującymi zdaniami…”. Wymienię tylko trzy z poprawek rezolucji proponowanej przez dziennikarzy brytyjskich, przy wsparciu, pozostałych delegacji tzw. Starej Europy, zamiast oryginalnego tekstu Ukraińskiego, w którym piętnowano po prostu wszystkich Rosjan, także dziennikarzy, którzy nie sprzeciwiają się barbarzyńskiej agresji Moskwy na Ukrainę.

Oto „złoty środek” w rezolucji stygmatyzującej Rosjan – najeźdźców i ich propagandystów – zdaniem delegatów zasobnych i stabilnych, na razie, państw m.in. członków UE oraz Wielkiej Brytanii:

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjskie media, w większości, odegrały rolę wspierającą inwazję Putina (…)”.

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjscy dziennikarze zostali poddani silnej presji, aby opublikowali materiały wspierające wojnę, pod groźbą kary więzienia (…).”

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że odnotowuje odważne decyzje ze strony niewielkiej liczby rosyjskich dziennikarzy, którzy – pomimo poważnego ryzyka dla nich samych – publikowali wiadomości rzetelniej odzwierciedlające sytuację, a wielu rosyjskich dziennikarzy wybrało emigrację (wygnanie) zamiast współudziału”.

Ukraińcy wnioskodawcy, z poparciem delegatów Litwy i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz kilku reprezentantów innych krajów, nie zgodzili się na takie – kolejne już – relatywizowanie i „wybielanie” rosyjskich dziennikarzy. Oj, znowu ci dobrzy Rosjanie. Tacy jak „redaktor” Owsjannikowa, która wspólnie z Putinem zakpiła sobie z opinii publicznej na całym świecie i jest teraz niemiecką reporterką swobodnie nadającą korespondencje z Moskwy.

Po kilku godzinach „perswazji” ze strony władz EFJ i mających większość delegatów na zjazd krajów starej UE, przedstawiciele ukraińskich stowarzyszeń i związków przystali na kompromis, któremu bliżej było do pierwowzoru projektu autorstwa NUJU i bez nieco naiwnych poprawek proponowanych przez zwolenników „ostrożnych posunięć” wobec rosyjskich dziennikarzy, którzy „nie wsparli oficjalnie agresji Moskwy i rosyjskich zbrodni wojennych na Ukrainie”. Choć na poziomie semantycznym pozostała forma radykalna, to niuanse kompromisu stworzyły furtkę do przyjęcia równie ważnej dla ukraińskich dziennikarzy i dziennikarzy w każdym demokratycznym państwie, uchwały EFJ o ratowaniu mediów w wyniszczonym rosyjskim atakiem kraju.

                                               Wsparcie dla dziennikarzy z Ukrainy

A w najważniejszym fragmencie rezolucji EFJ skierowanej m.in. do KE i PE czytamy, że EFJ popiera działania mające „zatwierdzić program wspierania niezależnych mediów ukraińskich i ustanowić Fundusz Wsparcia Mediów; zrealizować w Europie specjalne programy wsparcia ekonomicznego dla ukraińskich dziennikarzy i mediów w celu ratowania niezależnych mediów ukraińskich” – przewiduje rezolucja przyjęta przez Europejską Federację Dziennikarzy 14 czerwca 2022 roku w Izmirze.

Niestety, sprawy dziennikarzy na zniszczonej wojną Ukrainie i represje wobec tureckich mediów skutecznie schodziły na drugi plan, bo dyskutowano długo, o przyjętych potem, uchwałach dotyczących równości płci i środowisk LGBT, które z radością poparła większość delegatów. To prawo demokracji, ale, na Boga, świat jest na krawędzi III wojny światowej i – najczęściej rzekoma – dyskryminacja środowisk homoseksualnych nie jest tak istotna, jak to, że wkrótce rozlewająca się rosyjska fala totalitaryzmu może wyeliminować jakiekolwiek prawa osób LGBT. Bo napadnięte państwa przestaną być suwerenne i demokratyczne, toteż nie będzie żadnych praw dla mniejszości seksualnych. Tego większość delegatów nie rozumiała lub nie chciała rozumieć.

Obserwowałem zainteresowanie takimi tematami zastępczymi jedynego, spoza SDP (2,8 tys. członków wg. danych EFJ), delegata z Polski – Krzysztofa Bobińskiego z Towarzystwa Dziennikarskiego (100 członków – EFJ) powstałego na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku. Bobiński reprezentował także Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będące spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów federacji liczy 350 osób. Sam zaś redaktor Bobiński był niedawno jeszcze prominentnym działaczem SDP, ale 8 lat temu po przegranych z Krzysztofem Skowrońskim wyborach na stanowisko prezesa stowarzyszenia, odszedł obrażony. Potem współtworzył Towarzystwo Dziennikarskie, którego głównym celem wydaje się być zwalczanie PiS i tropienie „przychylnych” rządowi mediów.

                                                                 Nie taka zła Polska

Delegat TD kilka razy zabierał głos, m.in. na temat równości płci. Bobiński przedłożył też projekt przyjętej zresztą później uchwały, w której, Towarzystwo Dziennikarskie potępia Polskę, czyli własny kraj, za to, że przedsiębiorstwo państwowe Orlen kupiło na wolnym rynku od niemieckich przedsiębiorców koncern prasowy Press. W uchwale napisano, że to rządowy plan zdominowania prasy regionalnej przed wyborami samorządowymi. Wystąpieniu delegata TD przysłuchiwała się delegatka jednego ze stowarzyszeń dziennikarzy szwajcarskich i potem – ku zdziwieniu wszystkich – powiedziała, że u Helwetów jest gorzej z wolnością prasy niż w Europie Środkowej i Wschodniej. Podkreśliła, że w Szwajcarii większość lokalnej prasy usiłuje kontrolować tamtejszy sektor bankowy. Czyli, delegat TD nie mógł cieszyć się opinią jedynego reprezentanta mediów kraju zawłaszczanego przez „antydemokratyczny” rząd powiązany z biznesem.

Przebiegły do bólu plan Towarzystwa Dziennikarskiego nie wypalił także podczas, złożonego przez Bobińskiego wniosku, w sprawie przyjęcia uchwały o pilnej potrzebie obrony niezależnych mediów publicznych w Europie. Uchwała została przyjęta, ale było tam napisane, że oprócz Polski, ryzyko pozbawiania niezależności mediów publicznych występuje także w 14 innych krajach Europy, m.in. w Austrii, Bułgarii, Chorwacji, na Cyprze, w Grecji, na Węgrzech, na Malcie, w Czarnogórze, Macedonii Północnej, Turcji, Rumunii, Słowenii a nawet we Włoszech. I znowu klops, bo ponownie TD nie udało się udowodnić, że w Polsce jest gorzej niż gdzie indziej.

Reasumując większości delegatów EFJ nie martwiło to, że jeśli w europejskiej polityce i europejskim dziennikarstwie nie nastąpi ostra reakcja na rosyjską inwazję na Ukrainę, może i ich kraje zostaną kiedyś podporządkowane Moskwie. Nie martwiły prawie nikogo ukryte gdzieś w państwach UE rosyjskie agentury i ośrodki kremlowskiej propagandy rozsiane po całym kontynencie. Nie martwiły większości delegatów EFJ niesprawiedliwe osądy dziennikarstwa w krajach centralnej i wschodniej części kontynentu.

A mnie takie problemy martwią. Zastanawiam się więc, jak będzie wyglądał następny zjazd EFJ? Bo to niestety tylko kwestia czasu, kiedy ignorowane przez Europejską Federację Dziennikarzy sprawy staną się pierwszoplanowymi tematami kolejnego zjazdu. Obyśmy tylko zdążyli przed końcem znanego nam świata.

 

 

 

Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne. Collage i fot.: Hubert Bekrycht

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarskie palmy pierwszeństwa poprawności politycznej. Przykłady i przypadki

 

Wracając z Izmiru ze zjazdu Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), zapadłem w samolocie w głęboki sen. Kiedy się obudziłem zdałem sobie sprawę, że następny kongres EFJ może się już nie odbyć, bo europejskiemu dziennikarstwu grozi bagno poprawności politycznej. Obym się mylił, ale po pandemii, wobec inwazji rosyjskiej na Ukrainę i pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego spowodowanego przez Moskwę, największym zagrożeniem społecznym jest paraliż rzetelnego dziennikarstwa przez propagandę Kremla i zachodnich przyjaciół Putina. A to realne zagrożenie.

EFJ skupia 73 organizacje i związki zawodowe dziennikarzy z 45 krajów. To, jak podaje Federacja, ponad 320 tys. dziennikarzy ze Starego Kontynentu oraz Turcji, która była gospodarzem tegorocznego zjazdu. Do Izmiru dotarło ponad 50 delegatów i mniej więcej także 50 obserwatorów. Byli też reprezentanci biura EFJ z Brukseli i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (International Federation of Journalists – IFJ) oraz liczne grono tureckich dziennikarzy a także organizatorzy zjazdu z Izmiru.

Tyle statystyki, czas teraz wytłumaczyć, dlaczego dziennikarzom podczas takich kongresów i nie tylko, w takich federacjach jak EFJ – wybaczcie pospolite określenie – odbija palma. Palma politycznej poprawności.

EFJ, SDP i prawa wyborcze

Z Polski było na kongresie dwóch delegatów: piszący te słowa z największej polskiej organizacji branżowej, czyli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich liczącej wg. danych EFJ 2,8 tys. osób oraz będący jeszcze kilka lat temu prominentnym działaczem SDP Krzysztof Bobiński reprezentujący Towarzystwo Dziennikarskie powstałe na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku i liczące wg. danych EFJ 100 osób. W trakcie zjazdu dotarło upoważnienie dla Krzysztofa Bobińskiego do głosowania w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będącego spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów EFJ liczy 350 osób.

Polskie organizacje dziennikarskie dostały w sumie 5 mandatów uprawniających do głosowania, m.in. w wyborach nowych władz. Skomplikowany system elekcji wymusza jednak podział przyznanych głosów pomiędzy trzy reprezentowane na zjeździe polskie grupy.

Za mało, za dużo

W statucie napisane jest, że 2 mandaty dostaje organizacja członkowska EFJ, która liczy ponad 600 osób. Dolnej granicy przyznania jednego głosu zatem nie określono i to była szansa dla małych stowarzyszeń dziennikarskich. Skorzystały z niej dwie polskie organizacje, bo, mimo że razem mają ok. 450 członków, to – ich zdaniem – powinny dostać po jednym mandacie. Tyle tylko, że SDP mając 2,8 tys. członków powinno dostać 4 mandaty, bo tyle przysługuje organizacjom zrzeszonym w EFJ mającym w swoich szeregach ponad 2,4 tys. osób.

Dla porównania: Albanii, której jedyny reprezentant na zjeździe – stowarzyszenie dziennikarskie APJA liczy 220 członków, przyznano 2 głosy a, także jedynemu krajowemu przedstawicielowi, belgijskiej unii dziennikarskiej AGJPB mającej ponad 3,1 tys. członków przysługiwało 5 mandatów. Dysproporcja? Moim zdaniem, to wykrzywienie zasad demokratycznych procedur nacechowane wspieraniem tzw. słabszych, którzy czasem po prostu nie muszą się starać. Ale sprawiedliwość niewiele ma wspólnego z polityką, a przecież nawet dziennikarze z przedpotopowej definicji „apolityczni”, co we współczesnym świecie jest bzdurą, jakąś „politykę” muszą prowadzić w swoich organizacjach, na przykład choćby nawet chłodne, ale kontakty z władzami.

Wspólnie albo wcale?

Prawda zaś jest taka, że Polsce i wielu innym delegacjom krajowym przyznano za mało mandatów, a niektórym dano ich za dużo. To już wina luk prawnych w regulaminie i ustępujących władz. W sumie wielu delegatów szło na kompromis, bo połową karty mandatu głosować nie można. Organizacjom z Polski usiłowały pomóc ustępujące władze EFJ próbując orzekać, ile mandatów może dostać każdy z trzech krajowych członków – padła propozycja, że 4 dla SDP i 1 dla TD, inny przedstawiciel EPJ był za 6 mandatami dla naszego kraju powołując się na arytmetyczną logikę… Na uwagę, że Polsce przysługuje tylko 5 głosów, nic już nie powiedział.

Obrady się przeciągały a turecki upał na zewnątrz przekroczył 35 stopni Celsjusza. Plus wilgotność. Aby nie wracać z udarem słonecznym ustaliliśmy wspólnie z roboczym                 i nieformalnym międzynarodowym gremium „rozjemczo-negocjacyjnym”, że polskie głosy podzielimy następująco: SDP – 3, TD -1, SDRP -1. Na podobne kompromisy poszły inne krajowe organizacje. Ale nie jest to zadowalające rozwiązanie. W przyszłym statucie EFJ trzeba precyzyjnie zapisać zasady głosowania, aby to takich nonsensów nie dopuścić, bo kompromis jest może szlachetny, ale to jednak tylko kompromis.

Izmirska gorączka politycznej poprawności narastała, bo ustępujące władze EFJ, aby nie łamać politycznej poprawności, postanowiły, że głosować się będzie krajami, czyli karty do głosowania, jeśli w danym państwie jest więcej niż jedna organizacja, dostawały na przykład dwa czy trzy stowarzyszenia i przy stoliku komisji wyborczej je dzieliły a dopiero potem reprezentanci szli głosować i wrzucać karty do urny. Jeden bez drugiego nie mógł się ruszyć, chociaż ich mandaty przypisane były do różnych grup dziennikarzy. Obłęd? Nie, polityka europejskiej „równości” i poprawności wzorowana głównie na unijnych zasadach wypracowanych przez lata w Brukseli.

Chorwacka siła i zachodni opór

Delegaci zdecydowali, że następcą przewodniczącego EFJ, którym przez 9 lat był Duńczyk Mogens Blicher Bjerregård, przez najbliższe trzy lata będzie dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever reprezentująca swoją krajową unię medialną (TUCJ).  W Izmirze wybrano także zastępcę szefowej federacji. Został nim turecki dziennikarz Mustafa Kuleli (TGS).

Wydawałoby się, że EFJ stawia na nowe części Europy i Turcję, ale skład siedmioosobowego Komitetu Sterującego (Wykonawczego) Europejskiej Federacji Dziennikarskiej zdaje się temu przeczyć. Chorwatce i Turkowi we władzach największej organizacji dziennikarskiej na Starym Kontynencie towarzyszyć będą głównie przedstawiciele zachodnich stowarzyszeń medialnych: Andrea Roth (DJV) z Niemiec, Anna Del Freo (FNSI) z Włoch, Marta Barcenilla (CCOO) z Hiszpanii, Pablo Aiquel (SNJ-CGT) z Francji, Allan Boye Thulstrup (DJ) z Danii, Martine Simonis (AJP) z Belgii oraz reprezentujący Wielką Brytanię Tim Dawson (NUJ). I to ta siódemka stanowi większość.

Wybór tak ogromnej reprezentacji Zachodu do władz EFJ i faktyczna dominacja we władzach federacji mogą po prostu oznaczać – znowu to napiszę: oby nie – utrzymanie starego kursu, czyli de facto lawirowanie pomiędzy Unią Europejską a stowarzyszeniami z państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej, które dopiero od kilkunastu lat są w stanie wybierać swoje delegacje na zjazdy i kongresy.

Z kronikarskiego obowiązku – nie wybrano m.in. kandydatów z Polski i Ukrainy, choć przedstawicielowi naszych wschodnich sąsiadów Sergiejowi Tomilenko (NUJU) zabrakło tylko kilku głosów, aby być we władzach. Teraz jest pierwszym „rezerwowym”, który w przypadku rezygnacji kogoś z siódemki może wejść w skład Komitetu Sterującego.

Niestety, można spodziewać się, że w obecnych władzach EFJ będzie dominowała narracja podobna do tej w większości instytucji UE, gdzie uważa się, iż od ostatnich wydarzeń na wschodzie kontynentu, od barbarzyńskiej napaści rosyjskich morderców i złodziei na Ukrainę ważniejsze są takie „problemy” jak: kodyfikowanie praw osób LGBT, manipulacyjnie przekazywane „łamanie praworządności” na Węgrzech, w Polsce i innych krajach wschodniej Europy, czy lokalne kłopoty medialne niektórych państw. Marginalizuje się natomiast –  wskazywane na izmirskim kongresie EFJ – przypadki autentycznej cenzury i łamania wolności słowa m.in. we Francji Niemczech, Holandii, w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii oraz na Bałkanach a nawet w Szwajcarii.

Czy za trzy lata, po kadencji tych władz, Europejska Federacja Dziennikarska będzie tak bliska mediom Starego Kontynentu jak Turcja, ogromna jak Chorwacja, empatyczna dla wszystkich narodów jak Niemcy i Francja, wyrozumiała jak Włochy i Hiszpania i skromna jak Wielka Brytania, Belgia i Dania razem wzięte? Tego nie wiem, zatem ośmieliłem się nieco ironicznie o to zapytać.

A może w 2025 roku, na kolejnym zjeździe wyborczym – tu już bez ironii – EFJ będzie tak dalekowzroczna jak teraz m.in. dwie delegacje ukraińskie (IMTUU, NUJU) oraz reprezentanci Litwy (LJU) i Polski (SDP)? Tego też nie wiem, ale warto próbować.

Co do tytułowych porównań. Palmy dobrze rosną w Turcji, gorzej przyjmują się w chłodniejszym klimacie. Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne.

 

Maja Sever - nowa przewodnicząca EFJ Fot.(3) Hubert Bekrycht

Maja Sever z Chorwacji przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej EFJ

Dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever została wybrana przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Jouranlists) podczas Zebrania Ogólnego EFJ w Izmirze.

W wywiadzie, którego udzieliła portalowi SDP tuż po ogłoszeniu wyników głosowania, Maja Sever przyznała, że przed nią jest teraz wiele wyzwań. „Moim głównym celem jest utrzymanie jedności federacji” – podkreśliła.

Maja Sever po wyborze na stanowisko przewodniczącej EFJ

Chorwatka dodała, że właśnie teraz, kiedy świat boryka się ze społecznymi i ekonomicznymi następstwami dwuletniej pandemii oraz rosyjskiej inwazji na Ukrainę dziennikarze m.in. z EFJ muszą wykazywać się szczególną odpowiedzialnością.

„Chodzi o to, abyśmy mogli razem być silni i walczyć o niezależne dziennikarstwo” – powiedziała nowa szefowa EFJ.

Maja Sever dostała 137 ze 144 głosów. Jej kontrkandydatem był reżyser i dziennikarz a także wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis (7 głosów), który nie mógł przyjechać do Izmiru, bo realizuje film na Ukrainie. Pilis kandydował także do władz EFJ, ale nie został wybrany.

 

Wiceprzewodniczący EFJ Mustafa Kuleli (Turcja)  i nowa szefowa EFJ Maja Sever  (Chorwacja)

Wiceprzewodniczącym EFJ został turecki dziennikarz Mustafa Kuleli – sekretarz generalny Tureckiej Unii Dziennikarzy (Journalists Union of Turkey – TGS).

 

 


Po. godz 13.15 czasu polskiego w Izmirze ogłoszono wyniki wyborów do Komitetu Wykonawczego Europejskiej  EFJ (Steering Committee).

Wybrano 7 osób reprezentujących  Niemcy, Francję, Hiszpanię, Danię, Włochy, Belgię i Wielką Brytanię.