Eletrownia jądrowa w Czarnobylu po wybuchu; zdjęcie archiwalne

HUBERT BEKRYCHT: Głupota (i elektrownie jądrowe) pod specjalnym nadzorem

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.

Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.

Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.

Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.

Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.

Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.

Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…

Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.

Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…

Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.

Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.

Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.

Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…

 

Jeśli 58 proc. Franzuzów uwierzyło, że jeden z prorosyjskich kandydatów na prezydenta jest lepszy od prorosyjskiej kandydatki, która zdobyła 48 proc. poparcia, to ilu obywateli dumnej Piątej Republiki uwierzy w to, iż Rosja wyzwoliła Mariupol spod okupacji ukraińskiej? I tutaj wyjaśnienie dla Francuzów znających język Polski: Moskwa "wyzwoliła" Mariupol mordując tysiące ludzi, zrównując z powierzchnią ziemi miasto, gwałcąc i rabując... (na stopklatce "historyczny" moment w ruskiej tv). Grafika: h/ re/ st/ Télégramme/ 1 ru/ DRL

HUBERT BEKRYCHT: Le Macron – Mesje le Bufą sowietik

Od razu zaznaczam, że – moim zdaniem – procesowym dybom powinien podlegać każdy, kto w krytyce ponownie wybranego na stanowisko prezydenta Francji Emmanuela Macrona upatruje pochwały liderki opozycji Marine Le Pen. Oboje są prorosyjscy a teraz, po reelekcji Macrona, oboje bezradni wobec Niemiec i bezczelnie zapatrzeni w Putina, choć zaprzeczali temu podczas dosyć bezbarwnej kampanii. I oboje pojęcia nie mają, że Ukraina to niepodległe państwo napadnięte przez rosyjskie hordy barbarzyńców, które kiedyś mogą też przelać się przez Sekwanę, Loarę i Rodan.

Macron jest bezczelnym młokosem politycznym i kompletnie niekompetentnym prezydentem Francji. Gdyby nie pandemia i wojna nikt nawet nie zauważyłby, że w Paryżu jest jakiś, pardon, Mesje le Bufą Le Marcron sowietik * (*pisownia zamierzona).

Bufon to we Francji nic nowego. Oni tam tak mają. Jak Amerykanie, wielbiciele żabich udek i ślimaków znad Wisły, wiedzą teraz tak niewiele o świecie, jak Putin o wojnie, bo gdyby wiedział już nie byłoby Europy…

Nadto Francuzi wielbią Rosję od kołyski, a Sowieciarzom z czasów komunizmu wybaczali wszystko. No, prawie wszystko. To, czego nie wybaczali zwolennicy Macrona, wybaczali fani Le Pen. Taka tam jest liberalna i konserwatywna, prorosyjska rzeczywistość polityczna. Właściwie nad Sekwaną nie było kandydatów na prezydenta nie wyznających poglądu, że „może tam i Putin jest mordercą, ale co to ma do pieniędzy, które w Moskwie można zarobić.”

Smutne, ale prawdziwe. Druga tura była już łatwiejsza dla Macrona, bo Le Pen zrobiono taki czarny PR, jakby rządziła we Francji dwie kadencje i sprzedała Lazurowe Wybrzeże Chińczykom a Korsykę Hindusom. Dla odsądzających Le Pen od czci i wiary lewicowo zapatrujących się Francuzów, jak to dla lewaków, kompletnie nie miało znaczenia, że to Macron sprzedawał Rosji optykę i ważne część składowe do broni pustoszącej teraz Ukrainę, broni która pozwala ruskim hordom zabijać, gwałcić i okaleczać Ukraińców i rabować kraj.

Francuzi zgubiliby się na lotnisku, gdyby nie napisy kierujące do toalet, ale ich nowy stary prezydent nadal jest bufonem, który ma czelność wyzywać inne głowy państw od „antysemitów”, tak w przypadku Mateusza Morawieckiego, bo nasz premier przypomniał prezydentowi V Republiki, iż to dzięki francuskiej broni giną ukraińskie dzieci. To samo bufonadą z Niemców i przedstawicieli wielu krajów tzw. starej Unii Europejskiej.

Oni po prostu uważają się za lepszych. Ciągle myślą, że Putin to równorzędny o partnera do robienia interesów. I że zawsze, jak od Macrona, odbierze od nich telefon. Kiedy się zorientują, że seryjny morderca musi atakować do końca swego życia? W tym przypadku seryjnym mordercą są Rosjanie, z nielicznymi wyjątkami, czyhający na polityczną śmierć Ukrainy, aby potem napaść na Polskę, na państwa bałtyckie, na Rumunię (za zgodą Francji) a może nawet kiedyś zaatakować Czechy (za zgodą Niemiec).

Nie wiem, kiedy stary Zachód zorientuje się, że ruskie morderstwa na Ukrainie to – jak utrzymuje Putin – nie są prowokacje Kijowa i Warszawy, ale wiem, iż Francuzów może w tej sprawie dotyczyć wytłumaczenie z żabami w roli głównej. Otóż, jak powszechnie wiadomo, żywą żabę można ugotować, jeśli bardzo powoli podgrzewa się wodę. W pewnym momencie, sympatyczny płaz orientuje się, że stoi u progu żabiego raju, ale jest za późno.

Jeśli jednak Putin w taki sposób gotuje Francuzów dając im wybór między Macronem a Le Pen, to, kto na Boga, po finiszu tej termicznej obróbki zje tę „żabę”? Przecież nie Francuzi… Hast du verstanden?

***

Tym mieszkańcom Polski, którzy w nocy niedzielę na sobotę świętowali zwycięstwo prorosyjskiego kandydata Macrona i przegraną prorosyjskiej kandydatki Le Pen w wyborach na prezydenta Francji dedykuję starą jak świat anegdotę:

Pewna przedwojenna hrabina miała trzy nocniki  – biały, niebieski i czerwony… A jak weszli ruscy to hrabina się ze strachu zes…., to znaczy zestresowała się i nie zdążyła…

 

Podczas pisania tego felietonu inspirowałem się rozmową, którą przeprowadziłem z politologiem prof. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim w sobotę 23 kwietnia 2022 roku  dla PAP.

Grafika: st h/ ee

Nadal nie wiadomo kto ostatecznie zniszczy Putina – pisze HUBERT BEKRYCHT: Nadal…

Pozostając jeszcze w wielkanocnym nastroju skupienia i refleksji nie zapominajmy o tym, że Jezus Chrystus wziął nasze grzechy na siebie, wykupił nas z mocy piekielnych poprzez swoją śmierć na Krzyżu. Tyle samo w tym Prawdy, jak i patosu, ale takie są nasze życiowe ścieżki, że wciąż o tym warto pamiętać.

Pamiętać również należy, że zmieniająca się wojenna rzeczywistość ściera się z ulubioną tezą Polaków o cierpieniu naszego narodu, naszych rodaków za całe zło tego świata. Co zatem z tą tezą po 24 lutego, kiedy to ruskie hordy zaatakowały naszego południowo-wschodniego sąsiada? Czyż to nie Ukraińcy walczą za cywilizację i przede wszystkim o to, aby współczesna, choć stokroć groźniejsza podróbka Hunów z Moskwy nie zalała Europy i całego globu? Wszak to Kijów bije się teraz z szatanem z Kremla. Ukraina krwawi. My i cały cywilizowany świat im tylko pomagamy, ale jednak na te rany nadal patrzymy.

Czy dźwigająca ciężar wojny z Putinem Ukraina wytrzyma? Ile dni może jeszcze walczyć bez naszej aktywniejszej militarnej pomocy? Czy Zachód nie wykorzystuje atomowego szantażu ruskiej hordy, aby uzasadnić swoją bierność? Czy nie zmierza Zachód do uspokojenia „cara”, którego stworzyły wspólnie Berlin i Paryż, a w mniejszym stopniu Rzym i Bruksela oraz Amsterdam z Hagą. Jaką rzeczywistą rolę odgrywa na tej nowej geopolitycznej scenie Izrael. Jak tłumaczyć polityczną schizofrenię Węgrów?

Góralska prognoza?

Te pytania, a właściwie odpowiedzi to właściwie klucz do panowania nad światem przez następne stulecie. I właśnie tutaj odpowiedzi nie napiszę, bo nie umiem rządzić, a byle komu nie pozwolę. Poważnie jednak rzecz ujmując, góralska prognoza, czyli, „albo będzie padało albo nie”, jest tutaj chyba jedyna. To znaczy, że tak może być, jeśli ktoś pyta o wojnę światową. Czyli, albo będzie zagłada albo nie… W kwestii konfliktów między państwami wschodniej Europy, łatwiej je przewidzieć, chociaż nadal nikt aż takich profetycznych zdolności na razie nie posiada.

Spróbuję odpowiedzieć na część pytań, ale naprawdę, tak jak nigdy wcześniej, boję się, że popełnię błąd. Na szczęście nie działam na zlecenie wywiadu ani biur analiz międzynarodowych a już Broń Panie Boże na zlecenie ośrodków akademickich, które w większości, w obliczu wojny, przechodzą na stronę lewicy i lewaków. W czasie pokoju zresztą też.

Scenariusze jak z horrorów?   

W najbliższych tygodniach Ukraina chce zdecydowanie powstrzymać zmasowane ataki rosyjskich bandytów. Na prawdziwą ofensywę się nie zanosi, ale kto wie, co szykuje moskiewska satrapia? Jeśli nie dostarczymy Ukraińcom jeszcze więcej, jeszcze lepszej broni za kilka miesięcy rubieże cywilizowanego świata mogą przesunąć się na granice Unii Europejskiej i NATO.

Czy Zachód, a to także przecież my, zrozumiemy, że bez pomocy Ukrainie, tej inwazji na Europę (na razie na Europę) nie da się powstrzymać. Kreml nie ma już nic do stracenia. A my? Ponieważ to sytuacja zero-jedynkowa, my mamy do stracenia wszystko. Dlaczego więc do cholery nie działamy? Bo Berlin z Paryżem kombinują, jak w 1920 roku, że to Ukraina, Polska, Litwa, Rumunia, Czechy, Słowacja przyjmą na siebie cały impet ataków ruskiej hordy. Mówiąc poważnie Waszyngton też na to liczy, ale przynajmniej dostarczy broń. Czy jednak USA i Wielka Brytania włączą się, gdyby – oby nie – taki konflikt wschodniej Europy i Rumunii przeciwko zaborczej Rosji stał się faktem? Zaryzykuję twierdzenie, że Londyn z Waszyngtonem przyszliby nam z pomocą. We własnym interesie również.

  Kto z nami..?

Rzecz w tym jednak, i to jest ważniejsze, kto nie stanąłby po stronie Rosji? Bardzo nie podoba mi się ostatnia węgierska polityka zagraniczna i tchórzliwość Budapesztu wobec Rosji, ale myślę, że jednak Węgry militarnie nie wspomogłyby Kremla. Nie tylko dlatego, że mają małą armię. To samo dotyczy Włoch, Beneluksu i państw skandynawskich, które raczej są w koalicji antyputinowskiej, choć, jak to Skandynawowie, zachowują powściągliwość w wyrażaniu międzynarodowych nastrojów.

Turcja, jako druga armia NATO, w całym swoim poplątaniu i uwikłaniu między azjatyckie interesy a europejskie prężenie muskułów, też raczej Moskali nie poprze militarnie.

I tutaj dochodzimy do sprawy najważniejszej w tych, na szczęście jeszcze czysto teoretycznych, rozważaniach. Co zrobią Niemcy i Francuzi – do niedawna ambasadorowie, odpowiednio, ekonomiczni i zbrojeniowi sowieckiego cara?

Konia z rzędem temu, kto to dokładnie przewidzi, ale chyba ani Berlin ani Paryż nie wycofają się z cichego uwielbienia dla Moskwy. To znaczy elity Berlina i Paryża, społeczeństwa niemieckie i francuskie są w większości obojętne wobec okropności wojny na Ukrainie.

W Paryżu jednak 24 kwietnia, dwa miesiące po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na niepodległą Ukrainę, podane będą wstępne wyniki wyborów prezydenckich. Nie sądzę jednak, aby ta elekcja cokolwiek zasadniczego zmieniła w hamletyzowaniu znad Sekwany.

Nadal nic..?

Za kilka tygodni – moim zdaniem – Ukraina nadal będzie walczyć, abyśmy my bezpośrednio nie musieli. Berlin nadal będzie po cichu, a może i głośniej  wspierał Putina. Francuzi nadal nie będą chcieli umierać za Mariupol, Kijów, Charków a nawet za Lwów – stawiam też dolary przeciwko guzikom z kurtek ruskich żołdaków, że za Warszawę, Pruszków, Łódź, Wilno i Bukareszt a nawet za Hamburg, obywatele dumnej V Republiki też nie będą się bić.

A w Paryżu i Niecei przy kawiarnianych stolikach nadal zasiadać będą francuscy intelektualiści i celebryci rozważając, jak podczas II wojny światowej niemieckie traktaty filozoficzne, tak teraz tajemnice rosyjskiej duszy…

Włosi nadal będą wysyłać drogie markowe ciuchy dla rosyjskich kobiet, których mężowie i synowie nie nakradli na Ukrainie wystarczająco dużo. W Brukseli nadal będą planować nierealne sankcje wobec ruskich oligarchów. W Kopenhadze i Oslo nadal mogą gadać o tym, że są przecież „dobrzy” Rosjanie, a w Budapeszcie mogą nadal się bać Moskwy.

W Waszyngtonie nadal Biden będzie straszył Rosjan. W Londynie nadal będą planować zbrojenie Ukraińców, tak jak w Kanadzie i Australii oraz Japonii. Nadal Izrael będzie gotowy do mediacji, byle tylko zgodnej z interesami swoich obywateli pochodzących z sowieckiego imperium. W Ankarze i Stambule nadal będą się zastanawiać z kim Turcji bardziej po drodze, a w Pekinie mogą nadal mogą otwierać szampany. Albo te śmierdzące jajka…

Nadal też w Warszawie będziemy wspierać Ukraińców, nawet jak nam złamanego euro nadal nie będą dawać z Brukseli.

A co nadal będą robić w Moskwie? Nic. Ruscy swoje zrobili. Teraz będą patrzeć, jak rozpada się stary skłócony świat…Nadal.

Chciałbym, aby moje prognozy się nie sprawdziły, ale czy tego chcą też w krajach i stolicach, które tu wymieniłem? Nadal nie wiem.

Wiesłąw Bienienda i Maria Dłużewska Fot. old.sdp.pl

Rozmowa m.in. o filmie „Polacy” z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ: Historia łapie nas za głowy

Z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ, polską reżyser filmową – scenarzystką, aktorką, dziennikarka, działaczką opozycji antykomunistycznej – autorką m.in. filmów zrealizowanych po tragedii w Smoleńsku, takich jak.: „Mgła”, „Pogarda”, „Córka” „Testament „Polacy” oraz „Dama”, 11 kwietnia 2022 roku rozmawiał Hubert Bekrycht

HB: Usłyszeliśmy o ustaleniach zespołu Antoniego Macierewicza (11 kwietnia), wcześniej Jarosław Kaczyński wieczorem w 12. rocznicę tragedii mówił, że „(…) wielu z nas miało wielkie wątpliwości (…) wiedziało, że ta cała opowieść, którą słyszeliśmy oficjalnie z prawdą nie ma nic wspólnego (…)”. Jak Pani opowieści zmieniły się przez 12 lat?

Maria Dłużewska: Nic nie zmieniło. To co zawarłam w filmach, które zaczęłam robić o Smoleńsku od jesieni 2010 roku, począwszy „Mgły” jest takie samo, jak to wówczas widziałam. Od początku rozmawiałam ludźmi związanymi z tą katastrofą. Ja po prostu swoich rozmówców słuchałam! Nie miałam powodu, aby im nie wierzyć.

I „Mgła” (2011 r. z Joanną Lichocką) o współpracownikach prezydenta Lecha Kaczyńskiego (m.in. z udziałem późniejszego prezydenta Andrzeja Dudy i wicepremiera Jacka Sasina) i „Pogarda” (2011 r. z J. Lichocką) o rodzinach ofiar (m.in. Ewa Błasik – żona generała Andrzeja Błasika) i „Testament” (2013 r.) o dzieciach ofiar i późniejsze filmy to było wówczas moje życie.

Potem były filmy „Dama” o Marii Kaczyńskiej i „Polacy” o ludziach, którzy próbowali wyjaśnić przyczyny katastrofy rządowego samolotu w Smoleńsku.

Dlaczego „Polaków” – filmu, który dostał  Nagrodę Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2014, nie ma w telewizji? Były projekcje publiczne, była płyta dołączana nawet do gazet, ale wciąż trudno film „Polacy” zobaczyć w telewizji?

Film jest własnością telewizji publicznej.

Dlaczego TVP nie pokazuje Pani filmu „Polacy”?

Nie wiem. Inne filmy były emitowane po 2015 roku, raz, czy dwa razy, a w tej chwili często emituje się „Damę” o Marii Kaczyńskiej, natomiast „Polacy” (2013) leżą gdzieś na półce. Może dlatego, że w tym filmie wypowiadają się wybitni specjaliści, tacy jak wymienieni 11 kwietnia 2022 roku, w trakcie prezentacji raportu Antoniego Macierewicza. Oczywiście, historia biegnie za nami, przed nami, łapie nas za głowy i wszystko się zmienia. I tu nagle zostali wymienieni z wielką atencją niektórzy bohaterowie filmu „Polacy”. Oddano szacunek tym, którym poświęciłam tę opowieść m.in. Wiesławowi Biniendzie, Kazimierzowi Nowaczykowi i Grzegorzowi Szuladzińskiemu (jeden z ekspertów wyjaśniających okoliczności tragedii World Trade Center 11 września 2001 roku) badających przyczyny katastrofy (w filmie wystąpił też Wacław Berczyński). Bez nich nie byłoby tego filmu. Część z nich była ośmieszana, za to, że badali tę sprawę, za to, że robili to w ramach niezależnych badań poza granicami kraju. To są znakomici specjaliści w swoich dziedzinach. „Polacy” to film produkowany przez Roberta Kaczmarka, wybitnego reżysera, dziś szefa FINA (Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny) i ten obraz oraz „Damę” producent przekazał TVP i telewizja publiczna ma do nich prawa.

Ale o ile „Dama” jest produkcją pokazywaną dosyć często, to „Polaków” nie widzimy.

Ja tego nie rozumiem, nie chcę rozumieć.

A rozmawiała Pani z kimś, dlaczego tak jest?

Nie. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby. W stanie wojennym, na jakieś jednostce chyba wojskowej wisiał taki transparent: „Nie fałszuj w koncercie naszego kolektywu”. (śmiech). Być może tu chodzi o kolektyw właśnie… (śmiech). Być może jest jakiś nieformalny zakaz mówienia o specjalistach badających Smoleńsk 10/4/10? O ile w poprzednich moich produkcjach są i muszą być emocje; opowiadają o tym rodziny, przyjaciele, współpracownicy. W przypadku „Polaków” mamy do czynienia z  wysokiej klasy specjalistami, Polakami, którzy od lat mieszkając za granicą postanowili pomóc swojemu Krajowi – rodakom zrozumieć, co się stało 12 lat temu.

Płakać mi się chcę, bo ja kocham swoich bohaterów. I chciałabym aby widz poznał ich sposób ich myślenia, system wartości, mógł towarzyszyć w ich życiu. Próbowałam po prostu pokazać pięknych Polaków.

Kto „fałszował w kolektywie” wśród ludzi próbujących, w imieniu wówczas rządzących w Polsce, wyjaśnić to, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku?

Są przecież niejasne wątki. Na przykład rozdzielenie wizyt. Dlaczego? To, że część ludzi uwierzyła w przekopanie wrakowiska metr w głąb ziemi, to niesłychane. Do Grzegorza Szuladzińskiego do Sydney przyjechał z Melbourne motocyklistów, który niedługo po tragedii brał udział na rajdzie katyńskim. Oni byli na miejscu, nie musieli kopać metr w głąb, aby znajdować różne przedmioty, części samolotu… Przywiózł Szuladzińskiego.

Smoleńsk 10 kwietnia 2010 roku pokazuje tę część narodu, która rozumie, co dla naszej kondycji znaczy likwidację elit, ale odsłania też część wynarodowioną, z kompleksami. Tchórzliwą, bo – ich zdaniem – „lepiej o tym nic nie mówić”, lepiej tkwić w niezbyt dobrze pachnącym ciepełku. Niestety, takich ludzi jest dużo.

Specjaliści i naukowcy, który pomagali wyjaśnić, co było przyczyną smoleńskiej tragedii mieli, delikatnie mówiąc, nieprzyjemności.

Nie chcę już przypominać tej nagonki, której. Na pewno jeden stracił pracę, a Wiesławowi Biniendzie zapewniono ochronę na uniwersytecie Pozakładano kamery, których tam nigdy nie było.

Ma Pani przekonanie, że przyczyniła się Pani do przekonywania nieprzekonanych?

Nie wiem. Po prostu trzeba mówić prawdę tak, aby do każdego dotarła a „Polacy” to dobry film. Przede wszystkim ze względu na bohaterów, którzy jak żołnierze Hallera, kiedy Ojczyzna w była potrzebie, przyjechali ze wszystkich stron, tak jak bohaterowie mojego filmu. Przyjechali służyć swoją wiedzą. Ja jestem, jak to mówią, z tej samej bajki; umiem robić filmy, no to je robię. Krytyka a czasem skrajny ostracyzm środowiska nic mnie nie obchodzi.

Czy robiąc filmy o tragedii smoleńskiej przypuszczała Pani, że odpowiedzialni za nią ludzie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, bo – zdaniem wielu ludzi – na to się teraz zanosi?

Chyba tak, takie sprawy prędzej czy później wychodzą na jaw. Mam cały czas w głowie obrazy i dźwięki z tamtych dni; na przykład, kiedy ówczesny marszałek sejmu, który po Smoleńsku przez jakiś czas pełnił obowiązki prezydenta RP, czyli Bronisław Komorowski mówił przed 10 kwietnia 2010 roku, że „nie ma co przejmować się tym Lechem Kaczyńskim, bo przecież będą wybory, a może gdzieś poleci…”  Tak powiedział Komorowski.

Na litość Pana Boga, przecież to…

„Pogarda” kończy się wypowiedzią urzędnika z Kancelarii Prezydenta RP Pawła Zołoteńkiego, który mówił blisko dekadę temu: „Myślę, że może być jeszcze gorzej, może się zdarzyć coś dużo gorszego…” Miał rację.  Właśnie na to patrzymy na Ukrainie.

… i zło się rozlało.

Tak, to jest ten moment, który przewidział Zołoteńki.

Czuje Pani satysfakcję ze zrobienia tych filmów o tragedii smoleńskiej?

Nie, nie. Jestem bardzo smutna, bo teraz będzie znowu takie wzmożenie, teraz pewnie te filmy będą emitowane.

Obawiam się, że jak moich bohaterów wrzucą do „szuflady” z napisami: „zamach, morderstwo” to ich postawa i dorobek a co za tym idzie wymowa mojego filmu, zmarnują się. Oby nie.

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska Fot.: FB MBM

Hubert Bekrycht rozmawiał z MIERELLĄ BAGDZIŃSKĄ-MIERZEJEWSKĄ: Przewodnik z miłości do… Rzymu

Kartkując przewodniki po różnych miejscach na świecie na pewno zwróciliście uwagę na ich podobny układ – jest trochę o konkretnym miejscu, nieco historii i praktyczne wskazówki – na przykład: co zrobić, aby nie zjedli nas tubylcy. To bardzo przydatny schemat, szczególnie ta przywołana uwaga.

Czy jednak, czytając lub przeglądając przewodniki macie przekonanie, że miejsce, w którym jesteście zostało opisane dobrze? Są przewodniki, które to gwarantują. Prawie… Są też bedekery oferujące na przykład bardzo dokładne mapy, plany; są i takie, które mają, delikatnie mówiąc, krótki termin ważności, bo przecież świat się zmienia.

Książka, którą staram się opisać to właściwie nie przewodnik – to deklaracja zaangażowania w naszą wycieczkę po Rzymie, prowincji rzymskiej i oczywiście Watykanie. To – jak piszą o tym przewodniku – wyznanie miłości autorki do Rzymu. Wyznanie, które nie kończy się wraz z lekturą przewodnika „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie” Mirelli Bagdzińskiej-Mierzejewskiej.

Właściwie każdy bedeker jest wyjątkowy, ale czy autorski? O tym przewodniku z całą pewnością można tak powiedzieć. Jest pewnie zastrzeżenie. Tego typu publikacje – powie ktoś – są dla turystów, którzy chcą coś zwiedzić, coś przeżyć, a nie dla pragnących dobrej książki czytelników. A dlaczego nie? Wydaje się, że „Z Mirellą…” jest takim opracowaniem łączącym oba typy oczekiwań.

Układ publikacji złożony z pięciu tras – m.in. Rzym antyczny, Rzym barokowy, Rzym chrześcijański plus Watykan, mnóstwo ciekawostek i dłuższych opowieści – jest przejrzysty i wygodny. Tutaj drobna uwaga. Te trasy nie są obowiązkowe. Sam podróżnik może wybrać coś, co go interesuje. Mapki i biografie oraz tzw. ciekawostki są dobrze przygotowane i – co ważnie – nie oderwane od rzeczywistości. Znalazłem raptem jedną nieścisłość, ale nie napiszę, co to. Mogę tylko zapewnić, że nie ma ona żadnego wpływu na ocenę rzetelności przewodnika. To po prostu dobra książka napisana z potrzeby usystematyzowania popularnej wiedzy, ale też i z powodu nieustannego odkrywania świata, co jest cechą autorki.

Szczegóły dotyczące m.in. antycznej przeszłości Wiecznego Miasta przeplatają się tutaj z innymi okresami dziejów i ze współczesnością – nie jest to zgrzyt, a raczej zaleta przewodnika. Wskazówki praktyczne też nie są traktatami moralizatorskimi, co mnie bardzo cieszy, bo nie zwykłem przeglądać przewodników, które mówią mi jak żyć.

Rzym w ogóle – tak myślę po lekturze bedekera Bagdzińskiej – nie jest dla ludzi, którzy szukają. Rzym jest dla tych, którzy chcą znaleźć. Znam Autorkę i myślę, że ona w tym pomaga.

Rzym podobno jest dla wszystkich. I dla tych, którzy są tu pierwszy raz i dla tych, którzy znaleźli się tutaj – na przykład w podróży biznesowej i dla takich turystów, którzy swoimi dociekliwymi pytaniami są w stanie doprowadzić każdego przewodnika do palpitacji serca. A Autorka serce ma mocne i mocno bijące, bo jest w tych opisach miłość. Miłość do Rzymu.

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska – „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie”. Przygotowanie do druku: Roman Nowoszewski; projekt graficzny: Magdalena Alszer; zdjęcia: Marco Bianchi, Elio Castoria.

 

Hubert Bekrycht: Jaka jest wiosna w Rzymie?

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska: W tym roku wiosna zawitała do Rzymu z zimnym podmuchem wiatru, ale już zaczynają się wiosenne temperatury, czyli 18 a anwet 20 stopni, a ulice zdobią kwitnące na fioletowo drzewa.

 Jak wygląda Wielkanoc w stolicy Włoch?

Wielkanoc w Rzymie przeżywa się w sposób wzniosły. Nie myśli się o myciu okien, lecz o przeżywaniu Triduum Paschalnego z Papieżem. Rzymianie i turyści uczestniczą w Rzymskiej Drodze Krzyżowej w Wielki Piątek w Koloseum z obecnością Ojca Świętego. Niezależnie od pogody zawsze mnóstwo osób jest na mszy na Placu Świętego Piotra w Niedzielę Wielkanocną.

Czy jest jakaś szczególna specyfika Rzymu, czy jest to tylko wielkie miasto, czy jednak metropolia pełna historii, zabytków?

Rzym to niewątpliwie najbogatsze na świecie muzeum na otwartym powietrzu, to miasto jest przepełnione historią, którą wręcz czuć unoszącą się w powietrzu spacerując od zabytku do zabytku. Rzym to jednak nie tylko Koloseum czy Watykan, Rzym to dużo, dużo więcej. To dyktatorzy mód, wspaniała kuchnia, smak i zapach kawy oraz dolce vita …

 Co Cię zatrzymało w Rzymie, we Włoszech?

Przyjechałam do Rzymu za głosem serca i w mieście tym odnalazłam swoje miejsce na ziemi. Kocham to miasto pełne zabytków i tajemniczych zaułków, jego uśmiechniętych mieszkańców, jego cudowny klimat, słońce i błękit nieba.

Jak radzi sobie Italia po pandemii. Jakie są Włochy teraz w obliczu wojny

Italia jeszcze długo nie zapomni o pandemii. Mimo zmniejszonych restrykcji Włosi noszą maseczki, często w miejscach, gdzie nie jest to obowiązkowe. Dzięki Bogu Włochy pomału stają na nogi, zaczynają przyjeżdżać turyści. Niestety, zawisła nad światem zgroza wojny …Włosi bardzo przezywają sytuację rosyjską inwazję na Ukrainę, również przyjmują Ukraińców, dziękują nam Polakom za naszą postawę, wręcz podziwiają – czuje się dumna, że jestem Polką.

 Co trzeba koniecznie zobaczyć w Rzymie?

Będąc pierwszy raz w Rzymie, koniecznie trzeba zobaczyć Koloseum, Kaplicę Sykstyńską i Bazylikę św. Piotra, zbiec beztrosko po Schodach Hiszpańskich, wrzucić drobne do Fontanny di Trevi, wejść do Panteonu i zachwycić się teatralnym Placem Navona.

 A czego nie warto oglądać w stolicy Włoch?

W Rzymie dosłownie wszystko warto zobaczyć! To niepowtarzalne miasto, na każdym kroku znajdziesz coś ciekawego.

O czym trzeba pamiętać przy planowaniu wycieczki do Rzymu i w jego okolice?

Planując wyjazd do Rzymu trzeba pamiętać o:

– dobrym przewodniku książkowym i przewodniku, który oprowadzi w sposób profesjonalny po najważniejszych zabytkach i najciekawszych zakątkach;

– dokonać wcześniejszej rezerwacji, aby wejść do Muzeów Watykańskich i do Koloseum;

– sprawdzić czy nie szykują się jakieś większe manifestacje, maraton czy strajki komunikacji;

– poszukać noclegu w centrum miasta albo na jego obrzeżach, ale koniecznie blisko metra;

– zabrać parasolkę i okulary przeciwsłoneczne, ale zawsze należy sprawdzić prognozę pogody.

Co zapamiętamy z pobytu w Rzymie?

Z pobytu w Rzymie zapamiętamy jego monumentalne place i fontanny, mnóstwo pozostałości antycznego Rzymu, jak przeszłość przeplata się z teraźniejszością oraz niesamowity błękit nieba i smak espresso…


Mirella Bagdzińska-Mierzejewska jest autoryzowanym przewodnikiem turystycznym po Rzymie, prowincji rzymskiej i Watykanie, tłumaczem jęz. włoskiego na poziomie ministerialnym. Absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie i Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego. Od 1994 roku mieszka w stolicy Włoch. Bagdzińska jest społeczniczką – wolontariuszką w szpitalu IFO Regina Elena, działaczką polonijną.

 

 

Fot. Rada Miejska w Mariupolu/ 5.ua/ r

HUBERT BEKRYCHT: Niemcy są wspólnikami Putina a masakra w Buczy ma też kolory Francji

Oby czarny scenariusz nigdy się nie spełnił, ale na początku kwietnia 2022 roku nie ma się co oszukiwać, nie będzie żadnej wojny Europy i świata z Moskwą. Niemcy czekają aż Ukraina się wykrwawi, a Francuzi pogrążeni w wyborczych walkach będą się chować za jakąś polityczną linią Maginota. Reszta świata już ma wakacje, a rosyjska inwazja na Ukrainę trwa… Rozpacz i wścikłość. Nie tylko mnie obrazy z rosyjskiej pacyfikacji Buczy skojarzyły się z archiwalnymi zdjęciami z Katynia, do którego pewnie w tym roku mało kto pojedzie… Bo to przecież Rosja.

Rosja, której trupi oddech wnika w DNA Europy. Rosja, której zbrodnie ubrane w przymiotniki: „imperialne”, „sowieckie” i „kremlowskie” będą zawsze zbrodniami. Rosyjskimi. Nie mam widać w sobie tyle „empatii”, co wielu moich uczonych znajomych, który mówią, że co innego to Putin, a co innego zwykli Rosjanie, czyli obywatele Federacji Rosyjskiej. Nie, to Rosjanie zabijają dzieci, cywilów, dokonują, jak za Stalina pacyfikacji całych wsi, palą, bombardują, gwałcą, torturują i kradną! Kradną, aby potem wysłać zrabowane Ukraińcom rzeczy do swoich domów.

Kanalie owe, bo przecież nie żołnierze, mogą jednak liczyć na osłonę Zachodu. Tak, wiem, co piszę. Zachodni politycy szczególnie z Niemiec, Francji, wielu z Beneluksu i krajów skandynawskich relatywizują winę Rosjan – mimo morza przelanej ukraińskiej krwi – nadal chcą handlować z Putinem, ergo chcą niszczyć ukraińskie miasta, bo to za zachodnie pieniądze ze sprzedaży ropy są te bomby, które spadają na Kijów, Charków, Mariupol.

Berlin chce (sic!) już łagodzenia sankcji. W piątym tygodniu inwazji moskiewskiej szarańczy na Ukrainę, Niemcy i Francja, która zresztą jeszcze nie tak dawno temu sprzedawała części do rosyjskiego uzbrojenia, chcą złagodzenia sankcji nałożonych przez cały cywilizowany świat na kremlowski reżim. Niepojęte.

A jednak to się dzieje. Postawa Węgier, co zaakcentował również polski rząd, jest także nie do wytłumaczenia, choć Budapeszt potępił rosyjską agresję, pozostaje żal, że władze tego kraju nadal chcą handlować z Moskwą. I nie przekona mnie to, że Węgrzy mogą zostać bez paliwa. Bzdura. Są w UE. Mam nadzieję, że premier Orban to naprawi, bo długo nie odzyska zaufania w Polsce i Europie. Ale to nie Węgry nakręciły gospodarczo agresję rosyjską na Ukrainę. To Niemcy i Francja.

Europa nie jest wcale podzielona, ona jest dzielona. Przez Berlin i Paryż. Zatem, może jeszcze jest nadzieja?

Dwa duże państwa UE i NATO Niemcy i Francja piszą księgę hańby. Niemiecką i francuską księgę hańby. Na zwłokach cywili znalezionych m.in. na ulicach w ukraińskiej Buczy są niezmywalne ślady niemieckiej i francuskiej prorosyjskiej polityki międzynarodowej. To dowody zbrodni.

Premier Mateusz Morawiecki powiedział w poniedziałek, że z Putinem się nie negocjuje. Jeśli nad Sekwaną i Renem tego nie zrozumieją, może wkrótce dojść do sytuacji, że większość Europejczyków nie będzie rozmawiała z Niemcami i Francuzami. Przecież ponad 80 lat temu też nie rozmawiano z Hitlerem i Pétainem.

 

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni kontra balast „dziennikarskiej” niefrasobliwości

Ogromna większość korespondentów wojennych to odważni ludzie i dobrzy fachowcy, którzy z narażeniem życia i zdrowia przekazują nam, to co powinniśmy wiedzieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę – ukazują między innymi bezmiar okrucieństwa moskiewskich żołdaków dopuszczających się zbrodni na cywilach. Jest jednak podszywająca się pod korespondentów wojennych mała grupa oszustów, która, niestety, wpływa na obraz tej wojny w światowych mediach. To łże korespondenci, „dziennikarze”, czyli dennnikarze (zapis celowy nawiązujący do kresu poziomu wykonywanego zawodu). Są głupcami, szkodnikami, pożytecznymi idiotami albo prowokatorami. Albo… Albo wszystkimi tymi postaciami po trosze…

Rozmawiałem niedawno z prawdziwym dziennikarzem. Wrócił na kilka dni z Ukrainy do swojej redakcji, tylko po to, aby zaraz tam wrócić. Nie nazywa siebie korespondentem wojennym, chociaż niejedną wojnę widział robiąc z niej relacje. Prosi, aby nazywać go po prostu reporterem. Znamy się kilkanaście lat. Jak na dziennikarza – reportera „przerażająco” skromny. Grozi mi, że jeśli ujawnię jego tożsamość to mnie… Ukarze mnie. Nie wnikam w jaki sposób, bo nie zamierzam go „dekonspirować”.

To, co mówi o przebierańcach, czyli ludziach, którzy nazywają siebie „korespondentami wojennymi”, poraża.

„Przeważnie to ludzie z mniejszych redakcji, nierzadko z lokalnych mediów, ale nie tych z pasa przygranicznego. Czasem znani, czasem nieznani. Z całego świata” – opowiadał. „Są krzykliwi, butni i łatwo rzucają się w oczy. Napis ‘Press’ noszą nawet na ‘d…e’” – powiedział znajomy reporter.  „Taki ‘korespondent’ nie ma często pojęcia o wojnie, nie mówiąc już przeszkoleniu, które dla poważnej redakcji powinno być obowiązkowe, bo od tego zależy zdrowie i życie ich dziennikarza. Są do bólu roszczeniowi wobec żołnierzy” – podkreślił.

Tutaj pada kilka przykładów, nie tylko z rosyjskiej inwazji na Ukrainę, w których dramatyczne sytuacje w wykonaniu udających korespondentów wojennych mieszają się z groteską. Gorzką. Mój rozmówca opowiada mi, że dennikarze – przebierańcy mają fioła na punkcie „obiektywnego” przekazywania informacji z frontu.

„Naoglądali się filmów, gdzie korespondenci rozmawiają ze stronami zbrojnego konfliktu” – zaznacza i wspomina niedawne wydarzenia z Ukrainy Młody człowiek pracujący w jednej z redakcji w środkowej Polsce zażądał od żołnierzy ukraińskich zaprowadzenia go na linie rosyjskie…” – opowiedział. „Jeden z oficerów najpierw się śmiał, a potem natychmiast w asyście kilku swoich ludzi odesłał tego chłopaka na tyły, złoszcząc się, że taki ‘dziennikarski balast’ absorbuje uwagę kilku żołnierzy mogących w tym czasie walczyć” – mówił mój znajomy. „A co, gdyby to było pod obstrzałem? Taki ‘balast’ upatrujący bezmyślnie w relacjach z wojny trampoliny dla kariery, gotowy zrobić każdą głupotę, aby zaistnieć, jest po prostu niebezpieczny. Mniejsza o to, że dla siebie, ale dla oddziału, dla ludzi, których wojskowi mają chronić” – tłumaczył.

Rozmawiamy, że wielu dziennikarzy nie rozumie, iż wojna to nie relacja z protestu rolników na drodze krajowej. A nawet autostradzie. Tutaj, przynajmniej podczas rosyjskiej inwazji na Ukrainę, korespondent musi być przez którąś ze stron wprowadzony na arenę działań wojennych. Wtedy, przez drugą stronę – jak przekonuje mój znajomy – może, chociaż nie musi, być potraktowany jako wróg. Ofiar wśród dziennikarzy jest już oficjalnie ponad dziesięcioro, ale nikt nie słyszał o śmierci reportera pracującego po rosyjskiej stronie, który zginąłby od kul Ukraińców. Za to Rosjanie napis „Pres” na kamizelce kuloodpornej traktują, jak tarczę. „Niestety, jakkolwiek infantylnie to zabrzmi, jest to niebezpieczne zajęcie. Dlatego, aby być w miarę ‘bezpiecznym’, trzeba słuchać dowódców, nie pokazywać tego, czego pokazywać nie wolno i opisywać takich szczegółów. Mrzonką jest ‘wolność’ słowa, na którą powołują się użyteczni idioci udający korespondentów wojennych” – opowiadał reporter.

„Tutaj musisz się podporządkować. Nie ma się też, co oszukiwać, chociaż na Ukrainie mi się to nie zdarzyło i nikt na przykład nie przeglądał moich dziennikarskich materiałów – jest cenzura wojenna. Inaczej dziennikarz będzie niebezpieczny dla wojska. Można jednak zrobić w tych warunkach rzetelną relację” – przekonywał mój znajomy.

Na ile przypadkowi, nieprzygotowani do pracy na froncie, często nie znający języków, dziennikarze są niebezpieczni dla żołnierzy wiadomo. Gorzej, kiedy podszywający się pod reportera, dziennikarz – amator dociera do zwykłych zmęczonych wojną ludzi. „Słyszałem o przypadkach, kiedy tacy amatorzy docierali do ostrzeliwanego przez Rosjan miasteczka i… byli traktowani, jak moskiewscy szpiedzy. Jeden z nich cudem uniknął ‘obywatelskiego’ linczu. Kretyn zostawił legitymację dziennikarską w plecaku kilka kilometrów od miejsca zatrzymania przez miejscowych. Uratował go ukraiński patrol” – mówił reporter.

Dodał, że wszystko dla tego nieodpowiedzialnego człowieka skończyło się dobrze, ale zaangażowanie sił i środków, aby wyjaśniać tę sytuację było niewspółmiernie duże wobec… skandalicznego zachowania się owego „dziennikarza”. „Nie był to Polak, nie wiem, czy jego redakcja go ukarała, ale po kilku dniach w sieci ukazały się jego ‘bohaterskie opowieści’” – podsumował mój znajomy reporter.

                                                     *** Zamiast komentarza ***

„Dziennikarski balast”, czyli potrzebny na wojnie, jak polska opozycja w sejmie, dennikarz, o ile niegroźny dla ukraińskich żołnierzy i cywilów, może sobie – moim zdaniem – chodzić po linii frontu. Nawet z parasolem z logo swojego medium, a był taki przypadek… Gorzej, kiedy przygotowane przez amatora „relacje” są wyssane z palce albo po prostu kłamliwe. Tak może być w przypadku niektórych zachodnich pseudo reporterów podskórnie przychylnych Rosji albo po prostu uważających, że Putin opamięta się i oszczędzi ich kraj, kiedy akurat jego armia będzie szła w kierunku Polski, a potem Niemiec czy Francji. Niektórzy reporterzy niemieccy przecież, w odniesieniu do inwazji moskiewskiej na Ukrainę, nadal używają rosyjskiego określenia „specjalna operacja wojskowa”.

Zachód nie rozumie wojny na Ukrainie, bo wielu zachodnich dziennikarzy, wydawców i właścicieli mediów nie rozumie tej wojny albo, co gorsza, usiłuje zacierać swoje błędy w opisywaniu genezy konfliktu…

Jedna z dziennikarskich central związkowych państwa położonego nieco dalej na zachód od frontu chce pomagać dziennikarzom ukraińskim i prawdziwym korespondentom wojennym z całego świata. Chwała im za to. Jednak pytani o to, jak zamierzają przetransportować kamizelki z napisem „Press” na Ukrainę, odpowiadają, że to nie mogą być kamizelki kuloodporne, bo to przecież broń, a Rosja mogłaby wówczas wystosować notę dyplomatyczną do ich kraju…

Amatorzy są wszędzie, ale na wojnie należy ich unikać.

Mariupol po miesiącu rosyjskich bombardowań. Gdzieś tutaj był dom dziecka sierot, które mieszkają teraz w DPT SDP w Kazimierzu nad Wisłą; Zdj.: prt sc/ Radio Free Europe, Radio Liberty/ Twitter@Polk_Azov

KRZYSZTOF SKOWROŃSKI o pytaniach do SDP ws. sierot z Mariupola: To, co robi Newsweek jest skandalem

Pracownica tygodnika niemiecko-szwajcarskiego koncernu napisała do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pytania w sprawie ponad 60 sierot z Mariupola, które na początku marca udało się ich opiekunom wywieźć z okrążonego przez Rosjan miasta. Dzieci przyjechały do Domu Pracy Twórczej SDP i tam wraz z prawie osiemdziesięcioma innymi uchodźcami z Ukrainy mieszkają już trzeci tydzień. W domu wypoczynku naszego stowarzyszenia – co potwierdzają kontrole – mają dobre warunki życia i zakwaterowania, pełne wyżywienie, a personel DPT stara się, aby goście z Ukrainy mogli, choć na jakiś czas, zapomnieć o rosyjskiej inwazji.

Dziennikarka z Newsweeka, która napisała do SDP, przesłała nam pytania de facto do opiekunów sierot z domu dziecka w Mariupolu, nie do SDP – gospodarza DPT w Kazimierzu nad Wisłą, w którym schronienie znaleźli uchodźcy.

Owe „pytania” – co zauważą nawet studenci pierwszego roku dziennikarstwa – miały charakter sugestii, a nawet insytuacji. Otóż, wielkim „problemem” dla Newsweeka, pod koniec pierwszego miesiąca wojny z rosyjskimi oprawcami i płynącej zewsząd pomocy dla Ukraińców był jeden z opiekunów dzieci – pastor z USA o którym dziennikarka napisała w internetowym artykule z 18 marca 2022 r., że jego „działalność jest pasmem kontrowersji” i dalej, iż: „przebywa w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą z grupą ponad 60 dzieci uratowanych z ukraińskiego sierocińca”.

Autorka zauważyła w tekście, że dziećmi cudem wydostanymi ze zrujnowanego przez rosyjskich żołdaków Mariupola opiekuje się: „skrajnie prawicowy republikanin, prawnik i pastor ze Stanów Zjednoczonych”. Proszę wybaczyć ironię, ale nie wiem, czy pomimo różnic w doktrynach amerykańskich i europejskich, pani redaktor spotkała kiedyś „lewicowego republikanina”. Do tego pastora. I to jeszcze z USA…

Zadawane instytucji, która tylko udziela gościny uciekinierom wojennym, czyli SDP, pytania – w większości – deprecjonowały opiekunów dzieciaków z Mariupola, dotyczyły m.in. „legalności pobytu” grupy. Pojawiały się w teście Żądło informacje dotyczące przygotowań do rzekomych adopcji dzieci z Mariupola przez osoby z USA, co wyklucza status, który nadały sierotom polskie władze.

Skrajnym jednak – moim zdaniem – przejawem nieodpowiedzialności dziennikarki było zdanie, że opiekunowie sierot z Mariupola „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

 

W sprawie artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola, które goszczą w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą i pytań przesłanych przez dziennikarkę zabrał głos prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński. Napisał do autorki tekstu Agnieszki Żądło:

„Uważam, że to co robi Newsweek i Pani jest absolutnym skandalem” – podkreślił Skowroński.

„Zgłosiliśmy Dom Dziennikarza jako potencjalne miejsce gościny dla uchodźców z Ukrainy. Przyjęliśmy 140 osób, w tym sieroty z Mariupola. Naszym zadaniem jest zapewnienie im elementarnych spraw bytowych i umożliwienie zapomnienia o zagrożeniach związanych z wojną” – napisał prezes SDP.

 

Miało nie być komentarza, ale będzie, bo nie można takiego zachowania Newsweeka zostawić bez riposty. Ten artykuł to nie jest reakcja tygodnika wobec sił politycznych, wobec rządu, wobec postaw społecznych, czy wobec zjawisk w środowisku celebrytów. To atak na opiekunów, którzy uratowali ukraińskie dzieci z sierocińca w Mariupolu i wywieźli małych uchodźców z okrążonego przez rosyjskich morderców miasta.


                                                 KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Zapłaciłem za internetową wersję Newsweeka prawie 10 złotych. Nie polecam nikomu. Musiałem jednak w pełnej wersji przeczytać artykuł.

Dawno nie miałem przed sobą tylu manipulacyjnie rozegranych, pomieszanych z fikcją, wydarzeń – faktów i komentarzy. W artykule opluto opiekunów, zarzucono im popełnienie wszystkich grzechów świata. Prawie wszystkich.

Ale powtórzę, główną niegodziwością okazało się zdanie z artykułu o domniemanych i niepotwierdzonych błędach opiekunów, którzy wg. autorki tekstu: „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

Kiedy 30 lat temu zaczynałem, jako dziennikarz, uczono mnie, że nie pisze się o próbach samobójczych, jeśli nie jest to absolutnie koniecznie i nie powtarza się pogłosek, tym bardziej plotek o tym, jeśli nie potwierdzą tego policja i prokuratura. Nic się nie zmieniło. Etyka dziennikarska na pewno.

Pytań do SDP napisała autorka artykułu wiele, większość z tezą, ale jedno z nich przebiło chyba dno „dziennikarskiej wrażliwości” pani redaktor Żądło.

„Czy prawdą jest, że jedno z dzieci podjęło próbę samobójczą lub miało myśli z tym związane – w ostatnich dniach już po przybyciu do Polski?” – pytała w mailu do biura SDP dziennikarka Newsweeka.

Szkoda, że nie dostała takiej odpowiedzi:

Czy prawdą jest, że chce pani być dziennikarką lub miała myśli z tym związane, szczególnie w ostatnich dniach już po napisaniu artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola?

Dlaczego taka złośliwość? Bo pytała o to dziennikarka, która pisała artykuł o sierotach z ukraińskiego domu dziecka. Dzieciach, które opiekunowie cudem wywieźli z piekła wojny jaką rozpętała Rosja. Dzieciach, które oprócz trudnych przeżyć pierwszych lat życia, do końca swoich dni zmagać się będą także z wojennymi wspomnieniami z krwawiącego Mariupola…

Czy to jest dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem jest opisywanie sytuacji, kiedy z góry osądza się kogoś przed jakimikolwiek rozstrzygnięciami prawnymi? Czy dziennikarstwem jest wysyłanie prowokacyjnych pytań do instytucji, w której domu wypoczynkowym schornili się  mali uchodźcy z Ukrainy i ich opiekunowie?

Nie, to nie dziennikarstwo. Kiedyś pani redaktor byłaby kandydatką do nagrody, której już w całej gamie nagród SDP nie ma. Niestety. Ba, zbiorowym kandydatem do tej nagrody byłby tygodnik pani redaktor.

Ale, wiecie co? Nie warto.

Collage: France24/ BFN/ ARD/ RAI News/ TT/ h/ re/ ee

HUBERT BEKRYCHT: Świat patrzy i spycha rosyjską inwazję na Ukrainę na drugi plan

Brutalna rosyjska agresja na Ukrainę przestraszyła cały świat. Ale świat, prawie miesiąc po wybuchu wojny, coraz mniej przejmuje się Ukrainą, która wykrwawia się na jego oczach. Widać to w globalnych sieciach medialnych – oglądałem tę papkę w poniedziałek późnym wieczorem.

Ludzie, oni tam na Zachodzie śpią. I śniąc nawet nie mają pod ręką nocnika na wypadek, gdyby po rosyjskim ataku na Europę i świat, nagle się przebudzili…

Niemcy na swoich kanałach informacyjnych, oprócz zdawkowych relacji z frontu pokazują ratowanie żółwi na pacyficznej wysepce. Ze zdumieniem w ARD zobaczyłem wojenną relację tylko z perspektywy rosyjskiej, bez słowa o tragedii Ukraińców, a korespondenci publicznego niemieckiego kanału używają wobec wojny określenia Putina: „rosyjska operacja strategiczna lub wojenna” …

Francuzi się martwią. Ewentualnym brakiem gazu i prądu oraz kursem euro. Media francuskie coraz częściej pokazują dramat uchodźców, który uciekają z jednego do drugiego kraju. W Afryce. France 24 w wersji angielskiej częściej niż Mariupol pokazuje konflikt w Nigerii. W BFM była dyskusja o… przyszłości Putina, ale ani słowa o tym, że Francja sprzedawała jeszcze niedawno broń Rosji. Cóż, wybory prezydenckie za pasem…

Włoskie stacje telewizyjne pełne są sprzecznych analiz sytuacji wojennej. Normalka. Tamtejsze media prezentują nieaktualne i najeżone błędami mapy Ukrainy i Rosji. Jedna była nawet  z czasów sowieckich, bo Mariupol opisano tam, jako… Żdanow, ale szybko poprawiono błąd. Profesjonalizm. W RAI widziałem też rozważania publicystów. Temat: Czy Putin zdobędzie od razu całą Ukrainę, czy tylko pół…

Holendrzy o wojnie informują mało, chyba, że „Ukrainka zatruła Rosjan pasztecikami”. Niderlandzkie media mają zresztą kilka „dyżurnych” obrazków wojennych a Ukraińców pokazują w Przemyślu. Są to zdjęcia sprzed 2 lub 3 tygodni…

W belgijskiej telewizji durny teleturniej, ale prowadzący mają przypięte wstążeczki w ukraińskich barwach. Tutaj jednak po teleturnieju sprawozdanie z frontu. 40 sekund.

Świat arabski zaznacza swoją neutralność, bo tamtejsze media zaraz po migawkach z Ukrainy pokazują podnieconego Putina na stadionie. Głównym tematem Al Jazeery jest zamach „w Palestynie”, w której to relacji reporterzy potępiają „złych” Żydów. Zginęła jedna osoba. Potem sytuacja gospodarcza i Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Katarze, a na czwartym miejscu Ukraina…

Media izraelskie tłumaczą się światu, dlaczego ich rząd rozmawia z Putinem. Wyjaśnienia, o ile dostępne po angielsku,  są talmudyczne, czyli długie i zawiłe. W telewizji i24 prezenterzy zajęci są jednak sytuacją na terytoriach zamieszkałych przez „złych” Arabów. Dopiero potem Putin na stadionie „z okazji rocznicy” zajęcia Krymu. Następnie krwawe walki na Ukrainie, ale zdjęcia chyba sprzed tygodnia…

CNN przez 3 minuty reklamuje swój oddział w Abu Dabi, a potem amerykańscy analitycy giełdowi tłumaczą ludziom, dlaczego inwestowanie w Rosji jest nieopłacalne…

W brytyjskich telewizjach chyba najwięcej relacji z inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Rzetelny obraz wojny i broniącej się przed Putinem Ukrainy. Punktowanie zbrodni wojennych Moskwy. Niestety, w BBC o tym, jak wojna wpływa na klimat. Brytyjska telewizja publiczna, która przez lata była podawana za wzór do naśladowania dla dziennikarzy – bez żenady – wciska mi kłamstwa ekologów…

Pracownicy kanałów hiszpańskich i latynoskich nie mają pojęcia, gdzie leży Ukraina, bo mówią w nich o kraju w północnej Europie. Gdzieś obok Norwegii…

Telewizja watykańska pokazuję pusty Plac Świętego Piotra. Całą noc…

 

Jarosław Guzy Fot. HB

JAROSŁAW GUZY: Jeżeli ktoś powiela rosyjską propagandę nie jest dziennikarzem

Z JAROSŁAWEM GUZYMekspertem ds. bezpieczeństwa międzynarodowego, analitykiem, działaczem opozycji niepodległościowej, pierwszy przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów – rozmawiał Hubert Bekrycht.

H.B.: Poza relacjami ukraińskich dziennikarzy, jest kilka sposobów przekazu z tej wojny, m.in. – rosyjski, czyli kłamliwy, oszczerczy, proputinowski – zagraniczny, reporterów spoza Ukrainy, często naiwny – polski zgodny z naszą racją stanu – i niestety wychodząca z różnych państw, także z Polski, narracja, delikatnie mówiąc, sprzyjająca rosyjskim bandytom, którzy napadli na Ukrainę. Jak Pan to ocenia?

Jarosław Guzy: Są tacy ludzie. Nie miejmy złudzeń, są praktycznie w każdym kraju, nie tylko u nas, ale właśnie paradoksalnie są także w Polsce. Istnieją środowiska renegackie i statystycznie podczas każdej wojny są dziennikarscy renegaci. To, że są w przekazie publicznym podczas rosyjskiej inwazji, bardzo martwi. Trudno na to znaleźć sposób w demokracji, ale są sposoby i na renegatów.

Skąd ci dziennikarscy renegaci się biorą w Polsce?

Moim zdaniem było zbyt wiele tolerancji dla funkcjonowania agentury rosyjskiej. I tej operacyjnej i agentury wpływu. Były również pewne deficyty, jeśli chodzi o działanie naszych służb, co nie oznacza, że w demokracji nie można głosić głupich poglądów. Jeśli są to jednak poglądy głoszone na zamówienie obcego mocarstwa, wrogiego Polsce i naszym sojusznikom, to akcja państwa powinna być zdecydowana.

…wobec dziennikarzy głoszących takie poglądy…

…to nie są dziennikarze. Jeżeli ktoś powiela rosyjską propagandę, nie jest dziennikarzem. Nie przysługują mu te same prawa przysługujące prawdziwym dziennikarzom. Wolność słowa, nawet w najbardziej demokratycznym kraju, ma swoje ograniczenia. Jest wolność słowa, ale nie ma wolności dla rosyjskiej agentury

 Jak Pan ocenia relacje dziennikarskie z moskiewskiej inwazji na Ukrainę? 

Środowiska dziennikarskie, także te dotychczas ze sobą poróżnione, bo pochodzące z różnych nurtów politycznych, ideologicznych, in gremio, wobec rzeczywistości wojennej inwazji rosyjskiej, mają do spełnienia ogromną rolę. To, że światowa opinia publiczna jest poruszona, tym co dzieje się na Ukrainie, stanowi zasługę dziennikarzy, reporterów, operatorów, dźwiękowców, producentów. Relacjonując ogrom zniszczeń i brutalność rosyjskich żołnierze, dziennikarze na Urainie płacą często najwyższą cenę…

Collage: h/ 5.ua/ Ukraine NOW/ wikipedia/ re

HUBERT BEKRYCHT: Rosyjsko-niemiecko-francuski front albo oś Moskwa – Berlin – Paryż

Jak ja nie chciałem tego napisać. Nie mam jednak wyboru, bo nie pogodziłem się z próbą wywołania III wojny światowej przez Kreml. Putin od trzech tygodni prowadzi inwazję na niepodległą Ukrainę, a jego żołdacy, którzy – strzelając do cywili, zabijając dzieci i niszcząc mieszkalne osiedla – ów szatański plan realizują, mają możnych pomocników. Kto to? Po pierwsze trzęsące się ze strachu francuskie elity polityczne prezydenta Macrona. Po drugie, grono niemieckich sierotek po „żelaznej” kanclerz Merkel.

Zacznijmy od końca – Niemcy. Grupa ta, którą nazwałem sierotami po aktywistce komunistycznej młodzieżówki z b. NRD, doczekała się, po kilku miesiącach pośladkowego porodu, politycznego, chromego brata – lewicująco-lewacko-zielonego (tak zielonego!) kanclerza Scholz. Dziecko pobawiło się troszkę sojuszami, ale zrozumiało, co to wojna, którą po raz ostatni widziało na oczy pokolenie jego dziadków, przedtem ją wywołując, bądź będąc obojętnym.

Scholz zadrżał, kiedy groteskowy car podpisywał uznanie „ludowych republik” na wschodzie Ukrainy. Scholz zadrżał, kiedy w pierwszych dniach wojny Putin nie odbierał od niego telefonów. Scholz zadrżał, kiedy Niemcy w większości opowiedzieli się za pomocą militarną dla Ukrainy.

Scholz nie zadrżał, kiedy Rosja pogroziła atomowym paluszkiem. Nie zadrżał, bo albo jest głupi albo coś wie. Coś, czego nie wiedzą polityczne elit Berlina. Nadal Niemcy są najsłabszym ogniwem w koalicji antyputinowskiej, bo to właśnie Niemcy stworzyły Putina i jego otoczenie. To Niemcy nie mają zamiaru tracić na wojnie, bo przecież miały zarobić.

Scholz nie spodziewał się spójnego porozumienia w sprawie sankcji wobec Kremla. Nie przewidzieli też notable berlińskiego rządu, że większość państw NATO i UE będzie chciała obalenia Putina. Bowiem satrapa moskiewski jest teraz słaby, nie tylko politycznie. Czy Niemcy będą torpedowały dalszą militarną pomoc Ukrainie? I nie chodzi tu tylko o dostawy broni…

Drugim nieudanym politykiem Europy jest prezydent Francji Macron, który zachowuje się podczas inwazji na Ukrainę, jak wolontariusz swojej partii podczas kampanii wyborczej.

Nie ma sensu omawiać wszystkich cech, które przybliżają europejskiego Macrona do azjatyckiego Putina, ale jedna z nich jest wspólna także z Scholzem i kremlowskim dyktatorem – tchórzostwo. Strach przed tym, co będzie dalej, kiedy z rosyjsko-niemiecko-francuskiego frontu zrobi się zwyczajna oś Moskwa – Berlin – Paryż.

To nie przypadek, że w gronie premierów Polski, Czech i Słowenii: Morawieckiego, Kaczyńskiego, Fiali i Jansy – podczas wizyty w Kijowie i rozmów z prezydentem Żeleńskim – nie ma „przywódców Europy” Scholza i Macrona.

Oś Moskwa – Berlin – Paryż działa i jak to oś, przenosi pęd (do kasy) i drgania (wojna) na wóz (Rosję). Oj, niedługo ta oś się… urwie.

***

Aha, bardzo uważnie przyglądam się polskim publicystom, którzy owej rosyjsko-niemiecko-francuskiej osi kibicują a potem mówią, że nie wiedzą, co to kibicowanie. Zatem, oświadczam, że po wpisie na twitterze, ponoć kiedyś „prawicowego”, Pana Warzechy Łukasza na temat przedstawicieli polskiej delegacji składającej wizytę w Kijowie 15 marca 2022 r., nigdy – kiedy będę redaktorem naczelnym portalu sdp pl. – ów „publicysta” Warzecha Łukasz nic w mediach SDP nie napisze. Tak, to taka moja prywatna, uzasadniona dziejowo dziennikarska, wojenna i prewencyjna cenzura wobec osi złej publicystyki. I już jestem z tego dumny.

W Irpieniu na Ukranie bandyci w mudurach rosyjskich żołnierzy zastrzelili amerykańskiego filmowca i dziennikarza Brenta Renaud'a. Badły kolejne bariery w tej wojnie - Putin morduje dziennikarzy. Collage: Mapa w telewizji FOX News po tragicznej informacji/ Fox/ O Globo/ Cambio h/ s/ re

Rosjanie zabili dziennikarza w Irpinie. Zginął 50-letni Amerykanin Brent Renaud z NYT

Rosja przekaracza kolejne granice okrucieństwa i gwałci wszelkie prawa człowieka. Od początku inwazji na Ukrainę moskiewscy żołdacy zabijają cywili, kobiety, dzieci, atakują szpitale, przedszkola. W niedzielę bandyci w mundurach sił zbrojnych Federacji Rosyskiej zamordowali z zimną krwią dziennikarza i filmowca, 50-letniego Amerykanina Brenta Renaud’a z New York Times. Zginął niedaleko stolicy Ukrainy Kijowa, w miejscowości Irpień.

Informacje o śmierci Renaud’a, jako jedne z pierwszych podały amerykańskie agencje i stacje telewizyjne. W studio FOX News prowadzący na chwilę zamilkli…

Renaud jest pierwszym zagranicznym dziennikarzem, który zginął po inwazji rosyjskiej na Ukrainę 24 lutego 2022 r.

Światowe media podały, że Renaud został zastrzelony przez rosyjskich żołnierzy w Irpinie w obwodzie kijowskim. Dwóch innych dziennikarzy zostało rannych i zabranych do szpitala. Wg. agencji prasowych z USA jeden z nich jest w ciężkim stanie. Drugi, kolumbijski fotoreporter Juan Arredondo, który jest pod opieką lekarzy, napisał później na Twitterze, że grupa dziennikarzy filmowała uchodźców na jednym z mostów w Irpinie.

Podczas filmowania grupy cywili, rosyjscy żołnierze zaczęli strzelać do dziennikarzy. Zabili Renauda.

 

Brent Anthony Renaud urodził się 13 października 1971 roku w Memphis na południu USA. Był  dziennikarzem, pisarzem, filmowcem, dokumentalistą i fotoreporterem. Renaud współpracował ze swoim bratem Craigiem przy produkcji filmów m.in. HBO i Vice News. Pracował m.in. dla New York Times.

 

Brent Renaud 1971 – 2022 

R.I.P.