Maja Sever - nowa przewodnicząca EFJ Fot.(3) Hubert Bekrycht

Maja Sever z Chorwacji przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej EFJ

Dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever została wybrana przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Jouranlists) podczas Zebrania Ogólnego EFJ w Izmirze.

W wywiadzie, którego udzieliła portalowi SDP tuż po ogłoszeniu wyników głosowania, Maja Sever przyznała, że przed nią jest teraz wiele wyzwań. „Moim głównym celem jest utrzymanie jedności federacji” – podkreśliła.

Maja Sever po wyborze na stanowisko przewodniczącej EFJ

Chorwatka dodała, że właśnie teraz, kiedy świat boryka się ze społecznymi i ekonomicznymi następstwami dwuletniej pandemii oraz rosyjskiej inwazji na Ukrainę dziennikarze m.in. z EFJ muszą wykazywać się szczególną odpowiedzialnością.

„Chodzi o to, abyśmy mogli razem być silni i walczyć o niezależne dziennikarstwo” – powiedziała nowa szefowa EFJ.

Maja Sever dostała 137 ze 144 głosów. Jej kontrkandydatem był reżyser i dziennikarz a także wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis (7 głosów), który nie mógł przyjechać do Izmiru, bo realizuje film na Ukrainie. Pilis kandydował także do władz EFJ, ale nie został wybrany.

 

Wiceprzewodniczący EFJ Mustafa Kuleli (Turcja)  i nowa szefowa EFJ Maja Sever  (Chorwacja)

Wiceprzewodniczącym EFJ został turecki dziennikarz Mustafa Kuleli – sekretarz generalny Tureckiej Unii Dziennikarzy (Journalists Union of Turkey – TGS).

 

 


Po. godz 13.15 czasu polskiego w Izmirze ogłoszono wyniki wyborów do Komitetu Wykonawczego Europejskiej  EFJ (Steering Committee).

Wybrano 7 osób reprezentujących  Niemcy, Francję, Hiszpanię, Danię, Włochy, Belgię i Wielką Brytanię.

Ipek Yezdani mówi sytuacji mediów w Turcji Fot.: Hubert Bekrycht

Walka o wolność mediów w Izmirze – HUBERT BEKRYCHT pisze o dziennikarskim kongresie EFJ

Tytuł to nie ironia – to właśnie w Turcji, w której w więzieniach z powodów politycznych jest obecnie ponad 120 dziennikarzy, odbywa się Zebranie Ogólne Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Jouranalists – EFJ). Oprócz przedstawicieli wielu stowarzyszeń i związków zawodowych mediów z prawie wszystkich krajów Starego Kontynentu, do Izmiru przejechali dziennikarze z całej Turcji – zarówno z mediów prorządowych i z tych nielicznych, które sprzeciwiają się obecnej sytuacji politycznej.

Delegaci przyjechali do Izmiru z całej Europy i z Turcji

Od początku obrad dominowały kwestie niezależności dziennikarskiej w Turcji przewijające się w każdym wątku tematycznym kongresu. „Dziennikarstwo to nie zbrodnia” – powtarzali dziennikarze sprzeciwiający się cenzurze i prześladowaniu ich koleżanek i kolegów nad Bosforem.  Przedstawiciele mediów z Turcji ocenili, że prorządowe telewizje, rozgłośnie radiowe, portale i gazety stanowią ponad 90 procent rynku.

Walka o wolne media

Oklaskami przyjęto wystąpienie Ipek Yezdani, tureckiej dziennikarki wyrzuconej w 2019 roku z dziennika Hurriyet. Ipek nie udziela wywiadów, ale od kilku lat jej historia jest jednym z lepiej udokumentowanych przykładów walki o wolność mediów nie tylko w Turcji. Yazdani o zwolnieniu z pracy dowiedziała się 3 lata temu podczas porannego zebrania, gdzie planowano następny numer jej gazety. A dowiedziała się w sposób nietypowy, bo od swojej mamy, która adzwoniła do Ipek i powiedziała jej, że już nie pracuje w Hurriyet…

Sytuacja w tureckich mediach omawiana przez Ipek Yezdani

Dziennikarze przeciwni tureckiemu rządowi mówią, że chcą jedynie prawdy. W mediach kontrolowanych przez państwo dominuje pogląd, że wieści nieprzychylne władzom republikańskim to fake newsy. Yezdani nie wie, jak rozwinie się sytuacja polityczna w jej kraju, ale wiadomo, że nie ustąpi i nadal będzie walczyć o wolność słowa.

Media lokalne

Podczas pierwszego dnia zjazdu EFJ w Izmirze jednym z tematów było oddziaływanie mediów lokalnych w Europie. Ta sytuacja – zdaniem większości uczestników kongresu – nie jest dobra, szczególnie, co podkreślali m.in. Brytyjczycy, w lokalnej prasie i regionalnych portalach internetowych.

EPJ w oficjalnych wystąpieniach wsparła walczącą z rosyjską inwazją Ukrainę, ale na początku zjazdu mało mówiono o tym kraju. Ukraińscy dziennikarze przypominali o tym kraju w panelu o lokalnych mediach opowiadali, jak regionalni dziennikarze pomagają w informowaniu miejscowej ludności o zagrożeniach ze strony barbarzyńców w rosyjskich mundurach. Nie było dużo o konflikcie, który kompletnie zmienił architekturę bezpieczeństwa na świecie i może doprowadzić do III wojny światowej, ale sporo czasu zajęła niektórym obradującym tematyka dotycząca równość płci określanym popularnym terminem – gender.

Mandaty dla EFJ

Podzielono mandaty potrzebne m.in. do głosowania przy wyborach nowych władz EFJ. Najwięcej mają ich kraje tzw. Starej Europy. Polsce przypadło 5 mandatów, w tym 3 przypadły największej polskiej organizacji dziennikarskiej – Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Kryteria przyznawania mandatów przez EFJ nie jest są jasne i – jak proponowano – wymaga sprecyzowania w kolejnych dokumentach statutowych. Jednym z takich kryteriów była liczebność organizacji wg. zasady, czym więcej członków, tym więcej mandatów.

Izmir – miejsce obrad EFJ w starym centrum przemysłowym

W opinii wielu delegatów nie jest to system sprawiedliwy, bo faworyzuje organizacje raportujące dużą liczbę członków bez wiarygodnej weryfikacji albo przyznaje mandaty związków i stowarzyszeń dziennikarskich, które są aktywne. Ale tylko na arenie międzynarodowej…

 

Podziękowania i głosowania

Wiadomo, że o kolejną kadencję nie będzie ubiegał się dotychczasowy przewodniczący EFJ Moens Blicher Bjerregard z Danii. Ustępujący lider podziękował za 9 lat współpracy. Pożegnano go owacjami na stojąco.

Przed uczestnikami kongresu w Izmirze wybory nowych władz, do których SDP rekomenduje dziennikarza, reżysera i wiceszefa naszego stowarzyszenia Mariusza Pilisa, który nie mógł przyjechać na turecki zjazd, ponieważ robi teraz film na Ukrainie, w którym znajdą się relacje z kolejnego miesiąca rosyjskiej inwazji, m.in. z okolic Charkowa.

Mariusz Pilis - wiceprezes SDP

MARIUSZ PILIS kandydatem SDP do władz Europejskiej Federacji Dziennikarskiej – EFJ

Wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis jest naszym kandydatem do władz Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ). Kongres wyborczy odbywać się będzie w tureckim Izmirze 13 i 14 czerwca.

EFJ zrzesza ponad 320 tysięcy dziennikarzy i pracowników europejskich mediów, którzy reprezentują 73 organizacje z 45 krajów.

Na kongresie w Izmirze, który rozpocznie się w poniedziałek 13 czerwca delegaci z niemal wszystkich państw Starego Kontynentu mają wybrać władze EFJ w kadencji 2022 – 2024.

Kandydatem do władz Europejskich Federacji Dziennikarskiej wskazanym przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest jego wiceprzewodniczący Mariusz Pilis.

Sam kandydat nie może uczestniczyć w tureckim zjeździe, bo pracuje nad kolejnym filmem, tym razem na Ukrainie, kraju walczącym z rosyjską inwazją. W terminie kongresu nie jest w stanie przyjechać do Izmiru z ogarniętego wojną państwa.

Mariusz Pilis ma 55 lat, jest reżyserem filmowym, dziennikarzem i korespondentem wojennym, wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Od lat współpracuje w Zrządzenie Głównym SDP z szefem stowarzyszenia Krzysztofem Skowrońskim.

W swoim programie wyborczym Pilis podkreślił, że we władzach EFJ powinni zasiadać przedstawiciele Europy Środkowo-Wschodniej, także ze względu na wyjątkowe historyczne doświadczenia tej części kontynentu, które mogą pomóc dziennikarzom z Zachodu zrozumieć specyfikę regionu.

Moskiewska agresja na Ukrainę – jak napisał w swoim programie kandydat SDP – udowodniła, że powinniśmy zastanowić się nad relacjami z Rosją i nad zrewidowaniem relacji z krajem, który dokonuje krwawej inwazji na sąsiednie państwo.

Dla nas, członków jednej z największych organizacji dziennikarskich na świecie i Europie, ważne jest aby rozpoznawać narzędzia wrogiej, kremlowskiej propagandy i móc jej się przeciwstawić. Nie możemy wierzyć w kłamstwa Rosji – zaznaczył Pilis wskazując na swoje doświadczenia w tej kwestii jako korespondent wojenny w Czeczenii i teraz na Ukrainie, gdzie realizuje właśnie kolejny dokument.

Mam nadzieję, że moje doświadczenie w pracy z Rosjanami i przedstawicielami okupowanych przez nich narodów, przydadzą się nam wszystkim teraz, kiedy cały świat boi się, że inwazja Rosji na Ukrainę może się  przerodzić w III wojnę światową – przekazał Mariusz Pilis w swoim programie skierowanym do delegatów kongresu EFJ .

Życiorys Mariusz Pilisa oraz inni kandydaci

TUTAJ

 

 

 

Ciemnieje niebo nad Europą...

HUBERT BEKRYCHT: Ruchy sankcjopodopne UE umacniają Putina

Pojawiły się doniesienia agencyjne, że UE ma wprowadzić wobec Moskwy pakiet sankcji polegający na zakazie importu rosyjskiej ropy, ale… nie tej tłoczonej rurociągami…                          Za komuny w Domu Kultury przy Petrochemii Płock, z okazji rocznicy wybudowania kombinatu, ogłoszono konkurs plastyczny dla najmłodszych pod tytułem: „Ropa w oczach dziecka”. Odpowiedzialnych do tej pory nie wskazano.

Byłoby do śmiechu, gdyby nie sytuacja na Ukrainie. Europejski kraj na oczach „wolnego” świata walczy z ruską hordą zabijającą, gwałcącą, rabującą, a ci biurokraci z Brukseli zastanawiają się jak mieć ciasteczko i je zjeść.

Obłęd. Niemcy, Francuzi, Włosi, Skandynawowie i Benelux chyba gdzieś mają cierpienia Ukraińców. Boją się, że z powodu braku ropy i gazu tyłki im zmarzną. A zmarzną na pewno, jeśli ów twór – a może już potwór – zwany Unią Europejską, się nie obudzi.

Na razie śpią sumienia krajów członkowskich. Śpią smacznie i nie zmieni tego nawet nasza postawa. Cóż z tego, że Polska i m.in. Rumunia oraz kraje bałtyckie zachęcają do działania zdecydowanego wobec Rosji? Na Zachodzie jednak bez zmian. To przecież Rosja. Tutaj nie ma żartów. Ale czym to się skończy? Być może i oby nie, przed zasadniczym atakiem Moskwy na Ukrainę, Kreml będzie atakował hybrydowo włączając całą swoją agenturę w Berlinie, Brukseli, Paryżu i pożytecznych idiotów w tych i innych stolicach Starego Kontynentu. Pożytecznych idiotów, czyli wielu dziennikarzy również.

Może przywódcy Niemiec, Francji, Belgi, Holandii, Włoch myślą, że, kiedy będzie im brakowało paliwa wystarczy, tak jak prezydent Serbii, zadzwonić do Putina i serdecznie o ropę i gaz poprosić.

Tak, władcy Unii Europejskiej są cały czas w PRL-u, na wernisażu wystawy prac najmłodszych podopiecznych Domu Kultury Petrochemii Płock… W Brukseli ciągle „Ropa w oczach dziecka”.

Graf.: h/ re

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni i dziennikarskie niewypały

Napisać, że korespondencje wojenne z walczącej z rosyjską hordą Ukrainy są jakościowo różne, to jak napisać, że bandyta Putin jest chory, ale nie napisać na co. A relacje wojenne bywają różne – spokojne choć empatyczne, jak Jacka Łęskiego i… Właśnie, jak to nazwać? Są typy korespondentek i korespondentów, którzy po prostu chcą dobrze, ale wychodzi im to źle. To brak wiedzy i doświadczenia, ale brzemienny w skutki, bo my odbiorcy mamy emocjonalnie retuszowany albo wręcz „komercyjny” obraz wojny.

Na szczęście nie muszę być korespondentem wojennym. Jeszcze. Zawsze jednak podziwiałem i podziwiam Koleżanki i Kolegów potrafiących wykonywać tę pracę. Najcięższą bodaj spośród wielu dziennikarskich specjalności. To jednak, że na wojnie nie byłem, nie zwalnia mnie z obowiązku pisania o jakości relacji wojennych.

Nic dziwnego, że ktoś podczas takiej korespondencji chce być poważny. Relacjonuje przecież okropności ruskiej inwazji na ukraińskie miasta i wsie, ale, na Boga, niechaj ta powaga i przejmowanie się okropieństwami wojny nie przeszkadzają w odbiorze informacji.

Obraz pierwszy: Dziewczyna z jednej z największych polskich stacji telewizyjnych jedzie do ukraińskiego miasta. Tam twa liczenie strat po rosyjskiej inwazji, zbiera się informacje o zabitych i rannych. Próbuje się pomóc tym, u których ran nie widać, ale serca i dusze krwawią…

Reporterka stoi przed kamerą. Ma kamizelkę z napisem „Press”, mam nadzieję kuloodporną, której jednak brakuje zasłon pod szyją. A tam rozpięta koszula, między poły której – stawiam dolary przeciwko guzikom – patrzą wszyscy, nie tylko mężczyźni. Ludzie, nawet jeśli jesteście przygnębieni wojną, spojrzycie tam na pewno, bez względu na waszą płeć. To „element” relacji, który u ponad 80 procent odbiorców spowoduje „zaburzenie proporcji”, a po polsku – ogromna większość widzów gapi się na fajną kobietę i nawet jeśli chce posłuchać, co mówi reporterka, nikt, no prawie nikt, tego nie zapamięta. Po prostu.

W pewnym momencie dziewczyna, opowiadając o drastycznych szczegółach, na chwilkę milknie, głos jej się załamuje… To powoduje, że widz martwi się stanem psychiki – bez sarkazmu – dziennikarki, a nie tysiącami ofiar. Tak się po prostu nie robi. Nie tylko podczas relacji wojennych. To było nagranie. Niezależnie od emocji reporterki, należy powróżyć nagranie.

Reporterka mówi też o tym, gdzie – do jakiej części miasta – mają być przeniesieni ludzie, którzy stracili swoje domy i mieszkania. Tego nie skomentuję, bo lubię tę reporterkę i jeśli miała producenta lub wydawcę, to ich należy nabić na moralny pal dziennikarskich „rozliczeń”, bo powinni na to zwrócić uwagę. Przypominam, to nie była relacja bezpośrednia a nagranie.

*

Czasem zdarza się tak, że dziennikarze, którzy nigdy tego nie chcieli, są najlepszymi korespondentami wojennymi.

Obraz drugi, ostatni: Film z rozmowy właściciela portalu Salon 24 Sławomira Jastrzębowskiego ze współpracownikiem TVP i korespondentem wojennym z Ukrainy Jackiem Łęskim.

Prowizoryczne studio, trochę książek, mikrofony – w tle ani jednego elementu wojennego. Obraz rozmowy i jej uczestnicy są jednak w stanie przykuć moją uwagę na długie 45 minut.

Znany z kontrowersyjnego zachowania Jastrzębowski spokojnie zaczyna rozmowę i tak samo prowadzi ją do końca, ale jednocześnie jest sobą. Czasem się wtrąca, aby o coś zapytać, czasem – stosownie do sytuacji oczywiście – ironizuje. Powtórzę, Sławek jest sobą. Choć pewnie każdy z dziennikarzy ten wywiad przeprowadziłby inaczej, Jastrzębowski nie czyni z siebie postaci centralnej. Chwała mu za to, bo – chociaż nie w rozmowach o wojnie – czasem mu się zdarza.

Łęski autor bardzo dobrych, spokojnych i wyważonych korespondencji m.in. z Kijowa i Charkowa. Przyjechał właśnie z Ukrainy. Zresztą w tym kraju mieszkał przez lata. Zna realia, ale opowiadając o nich, co okaże się elementem spajającym wrażenia wojenne, jest normalnym dziennikarzem, który rozmawia z innym dziennikarzem. Gdyby nie tematyka, pomyślałbym, że gadają z Jastrzębowskim o polityce. Ale nie, to wojna jest główną postacią wywiadu.

To dzięki Łęskiemu, który jest szczery a jednocześnie wrażliwy, normalny a przecież doświadczony największym dramatem od II wojny światowej, możemy się naprawdę więcej dowiedzieć niż z relacji wielu innych korespondentów wojennych, którzy jak on byli w Kijowie, Charkowie, Irpieniu.

*

Relacja z walczącej z ruskimi hordami Ukrainy to tylko minuta, czasem dwie, trzy. Obraz pod powiekami, który zostanie po takiej korespondencji zostaje u widzów może nawet do końca życia. Na pewno ten obraz zostaje pod powiekami korespondentów wojennych. Też do końca życia.

Zatem, nie warto marnować czasu na słabe warsztatowo relacje wojenne.

 

 

 

Narzekajmy, szczególnie w mediach, które z narzekania uczyniły cnotę Fot.: h/ re/ arch.

HUBERT BEKRYCHT: Zachód, czyli wschód albo o czym tu nie ponarzekam

Od lat dziennikarze prześcigają się w tego rodzaju wstępach. A co, ja gorszy? Piszę to w piątek czekając na weekend, z którego i tak nic dla mnie nie wynika, bo ciągle pracuję.

Chyba mogę ponarzekać, że narzekanie stało się kwintesencją cywilizacji.  A na co będziemy narzekać, kiedy nasza cywilizacja upadnie? Chyba wiem – na następną cywilizację.

Świat narzekań

Zatem, nie napiszę tutaj o tym, że Niemcy udając Amerykanów postępują jak Rosjanie szczególnie wobec Ukraińców – wobec Polaków zresztą też; nie będzie też o gazie, który niczym powiew Armagedonu dosłownie unosi się nad światem; nie napiszę o inflacji, która jest groźna, nie tylko wówczas, kiedy idioci na całym świecie kupują na zapas; nie zmęczę mojej klawiatury rozważaniami o fatalnym stanie wszystkiego: kultury, polityki, dziennikarstwa, Eurowizji, filmu, dróg, życia społecznego, portali społecznościowych i społeczeństw obywatelskich. Tego tu nie będzie… Żartowałem.

Trudno pisać, kiedy nikt nie czyta, a wszyscy tylko do czytania zachęcają. Trudno pisać o czymś, co jest oczywiste, ale oczywiście nikt tego nie stara się nawet zrozumieć. Trudno pisać, kiedy wszyscy piszą, jak mają trudno.

Galaktyka narzekań

Nie ma sensu pogrążać się w narzekaniach na wszystko. Na pandemię, na kryzys, na żylaki. Nie tylko przecież Polacy są mistrzami narzekania. Mamy na świecie sporą konkurencję. Na przykład, w Berlinie narzekanie na uchodźców z Ukrainy tak weszło w krew uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki, że przeniosło się do budynków rządu federalnego Niemiec. We Francji, nawet w kręgach władzy, tak narzekają na Putina, że wychwalają „dobrych” Rosjan, którzy „nie chcą wojny”. Oczywiście to tylko takie austriackie, przepraszam, ruskie gadanie.

Narzekania są twórcze, kiedy coś z nich wynika. I ja jestem dumny z polskiego narzekania! Przez lata narzekań właśnie stworzyliśmy sobie jedyną sportową konkurencję na świecie, w której zawsze mamy pierwsze miejsce. Polacy narzekając inspirują, a inspirując tworzą swego rodzaju poetykę narzekania, która jest literacko unikatowa.

Kolejny przykład. Wszyscy skarżą się na „fatalny styl, zły gust i schlebiania tandecie” podczas konkursu piosenki biesiadno-tańcowanej, czyli Eurowizji. Wszyscy w Europie i Australii, bo tam eurowizyjnie też jest Europa. Niech no tylko jednak jakaś nacja wygra i zorganizuje konkurs. Wtedy Eurowizja staje się koncertem Filharmoników Wiedeńskich, tak jak w 2014 roku, kiedy Austriak Thomas Neuwirth wygrał konkurs w Kopenhadze jako Conchita Wurst.

Sztuka narzekania

Ciągle narzekamy. Na Zachodzie, Wschodzie, Południu i na Północy. Ciągle jednak narzekając i dając z siebie wtedy wszystko dajemy wszystkim znak, że żyjemy, że być może jesteśmy nudni, ale żyjemy. Bez narzekania świat upadnie, aby potem się z narzekania odrodzić.

Kochani, nie narzekajmy, że narzekamy. Narzekajmy! Przecież mamy tysiące powodów. Podaję powód narzekań na ten tydzień: jeśli słońce zachodzi po dobrym dniu, to przecież następny dzień, po następnym wschodzie słońca, może być gorszy od poprzedniego.

Chociaż, podobno amerykańscy naukowcy dowodzą, że może być też lepszy…

Śp. bp Adam Lepa 1939 - 2022

Pogrzeb BP ADAMA LEPY, o którym papież powiedział: „odszedł pasterz, który pełnił posługę w miłości i cierpliwości”

„W miłości i cierpliwości” – to było motto duszpasterskie zmarłego 27 kwietnia 2022 r. biskupa pomocniczego seniora archidiecezji łódzkiej Adama Lepy. W opinii wielu naukowców i dziennikarzy bp Lepa był najlepszym medioznawcą wśród polskich hierarchów kościelnych.

W piątek 6 maja i w sobotę 7 maja w Łodzi obyły się uroczystości żałobne biskupa Adama Lepy.

Sobotniej mszy w archikatedrze, której przewodniczył pochodzący z Łodzi jałmużnik papieski kardynał Konrad Krajewski. 

Arcybiskup Grzegorz Ryś, metropolita łódzki przeczytał podczas mszy żałobnej list od watykańskiego sekretarza stanu Pietro Parolina: „Odszedł pasterz, który pełnił posługę w myśl biskupiego zawołania +W miłości i cierpliwości+. Dziękuję Bogu za szlachetną postawę kapłańską i biskupią świętej pamięci biskupa Adama Lepy. Jestem wdzięczny za jego modlitwy, dobroć, pracę w Radzie Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu oraz Europejskim Komitecie Biskupów ds. Mediów i Synodzie Biskupów dla Europy, za posługę dydaktyczną, informacyjną na rzecz kandydatów do kapłaństwa” – przekazał – w swoim liście do uczestników pogrzebu bp Adama Lep – słowa papieża Franciszka kardynał Pietro Parolin.

 

 

„Jego Świątobliwość zawierza biskupa Adama Bożemu Miłosierdziu, wyprasza wstawiennictwo Świętego Józefa patrona archidiecezji łódzkiej i Świętej Faustyny patronki Łodzi” – podkreślił papieski sekretarz stanu w liście odczytanym przez metropolitę łódzkiego.

 

Spełniono ostatnie życzenie biskupa Lepy, aby pochowano go w grobie rodzinnym na łódzkim cmentarzu św. Wojciecha.

Metopolita łódzki arcypiskup Grzegorz Ryś mówił po uroczystościach żałobnych, że spuścizną życia i pracy Adama Lepy nie pozostanie tylko pasja medioznawcza, bo biskup zajmował się m.in. ewangelizacją, duszpasterstwem młodzieży, studentów, twórców. „Zmarły biskup Adam miał zdecydowane, niektórzy mówili radykalne, poglądy. Przy tych zdecydowanych opiniach pełen był jednak szacunku do każdego człowieka” – podkreślił abp Ryś.

Marcin Przeciszewski – redaktor naczelny Katolickiej Agencii Informacyjnej, który przez wiele lat współpracował z bp Lepą, zaznaczył, że zmarły biskup nie był tylko teoretykiem mediów. „Interesował się naszą pracą, działanością szeregowych dziennikarzy, reporterów – wspominał Przeciszewski.

„Z naszych kontaków wynikały szczególne relacje – wzajemnie się od siebie uczyliśmy” – mówili łódzcy dziennikarze żegnający biskupa.

Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie.

O biskupie Adamie Lepie czytaj również TUTAJ

 

Fotografie: Hubert Bekrycht

 

Doczesną drogę biskupa Adama Lepy na stronie Archidiecezji Łódzkiej przypomniał jej rzecznik ksiądz Paweł Kłys:

Bp Adam Lepa, ur. 17 marca 1939 w Łodzi. Biskup pomocniczy archidiecezji łódzkiej, biskup tytularny Regiany (Afryka).

Studia teologiczne ukończył w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi. Święcenia prezbiteratu otrzymał 18 marca 1962 z rąk biskupa Jana Wawrzyńca Kulika, biskupa pomocniczego łódzkiego. W 1965 ukończył studia w zakresie katechetyki w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (obecnie Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego). Studia specjalistyczne w zakresie pedagogiki odbył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Uwieńczył je doktoratem w 1974. Stopień doktora otrzymał na podstawie rozprawy „Błędy wychowania w rodzinie wielkomiejskiej w wypowiedziach młodzieży i rodziców”, napisanej pod kierunkiem profesora Stefana Kunowskiego.

Jako wikariusz pracował w latach 1962-1964 w parafii św. Wojciecha w Dobroniu, a w latach 1964-1978 w parafii Przemienienia Pańskiego w Łodzi. Funkcję proboszcza pełnił w dwóch parafiach łódzkich: w latach 1978-1981 w parafii św. Urszuli i w latach 1981-1988 w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

W latach 1978-1981 był diecezjalnym duszpasterzem akademickim. Funkcję diecezjalnego duszpasterza nauczycieli pełnił w latach 1978-1982. Przewodniczącym Wydziału Duszpasterstwa Kurii Diecezjalnej (Archidiecezjalnej, Metropolitalnej) był z krótką przerwą w latach 1978-2012. Był członkiem Rady Kapłańskiej i Kolegium Konsulatorów wszystkich kadencji. Godność kapelana Jego Świątobliwości otrzymał w 1986. Kanonikiem gremialnym Kapituły Katedralnej Łódzkiej został w 1987.

Pełnił funkcję przewodniczącego Komitetu organizującego łódzki etap podróży apostolskiej Jana Pawła II do Polski w 1987.

4 grudnia 1987 papież Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym diecezji łódzkiej i biskupem tytularnym Regiany. Święcenia biskupie otrzymał 2 stycznia 1988. Głównym konsekratorem był kardynał Józef Glemp, prymas Polski, współkonsekratorami zaś Józef Rozwadowski, biskup senior łódzki, Władysław Ziółek biskup diecezji łódzkiej, oraz dwaj biskupi pomocniczy: Jan Wawrzyniec Kulik i Bohdan Bejze. Jego biskupim zawołaniem są słowa „In caritate et patientia” (W miłości i cierpliwości).

W latach 1989-1994 był przewodniczącym Komisji Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu i członkiem Europejskiego Komitetu Biskupów ds. Mediów (CEEM). Członkiem Komisji Głównej II Polskiego Synodu Plenarnego był w latach 1991-1999. Jako delegat Konferencji Episkopatu Polski uczestniczył w Synodzie Biskupów dla Europy w 1999.

W latach 1988-1993 był rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi i członkiem kolegium rektorów wyższych uczelni miasta Łodzi. Założyciel „Łódzkich Studiów Teologicznych” i pierwszy ich redaktor naczelny (w latach 1991-1993).

Autor 12 książek oraz kilkuset artykułów naukowych i prasowych poświęconych głównie problematyce mediów.

Od 1994 r. prowadził zajęcia dydaktyczne w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, zaś w latach 1975-2014 wykładał Pedagogikę mass mediów w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi.

Pełnił następujące funkcje w Konferencji Episkopatu Polski: przewodniczący Zespołu Programowego ds. Telewizyjnych Transmisji Mszy Świętej, członek Rady ds. Środków Społecznego Przekazu. Był ponadto wiceprzewodniczącym Rady Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej oraz członkiem Rady Fundacji na Rzecz Wymiany Informacji Katolickiej.

Z przyznanych wyróżnień: Honorowe Członkostwo Katolickiego Stowarzyszenia Filmowego oraz Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Nagroda „Sursum Cor-da”, Nagroda im. Jana Pawła II, Medal o Niepodległość Polski i Prawa Człowieka, Medal „Pro Memoria”, Nagroda im. Juliana Kulentego, Honorowe Członkostwo Zakonu Bonifratrów, Medal Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Medal im. Profesora Janusza Groszkowskiego, tytuł Honorowego Obywatela Gminy Dobroń.

27 maja 2014 r. Ojciec Święty Franciszek przyjął rezygnację księdza biskupa Adama Lepy z pełnienia posługi biskupa pomocniczego archidiecezji łódzkiej, złożoną zgodnie z kan. 411 i kan. 401 paragraf 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego.

27 kwietnia 2022 r. ksiądz biskup Adam Lepa, ufając Bożej Opatrzności, zakończył swoje ziemskie życie.

tekst ze strony Archidecezji Łódzkiej

 

 

 

 

Oby w końcu niebo nad nami było wolne od chmur a właściwie chmurek (chyba) głupoty polskiej opozycji Fot.: h

HUBERT BEKRYCHT: Majowej jutrzenki przestroga

Dzięki Bogu dożyliśmy 231. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja! Dla młodszych: to takie Mission Impossible końca XVIII wieku. Udało się tylko dlatego, że mocno – delikatnie mówiąc – izolowano zdrajców Polski, czyli ówczesną opozycję, od twórców pierwszej w Europie i drugiej na świecie Ustawy Zasadniczej.

Niestety, tamta opozycja na żołdzie ruskim i pruskim po kilkunastu miesiącach osiągnęła swój cel, czyli drugi rozbiór Rzeczpospolitej, Było to w 1793 roku. Dwa lata później zdrajcy z Polski wraz z Rosją, Prusami i Austrią na 123 lata położyli kres naszej państwowości.

Nie ma właściwie nic do dodania, jeśli chodzi o likwidację własnego kraju, do którego w sporym stopniu przyczynili się obywatele tegoż państwa. Nie ma też sensu wymieniać zdrajców z imienia i nazwiska, czy też nazw grup zaprzańców. Nie ma też po ponad dwustu latach wielkich zmian w mechanizmie takich działań.  W naszej części Europy, zdrada – od rozbiorów Polski – to podobny proces. Zawsze mniejszość, którą pominięto, której nikt nie wybierał, brzydko się chwyta brzytwy paktów z wrogiem.

Tak też jest w Polsce. Na szczęście niewielu, ale mamy głupków, mamy agentów obcych wywiadów, mamy zdrajców. Niestety, czasem ich działania są nazywane „patriotycznymi”.

Cały świat patrzy na Ukrainę, na zmagania naszych sąsiadów z ruską hordą najeźdźców. Społeczność międzynarodowa widzi też zaangażowanie Polaków w pomoc Ukraińcom. Na tle tego wsparcia, dzięki Bogu, słabo widać, w najlepszym przypadku głupie posunięcia polityczne opozycji – przeciwników naszego rządu, chociaż można nawet powiedzieć przeciwników Polaków. W dobie wojny, ktoś kto przeszkadza władzom kraju pomagającego Ukrainie, czyli władzom Polski, jest po prostu sojusznikiem Kremla.

Opozycja powołuje się na „prawdziwy patriotyzm” Polaków, bo chce po prostu otumanić wszystkich i po raz kolejny oszukać. Politycznie. Gospodarczo. Ze zwykłej politycznej zemsty. Patriotyzm bowiem to nie walka polityczna w obliczu zagrożenia wojną światową; to nie kpiny z rządzących; to nie donoszenie na własny kraj do organów administracji Unii Europejskiej, której od 18 lat Polska jest członkiem.

Dobrze, że nie ma u nas wojny, jak za naszą wschodnią granicą, bo opozycja chcąc zrobić na złość polskiemu rządowi, mogłaby się przyłączyć do strony przeciwnej. Z drugiej strony jednak, gdyby, czysto teoretycznie, taka sytuacja miałaby miejsce, znając „mądrość” i „skuteczność” naszej opozycji, Putin siedziałby już dawno w celi a prawnicy pisaliby już przeciwko ruskiemu dyktatorowi akt oskarżenia…

Aha, Parlament Europejski właśnie w rocznicę Święto Konstytucji 3 maja, w dniach, kiedy wspieramy Ukrainę w jej walce z rosyjską agresją, zaplanował „debatę” o „praworządności” w Polsce.

W PE zasiadają potomkowie zaborców, którzy zlikwidowali ostatecznie w 1795 roku nasz kraj. Potomkowie Prusaków sprzed dwóch wieków, czyli Niemcy oraz potomkowie Austriaków sprzed ponad 200 lat, czyli… Austriacy a także Rosjanie. Tak, tak, Rosjanie też są w PE. To jawni albo zakamuflowani sojusznicy Putina z Niemiec, Francji, Austrii, Skandynawii i innych krajów, ale nade wszystko to mentalni Rosjanie z polskiej opozycji, która – oby tylko z głupoty – donosi na Polskę.

 

 

 

Eletrownia jądrowa w Czarnobylu po wybuchu; zdjęcie archiwalne

HUBERT BEKRYCHT: Głupota (i elektrownie jądrowe) pod specjalnym nadzorem

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.

Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.

Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.

Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.

Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.

Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.

Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…

Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.

Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…

Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.

Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.

Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.

Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…

 

Jeśli 58 proc. Franzuzów uwierzyło, że jeden z prorosyjskich kandydatów na prezydenta jest lepszy od prorosyjskiej kandydatki, która zdobyła 48 proc. poparcia, to ilu obywateli dumnej Piątej Republiki uwierzy w to, iż Rosja wyzwoliła Mariupol spod okupacji ukraińskiej? I tutaj wyjaśnienie dla Francuzów znających język Polski: Moskwa "wyzwoliła" Mariupol mordując tysiące ludzi, zrównując z powierzchnią ziemi miasto, gwałcąc i rabując... (na stopklatce "historyczny" moment w ruskiej tv). Grafika: h/ re/ st/ Télégramme/ 1 ru/ DRL

HUBERT BEKRYCHT: Le Macron – Mesje le Bufą sowietik

Od razu zaznaczam, że – moim zdaniem – procesowym dybom powinien podlegać każdy, kto w krytyce ponownie wybranego na stanowisko prezydenta Francji Emmanuela Macrona upatruje pochwały liderki opozycji Marine Le Pen. Oboje są prorosyjscy a teraz, po reelekcji Macrona, oboje bezradni wobec Niemiec i bezczelnie zapatrzeni w Putina, choć zaprzeczali temu podczas dosyć bezbarwnej kampanii. I oboje pojęcia nie mają, że Ukraina to niepodległe państwo napadnięte przez rosyjskie hordy barbarzyńców, które kiedyś mogą też przelać się przez Sekwanę, Loarę i Rodan.

Macron jest bezczelnym młokosem politycznym i kompletnie niekompetentnym prezydentem Francji. Gdyby nie pandemia i wojna nikt nawet nie zauważyłby, że w Paryżu jest jakiś, pardon, Mesje le Bufą Le Marcron sowietik * (*pisownia zamierzona).

Bufon to we Francji nic nowego. Oni tam tak mają. Jak Amerykanie, wielbiciele żabich udek i ślimaków znad Wisły, wiedzą teraz tak niewiele o świecie, jak Putin o wojnie, bo gdyby wiedział już nie byłoby Europy…

Nadto Francuzi wielbią Rosję od kołyski, a Sowieciarzom z czasów komunizmu wybaczali wszystko. No, prawie wszystko. To, czego nie wybaczali zwolennicy Macrona, wybaczali fani Le Pen. Taka tam jest liberalna i konserwatywna, prorosyjska rzeczywistość polityczna. Właściwie nad Sekwaną nie było kandydatów na prezydenta nie wyznających poglądu, że „może tam i Putin jest mordercą, ale co to ma do pieniędzy, które w Moskwie można zarobić.”

Smutne, ale prawdziwe. Druga tura była już łatwiejsza dla Macrona, bo Le Pen zrobiono taki czarny PR, jakby rządziła we Francji dwie kadencje i sprzedała Lazurowe Wybrzeże Chińczykom a Korsykę Hindusom. Dla odsądzających Le Pen od czci i wiary lewicowo zapatrujących się Francuzów, jak to dla lewaków, kompletnie nie miało znaczenia, że to Macron sprzedawał Rosji optykę i ważne część składowe do broni pustoszącej teraz Ukrainę, broni która pozwala ruskim hordom zabijać, gwałcić i okaleczać Ukraińców i rabować kraj.

Francuzi zgubiliby się na lotnisku, gdyby nie napisy kierujące do toalet, ale ich nowy stary prezydent nadal jest bufonem, który ma czelność wyzywać inne głowy państw od „antysemitów”, tak w przypadku Mateusza Morawieckiego, bo nasz premier przypomniał prezydentowi V Republiki, iż to dzięki francuskiej broni giną ukraińskie dzieci. To samo bufonadą z Niemców i przedstawicieli wielu krajów tzw. starej Unii Europejskiej.

Oni po prostu uważają się za lepszych. Ciągle myślą, że Putin to równorzędny o partnera do robienia interesów. I że zawsze, jak od Macrona, odbierze od nich telefon. Kiedy się zorientują, że seryjny morderca musi atakować do końca swego życia? W tym przypadku seryjnym mordercą są Rosjanie, z nielicznymi wyjątkami, czyhający na polityczną śmierć Ukrainy, aby potem napaść na Polskę, na państwa bałtyckie, na Rumunię (za zgodą Francji) a może nawet kiedyś zaatakować Czechy (za zgodą Niemiec).

Nie wiem, kiedy stary Zachód zorientuje się, że ruskie morderstwa na Ukrainie to – jak utrzymuje Putin – nie są prowokacje Kijowa i Warszawy, ale wiem, iż Francuzów może w tej sprawie dotyczyć wytłumaczenie z żabami w roli głównej. Otóż, jak powszechnie wiadomo, żywą żabę można ugotować, jeśli bardzo powoli podgrzewa się wodę. W pewnym momencie, sympatyczny płaz orientuje się, że stoi u progu żabiego raju, ale jest za późno.

Jeśli jednak Putin w taki sposób gotuje Francuzów dając im wybór między Macronem a Le Pen, to, kto na Boga, po finiszu tej termicznej obróbki zje tę „żabę”? Przecież nie Francuzi… Hast du verstanden?

***

Tym mieszkańcom Polski, którzy w nocy niedzielę na sobotę świętowali zwycięstwo prorosyjskiego kandydata Macrona i przegraną prorosyjskiej kandydatki Le Pen w wyborach na prezydenta Francji dedykuję starą jak świat anegdotę:

Pewna przedwojenna hrabina miała trzy nocniki  – biały, niebieski i czerwony… A jak weszli ruscy to hrabina się ze strachu zes…., to znaczy zestresowała się i nie zdążyła…

 

Podczas pisania tego felietonu inspirowałem się rozmową, którą przeprowadziłem z politologiem prof. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim w sobotę 23 kwietnia 2022 roku  dla PAP.

Grafika: st h/ ee

Nadal nie wiadomo kto ostatecznie zniszczy Putina – pisze HUBERT BEKRYCHT: Nadal…

Pozostając jeszcze w wielkanocnym nastroju skupienia i refleksji nie zapominajmy o tym, że Jezus Chrystus wziął nasze grzechy na siebie, wykupił nas z mocy piekielnych poprzez swoją śmierć na Krzyżu. Tyle samo w tym Prawdy, jak i patosu, ale takie są nasze życiowe ścieżki, że wciąż o tym warto pamiętać.

Pamiętać również należy, że zmieniająca się wojenna rzeczywistość ściera się z ulubioną tezą Polaków o cierpieniu naszego narodu, naszych rodaków za całe zło tego świata. Co zatem z tą tezą po 24 lutego, kiedy to ruskie hordy zaatakowały naszego południowo-wschodniego sąsiada? Czyż to nie Ukraińcy walczą za cywilizację i przede wszystkim o to, aby współczesna, choć stokroć groźniejsza podróbka Hunów z Moskwy nie zalała Europy i całego globu? Wszak to Kijów bije się teraz z szatanem z Kremla. Ukraina krwawi. My i cały cywilizowany świat im tylko pomagamy, ale jednak na te rany nadal patrzymy.

Czy dźwigająca ciężar wojny z Putinem Ukraina wytrzyma? Ile dni może jeszcze walczyć bez naszej aktywniejszej militarnej pomocy? Czy Zachód nie wykorzystuje atomowego szantażu ruskiej hordy, aby uzasadnić swoją bierność? Czy nie zmierza Zachód do uspokojenia „cara”, którego stworzyły wspólnie Berlin i Paryż, a w mniejszym stopniu Rzym i Bruksela oraz Amsterdam z Hagą. Jaką rzeczywistą rolę odgrywa na tej nowej geopolitycznej scenie Izrael. Jak tłumaczyć polityczną schizofrenię Węgrów?

Góralska prognoza?

Te pytania, a właściwie odpowiedzi to właściwie klucz do panowania nad światem przez następne stulecie. I właśnie tutaj odpowiedzi nie napiszę, bo nie umiem rządzić, a byle komu nie pozwolę. Poważnie jednak rzecz ujmując, góralska prognoza, czyli, „albo będzie padało albo nie”, jest tutaj chyba jedyna. To znaczy, że tak może być, jeśli ktoś pyta o wojnę światową. Czyli, albo będzie zagłada albo nie… W kwestii konfliktów między państwami wschodniej Europy, łatwiej je przewidzieć, chociaż nadal nikt aż takich profetycznych zdolności na razie nie posiada.

Spróbuję odpowiedzieć na część pytań, ale naprawdę, tak jak nigdy wcześniej, boję się, że popełnię błąd. Na szczęście nie działam na zlecenie wywiadu ani biur analiz międzynarodowych a już Broń Panie Boże na zlecenie ośrodków akademickich, które w większości, w obliczu wojny, przechodzą na stronę lewicy i lewaków. W czasie pokoju zresztą też.

Scenariusze jak z horrorów?   

W najbliższych tygodniach Ukraina chce zdecydowanie powstrzymać zmasowane ataki rosyjskich bandytów. Na prawdziwą ofensywę się nie zanosi, ale kto wie, co szykuje moskiewska satrapia? Jeśli nie dostarczymy Ukraińcom jeszcze więcej, jeszcze lepszej broni za kilka miesięcy rubieże cywilizowanego świata mogą przesunąć się na granice Unii Europejskiej i NATO.

Czy Zachód, a to także przecież my, zrozumiemy, że bez pomocy Ukrainie, tej inwazji na Europę (na razie na Europę) nie da się powstrzymać. Kreml nie ma już nic do stracenia. A my? Ponieważ to sytuacja zero-jedynkowa, my mamy do stracenia wszystko. Dlaczego więc do cholery nie działamy? Bo Berlin z Paryżem kombinują, jak w 1920 roku, że to Ukraina, Polska, Litwa, Rumunia, Czechy, Słowacja przyjmą na siebie cały impet ataków ruskiej hordy. Mówiąc poważnie Waszyngton też na to liczy, ale przynajmniej dostarczy broń. Czy jednak USA i Wielka Brytania włączą się, gdyby – oby nie – taki konflikt wschodniej Europy i Rumunii przeciwko zaborczej Rosji stał się faktem? Zaryzykuję twierdzenie, że Londyn z Waszyngtonem przyszliby nam z pomocą. We własnym interesie również.

  Kto z nami..?

Rzecz w tym jednak, i to jest ważniejsze, kto nie stanąłby po stronie Rosji? Bardzo nie podoba mi się ostatnia węgierska polityka zagraniczna i tchórzliwość Budapesztu wobec Rosji, ale myślę, że jednak Węgry militarnie nie wspomogłyby Kremla. Nie tylko dlatego, że mają małą armię. To samo dotyczy Włoch, Beneluksu i państw skandynawskich, które raczej są w koalicji antyputinowskiej, choć, jak to Skandynawowie, zachowują powściągliwość w wyrażaniu międzynarodowych nastrojów.

Turcja, jako druga armia NATO, w całym swoim poplątaniu i uwikłaniu między azjatyckie interesy a europejskie prężenie muskułów, też raczej Moskali nie poprze militarnie.

I tutaj dochodzimy do sprawy najważniejszej w tych, na szczęście jeszcze czysto teoretycznych, rozważaniach. Co zrobią Niemcy i Francuzi – do niedawna ambasadorowie, odpowiednio, ekonomiczni i zbrojeniowi sowieckiego cara?

Konia z rzędem temu, kto to dokładnie przewidzi, ale chyba ani Berlin ani Paryż nie wycofają się z cichego uwielbienia dla Moskwy. To znaczy elity Berlina i Paryża, społeczeństwa niemieckie i francuskie są w większości obojętne wobec okropności wojny na Ukrainie.

W Paryżu jednak 24 kwietnia, dwa miesiące po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na niepodległą Ukrainę, podane będą wstępne wyniki wyborów prezydenckich. Nie sądzę jednak, aby ta elekcja cokolwiek zasadniczego zmieniła w hamletyzowaniu znad Sekwany.

Nadal nic..?

Za kilka tygodni – moim zdaniem – Ukraina nadal będzie walczyć, abyśmy my bezpośrednio nie musieli. Berlin nadal będzie po cichu, a może i głośniej  wspierał Putina. Francuzi nadal nie będą chcieli umierać za Mariupol, Kijów, Charków a nawet za Lwów – stawiam też dolary przeciwko guzikom z kurtek ruskich żołdaków, że za Warszawę, Pruszków, Łódź, Wilno i Bukareszt a nawet za Hamburg, obywatele dumnej V Republiki też nie będą się bić.

A w Paryżu i Niecei przy kawiarnianych stolikach nadal zasiadać będą francuscy intelektualiści i celebryci rozważając, jak podczas II wojny światowej niemieckie traktaty filozoficzne, tak teraz tajemnice rosyjskiej duszy…

Włosi nadal będą wysyłać drogie markowe ciuchy dla rosyjskich kobiet, których mężowie i synowie nie nakradli na Ukrainie wystarczająco dużo. W Brukseli nadal będą planować nierealne sankcje wobec ruskich oligarchów. W Kopenhadze i Oslo nadal mogą gadać o tym, że są przecież „dobrzy” Rosjanie, a w Budapeszcie mogą nadal się bać Moskwy.

W Waszyngtonie nadal Biden będzie straszył Rosjan. W Londynie nadal będą planować zbrojenie Ukraińców, tak jak w Kanadzie i Australii oraz Japonii. Nadal Izrael będzie gotowy do mediacji, byle tylko zgodnej z interesami swoich obywateli pochodzących z sowieckiego imperium. W Ankarze i Stambule nadal będą się zastanawiać z kim Turcji bardziej po drodze, a w Pekinie mogą nadal mogą otwierać szampany. Albo te śmierdzące jajka…

Nadal też w Warszawie będziemy wspierać Ukraińców, nawet jak nam złamanego euro nadal nie będą dawać z Brukseli.

A co nadal będą robić w Moskwie? Nic. Ruscy swoje zrobili. Teraz będą patrzeć, jak rozpada się stary skłócony świat…Nadal.

Chciałbym, aby moje prognozy się nie sprawdziły, ale czy tego chcą też w krajach i stolicach, które tu wymieniłem? Nadal nie wiem.

Wiesłąw Bienienda i Maria Dłużewska Fot. old.sdp.pl

Rozmowa m.in. o filmie „Polacy” z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ: Historia łapie nas za głowy

Z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ, polską reżyser filmową – scenarzystką, aktorką, dziennikarka, działaczką opozycji antykomunistycznej – autorką m.in. filmów zrealizowanych po tragedii w Smoleńsku, takich jak.: „Mgła”, „Pogarda”, „Córka” „Testament „Polacy” oraz „Dama”, 11 kwietnia 2022 roku rozmawiał Hubert Bekrycht

HB: Usłyszeliśmy o ustaleniach zespołu Antoniego Macierewicza (11 kwietnia), wcześniej Jarosław Kaczyński wieczorem w 12. rocznicę tragedii mówił, że „(…) wielu z nas miało wielkie wątpliwości (…) wiedziało, że ta cała opowieść, którą słyszeliśmy oficjalnie z prawdą nie ma nic wspólnego (…)”. Jak Pani opowieści zmieniły się przez 12 lat?

Maria Dłużewska: Nic nie zmieniło. To co zawarłam w filmach, które zaczęłam robić o Smoleńsku od jesieni 2010 roku, począwszy „Mgły” jest takie samo, jak to wówczas widziałam. Od początku rozmawiałam ludźmi związanymi z tą katastrofą. Ja po prostu swoich rozmówców słuchałam! Nie miałam powodu, aby im nie wierzyć.

I „Mgła” (2011 r. z Joanną Lichocką) o współpracownikach prezydenta Lecha Kaczyńskiego (m.in. z udziałem późniejszego prezydenta Andrzeja Dudy i wicepremiera Jacka Sasina) i „Pogarda” (2011 r. z J. Lichocką) o rodzinach ofiar (m.in. Ewa Błasik – żona generała Andrzeja Błasika) i „Testament” (2013 r.) o dzieciach ofiar i późniejsze filmy to było wówczas moje życie.

Potem były filmy „Dama” o Marii Kaczyńskiej i „Polacy” o ludziach, którzy próbowali wyjaśnić przyczyny katastrofy rządowego samolotu w Smoleńsku.

Dlaczego „Polaków” – filmu, który dostał  Nagrodę Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2014, nie ma w telewizji? Były projekcje publiczne, była płyta dołączana nawet do gazet, ale wciąż trudno film „Polacy” zobaczyć w telewizji?

Film jest własnością telewizji publicznej.

Dlaczego TVP nie pokazuje Pani filmu „Polacy”?

Nie wiem. Inne filmy były emitowane po 2015 roku, raz, czy dwa razy, a w tej chwili często emituje się „Damę” o Marii Kaczyńskiej, natomiast „Polacy” (2013) leżą gdzieś na półce. Może dlatego, że w tym filmie wypowiadają się wybitni specjaliści, tacy jak wymienieni 11 kwietnia 2022 roku, w trakcie prezentacji raportu Antoniego Macierewicza. Oczywiście, historia biegnie za nami, przed nami, łapie nas za głowy i wszystko się zmienia. I tu nagle zostali wymienieni z wielką atencją niektórzy bohaterowie filmu „Polacy”. Oddano szacunek tym, którym poświęciłam tę opowieść m.in. Wiesławowi Biniendzie, Kazimierzowi Nowaczykowi i Grzegorzowi Szuladzińskiemu (jeden z ekspertów wyjaśniających okoliczności tragedii World Trade Center 11 września 2001 roku) badających przyczyny katastrofy (w filmie wystąpił też Wacław Berczyński). Bez nich nie byłoby tego filmu. Część z nich była ośmieszana, za to, że badali tę sprawę, za to, że robili to w ramach niezależnych badań poza granicami kraju. To są znakomici specjaliści w swoich dziedzinach. „Polacy” to film produkowany przez Roberta Kaczmarka, wybitnego reżysera, dziś szefa FINA (Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny) i ten obraz oraz „Damę” producent przekazał TVP i telewizja publiczna ma do nich prawa.

Ale o ile „Dama” jest produkcją pokazywaną dosyć często, to „Polaków” nie widzimy.

Ja tego nie rozumiem, nie chcę rozumieć.

A rozmawiała Pani z kimś, dlaczego tak jest?

Nie. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby. W stanie wojennym, na jakieś jednostce chyba wojskowej wisiał taki transparent: „Nie fałszuj w koncercie naszego kolektywu”. (śmiech). Być może tu chodzi o kolektyw właśnie… (śmiech). Być może jest jakiś nieformalny zakaz mówienia o specjalistach badających Smoleńsk 10/4/10? O ile w poprzednich moich produkcjach są i muszą być emocje; opowiadają o tym rodziny, przyjaciele, współpracownicy. W przypadku „Polaków” mamy do czynienia z  wysokiej klasy specjalistami, Polakami, którzy od lat mieszkając za granicą postanowili pomóc swojemu Krajowi – rodakom zrozumieć, co się stało 12 lat temu.

Płakać mi się chcę, bo ja kocham swoich bohaterów. I chciałabym aby widz poznał ich sposób ich myślenia, system wartości, mógł towarzyszyć w ich życiu. Próbowałam po prostu pokazać pięknych Polaków.

Kto „fałszował w kolektywie” wśród ludzi próbujących, w imieniu wówczas rządzących w Polsce, wyjaśnić to, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku?

Są przecież niejasne wątki. Na przykład rozdzielenie wizyt. Dlaczego? To, że część ludzi uwierzyła w przekopanie wrakowiska metr w głąb ziemi, to niesłychane. Do Grzegorza Szuladzińskiego do Sydney przyjechał z Melbourne motocyklistów, który niedługo po tragedii brał udział na rajdzie katyńskim. Oni byli na miejscu, nie musieli kopać metr w głąb, aby znajdować różne przedmioty, części samolotu… Przywiózł Szuladzińskiego.

Smoleńsk 10 kwietnia 2010 roku pokazuje tę część narodu, która rozumie, co dla naszej kondycji znaczy likwidację elit, ale odsłania też część wynarodowioną, z kompleksami. Tchórzliwą, bo – ich zdaniem – „lepiej o tym nic nie mówić”, lepiej tkwić w niezbyt dobrze pachnącym ciepełku. Niestety, takich ludzi jest dużo.

Specjaliści i naukowcy, który pomagali wyjaśnić, co było przyczyną smoleńskiej tragedii mieli, delikatnie mówiąc, nieprzyjemności.

Nie chcę już przypominać tej nagonki, której. Na pewno jeden stracił pracę, a Wiesławowi Biniendzie zapewniono ochronę na uniwersytecie Pozakładano kamery, których tam nigdy nie było.

Ma Pani przekonanie, że przyczyniła się Pani do przekonywania nieprzekonanych?

Nie wiem. Po prostu trzeba mówić prawdę tak, aby do każdego dotarła a „Polacy” to dobry film. Przede wszystkim ze względu na bohaterów, którzy jak żołnierze Hallera, kiedy Ojczyzna w była potrzebie, przyjechali ze wszystkich stron, tak jak bohaterowie mojego filmu. Przyjechali służyć swoją wiedzą. Ja jestem, jak to mówią, z tej samej bajki; umiem robić filmy, no to je robię. Krytyka a czasem skrajny ostracyzm środowiska nic mnie nie obchodzi.

Czy robiąc filmy o tragedii smoleńskiej przypuszczała Pani, że odpowiedzialni za nią ludzie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, bo – zdaniem wielu ludzi – na to się teraz zanosi?

Chyba tak, takie sprawy prędzej czy później wychodzą na jaw. Mam cały czas w głowie obrazy i dźwięki z tamtych dni; na przykład, kiedy ówczesny marszałek sejmu, który po Smoleńsku przez jakiś czas pełnił obowiązki prezydenta RP, czyli Bronisław Komorowski mówił przed 10 kwietnia 2010 roku, że „nie ma co przejmować się tym Lechem Kaczyńskim, bo przecież będą wybory, a może gdzieś poleci…”  Tak powiedział Komorowski.

Na litość Pana Boga, przecież to…

„Pogarda” kończy się wypowiedzią urzędnika z Kancelarii Prezydenta RP Pawła Zołoteńkiego, który mówił blisko dekadę temu: „Myślę, że może być jeszcze gorzej, może się zdarzyć coś dużo gorszego…” Miał rację.  Właśnie na to patrzymy na Ukrainie.

… i zło się rozlało.

Tak, to jest ten moment, który przewidział Zołoteńki.

Czuje Pani satysfakcję ze zrobienia tych filmów o tragedii smoleńskiej?

Nie, nie. Jestem bardzo smutna, bo teraz będzie znowu takie wzmożenie, teraz pewnie te filmy będą emitowane.

Obawiam się, że jak moich bohaterów wrzucą do „szuflady” z napisami: „zamach, morderstwo” to ich postawa i dorobek a co za tym idzie wymowa mojego filmu, zmarnują się. Oby nie.