CMWP SDP w obronie red. Mateusza Cieślaka z portalu katowicedzis.pl skazanego z art. 212 kk

W związku z prywatnym aktem oskarżenia z art. 212 § 2 k.k. wniesionym przez oskarżyciela prywatnego przeciwko red. Mateuszowi Cieślakowi, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela w zakresie wolności słowa i apeluje o uniewinnienie oskarżonego od zarzucanego mu czynu. 

Wyrokiem z dnia 31.05.2022 r. Sąd Rejonowy Katowice – Zachód uznał oskarżonego winnym czynu polegającego na tym, że w dniu 28 października 2018 r. w Katowicach, za pomocą środków masowego komunikowania, na łamach portalu internetowego www.katowicedzis.pl, w artykule pt. „Za pieniądze pacjentów?”, zawierającym rzekomo nieprawdziwą sugestię w formie pytania: „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”, pomówił Mariusza Wołosza o finansowanie kampanii wyborczej ze środków Szpitala Miejskiego nr 2 w Mysłowicach, a zatem o takie postępowanie, które mogło poniżyć go w opinii publicznej oraz narazić na utratę zaufania potrzebnego dla zajmowanego stanowiska i prowadzonej działalności publicznej, czym wyczerpał znamiona występku z art. 212 § 2 k.k. w zw. z art. 212 § 1 k.k. i za to na podstawie art. 212 § 2 k.k. Sąd wymierzył mu karę grzywny w wymiarze 100 stawek dziennych, ustalając wysokość jednej stawki na kwotę 20 zł. Na podstawie art. 212 § 3 k.k. Sąd zasądził od oskarżonego na rzecz Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Bytomiu kwotę 2.000 zł tytułem nawiązki. Ponadto, Sąd zasądził od oskarżonego na rzecz Skarbu Państwa opłatę w kwocie 200 zł oraz zwrot wydatków na rzecz Mariusza Wołosza w kwocie 300 zł.

W ocenie CMWP SDP z powyższym wyrokiem nie sposób się zgodzić. Sąd I instancji dopuścił się naruszenia fundamentalnej zasady procesu karnego, jaką jest zasada domniemania niewinności i rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego. W sprawie nie zgromadzono bowiem jakichkolwiek dowodów winy oskarżonego, wszystkie natomiast występujące w sprawie wątpliwości, rozstrzygnięto na jego niekorzyść. Jednoznacznie należy stwierdzić, że żaden z przeprowadzonych dowodów nie wykazał, aby oskarżony Mateusz Cieślak dopuścił się zarzuconych mu czynów.

Sprawa dotyczy artykułu „Za pieniądze pacjentów” opublikowanego 28 października 2018 r. na portalu katowicedzis.pl (link do artykułu: https://katowicedzis.pl/2018/10/za-pieniadze-pacjentow/) . W artykule tym red. M. Cieślak usiłował zgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej wyjaśnić wątpliwości dotyczące finansowania kampanii samorządowej w Bytomiu, w której czynnie uczestniczył oskarżyciel prywatny . Redaktor M. Cieślak zadał pytanie „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”, które w ocenie CMWP SDP w żadnym razie nie mogło oskarżyciela zniesławić. To, że poczuł się on urażony wyrwanymi z kontekstu fragmentami artykułu (do prywatnego aktu oskarżenia nie dołączono nawet całego artykułu, a zaledwie jego część, co Sąd I instancji pomija), to w świetle zgromadzonych dowodów i funkcji prasy w demokratycznym państwie, było to pytanie całkowicie uprawnione. Warto przy tym podkreślić, iż sformułowanie „brudna kampania wyborcza” nawet dla Sądu I instancji skazującego dziennikarza nie było kontrowersyjne, bo w toku procesu został przedstawiony obszerny materiał dowodowy wskazujący na to, że kampania wyborcza w wyborach władz samorządowych w Bytomiu prowadzona była niezwykle brutalnie.

Oskarżony o zniesławienie z art. 212 kk redaktor Mateusz Cieślak w inkryminowanym artykule przedstawił ustalenia swojego dziennikarskiego śledztwa. Wynikało z niego, iż za czasów dyrektorowania Mariusza Wołosza Szpital Miejski nr 2 w Mysłowicach ponosił straty (są wymienione – od 474 tys. zł w 2014 r. do 3,5 mln zł w 2017 r.), ale w czasie zadłużania się szpital miał agencję PR odpowiadającą za jego wizerunek. Właścicielem tej agencji był jednocześnie właściciel domeny, na której była prowadzona kampania promująca p. Mariusza Wołosza jako kandydata na prezydenta Bytomia oraz kampania brutalnie atakująca urzędującego prezydenta miasta. Z dziennikarskiej analizy wynikało, że w/w szef agencji PR mającej umowę ze szpitalem, miał również umowę na prowadzenie kampanii wyborczej dyrektora szpitala, która finansowana była ze środków publicznych, które nie powinny być przeznaczane na ten cel.

Akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko redaktorowi M. Cieślakowi wpłynął do sądu dokładnie rok po publikacji artykułu, w ostatnim możliwym dniu przewidzianym przez prawo.  Ze względu na to, iż rozprawy z art. 212 kk z reguły prowadzone są w trybie niejawnym, nie można ujawnić przebiegu procesu ani dowodów, jakie przedstawił w sądzie dziennikarz, który obszernie udokumentował swoje dziennikarskie śledztwo. Z całą pewnością należy stwierdzić, iż dochował on wszelkiej staranności i rzetelności dziennikarskiej pisząc swój artykuł, zwłaszcza jeśli zważy się na liczbę czynności wykonanych przez dziennikarza przed opublikowaniem spornej publikacji. Lista tych czynności z całą pewnością znajduje się w zebranym przez Sąd materiale dowodowym. Red. Cieślak przy tym nie wydawał jednoznacznych sądów, a jedynie wyraził swoje wątpliwości formułując pytanie główne artykułu „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”  Co istotne, artykuł ukazał się między I i II turą wyborów, ale po jego publikacji akt oskarżenia nie został skierowany w trybie wyborczym. Na marginesie – kuriozalne są w świetle tych faktów zeznania oskarżyciela prywatnego Mariusza Wołosza, który stwierdził, iż gdyby nie artykuł oskarżonego mógł wygrać wybory na prezydenta Bytomia w I turze, podczas gdy – przypomnijmy –  artykuł ukazał się już po I turze wyborów, a Mariusz Wołosz wybory w II turze wygrał.

CMWP pragnie zwrócić uwagę, że publikacje Mateusza Cieślaka miały charakter ocen i to nakierowanych na wyjaśnienie sprawy oraz zwrócenie na nią uwagi opinii publicznej. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania, rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.” Wreszcie, zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. W tym kontekście trafny jest podniesiony w apelacji zarzut naruszenia przepisów postępowania karnego w sposób mający wpływ na treść rozstrzygnięcia, tj. niezastosowania w tym postępowaniu art. 17 § 1 pkt 2 w sytuacji, gdy czyny zarzucone oskarżonemu dziennikarzowi nie zawierały znamion czynu zabronionego. W ocenie CMWP SDP w związku z powyższym aktualna jest przesłanka o umorzeniu postępowania przeciwko dziennikarzowi na podstawie tegoż przepisu.

Odnosząc się natomiast do kwestii, czy swoimi publikacjami red. Mateusz Cieślak nie przekroczył granic dozwolonej krytyki, należy zwrócić uwagę, że zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność wypowiedzi dziennikarskiej obejmuje również możliwość użycia pewnej dozy przesady lub prowokacji (sprawa Prager
i Oberschlick przeciwko Austrii
, skarga nr 15794/90). W sprawie Lingens przeciwko Austrii ETPCz wskazał m. in., że „Granice dozwolonego krytycyzmu są odpowiednio szersze w odniesieniu do polityków niż w stosunku do osób prywatnych. W przeciwieństwie do nich, politycy wystawiają się świadomie i w sposób nieunikniony na kontrolę każdego swego słowa i czynu zarówno przez dziennikarzy, jak ogół społeczeństwa i muszą w związku z tym wykazać się większym poziomem tolerancji.”. Jako przykład orzeczenia zgodnego z linią strasburską należy wskazać wyrok Sądu Najwyższego z dnia 2 czerwca 2003 r. (III KK 161/03 – LEX nr 78847) w którym SN stwierdził: „Przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się. Podnosi się przy tym, że głównymi aspektami tej swobody jest wolność prasy, stanowiąca warunek publicznej krytyki, jako swobodny element skutecznej demokracji.” Z kolei w postanowieniu z dnia 28 sierpnia 2003 r. (III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845) Sąd Najwyższy podniósł, że „zakres wolności słowa w sferze życia publicznego musi być szerszy niż w sferze prywatnej, zaś osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa”. Powyższe stwierdzenia, odnoszą się z całą pewnością do polityków (osób publicznych), co w świetle bogatego orzecznictwa sądowego implikuje konieczność liczenia się przez nich z krytyką, nawet wyrażaną w ostrej formie.

Nie można wreszcie pominąć faktu, że oskarżony dziennikarz dołożył w toku postępowania pierwszoinstancyjnego wszelkich starań, aby udowodnić prawdziwość zarzutów, które wysunął wobec dyrekcji szpitala. Wskazał, że w aktach sprawy zawarte są dowody (dokumenty, zeznania świadków) potwierdzające okoliczności, które przytoczył w swoich publikacjach. Swoje tezy oparł na oficjalnych dokumentach, na podstawie których dokonał wyliczeń. Przedstawione przez oskarżonego wyjaśnienia są w tej mierze na tyle spójne i logiczne, że trudno jest zrozumieć, dlaczego Sąd Rejonowy nie uwzględnił dowodów ewidentnie przemawiających przeciwko skazaniu. Ocena tego stanu rzeczy należy jednak do Sądu II instancji. W tym kontekście, skazanie dziennikarza wyrokiem karnym za stawianie pytania o finansowanie kampanii wyborczej oraz ujawnianie nieznanych opinii publicznej faktów jej dotyczących, jest nie tylko nie do pogodzenia z międzynarodowymi, powszechnie uznanymi standardami wolności słowa, ale wręcz podważa powagę polskiego sądownictwa. Wydawanie wyroków skazujących za tego rodzaju czyny nie powinno mieć miejsca w praworządnym państwie w XXI w. Zdumienie budzi przy tym to, iż Sąd uznał, że artykuł red. Cieślaka mógł prowadzić do utraty zaufania do Mariusza Wołosza w środowisku branżowym, wśród pacjentów, jak i potencjalnych wyborców. Tymczasem Mariusz Wołosz nie był i nie jest lekarzem, nie miał więc kontaktu z pacjentami, więc nie wiadomo, dlaczego oni mieliby darzyć go jakimkolwiek zaufaniem, które po publikacji miałby utracić. Szpital znajduje się zresztą w Mysłowicach, więc jego pacjentami są mieszkańcy tego miasta i jego okolic, a Mariusz Wołosz kandydował przecież na prezydenta Bytomia, którą to funkcję pełni zresztą do dzisiaj po wygranych wyborach w 2018 r. (można dodać – wygranych mimo publikacji red. M. Cieślaka).

Mając powyższe na uwadze, skazanie red. Mateusza Cieślaka wyrokiem karnym stanowi rażące naruszenie jego konstytucyjnych praw obywatelskich oraz wolności słowa. W tym kontekście argumentacja zawarta w akcie oskarżenia budzi poważne wątpliwości, bowiem kluczowym elementem sprawy wydaje się raczej chęć ukarania „nieprawomyślnego” dziennikarza za publikację niż rzeczywiste dążenie do wyjaśnienia stanu faktycznego i obrony dobrego imienia samorządu. CMWP SDP stoi w związku z tym na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarza do podejmowania tematyki finansowania wyborów samorządowych. Nie służy więc założonym przez ustawodawcę celom, lecz w istocie służy tłumieniu krytyki, która stanowi przecież niezbędny element państwa demokratycznego. Skutkuje to niszczeniem wolnej debaty i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne utrzymanie wyroku skazującego spowodowałoby tzw. efekt mrożący (który już wystąpił wskutek skazania dziennikarza w I instancji) i byłoby nie do pogodzenia z aktywnością społeczną obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, krytykować władzę i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

Mając powyższe na względzie, kierując się celem ochrony zagrożonych wolności i praw człowieka, CMWP SDP przedstawia niniejszą opinię i apeluje o uniewinnienie oskarżonego redaktora Mateusza Cieślaka od zarzucanego mu czynu oraz zasądzenie od oskarżyciela prywatnego na rzecz oskarżonego kosztów procesu.

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 7 grudnia 2022 r.

Wsparcie CMWP SDP dla apelacji Prokuratury od wyroku uniewinniającego Aleksandra Gawronika

CMWP SDP  zapowiedziało  wsparcie  apelacji prokuratury od wyroku uniewinniającego byłego senatora Aleksandra Gawronika od zarzutu podżegania do zamordowania poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary.  Deklarację w tej sprawie złożyła  Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP  podczas otwarcia wystawy  „Sprawa Jarosława Ziętary 1992-2022” we wtorek 6 grudnia.  W ocenie CMWP SDP Sąd I instancji dokonał wybiórczej i jednostronnej oceny dowodów, z naruszeniem zasad prawidłowego rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego, a także zawarł w uzasadnieniu wyroku wewnętrzne sprzeczności, co prowadzi do sprzeczności ustaleń sądu z całokształtem zebranego w sprawie materiału. CMWP SDP prześle szczegółową  opinię amicus curiae w tej sprawie do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu jeszcze w tym roku kalendarzowym.   Na razie termin rozpatrzenia apelacji w tej sprawie nie został jeszcze ustalony.  

Prokuratura Regionalna w Krakowie zaskarżyła w całości wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika odnośnie podżegania do zamordowania Jarosława Ziętary w maju b.r.  W złożonej apelacji zarzuciła sądowi bezpodstawne uznanie za bezwartościowe zeznań wszystkich kluczowych świadków,  podważenie opinii biegłych sądowych oraz istotne naruszenie zasad postępowania karnego.  Sąd Okręgowy w Poznaniu nieprawomocnie uniewinnił byłego senatora 24 lutego b.r., czyli w dniu agresji Rosji na Ukrainę. Tego dnia znienacka  i ku zaskoczeniu obserwatorów  procesu Sąd odrzucił wszystkie wnioski dowodowe i te o przesłuchanie kolejnych, ważnych świadków  i nagle nakazał wygłoszenie stronom tzw. mów końcowych w procesie, czym całkowicie zaskoczył  prokuratura i  p. Jacka Ziętarę, brata zamordowanego dziennikarza i oskarżyciela  posiłkowego w tym procesie. Sąd odrzucił także wniosek o odroczenie procesu w celu przygotowania mów końcowych.  W ocenie CMWP SDP uniemożliwienie zarówno bratu zamordowanego dziennikarza,  jak i prokuratorowi przygotowanie się do mów końcowych jest wyrazem braku szacunku Sądu nie tylko dla prokuratury, ale przede wszystkim dla pamięci o zamordowanym dziennikarzu. Zbulwersowało to chyba wszystkich dziennikarzy obecnych w Sądzie podczas ogłaszania wyroku – potwierdza red. Aleksandra Tabaczyńska, obserwator CMWP SDP w tym procesie.

W ocenie CMWP SDP  wątpliwości budzi przede wszystkim stanowcze stwierdzenie sądu I instancji, jakoby prokurator nie przedstawił żadnych dowodów wskazujących na to, że oskarżony jest sprawcą zarzucanego mu przestępstwa.  Sąd I Instancji poddał przecież zgromadzony w sprawie materiał dowodowy krytycznej ocenie, usiłując wykazać brak jego wiarygodności. W efekcie w rozumowaniu sądu powstała wewnętrzna sprzeczność, gdyż czym innym jest uznanie dowodów za nieprzekonywujące, a czym innym – ich rzekome nieprzedstawienie przez oskarżyciela.  Wątpliwości CMWP SDP budzi również wniosek sądu, jakoby zgromadzony materiał dowodowy nie wskazywał na to, by sprawy, którymi zajmował się J. Ziętara, miały skutkować jego uprowadzeniem i zabójstwem. Sąd w uzasadnieniu wyroku poinformował m. in., że spośród opublikowanych przez J. Ziętarę w okresie od stycznia do września 1992 r. sześćdziesięciu pięciu artykułów, tylko cztery dotyczą tematyki gospodarczej. Teza ta  w ocenie CMWP SDP niczego konkretnego jednak nie dowodzi. Oskarżyciel wskazał bowiem, że zabójstwo dziennikarza było spowodowane jego planowanymi (czyli przyszłymi) publikacjami dotyczącymi poznańskiej gospodarczej „szarej strefy”, a nie wiązało się z artykułami już opublikowanymi.  Niebezpieczeństwo, które groziło J. Ziętarze było więc związane już z samym faktem zbierania materiałów, a nie z dokonaną już publikacją. Kolejny aspekt, to osoba oskarżonego. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że w latach 90. Aleksander Gawronik prowadził działalność, która stała się (ostatecznie) na tyle znana, że jest uznawana za istotną część historii transformacji PRL w III RP. Prawidłowo przeprowadzone postępowanie wymagałoby więc oceny materiału dowodowego i wypływających z niego wniosków przez pryzmat realiów tamtych lat, w tym dokonania przez sąd I Instancji ustaleń co do tego, kim w istocie był oskarżony w latach 90., jaką działalnością się trudnił, jakimi metodami działał, jakimi ludźmi się otaczał. O ile samo w sobie nie przesądzałoby to o sentencji wyroku, to jednak wymuszałoby konieczność oceny wyjaśnień oskarżonego i innych dotyczących go materiałów w kontekście całokształtu jego działalności w tamtym okresie, a to w ocenie CMWP SDP się nie stało.

Oświadczenie CMWP SDP z 6 grudnia 2022 r. jest TUTAJ.

6 grudnia nowy odcinek „SDP Cafe”: Mateusz Kossakowski rozmawia z Andrzejem Zbigniewem Brzozowskim  

Tym razem w „SDP Cafe” może być… śmiesznie. Bohaterem dziesiątego odcinka będzie bowiem satyryk, autor tekstów piosenek, publicysta Andrzej Zbigniew Brzozowski. Premiera rozmowy, którą przeprowadził Mateusz Kossakowski,  6 grudnia o godz. 19 na portalu sdp.pl i na kanale SDP na YouTube.  

Swój pierwszy kabaret – „Dziura” –  Andrzej Zbigniew Brzozowski założył na studiach w latach 70. ubiegłego wieku. Pierwszy kabaret i od razu sukces – pierwsze miejsce na Lidzbarskich Biesiadach Humoru i Satyry. Po takim początku kariery było już tylko lepiej i oczywiście jeszcze… śmieszniej. Jako członek kabaretu „Luźna Grupa” zdobył nagrodę indywidualną w Konkursie Inicjatyw Kabaretów Studenckich w Krakowie, później w swojej karierze współpracował z „Trzecim Oddechem Kaczuchy”, a w 1982 roku, wraz z grupą przyjaciół, założył „Kaczki z Nowej Paczki”, z którymi z powodzeniem występuje do dziś.

W swoim dorobku ma 12 płyt z własną twórczością (jako autor tekstów i wykonawca) oraz dwa tomiki wierszy satyrycznych. W ubiegłym roku  nakładem Oddziału Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ukazała się książka Andrzeja Zbigniewa Brzozowskiego „Twarze olsztyńskiej estrady”. Składają się na nią wywiady, które w latach 2019 – 2021 przeprowadził z twórcami, muzykami i artystami olsztyńskiej sceny estradowej.

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy.

JAN TESPISKI: Ramka z palców na scenie, czyli filmowcy w teatrach (19)

Gdyby użyć języka ekonomii, należałoby powiedzieć: „Mamy w Polsce nadprodukcję reżyserów filmowych i teatralnych”. Po upadku komuny uwolniono z administracyjnych czeluści zawód reżysera. Czyli, obecnie w państwowych teatrach może reżyserować każdy, i każdy może też reżyserować filmy, za państwowe pieniądze. Namnożyło się w kraju szkół, szkółek i szkółeczek reżyserskich. Wyuczanie reżyserii w prywatnych szkołach jest zajęciem miłym i bezpiecznym, bo zawsze ciało pedagogiczne może powiedzieć, że gdy delikwenta przyjmowano i studiował był zdolny i bardzo obiecujący. A że potem przestał być zdolny? Zdarza się. Poza tym nikt nie będzie szefów tych prywatnych szkół o skutki kształcenia pytał, bo ci, którzy powinni zapytać, właśnie w tych szkołach uczą.

Teatry jakoś sobie radzą, choć nacisk filmowych reżyserów na teatry jest duży. Bo filmów u nas kręci się mało, a reżyserów mamy wielu. Więc ci, którzy nie reżyserują filmów, chcą robić sztuki teatralne. A potem, już w trakcie prób okazuje się, czy reżyser filmowy ma pojęcie o sztuce teatru, czy nie ma. Z filmowcami w teatrach bywa czasem śmiesznie i dlatego, po wstępie sytuacyjnym, zajmiemy się reżyserami filmowymi w teatrach. Ale jeszcze jedno konieczne zastrzeżenie. Jest wielu reżyserów filmowych, którzy wspaniale reżyserowali sztuki teatralne, że wspomnę tylko największych: Andrzeja Wajdę i Kazimierza Kutza.

Ramka z palców

W jednym z dużych teatrów absolwent łódzkiej filmówki wywalczył sobie reżyserowanie klasycznej sztuki. Takiej z mieszczańskimi krzesłami, kanapą i kredensem w salonie. Próby czytane minęły jakoś bezboleśnie, ale gdy aktorzy weszli na scenę powiało grozą.
Reżyser, na początek, usadził troje głównych bohaterów razem na kanapie i kazał im rozmawiać. Aktorzy pomyśleli, że to tylko tak na początek. Ale po dwudziestu minutach, gdy trzeba by zbudować na scenie jakąś sytuację, usłyszeli od reżysera:
– Genialna sytuacja. Tak zagramy cały pierwszy akt.
Aktorzy zaczęli protestować. Wtedy filmowy reżyser wszedł na scenę, przyklęknął, zrobił z kciuków i palców wskazujących filmową ramkę, popatrzył przez nią na aktorów, nadal siedzących na kanapie, i powiedział:
– Nie macie racji. Mnie się w kadrze wszystko zgadza.
Niestety, dla niego, ale stety dla teatru, młodzian nie dokończył reżyserowania sztuki.
Skąd takie podejście filmowców do teatru? Dlaczego większość z nich nie ma pojęcia o teatrze? Prawdopodobnie dlatego, że nikt im nie powiedział, a sami nie zauważyli, że najważniejsza różnica między filmem a teatrem jest taka, że w teatrze nie ma kamery, która pokazuje widzom, co mają w danym momencie widzieć, co jest w danej chwili ważne. W teatrze natomiast nie ma kamer, nie ma zbliżeń. A widz zwraca uwagę na to, co „podpowiedzą” aktorzy, poprzez zmianę sytuacji, gest i ruch na scenie.

Morze to ludzie

Inny młody jeszcze reżyser filmowy, bo lat już miał ledwie 50, i jeszcze bez debiutu filmowego, przekonał dyrektora jednego z prowincjonalnych teatrów, że ma wspaniały pomysł na sztukę.Prawdopodobnie dyrektor nie bardzo słuchał, może był zmęczony wczorajszą premierą i bankietem, bo zgodził się na reżyserowanie przez filmowca „Na pełnym morzu” Sławomira Mrożka.

Sztuka, jak wiadomo, dzieje się na tratwie a bohaterami są rozbitkowie. Rzecz, jak zawsze u Mrożka, jest mądra i dowcipna. Po spisaniu umowy, reżyser objawił swój pomysł w pełni. Wtedy między nim, a dyrektorem miał miejsce taki dialog:
– Dla mnie, panie dyrektorze – powiedział reżyser – morze to ludzie, inni ludzie.
– No, ale… Mrożek pisze o prawdziwym morzu, ktoś nawet przypływa wpław do tratwy, są fale, jest w oddali rekin…
– Ale bohaterowie ciągle mówią o ludziach… czyli ich prawdziwym zagrożeniem są jednak ludzie. Piekło to inni, że zacytuję klasyka.
Dyrektor zamilkł, pomyślał bowiem, że aktorzy jakoś przełkną tę interpretację i zagrają po bożemu, swoje… Reżyser filmowy jednak kontynuował:
– I dlatego tratwa powinna być wyniesiona gdzieś tak na 150 cm nad scenę, a na całej scenie kłębi się tłum ludzi, chodzą, przemieszczają się – jak fale właśnie. Zresztą mówi się przecież, że jest gdzieś fala ludzi. I ten tłum jest morzem, jest zagrożeniem dla bohaterów, i są na tratwie w tłumie, czyli na morzu.Tu dyrektor pomyślał, że nie wolno mu więcej podpisywać umów po pijaku… Ale tylko zapytał:
– A ilu by pan statystów potrzebował na to morze?
– Powinno być gęsto, powinni się o siebie ocierać, bo mamy na świecie już ponad 7 miliardów ludzi. Czyli, gdzieś tak ze stu… Tak, potrzeba stu statystów.

Nie ciągnąc sprawy… Statystów nie było, bo teatru nie było na nich stać. Ale reżyser nie poddał się i wymyślił, że tratwa musi na scenę wpływać…

Tratwa na szynach

Co prawda mogło być i tak, że na zasłoniętej kurtyną scenie jest tratwa, na tratwie dwóch aktorów Potem muzyka, ściemnienie widowni, kurtyna się podnosi, światła na tratwę i… grają.
Ale nie byłoby zaskoczenia, nikt by o tej reżyserii nie mówił…. Zatem reżyser wymyślił, że tratwa na scenę musi wpłynąć, w ostateczności wjechać. W tym celu na scenie położono szyny, nieduże, takie jak bywały w fabrykach. Na szynach ustawiono potężną stalową konstrukcję z dwiema osiami, i czterema kołami. Koła były małe, ale też swoje ważyły. Na tym stalowym ruszcie przymocowano dużą tratwę z desek. Na tratwie była ogromna paka, też z desek. W sumie konstrukcja była ciężka, bo solidna.

Na pierwszej generalnej aktorzy weszli pod pakę. Normalnie najpierw odbyłaby sie próba techniczna, ale nie było na to jakoś czasu… I wtedy jeden z aktorów, starszy juz wiekiem, powiedział do drugiego, młodego aktora, wielce prorocze słowa:
– Mam złe przeczucia, panie kolego…
– Pan się nie martwi, na wspólnym wózku jedziemy – odpowiedział młody.
Wypchnięto tratwę z kulis, tratwa ruszyła, a z każdym metrem sunęła coraz szybciej i szybciej… Nagle znalazła się w powietrzu… i leciała, leciała, aż wylądowała w czwartym rzędzie krzeseł widowni.

Dlaczego tak? Bo scena była pochyła ku widowni, jak każda scena, a ktoś z technicznych nie pomyślał, że tratwa ma jechać, ale też musi się zatrzymać jakoś. Nie było hamulców, żadnej liny, za którą można by zatrzymać tratwę.
Dobrze, że na widowni nikt nie siedział. Tylko starszy aktor trochę się potłukł, a młody zerwał ścięgna w kostkach obu nóg. Premiera odbyła się dwa miesiące później. A szczęśliwy reżyser twierdził, że gdyby jeszcze na scenie był tłum statystów, byłoby europejsko.
Gwoli prawdy. Na premierze, tylko reżyser był szczęśliwy. Zespół i widzowie nie bardzo.

Przyczyny stanu rzeczy

Dlaczego ów reżyser od Mrożka miał takie pomysły? Bo chciał zaistnieć. Nie umiał reżyserować dialogu, więc szukał pomysłów, dzięki którym zaistniałby na mapie artystycznej Polski. W sumie był niewinny. Bo gdzie miał się nauczyć prawdziwego reżyserowania, skoro w szkołach filmowych studenci reżyserii mają zajęcia z aktorami w wymiarze 2 godziny, co dwa tygodnie, przez jeden rok akademicki.

Jeśli chodzi o kształcenie reżyserów filmowych, panuje w ciałach pedagogicznych zasada, która glosie, że jak ktoś jest zdolny to sobie poradzi bez szkoły. Całkiem pragmatyczna zasada, choć przerażająca.

H.Wolińska/ IPN

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wolińska i zbrodnie na wojsku

26 listopada 2008 r. w Oksfordzie zmarła Helena Wolińska, stalinowska  prokurator wojskowa. Jej wydania Polsce żądał pion śledczy IPN, oskarżając o bezprawne aresztowanie w latach 50. ponad 20 osób, w tym gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Wolińska, ściśle współpracując ze śledczymi wojskowej bezpieki, mordowała też żołnierzy Wojska Polskiego, którzy wrócili z emigracji do kraju.

W latach 50. stalinowska prokurator Helena Wolińska, razem ze swoim konkubentem Franciszkiem Jóźwiakiem, nadzorowała jedną z głośniejszych spraw – tzw. spisku w wojsku. Po wydanych przez nią i jej kolegów nakazach aresztowania oskarżonych brali w obroty śledczy. We wniosku ekstradycyjnym – który, jak wiemy, został przez Wielką Brytanię odrzucony – prokuratura wojskowa zarzuciła Wolińskiej bezprawne aresztowanie płk Bernarda Adameckiego.

Wolińska aresztowała płk. Adameckiego 21 listopada 1950 r., tego samego dnia, co gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Codziennie takich spraw miała kilka. Natłok pracy nie pozwalał na zapoznanie się z dowodami winy. Gdyby nawet była mniej zapracowana i tak nie miałyby one żadnego znaczenia. Klasowego wroga trzeba było zniszczyć.

Pułkownik Bernard Adamecki był sądzony w jednej z największych i najbardziej tragicznych spraw związanych ze sfingowanym spiskiem w wojsku – procesie tzw. grupy kierowniczej konspiracji Wojsk Lotniczych. Przed Najwyższym Sądem Wojskowym w Warszawie pod przewodnictwem płk Piotra Parzenieckiego stanął u boku siedmiu innych oskarżonych – samych pułkowników i podpułkowników. Adamecki był żołnierzem Armii Krajowej (szefem Wydziału Lotniczego Komendy Głównej AK, ps. Gozdawa, odznaczony Orderem Virtuti Militari).

Z kolei płk August Menczak walczył w Polskiej Armii Ludowej, a pozostali w lotnictwie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. To właśnie Adameckiemu i Menczakowi przypisano kierowniczą rolę w zbrodniczej działalności. Obaj oficerowie mieli działać z polecenia płk Franciszka Hermana, jednego z głównych oskarżonych o spisek w wojsku.

Płk Bernard Adamecki, urodzony w 1897 r., w wojsku służył od 1916 r. Po wojnie był komendantem Wojskowej Szkoły Technicznej. Płk August Menczak był szefem sztabu Kwatermistrzostwa Wojsk Lotniczych.

Perfidna ideowość

Śledztwo przeciwko płk Adameckiemu prowadzono w Zarządzie Informacji Wojsk Lotniczych, inni byli przesłuchiwani w Głównym Zarządzie Informacji WP. Nadzór nad całością sprawował zastępca szefa GZI, płk Antoni Skulbaszewski, zmarły w 1990 r. w Kijowie (tak, jak większość komunistycznych zbrodniarzy nie został osądzony). Pomagali mu: płk Władysław Kochan i ppłk Naum Lewandowski. Akt oskarżenia napisał ppłk Iwan Amons, prokurator Wojsk Lotniczych. Ten kłamliwy dokument musiał być jeszcze zatwierdzony w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Uczynił to kolega płk Wolińskiej, ppłk Marian Frenkiel.

Tajna rozprawa, bez udziału obrony, rozpoczęła się 8 maja 1952 r. w budynku Informacji. W wyniku wcześniejszych tortur wszyscy oskarżeni przyznali się do zarzucanych im czynów. Ppłk Amons zażądał dla pięciu z nich, m.in. Menczaka, kary śmierci, a dla pozostałych trzech, w tym Adameckiego, długoletniego więzienia. Przed sądem mówił: „Proces dzisiejszy to proces zaciętych wrogów, szpiegów i dywersantów, którzy byli na usługach państw imperialistycznych. Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej. Grupa oskarżonych zajmowała się w sposób wyjątkowo perfidny i uporczywy szpiegostwem na rzecz państw imperialistycznych, na korzyść podżegaczy wojennych”. Podstawą oskarżenia był dekret z kwietnia 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa.

Sędziowie podkreślali ogrom popełnionych zbrodni i „perfidną ideowość” oskarżonych, których pobudką działania była wyłącznie nienawiść do władzy „ludowej” w Polsce, jak również długotrwały okres zbrodniczej działalności. Adamecki miał kierować grupą dywersyjno-szpiegowską od lipca 1946 do stycznia 1949 r. Aż dziw bierze, że władza „ludowa” tak długo o tym nie wiedziała albo na to pozwalała.

Wedle kłamliwych tez oskarżycielskich grupa „współpracowała bezpośrednio z centralnym kierownictwem organizacji w kraju i ośrodkiem w Londynie”. Adamecki „zbierał, gromadził i przekazywał przedstawicielom wywiadów imperialistycznych wiadomości z zakresu obronności państwa, a dotyczące lotnictwa wojskowego i cywilnego, stanowiące tajemnicę państwową i wojskową”.

Najwyższy Sąd Wojskowy wydał wyrok 13 maja 1952 r. Dyspozycyjni wobec komunistycznego reżimu sędziowie uznali, że sześciu oskarżonych, w tym Adamecki i Menczak, nie zasługują na ułaskawienie. Wobec Adameckiego kara została zatem zaostrzona. Zgromadzenie Sędziów NSW odrzuciło wnioski skazanych i ich rodzin o rewizję wyroków, a Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 7 sierpnia 1952 r. płk Bernard Adamecki i pozostali oficerowie zostali rozstrzelani w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

 Poziom świadomości

Prokuratura wojskowa III RP oskarżyła Wolińską o to, że pozbawiając wolności płk. Adameckiego, nie dysponowała dowodami jego winy i miała pełną świadomość, czym może się to dla niego skończyć. Jeśli nawet uznamy, przyjmując zasadę domniemania niewinności, że Wolińska i inni prokuratorzy z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (szczególnie ppłk Marian Frenkiel) nie wiedzieli, że sprawa od początku była spreparowana, że przyczyniają się do skazania niewinnych ludzi, to w grudniu 1954 r. musieli już być tego w pełni świadomi. Kierownictwo partii i państwa dowiedziało się wówczas o łamaniu prawa w postępowaniu przeciw płk. Adameckiemu i innym, i poleciło wyjaśnić sprawę. Wnioski prokuratury, która zakończyła prace we wrześniu 1955 r., nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości. Mimo to nie podjęto żadnych decyzji o rehabilitacji zamordowanych i zwolnieniu z więzienia tych, którym udało się przeżyć. Dopiero 26 kwietnia 1956 r. Najwyższy Sąd Wojskowy wznowił postępowanie, ale już następnego dnia Naczelna Prokuratura Wojskowa umorzyła je, uznając, że… nie było jakichkolwiek obiektywnych dowodów na potwierdzenie stawianych w oskarżeniu zarzutów. Ofiar, nawet pośmiertnie, nie uniewinniono, a prawdziwych winnych nie pociągnięto do odpowiedzialności. Tego wymagała socjalistyczna praworządność i tak dzieje się do dziś.

Z akt sprawy wynika jasno, że śledczy Informacji wykorzystywali złożone w wyniku tortur zeznania również przeciwko innym oskarżonym o spisek w wojsku. Pułkownik Adamecki zeznawał m.in.: „Kuropieska zlecił mi dalszą działalność konspiracyjną prowadzić [spisujący zeznania śledczy najwyraźniej miał kłopoty z językiem polskim] w kierunku zbierania wiadomości wywiadowczych, gdyż na razie sprawy przewrotu zeszły na dalszy plan”.
W wyroku przeciwko gen. Józefowi Kuropiesce czytamy m.in.: „W pierwszych miesiącach 1948 r. [cóż za precyzja] osk. Kuropieska w osobistej rozmowie z Adameckim poinformował go, że organizacja konspiracyjna w wojsku wstępuje w okres przygotowań do czynnego wystąpienia i w związku z tym Adamecki otrzymał odnośne zarządzenia od Hermana. W drugiej połowie 1948 r. osk. Kuropieska w czasie ponownego spotkania z Adameckim naświetlił mu ówczesną sytuację polityczną i polecił mu nadal rozwijać działalność wywiadowczą na terenie lotnictwa”.

 

Featured Video Play Icon

SDP CAFE. Edycja 2. TERESA KACZOROWSKA

ODCINEK 5. Z Teresą Kaczorowską, pisarką, poetką, animatorką kultury, rozmawia Hanna Karp.   

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

Fot. Anna Maria Szczepaniak

Marszałek Senatu przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Relacja z rozprawy objętej monitoringiem CMWP SDP

15 listopada w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Woli przy ul. Kocjana 3 odbyła się kolejna rozprawa w sprawie z oskarżenia prywatnego marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego przeciwko redaktorowi Tomaszowi Sakiewiczowi, red.nacz. Gazety Polskiej. Tym razem w formie online przesłuchiwany był Marek Suchecki. Marszałek Senatu nie zjawił się w sądzie. Na miejscu reprezentował go mec. Jacek Dubois. Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” przybył w towarzystwie swoich pełnomocników: mec. Huberta Kubika oraz mec. Marka Sawickiego.

3 tygodnie wcześniej (26 października) sąd przesłuchał jednego z głównych świadków – red. Tomasza Duklanowskiego,  redaktora naczelnego Radia Szczecin i najważniejszego autora tekstów dziennikarskich  opisujących korupcje w szpitalu w Szczecinie w czasach, gdy  prof.  Tomasz Grodzki był jego dyrektorem. Na wniosek marszałka Senatu proces toczy się w wyłączeniem jawności.  Pomimo wniosków redaktora naczelnego marszałek Senatu nie zgadza się na  odtajnienie procesu i dopuszczenie do udziału w nim dziennikarzy .
Następne posiedzenie odbędzie się 26 stycznia. Będą na nim przesłuchiwani kolejni świadkowie w tej sprawie.  Jest ona objęta monitoringiem CMWP SDP. Obserwatorem Centrum jest red. Anna Maria Szczepaniak . CMWP SDP wspiera redaktora Tomasza Sakiewicza w tej sprawie.

Tomasz Grodzki wytoczył proces Tomaszowi Sakiewiczowi po ujawnieniu przez Gazetę Polską „afery kopertowej”. Marszałek Senatu oskarżył redaktora naczelnego z artykułów 212. i 216. Kodeksu karnego (pomówienie oraz zniewaga), za które grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności. Pierwsza rozprawa w procesie odbyła się 8 września 2022 roku. Stawił się na niej zarówno powód, jak i pozwany, a sąd podczas rozprawy przesłuchiwał Tomasza Grodzkiego.

Pod koniec 2019 roku media – w tym Gazeta Polska – zaczęły przekazywać informacje o tym, że Tomasz Grodzki – jako lekarz chirurg zawodowo związany ze Specjalistycznym Szpitalem im. prof. Alfreda Sokołowskiego w Szczecinie – kontaktował się w 2016 roku z profesor Agnieszką Popielą ws. wpłaty „na fundację”. Po profesor Popieli zaczęli zgłaszać się kolejni świadkowie w tej sprawie, co spowodowało, że prokuratura wszczęła śledztwo. Przesłuchano setki świadków. Zdołano ustalić zdarzenia korupcyjne, z których część nie przedawniła się.  29 grudnia 2021 r. Prokurator Generalny skierował do Senatu RP kolejny wniosek o wyrażenie zgody na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej marszałka senatu RP Tomasza Grodzkiego. Poprzedni wniosek został niezasadnie pozostawiony bez biegu przez wicemarszałka Bogdana Borusewicza.Prokuratura Regionalna w Szczecinie domaga się uchylenia immunitetu Tomaszowi Grodzkiemu, ponieważ w toku śledztwa ustalono, że pełniąc funkcję dyrektora szpitala specjalistycznego w Szczecinie i ordynatora tamtejszego Oddziału Chirurgii Klatki Piersiowej przyjął on korzyści majątkowe od pacjentów lub ich bliskich. Jak wynika z ustaleń postępowania, korzyści majątkowe w postaci pieniędzy w złotówkach i dolarach – w wysokości od 1500 do 7000 zł – lekarz przyjmował w kopertach. W zamian zobowiązywał się do osobistego przeprowadzenia operacji lub ich szybkiego wykonania, a także do zapewnienia dobrej opieki lekarskiej. Tomasz Grodzki usłyszeć ma cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku.

Pierwszy wniosek o uchylenie immunitetu senat zwrócił prokuraturze w połowie kwietnia 2021 r. , wskazując na rzekome uchybienia formalne. Prokurator nie uznając tych wskazań za uzasadnione, kierując się jednak przekonaniem, że rozpoznanie wniosku bez zbędnej zwłoki leży w żywotnym interesie publicznym, dokonał modyfikacji wniosku.Mimo uwzględnienia przez prokuraturę uwag senatu, wicemarszałek Senatu RP Bogdan Borusewicz w październiku bezzasadnie pozostawił wniosek bez biegu, nie uzasadniając w piśmie skierowanym do prokuratury podstaw takiej decyzji.

https://www.gov.pl/web/prokuratura-krajowa/kolejny-krok-prokuratury-w-zwiazku-z-dzialaniami-senatu-rp-uniemozliwiajacymi-skuteczne-sciganie-senatora-tomasza-grodzkiego

https://pk.gov.pl/aktualnosci/aktualnosci-prokuratury-krajowej/prokuratura-skierowala-wniosek-o-uchylenie-immunitetu-marszalkowi-senatu/

Poprzednie informacje na ten temat TUTAJ.

Anna Maria Szczepaniak

O Święcie Niepodległości AD 2022 pisze WALTER ALTERMANN: Kilka niestosownych uwag

Wiem co to jest niestosowność i wiem, kiedy co wypada, a kiedy lepiej zmilczeć. Wiem, że na weselu nie trzeba wspominać dawnych dziewczyn pana młodego i chłopaków panny młodej. Jeżeli zatem na dzień narodowego święta postanowiłem napisać kilka trudnych uwag, to przecież nie po to, żeby psuć nastrój.

Dla mnie Święto Niepodległości jest dniem mojej zadumy nad minionymi czasami i pochyleniem głowy przed cieniami dawnych bohaterów.

Jednakże ciesząc się z odzyskania niepodległości ojczyzny nie umiem zapomnieć, dlaczego doszło do rozbiorów, klęsk powstań i setek tysięcy ofiar. Powiem od razu, że żadnego 11 listopada nie ciągnie mnie do udziału w pochodach i wznoszenia okrzyków w tłumie. Nie mówię, że te manifestacje polskości nie mają wielkiego sensu, ale jak dla mnie za mało w nich czasu i miejsca na przemyślenie spraw minionych, a także na zastanowienie się nad naszą „współczesną dzisiejszością”. A współczesność Polski bardzo mnie martwi.

Potępieńcze swary

Pozwolę sobie kilka razy odwołać się do naszych romantyków. Po pierwsze – Mickiewicz, Słowacki i Norwid największe swe dzieła napisali na uchodźctwie. I nie znaleźli się we Francji dlatego, że opuścili ojczyznę dla lepszego materialnie życia. Jak tysiące im podobnych tułaczy byli ofiarami rozbiorów, wojen napoleońskich i klęski powstania listopadowego. Po drugie – Polska i jej losy były tematami ich życia. I należy im wierzyć w diagnozach, bo byli mądrzy oraz sami na sobie doświadczyli tego, co bolało pokolenia XIX–wiecznych Polaków. Przeważająca część twórczości Słowackiego jest próbą zrozumienia faktu, jak to się stało, że jedno z największych państw Europy upadło w niecałe 100 lat. Bo przecież od Wiktorii Wiedeńskiej do pierwszego rozbioru minęło ledwie 89 lat. Jedną z przyczyn, zdiagnozowaną przez Słowackiego, ale też Norwida i Mickiewicza była nieumiejętność wypracowywania kompromisu przez Polaków. Tak Mickiewicz pisał o tym w „Panu Tadeuszu”.

O tem że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za poznych żalów, potępieńczych swarów! (…)

A gdy na żale ten świat nie ma ucha,

Gdy ich co chwila nowina przeraża

Bijąca z Polski jako dzwon smętarza,

Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,

Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich!

 

Minęło prawie 200 lat od powstania „Pana Tadeusza”, a nadal wiedziemy potępieńcze swary. A może to jakaś genetyczna cecha narodowa lub może niedojrzałość polityczna całego narodu? Może to właśnie skutek rozbiorów? W każdym razie, z roku na rok wzrasta wzajemna podejrzliwość w obrębie własnego narodu. Czy my, Polacy, naprawdę nie potrafimy z sobą normalnie rozmawiać, szanując jednocześnie prawo adwersarzy do ich własnego zdania? Dlaczego każdy spór natychmiast przybiera obraz sądu ostatecznego, gdzie padają najcięższe argumenty. A w ich braku – bo ileż w końcu można powtarzać w kółko to samo – sięgamy po argumenty przodków – do jakiej partii czyj dziadek należał i jak dużą miała domieszkę krwi obcej babcia przeciwnika…

Co mówią cmentarze

Pojawiające się w grupach nacjonalistycznych, hasła rasowe są mi wstrętne. Ale nie tylko wśród ONR i jemu podobnych. Przecież ukazywały się w ostatnich latach książki pisane przez całkiem znane osoby, których to książek tematem było śledzenie pochodzenia narodowego przeciwników polityczny. Domniemanych przeciwników tychże autorów.

Tak się złożyło, że ostatnio często bywam na łódzkich cmentarzach i idąc niespiesznie alejkami, czytam napisy na nagrobkach. I naraz uderzyło mnie, że wśród ofiar rewolucji 1905 roku w Łodzi, wojno polsko-rosyjskiej, II wojny światowej i powstania warszawskiego jest ogromna masa niepolskich nazwisk. Głównie są to nazwiska niemieckie i żydowskie. Bo o niepodległość Polski walczyli także Polacy żydowskiego i niemieckiego pochodzenia. I im także należy się cześć i dobra pamięć. A może większa niż rdzennym Polakom?

A tu właśnie, w środę 9 listopada, sąd złagodził kary dla ONR-owców, którzy w Białymstoku wykrzykiwali hasło „A na drzewach oprócz liści, będą wisieć syjoniści”. Dziwne, że mimo wyroków w zawieszeniu, prokuratura domaga się uniewinnienia skazanych.

Może prokurator działa w myśl zachodnioniemieckiej myśli prawnej, która zakładała, że zamykanie w więzieniach neohitlerowców doprowadzi jedynie do powstania groźniejszych podziemnych grup?

Władza, czyli głęboka niedojrzałość

Jednym z przejawów naszej niedojrzałości politycznej jest przekonanie, że jakaś partia będzie rządzić aż do emerytury. To znaczy do emerytury posłów wybranych wcześniej z listy danej partii.

Jest faktem, że do władzy przyzwyczaić się jest niebywale łatwo. Szczególnie słabszym mentalnie i duchowo osobom. I jest faktem, że często władza degeneruje. Władza ma bowiem uroki, że  posła tytułuje się wysoko. Że mu się kłaniają, uśmiechają, wystąpi czasem w telewizji… A jeżeli jeszcze ów poseł jest ministrem… Mój Boże, toż nawet jego żona boi się do niego zbliżyć. Zresztą i poseł nie ma czasu na zbliżenia, bo ma tyle spraw na głowie, że tylko współczuć.

Zatem już sama wizja utraty miejsca w parlamencie, utrata stanowisk, przywilejów i czapkowania budzi w wielu ludziach władzy przerażenie. A człowiek przerażony gotów jest popełniać grubsze głupstwa niż człek spokojny. I nie piszę tu o obecnej władzy, bo każda poprzednia władza też miała syndrom „niespodziewanej utraty władzy”. A przecież wzięcie władzy równa się, po czasie, jej oddaniu. Dziwna choroba, gdy człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że kiedyś się zestarzeje, odda władzę, a w końcu umrze. Jeżeli nie jest to niedojrzałość, to co to jest?

Czy Piłsudski był ojcem narodu?

11 listopada przedstawiciele parlamentu, rządu i różnych partii złożą wieńce pod pomnikami Józefa Piłsudskiego. I słusznie, bo jest on symbolem odzyskania niepodległości. A my Polacy kochamy symbole. Ostatnio przed jednym z pomników Piłsudskiego składali kwiaty nawet ONR-owcy, których protoplastów więziono w Berezie Kartuskiej.

Losy Piłsudskiego doskonale oddają problem rozumienia władzy przez Polaków. Piłsudski miał przekonanie, że tylko on walczył o niepodległość, choć nie było to prawdą. Następnie miał jeszcze silniejsze przekonanie, że tylko on potrafi scalić i zbudować silną Polskę. Tu nie mamy dowodów, że inni też potrafiliby, bo Józef Piłsudski przeprowadził zamach majowy i władzy raz zdobytej już nie oddał. I tak bardzo wierzył w siebie, że nawet posunął się do założenia obozu, w Berezie Karuskiej. Tamże uwięziono nawet Wincentego Witosa, premiera rządu z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Jeżeli to nie jest rozprawą z przeciwnikami politycznymi, to co nią jest?

Tu przypomnę, że równie tragiczny los spotkał generała Tadeusza Rozwadowskiego, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego z czasów tej samej wojny. Piłsudski był potwornie zazdrosny, że część Polaków uważała generała za prawdziwego ojca sukcesu wojennego. Rozwadowskiego uwięziono i dręczono, zmarł przedwcześnie na skutek przeżyć więziennych.

Czy jest dla nas nadzieja?

Czy jest nadzieja, że kiedyś nasza klasa polityczna dojrzeje, dorośnie i politycy przeciwnych obozów zaczną ze sobą rozmawiać? Teoretycznie tak.

Ale wymagałoby to co najmniej trzech rewelacyjnych zdarzeń:

  1. Politycy musieliby się przyzwyczaić do myśli, że władza nie jest dożywotnim darem losu.
  2. Politycy musieliby założyć, że mogą się mylić.
  3. Trzeba by wybierać takich parlamentarzystów, którzy nie mają dużych i rozgałęzionych rodzin, żeby mogli angażować na państwowe etaty także ludzi nieskoligaconych.

Przesłanie na 11 listopada

Nie wszystko w naszej historii jest wielkie i wspaniałe. To myśmy sami – jako Polacy – zniszczyli własne państwo, co doprowadziło do rozbiorów. A skłócenie ówczesnych elit narodu było tak wielkie, że Sejm nie był w stanie ratować państwa. Potem, na szczęście, znalazło się wśród nas wielu, którzy własną krwią zapłacili za wskrzeszenie Polski. Pamiętajmy o tym, żebyśmy znowu nie byli mądrzy po szkodzie. Nie powtarzajmy grzechów ojców naszych. Niepodległość trzeba szanować.

Niestety, jesteśmy narodem płochym, niezbyt zdolnym do trwałych działań. Jako przykład, przypomnę uroczyste „pojednania” po śmierci papieża Jana Pawła II. Po dwóch tygodniach znowu zaczęli ganiać się z siekierami i maczetami po miastach.

A na zakończenie tych moich niewczesnych uwag, jeszcze jeden cytat z  romantyków. W „Kordianie” Juliusza Słowackiego Archanioł mówi do Boga:

 

Boże! Boże! Boże!

Skrzydeł pióry otarłem o ziemię,

Krwawa była — widziałem! widziałem!

Za grzechy ojców w groby kładące się plemię,

Lud konał… gwiazda gasła… za gwiazdą leciałem —

Lud skonał…

Czas, byś go podniósł, Boże lub gromem dokonał.

A jeśli Twoja dłoń ich nie ocali,

Spraw, by krwi więcej niźli łez wylali…

 

Uniwersytet im. W. Wiernadskiego na Krymie kształci wielu zagranicznych studentów. Fot. Wikipedia

WOŁODYMYR SYDORENKO: Krymskie uczelnie kształcą „piątą kolumnę”

Niedawno na krymskim Uniwersytecie im. W. Wiernadskiego odbyła się Międzynarodowa Konferencja „Krym w światowej przestrzeni naukowej i edukacyjnej”. Poprzez tego typu wydarzenia władze okupacyjne Krymu starają się skłonić zagranicznych studentów studiujących na półwyspie do propagowania ideologii „rosyjskiego pokoju” w krajach na całym świecie.

Lokalna gazeta napisała, że ​​„dzisiaj są studentami, a jutro będą sojusznikami i ambasadorami naszej kultury na całym świecie”. A oni, jak uważają rosyjscy propagandyści, stanowią wielką siłę Tylko w tym roku na Krymie studiuje 2750 studentów z 67 krajów. Na świecie jest już ponad milion absolwentów krymskich uczelni, którzy dzięki rekrutacji rosyjskich „kuratorów” ze służb specjalnych, zamienili się w liderów ideologii Kremla i swoich krajach stają się „piątą kolumnę”.

Nikt tego faktu specjalnie nie ukrywa. Na przykład prorektor ds. polityki informacyjnej Uniwersytetu im. W. Wiernadskiego na Krymie Serhij Jurczenko wprost mówi, że: „Ważne jest przede wszystkim zapewnienie polityki zagranicznej naszego państwa, w tym w sferze edukacyjnej…”

Ołeksandr Maszchenko, kierownik wydziału ds. działalności międzynarodowej uczelni, powiedział, że oprócz Kuby, Wietnamu, Jordanii studenci z Indii, Bangladeszu, Libanu, Jemenu i innych krajów Azji i Bliskiego Wschodu studiują na Krymie. Teraz, według niego, z powodu konfrontacji Rosji z Europą i Ameryką oraz z powodu sankcji światowych, następuje reorientacja rekrutacji studentów objętych sankcjami Zachodu na Wschód. Pokazał nagranie wykonane przez absolwentkę wydziału filologicznego z Kuby, w którym słyszymy dawne nuty KGB: „Żałuję, że na Ukrainie toczą się działania wojenne. Ale wiem na pewno, że to nie lud Rosji i Ukrainy jest winny tego, ale kraj z dala od nich, który przez wiele lat starał się uniemożliwić naszemu krajowi, Kubie, życie i rozwój”. W ten sposób dobrze wykształceni absolwenci krymskiego uniwersytetu przenoszą odpowiedzialność za krwawą wojnę z Rosji na Amerykę.

Największą popularnością wśród obcokrajowców cieszą się specjalizacje medyczne. Absolwent Akademii Medycznej Krymu, Islam Mazharul z Bangladeszu, przyznał, że KGB aktywnie pracuje ze studentami, którym za współpracę płaci pieniądze pod przykrywką „stypendiów”. Mazharul stwierdził przy tym, że „popiera politykę Rosji”, podczas gdy polityka ukraińska, jego zdaniem, jest „błędna i odzwierciedla interesy innych krajów”. Oczywiste jest, że takie stanowisko zostało mu wbite do głowy właśnie na krymskim uniwersytecie.

Jak zauważył Serhij Jurczenko, studenci zagraniczni, oprócz specjalności technicznych, rekrutowani są także na kierunki czysto polityczne, takie jak filologia, historia, politologia i język rosyjski. W ten sposób większość absolwentów krymskiego uniwersytetu idzie w świat całkowicie zrusyfikowana, wyznająca rosyjską ideologię i zwerbowana przez rosyjskie służby specjalne.

Jurczenko mówi, że „Podczas lat studiów na naszych uniwersytetach studenci zagraniczni zdołają nauczyć się nie tylko języka rosyjskiego, ale także wiele dowiedzieć się o historii naszego kraju, jego kulturze, tradycjach. Ponad milion absolwentów rosyjskich uniwersytetów pracuje za granicą. To duża grupa naszych sojuszników, ambasadorów naszej kultury. A my zamierzamy pomnożyć ich liczbę”.

Ponadto prorektor Ołeksandr Maszchenko wyraźnie przyznał, że Rosja wykorzystuje studentów jako propagandzistów „rosyjskiego świata” na całym świecie i zamierza rekrutować jeszcze więcej obcokrajowców na uczelnie w tej dziedzinie. „Zgodnie z skutkami wydarzeń, które obecnie mają miejsce na Ukrainie (czyli wojny Rosji na Ukrainie – autor) zainteresowanie edukacją humanitarną w Rosji, związaną z językiem, kulturą, politologią, a nawet geografią, jeszcze nawet wzrośnie” – stwierdza.

Co więcej, wicekanclerz uniwersytetu opublikował niedawno książkę „Amerykański Krym: złudzenie widzenia”, w której nazywa prawdę o rosyjskiej polityce iluzją. Mówi na przykład o współpracy uczelni z irańskimi szkołami wyższymi i uzasadniał stanowisko Iranu, który zaopatruje Rosję w drony i rakiety.

Serhij Dodonow, przewodniczący komisji edukacyjnej krymskiego „parlamentu”, powiedział, że absolwenci z Krymu są liderami rosyjskiej polityki na Bliskim Wschodzie, w krajach Ameryki Łacińskiej, Indiach i Pakistanie. Nazwał to dziełem „dyplomacji publicznej”, bo absolwenci ze swoich krajów mają stałe kanały komunikacji z Krymem, przez które „komunikują się online ze swoimi starymi znajomymi, otrzymują informacje. Całkowicie jej ufają…” Natychmiast staje się jasne, z jakimi „starymi przyjaciółmi” byli absolwenci komunikują się i jakie informacje otrzymują.

Co więcej, Serhij Dodonow powiedział, że „Wielu absolwentów sowieckich i rosyjskich uniwersytetów zajmuje określone stanowiska w swojej ojczyźnie i jest w stanie wpływać na sytuację i politykę przy podejmowaniu decyzji”.

Przyznał też, że spośród absolwentów jego uczelni Rosja właściwie we wszystkich krajach, w których pracują, tworzy piątą kolumnę, prowadzącą działalność wywrotową.

 

Odpowiedź udzielona przez radnego mailem.

Wsparcie CMWP SDP dla dziennikarza „Dziennika Polskiego” z Krakowa

W związku z otrzymanym zgłoszeniem i opisanymi w nim działaniami radnego Miasta Krakowa Łukasza Wantucha dotyczącymi planowanej publikacji Dziennika Polskiego na temat   kontrowersji i domniemanych nieprawidłowości przy przekazywaniu pomocy dla uchodźców z Ukrainy, CMWP SDP informuje, że o obejmuje sprawę publikacji  monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka w zakresie wolności słowa i prasy.

Zbierając informacje na ten temat, chcąc dochować wszelkiej staranności przed publikacją, dziennikarz (imię i nazwisko do wiadomości CMWP SDP) zadał pytania jednemu z radnych panu Łukaszowi Wantuchowi pytanie, cyt. Czy prawdą jest, że otrzymał Pan od gminy Kraków 500 tys. na pomoc dla uchodźców z Ukrainy? Jeśli tak, to czy pan rozliczył te pieniądze, na co zostały przeznaczone? Na to pytanie nie została udzielona rzeczowa odpowiedź,  w/w radny opublikował za to na portalu społecznościowym wpis, w którym w złośliwy i napastliwy sposób atakuje personalnie dziennikarza deprecjonując jego kompetencje zawodowe (cyt. zadaje idiotyczne pytania) i miejsce pracy ( cyt. był Pan kiedyś porządnym dziennikarzem, ale rozumiem, że nowa władza i właściciel wymaga).  Sposób reakcji radnego na proste dziennikarskie pytanie oraz brak merytorycznej odpowiedzi na pytanie dziennikarskie zadane w interesie społecznym są dowodem na ignorowanie przez radnego Łukasza Wantucha przepisów ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej oraz są zaprzeczeniem zasad, jakie powinny obowiązywać w relacjach polityk – dziennikarz opisanymi także w Ustawie Prawo prasowe. Działania te można i należy odczytać jako próbę zablokowania publikacji ważnej z punktu widzenia interesów społecznych mieszkańców Krakowa, w imieniu których dziennikarze mają prawo pytać o sposób dystrybucji i wydatkowanie środków publicznych. W ocenie Centrum przytoczona odpowiedź Radnego jest także próbą ograniczenia wolności słowa i niezależności Redakcji.

Zważywszy na wolnościową funkcję prasy wynikającą z Konstytucji RP oraz uregulowania Prawa prasowego, a zwłaszcza art. 6 ust. 4 pr. pras. („Nie wolno utrudniać prasie zbierania materiałów krytycznych ani w inny sposób tłumić krytyki”), należy stwierdzić, że tego rodzaju działania są niedopuszczalne i nie mają oparcia w obowiązujących przepisach prawa, gdyż są nakierowane na stłumienie krytyki prasowej.

Na tym etapie do Rady Miasta w Krakowie zostanie skierowane zawiadomienie o objęciu sprawy publikacji i działań Radnego monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka w zakresie wolności słowa i prasy.

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 27 października 2022 r.

Link do wpisu na Facebooku: TUTAJ.