Fot. archiwum W. Kot

Poważnie (nie)żartuję – rozmowa z WIESŁAWEM KOTEM, uhonorowanym Laurem Wielkopolskiego Oddziału SDP

Nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam – mówi redaktor Wiesław Kot, uhonorowany tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Fot. archiwum W. Kot

 „Miliiiiiii państwo” – zwrot, którym rozpoczynał Pan zwykle swój radiowy Kotonotatnik, brzmi niemal tak, jak filmowe „Good morning Wietnam”. Pański znak rozpoznawczy?

Z tym zestawieniem to nazbyt Pan łaskawy… Ale zasada – ten sam sygnał na początek – taka sama. I się sprawdza! Po prelekcji w którymś wielkopolskim domu kultury podchodzi starsza pani: „Pan nam od lat daje sygnał do śniadania. Jak tylko słyszymy Mili Państwo!, mąż zaraz idzie do ogrodu po warzywa, ja do spiżarni, tak że jak pan kończy mówić, to my akurat spotykamy się w kuchni”. Pokochałem tę panią miłością natychmiastową i bezwarunkową.

Nietypowa fanka, jak zresztą wszystko u Wiesława Kota… Spróbujmy to jednak trochę uporządkować. Pisarz, dziennikarz, felietonista, redaktor, wykładowca akademicki, krytyk filmowy. Co jest najważniejsze?

Najważniejsze – mieć coś do powiedzenia. Z tym miałem i nieustannie mam ogromne problemy.

Teraz Pan naprawdę przesadza.

Miałem przedwczoraj, wczoraj, dziś i jutro rano, kiedy siądę do laptopa, też będę je miał. Tyram i rzadko miewam zadowalające rezultaty. A zważywszy, że wszystko, co mówię przed kamerą czy mikrofonem, wcześniej piszę, to w rezultacie jest jak zwykle: poranek, kawa, pusty ekran laptopa i ja.

Ale jednak są gatunki, w których czuje się Pan gorzej, lepiej, najlepiej?

Broń mnie, Panie Boże, żebym w jakimkolwiek czuł się bodaj dobrze. Ten etap: już umiem, już potrafię, już wiem, to zawodowa śmierć. Od tego momentu kończy się rozmowa z (ewentualnym) odbiorcą, a zaczyna się produkcja tekstów.

Pan o śmierci, a ja chciałbym cofnąć się do początków. Kiedy i od czego zaczęła się Pańska przygoda z dziennikarstwem?

Zaczęło się od iluminacji. Na poznańskiej polonistyce w 1985 roku zaczynałem od prowadzenia ćwiczeń z przedmiotu Poetyka. Objaśniałem, co to jamb, trochej, synekdocha i sonet włoski. I wtedy miałem widzenie: zobaczyłem siebie w wieku 65 lat, czyli takiego, jakim jestem dziś. Zgorzkniałego, w wytartym garniturku, który w oczekiwaniu na emeryturę dalej objaśnia, co to jamb i trochej. Dziennikarstwo to tylko konsekwencja tamtego olśnienia.

I zamienił Pan wytarty garniturek i zakurzoną salę wykładową na redakcję „Wprost” – topowego w owym czasie tygodnika na naszym rynku prasy.

Topowy to on wówczas bynajmniej nie był. „Gazeta dorożkarska” w buraczkowo-fioletowej szacie – bo raz się wydrukowało tak, a raz odwrotnie. Naczelny, Marek Król, skończył przygodę z Komitetem Centralnym PZPR szybciej, niż się spodziewał i z bajecznych perspektyw zostało mu tylko to pisemko. W lot zrozumiał, że albo ruszy z nim ostro do przodu, albo – zielona trawka. Problem w tym, że nikt nie wiedział, co znaczy „do przodu”. A już na pewno nie wiedzieli tego rutyniarze z ówczesnych mediów. Akurat w tym czasie kompletowano obsługę do warszawskiego hotelu Marriott. Podstawowym warunkiem przyjęcia do pracy było to, że kandydat nie pracował wcześniej w żadnym polskim hotelu. Na tej zasadzie znalazłem się w redakcji.

Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale były czasy, kiedy dziennikarz zajmujący się kulturą – a nie polityczny taran – mógł zostać zastępcą redaktora naczelnego jednego z najważniejszych tygodników opinii w Polsce…

Racja – dziś nie do pomyślenia. W ówczesnej Polsce kulturą żyliśmy bez porównania intensywniej niż dziś. Bo czym mieliśmy żyć? Podróżami, kulinariami, inwestycjami, motoryzacją? Kiedy zaczynałem pracę na Uniwersytecie, obliczałem, że na pierwszy samochód – przechodzonego małego fiata – stać mnie będzie w okolicach czterdziestki. A dzisiaj podróżujemy, inwestujemy, a wieczorem zasypiamy przy serialu Netfliksa. Jak wszędzie na świecie. Tylko nie u mnie. Bardzo się pilnuję, by każdego dnia czytać co najmniej dwie godziny.

Na czym polega unikatowy narracyjny „styl Kota”? O, ładnie się to ułożyło – rodem jak z dalekowschodnich sztuk walk.

Żywię ugruntowane przekonanie, że czas jest bezcenną własnością każdego z nas. Cudzej własności nie wolno podkradać. W moim przypadku – nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam.

Sarkazm – jeden z głównych atrybutów w Pańskim arsenale. Niezwykle silna broń. Ale trzeba się z nią umiejętnie obchodzić.

Gorzką ironię uważam za konieczną w sytuacji, w której mógłbym popaść w banał lub w referat. Można powiedzieć, że Pałac Kultury to monstrualne brzydactwo, ale ja wolę formułę: mały, ale za to gustowny. O muzyce typu heavy metal można napisać, że łomot, a ja powiedziałbym, że to muzyka wprawdzie cicha, ale za to głęboka.

Ale Wiesław Kot bywa też poważny. Kiedy?

Nigdy nie bywam poważny, ale też nigdy nie żartuję.

Fot. archiwum W. Kot

Tak, tak, nawet kiedy Wiesław Kot tworzy coś tak poważnie brzmiącego, jak  leksykon Sto najważniejszych scen filmu polskiego, to na okładce musi dyndać miś.

Jedyne, co mi się podoba w tej książce, to okładka. Powód? Dziś napisałbym to wszystko zupełnie inaczej.

Pytanie, które powinno paść wcześniej: jak powstawał „styl Kota”? Trzymam się uparcie tego określenia.

Komplemenciarz z Pana. Nie dopracowałem się własnego stylu. Nie stać mnie, jestem na to zbyt nieudolny. Mój sposób pisania nazywał się „Notatnik akademicki”, gruby zeszyt formatu A4, Zakłady Papiernicze w Strzegomiu. W latach 80. dostępny w każdym sklepie papierniczym. Skończyłem wprawdzie polonistykę, ale nie umiałem pisać po polsku. Nie znałem wagi słów, nie chwytałem niuansów. Z tym że co rano uparcie zaczerniałem stronice tego „Notatnika”. Pisałem i skreślałem, skreślałem i pisałem. Jak z zapisanej stronicy uzyskałem pół zdania, które uznałem za znośne, to już dzień nie był stracony. Coraz częściej myślę, że znów powinienem kupić sobie podobny notatnik.

O, to może zdradzi Pan przepis na dobry tekst?

Rzadko zdarza się nam napisać dobry tekst. Ale każdy następny powinien być lepszy od poprzedniego.

Mam wrażenie, że gdyby podstawić „Wiesław Kot” pod tytuł Marceli Szpak dziwi się światu – to wszystko się będzie zgadzać. Inspirują Pana małe, codzienne rzeczy, to, co spotykane za rogiem, w wycinkach starych gazet?

Lubię oglądać las poprzez liść, a morze w jednej kropli. Specjalistów od skali makro mamy tak wielu, że i tak bym się nie przebił… Jestem zresztą uzależniony od starych gazet, szpargałów, zatartych napisów, nieczynnych stacji kolejowych, parkingów na zapleczach galerii handlowych, pustych pokoi hotelowych. Był taki amerykański malarz – Edward Hopper. Ale co ja się będę wymądrzał…

Sztampowo zapytam o plany zawodowe na przyszłość, z nadzieją, że uratuje Pan to pytanie swoją odpowiedzią.

Umrzeć przy klawiaturze.

Nie tak szybko. Musi Pan jeszcze odebrać wyróżnienie – tegoroczny Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To poważna sprawa, żarty się skończyły…

Nie mam z tym nic wspólnego. To łaskawość Państwa, a nie moje „dokonania” stoją za tym wyróżnieniem. Gdy pomyślę, ilu kolegom ten laur należy się bardziej niż mnie, robię się czerwony jak piwonia z zażenowania i zawstydzenia. Kłaniam się więc i znikam.

Rozmawiał Stanisław Muszyński

O nagrodach Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.

 

Fot. Archiwum prywatne Dagmary Drzazgi

Niebo płakało razem z nami – rozmowa z DAGMARĄ DRZAZGĄ o jej najnowszym filmie „Zagłębie. Pamięć”

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na puste place, gdzie były synagogi. Dla tych ludzi to ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium. Jestem im wdzięczna, że pozwolili mi dotknąć swoich ran –mówi Dagmara Drzazga z Oddziału SDP w Katowicach, reżyserka filmu  „Zagłębie. Pamięć” w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską. 

Co skłoniło Panią do tego, żeby podjąć tak trudny temat, jakim jest zagłada Żydów z Zagłębia?

W 2023 roku minęła 80. rocznica likwidacji gett w Będzinie i Sosnowcu. Wiele mówimy o powstaniu w getcie w Warszawie, upamiętniając ten dzień symbolicznymi żonkilami. I bardzo dobrze. Jednak zdecydowanie mniejszą wiedzę mamy na temat tego, co działo się w naszym regionie. Wiele lat temu Andrzej Fidyk, doskonały dokumentalista, powiedział mi takie zdanie, które zapamiętałam i które w pewnym sensie stało się moim zawodowym mottem: „Rób takie filmy, jakie sama chciałabyś oglądać”. Poszłam tym tropem, ponieważ sama chciałam pogłębić wątek gett istniejących na terenie Zagłębia. Zaczęłam dokumentować temat.

Jak udało się Pani dotrzeć do materiałów w postaci oryginalnych dokumentów i zdjęć archiwalnych, które podczas odbioru filmu robią na widzu ogromne wrażenie i sprawiają, że ma on poczucie, jakby był bezpośrednim świadkiem tych zdarzeń?

W momencie, gdy realizuję film historyczny staram się zrobić w różnych  miejscach jak największą kwerendę. Wiele razy byłam w IPN i w Archiwum Państwowym w Katowicach. W katowickim archiwum po raz pierwszy wzięłam do rąk oryginalne niemieckie dokumenty pokazujące kolejne zarządzenia prowadzące do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Z kolei Muzeum Auschwitz-Birkenau udostępniło nam wstrząsające fotografie dotyczące samej eksterminacji. Od 1942 roku z Będzina i Sosnowca szły do Oświęcimia ogromne transporty. Apogeum tej gehenny przypada na rok 1943. Z Zagłębia było blisko – tylko 60 kilometrów. A tam rampa, selekcja i komory gazowe. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Poza tym, były też nagrania z Radia Katowice, Telewizji Katowice, zbiory z wystawy zorganizowanej w Sosnowieckim Centrum Kultury – Zamek Sielecki oraz zdjęcia z United States Holocaust Memorial Museum w Nowym Jorku. Szczególnego znaczenia nabrały również wspomnienia, które odnalazłam w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Wiele z nich, nigdy wcześniej nie było publikowanych. W moim filmie przeczytali je znakomici aktorzy Teatru Śląskiego: Ewa Leśniak i Grzegorz Przybył.

 Dotarła Pani do świadków historii. Niektórzy z nich pełnią w filmie rolę narratorów. Czy to celowy zabieg?

Od początku wiedziałam, że muszę na kimś oprzeć część narracji. Świadków zagłady, która działa się na terenie Zagłębia, mamy już niewielu. Przed rozpoczęciem zdjęć do filmu planowałam wyjazd do Izraela. Tam są jeszcze osoby, które ocalały z tego piekła. Mieszkańcy Izraela, którzy przeżyli getto, mają teraz około stu lat. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się do nich wrócić.

Większość zdjęć do filmu „Zagłębie. Pamięć” realizowała Pani na terenie Zagłębia, Oświęcimia i Brzezinki. Czy taki scenariusz realizacyjny podyktował konflikt między Izraelem a Palestyną? 

Zdjęcia do tego dokumentu musiały być realizowane tutaj. Przed wojną na terenie Zagłębia żyła przecież ogromna społeczność żydowska. Potem Niemcy utworzyli wielkie getta, wykorzystywali też tych ludzi do niewolniczej pracy w tzw. szopach, czyli warsztatach Alfreda Rossnera. Dawali im przy tym złudną nadzieję, że przeżyją, że są „potrzebni”. O tym wszystkim chciałam opowiedzieć. Jeśli chodzi o Izrael, mieliśmy już zakupione bilety lotnicze. Niestety, na tydzień przed wyjazdem wybuchł ten konflikt.

W jakich okolicznościach poznała Pani swoich rozmówców?

Bohaterów, których widzimy w filmie, poznałam podczas ich przyjazdu do Zagłębia. Chcieli wziąć udział w uroczystościach upamiętniających 80. rocznicę zagłady. Towarzyszyliśmy im z kamerą w tej ważnej, ale i bolesnej przecież podróży. Wielu z nich było tu po raz kolejny. Starsi – jak Rina Kahan czy Diana Szajn – świetnie mówią po polsku. W Izraelu założyli nawet Światowy Związek Żydów Zagłębia. Jego filie znajdują się też w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i innych miejscach. Ogromnie mnie to ujęło za serce, bo to oznacza, jak ważny był i jest dla nich ten daleki skrawek ziemi – Zagłębie. Młodsi przyjeżdżają, bo czują potrzebę poznania historii swoich rodzin. Oczywiście, najczęściej to historia tragiczna.

Jaka jest symbolika miejsc, które odwiedza grupa z Izraela? Kamera towarzyszy im podczas ich pobytu w Sosnowcu, Będzinie, ale i w Oświęcimiu. Jeden z bohaterów wspomina, że kolejny powrót w miejsca, gdzie toczyła się  gehenna, ułatwia im pozbycie się tego ciężaru, bo przebywanie tutaj sprawia, że oni po raz kolejny mogą zapłakać, czyli oczyścić się z tych emocji…

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na miejsca, w których były synagogi. Dziś to wyrwy w ciągu kamienic lub puste place. Niewątpliwie, to dla tych ludzi ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium! Naszej telewizyjnej ekipie te emocje również się udzielały. To są naprawdę trudne chwile. Ale ja wiem, że my tam jesteśmy po coś. Chcemy opowiedzieć tę historię, pokazać te emocje, poruszyć i zaangażować widza. Gdyby odbiorca tego filmu pozostał obojętny, byłaby to dla mnie wielka porażka. Jeśli mówimy o symbolice, to muszę przyznać, że bardzo przemówiły do mnie plenery w Będzinie. Centrum miasta, uliczki, podwórka, zaułki, Rybny Rynek… Sprawiają wrażenie opuszczonych, jakby życie z nich uciekło. I tak się przecież stało! Nie da się już zapełnić tej pustki. Zależało mi, żeby w filmie to pokazać.

W filmie pojawiają się również archiwalne zdjęcia przedstawiające kilkusetosobową grupę Żydów, zatrudnionych w największym i pozornie „najbezpieczniejszym” dla Żydów miejscu, czyli zakładzie Alfreda Rossnera. Skórzane buty należące do Żydów z zagłębiowskiego getta, którzy pojechali w transporcie do Auschwitz-Birkenau, powróciły do Będzina, gdzie były poddawane renowacji i wysyłane do Rzeszy. 

W filmie pada dokładna liczba: 12 milionów. Tyle butów pojechało w głąb Rzeszy. Z Auschwitz, po zagazowanych ofiarach, wróciły do Będzina. Tam w szopach  Rossnera je naprawiano, albo wycinano z nich kawałki niezniszczonej skóry i wysyłano do Niemiec. W czasie wojny to był przecież towar pożądany. Słyszałam nawet, że któryś z pracujących w szopie żydowskich szewców rozpoznał buty swojej zamordowanej rodziny. Wszystko to pokazuje, do czego zostało sprowadzone ludzkie życie i jak można było wykorzystać i potraktować przedmiotowo drugiego człowieka.

Wspomniane wcześniej przez Panią emocje są bardzo mocno w filmie wyeksponowane. Dzięki obecności świadków historii wszystko nabiera innego wymiaru. W pierwszym kadrze dokumentu pojawia się postać starszej kobiety, która przechodzi przez symboliczną bramę. Na początku widzimy też postać mężczyzny, który pełni rolę narratora wprowadzającego w klimat tamtego Będzina sprzed lat…

Ta starsza pani to Danuta Niciarz. Pojawiła się zupełnie przypadkiem w trakcie kręcenia zdjęć. Ja już jednak po latach pracy nauczyłam się, że przy filmie dokumentalnym nic nie dzieje się przypadkiem. Mam nawet taką swoją teorię na temat rzeczywistości, która nagle „zaczyna” współpracować czy też może „rezonować”, kiedy ekipa się na nią otworzy. Podczas pierwszej rozmowy z panią Danusią okazało się, że ona też ma swoją wojenną opowieść. Jej ciocia uratowała w trakcie wojny dwie Żydówki, a ona, jako mała dziewczynka, widziała pociągi z Zagłębia odjeżdżające w kierunku Auschwitz-Birkenau. Dla niej to jest na tyle silne wspomnienie, że jak o tym mówi, po osiemdziesięciu latach, nie potrafi ukryć wzruszenia. A brama? Tak, jest symboliczna, bo jakby oddziela dwie przestrzenie – przeszłość i teraźniejszość, pamięć i niepamięć. Podkreśla to też kolorystyka. W postać narratora z kolei wcielił się Adam Szydłowski – regionalista, społecznik, pasjonat, a także dyrektor Fundacji im. Rutki Laskier w Będzinie. Adam od lat żyje tą historią, zrobił też bardzo wiele dla ratowania kultury żydowskiej w regionie. Bardzo przeżywa to, co robi, jest autentyczny. Od początku wiedziałam, że musi znaleźć się w tym filmie.

Ważnym rozmówcą, który pojawia się w Pani dokumencie, jest również postać anestezjologa, mamy także wątek sióstr zakonnych z klasztoru w Sosnowcu.

Opowieść tego lekarza, który przyjechał do Zagłębia aż z Kanady jest bardzo przejmująca, zwłaszcza gdy wspomina pierwszą wizytę w Auschwitz. Przed laty przyjechał tam ze swoją mamą, więźniarką tego obozu. Dodatkowego znaczenia nabiera również fakt, że ten człowiek jako anestezjolog całe życie pomagał pacjentom pozbyć się bólu, a teraz płacze, bo nie może zrozumieć, że inni ten ból zadawali z tak wielką premedytacją.

Natomiast scena nakręcona w Klasztorze Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu pokazuje, jak w czasie wojny zakonnice ratowały żydowskie dzieci. Ukrywały też dziewczęta przed przymusową wywózką na roboty do Niemiec. W klasztorze znajduje się specjalna sala poświęcona Matce Teresie Kierocińskiej, ówczesnej przełożonej. Właśnie tam udała się grupa z Izraela, więc naturalnym było, że będziemy im towarzyszyć z kamerą.

Które z materiałów archiwalnych najmocniej Panią wstrząsnęły?

Selekcja prowadzona przez SS-manów, którzy dzielą ludzi na dwie grupy. Na drugim planie tego zdjęcia widoczny jest na niebie szary dym… Są też wizerunki dzieci… Albo taki obraz starszej, przygarbionej kobiety w chustce, która stoi na rampie w Birkenau. Na piersi ma przypiętą gwiazdę Dawida, nieśmiało spogląda w obiektyw. My wiemy, że to są ostatnie chwile jej życia. Ta fotografia złamała mi serce…

Jakie znaczenie dla reżysera ma symboliczny deszcz, który towarzyszył ekipie filmowej i grupie z Izraela podczas pobytu na terenie obozu w Brzezince i Auschwitz-Birkenau?

Zdjęcia w Auschwitz-Birkenau kręciliśmy 6 sierpnia. To przecież szczyt lata. Nas jednak zastała ściana deszczu. Czegoś takiego nie przeżyłam jeszcze nigdy, jak długo robię filmy. Z jednej strony stanęliśmy w obliczu kolosalnych problemów technicznych, z drugiej – cytując jednego z bohaterów – mogę powiedzieć, że: „Niebo płakało razem z nami”. A gdy przy krematorium potomkowie pomordowanych odmawiali Kadisz, deszcz nagle ustąpił i na moment zaświeciło słońce. Metafizyczne przeżycie.

Jak długo trwała produkcja filmu i który z momentów, podczas kręcenia zdjęć, był najtrudniejszy dla reżysera?

Produkcja filmu trwała od początku maja 2023 roku do końca stycznia 2024 roku,  można zatem powiedzieć, że dość szybko. Nie liczę tu czasu, który wcześniej spędziłam w archiwach. Nie potrafię powiedzieć, który z momentów był dla mnie najbardziej wymagający, bo było ich bardzo wiele. Myślę jednak, że podczas tej realizacji najtrudniejsze były emocje, z którymi musieliśmy się zmierzyć. Jestem bardzo wdzięczna bohaterom, którzy pozwolili mi dotknąć swoich ran. Trzeba pamiętać, że to nie jest film fabularny, ja nie mam tu aktorów, a łzy, wzruszenie, zakłopotanie, były prawdziwe. Rozmówcy pozwolili mi filmować swoje przeżycia i nigdy podczas realizacji nie usłyszałam słowa sprzeciwu. Myślę, że zdobyłam ich zaufanie, a znaliśmy się przecież bardzo krótko! Tu nie było czasu na długie „oswajanie” bohatera z kamerą i towarzyszącą mu ekipą. Dokumentalista odczuwa to jako wielką łaskę! Podobnie było z Michaelem z Niemiec, a więc człowiekiem, który symbolicznie stoi po „drugiej stronie”. Michael mówił, że nosi w sobie traumę, bo jego dziadek Josef był urzędnikiem w będzińskim magistracie w czasie wojny. Tym samym stał się jednym z „trybików” w machinie zagłady. Być może inny rozmówca nie pozwoliłby nam na filmowanie swoich emocji, nie zgodziłby się na pokazanie twarzy, albo ujawnienie nazwiska. A on to zrobił! Czuł moralny obowiązek mówienia o przeszłości. Nigdy nie zapomnę kluczowej dla filmu sceny, kiedy podczas uroczystości upamiętnienia ofiar holokaustu w Będzinie, płaczącego Michaela przytula młody Izraelczyk. Pojednanie, wzruszenie, przebaczenie. Wszystko wydarzyło się, oczywiście, spontanicznie. My tylko zarejestrowaliśmy ten moment. I to też odbieram, jako łaskę.

Na końcu tej rozmowy chciałabym podziękować mojej ekipie z TVP3 Katowice. Niech mi będzie wolno wymienić kilka nazwisk: Krystyna Nowojska, Beata Widuch, Witold Kornaś, Michał Sławiński, Bartosz Dominik, Kuba Jędras, Łukasz Kozera i Andrzej Piwowarczyk. Jestem im wdzięczna, że razem ze mną zbudowali tę opowieść.


Dagmara Drzazga

Dziennikarka i reżyserka, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr hab., wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.

 

 

grafika: Tysol.pl

Dziennikarzy TYGODNIKA SOLIDARNOŚĆ nie wpuszczono do Sejmu, bo włożyli koszulki z teściami krytykującymi Zielony Ład

Redaktora naczelnego Tygodnika Solidarność i jedną z dziennikarek Tysol. pl uczono w piątek, jak mają się ubierać w parlamencie. Nie chciano ich wpuścić z powodu koszulek, które mieli na sobie. Chodziło napis: „Precz z Zielonym Ładem”. Wygląda na to, że koalicja rządowa zaczyna wprowadzać dyrektywy Ministerstwa Myśli i Prawdy. Ciekawe, że sejmowe i senackie służby nie zwracają uwagi na obrźliwe napisy na koszulkach sympatyków PO, TD i Lewicy…

Redaktor naczelny Tygodnika „Solidarność” Michał Ossowski i reporter Tysol.pl Monika Rutke nie zostali wpuszczeni do Sejmu z powodu koszulek.

„Dziennikarka Tygodnika Solidarność Monika Rutke nie została wpuszczona do Sejmu z powodu koszulki z napisem 'Precz z Zielonym Ładem’, którą miała na sobie. Nakazano jej zmianę ubrania.

Reporterka pytała, z jakiego powodu miałaby to zrobić; uzyskała odpowiedź, iż Sejm nie jest miejscem przeznaczonym do tego, aby prezentować w nim swoje opinie polityczne.

Nie tylko dziennikarka  Monika Rutke miała problemy z dostaniem się do Sejmu mimo posiadanej akredytacji. Inkryminowana koszulka z napisem 'Precz z Zielonym Ładem’ okazała się przeszkodą do wejścia także dla redaktora naczelnego Tygodnika Solidarność Michała Ossowskiego” – napisał Adrian Siwek na stronie internetowej Tysol.pl

Dawny minister w KPRM i szef MSW za rządów Donalda Tusaka, a teraz szef Kancelarii Sejmu Jacek Cichocki tak skomentował relacje dziennikarki Tysola:

„- Nic o tym nie wiem. Nie sądzę, by tak było – odparł polityk.

Sugeruje pan, że mówię nieprawdę?- pytała Rutke.

Sugeruję, że funkcjonariusz przekazał pani jakieś szersze uzasadnienie a pani to tak zinterpretowała… – odparł Cichocki” – napisano w Tysol.pl

Relacja wideo Tysol pl na X TUTAJ

Cichocki nie wezwał strażników. A mógł… Wspaniały człowiek, nie zrobił tego…

Dawny koordynator służb specjalnych pytany o to, czy – jego zdaniem – reporterzy mogą chodzić sejmowymi korytarzami w koszulkach z napisem „Precz z Zielonym  Ładem” nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi:

„[szef Kancelarii Sejmu długo patrzy na koszulkę dziennikarki] Solidarność tu jest znaczek… i tu jest drugi” – zauważył przytomnie polityk.

„Ciekawa kolorystycznie” – dodał z uśmiechem Cichocki.

Ciekawe to jest na pewno to,  ze służby porządkowe parlamentu nie zauważają całych gromadek ludzi odwiedzających Sejm i Senat, którzy noszą atrybuty nienawiści obraźliwe np. dla obecnej opozycji. Zauważyliśmy niedawno  mnóstwo ludzi wchodzoących do parlamentu, którzy mieli na sobie „odzież” i „biżuterię”, na których obnażanych jest osiem gwiazdek… A jeden z wpuszczonych do Sejmu interesantów miał na sobie bluzę z wizerunkiem argentyńskiego zbrodniarza Ernesto Che Guevary… Pewnie zdaniem strażnków i kierownictwa Kancelarii Sejmu i Senatu akurat taka odzież jest pozbawiana „podtekstów politycznych”. Chyba, że nie zauważyli.

 

 

 

 

Chwała Bogu, że uciekliśmy z Buczy —10. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Wciąż wszyscy trwamy w euforii, podnieceniu z powodu wyjazdu z Buczy, ale każdy zaczyna zastanawiać się nad przyszłością. Co będzie z Ukrainą? Czy wrócimy do naszego rodzinnego miasta? Co dalej robić? Jak przetrwać?… Na razie nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

15 marca 2022, wtorek

Godz. 9.10, Winnica, Szosa Chmielnicka. Z dziennika Serhija Kulidy

Tego dnia obudziłem się o szóstej rano od… głośnej ciszy. W przytulnym domu Witkowskich wszyscy jeszcze spali. Cichutko, żeby nikogo nie obudzić, ubrałem się i wyszedłem na ganek, żeby zapalić papierosa. Lekki mróz szczypał policzki, ale niebo, oświetlone łagodnym słońcem, świeciło wiosennym blaskiem. A w duszy, jak w kościele, panował nieoczekiwany spokój i niewypowiedziana łaska. I mimo to nadal nie mogłem uwierzyć, że udało nam się uniknąć śmierci…

Aby zabić czas, postanowiłem przejść się ulicą. Wybiegłem więc przez kładkę i, jakby przez wehikuł czasu, znalazłem się… w przedwojennych realiach — na przystanku ludzie spokojnie czekali na trolejbusy, przy pobliskiej kawiarni miłośnicy aromatycznego napoju delektowali się kawą, „pieskowicze” wyprowadzali różnorodne ulubione zwierzęta domowe. Po prostu niewiarygodne! Niewiarygodne, że tutaj, w Winnicy, panuje naturalna dla pokojowych czasów spokojna codzienność, od której my, buczanie, odzwyczailiśmy się przez trzy tygodnie, odkąd zaczęła się wojna.

Wracając do domu Witkowskiego, zauważyłem, że moi towarzysze już się obudzili i, rozbawieni, przygotowują się do dalszej podróży na zachód Ukrainy. Widzę, że Tamara, która tak źle czuła się w piwnicy na Chmielnickiego, uśmiecha się łagodnie.

— Jak się czujesz? — pyta żona, obejmując mnie.

— W porządku. A ty?

— Wszystko w porządku… Chwała Bogu, że uciekliśmy z Buczy… Jestem pewna, że teraz wszystko będzie dobrze… Niezależnie od wszystkiego… I jeszcze wiem, nie myśl, że wpadam w patos, my, Ukraina, pokonamy tych rosyjskich łotrów! Zobaczysz!..

— Ale ja w to nie wątpię! — szczerze podtrzymuję pewność żony. — Inaczej być nie może!..

W międzyczasie Walia, łagodna i gościnna żona Witkowskiego, już przygotowała śniadanie i woła do stołu… Nie mam apetytu. Biorę tylko filiżankę kawy i kieruję się na podwórze, bo jak mówi przysłowie, kawę trzeba popijać papierosem. Jeszcze mam pół godziny na notatki. Oto one…

Godz. 19.30, Jaremcze, ulica Wolności, 236, baza turystyczna „Prut”. Z dziennika Serhija Kulidy

Teraz, po przejechaniu z Winnicy 385 km, dotarliśmy do uzdrowiska Jaremcze. Ale wszystko po kolei… Podziękowawszy Wali i Witkowskiemu za schronienie, życzliwość i czułość, zajęliśmy miejsca w samochodzie. Roman za kierownicą, Tamara obok na fotelu pasażera, z tyłu — ja z Jaszą na rękach, Ninusia i Włodek z naszą nową pasażerką, koleżanką Romka, Nastką, na kolanach. Najbardziej komfortowo w tym cudzie niemieckiego przemysłu samochodowego czuje się Jasza: śmieje się i wystawiając język cały czas wpatruje się w okno, przez które przelatują domy, drzewa, pola, ludzie. Ta swego rodzaju, można by powiedzieć, przezroczystość, bardzo mu się podoba. Bardziej nawet niż jakaś cukrowa kość czy inny wyszukany smakołyk dla psa.

Zapomniałem napisać, że teraz zmierzamy do Iwano-Frankiwska, gdzie na nas czeka mój kolega, znany poeta Jarosław Tkaczewski. Droga, ze względu na niewielkie doświadczenie Romka jako kierowcy, wydawała się „wyboista”. W tym sensie, że czasami auto błądziło, bo nie zawsze wszechwiedząca nawigacja wskazywał nam właściwą trasę. I oto — wreszcie! — światła Frankiwska przed nami. Teraz błądzimy po nieznanych ulicach w poszukiwaniu siedliska Tkaczewskich. Dzwonię do Jarosława, a on szybko prowadzi nas do celu…

W przytulnym domu przyjaciela czekał już na nas stół z wykwintnymi potrawami — jak się okazało, dziełem kulinarnych talentów gospodyni. Małżonkowie pytają nas o dni przeżyte pod rosyjską okupacją, o nasze bytowanie w piwnicy, o doświadczenia w kontaktach z wrogiem… Nasi przyjaciele nie mogą uwierzyć, że coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć. Jednak, z uwagi na historię, dochodzimy do wniosku — w rosyjskim okrucieństwie nic dziwnego nie ma…

W międzyczasie Jarosław mówi, że czeka na nas w Jaremczu nasz wspólny znajomy, pisarz Wasyl Nahirniak, który przygotował nam schronienie. Poznaliśmy się z nim rok temu, kiedy przyjechaliśmy z Tomą na festiwal „Ognisko literackie nad Czernosztem”. Pan Wasyl to bardzo jasna, łagodna osoba. Takich, jak on, jak mówił mój pradziad Jakub, „już nie robią”. Więc nasza załoga, po spędzeniu kilku godzin w gościnnościach rozgrzewających serce wyrusza w drogę.

Trzeba się spieszyć, bo niedługo — nowe pojęcie w naszym słowniku — godzina policyjna… Niebawem wjeżdżamy w góry. Wielkie świerki, jak strażnicy, otoczyły drogę, masywnymi gałęziami wskazując nam kierunek na Jaremcze. (Tutaj powinienem zrobić jakąś liryczną wzmiankę, ale brakuje mi inspiracji.) Aż tu nagle pojawił się posterunek. Nasi chłopcy, uzbrojeni w stare AKM-y, niemówiący i nie reagujący na żarty. Milcząc długo sprawdzają nasze dokumenty. Robią uwagę Romkowi za uszkodzoną przednią lampę. Wreszcie życzą „szczęśliwej drogi” i pozwalają nam jechać. Nawiasem mówiąc, przyszła mi myśl, że ci surowi chłopcy przypominają mi żołnierzy UPA, którzy walczyli w tej okolicy niemal do lat 60. ubiegłego wieku…

Oto Jaremcze. Dzwonię do pana Wasyla, a on pokazuje nam drogę do bazy „Prut”, gdzie mamy się zatrzymać. Po kilku minutach zatrzymujemy się obok budynku, który zdaje się pamiętać carskie czasy. Drewnianymi schodkami gospodyni prowadzi nas na drugie piętro do naszego pokoju, gdzie stoi siedem łóżek z szafeczkami. W pomieszczeniu jest zimno i nieprzytulnie. Po gościnach u przyjaciół ten pokój z, można by powiedzieć, rustykalnym wystrojem wnętrza skłania do rozmyślań o niepewnej przyszłości naszego dalszego istnienia. Cieszy jedno — cisza, pozbawiona grzmotu rakiet i pocisków nad głową. Ale… Przypomniało mi się, że niedaleko (gdzieś około 10 km) jest Delatyn, w pobliżu którego za sowieckich czasów znajdował się Iwano-Frankiwsk-16, czyli Obiekt-711 — tajna baza, gdzie w wyrąbanych w górach sztolniach przechowywano głowice nuklearne i rakiety. W pierwszych latach niepodległości Ukrainy wywieziono je do Rosji, ale i teraz, jestem pewien, jest tam schowana jakaś bomba. Więc ten obszar jest potencjalnym celem dla kacapskich rakiet. Trzeba zastanowić się, czy warto zostawać w Jaremczu…

16 marca 2022, środa

Godz. 10.15. Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano wypiliśmy herbaty i poszliśmy na spacer po miasteczku Jaremcze. Przy pomniku kozackim (zdziwiłem się, że wciąż stoi w kraju, gdzie zawsze nienawidzono Rosjan) wolontariusze rozdawali uchodźcom gorącą zupę. Stanęliśmy w kolejce razem z nimi.

Miałem dwojakie uczucia: z jednej strony byłem zadowolony, że zjadłem coś świeżego, ale z drugiej… Tego rodzaju rozdawanie jedzenia bezdomnym widziałem w Nowym Jorku, gdzie mieszkałem przez niemal dziesięć lat. I nigdy, nawet w najgorszym śnie nie pomyślałem, że podobna sytuacja może spotkać mnie, moją rodzinę. Jednym słowem, nigdy więcej nie mów nigdy.

Potem poszliśmy dalej. Bezcelowo łaziliśmy po lokalnym targu… Na ulicach pełno takich jak my – zdenerwowanych, zrozpaczonych ludzi… Natknęliśmy się na punkt wolontariacki. W środku tłoczyli się uchodźcy. Życzliwi wolontariusze rozdawali odzież, środki higieny, pierogi, konserwy, chleb. Pachnące bochenki prosto z pieca, więc i my bierzemy kilka.

Kiedy wróciliśmy do swojej bazy, dzielę się z rodziną wątpliwościami. Wszyscy zgadzają się, że trzeba stąd wyjechać. I to jak najszybciej.

Dzwonię do Wasyla Nahirniaka i wyrażam swoje obawy. Mój rozmówca zdumiewająco rozumie moje zaniepokojenie. Obiecuje jak najszybciej oddzwonić. Oczekiwanie płynie bardzo wolno. I oto mój przyjaciel jest na linii: — Serhiju, zaraz siadajcie do autobusu do Werchowiny. Będę na was czekał przy urzędzie miejskim…

Pożegnaliśmy się pośpiesznie z zaskoczoną dyrektorką ośrodka wypoczynkowego i pospieszyliśmy na przystanek. Po czterdziestu minutach byliśmy już w Werchowinie. Pan Wasyl obejmuje moich bliskich ramieniem. Potem siadamy w samochód, który zawozi nas do jego dobrej znajomej, która prowadzi kompleks wypoczynkowy. Spokoju tego miejsca strzeże kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej. Zza krzaków wychodzi zmęczona kobieta po sześćdziesiątce.

— Wasylina — podaje rękę właścicielka obiektu i zaprasza do jednego z drewnianych domków, które znajdują się na terenie kompleksu. — Tutaj przygotowałam wam pokój — i życzliwym gestem otwiera drzwi do pomieszczenia.

Wchodzimy do środka i rozglądamy się z zadowoleniem. Jasny i przestronny pokój urządzony jest nowoczesnymi meblami, jest łóżko małżeńskie, a na ścianie telewizor plazmowy.

— Tutaj będziecie mieszkać. A na obiad zapraszam do kawiarni. Dania dla was są darmowe…

Tamara, entuzjastycznie przytulając, dziękuje gospodyni, ale ta tylko macha ręką: — Czym mogę, tym pomagam — potem spieszy się do swoich jakichś pilnych spraw.

Żegna się też Wasyl: wkrótce ma dyżur na blokadzie. A my zaczynamy się urządzać, ciesząc się tym przytulnym schronieniem…

Godz. 18.35, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wieczór. Wyszliśmy z Tamara na podwórko. Na niebie wysyp gwiazd. Cisza. Tylko gdzieś w oddali szczeka pies. Jakby nie było wojny. Toma przytuliła się do mojej piersi: — Dziękuję, że wywiozłeś nas z tego piekła.

— To nie ja, to Romczyk.

— Gdyby nie ty — podkreśla żona — zostalibyśmy w Buczy. I nie wiadomo, co by się z nami stało… Kocham cię…

— I ja cię kocham, moja kochana…

Chodźmy spać…

17 marca 2022 roku, czwartek

Godz. 9.20, Osada Werchowina, ulica Iwana Franki, 7, szkoła. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano zadzwonił pan Wasyl — zaprasza nas do szkoły, żebyśmy skorzystali z dostawy darów z Rumunii i wybrali sobie jakieś ubrania. Poszliśmy, kilometr, półtora, do placówki edukacyjnej, która znajduje się w centrum osady. Na ulicy odwilż, więc, brodząc przez błoto, suniemy poboczem. Oto i centrum miasteczka. Wszystko jak należy — hotel, bank, poczta, kantor wymiany walut, sklepy… Pan Wasyl czeka na nas przy szkole. W przestronnej sali jednej z klas na parterze leżą poukładane stosy ubrań. Kurtki, jeansy, koszule, obuwie. Ale wszystko tak zniszczone, że trudno coś wybrać. Udało mi się jednak znaleźć porządną kanadyjkę. W końcu na dworze zima… Ninusia i Tamara też wyłowiły jakieś ciepłe rzeczy. Cieszą się nawet z tego, bo okazało się, że gdzieś mi poginęły zimowe kurtki.

Nasz kolega pobiegł załatwiać swoje sprawy, a my postanowiliśmy pójść na lokalny targ. Chodzimy, oglądamy… Zatrzymujemy się przy jakimś facecie, który sprzedaje mięsne przysmaki. Pytam o cenę. Ten przez zaciśnięte usta odpowiada. Widać, że traktuje nas jak jakichś bezdomnych (choć, prawdę mówiąc, ma rację) i patrzy na nas z góry swoich 160 centymetrów. Uprzejmie dziękuję i mówię, że nie stać nas na taką cenę. A tu facet wybucha żółcią: — Ze starszymi ludźmi tak się nie rozmawia! — powtarza, aż ludzie zaczynają się rozglądać.

— Nie zrozumiałeś? —dziwię się szczerze. — Czym cię obraziłem?

— Nie potrafisz rozmawiać z ludźmi, to lepiej zamknij pysk! — kontynuuje. — Ach, jacy tu przyjeżdżają!…

Nie mogę wytrzymać.

— No dawaj, przyłóż… Coś ci powiem…

Facet podstawia ucho, z którego sterczy kępka włosów.

— Spie*dalaj, ośle — mówię spokojnie, ledwo powstrzymując się, żeby mu nie rozwalić mordy. — Ty, parszywco, nie masz sumienia… Ludzie uciekają od wojny, od śmierci, a ty… Obrzydlistwo…

Idziemy, a facet nawet się nie rusza… Muszę szczerze powiedzieć, że czułem się niezręcznie po tej potyczce… Ale jak można było to znosić…

Godz. 14.30, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Właśnie po obiedzie… W przytulnych domkach „Arkanu” prawie wszystkie miejsca zajęte uchodźcami, takimi jak my. Podali barszcz, pierogi z mięsem, kompot z słodkimi pączkami. Do sali wchodzi właścicielka lokalu pani Wasylina. Patrzy, czy wszystko w porządku. Podchodzi do naszego stołu: — Tamaro — zwraca się do mojej żony, — jeśli coś trzeba wyprasować, to przynieś. Jeśli potrzebujecie jakiejś pomocy, to mówcie, nie wstydźcie się…

Toma szczerze dziękuje, kładąc rękę na sercu… A w jej oczy zbierają się łzy…

Godz. 21.05, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wieczór spędziliśmy przed telewizorem i wpatrując się w smartfony, oczekując dobrych wieści. Ale przynajmniej na razie sytuacja nie napawa optymizmem. Wróg się zbliża. Okrutnie bombarduje wsie i miasta… Ludzie giną… Ukraina liczy, że „demokratyczny świat” zamknie niebo… Ale, jak mówił mój główny redaktor w Ukraińskim Radiu Jurij Zasenko: „Rzeczywiście wy*raliście”. W sensie, że Europa wraz ze Stanami Zjednoczonymi jakoś nie chcą działać… Prawdopodobnie nie wierzą, że Ukraińcy staną w obronie Ojczyzny. Myślę, że i Putin jest w szoku…

18 marca 2022, piątek

Godz. 11.15, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Dzień zaczął się od telefonów. Dzwonili: kolega ze studiów Sasza Hryhorijew z Kijowa, mój przyjaciel ze szkolnych lat Bob Wiśniewiecki, który od lat mieszka w Izraelu, córka Luda z tej samej Ziemi Obiecanej, brat Sasza z Kławdijewa. Wszyscy pytają niepokojąco, jak się mamy? Uspokajam ich i opowiadam, jak udało nam się uniknąć śmierci…

Godz. 13.00, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wciąż wszyscy trwamy w euforii, podnieceniu z powodu wyjazdu z Buczy, ale każdy zaczyna zastanawiać się nad przyszłością. Co będzie z Ukrainą? Czy wrócimy do naszego rodzinnego miasta? Co dalej robić? Jak przetrwać?… Na razie nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Godz. 15.23, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Pomyślałem sobie: może zostać w Werchowinie? Ale z czego żyć? Pieniądze idą się je**ć… Pan Wasyl zasugerował, że można bym się zatrudnił w miejscowej gazecie. Ale gdzie się leczyć Tamarze i mnie? I przede wszystkim, za co? Nasze zdrowie kosztuje sporo…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

Uchwała Zarządu Wielkopolskiego Oddziału SDP w obronie zwalnianych z pracy dziennikarzy

Zarząd Wielkopolskiego Oddziału SDP  wspiera działania Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań w obronie zwalnianych z pracy dziennikarzy  ze względu na przynależność do ich organizacji związkowej i za przekonania polityczne, co wyraża się m.in.  zwolnieniami z pracy  red. Piotra Tomczyka, Bartosza Garczyńskiego, Arkadiusza Kozłowskiego, Krystyny Różańskiej-Gorgolewskiej, Michała Sobkowiaka, Sławomira Zasadzkiego, Romana Wawrzyniaka, a także Przemysława Stochaja oraz  Aleksandry Fedorskiej.

Podane przez „likwidatora” powody wypowiedzeń umów o pracę są niekonkretne, uznaniowe i nieprawdziwe. Służą jedynie temu, by nie wypłacać pracownikom należnych odszkodowań za zwolnienie, jakie obowiązują w przypadku likwidacji spółki.  Zwolnienia dotyczą, poza jedną osobą, członków  Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań . W uzasadnienie wypowiedzenia umowy o pracę jednego z dziennikarzy wpisano jako powód to iż rzekomo „wspiera prawą stronę” , co jest  dyskryminacją ze względu na poglądy.

W innych wypowiedzeniach umów o pracę jako ich powód podawana jest „likwidacja spółki”, choć wszystkie okoliczności funkcjonowania Radia Poznań pokazują, że jest to działanie pozorne, którego celem jest jedynie bezprawne przejęcie funkcji zarządczych w tej spółce. Zwracamy uwagę, iż na miejsce zwalnianych pracowników zatrudniani są następni, zmienia się ramówkę programu,  wynajmuje billboardy i prowadzi promocję oraz autopromocję na antenie rzekomo „likwidowanej” rozgłośni.

Dlatego apelujemy o zaprzestanie działań dyskryminujących członków  Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań, wstrzymanie dalszych zwolnień w ramach prześladowań za poglądy oraz o natychmiastowe wycofanie się z wadliwych prawnie wypowiedzeń o pracę i przywrócenie wszystkich wspomnianych pracowników na ich stanowiska, z uwzględnieniem przywrócenia audycji i programów które prowadzili. W sytuacji, w której pracownik nie chce podjąć na nowo współpracy z  „likwidatorem” bo stracił do niego zaufanie, jako do swojego pracodawcy – redaktora naczelnego, apelujemy o  wypłacenie odszkodowań, zaspokajających słuszne roszczenia dziennikarzy oraz o przywrócenie wycofanych z ramówki, z powodów politycznych, audycji  i programów radiowych.

 

Rys. Cezary Krysztopa

O zapatrzeniu w sojuszników i kłopotach z tego wynikających pisze CEZARY KRYSZTOPA: Detresura Polaków

Ktoś rzucił koktajlem mołotowa w budynek Synagogi Nożyków w Warszawie. Rzecz, która oczywiście nie powinna się wydarzyć. Tak jak nie chcę żeby mi ktoś obrażał, czy atakował symbole mojej wiary, tak nie mieści mi się w wyobrażeniu zachowań cywilizowanych i palenie Koranu i uszkodzenie elewacji synagogi. Jedną z podstaw spokoju społecznego, jest wzajemny szacunek do symboli religijnych.

Jednocześnie cała sprawa, nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się ze słynnym „spaleniem ruskiej budki” na Marszu Niepodległości, które to mogło być, jak wynika z tego co mówi Paweł Wojtunik na taśmach z „Sowy i Przyjaciół”, inspirowane przez Bartłomieja Sienkiewicza  – Widzisz, ale facet nauczył ich, że on dzwoni i on im rozkazuje. I tak samo poszli, spalili budkę pod ambasadą, bo minister osobiście wymyślił taką… wiesz z takiego… – słyszymy na nagraniu, którego treść w 2015 roku opublikowało „Do Rzeczy”. Może słusznie się kojarzy, może niesłusznie, ale jakoś dziwnie nie mogę się od tej myśli opędzić.

Triada pedagogów

Tym bardziej, że moment wydarzenia jest dla rządzących zadziwiająco pomyślny. Swego czasu szukali czegokolwiek co mogłoby skompromitować wznoszący antyrosyjskie hasła w czasie trwania tzw. „resetu z Rosją” Marsz Niepodległości. Teraz desperacko szukają czegokolwiek, co mogłoby przykryć w opinii publicznej kwestie takie jak wysokie ceny benzyny, nadchodzący armagedon cen gazu, czy wreszcie celowo i małpio złośliwe, choć logiczne w kontekście realizacji niemieckich interesów, niszczenie strategicznych projektów infrastrukturalnych, takich jak CPK, a co za tym idzie, likwidacja polskich potencjałów rozwojowych. Austria i Węgry już zgłaszają akces do zagospodarowania idei hubu lotniczego w środkowej Europie.

I oczywiście natychmiast zgłasza się znana Polakom triada „pedagogów”

– „Potępiam próbę zamachu na Synagogę Nożyków. Stop antysemityzmowi!” – pisze po polsku ambasador Niemiec Viktor Elbing. Ambasador Niemiec, wyobrażacie sobie? Kraju, który jest winien śmierci milionów Polaków i milionów Żydów. Kraju, w którym antysemityzm rośnie lawinowo i jego poziom w porównaniu ze śladowym poziomem w Polsce, jest gigantyczny i obejmuje pobicia, rozboje i rabunki. Gdyby ambasador Polski w Niemczech potępiał każdy akt antysemityzmu za Odrą, nie robiłby niczego innego. Jednak ambasador Niemiec Viktor Elbing, czuje się w prawie grzmieć na polskiej ziemi na temat antysemityzmu. Panie Elbing, my sobie ze swoim antysemityzmem poradzimy, Pan pomoże zwalczać ten niemiecki, bo sobie Pana niemiecka administracja nie daje rady.

– „Dziś wraz ze społecznością żydowską, Naczelnym Rabinem Polski Michaelem Schudrichem, Ambasadorem Jakowem Liwne i innymi solidarnie potępiam haniebny atak na Synagogę Nożyków w Warszawie. Nie ma miejsca na antysemityzm i nienawiść ani w Polsce, ani nigdzie indziej na świecie” – pisze po polsku ambasador USA Mark Brzezinski, zawsze gotowy do strzelenia sobie sympatycznego selfika z przedstawicielami proniemieckiej Koalicji 13 grudnia, czy innych form sprzecznych z konwencjami ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski, ale jakoś nieznany z reakcji np. na zamordowanie przez Izraelczyków polskiego obywatela.

– „Przybyłem do Synagogi im. Nożyków, która ucierpiała dziś w ataku. Wraz z przedstawicielami polskich władz oraz Ambasadorem USA chcieliśmy okazać wsparcie warszawskiej gminie żydowskiej. Nie wolno nam dopuścić do tego, aby społeczność żydowska w Polsce została zastraszona tego rodzaju antysemickimi atakami. Strach powinni czuć wyłącznie sprawcy, a kara za takie postępowanie musi być nieunikniona. Dziękuję władzom RP za potępienie ataku i będę czekał na postawienie sprawców przed obliczem sprawiedliwości. Razem pokonamy antysemityzm i nienawiść” – pisze wreszcie po polsku po tym przygotowaniu artyleryjskim ambasador Izraela Jakow Liwne. W tym przypadku w jego reakcji nie byłoby przecież niczego nadzwyczajnego, byłaby absolutnie zrozumiała, gdyby nie fakt, że dopiero co wykazał się publicznie nieprawdopodobną bezczelnością w komentowaniu sprawy Polaka zamordowanego przez izraelskich żołnierzy. I w zasadzie nie wiadomo co jeszcze robi w Polsce.

Tak to nas od lat tresują. Zawsze ci sami. To znaczy nazwiska się zmieniają, ale są to najczęściej przedstawiciele tych trzech państw: Niemiec, Stanów Zjednoczonych i Izraela. Wobec każdego z tych państw wykazujemy się od lat, słusznie, lub mniej, uprzedzającą uprzejmością. Swoje służalcze zasługi ma tu wiele rządów po 1989 roku wobec Niemiec (obecny tę sztukę doprowadził wręcz do mistrzostwa), ale i rządy PiS mają swój wkład w to jak nas dziś traktuje Waszyngton i Tel Awiw. Nie jestem dyplomatą, mogę czegoś nie wiedzieć, ale wydaje mi się, że nawet jeśli kogoś uznaje się za sojusznika, czy wręcz strategicznego sojusznika, warto się szanować i np. nie zmieniać ustaw wg. wytycznych zza granicy, ponieważ każdy taki przypadek utwierdza naszych partnerów w przekonaniu, że Polacy są gotowi na wytarcie czapką każdego ich splunięcia.

Efekt odwrotny do zamierzonego

Z drugiej strony jednak, warto zauważyć pewne zjawisko, w ramach którego Polacy zdają się szybko wyrastać z wyznaczonej im roli. Jeszcze kilka lat temu, wystarczyło, że jakaś dziunia z Gazety Wyborczej napisała coś w zagranicznej prasie, a Wyborcza podała to na zasadzie „znowu się z nas śmieją”. I Polacy kładli uszy po sobie. Tymczasem od jakiegoś czasu pedagogika wstydu nie tylko już nie wystarczy żeby ich przekonać o tym, że „nie zasługują na takie projekty jak CPK”, ale również dotychczasowi „pedagodzy” stracili w oczach Polaków wiele ze swego blasku. Jeszcze usiłują grać swoją grę, ale zdaje się, że wywołuje to efekt odwrotny do zamierzonego.

Tweet ambasadora Niemiec Viktora Elbinga ma 62 polubienia i… 320 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Tweet ambasadora USA Marka Brzezinskiego 398 polubień i 1000 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Tweet ambasadora Izraela Jakowa Liwne 152 polubienia i 508 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Mam nadzieję, że daje mi to pewien asumpt do tezy, że tak się kończy natrętna pedagogika. Polacy mają dosyć tresury.

Reakcja jeszcze jest nadmiarowa, co jest oczywiście formą odreagowania po latach musztry, ale z czasem powinna zmienić się w zrozumiałe wzruszenie ramion. Nie oznacza to oczywiście, że mamy porzucić sojuszników, czy choćby, że ich opinia ma nas nie interesować. Ma interesować, ale nie w kwestii naszych spraw wewnętrznych, które z definicji nie dotyczą ambasadorów państw ze stolicami gdzie indziej niż w Warszawie. Ci, choćby przez wzgląd na konwencje regulujące zasady dyplomacji, mają pilnować swojego dyplomatycznego nosa i nie ingerować w sprawy kraju, w którym są ambasadorami.

Pytanie jeszcze, czy doczekamy się rządzących, którzy tę godnościową ewolucję Polaków pojmą i sami wyjdą z mentalnej pułapki „brzydkiej panny bez posagu”.

Nasza podróż w nieznane – DZIEWIĄTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Na poboczu stały spalone i ostrzelane samochody — ciężarówki, autobusy, osobówki, a obok nich, albo w środku, leżały zmasakrowane kulami i ogniem martwe ciała… Omijaliśmy te straszliwe przeszkody, a ja wyobrażałem sobie, jak musi być przerażająco, gdy strzelają do ciebie, a obok są najbliżsi… I jesteś bezsilny, nic nie możesz zrobić, żeby ratować tych, których kochasz  ­ – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

13 marca 2022, niedziela

Godz. 7.12, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Nie spałem dobrze w nocy. Słyszałem, że Tamara całą noc przewracała się na swoim zaimprowizowanym łóżku. Poza tym dusił ją kaszel. Zaostrzenie choroby oskrzeli wyraźnie się nasila, a leki się skończyły. Długo nie wytrzyma w piwnicy.

Po „porannej aktywności” podszedłem do Tomaszki i, obejmując ją za ramiona, pewnym głosem powiedziałem:

— Pakuj walizkę, jutro wyjeżdżamy.

— Ale przecież samochód nie chce się uruchomić — powiedziała niepewnie.

— Uruchomi się! Chłopcy jakoś zdobyli akumulator.

Godz. 13.44, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Obok domu przejeżdżały autobusy ewakuacyjne i kolumna samochodów. Moje serce podpowiada, że „zielone korytarze” mogą niedługo zostać zamknięte. I wtedy — koniec. Z tych sideł się nie wydostaniemy.

Godz.14.20, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Wyszliśmy z piwnicy do mieszkania. Dziewczyny robią kanapki z krakersów, bo chleb dawno się skończył. Przyniosły z podwórka gorącą zupę i rozlewają do talerzy. Apetytu już od kilku dni nie mam, wcale nie chce się jeść. Połknąłem pigułkę przeciwbólową, ale widzę, że poprawy nie ma.

W salonie na półkach stoi moja kolekcja płyt winylowych — albumy zespołów rockowych: Beatles, Animals, Rolling Stones, Who, Led Zeppelin, Uriah Heep, Grateful Dead, Pink Floyd i innych klasyków rocka. A są także ulubione polskie zespoły — Czerwone Gitary, Breakout i Tadeusz Nalepa, Budka Suflera, SBB, Czesław Niemen… Nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek położę te płyty na tarczy gramofonu, delikatnie zdmuchując kurz…

A jeszcze marzyłem o napisaniu dwóch książek. O historii ukraińskiej muzyki rockowej oraz kronikę życia i twórczości The Beatles. Nawet częściowo zgromadziłem materiały. Jeszcze do późnego wieczora 23 lutego siedziałem przy biurku, realizując założenia, ale… Zresztą tego samego dnia z wydawnictwa „Arija” przysłali mi makietę mojej kolejnej książki o szpiegach. Widać, nie było mi dane trzymać jej w rękach. „Przytulając” kilka płyt, ostrożnie odłożyłem je na miejsce, contra spem spero na ponowne z nimi spotkanie.

Godz. 23.12, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

W piwnicy martwa cisza, od czasu do czasu przerywana szczekaniem dwóch psów, które przebywają razem ze swoimi właścicielkami w sąsiedniej komórce. Zwierzęta są zestresowane i przerażone.

Niektórzy sąsiedzi zniknęli cicho, „po angielsku”. Ale, jak powiedział sąsiad Mykoła, „mniej ludzi, więcej tlenu”. Nie komentuję. Bo ten sam Cyceron lubił powtarzać, że suum cuique — „każdemu swoje”. Napisałem to i przypomniałem sobie mojego nauczyciela Jurija Wadymowicza Szanina. Jakbym się nie opierał, to jednak wbijał mi do głowy łacinę, bo, jak słusznie zauważyli starożytni, nulla est doctrina sine lingua Latina („Nie ma nauki bez łaciny” — przyp. red.).

14 marca 2022 poniedziałek

Godz.10.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Ledwie Denis poinformował, że zamontował nowy akumulator, a samochód Romana udało się uruchomić. Zbiornik volkswagena jest prawie pełny. Będziemy mogli wyruszyć. Zaraz przekażę tę nowinę Tamarze.

Godz. 22.02, Winnica, droga na Chmielnickie. Z dziennika Serhija Kulidy

Dzień był trudny. I jednocześnie radosny. Ale o wszystkim po kolei. Po tym, jak zięć powiedział, że auto jest gotowe do drogi, postanowiłem pójść na rozpoznanie do miejskiego ratusza, gdzie ludzie mieli czekać na ewakuację. I rzeczywiście: tam, jak i w poprzednich dniach, zebrał się ogromny tłum. Autobusów jeszcze nie było, za to całą jezdnię przed budynkiem miejscowego „białego domu” zalały prywatne samochody mieszkańców Buczy.

Czas płynął, ale pożądany transport nie pojawiał się. W powietrzu wyraźnie czuć było jakieś nerwowe napięcie. Dzieci płakały, mężczyźni uciszali się przeklinając, psy warczały i rwały się ze smyczy… Wśród ludzi chodził kierownik spraw miejskich rady buczackiej Dmytro Gapczenko i przez megafon, jak potrafił, uspokajał zirytowanych i zmęczonych mieszkańców. Wtedy podjąłem ostateczną decyzję: jeśli dziś nie opuścimy Buczy, to już raczej nie będziemy mogli wyjechać.

— Tamo, szybko się zbieraj — z progu zwróciłem się do żony. — I dzieciom powiedz. Ja idę do piwnicy — zabiorę komputer.

Już za dziesięć minut staliśmy przy samochodzie Romana — my z Tamarą, Ninusia, dwójką wnucząt, zięć i teściowa. Razem — siedmioro plus pies. Ale do auta zmieścimy się tylko we czwórkę. No, jakoś sobie poradzimy…

I wtedy Oksana stanowczo oznajmiła: — Gdzie tam z moimi gabarytami… Jedźcie sami. Ja zostaję.

— A ja mamy nie zostawię — powiedział ostro Denis. — Jedźcie, my sobie poradzimy.

Teraz już wystąpili Ninusia i Włodek: — My bez ciebie też nie pojedziemy!

Denis delikatnie objął żonę i syna, i łagodnie powiedział: — Musicie uratować siebie. Jeśli tu zginiecie, ja tego sobie nigdy nie wybaczę. Bardzo was kocham. Siadajcie i jedźcie. Ja coś wymyślę i na pewno was znajdę.

Tak więc uformował się załogę: za kierownicą — Roman, obok — Tamara, na tylnej kanapie — Włodek, Ninusia i ja z Jaszą na rękach.

Wyjeżdżaliśmy w tym, co mieliśmy — w sportowych spodniach, wysmarowanych od trzytygodniowego siedzenia w piwnicy kurtkach, nieumyci i nieogoleni (to ja, oczywiście, o sobie). Do walizki Tamara włożyła tylko jakieś jeansy, adidasy, swetry, bieliznę. No i dokumenty. To wszystko. Jeszcze zdążyłem żartować z tego powodu: „Wszystko, co zdobyte ciężką pracą”. Tamara tylko wymownie spojrzała na mnie i, widocznie zasmucona, odwróciła się, żeby nie pokazać łez. Usiedliśmy i ruszyliśmy z podwórza. Skręcając z ulicy Energetyków na Bohdana Chmielnickiego, samochód zatrzymał się — przed nami stało kilkanaście aut. Okazało się, że kierowcy odbywają naradę: czekać na autobusy (które nie wiadomo kiedy przyjadą), czy jednak ryzykować, jadąc całą kolumną prywatnych samochodów, przyczepiając do nich napisy obowiązkowo po rosyjsku „Дети” i białe taśmy. Debaty zakończyły się tym, że niektórzy postanowili nie kusić losu i zostać.

Większość kierowców była gotowa na potencjalnie niebezpieczną podróż. Tak więc nasz volkswagen znalazł się piąty kolumnie tego niebezpiecznego „wyścigu”, który nazwałem w myślach „Life Trophy”. Skręcając z ulicy Bohdana Chmielnickiego w lewo na „Warszawkę”, ruszyliśmy w stronę Worzel. I tu w pełni ujawniły się przed nami straszne realia współczesnego życia. Na poboczu trasy stały spalone i ostrzelane samochody — ciężarówki, autobusy, osobówki, a obok nich, albo w środku, leżały zmasakrowane kulami i ogniem martwe ciała…

Omijaliśmy te straszliwe przeszkody, a ja wyobrażałem sobie, jak musi być przerażająco, gdy strzelają do ciebie, a obok są najbliżsi… I jesteś  bezsilny, nic nie możesz zrobić, żeby ratować tych, których kochasz. I na chwilę przed śmiercią, ze strachem rozumiesz, że to koniec. Koniec wszystkiego…

Tymczasem Roma powoli skręcił na drogę łączącą „Warszawkę” i Żytomierską trasę. Minęliśmy skręt na ulicę Jabłunowską, gdzie, według plotek, Rosjanie już zabili wielu mieszkańców Szklanej Wsi. Dalej — w prawo, skręt na Zabuczie. I tutaj, jak i na „Warszawce”, na poboczu stały zniszczone osobówki z zabitymi ludźmi. Przed Zabucziem trafiamy na kacapski punkt kontrolny. Zatrzymują nas. Podchodzi jakiś niedorozwinięty na krzywych nogach, z azjatyckimi rysami stwór. Uśmiecha się zepsutymi zębami: — Cześć! Dokąd wy się tam wybraliście? My was właśnie wyzwalamy od nazistów…

Milczymy.

— Czemu milczycie? Boicie się, co, straszno? Nie bójcie się — my, Rosjanie, jesteśmy dobrzy.

Milczymy.

— Dawajcie paszporty! — stwór nakłada złośliwy uśmiech na cienkie jak sznurek wargi.

Długo obraca w rękach dokumenty.

— А teraz — telefony.

Głupiec grzebie w naszych telefonach komórkowych, ale po chwili zwraca je z powrotem.

— Pokaż bagażnik! — zwraca się do Romana.

Ten go otwiera.

— Tam co jest?

— Ubrania — rzuca niewiele mówiący wnuczek.

— Co? Powiedź mi to po ludzku…

— Ja i tak mówię o ludzku — zaczyna kipieć mój zawsze zrównoważony wnuk.

Widzę, że zbliża się konflikt z dość przewidywalnymi konsekwencjami, więc wtrącam się, dodając do głosu nuty dowódcze: — Słuchaj, bojowniku, tam w walizce tylko ciuchy.

Spuchnięta morda odwraca się do mnie i coś chce powiedzieć, gdy woła go jakiś, widocznie, starszy rangą, który zbliża się do naszego samochodu: — Co ty się tam grzebiesz, idioto?… Odsuń się, ileż można! Jeśli wszystko w porządku — puść.

— Jedźcie na ch*j — wzdycha i powoli podnosi karabin. — Szybko, bo inaczej was tutaj położę…

Gdzieś w okolicy Dimerki znowu nas zatrzymują, a opisana wcześniej sytuacja się powtarza. Tylko tym razem w patrolu są brodaci mężczyźni z charakterystycznym kaukaskim akcentem. Mówią znajome słowa (widocznie tak ich nauczyli) o „wyzwoleniu”: „Chcemy was wyzwolić od tych waszych banderowców”. W końcu ci „Rosjanie”, obładowani bronią, wypuszczają nas.

W okolicy Kapitanówki widzimy — wreszcie!!! — niebiesko-żółtą flagę, unoszącą się nad zbudowanym z betonowych bloków posterunkiem kontrolnym. Nasi zaniepokojeni chłopcy nie przeprowadzają kontroli, tylko machają rękami: „Jedźcie dalej szybciej!”

I rzeczywiście, pojawia się nowy powód do niepokoju — gdzieś tuż obok zaczynają latać pociski. Roman skręca na drogę w kierunku Żytomierskiej, nietypowo pustą. I tylko tu i ówdzie stoją, jak wyznacznik czasu, rozbite samochody. Kierujemy się w stronę Stojanki, gdzie mieszka (czy mieszkała?) siostra Tamary, Luda, i patrzymy, jak po obu stronach drogi płoną liczne budynki — supermarkety, biurowce, magazyny, stacje benzynowe, prywatne domy. Wydaje się, że trafiliśmy w środek jakiegoś filmu katastroficznego z Hollywood. Z drogi obok Stojanki skręcamy na Horenicze. Tutaj widok jest równie ponury — ruiny, ogień, śmierć… Minęliśmy osiedle, skręcamy w prawo obok Hnatiwki, w kierunku Białogrodki i… zatrzymujemy się. Przed nami ulica jest zablokowana samochodami. Stoimy w korku kilka godzin. A obok coś regularnie i dość głośno wybucha. Wreszcie ruch trochę przyspiesza.

Zbliżamy się do mostu nad rzeką Irpin, z prędkością żółwia, i modlę się do Boga, żeby Rosjanie nie celowali w tę przeprawę. Oto Białogrodka! Tutaj nasze dokumenty zostały dokładnie sprawdzone (żołnierze martwią się o możliwych dywersantów), a uprzejmi, uważni wolontariusze poczęstowali nas kanapkami i herbatą. Wreszcie mogliśmy odetchnąć spokojnie — teraz jesteśmy bezpieczni.

Jasza, uwolniony na „spacer”, załatwił swoje fizjologiczne potrzeby, które przez kilka dni powstrzymywał. Po odpoczynku kontynuowaliśmy naszą smutną podróż.

Oto i Kijów. Słońce przywitało nas radośnie, na ulicach spacerują ludzie, sklepy działają, a także — co dla nas najważniejsze — stacje benzynowe. Przy jednej z nich zatrzymaliśmy się, aby zatankować jak najwięcej paliwa. Podczas gdy Roman stał w kolejce, nasza załoga ruszyła do budynku stacji benzynowej. Tutaj ja i Nina kupiliśmy papierosy i zamówiliśmy kawę. Smakując aromatyczny napój, zdumiewaliśmy się przynajmniej pozornym spokojem. Zdawało się, że znaleźliśmy się w jakimś równoległym świecie: w Buczy panuje śmierć, a w stolicy, przecież tak niedalekiej od naszego miasta, jakby „cichy anioł przelatywał”. Jednak ten spokój był oczywiście złudny. Kijów jest celem numer jeden dla moskiewskiej hordy. I uderzenia w miasto można się spodziewać każdej chwili.

I oto znowu jesteśmy w samochodzie — zmierzamy na zachód. Naszym ostatecznym celem jest Iwano-Frankiwsk, gdzie czeka na nas mój dobry przyjaciel i kolega Jarosław Tkaczewski. A tymczasem dzwonię do kolejnego przyjaciela z mojej młodości — winnickiego pisarza Wadima Witkowskiego. Umawiamy się na nocleg. Wadim cieszy się, że uciekliśmy z Buczy: „Serhieju, drogi, z Walją czekamy na was z niecierpliwością! Żyjcie u nas, ile chcecie! Będziemy bezgranicznie szczęśliwi!”.

Przybliżona odległość od Kijowa do Winnicy (przez Białą Cerkiew i Skwirę) wynosi 270 kilometrów. Roman włącza nawigację i ruszamy. Nawiasem mówiąc, wnuk nie wypuścił z ręki swojego telefonu z nawigacją przez cały czas podróży. W lewej ręce — telefon, w prawej — kierownica. I to mimo że nigdy wcześniej nie odbywał długich podróży, ponieważ niedawno otrzymał prawo jazdy.

Nie będę opisywał tych długich godzin podróży. Powiem tylko, że w samochodzie zazwyczaj panowała napięta cisza. Wszyscy martwili się, że volkswagen się zepsuje, zatrzyma się. Żeby choć nie musieć nocować gdzieś na poboczu…

I oto — wreszcie! — światła Winnicy. Trochę błądząc po nieznanych ulicach, parkujemy przy posiadłości Wadima i Walji Witkowskich na Chmielnickiej Szosie. Przyjaciele przywitali nas serdecznymi objęciami. Od razu zaprowadzili do stołu, obfitującego w różnorodne przysmaki, których nie widzieliśmy przez trzy tygodnie. Ale przed ucztą ja i Wadim zrobiliśmy sobie zdjęcie, aby udokumentować fakt naszego cudownego uratowania.

Podczas gdy dzieliliśmy się wspomnieniami, Roma postanowił udać się do sąsiedniej wioski, gdzie razem z rodziną przeniosła się jego dziewczyna z zajętej Babynci. Postanowił, że zabierze ją ze sobą.

Tymczasem, po ucztowaniu, wszyscy wzięliśmy prysznic, a dziewczyny z Włodkiem zaczęły się przygotowywać do snu. Wkrótce przyjechał Roma z narzeczoną. Szczęśliwy i radosny! Wreszcie wszyscy położyliśmy się spać. Tylko ja nie mogłem zasnąć. Wziąłem się za notowanie wydarzeń tego szczęśliwego, ale długiego dnia. Jutro będziemy kontynuować naszą podróż w nieznane. Jaki los nas czeka? Pomimo wszystkich kłopotów i obaw, szczerze wierzę, że nasz kraj, zjednoczony i zmotywowany, pokona moskiewskie plugastwo. I że „na odnowionej ziemi // Nie będzie wroga, przeciwnika, // Ale będzie syn, i będzie matka, // I będą ludzie na ziemi”…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

 

 

 

Wsparcie CMWP SDP dla protestu Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań przeciwko działaniom „likwidatora” rozgłośni

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wspiera działania Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań w obronie dziennikarzy zwalnianych z pracy  przez „likwidatora” Radia Poznań Piotra Michalaka.  Zwolnieni z pracy  zostali : red. Piotr Tomczyk, Bartosz Garczyński, Arkadiusz Kozłowski, Krystyna Różańska-Gorgolewska, Michał Sobkowiak, Sławomir Zasadzki, Roman Wawrzyniak, a także Przemysław Stochaj oraz pracująca na umowie o współpracę red. Aleksandra Fedorska.

Podawane przez „likwidatora” powody wypowiedzeń umów o pracę są niekonkretne, uznaniowe i nieprawdziwe. W ocenie CMWP SDP służą przede wszystkim temu, by nie wypłacać pracownikom należnych odszkodowań za zwolnienia, jakie obowiązują w przypadku likwidacji spółki.  Zwolnienia te dotyczą, poza jedną osobą, członków  Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań. Przykładowo w  uzasadnienie wypowiedzenia umowy o pracę jednego z dziennikarzy wpisano jako powód to iż rzekomo „wspiera prawą stronę” , co jest  dyskryminacją ze względu na poglądy. W innych wypowiedzeniach umów o pracę jako ich powód podawana jest „likwidacja spółki”, choć wszystkie okoliczności funkcjonowania Radia Poznań pokazują, że jest to działanie pozorne, którego celem jest jedynie bezprawne przejęcie funkcji zarządczych w tej spółce. CMWP SDP zwraca uwagę, iż na miejsce zwalnianych pracowników zatrudniani są kolejni, wprowadzane są nowe pozycje do ramówki programu,  wynajmowane są billboardy i prowadzona jest  promocja oraz autopromocja na antenie rzekomo „likwidowanej” rozgłośni.

Dlatego CMWP SDP apeluje o zaprzestanie działań dyskryminujących zwalnianych z pracy dziennikarzy Radia Poznań oraz o przywrócenie ich do pracy w Radiu lub podjęcia negocjacji ze Związkiem Zawodowym Pracowników Radia Poznań, by zwolnienia z pracy odbywały się z poszanowaniem Prawa pracy i prawa dziennikarzy do ich niezależności .

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP 

Warszawa, 25 kwietnia 2024 r.

 

Na ulicy zimno. Tak samo na sercu – SIÓDMY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

W gabinecie na biurku wciąż leżą jakieś notatki, zeszyty, notatniki… Wszystko to wydaje się obce i zbędne. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie jutro. Właściwie, nawet dzisiaj. Niczego nie planujemy… Istniejemy… – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

5 marca 2022, sobota  

Godz. 10.08, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Przyjaciółka powiedziała Ninusi, że z sąsiedniego Irpienia odbywa się ewakuacja pociągami. W Buczy — cisza. Żadnych nowin o „zielonym korytarzu”, którym można byłoby opuścić miasto. Ledwo dodzwoniłem się do jednej wpływowej osoby, która, jak się dowiedziałem, zajmuje się kwestiami ewakuacji ludzi. Do osoby, która zawsze zapewniała, że w trudnej chwili jest gotowa podać pomocną dłoń. Zapytałem, czy pomoże mojej rodzinie opuścić Buczę, bo auto się zepsuło, a ja nie wiem, co robić. Ten odparł: — Radź sobie sam…

— Ale jak?

— Jak chcesz — i rzucił słuchawkę.

Godz. 12.30, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Ze względu na brak gazu kłopotliwa staje się kwestia przygotowania jedzenia. Na „wspólnej naradzie mieszkańców” postanowiono zbudować na podwórku „kuchnię polową”. Już po kilku godzinach ruszyła pełną parą. Sprytni chłopcy, ci młodsi, przywlekli deski, z których zbudowali całkiem przyzwoity domek. Gdzieś znaleźli dwa piece. Sąsiedzi wyciągnęli kilka stołów. A ja poświęciłem jakieś swoje papiery i książki na rozpalenie ognia. Z goryczą stwierdzam, że część mojej kolekcji „staroci” poszła z dymem… Później do kuchni, gdzie kierownictwo przejęły dwie nasze sąsiadki Gaja i Lida, mieszkańcy zaczęli wnosić zapasy mięsa i ryb, różne wędliny i kiełbasy. Całe to dobro nie mogłoby być długo przechowywane z powodu braku prądu. Postanowiliśmy więc zrobić szaszłyki, pieczeń itp. A jakie to „grillowanie” bez wina? Bez skrupułów opróżniając własne zapasy, ludzi wnieśli na stół wyrafinowane napoje. W rezultacie obiad zamienił się w prawdziwą ucztę. Podczas zarazy… raszystowskiej…

Godz. 15.33, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Swatka znowu próbowała przedostać się do swojego domu przy ulicy Szewczenki, aby nakarmić koty i psa. Na próżno… Spotkała znajomą – opowiada – która poinformowała ją, że kacapy są prawie wszędzie. Strzelają do ludzi, rabują. Sytuacja jest szczególnie niebezpieczna w okolicy Szkłozawodskiej, gdzie już zabito wielu jej znajomych. Oksana płacze…

Przypomniałem sobie o swacie. Igor gdzieś w obronie terytorialnej w okolicach Wyszgorodu. Walczy…

Godz. 18.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

U nas okresowo coś trzaska i pęka. Raz prawie obok, raz — gdzieś w oddali. Już się jakoś przyzwyczailiśmy, ale przeważnie siedzimy w piwnicy. Tamara ma się coraz gorzej (to widzę), ale ona się pociesza, powtarzając jak zaklęcie: „wszystko będzie dobrze”. Nerwy u wszystkich napięte jak struny. Czasem pękają i wtedy są kłótnie. Powody do nieporozumień w istocie są nieważne. Przed wojną nikt by na coś takiego nie zwrócił uwagi. A dzisiaj jakieś drobiazgi nabierają „wszechświatowego” wymiaru. Boże, kim się stajemy? Podobne incydenty widzę u wszystkich rodzin, które schroniły się w piwnicy…

Godz. 20.13, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Mamy ogromną chęć wyjechać, ale nie mamy możliwości. Korytarzy humanitarnych najeźdźcy nie otwierają, a pojedyncze samochody ostrzeliwują. Na ulicy jest zimno. Tak samo na sercu. Dochodzą wieści, że „zachodni partnerzy” odmawiają „zamknięcia nieba”. Bzdury, że Putin ich nie zrozumie. Odstępują… A póki co, na ile wiemy, tylko Polska naprawdę przejmuje się wojną, wysyła nam broń.

Zadzwonił Sławko. Pyta: „Jak się masz?”. Odpowiadam: „Normlanie”. A co jeszcze można powiedzieć? Że — do d**y? I tak to jest oczywiste…

6 marca 2022, niedziela

Godzi. 8.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Ładujemy telefony z powerbanków. Dzięki temu mamy możliwość utrzymywania kontaktu ze światem. Rano zadzwonił jakiś prenumerator „Literackiej Ukrainy”. Groźnym głosem pyta: — Dlaczego gazeta nie przychodzi? Zapłaciłem pieniądze…

— Wojna — lakonicznie wyjaśniam sytuację.

— O co chodzi?… — oburza się rozmówca.  — Powinniście zapewnić wydanie gazety! Skandal!…

Odmawiam dalszej dyskusji, żeby nie powiedzieć niczego zbędnego. Zabrakło słów.

Godz. 11.10, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Nasze przytulne mieszkanie stało się teraz jak obce. Z półek spoglądają na mnie książki, jakby zapraszając: weź nas do rąk, przewróć strony, przeczytaj… Nie chcę i nie mogę. W gabinecie na biurku wciąż leżą jakieś notatki, zeszyty, notatniki… Wszystko to wydaje się obce i zbędne. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie jutro. Właściwie, nawet dzisiaj. Niepewność determinuje sposób istnienia. Żyjemy — dosłownie! — godzinami. Niczego nie planujemy… Istniejemy… Ale staram się nie pokazywać mojej desperacji. Żartuję. Czasem wygłaszam jakieś bzdury. Wszystko po to, aby tylko podtrzymać ledwo płonący płomień tak zwanego nastroju.

Godz. 13.25, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Jasza, gdy jesteśmy w mieszkaniu, ciągle prosi się „na ręce”. I gdy go weźmiesz, obejmiesz — to jakby chciał cię pocałować, wyrażając w ten sposób swoją miłość i oddanie. Kiedyś mieliśmy już psa o imieniu Jasza (w dokumentach: Jakob), delikatnego, ale niezależnego pieska, którego znał cały blok. Samodzielnie spacerował po podwórku, sam wracał do domu. Sąsiedzi nawet zwracali się do niego per „Pan”. I nie było to tylko żartobliwe szacunek. Jasza-Jakob był bardzo mądry, wrażliwy, nie boję się tego słowa, inteligentny. Ale, niestety, kiedy nadszedł jego czas, umarł. Nigdy nie zapomnę jego oczu pełnych łez, gdy zawiozłem przyjaciela do kliniki weterynaryjnej. Tam właśnie umarł, gdy tylko położyłem go na stole do badań. Razem z żoną, przepłakaliśmy trzy dni i postanowiliśmy zaadoptować dokładnie takiego samego psa, bo pustka w duszy była niewyobrażalna. Zgodziliśmy się, że to rozwiązanie nie powinno być traktowane jako zdrada naszego aniołka. Raczej — jak jego reinkarnacja. Takiego malucha znaleźliśmy w wiosce Fenewicze. Gdy Tamara i ja weszliśmy na podwórze, gdzie mieszkał mężczyzna, który hodował psy, „napadła” na nas grupa białych sympatycznych kłębków futra. Ale po obwąchaniu gości, gromada wróciła do swoich psich spraw. I dopiero jeden z nich (dokładna kopia zmarłego Jakoba) chciał uporczywie wejść Tamarze na ręce. Zresztą, ten „egzemplarz” był większy od innych swoich młodszych krewnych. I to tylko dodawało mu pewnego uroku. Tak jak czarny ogon.

— Sierioża, to on — westchnęła z radością Tamara. — To… nasz Jasza…

Całą drogę spędził w ramionach żony. Ale już niedługo pokazał swoją „prawdziwą twarz”. Pogryzł nowe sandały żony, moje ulubione trampki i buty córki. Za nic miał poranne i wieczorne spacery, więc raz za razem ktoś z domowników wchodził w kałużę lub coś znacznie poważniejszego. Jasza nauczył się domagać jedzenia, siedząc przy kuchennym stole, trącając łapkami z niecierpliwości. Chciał spać w naszym łóżku. I gdy próbowaliśmy go przegonić chociaż na kraniec, niezadowolony mruczał. Kiedyś, gdy zabraliśmy go do weterynarza, ugryzł w palec Tamarę, która go trzymała. Rana była bolesna — w szpitalu żonie założono szwy i drenaż, potem codziennie trzeba było oczyszczać ranę. Nad Jaszą zawisła poważna groźba deportacji. Żona była bardzo zdeterminowana: „Że to mnie własny pies tak pogryzł!…” Sprawa doszła do wolontariuszy, którzy zgodzili się zabrać młodego łobuza. Wieczorem przypięliśmy „przestępcę” do smyczy i ruszyliśmy… Ja kategorycznie odmówiłem uczestnictwa w ceremonii pożegnania, więc żona musiała zrobić to sama. Nerwowo zapaliłem papierosa. Ale nawet nie zdążyłem go do połowy skończyć, gdy przed moimi oczami pojawiła się szczęśliwie uśmiechnięta Tamara, a obok jej nóg radośnie merdał ogonem… Jasza.

— Jak mogłabym go oddać? — płakała i jednocześnie śmiała się Tamara. — On, gdy wzięłam go na ręce, żeby pożegnać, przytulił się do mnie, i wierzysz, zaczęły mu płynąć łzy. I ja też zapłakałam. I powiedziałam, że nikomu go nie oddam! Niech gryzie… I gryzł. Co prawda łagodnie i zupełnie bezboleśnie. Tak, żeby dyscyplinować swoich właścicieli. Ale przestał szarpać obuwie i załatwiał się tylko w czasie spacerów. Okropnie pokochał, gdy mu drapano brzuch i uwielbiał całować… I teraz jego „szczęśliwe barbarzyństwo” poszło na marne. Jasza nie rozumie: co się stało? Dlaczego nikt go nie głaszcze, nie daje smakołyków?.. Wiele rzeczy też nie rozumiemy… Niestety…

Godz. 17.00, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Siedzimy w zimnej wilgotnej piwnicy. „Dzieci podziemia”, jak pisał Korolenko. Nie ma światła, nie ma też życia w zwykłym znaczeniu tego słowa. Błądzimy korytarzami piwnicy, palimy papierosy i szukamy dobrych wieści w telefonach. Widzę, że Tamarze jest strasznie źle. Trzyma się ostatkiem sił. Jeśli odejdzie, nie wytrzymam długo. Jesteśmy jakby połączeni pępowiną. Bardzo ją kocham. Mnie też jest źle. Połykam tabletki, które mi przepisał „doktor nauk medycznych, profesor” (co tam jeszcze było na wizytówce?). Nie odczuwam ulgi. Na ulicy coś wybucha, gdzieś niemal obok słychać strzały z broni automatycznej. Może właśnie teraz, w tej samej chwili, czyjaś dusza odlatuje do nieba?… Niech będzie przeklęta, rosyjska plugawość!

Godz. 18.31, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

W mediach społecznościowych informują o zranieniu naszego burmistrza Anatolija Fedoruka. Myślałem, że został ewakuowany. A tu proszę…

7 marca 2022, poniedziałek

Godz. 9.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Rozchodzą się plotki, że przy ratuszu zbierają się ludzie do ewakuacji. Chciałem pójść zobaczyć — Toma mi nie pozwoliła. Boi się, że trafię w ręce bandytów, bo ludzie mówią o dziesiątkach zabitych mieszkańców Buczy. Pod oknami grasują rosyjskie transportery opancerzone. Trwają ostrzały. Kto, dlaczego i do kogo strzela — niejasne. Żona z córką próbują coś sobie znaleźć do roboty w mieszkaniu. Wnuki cały czas wbite w ekrany swoich telefonów. Zięć stara się być użyteczny na podwórku: rąbie drewno do kuchni, biega po wodę. Potajemnie, żeby nikt nie widział, wypija sto gramów „na rozgrzewkę”. I nie wydaje się, żeby był sam.

Godz. 18.37, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Na ulicy jest mroźno, w piwnicy zimno, w mieszkaniu pusto, a w sercu nieopisana tęsknota. Spojrzałem na siebie w lustrze i nie poznałem tego faceta w zwierciadle. Nieumyte włosy, nieogolona twarz, obskurne sportowe spodnie, znoszona zimowa kurtka. Czy to naprawdę ja?!

8 marca 2022, wtorek

Godz. 10.18, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

W nocy bardzo huczało. Słychać było to w piwnicy. Posłuchaliśmy trochę i położyliśmy się dalej spać.

Godz. 11.47, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś jest kobiece święto, a ja (po raz pierwszy!) nie zdołałem podarować moim dziewczynkom chociaż kwiatka. Pozdrowiłem werbalnie, przytuliłem, pocałowałem… Rano mieszkańcy naszej klatki i, odpowiednio, piwnicy zebrali się na podwórku — zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Ktoś z naszych w końcu znalazł bukiet i postawił go w trzylitrowym słoiku z wodą, który stał na ławce przy schodach do budynku. Natychmiast pojawiły się też cukierki i wino. Wszystkie „reprezentantki płci pięknej” zgromadziły się przy „świątecznym stole”, śmiały się, nawet żartowały. Ten, jedyny w swoim rodzaju, bukiet wywołał u nich burzę emocji i… łzy. Ale, pomimo wszystko, nasze „piękne połówki” trzymały się z godnością.

Godz. 14.39, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Mówią, że jutro będzie ewakuacja z Buczy. Zobaczymy… Plotki o „zielonych korytarzach” krążą już od kilku dni. Wahania: czy warto uciekać, czy nie? Niektórzy sąsiedzi skłaniają się ku pozostaniu w domu. Bo można się dogadać z wrogami i nie będą oni ruszać pokojowych mieszkańców. Ja bardzo wątpię, bo plotki o egzekucjach coraz bardziej rozprzestrzeniają się po mieście. Szczególnie niebezpieczna sytuacja jest na Szkłozawodskiej. Mówią, że nasza sąsiadka, która mieszkała obok kościoła i pracowała w ratuszu, została zastrzelona razem z dwójką dzieci. Przy okazji, samochód Romana nadal stoi bez nadziei na uruchomienie. Znowu poprosiłem Denisa, żeby sprawdził, co się stało z autem. Trzeba jakoś go uratować…

Godz. 17.03, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

— No, jak tam? Prowadzisz dziennik? — zapytał mnie Serhij, piłkarz z szóstego piętra. — Skończy się wojna, napiszesz książkę.

— Coś tam notuję — odpowiadam. — Jaka tam książka?.. Tak, coś dla siebie… Żeby jakoś się rozerwać, oderwać od tego…

— Pomyśl, będzie bestseller — nie daje za wygraną sąsiad, uśmiechając się. — I o mnie wspomnij.

— Jak przeżyję, napiszę, wspomnę — uspokajam jego fantazje.

— Koniecznie.

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dziennikarze są celem rosyjskiej armii podczas wojny na Ukrainie

Według ukraińskiej prokuratury od początku rosyjskiej inwazji na pełną skalę na Ukrainę zginęło 49 dziennikarzy, a 43 zostało rannych. Ostatnio pracownicy mediów ucierpieli podczas ataków dronów w Charkowie i Zaporożu.

Zgodnie z międzynarodowym prawem dziennikarze relacjonujący działania wojenne nie są ich uczestnikami, dlatego walczące strony nie tylko nie mogą ich zatrzymywać, czy strzelać do nich, ale powinny też chronić przed przypadkowymi trafieniami. Jednak nie tak zachowuje się armia rosyjska podczas wojny na Ukrainie. Na konferencji przedstawicieli Rady Europy „Dziennikarze mają znaczenie” szef wydziału współpracy z międzynarodowymi organizacjami rządowymi i pozarządowymi Prokuratury Generalnej Ukrainy Oleksandr Ziuz stwierdził, że „dziennikarze są rozstrzelani, nielegalnie przetrzymywani, poddawani torturom i nieludzkiemu traktowaniu”.

Odpowiedzialny za śledztwo w sprawie zbrodni wojennych Ziuz mówił o przestępczej działalności rosyjskich okupantów wobec dziennikarzy na Ukrainie. Prokuratury okręgowe prowadzą 92, a Prokuratura Generalna siedem, postępowań karnych dotyczących zbrodni wojennych wobec dziennikarzy. Najwięcej takich zdarzeń odnotowano w obwodach donieckim, kijowskim, ługańskim, charkowskim, zaporoskim i chersońskim.

Według Oleksandra Ziuza od początku inwazji na pełną skalę zginęło 49 dziennikarzy, w tym 7 obcokrajowców, 43 dziennikarzy zostało rannych, w tym 19 obcokrajowców, a 19 pracowników mediów było bezprawnie przetrzymywanych lub pozbawionych wolności.

„Dziennikarze stali się ofiarami bezpośrednich strzelanin, ostrzału artyleryjskiego terytorium linii frontu, ataków rakietowych na Ukrainę. Byli poddawani nielegalnemu przetrzymywaniu, torturom i nieludzkiemu traktowaniu. Część z nich nadal przebywa na terytoriach czasowo okupowanych i terytoriach Federacji Rosyjskiej jako zakładnicy cywilni” – podkreślił Oleksandr Ziuz.

Od początku inwazji na pełną skalę do sądu trafiły już cztery akty oskarżenia w postępowaniach karnych przeciwko 10 osobom. Trzech z nich zostało już skazanych zaocznie.

Kijowska Prokuratura Okręgowa skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko żołnierzowi Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, który groził jednemu z dziennikarzy przemocą fizyczną. Został za to skazany na 9 lat więzienia. Chersońska prokuratura regionalna skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko dwóm osobom, które uwięziły dziennikarza w mieście Kachowka i spowodowały u niego obrażenia ciała. Wskazane osoby uznano za winne i skazano na kary pozbawienia wolności.

Oleksandr Ziuz przypomniał, że w ostatnim raporcie misji obserwacyjnej ONZ wskazano, że wielu dziennikarzy zaliczano m.in. do kategorii osób, które doświadczyły nielegalnego pozbawienia wolności, tortur i nieludzkiego traktowania.

„Pracujemy na arenie międzynarodowej, aby postawić przed sądem winnych zbrodni wojennych wobec dziennikarzy” – oznajmił prokurator. – „W każdym przypadku komunikujemy się z przedstawicielami innych krajów. Nasza grupa współpracuje już z właściwymi organami Irlandii i Francji w związku ze śmiercią dziennikarzy z tych krajów. Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy uczestniczy w tworzeniu Międzynarodowej Platformy Powrotu Więźniów Cywilnych przebywających na terytoriach czasowo okupowanych oraz na terytorium Federacji Rosyjskiej. Wśród nich są także dziennikarze”.

„Od początku wojny obserwujemy, jak rosyjskie wojsko poluje na dziennikarzy na Ukrainie” – powiedział szef Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy (NSJU) Serhij Tomilenko w komentarzu dla Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ).

„Rosjanie strzelają do dziennikarzy za pomocą dronów i karabinów snajperskich, nielegalnie ich zatrzymują, kierują rakiety i drony w miejsca, gdzie zwykle gromadzą się dziennikarze” – dodał Tomilenko. –  „Także taktyka ponownego ostrzeliwania miejsc, gdzie już doszło do trafień, w których działają ratownicy i pracownicy mediów, całkowicie wpisuje się w rosyjską wojnę z dziennikarzami”.

Podstępne podwójne ataki na Charków 4 kwietnia i na Zaporoże 5 kwietnia raniły czterech dziennikarzy, uszkodziły domy dwóch dziennikarzy i zniszczyły siedzibę jednej z redakcji.

„Rosyjski dron spadł 5 – 6 metrów ode mnie” – powiedziała charkowska dziennikarka Julia Bojko, która przygotowuje materiały dla telewizji Biełsat. W wyniku eksplozji doznała wstrząsu mózgu, mimo tego kontynuowała pracę. Według jej relacji, gdy około pierwszej w nocy rozpoczął się ostrzał Charkowa, najpierw jeden „shahed” poleciał w kierunku pobliskiej stoczni. Rodzina Julii zeszła na pierwsze piętro, po czym nowy dron uderzył w trzypiętrowy budynek obok. W wyniku tej eksplozji w domu Julii wypadły szyby z okien, uszkodzone zostały drzwi i dach. Dziennikarka opuścił budynek i udała się na miejsce wybuchu.

„Miałam czas na filmowanie przez 10 – 15 minut, a potem usłyszałem, jak ratownicy zaczęli krzyczeć: ‘Idźcie do schronu!’ Poszłam za medykami, ale usłyszałam, że ‘shaheed’ jest już zbyt blisko i odruchowo upadłam na ziemię – opowiadała Julia. – „Dron spadł niedaleko, od razu się zapalił, zrobiło się gorąco. Gdybym była trochę bliżej, prawdopodobnie bym już nie żyła”.

Tego samego dnia w wyniku eksplozji wyleciały także okna w mieszkaniu dziennikarza Wadyma Makaryuka. „Obudziłem się po eksplozji. Później zobaczyłem przez okno kolejny błysk. Szyba w oknie pękła i wyleciała w wyniku uderzenia. To częsta rzecz w Charkowie… Oczywiście, że to przerażające” – mówi Wadym.

Charkowski dziennikarz Wiktor Pichugin, który 4 kwietnia ucierpiał podczas rosyjskiego ataku na swoje miasto, nadal przechodzi leczenie i badania. Tej nocy Wiktor pojechał na miejsce eksplozji, gdzie dron uderzył w trzypiętrowy budynek mieszkalny.

„Zacząłem filmować pracę ratowników i medyków. W pewnym momencie usłyszałem „Leci na nas dron!” – wspomina Wiktor. – „Wbiegłem do samochodu ratowników medycznych. Ostatni z medyków zdążył wskoczyć do bagażnika. Fala uderzeniowa natychmiast zatrzasnęła drzwi – byliśmy piętnaście metrów od miejsca wybuchu. Część lekarzy, którzy byli ze mną w samochodzie, doznała urazu ciśnieniowego. Z głowy zerwało mi hełm, najprawdopodobniej w wyniku eksplozji. Po wybuchu filmowałem jeszcze pracę ratowników i medyków. Potem znowu ogłosili zagrożenie ze strony dronów i wszyscy udaliśmy się do schronu…”

Olga Zvonaryova, korespondentka ukraińskiej agencji informacyjnej „Ukrinform”, która 5 kwietnia w Zaporożu znalazła się pod ostrzałem wroga, przebywa w szpitalu. Dziennikarka ma uszkodzone udo, w które wbiło się wiele odłamków, oraz złamany nadgarstek.

„Stan pacjentki był dość poważny, na skutek rozległego urazu i utraty krwi. Wszystko jednak zrobiliśmy na czas – powiedział Ukrinform Petro Ryżenko, dyrektor miejskiego szpitala pogotowia ratunkowego.

Olga wspomina, że ​​po pierwszych trzech atakach rakietowych na Zaporoże ona i jej koledzy pracowali na miejscu wybuchów. Zjechali się tam ratownicy i policja. Wkrótce wszyscy usłyszeli czwartą rakietę i zaczęli uciekać.

„Ale ona leciała tak szybko, że zdążyła tylko upaść na bok w pobliżu samochodu, który stał obok mnie. Strona, na której leżałam, jest nieuszkodzona, ale górna została poraniona” – opowiada”. – „Szyba w samochodzie była rozbita, ze zbiornika wyciekała benzyna, dobrze, że się nie zapaliła… Jestem bardzo wdzięczny moim kolegom i lekarzom, którzy byli na miejscu i bardzo szybko mi pomogli Założyli opaski uciskowe, wezwali pogotowie dla mnie i innej dziennikarki, która również została tam ranna. Dzięki takim działaniom udało mi się wówczas uniknąć śmierci…” Mimo tego Olga pozostaje w optymistycznym nastroju. „Dużo pracy. Kiedy kości się zrosną, ponownie pójdę przygotować materiały” – mówi.

Dziennikarka ukraińskiej telewizji „1+1” Kira Oves odniosła ranę ciętą w głowę podczas tej samej eksplozji co Olga Zvonareva i przebywa w szpitalu. Od dwóch godzin pracowała w pobliżu miejsca wybuchu „Dokumentowaliśmy szkody, przeprowadziliśmy wywiady z ludźmi. Nagle nad głową usłyszałam gwizd i natychmiast eksplozję. Nie czułam rany, tylko krew spływającą po mojej twarzy. Pobiegliśmy szukać miejsca do ukrycia się, bo mógł nastąpić kolejny atak. Mogę powiedzieć, że i tak miałam szczęście – bardziej dotknęło to moją koleżankę Olgę Zvonarevę…” – dodaje Kira Oves.

W wyniku eksplozji w Zaporożu zniszczone zostało biuro wydawnictwa „RIA-Piwden”, które przeniosło się tam z Melitopola, czasowo okupowanego przez Rosjan.

„Obecnie oceniamy skutki ostrzału” – mówi dziennikarka Svitlana Zalizetska. – „Wynieśliśmy cały sprzęt ze zniszczonego biura i umieściliśmy go w dwóch różnych miejscach. Teraz szukamy nowej siedziby. Nie możemy dalej pracować w zniszczonym biurze”.

NSJU deklaruje solidarność z poszkodowanymi kolegami oraz z tymi, których domy i redakcje zostały zniszczone, zapewnia im niezbędną pomoc materialną i organizacyjną. „Podziwiamy odwagę dziennikarzy, którzy poświęcają się szybkiemu informowaniu odbiorców i pomimo zagrożenia nadal pracują w miejscach znajdujących się bezpośrednio przy linii frontu” – mówi Serhij Tomilenko, szef NSJU. Sieć Dziennikarskich Centrów Solidarności Narodowego Uniwersytetu Ukrainy niezwłocznie przetwarza i weryfikuje informacje o dziennikarzach i środkach masowego przekazu potrzebujących pomocy, nawiązuje z nimi kontakt i udziela doraźnej pomocy.

Amerykański Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ) wzywa Rosję do zaprzestania ostrzału infrastruktury cywilnej na Ukrainie i wyraża solidarność z dziennikarzami z Charkowa i Zaporoża, którzy ucierpieli w wyniku ostatniego rosyjskiego ostrzału.

„Fakt, że dziennikarze, relacjonując następstwa poprzednich ataków, znaleźli się pod nowym ostrzałem, pokazuje stopień ryzyka, jaki podejmują, oraz ich zaangażowanie w dokumentowanie wojny Rosji na Ukrainie” – powiedziała Gulnoza Said, koordynatorka programu CPJ na Europę i Azję Środkową. „Władze rosyjskie i ukraińskie powinny zbadać niedawne ataki na ukraińskich dziennikarzy w Charkowie i Zaporożu, a Rosja powinna zaprzestać ataków na infrastrukturę cywilną na Ukrainie” – dodała.