Zebranie Ogólne Delegatów EFJ - Izmir 14 zerwca 2022 roku Fot.: HB

O niektórych uchwałach kongresu EFJ pisze HUBERT BEKRYCHT: Zmartwienia i beztroska

Po Zebraniu Ogólnym Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), które odbyło się w połowie czerwca 2022 roku w Izmirze pozostały nie tylko gorące wspomnienia o temperaturze 35 stopni Celsjusza, przy sporej wilgotności. W Turcji wybrano nowe władze EFJ, przyjęto kilkanaście uchwał. Niestety, moim zdaniem, większość delegatów nie zdaje sobie sprawy z powagi międzynarodowego kryzysu i sytuacji dziennikarzy po rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz w stosującej represje wobec reporterów Turcji. Na kongresie EFJ, zamiast w całości poświęcić obrady tym właśnie problemom, rozmawiano też o wielu tematach zastępczych zniekształcających obecny obraz naszej profesji.

Wobec kryzysu społeczno-ekonomicznego spowodowanego najpierw pandemią a teraz brutalną rosyjską agresją na Ukrainę oczekiwano, że, główny akcent kongresu położony zostanie na sytuację m.in. dziennikarzy w napadniętym przez Moskwę kraju i przypadki łamania wolności słowa nad Bosforem poprzez represjonowanie przedstawicieli tureckich mediów. Nic z tego. Owszem, te problemy także omawiano, ale w kontekście wyborów nowych władz EFJ, nie poświęcono im – moim zdaniem – tyle uwagi, ile należało. Oprócz piszącego te słowa reprezentanta jednej z trzech, za to największej, organizacji dziennikarskiej w Polsce, czyli SDP, potwierdzili to zresztą dziennikarze z Ukrainy, Litwy i kilku innych krajów środkowo-wschodniej części Europy oraz sporo reprezentantów Turcji.

                                                                    Inwazja

Zresztą podczas zjazdu na stronie internetowej EFJ próżno było szukać wzmianek o Ukrainie, zresztą, poza informacją o wyborze Chorwatki Mai Sever na nową szefową Europejskiej Federacji Dziennikarskiej, w ogóle niewiele było o zjeździe w Izmirze. Dwa dni po jego zakończeniu w oficjalnym medium EFJ w sieci ukazały się wieści o więzionych w Turcji dziennikarzach, o czym też rozmawialiśmy podczas kongresu. Nie ma na stronie EFJ jakiegokolwiek symbolu solidarności z Ukrainą – akcent kolorystyczny, flaga…

A jakie podczas zjazdu wybrano sposoby natychmiastowego przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie wykrzywiającej obraz wojny obronnej, którą prowadzi odpierająca moskiewską inwazję Ukraina? Nie było ich wiele. Omawiany był projekt uchwały – rezolucji autorstwa Narodowej Unii Dziennikarzy Ukrainy NUJU „O odpowiedzialności rosyjskich dziennikarzy za podżeganie do wojny”. Projekt poparł także delegat drugiej organizacji ukraińskiej Niezależnego Związku Zawodowego Mediów Ukrainy IMTUU oraz reprezentanci Litwy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i kilku innych delegatów, głównie z centralnej i wschodniej Europy.

Przypomnieć należy, że ogólnie sytuację w EFJ porównać można do Unii Europejskiej, w której prym wiodą kraje bogate: Niemcy, Francja, Włochy, państwa skandynawskie, a reprezentanci wschodniej i centralnej części kontynentu są nieustannie pouczani, co do tego, jaka powinna być solidarność między członkami Wspólnoty z dwunastoma gwiazdami na fladze.

Kilka poprawek zasadniczo zmieniających, a według niektórych delegatów nawet łagodzących treść rezolucji ukraińskiej, zgłosili brytyjscy dziennikarze z Narodowej Unii Dziennikarzy (National Union of Journalists – NUJ). Korekty Wyspiarzy, choć nie są oni już w UE, poparły delegacje dziennikarskie z krajów tzw. Starej Europy, m.in. Niemiec, Francji i Belgii oraz niektórych państw skandynawskich. Polityczna poprawność znowu wyszła z cienia i świetnie rozwijała się zasilana przez tureckie upały 13 i 14 czerwca 2022 roku.

                                                                           Poprawki

Po co poprawki? Wydawało się, że chciano nieco „uspokoić atmosferę” po tym, jak – zdaniem reprezentantów sporej części południa kontynentu – „napiętnowano wszystkich dziennikarzy rosyjskich” – taką tezę wygłaszali potem w kuluarach zjazdu już nie tylko Włosi, Hiszpanie i przedstawiciele krajów bałkańskich.

Pierwsza brytyjska poprawka stanowiła, że „Zgromadzenie Ogólne potępia niesprowokowaną rosyjską inwazję na Ukrainę”. Przyznać należy, że ktoś tu był bardzo ostrożny wobec ewidentnych zbrodni na cywilach, których dopuścili się mordercy w mundurach rosyjskich.

Druga poprawka firmowana przez brytyjski NUJ: „Po słowach ‘niszczycielska propaganda, dezinformacja i podżeganie do nienawiści wobec Ukraińców’, usuwa się następującą po tym część zdania – ‘która przygotowywała do zakrojonej na szeroką skalę inwazji rosyjskiej wraz z nagromadzeniem czołgów i pocisków’ – i zastępuje się to: ‘były częścią strategii Putina, wraz z rozmieszczeniem czołgów, rakiet, samolotów i jednostek wojskowych w pobliżu granicy z Ukrainą’”. Zatem, poprawka ta ma – wg. bogatej Europy „wyjaśnić”, że „strategia Putina” to nie to samo, co „rosyjska inwazja”. Chodziło chyba o to, aby tak często nie pisać „rosyjska”, rosyjski”, kiedy można napisać „putinowski”, putinowska”. Paranoja? Tak, ale to trwa od lat, bo Europa potrzebuje rosyjskiego gazu. I boi się bardziej Rosjan niż Putina.

W przerwie, przy wybornej tureckiej kawie, brytyjscy delegaci i ich akolici z innych krajów tłumaczyli brzmienie poprawki tym, że „nie wszystko, co rosyjskie jest putinowskie”. Była to próba relatywizowania i dowodzenia, że są „dobrzy i źli” Rosjanie, a ponieważ proponujące poprawki brytyjskie stowarzyszenie dziennikarzy nie jest tak konserwatywne jak realnie wspierający Ukrainę rząd Borisa Johnsona, można mieć w przypadku niektórych dziennikarzy – delegatów z NJU do czynienia z syndromem ostrożności nazywanym w naszej części Europy syndromem „pożytecznych idiotów”.

Poprawka trzecia: „usunąć wszystkie pozostałe punkty rezolucji (autorstwa Ukraińców – red.) i zastąpić je następującymi zdaniami…”. Wymienię tylko trzy z poprawek rezolucji proponowanej przez dziennikarzy brytyjskich, przy wsparciu, pozostałych delegacji tzw. Starej Europy, zamiast oryginalnego tekstu Ukraińskiego, w którym piętnowano po prostu wszystkich Rosjan, także dziennikarzy, którzy nie sprzeciwiają się barbarzyńskiej agresji Moskwy na Ukrainę.

Oto „złoty środek” w rezolucji stygmatyzującej Rosjan – najeźdźców i ich propagandystów – zdaniem delegatów zasobnych i stabilnych, na razie, państw m.in. członków UE oraz Wielkiej Brytanii:

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjskie media, w większości, odegrały rolę wspierającą inwazję Putina (…)”.

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjscy dziennikarze zostali poddani silnej presji, aby opublikowali materiały wspierające wojnę, pod groźbą kary więzienia (…).”

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że odnotowuje odważne decyzje ze strony niewielkiej liczby rosyjskich dziennikarzy, którzy – pomimo poważnego ryzyka dla nich samych – publikowali wiadomości rzetelniej odzwierciedlające sytuację, a wielu rosyjskich dziennikarzy wybrało emigrację (wygnanie) zamiast współudziału”.

Ukraińcy wnioskodawcy, z poparciem delegatów Litwy i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz kilku reprezentantów innych krajów, nie zgodzili się na takie – kolejne już – relatywizowanie i „wybielanie” rosyjskich dziennikarzy. Oj, znowu ci dobrzy Rosjanie. Tacy jak „redaktor” Owsjannikowa, która wspólnie z Putinem zakpiła sobie z opinii publicznej na całym świecie i jest teraz niemiecką reporterką swobodnie nadającą korespondencje z Moskwy.

Po kilku godzinach „perswazji” ze strony władz EFJ i mających większość delegatów na zjazd krajów starej UE, przedstawiciele ukraińskich stowarzyszeń i związków przystali na kompromis, któremu bliżej było do pierwowzoru projektu autorstwa NUJU i bez nieco naiwnych poprawek proponowanych przez zwolenników „ostrożnych posunięć” wobec rosyjskich dziennikarzy, którzy „nie wsparli oficjalnie agresji Moskwy i rosyjskich zbrodni wojennych na Ukrainie”. Choć na poziomie semantycznym pozostała forma radykalna, to niuanse kompromisu stworzyły furtkę do przyjęcia równie ważnej dla ukraińskich dziennikarzy i dziennikarzy w każdym demokratycznym państwie, uchwały EFJ o ratowaniu mediów w wyniszczonym rosyjskim atakiem kraju.

                                               Wsparcie dla dziennikarzy z Ukrainy

A w najważniejszym fragmencie rezolucji EFJ skierowanej m.in. do KE i PE czytamy, że EFJ popiera działania mające „zatwierdzić program wspierania niezależnych mediów ukraińskich i ustanowić Fundusz Wsparcia Mediów; zrealizować w Europie specjalne programy wsparcia ekonomicznego dla ukraińskich dziennikarzy i mediów w celu ratowania niezależnych mediów ukraińskich” – przewiduje rezolucja przyjęta przez Europejską Federację Dziennikarzy 14 czerwca 2022 roku w Izmirze.

Niestety, sprawy dziennikarzy na zniszczonej wojną Ukrainie i represje wobec tureckich mediów skutecznie schodziły na drugi plan, bo dyskutowano długo, o przyjętych potem, uchwałach dotyczących równości płci i środowisk LGBT, które z radością poparła większość delegatów. To prawo demokracji, ale, na Boga, świat jest na krawędzi III wojny światowej i – najczęściej rzekoma – dyskryminacja środowisk homoseksualnych nie jest tak istotna, jak to, że wkrótce rozlewająca się rosyjska fala totalitaryzmu może wyeliminować jakiekolwiek prawa osób LGBT. Bo napadnięte państwa przestaną być suwerenne i demokratyczne, toteż nie będzie żadnych praw dla mniejszości seksualnych. Tego większość delegatów nie rozumiała lub nie chciała rozumieć.

Obserwowałem zainteresowanie takimi tematami zastępczymi jedynego, spoza SDP (2,8 tys. członków wg. danych EFJ), delegata z Polski – Krzysztofa Bobińskiego z Towarzystwa Dziennikarskiego (100 członków – EFJ) powstałego na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku. Bobiński reprezentował także Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będące spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów federacji liczy 350 osób. Sam zaś redaktor Bobiński był niedawno jeszcze prominentnym działaczem SDP, ale 8 lat temu po przegranych z Krzysztofem Skowrońskim wyborach na stanowisko prezesa stowarzyszenia, odszedł obrażony. Potem współtworzył Towarzystwo Dziennikarskie, którego głównym celem wydaje się być zwalczanie PiS i tropienie „przychylnych” rządowi mediów.

                                                                 Nie taka zła Polska

Delegat TD kilka razy zabierał głos, m.in. na temat równości płci. Bobiński przedłożył też projekt przyjętej zresztą później uchwały, w której, Towarzystwo Dziennikarskie potępia Polskę, czyli własny kraj, za to, że przedsiębiorstwo państwowe Orlen kupiło na wolnym rynku od niemieckich przedsiębiorców koncern prasowy Press. W uchwale napisano, że to rządowy plan zdominowania prasy regionalnej przed wyborami samorządowymi. Wystąpieniu delegata TD przysłuchiwała się delegatka jednego ze stowarzyszeń dziennikarzy szwajcarskich i potem – ku zdziwieniu wszystkich – powiedziała, że u Helwetów jest gorzej z wolnością prasy niż w Europie Środkowej i Wschodniej. Podkreśliła, że w Szwajcarii większość lokalnej prasy usiłuje kontrolować tamtejszy sektor bankowy. Czyli, delegat TD nie mógł cieszyć się opinią jedynego reprezentanta mediów kraju zawłaszczanego przez „antydemokratyczny” rząd powiązany z biznesem.

Przebiegły do bólu plan Towarzystwa Dziennikarskiego nie wypalił także podczas, złożonego przez Bobińskiego wniosku, w sprawie przyjęcia uchwały o pilnej potrzebie obrony niezależnych mediów publicznych w Europie. Uchwała została przyjęta, ale było tam napisane, że oprócz Polski, ryzyko pozbawiania niezależności mediów publicznych występuje także w 14 innych krajach Europy, m.in. w Austrii, Bułgarii, Chorwacji, na Cyprze, w Grecji, na Węgrzech, na Malcie, w Czarnogórze, Macedonii Północnej, Turcji, Rumunii, Słowenii a nawet we Włoszech. I znowu klops, bo ponownie TD nie udało się udowodnić, że w Polsce jest gorzej niż gdzie indziej.

Reasumując większości delegatów EFJ nie martwiło to, że jeśli w europejskiej polityce i europejskim dziennikarstwie nie nastąpi ostra reakcja na rosyjską inwazję na Ukrainę, może i ich kraje zostaną kiedyś podporządkowane Moskwie. Nie martwiły prawie nikogo ukryte gdzieś w państwach UE rosyjskie agentury i ośrodki kremlowskiej propagandy rozsiane po całym kontynencie. Nie martwiły większości delegatów EFJ niesprawiedliwe osądy dziennikarstwa w krajach centralnej i wschodniej części kontynentu.

A mnie takie problemy martwią. Zastanawiam się więc, jak będzie wyglądał następny zjazd EFJ? Bo to niestety tylko kwestia czasu, kiedy ignorowane przez Europejską Federację Dziennikarzy sprawy staną się pierwszoplanowymi tematami kolejnego zjazdu. Obyśmy tylko zdążyli przed końcem znanego nam świata.

 

 

 

Czasem język polski sięga bruku, a raczej modnej teraz kostki. A ta kostka też nie przystaje do wszystkich składowych naszego języka ojczystego. Fot.: HB

WALTER ALERMANN: Walka z językiem polskim, czyli zwycięstwo Marksa

Walka z językiem narasta w miarę rozwoju mediów –  tak właśnie pozwolę sobie strawestować słynną tezę Stalina, że walka z socjalizmem narasta w miarę kolejnych sukcesów socjalizmu.

Jest jednak faktem nieżartobliwym, że póki w Polsce działała jedna państwowa telewizja, jedno państwowe Polskie Radio oraz jeden państwowy koncern RSW Prasa, Książka, Ruch, z językiem nie było tak źle jak teraz. Oczywiście język socjalistycznych mediów był śmiertelnie nudny, ale jednak poprawny.

Nie tęsknię za tamtymi laty i nie namawiam do powrotu do owych czasów, ale jest faktem, że mnogość mediów spowodowała dopuszczenie do klawiatur, mikrofonów, kamer i Facebooków osobników, którzy nie radzą sobie z poprawnym wysławianiem się. I tu mamy starą tezę Marksa – trzymając się już powrotu do lat minionych – że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość, a nawet gorzej, że ilość wymusza obniżenie jakości. Ale przejdźmy już do kolejnych „świeżynek”.

W co gra Iga

Słyszę od sprawozdawców sportowych w telewizji: „Iga gra kapitalny tenis”.  Coś nie bardzo jest to poprawne. Iga Świątek gra w tenisa – to jest dla polskiej normy językowej oczywiste. I tak musi być. Nie wiem dokładnie jak tam jest u Anglików i w USA, ale u nas gra się w piłkę, w tenisa, w siatkówkę, w szachy a nawet w klipę.

Dlaczego sprawozdawcy snobują się na „nowoczesnych”? Nie wiem, ale być może znają trochę angielski. Na tyle, żeby bezmyślnie kopiować obce wzorce. W poprawionym zadaniu „Iga gra kapitalnie w tenisa”, też miałbym wątpliwości co do tego „kapitalnie”. Kapitułowo, kapitałowo, kapitulikowo – jeszcze bym z czymś to w języku polskim kojarzył, ale „kapitalnie”? Dlaczego to Iga nie może grać cudownie, doskonale, wspaniale, porywająco?

Co zrobił teatr

Na wielkim płocie, ogradzającym duży teren budowy w centrum Łodzi, jakiś magistracki urzędnik, odpowiedzialny za autoreklamę miasta, kazał wymalować jakieś obrazki przedstawiające aktorów w akcji, które podpisano: „Teatr odegrał spektakl”.

Zmartwiłem się, bo lubię teatr, ale też lubię język polski. Zatem. Może być, że teatr coś zagrał, że odbyło się przedstawienie, spektakl. Skąd ten urzędnik wziął „odegrał”? Owszem, w języku gwarowym występował, przed kilkudziesięcioma laty, taki zwrot, ale na wsiach, którym daleko do miasta. Zdarzało się też, że jeszcze w dziewiętnastym wieku wędrowne trupy teatralne „coś odgrywały” na prowincji. Ale żeby dzisiaj, w trzecim co do wielkości mieście Polski, dochodziło do „odgrywania”?

Odgrywać się to można w karty. Przy czym nie jest to postawa racjonalna, bo na kilometr pachnie hazardem, czyli stratą. Odgrywać się można na kimś, za jakąś podłość nam uczynioną. I pamiętajmy za co Cygan bił syna: „Cygan bił syna nie za to, że przegrał, ale że się odgrywał”.

Jeszcze co do napisów na łódzkich płotach. Pamiętam, że przed kilkunastoma laty na płocie ogradzającym Plac Dąbrowskiego, przed Teatrem Wielkim, zawisły banery głoszące: „Łodzianie, robimy to dla Was”. Czyli, że władze miejskie wysupłały z własnych kieszeni pieniądze, za które budowniczowie mieli wybudować nową nawierzchnię placu, którego centralnym punktem okazała się być gigantyczna – i wątpliwej urody – fontanna. I jeszcze jedno – ponieważ zbliżała się kampania wyborcza, to te banery były podpisane dwoma nazwiskami: ówczesnego prezydenta miasta i jego zastępcy, bo obaj gdzieś kandydowali. Łaskawcy i dobrodzieje.

Czym zarządza piłkarz na boisku

Istnym kuriozum jest kwestia jednego ze sprawozdawców piłki nożnej w telewizji, który  stwierdził: „Ten piłkarz doskonale zarządza swoimi emocjami  na boisku”. O co temu sprawozdawcy mogło chodzić? Może o to, że będąc faulowany nie pobił faulującego? A może o to, że nie skopał sędziego, który niesłusznie odgwizdał spalonego? Skupiłem się na nudnym meczu, żeby odkryć tę tajemnicę. Po godzinie oglądania odkryłem, że sprawozdawcy chodziło o to, że piłkarz przez większą część meczu zachowywał się spokojnie, wolniutko, statecznie dreptał po boisku, ale w kilku sytuacjach nagle przyspieszał, a nawet zdobył – z tego przyspieszania, czyli z  dobrego zarządzania emocjami – bramkę.

Ten tenże

Jest też nowe modne słówko w obiegu – „tenże”. Coraz więcej dziennikarzy telewizyjnych zamiast mówić „ten”, mówi „tenże”. Oczywiście jest taki zaimek, urobiony z – ten oraz partykuły – że. Tyle tylko, że jest to straszny archaizm. Funkcjonuje jeszcze w kościele i w starych tekstach świeckich. „Tenże” ma charakter podniosły, uroczyste i nobliwy. Ale dlaczego współczesny dziennikarz przy okazji banalnej i codziennej mówi „tenże” zamiast „ten”? Nie rozwikłam tego, a jedyne co mi przychodzi na myśl, to podejrzenie, że dziennikarze mówiący „tenże”, chcą być poważniejsi. Ale jak można być traktowanym poważnie, gdy mówi się językiem przedrozbiorowej Polski?

Momentum

Kolejnym mało zrozumiałym słowem, z wielką, ale miejmy nadzieję chwilową karierą jest „momentum”. Zacząłem obserwować w jakich sytuacjach dziennikarze telewizyjni mówią „momentum”. Otóż w różnych. Przede wszystkim momentum zastępują „tę chwilę, ten moment”.

Słownik internetowy poucza nas, że momentum jest pojęciem z fizyki i oznacza rozpęd, impet. W języku potocznym może też oznaczać tempo, rozmach działań. Przy czym – język potoczny zapożyczył termin z fizyki, nie do końca sensownie.

Stary Doroszewski nie notuje „momentum” w ogóle, bo nie zajmowały go języki techniczne, żargony specjalistyczne. U Doroszewskiego mamy jedynie: „Wpaść gdzieś na moment. Przełomowy moment w czyimś życiu.” I tak być powinno. Dbajmy o prawidłowe używanie „momentu” a „momentum” zostawmy technice i nauce. Bo inaczej wszystkich nas – niedługo – z tego horrendum trafi apopleksium.

Kto kogo dominuje

Mówi dziennikarz sportowy: „Kowalski dominował swego przeciwnika”. Mój Boże, co to ludziom przychodzi do głowy, albo bez pośrednictwa głowy, prosto na język.

Można dominować nad kimś, nad czymś. Dominować pochodzi przecież od dominus czyli pan. Zatem można panować, dominować, czyli przeważać. Da się dominować na boisku lub zdominować dyskusję. Ale nie można dominować kogoś. Panowie i Panie! Poza słowami, mamy jeszcze składnię tych słów!

Obcowanie

Dotychczas zdawało mi się, że „obcowanie” należy do sfery intymnej. I znowu myliłem się. Bo oto dziennikarz twierdzi: „Ten piłkarz doskonale obcuje z piłką”. Tak napisano na portalu „WP Sportowe Fakty”. Chodziło o to, że piłkarz ma doskonałą technikę – w odbiorze piłki, w prowadzeniu i podaniu. Skąd redaktorom wzięło się „obcowanie”? Nie wiem, ale jest śmiesznie. Na dowód zamieszczam znany wiersz Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Mądrym ku przypomnieniu, idiotom ku nauce – jak pisano przed wiekami.

Tadeusz Boy Żeleński – Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna –
Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera – gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne panie
(By od grubszych zacząć braków);
Jak mam nazwać… „obcowanie”
Dwojga różnych płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” – czy też „świństwem,
Lub czym innym w takim guście?

Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o – „rui i porubstwie”!

W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era?
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć –
Lecz wykrztusić jak: „Aniele,
Ja chcę z tobą… »cudzołożyć«!”

Jak wyszeptać do dziewczęcia:
„Chcę… pozbawić cię dziewictwa…
Nie obawiaj się »poczęcia«,
Kpij sobie z »ja-wno-grze-szni-ctwa«!”

Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”

Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi;
Polak cnotę ma w respekcie,
Lub „tentuje” ją – na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się pod stołem…

Niech upadnie ci serweta –
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A przy stole – komunały
O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki.

Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem…”

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Widzę tu zebraną tłumnie
Kapłanów sztuki elitę,
Co swe kudły wnoszą dumnie
Ponad rzesze pospolite.

Wy! „świetlanych duchów związek”,
Wy! „idei stróże czystej”,
Wasz to jest psi obowiązek
Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,
Schowajcie pawie ogony,
Żyjcie – czym każdy z nas żyje,
Idźcie – – kochać… za miliony!

Dość „nastrojów” waszych, dranie!
Uczcie mówić waszych braci:
To jest wasze powołanie!
Od tego was naród płaci!

Język nasz jest skarbem świętym,
Nie igraszką obojętną;
Nie krwią, ale atramentem
Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi.
A nie tępić życia zaród,
Soków pełnię czerpać z ziemi:
Jaki język – taki naród!!!

Wszystkim organizacjom ekologicznym chodzi o to samo, ale niektóre dość szybko przechodzą na cieną stronę mocy. Fot. HB

WALTER ALTERMANN: Organizacje ekologiczne, czyli byty teoretycznie obywatelskie

Czytam, że jakieś światowe organizacje obrońców czystości ziemi, wody i powietrza uważnie przypatrują się gazociągowi Baltic Pipe, przez który ma być tłoczony norweski gaz do Polski. I już szykują się do protestów. Zresztą, na świecie organizacje proekologiczne są znane i działają od lat siedemdziesiątych XX wieku, w Polsce zadomowiły się na dobre po zmianie ustroju w latach dziewięćdziesiątych.

Właściwie powinienem przyklasnąć ideologii obrońców Ziemi bez mrugnięcia okiem, bo tak jak oni chcę oddychać czystym powietrzem, tak jak ich, martwi mnie zatruwanie wód lądowych i oceanów, wpadam też w depresję na widok kolejnego kawałka Ziemi, którą ktoś dla zysku zabetonował. Czyli mógłbym poprzeć ich bez chwili zastanowienia. Ale… nie mogę być bezkrytyczny. Zresztą „krytykanctwo” jest moją naturą. A szukanie dziury w całym pasjonującym zajęciem.

                                                              Doktrynerzy

Podejrzewam, że „ekologom” tak bardzo zależy na środowisku naturalnym człowieka, że będą o środowisko walczyć do ostatniego człowieka. I zrobią to bez chwili wahania, bo w istocie te ruchy stały się twórcami i propagatorami niezwykle agresywnej doktryny. A członkowie tych grup stali się bardzo podobni do wyznawców Państwa Islamskiego, lub nawet zwolenników Pol Pota. Różnice w doktrynach są jedynie literackie, ale duch, zaciekłość i bezwzględność równe sobie.

Nie rozumiem, jak w czasie wojny, najazdu Rosji, wobec rosyjskich gróźb ataku na inne państwa, kiedy świat wprowadza embargo na rosyjską ropę i putinowski gaz, jak w tym momencie może przyjść komuś do głowy, żeby protestować przeciwko gazociągowi Balitc Pipe.

Czy ci aktywiści nie rozumieją, że bez tych instalacji ogromna część Polski może zamarznąć? Naprawdę nie rozumieją, że Polska chce kupować norweski gaz dla ochrony życia swych obywateli? I dlaczego nie protestowali przeciw gazociągom Nord Stream I i II?

Albo dlaczego nie protestują przeciwko rosyjskiej agresji? Przecież Ziemia na Ukrainie jest rozjeżdżana czołgami i innymi wojskowymi pojazdami. Przecież codziennie tony pocisków wybuchają na ziemi i w powietrzu. A tony ropy naftowej i benzyny, które armia agresora spala? Przecież wybuch każdego pocisku spala ogromne ilości tlenu i zatruwa atmosferę, ziemię i wodę tonami toksycznych substancji. Dlaczego ekolodzy nie protestują przeciwko tym skutkom wojny?

                                                  Protesty w czyim interesie

Gdybym był naiwny, uwierzyłbym, że to tylko szalona nadgorliwość obrońców Ziemi pcha ich do takich bezrozumnych działań. Ale nie jestem tak zupełnie ograniczony. Podejrzewam bowiem, że te ruchy są inspirowane nie tylko szaleństwem, ale być może również – choć nie mam twardych dowodów – przez Rosję. Przy czym, to teoretycznie można by sprawdzić, jeśli tylko państwa Europy by chciały.

Oczywiście nie odbywa się to tak, że ambasador Federacji Rosyjskiej, w paryskiej czy hiszpańskiej kawiarni wręcza jakiemuś ekologowi, pod stolikiem, grubą kopertę. Sposoby są znacznie bardziej wyrafinowane. Rosja – inne państwa także – chcąc mieć wpływ na opinię publiczną w jakimś kraju, wspierają określone, zaprzyjaźnione lub agenturalne stowarzyszenia, fundacje lub ruchy obywatelskie. Te z kolei wspierają inne grupy, tamte jeszcze inne, aż wreszcie pieniądze trafiają do właściwych rąk. To jest taki łańcuszek złej woli i intryg.

Czy to da się sprawdzić? W dużej mierze tak, ale potrzebna byłaby dobra wola organów ścigania kilku, lub nawet kilkunastu państw. Ale nikt nie zamierza robić w tej sprawie śledztwa na wielką skalę, gdy u bram Unii Europejskiej jest wojna, gdy poważnym zagrożeniem są terroryści islamscy, gdy nadal trwa napór uchodźców ekonomicznych z Azji i Afryki.

Z cała pewnością to Rosji zależy na robieniu szumu i złej atmosfery wokół Baltic Pipe. Tylko nikt tego nie będzie sprawdzał. Jak to się skończy? Zapewne jak zawsze. Ekolodzy zostaną kupieni i trochę się uspokoją, inaczej mówiąc zamkną się. Zupełnie tak, jak bywało w wielu miastach Polski jeszcze kilkanaście lat temu i jak dzieje się nadal. O tym poniżej.

                                          Dwa stowarzyszenia a jeden duch

Gdy pod koniec XX wieku zaczęły masowo powstawać w Polsce zagraniczne inwestycje w handlu, transporcie i przemyśle, urosły też w siłę grupy rodzimych ekologów.

I gdy, na przykład  jakaś sieć handlowa chciała – powiedzmy dla przykładu w mojej  Łodzi –  postawić duży supermarket, natychmiast na miejscu dopiero co rozpoczętej budowy pojawiała się grupa ekologów, nazwijmy ją grupą „A”. Przewodził jej prezes stowarzyszenia, pan „B”. Facet był niepozorny, nie rzucał się w oczy, w szarym paletku, w kapeluszu i zawsze ze skórzaną teczką, jaką dawniej nosili urzędnicy niższej kategorii. Protestujący mieli transparenty, kartony z odpowiednimi hasłami, mieli też przenośne megafony – i robili duży hałas. Pan prezes „B” okrzyków nie wznosił, stał nieco z boku i obserwował.

Gdy w tym samym czasie, w innej części Łodzi, jakiś zachodni koncern przystępował do budowy zakładu wytwarzającego jakieś urządzenia, to i tam pojawiała się grupa ekologów, protestująca przeciw niszczeniu środowiska, dewastacji i skażeniu. Tej grupie, nazwijmy ją „B”, przewodził dyskretnie pan prezes „A”.

W finale zadymy ekologicznej, zmęczone firmy inwestorskie, chcąc uniknąć długotrwałych procesów, odwołań, apelacji i kasacji, płaciły spore sumy i sprawa się kończyła. Ale sedno sprawy, którą opowiadam, jest inne. Otóż firmy zachodnie płaciły krzyżowo, czyli tak: Firma budująca hipermarket, oprotestowany przez ekologiczną grupę „A”, wpłacał sporą sumę ma konto grupy „B”. Natomiast firma budująca halę fabryczną, oprotestowywana przez grupę „B”, płaciła grupie „A”.

Kluczem do sukcesu obu grup ekologów był fakt, że w grupie „A” prezesem był pan „B”, a pan „A” wiceprezesem. Natomiast w grupie „B” prezesem był pan „A”, a pan „B” wiceprezesem. W sumie przekręt był czysty, z punktu widzenia prawa. Moralne to nie było, ale moralność jest abstrakcją, a pieniądze są realne.

A jak pieniądze z firm, które chciały mieć spokój, trafiały do obu prezesów/wiceprezesów? W bardzo prosty i też zgodny z prawem. Otóż fundacje i stowarzyszenia mogą zatrudniać pracowników, zlecać osobom trzecim opracowywanie dokumentów, opłacać lokale, itp.

W następnym felietonie pozwolę sobie opisać wielce oryginalną działalność kilku polskich fundacji. Naprawdę potrafimy.

Gdy na Krymie zabrakło zawodowych dziennikarzy, zwykli ludzie sięgnęli po smartfony i zaczęli relacjonować wydarzenia. Fot. Pixabay

Dziennikarz z konieczności – MYKOŁA SEMENA o tym jak na Krymie narodziło się dziennikarstwo obywatelskie

Dziennikarstwo obywatelskie na Krymie jest zjawiskiem podziwianym przez dziennikarzy i obrońców praw człowieka z całego świata, ale narażonym na surowe represje ze strony Rosji.

W lutym 2014 r. na Krymie pojawili się uzbrojeni mężczyźni w mundurach, zajmując budynki Rady Najwyższej i rządu Krymu, lotnisko Symferopol, prom Kercz i inne obiekty strategiczne, blokując działania wojsk ukraińskich. Władze rosyjskie początkowo odmówiły uznania, że ​​ci uzbrojeni ludzie byli członkami armii rosyjskiej. Prezydent Rosji Władimir Putin przyznał później, że to rosyjska armia.

16 marca 2014 r. na Krymie i Sewastopolu odbyło się nieuznane „referendum” w sprawie statusu półwyspu, w wyniku którego Rosja włączyła Krym do swojego terytorium. Ani Ukraina, ani ONZ, ani Unia Europejska, ani Stany Zjednoczone nie uznały „referendum” za legalne. 18 marca prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił „przystąpienie” Krymu do Rosji. I od tego czasu rozpoczęły się prześladowania działaczy i dziennikarzy.

Z Krymu wydaleni zostali redaktorzy i dziennikarze niezależnych i międzynarodowych mediów. Władze na nowo przeprowadziły akredytację dziennikarzy odmawiając wszystkim reprezentującym niezależne media międzynarodowe lub ukraińskie. Od lata 2014 roku wobec wielu niezależnych dziennikarzy, działaczy obywatelskich i działaczy ruchu narodowego Tatarów Krymskich wszczęto postępowania karne i administracyjne. Aresztowano m.in. blogera, dziennikarza obywatelskiego Narimana Memedeminova, koordynatora Solidarności Krymskiej Servera Mustafayeva, dziennikarzy obywatelskich Remzi Bekirova, Osmana Arifmetetova i Rustema Sheikhalieva. Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy uznał aresztowania dziennikarzy za próbę zablokowania przez władze rosyjskie niezależnego kanału komunikacji między Krymem a Ukrainą, między Krymem a światem.

Czym jest dziennikarstwo obywatelskie?

Kiedy wszyscy zawodowi dziennikarze zostali wydaleni z Krymu lub skazani informacje o życiu na półwyspie były dostępne dla redakcji w Kijowie i krajach europejskich dzięki „wycieczkom” dziennikarzy na Krym. Oficjalnie były to bowiem „wyjazdy do krewnych” lub „wyjazdy do kurortu w celach rekreacyjnych” itp. W rzeczywistości dziennikarze mogli w ten sposób zbierać informacje o życiu na Krymie. Jednak władze rosyjskie szybko zdemaskowały ten manewr i dziennikarzom po prostu zabroniono wjazdu na Krym. Na przykład dziennikarz Taras Ibragimov, który często publikował informacje o sądach krymskich, wywiady z aktywistami i materiały analityczne, otrzymał zakaz wjazdu na wiele lat.

Ale życie na Krymie toczyło się dalej, a rosyjska administracja kontynuowała nielegalne przeszukania, aresztowania, niesprawiedliwe procesy i fałszywe oskarżenia przeciwko działaczom. Jak w takiej sytuacji informować społeczeństwo?

Znaleziono wyjście. Zwykli ludzie, koledzy i przyjaciele ofiar chwytali za smartfony i nagrywali filmy z przeszukań i aresztowań, rozpraw sądowych oraz masowych protestów organizowanych przez mieszkańców Krymu. Filmy te były często emitowane w mediach społecznościowych, były pokazywane w kanałach telewizyjnych i portalach internetowych. Zjawisko to stało się powszechne. Osoby, które nagrywały te filmy, nazywano dziennikarzami obywatelskimi, a z ich usług korzystały powszechnie prawie wszystkie redakcje, gdyż nie można było w inny sposób uzyskać informacji z Krymu.

Wtedy administracja okupacyjna zaczęła prześladować dziennikarzy obywatelskich. Zatrzymywano, konfiskowano materiały filmowe, stawiano fałszywe oskarżenie o zakłócanie porządku, aresztowano i osądzano. Wyroki były bezlitosne – dziennikarzy obywatelskich oskarżano o terroryzm, ekstremizm, przygotowania do przejęcia władzy w Rosji i skazywano na więzienie, nawet na  5 – 15 lat. Obecnie w rosyjskich więzieniach przebywa 11 obywateli Krymu, którzy zostali zatrzymani za nagrywanie na wideo nielegalnych działań administracji okupacyjnej.

Zjawisko masowe

Kilka tygodni temu na Krymie pojawiła się sprawa przeciwko dziennikarzowi obywatelskiemu Sererowi Bekirowowi. Jest technikiem dentystycznym, absolwentem Krymskiego Państwowego Uniwersytetu Medycznego, od kilku lat świadczy usługi stomatologiczne. Jako bloger publikował najświeższe informacje w mediach społecznościowych. Przyszły do ​​niego rosyjskie siły bezpieczeństwa, przeszukały go i oskarżyły o „publiczne nawoływania do działań terrorystycznych, publiczne usprawiedliwianie terroryzmu i propagandę terroryzmu za pomocą Internetu”. Wcześniej na Krymie aresztowano i skazano na podstawie podobnych zarzutów aktywistę krymskotatarskiego, dziennikarza obywatela Krymu Narimana Memedeminova.

26-letni Aziz Azizov został zatrzymany 18 lutego, kiedy prowadził transmisję z sądu w Bakczysaraju, z procesu delegata Kurułtaju Tatarów Krymskich Edema Dudakowa. Łącznie rosyjskie siły bezpieczeństwa zatrzymały 15 osób oskarżonych o naruszanie porządku publicznego i nieprzestrzeganie ograniczeń kwarantanny.

„Próby transmisji przebiegu procesów, w tym zatrzymania rosyjskich funkcjonariuszy organów ścigania, służą interesowi publicznemu i sprawie walki o prawa człowieka” – powiedział Serhij Tomilenko, przewodniczący Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy. Ogólnie rzecz biorąc, dziennikarstwo obywatelskie na Krymie jest zjawiskiem podziwianym przez dziennikarzy i obrońców praw człowieka z całego świata, ale narażonym na surowe represje w Rosji. NSJU wzywa do zwiększenia presji międzynarodowej na Rosję, aby uwolniła dziesięciu dziennikarzy skazanych na wieloletnie więzienie.

To jest wojna przeciwko dziennikarzom, przeciwko prawdzie

We wszystkich przypadkach funkcjonariusze władz okupacyjnych zachowują się brutalnie podczas rewizji i aresztowań, grożą bronią, używają siły, obrażają wszystkich w domu, ignorują małe dzieci, zabierają dokumenty, pieniądze i rzeczy osobiste, nie zostawiają kopii protokołów ani innych dokumentów. Przedstawiciel prezydenta Ukrainy na Krymie Tamila Tasheva na briefingu w Media Center of Ukraine powiedziała, że „13 dziennikarzy krymskich zostało uwięzionych przez Rosję po zdobyciu i aneksji Krymu w 2014 roku. Później, 16 innych cywilów zajmujących się dziennikarstwem obywatelskim, głównym źródłem informacji o wydarzeniach na Krymie po delegalizacji niezależnych mediów, zostało uwięzionych przez rosyjskich okupantów w celu >oczyszczenia pola informacyjnego<”.

Dziennikarze obywatelscy, jak mówi Tamila Tasheva, to ludzie, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z dziennikarstwem ani działalnością zawodową. To bardzo często byli prawnicy, pracownicy usług, którzy po prostu brali w dłonie telefony i filmowali to, co dzieje się na Krymie.

Tamila Tasheva powiedziała, że ​​wśród uwięzionych dziennikarzy cywilnych była pielęgniarka z Teodozji Irina Danilovich, jedyna kobieta prześladowana za działalność dziennikarską na Krymie.

Taszewa ostrzegła, że ​​rosyjskie metody prześladowania dziennikarzy w celu kontrolowania informacji, które Rosja wykorzystuje na Krymie od 2014 roku, rosyjscy okupanci teraz stosują w miastach i wsiach Ukrainy po inwazji na ten kraj.

Pod koniec ubiegłego roku w Symferopolu Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy zorganizował wystawę fotograficzną o życiu i pracy dziennikarzy obywatelskich na Krymie. Wystawa była zbiorem ponad 40 fotografii dziesięciu uwięzionych dziennikarzy Tatarów Krymskich, członków ich rodzin oraz uwięzionego dziennikarza krymskiego, wolnego strzelca Radia Liberty Vladislav Yesipenko. „Ci, których widzisz na tych zdjęciach, wciąż są w więzieniu, ale wiedzą, że ich rodziny są z nimi, a my robimy wszystko, aby przybliżyć dzień ich uwolnienia i aby mogli stale czuć nasze wsparcie” – powiedział na otwarcie wystawy Serhij Tomilenko.

Według analityków ruch dziennikarstwa obywatelskiego, podobny do tego, który powstał na Krymie, pojawia się w warunkach zniszczenia wolności słowa i zgromadzeń, gdy zawodowi dziennikarze zmuszeni są do milczenia. Społeczeństwo przekazuje następnie te uprawnienia dziennikarzom obywatelskim. Jednocześnie, jak zauważył dziennikarz, zjawisko dziennikarzy obywatelskich Krymu różni się od innych podobnych procesów na świecie. Dziennikarstwo obywatelskie na Krymie mogło zaistnieć dzięki temu, że podczas na Krymie, gdy znajdował się on pod jurysdykcją Ukrainy w latach 1991-2014, dziennikarze pracowali w warunkach wolności słowa, a społeczeństwo domagało się informacji o wszystkim, co się wokół niego dzieje. Ponadto dziennikarstwo obywatelskie na Krymie charakteryzuje się tradycjami Tatarów Krymskich, które zrodziły się w latach deportacji. To znaczy wspierania się nawzajem, masowe gromadzenie się w celu monitorowania sądów lub innych spraw publicznych.

Według Mumine Saliyeva, jednej z kuratorek wystawy, żony uwięzionego dziennikarza obywatelskiego Seyrana Saliyeva, rok 2014 był początkiem rozwoju dziennikarstwa obywatelskiego na Krymie. Krymscy dziennikarze obywatelscy opisują aresztowania przez rosyjskich sił bezpieczeństwa, przesłuchania „sądowe” i nadal przesyłają prawdziwe informacje nawet z więzienia.

Jak zauważył wówczas przedstawiciel prezydenta Ukrainy Anton Korynewycz, władze rosyjskie zrobiły wszystko, aby wolność słowa na półwyspie była niemożliwa. W tej sytuacji trudno przecenić znaczenie dziennikarstwa obywatelskiego.

Khalide Bekirova, żona dziennikarza obywatelskiego i więźnia politycznego Krymu Ramzi Bekirova, powiedziała, że ​​jej mąż, z zawodu historyk, musiał zmienić zawód po 2014 roku i zostać dziennikarzem. Nagrywał rewizje, rozprawy „sądowe”, prowadził transmisje. Początkowo był aresztowany, a ostatecznie wraz z 24 innymi dziennikarzami obywatelskimi został oskarżony o popełnienie przestępstwa. Chcieli więc zaprzestać relacjonowania. Ale zatrzymanych zostało więcej dziennikarzy obywatelskich. „My, rodziny zatrzymanych dziennikarzy obywatelskich, żyjemy jak w więzieniu pod gołym niebem… Nasze dzieci to nowe pokolenie dorastające w dążeniu do sprawiedliwości. Od pięciu lat myślą o swojej przyszłości w realiach Krymu. Moje dzieci chcą zostać dziennikarzami, tak jak ich ojciec” – stwierdza Bekirova.

Działaczka na rzecz praw człowieka Maria Tomak podkreśliła, że ​​prześladowania dziennikarzy obywatelskich na Krymie wpisują się w ogólny obraz ucisku wolności słowa, jaki panuje w Federacji Rosyjskiej. Dziennikarstwo obywatelskie jest z jednej strony unikalnym zjawiskiem krymskim, z drugiej zaś częścią globalnego trendu, w miejscach gdzie prześladowani są dziennikarze.

Maye Mustafayeva, żona dziennikarza obywatelskiego i więźnia politycznego Servera Mustafayeva, opisała tortury swojego męża w rosyjskich izbach tortur. Zacytowała również, jak powiedział, że nie obawia się, że jego głos cokolwiek zmieni, ale że wielu bało się sprzeciwić systemowi.

Lilya Lyumanova, żona Ameta Sulejmanowa, dziennikarza obywatelskiego przebywającego w areszcie domowym na Krymie, podkreśliła, że ​​więźniami politycznymi są nie tylko sami represjonowani, ale także ich żony, dzieci, rodzice, krewni i przyjaciele – z których każdy doświadczył własnego bólu .

Wołodymyr Prytula, szef projektu Radio Liberty z Krymu Swoboda, powiedział, że około 60 dziennikarzy współpracujących z projektem musiało albo zaprzestać współpracy, albo wyjechać na Ukrainę kontynentalną. Zastąpili ich dziennikarze obywatelscy. „Musimy podkreślić, że dziennikarstwo nie jest przestępstwem, że dziennikarze nie są przestępcami. Są prześladowani na Krymie za wypełnianie swoich obowiązków zawodowych” – powiedział Wołodymyr Prytula.

Według I sekretarz Związku Dziennikarzy Ukrainy Liny Kushch historia dziennikarstwa obywatelskiego na Krymie to „opowieść o wyborze, o tym, że ludzie, którzy nigdy nie pracowali jako dziennikarze, idą sfilmować prawdę. To opowieść o tym, jak dziennikarze obywatelscy dorastali na swoim poziomie zawodowym, o wspieraniu rodzin, o dziennikarskiej solidarności.”

W komentarzu dla dziennikarzy po wystawie dyplomata USA Walter Braunoller podkreślił: „Bardzo ważne jest, aby stale przypominać całemu światu, że Krym to Ukraina. Jest to szczególnie ważne dla rodzin więźniów politycznych. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby uwolnić tych ludzi i sprowadzić ich do domu…”

Cezary Galek. Fot. Donat Brykczyński

Cezary Galek zdobywcą Nagrody Grand PiK 2022

Cezary Galek z Polskiego Radia Zachód za reportaż „Opowieści babci Leonardy” otrzymał Nagrodę Grand PiK 2022 w Konkursie Artystycznych Form Radiowych organizowanym przez Polskie Radio Pomorza i Kujaw.   

Nagroda Grand PiK 2022 ufundowana przez marszałka województwa kujawsko-pomorskiego Piotra Całbeckiego,  Cezaremu Galkowi z Polskiego Radia Zachód, autorowi utworu „Opowieści babci Leonardy”, została przyznana „za fascynującą opowieść o wywózkach na Sybir i tułaczkach Polaków w XX wieku z perspektywy młodego pokolenia rodziny i głęboką dokumentację tematu.”

Podczas uroczystej gali, która odbyła się  9 czerwca w toruńskim Teatrze im. Wilama Horzycy, wręczono również inne nagrody Konkursu Artystycznych Form Radiowych.

Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego, otrzymała Aleksandra Głogowska z Radia Dla Ciebie, autorka utworu „Pora gniewu”, „za twórcze przywołanie, w setną rocznicę urodzin Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, niedokończonego, jedynego dramatu poety oraz Marcinowi Nierubcowi kompozytorowi muzyki do utworu >Pora gniewu<, za wyjątkową muzykę inspirowaną tekstem rękopisu”.

Nagroda Specjalna, ufundowana przez prezydenta Torunia Michała Zaleskiego, przypadła Katarzynie Michalak z Polskiego Radia Lublin za reportaż „Nasza kołysanka” –  „dźwiękowy portret rodziny i jej przyjaciół, z determinacją walczących o normalne życie dzieci dotkniętych genetyczną chorobą”.

Nagrodę Specjalną, ufundowana przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, przyznano Michałowi Słobodzianowi z Polskiego Radia PiK, autorowi utworu „Mamo, to nie Twoja wina”, który,  jak podkreślono, stanowi  „wielowątkową próbę spojrzenia z szerokiej perspektywy na dziejącą się na naszych oczach wojnę na Ukrainie”.

Laureatką Nagrody Specjalnej, ufundowanej przez prezydenta Bydgoszczy Rafała Bruskiego została Dorota Sokołowska z Polskiego Radia Białystok. Jury doceniło jej utwór „Pyszna historia” – „dźwiękową sagę, z historią Polski w tle, o wielopokoleniowej rodzinie pielęgnującej tradycje cukiernicze”.

Nagroda im. Michała Jagodzińskiego, ufundowana przez Polskie Radio PiK, została przyznana Annie Łoś i Ewie Szkurłat z Polskiego Radia Kraków, autorkom utworu „Zygmunt czyli sub una campana”, „za bogatą i barwną opowieść, opatrzoną sumienną dokumentacją, a także wypowiedziami osób pracujących na rzecz zabytkowego dzwonu Zygmunt z Katedry Wawelskiej”.

Nagroda rzeczową ufundowaną przez wojewodę kujawsko-pomorskiego Mikołaja Bogdanowicza przypadła Samuelowi Baronowi z Polskiego Radia Katowice, autorowi utworu „Belfer z Ulicy”, „za portret buntownika w czasach PRL-u który w dorosłym życiu znalazł swoje powołanie w pracy z trudną młodzieżą”.

opr. jka, źródło: Polskie Radio PiK

Tablica upamiętniająca Jarosława Ziętarę.

Jarosław Ziętara pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara, zamordowany w 1992 roku, został przez prezydenta RP Andrzeja Dudę pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Poinformował o tym Krzysztof M. Kaźmierczak, przyjaciel Ziętary, pomysłodawca Komitetu Społecznego jego imienia, który zabiegał o wyróżnienie dziennikarza.

„Niezwykle miło jest mi poinformować, że Jarosław Ziętara został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski przez Prezydenta RP. Wręczenie odznaczenia – na ręce rodziny – nastąpi 2 września br. w Poznaniu” – napisał na Facebooku Krzysztof M. Kaźmierczak.

„Wspomnę, że kilka razy podejmowałem starania o pośmiertne uhonorowanie Jarka przez różne gremia i kapituły dziennikarskie. Wszystkie zakończyły się… brakiem reakcji. Dlatego tym bardziej cieszę się, że w Kancelarii Prezydenta nie zlekceważono sprawy. To wielka zasługa zrozumienia sprawy przez Bognę Janke, która tam pracowała i stała się orędowniczką odznaczenia Jarka” – dodał.

„To odznaczenie nic nie zmienia w najważniejszej sprawie – dochodzenia do pociągnięcia winnych do odpowiedzialności za popełnioną zbrodnię, ale odbieram je jako akt sprawiedliwości dziejowej ze strony polskiego państwa, które w sprawie Jarka Ziętary rażąco zawiodło” – podkreślił Kaźmierczak.

Jarosław Ziętara był dziennikarzem śledczym „Gazety Poznańskiej”, ostatni raz widziano go 1 września 1992 r. Rano wyszedł do redakcji, ale nigdy tam nie trafił. W 1999 r. został uznany za zmarłego, ale jego ciała nie odnaleziono. Do dziś nie wyjaśniono okoliczności śmierci dziennikarz i nie pociągnięto do odpowiedzialności winnych tej zbrodni. W Sądzie Okręgowym w Poznaniu zbliża się ku końcowi proces byłych ochroniarzy holdingu Elektromis, Mirosława R., ps. „Ryba” i Dariusza L., ps. „Lala” oskarżonych  o porwanie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Jarosława Ziętary. Sprawę monitoruje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

24 lutego br. poznański sąd niespodziewanie uniewinnił byłego senatora Aleksandra Gawronika od zarzutu podżegania do zabójstwa Ziętary.

opr. jka, źródło: Facebook/K.M.Kaźmierczak

 

Fot. Aleksandra Tabaczyńska

Przegrana byłego RPO Adama Bodnara w sporze z UOKiK. Decyzja sądu zbieżna ze stanowiskiem CMWP SDP

CMWP SDP odnosiło się do tej sprawy wielokrotnie konsekwentnie podkreślając, iż zakup wydawnictw Polska Press przez PKN Orlen nie narusza w żaden sposób realizacji zasady wolności słowa demokratycznego państwa. Dziś to stanowisko potwierdził Sąd Okręgowy w Warszawie rozpatrując odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich dotyczące tej transakcji. 

W Sądzie Okręgowym w Warszawie, podczas jawnej rozprawy w środę 7. czerwca, sędzia Witold Rękosiewicz oddalił odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich od decyzji prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w sprawie zgody na zakup Polski Press przez PKN Orlen. Wyrok jest nieprawomocny i sędzia poinformował pełnomocników RPO, że warunkiem odwołania jest dotrzymanie ustawowego terminu jego złożenia.

W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia stwierdził: Odwoływanie się przez stronę powodową do okoliczności o charakterze wyższym, czyli wolności prasy, pluralizmu i tak wskazywanego przez stronę powodową dostępu konsumentów do wolnych mediów – cóż, w tym zakresie, na gruncie stosunków konkurencyjnych to rynek powinien zdecydować, czy konsumenci będą, czy nie będą nadal korzystać z tej prasy wydawanej przez Polska Press.

Warto przypomnieć, że na początku marca zeszłego 2021 RPO odwołał się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów od decyzji prezesa UOKiK w sprawie zgody na koncentrację polegającą na przejęciu przez PKN Orlen kontroli nad Polska Press. Prezes UOKiK zgodził się na przejęcie Polska Press przez PKN Orlen na początku lutego ub.r. RPO w swym odwołaniu chciał, by sąd uchylił zgodę prezesa UOKiK.

Z kolei, w związku z wydaniem w dniu 8 kwietnia 2021 roku przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie  postanowienia, na mocy którego wstrzymano wykonanie decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z dnia 5 lutego 2021 do czasu rozpoznania odwołania na w/w decyzję prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz toczącym się postępowaniem sądowym zainicjowanym zaskarżeniem przedmiotowej decyzji, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do Sądu (5 maja b.r.)  swoją opinię w tej sprawie działając w charakterze amicus curiae (przyjaciela sądu). CMWP SDP  objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności w zakresie wolności słowa oraz swobody mediów.

Na przełomie maja i czerwca zeszłego roku swoje stanowisko w tej sprawie skierował do sądu PKN Orlen. Wskazał, że odwołanie RPO od decyzji prezesa UOKiK jest w całości bezzasadne i winno zostać odrzucone, a nawet przy uznaniu jego dopuszczalności sąd powinien je oddalić. O oddalenie odwołania wnosił też UOKiK.

CMWP SDP odnosiło się do tej sprawy wielokrotnie konsekwentnie podkreślając, iż zakup wydawnictw Polska Press przez PKN Orlen nie narusza w żaden sposób realizacji zasady wolności słowa demokratycznego państwa. Nasze stanowisko opublikowaliśmy na stronie internetowej cmwp.sdp.pl, gdyż Sąd nie zgodził się na przyjęcie do akt sprawy opinii amicus curiae przesłanej przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

Więcej na ten temat TUTAJ TUTAJ.

Fot. Pixabay

Historia krymskiego szampana – MYKOŁA SEMENA pisze o marketingowym błędzie księcia Lwa Golicyna

Krym miał swoje wino musujące, które mogło z powodzeniem konkurować ze słynnym szampanem. Zamiast postawić na własną markę postanowiono jednak ukraść cudzą, a to skończyło się porażką.

Krym to jeden z regionów najstarszej uprawy winorośli i produkcji wina. Istnieją dowody na to, że produkcja wina na półwyspie była praktykowana przez starożytnych Greków w czasach starożytnych. W Chanacie Krymskim również prowadzono winiarstwo. Tradycję rozwoju gospodarczego i kulturalnego Krymu przerwała jednak seria wojen rosyjskich z Chanatem Krymskim od XV wieku do 1783 roku, kiedy Katarzyna II wydała manifest w sprawie przyłączenia Krymu do Imperium Rosyjskiego. Ale nawet wówczas Krym nie odzyskał swojego dawnego znaczenia, ponieważ duża część ludności opuściła ojczyznę i przeniosła się głównie do Turcji, która nawet teraz, według magazynu „Emel”, liczy 6 milionów ludzi pochodzenia krymskiego.

Produkcja wina w samej Rosji była spóźniona i zacofana. Pierwszy dowód uprawy winogron pochodzi z czasów panowania Iwana Groźnego: w 1547 r. car nakazał wezwać w Rosji „wykształconych ludzi” przydatnych zawodów, wśród których byli „ogrodnicy winogron”. Później perscy kupcy przywieźli winorośl do Astrachania. Około dwóch trzecich wyhodowanych przez niego winogron dostarczono do Moskwy, a pozostała część szła do produkcji lokalnego wina kościelnego.

Stopniowo uprawa winorośli i produkcja wina zaczęła przenosić się na Kaukaz i nad Morze Czarne. W 1803 r. rząd nakazał wszystkim kolonistom, którzy przenieśli się, na Krym, rozdać od 5 do 10 sadzonek winogron. Kiedy Besarabię ​​przyłączono do Rosji w 1812 r., południe imperium zamieszkiwali niemieccy i szwajcarscy imigranci, zaproszeni przez rząd specjalnie w celu rozwoju winiarstwa. Znany biolog Peter Simon Pallas wkrótce otworzył szkołę winiarstwa w krymskim mieście Sudak, a Christian Steven założył Nikitski Ogród Botaniczny. Ziemia krymska, należąca niegdyś do Tatarów krymskich, została rozdysponowana przez carów, głównie urzędnikom rosyjskim. Duże obszary ziemi otrzymał zastępca cara w obwodzie noworosyjskim Michaił Woroncow. Wszyscy byli zainteresowani produkcją wina i bezkrytycznie importowali różne sadzonki na Krym, wraz z niektórymi przywieźli odwiecznego wroga winogron – filokserę, która do dziś daje się we znaki winnicom na półwyspie. Stopniowo winiarstwo nad Donem i Morzem Czarnym zaczęło się rozwijać, a wina rosyjskie cieszyć się coraz większą popularnością.

Jednak rozwój winiarstwa od czasów carskiej Rosji, a następnie w ZSRR, miał swoje własne cechy, które generalnie spowalniały rozwój tego przemysłu. Pod koniec XIX wieku na Krymie pojawił się książę moskiewski Lew Golicyn, który na Sorbonie studiował prawo rzymskie, a w Szampanii winiarstwo. Założył uprawę winorośli na Krymie, stworzył winnicę Abrau-Dyurso. W latach 1891-1898 piastował stanowisko naczelnego winiarza dóbr carskich, zgromadził jedyną na świecie kolekcję win z XVII-XX wieku.

Książę był nazywany „królem ekspertów”, ponieważ miał rzadką umiejętność rozróżniania odmian winorośli po samych liściach i określania cech odmianowych w mieszankach win. Golicyn jako pierwszy ze światowych winiarzy napisał traktat o związku między glebami, na których rosną winnice, a jakością produkowanego z nich wina. Jako pierwszy doszedł do wniosku, że „wino jest produktem tego obszaru”, który w jest podstawą wszelkiego winiarstwa.

Książę Golicyn, zwany „ojcem rosyjskiego winiarstwa”, jako pierwszy zauważył, że na południowym wybrzeżu Krymu ciekawe wina pozyskuje się wyłącznie metodą leżakowania. W ten sposób w starych piwnicach niektórych posiadłości narodziła się sława win deserowych Masandra. W 1898 roku wybudowano główne piwnice „Massandry”, w które car zainwestował 1 mln 100 tys. rubli. W rezultacie powstało siedem tuneli o łącznej długości dwóch wiorst. Wcześniej odbudowano piwnice Archaderesse w Sudaku. W latach 90. XIX wieku Golicyn założył winnice na Kaukazie, Kachetii i Tyflisie. Od tego momentu Kaukaz Południowy stał się de facto centrum winiarskim Imperium Rosyjskiego.

Jednocześnie pogoń za światową sławą była okrutnym żartem dla księcia Golicyna. Wieloletni winiarze w Sudaku zauważyli, że dobre wina musujące pochodzą z winogron uprawianych na okolicznych ziemiach. Zwrócił na to również uwagę Golicyn. Później nawet teoretycznie uzasadnił to zjawisko: na ziemiach wokół Sudaku zauważył wiele krzewów róż, jak np. w Szampanii we Francji. „Tam, gdzie rosną owoce róży, będą dobre winogrona do win musujących!” –  napisał. Zwrócił też uwagę na podobieństwo struktury ziemi wokół Sudaku do struktury ziemi w Szampanii. W celu produkcji win musujących Golicyn w 1878 roku kupił posiadłość Nowy Świat na Krymie, gdzie później uprawiał do 500 odmian winorośli i jako pierwszy w Rosji rozpoczął produkcję win musujących.

Pierwsze partie wina musującego, które z jakiegoś powodu od razu błędnie nazwano „szampanem”, wypuszczane przez Golicyna pod markami „Nowy Świat” i „Paradise” (1882), zyskały dużą międzynarodową popularność. W 1896 roku wino musujące Nowego Świata zostało podane podczas uroczystości koronacyjnych Mikołaja II w Moskwie i otrzymało znak „Koronacja”. A Światowe Targi w Paryżu w 1900 roku przyniosły Golicynowi Sparkling Grand Prix. Uważa się, że jego wino wygrało nawet z prawdziwym szampanem, słynnego winiarza hrabiego Chandona z Francji.

I tu Golicyn popełnił błąd. Zamiast promować swoje wino musujące jako wino krymskie, stało się ono powszechnie znane jako „szampan”, ponieważ dzięki temu można je było drożej sprzedać.

Problem pojawił się, gdy rozpowszechniły się międzynarodowe prawa autorskie i światowi winiarze opatentowali swoje marki wina. W latach 30. XX wieku w zakładzie Novy Svit w ZSRR produkowano wino musujące o nazwie Soviet Champagne, ale później światowy rynek, pod presją producentów autentyvznego szampana, odwrócił się od sowieckiego wino ze względu na jego nazwę. Jedna partia tego wina została zakupiona przez Niemcy w latach 80., ale uznano je za podrobione i nie trafiło do sprzedaży. Jednak wino musujące, udające szampana, było szeroko sprzedawane na rodzimym rynku rosyjskim.

W końcu producenci „szampana”, pozbawienie dostępu do światowych rynków, stracili motywację do utrzymywania wysokiej jakości. Klasyczna metoda jego wytwarzania trwała co najmniej 4 lata, była więc dość czasochłonna i utrudniała szybkie zwiększenie produkcji. Odeski Instytut Winiarstwa opracował więc tak zwaną akratoforyczną metodę wytwarzania win musujących. W dużych beczkach, tak zwanych akratoforach, pierwotny materiał winny  pompowany był dwutlenkiem węgla pod wysokim ciśnieniem. Taki „szampan” przestawał wytwarzać bąbelki gazu już po 10 minut, podczas gdy prawdziwy szampan „grał” przez kilka godzin. Ponadto jego smak będzie znacznie gorszy. Niemniej jednak takie podrabiane wino było szeroko sprzedawane w ZSRR również pod nazwą „sowiecki szampan”. Produkowano je m.in. w Donbasie i kilku innych sowieckich fabrykach.

Co charakterystyczne, ten proces fałszowania wina trwa do dziś. Po aneksji Krymu zakład New World kontynuował produkcję rosyjskiego szampana, łamiąc prawa autorskich.

A gdyby książę Golicyn zdobył się kiedyś na taki ruch marketingowy, że wino krymskie otrzymałoby swoją nazwę geograficzną, los jego wynalazku byłby zupełnie inny. Świadczy o tym doświadczenie wytwarzania kolejnego wina w samej Rosji. Tak więc na przykład wino Don Tsimlyanskoe jest uważane za najsłynniejsze rosyjskie wino na świecie, jest cenione właśnie ze względu na swoją nazwę geograficzną i niepowtarzalny smak. Podobnie jak na Krymie, Tsymlyanske powstało z autochtonicznych odmian winorośli. Przez wiele lat pozostawało modne na dworze królewskim. Można je również nazwać winem „literackim”: wzmianki o nim znajdują się w pracach Lermontowa, Turgieniewa, Niekrasowa, Czechowa, Puszkina. A istniejąca do dziś fabryka wina musującego Tsimlyansky nadal je produkuje.

Historia jest o tyle dziwna, że sam książę Golicyn znany jest również jako ideolog walki z fałszowaniem wina. Ale walczył wyłącznie z podrabianiem rosyjskich win. Już w 1903 r. przedstawił Mikołajowi II projekt ustawy, który był reakcją na decyzję Odeskiego Kongresu Wina, że wina z dodatkiem melasy, czarnego bzu, smoły, cukru buraczanego, alkoholu ziemniaczanego i innych szkodliwych dla zdrowia substancji mogą być prezentowane w handlu pod tymi samymi nazwami, co naturalne. Golicyn stanął wtedy w obronie honoru domowego winiarstwa, ale pozostał w mniejszości i nie odniósł sukcesu. Fałszerze pokonali go, ponieważ on sam skłonny był traktować swoje wino musujące jako klasyczny szampan.

Już w 1914 r. Rosja uchwaliła ustawę o produkcji wina, a także przepisy techniczne dotyczące jego wytwarzania. Dokument ustanowił ścisłą regulację jakości win, zakazującą dodawania soków owocowych, wody itp. Wraz z dojściem do władzy bolszewików ZSRR pozostał jednym ze światowych liderów w produkcji wina, ale produkty były niskiej jakości i nie mogły konkurować na światowych rynkach.

 

Fot. Wikipedia

O emisję filmu o Annie Solidarność apeluje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ciało matki

Prezes, brat, demokratycznie wybrany lider kraju mówi: to była zbrodnia, zamach. I nic to nie zmienia. Dochodzenie, przeciąganie, trwa nadal. Prawdę o smoleńskiej tragedii pokazano. Był emitowany w najważniejszym kanale film, efekt pracy komisji Macierewicza, a potem kolejny rzetelnie dokumentujący Ewy Stankiewicz. Jest wojna – agresja zbrodnicza wobec naszego sąsiada i nadal są ludzie kpiący, wyśmiewający wszystkie te ustalenia.

Przez 10 lat Jerzy Zalewski pracował nad filmem dokumentalnym o życiu i śmierci Anny Walentynowicz. Od 2 lat reżyser czeka na odpowiedź Telewizji Polskiej w sprawie emisji i zapłacenia za pracę ukończoną: 100 minut, które powinno zostać pokazane społeczeństwu.

W filmie syn i wnuk Pani Anny idą śladami matki i babci, kobiety niezwykłej. Idą śladami jej życia od rodzinnej wioski po pracę w Stoczni Gdańskiej, w której zmieniła się naszą historia. To film pokazujący prawdę o latach późniejszych aż po śmierć w stalowej klatce płonącego, rozbitego na tysiące fragmentów samolotu. Zalewski, autor dziesiątek programów telewizyjnych, dziennikarz, dzięki któremu zostały zarejestrowane rozmowy z elitą intelektualną kraju, reżyser, wybitny twórca nie może doczekać się nawet odpowiedzi od władz TVP.

Kilka tygodni temu Tomasz Sakiewicz zdecydował o wyemitowaniu filmu, ale to za mało, bo „Republika” ma niewielką widownię. Oczywiście chwała Sakiewiczowi, że przynajmniej on to zrobił. Ranga sprawy wymaga jednak by zrobić więcej: nagłośnić i promować, pokazać w najlepszym czasie w jedynce TVP. A potem zaprosić do publicznej rozmowy ludzi mądrych, uczciwych, związanych szlachetnie z tym co tu i teraz.

Odszczepieńcy, zaprzańcy są w każdym kraju. Są zdrajcy sprawy narodowej, interesów kraju, ludzie głupi i podli, ale niech w końcu przemówią, ci którzy w ogóle coś ważnego zrobili, napisali, nakręcili, skomponowali.

Plewy od ziarna różnią się. Lobbysta interesów cudzych żywi się przekupnym ochłapem. Zawsze tacy byli i będą. Ale póki co mamy jeszcze praworządne państwo. To, że „wybrańcy” dyskutują, a nawet kłócą się nie wystarczy. Mijają nie miesiące a lata.

W filmie Zalewskiego świadectwo dają synowie. Widzieli w Moskwie ciało matki prawie nieuszkodzone, a po wymuszonej ekshumacji w trumnie wydobytej i otwartej to co zobaczyli było już nie do rozpoznania.

To wymaga wyjaśnienia. Najpierw jednak ludzie muszą zobaczyć i usłyszeć co mówią synowie nieustępliwi w dochodzeniu prawdy. Ciało matki dla syna jest święte. Zbrodnia nie do przedawnienia. Panie prezesie Jacku Kurski, dlaczego nie chce Pan emitować tego filmu?

Smoleńsk to jednak niezakończona sprawa.

Lot Tupolewa na pewno został zarejestrowany. Są różne taśmy prawdy. Te ciągle czekają na ujawnienie. Ale najpierw, Panie prezesie Kurski, niech każe wyemitować film o Annie Walentynowicz zrealizowany przez Jerzego Zalewskiego.

Rotmistrz Witold Pilecki przed "sądem" i jego oprawca Mońko (miniatura); Zdjęcia: Archiwum, Tadeusz Płużański

W rocznicę śmierci rotmistrza Pileckiego TADEUSZ PŁUŻAŃSKI pisze o egzekucji Bohatera

Zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych Ryszard Mońko, w najbardziej mrocznych, stalinowskich czasach, nigdy nie odpowiedział za udział w zbrodni na Witoldzie Pileckim 25 maja 1948 r. Nie ujawnił także, gdzie komunistyczni siepacze – jego koledzy – zrzucili zmasakrowane ciało rotmistrza i innych polskich bohaterów. Przez ćwierć wieku III RP nie zapukał do niego żaden prokurator. Mnie bez problemu udało się odnaleźć Mońkę w 2012 r. w Hrubieszowie.

O „Łączce” Mońko nie chciał mi nic powiedzieć, twierdząc, że na Mokotowie pracował do 1948 r. Mońko kłamał. Na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżyciela rtm. Pileckiego zeznawał: „Na Mokotów zostałem skierowany w styczniu 1948 r. ze zlikwidowanej jednostki saperskiej. Jako funkcjonariusz ds. polityczno-wychowawczych uczyłem śledczych zasad polskiego ruchu robotniczego”.

Winny Grabicki i bezpieka

Trochę więcej Mońko mówił o egzekucjach na Rakowieckiej. Przede wszystkim potwierdził, że w pierwszych latach powojennych odbywały się one na terenie więzienia – głównie w starej kotłowni za budynkiem X Pawilonu (potwierdzał to również np. więzień Rakowieckiej Stanisław Krupa). Przyznał również, że nie było żadnego plutonu egzekucyjnego: strzelał jeden funkcjonariusz – najpierw Piotr Śmietański, potem Aleksander Drej (ten drugi na ogół po pijanemu). Potem ciała wywoził jego przełożony – naczelnik więzienia – Alojzy Grabicki. To na niego – od dawna nieżyjącego – Mońko zrzuca całą odpowiedzialność za represje i morderstwa na Mokotowie. No i oczywiście na bezpiekę.

„Jedyny przypadek w karierze”

Mnie szczególnie interesowała egzekucja rotmistrza Witolda Pileckiego, w której – jak wynika z dokumentów – Mońko brał udział. Pamiętałem jego opowieść z procesu Łapińskiego: „To był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem Grabickiego [Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi i pracował najpierw w Białymstoku, do końca życia, nie nękany przez wymiar sprawiedliwości, ukrywał prawdę o miejscu grzebania więźniów], który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora Cypryszewskiego rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [etatowy morderca starszy sierżant Piotr Śmietański]. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Martusiewicz”.

 

Oskarżający Łapińskiego prokurator IPN spytał jeszcze świadka Mońkę: „Gdzie pogrzebano Pileckiego?” A on odparł: „Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy”. Również na ostanie pytanie: „Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?” Mońko opowiedział jak zawsze ze spokojem: „A co miałem robić?”

Z białą opaską

Pamiętając te zeznania miałem nadzieję, że Mońko powie mi więcej. On powtórzył właściwie opis śmierci Pileckiego, który przedstawił w sądzie: „Wzięli go pod ręce. Czterech ludzi. On powiedział: „Będę szedł sam”. Założyli mu białą opaskę na oczy”.

Dopytywałem, powołując się na świadectwo księdza Jana Stępnia, współwięźnia z Rakowieckiej, który miał widzieć tę ostatnią drogę rotmistrza z okna celi: „Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. Nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego”. Czyli istnieje domniemanie, że w momencie egzekucji skatowany przez „oficerów” bezpieki Pilecki już nie żył, że Śmietański zamordował trupa…

Taka zresztą była praktyka bezpieki. Często najgorsze śledztwo rozpoczynało się po procesie i wyroku skazującym, kiedy oprawcy wiedzieli już, że ich ofiara nie wyjdzie na wolność. Że zginie w więzieniu. Mogli sobie pofolgować.

Mońko jednak twardo powtórzył swoje: „Szedł sam, dobrowolnie. Widziałem to dokładnie, szedłem 30–40 metrów dalej. Nim doszedłem do miejsca, jego już rozstrzelano”. Gdzie to było, też w kotłowni? – doprecyzowałem. „Tak. Prócz kata Śmietańskiego byli prokurator, ksiądz”. Ile było strzałów? „Słyszałem jeden”. Co się potem stało? „Nie wiem. Mówiłem już, że nie uczestniczyłem w pochówkach. Też musiał być wywieziony sanitarką”.

Z faktu, że kat zamordował rotmistrza w kotłowni, Zofia Pilecka wyciąga wniosek, że został spopielony. Czyli może nigdy nie odzyskać szczątków taty.

Pilecki trafił na „Łączkę ” – uważa jednak prof. Krzysztof Szwagrzyk, prowadzący prace na stołecznych Powązkach Wojskowych. Niedaleko swojego oprawcy – sędziego Romana Kryże.

9 tysięcy emerytury

Potem spytałem Mońkę jeszcze m.in. o to, dlaczego – jego zdaniem – na ekshumacje na Powązkach trzeba było czekać aż 23 lata? Czy ktoś to blokuje? Mońko na to: „Wydaje mi się, że tak. Może boją się Rosji”.

Ryszard Mońko, z zawodu technik rolniczy i mechanik, który po odejściu z Mokotowa był m. in. – do 1962 r. – naczelnikiem więzienia w Częstochowie, na koniec pochwalił mi się, że ma 9 tysięcy złotych emerytury („Wałęsa, dobry człowiek, wyrównał mi emeryturę”). Zadowolony z życia, miły dla sąsiadów starszy pan cieszył się dobrym zdrowiem. „Nie mam żadnych dochodzeń sądowych. Jestem czysty” – powiedział mi na odchodne. Zmarł w 2016 r. w rodzinnym Hrubieszowie, pożegnany na miejscowym cmentarzu parafialnym. Tak odszedł ostatni morderca Witolda Pileckiego.