Wielkopolski Oddział SDP wybrał władze i delegatów na kolejną kadencję. Jolanta Hajdasz ponownie prezesem

Jolanta Hajdasz  została wybrana prezesem Wielkopolskiego Oddziału SDP prawie jednogłośnie, nie miała żadnego kontrkandydata. Głosowało na nią 24 z 26 obecnych na zebraniu członków WO SDP. 

Na zebraniu wybrano nowe składy wszystkich statutowych organów – Zarządu, Komisji Rewizyjnej i Komisji Członkowskiej. W Zarządzie Oddziału przez najbliższe 3 lata pracować będą : Aleksandra Tabaczyńska, Krystyna Różańska – Gorgolewska, Dawid Jung, Piotr Tomczyk i Hubert Jach.  W skład Komisji Rewizyjnej weszli ponownie : Alicja Kopczyńska, Tadeusz Owczarzak-Gran i Marek Idzior, a Komisję Członkowską  tworzyć będą Barbara Ziółkowska, Andrzej Karpiński i Michał Michalski. Walne Zebranie WO SDP odbyło się 14 czerwca w Szkole Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Poznaniu.

Wielkopolski Oddział SDP jest jednym z najwcześniej utworzonych  oddziałów SDP po reaktywacji Stowarzyszenia w 1989 r. zlikwidowanego w stanie wojennym. Jest także ( poza Warszawą) jednym z najliczniejszych, obecnie liczy 154 członków. W czasie zebrania wybrano także 8 delegatów na Walny Zjazd SDP, jaki ma się odbyć w Kazimierzu Dolnym w dniach 11-13 października b.r. Delegatami z Wielkopolski zostali : Anna Kopras-Fijołek, Irmina Kosmala, Dawid Jung, Andrzej Karpiński, Piotr Tomczyk, Tadeusz Owczarzak-Gran, Bartosz Garczyński i Hubert Jach. Z racji pełnienia obecnie funkcji z Zarządzie Głównym mandaty delegatów ma także 5 kolejnych osób z Wielkopolskiego Oddziału SDP – Jolanta Hajdasz (wiceprezes SDP), Aleksandra Tabaczyńska(skarbnik SDP), Krystyna Różańska-Gorgolewska (członek Komisji Interwencyjnej),  Barbara Ziółkowska (Rzecznik Dyscyplinarny) i Piotr Górski ( Przewodniczący Naczelnego Sądu Dziennikarskiego) .

Wielkopolski Oddział SDP organizuje co roku Konkurs Dziennikarski dla dziennikarzy z regionu,  przyznając nagrody w 4 kategoriach: Nagroda Główna, Nagroda Virtuti Civili, Nagroda im. Wojciecha Dolaty i Nagroda dla Młodych Dziennikarzy im. Wojciecha Cieślewicza.  Od dwóch lat organizuje te konkursy wspólnie z Oddziałem Lubuskim SDP.  Od 3 lat Zarząd WO SDP przyznaje także swoje honorowe wyróżnienie – Laur Wielkopolskiego oddziału SDP  najbardziej zasłużonym dziennikarzom z Wielkopolski.

 

Fot. archiwum W. Kot

Poważnie (nie)żartuję – rozmowa z WIESŁAWEM KOTEM, uhonorowanym Laurem Wielkopolskiego Oddziału SDP

Nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam – mówi redaktor Wiesław Kot, uhonorowany tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Fot. archiwum W. Kot

 „Miliiiiiii państwo” – zwrot, którym rozpoczynał Pan zwykle swój radiowy Kotonotatnik, brzmi niemal tak, jak filmowe „Good morning Wietnam”. Pański znak rozpoznawczy?

Z tym zestawieniem to nazbyt Pan łaskawy… Ale zasada – ten sam sygnał na początek – taka sama. I się sprawdza! Po prelekcji w którymś wielkopolskim domu kultury podchodzi starsza pani: „Pan nam od lat daje sygnał do śniadania. Jak tylko słyszymy Mili Państwo!, mąż zaraz idzie do ogrodu po warzywa, ja do spiżarni, tak że jak pan kończy mówić, to my akurat spotykamy się w kuchni”. Pokochałem tę panią miłością natychmiastową i bezwarunkową.

Nietypowa fanka, jak zresztą wszystko u Wiesława Kota… Spróbujmy to jednak trochę uporządkować. Pisarz, dziennikarz, felietonista, redaktor, wykładowca akademicki, krytyk filmowy. Co jest najważniejsze?

Najważniejsze – mieć coś do powiedzenia. Z tym miałem i nieustannie mam ogromne problemy.

Teraz Pan naprawdę przesadza.

Miałem przedwczoraj, wczoraj, dziś i jutro rano, kiedy siądę do laptopa, też będę je miał. Tyram i rzadko miewam zadowalające rezultaty. A zważywszy, że wszystko, co mówię przed kamerą czy mikrofonem, wcześniej piszę, to w rezultacie jest jak zwykle: poranek, kawa, pusty ekran laptopa i ja.

Ale jednak są gatunki, w których czuje się Pan gorzej, lepiej, najlepiej?

Broń mnie, Panie Boże, żebym w jakimkolwiek czuł się bodaj dobrze. Ten etap: już umiem, już potrafię, już wiem, to zawodowa śmierć. Od tego momentu kończy się rozmowa z (ewentualnym) odbiorcą, a zaczyna się produkcja tekstów.

Pan o śmierci, a ja chciałbym cofnąć się do początków. Kiedy i od czego zaczęła się Pańska przygoda z dziennikarstwem?

Zaczęło się od iluminacji. Na poznańskiej polonistyce w 1985 roku zaczynałem od prowadzenia ćwiczeń z przedmiotu Poetyka. Objaśniałem, co to jamb, trochej, synekdocha i sonet włoski. I wtedy miałem widzenie: zobaczyłem siebie w wieku 65 lat, czyli takiego, jakim jestem dziś. Zgorzkniałego, w wytartym garniturku, który w oczekiwaniu na emeryturę dalej objaśnia, co to jamb i trochej. Dziennikarstwo to tylko konsekwencja tamtego olśnienia.

I zamienił Pan wytarty garniturek i zakurzoną salę wykładową na redakcję „Wprost” – topowego w owym czasie tygodnika na naszym rynku prasy.

Topowy to on wówczas bynajmniej nie był. „Gazeta dorożkarska” w buraczkowo-fioletowej szacie – bo raz się wydrukowało tak, a raz odwrotnie. Naczelny, Marek Król, skończył przygodę z Komitetem Centralnym PZPR szybciej, niż się spodziewał i z bajecznych perspektyw zostało mu tylko to pisemko. W lot zrozumiał, że albo ruszy z nim ostro do przodu, albo – zielona trawka. Problem w tym, że nikt nie wiedział, co znaczy „do przodu”. A już na pewno nie wiedzieli tego rutyniarze z ówczesnych mediów. Akurat w tym czasie kompletowano obsługę do warszawskiego hotelu Marriott. Podstawowym warunkiem przyjęcia do pracy było to, że kandydat nie pracował wcześniej w żadnym polskim hotelu. Na tej zasadzie znalazłem się w redakcji.

Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale były czasy, kiedy dziennikarz zajmujący się kulturą – a nie polityczny taran – mógł zostać zastępcą redaktora naczelnego jednego z najważniejszych tygodników opinii w Polsce…

Racja – dziś nie do pomyślenia. W ówczesnej Polsce kulturą żyliśmy bez porównania intensywniej niż dziś. Bo czym mieliśmy żyć? Podróżami, kulinariami, inwestycjami, motoryzacją? Kiedy zaczynałem pracę na Uniwersytecie, obliczałem, że na pierwszy samochód – przechodzonego małego fiata – stać mnie będzie w okolicach czterdziestki. A dzisiaj podróżujemy, inwestujemy, a wieczorem zasypiamy przy serialu Netfliksa. Jak wszędzie na świecie. Tylko nie u mnie. Bardzo się pilnuję, by każdego dnia czytać co najmniej dwie godziny.

Na czym polega unikatowy narracyjny „styl Kota”? O, ładnie się to ułożyło – rodem jak z dalekowschodnich sztuk walk.

Żywię ugruntowane przekonanie, że czas jest bezcenną własnością każdego z nas. Cudzej własności nie wolno podkradać. W moim przypadku – nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam.

Sarkazm – jeden z głównych atrybutów w Pańskim arsenale. Niezwykle silna broń. Ale trzeba się z nią umiejętnie obchodzić.

Gorzką ironię uważam za konieczną w sytuacji, w której mógłbym popaść w banał lub w referat. Można powiedzieć, że Pałac Kultury to monstrualne brzydactwo, ale ja wolę formułę: mały, ale za to gustowny. O muzyce typu heavy metal można napisać, że łomot, a ja powiedziałbym, że to muzyka wprawdzie cicha, ale za to głęboka.

Ale Wiesław Kot bywa też poważny. Kiedy?

Nigdy nie bywam poważny, ale też nigdy nie żartuję.

Fot. archiwum W. Kot

Tak, tak, nawet kiedy Wiesław Kot tworzy coś tak poważnie brzmiącego, jak  leksykon Sto najważniejszych scen filmu polskiego, to na okładce musi dyndać miś.

Jedyne, co mi się podoba w tej książce, to okładka. Powód? Dziś napisałbym to wszystko zupełnie inaczej.

Pytanie, które powinno paść wcześniej: jak powstawał „styl Kota”? Trzymam się uparcie tego określenia.

Komplemenciarz z Pana. Nie dopracowałem się własnego stylu. Nie stać mnie, jestem na to zbyt nieudolny. Mój sposób pisania nazywał się „Notatnik akademicki”, gruby zeszyt formatu A4, Zakłady Papiernicze w Strzegomiu. W latach 80. dostępny w każdym sklepie papierniczym. Skończyłem wprawdzie polonistykę, ale nie umiałem pisać po polsku. Nie znałem wagi słów, nie chwytałem niuansów. Z tym że co rano uparcie zaczerniałem stronice tego „Notatnika”. Pisałem i skreślałem, skreślałem i pisałem. Jak z zapisanej stronicy uzyskałem pół zdania, które uznałem za znośne, to już dzień nie był stracony. Coraz częściej myślę, że znów powinienem kupić sobie podobny notatnik.

O, to może zdradzi Pan przepis na dobry tekst?

Rzadko zdarza się nam napisać dobry tekst. Ale każdy następny powinien być lepszy od poprzedniego.

Mam wrażenie, że gdyby podstawić „Wiesław Kot” pod tytuł Marceli Szpak dziwi się światu – to wszystko się będzie zgadzać. Inspirują Pana małe, codzienne rzeczy, to, co spotykane za rogiem, w wycinkach starych gazet?

Lubię oglądać las poprzez liść, a morze w jednej kropli. Specjalistów od skali makro mamy tak wielu, że i tak bym się nie przebił… Jestem zresztą uzależniony od starych gazet, szpargałów, zatartych napisów, nieczynnych stacji kolejowych, parkingów na zapleczach galerii handlowych, pustych pokoi hotelowych. Był taki amerykański malarz – Edward Hopper. Ale co ja się będę wymądrzał…

Sztampowo zapytam o plany zawodowe na przyszłość, z nadzieją, że uratuje Pan to pytanie swoją odpowiedzią.

Umrzeć przy klawiaturze.

Nie tak szybko. Musi Pan jeszcze odebrać wyróżnienie – tegoroczny Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To poważna sprawa, żarty się skończyły…

Nie mam z tym nic wspólnego. To łaskawość Państwa, a nie moje „dokonania” stoją za tym wyróżnieniem. Gdy pomyślę, ilu kolegom ten laur należy się bardziej niż mnie, robię się czerwony jak piwonia z zażenowania i zawstydzenia. Kłaniam się więc i znikam.

Rozmawiał Stanisław Muszyński

O nagrodach Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.

 

Barbara Kurdej-Szatan szczuła na żołnierzy i strażników, zrobiła na tym karierę, teraz próbuje udawać jakąś przyzwoitość, ale ludzie widzą, że to udawana przyzwoitość, która siłą rzeczy, jest nieprzyzwoitością.

WIKTOR ŚWIETLIK: Ze skruchy dla fuchy

Czy są jeszcze w mediach ludzie, którzy mówią – przepraszam, myliłem się? Nie ze względu na to, że mogą wylecieć z obiegu, że stracą pracę, że zasięg spadnie, że odejdą reklamodawcy, a dlatego, że tak trzeba?

Nad sprawą zacząłem się zastanawiać po tym, kiedy łzy nad zabitym żołnierzem zaczęli lać rozmaici ludzie, z panią Kurdej-Szatan na czele i niejakim Czabanem, autorem tekstów o katordze, którą polscy faszyści urządzają profesorom i wzorcom z Sevres wieloletniego macierzyństwa za płotu granicznego. Nie zostało to przyjęte dobrze i zostać nie mogło. Prawda jest taka, że pani Kurdejowa będąc aktorką nieznaną z niczego poza znaną reklamą, i do niczego innego się nie nadającą, na swoim szczuciu na Straż Graniczną nie straciła, a zyskała. Nagle stała się bohaterką przybudówek Platformy Obywatelskiej w rodzaju Campusu Trzaskowskiego i letniego festiwalu młodzieży w Chorzowie… o sorry, festiwalu Owsiaka parodystycznie nazwanego niegdyś Woodstock. Wypłakiwała tam się nad swoim nieszczęśliwym losem, bo ona taka wrażliwa  i zaangażowana, a taka nienawiść na nią spada ze strony dzikiego społeczeństwa. W końcu w nagrodę dostąpiła „powrotu do TVP”, czyli zaczęła być w niej lansowana, na co wcześniej absolutnie nie miała najmniejszych szans. Teraz postanowiła wyrazić swoje kondolencje, bo wiadomo, jednak trochę osób jej to pamięta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie uderzało jednak w oczy w całym komplecie to, o czym napisałem powyżej. Babka szczuła na żołnierzy i strażników, zrobiła na tym karierę, teraz próbuje udawać jakąś przyzwoitość, ale ludzie widzą, że to udawana przyzwoitość, która siłą rzeczy, jest nieprzyzwoitością, a pewnie niektórzy nazywają to nawet dosadniej. No więc znowu, fala hejtu, płacz i zaraz znowu będzie pocieszanie kolejnym lansem. Tak się tu żyje.

Jeszcze  oczywiście brakuje należytych podsumowań. Solidnych analiz tego, kto naprawdę jest ofiarą. Jeszcze z tydzień, zanim gazeta ta, co zawsze, opublikuje solidny, weekendowy, poruszający reportaż o cierpieniach, których doznają w tym trudnym czasie znani i zaangażowani Basia, Agnieszka, Maciek i inni. Agnieszka aż się boi już nie tylko o życie wtedy, kiedy przyjeżdża do Polski, czego zresztą unika, żeby się tym tutejszym syfem nie zarazić, ale zaczyna się bać Polaków, którzy wyjeżdżają. Może to i jedyny minus Unii Europejskiej. Nie wszyscy powinni mieć paszporty. Dzicz zamiast się cywilizować, roznosi zarazę.

Są owszem, choć rzadsze, niewzruszone postaci, w rodzaju niejakiego Boczka, faceta z jednym, ale dużym osiągnięciem, bo to on zmyślił ciężarną kobietę zrzucaną na drut kolczastych przez, jak ich z ruska nazywa to towarzystwo, „pograniczników”. Ten ani żalu, ani skruchy, drwi wręcz, że tym z drugiej strony płotu polskie władze nie wysyłają kondolencji.

Większość jednak choć na chwilę się zawahała. Co to będzie? W którą stronę to pójdzie? Jak ludzie zareagują? Czy się wojsko nie wkurzy? Już tak bywało nieraz. Po Smoleńsku. Albo wtedy, kiedy Polacy nie łyknęli historii o Janie Pawle II, jako promotorze pedofilii. W paru innych pomniejszych momentach były takie zawahania.

A gdyby ktoś zawahał się bez tego? Kiedyś to ludziom się zdarzało. Nadal się im zdarza, ale nie dziennikarzom. Niektórzy może boją się piekła, inni chcą się lepiej poczuć, a niektórzy po prostu uważają, że tak trzeba. Kiedy nie mają racji, się pomylą, zaszaleją czyimś kosztem pod wpływem emocji, to po prostu przepraszają. Nie tak, jak poeci i intelektualiści po śmierci Stalina. Jakby Ważyk nie pisał swoich rozliczeniowych poematów to byłby skończony, byłby bierutowskim komisarzem co chodził z pistoletem pod pachą i był bardziej srogi od innych. Choć trzeba przyznać, że poczuł wiatr zmian przed innymi.

Ale tu chodzi o to, żeby tak po prostu stwierdzić – źle zrobiłem. Nie po to, żeby w następnym zdaniu dodać, „a właściwie to dobrze, ale mnie źle zrozumiano”, nie dla fuchy w TVP, a dlatego, że tak trzeba. Chłopaki z podwórka w moim dawnym domu, jak popili i hałasowali w nocy to rano szli skacowani do sąsiadki z małym dzieckiem i ją przepraszali. Nic za to nie dostawali, nic im nie groziło. Ale po prostu było im głupio. Czuli, że źle zrobili. Do tej roboty by się nie nadawali. Byli zbyt honorowi, uczciwi i nie byli kanaliami.

 

Fot. Wikipedia

WIKTOR ŚWIETLIK: Gwara zamiast Tygrysa

Bój o uznanie osobnego języka śląskiego nie jest tylko, moim zdaniem, fragmentem dążenia do uznania osobnej narodowości śląskiej. Celem jest oddzielenie Śląska od Polski, co jest w żywotnym interesie Niemiec i jest równie żywotnie sprzeczne z polską racją stanu. Ciekawy jest jednak sposób przeprowadzania tej operacji. Kiedyś tego rodzaju działania przeprowadzano z pomocą naukowców, kongresów, referendów. Dziś załatwiają to media, „znani i lubiani” oraz influencerzy.  

Oczywiście awantura o odesłanie przez prezydenta planowanej ustawy o języku śląskim ma też kilka bardziej bieżących celów. Wszystko co nie jest poświęcone nadchodzącej potwornej drożyźnie jest w interesie władzy i jej obecnych oraz przyszłych beneficjentów i tu trzeba przyznać masa medialna spisuje się na piątkę. Przeciwny „językowi śląskiemu” jest prezydent, a za jest choćby pisarz Twardoch, który od lat dobrze wie, gdzie frukta leżą. Za są także media, które są efektem rynku konstruowanego od 35 lat przez własnościowe i regulatywne efekty przyjaźni polsko-niemieckiej. Te same media, które wciskały w czasie pandemii, że przez Polskę przewija się fala nienawiści do Śląska i Ślązaków, bo w kopalniach dużo zachorowań.

Ciekawa nie jest jednak sama definicja, a definiujący. W ogóle niby żyjemy w czasach coraz bardziej zprofejsonalizowanych, ale zdarzają się zaskakujące wyjątki i jest ich całkiem sporo. Weźmy taką tabletkę wczesnoporonną. Chyba o tym, czy powinna być na receptę czy nie i czy mogą ją brać starsze dzieci, bo za takie postrzegam piętnastolatki, powinni decydować jacyś naukowcy, chemicy, lekarze, pedagodzy i tym podobni? Decydowali posłowie i media. Podobnie z tym Śląskiem. Twardoch, Kuczok, jakiś facet z europarlamentu, który buduje karierę na pluciu na Polskę mocniejszym niż jakikolwiek inny europoseł na swój własny kraj, zastąpili ekspertów. A także zastąpili wielusetletnie procesy, które na Śląsku po prostu nie zaszły. Wspólnotę wyobrażoną jaką jest naród, jedni definiowali tak, inni siak. Jedni uważali, że stworzyło ją oświecenie, inni że romantyzm. Właśnie zmarły wybitny egiptolog Barry J. Kemp wykazał dość logicznie, że starożytni Egipcjanie pięć tysięcy lat temu spełniali jej wymogi. Tyle, że w przypadku Śląska cała gama tych różnych czynników nie zachodzi, a śląski to po prostu gwara, co dość przystępnie wytłumaczył profesor Miodek. Niestety, gdyby znany językoznawca i gramatyk mówił o tym, jakim zagrożeniem jest Kaczyński byłby słuchany i cytowany z przejęciem i nabożnością. Ale na języku to on się ewidentnie nie zna. Jest wsteczny, nie to co zetesempowcy, pionierzy i czerwoni harcerze odłączania Śląska od Polski. On mówi, że to dialekt, że nie różni się od dialektu wielkopolskiego czy małopolskiego. Że to archaiczna polszczyzna, a więc tym bardziej dowodzi ona polskości Śląska. Oni mówią, że tak nie jest, a za argument mają modę, siłę, Szymona Hołownię ze swoim jak zawsze kaznodziejskim słowem o tolerancji oraz wizytą w kopalni i Donalda Tuska z jego gniewnym słowem, bo jego elektorat tak lubi, jak on się gniewa. Jest wtedy taki mocny prawie jak Jaruzelski.

Dodajmy, że niedługo będziemy przekonywani w ten sposób nie tylko, żeśmy byli dla Żydów gorsi niż Niemcy, żeśmy kupowali Śląsk, a lotnisko w Berlinie nam wystarczy zamiast naszego. Niedługo podobne argumenty będą uzasadniać podwyżki cen gazu, rujnujące termoizolacje i inne światłe zmiany, które wpędzą z powrotem w nędzę sporą część Polski. Pytanie, czy jak się ją podkarmi odpowiednią propagandą w ogóle ona to zauważy?

 

Fot. Pixabay

WIKTOR ŚWIETLIK: Hierarchia pomówień

Rzeczywistość, która pomału stawała na głowie już dawno, zaczyna robić w tym wielkie postępy. Na początku było słowo, ale można się obawiać, że i na końcu naszej cywilizacji będzie słowo, które nie będzie miało już znaczenia, bo wszystkie znaczenia zdezawuowały karczemne spory, obelgi i narracje.

 Na ciekawą prawidłowość zwrócił mi uwagę dziennikarz Patryk Słowik. Otóż, jeśli napisze on, że poseł X albo posłanka Y, z jednej, drugiej albo którejś z pomniejszych partii, ukradła w Biedronce lub Lidlu owoc awokado, jedną sztukę, to rozpęta się piekło. Zapewne będzie trwał długotrwały proces, będą powoływani świadkowie, być może biegli, a ostatecznie dziennikarz, zakładając że zmyślił historię, będzie musiał przeprosić i on lub redakcja będą musieli zapłacić wysokie odszkodowanie. Ale za to można bezkarnie, wzorem innych polityków, biegać i krzyczeć, że ten jest szpiegiem, ten od Putina, ten zdrajcą, ten hitlerowcem.

Rozwińmy tę myśl, być może nawet wbrew intencji jej autora. Można bezkarnie twierdzić, że całe środowisko polityczne dokonało mordu na prezydencie Gdańska Adamowiczu, bez najmniejszych dowodów na to. Można twierdzić, że chory człowiek, który się podpalił, jest ofiarą czyichś działań. Można utrzymywać, że każdy przypadek zaniedbania szpitalnego, gdzie ucierpi jakaś ciężarna to wina Trybunału Konstytucyjnego. Można – wzajemnie, podkreślmy – nazywać się przestępcami. Bawić się jakimiś strzępkami informacji, kawałkami, sugerując, że ktoś jest gorszym człowiekiem, kryminalistą. Można zaszczuwać byłego ważnego menadżera wydając publicystyczne wyroki przed procesami, a nawet początkiem zbierania jakichkolwiek materiałów. Można wzywać prokuratorów, by też to robili. Wyspecjalizował się w tym obecny premier, a skoro przykład idzie z góry? Niewielkim usprawiedliwieniem jest fakt, że sam bywał obiektem niezbyt niekiedy ładnych działań ze strony przeciwników.

Wszystko to standard. To nasz polityczny chleb powszedni. Ale nie skradzione awokado. Skradzione awokado byłoby konkretem, a my mamy do czynienia z rytuałem nienawiści, który zawsze oparty jest na skojarzeniu, pomówieniu, sztukowaniu jakiś rzekomych powiązań, jak w książkach Tomasza Piątka. W ten sposób powstaje właśnie komisja śledcza do spraw rosyjskich wpływów, w której zasiada towarzystwo w dużym stopniu o uleganie im oskarżane.

Problem w tym, że i konkrety zaczynają się wtedy rozpływać. Tomasz Lis, który miał dociskać dziennikarkę do ściany i całować na siłę i wsadzać makijażystce dłonie w „otwór w spodniach na wysokości uda” to chyba konkret? Ale sąd go nie skazał. Jaki z tego wniosek? Że jest niewinny. Wszystko należy do sądu, a więc do tego, do kogo należy sąd. Jak widać także język, bo przecież sprawa dotyczy dziennikarzy.

W ten sposób słowa nie mają już większego znaczenia. Ma znaczenie, kto ich używa i czy ma władzę by sprawiać, że będą „prawdziwe” lub „nie”. Czy jego są sądy, prokuratura, media. Nie wiadomo co można, co nie. Co jest kłamstwem, co nie. Wszystko zależy od władzy, od widzimisię, czasem od przypadku. Drzewiej już też tak bywało, ale jak dochodzą do tego media społecznościowe to powstaje coś nowego. Niezbyt przyjemnego i jak wiele nieprzyjemnych rzeczy – raczej nieuchronnego.

CEZARY KRYSZTOPA: Folksdojcze i półgłówki

Ktoś powie, że ruch Rafała Trzaskowskiego z zakazem krzyży i nakazem używania bzdurozaimków to odwracanie uwagi od spraw istotnych. I będzie miał rację. Wydaje mi się jednak, że w znacznie większym stopniu jest to wyraz histerycznej wręcz desperacji w jaką popadła Koalicja 13 grudnia.

Żeby było jasne, Krzyż jest najważniejszym symbolem w historii ludzkości. A to jak ważne są kwestie związane z rosyjską agenturą w Polsce, pokazała sprawa sędziego Szmydta. Jednak w rozumieniu mechaniki działania państwa kwestie ataku na Krzyż, czy przedurnej narracji „PiS to Rosja”, służą Koalicji 13 grudnia wyłącznie do odwracania uwagi od spraw takich jak likwidacja projektów strategicznych (kiedy to piszę w mediach społecznościowych krąży plotka jakoby „Tusk miał jednak budować CPK”, ale zanim skończę pewnie już przestanie), katastrofalne dla polskiej gospodarki i portfeli Polaków przyspieszenie w sprawie Zielonego Ładu, zgoda na pakt migracyjny, katastrofa tzw. „stu konkretów” itd. itp.

Defetyzm w okopach

Problem w tym, że są to działania histerycznie nieporadne. I nawet nie chodzi o to, że nie odciągają uwagi, niestety odciągają, ale o to, że są dla ich operatorów na tyle kosztowne żeby móc wyciągnąć wniosek, że ich źródłem jest desperacja. Fanfaronada Trzaskowskiego, może i pozwoli Platformie kanibalizować wielkomiejski elektorat Lewicy tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w których frekwencja jest zazwyczaj niska, co powoduje, że największe znaczenie mają elektoraty „twarde”, ale jednocześnie osłabia więzi i tak ledwo trzymającej się kupy Koalicji 13 grudnia i w zasadzie zamyka szanse Trzaskowskiego na prezydenturę na poziomie krajowym. Z kolei z narracji „PiS to Rosja” śmieją się nawet najwierniejsze z wiernych media, pozostawiając Tuska na placu boju z Tomaszem Piątkiem, Tomaszem Wiejskim i twitterowym Wolfgangiem. Do klepania się po plecach w sieci wystarczy, ale czy wystarczy do utrzymania poparcia na dłuższą metę?

Jeśli dorzucić do tego planowaną ucieczkę najgrubszych hersztów do Brukseli (Sienkiewicz, Budka i Kierwiński to wiadomo, ale ostatnio „Wprost” pisał, że i Sikorskiemu Bruksela pachnie), trzeba być wyjątkowo zaślepionym lemingiem żeby nie dostrzec załamującej się linii rewolucyjnego frontu i dezercji jego przed chwilą jeszcze najbardziej wojowniczych komisarzy. Trudno nie odnieść wrażenia, że choć spora część prostych „bojowców” siedzi jeszcze w okopach, to jedni już rżną karabinem o bruk ulicy, a drudzy zaczynają się drapać po głowie mamrocząc pod nosem  – „Bujać – to my panowie szlachta”.

Nie ma nic

I chyba żaden TVN i żaden Michnik, nie jest już w stanie tego puczu uratować. Coraz wyraźniej widać, że w tym nie ma nic oprócz wysługiwania się Niemcom. Nic. Są tylko folksdojcze i półgłówki, które nie zdążyły dorosnąć do ról, które objęły. Jeszcze folksdojczom jakoś to się może opłacić, może dostaną jakiś ochłap w Brukseli, może nie dostaną, ale szansa jest. Półgłówki nie mają z tego nic, tylko straty i coraz bardziej wkurzone elektoraty.

Z drugiej strony, chyba nikt nie powinien się oszukiwać, że to się jakoś szybko skończy. Prawdopodobnie będzie jakiś czas gniło. Oby w tym czasie nie spadła na nas żadna wojna, ale straty i tak będą. I oby chociaż taki zysk, że następnym razem, wyjątkowo, Polak będzie mądry przed szkodą.

 

Zapraszamy do lektury nowego numeru „Forum Dziennikarzy”

Jak zwykle zapraszamy do lektury „Forum Dziennikarzy, w którym znajdziecie Państwo bardzo ważne teksty dotyczące losu mediów po wyborach parlamentarnych, które odbyły się jesienią ubiegłego roku.

Polecamy rozmowę Mari Giedz z Jolantą Hajdasz, dyrektorem Centrum Monitoringu Wolności Prasy, która opowiada o tym co spotkało media i dziennikarzy po objęciu władzy przez rząd Donalda Tuska. Tekst nosi tytuł: Media Publiczne – Jeśli nie przejąć, to zlikwidować.

Kolejnym istotnym tekstem dla naszej organizacji jest materiał Jacka Karolonka „Drogowskaz ku nowym wyzwaniom” opisujący Zjazd Statutowy, który odbył się w Kazimierzu Dolnym a jego efektem są ważne zmiany w statucie SDP.

O tym co gnębi media w Polsce napisał Piotr Boroń w tekście „Dziennikarstwa siedem grzechów głównych”.

Do głosu o mediach w Polsce dołączył Marcin Wolski felietonem „Żelazna miotła”.

W tym numerze sporo miejsca poświęcono kulturze. Na uwagę zasługuje tekst Teresy Kaczorowskiej „Ernest Bryl. Wieszcz kodu narodowego.

Wojna i jej wpływ na relacje międzynarodowe to temat tekstu „Różnice nieoczywiste” opisującego wzajemne stosunki pomiędzy Czechami a Słowacją. Autorem jest Michal Lebduśka, czeski dziennikarz i analityk od kilku lat mieszkający w Polsce.

W podróż do „Doliny Świętych” zabierze nas Maria Giedz, dziennikarka, podróżniczka i wykładowca akademicki.

Jolanta Gajda pojechała jeszcze bardziej na Wschód i odwiedziła Japonię podążając śladami ojca Maksymiliana Kolbe. Swoja podróż opisała w tekście „Japoński Niepokalanów”.

Jak zwykle w najnowszym numerze znajdziecie Państwo jeszcze kilka innych, niemniej ciekawych tekstów.

Miłej lektury życzy

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny „Forum Dziennikarzy”

 

POBIERZ E-WYDANIE TUTAJ

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego

Kadr z programu ""Śniadanie Rymanowskiego w Polsat News i Interii"

Kampania w mediach: Bo wyjdę ze studia, czyli POLITYCY w akcji

W mediach często zdarza się, że jest nudno. Wówczas niektórzy politycy postanawiają to wykorzystać do czegoś spektakularnego. Krzyczą, tupią, przeklinają (rzadko, ale jednak), wchodzą, wychodzą. Mam kolegę, który zawsze przypomina powiedzenie: „Po co chodzić do cyrku, wystarczy włączyć telewizor a zawsze jakiś program publicystyczny się znajdzie”. No i znalazł, jeśli oglądał niedzielne Śniadanie Rymanowskiego w Polsacie News i Interii.

A tam, we wcale nie śniadaniowym nastroju, posłeł Paweł Zalewski (Trzecia Droga, dawniej PO, a jeszcze dawniej PiS) wyszedł ze studia, bo nie podobały mu się slowa Przemysława Czarnka (PiS) o Robercie Biedroniu (Nowa Lewicy, przedtem – chyba Wiosna). Czarnek zresztą za owe słowa przeprosił jeszcze w momencie, kiedy Zalewski był w studiu (chodziło o to, że w ferworze dyskusji Czarnek nazwał Biedronia „człowiekiem zdegenerowanym”. No nie wypada, ale zdarzyło się a – powtarzamy – b. minister edukacji przeprosił.

Ileż to jednak razy różni politycy gorsze rzeczy o przeciwnikach mówili. Niektórzy robią to nałogowo. A patrząc na przemykającego tu i ówdzie Stefana Niesiołowskiego jest niestety niebezpieczeństwo,  że zjawisko będzie się nasilać. Przez podział.

Teraz jednak wyjście Zalewskiego, niezależnie jak będzie argumentowane przez rządzących i rządzonych oraz opozycję, będzie rozpatrywane jako element kampanii wyborczej do europarlamentu. Plakaty blakną, niektórzy zresztą w ogóle ich nie zmieniali od poprzednich wyborów, a pomysłów brak. Stawiam złotówki przeciwko paciorkom, które pobrano za brak w Polsce CPK, że niektórzy w ogóle dowiedzieli się w niedzielę 19 maja, iż żyje sobie – całkiem nieźle – taki poseł Zalewski i reprezentuje Trzecią Drogę (PSL i oddziały marszałka Hołowni Szymona) a kiedyś był w PO i w PiS. I po zwiedzeniu wielu partii postanowił wyjść. Ze studia popularnego programu publicystycznego, który da się jeszcze oglądać.

Czy poseł wiedział, że wyjdzie przed programem? Nie wiadomo, ale prostu tak wyglądał. Zalewski, właśnie tak się zachowywał jakby chciał wyjść. Może musiał, powiecie drogie dzieci? Może, ale najpewniej musiał, bo chciał przypomnieć, że jednak chce politycznie uciec do Brukseli. A nade wszystko chciał przypomnieć,  że startuje do PE jako kandydat spoza Warszawy a nawet spoza województwa mazowieckiego. No cóż, czy mu się udało, zobaczymy, ale wyjścia mają to do siebie, że są ostateczne. Kto wie, może w ten sposób Paweł Zalewski wyszedł z polityki? Chyba nie, nawet jak nie uda mu się uruchomić katapulty do PE – jest przecież polskim posłem. I ten mandat sobie zostawi, bo z czego miałby żyć po wyjściu z życia społecznego?

Aha, teraz przypomnieliśmy sobie, że poseł wyjściowy, czyli Zalewski, jest też wiceministrem obrony. Długo zastanawialiśmy się, czy to jest  tajemnica wojskowa? Chyba jednak nie – zaryzykowaliśmy takie wyjście, że to napisaliśmy.

re/r

Fot. Wikipedia

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści mordowali ks. Kaczyńskiego

Zamęczony 13 maja 1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej. „Zwłoki dostarczono dnia 18 maja o godzinie 9.40, w pace, bez ubrania, z głową osłoniętą papierem, po widocznych śladach sekcji zwłok” – napisał w „Pro memoriach” prymas Stefan Wyszyński.

Zygmunt Kaczyński urodził się 15 października 1894 r. w Kaczynie koło Łomży. Był księdzem, ale też posłem na Sejm (1919–1927), dziennikarzem, dyrektorem Katolickiej Agencji Prasowej (1930–1939), ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie RP na uchodźstwie (1943–1944).
W 1945 r. powrócił do Polski, licząc na odbudowanie społeczności katolickiej w okupowanej przez sowietów Ojczyźnie.

Wracając do okresu przedwojennego. „Jego aktywność polityczna i współpraca m.in. z Władysławem Sikorskim, Wincentym Witosem, Wojciechem Korfantym, Karolem Popielem i I. J. Paderewskim była kontestowana przez sfery rządowe: wysyłano pisma do kardynała Aleksandra Kakowskiego i Stolicy Apostolskiej próbując zdyskredytować księdza i pozbawić go funkcji dyrektora Katolickiej Agencji Prasowej np. donosząc o rzekomo złym prowadzeniu się ks. prałata w Szwajcarii, czy jego udziałach w kawiarni Oaza w Warszawie. Komisja powołana przez ordynariusza warszawskiego nie potwierdziła stawianych zarzutów” – napisał znawca postaci ks. Kaczyńskiego, historyk Mirosław Biełaszko.

1 stycznia 1946 r. Kaczyński został proboszczem zrujnowanej przez Niemców parafii Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskim w Warszawie, o czym później pisał: „W okresie trzech lat w mej parafii o ludności robotniczej odbudowałem w dużej części kościół oraz trzy domy, w których mieszczą się 3 przedszkola dla dzieci, kuchnia ludowa wydająca 200 obiadów dziennie dla najbiedniejszych, świetlica, przychodnia lekarska itp.”

Ponieważ komuniści nie zgodzili się na wznowienie działalności Katolickiej Agencji Prasowej, skupił się na tworzeniu „Tygodnika Warszawskiego” (pierwszy numer ukazał się 11 listopada 1945 r.), którego podtytuł brzmiał: „Pismo katolickie poświęcone zagadnieniom życia narodowego”. Oczywiście bezpieka – na zlecenie komunistycznych władz – rozpracowywała środowisko tygodnika i samego księdza. Dwukrotnie aresztowany, 26 kwietnia 1949 r. pod zarzutem „nieprzestrzegania podpisanych zobowiązań” (informacje przekazywał prymasowi Wyszyńskiemu i bp. Choromańskiemu).

Śledztwo prowadziło kierownictwo bezpieki: Roman Romkowski (Natan Grunszpan-Kikiel), Mieczysław Mietkowski (Mojżesz Bobrowicki), Jacek Różański (Józef Goldberg) i Julia Brystiger. 28 sierpnia 1951 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał ks. Kaczyńskiego na 10 lat pozbawienia wolności.

Ks. Zygmunt Kaczyński został zrehabilitowany w 1958 r., ponieważ „dowody były fingowane i uzyskane drogą niedozwolonych i przestępczych metod /…/ w wyniku tego rodzaju postępowania sądowego poniósł on śmierć”.

 

Fot. Wikipedia

Siedem kanałów tematycznych TVP do likwidacji

Według projektu Karty Powinności na lata 2025 – 2029, który likwidator Telewizji Polskiej Daniel Gorgosz przesłał do Krajowej Rady Radiofonii Telewizji, z oferty TVP ma zniknąć 7 kanałów tematycznych, m.in. TVP Historia, TVP Nauka i TVP Kobieta.

Obecna Karta Powinności telewizji publicznej obowiązuje do końca 2024 r. Teraz rozpoczął się proces ustalania nowego dokumentu na kolejne lata, który obejmuje m.in. konsultacje społeczne. Ostatecznie Kartę zaakceptować musi Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

W projekcie dokumentu, który likwidator Telewizji Polskiej Daniel Gorgosz, przesłał do przewodniczącego KRRiT Macieja Świrskiego, zalazł się zapis proponujący „zmniejszenie liczby programów wyspecjalizowanych o siedem kanałów, poprzez konsolidację trzech z nich (Historia, Nauka, Dokument) w jeden program (TVP Wiedza), powstały z przekształcenia TVP Historia i uzupełnienia jego oferty o elementy dotychczasowych programów TVP Dokument i TVP Nauka, a także likwidację kolejnych pięciu programów: Kultura2, Historia2, ABC2, Kobieta, Alfa”.

Jako uzasadnienie podano trwającą w TVP restrukturyzację, „w ramach której celowe jest zaniechanie działalności nierentownej, a jednocześnie nieprzynoszącej znacznej wartości publicznej”.

Likwidator TVP powołuje się na niezadawalające wyniki oglądalności kanałów, które mają zniknąć z oferty telewizji publicznej.

„Program TVP Kobieta, który obejmuje szeroką ofertę dla widowni kobiecej, osiągnął  w 2023 r. udział 0,34%, a w 2022 r. – 0,32%. Wydaje się więc, że oferta dla kobiet może być w dostatecznym stopniu zapewniona na pozostałych antenach TVP oraz w usługach innych niż programy” – czytamy w projekcie Karty Powinności.

„Konsolidacja programów TVP Historia, TVP Dokument i TVP Nauka, uzasadniona jest także stosunkowo niskimi udziałami tych programów, tj. Dokument – 0,22% w 2023 r., Nauka – O,17% w 2023 r„ Jednocześnie widać, że udział programu TVP Historia, który jest wyższy, zmniejsza się (0,63% w 2022 r.; 0,52% w 2023 r.; 0,47% – 01-04.2024 r.). co może wynikać w części z ‘konkurencji’ Dokumentu i Nauki. W tej sytuacji proponuje się skonsolidowanie tych trzech programów wyspecjalizowanych w ramach programu TVP Wiedza. powstałego z przekształcenia TVP Historia, przy uzupełnieniu jego oferty o elementy z dotychczasowych programów TVP Dokument i TVP Nauka” – napisano w dokumencie.

opr. jka, źródło: KRRiT