Zapraszamy do lektury nowego numeru „Forum Dziennikarzy”

Jak zwykle w czasopiśmie SDP przygotowaliśmy wiele ciekawych materiałów tworzonych przez dziennikarzy nie tylko dla dziennikarzy.

Ostatni numer „Forum Dziennikarzy” 2021 w roku rozpoczyna wspomnienie trudnych obrad SDP w Kazimierzu Dolnym widzianych oczyma członków regionalnych struktur stowarzyszenia z północy i południa Polski. „Trudne Obrady”, autorstwa Marii Giedz i Jaromira Kwiatkowskiego.

O roku 2022, jako czasie refleksji pisze Piotr Boroń.

Z zaufaniem do polskich dziennikarzy nie jest tak źle, przekonuje w tekście o takim tytule Alina Bosak.

Nie mogło zabraknąć materiału opisującego ważne dla Polski wydarzenie jakim była beatyfikacja ks. Jana Macha, śląskiego męczennika II wojny światowej. Autorem tego tekstu jest Jaromir Kwiatkowski.

O współczesnej wojnie toczącej się za naszą wschodnią granicą pisze Michal Lebduśka, czeski dziennikarz i analityk międzynarodowy w tekście: Łuna nad Donbasem.

O niezwykłej karierze Tadeusza Dołęgi-Mostowicza – od korektora do pisarza, dowiadujemy się z materiału Piotra Samolewicza.

Jacek Karolonek opisuje cykl spotkań „SDP Cafe – podaj dalej…”, projektu realizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Trzydziestominutowe nagrania dostępne na YouTube i na portalu sdp.pl pokazują tych mniej i bardziej znanych dziennikarzy z całej Polski w innej niż ich codzienna rola – jako twórców i animatorów kultury. Ten niezwykle wartościowy i sympatyczny projekt, mimo zakończenia nadal cieszy się dużym zainteresowaniem odbiorców.

W tym numerze „Forum Dziennikarzy” znajdziecie Państwo jeszcze inne, bardzo interesujące artykuły.

Życzę miłej lektury. Do spotkania z Forum Dziennikarzy w końcu lutego 2022 roku

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny Forum Dziennikarzy

 

Numer można pobrać TUTAJ

 

 

Bruksela jest równie interesująca jak Bałkany. Z DOMINIKĄ ĆOSIĆ rozmawia MAGDALENA UCHANIUK

Najbardziej żal mi jest zwykłych ludzi, którzy byli ofiarami wielkiej polityki. I to jest specyfika wszystkich polityków, że oni podejmują decyzje w imieniu ludzi, a sami często są chronieni przed skutkami tych decyzji. Natomiast zwykli ludzie są ofiarami, oni najwięcej cierpią – mówi Dominika Ćosić, korespondentka w Brukseli, ekspertka od Bałkanów, autorka książek, w rozmowie z Magdaleną Uchaniuk w „SDP Cafe – podaj dalej…”

Moim gościem jest wyjątkowa kobieta, która ma serce podzielone na pół, ma dwie ojczyzny. Z jednej strony mocno kocha Polskę, a z drugiej bardzo związana jest z Bałkanami. A trzecia strona jej serca to troszeczkę Bruksela. Jak tobie, dziennikarce, żyje się z tym, że masz to serce tak podzielone?

Z zawodowego punktu widzenia jest to wzbogacające, bo mam podwójną perspektywę, nie tylko polską, ale też serbską, czy szerzej jugosłowiańską, bałkańską. Przed wyjazdem do Brukseli zajmowałam się Bałkanami, jeździłam po całej byłej Jugosławii, pracując jeszcze w tygodniku „Wprost”, a wcześniej  w „Dzienniku Polskim” w Krakowie. Zatem to pomaga, daje szerszą perspektywę, większą wiedzę, wyczucie i możliwość zrozumienia mentalności bałkańskiej. To potrafi być użyteczne.

Twoja najnowsza, czwarta już, książka jest inna od poprzednich. Przypomnijmy, „Uśmiech Dalidy” to powieść, „Polska droga do Unii Europejskiej” skupiała się na polityce, był też przewodnik po Bałkanach. „Balkan Express”  to również przewodnik po Bałkanach, ale ściśle związany z twoimi podróżami i twoimi ocenami tego co się stało z Jugosławią.  Jak przeżyłaś rozpad Jugosławii?  Wiem, że dla ciebie była to bardzo trudna sprawa, bo jako dziecko byłaś w tej Jugosławii mocna zakorzeniona.

Gdy jako dziecko ktoś mnie pytał kim jestem, to mówiłam, że pół Polką, pół Jugosłowianką.  Mieszkałam w Belgradzie, chociaż urodziłam się w Krakowie, bo mama jako polska patriotka chciała urodzić mnie w tym mieście. Kursowałam regularnie na trasie Belgrad – Kraków. Czułam się pół Jugosłowianką, pół Polką. Wydawało mi się, że Jugosławia jest jednością, chociaż wiedziałam, że jest Serbia, Czarnogóra, Chorwacja, są różne narodowości, ale postrzegałam to jako jedność. Ten bogaty kraj, który w porównaniu z ówczesną Polską był o wiele bardziej zamożny, kolorowy, kojarzył mi się bardzo dobrze. I nagle w 1991 roku, zdawałam wtedy egzaminy do liceum, mieszkałam w Krakowie, zaczęłam oglądać w telewizji obrazki, które kompletnie nie pasowały… Najpierw Słowenia, później Chorwacja, później inne. Na moich oczach dokonywał się rozpad Jugosławii, w tym momencie przyszły pytania: kim ja jestem? Skoro nie ma Jugosławii, nie jestem pół Jugosłowianką. Dobrze, jestem pół Serbką, ale Serbowie byli przedstawiani wówczas bardzo negatywnie, jako jedyni winni, jako sprawcy wojny, okrucieństwa. I ciężko jest przyjąć do wiadomości to, że jesteś w połowie przedstawicielką narodu oskarżanego o wszelkie zło, przynajmniej w tamtej wojnie. Miałam z tym problem, tym bardziej, że nałożyło się to na czas dorastania, kiedy każdy człowiek szuka swojej tożsamości.  To była dla mnie trauma i jest do tej pory. Wydawało mi się, że wojny w Europie są definitywnie zakończone, że II wojna światowa była ostatnią i teraz ludzie zmądrzeli i nikt nie będzie się zabijał w Europie. Tymczasem na moich oczach moja druga ojczyzna została zniszczona, ten kraj przestał istnieć. Byliśmy świadkami strasznych scen, czy to w Sarajewie, czy w Vukovarze, Srebrenicy, w Kosowie, w Belgradzie. To było naprawdę coś bardzo ciężkiego do oswojenia. Dlatego też wybrałam jako kierunek studiów filologię serbską i chorwacką, mimo że marzyłam o filozofii, bo liczyłam że dzięki poznaniu historii, literatury zrozumiem powód tej wojny.

O tym piszesz w „Balkan Express”.  Mimo to, iż poszłaś na te studia, poznałaś dobrze historię Jugosławii, historię wszystkich republik, które wcześniej funkcjonowały, to jednak jako człowiek, jako kobieta, nie byłaś i nie jesteś w stanie zrozumieć dlaczego do tego doszło.

Z intelektualnego punktu widzenia rozumiem to, bo wiem jakie były przyczyny historyczne, ingerencja krajów ościennych, inne powody. Na poziomie intelektualnym mam to oswojone, natomiast na poziomie emocjonalnym nie jestem w stanie się z tym pogodzić. To jest tak, jak ze śmiercią bliskie osoby – wiemy, że ktoś umarł, wiemy na co chorował, tłumaczymy sobie, że teraz nie cierpi, ale tak naprawdę nie da się z tym pogodzić, to jest rana w sercu. Tak samo w przypadku wojny w Jugosławii. Ciężko się pogodzić z tym, że na naszych oczach, cały świat obserwował to na ekranach telewizorów, dochodziło tam do scen dantejskich.

Bracia zabijali braci…

Najgorsza jest właśnie wojna bratobójcza. Emir Kusturica w „Undergroundzie” kończy ten film taką charakterystyczną sceną – jeden z bohaterów, sparaliżowany, siedzi na płonącym fotelu inwalidzkim, a jego brat biegnie za nim i okłada go kijem próbując go zabić… Tam właśnie padają te słowa: tak długo nie ma wojny dopóki brat nie podniesie ręki na brata.

Jeżeli jest wojna, że obcy kraj wchodzi z czołgami, samolotami na nasz teren, obca armia wkracza, to jest to oczywiście straszne, ale jeśli na tym samym terenie sąsiedzi zabijają sąsiadów, a nawet w tej samej rodzinie, bo przecież było wiele było małżeństw mieszanych, to wówczas jest największe zło jakie może być.

To jest bardzo trudna historia, ale ty po nią sięgnęłaś. Wydaje mi się, że napisanie tej książki to była dla ciebie też taka forma autoterapii, bo mówisz o wielkiej polityce, ale widzianej oczami zwykłych ludzi. A co jest najważniejsze, i to chyba jest największa wartość tej książki, nikogo nie oceniasz. Nie podają oskarżenia, po prostu jest to podróż, jedziemy tym expresem i staramy się zrozumieć co tam się stało.

Tak, poznawałam najczęściej w nocnych pociągach zwykłych ludzi, z różnych byłych republik jugosłowiańskich, Serbów, Chorwatów, Macedończyków, Czarnogórców, Albańczyków z Kosowa. Te spotkania w pociągach są okazją do rozmów o całym życiu. Ludzie się otwierają, mówią takie rzeczy których nawet bliskim znajomym by nie powiedzieli, bo wtedy czują się może trochę skrępowani. A łatwiej powiedzieć komuś, kogo się już więcej nie spotka. Różnych ludzi spotykałam, mówili mi o swoim życiu, traumach. Najczęściej zaczynaliśmy od rozmów na tematy neutralne. Bałam się pytać wprost o wojnę, bo wiem że dla wielu ludzi to bardzo bolesne, ale w którymś momencie ten temat zawsze sam się pojawiał.

Powiedziałaś wcześniej, że Serbowie byli przedstawiani na świecie, w mediach, jako oprawcy, ty jako Serbka musiałaś się z tym zmierzyć. Jak się czułaś jako ta trochę napiętnowana tą winą?

Pamiętam jak byłam w Paryżu w 1995 roku, pojechałam z koleżanką na pierwszy samodzielny wyjazd na wakacje, po zdaniu matury. Zatrzymaliśmy się u mojego wujka, kuzyna mojej mamy i w telewizji pokazywali obrazki z wypędzenia Serbów z Krajiny. Byłam z wujkiem u jego znajomych Francuzów i ktoś powiedział tak ironicznie: „ale Serbowie są gościnni” i był śmiech. Odezwałam się, że jestem pół Serbką, zapanowała cisza… Później zdarzały się sytuacje na uczelni, że któryś z kolegów na imprezie powiedział: „Wstydziłabyś się Dominika, że jesteś pół Serbką”. Tak, a za co mam się wstydzić? „Bo, Serbowie wymordowali…” Powiedziałam, żeby się zastanowił. Ja nie chcę bronić Serbów, wybielać, że byli całkowicie niewinni. Tylko w czasie tej wojny obraz nie był czarno-biały, właściwe wszyscy byli ofiarami i katami.

Symbol, który mocno poszedł w świat, to były wydarzenia w Srebrenicy…

Myślę, że były trzy symbole: Vukovar, Sarajewo i Srebrenica. Vukovar to jest miasto w Chorwacji, gdzie na samym początku wojny, to była jesień 1991 roku, paramilitarne bojówki serbskie dokonały rzezi w szpitalu mordując personel i pacjentów… (pauza).

To były bardzo trudne czasy…

Później było Sarajewo i Srebrenica i te trzy miasta umocniły obraz Serbów jako jedynych winnych. Nie chcę usprawiedliwiać Serbów,  powiedzieć że to się nie zdarzyło. Ale trzeba też podać przykłady tego co się działo z drugiej strony, np. dochodziło do morderstw na Serbach w Bośni. Bośniaccy muzułmanie mordowali tamtejszych Serbów i Chorwatów. Tam niemal się wszyscy ze wszystkimi mordowali. Ostatnim akordem wojny było w 1999 roku Kosowo, naloty. Ale wcześniej była prowadzona akcja przeciwko bojownikom albańskim przez Serbów, a z kolei Albańczycy mordowali Serbów, ludność cywilną. Najbardziej żal mi jest zwykłych ludzi, którzy byli ofiarami wielkiej polityki. I to jest specyfika wszystkich polityków, że oni podejmują decyzje w imieniu ludzi, a sami często są chronieni przed skutkami tych decyzji. Natomiast zwykli ludzie są ofiarami, oni najwięcej cierpią.

Wielu kojarzy ciebie jednak nie z Bałkanów, tylko z Brukseli, gdzie od wielu lat pracujesz dla różnych redakcji.  Jak się odnalazłaś w tamtej rzeczywistości?

Pamiętam jak w 2005 roku, Marek Król, który był wtedy redaktorem naczelnym „Wprost” i Jerzy Marek Nowakowski, szef działu zagranicznego, zaproponowali mi, abym pojechała do Brukseli jako korespondentka, to było rok po naszym wejściu do Unii Europejskiej. Długo się broniłam przed tą decyzją.

Dlaczego?

Bruksela wydawała mi się nudna. Nawet powiedziałam Nowakowskiemu: panie redaktorze, ale co ja będę robić w tej Brukseli – tam nie ma terrorystów, nie ma zbrodniarzy wojennych, nie ma wojny, nie ma zamachów terrorystycznych, ja tam umrę z nudów. To nie jest dla mnie, są tylko nudni faceci w garniturach, nudni politycy, jakaś nudna Unia Europejska, która mnie kompletnie nie interesuje. A on mówi: „pani Dominiko, pojedzie pani, zobaczy, zacznie się dziać”. No i właśnie, teraz będzie taki trochę czarny humor… W 2016 roku po zamachach w Brukseli w metrze i na lotnisku, napisałam do Jerzego Marka Nowakowskiego i Marka Króla, że zamachy w Brukseli są, zbrodniarze wojenni są niedaleko, w Hadze, terroryści są, okazało się że brukselski Molenbeek jest wylęgarnią islamskiego terroryzmu. Właściwe wszystko mam, żołnierze na ulicach, terroryści na ulicach, UE zaczyna się rozpadać, bo zaraz było referendum w sprawie Brexitu, właściwie misja wypełniona. Usłyszałam: „no tak, pani Dominiko, wszystko pani ma, taka pani zdolna…”

Wracając do tej rzeczywistości brukselskiej,  na początku Unia Europejska wydawał mi się jedną wielką niewiadomą, musiałam się uczyć tego świata, bo wcześniej zajmowałam się Bałkanami. Później poczułam, że to jest równie intersujące jak Bałkany. Wpływ Unii na naszą rzeczywistość jest ogromny. Teraz widzimy to już w dosłowny sposób, jak wielki jest wpływ instytucji unijnych na to co się dzieje w Polsce, na życie gospodarcze, polityczne. Obserwowanie tych procesów w miejscu, w którym powstają jest fascynujące.

W 2005 roku, w grudniu, był mój pierwszy jako korespondentki szczyt unijny, a także pierwszy szczyt dla kanclerz Angeli Merkel. Spotkałam ją na jakiejś konferencji prasowej, wszyscy zaciekawieni patrzyli, pierwsza kobieta na stanowisku kanclerza Niemiec, w dodatku z byłego NRD. I tak się teraz śmieję, kanclerz Merkel odchodzi z polityki, to może też czas na mnie, aby zastanowić się nad jakimś innym miejscem zamieszkania.


Zapis fragmentu rozmowy Magdaleny Uchaniuk  z Dominiką Ćosić, która odbyła się w ramach cyklu „SDP Cafe – podaj dalej…”  Całe spotkanie można obejrzeć TUTAJ.

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany był ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

Fot. Pixabay

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Sprawdzać siano w głowie i szkolić

Ja tu wypisuję te słowa na portalu między innymi przede wszystkim dla dziennikarzy, co mam świadomość, że się dziennikarzom może trochę nie spodobać, bo przecież wiemy dobrze, że każde faux pas osobników z sianem, o których sygnalizuję poniżej, to jest temat chwytliwy. A temat dla dziennikarza rzecz jakże pożądana… Tyle tytułem tajemniczego wstępu, a teraz trochę mniej chaotycznie.

Mam taki pomysł dla rządu, całkowicie za darmo: dyplomatów czy osoby reprezentujące Polskę można by wcześniej jakoś tam sprawdzać, w sensie czy na przykład nie mają w głowach siana. Znaczy nie wiem, czy otwierać im czaszkę, czy sprawdzać rozmową wielotematyczną bez otwierania. Szczegóły trzeba by jakoś tam dograć, jakby co pomogę za darmo. Ewentualnie, gdyby okazało się, że siana nie ma, ale jakby jakieś źdźbła kiełkują pod tą czachą, albo że jest niebezpieczeństwo, że zakiełkują, to można by przeprowadzić szkolenie. Że Polska, że dyplomaci i pełnomocnicy reprezentują jednak interes Polski formułowany przez rząd i tego się trzeba trzymać, a jak się by ktoś nie chciał trzymać, to niech sobie nie wsiada na posadę, albo wysiądzie bez hałasu i do widzenia, szczęścia zdrowia, powodzenia.

Czasy mamy oryginalne. Co do zasady zgodzimy się zapewne, że ambasador jest osobą, która na terenie obcego państwa ma prezentować stanowisko rządu swojego państwa. Chyba nie ma tu wątpliwości. Nie, że „powinna” tylko „ma”. Ma mówić językiem, interesem określnym przez rząd. Jest od tego jak aktor od grania, a to drugie nie będę pisać. Co do zasady pełnomocnik rządu jest osobą, która ma pełnomocnictwa rządu do prezentowania i reprezentowania stanowiska rządu w jakichś gronach, sytuacjach, sprawach. Chyba nie ma tu wątpliwości. Jest od tego, jak aktor od grania…

Ambasador Polski w Republice Czech Mirosław Jasiński został odwołany (w zasadzie rozpoczęto procedurę odwołania) po jego wypowiedzi dla niemieckich mediów. Jasiński zajmował się sprawą sensytywną, elektrowni Turów, która to sprawa jest w trakcie międzyrządowych negocjacji. Tenże ambasador pytany o powody sporu polsko-czeskiego był łaskaw powiedzieć Niemcom w czasie wywiadu między innymi: „to był brak empatii, brak zrozumienia i brak chęci podjęcia dialogu, i to w pierwszym rzędzie z polskiej strony”. Upsss. Negocjacje trwają, a tu ambasador obwieszcza światu, że generalnie wina leży po polskiej stronie. Geniusz. Pełna stodoła siana, proszę Państwa, aż normalnie puchnie i pęcznieje. Nie będę tu dociekał skąd się ten pan wziął, ale niech się odweźmie, do widzenia.

Pełnomocnik ministra spraw zagranicznych do spraw kontaktów z diasporą żydowską, Jarosław Nowak udzielił z kolei wywiadu brytyjskiej gazecie „Jewish News”. Tak, tak, brytyjskiej. Dziennikarze z „Jewish News” byli oczywiście zainteresowani sprawą wykoncypowaną przez tęgie głowy, czyli tak zwanego zwrotu mienia bezspadkowego.

Stanowisko polskiego rządu jest jasne, proste i tak zostało wyartykułowane przez premiera Mateusza Morawieckiego: „Tak długo, jak ja będę premierem, Polska na pewno nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie; ani złotówki, ani euro, ani dolara”. Nie mamy za co płacić, nie mamy komu, więc nie będziemy. W związku tym pan Nowak powiedział w wywiadzie: „Myślę, że w pewnym momencie Polska naprawdę będzie musiała dojść do wniosku, że musimy coś z tym zrobić”, czyli, że premier tak sobie tylko mówi, że my zapłacimy, ale jeszcze nie teraz. Niezły pełnomocnik. Do jego złotych myśli dodać możemy słowa: „Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że problem polega na tym, że my Polacy, a nie rząd, nie wiemy dokładnie, co jest dobre, a co złe”. Ciekawe, my Polacy nie wiemy, co jest dobre, a co złe. I co? Czekamy, żeby nam Żydzi powiedzieli? Dramat. Facet został odwołany, ale szkód już niestety narobił.

Tak, wiem, wiem, dał mi też temat do pisania. Jednak w sumie chętnie znalazłbym inny… Kończąc ponawiam swoją propozycję: przed zatrudnieniem sprawdzać kandydatom siano w głowie. I szkolić.

 

Wieża Babel – tutaj zaczął się problem z językami.   Pieter Bruegel Starszy, Wieża Babel, 1563,  Kunsthistorisches Museum – Wiedeń/Wikipedia

WALTER ALTERMANN: Angielszczyzna

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Siedziałem w pociągu obok dwóch młodych mężczyzn, którzy dość głośno, prowadzili taki dialog:

– Wszedłem na fejsa, a tu mega lajków, no mega – powiedział brunet. – Czyli, jest fine, wchodzę do newsroomu, a chief mówi mi, że dostałem next challange, ale za more money.

– A za co to zadanie i za co podwyżka? – zapytał rudy.

– No właśnie czujność z fakenewsami. To teraz buzzword – podejrzliwie spojrzał na kolegę brunet.

– Ale jak odróżniasz fałszywe od prawdziwych? Ja nie daję rady – rudy był przybity.

– Mnie fakenewsy też wkurzają, ale słuchaj, jest taki case: jak jakiś portal dał feedback o tym newsie, a w agencjach też jest ten content, to real, a nie fake. I mam goal przed deadlinem – zaśmiał się sprytny brunet.

Wysiadłem, a oni prawdopodobnie nadal rozmawiali o tajnikach pracy dziennikarza lub pracownika redakcji. Myślę, że rudy młodzieniec znał chyba lepiej język angielski, skoro go rozumiał, ale nie używał i znał też chyba lepiej język polski, skoro mógł w nim wyrazić swoje kłopoty.

Myślę też, że z tym angielskim, to chyba ojczyzna moja przesadziła. Jeszcze w latach 70. człowiek z biegłą znajomością angielskiego budził podziw i zazdrość. Był prawie jak gość z zagranicy i naznaczony był jakby wyższością, wtajemniczeniem. Potem jednak to się zmieniło. Angielskiego uczą się już wszyscy, więc atrakcyjność anglojęzycznych spadła. Pozostało jednak w nas dawne przekonanie, że mówiący po angielsku (choćby trochę) są lepszą kastą.

Oczywiście wiem, że angielski jest obecnie językiem panującym na świecie, a nieznający go są poniekąd wykluczeni ze współczesnej techniki i kultury. Kiedyś językiem jednoczącym Europę była łacina, potem francuski. Polska przez całe wieki była pod wpływem języka niemieckiego, co wiązało się z tym, że kultura (tak duchowa jak materialna) napływały do nas z Niemiec. Ale dominuje ten kto tworzy i wprowadza do użytku nowe narzędzia. Wraz z narzędziami (szeroko rozumianymi) przenikają do nowych kręgów kulturowych ich nazwy. Tak było z większością narzędzi, które trafiły do nas z obszaru języka niemieckiego. Importowaliśmy je wraz z ich nazwami, który spolszczaliśmy. Przypomnę, tylko obcęgi (der Zange), wiertarkę, nazywaną u nas dawniej bormaszyną (der Bohren), wiertło (der Bohrer) i śrubę (der Schraube). Część z tych nazw skutecznie spolonizowano i np. dawny śrubsztak (niem. der Schraubendreher) został w końcu imadłem, a hebel został strugiem, ale pamiętam, że jeszcze w latach 70. rzemieślnicy powszechnie używali nazw niemieckich. Mamy też jednak np. rostbef pochodzący z niemieckiego (der Roastbeef), który do dziś pozostał rostbefem.

I tak to jest, bo ponad 60 procent polskich zasobów leksykalnych pochodzi z języków obcych – głównie z łaciny, francuskiego i niemieckiego.

Skądinąd polonizacja obcego nazewnictwa miała też aspekty zabawne, bo szmalec (niem. schmalzen – topić) zastąpiono smalcem, bo wywiedziono go od smolić. Nawet cmentarz (łac. coemeterium, ang. cemetery, franc. cimetière) próbowano zastąpić smętarzem, bo na cmentarzu nie jest za wesoło.

Wiem też, że dominująca we współczesnej technice rola USA pociąga za sobą konieczność przyjmowania przez nas angielskich nazw. Tak jest z komputerem, Internetem i wszystkimi związanymi z nimi wynalazkami i akcesoriami.

Nie rozumiem jednak dlaczego potoczne polskie słowa wypierane są przez anglicyzmy. Dlaczego dziennikarze piszą i mówią „newsroom” zamiast używać „redakcja bieżących informacji” lub „redakcja nowości”, „najnowsze” czy „bieżące”. To byłoby zgodne z duchem naszego języka.

Tu wyjaśnijmy sobie jeszcze jedno, co do specyfiki języka polskiego, który jest u nas, póki co, językiem urzędowym. Otóż język nasz ma i taką właściwość, że jest językiem opisowym. I nie dlatego, że jest językiem słowiańskim. Czesi na przykład, chcąc nazwać miejsce, w którym można wsiąść do pociągu mówią „nadrażi”. My zaś musimy to wydłużyć i mamy „dworzec kolejowy” lub (w przypadku autobusu) „przystanek autobusowy”. Tak po prostu jest i trzeba to polubić, skoro „tyra się w języku polskim”.

Zangielszczenie języka polskiego bierze się także stąd, że Anglik czy Amerykanin ma właśnie najczęściej do czynienia z określeniami jednowyrazowym – podobnie jak Czech. I z lenistwa oraz z zapatrzenia się na „świat” nasi sprawozdawcy sportowi mówią: „Kowalski dzisiaj gra pomocnika” – co się na klasyczny polski tłumaczy się, że „Kowalski dzisiaj gra na pozycji pomocnika”. Słyszymy, że: „Malinowski mocno presuje”, albo że: „Nowak ma progres”. A przecież można powiedzieć, że „Malinowski mocno naciska, nie odstępuje od przeciwnika”, bo presowanie pochodzi od prasy, czyli od urządzenia naciskającego, na papier choćby. A nieszczęsny „progres” to po polsku postęp, rozwój, rozwijanie się.

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Opowiadał przed laty polski językoznawca, profesor Stefan Hrabec, że jeszcze przed wojną miał we Lwowie wykład dla jakiegoś stowarzyszenia szerzącego wiedzę. Tłumaczył wtedy zasady przepływu wartości i znaków kultury. Zaczął od tego, że cegła była znana starożytnym Rzymianom i nazywano ją tigula, potem cegła trafiła na Zachód Europy i w zgermanizowanej formie nazywała się już der Ziegel, potem cegła wraz z nazwą dotarła do Polski i po spolszczeniu została cegłą. Następnie zawędrowała na tereny dzisiejszej Ukrainy i przyjęła nazwę (z języka polskiego) cehla. Wtedy, jak wspominał prof. Hrabec, obecni na sali nacjonaliści ukraińscy powstali z miejsc i pobili go, bo nie chcieli pogodzić się z faktem, że kultura europejska szła na Ukrainę przez Polskę.

Na koniec. Byłbym wielce zobowiązany, gdyby czytelnicy tego felietonu powstrzymali się od rękoczynów, wobec niewygodnej czasem prawdy.

 

Wciąż warto rozmawiać.  Z JANEM POSPIESZALSKIM rozmawia ELŻBIETA RUMAN

Mocno naznaczyło mnie jako dziennikarza doświadczenie Katastrofy Smoleńskiej. To co wtedy przeżywałem 10 kwietnia dało mi później taki mandat, żeby rozmawiać z ludźmi na Krakowskim Przedmieściu, dopytywać, być ich głosem – opowiada Jan Pospieszalski, publicysta, autor programów telewizyjnych, muzyk, w rozmowie z Elżbietą Ruman w „SDP Cafe – podaj dalej…”

 

Jan Pospieszalski to więcej niż dziennikarz –  muzyk, artysta, twórca wielu dzieł muzycznych. Zaczynałeś jeszcze w Czerwonych Gitarach?

 

Ktoś mi to wypomina cały czas, przez co nie da się ukryć, że mój PESEL jest głęboko osadzony w latach 50.

 

Ten czas muzykowania to była nadzieja, że zostaniesz muzykiem?

 

To były moje marzenia, które kompletnie rozmijały się z oczekiwaniami rodziców i ich planami na nasze życie. Tata nas uczył rysunku, przekazał nam taką troskę o przestrzeń zewnętrzną, o architekturę i większą wrażliwość na dzieła plastyczne, wizualne.

 

Na piękno?

 

Tak. Dom był zastawiony książkami o architekturze, o malarstwie, a na ścianach, gdzie urodziliśmy się były freski, które stanowiły poligon doświadczalny. Rodzice ćwiczyli przed dużą realizacją, dostali możliwość zrobienia polichromii do kościoła metodą al fresco, czyli na mokrych tynkach. W związku z tym ćwiczyli w domu, bo to jest technika bardzo trudna i cały dom pomalowali. Jak się urodziliśmy i wychowaliśmy pod świętym obrazami, to trudno żebyśmy tej wrażliwości na malarstwo i sztuki wizualne nie mieli. Natomiast, nie tak potoczyły się nasze losy…

 

Ale liceum plastyczne skończyłeś.

 

Jeśli chodzi o liceum plastyczne, to były tam dwie specjalności: biżuteria i ceramika. Wybrałem ceramikę, w z związku z tym, że nie święci garnki lepią.

 

Życie poprowadziło cię przez różne artystyczne tropy, żebyś stał się w końcu trybunem tych, którzy potrzebują głosu. Twoje dziennikarstwo przechodziło różne etapy.     

 

Moje pojawienie się w telewizji wzięło się z takiej typowo entertainmentowej, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, działalności. Jako muzyk, ze sceny, estrady zszedłem przed kamery jako gość, który miał animować jakieś tam muzyczne programy,  część takiego cyklu, który na początku lat 90. uruchomiony był w telewizji Walendziaka – „Swojskie klimaty”. Tam jako ekspert od muzyki, od kultury źródła, od muzyki ludowej miałem się pojawić. Poszedłem na casting i na tym castingu osoby oceniające uznały mój potencjał jako właściwy,  w związku z tym zaproponowali mi, żebym zrobił nie tylko ten segment muzyczny, ale prowadził cały program. Często tę anegdotę opowiadam i tutaj też powtórzę. Poczułem się jak człowiek, który idzie ulicą, znalazł podkowę i mówi: o, mam szczęście znalazłem podkowę. Podnosi ją, a tam cały koń pod spodem. To było trochę tak, że od tej muzycznej części, od małego fragmentu, stałem się jednym z trzech głównych prowadzących, współautorem, wymyśliłem tytuł. Potem, jako już ten, który przed tą kamerą stawał, byłem też zapraszany do różnych form i stąd był pomysł Maćka Pawlickiego, Andrzeja Horubały i Waldemara Gaspera, żeby postawić mnie przed kamerami jako prowadzącego programy publicystyczne.

 

Kiedy poczułeś, że jednak jesteś dziennikarzem?

 

Życie zmusiło mnie żeby uczciwie traktować tę działalność.  W momencie, gdy pojawiłem się jako prowadzący program publicystyczno-społeczny, był moment sporu, walki o to by zmienić monopol medialny jaki funkcjonował na początku w III RP. Tym lodołamaczem były różne środowiska: „Gazety Polskiej”, „Myśli Narodowej”. Ciągle funkcjonowaliśmy w niszy, musieliśmy udawać, że nie jesteśmy wariatami, antysemitami, jakimiś odklejeńcami. Wtedy obowiązywał nurt kserokopiarki, że jedyną drogą modernizacji Polski jest naśladownictwo tego co dzieje się na świecie. Był monopol „Gazety Wyborczej”, debatę publiczną zdominowała agenda środowiska postKORowskiego. Mieli oni w rękach, coś co się później nazywało, dystrybucją prestiżu i pogardy. Dla nas to było trudne, wiedzieliśmy że życie inaczej wygląda i świat jest inny, dlatego próbowaliśmy coś robić, najpierw jako ekipa „pampersów” w Telewizji Polskiej, potem jako ci, którym dano szansę zbudowania sieci radiofonii katolickich Plus, później telewizji Puls. To była walka, aby wstawić nogę w drzwi.

 

Było kilka przełomów w twoim życiu dziennikarskim. Co było takim mocnym progiem w twojej działalności?

 

Na pewno moment odejścia Ojca Świętego i to co Polska przeżywała w 2005 roku. To bardzo w nas mocno rezonowało kulturowo. Zobaczyliśmy się innymi niż jesteśmy, choć na chwilę. Potem ta debata o Kościele, o dziedzictwie Jana Pawła jakby przycichła. Zaczął się burzliwy rok 2007 i to wszystko co wiązało się z przejęciem rządów przez Platformę, co oczywiście w jakiś sposób odbijało się na decyzjach władz telewizji. Na szczęście  kadencyjność władz telewizji nie jest tożsama z kadencyjnością Sejmu i jakoś udawało nam się utrzymać naszą pozycję w TVP, mówię o redakcji programu „Warto rozmawiać”.

Potem był Smoleńsk. Miałem ten przywilej, że byłem w grupie dziennikarzy, którzy realizowali transmisję z wydarzeń 10 kwietnia. W tym czasie byłem właśnie tam na miejscu, w Katyniu. To była świadomość że stało się coś niesamowitego, potwornego, co nas przywaliło jak taki głaz. A tu masz informację do słuchawki, że wchodzisz na wizję, scenariusz cały się sypie… To doświadczenie bardzo mocno mnie naznaczyło,  dało mi też taki mandat, żeby rozmawiać z ludźmi na Krakowskim Przedmieściu, dopytywać, być ich głosem…

 

Teraz też są tematy, na które czeka cała Polska i tych tematów poruszać nie wolno. Poruszałeś je w programie „Warto rozmawiać” i okazało, że w Telewizji Polskiej nie można tego robić. Dlaczego?

 

Dam ci telefon do Joanny Lichockiej, do Jacka Kurskiego, do paru innych ludzi to pewnie odpowiedzą na to pytanie.

 

Pytania o szczepienia, o wolność to są podstawowe pytania dla dziennikarza.

 

Pytania o pochodzenie wirusa, pytania o to czy restrykcje i zarządzenia dotyczące zamknięcie życia, odebranie nam swobód, praw obywatelskich po to by walczyć o nasze zdrowie były sensowne. Czy lekarstwo nie przyniosło nam więcej nieszczęścia niż sama choroba…

 

To jest prawo dziennikarza do szukanie odpowiedzi, bycia głosem widzów, a widzowie chcą się dowiedzieć dlaczego nie ma wolności, skąd to się bierze, na czym polega teraz problem z segregacją sanitarną, dlaczego ona jest nam proponowana. Jan Pospieszalski nie może o tym teraz mówić w Telewizji Polskiej, ale może mówić gdzie indziej…

 

Po usunięciu nas z TVP, w kwietniu tego roku zintensyfikowaliśmy naszą działalność na fanpagu na profilu facebookowym i widzieliśmy skokowy przyrost zainteresowania. Niektóre nasze materiały osiągały po milion, półtora miliona wyświetleń, udostępnień itd. To była duża liczba, która dała nam przekonanie, że warto o tym rozmawiać. Głównym tematem, który mnie wtedy zajął to były rozmowy z lekarzami, którzy byli wzywani przez izby lekarskie. Chodzi o to, że jesienią 2020 roku grupa lekarzy, naukowców i ludzi pracujących w ochronie zdrowia zakwestionowała sensowność polityki medycznej. Pojawiały się głosy, że ta globalna odpowiedź na zagrożenie jakim jest SARS-COV2 jest nieadekwatna i nie uwzględnia paru rzeczy, przede wszystkim nie uwzględnia faktu, że z wirusem można walczyć metodą leczenia go, a nie izolacji.

 

Jan Pospieszalski nie przestaje być dziennikarzem i teraz ten głos, te pytania są zadawane. Gdzie je publikujesz?

 

Na przełomie sierpnia i września uruchomiliśmy kanał  „JanekPospieszalski#WARTO” i tam kontynuujemy nasze rozmowy.

 


 

Zapis fragmentu rozmowy Elżbiety Ruman z Janem Pospieszalskim, która odbyła się w ramach cyklu „SDP Cafe – podaj dalej…”  Całe spotkanie można obejrzeć TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany był ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.