STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pampersoniada odrodzona

Nowa władza już sobie wybrała medialnych decydentów. Są na próbę. Nie podskoczą. Bo ze stołka w mig zeskoczą. Tak było, jest i będzie – ktoś powie. A przecież nie powinno.

W latach 90. pampersowy nalot zniszczył Telewizję Polską. Na odchodnym ówczesny prezes Wiesław Walendziak zafundował swoim faworytom wielosetysięczne odprawy. Łaskawca. Nie bacząc na ich bardzo krótkotrwały i obniżający poziom firmy pod każdym względem wysiłek pracowniczy. Beneficjenci oczywiście chętnie zupełnie nie zasłużone pieniądze wzięli i rozpierzchli się. Pokrzyczano trochę na to marnotrastwo państwowego grosza. I tyle. Kolejna afera przykryła tamtą. Tak się zawsze dzieje. Forsy nikt nie zwrócił.

Pampers główny poszedł do rządu, gdzie się natychmiast pożarł ze swoim konkurentem (wicepremierem!). Wreszcie obraził się na… politykę i oddał się potężnemu wówczas oligarchowi. Oni łowią takich ze względu na kontakty, wiedzę państwową. Oczywiście liczą się też niekwestionowane zdolności. A ponieważ dziś coraz młodsi są rzeczywiście coraz zdolniejsi i coraz lepiej wykształceni to wymiana usług – poddaństwo całkowite za wynagrodzenie niedostępne nawet najzdolniejszym szaraczkom.

Obyśmy mieli jak najwięcej zdolnych. Byle nie zdolnych do wszystkiego. Kiedyś dziennikarstwo, przyciśnięte butem partyjnej wszechwładzy miotało się i starało, głównie w reportażach, przemycać to co było ocenzurowane, zabronione. Slalom, gra z biurem prasy KC – w tym uczestniczyli wszyscy i decydenci z różnych poziomów zarządzania i wyrobnicy – publicyści i reporterzy.

I nagle dzięki – Panu Bogu i Solidarności – wybuchła wolność słowa. I mamy ją. Tyle, że niektórym ona wcale nie jest potrzebna. Wędrują – raczej do piekła niż do nieba – poprzez niby dziennikarstwo, ale pojmowane sekciarsko i równie służalczo jak to przed 4 czerwca 1989 roku. Przedtem Pan siedział w Białym Domu (to ten, który stoi za pomnikiem generała de Gaulla). Dziś decydentów jest dwóch (bo innym się tylko wydaje). Platforma sprytem (zdolnością koalicyjną) wygrała i coraz bardziej demonstruje kanibalistyczne zasady rządzenia. Gdyby w ramach zapraszania do kraju przyjąć ludożerców natychmiast zapisaliby się do PO.

Nowa władza już sobie wybrała medialnych decydentów. Są na próbę. Nie podskoczą. Bo ze stołka w mig zeskoczą. Tak było, jest i będzie – ktoś powie. A przecież nie powinno. Dziennikarze to jednak inteligencja. I często mówią o etyce. Gdyby naprawdę w środowisku obowiązywała… pomarzyć można!

Nowi decydenci dzielą się na likwidatorów (tego co jeszcze ledwo dycha) i prezesów-redaktorów naczelnych (oczywiście też podobno bardzo zdolnych – tyle, że jeszcze nic nie zdążyli napisać ani nakręcić wspaniałych dzieł, ale gdy zarobią – na pewno to zrobią).

Wróćmy do TVP. Coś mi się jednak wydaje, że wszystko zmierza do likwidacji państwowej Telewizji Polskiej. W tajnych planach ma pozostać najwyraźniej kadłubek: rozrywka – film, teatr, evergreen szmira, sport i prognoza pogody.

Na Woronicza nowi geniusze to likwidator Daniel Gorgosz i dyrektor generalny spółki Tomasz Sygut. Dokonań nie mają. Na wspólnym zdjęciu – zamieszczonym w tygodniku „Sieci” nie wyglądają powalająco. Ale przecież to jeszcze niczego nie przesądza. Czytam o nich tekst napisany przez publicystę tygodnika Marka Pyzę. Oto dwa cytaty: o pracy – „(…) bezpośredni przełożeni się zbuntowali i oświadczyli Gorgoszowi, że nie będą dłużej poświadczać nieprawdy w dokumentach, zatwierdzając sfałszowane listy obecności”; o kłopotach z prawem – „(…) sądy obu in stwierdziły że wyrzucenie Gorgosza z pracy w TVP było uzasadnione, bo ten dopuścił się ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych i narażenia pracodawcy na szkodę majątkową”.

Barłomiej Sienkiewicz zrobił swoje. Za chwilę prawdopodobnie dostanie tłustą nagrodę. Nowi decydenci w TVP też długo nie zabawią. Ciekawe co będzie nagrodą za wyrzucanie z pracy, zupełnie bez uzasadnienia, dziesiątek ludzi. Co czuje gość, który dostaje władzę niszczenia ludziom życia w imię partyjnych rozgrywek, nie bacząc że nikt nie wie co po zburzeniu ma być zbudowane.

Konkursy na decydentów medialnych to z reguły lipa. I jeśli nawet pokazywane były w telewizji to zła jakość transmisji utrudniała ich śledzenie i zniechęcała do obserwowania. Świeżo upieczonym decydentom słoma jeszcze z butów wystaje. I zapewne uczyć się będą na błędach. Jak to u nas w zwyczaju. Władza już tak ma, że miast eksperymentować najpierw na szczurach robi to sadystycznie na ludziach.

Ostatnio darmowo dostępny cyrk publiczny to sejmowe komisje. Straszno i śmieszno. Niestety płakać się chce. Małpa z brzytwą – niebezpieczna rzecz. Mówi się, że jak facetowi coś nie idzie to się sroży i próbuje wyżywać na innych Boguducha winnych. Marszałek apeluje o złagodzenie. Ale nie bardzo mu idzie. Trzecia Droga zamienia się w peryferyjną ścieżynkę, na której łatwo w coś nieprzyjemnego wdepnąć.

TVP i TVN walczyły o widza. Teraz ta sama łapka nimi kieruje. I tak Wiertnicza to teraz prawdziwa rywalka Woronicza. Skoro obie stacje klepią to samo korzysta Polsat no i Republika. Wszystkich nie da się śledzić. Trzeba wybierać. Czy neopampersów TVP, czy coraz bardziej podtatusiałych uczniów Mariusza Waltera.

Najwłaściwiej byłoby wybrać ludzi czytając co napisali. Bo jednak żeby coś napisać najpierw trzeba coś samemu wiedzieć. Nowi likwidatorzy i prezesi dorobku nie mają. Nie wiemy co myślą o ważnych sprawach, jakie mają poglądy. Ale nominacje mają. I tak to się kręci. A dość łatwo można by było to zmienić stawiając kandydatów przed kamerami. Ważne by zwolenników PiS odpytywali Koalicjanci, a PO – np. redaktorzy Republiki.

Na władzę nie poradzę – mówi cwaniaczek złodziejaszek z filmu Machulskiego. Władza instalowała sobie zawsze własnych spowiedników, bo obcym bała się spowiadać. Zresztą kto wierzy w Boga, a kto tylko bije się w piersi koniunkturalnie – trudno być pewnym. Jest jak jest. Tylko Bozia wie.

Koty nie lubią gdy ciągnąć je za ogon. Odwracanie kota ogonem jest jednak modne. Zgrzytamy zębami, ale nie za mocno z obawy żeby nam nie wypadły. I tak kłamstwo powtarzane jest tysiąckroć. Może choć troche się przyjmie.

Gorgosz i Sygut mają kupę do zrobienia. Wylecieć z TVP – w końcu wylecą. Ciekawe czy wyniosą wówczas większe torby niż walendziakowi?

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Baby, ach te baby

Jako żurnalista wiem, widzę i słyszę, że mamy już wiele pań – koleżanek po fachu, które są lepsze zawodowo od męskich mazgajów i leni.

Ostatni mężczyzna – Prezydent Polski – zejdzie (ze sceny) za rok. I co dalej? Kto ma być Głową Państwa, a właściwie „półgłową”, bo u nas kompetencje władzy podzielone – zazębia się rządzenie z reprezentowaniem.

Wrócimy do kwestii KTO, bo do terminu wybierania coraz bliżej. On? A może Ona? Zamiast Pierwszej Damy, będziemy mieli Pierwszego Gentelmana (oby!) obok Pani Prezydent.

Śpiewano: „baby, ach te baby można by łyżkami jeść”. A tu okazuje się, że to nie my – je, ale one nas połkną żywcem „bez popitki”.

Bliższa koszula ciału, więc zacznę od żurnalistki. Spójrzmy jakie mamy panie, a jakich panów wśród dziennikarzy. Aktywne i wyróżniające się dziennikarki to Dorota Łosiewicz z „Sieci”, Aleksandra Jakubowska, nawrócona politycznie (choć mało kto wie, że do kościoła w Podkowie Leśnej – tam mieszka – chodziła zawsze co niedzielę). Następne panie to ortodoksyjna Marzena Nykiel, poliglotka Aleksandra Rybińska, energetyczna i wojskowa Teresa Wójcik, postrach polityków Monika Olejnik i ostatnio przebijająca się, i dobrze przygotowana do rozmów, Dorota Wysocka-Schnepf, Justyna Dobrosz-Oracz bardzo najeżona na zapraszanych gości, choć ostatnio najwyraźniej przymuszona do uśmiechania się zza fryzurowej zasłony.

Z facetami jest gorzej. Rozwój i uspokojenie widzimy u Klarenbacha. Siłę argumentów, ale i ograniczone możliwości komunikowania się ze społeczeństwem – to bracia Karnowscy. Ucichł trochę Ziemkiewicz, Janecki – wiedza, ale używana jednostronnie, Warzecha – słuchany z uwagą, Pyza – odważny i obiecujący. Lisicki – erudyta, autor wspaniałych książek, czasem jednak nieprzewidywalny (napadł na profesora Kieżuna). Szkoda, że Zaremba funkcjonuje już tylko w kulturze, a Skwieciński poszedł w ambasadory.

Jest jeszcze sporo klezmerów żurnalistyki i gadaczy. Niestety mnogość nie przechodzi w jakość. Wśród zdecydowanie jednostronnie zaangażowanych politycznie można by wymienić wielu. Np. Rachonia, który ma naturalne wspaniałe warunki, nie jest niemotą językową (co u nas wśród dziennikarzy powszechne, angielski znają „z widzenia”). No ale Lis też był urodziwy jak Redford, ale kończy dość marnie. Lubiany, temperamentny i bardzo telewizyjny był też Durczok. Szkoda go.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie wschodzącą gwiazdę. To Dorota Gawryluk. Oglądałem niedawno prowadzoną przez tą panią w TV dyskusję o wojskowości i zagrożeniach wojennych. Zaprosiła specjalistów wszystkich stron politycznych. Prowadząca była rzeczowa, wykazywała się znajomością tematu, a dyskutanci nie tylko grzeczni, ale i ciekawie przedstawiający opinie. Po prostu kultura i profesjonalizm. Lewicowy generał zwykle dość agresywny – był spokojny i sympatyczny. Naukowiec – bardzo zwięzły w wywodach i zrozumiały. Inni też OK. Można było się wiele dowiedzieć , bez wrzasków, połajanek i klepania „ja panu nie przerywałem”.

Muzyka łagodzi obyczaje, a pani Dorota panuje w studiu. Może więc i zapanowałaby nad codziennym tumultem i wrzaskami, wzajemnym obrażaniem się polityków: „pan jest niemieckim agentem”, „pan – putinowcem”. I leci to w nasze uszy. Wstyd i głupio. Z krzyżówki Tusk-Kaczyński zrównoważonych młodych na pewno nie będzie.

Może zamiast taśmowo całować kobiety po rękach, bo to taki nasz ponoć obyczaj rycerski, traktujmy je rzeczywiście jak partnera. Po pierwsze płaćmy tyle co facetom, nie wtrącajmy się zbyt głęboko w to co kobiece i tak jak one nam, my-im wybaczajmy drobne pomyłki a nawet grzeszki.

Zresztą kobieta Prezydentem to dziś nie taka znowu sensacja. Jako żurnalista wiem, widzę i słyszę, że mamy już wiele pań – koleżanek po fachu, które są lepsze zawodowo od męskich mazgajów i leni. Danuta Rinn dawno już szukała: „gdzie te chłopy”.

Dorota Gawryluk dziś z Polsatu, a może jutro z Belwederu. Pierwsza już nie tylko dama, a Pani Prezydent! Jeśli spojrzymy wstecz i przypatrzymy się, dziś już z dystansu, naszym „głowom” państwa, to chyba w zachwyt nie wpadniemy. Ileż razy przyszło się wstydzić, a i napatrzeć też nie było na co. Wyobraźmy sobie jak będą – chcieli czy musieli – zachowywać przy niej męskie odpowiedniki. Wysoka, zgrabna, gustownie ubrana i uczesana. Ma trening w mówieniu. Dykcja OK. Uśmiech kiedy trzeba bez sztuczności i nienachalnie.

Pan Zygmunt Solorz oczywiście się ucieszy, ale nie sądzę by zyskał coś w nowym układzie hierarchicznym. Była – redaktorką, a zostanie decydentką. Da sobie radę!

Ludziska! Wyborcy wcale tak bardzo nie ryzykujecie. Może coś się w naszym kochanym kraju zmieni!

P.S. Sugerując tak wysoki awans dziennikarki: Gawryluk jako nasza Margarert Thatcher to szansa na sukces. Pani Dorota prowadząc często programy telewizyjne daje się dość „dogłębnie” poznać szerokiej, bardzo szerokiej publiczności, a więc wyborcom. Jej rywale takich warunków zaprezentowania siebie nie będą mieli. Oczywiście na jakiś czas przed wyborami musiałaby zawiesić telewizyjną aktywność. A to i tak około roku byłaby oko w oko z widzami-wyborcami. Już samo zadawanie pytań sporo mówi o pytającym. Kandydatka zostałaby prześwietlona jak mało kto. Żadne służby nie zrobiłyby tego lepiej.

A więc?

 

Fot.: archiwum HB

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: G – jak SGGW? Rozgrywki naukowe

Gmach jak się patrzy. A do tego jeszcze latufundia. Tradycja wspaniała. Tytuł zobowiązujący: Szkoła Główna (Główna!) i to Gospodarstwa Wiejskiego. Czyli tego co najbardziej polskie. Było, jest i mam nadzieję będzie. Bo ziemi, Ojczyzny, Chłopi za granicę nie wywiozą. Choć wszystko inne, jak dowodzi historia ostatnich 30 lat – ukraść, zmarnować można.

Pracował na uczelni 20 lat. Zawsze tłumy studentów waliły na jego wykład. Mówi o Sokratesie, poprzednikach i następcach. A więc o źródle mądrości naszej. O źródle do którego się przyznajemy i hołubimy w sobie, znając istotę bardziej lub mniej raczej.

Doktor (z prawdziwym tytułem naukowym, solidnie zapracowanym), Andrzej Korczak został przez macierzystą uczelnię, której poświęcił lata pracy, wyrzucony jak zużyta ścierka. Zabrali pokój asystenta, w którym mieszkał i pracował przez lata. Podczas brutalnej eksmisji poginęły przedmioty pamiątkowe i urządzenia elektroniczne. Zginęły wartościowe książki. Teraz sprawy będą się ciągnęły latami w sądzie. Potentat – SGGW – domaga się jeszcze 64 000 zł za użytkowanie pomieszczenia.

Wstyd i hańba. SGGW – to również w jakimś stopniu połączenie z ludowcami, czyli partią chłopską. A ta teraz przy władzy. Tak więc panie premierze i inni panowie spod zielonego znaku może byście się zainteresowali losem człowieka, który był i jest bardzo przydatny przy uczeniu przyszłych wysoko kwalifikowanych rolników, agronomów i inżynierów agrokultury. Ponieważ na wydziale humanistycznym uczelni rolniczej uczył, kształcił, dawał wiedzę również potrzebną współczesnemu inteligentowi – wiedzę humanistyczną.

Ze strachu

Dlaczego po latach dobrej współpracy zaczęto na SGGW szykanować pana Korczaka? Z zazdrości i ze strachu.

Doktor zwrócił się do swoich przyłożonych z informacją że chcę zrobić habilitację. I tego mu… zabroniono! Niesłychane. Zrobiła to jego przełożona. Najprawdopodobniej ze strachu przed konkurencją i ewentualną rywalizacją o stanowisko dziekana. Zabroniła! Więc zgłosił się do Polskiej Akademii Nauk. Oczywiście zgodzono się na to, by zrobił w PAN wyższy stopień naukowy – doktora habilitowanego w swojej specjalności.

SGGW zamiast pogratulować, podwyższyć pensję, wyrzuciła go z przysługującemu asystentowi lokalu. Tak sobie, po bandycku, na bruk. A konkretnie do kontenera. Protesty nie pomogły. Przyszła ekipa komornicza i mimo panujących jeszcze śniegów wyrzucono człowieka i jego dorobek w błoto.

Okazuje się że to w Warszawie normalka – niedawno dowiedzieliśmy się że prorektor w Akademii Medycyny Uniwersyteckiej też została zaatakowana niespodziewaną karą, bo odważyła się wystartować w uczelnianych wyborach przeciwko rektorowi. Pytam więc – czy dziwota, że polskie uczelnie w rankingach światowych schodzą na miejsca w kolejnej setce?

Wracając do sprawy doktora Korczaka. Mamy przed sobą gruby segregator dokumentów. Ciągnie się to wszystko od kilku lat. Zarabiają prawnicy i redaktorzy. Tylko jak nieporuszona skała stoi sobie – szacowny gmach przy zbiegu Alei Niepodległości i Rakowieckiej. Skrzypią przejeżdżające tramwaje, mkną pod ziemią wagony metra. Ale nic to! Władze uczelni udają, że nic się nie stało. Głupota?

Mówią mi: oj, poprzedni rektor to dbał o ludzi. Mówią studentki 3-4 roku:

– To najbardziej lubiany i kontaktowy nauczyciel. Zawsze na jego wykładach są tłumy. Czytam pochwalne wpisy. Nic to!

Obywatelka – Dziekan rządzi niezawiśle. Pozbyła się kolegi, któremu wiele zawdzięczała.

Co dalej?

Dr Korczak jest naukowcem kochającym swoją historyczno-filozoficzną specjalizacją. Ma bogaty dorobek w publikacjach, również w językach obcych. Wydawał na różnych zagranicznych uczelniach. Tu – u siebie – spotkał się z podłością i obojętnością. Władzo, przyjrzyj się sprawie.

Mamy nowe władze resortowe. Bardzo proszę wyznaczyć uczciwą osobę do wnikliwego przyjrzenia się temu naukowemu bandytyzmowi. Panie ministrze szkolnictwa wyższego, niech pan nie zwleka.

W polskim szkolnictwie wyższym – jak się teraz dowiadujemy – wyrosła mafia sprzedająca dyplomy wyższych uczelni. Dziesiątki tysięcy dyplomów. Brały je nieroby i tumany, by powiesić nad biurkiem prezesowskim lub dyrektorskim. Herszt bandy przyznał się, pokajał i robi teraz za świadka koronnego. Chce uniknąć kary. Czy tak samo ma być na zasłużonej warszawskiej uczelni?

W ciągu moich długich lat pracy (60!) wielokrotnie stykałem się z profesorami SGGW. Zawsze po tych rozmowach wychodziłem wspaniale podbudowany i wręcz dumny, że przynajmniej na ” zielonej” uczelni są godne kadry.

Nauka na przyszłośc…

Sprawa doktora Korczaka to dzwon alarmowy. Trzeba to wszystko zbadać i naprawić.

Fachowcom trzeba płacić. I to dobrze. Dobrych trzeba hołubić i szanować. Od tego są nie tylko rektorzy, senaty uczelniane ale i głos studencki powinienem zabrzmieć. A na każdej uczelni wszyscy, aż po ciecia, doskonale wiedzą who is who!

Wielka, wspaniała (przynajmniej „na oko”) uczelnia, ogromne kampusy i pola własnościowe nad Wisłą dzierżawione i ładnie uprawiane. Jej tysiące polskich i zagranicznych studentów. Dlaczego nie ma tu miejsca dla jednego dobrze przygotowanego człowieka nauki, który teraz wędrować musi po kraju żeby zarobić na życie? Życie humanisty, których tak bardzo potrzebujemy w rozpasanym i nadgniłym świecie.

Sokrates mówił, że szczęście człowieka może być dwojakie – wewnętrzne i zewnętrzne. Te pierwsze zawsze można znaleźć w sobie – poprzez dobrą pracę, pożyteczność osobistą w społeczeństwie. A to drugie – to bogactwo, zasobność, dobytek.

Kto jest kim – to przedstawiciele nauki powinni dostrzec.

Profesor Józef Wieczorek od lat walczący o naprawę polskiej nauki na swoim „Blogu Akademickiego Nonkomformisty” pisze o książce wydanej przed 50-ciu laty „Historia naturalna polskiego naukowca” i cytuje: „…pasożytów nauki, tj. karierowiczów, którzy nie mają kwalifikacji do uprawiania zawodu naukowca, a tytuły naukowe zdobyli dzięki względom pozanaukowym, można zapytać, czemu w wyniku transformacji, licznych reform domeny akademickiej w tej materii tak naprawdę nic się nie zmieniło?”.

 

 

Prace autorstwa Ewy Uniraż-Szymańskiej

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Groza gdzieś „tam” i „tu”, obok

Świat, który rysuje, maluje Ewa Urniaż-Szymańska jest okrutny i brzydki. Napisałem! Ale czy rzeczywiście jest gorszy od tego, który nas otacza?

Potwory, wystraszeni, załamani ludzie, mordy rozkwaszone i łby, z których wyrastają drapieżne krzaki i drzewa. Anioł, diabeł, symboliczne szachy i pełzający łysy dziad z gołym tyłkiem. Ludzie z kikutami rąk i nóg. Kobiety lub ich fragmenty, biusty i wielkie oczy.

Zaplątani w to wszystko święci z aureolą. Jeszcze martwy ptak i twarz w krzyku jak z obrazu Muncha. Wreszcie przerażone dzieci i wyciągnięte po nich drapieżne ręce.

Symbole złego czasu. Ale po co symbole? Rzeczywistość to wszystko przerasta. Góry trupów na ukraińskim froncie, po których idą do ataku żołnierze. Jeszcze żyją. Ale bywają dni, że giną setki a nawet tysiące.

Zwłoki zwykłych napadniętych ludzi, rozrzucone na drogach, obok ich rowery i spalone samochody. Pozabijane zwierzęta. Internet jest pełen tych strasznych obrazów. Bloki mieszkalne, szkoły i szpitale rozbite bombami. Przeorane pociskami ściany i oczodoły okien. To krwawiąca Ukraina.

Jeszcze gorzej jest w Gazie. Na małym terytorium kilka milionów ludzi wyciąga ręce do świata o ratunek. Wyciągają ręce głodne dzieci. W nieopisanym bólu bezradne matki. Całe miasta zniszczone. Mężczyzna mówi, że z jego 19 osobowej rodziny został sam.

To wszystko jest realne i dziejące się tu i teraz. Nie jest straszniejsze niż najbardziej drastyczne obrazy. Przerażały obrazy hiszpańskiego malarza Goyi. Ale już nie przerażają. Tam jest po kilkunastu rozstrzeliwanych. A tu tysiące trupów, pożoga, zagłada, pustka wypalonych siedlisk ludzkich.

Jeszcze niedawno Ewa Urniaż-Szymańska może i szokowała, ale dziś tamta twórczość artystki to już prawie łagodne obrazki. Teraz jednak wzbudzą refleksję, dokąd zmierzamy? Czy potwory wyjdą z ram i zmieszają się z tłumem zwykłych ludzi na ulicy. Z ciągle beztroskim i wesołym tłumem. A może jednak ta plastyczna makabra zadziała. Coś zmieni nagle. Jak to było, ale krótko, 22 lutego przed dwoma laty.

Ktoś mnie zapyta po co piszesz o malowaniu okropności, gdy pełno ich w codziennym życiu? Po to, że na obrazach krew jest czerwona a fiolet drapieżny, że butelka dusi szyję, dławi. To za wspomnieniem stanu wojennego z 1981 roku namalowany jest „Świat mężczyzny” – z kwiatów wyłania się tors kobiety. Co na tych obrazach robi gołąb. A może to jednak – jak w tytule – orzeł albo paw.

Obrazy artystki są opisane tytułami, datowane. Są więc dokumentacją czasu, który utrwalają. To głównie czas wojny, a więc czas aktualny, gdzie meldunki z frontów, barbarzyńskie zdjęcia, przykłady antyczłowieczeństwa stają się wręcz banalne. Sztuka artystki to przewidziała i pokazuje. Jej twórczość jest ważna, bo wyrazista.

Ewa Urniaż-Szymańska – plastyczka i nauczycielka – jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego na Uniwersytecie im. Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. Realizuje się w litografii i grafice. Jej ulubioną formą jest rysunek ołówkiem. Studia skończyła w 1982 roku. Pracuje z dziećmi i młodzieżą. Wystawia w kraju za granicą. Najczęściej w Wiedniu. Jej prace znajdują się w wielu zbiorach prywatnych. Najchętniej tworzy w zaciszu domowym, mieszka pod Warszawą.

Pani Ewa jest także pisarką, poetką. I to bardzo konkretną i sugestywną. Pisze ostro i wyraziście. Wiersze, opowiadania i bajki dla dzieci. Twórczość artystyczna i literacka uzupełniają się. Ilustruje swoje książki. Pani Ewa twardo stąpa po ziemi. Warto tej artystce poświęcić uwagę.

 

 

 

O kontrowersjach wokół kandydatów w wyborach do PE pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Do you speak..?

Przesadzona, delikatnie mówiąc, okazała się informacja o tym, że Jacka Saryusza-Wolskiego nie będzie wśród kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego. Kto kolportuje takie wieści, które potem znajdują się przez pół dnia w czołowych mediach tzw. głównego nurtu, ale nie tylko? Sam Saryusz-Wolski zaprzeczył tym rewelacjom i napisał na swoim profilu na „X”, że to nieprawda, że nie rezygnuje. Bo przecież PiS to nie jest ugrupowanie samobójców, ale dyskusje o obsadzie parlamentarnych list w partii opozycyjnej nie ucichły. Nie tylko zresztą po stronie opozycji.

Nie będę pastwił się nad tymi, którzy mają reprezentować prawicę. Zostawię to satyrykom. Ale z drugiej strony to nie wyborcy układają listy kandydatów, wyborcy po to zaufali jakiejś partii i dali jej mandat zaufania, aby obserwować te listy a przy kolejnym pobycie w lokalach, gdzie oddajemy głosy na naszych parlamentarnych reprezentantów wyciągnąć wnioski.

Na razie we wszystkich partiach panuje chaos. „Ci odlatują, ci zostają” – jak śpiewali kiedyś Skaldowie z Łucją Prus. Tak to już w tym PE bywa. „Kaśka przyszła, Mańka wyszła”. Buzek rezygnuje, Tusk dał Budkę, pół rządu i 40 proc. składów tzw. komisji śledczych.

Trudno to nazwać inaczej niż Wielką Emigracją KO i to nie tylko – chociaż w głównej mierze – zarobkową. Może politycy czołowej koalicyjnej partii, czyli PO, boją się, co będzie, jak ich w końcu wyborcy rozliczą? A to może przecież stać się. Kto bogatemu w „wybitnych polityków” zabroni? Nikt przecież z „szarych wyborców” do układanie list nie jest dopuszczony.

Trwa też chaos w PiS spotęgowany powrotem (który to już?) do polityki Jacka Kurskiego. Nikt z obecnych europosłów i kandydatów nie chce być na jednej liście z były szefem TVP. Dlaczego? Bo Kurski jest dobrym PR-owcem a doświadczenia ma za dziesięciu kandydatów.

Trzecia Droga z kolei zależna jest od swojej planety – matki, czyli PO. PSL i partia Hołowni chcą tak poustawiać listy w okręgach, aby mieć chociaż cień szansy na kilka – bardziej dwa niż cztery – mandaty. Lewica może, choć nie musi, jak w wyborach lokalnych, przyssać się do żywiciela, czyli znowu do PO – KO. Konfederacja zwaistuje zamieszanie w europarlamentarnej stawce, ale w niewielu miejscach na politycznej mapie Polski.

Na pewno w wyborach do PE powinny się liczyć, jak w żadnym innym politycznym przypadku, kompetencje. Banał powiecie? Banał, ale to prawda. Bzdury plotą ci, którzy opowiadają, że PE to taka nagroda za działalność polityczną w wielu partiach. Owszem tak jest, ale tak nie powinno być.

Reprezentacja KO w PE to zbiór ludzi, może z nielicznymi wyjątkami, którzy głosują w Brukseli przeciwko polskiej racji stanu. W tej rozbijackiej działalności prym wiodą oczywiście członkowie frakcji PZPR w KO – Miller, Cimoszewicz, Belka. Deklaracje przeciwko Polsce składają też ludzie z PSL i lewicy.

Jest i druga strona – PiS, a tu ostatnio mieliśmy w Brukseli kilka osób, które dało się słuchać, dało się słyszeć i zrozumieć i wszyscy wiedzieli, że  Jacek Saryusz-Wolski jest liderem tej grupy. Kompetentny, wykształcony, mądry. Sekundowali mu Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Anna Zalewska i Beata Kempa.

Ich konkurenci z polskiej frakcji w Europejskiej Partii Ludowej warczeli na swój własny kraj i głosowali przeciwko interesom Ojczyzny, byleby zaszkodzić PiS. No i jak się okazało to im się udało wygrać wybory parlamentarne. Pyrrusowe zwycięstwo PiS niczego obecnej opozycji nie nauczyło. Czy PiS przed wyborami jest w ślepej uliczce? Czy odważne hasła pomogą?

Kto więc będzie nas patriotów i tradycjonalistów reprezentował w UE? Dlaczego nie wyciąga się wniosków z tego co widać, słychać i czuć? Wiadomo, że w Brukseli dużo płacą. I dobrze, jeśli jest za co. Czy teraz znowu pojadą ludzie z mierną angielszczyzną? Może by pokazać jacy naprawdę są np. zapraszając do telewizyjnych programów na żywo po angielsku – jakiejkolwiek stacji. Z lewicowo-liberalnymi niech porozmawia np. Rachoń albo Wierzejski lub ktokolwiek z „Republiki, oczywiście dobrze po angielsku a z kandydatami PiS mogłaby rozmawiać np. Wysocka-Schnepf albo Olejnik (jeśli mówi in English) lub też ktokolwiek z redakcji międzynarodowej TVN. To powinien być element rywalizacji przedwyborczej kandydata. Niemoty językowe niech walczą o Sejm lub Senat.

Teraz, gdy kaskadowo przebiegają zmiany, na małych ekranach widać, że wszystkie stacje gorączkowo szukają nowych, zdolnych i predysponowanych telewizyjnie. Starych wykopano.

Wracając do głównego wątku, dlaczego teraz za granicę jako reprezentantów Polski opozycja wysyła ludzi „za zasługi”. Trzeba wysyłać najlepszych, nie za „dokonania” lecz za to co mogą zrobić dla Polski. Oczywiście, że mogą się również nie sprawdzić. Zawsze jest takie ryzyko. Jednak po weteranach dokładnie wiemy czego możemy się spodziewać. Czy sprawa lidera delegacji PiS w PE Jacka Saryusz-Wolskiego, czyli plotka o jego rezygnacji jest niebezpiecznie napiętą struną wytrzymałości? Nie sprawdzajcie, opozycjo, czy i kiedy pęknie.

 

Zdj. Pusta widownia to nie jest obraz polskiego baletu, ale pusta głowa urzędników od emerytur czasem staje się faktem... Fot. HB

Są sukcesy, ale, jak pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI, jest też: Dziadostwo kulturalne

Zacznę pozytywnie. Nawet bardzo: wystawiony właśnie w Teatrze Wielkim w Warszawie w Operze Narodowej balet „Pinokio” to wielki sukces. Wspaniała przygoda dla tych, którzy dostaną się na spektakl. Kaskada pomysłów choreograficznych (ponoć nowej młodej artystki), bajeczna scenografia, muzyka scalona z wizją jak serce z aortą, albo obłoki na niebie pchane wiatrem. Dwie i pół godziny kontaktu z prawdziwą sztuką.

Owszem, trzeba zapłacić, bo to sztuka kosztowna. I teatr przepiękny, i naprawdę wielki. I wspaniali artyści. Brawo panie  dyrektorze Waldemarze Dąbrowski i panie dyrektorze baletu Krzysztofie Pastorze. Dowiaduję się wprawdzie, że osobę odpowiedzialną za technikę właśnie zwolniono z pracy. Bo ponoć była zbyt wymagająca. Nie wiem jak było naprawdę ale my zwykli widzowie patrzymy przede wszystkim na efekty.

W Wielkim wszystko gra – począwszy od „frontmenów” witających w drzwiach gości poprzez szatniarki i obsługę widowni. Tylko windy macie kiepskie, zacinają się i wloką. Ale dość delikatnej krytyki. Teraz pójdę „na grubo”. Będzie szerzej i głębiej.

Gdyby żył pan Jerzy Waldorff zaryczałby ten trybun kultury tubalnym głosem w sprawie bardzo ważnej, drastycznej, kompromitującej całą naszą współczesną działalność w temacie kultura. Niestety nie żyje już od lat. A tu narodziło się wiele zła. Na pewno srogo napiętnowałby ludzi „od kultury”.

W 2008 roku postraszono tancerzy i tancerki że zostaną im zabrane emerytury. Powód? Bo pracują – czyli tańczą – zbyt krótko. Nieważne że tańczyć w balecie można tylko do pewnego wieku. Nieważne, że ich zawodowa droga życiowa to wieloletnie studia i niezwykle ciężka praca. Bolesne ćwiczenia, a potem wysiłek fizyczny, do którego trudno coś nawet porównywać. Przez lata wytrzymywali ból i mękę całego ciała by  doskonalić się w unikalnej profesji. ZUS zadecydował: to wszystko trwało zbyt krótko. Pieniądze się nie należą.

Podniósł się wprawdzie krzyk protestu, ale i tak w 2010 roku – 14 lat temu zabrano tancerzom i tancerkom baletu emerytury. Ludzie, którzy powinni ich bronić zaakceptowali to draństwo. Ponoć próbowano, protestowano, ale nic to nie dało. Bełkot urzędniczy i tchórzostwo odpowiedzialnych za kulturę przesądziły. Definitywnie zabrano tancerzom emerytury. To był szok i klęska prawdziwa ludzi sztuki. Dla nich zabrakło pieniędzy. Mimo wspaniałych światowych sukcesów polskiego baletu, mimo znamienitych teatrów baletu i pięciu szkół baletowych w kraju. Dotknęło to ponad dwa tysiące tancerzy.

Potem zaczęła się i trwa nadal kilkunastoletnia bezużyteczna paplanina – spotkania, artykuły, puste słowa. Trwa urzędnicza przepychanka. Nic z tego nie wynika. Idiotyczne, nieżyciowe propozycje. Tylko pensje decydentów niby kulturalnych rosną. Ostatnia była już wiceminister w resorcie przy Krakowskim Przedmieściu rzekła przed odejściem: „To był błąd legislacyjny”. I tyle usprawiedliwienia.

Na premiery, gale, całe to decydenckie towarzystwo wyfraczone, umedalowane chętnie przybywa. Pcha gęby do kamer, a usłużni to nagrywają. Jednej z byłych  tancerek w Teatrze Wielkim nawet się udało. Nie ma emerytury ale jest szatniarką. Inni mają się przekwalifikować. Trzeba mieć sporo tupetu i bezczelności by snuć takie pomysły.

Bito im entuzjastycznie brawo, byli idolami. Dzisiaj cierpią biedę. Zmienił się rząd. Ale nie zmieniło się traktowanie tancerzy. Ostatnio znowu usłyszeli: „Nie ma pieniędzy na wasze emerytury. Czekajcie”.

Obojętność. Odkładanie sprawy ad calendas graecas. Matki potencjalnych tancerek i tancerzy, dziś jeszcze dzieci – już nie chcą ryzykować. Liczba zgłoszeń do pięciu istniejących szkół baletowych drastycznie spadła. Po co uczyć się tego zawodu? Nie można przecież własnego dziecka skazywać, by w wieku 40 lat zostało bez pracy, bez pieniędzy, bez uprawnień emerytalnych z gołą …. – faktycznie i w przenośni.

Bezwstydni i zupełnie niekulturalni notable drepczą skwapliwie na premierę „Pinokia” (odbyła się 21.04.br.). Co ważniejsi dostaną nawet bilety za darmo. Nie wiem tylko czy wspaniały tancerz w roli tytułowej przypominający Stanisława Szymańskiego, który daje dziś z siebie wszystko co najlepsze w balecie – mistrzowskie piruety, wysokie skoki ze szpagatem – czy wie jaka czeka go przyszłość za kilka albo kilkanaście lat? Może wyrzucą go ze sceny jak zużytą baletkę? Przecież nie będzie już potrzebny. W realnym życiu nawet najlepszy nie utrzyma się bez pieniędzy.

Dziś artyści cieszą oczy melomanów. W balecie „Pinokio” jest wspaniałą choreografia, pomysły gigantyczne. sceny zbiorowe, przepiękne solówki. Wyfraczeni z pierwszych rzędów biją gorąco brawo. Dawno już nie widziałem tak błyskotliwej, wspaniałej scenerii tryskającej młodym życiem, barwnej, wyrazistej, oświetlonej przez prawdziwych profesjonalistów. Brawo, brawo bravissimo.

I tylko smutek i wielki żal, że za to wszystko może czekać dramat ludzi ciężkiej, wieloletniej harówy.

O, wy, władcy kultury. Dlaczego od 14 lat tancerze i tancerki – to w końcu około dwóch tysięcy ludzi – nie mają emerytur. Wstyd!

 

 

 

 

Ilustracje w tekście Bogdan Rutkowski; Fot.: Stefan Truszczyński

O szczególnym miejscu po raz kolejny pisze STEFAN TUSZCZYŃSKI: Kompromitacja „Polski morskiej”

W ciągu ostatnich już kilkudziesięciu lat przybywają do Warszawy by rządzić dziesiątki polityków cywilnych i wojskowych z wybrzeża. A tam na końcu cudu natury, czyli półwyspu helskiego znajduje się największa kompromitacja portowa – wojenny akwen, ponad jednohektarowy.

Większy niż port rybacki i jachtowy w Helu. To wstyd, wielki wstyd i marnotrastwo stulecia. Tak wyobraża sobie to zapomniane i zaniedbane miejsce nasz rysownik, inżynier, designer (około 2 tysiące projektów przemysłowych) Bogdan Rutkowski.

 

Pytanie, które zadaję: „CO WY NATO” jest w pełni uzasadnione, ponieważ właśnie obecnie trwają prace nad przygotowaniem natowskiej bazy morskiej w Estonii. Dobrze będzie dla bezpieczeństwa europejskiego, jeśli takowa tam powstanie, ale my – Polska – powinniśmy zaproponować nasz port wojenny na Helu, który ma bardzo dogodne, bardzo głębokie podejście od strony zatoki.

Tak to mogłoby wyglądać przy naprawdę minimalnych kosztach, ponieważ nabrzeża marnującego sie portu wojennego są już gotowe od 80 lat. Zbudowano je w okresie międzywojennym tuż przed wybuchem II wojny światowej. Korzystali z nich Niemcy. Nasze „szczury lądowe” nie doceniają tej budowy. Chcą tu hodować morsy albo foczki. Rażąca niegospodarność powinna się skończyć. Proszę popatrzeć tak mógłby port wojenny na cyplu helskim wyglądać.

 

 

Od wielu lat piszę o tym i apeluję do różnych obojętnych i jak się okazuje tępych głów. Tak dalej być nie może. Jesteśmy zaślubieni z morzem. Mamy aż 500 km wybrzeża. Ostatnio wiele z gospodarki morskiej rozgrabiliśmy i zniszczyliśmy. Port wojenny na Helu jest jeszcze do uratowania. Ta kompromitacja obciąża nie tylko władze malutkiego miasteczka Hel a nawet i Marynarkę Wojenną – to skandal zaniedbania władz całej Polski, od lat. To powinna być najważniejsza Polska baz wypadowa na Bałtyk, baza marynarki wojennej. Od dziesiątek lat falochrony tej wojennej przystani są rozkradane. Dopiero rok temu ogrodzono i podzielono port.

Różne głupoty władza wciska ludziom: że nie dość przed falą chronione jest wejście, że nabrzeże główne nie jest prostopadłe, ale wypukłe i trudne do cumowania, że teraz ma poradzić sobie z obiektem… Uniwersytet Gdański (!), któremu ponoć połowę akwenu sprzedano, Na marginesie: rybacy, z którymi rozmawiałem, mówili mi, że opieka Morskiego Instytutu Rybackiego była przydatna w przeciwieństwie do tego, co robi teraz „nowy” opiekun, czyli UG.

Rok temu wokół portu wojennego były jeszcze obiekty budowlane w zupełnie dobrym stanie. M.in. pralnia koszarowa, sprzed której to właśnie zabrać miała Lecha Wałęsę do Stoczni Gdańskiej motorówka admirała Janczyszyna w sierpniu 1980. Bo to był skok przez zatokę, a nie przez płot. Ta pralnia – słyszę od przedstawicieli władz miasta – podobno stanowiła niebezpieczeństwo, bo kręcili się tam… menele i moglibysobie krzywdę zrobić. Pamiętam, że jeszcze rok temu trwały tam jakieś prace budowlane. A nawet teren ten stanowił bazę dla historycznych pojazdów wojskowych, bowiem od kilku lat na Helu organizowany jest przez urząd miasta D-Day, taka wojenna zabawa ku uciesze wczasowiczów. Ponoć nawet niewiele kosztuje, bo tylko 80 tysięcy złotych. Zjeżdżają się na nią miłośnicy militariów. Również z Niemiec.

Turyści rzeczywiście liczni przybywają na Hel tylko w okresie wakacji natomiast uruchomienie portu wojennego dałoby zatrudnienie wielu setkom ludzi. Hel ożyłby. To jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce musi być również miejscem do życia mieszkańców. Teraz jest tam wolnych ponad 80 hektarów po zabudowaniach wojskowych, które już rozebrano. Było na Helu Wojsko Polskie. Teraz jest pustka, zrujnowane ogromne zakłady przeróbki ryb, no i właśnie port wojenny do którego prowadzi głębokie na kilkadziesiąt podejście.

Nie gardźmy naszym morzem. To nie tylko wielka szansa gospodarcza ale i bezpieczeństwo dla całej Polski. Panowie i Panie – nowi posłowie i posłanki, pojedźcie na „koniec Polski”, na koniec helskiego cypla. Sami zobaczcie!

 

 

 

Głosowania przed nami. I wybory prezydenckie tuż – STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Prywatna lista kandydatów

Z kimś tam w końcu się poszarpiemy. Wybory – jedne, drugie już niedługo. Prezydenckie niby odległe, za rok, ale to jednak też rychło nastąpi. Dostaję warszawskie ulotki, a w nich obietnice liczne owszem są. Natomiast o kandydatach niewiele albo nic zgoła. To źle. Przecież my tych ludzi zupełnie nie znamy, a portrecik to za mało.

Potencjalnie „prezydenckich” państwowych, partyjnie nadsyłanych niby, znamy do znudzenia, ale ja nie o nich. To będzie lista naprawdę nowych propozycji. Może i zaskakująca, ale – uważam – warta rozważenia.

Trochę o sobie, bo w końcu będzie o propozycjach autorskich z wiodącym założeniem: nie głosujmy na tych, którzy są, którzy są już zbyt długo i znowu pchać się na pewno będą na urząd główny. To jest taka „trzecia droga” naprawdę, nie idźmy nią. Idźmy według zasług, nadziei, w oparciu o kryteria respektowania zasad, typując odważnych, którzy już to udowodnili.

Mała dygresja osobista. Zdarzyło mi się parę razy, że w okolicznościach chamstwa reagowałem gwałtownie. Tak mam, choć wiem, że to nieskuteczne. Dziś jestem dość stary i rzeczywiście z takimi reakcjami dość śmieszny, gdy rzucam się do fizycznej obrony nawet w słusznej sprawie. Już nie te siły i w końcu wszystko i tak kończy się na pyskówce. Robi się śmiesznie i głupio.

To tak jak z dość powszechnym pokrzykiwaniem przedwyborczym. Było wprawdzie dużo czasu, by przedstawić gości chętnych do rządzenia większym lub mniejszym poletkiem – ale nie zrobiono tego, nawet sami zainteresowani czynili to nieśmiało. Choć owszem są wyjątki.

Wykonałem w ostatnich dniach prywatne sondaże telefoniczne wśród znajomych, nadal dość ważnych i popularnych osób. Takich, których cenię i mam dostęp. I cóż wyszło.

Numery 1. i 2.  to profesorowie – Andrzej Nowak i Wojciech Roszkowski.

  1. Konstanty Radziwiłł (mój kandydat szczególnie).
  2. Wrocławianin Władysław Frasyniuk, człowiek naprawdę twardy i inny niż dotychczasowe wyobrażenie o „robotniku, chociaż należy mu zawsze przypominać jak skandalicznie zachował się wobec funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej podczas kryzysu imigracyjnego.

Sprytnie przypomniał się w rozmowie telewizyjnej. Było o szczegółach solidarnościowego „skoku na bank”, czyli wydobycia z komunistycznego skarbca pieniędzy ze składek związkowców tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Dowiedzieliśmy się, jak dolnośląska Solidarność „ukradła” (własne!) – jak mówił wówczas Urban – pieniądze. Nie 80 a 90 milionów złotych. Frasyniuk siedział potem m.in. za to aż 4 lata (!) w więzieniu i jeszcze 10 miesięcy za uderzenie „bykiem” naczelnika zakładu karnego. Działacz sprawiedliwie przypomniał wykonawcę operacji zatrudnionego wówczas w banku – Józefa Piniora, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwiska dyrektora tegoż banku, który przez aż kilka godzin zwlekał z zawiadomieniem policji – ubecji (?). To prawdziwy bohater! – mówił Frasyniuk i przepraszał, że nazwiska zapomniał.

5. mojego prezydenckiego rankingu zdecydowanie Witold Gadowski, świetny dziennikarz, góral-krakowianin, autor świetnych polemicznych książek o komunizmie, służbach specjalnych i Bałkanach.

6. Adam Słomka. Niby przedstawiać tego piłsudczyka nie trzeba, ale warto przypomnieć, że jeszcze za poprzedniej, ostatniej władzy spędzał Boże Narodzenie w więziennym areszcie. Niezłomny w domaganiu się ukarania sędziów – przestępców.

A na 7. miejscu… z ust kobiecych usłyszałem stanowczą propozycję by wpisać również panią byłą premier Beatę Szydło. Więc wpisuję. Dodam – od siebie propozycję również żeńską – Wandy, córki Kraka, która nie chciała Niemca i skoczyła do Wisły. Pozostali kandydaci to profesorzy bardzo ważni i zasłużeni: prof. Krzysztof Szwagrzyk, walczący uparcie o pamięć, odnalezienie i godne pogrzebanie ofiar Wołynia – czego ciągle nam odmawiają – opóźniają Ukraińcy. Kończy moją listę, choć również mógłby być na pierwszym miejscu prof. Wiesław Binienda. Nie tylko za to co zrobił w sprawie udowodnienia smoleńskiego morderstwa, ale i jako przeprosiny za wręcz wrogie i skandaliczne potraktowanie nie tylko przez lewicę i platformersów, ale niestety również przez prawicę. Niestety. Profesor wyjechał z Polski z poczuciem krzywdy. Rozmawiałem z nim. Powiedział: „wszystko co robiłem to nie dla kogoś, to dla Polski”.

Niech kandydatury będą różne – byle byli to ludzie naprawdę mądrzy i z konkretnym dorobkiem, zasłużeni.

Teraz moi rozmówcy mówią – jeszcze czas, zobaczymy po wyborach – samorządowych, europejskich. Jednak czas szybko leci. „Nie stój, nie czekaj – pomóż”. Tak mówiliśmy przed 4 czerwca 1989. I wtedy naprawdę wygraliśmy, wbrew wszystkiemu co potem mówiono. Tyle, że tamto zwycięstwo zostało zmarnowane – ale to już następstwa naiwności i wręcz głupoty. Nie potrafiliśmy obronić się, wyeliminować złych ludzi, którzy egoistycznie działali przeciw Polsce.

Prezydent kraju – to wielka stawka. Nie wystarczy zacny – powinien koniecznie być mądry, silny i stanowczy.

Przekop ciągle nie gotowy, lotnisko „odlatuje”, kopalnie systematycznie zasypywane, huty wygaszone, stocznie zamienione w fabryki słupów wiatrowych (za 25 lat pójdą na złom), statki handlowe zbrodniczo sprzedane. Złodzieje okopali się w podatkowych rajach. Kupę pracy będzie miał uczciwy przyszły prezydent.

Wszystkiego najlepszego.

 

 

Pośmiertny, niestety, obraz niezwykłego dziennikarza kreśli STEFAN TRUSZCZYŃSKI: A … Krzysztofa żal

Zmarł nagle nasz Kolega Krzysztof Sapała. Miał zaledwie 49 lat. Odważny, zdolny i bardzo pracowity dziennikarz – publicysta, reporter śledczy związany z wybrzeżem gdańskim a jeszcze bardziej z wybrzeżem i pomorzem środkowym i szczecińskim. O swoim terenie wiedział bardzo dużo bo od prawie 30 lat tam mieszkał, wojażował, odkrywał ludzi i tematy, żył nieustannie „w biegu”, zawsze bardzo angażując się w to co robił. Bronił pokrzywdzonych, piętnował zło, złodziejstwo, korupcję i nepotyzm. Był w tych tekstach bezkompromisowy.  Owszem, drukowano go w gazetach codziennych i periodykach, ale gdy uparcie kontynuował trudne i niebezpieczne dla reportera tematy, zwierzchnicy stawali się ostrożni…

Słyszał wprawdzie: „to świetny materiał, błyskotliwie napisany”, ale kończyło się tylko na współpracy „wolnego strzelca”  z redakcją bez świadczeń i podstawowych gwarancji stałego zatrudnienia. Etaty były nie dla Krzysztofa. Asekuranctwo redaktorów naczelnych bardzo często blokowało działania tego rasowego reportera.

Ostatnio opublikował na naszym portalu  „Sdp.pl” kilka tekstów o tematyce wybrzeżowej ilustrując je wykonanymi przez siebie zdjęciami, a także wywiad z nowym ordynariuszem diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej – chętnie współpracującym z dziennikarzami – biskupem Zbigniewem Zielińskim. Dziś, gdy publicystyka krajowa charakteryzuje się plemiennym podziałem na dwa wrogie obozy dążenie do obiektywizmu, do prawdy, a nie przynależność partyjna opisywanego osobnika  – Krzysztof był wyjątkiem.

Prawda

Sapała był szczery do bólu. Nie zważał kto słucha, nie owijał w bawełnę. Jasno przedstawiał swoje opinie. Wcale nie były skrajne, choć prawica na pewno była mu bliższa. Mówił o niej głośno, pisał jednoznacznie, nie unikając krytycznych ocen.

Szczecin, miasta, miasteczka, wioski zachodniopomorskiego województwa, Koszalin, Kołobrzeg, Ustka i Darłowo, wreszcie Słupsk, Lębork, Wejherowo – to była jego mała ojczyzna. Tam jeździł, rozmawiał, dyskutował, a potem opisywał tak jak rzeczy się mają. Dobrze wiedział „who is who”, obserwował kłamców i hipokrytów, co innego mówiących z wyborczych podestów, a co innego robiących, ludzi cynicznych, kpiących sobie ze wszelkich reguł, prawa i przyzwoitości. Dogadujących się po cichu z przeciwnikami politycznymi w imię zasady pecunia non olet. Sapała o tym pisał, więc przekręciarze bardzo go nie lubili i zwalczali zgodnie.

Wiatr w oczy

Może oburzą się tym co piszę zarówno prawo jak i lewoskrętni. Ale prawda jest taka, że dobremu, uczciwemu dziennikarzowi, który starał się być niezależnym nikt nie pomógł. Często był bez pracy, ostatnio nawet w znacznym stopniu na utrzymaniu matki. To już tak jest, że nawet najlepsi dziennikarze, gdy wylecą z pierwszej ligi już doń nie wracają. Zmiany polityczne najmniej boleśnie przechodzą koniunkturalne lizuski. Oni się szybko dostosowują. I dla nich jest łaska pańska.

W stolicy więcej jest możliwości a czym mniejszy ośrodek niezależnym dziennikarzom jest trudniej. Po prostu mały jest tam wybór miejsc pracy. Rządzą bonzowie. A taki partyjny przywódca jeśli nawet trafi w końcu do więzienia to i tak szybko spada na cztery łapy. Swojakowi się pomaga. Byli antagoniści szybko zapominają o sporach gdy jest czas podziału łupu i synekur. Klasa polityczna ma się dobrze od lat. Co prawda nie ma ona nic wspólnego ze słowem klasa. Owszem, ludzie ci potrafią kupować sobie dyplomy na szemranych uczelniach, których namnożyło się co nie miara. Potem swoich zatrudnia się po kumotersku na przykład w dobrze płatnych radach nadzorczych państwowych spółek. „Na krzyż” to znaczy ja dam pracę tobie, a ty mnie lub moim pociotkom. Trzeba jednak do tego mieć jakiś dyplom. Humanitarna uczelnia, nawet niedrogo – pomoże.

Pomoc

Krzysztof Sapała pomagał skrzywdzonym i oszukanym. Bo przejmował się ich losem. W Kołobrzegu zniszczono dorobek życia małżeństwu Rowińskich. Najpierw wskutek zmowy gangsterskiej stracili hotel, dom i wszystko co mieli. Na nic zdały się dramatyczne protesty. Pani Urszula tygodniami nocowała w namiocie. Jesienią i zimą przed bramą wjazdową Ministerstwa Sprawiedliwości. Ministrowie wjeżdżali i wyjeżdżali a ona spała przy minusowych temperaturach na miejskim bruku. Nikt nie pomógł. Krzysztof pisał o tym, starał się bronić oszukanych ludzi. Ale nie zdążył ich uratować. Najpierw zmarł małżonek, a potem pani Urszula. Sprawiedliwości nie stało się zadość.

Walka ze smokiem z odrastającymi głowami

Prasa to żadna władza. Ani trzecia ani nawet piąta. Oszuści się dobrze organizują, skrupułów nie mają. Kradzione tuczy. To smutny wniosek. Białe kołnierzyki biegają po korytarzach sejmowych. Teraz przyszli nowi. Jest jak w ulu. Tropią trutnia. Ale we własnym gronie uzurpujących sobie władzę kontrolerów też mają trutni: kto winien? W rozstrzyganiu powinni pomagać dziennikarze. Ale uczciwi i skrupulatni w dochodzeniu do prawdy. Jest w naszym kraju o czym pisać. Ale czasem im także trzeba pomóc. Oczywiście jeżeli są uczciwi, niezależni, bo tylko wtedy są wartościowi i zasługują na miano dziennikarza.

 

Krzysztof Sapała takim był na pewno.

 

Pamiętajmy o nim.

 

Cześć jego pamięci.

 

 

Insurekcja czy polityka? A może jedno i drugie? A Kościuszo patrzy spokojnie Zdj. Pomnik Tadeusza Kościuszki na placu Wolności w Łodzi Fot. HB

Jedność to jedność, ale jak pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Solidarność nie jedno ma imię

Przed 4 czerwca ’89 roku oprócz wielkiej, bo dziesięciomilionowej, Solidarności była i Solidarność Rolników Indywidualnych z centralą w Małopolsce i przewodniczącym Józefem Śliszem na czele. Pamiętam taki epizod, jak w holu gmachu przy ul. Fredry koło Teatru Wielkiego w Warszawie stoi i czeka wielki chłop trochę stylizowany na Witosa – w białej koszuli pod marynarką ale bez krawata, w bryczesach i oficerkach.

Obok ktoś jeszcze – może był to Balazs, Janowski, Szymanderski albo Rayzacher. Szefostwo. Tam i z powrotem przemierzają przez hol niewysocy ale bardzo szybcy i okrutnie zaabsorbowani czołowi działacze panny „S”. Ale nie witają przybyszów z południowej Polski. Nikt się nie zatrzymuje przed nimi. Oni stoją, czekają. Mija kilkadziesiąt minut. Przyjechali do stolicy z Dębicy – o matko – pomyślałem sobie. Byłem tam jako reporter Studia Solidarność, przecież oni za chwilę zrobią w tył zwrot i odjadą. Solidarność rolników indywidualnych pójdzie swoją drogą. Co za organizacyjny bajzel.

Patrzę a tu idzie prof. Geremek, jeden z liderów. Podbiegam: – profesorze przecież to szefowie bratniego związku – wypaliłem. Pan Bronisław aż się żachnął. No oczywiście poszedł, a właściwie pobiegł do gabinetu i przyprowadził wszystkich ważnych kolegów. Sojusz robotniczo-chłopski został uratowany.

Teraz mamy dość podobną sytuację.  Tysiące kosynierów już drugi raz wybiera się do stolicy Polski a Piotr Duda mówi: „Jeśli Solidarność zostanie zmuszona do wyjścia na ulicę to pokażemy…”.

Popierają, ale to za mało. Idzie o przyszłość Polski, o sprawy nas wszystkich. Solidarność powinna być już jedna, jednolita w obronie tego co najważniejsze – tożsamość kraju. Niestety nawet w rolniczym łonie jest podzielona. Nie ma jednego kierownictwa na czele buntu.

Ambicje, przedwczesne bonzowskie obyczaje już dają o sobie znać. Ale przybywa ruchów oddolnych, stają na drogach zapory spontaniczne. Jak to było? „Gdy wieje wiatr historii… trzęsą się portki pętakom”. Zbuntowany powiew już idzie. Władza już wstała z foteli i wychodzi z gabinetów. Ale to wszystko spóźnione obiecanki, cacanki. Są najważniejsze dwie sprawy. I dobrze znane – zielony ład do kosza i zabójczy dla gospodarki import płodów rolnych. Tylko tyle i aż tyle.

Solidarność z przewodniczącym Piotem Dudą to 600-700 tysięcy członków. Bo tyle aktualnie płaci składki. Wielka siła. To nie miliony jak w 1980 roku, ale wystarczy aby powstrzymać działania szaleńców, którzy niszczą to co osiągnęliśmy w ostatnich dziesięcioleciach. Wszyscy razem. Właśnie ludzie pracy z legitymacjami lub bez. Trzeba jednak zatrzymać bieg do niszczenia dorobku a rolnicy nie mogą być samotni.

Ci u góry są z nadania tych z dołu. Tak przynajmniej być powinno. Rządzenie winno być uczciwe. Relacje o tym rządzeniu transparentne do dziesiątego miejsca po przecinku. Afery muszą być nagłaśniane. Media wolne. Era ogłupiania się skończyła. Nowi sprytnie przejmują wszystkie patriotyczne hasła. Modlą się jeszcze gorliwiej i niczego tutaj nie zmienią. Tak będzie. No i oczywiście są sprytni. Płacz i lament, że oni tego robić nie mogą, bo to zdrajcy i sprzedawczycy nic nie pomoże. Życie się toczy. Przekręty muszą być wyjaśnione. Utrzymywanie ich w tajemnicy to kwestia dni a nawet godzin.

Ludzie wybiorą uczciwych polityków, uczciwych niezależnych dziennikarzy. Co prawda nie wiem kiedy to wreszcie nastąpi ale oszustwo nie będzie chronione choć oczywiście trudno to doprowadzić do końca. Minister rolnictwa zapowiadał że wyjaśni sprawę 500 podmiotów gospodarczych zamieszanych w ukraińską aferę zbożową. Nie wyjaśnił, ale i jego już nie ma.

Teraz dowiadujemy się o dyplomach uczelnianych za kilka tysięcy złotych kupowanych korupcyjnie. Było tanio – jak za zboże. Wprawdzie rektor aferzysta ponoć bardzo popularny w warszawskim środowisku siedzi już w pierdlu a jego nazwiska nie można podawać. Nadal jednak cała sieć przestępcza i beneficjenci na wolności, a nawet w sejmie. Obdarowywano się na krzyż stanowiskami i pieniędzmi – ty pójdziesz do rady nadzorczej mojego komunalnego przedsiębiorstwa a ja do twojego. Posiedzenia rad nadzorczych dla tych cwaniaczków to za każdym razem 5 lub 10 tysięcy złotych. Niech sobie wyrobnicy pracują. My jesteśmy lepsza kasta. Teraz prosimy o nazwiska, na cito, bo inaczej mafijnego kręgu się nie przebije, nastąpi blokada informacji i nie dowiemy się kto handlował i jaki był cennik.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Czy stać nas na czekanie aż zaorze nas polityka rolna UE?

Budzą się narody tożsamościowo. A u nas miłośnicy Unii chcą nam i sami sobie ograniczyć władzę. Niemcy, zapłaćcie za krwawe zbrodnie, zrujnowanie kraju, rabunek gospodarczy. Oddajcie dzieła sztuki i bibeloty skradzione Polakom i Żydom polskim, które po dziadkach z Wehrmachtu trzymacie nadal na  półkach etażerek.  Młode pokolenie ogłupione chwilowo ocknie się wkrótce. Na pewno nie będziemy czekać aż cztery lata by doprowadzić do ruiny rolnictwa, by zdecydować  gdzie mają powstać atomowe elektrownie – na miejscu nadmorskiego lasu, czy tam gdzie woda do chłodzenia – np. w Żarnowcu. Nasze lasy i skarby ziemi pod nimi to niezbywalne bogactwo.  Tak jak węgiel – czarny i brunatny. Wara!

Niemieckie wiatraki zabiją miliony ptaków i nakręcą niebotycznie ceny prądu. Na dnie Bałtyku mamy jeszcze ponad 300 wrakowisk z wojny, a za 25 lat zalegną na płytkiej Ławicy Słupskiej i Zatoce Szczecińskiej setki bezużytecznych wież „ekonomicznych” kruszących się tam potem przez dziesiątki lat.

Panie Boże, oświeć tych idiotów, którzy z nienawiści do konkurentów politycznych tak zgłupieli że nie wiedzą co czynią. Nie leczona choroba rozwija się. To rak wylazł ze skorupy i niszczy. Niech na ubitej ziemi spotka się Czarnek z Tuskiem, niech pojedynek pokaże „19.30” i „Republika”. Nie mam wątpliwości kto zwycięży.

27 lutego rolnicy trzymali w rękach biało-czerwone flagi. 6 marca mogą postawić kosy na sztorc. Na co wy, bezdecyzyjni krętacze czekacie? Jeszcze się nowy Bartosz Głowacki nie wykluł a już premier uciekł do Pragi. Polscy rolnicy to już teraz nie tylko chłopi, ale potężni majątkiem menadżerowie i wszechstronnie przygotowani zawodowcy, ludzie ciężkiej pracy. Popatrzcie na nich w telewizji. Oni, tak jak Ślimak, nie oddadzą piędzi ziemi na zatracenie. Orkę na ugorze już wykonali. Ich wielkich traktorów nie zastawicie nawet czołgami.

Panie ministrze Siekierski, czy pan tego nie rozumie? Podjął się pan rzeczywiście trudnej roli, jest pan, jak mówią, nawet sympatyczny, ale to za mało. PSL-owskie szychy nie podjęły się kierowania resortem rolnictwa, bo to dla nich za trudne. Chowają się przed odpowiedzialnością. Oni nie z roli ani z soli. Ich nie boli. Marzą o Brukseli. Jeden z tych „zapowiadających się” pojechał i się roztył. Drugi sprzedał swoich wyborców. Teraz się kręci się jak … w przerębli. Jeszcze pcha się na mównicę, mimo że go już opuścili ci, którzy mu zaufali.

Na ekranach nowe twarze, które zapełniają place i ulice protestu. Posłuchajcie nie tylko co mówią, ale i jak mówią – składnie, zrozumiale i pięknie po polsku. Niestety bywa, że nowa władza nie tylko czeka ale i gwałtownie decyduje. To  z nauki m. in. wspaniałego profesora historyka Andrzeja Nowaka w polskim (jeszcze) radio w I programie przez cztery lata mówił systematycznie kilkaset razy o najważniejszych dla nas sprawach: historycznych i współczesnych. I nagle posadzona na stołku dyrektora pani nazwiskiem Stolarek zdjęła z dnia na dzień, arogancko, bezczelnie i bez uzasadnienia program profesora. Zapamiętajcie ludzie – Paulina Stolarek. Kto jej kazał? Sienkiewicz, Tusk? Ale to pani, pani Stolarek wykonała brudną robotę tak jak te osobniki, które wpychały do nosa rurkę pożywieniową bezbronnemu, torturowanemu w ten sposób człowiekowi. Że takie są przepisy? Ale to nie paragraf, to konkretna ręka hańbi się i pozostaje winna.

Już rolniczy protest nabiera siły. Wiodą go ci, którzy naprawdę żywią i bronią. To naród. Jest jak lawa. Spali padlinę i ochłapy władzy. Już nie będzie „gott mit uns”,, ani żaden Godot się nie przywlecze. Szósty marca – m zbiórka. Warszawa. Stolica Polski. Stolica wszystkich tych, którzy doń przyjadą. Obojętnie, na traktorach, czy nawet na oklep. Rumaki zwykłe i rumaki stalowe. Ulica Marszałkowska jest wystarczająco szeroka a pałace władzy nie są własnością zdrajców i sprzedawczyków. Złotoustych już nie będziemy słuchać. Decydenci podpiszcie: precz z zielonym ładem i z zatruwaniem Polski obcą żywnością. Podpiszcie się pod tym, – obojętnie prawą czy lewą ręką.

 

 

"Ni wyżyna ni równina..." Taka gmina - Głowno: centrum miasta w pow. zgierskim (woj. łódzkie)

Miały nie być polityczne,ale są… pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Taka gmina

Polityku, nie leń się. Zasuwaj ze swoim partyjnym bossem z miasta do miasta. Z gminy do gminy. Jeszcze możesz objechać sporo spotkań i wieców. Mów tym w terenie na kogo mają głosować. Przecież ty wiesz najlepiej kto tam na dole u nich powinien rządzić. Nie stój, nie czekaj – pomóż! Oni chcą tam sobie wybrać najlepszego u nich lekarza, biznesmena, dzielnego strażaka lub mądrego nauczyciela. A przecież wybrać trzeba najspolegliwszego, zasłużonego działacza swojej partii. Takiego z ustalonej drabinki hierarchicznej. On i tak już długo cierpliwie czeka. On się potem zrewanżuje, będzie wierny. I tak zbudujemy cały gmach na glinianych fundamentach.

 

Polityku, zabieraj ze sobą wiernych i oddanych dziennikarzy. Oni to wszystko właściwie opiszą i wytłumaczą ludowi, co i dlaczego trzeba zrobić. Jeszcze pora, jeszcze czas. Drogi w kraju mamy już wspaniałe i polityków też. To nic, że 15 października wyszło jak wyszło. Nie docenialiśmy oddechu przeciwnika. Wprawdzie przegrał, ale się potem zjednoczył i przebił wroga. Też tak trzeba było zrobić na prawicy. Gapy!

 

No, wprawdzie można było inaczej. Po prostu od dawna stawiać na mądrych i uczciwych, naprawdę prawych i sprawiedliwych, a którzy są nimi to widać gołym okiem. Dobrzy i mądrzy nie potrzebują opiekuńczego parasola partii. Brzydzą się działaniem sekciarskim. W latach 70-tych dostałem w Telewizji Polskiej programy, które polegały na rywalizacji między społecznościami miast – były to transmisje na żywo, gromadziły rekordową widownię, a na miejscu wywoływały impuls społeczny – inicjatywy. Dawały radość i dumę z własnego miasta i powiatu, a nawet województwa. Tam, gdzie wygrywałem jako animator tych imprez oczywiście działając zgodnie z tymi, którzy mi zaufali, dostawałem tytuł honorowego obywatela. Mam ich kilkanaście.

 

Gdy się nie powiodło podwijałem ogon. Tak czy owak, to co ludzie w ramach konkursów zrobili dla siebie przecież czynili społecznie. No i dzięki pomocy miejscowej władzy – to wszystko stało się dorobkiem na miejscu. Przygotowanie programu trwało miesiąc. Poznawałem wówczas wiele osób. Oczywiście różnych. Ale wszędzie ujawniali się społecznicy zdolni i przedsiębiorczy. Oczywiście rządziła wtedy „mateczka partia”, ale nie przeszkadzała w turniejach miast. Partyjna łapa nie pchała się między drzwi choćby dlatego, że nie chciała być winna, jeśli miasto przegrało rywalizację.

 

Nadal – choć stary – jeżdżę jako reporter po Polsce i spotykam ludzi wspaniałych. To oni odbudowali kraj, odnowili rolnictwo, uczą, żywią i na pewno Polskę obronią, gdy będzie potrzeba. Wierchuszka kłóci się zażarcie nawet na forum międzynarodowym. A kysz!  Odczepcie się przynajmniej od gminy, od Pcimia, Tuszyna, Stargardu, Łomży, Gorzowa, Kutna, Krakowa, Poznania, Katowic i Łodzi.

 

Teraz też, jak za komuny, władza ma lud pracujący miast i wsi naprawdę w niewielkim poważaniu. Największy obiecywacz, pan Tusk, zręczny piłkarz radzi sobie na estradzie. Gorzej w realu.

 

Gdy zaczynałem pracę dziennikarską w latach 60. poznałem reportera legendę Józefa Kuśmierka. Stale pisał, podkreślał i tłumaczył: ważna władza to ta na dole, to od nich sukces kraju zależy. Niby go czytano i słuchano, ale odsunięty zajął się hodowlą świń. Najkrócej przedstawiając żywot red. Kuśmierka można napisać: pochodził ze środowiska kupiecko-katolickiego, ale poszedł z lewicą w czasie wojny do lasu. Potem nawet do komunistycznej partii. Jednak stalinizm go ocucił, po kilku latach legitymację rzucił i stał się uciążliwym krytykiem władzy ludowej, a nawet członkiem KOR-u. Ponieważ był bohaterem wojennym, uczestniczył w zamachach na Niemców i był rzeczywiście odważnym człowiekiem. Szedł przez całe życie swoją drogą, a właściwie jeździł, wojażował, bo jako reporter z krwi i kości nie siedział na stołku, ale zawsze był w terenie. W 1987 roku pisał: „Prawa ekonomiczne nie są piękne ani brzydkie, ani sprawiedliwe, ani niesprawiedliwe. Prawa ekonomii rozróżniają tylko jedno – czy praca przynosi zysk czy straty. (…) Czy znamy ludzi, czy znamy kadry gotowe podjąć się działalności zgodnej z tymi prawami? Pierwszą cechą inteligencji jest szukanie wyjścia z każdych niesprzyjających okoliczności, a nie poddawanie się tym okolicznościom. Mamy rozmazgajoną inteligencję. Mamy rozdygotaną własnymi sprzecznościami – opozycję czepiającą się wspomnień, próbującą wskrzesić to, co wskrzesić się nie da, bo po prostu minęło. Mamy za to bardzo liczną i przez to groźną armię ludzi wykształconych w posłuszeństwie i potakiwaniu. (…) Po rozbiorach Wielkopolsce groziła absolutna germanizacja. To śmiertelne zagrożenie zmobilizowało tysiące i dziesiątki tysięcy bezimiennych dziś działaczy gospodarczych, którzy uratowali dla Polski tę najbardziej polską i najbogatszą z dzielnic. (…) Właściwi ludzie rodzą się we właściwej atmosferze. Od tego jaką atmosferę uda się stworzyć wokół tych ludzi, taką będziemy mieli kadrę i taką przyszłość”.

 

Może i Kuśmierek jest dziś anachroniczny, a co mamy dziś? Nie ma zaborców, ale sytuacja jest podobna ze strony Unii Europejskiej. Jeśli dobrowolna Wspólnota się nie rozleci to ubezwłasnowolni społeczeństwa, które ją wymyśliły. O niczym innym zresztą były „Kraj Rad” nie marzy. Przynajmniej roi to sobie jego morderczy władca.

 

Dziś reporterzy siedzą przed komputerami. Telewizje, radia, inne media mamy już podwójne, wrogie sobie. Wprawdzie słychać nawoływania by politycy odczepili się od mediów, ale kolejni ich nowo mianowani szefowie a także ci odsunięci nie potrafią stworzyć niezależnych medialnych bytów. Mało tego – wymyślają „trzecie drogi” pomnażając w ten sposób czynowniczy stan. Obajtek odkupił od Niemców koncert prasowy Polska-Press. I dobrze, że odkupił. Ale nie kupił zaplecza redakcji. 16 tytułów w całej Polsce nie osiągnęło wiele. A przecież niektóre gazety wychodzą na terenie wielomilionowych aglomeracji. Dlaczego mają tak niskie nakłady? Zaledwie kilkunastotysięczne. Dlaczego nie stworzono tam dobrych zespołów. Dlaczego przyjęto takich a nie innych naczelnych? Dlaczego zdarzają się redaktorzy, którzy rządzą na raz kilkoma tytułami? Przykładem koronnym jest „Dziennik Bałtycki”. Do tego typu terenowych gazet wpycha się odgórnymi decyzjami ogólnopartyjne przekazy propagandowe. Tak samo jest z regionalnymi ośrodkami telewizyjnymi i radiowymi. Centrale zmieniają tylko swoich przedstawicieli, którzy, owszem, dobrze się zapowiadają i na tym sprawa się kończy.

 

Mówi się tylko – ratunek w sprywatyzowaniu. Ale nie może to być uwłaszczenie kapitału wrogiego tubylcom. A tak się dzieje. To powinno być wzmocnienie, dofinansowanie choćby przez reklamy państwowych firm. Np. małych lokalnych telewizji, które bez takiego wsparcia sobie nie poradzą. To są ważne media. One powinny przedstawiać ludzi do wyborów władz miejscowych.

 

Obiecanki unijne dzielą się na blokowania przedwyborcze, aby doprowadzić do upadku narodową władzę i na obiecywania gruszek na wierzbie (płaczącej), które to – te gruszki – będą spadać obijając się bardzo a potem przyjdzie za nie bardzo drogo zapłacić, bo to żadna darowizna a tylko pożyczka. Czekaj tatka latka, jedz importowane, sprowadzone towary używaj, wiezione będą na obcych statkach, przeładowywane w obcych portach a wy prywiślańscy będziecie mieli szansę na zlewozmywakach. Chłopi przestańcie orać i doić, bo wasze krowy wydalają za dużo gazów. Lotnisko to będziecie mieli w Berlinie. A po zreperowaniu bałtyckiej rury (co jest bardzo proste) odbierać będziecie ruskie  paliwo okrężnie z Niemiec, gdzie struktura odbiorcza  Nordstreamu jest już całkowicie gotowa i kosztowała Niemców bardzo wiele. Oni tego nigdy odpuszczą. Te dwie dziurki w Nordstreamie zreperuje się za pomocą wymiany niewielkiego segmentu. I popłynie z powrotem, to co wynika z niemiecko-ruskiego układu. Handlowej floty nie kupimy, choć to na świecie jeden z najlepszych biznesów, a o zbudowaniu statków u siebie (Polskie Linie Oceaniczne miały ich 174 a teraz mają… 2, zapomnieć trzeba, bo zniszczono infrustrukturę a fachowcy wyjechali… Ostatnio zbudowaliśmy naprawdę świetne nabrzeża portowe, rozbudowaliśmy miejsca do cumowania statków, wykonaliśmy bardzo ważny przekop – tylko nie wiadomo po co, śmieje się obywatel Donald Tusk. Trampkarz futbolowy jednak się zasapie. Może przyjdzie nowy już w kamaszach skórzanych. Europejską armią, której jeszcze nie ma porządzi facet o historycznym nazwisku. Kim on naprawdę jest. Reklamowano go być może przesadnie z ministrem Ławrowem a teraz – i to dobrze – wygłosił słuszną i odważną mowę na międzynarodowym forum. Brawo panie Sikorski. Ale tylko za to.

 

Marszałek bez generalskiego szlifu bardzo sprawnie a nawet wesoło prowadzi obrady parlamentarne. Tyle że głównie na tematy zastępcze. Licytujemy się w prognozach czy urosną znów płoty i bariery. Czy więcej będzie na etacie silnych chłopców do eskortowania delikatnych ministrów?  Tak się dziać będzie aż do pierwszego strzału. Potem już wiwatów nie będzie. Sukcesy aborcyjno-antykoncepcyjne wyprowadzą tłumy szczęśliwych kobiet na radosne manifestacje. Już nie będzie ordynarnych wrzasków z dachów samochodów. Nikt nie będzie rzucać mięsem, bo nasze panie skrzętnie będą liczyć, czy wystarczy na obiadowe dania?

 

Prezydent Warszawy uruchomi wielkie hodowle egzotycznych robali, zieloni ochłodzą się wiatrakami a niektóre z tych gigantycznych słupów mają mieć ponad 100-metrowe skrzydła, ale tylko25-letnią gwarancję. Co potem stanie się z tym złomem? Może sprzedamy Chińczykom?

 

Ugory zamienią się w pustynie. To też dobrze – dlaczego mamy mieć tylko jedną – Błędowską? Zawsze nam Unia pomoże, a NATO obroni. Na co więc się zbroić i żołnierzy szkolić? Przecież pan Siemoniak cudem powrócił do władzy. To okazuje się dobry planista, strateg a może nawet prorok. Dlaczego zresztą mamy tylko 100-osobowe ministerialne grono? Przecież można zatrudnić więcej. Więcej też będzie luksusowych limuzyn na ulicach. Tak jak w Moskwie, gdzie tłuste biznesowe koty Putina, wskutek zatorów w ruchu ulicznym, muszą fruwać helikopterami w śmigłowcowym stadzie. Nic to, że zatruwają. My ograniczymy CO2.

 

Gdy wreszcie skończy się wojna, rusko-amerykańsko-holendersko-ukraińska pszenica popłynie do nas wartkim strumieniem. Samowystarczalne – kozie mleko jest zdrowe – chłopskie gospodarstwa będą wreszcie bezproblemowe. Uratują nas z kłopotów banki światowe bazując na polskim wkładzie z rajów podatkowych. Wreszcie będzie gut a nawet very good. Tylko komu będzie dobrze?