Czy będzie zamiana kandydatów? Wieszczy to STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Tusk wykopie Trzaskowskiego

Patrzę i widzę to jasno. Tusk w końcu wykopie Rafałka. – Nie sprawdziłeś się synku Muszę ratować sprawę. I dlatego to ja w końcu będę kandydował i oczywiście wygram – mógłby powiedzie ć prezydentowi Warszawy premier. A co na to platformersi? Przyjmą woltę choć z zaskoczeniem to jednak z potulnym zrozumieniem.

Ściągną tak jak poprzednio wielotysięcznym tłumem w Aleje Ujazdowskie, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście,  wypełnią Plac Zamkowy. Tak będzie! Przekonacie się o tym sami, bo tak to jest z tuskami. Argumentacja pana Donalda  nie będzie nawet zbyt duża. – Nie oddamy prezydentury polskiej.

„Nie chcem, ale muszem” – powtórzmy za dawnym sloganem Wałęsy.  Oddani i wystraszeni  dziennikarze „!9:30”, „TVN i pokrewnych mediów wyjdą ze skóry, aby z przekonaniem dogłębnym i osobistym zaangażowaniem tłumaczyć, że tak trzeba. Inaczej bowiem bokser i koleś ludzi z półświatka przejmie władzę. A do tego dopuścić przecież nie wolno. Nie ważne co pan Tusk mówił o swoim niestartowaniu w wyborach. Ważne co teraz trzeba zrobić. Rafałek Trzaskowski się zasapał.

Ciekawe za to jak podziękuje Tusk obecnemu prezydentowi Warszawy, jak go przeprosi za numer  który niechybnie mu wkrótce wytnie. Wiadomo jednak, że zdrada i kłamstwo to zachowania normalne, to chleb powszedni. Ten najbardziej ze wszystkich polityków wykrętny i sprytny, elokwentny  na pewno sobie poradzi.

Euroentuzjaści powiedzą w dwóch językach: – Ja, ja natürlich. To jest słuszna decyzja i nasz idol ratuje w ten sposób naszą partię, nasz sojusz międzypartyjny no i nas wszystkich. Zusammen. Popatrzcie ludkowie co trzeba robić… I tym razem Donald Tusk wam powie. Jarosław Kaczyński w szranki nie stanie, to przecież rozważny polityk i wygłupiać się nie będzie. Zresztą zobaczymy. Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy.

Ktoś powie że to szalone prognozy. No może, zobaczymy. Piszę co myślę. Kleksy niosą ci co rządzą mediami. Jeśli w ogóle mnie wydrukują. Rozwinę prognozę. Czy dyrektor IPN-u z małym dorobkiem póki co będzie miał szansę w walce z politycznym tuzem – Tuskiem? A to już zależy w dużej mierze od pana doktora Karola. Jeszcze jest czas by przedstawił się jak najszerzej społeczeństwu. Najskuteczniejszą formą są bezpośrednie wizyty i spotkania z ludźmi. Z dnia na dzień widzimy, że z tym jest u pana Nawrockiego coraz lepiej. Potrafi mówić i przekonywać a potencjalni wyborcy coraz liczniej przychodzą go słuchać. I to jest właśnie bardzo ważne, jeśli chce się wygrać wybory.

Wygra więc? Tak, jeśli nabierze pewności siebie, pewności, przekonania, że to on właśnie zostanie prezydentem Polski. Jeśli jak w hippice przy skoku na koniu przerzuci się duszę i ciało przez przeszkodę to koń przeskoczy.  Pan Karol ma wielu doradców. Ale ten nawet wybitnie naukowy tłumek za niego sprawy nie załatwi. Ludzie przychodzą na spotkania i uważnie słuchają, przyglądają się. To ich trzeba przekonać. Oni musza uwierzyć w szczere intencje  kandydata, jego determinację, która potem pozwoli skutecznie działać.

Wiara czyni cuda. Wiadomo. Pierwszy obywatel Polski musi być mocny. Mięśniami też, ale przede wszystkim mądrą głową. Przydałyby się pojedynki telewizyjne, na żywo.  To sprawdzona forma rywalizacji, by ludzie zobaczyli na własne oczy i usłyszeli na własne uszy who is who. Tusk dyskusji przed kamerami się nie przestraszy. W tej konkurencji jest bardzo pewny siebie. Ale Donald Tusk nagadał już bardzo wiele. Wystarczy przypomnieć liczne obietnice. Był tupet i nadal jest zupełny brak wstydu.

Dziś w natłoku słów wszystko zapomina się szybko. Bajanie zastępuje kolejna fatamorgana. Ludzie jednak łykają nadal obietnicy bo zawsze przyjemniej myśleć, że będzie lepiej. Ludzie nie patrzą na jakich mizernych podstawach te zapowiedzi są czynione. A politycy wiedzą że i tak nie będą odpowiadać za błędy. Najwyżej stracą stołki, synekury.

Oczywiście każda sprawa, każdy przekręt jest inny. Jeśli jednak lawina obietnic płynie niepowstrzymanym nurtem trzeba się po prostu puknąć w głowę Gadanie w nieskończoność się znudzi Tak myślę. Czerwone światło już się zapaliło. Będzie najprawdopodobniej tak jak z pewną panią kilka lat temu. Platforma ją wystawiła i odwołała, rzekomo na jej wniosek.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dlaczego warszawiacy nie lubią Paderewskiego?

Zacznijmy od pytania – zdziwienia: dlaczego IGNACY JAN PADEREWSKI nie ma w Warszawie porządnej ulicy swego imienia? Jeden z trzech ojców naszej niepodległości 1918 roku, wielki patriota, światowej sławy pianista siedzi sobie wprawdzie na fotelu w parku przy Alejach Ujazdowskich, miał statek pełnomorski swojego imienia. Jest obecny w wielu miastach na tabliczkach ulicznych – tylko nie w stolicy. Czy to niedopatrzenie czy karygodne zaniedbanie.

 W 1924 roku, gdy opuszczał Polskę, Poznań pożegnał go godnie, wielką fetą i ze wzruszeniem. A Warszawa, do której z Poznania pojechał jeszcze przed wyjazdem z Polski w ogóle prawie nie zadała sobie trudu by uhonorować wielkiego Polaka. Owszem, kurtuazyjnie ale skromnie przyjął Go prezydent Wojciechowski. Ale elity warszawskie nie dostrzegły, ze Paderewski opuszcza Polskę. Czym się naraził?

Kupił przecież najwspanialszy warszawski hotel przy Krakowskim Przedmieściu – Bristol. Oczywiście koncertował. Przychodziły tłumy. Kochały się w pianiście kobiety a jego wspaniałą czupryna to był jedyny w swoim rodzaju znak rozpoznawczy. No właśnie, ale co było potem? Potem były różne klęski związane z Paderewskim.

Zacznijmy od ostatnich. Otóż niedawno, kilka lat temu zlikwidowano bardzo ważne choć nieduże Muzeum Ignacego Jana Paderewskiego w warszawskich Łazienkach. Bardzo ważne eksponaty porozprowadzano w różne miejsca. Współpracownicy ówczesnego dyrektora Łazienek mówią mi, że profesor walczył by muzeum utrzymać, ale nikt mu nie pomógł.

Jeszcze gorzej postąpiono z hotelem Bristol. Oczywiście w latach 70-tych ubiegłego wieku dawno już nie należał do naszego wielkiego rodaka ani jego rodziny. Był w coraz większym stanie. Sprzedano go chyba Anglikom, choć to dziś na pewno nie wiadomo co się komu sprzedaje. Przebudowali.

Tak się złożyło, że ostatnią noc przed ostatecznym zamknięciem hotelu spędziłem właśnie w Bristolu, już częściowo „remontowanym” czyli rujnowanym. W czasie ego demontażu oglądałem stosy wspaniałych metalowych łazienkowych przedmiotów, kranów, mydelniczek, obudów etc. Myślę, że to wszystko rozkradziono.

Byliśmy – ja dziennikarz i Wojciech Święcicki z Krakowa, piosenkarz wtedy popularny  – ostatnimi gośćmi balującymi prywatnie w jednym ze wspaniałych salonów. Częściowo siedzieliśmy na gruzach. Ochrzciliśmy w ten sposób dość sowicie zabytek, a właściwie wyprawiliśmy mu stypę.

Ale wróćmy do klęski hotelu Bristol. Niby teraz jest bardzo piękny. Przyjrzyjcie się mu lepiej. Zadrzyjcie głowy do góry stojąc przed nim i cóż widzimy. Otóż na całym dachu Bristolu znajduje się metalowy … kurnik blaszany, srebrny, świeci w słońcu i szkaradnie niszczy zabytek. To jest kompromitacja konserwatorów,  architektów i w ogóle władz Warszawy. Kto do jasnej cholery na to się zgodził? Konserwatorzy, pracujący w znajdującym się naprzeciwko Ministerstwie Kultury – przecież chodzicie codziennie przed hotelem chyba że jeździcie wyłącznie samochodami. Spójrzcie w górę! Dobrze, że Paderewski tego nie dożył.

Ulicę można nazwać, muzeum z powrotem założyć, ale czy dach hotelu, ponoć jednego z najważniejszych zabytków Warszawy da się uratować? Nie wiem. Pan Ignacy Jan w grobie się przewraca. Warszawiacy przeproście się z mistrzem, współtwórcą naszej Niepodległości. Wówczas będzie wam wolno słuchać polonezów w jego wspaniałym wykonaniu.  Poznaniacy się z was śmieją.  A przecież jedną mamy Polskę.

 

 

O fatalnym losie artystów pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pas de deux dla ubogich

Przyszedł do mnie młodzieniec wyjątkowej urody i mówi: „Chciałem być tancerzem tak jak mój ojciec, ale 15 lat temu te łobuzy przy obracaniu Ministerstwem Kultury zabrały nam emeryturę”. Od lat ponoć trwa bój by ją tancerzom przywrócić. Bo przecież nie mogą tańczyć w balecie do 65 roku życia. Tłumy urzędasów dostają pieniądze bo rzekomo 'o nas walczą’. Ale guzik prawda. „Więc nie pójdę do baletowej szkoły chociaż w Polsce mamy pięć znakomitych, bo potem ja i moje dzieci będziemy żebrać…”

 Idzie po czerwonym dywanie minister kultury rzekomo, jeden za drugim. Wspinają się po pięknych schodach Teatru Wielkiego. Idą na balet. Siedzą potem w miękkich pluszowych fotelach i klaszczą. Piękny balet wyszykował naczelny choreograf pan Pastor. A jeszcze większe zasługi ponoć ma pan Dąbrowski – dyrektor całości. Wspaniały repertuar choć coraz skromniejszy. I tylko nikt nie dba o tych na dole tancerzy. Co z nimi będzie. Ministrowie kultury przychodzą na spektakl zadowoleni, gromkie oklaski, wręczanie medali. Ale zatroszczyć się o tych, którzy przepracowali tu całe zawodowe życie to już nie łaska. To las ludzi. Ponad dwa tysiące osób jest pozbawionych od 15 lat środków do życia.

Jak można odpowiadając za kulturę państwa skazywać artystów zasłużonych na nędzę, na głodowe chałturzenie, na upokorzenia? Na bezsilny płacz i rozpacz. Tancerze to szczególnie delikatne stworzenia. Bo taka jest sztuka taneczna, którą z wielkim oddaniem, z wielką pasją, siłą woli i męstwem wykonywali. Póki mogli harowali, to nie była zwykła praca. To był codziennie wylewany pot, nieustające ćwiczenia i napięcie na spektaklach.

Kochali to co robili więc trwali przy tej tyradzie. Byli też kochani i nagradzani przez zwykłych ludzi, którzy walili do Teatru Wielkiego tłumnie, bili brawo i podziwiali. Ale to wszystko nagle się skończyło bo takie są prawa biologii. I nic nikt na to nie poradzi. Nie mniej dalsze przyzwoite życie artystom się należy. Życie godne. Tak jak dzieje się to w cywilizowanych krajach. Ale nie u nas. Gdy zabrano emerytury tancerzom w  2011 roku Unia Europejska decydowała o przedłużeniu ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych z 50 do 70 lat od chwili publikacji utworu. Tak właśnie dba się o ludzi zdolnych.

Do pałaców sprowadzili się ludzie niegodni i rządzą. Pojawiają się tam nawet czasem ładnie uczesane typy i typki ale wkrótce gdy przejdą pod bramą przy kordegardzie zmienia się ich dobrotliwe oblicze. Co się z tymi ludźmi dzieje? Sprzedają za bezcen krajowe klejnoty jak choćby „Polskie Nagrania. Jeżdżą po Polsce tam i z powrotem  po to, aby ukazać swoją osobę, jakby nie wystarczyło jej telewizji. Notable się cieszą z wizyty władz, ale ludzie śmieją.

A tancerze? Od 15 lat dostają guzik nawet bez pętelki. Figę bez maku i na pewno bez pasternaku, bo nikt tej małej grupy ludzi, gdy skończą pracę, nie dostrzega. Urzędnik ma emeryturę. Dyrektor, minister nawet niezłą. Tancerzowi zostają zdarte baletki i wielki żal.

Dobry Boże, zanim ci zatańczą za niebieską bramą daj im trochę pożyć. To piękni ludzie. Nadal smukli, przystojni i szlachetni.

Pas de deux zróbcie a potem zdjęcie przed lustrem i wyślijcie decydentom. Można dołączyć zdrowaśkę choć wątpliwe czy pomoże. Tancerze wszystkich krajów łączcie się. Ale co możecie zrobić? Nie wiem.

 

 

STERFAN TRUSZCZYŃSKI: O Tusku, który niszczy Polskę

Mówią że jest Niemcem, a może to jest po prostu diabeł. Diabeł wcielony. Z wielokulturowego Gdańska buntującego się w XVII wieku przeciwko Polsce; ze strzępów fal i tłustej ryby, z zielonych glonów i rzęsy w Zatoce Puckiej, ze śladów czarnych kormoranów, co połowę tego, co zjedzą zaraz wyrzucają; z dziadka z Wehrmachtu, a wcześniej być może z prapradziadków licznych na Ziemi Bełchatowskiej w XVI i XVII wieku; a może wywodzi się z Motławy płynącej pod żurawiem gdańskim, tam gdzie gaworzył w niemieckim języku w polskiej telewizji?

 Kim jest ten obywatel rządzący w Polsce przez trzy dni w tygodniu. Miał kopę kędzierzawych blond włosów na głowie a teraz mu chudy kosmyk zakrywa łysinę. Majewski (Michał) i Reszka (Paweł) napisali o nim trzystustronicową książkę.Trzynaście lat temu. Tytułując „Daleko od miłości”. Rzeczywiście dość daleko. Choć 15 października naiwni ludzie dali wyraz uwielbienia dziwnego i niespodziewanego stojąc nocą w długich kolejkach do urn.

Miłość

Tak było. I nie da się zaprzeczyć i nie warto się dziwić, bo PiS przespał sprawę. A tuskowi ludzie ciągle w ogonkach wyborczych czekali. Mówili prawnicy, że tak nie można, ale kto by tam słuchał… Miłość nie jedno ma imię.

Majewski – Reszka kilkanaście lat temu napisali:  „Z chłopaka w krótkich spodenkach stał się bezwzględnym graczem. Donald Tusk. Kim właściwie jest? Czy z cygarem w ustach, całowany w policzek przez współpracowników wydaje wyroki na dawnych przyjaciół – Schetynę, Drzewieckiego, Rokitę? A może jest wizjonerem, do którego polityka nie dojrzała”.

I jeszcze jeden cytat z tego samego źródła: „Nie ma jednego Donalda Tuska. Raz jest naturalny i spontaniczny, a potem jest produktem PR-u, któremu słowa dyktują sondażowe słupki. Czasem apodyktyczny i nieugięty. Innego dnia gra brata-łatę. Bywa intelektualistą, a później luzakiem z podwórka, który potrafi kląć na czym świat stoi.  Który jest prawdziwy?  Każdy!”

Rzeczywistość

Jak długo trwać będzie ta zabawa? Chyba trzeci raz już się nie powtórzy. Młodzi sprzed roku założą rodziny, będą musieli płacić podwójnie za światło, w ogóle za prąd, za używki i rozrywki. Znudzą się im gęby plotące w kółko obiecanki cacanki.

Wiatraki na lądzie i morzu uschną bez wiatru. Słoneczko marniutkie szklanych elektrowni nie nagrzeje. Atomówka dla nas to fatamorgana. A żarnowieckie betonowe silosy – chłodziarki mające łatwy dostęp do wody z Bałtyku zarosną sitowiem. Dawno, dawno temu szybko wybudowano w gdyńskiej Chyloni hotele dla  atomowych załóg. Teraz też błyskawicznie wycięto drzewa na zaplanowanych atomowych terenach. Ale tylko tyle zrobiono.

Powrót do przesłości?

Oj Tusku, Tusku, tyś z Wybrzeża, z Gdańska, który niejednokrotnie stawiał się przeciwko Polsce. Czy teraz mieszkańcy Wybrzeża i całego kraju postawią się Donaldowi premierowi? Ten z Waszyngtonu triumfuje, ten nad Bałtykiem tonie. Grożą już nam rosyjskie okręty, które uciekają z syryjskich akwenów. A marnuje się od lat wspaniały port wojenny, który wybudowaliśmy tuż przed wybuchem II wojny światowej na cyplu helskim. Niemcy, kiedy go na krótko zdobyli w czasie II wojny światowej trzymali tu u-boty. Zaleta tego w pełni wybudowanego portu to fakt, że w kilka minut obrończe okręty, w tym podwodne mogą zagrozić nieprzyjacielowi drogę na Bałtyku. Mogą błyskawicznie wyjść na pełne morze, bo droga wyjściowa, głębokości tu występujące i cały port chronione są falochronami od strony Zatoki Puckiej.

 

To marnotrawstwo woła o pomstę do nieba.  Podobnie jak cała nasza gospodarska morska – rybołówstwo, przemysł stoczniowy, sprzedana za bezcen flota handlowa. Jeszcze w 1989 roku Polskie Linie Oceaniczne miały 174 pełnomorskie, nowoczesne statki, Polska Żegluga Morska ponad setkę wspaniałych transportowców. To była nasza duma. Flota handlowa, w większości zbudowana w polskich stoczniach. Gdzie są pieniądze za te statki? Dowody sprzedaży i podpisy sprzedawczyków łatwo odnaleźć.

Przyszłość niejasna

Panie Tusk, przestań Pan mizdrzyć się do narodu, najwięcej czasu poświęcając na turystykę Gdańsk – Warszawa i z powrotem. Jeśli tak bardzo lubisz podróże wybierz się Pan do Honolulu lub na Pernambuco. Wystarczy.

Panie Schnepffowa i Oracz  nie zagadają rzeczywistości, choć powiedzą – przeczytają wszystko co im się każe. Przypominają dawno już zapomnianych – Falską, Kozerę i innych miłośników stanu wojennego. One też znikną – nagle tak jak dziennikarze do specjalnych poruczeń przed laty. Będą musiały schować się gdzieś głęboko i nie pokazywać już nigdy ludziom.

Panie Tusk, jakież to będzie Pan miał hasło w historycznym podręczniku. Teraz dla polskich uczniów klasy VIII napisali podręcznik „Europa nasza historia” panie i panowie – Brückman, Huneke, Kohla, Peters, Schalz i Schröder.

Aufidersein.

 

Stefan Truszczyński

 

 

To tekst nie na Adwent, ale… trzeba to przeczytać – STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bździągwa

Czy bździągwa musi byś stara i paskudna? Nie. Wcale nie. Bździągwa może być młoda i urodziwa. Bździągwa to głowa, szare komórki albo ich brak. Na podręczniku historii dla polskiego licealisty  powinno być napisane „Nür für Deutsche”. Bo to Niemcy dla  Niemców ten podręcznik napisali i nam wciskają. Eliminują sprawy dla Polaków ważne i drogie.

„Nie jestem Polką, jestem Europejką” – słyszę od młodej, która w życiu jeszcze nic ważnego nie zrobiła. Ale oczywiście głosowała na Platformę. Stojąc w długiej nocnej kolejce do urny.

Po 13 grudnia 1981 tysiące, takich jak ona, młodych ludzi, dla chleba i przeciw czołgom na ulicach, wylądowało na zlewozmywakach Londynu i Paryża. Teraz już doczekali się dobrej pracy. Bo większość to bardzo zdolni ludzie i pracowici. Oni nad Wisłę już nie wrócą. Nikt ich zresztą do tego nie zachęca – tu tu są kłótnie i spowolniony rozwój kraju.

Wielkie zakłady przemysłowe przestały istnieć i tak naprawdę nikt nie zamierza ich odbudować. Bo to potencjalne niebezpieczeństwo gromadzenia zbyt wielu niezadowolonych albo i wściekłych. Mogą wyjść na ulicę. Owszem, pracować dla Niemca, Holendra lub Szweda mogą. Módl się więc człowieku i pracuj. Tak jak było w wierszyku Barańczaka: z domu do pracy, z pracy do domu i tak w kółko.

Ale tym się rządzący nie przejmują. A związki zawodowe dawno już zapomniały o swoim obowiązku, że są dla ludzi, a nie ludzie dla nich.

Ładnie odbudowaliśmy nasze zachodnie ziemie dane nam na otarcie łez przez jałtańską trójkę. Zadecydował Stalin. Teraz Polaków straszy Putin. I jest on w tym straszeniu morderczo wiarygodny. Bo Rosjanie atakują bombami, Zachód broni się gadaniem i obiecankami. Na zachodzie nie ma poczucia, że jest to blisko tuż, tuż. My mamy nasze rodziny, nasze dzieci pod czułą ręką. Ale niszczymy ład własnoręcznie.

Pojawił się blond anioł z urody, ale to przybysz zagłady. Bo to, co stanowi rdzeń społeczeństwa chce zniszczyć, zapaskudzić. To wiedza, historia, tradycja nasza polska, nie niemiecka. Reszta ludu znad Wisły patrzy na to tępo. Zastygli w bezruchu jak postacie w „Weselu” Wyspiańskiego. Ot – wyjdą sobie najwyżej na spacerek. Podrepczą, a może nawet pokrzyczą.

Ponury dziś gmach w Alei Szucha będzie znienawidzony powtórnie, tak jak w czasie okupacji. Potem grzecznie wypełniający polecenia urzędnicy będą się wypierać tego, co zrobili. Przecież wszyscy są odpowiedzialni. Trudno, czasem trzeba porzucić paskudną robotę. Tylko z czym zostaną nasze dzieci i młodzież? Z niemiecką wiedzą o polskiej historii?

Przetrwaliśmy ponad tysiąc lat a teraz grupka szaleńców, zaprzańców chce nam mówić i uczyć jak szanować naszych bohaterów, na kogo wychowywać uczniów? To ma być również wiedza jak traktować dzieci, wiedza która nawet malutkim ma mówić o seksualizmie i masturbacji. Ktoś zwariował. Nowe zboczenie się pojawia – pedagogiczne.

Blondynka o nawiedzonym umyśle i obłędnym wzroku osadzona została na edukacyjnym tronie i zamienia tę ważną katedrę w pośmiewisko. Mamy naprawdę wspaniałych nauczycieli, profesorów historii, humanistyki.

Toteż tych, co się kłaniają nie naszej historii i kulturze rzućmy do luku statku towarowego morskiego, niech zabierze ich z Polski. Na przykład do Niemiec. Mają niedaleko. Hamburg, na przykład. to piękne miasto europejskie! Jedźcie sobie tam i zostańcie. Będziecie odwiedzać byłą ojczyznę. Bez wiz.

Polska złożyła się z powrotem w Niepodległość. Z ludzi trzech zaborów. Teraz też nas wystarczy. Bardzo dużo mamy lasów, wody, w tym aż 500 km wspaniałego piaszczystego, łatwo dostępnego wybrzeża. Na razie, i to w ostatnich latach, flotę handlową istotnie zmarnowaliśmy, ale na pewno odbudujemy. Najpierw wynajmiemy statki, a gdy zarobią na siebie znowu staną się w pełni polskie. Kopalnie odgrzebiemy. Huty na powrót rozpalimy. Koleje będą jeździć jak trzeba, a samoloty gdzie się da. I będą zarabiać również na cargo.

Mamy w historii wzory odbudowy choćby powojennej. Mamy bohaterów powstań, ale i bohaterów heroicznej mądrej, dobrze zorganizowanej pracy. Ruski satrapa ciężką łapą zabierał nam dużo, ale i to naród wytrzymał – a przedtem gehenny łagrowe, obozy koncentracyjne i mękę stalinowskich więzień. Nie wszystkich zbrodniarzy ukarano. Doszły nowe straszne zbrodnie. Na każdym polu, w każdym narodzie pojawiają się chwasty. Do końca nie wiadomo skąd to się bierze. Najpewniej z braku wychowania, wykształcenia a może i z robaczywej genetycznej świadomości.

Pluskwa wychodzi małą szparą. Gryzie i krew sączy. Środki zaradcze dawno już wymyślono i są łatwo dostępne. Ale trzeba chcieć pozbyć się pluskwy. Paskudztwo się rozplenia, a to zupełnie nie nasze zwierzę. To towarzysz wszy i świerzbu. Wystarczy dezynfekcja. Wiedza owa jest powszechnie dostępna. Nie trzeba jej kupować wraz z dyplomami na fałszywych uczelniach, które gromadzą oszustów i cwaniaków, nawet wysoko utytułowanych. Pozamiatajmy.

I pamiętajmy o tym, że nasze dzieci, następne pokolenia muszą przetrwać, jako przedstawiciele naszej judeochrześcijańskiej kultury, naród polski, którego nie zniewolono nigdy. Zatem i teraz, kiedy (1 grudnia 2024 r.) m.in. rodzice protestują przeciwko politycznej poprawności w szkołach, przeciwko manipulującej młodym człowiekiem ideologii twz gender i LGBT +, musimy po prostu bardziej jeszcze kochać dzieci nasze i nie nasze…

 

 

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Lechu olał!

Usiedli wielce zasłużonym rządkiem. Wszyscy (no?) bardzo zasłużeni. Rocznica bardzo ważna. Tylko Lecha zabrakło.

Dlaczego prezydent Lech Wałęsa nie siedzi tu w pierwszym rzędzie. To przecież solidarnościowa rocznica. Owszem jest Piotr Duda, przewodniczący aktualny. Chodzi o to co to teraz za związek. Kto ich słucha skoro się podzielili i dzielą dalej.

Zasłużony, prawdziwy górnik, znany powszechnie tak jak ci najważniejsi, mówi mi: nas starych „solidarnościowców” szanują, ale tych obecnych nienawidzą. Duda mówi, że zapraszał, że ma nad biurkiem portret Lecha. Rzeczywiście, wielka łaska. Proszę pana, pan do historii nie przejdzie.

Ale wróćmy do Wałęsy. Obraził się, czy ma rację?

Były rzecznik, nadal przyjaciel Lecha, mówi mi: „powiedział nie, nie przyjdę, taka była jego decyzja”.

Lech Wałęsa nie był królem Polski. Ale to jego zna cały świat. Pamiętam w Zambi, gdzie robiłem film o polskich misjonarzach, w 1993 roku, siedziałem na skrzyniach wielkiego dodge’a z workami sproszkowanego mleka. Rozwoził je ksiądz Wojciech, młody misjonarz biorący udział w akcji dożywiania finansowanej przez organizacje humanitarne. Koszulka mi wypadła z ręki i poleciała za samochodem. Przy drodze stał chłopczyk, podniósł i zaczął biec za nami. Klepnąłem w dach kabiny. Stanęliśmy. 10- może 14-letni chudziutki murzynek wyciągnął rękę z tiszertem.

– For you – powiedziałem. Aż podskoczył z radości. Chłopczyk pokazał palcem na naklejkę na drzwiach samochodu, biało-czerwoną.

– Bolanda? – zapytał.

– Yes. Bolanda – Polska.

– Walesa?

Zatkało mnie. Żar lał się z nieba, bo to był czerwiec, ale zrobiło mi się jeszcze cieplej. Ten mały wiedział: Bolanda – to Walesa.

                                               *                     *                     *

Sporo napluli na Lecha. Teraz go Piotr Duda zaprasza na krzesło. A on – nie!, nie chce. Czy można się dziwić? AK-owcy mówili, że z każdym rokiem przybywa im w organizacjach kombatantów. Teraz już nie. Siedzą w pierwszych rzędach zasłużeni starsi ludzie, obok nich harcerze. Tych tolerują.

A dzisiejsza władza? Niech się pokłoni, ale już nic nie gada. Bo to w ich ustach zdarte do cna komunały. Nie robić dzisiejszym bonzom reklamy. Znamy tych ludzi aż za dobrze. Oni jak zawsze – od wyborów do wyborów.

Słyszę: „ja już siódmą, ósmą kadencję piastuje”. Ale co żeś dziadu zrobił naprawdę? – pytam. Sprzedałem 170 statków PLO, rozwaliłem do cna Stocznię Gdańską, zdekatyzowałem gdyńską, roztopiłem stalowe piece Chorzowa, Bobrka, popłynęły lawą przez sprzedany kraj, ze szmalem do teutońskiej kieszeni. – Ja już mam immunitet n-ty raz. Mogę sobie bezkarnie popijać jak burmistrz Płocka, rozwalać wypasione samochody jak Macierewicz, zakładać partie i dzielić je następnego dnia.

O wy służebnicy pańscy co wstydu nie macie i biegacie po korytarzach zaprojektowanych przez profesora Pniewskiego. Usiądźcie na chwilę i pomyślcie po co właściwie jesteście. Rzygać się chce na to wasze tokowanie.

Każdy człowiek robi również głupie rzeczy. Ale robić ciągle głupio to już przesada. Miała być reindustrializacja, a został tylko przekop na Mierzei Wiślanej. Miała odżyć szczecińska stocznia a została zardzewiała morawiecka stempka okrętowa. Mesjasz Tusk, pogromca PiSu nie wie co robić. Jedyny program jest taki jak Gierka: zadłużyć się. Stoczniowców z 1980 poklepywać kordialnie, ale broń Boże nie odbudować wielkich zakładów przemysłowych – bo znowu zbiorą się robotnicy w zbrojną kupę i zbuntują. Chłopi póki co marnują paliwo i jeżdżą do Warszawy, gdzie ich minister chowa się pod urzędniczym biurkiem.

Jeden Duda, drugi Duda. Przecież im już nic się nie uda. Się popierają. Ale jeden odejdzie, bo takie są terminy. A drugiego wywiozą, zostały mu tylko groźne miny. Lech Wałęsa ze swojego domu na Polanki miał niedaleko. Może i wysłali mu samochód, ale nie wsiadł tak jak do admiralskiej motorówki, która 1980 przywiozła go z Helu do gdańskiej stoczni. Bo tak było.

Ale potem było wspaniale. 10 milionów solidarnościowców obroniło kraj. Teraz nie potrafili uratować nawet jednej huty. Dziady kalwaryjskie. Grubasy fotografujące się natrętnie w solidarnościowym tygodniku.

I oni chcieli uprzejmie poklaskać Wałęsie?

Czekamy na kolejne pokolenie. Może ono zrozumie, że trzeba naprawdę bronić Polski przed krową-Europą i zalewem nachodźców-uchodźców, przed zalewem spapranego taniego zachodnio-korporacyjnego zboża z Ukrainy.

Porzućmy mrzonki o unijnej mamonie, nie spadnie z nieba, porzućmy nadzieję na 4-dniowy tydzień pracy. Zauważcie, nie tylko w czasie wakacji, że mamy 500 kilometrowe wybrzeże, porty, resztki stoczni i wielu fachowców od morza, którzy chwilowo (mam nadzieję) wyemigrowali za chlebem. Bo choć tu wydano na ich kształcenie miliony – obcy eksploatują ich wiedzę.

Śpiewano: „Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni, wróćcie do domu, skończona walka…” Nie, właśnie nie skończona, bo inaczej bez sensu byłoby, że Janek Wiśniewski padł.

A Lech słusznie nie przyszedł. Olał was!

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zanim zatonie będzie nieprzejezdna

Po moim felietonie o Gdyni sprzed kilku dni, dostałem telefony i maile. Znajomi dziennikarze, a także nieznajomi dotychczas mieszkańcy Gdyni zwracają mi uwagę, że pat urzędniczy w mieście to mniejsze zło niż doprowadzenie miasta do stanu komunikacyjnej zapaści.

Wokół śródmieścia rosną dzielnice, a właściwie już małe miasteczka takie jak Sokółki, Wiczlino, Chwarzno, Zielenisz. Ulica Chwarznieńska, która do nich prowadzi jest totalnie zapchana w dodatku w nieustannej, dziadowsko prowadzonej przebudowie. Gdynia się dusi. Dusi się, bo tzw. ulicę Czerwoną buduje się od trzech lat, a to arteria, która MA odciążyć trasę przez ulicę Śląską i Czerwonych Kosynierów. Komunikacja w Gdyni to problem numer jeden. Trudno pojąć dlaczego tak zaniedbano tę sprawę. Może drogowców wygryźli deweloperzy, bo ci i owszem maja naprawdę wspaniałe sukcesy.

Mało tego, szykuje się już na jesieni budowa rzeczywiście wspaniałego, nowego osiedla mieszkaniowego, u wlotu to miasta od strony Redłowa. Kiedyś stał tam znak „Uśmiechnięta Gdynia”, wielka plansza, która witała wjężdżających do miasta. Rzeczywiście po zapchanym Gdańsku i ograniczonym drogowo Sopocie, Gdynia była bez korków i witała swoimi szerokimi ulicami pojazdy z całej Polski. Miasto się dusi i podobno nie zanosi się na szybką poprawę, ponieważ lobby budowlane najwyraźniej nie rozumie potrzeb mieszkańców.

Nowe wielkie osiedle w rejonie Wzgórza Maksymiliana Kolbe zapowiada się rewelacyjnie. Będzie miało ponoć jeden z najwyższych domów mieszkalnych w kraju – aż 120 metrowy. Za kilka miesięcy być może zacznie się budowa.

Deweloperów trzeba szanować, o ile postępują zgodnie z prawem. Bo to oni mają pieniądze na inwestycje. Oni też dają ludziom pracę i oby zawsze z sukcesem kończyli rozpoczęte budowy. Wszystkim – powodzenia.

   ***

Gdynianie, słychać, że protestujecie przeciwko tradycyjnemu już w mieście triatlonowi, bo zakłóca życie miasta. Ale to tylko przecież jeden dzień w roku, a reklama na całą Polskę. Gdynianie, chyba nie doprowadzicie do takich ewenementów jak obecnie w środku sezonu rozwalenie jezdni, głównej przelotówki w Sopocie. Po wojnie nazywała się ona imenia Stalina. I tak jak wtedy – teraz już 20 października, a potem Al. Niepodległości – jest główną drogą przejazdu przez miasto. Jak to się stało, że miejscowa władza prowadzi remont na tej arterii gdy trwa największe letnie obciążenie?

Szanowni radni, dogadajcie się – zarówno ci młodzi, jak i weterani wyborów gdyńskich. Ci których mieszkańcy nie wybrali niech się nie mszczą na wyborcach, bo będzie to tak jak w porzekadle „na złość mamie odmrożę sobie uszy, albo zrobię w portki”.

Gdynianie, patrzą na Was ci, którzy Gdynię stworzyli i kochali, których pomniki stoją przy 10 lutego i Władysława IV – premier przedwojennego rządu profesor inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, a także wspaniały obrońca robotników ksiądz proboszcz Hilary Jastak.

Gdynia to miasto z morza, a nie z głupoty i źle pojmowanej ambicji wybrańców.

 

Alarm nadmorski podnosi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Gdynia tonie!

Wkrótce na ulicach pięknej polskiej Gdyni pojawią się plakaty z napisem: „Szczurku wróć!”. Wróć, bo skłócona obecna władza topi miasto.

Zarządzał 26 lat. To oczywiście bardzo długo. W kolejnych wyborach głosowały na niego dominujące ilości mieszkańców. Bił pod tym względem rekordy kraju. Wojciech Szczurek szedł jak morska burza od wyborów do wyborów w Trójmieście. Ani śp. Adamowicz z Gdańska, ani Karnowski z Sopotu nie mogli się z nim równać, zresztą nawet w kraju inni prezydenci miast popularnością nie sięgali mu do pięt.

Prezydent Gdyni pełniąc przez wiele lat funkcję przewodnika miasta był na pewno postacią niezwykłą. To taki wzór jak metr z Sevres – solidarnościowe korzenie, dobrze wykorzystany okres samorządowego terminowania u charyzmatycznej działaczki „Solidarności” stanu wojennego a potem prezydent Gdyni Franciszki Cegielskiej, pracowitość, partnerskie ralcje z mieszkańcami, skromność, również w kwestii mieszkaniowej. Unikanie blichtru i puszenia się na oficjalnych uroczystościach. Gdy dowiadywał się, że będą to pompy z udziałem prezydentów Trójmiasta – nie uczestniczył – po prostu.

Po odzyskaniu suwerenności kraju w 1989 roku Gdynia mogła być porównywana do Gdyni międzywojennej, choć to może byłaby przesada. Bo tamta eksplozja inwestycyjna pod wodzą Eugeniusza Kwiatkowskiego i współpracowników nigdzie w Polsce już się nie powtórzyła.

Na to miasto powstałe z morza – dzięki pracowitości autochtonów i tych, którzy przyjechali tu za chlebem – wybrano znakomite miejsce z głębokim dostępem Bałtyku poprzez Zatokę. W rekordowym tempie zbudowano port i miasto. Wieczna chwała budowniczym.

Szkoła Morska, Dworzec Morski, dworzec kolejowy, sąd, poczta, kościołym budynki dowództwa Marynarki Wojennej, Urzędu Morskiego, wielkich organizacji przemysłowych, linii oceanicznych, banków, wreszcie ogromne magazyny portowe, bunkry obronne, falochrony – to wszystko w Gdyni ma smak, urok, praktyczną przydatność.

Potem była germańska zemta na Gdynianach za to, że ośmielili się stawić gospodarczo czoła hanzatyckiemu Gdańskowi – zbrodnia na Kaszubach w Piaśnicy, wielotysięczna wywózka Gdynian.

Po roku 1945 odradza się polska Gdynia. Wydobyte zostają trupy niemieckich okrętów, rozminowane drogi wodne i baseny portowe, na nabrzeżach wstają dźwigi. Wracają do swojego ukochanego miasta Gdynianie.

Jeszcze nie wiedzą, że czeka ich w grudniu 1981 jaruzelsko-kiszczakowa zbrodnia na stoczniowcach i portowcach za to, że protestowali przeciwko wyzyskowi ludzi pracy. Noc stanu wojennego. I radość 4 czerwca 1989 roku.

Duch do działania odrodził się ze zdwojoną energią. Polska wychwalała ludzi morza  – stoczniowców, portowców, „kolebkę” Solidarności, ale wkrótce ją i gospodarkę morską zniszczyła – przez nieudolność i zakłamanie. Elity władzy oddały władzę za… uwłaszczenie i wyczekiwaną unię z wymarzonym zachodem. Tak było.

Po ruskiej zależności byliśmy suwerenni. W Gdyni też zostaliśmy samorządni. Ale sprzedano statki handlowe (PLO miało ich 174, teraz ma dwa!) i zamknęliśmy, zredukowaliśmy stocznie.

W Gdyni wybrano dobrze – energiczną i popieraną przez mieszkańców prezydent Franciszkę Cegielską, a po niej właśnie Wojciecha Szczurka – wkrótce wieloletnią samorządową gwiazdę. I tak było przez ćwierć wieku.

Nie wszystko jednak się udało. Np. ambitne i wydawało się realne plany posiadania własnego lotniska pasażerskiego. Był i jest wspaniały, dogodny i bardzo bezpieczny teren pod Gdynią na płaskowyżu oksywskim. Ale samotna samorządowa władza nie podołała w walce z biurokracją centralną i europejską. Stłumiono gdyńskie ambicje.

Nie odbudowano także utraconej wskutek poleceń Unii Europejskiej wielkiej, nowoczesnej i ogromnie wydajnej stoczni (samochodowce, gazowce). Pracowała dla Polski, nadano jej nazwę Komuny Paryskiej, nazwę zmieniono – na „Gdynię”. Miastu Gdynia i jej mieszkańcom podcięto korzenie – z 16 tysięcy stoczniowców ocalało tylko kilka tysięcy w zakładzie produkującym jedynie segmenty statków. Ale dobre i to. Bo inne wielkie stocznie zlikwidowano.

Błędy robiło też miasto. W śródmieściu ambitni i zaradni deweloperzy nadmiernie zagęścili przestrzeń miejską, nie poradzono sobie z problemem parkingów. Gdynianie uznali, że Szczurek się wypalił! I zamknął w ratuszu niczym w wieży z kości słoniowej.

Fakt, że nic nie zrobiono i to prawie przez 40 lat z rozwalonym ośrodkiem rekreacyjno-basenowym. Redłowska Polanka. Zniszczono obiekt i zostawiono piaszczyste wyrobisko w miejscu, które każde miasto uznałoby za dar natury. Bo otoczone leśnymi drzewami. Przy wspanialej leśnej dolinie. Było tu wielkie i popularne niegdyś kąpielisko nad skarpą brzegową tuż na zatoką, sięgające plaży i wody.

To mój najpoważniejszy zarzut wobec byłego prezydenta Gdynia – Szczurka.

        ***

Ostatecznie wybory przebiegały pod dyktando ludzi, którzy obiecali koalicję. Koalicję właśnie przeciwko długoletniemu prezydentowi. I wygrali. Wybrali młodą, ładną ale zupełnie niedoświadczoną w samorządowych bojach radczynię prawą Aleksandrę Kosiorek.

Sukces? Guzik prawda, bo zaraz przyszła klęska – komitet nowej prezydent Gdyni, mimo że nazywał się „Dialog” nie został poparty w głosowaniu na radnych.

I zaczęło się. Z ławek rezerwowych podnieśli ludzie, którym wcale nie chodzi o miasto. Im chodzi o prywatę. Mijają miesiące, pat trwa. Widomym znakiem jest nie dogadanie się radnych w sprawie wyboru wiceprezydentów. Nastąpiły kłótnie o stanowiska, m.in. skarbnika i inne intratne posady. Wprawdzie jeszcze się w ratuszu nie biją, ale wzajemnie blokują.

Prezydent ma jednego doświadczonego samorządowca, który w poprzedniej Radzie Miasta był jej przewodniczącym. Pozbył się go Szczurek. Kosiorek na nim się oparła i wybory wygrała. Ostatnio Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski przez kilka miesięcy był felietonistą pisząc na łamach Dziennika Bałtyckiego. Objawił się jako błyskotliwe pióro i rzeczowy znawca problemów miejskich, samorządowych. Pan Zygmunt uznał jednak, że wystarczy mu rola doradcy prezydenta miasta. Nie ma najwyraźniej większych ambicji. Albo też czai się i czeka, bo rzeczywiście mógłby być prezydentem miasta. Na razie siedzi w małym pokoiku i nie wychyla się, gdy inni podgryzają si e wzajemnie.

Tymczasem z poprzednio utajnionymi ambicjami, objawił się teraz inny radny Tadeusz Aziewicz (znany działacz PO). I on i forowany przez niego syn Dominik to główni antagoniści prezydent Gdyni. Obejrzałem ostatnio wywiad w Telewizji Gdańskiej z młodym Aziewiczem. Dziennikarz lokalny dał przykład wasalskiego poddaństwa. Jedyne czego dowiedzieliśmy się to, że nowa prezydent ma otwarte drzwi dla mieszkańców a za Szczurka tak nie było. Wzajemne uśmiechy osłodziły ten antyprogram – nic o sprawach budowlanych, a zanosi się na dalszą, znaczącą rozbudowę osiedli mieszkaniowych, nic o stoczniach, nic o Polance Redłowskiej, nic o problemach komunikacyjnych o wleczącej się budowie tzw. „czerwonej drogi”.

Jeśli walka radnych zmieni się w permanentny bojkot wzajemnych propozycji, jeśli szczuć będą na siebie i najwyraźniej kultywować zasadę im gorzej tym lepiej dążąc do obalenia kobiety, którą wybrali – miasto straci impet rozwoju, stanie się terenem zaminowanym politycznie i społecznie.  Gdynia zacznie tonąć. Tak, tonąć, choć nie w morzu, ale przez głupich ludzi.

Może ratunek jest w deweloperach gdyńskich – na czele Andrzejem Boczkiem, który wybudował wiele wspaniałych domów w ostatnich dziesięcioleciach. Może to on zajmie się Redłowską Polanką. Ponadto zainteresowali się tym wołającym o pomstę do nieba zaniedbaniem oligarchowie – Krauze i Solorz. Redłowska Polanka czeka na zmiłowanie prawie już pół wieku.

Presydent Aleksandra Kosiorek zaczęła dobrze. Spotkała się m.in. z piłkarzami Arki Gdynia, na boisku. Ładnie się przedstawiła i obiecała nawet, że obiekt sportowy Redłowska Polanka odbuduje. To trochę porwanie się z motyką na słońce. Gdynia choć ciągle bogata sama sobie nie da rady.

Dobroczyńcy z innych miast na pewno nie myślą o Gdyni. Jak zwykle takie obiecanki – cacanki to tylko po to by jeszcze zarobić. Gdyni strzec muszą Gdynianie. Ślady tego pozostały na wzgórzach nad właśnie Polanką Redłowską w postaci czterech ogromnych dział dalekosiężnych zainstalowanych przed wybuchem wojny. Te działa to fantastyczne zabytki, ale jedno już spadło ze skarpy i leży u podnóża wzgórza. Hańba, bo leży od kilkudziesięciu lat.

Od pewnego czasu przebąkuje się o budowie w Gdyni portu kontenerowego. To gigantycznie przedsięwzięcie miałoby wyjść poza główki portowych falochronów w Zatokę. Byłaby to konkurencja dla wielkiego hubu kontenerowego powstającego w Gdańsku. Zamierzenie porównać można do dokonań 20-lecia międzywojennego. Brawo! Ale czy przy obecnych tendencjach antyinwestycyjnych w kraju będzie zrealizowane? Jest to zadanie na wielką ogólnokrajową inwestycję. Musi jednak towarzyszyć temu troska samorządowców zjednoczonych a nie skłóconych.

Nadzieje wzbudza to co zrobiono w sprawie inwestycji portowych dokonanych w ostatnich latach. To sukces zarządzających Urzędem Morskim i dyrektorów portu w Gdyni. Kolejny po Przekopie Wiślanym, a także po wybudowaniu tunelu w Świnoujściu.

Można było. Ale niestety jest obawa, czy to sie nie skończyło? Nie ważne teraz kto chwali się przy końcówce inwestycji tymi dokonaniami. Niech się chwali. Nawet tym co zrobili inni. Najważniejsze, że budowy powstały.

Zwracam się więc do radnych w Gdyni. Poskromcie swoje ambicje. 242 tysiące mieszkańców wam zaufało. Daliście się wybrać kokietując, że utworzycie koalicję. Dajcie więc poparcie nowej prezydent albo przywołajcie z powrotem Szczurka, nad którym zlitowano się w Sopocie dając mu około 2 tysięce złotych miesięcznie jako doradcy inwestycyjnemu miasta.

Śmieszno i straszno: i tu polecę za Brzechwą nawiązując do jego wierszyka ze sławnym cytatem, kiedy to kapusta mówi:

 

„Moi drodzy, po co kłótnie,

Po co wasze swary głupie,

Wnet i tak zginiemy w zupie!”

 

 

 

Dlaczego nie ma headhunterów w dziennikarstwie? – pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Głowa i pasja

To kadry decydują o wszystkim. Pętają się – od zawsze – po Woronicza, po Malczewskiego, po Brackiej tysiące ludzi. Zarabiają grosze ale trzymają się tonącej deski – pracy, bo inaczej skazani byliby na wegetację. Przecież tak naprawdę gdy wylecą z mediów nie bardzo potrafią podjąć pracę w nowym zawodzie. Owszem powinni zostać „zaopatrzeni” proporcjonalnie do tego jaki był ich wysiłek zawodowy i rezultaty.

Firmy medialne muszą mieć paliwo. I takie na rynku jest. To zdolne i chętne łumy młodych, którzy wyobrażają sobie dziennikarski świat w barwnych kolorach. Takich kandydatów nie brakuje, ale trzeba wyszukać.

Nie każdy jednak może być dziennikarzem, choć to wcale nie jest zajęcie bardzo trudne. Łatwo jest zauważyć, ocenić czy klient na żurnalistę w ogóle się nadaje. Ludzie, którzy prowadzili zespoły redakcyjne są z prawie maksymalnym prawdopodobieństwem sukcesu dostrzec to nawet po krótkiej rozmowie. Trzeba jednak, by robili to praktykujący zawodowo fachowcy.

„Nie matura lecz chęc szczera zrobi z ciebie oficera” i… przyjmowano przede wszystkim ideowo zaangażowanych. Jeśli byli ogólnie rozwojowi – mieli pamięć, potrafili myśleć szybko i logicznie, jeśli szybko się uczyli. Oczywiście prostactwo i brak wiedzy dawało opłakane skutki. Tak było z inżynierami NOT-owskimi, którzy w przyspieszonym tempie dostawali dyplomy i potem dopiero na budowach – knocąc – uczyli się zawodu. Żurnalista nie jest w stanie być aż tak wielką psują. Może oczywiście namieszać, ale to ulotne i niewiarygodne.

Młodzi, by w ogóle się załapać walczą przymilnie. Ale wyżej pleców nie podskoczysz. Nie dała bozia wzrostu, urody i jest od razu trudniej. Goguś, cwaniak, protegowany ma na starcie handicap. I właśnie ktoś powinien fachowo na wstępie kariery oceniać szanse. Szkoły dziennikarskie tego nie robią. Im zależy przede wszystkim by mieć jak najwięcej „łebków”, bo studenci płacą czesne. Namnożyło się takowych „uczelni” co niemiara. Poziom jest żenujący. Oszukuje się tam młodych – obiecankami typu PR, a nawet kupnymi dyplomami.

Kłamczuch nigdy nie powinien być dziennikarzem, bo to tchórz i szkodnik. Leń to marnowanie pieniędzy, siedlisko podłości, nepotyzm i nudy. To naprawdę cechy łatwo dostrzegalne. Wytyka się błędy głupim panienkom, bo są łatwo rozpoznawalne. Ale to nie one są problemem. Owszem śmieszą naiwnością nadrabiając urodą. Później lecą na botoksie, intrygach, podejrzewa się je o różne rzeczy.

Najskuteczniej naukę pobiera się mając odpowiedniego mistrza. Mistrz nie będzie tracił czasu na redakcyjnego durnia lub lenia. Rozwiązanie redakcji telewizyjnych w TVP przez „pampersów” uczyniło wielkie szkody w instytucji. Ustała praca u podstaw, zdrowa rywalizacja zawodowa w zespołach, wreszcie miejsce do dyskusji i twórczych sporów. Potem zresztą nie było lepiej…

Dziennikarze piszą, robią programy. Who is who widzi każdy. Zapisano tomy o etyce, etosie i misji. A to jest tak, jak w anegdotach o starym wydawcy, który odłączając spinacz od kartek z tekstem rzekł „tylko ten spinacz ma wartość”. Jest kilka prostych zasad:

Adept sztuki dziennikarskiej musi być przekonany, że łgać nie może. Nie tylko w społecznym ale i własnym interesie. Powinien wiedzieć i odczuwać to fizycznie, że kłamiąc wykrzywia mu się gęba i ludzie to widząc kpią. Jeśli daje się wykorzystywać traci osobowość, traci szansę na jej zdobycie, na uwiarygodnienie. I na pewno ma potem moralnego kaca.

Headhunterzy wszystkiego nie załatwią. Ale ułatwią poszukiwania. Dziennikarze często waląc głową w mur załamują się i odchodzą z zawodu. Mimo, że są dobrzy dają się skusić na stanowiska – np. ambasadorów, rzeczników prasowych. A przecież to zupełnie inne zawody. Idą tam i na ogół rozgoryczeni szybko wypadają z gry.

Dziennikarz jest bliski pisarzowi. Tym bardziej, że np. u nas literaci są coraz słabsi. A zamiast pisać książki naparzają się cepami (w Gdańsku rozwalono zasłużony dla literatury związek, w ogóle po co istnieją tak liczne związki literatów, powinien być jeden, najwyżej dwa, do tego grozi w Warszawie zabranie Domu Literatury).

Dobry pracowity reporter wie, że zanim usiądzie do pisania musi wszystko pieczołowicie sprawdzić, dołożyć maksimum starań. Przede wszystkim jest zobowiązany odpytać, dać głos adwersarzom, wszystkim stronom, decydentom i ofiarom. I dopiero potem może sam oceniać.

Do tego wszystkiego potrzebna jest pasja i wiara, że ważne jest to co się robi. Wielu młodych na szczęście tak ma, jednak trzeba ich dostrzec.

 

 

O sprawach fundamentalnych znowu przypomina STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Piękno i głupota

Oglądajcie wyścig pokoju – Langa! Tak, wyścig Czesława Langa, bo to ten Pan zrobił i nadal robi. Dzięki niespożytej energii dziś niemal 70-letni były kolarz a teraz znakomity menadżer jest człowiekiem wielkiego sukcesu. Brawo! Bravissimo! Trasa, którą co roku on i jego współpracownicy wymyślają się zmienia po to by pokazać piękno Polski – to najwspanialsze udekorowane cudami natury obrazy naszego kraju. Taka jest Polska. Patrioci widzą to i radują się. Nigdzie za granicę się nie wybierają na stałe. Nie przejmują się głupotami, które głoszą rodzimi „Europejczycy”: – Ja nie jestem Polką – mówi młoda kobieta – ja jestem Europejką.

A bądź sobie czym chcesz – w Polsce, u Niemców, Francuzów, Hiszpanów, a nawet w muzułmańskim świecie. Na pewno jeszcze zatęsknisz i zapłaczesz. To nie żadna megalomania narodowa. Kocha się rodzinę, kocha się swój kraj, Ojczyznę. Bo stąd nasz ród, rodzice, dziadkowie, nasza historia i nasz kościół. To normalne. Kochanie inaczej jest możliwe, ale nie jest przymusowe.

Looknijmy na Anglików. Jak podchodzą do suwerenności? Nawet gdy Wielka Brytania dzieli się na krainy. Francja błysnęła na Igrzyskach Olimpijskich. I jest teraz dumna i doceniana. Gdy przemawiał szef Komitetu Organizacyjnego, kiedy na niego popatrzyliśmy i posłuchaliśmy, jasne stało się dlaczego tak wspaniale wypadły IO 33. Olimpiady. Jacy ludzie ją zorganizowali i przeprowadzili. Kiedyś Andrzej Zawada – śp. nasz znakomity taternik, alpinista, himalaista i organizator zwycięskich wypraw – powiedział mi: „Ich ken drinken, ich ken dancen, aber nigdy mit zasrancen (to tak jak teraz wszyscy gadają – kolokwialnie).

Powiedzcie mi ludzie dlaczego serwują nam przed oczy właśnie takich… byle jakich, którzy nawet na pierwszy rzut oka  pokazują kim naprawdę są? Czy to tak trudno wybrać? Przecież wielki wybór w naszym wielkim kraju jest. Wybór coraz większy. Coraz mądrzejszy, lepiej wykształcony i dorodny.

Wybory nie były przeprowadzone przez niezależne media. To partie narzucały kandydatów. Ludzie – obywatele odegrali rolę bierną, byli  zmanipulowani i ograniczeni w swoich decyzjach. TAK NIE POWINNO BYĆ. Do mediów powinni zapraszać niezależni dziennikarze. Od ich sumienia, etyki, a przede wszystkim prawdziwie zawodowych umiejętności powinno zależeć kogo się przedstawia głosującym. A wybór jest ogromny.

Wybierający to powinni być redaktorzy pracowici, fachowi. Wówczas sobie poradzą. Nigdy nie powinien tego robić dysponent polityczny, a właśnie odpowiedzialny redaktor telewizji, radia, bo one mają największy wpływ na wyniki wyborów. Oczywiście powinno się wybierać ludzi mądrych, mających coś do powiedzenia. Ględy i pyskacze niech przemawiają na partyjnych zbiegowiskach. Tamtejszy bełkot powielany ustawicznie to tylko samozadowolenie i pocieszanie się ludzi występujących w kupie z myślą, że znaczą więcej niż znaczą naprawdę. To szkodliwe i bezowocne. Ale zaślepieni tego nie widzą.

Ukaranie polityka ostracyzmem jest gorsze dla niego niż grypa a nawet niż covid. Gdyby dziennikarze współpracowali ze sobą dałoby się załatwić odmownie kłamców, cwaniaków i zwykłych złodziei. Przecież wszyscy dobrze wiemy kto jest kto. Lenie chowają się pod fotelami, bezczelni zakłócają obrady, lizusy okradają, ślinią się na widok szefów i wdzięczą obleśnie. Czego się nie robi w polityce sejmowo-senatowej. A przecież to tylko ciało ustawodawcze. Pracy tam nie widzimy. Owszem – kłótnie, blokowanie spraw ważnych i popisy, gdzie nie dominuje siła argumentu a siłą demagogii.

Piękna Polska cała. Bory, rzeki, góry. I wieś dorodna i zasobna coraz bardziej. Tylko ta Wiejska nam nie wychodzi.  Kiedyś marszałek Piłsudski rozpędził bractwo, któremu prywata i woda sodowa uderzyły do głowy. Dziś nie ma jeszcze takiego przywódcy. Myślę, że się w końcu znajdzie. I nie będzie to „Europejczyk”. Każdy z tamtych nie jest w stanie rządzić u siebie. Chcą tylko słuchać. A sojusze i suwerenność trzeba wypośrodkować.

Polacy nigdy nie powinni zbytnio ufać, że im ktoś pomoże. Jeden jest daleko, inni sami są po prostu słabi. Popatrzmy jak przymierzamy się do atomu. To co wymyślono mądrze – Centralny Port Komunikacyjny – to chcemy teraz psuć. A do tego sprawy morza, stoczni, floty handlowej, węgla, hut, czy nie widzicie marnotrawstwa, prywaty i zachłanności, ingerencji lobbystów obcych państw? Owszem, dużo wypasionych aut śmiga. Ale one zardzewieją. Tak samo jak po 20 latach słupy elektrowni wiatrowych. To zły pomysł. Mało wydajna produkcja energii. Nie ma jej gdzie magazynować. I do tego wiatry niepewne są.

Na szczęście mamy ciągle jeszcze węgiel, o który nie dbamy, tak samo jak nie dbamy o górników i oszukujemy ich nadal. Kto za to odpowie? Tych, którzy to dziś robią już nie będzie – zostaniemy z kosztami, długami, z ręką w nocniku. Beznadziejne głupie komisje sejmowe będą się zbierać, mądrale z coraz groźniejszymi minami będą pokazywać władzę. Nikt się tym oczywiście nie przejmuje, co dało się zauważyć dzięki występom śmiesznych przewodniczących komisji dochodzeniowych. Kury – jak powiedział Piłsudski – im szczać prowadzać… a nie w poselskiej ławie siedzieć.

 

 

 

 

 

Polityczna wróżka alfabetyczna STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Za rok będziemy wybierać…

To poważna sprawa. Może i najpoważniejsza. Zastanówmy się więc rzetelnie kto ma być Prezydentem Polski. Jest jeszcze czas. Rozważcie – proszę – nazwiska mojego alfabetu wyborczego.

 

A

– jak Ardanowski, Jan Krzysztof, długo się wahał i mimo szykan tkwił wiernie, aż się zbuntował.

B

– jak Bocheński, Tobiasz, mówi – „dobre wychowanie nie oznacza braku skuteczności”, wygląda świetnie, osobiście na niego stawiam.

C

– jak Czarnek, mam do niego pretensje, ale tylko za jedną sprawę, kiedy był wojewodą lubelskim, sprawę zresztą już naprawioną, bo powtórny pochówek wyrzuconego z grobu partyzanta w Chodlu wreszcie po 2 latach uroczyście się odbył.

D

– jak „duży chłop”, np. Marek Pęk syn bojowego niegdyś rolnika i posła Bogdana, może młody się ocknie, rozrusza i będzie lepszy od ojca. Albo Jakub, Radomir Kumoch obecny ambasador w Chinach, przedtem w Szwajcarii – zna nie tylko języki europejskie ale i arabski, chiński.

E

– jak… elektroluks, czyli kto to wszystko posprząta.

F

– jak Frasyniuk, Władysław, 4 lata w ciężkim więzieniu, twardziel z sukcesem gospodarowania, szkoda, że obraził funkcjonariuszy Straży Granicznej i żołnierzy.

G

– jak Glapiński, Adam, strasznie go nienawidzą platformersi chyba dlatego, że jest dobry.

H

– jak Horała, może przynajmniej CPK powstanie zgodnie z planem pierwotnym, a nie głupio okrojony jak to zrobić chcą teraz koalicjanci obywatelscy.

I

– jak Ikonowicz, Piotr, mało kto przyjąłby bezdomnych do własnego mieszkania.

J

– jegomość solidny i mądry, zwycięzca konkursu telewizyjnego na Prezydenta Polski. Program poprowadzi red. Przemysław Babiarz.

K

– jak Kolorz, Dominik, szef związku Solidarności na Górnym Śląsku, górnik.

L

– jak Lisicki, Paweł, to wprawdzie redaktor, ale mądry, erudyta, pisarz – autor świetnych książek o Lutrze, Marii Magdalenie i trudnych relacjach polsko-żydowskich.

Ł

– jak łachudra…(edit 30.07 – dopisano na prośbę autora) … przecież takich jest pełno i niestety trafią na listę kandydatów.

M

– jak Markiewicz, Marek, wszechstronnie wykształcony, uczciwy prawnik, w sądzie wygrywa. Ma doświadczenie, bo już raz popierany przez profesora Zbigniewa Religę kandydował.

N

– jak Nowak, Andrzej, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który tak wspaniale przypomina nam i uczy jakie były dzieje Polski, wybitny znawca problemów ruskich, rosyjskich i związkowo-radzieckich. Wspaniale byłoby, gdyby nas reprezentował.

O

-jak Obajtek, Daniel – w każdej sytuacji sobie radzi.

P

– jak Piskorski, Paweł, były prezydent Warszawy i bardzo, bardzo były przyjaciel Tomasza Siemoniaka, którego nie polecam. Pan Paweł, postać potężna i reprezentacyjna, dobrze radził sobie z problemami komunikacyjnymi w stolicy.

R

– jak Rachoń, Michał, za „Reset” – robi następne odcinki. Wreszcie mielibyśmy prezydenta naprawdę… dużego albo nawet wielkiego.

S

– jak Struzik, Adam wykształcony, skuteczny na Mazowszu, lekarz, może uzdrowi nasz kraj. Życzliwy twórcom.

SZ

– jak profesor Szwagrzyk, Krzysztof – bo z uporem walczy o godność Polaków, nie zostawi wołyńskich pomordowanych.

T

– jak… Tusk!? Donald, bo i tak się wepchnie.

U

– niech będzie Polak z USA – prof. Wiesław Binienda, bo przekona naród, że w Smoleńsku popełniono zbrodnię.

W

– jak Woźniak, Piotr, były minister „od gazu”. Zna się na fizyce i chemii, jest ceniony za granicą, nigdy się nie zgodzi na żadne „zielone łady”, wierzący, doświadczony, dobrze się prezentuje.

Z

– jak Zasada, Sobiesław, skuteczny menadżer 30 spółek, mimo 90-tki świetnie się trzyma, prawdziwy wielki sportowiec.

Ż

– jak Żaryn, Jan, profesor, mądry, patriota.

 

 

 

W obronie red. Przemysława Babiarza – słów kilka red. Stefana Truszczyńskiego

Chamstwo i zwykły brak profesjonalizmu zaprezentował telewizyjny przekaźnik Tuskowej informacji, czyli „19:30”.

Marek Czyż przeczytał komunikat, z którego wynika, że odebrano prawo do komentowania olimpiady najbardziej profesjonalnemu dziennikarzowi sportowemu. Nie tylko zresztą dziennikarzowi, ale i patriocie, bardzo popularnemu dzięki swojej pracy redaktorowi Przemysławowi Babiarzowi. Odebrano prawo i zatrudnienie nie podając przyczyny.

Tak po prostu: won i już. Jeśli dochodzi do tak drastycznej decyzji musi być przynajmniej informacja za co się każe człowieka. Apeluję do wszystkich dziennikarzy o jednoznaczne potępienie takiego działania. Przemysław Babiarz to naprawdę wyjątkowa postać w świecie polskich mediów.

Jestem pewien, że Babiarz będzie się pojawiał na ekranie TVP. Życzyłbym sobie, aby z Woronicza zostali odwołani ci, którzy tak idiotyczne decyzje podejmują.

 

Stefan Truszczyński