Zdj. Okładka Dziełów Polski, t. IV, prof. Andrzeja Nowaka. Wyd. Biały Kruk Fot. grafika/ st/ h/ re

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Quo vadis Prezesie, quo vadis PiS?

Najważniejszy, a na pewno najciekawszy, obecnie uczący nas historii profesor, czyli Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest organizacyjnie członkiem partii PiS, ale jak podkreśla z naciskiem zawsze i powtarza to nadal w ciągu ostatnich dni – popiera Prawo i Sprawiedliwość, głosuje i zapowiada, że będzie dalej głosował na PiS i także wyraża jednoznaczne wielkie uznanie za dokonania wobec prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego.

Wypowiedzi profesora są oczywiście przejrzyste, zbudowane czytelnie i jednoznaczne. Są to jednak teraz – dodajmy – słowa najbardziej krytyczne jakie przeczytaliśmy i usłyszeliśmy (Poranek Radia Wnet 21.02 br. w rozmowie z reporterem Łukaszem Jankowskim). Krytyczne wobec tego co dzieje się obecnie z Prawem i Sprawiedliwością kierowaną przez prezesa.

Profesor nie owija w bawełnę: morderstwo smoleńskie nie doczekało się przez lata właściwych działań – przede wszystkim powołania sejmowej komisji śledczej; idiotyczny pomysł na szczęście nieskuteczny – próba piątki dla zwierząt; zielony ład; zła ocena obecnej sytuacji stosunku społeczeństwa do PiS, optymistyczne nieuzasadnione oczekiwania i brak prognoz, że występujące oddzielnie partie nienawidzące PiS-u „zleją się” po wyborach i wspólnie przegłosowywać będą każda propozycję Kaczyńskiego. To błędy podstawowe i niszczące wszystko, co prawica zapowiadała. Wreszcie, szczególnie aktualna sprawa i bolesna, to niedocenienie i złe przygotowywanie się do wyborów samorządowych. Profesor konkretnie użył przykładu z Krakowa, a można zaufać, że na swoim mieście zna się i uważnie śledzi co tam się dzieje.

W czasie transmisji „Poranku WNET” prezes  Jarosław Kaczyński w ogóle nie odniósł się do tych zarzutów. Być może jedno wydarzenie po drugim było w zbyt krótkim czasie, ale wypowiedz prof. Nowaka na portalach i gwałtowne reakcje internautów pojawiły się już kilkadziesiąt godzin wcześniej.

Wypowiedź profesora, szczerego – tak uważam – admiratora Jarosława Kaczyńskiego, zwolennika Prawa i Sprawiedliwości to nigdy nie byłą prymitywna i nachalna propaganda. Mądre wypowiedzi pięknym polskim słowem wspierał on przez lata ważne i słuszne propozycje PiS. Teraz jednak mamy prawdziwy szok. Zaskoczenie. Czy słuszne są zarzuty?

Żeby nie chować się tchórzliwie powiem wprost: uważam, że całkowicie zgadzam się z profesorem. Jeśli nawet – jako  felietonista – chciałbym by głos z Krakowa został nagłośniony. Rządowe media jeszcze nie wiedzą co z tym z robić. W dzienniku telewizyjnym „19.30” we wtorek było tylko jedno informacyjne zdanie. Oczywiście to tak nie zostanie.

Dajmy sobie spokój z dyskusją czy to jest atak, dlaczego zarzuty padły. Niech złotouści, wszechobecni potakiwacze a także zwykli opozycjoniści i po prostu durnie dadzą sobie i nam spokój w wygłaszaniu komunałów. Porozmawiajmy o tym co PiS rzeczywiście zrobił źle i dlaczego jest jak jest. Płakanie nad rozlanym mlekiem to strata czasu. A już go bardzo brakuje. Kolejne wyboru tuż. Nie chcę też oglądać nachalnych i zakłamanych gęb, które zalewają do znudzenia media powtarzaniem wyświechtanych racji. PiS, prezes Kaczyński muszą powiedzieć jak się bronić. Krytyka i biadolenie nad niegodziwościami Tuska, które oczywiście są, nie wystarczy. Kamiński i Wąsik, podstępnie wyrwani prezydentowi to już anegdota roku 2023. Nie mówmy też „trzeba było”. Mówmy co trzeba zrobić ze słusznym gniewem rolników, obojętnie kto jest tu bardziej lub mniej winny.

Quo vadis prezesie Kaczyński, quo vadis partio? Dotychczas ciągle moja partio. Może rzeczywiście dajcie sobie siana od rolników, bo dotychczasowy współakcjonariusz rolnictwa zajął się armatami choć chyba nie bardzo się na tym zna. Owszem, zaczyna jako wicepremier i minister mówić głośniej, ale na drogach i torach pojawiają się już barykady. Zabawny Kołodziejczak to jest pomysł na pięć minut. Morderstwo smoleńskie? „Nie ma woli politycznej” – powiedziała i słusznie autorka ważnego, wnikliwie przygotowanego filmowego raportu Ewa Stankiewicz. Profesor Wiesław Binienda, który wykonał ogromną pracę, został w ojczyźnie obrażony. Był też dobry dokument  Michała Rachonia z prawdą o Smoleńsku. Ale to wszystko nadal jest wykpiwane. Zdrajcy, kłamcy wdrapali się na stołki decyzyjne i już podważają, niszczą najważniejsze decyzje gospodarcze. Czy prezesowi został tylko Mariusz Błaszczak? Inni bowiem milczą. Tak to się jawi.

Quo vadis panowie? Gdzieście się pochowali? Jeśli akumulatory się wyczerpały trzeba oddać miejsce tym, którzy chcą walczyć. Są i w końcu ujawnią się opinii publicznej obywatele patrioci i na tych ludzi na pewno musimy i skutecznie będziemy stawiać. Wypowiedział się wybitny profesor – tego nikt nie jest w stanie podważyć. Był i jest podział państwa. Był pół na pół. Teraz niestety robi się inaczej. Ale niech unijno-niemieccy platformersi zbyt szybko się nie cieszą. Stawiają na zbędne i zupełnie śmieszne komisje sejmowe. Tam się robi groźne miny, których nikt się nie boi. Wiemy wszyscy kto jest kto i co robił w ostatnich latach. Wybory, podsłuchy i cały ten bełkot to strata czasu. To żenada, tematy zastępcze.

Jak ustawić sprawy gospodarcze z groźną przecież dla nas rolniczo Ukrainą? Gdzie i kiedy będą elektrownie atomowe? Kiedy będziemy mieli najlepsze samoloty, systemy obronne, czołgi i armaty? Od kogo je kupimy? Już nie Sasin będzie się kłócił z Morawieckim ani Ziobro z Kaczyńskim. Reset. No i kim okażą się ci nowi, jak się okazuje bardziej przebojowi Czarnek, Tarczyński czy senator Andrzejewski. Jest stagnacja. Jest najwyższy czas by potrząsnąć, by się obudzić. I to już.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hołownia – husarz, rokoszanin, który szybko poległ

Czytajcie profesora Andrzeja Nowaka. Czytajcie Nowaka! Ja czytam. „Dzieje Polski” – tom V str. 306: Rok 1607 rokosz Zebrzydowskiego przeciwko królowi Zygmuntowi III.

Cytuję profesora:

Talenty militarne na miarę znakomitych wodzów rzymskiego antyku były akurat przy królu. Zygmunt III miał u swego boku litewskiego hetmana Jana Karola Chodkiewicza i koronnego – Zółkiewskiego, których uzupełniał również doświadczony żołnierz, generał ziem podolskich Jan Potocki.

Rokoszanie zebrali ponad 10 tysięcy wojska. Dowodzili nim Mikołaj Zebrzydowski, Janusz Radziwiłł i Jan Szczęsny Herburt. Mierzyli się nie tylko z lepiej wyszkolonym i dowodzonym, ale również liczniejszym przeciwnikiem. „Regaliści” mieli ponad 12 tysięcy ludzi w swych chorągwiach. Co prawda, nie bardzo rwali się do walki z rodakami, ale próby pertraktacji zawiodły. Oba wojska starły się na początku lipca pod Guzowem, nieopodal Radomia. Radziwiłł natarł z wielką energią na dowodzone przez Chodkiewicza prawe skrzydło wojsk królewskich przebijając się aż do husarii, która bezpośrednio chroniła króla. – Gdzie ten Szwed? – wołał husarz Radziwiłła, właśnie Jerzy Hołownia, gdy już dojeżdżał samego Zygmunta. Ten wykazał się stoickim spokojem i nie cofnął się nawet na krok. Śmiałek Hołownia zginął a cały atak rokoszan został zniweczony przez skuteczne uderzenie lewego skrzydła wojsk królewskich pod wodzą Żółkiewskiego. Przywódcy rokoszu uciekli w największym popłochu a na polu między Guzowem i Orońskiem zostało 200 ofiar. Jak na walne starcie armii liczących łącznie 20 tysięcy zbrojnych była to liczba bardzo niska (wystarczy porównać ilość zabitych Szwedów pod Kircholmem czy Kozaków pod Kumejkami). Świadczy ona o niechęci uczestników, a zwłaszcza zwycięzców, do bratobójczej walki.

Do rzezi nie doszło – czytamy dalej u prof. Andrzeja Nowaka. (Gorycz pozostawała). Na gorąco wylewał ją w swych wierszach Daniel Naborowski, nadworny poeta księcia Janusza, w kilku utworach poświęconych guzowskiej bitwie i poległych w niej towarzyszom (w tym wspomnianym husarzowi Hołowni). (…) Brat na brata, zapomniawszy cnoty, / Składali na się nie ułomne groty / Ociec przeciwko własnemu synowi / Stał jako przeciw nieprzyjacielowi; / Tam od synowca stryj padł między trupy (…) Lecz wrychle zdarzy Bóg niezwyciężony, / Że między trupy będzie policzony / Pan wiarołomny, którego doznały / Ojczymem dzieci (…)”.

Ta poetycka hiperbola – czyli jednak pewna przesada – zawarta w „Awizyjach domowych żałośnych po bitwie”, ostatnim swoim, gwałtownie antykrólewskim akcentem zapowiadała, że część rokoszan z panowaniem Zygmunta nigdy się nie pogodzi. O kontynuacji bezsensownej walki zbrojnej już jednak mowy nie było.

Chodkiewicz chciał co prawda rozbić do końca resztki rokoszan, ale król i hetman Żółkiewski parli raczej do jak najszybszego uspokojenia i zgody. Larum grają – Chodkiewicz, Żółkiewski wstawajcie Panowie. Już pora. Rycerzu z Giewontu – dość wylegiwania się. Kaszubi, rybacy przecież na burtach łodzi macie tabliczki „Bóg z nami”. Siadajcie do kutrów. Górnicy, przestańcie się kłócić. Niech powstanie w końcu jeden związek tych ludzi ciężkiej, czarnej pracy. Hutnicy, niech wielkie piece przestaną być indyjskie a znowu niech będą polskie.

Ministrowie, chyba nie chcecie być dokarmiani nosem, torturowani? „Nasi” wielcy „przyjaciele” Niemcy i Rosjanie, jeszcze poczekajcie, jeszcze się nie spieszcie.

Charakteropatyczny zespół pourazowy pana Donalda się rozwija. Jeszcze nie odreagował poprzedniej klęski wyborczej. Gdy zamknięty zostanie ostatni Obajtek będzie można opuścić „ten kraj”. Przecież„tego kraju” się nie lubi, bo to siermiężne i bogoojczyźniane. To widzieliśmy z przemówienia pod gdańskim żurawiem przy Motławie.

Teoria wojowania przewiduje czas obrony, ale po przetrwaniu jest czas ataku. Nazywać to można nawet obroną konieczną, a jej klasyfikowanie prawne jest łagodniejsze.

 

Zdj. Stefan Truszczyński oraz domena publiczna - collage - st.h/r

Port wojenny w Helu mógłyby wzmocnić NATO na Bałtyku – pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI do JENSA STOLTENBERGA (+wersja angielska)

Szanowny Panie Sekretarzu Generalny,

 
Jestem doświadczonym polskim dziennikarzem, reporterem i twórcą filmów. Pracowałem jako korespondent wojenny na Bałkanach, realizowałem filmy dokumentalne na całym świecie i piastowałem stanowiska kierownicze w Telewizji Polskiej.
 
Od zawsze interesuję się sprawami morskimi, marynarką wojennym i przemysłem stoczniowym. Śledzę zmiany, zachodzące w  polskiej polityce morskiej i potencjale obronnym Polski na morzu. Niestety, były one rozczarowujące i nie mogły się równać z wysiłkiem modernizacyjnym w polskich siłach lądowych i lotnictwie wojskowym.
 
Załączam swój tekst o polskiej bazie marynarki wojennej w Helu i jej marnowanym potencjale. W kontekście rychłego przystąpienia Szwecji do Sojuszu Północnoatlantyckiego, port wojenny w Helu – razem ze szwedzkimi bazami marynarki w Musko i Karlskronie – mógłby znacznie zwiększyć możliwości NATO do operowania na Bałtyku. Mam nadzieję, że mój tekst będzie dla Pana interesujący” – napisał redaktor Stefan Truszczyński do sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga.
Przypomonamy fragmenty reportażu Stefana Truszczyńskiego „Hel jest hen…” z 28 grudnia ub. r., który opublikowany został niedawno m.in na portalu sdp.pl:

(…) Hel, ale i cały półwysep to cudo natury – długi na 36 km, wąski pasek lądu miedzy morzem a Zatoką Gdańską. To skarb Polski tak jak Tatry, Mazury, Karkonosze.

O Hel biliśmy się od wieków – ze Szwedami, w 39 bohatersko broniono go przez 32 dni, pod koniec wojny wywożono stąd Kaszubów morzem do Niemiec, a po wojnie w stalinowskich więzieniach zgładzono najdzielniejszych obrońców. Trzeba o tym pamiętać.

Baza ludzi bezradnych

Są wspomnienia. W latach 1932-1935 Polacy zbudowali na Helu ważny port wojenny. Otoczony falochronami. Na zatoce ale z głębokim dojściem od morza. Stanowił ważną bazę marynarki wojennej. Stąd jest tylko mały skok na Bałtyk. Każdy kraj marzy o takim porcie obronnym. Tylko nie u nas.

U nas od prawie 80 lat świetnie zlokalizowany port wojenny na Helu to akwen pusty, szczyt marnotrawstwa – zniszczone falochrony, zniszczone pochylnie slipowe, drogi dojazdowe. Syf i śmietnisko. Choć jest większy od sąsiedniego portu rybackiego i żeglarskiego pozostaje niewykorzystany, zbędny.

Agencja Mienia Wojskowego – dysponent, wydzierżawiła ostatnio połowę portu, kilkadziesiąt metrów długości i szerokości – Uniwersytetowi Gdańskiemu. Przerwało to wprawdzie postępującą dewastację – wyrywanie kabli i złomu. Ale nic poza tym. Niestety może być jeszcze gorzej jeśli UG wykona tu jakieś inwestycje na wodzie. Na przykład zbuduje klatki hodowlane podobne do pobliskiego fokarium, które zatruwa zatokę odchodami zwierzęcymi i zarazkami. Larwy nicienia hodowane we wnętrzach fok to zaraza dla ryb i ludzi (a kąpią się tu latem). Rozbudowa pustego obecnie basenu przez pomysły naukowców z Politechniki Gdańskiej  może zniweczyć wykorzystywanie później portu jako akwenu wypadowego dla floty nawodnej i podwodnej.

Szczury uciekają z tonącego okrętu. Z portu wojennego na Helu nie bardzo mają gdzie uciekać, ponieważ zburzono tu w ciągu ostatniego roku dziesiątki budynków lądowych zaplecza wojskowego. Co tu w końcu będzie, jakie będą decyzje na najwyższych szczeblach wojskowej władzy i państwa – nie wiadomo. Sądząc po ogłoszeniach przetargowych w gazetach ilość sprzedawanych obiektów wojskowych w całym kraju jest bardzo duża. Na Helu pozostaje zdawałoby się drogocenna ale pusta przestrzeń. W prywatnych rękach zniknęło już wielkie wojskowe kasyno, bardzo ładne kino. Żołnierzy, marynarzy już tu na ulicach nie widać.

Port wojenny to ostatni bastion morskiej wojskowej obecności na Helu. Idę falochronem do główki potężnego betonowego obiektu wychodzącego w wody zatoki. Jeszcze są polery służące do cumowania wielkich nawet jednostek. Złomiarze ich nie ukradli, bo są mocno osadzone i ważą tony. Hula wiatr i chłoszcze bryza. Ale jest tu pięknie.

Raz do roku, w sierpniu, dla wczasowiczów i turystów odbywa się tu wojskowa zabawa imitująca lądowanie aliantów w Normandii. Zjeżdżają się wówczas z całej Europy zabytkowe samochodziki wojskowe a nawet czołgi i działa. W mundurach z tamtych lat paradują kombatanci i miłośnicy militariów, przebierańcy. Na pewno przyciąga to młodzież do wojskowej służby. Ale tylko przez kilka dni. Bo tyle trwa kolorowa impreza. Wtedy port wojenny również ożywa. Ale potem nadal gnije.

„…będziem strzec”

Ładnie o morzu mówimy w wierszykach i piosenkach. „… będziem strzec”, a nawet deklarujemy, że może i przyjdzie „na dnie lec”. Ale przecież my floty z prawdziwego zdarzenia nie mamy. A podwodnych okrętów – aż dwa. Tylko nędzne resztki, starocie. Mamy oczywiście wielu generałów i admirałów w służbie i na emeryturze.

Kilka lat temu rozmawiałem z cywilnym wodzem armijnym. Na pytanie o planu rozwoju floty wojennej, o okręty podwodne, usłyszałem: „A po co, przecież są rakiety – na Bałtyk wystarczą”. I tak zostaliśmy z 40-letnim, po pożarze, okrętem podwodnym i 50-letnim „kieszonkowym” podarowanym łaskawie. Przerabialiśmy też kuriozalny incydent, gdy Dowództwo Marynarki Wojennej przeniesiono z Gdyni do Warszawy. Na szczęście trwało to krótko, ktoś puknął się w głowę. Choć można było to dowództwo umieścić nad Morskim Okiem.

Dramaty stoczniowców, unicestwienie przemysłu okrętowego dopełniają obrazu. „Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Ciekawe czym. Józef Unrug, Włodzimierz Steyr – przewracają się w grobie. Niedawno dowiedzieliśmy się jak miała wyglądać obrona kraju na lądzie, na linii Wisły. Jak to by miało przebiegać na morzu. Tajemnica wojskowa.

***

Wersja angielska – english version:
Dear Mr Secretary General,
I am an experienced Polish journalist, reporter and film maker. Among other things, I worked as a war correspondent in the Balkans, made documentaries all over the world, and was the head of Polish Television Channel 2 (TVP2).
Always keenly interested in the navy, shipbuilding and the sea, I have been following changes to Poland’s maritime policies and maritime defence capabilitities in the last decades. Sadly, they have been mostly disaapointing and did not match the modernisation of the Polish army and airforce.

Please find attached my piece on the Polish naval base in Hel and the its wasted  potential. In the light of Sweden’s forthcoming NATO membership, the military port in Hel – together with Swedish navy bases in Musko and Karlskrona -could greatly boost NATO ability to project naval power in the Baltic Sea. I believe you will find my text interesting.

Yours faithfully,
Stefan Truszczyński

HEL IS NEAR, YET SO FAR AWAY

 

by Stefan Truszczyński

Photo: Stefan Truszczyński

Time flies. I last saw the former military grounds in Hel exactly one year ago.
After the armed forces left, these eighty hectares in prime location have lain abandoned.  Now I have returned to look and see what has been done since my last visit.
Hardly anything. The local authorities seem unable to do anything on their own.

The entire 36-kilometre long peninsula with the town of Hel at its wide tip is a true wonder
of nature. Wedged between the open sea and the Gulf of Gdansk, it is one of Poland’s most outstanding natural treasures whose natural beauty rivals that of the Tatra Mountains or the Masurian Lake District.

Poland fought over this piece of coast against various enemies throughout its history.
At the outbreak of World War 2, outnumbered Polish defenders held their ground for 32 days and Hel was among the last Polish outposts to surrender. The people of Kashubian ethnicity who had lived here for centuries were deported to Germany towards the end of the war.
The last surviving defenders perished in Stalinist prisons after the war. Thinking about Hel,
we must remember what price many Poles paid to keep the peninsula Polish.

Deserted base

Poland regained independence after World War 1 and quickly understood the importance
of having a strong navy. For that reason, we soon built a modern military port near the town of Hel. Surrounded by breakwaters, it faced the Gulf but had a deep water access to the open sea.
It was protected from the north and east by a wide strip of land but at the same time offered a quick route to the Baltic Sea. Many countries can only dream of such a prime location for their naval base. But despite these advantages, since the 1980s the military port has been falling into disrepair and finally became a shadow of its former self: empty docks, crumbling breakwaters, neglected slips and unused roads full of potholes. Total mess and heaps of rubbish. Much larger than the nearby fishing and yacht harbour, Poland’s first modern naval port remains deserted.

The Military Property Agency has recently leased half of the naval base to the University of Gdansk. That move put a halt to the ongoing devastation, destruction and theft, however, it may turn out even worse if the university installs seal breeding cages in the docks, like in the nearby seal sanctuary. Faeces and germs from these animals pose a serious risk to both fish and people. Furthermore, civil engineering projects altering the docks could make any future military use of the port facilities impossible.

Numerous base buildings and structures have been demolished over the past year.
Nobody knows what decisions might be taken at the highest levels of military command and civilian administration. Former military facilities are sold at auctions all over Poland.
In Hel, the military base area still awaits its fate. A large navy casino and a beautiful cinema building have already changed hands. Military personnel and navy sailors who used to be common view in the streets of the town are nowhere to be seen.

Photo: Stefan Truszczyński

The former military port is the last remnant of the Polish naval presence on the peninsula.
I walk along the breakwater protruding into the waters of the Gulf. Heavy bollards designed for mooring large vessels are still there: firmly fixed to the concrete, they have resisted scrap metal thieves who have robbed the entire area of anything of value.

Amazingly, hundreds of uniformed soldiers populate this area every August. Military vehicles fill the streets, trucks pull cannons, tanks roll along local dirt roads. But do not be mistaken.
It is only a re-enactment of the Allied Forces’ landing in Normandy – an annual performance for tourists. Historic military equipment arrives from all over Europe. Veterans and enthusiasts parade in WW2 uniforms. Then the participants and spectators leave and the eerily empty base continues to rot away.

How to guard “our sea”?

Polish youth pledge allegiance to the Baltic Sea by singing a popular song, whose lyrics include the vows to “guard our sea” and to “keep it or die and rest on its bottom”. In reality, Poland has little to defend its sea with. Polish navy has merely two old, battered submarines – miserable remnants of better times. By contrast, we have an awful lot of admirals, serving and retired.

A few years ago I talked to a civilian head of the Polish military and I asked about Poland’s plans for the navy, specifically regarding new submarines. “What do we need them for?
he replied, “Missiles are enough for the Baltic Sea”. And now we are left with one 40-year-old submarine salvaged from a fire on board and a 50-year-old 'pocket’ submarine donated to us by another country. Ironically, the Germans who used the navy port in Hel during World War 2 kept there more submarines than all Polish navy has today.

Experienced shipbuilders lost their jobs, shipyards disappeared, the shipbuilding industry has been annihilated. The Poles may sing “Oh, our sea, we will guard you faithfully”, but the most solemn vows cannot make up for tangible military hardware. Józef Unrug and Włodzimierz Steyr, great Polish admirals of the past, are turning over in their graves. The public was recently shocked by the leaked information that if attacked from the east, Poland would keep its defence line not along its border… but along the Vistula River. Nobody knows the plans for the sea. Military secret.

Derelict factories

The tip of the Hel Peninsula is a unique piece of Poland. There are forests, beaches and quays. Thousands of holiday makers come to the town of Hel in summer. And what do they see?
Sad relics of once-thriving fish industry which used to process over 50 thousand tonnes of fish per year. The factories fell into disrepair, they have been reduced to windowless, dilapidated shells, which look haunted. Some were sold. Fortunately the land on which they stand is still owned by the state. The fish caught every day are exported and Hel gets nothing. Local residents lost their jobs and most of them have left. Nobody knows what will happen to the ruins.
Most people have got used to this depressing sight. It is what it is. An eyesore and a sad reminder of many wasted opportunities.

Beach, bunkers and trenches

An efficient transport system between the town centre and the seashore is urgently needed.
The Baltic beach is exceptionally beautiful here, wide, sandy… and almost empty in summer. At the same time thousands of holidaymakers are crammed and squashed on a stretch of dirty sand between the fishing harbour and the military port on the Gulf side of the peninsula.
Three or four kilometres of narrow-gauge rail through the forest would solve this problem and turn the Hel area into a summer destination attracting tourists from all over Europe.

The sandy dunes hide other unknown attractions. A historic, post-war, coastal defence line consisting of bunkers, artillery aiming towers and kilometres of trenches. A disused, crumbling navigation signal tower on the Mount of Swedes – a kind of lighthouse erected almost one hundred years ago, which needs some repair to become a popular tourist attraction.
And a huge bunker in the forest not far from the town centre, which could easily be one of Hel’s highlights but is used as a toilet instead.

Who’s in charge?

A year ago, I pointed out that the town had zero filling stations. Prominent people promised to help but eventually did nothing. After the last general elections, the priorities have changed and all VIPs have forgotten about local drivers. A year ago, I wrote about trees standing dangerously close to the main road of the peninsula. Some trunks still bear marks of vehicles: sad reminders of fatal accidents. Hundreds of trees in the nearby forest are cut down but those which pose real danger are left intact. Should it not be the other way round? How many more people must die before something changes?

There are three towns of the peninsula: Władysławowo, where the peninsula connects with the mainland, Jastarnia in the middle and Hel on the far end. Of those three only Jastarnia has made some progress. The town renovated the fishing and yacht harbour and built a winter marina.
It paid off. Good town management attracted investors and money poured in. But only so much can be done locally. Without the central government’s plan for the coast, the town of Hel and the entire peninsula will never fulfil its true potential.

Hel may be located on the far the edge of Poland, but for the decision makers it seems to be somewhere beyond the horizon. Hel will never cope on its own. When will the politicians finally understand it?

Kościół pw. św. Alberta Chmielowskiego i św. Andrzeja Aposłoła; Maciej Iłowiecki, ks. Wiesław Niewęgłowski, Halina Cenglowa. Fot.: domena publiczna/ r/ re/ Wikipedia/ zbiory pryw.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Red. Maciej Iłowiecki, ks. Wiesław Niewęgłowski, red. Halina Cenglowa… ku pamięci

„… tak szybko odchodzą” – powtarzamy często za księdzem poetą. Ci starsi, często chorujący przez ostatnie lata życia są już mało znani, choć kiedyś ich nazwiska brzmiały głośno bo byli aktywni i wpływowi.

Dziś walki pałacowe są coraz częstsze i niestety bolesne. Co rusz wybuchają nowe, coraz więcej też nowych i coraz więcej eksmitowanych. Wybory, walka o wpływy, a przede wszystkim oczywiście o pieniądze. Smutne to. Czy po roku 1989 było inaczej? Chyba jednak tak.  Otworzyła się wówczas długo wyczekiwana szansa na suwerenność, na pozbycie służalczo uzależnionych. Niestety nie do końca tak się stało. Tak więc teraz warto przypominać ludzi szlachetnych i wierzących przez całe lata w sens zmian gdy odchodzą.

Maciej Iłowiecki

Wiceszef Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Maciej Iłowiecki w trudnym nielegalnym ośmioletnim okresie zaboru władzy przez rodzimą juntę – był takim człowiekiem na pewno. Zmarł niedawno, właściwie w zapomnieniu, wspomniany tylko kilkoma nekrologami.

Iłowiecki był przez kilkadziesiąt lat bardzo poczytnym dziennikarzem popularyzującym, tłumaczącym sprawy nauki i nie tylko. Był pisarzem i społecznikiem. Lubianym powszechnie bo po prostu był dobrze wychowanym, wykształconym i empatycznym człowiekiem. Łagodził obyczaje.  Przystępnie tłumaczył zawiłości wiedzy prawdziwej i przybliżał rozumienie świata.

Poznałem go w 1961 roku, jako student i początkujący reporter. Choć był o kilka lat starszym, uznawanym dziennikarzem, nie odmówił rozmowy, dyskusji z młodym. Co tydzień w poczytnej wówczas „Polityce” drukował Iłowiecki felieton na ostatniej stronie, gdzie można było również czytać Waldorffa. Równocześnie  wtedy pisali  reportaże Kąkolewski, Kapuściński, były artykuły – felietony Aleksandra Małachowskiego, Karola Małcużyńskiego i Bohdana Tomaszewskiego i innych tuzów żurnalistyki. Iłowiecki też był w pierwszej lidze.

Gdy 13 grudnia czołgi wjechały na ulice Zarząd Główny SDP składał się z takich dziennikarzy jak Stefan Bratkowski, Maciej Iłowiecki, Maciej Wierzyński, Maciej Szumowski. Stowarzyszenie choć  zdelegalizowane – przetrwało. Odzyskało ukradziony majątek i trwa. Kierownictwo zagrożone wówczas aresztowaniem ukrywało się, ale artykuły  dziennikarzy działających w podziemiu ukazywały się, wydawano nawet kasety z radiowymi nagraniami. Były to komentarze, reportaże, eseje a nawet wiersze.

Trwało to dłużej niż do czasu gdy władza odwołała oficjalnie stan wojenny.  Ludzie Solidarności do kolaboracji nie przystąpili aż do roku 1989. Działały w całej Polsce podziemne oddziały dziennikarskie SDP, było nielegalnie ale etycznie i ciekawie. W Warszawie autorytetami byli piszący zawodowo i aktywni poprzez kontakty osobiste i tajne spotkania właśnie Bratkowski, Iłowiecki, Kalabiński i Maziarski.

Ks. Wiesław Niewęgłowski

Jednym z miejsc spotkań było Duszpasterstwo Środowisk Twórczych.  Jego oddziały aktywne były w całej Polsce. I tu na wielkie uznanie i pamięć zasługuje inicjator tych poczynań, człowiek niesłychanej energii ks. prałat dr Wiesław Niewęgłowski. Jakaż to była niezwykła energia, niezwykłą empatia i osobisty urok. Ks. prałat dr, animator budowy kościoła środowiskowego na Placu Teatralnym. Cieszył się zaufaniem artystów i szeroko pojmowanych twórców kultury.

Ks. Wiesław też odszedł niedawno. Żegnany był skromnie. A przecież to właśnie on najpierw, gdy wybuchł stan wojenny, organizował spotkania w wieży kościoła Św. Anny. Potem władza kościelna przeniosła go na Nowe Miasto do kościoła Najświętszej Marii Panny na skarpie warszawskiej. Wreszcie aktywny w okresie budowy świątyni środowiska twórczego na Placu vis a vis Teatru Wielkiego działał i przyciągał ludzi.

To on gromadził rzesze najbardziej popularnych aktorów i reżyserów teatralnych i filmowych, wybitnych muzyków – kompozytorów, śpiewaków i instrumentalistów, malarzy, rzeźbiarzy, grafików, scenografów, pisarzy, poetów i dziennikarzy. Na msze organizowane przez lata w kościołach duszpasterstwa przychodziły setki ludzi ze środowisk artystycznych. Odprawiał je ks. Niewęgłowski i współpracujący z nim kapłani. Na spotkaniach, panelach i zebraniach dyskusyjnych odbywających się regularnie w kościołach i przykościelnych kaplicach, salach spotkań były tłumy.

Tak było. O tym należy pamiętać. W kościele na Nowym Mieście i w innych również w podziemiach utworzono magazyny z przywożonymi z całej Europy wielkimi tirami paczkami z żywnością, lekarstwami, środkami czystości i ubraniami, obuwiem. W kościele ks. Wiesława Niewęgłowskiego w przekazanym mu częściowo właśnie dla potrzeb duszpasterstwa także były magazyny ogromne, pamiętające jeszcze czasy, gdy mieścił się tu szpital Powstania Warszawskiego. Przyjeżdżało tirami bardzo dużo. Trzeba to było wyładowywać segregować i przekazywać dalej. Tym wszystkim dyrygował również ks. Niewęgłowski. Oczywiście miał wielu pomocników. Byłem wraz z śp. Markiem Pawłowiczem odpowiedzialny za rozwożenie paczek na Mokotowie. Kierowały nami osoby pamiętające jeszcze Powstanie Warszawskie. To były w zasadzie nie polecenia a rozkazy, które wydawały starsze panie.

Ks. Wiesław cieszył się zaufaniem ludzi i władz kościelnych. Jest dziesiątki zdjęć ze spotkań z przedstawicielami Episkopatu a także z Ojcem Świętym. Są dokumenty, książki i pamiątkowe albumy. Można łatwo zobaczyć kto działał, kto znajdował ważną duchową pomoc.  Kościół był wtedy ważnym miejscem. Spotykając się  podtrzymywaliśmy wolę by trwać i wytrwać przez długie lata. Oczywiście na zachowanych zdjęciach łatwo jest rozpoznawać popularnych wtedy aktorów. Ale są tam i inni. Warto do tych wydawnictw zajrzeć, przypomnieć je – choćby wizyty w Watykanie i Ziemi Świętej.  Nasz Papież był wtedy dla ludzi skrzywdzonych na wyciągnięcie ręki. Właśnie dzięki pośrednictwu m. in. duszpasterstw środowisk twórczych. Warszawskie też służyło ważną konkretną bardzo pomocą. Ks. Niewęgłowski zgromadził wokół siebie wielu ludzi – w tym dziennikarzy.

Halina Cenglowa

Jedną z bardzo aktywnych w duszpasterstwie warszawskim, negatywnie zweryfikowaną przez komisję ds. selekcji ludzi, orzekającą kto może pracować jako dziennikarz a kto nie – była koleżanka nasza Halina Cenglowa, publicystka i redaktorka prasowa z wieloletnim stażem. Halina zmarła przed tygodniem. Codziennie z Mokotowa na Nowe Miasto jeździła przez kilka lat pomagając oczywiście społecznie jak wszyscy ks. Niewęgłowskiemu.

Pełniła rolę dyrektorki biura, sekretarki, opiekunki i pocieszycielki ludzi wymagających pomocy. Organizowała spotkania, ustawicznie telefonowała, informowała, zabiegała o pieniądze i organizowała grupowe wyjazdy na Jasną Górę i zagranicę. Była bardzo lubiana. Przychodziły do niej żony internowanych, koledzy i koleżanki szukający pomocy prawnej, doradztwa zdrowotnego i pocieszenia. Była wśród kilkunastu energicznych pań, kobiet cieszącym się wielkim autorytetem w środowisku. A pomagać trzeba było bardzo wielu rodzinom. Tylko na Mokotowie mieliśmy z Markiem Pawłowiczem listę kilkudziesięciu rodzin.  I to wszystko długo trwało. Bardzo długo. Mijały miesiące  a nawet lata. Od 13 grudnia 1981 roku aż po okres okrągłego stołu, po wiosnę 1989 i wreszcie radosny dzień 4 czerwca, gdy wydawało się, że Solidarność i ludzie prawi odnieśli definitywnie pierwsze wielkie zwycięstwo. Wydawało się. Jak było potem – wiemy.

Cześć pamięci tym wszystkim, którzy już odeszli i niestety często teraz odchodzą. A wtedy stanęli po stronie Polski. Wiedzieli, gdzie jest racja stanu i gdzie ich miejsce.  Wiedzieli. Nikt im nie musiał tłumaczyć, gdzie jest dobro a gdzie zło. Stawali po stronie dobra. Teraz też wielu ludzi się nad tym zastanawia. I wielu na szczęście dochodzi do takich samych wniosków.

 

 

 

Fot. Stefan Truszczyński

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hel jest hen, albo może i dalej

Rok nie wyrok. Byłem tu dokładnie dwanaście miesięcy temu. Trzy i pół kilometra ma szerokości  w najszerszych miejscach ta osiemdziesięciohektarowa pustka po wojsku. Było – nie ma. Pojechałem, aby zobaczyć co poprzez wspomniany okres zrobiono. Niewiele. I sami sobie rady tu nie dadzą.

Hel, ale i cały półwysep to cudo natury – długi na 36 km, wąski pasek lądu miedzy morzem a Zatoką Gdańską. To skarb Polski tak jak Tatry, Mazury, Karkonosze.

O Hel biliśmy się od wieków – ze Szwedami, w 39 bohatersko broniono go przez 32 dni, pod koniec wojny wywożono stąd Kaszubów morzem do Niemiec, a po wojnie w stalinowskich więzieniach zgładzono najdzielniejszych obrońców. Trzeba o tym pamiętać.

Baza ludzi bezradnych

Są wspomnienia. W latach 1932-1935 Polacy zbudowali na Helu ważny port wojenny. Otoczony falochronami. Na zatoce ale z głębokim dojściem od morza. Stanowił ważną bazę marynarki wojennej. Stąd jest tylko mały skok na Bałtyk. Każdy kraj marzy o takim porcie obronnym. Tylko nie u nas.

U nas od prawie 80 lat świetnie zlokalizowany port wojenny na Helu to akwen pusty, szczyt marnotrawstwa – zniszczone falochrony, zniszczone pochylnie slipowe, drogi dojazdowe. Syf i śmietnisko. Choć jest większy od sąsiedniego portu rybackiego i żeglarskiego pozostaje niewykorzystany, zbędny.

Agencja Mienia Wojskowego – dysponent, wydzierżawiła ostatnio połowę portu, kilkadziesiąt metrów długości i szerokości – Uniwersytetowi Gdańskiemu. Przerwało to wprawdzie postępującą dewastację – wyrywanie kabli i złomu. Ale nic poza tym. Niestety może być jeszcze gorzej jeśli UG wykona tu jakieś inwestycje na wodzie. Na przykład zbuduje klatki hodowlane podobne do pobliskiego fokarium, które zatruwa zatokę odchodami zwierzęcymi i zarazkami. Larwy nicienia hodowane we wnętrzach fok to zaraza dla ryb i ludzi (a kąpią się tu latem). Rozbudowa pustego obecnie basenu przez pomysły naukowców z Politechniki Gdańskiej  może zniweczyć wykorzystywanie później portu jako akwenu wypadowego dla floty nawodnej i podwodnej.

Szczury uciekają z tonącego okrętu. Z portu wojennego na Helu nie bardzo mają gdzie uciekać, ponieważ zburzono tu w ciągu ostatniego roku dziesiątki budynków lądowych zaplecza wojskowego. Co tu w końcu będzie, jakie będą decyzje na najwyższych szczeblach wojskowej władzy i państwa – nie wiadomo. Sądząc po ogłoszeniach przetargowych w gazetach ilość sprzedawanych obiektów wojskowych w całym kraju jest bardzo duża. Na Helu pozostaje zdawałoby się drogocenna ale pusta przestrzeń. W prywatnych rękach zniknęło już wielkie wojskowe kasyno, bardzo ładne kino. Żołnierzy, marynarzy już tu na ulicach nie widać.

Fot. Stefan Truszczyński

Port wojenny to ostatni bastion morskiej wojskowej obecności na Helu. Idę falochronem do główki potężnego betonowego obiektu wychodzącego w wody zatoki. Jeszcze są polery służące do cumowania wielkich nawet jednostek. Złomiarze ich nie ukradli, bo są mocno osadzone i ważą tony. Hula wiatr i chłoszcze bryza. Ale jest tu pięknie.

Raz do roku, w sierpniu, dla wczasowiczów i turystów odbywa się tu wojskowa zabawa imitująca lądowanie aliantów w Normandii. Zjeżdżają się wówczas z całej Europy zabytkowe samochodziki wojskowe a nawet czołgi i działa. W mundurach z tamtych lat paradują kombatanci i miłośnicy militariów, przebierańcy. Na pewno przyciąga to młodzież do wojskowej służby. Ale tylko przez kilka dni. Bo tyle trwa kolorowa impreza. Wtedy port wojenny również ożywa. Ale potem nadal gnije.

„…będziem strzec”

Ładnie o morzu mówimy w wierszykach i piosenkach. „… będziem strzec”, a nawet deklarujemy, że może i przyjdzie „na dnie lec”. Ale przecież my floty z prawdziwego zdarzenia nie mamy. A podwodnych okrętów – aż dwa. Tylko nędzne resztki, starocie. Mamy oczywiście wielu generałów i admirałów w służbie i na emeryturze.

Kilka lat temu rozmawiałem z cywilnym wodzem armijnym. Na pytanie o planu rozwoju floty wojennej, o okręty podwodne, usłyszałem: „A po co, przecież są rakiety – na Bałtyk wystarczą”. I tak zostaliśmy z 40-letnim, po pożarze, okrętem podwodnym i 50-letnim „kieszonkowym” podarowanym łaskawie. Przerabialiśmy też kuriozalny incydent, gdy Dowództwo Marynarki Wojennej przeniesiono z Gdyni do Warszawy. Na szczęście trwało to krótko, ktoś puknął się w głowę. Choć można było to dowództwo umieścić nad Morskim Okiem.

Dramaty stoczniowców, unicestwienie przemysłu okrętowego dopełniają obrazu. „Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Ciekawe czym. Józef Unrug, Włodzimierz Steyr – przewracają się w grobie. Niedawno dowiedzieliśmy się jak miała wyglądać obrona kraju na lądzie, na linii Wisły. Jak to by miało przebiegać na morzu. Tajemnica wojskowa.

Kikuty fabryk i blok mieszkalny

Końcówka helskiej kosy. To także koniec Polski. Jedyny w swoim rodzaju teren. Lasy, plaże, nabrzeża. Przebiega tędy ulica Kuracyjna. Latem przemierzają tysiące ludzi. I cóż oni widzą. Obrazek wołający o pomstę do nieba. Ruiny wielkich przetwórni rybnych. Przerabiano tu ponad 50 tysięcy ton ryb rocznie. Wszystko co łowili rybacy wschodniego Bałtyku. Z tych połowów mieliśmy własne ryby przetwarzane właśnie na Helu. Ale przetwórnie już od kilkunastu lat nie pracują. Są w ruinie. Sprzedano je. Choć ziemia pod nimi nadal własnością państwa. Straszą. Bez okien, zniszczone. I nic się tu nie dzieje. Ryby z kutrów helskich rybaków  wywożone są codziennie ogromnymi 30-tonowymi samochodami w Polskę – kilkanaście i kilkadziesiąt kilometrów. Hel nic z tego nie ma. Ludzie pozbawieni zostali pracy. Większość już dawno wyjechała. Nikt nie wie co będzie z tymi ruinami. Przyzwyczajono się do okropnego widoku. Jest jak jest. Hale produkcyjne dawnej „Kogi” – wyrzut sumienia. Nie tylko dla Pomorza ale i dla całej Polski.

Fot. Stefan Truszczyński

Idę dalej ulicą Kuracyjną. Nagle pod numerem 26 wyrasta zbudowany w ciągu ostatniego roku pięciopiętrowy szeroki i długi na kilkadziesiąt metrów nowy, jeszcze nie ukończony budynek. To prywatna własność. Będą tu mieszkania do wynajęcia. Kto się zgodził na tę budowę? Jak to załatwiono, że w terenie „kuracyjnym”, chronionym wybudowano wielki dom mieszkalny. To na pewno będzie dla właściciela super interes. Rzeczywiście, nie ma bardziej atrakcyjnych mieszkań na Helu niż na jego, chronionym zapisami prawnymi, terenie. Przed poprzednimi wyborami samorządowymi na Helu próbowano wepchnąć tuż obok ogromny hotel – „Motylek”. A przy nim parkingi na kilkaset samochodów. Miało to znaleźć się na leśnej polanie w niezwykle atrakcyjnym miejscu, oczywiście chronionym. Nie doszło do tej inwestycji. Została zablokowana. A burmistrz, który ją forsował nie został wybrany na kolejną kadencję. Tym razem stało się inaczej. Kto będzie przyszłym – już za kilka miesięcy – burmistrzem nie wiadomo. Ale blok już stoi. Ciekawa będzie kampania wyborcza na Helu za kilka miesięcy. Ale nie wiadomo czy ten temat doczeka się wyjaśnienia. Czy tylko leśne echo lasu na helskim cyplu odpowie.

Nie tak dawno w Gdańsku na Motławie przepływającej przed słynnym żurawiem doszło do katastrofy. Ale z gównem ściekowym można sobie poradzić. Kto zburzy gmaszysko pięciopiętrowe w helskiej strefie ochronnej? Jaką drogą i przez czyje łapy przeszły papiery urzędowe? Gdzie była miejscowa władza samorządowa (Hel), starostwo (Puck) oraz marszałkowska władza i wojewódzka (Gdańsk).

Na nabrzeżu od strony zatoki sterczą jeszcze kikuty fabryk. Mijają kolejne zimy, wiosny, a latem wylewa się na falochrony portu rybackiego i żeglarskiego tłum „kochających morze”. Jesienią hula wiatr rybacką ulicą Wiejską i omiata liczne tu już blokowiska. Piękna „sieciarnia” to zapomniany magazyn nie wiadomo czego.  „Lodziarnia rybna” to skład zaryglowany na cztery spusty, obok bezużyteczne warsztaty naprawcze. Ponoć marzą się niektórym hotele w miejscu portu rybackiego. Ktoś to wszystko kupił, bo ktoś dopuścił do sprzedaży. Trwa wyczekiwanie na „dobry interes”. Bierna i niewydolna władza miejscowa jest nieporadna i ubezwłasnowolniona. Po aferach, które przeszły przez Hel nikt się z tymi ludźmi nie liczy. Teraz trwa oczekiwanie na prokuratora za stare grzechy. Jeszcze cztery miesiące. Na razie mimo artykułów w miejscowej prasie nic się nie dzieje.

Przeciwnie. Rosną na krańcu Półwyspu Helskiego jak grzyby po deszczu nagle i niespodziewanie, kontenerowe osiedla na jeszcze bardziej chronionym paśmie wybrzeżowym nad samą zatoką. Tutaj to już nawet nie kilkadziesiąt metrów a kilkanaście od wód zatoki wydzierżawiono (nie wiadomo kto) pasmo pod budowę przyszłych kontenerów letniskowych. Mówią mi że to decyzja Gdańskiego Urzędu Morskiego i że tu na Helu nic o całej operacji nie wiedzą. Rzeczywiście Polska nie dorobiła się ustawy o zagospodarowaniu nabrzeży. Od lat czeka się na to. Ustawodawca zwleka i odkłada sprawę.

Fot. Stefan Truszczyński

Władza rżnie głupa. Kontenery przybywają nad zatokę nadal. Jest ich już kilkadziesiąt. Zastawiono nawet drogę spacerową prowadzącą nad wodą na skraj półwyspu. Ostrzegano mnie nawet, bym się tym tematem nie interesował, bo już pobity został operator telewizyjny, który był zbyt dociekliwy.

Pukam do drzwi burmistrza Helu pana Mirosława Wądołowskiego. Ale każe mi pytać mailowo. Więc pytam teraz gazetowo.

Ale wybory samorządowe – jak się rzekło – niedługo. Często tak się dzieje, że metody „na chama” są stosowane w przededniu oddania władzy. „No i co mi potem zrobicie?” Nie będą rządzić ci co tak działają, ale nie przejmują się zbytnio krzywdą i stratami jakie uczynili.

Rok nie wyrok. Poprzedni artykuł wydrukowany w „Kurierze Wnet” mógłbym powtórzyć prawie w całości. No, może tylko dodając, że jednak przebudowano na Helu  i to pięknie dworzec kolejowy. Uruchomiono po latach wielkie i oryginalne „jajo” – które jest teraz siedzibą zarządu portu. Przyklejono nawet rzeźbie Neptuna  urwane przez chuliganów przyrodzenie. Niestety budy straganiarskie zasłaniające piękne historyczne już dziś rybackie domki pozostały.

Przepiękna plaża, bunkry i okopy

Na Helu nie ma wąskotorowej kolejki ze śródmieścia na bałtycką plażę. A to plaża wyjątkowo piękna, szeroka i prawie pusta nawet latem. Wczasowicze (kilkadziesiąt tysięcy ludzi w ciągu gorących miesięcy) tłoczą się na skrawku brudnego piachu, tam gdzie larwy nicieni od defekacji foczej (piachu) nad zatoką między portami rybackim i wojennym. Kolejka 2-3 kilometrowa przez las i wydmy załatwiłaby sprawę. Helska plaża mogłaby stać się atrakcją również na europejską skalę.

Na wydmach i za nimi jest jeszcze jedna super atrakcja. Niedoceniona. To historyczna linia obrony brzegowej zbudowana po wojnie – bunkry, wieże do prowadzenia namiarów artyleryjskich – ogromne budowle, okopy ciągnące się kilometrami. Tutaj także znajduje się słynna Góra Szwedów – to punkt świetlny – rodzaj latarni morskiej zbudowanej tu kilkaset lat temu. Mogłaby być atrakcją turystyczną a jest zakneblowanym, niszczejącym, odrapanym budynkiem na wydmie. Do tego wszystkiego Hel ma jeszcze w lesie blisko centrum miasteczka największy w tej okolicy bunkier wojskowy, skąd kierowano ogniem artyleryjskim. Dziś to nielegalne wc.

Kto tu rządzi

Rok temu pisałem o braku w tym wyjątkowym miasteczku stacji benzynowej. Nic nie zrobiono w sprawie. Pomoc deklarował prezes Obajtek, ale na słowach się skończyło. Nie mogą dogadać się z restauratorem z malutkiego baraczku stojącego na drodze do przyszłej ewentualnej stacji. Wątpliwe czy teraz gdy w kraju  szykuje się gigantyczny zamęt coś z tego będzie.

Pisałem też o niebezpiecznie blisko rosnących drzewach przy głównej helskiej trasie. Niektóre prawie wystają na jezdnię. Na ich korach widać ślady po wypadkach samochodowych. Są też liczne miejsca pamięci,  gdy dochodzi do śmiertelnych wydarzeń. Obok w lesie drzewa są ścinane, tymi przy drodze nikt się nie zajmuje. Kto w końcu sprawę uporządkuje. Ile jeszcze ludzi ma na tej trasie zginąć.

Wystraszona władza lokalna siedzi cicho. Tak naprawdę to na półwyspie rządzą – Agencja Mienia Wojskowego, leśnicy i „obrońcy” przyrody. Ci ostatni od czasu do czasu głośno krzyczą, ale na ogół nie chodzi i o sprawy tylko o reklamowanie własnych organizacji.  Może by zainteresowali się wykwitami ośrodków wczasowych w postaci bud i przyczep kempingowych wepchanych między drzew w lesie.  Teraz gdy opadły liście widać jak zapaskudzono teren. Tutaj też powstał ośrodek pt. „Kormoran”. Niedaleko letniej rezydencji prezydenta, której wybrzeże obmywają wody połączone ze ściekami z Helu. Kormoran paskudzący las to nawet nazwa bardzo pasująca, bo ptaszysko takowe jest wyjątkowo szkodliwe i paskudne. Zjada ok. 3 kg ryb dziennie z tym, że po połknięciu i przetrawieniu połowę wyrzuca z siebie. Odchody kormoranów zanieczyszczają żrącymi fekaliami lasy.

Półwysep to przede wszystkim  trzy miasteczka: Władysławowo, Jastarnia i Hel. W ostatnim okresie Jastarnia uczyniła wielki skok inwestycyjny. Doceniono zarządzanie miastem i wyasygnowano pieniądze. W ciągu roku zostały skutecznie zainwestowane i port rybacki i żeglarski, przystań zimowa dla jachtów to wzór dla innych. Dobre zarządzanie okazuje się jest doceniane. I pieniądze na inwestycje zostają przydzielone.

Niestety – bez wielkiego krajowego planu, bo nawet środki wojewódzkie nie wystarczą, Hel miasteczko a także w znacznej mierze Półwysep  nie staną się tym czym powinny. Hel pozostaje gdzieś hen na krańcu Polski, a może i dalej. Sam sobie nie poradzi. Czy niechętni morzu wreszcie to pojmą?

 

Kadr z filmu Jerzego Zalewskiego „Anna Walentynowicz. Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy”. Fot. YT

Zbrodnia na zbrodni. STEFAN TRUSZCZYŃSKI wraca do sprawy filmu o Annie Walentynowicz

Film Jerzego Zalewskiego o Annie Walentynowicz musi być pokazany w TVP w godnym czasie, zapowiedziany, a także uzupełniony omówieniem studyjnym po projekcji.

Służbowi żałobnicy w czerń przywdziani lubią swoją rolę. A jeszcze bardziej kamery, które filmują ich w czasie uroczystości.  Aż dziw przeto, że ważni i dostojni nie upominają się o głowę narodowej bohaterki jaką niewątpliwie jest jedna z najdzielniejszych polskich kobiet – Anna Walentynowicz. Spoczywa w grobie cmentarza gdańskiego. Zwłoki zostały pohańbione. Są tam tylko poszarpane szczątki. Nie ma głowy. Gdy w Moskwie okazywano ciało matki synowi było nienaruszone. Gdy dokonano ekshumacji w Gdańsku odkryto dokonanie powtórnej zbrodni wobec zwłok pani Walentynowicz – zbrodni zbezczeszczenia.

Tak być nie może, tak pozostawić sprawy nie wolno. Ale mijają miesiące, a nawet już lata – a tak jest! Reżyser Jerzy Zalewski zrobił film dokumentalny  o życiu Anny Walentynowicz, o jej pracy, śmierci. Ważną, nieznaną powszechnie sekwencją jest właśnie zbrodnia moskiewska po zbrodni smoleńskiej. Telewizja Polska odmawia emisji filmu.

Jakiś tajemniczy areopag zablokował pokazanie tego niezwykle ważnego dokumentu szerokiej publiczności. Orzeczono że film jest o pół godziny za długi, że nie trzyma standardów.

Te pół godziny Telewizja Polska musi mieć na przykład na wylewające się nieustannie z ekranu teleturnieje, na poszukiwanie małoletnich talentów przez zachwyconych gwiazdorów rozrywki, na zgadywanki, na sztampę kręcenia kołem i familiadami. Jest fajnie. Młodo i wesoło. Dużo jednak gorzej jest z zapamiętywaniem – szczególnie jeśli chodzi o wiedzę o literaturze. No, ale tak to już jest przy biernym gapieniu się w lufcik.

Film Zalewskiego o niezwykłym życiu niezwykłej kobiety to prawdziwa lekcja najnowszej historii Polski.

Krótkoterminowo ważni i często bardzo nadęci drepczą w korowodach i dużo mówią. Najczęściej to, co już wszyscy wiemy. Oni jednak mówią, przemawiają, bo myślą ze wtedy są lepsi, ważniejsi, że z chwały bohatera i na nich coś spływa.

Film Jerzego Zalewskiego jest o Annie „Solidarność”, którą wraz z innymi najlepszymi współcześnie naszymi współobywateli zamordowali ruscy zbrodniarze. Ci sami, którzy mordują nadal, a wielu ważnych wpływowych to ignoruje. Film Zalewskiego musi być pokazany w TVP w godnym czasie, zapowiedziany, a także uzupełniony omówieniem studyjnym po projekcji.  To żadna łaska dysponentów czasem antenowym  Woronicza. Zróbcie to póki jeszcze możecie.  Groźny walec tuskowo-hołownianej demokracji toczy się. Zglajszachtuje i wyrówna. Będzie jeszcze więcej rozrywki, zgadywanek i bełkotu.

Panta rhei. Zwycięzcy zawsze się cieszą. A potem przychodzi im do głowy by się zemścić. Złudne nadzieje, że zamażą w ten sposób hańbę własnych przekrętów i nierozliczonych zbrodni. Tak się nigdy nie stanie. Bo takiej zbrodni jak katyńska i smoleńska w naszej historii nie było. Prawda o Katyniu długo czekała. Prawda o Smoleńsku ciągle czeka. Był raport filmowy Antoniego Macierewicza, był dokument Ewy Stankiewicz i jest, czeka ciągle na emisję film dokumentalny Jerzego Zalewskiego o Annie Walentynowicz.

Mali, tchórzliwi ludzie zważcie, że władzę – wszelką – dostaje się na czas określony. Prywatne media podlegają właścicielom. Oni robią co chcą, choć tez powinni podlegać ocenie. Telewizja Polska zawsze była od kogoś zależna. Czasem nawet bardzo, czasem trochę mniej. Chodzi o to, by ta zależność nie była bezczelna, autorytarna, a w efekcie głupia i samobójcza. Można takiej zależności uniknąć, a przynajmniej się starać. Oczywiście brutalną polityczną łapą tego się nie zrobi. Są jednak w Polsce uczciwi, mądrzy ludzie. Trzeba ich znaleźć. O przegranej bitwie mądry wódz nie rozpamiętuje klęski. Szykuje się do boju następnego. Racje trzeba udowodnić czynem. Oczywiście trzeba wierzyć i to głęboko, bo inaczej po co to wszystko było. Po co?

 

Redaktor golfista – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Janusza Herburta-Hewella

Odszedł Janusz Herburt-Hewell. Dożył 78 lat. Było to ciekawe życie. Nawet bardzo. Szansę dały mu dobre geny, dobre wychowanie rodzinne, wrodzone zdolności. Wysoki wzrostem, wyróżniający się hollywoodzką urodą.

Urodził się w małej podlubelskiej miejscowości Pieńki Wozareckie, w inteligenckiej rodzinie. Dobry gust i maniery ukształtowała w nim ciotka, która poświęciła mu wiele uwagi.  Studiował prawo na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej i pracował jako asystent operatora w TVP Lublin. Uznał jednak, że Polska Ludowa da mu niewielkie szanse, więc z niej uciekł.

Wędrówkę po świecie zaczął od Niemiec Federalnych (wówczas). Imał się różnych prac i zawodów starając się dostać do mediów – prasa, radio, telewizja. Szybko się przebijał. Pomogło mu małżeństwo z niemiecką baronessą, a potem wejście w kręgi polonijne związane z Radiem Wolna Europa. W 1966 roku dostał etat w redakcji muzycznej RWE w Monachium. Tu wraz z hrabią Janem Tyszkiewiczem rozpoczął prowadzenie, jak się wkrótce okazało, bardzo popularnego programu słowno-muzycznego „Osiemnasta zero pięć”. Grali to co było najlepsze, najbardziej popularne. Mówili elegancko, ciekawie, z humorem i dobrą dykcją.

W latach 60–70. władza nie uganiała się już z ruchomymi antenami po ulicach chcąc łapać miłośników RWE. Tyszkiewicz – Hewell stali się idolami kilku pokoleń  – tych co wspominali i tych którzy marzyli dopiero o Zachodzie. Gdyby wówczas istniał Internet Janusz stałby się gwiazdą światową. Potrafił łatwo nawiązywać kontakty. Arbiter elegantiarum. Dykcja, sposób rozmowy ze słuchaczami, niski, męski głos zjednywały mu natychmiast sympatyków. Wypatrzył Janusza dyrektor RWE Jan Nowak-Jeziorański i popierał potem. Powędrował więc redaktor wraz ze swoim redaktorem naczelnym aż do Ameryki – dokładnie do Głosu Ameryki. Przepracował tam prawie ćwierć wieku wojażując z mikrofonem po świecie, obracając się wśród ludzi bogatych, ale także nadając relacje radiowe, reportaże z miejsc biedy, nędzy a nawet z miejsc konfliktów zbrojnych.

Pozyskał bogatego sponsora, też Polaka, który jako mały chłopczyk w czasie wojny uratował się z pożogi, a potem zrobił wielką karierę w USA handlując potężnymi samolotami pasażerskimi. Był to Henry de Kwiatkowski, który pamiętał skąd pochodził i odwiedził Polskę, kraj ojczysty, z liczną amerykańską rodziną w okresie karnawału Solidarności i podarował Warszawskim Wyścigom Konnym na Służewcu wspaniałego konia wyścigowego, araba, któremu nadano imię Wałęsy. (O ogierze szybko słuch zaginął …).

W Ameryce Janusz powtórnie się ożenił, tym razem z Argentynką Gracielą Brea, która urodziła mu troje dzieci: dwie córki i syna. Żołnierza Marines walczącego a potem szkolącego w Afganistanie, Iraku. Graciela była przez wiele kadencji nie tylko sekretarką ambasadorów argentyńskich w Waszyngtonie ale praktycznie najważniejszą tam osobą. Panią uroczą, świetną żoną a w dodatku bardzo się zaprzyjaźniła z Polską w czasie licznych przyjazdów do naszego Kraju.

Po roku 1989 przyjeżdżali tu po kilka razy w roku. Janusz nadal był czynnym dziennikarzem, nawet w 2008 roku zapisał się do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskim. Czyli został naszym bliskim kolegą. Nagrywał tu wywiady, reportaże, które emitowane były potem w różnych polonijnych stacjach.

Ale najważniejsza jego pasją stał się golf. Z wielkim zapałem stał się popularyzatorem tego sportu w Polsce. Mając koneksje światowe sprowadzał wybitnych golfistów i menadżerów. Konsultował budowę pól golfowych na Mazurach, w Juracie i pod Warszawą. Wydzierżawił nawet niewielkie pole na tzw. driving range w Wilanowie i tam przez prawie 30 lat prowadził naukę gry w golfa a także organizował zawody  krajowe i zagraniczne. Wielu aktorów i popularnych ludzi w Polsce tu przyjeżdżało. Odbywały się spotkania towarzyskie i sportowe. Janusz nagrał i popularyzował  zasady gry, organizował szkolenia. W środowisku golfistów cieszył się dużą popularnością i uznaniem. Janusz Herburt-Hewell był autorytetem. Był niezwykle kolorową postacią, lubianą i szanowaną. Zmarł na Florydzie 27 października 2023 roku.

Ponieważ był naszym kolegą-dziennikarzem, zawsze Polakiem a nawet gorącym patriotą, żegnamy go z wielkim żalem. Pozostanie w naszej pamięci.

 

„Nie strasz, bo…” przestrzega STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Strachy na Lachy

„Czas rozliczeń coraz bliżej” – straszy Wyborcza. Chłopcy i dziewczynki, rozliczyć to trzeba ale was. Za te wszystkie zdrady i eurostręczycielstwo, za blokowanie pieniędzy tak aby rząd padł a wypromował się nowy, większościowy. Naród przy urnach zgłupiał wprawdzie chwilowo ale wkrótce się ocknie. Europeizacja totalna i tak się nie odbędzie. Chętni mogą pojechać ale indywidualnie, szengenowo na stałe lub chwilowo na przysłowiowe zlewozmywaki lub usługiwanie gastryczne. Jeszcze dobrze za to płacą w Niemczech.

Już niedługo TVP, której prezesem będzie, bo bardzo chce, Tomasz Lis, Kublikowa zastąpi Lewandowską a Olejnik Holecką. Prezesa radia utrwali się u ojca Rydzyka, a prezes brodaty z Telewizji Polskiej zostanie np. pomocnikiem ministra kultury. Na pewno z panem Sienkiewiczem świetnie się dogadają. Burzliwe dzieje Telewizji Polskiej od Jacka Kurskiego po Bartłomieja Sienkiewicza uspokoją się albo i nie. Póki co szeregowi pracownicy nadchodzącymi zmianami w ogóle się nie denerwują.  I tak trzymać.

Przepracowałem w Telewizji Polskiej kilkadziesiąt lat i znam tam sporo ludzi. Jeszcze żyją. W momentach przełomowych (jak przełamuje się prezesa) ocenia się dorobek i wróży z fusów, co dalej będzie. Okazuje się, tak przynajmniej mówią mi starzy koledzy, że jest spoko. Wcale nie ma paniki. Ci z pierwszej linii aktualności i publicystyki oczywiście liczą się z odejściem, ale twierdzą, że mają gdzie pójść. Mediów ci u nas dostatek. Pójdą do Rydzyka albo do Sakiewicza. Nawet to pierwsze rozwiązanie jest chyba lepsze, bo w Toruniu świetnie już przygotowano młode kadry i Telewizja Trwam na pewno nie jest gorsza od pozostałych. Poza tam jednak się spowiadają i być może dlatego kłamczuszków jest mniej.

Szanowny wiekowy drzewostan też może być w strachu. W końcu przez ostatnie osiem lat było dość kolorowo. Teraz jesień. Liście opadły. Świat zrobił się szary. Trzeba zimę przeczekać. Nie znaczy to, aby nic nie robić. Nie zawsze można dobrem zło niweczyć.  Czasem nawet naiwna dobroć wychodzi człowiekowi bokiem. Ale wtedy zwykle krew ruszy w żyłach i wracamy do codziennej rywalizacji, żeby nie powiedzieć walki.

„Nie lękajcie się” – mówił nasz Święty. Z mojego prywatnego, cząstkowego rozeznania wynika, że wcale nie słychać łopotu trzęsących się gaci. Nad morzem, skąd właśnie wróciłem, owszem, słychać łopot, ale białych mew a tak to w ogóle cisza i spokój. Czas oczekiwania. Straszno czasem ale i śmieszno zarazem. Czytając rozsyłane teraz np. przez panią prof. Joannę Senyszyn pisma ogólnoagitacyjne, w których pani naukowiec pisze: „Kochani! Kończy się dziewiąta kadencja Sejmu RP. Za nami osiem lat kaczyzmu, podczas których przeżyliśmy wszystkie możliwe plagi: covid, wojnę na Ukrainie, bezsensowne skłócenie z Unią Europejską, postępującą klerykalizację państwa, zawłaszczenie przez PiS publicznych mediów, rujnowanie demokratycznych instytucji państwa, zaprzepaszczenie szansy na przyspieszenie rozwoju społeczno-gospodarczego dzięki unijnym środkom (…)”.  No cóż, kto to zaprzepaszczał, kto podnosił dziarsko łapy do góry przeciwko Polsce. Wystarczy.

Pamiętacie budkę. Została już dawno spalona przez obecnego kandydata na kulturalnego ministra. Jeśli pan Kosiniak pójdzie rzeczywiście w kamasze, to chyba zaryczą lwy, które stoją znowu zastygłe na terenie, gdzie kiedyś było kino Moskwa. Zresztą, kto to wie co będzie? Codziennie jesteśmy zaskakiwani. Zdarza się, że czas płynie wartko i rzeczywiście żyjemy w arcyciekawych czasach. Azjatycki wirus został pokonany. Trudniej z wirusami rodzimymi. Wolnoć Tomku w swoim domku, ale nie po to by go dewastować.  W końcu ktoś naprawdę zareaguje. Problem jak długo przyjdzie na tę reakcję jeszcze czekać. Czasem starzy posłowie wykazują jednak resztki rozumu, a szybko biegnąca do przodu młodzież często nie wie co czyni.

Książeczkę „Rozalka Olaboga” napisała poetka Anna Kamieńska, żona poety seniora Jana Śpiewaka, matka i babcia licznych i sławnych juniorów o tym nazwisku. Przeczytajcie sobie odwetowcy. Sam tytuł już do dzisiejszych czasów pasuje. A co będzie dalej? Tak czy owak strachy na Lachy. Musi to na Rusi a w Polsce ciągle jak kto chce. Jesteśmy liberałami od zawsze i tacy pozostaniemy. Ale nawet sławetne liberum veto miało sens i czasem było potrzebne.

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?  Ci którzy straszą dochodzeniami niech najpierw zajmą się Amber Goldem, poszukiwaniem zabójców Leppera, Pańki i Petelickiego. Straszenie, że następcy ścigać będą poprzedników to błędne koło. Wkrótce się zorientują, że tak jak z psem, który usiłuje ugryźć się w ogon. Cztery lata szybko miną. Następcy też będą robić podsumowanie.

Czekamy na nowe buźki na małym ekranie. Taka kolej losu idoli. Fajna to praca w telewizji, ale gwarancji nie ma, aby długo ją się cieszyć. Oczywiście są wyjątki. Zresztą wszyscy naraz nie wylecą, bo wówczas trzeba by zamknąć całą budę, a na to już narodu nie zezwoli, bo bardzo lubi gapić się bezczynnie w ekran. Niektórzy nawet  bez telewizji żyć nie mogą – wszystko jedno czy łże – czy też nudzi. Choroba telewizyjna to epidemia permanentna. Doprowadza do zwiotczenia mięśni i zaniku rozumu. Tylko wymogi pęcherza i konieczność ruszenia się z fotela człowieka takiego ratuje.

Nad morzem lata potworne ptaszysko. Czarne i ponure. Nazywa się kormoranem. Dziennie zjada 3-4 kilogramy bałtyckich ryb. Połowę tego co połknie prawie natychmiast wydala górą. Reszta czyli żrące odchody niszczą wydmy, lasy na bałtyckich wydmach. Niestety zamiast wytępienia słyszymy naiwne śliczne nawet piosenki o tych ptaszyskach. To co się wabi – np. obywatelską platformą to też co innego brzęczy, a co innego robi.

 

 

Zarówno wolność jak i "wolność" mogą zaślepić... Fot. HB/arch./re

Zjawiska atmosferyczno-polityczne opisuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Hybryda ukąsi

Jeśli wilk zagryzie kozę hodowca dostanie odszkodowanie. Ale jeśli szkodę wyrządziła hybryda, czyli krzyżówka wilka z psem – nic nie dostanie. Taką mamy ustawę. Uchwalona została, gdy „wilko-psów” mało samopas biegało. Namnożyło się jednak wilków i hybryd zwierzęcych. Teraz hodowcy mają problem. Podobnie jest w polityce. Jak odróżnić patriotę od wroga. Też biegają luzem i mnożą się. Zakaz aborcji będzie wkrótce sprawa prywatną. Ale jak będzie z rozmnażaniem – nie wiadomo. Hybrydy na jezdni, hybrydy w lesie. Teraz zaczną również szczerzyć zęby w urzędach – od dołu do góry. Może się zakotłować.

 Wydawało się że od sołeckiego skryby po belweder droga długa i do przebycia czasochłonna. Ale skądże. Minęło dzionków niewiele od wyborów a tu sięga się już po głowę głowy państwa. Odwołać – krzyczą! Odwołać i już.  Nawet hunwejbini nie szli tak ostro.  Obeszli w końcu cały duży chiński kraj zanim wyciągnęli noże po  wydumaną „bandę czworga”.

Stoi marszałek Piłsudski przed wielkim dworem w Alejach Ujazdowskich. Stoi na pomniku oparty na szabli. Śpi zaklęty góral na Giewontu grani. Ostra kosa Helu wbija się w bałtyckie morze. I cisza. Sztil na fali, śnieżek w górach. A parlamencie zgiełk – ktoś szparko przebierają nogami. Czy syberyjskie mrozy zetną to wszystko lodem albo huraganowe nawałnice prącej na Europę tłuszczy mas z zachodu – nas zadepczą?

Chyba już żadne apele nie pomogą. Autorytety rozmienione na drobne. Niespodziewanie zaskakuje pomysłami Rzym nowymi kanonami wiary. Pan Orwell straszył, ale podawał inną datę. A tu za pasem rok 2024 i światowe mordowanie już nie w tysiącach a w milionach istnień ludzkich, migracje i podziały społeczeństw. Zdumiewające tempo i niebezpieczeństwa. Ludzie atakują się i przetrwa tylko ten, kto potrafi się obronić a nie dzielić i kłócić. Nagłe pojawienie się hybryd wszelkiego rodzaju jest niebezpieczne. Gdzie są ci porządni bogobojni i patriotyczni obywatele. Siedzą cicho w domach. Otworzyli gęby ze zdziwienia i biernie czekają. Zastygli w chocholim tańcu.

A tu dzieci zaczną coraz głośniej wołać.  Zarzynane krowy – zaryczą, świnie zaś zakwiczą, ukraińskie zboże nas zasypie. Profesor Pniewski przewróci się w grobie tyłem do gmachu przy ul. Wiejskiej, który tak pięknie zaprojektował.

Quo vadis – Tusku, Hołownio i Kamyszu oraz Czarzasty? Czy z remisu wyborczej walki chcecie uczynić pogrom przeciwnika? Zemsta! Chęć rewanżu nie wiadomo za jakie krzywdy odbiera rozum, szacunek dla wspólnie ustanowionego prawa, prowokuje.

Krowa – Europa, którą obrazem rubasznym namalował Franciszek Starowieyski rozpędza się tratuje. Mleka ona nie da, bo to nie krowa a chyba byk rozjuszony. Ma rogi i pysk rozwarty nie merda a biczuje ogonem. A tu matadora nie ma. Obrońcy przed atakiem zachodu i przed czerwoną zarazą pochowali się w pałacykach i domkach. Zerkają na konta w rajach podatkowych. Jeżdżą przez centra miast wypasionymi pojazdami a plebs ma rowery i hulajnogi. W radiu z lufcikiem, jak określał media pan Wiech (teraz pasuje to do telewizji) Holecką zastąpi Olejnik, Lewandowską Kublik Za Adamczyka ustanowiony zostanie Lis, który stoi już w blokach startowych. Zamiast krzyża w Sejmie – portret gen. Jaruzelskiego. Płotu dookoła sejmu nie będzie, bo kto by się tam teraz pchał. Przywiozą workami kasę z Brukseli. Rozdawać będzie minister Rostowski. Oszczędzimy na budowie gigantycznego portu lotniczego, nie dopuścimy do zagrożenia atomowego poprzez elektrownie. Powieją z zachodu ożywcze wiatry i napędzą śmigła niemieckich elektrowni wiatrowych. Zafurkoczą na wielkich słupach, które już od dawna czekają na przyjazd do Polski z landów naszych prawdziwych przyjaciół zza Odry. Malować ich nie będziemy ani konserwować, bo całe to ustrojstwo obsrają mewy i zabezpieczą antykorozyjnie.

W miejsce pomnika  Lecha Kaczyńskiego odsłonięta zostanie statua pana Tuska – w peruwiańskiej czapeczce. A na górze smoleńskiego abstrakcyjnego monumentu usiądzie na tronie pan Putin.

Hybrydowi zleją się w jedno. Psy przy budach trzymane będą na  długich 10-metrowych łańcuchach, ale za to feministyczna władza skróci smycze domowe. Oczywiście będzie w tej sprawie referendum, nawet dwa. Oddzielne dla pań i panów. Kłopotów pan marszałek będzie miał co nie miara.

W pierwszomajowym pochodzie, który poprowadzi pan Czarzasty i pani Żukowska czołowy transparent głosić będzie: pokój i tolerancja. Wieczorem nad Wisłą odbędzie się pożegnanie władz gdańskich, które tratwami własnej roboty spłyną do miasta o podwójnej nazwie – niemieckiej i polskiej. W ramach rozwoju sztuk plastycznych graficiarze wymalują gmach parlamentu. Nudno nie będzie. Nocami grać będzie heavy-metal i sataniści.

Dobranoc Państwu, w końcu nie wiadomo, kiedy to opublikują i kiedy będziecie czytać…

 

Fot.: a/hb

Felieton zaangażowany STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Zdziwolągi

PiS-owcy bardzo się zdenerwowani zaskoczeni szybkością chamskiego ataku PO-wców. Nastąpił natychmiast po objęciu władzy w sejmie. Mówią: tak być nie może, tak nigdy nie było, to skandal! Owszem. I co z tego? Panie, panowie, czy nadal myślicie, macie nadzieję, że ktoś, kto chce sprzedać, unicestwić Polskę będzie się liczył z papierkowymi przepisami. A nawet z Konstytucją?

 Tusk się jeszcze miło uśmiecha. Wystawił na pierwszy ogień Hołownię. Ale Pan Budka już nic nie ukrywa. To widać gołym okiem. Jest nerwowy i przez to transparentny. Nie ma odporności Schetyny. Nic to. Wesoło to dopiero się zacznie gdy do akcji włączy się Nitras. Ten zawodnik długo w odwodzie nie wytrzyma. A do tego są jeszcze – Pomaska, Wielgus. Będzie się działo.

Do 21 listopada będzie spokój. Jest jeszcze trochę czasu. Dlatego trzeba coś postanowić, działać. Czy władze prawicy nie widzą niebezpieczeństwa? Monopol na telewizję publiczną, który oczywiście jeszcze mają nie jest wykorzystywany. Karnowscy – Sakiewicz nawet w najbardziej elokwentny i przekonywujący sposób już nic nie załatwią.  Gadka, szmatka, mowa, trawa. Wielu mówi – niewielu słucha.

Rządzący, niestety, zdaje się uważają, że mają jeszcze czas. A to nieprawda. Czy wyjdzie ktoś na ulicę w obronie PiS-u? Chyba nie. Więc co robić? PiS-owcy wszelkich podziałów – łączcie się. Czas zakończyć swary głupie. Trzeba wyznaczyć jednoznacznie wodzów, wodza. I słuchać potem. Nie – Kaczyński i Ziobro. Tylko jeden. Kaczyński. Nie – Morawiecki i Sasin. Tylko – Morawiecki, bo to w końcu nadal premier.

Przestańcie się dziwować nadchodzącym wypadkom. Czas minął. Dostaliście głosów najwięcej. Ale tamci potem się skrzyknęli i w tym zakłamanym, niespójnym zjednoczeniu trwają bo wróg dla nich jest jeden. Co będzie później, dla nich nieważne. Liczenie na to że się rozlecą, pokłócą jest oczywiście zasadne, ale i złudne, bo to oczekiwanie na ruch przeciwnika i zdanie się na jego łaskę.

A tu rozmawia się o ograniczeniu ruchu samochodowego w śródmieściu Warszawy, o prezydenturze … Trzaskowskiego. A tu Hołownia marszałkiem sejmu, Kosiniak-Kamysz – ministrem obrony. Co będzie dalej?

Szwajcarzy, po prostu zwykli obywatele, trzymają flinty pod łóżkiem. My będziemy zarzynać własne krowy i prosiaki, bo tak nam nakażą bauerzy ze Szwabii. Czy dopiero wtedy – przynajmniej właściciele wielkich gospodarstw przypomną sobie że kiedyś mieli do obrony kosy? Czy szewc Kiliński zejdzie z pomnika i zwoła dziś naiwnych i wystraszonych by nie byli bierni i bezwolni?

Polska została w dużej mierze odbudowana choć straciła wiele. Trzeba odbudować a nie niszczyć własność jej obywateli. Oczywiście, że bielmo z oczu spadnie, ale im później, tym straty będą większe. Po co czekać? Ci wybrańcy narodu, którzy dziś usiedli w ławach poselskich jeszcze nie rozumieją, jaką wzięli na siebie odpowiedzialność. Na razie się cieszą z immunitetów, samochodzików, tablecików i darmowych prezentów.

 

 

 

 

Czy będzie to gadanie do obrazu? STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dobre rady

Troskliwy doradca Pana Prezydenta Andrzeja Dudy Pan Waldemar Pawlak radzi: Nie wiesz pan komu powierzyć powołanie rządu – to proszę.Czy zwalić decyzję na sejm, można to zrobić, naprawdę! Ręczą za to moi prawnicy.

Rzeczywiście, trudno zazdrościć Prezydentowi. Wybierze Morawieckiego – podniesie się jazgot narodzonej po 15 października koalicji czworga.

Wybierze Tuska – pęknie polskie serce a potem ludzie naprawdę wyjdą na ulice z biało-czerwonymi flagami i rondlami w ręku. Wróci sierpień 80 roku. Bo nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, a rusek nas straszył.

Pan Prezydent Duda może stracić wszystko co zyskał w ciągu dwóch kadencji. Nie tylko już nie może być wybrany na kolejne pięć lat, ale nawet nie wiadomo gdzie sobie pójdzie. Będzie bardzo biedny, zagubiony, a wkrótce i zapomniany. Nie idź tą drogą Prezydencie.

I znowu będzie o Pawlaku, który uważa tak naprawdę Kosiniaka-Kamysza za gorszego od siebie! Pawlakowe dobre rady to łabędzi śpiew. Pa-de-de. Wiadomo, większość tzw. koalicji obywatelskiej,. nawet gdy obudzą się z letargu konfederaci to przewaga tych, którzy i tak później się nie dogadają. Nie można się skrobać i klęczeć ze złożonymi dłońmi jednocześnie.

 

Nie można kochać Polski i Niemców zarazem. Nie można obronić kraju pomysłami Siemoniaka. Tak jak nie można jej obronić dopuszczając by obcy traktowali nasz kraj jak dziwkę do wynajęcia.
Europo – tyś sztucznym tworem, zakłamanym i skorumpowanym. Pogardzającym ludami za Odrą.

Nie masz wstydu, nie masz sprawnej armii, a nawet kompatybilnego wojska (tragedia w Sarajewie gdzie dowodził holenderski generał). Za chwilę okaże się, że kasa twoja jest pusta a nabotoksowane usta obiecują i nie dotrzymują. Możliwość obrony przed zagładą czerwonych zagonów ze wschodu i czarno-brązowych tłumów od południa i wschodu – ułudna. Obiecanki cacanki 39 roku przypominają trzeźwo myślącym jak było i jak być może. Przypomina się holokaust Żydów – staje znów przed oczami statek z uciekającymi ludźmi brutalnie odepchnięty od amerykańskiego brzegu.

Świetny ponoć Mosad nie uchronił dziesiątków tysięcy już zabitych przed zbrodniczym atakiem. Ludzie giną gdy wybierają złych, nieporadnych, tchórzliwych przywódców. Trwa parada kukiełek. Pacynki i marionetki na proscenium.
Zróbmy sobie zestawienie, nawet na te kilka miesięcy, do czasu gdy pan Donald znowu pojedzie do Brukseli – tym razem już na pełną kadencję. Są dwie możliwości. Albo będą w tym rządzie może i ładno-zdolni ale zupełnie niedoświadczeni albo doświadczeni ale znudzeni i bez pomysłów drzemać będą tak jak prof. Władysław-Bartoszewski na zebraniach rady nadzorczej LOT-u albo jak najwyższy (ale tylko wzrostem). Mikke z przedrostkiem Korwin zagłuszający w sejmie przemówienia kolegów chrapaniem.

 

Pax między chrześcijanami, ateistami i agnostykami. Lepsi są filosemici od filogermanów i rusofilów. Idąc tym tropem nie wiem jak sklasyfikować łysych wobec rudych. Czy zarządzić obowiązkowe golenie głów czy tylko nimi potrzasnąć.
Co więc robić?

Aniele Stróżu naszej prawie 40-milionowej społeczności – powiedz! Tak to już jest, że jak trwoga to do Boga. Listę porad można rozwijać, bo wiele głupoty się zakorzeniło, a jeszcze więcej grozi. Dobre rady pana Pawlaka można by skwitować również dobrą radą dla pana Kosiniaka-Kamysza: nie wierz zbytnio swojemu przewodniczącemu Rady Naczelnej. Pan Pawlak po prostu wynudził się na ugorze i teraz chciałby robić come back. Np. wskoczyć na stołek Orlenu. Ale byśmy mieli wówczas pożar.

Decydent ma problem. PiS wygrał wybory. Człowiek wybranej partii powinien zaproponować koalicję do rządzenia. Jaka ona będzie to przecież ciągle nie wiadomo. Trwają rozmowy. Niby Tuskowi ludzie dogadują się ale jedni drugimi gardzą albo uważają za głupszych. Facet w czerwonym sweterku deklaruje wierność wyrobnikom. Nie może powiedzieć – klasie robotniczej – bo byłoby to jawnie po komunistycznemu. Jako najbardziej tolerancyjny zlał się z tęczowymi a teraz wierci się w tym związku. Porąbane to wszystko i niespójne. Jeśli nawet sklecono by ten domek z kart wyborczych – szybko rozleci się na zimowym wietrze.

Czy Kosiniak-Kamysz strzeli ładną bramkę, czy samobója? To zależy tylko od lidera PSL Fot. arch.

A może król Władysław – proponuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Wygibasy powyborcze

Gdyby Jarosław Kaczyński był przebiegły, jak jest mądry i wytrwały, zaproponowałby Władysławowi Kosiniak-Kamyszowi (po cichu)  przyszłą prezydenturę kraju. Najpierw jednak premierostwo z PiS-em a nie z Platformą.

 Doktor nie musiałby na ten zaszczyt zbyt długo czekać. Prezydent Andrzej Duda kolejny raz już nie wystartuje. Kolejnego kandydata konserwatywnego – na razie – m nie widać. Nie słychać też, by koalicja nienawiści wobec PiS-u miała uzgodniony program. Nic dziwnego, bo startowali przecież oddzielnie i dopiero po godzinie trzeciej nad ranem 16 października zlali się w jedno ciało.

Ciągle się dogadują. Gadu-gadu a tu trawa nie rośnie.

Pisał Tuwim: :

„Trawo, trawo do kolan

podnieś mi się do czoła

Żeby myślom nie było

Ani mnie, ani pola”

Ale kto by tam słuchał poetów. Sztucznie wywołane, rozpalające zmysły dyskusje, np. o aborcji, zagłuszają rzeczowa rozmowę o przyszłości rolnictwa, na temat energii atomowej i naszego lotniczego miejsca w świecie.

Panie Władysławie, potraktuj pan dotychczasowe rozmowy jako „przenośnię”, która daleko by pana nie przeniosła. I gdy Prezes Kaczyński rzeknie o czym jest na wstępie tego felietonu – ani chwili się pan nie wahaj. Bo to se nevrati. Tylko raz w życiu się trafia. Żona zostałaby prezydentową, dzieciaki… No śmiało proszę pomarzyć i czynić krok we właściwym kierunku. Co było a nie jest – nie pisze się w rejestr. Tuskowi postaw pan piwo, najlepiej niemieckie, nie za mocne. Nie przejmuj się pan pomarszczoną coraz bardziej, srogą twarzą pana Donalda. Srogość to albo rzeczownik abstrakcyjny.

W pańskim gabinecie, a właściwie na ścianie sekretariatu obejrzałem piękny portret Wincentego Witosa. Wie pan zapewne, jak potraktowano tego prawdziwego obrońcę Polski w 1920 roku, który zwołał aż 70 procent naszego wojska. Zamknięto go w Berezie Kartuskiej. Dziś prawdziwy przywódca chłopski (40 procent ówczesnej ludności kraju) ma piękny pomnik przy Placu 3 Krzyży w Warszawie.

Jest pan dużo bardziej wyedukowany, ale czy ma pan odwagę i serce do walki. Zobaczymy. A więc najpierw gmach w Alejach Ujazdowskich i wejście, którego pilnuje postument Jana Olszewskiego. A później pałac prezydencki określany przezwiskiem nieładnym jako namiestnikowski.

Przepuści pan możliwość takiego wyboru? Wystarczy teraz jeden właściwy krok. „Jeden krok” jak śpiewał bard Andrzej Dąbrowski – jak każe maszerować też Dąbrowski, tylko generał. Na pańskich długich nogach to łatwe.

Wprawdzie Donald Tusk wyrwie sobie resztki włosów a Czarzasty będzie wyglądał jak nabzdyczony indor. Hołownię zostawmy, dzieci i ryby głosu nie mają. Potem zagospodaruje pan Bosaka, który chodzi w bardzo eleganckich bucikach i mamy rząd z wicepremierem Morawieckim, Sawickim (rolnictwo), Błaszczakiem i dalej wg. uzgodnienia z prezesem. Oczywiście Kaczyńskim.

Platformersi polecą na Tempelhoff, jeśli tam jeszcze przyjmują. Co taki rząd potem zrobi? Na pewno nie zredukuje armii, będzie budował CPK i elektrownie atomowe. I będzie po prostu rządził tu i teraz z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, nie z uroczego kanclerskiego żółtego domu na przeciwko Wyspy Muzeów w Berlinie.

Ciekawe, że propaganda PO w ostatnich dniach unika pańskiego nazwiska panie Kosiniak. Ani jedno „k” ani drugie nie padają np. w ostatnich numerach Gazety Wyborczej. Proszę sprawdzić. Najwidoczniej boją się pytać pana o sprawy aborcyjne, o krówki i świnki. Ufa im pan? Przecież Warszawka gardzi i kpi z pana i kolegów z PSL-u. Tak naprawdę to śmierdzą im gnojem co w swoim czasie zauważyła bezkompromisowa, wyłączona z obiegu Renata Beger.

Panie Władku, żeby nie było jak u Wyspiańskiego: „Został ci się jeno sznur”. Szansa prezydentury polskiej jest przed panem. Rzeczywista. W PO to pan kariery nie zrobi. Proszę popatrzeć na pańskiego kolegę Jarosława Kalinowskiego, obecnie europosła, który ładnie śpiewał, tańczył w ludowym zespole a nawet orał zręcznie traktorem własne pole. Teraz waży ok. 120 kg i już nie chodzi po salonach ani Brukseli a tym bardziej na Wiejskiej. Bo i po co.

Panie Kosiniak – śmiało! Struzik, Sawicki – pomogą. „Tygrysek” – jak nazywa Pana mądra i reprezentacyjna małżonka – czy aby to na pewno dobra ksywa. Mieliśmy już lwy, pora na zdecydowanego drapieżnika z prawdziwymi kłami. Bo i pogonić za Odrę trzeba wielu. Miłośnicy Niemiec wkrótce się przekonają i wybiorą swoje miejsce. Wolna droga, co mówię – wolne autostrady.

* * *

Jeszcze drepczą trochę w lewo, ciut, ciut w prawo. Robią śmieszne ważne miny. Uważajcie chłopaki by w krowi placek nie wdepnąć – chociaż to na szczęście.

Kaczyński stoi na wysokim wzgórzu i patrzy jak Napoleon na to tragiczno-śmieszne pole bitwy. Płakać czy się śmiać? Ale to przecież nasza ojczyzna. Prezes czeka. Niech harcownicy wybiegają się, zmęczą i przyjdą na poważne rozmowy. Lepiej poczekajmy jeszcze, lepiej się nie spieszmy. W Warszawie mamy już jeden wał – Miedzeszyński. I wystarczy.