Fot. TV Trwam

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Partaczunie, ojciec Rydzyk was pogodzi

Będzie o TVP i TVN. Ale nie tylko. Rywalizować trzeba na jakość, a nie na wciskanie poglądów. Podział opinii publicznej, podział na my i wy czka echem w mediach. Gdyby słowo mogło razić już wszyscy bylibyśmy martwi.

Dalsza pyskówka obrazkowa nie ma sensu. Żadna ze stron drugiej nie przekona. Tym bardziej że od lat za plecami wystawionych na pierwszą linię biedaczków stoją ci sami, wyeksploatowani bez pomysłów i znudzeni już samym sobą medialni wodzowie. Zawsze tak było. Do boju wysyła się nawet zdolnych. Ale cóż oni zrobią jeśli stoi za nimi z naganem albo coltem polityczny decydent.

Tylko dobra jakość pracy prowadzi do sukcesów. Ludzie nie są głupi. Ważniejsza jest informacja niż komentarz. Wiarygodność się traci jeśli choć raz się skłamie. Chcieć to wcale nie oznacza móc.

Wiadomości dnia słucham u ojca Tadeusza Rydzyka. Tak, tak. Posłuchajcie i Wy ludkowie. Choć raz sprawdźcie o 2000 i o 2345. Jest wszystko to co najważniejsze, ułożone według tejże ważności spraw i wydarzeń. Dobrze napisane – zredagowane, a także z dobrą dykcją czytane. Koniec, kropka.  Tyle i aż tyle.

Można cudować. Decydenci medialni – bo na tych stanowiskach dziennikarze zamieniają się w polityków – zawsze bardzo się starali o przypodobanie władzy i cudowali. Z moherów szydził piłkarzyk z Sopotu. Ale już przestał. W uaktywnione przez ojca dyrektora, oderwane od szydełkowania grupy wstąpił duch. Z kolei grzeczne, z dobrych rodzin dzieciaki fachowo uczone szybko pojęły jak radzić sobie z kamerą, mikrofonem i piórem.  Występują w garniturkach i sukienkach, a nie w piżamach i szmatkach.  Świetnie sobie radzą.

Co jest modlitewne, jest modlitewne. Kto nie chce słuchać nie musi. Ale na przykład swobodnych wypowiedzi, bez przerywania, mądrych ludzi, kulturalnie prowadzonych rozmów długich a nawet bardzo długich, ale za to wyczerpujących temat słuchać warto. Jeśli nie ma czasu, po co w ogóle zaczynać? Mityczna ramówka ma porządkować a nie kneblować. Bo to krzywda i dla zaproszonego i dla słuchacza-widza.  Jeśli chcemy w przyszłym sejmie, senacie mieć ciekawych ludzi dajmy się przedstawić potencjalnym kandydatom.

Jeśli jesteśmy w strachu przed covidem i słuchamy bełkotu z różnych stron oddajmy głos najlepszym specjalistom fachowcom ze świata. Tak jak to planuje w najbliższym czasie toruńskie sympozjum. Kosztowne, ale ważne i się opłaci. O Wy, którzy pieniądzem władacie i ludzkie namiętności w ręku trzymacie – popatrzcie i posłuchajcie zamiast kpić.

Rydzyk może Was pogodzić… partaczunie. Tam szybko uczą zawodowej dziennikarskiej fachowości. Pomogą męczącym się na co dzień pańszczyźnianym szukającym co dobre a co złe. Tym wszystkim co są gdzieś zadyszani i wypruci już zupełnie z pomysłów. Dobry duch jest ważny, ale musi mu towarzyszyć wytrwała praca a nie serwilizm.

Lewacy, agnostycy (cokolwiek by to cwaniactwo znaczyło), prawicowcy, a nawet kochający inaczej mniej kombinujcie co ludzie chcą usłyszeć a więcej ich słuchajcie. Tak Wam dopomóż Bóg, nawet ten Wasz, jaki by nie był.

 

Fot. Pixabay

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Jaja z Jacusia

Żaden prezes TVP – a przeżyłem kilku – nie był tak atakowany jak Jacek Kurski. Nie przejmowałbym się tym bardzo. I ja mam zastrzeżenia do – jak mówią – „Kury” – ale wszystko ma swoje granice. Również chamstwo.

Ostatnio „Gazeta Wyborcza” poświęca całą ostatnią stronę swojego ponad 100-tysięcznego produktu, by wyszydzać komiksowo Pana Jacka i jego otoczenie. Komiks z założenia to forma szmirowata.  Można doń wciskać i sugerować nim wiele: obrzydliwe nochale, łyse pały a nawet – eskalując – przyjdzie z czasem „sadzanie bohatera” na nocniku, demonstrowanie defekacji i puszczania pawia. GW jest już bliska powyższych subtelności. Pamiętamy krytyczne „Ucho Prezesa”, które zamachnęło się na najwyższą władzę. Ale to był elegancki spektakl wobec „Jaj z Jacusia” akceptowanych przez Michnika i braciszka wykpiwanego. Ba, gdyby to były kpiny, a nawet grube żarty. Niestety to, co serwuje „Gazeta Wyborcza” jest po prostu bez pomysłu, głupie i żenujące.

Zastanawiam się, czy w ogóle pisać to, co teraz piszę? Bo może niechcący przysporzę gazecie czytelników – oglądaczy? Gdy pokazywać kogoś w sytuacji paskudnej – najpierw wywoła to zdziwienie, protest – a potem stokrotnie powielane może wywołać podejrzenie, że „coś jest na rzeczy”. Politycy (a naczelni prezesi przecież nimi są) pokazywani są w nadmiarze i przez „swoje” media bezkrytycznie. Jeśli uwziąć się na jednego można go zohydzić albo wylansować.

Jacek Kurski sam się lansuje, więc GW postanowiła go ośmieszać. Ale sama się ośmiesza publikując beznadziejny kicz. Zmierzając ku tabloidowi GW zasmuca. Szkoda. Bo wielu jest tam dobrych dziennikarzy, ale niestety, niekoniecznie postępujących etycznie. „Gazetę” się czyta dla przeciwwagi prawicowym nadgorliwcom. Myślę, że wielu dziennikarzom „Wyborczej” jest po prostu wstyd za ten „komiks”. No, ale jeśli już zniżyć się do poziomu rzeczonego to proponowałbym jako temat walkę wewnętrzną na Czerskiej: GW – Agora. To super temat. Niewyczerpany i zaskakujący. Konflikt wewnątrz medium.

Można by wykorzystać niewątpliwą urodę Pań z GW zamiast brzydali z TVP. Można eksponować rozbrajający uśmiech Pana Adama, przypomnieć deklarację o przyczynach kopulowania przez Pana Blumsztajna. Oj, byłoby tego sporo. Zresztą co ja Wam Autorzy będę podpowiadał. Studnia wyobraźni na Czerskiej jest przecież bez dna.

Pamiętam jak w czerwcu 1989 roku siedząc na przedszkolnej ławce w skromniutkim ogródku na Czerskiej snuliśmy plany – marzenia, jak to będzie po wyborach. Jak pokonać „czerwonego”. I on rzeczywiście oddał władzę, ale przechwycił własność i jeszcze sprzedał rodzinne klejnoty – ile tylko się dało i za co bądź. Ale z przedszkolnej redakcji wyrosło jednak gmaszysko. O tym wszystkim byłby świetny komiks. Zresztą tematów nie brakuje. Same się pchają pod nóż.

Gdyby tak np. reanimować pochody pierwszomajowe. Na Marszałkowskiej na południe puścić szeregi pisowskie, a na północ zwolenników LGBT. Oczywiście pośrodku mundurowi. Taka konfrontacja. Ciekawe kto by zyskał a kto stracił? „Jacuś Ci pokaże” – oczywiście o ile będzie chciał. Na razie bardzo brzydko o nim w Wyborczej piszą

, jeszcze brzydziej rysują. A przecież – przypatrzcie się bez uprzedzenia – to pogodny, uśmiechnięty, a nawet uzdolniony muzycznie, niestary jeszcze obywatel.

Gdyby tak zrobić np. w ramach „Szansy na sukces” konkurs, zawody śpiewacze. Jacek Kurski (występujący z gitarą, bo zagrać potrafi) – no, z kim? Kto się z „Wyborczej” zgłosi? Może brat Jarosław albo autorzy komiksu?

Kupą, mości panowie, kupą! I z jajem! Ale nie po prostacku i chamsku.

 

Fot. Pixabay

Dekalog medialny STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Po pierwsze: nie służ aktualnie sprawującym władzę – kacykom, prezesom ani żadnym innym kupującym dziennikarzy za obietnice stanowisk, prezenty droższe lub śmieciowe. A prawdę i sprawiedliwość mając na względzie służyć będziesz swą pracą społeczeństwu, kierując się prawem i zasadami demokracji.

Po drugie: nie nadużywaj słów wielkich – jak Bóg, Honor, Ojczyzna – by nie stawały się pojęciami wyświechtanymi, nie robiącymi większego wrażenia. Degradacja wartości słowa to niepowetowana strata. A słowo to oręż żurnalisty.

Po trzecie: nie goń za mamoną. Dbaj o poziom i wartość przekazu – aby to osiągnąć, odpocznij czasem.

Po czwarte: korzystaj z wolności Schengen, ale pamiętaj, skąd jesteś i co zawdzięczasz krajowi rodziców, nauczycieli i współobywateli. Szanuj to wszystko.

Po piąte: krytykuj, piętnuj, jeśli trzeba. Wal śmiało i prostolinijnie. Ale nie zabijaj – jak muchę gazetą. Daj krytykowanemu szansę obrony.

Po szóste: nie zawłaszczaj cudzego. Nie wyciągaj łapy korzystając z przywileju władzy, wpływu medialnego. Pamiętaj o swoich pryncypialnych zobowiązaniach.

Po siódme: nie zżynaj, nie przepisuj bez podania źródła. Gardź plagiatem. A jeśli nawet nie boisz się demaskatorskiej roli Internetu, to bój się własnego sumienia. Wierz w to, że oszustwo zawsze się wyda.

Po ósme: nie kłam, nawet dla zysku takiego czy innego. Nie łżyj – bo to najcięższy grzech dziennikarza. A jeśli nie wstydzisz się pisać nieprawdę, nie boisz się sądu ani Pana Boga – bój się Hieny (to antynagroda SDP). Ona cię dopadnie.

Po dziewiąte i dziesiąte: pożądaj laurów i nagród dziennikarskich – a te są liczne w pączkujących ciągle konkursach. To zdrowe pożądanie winno zmobilizować do pracy. A jest o czym pisać, co nagrywać i filmować. Trzymaj się zasad, a znajdą Cię i wyróżnią.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Od UB do UE

 Do lat sześćdziesiątych nawet w rodzinie strach było rozmawiać o tamtych czasach.

 

O ojcu Józefie syn Józef Borkała, rocznik 1942, wiedział w dzieciństwie tylko tyle, że tata przed wojną pracował na kolei, a w okresie okupacji, by nie być zabranym do niemieckiego wojska, zatrudnił się w służbie ochrony torów. Potem, ale to już po wielu latach, dowiedział się od matki Antoniny, że ojciec poszedł do lasu, że był partyzantem.

 

Powiedziała mu też, że do ich domu w Skoczowie w czasie wojny przychodzili koledzy ojca. A jeden to nawet był znanym tutejszym piłkarzem. Wszystko to było, zanim się urodził. Bo przyszedł na świat w Skoczowie dopiero w 1942 roku. O niczym innym związanym z ojcem w domu się nie rozmawiało. Ale w szkole odczuł już brzemię tamtych lat. Nazywano go dzieckiem bandyty. Matka również niewiele mówiła o sobie. Usłyszał od krewnych, że też chodziła do lasu, nosić ojcu jedzenie. A także, że przenosiła stamtąd do miasta jakieś papiery. Od „Kreta”, bo taki partyzancki pseudonim przyjął ojciec. Usłyszał też, że był on groźny dla Niemców i bardzo go poszukiwali.

 

W lasach między Cieszynem a Skoczowem AK-owska partyzantka działała aż do 46. roku. Jest tam jeszcze wiele do odszukania – bunkry, tunele. To trudno dostępne tereny. Właściwie bezdroża. Błoto. Warto odnaleźć partyzanckie kryjówki.

 

Józef Borkała pojawił się w Skoczowie na krótko, gdy odeszli Niemcy. Ale ich miejsce zajęli nowi okupanci – Rosjanie, a potem UB-cja. Józef Borkała w obawie przed aresztowaniem, co spotkało kilku jego kolegów, wrócił do lasu. Ludzie między sobą zaczęli opowiadać, że „Kret” jest znowu groźny. Teraz polowanie na „wyklętych” prowadzono siłami Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nie wszyscy byli żołnierze z lasu wytrzymali.

 

Czy była to zdrada i kto zdradził, tego na pewno do dziś nie wiadomo. Podejrzenia i oskarżenia krążą nadal. Większość ludzi z tamtych czasów już nie żyje. Czy kiedykolwiek te sprawy zostaną wyjaśnione?

 

Tylko pewne fakty ustalone są bezspornie. To, że w styczniu 46. roku, po zgładzeniu czterech UB-ków ze Skoczowa, zostały wysłane na akcję silne oddziały wojska. Wiadomo, że na pewno ktoś zadenuncjował i wskazał miejsce pobytu „leśnych”. Akcja była jednak nieskoordynowana. W lesie starły się ze sobą dwie grupy KBW. Gdy się zorientowano, spalono okoliczne zabudowania. Rozpoczęła się strzelanina ze stacjonującymi tam partyzantami. W tej walce zginął m.in. „Kret” – Józef Borkała.

 

Jego ciało przewieziono potem wozem drabiniastym i wyrzucono przed budynkiem UB na rynku w Skoczowie. Zmasakrowane zwłoki leżały przez kilkanaście godzin, żeby ludzie zobaczyli, co dzieje się z tymi, którzy walczą z nową władzą. Nie wiadomo, czy ciało zostało potem spalone, czy gdzieś zakopane. Ta sprawa dręczy do dziś syna.

 

***

 

Oczywiście UB nie oszczędził rodziny. Matka przeszła dramatyczne śledztwo, została aresztowana i przez pół roku przebywała w więzieniu. Przeżyła, wróciła do domu, odzyskała dziecko – małego Józefa. Nigdy nikogo nie wydała, nie ujawniła kontaktów, choć wiedziała sporo, bo wielokrotnie pomagała mężowi.

 

Ale o „Krecie” ludzie wiedzieli. Rozmawiano o tym po cichu. Jednak stalinowska propaganda i nienawistny stosunek do polskich żołnierzy z lasu robiły swoje. Nie było tajemnicą, kim był Józef Borkała w czasie wojny i bezpośrednio po niej. Jego syn słyszał w szkole, że ojciec to bandyta. I tak rósł zamknięty w sobie. Często odczuwający nienawiść. A potem szykanowany w pracy.

 

Dopiero przed kilkoma laty, gdy zaczęto mówić prawdę o żołnierzach z lasu, o „wyklętych”, gdy za tamte cierpienia rodziny zaczęły dostawać odszkodowania, pan Józef Borkała zdecydował się pójść do sądu sprawiedliwej już przecież Polski, by przypomnieć o męczeństwie matki i szykanach wobec niego. Pełnomocnikiem swoich roszczeń ustanowił mecenasa Andrzeja Wołoszyna z Gliwic.

 

Pan Józef Borkała, syn Józefa, jest moim rówieśnikiem. Był górnikiem. Takim, który pracuje na przodku. W sumie w górnictwie przepracował kilkanaście lat. Nigdy go nie awansowano z uwagi na notatki w papierach personalnych o ojcu. Był synem partyzanta walczącego z ludową władzą, nigdy też nie zapisał się do partii.

 

Od dwóch lat interesuję się tą sprawą. Niedawno wraz z grupą działaczy Solidarności miałem okazję zjechać na poziom tysiąca metrów w kopalni „Bogdanka” w lubelskim zagłębiu węglowym. Szliśmy z trudem chodnikiem, wyposażeni w górnicze lampki. Było bardzo gorąco, mokro, ciemno. W górę i w dół. Po nierównym gruncie z wystającymi drutami. Taka górnicza normalka. Trzy i pół kilometra chodnikiem bez niesienia ciężkich narzędzi, pod ścianą. Potem bezpośrednio już w rejonie pracy kombajnu – wystrzały na ścianie wydobywczej i pył węglowy. Ale myśmy niczego nie nieśli i przebywaliśmy tam tylko około trzech godzin. Teraz zresztą praca – choć nadal bardzo ciężka – wygląda już zupełnie inaczej niż przed pół wiekiem, gdy górnikiem strzałowym był Józef Borkała.

 

***

 

Jest jesień 2021 roku. Jadę z mecenasem Andrzejem Wołoszynem jego samochodem. Pytam, ile kosztują Józefa Borkałę działania pełnomocnika.

 

– Na razie nic – odpowiada postawny, siwy śląski prawnik. Wzbudza zaufanie, w rozmowie chętnie wyjaśnia zawiłości prawne. Widać, że jest energiczny.

 

– Rozliczę się z klientem, gdy wygram sprawę – mówi wścibskiemu reporterowi. – Walczymy o milion złotych.

 

Zdaje się, że będzie długo czekał. Na razie od dwóch lat towarzyszę mecenasowi w sądach. Odbieram to jako ślad hańby sądowniczej. Znieczulicy. To się nijak nie ma do opowieści o zadośćuczynieniu krzywdzie ludzkiej.

 

***

 

Pierwsze starcie. Sąd Okręgowy Bielsko-Biała, Wydział III Karny. Wyrok z 10 września 2019 roku oddala domaganie się pieniędzy w ogóle. Józef Borkała ma dostać „zero”, a nie jedynkę z sześcioma zerami. Radca prawny, pełnomocnik składa oczywiście apelację.

 

Starcie drugie. Apelacja 18 października 2019. Sąd Apelacyjny w Katowicach uchyla wyrok z 10 września i przekazuje sprawę do ponownego rozpatrzenia przez Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej.

 

Na Śląsku w środowisku obrońców rodzin pokrzywdzonych przez stalinowskich władców Polski i ich spadkobierców jest już o sprawie głośno. Na czele społecznego ruchu przeciwstawiającego się niesprawiedliwym wyrokom stoi – co powszechnie wiadomo – Adam Słomka, bojownik sprawy reformy sądownictwa. Człowiek, który konkretnie nazywa przestępców w togach, a nawet pokazuje ich portrety – byłych i tych, których nadal chowa się w zakamarkach pałaców sprawiedliwości.

 

Adam Słomka organizuje pikiety przed sądami i wewnątrz, na salach rozpraw. Rzeczywiście – krzyczy na sędziów, jest wyprowadzany siłą, a potem oskarżany, a nawet więziony. Słomka to już legenda, trzeba się z nim liczyć. Niestety on i ci niezłomni to ludzie coraz starsi, schorowani. Władza czeka, że wkrótce odejdą na wieczną wachtę i nie będzie już chętnych i zdolnych do protestowania. Tak, protesty są dziś tolerowane, ale nie widać efektów.

 

Starcie trzecie. Po roku – drugi wyrok Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej. 24 września 2020. Zasądzone zostaje jedynie 20 tysięcy złotych.

 

Starcie czwarte. Apelacja (20 października) o 980 tysięcy złotych – bo 20 tysięcy już „niby” przyznano – ale wyrok po apelacji prokuratorskiej (26 lutego 2021) to oddalenie nawet już tych zasądzonych 20 tysięcy złotych!

 

Sąd za głosem prokuratora stwierdza, że pani Antonina Borkała nie działała w żadnej organizacji, nie walczyła. Nic rodzinie się nie należy. Mecenas Andrzej Wołoszyn na sali sądowej mocnym głosem powiedział wówczas: „Oczywiście byłby dowód na piśmie, gdyby UB zaświadczył, że dostarczała do lasu pożywienie, przenosiła meldunki i informacje”. Urząd najwidoczniej nie miał takich papierków. Papierków wystarczająco zobowiązujących nie ma także dzisiejszy sprawiedliwy sąd.

 

Jeździmy od sądu do sądu. Z Gliwic do Katowic. Z Katowic do Bielska-Białej. Piękne budynki przy odnowionych ulicach i placach. Tylko w środku Temidowych przybytków robi się smutno i bezradnie. „Słomkowych” ludzi już się nikt nie boi. Sąd, nie wiadomo na jakich liczydłach, kalkuluje odszkodowania za krew i łzy. Nikt się nie boi ani Pana Boga, ani, tym bardziej, demonstrujących. Wzywana jest nawet policja.

 

Trzeba jeszcze przypomnieć, że były również sądowe próby obciążenia obecnej policji kosztami odszkodowania za UB-ckie i milicyjne zbrodnie. To przecież – stwierdzono w sądzie – następcy, spadkobiercy. I choć dzisiejsza policja nie chce być absolutnie łączona z poprzedniczką – to z jej budżetu miałoby się płacić panu Borkale.

 

Wymiana pism w tej sprawie trwała. W końcu do Komendy Policji w Katowicach (8 XI 2021) wpłynęło pismo z Sądu Okręgowego w Katowicach, że… nie ma już sprawy, bo „sprawa zakończyła się oddaleniem wniosku przez Sąd Apelacyjny w Katowicach”. Na koniec czytam, że jest to napisane „na zarządzenie sędziego. Z upoważnienia kierownika st. sekr. sądu” (i tu tylko nazwisko urzędniczki).

 

Tak więc koniec. Koniec i kropka. Było, trwało długo, ale się skończyło na krajowym poziomie. Nasi sędziowie, prokuratorzy sprawę zamknęli. Cha, cha, cha – pa, pa, pa! Już się z Borkałą borykać w polskich sądach nie będą.

 

***

 

Niedaleko jest Skoczów. Pan Józef tam nadal mieszka, poza miastem, za rzeką ma hodowlę kilkudziesięciu królików. Jeszcze niedawno dwukrotnie codziennie pedałował tam na rowerze, teraz już jeździ samochodem. I tak od kilkudziesięciu lat. Do tych kilkudziesięciu królików – to pasja i rozrywka. Dziś już futer damy nie noszą. A mufki wyszły z mody. Mięsa króliczego też już nikt nie kupuje. Łapki marzną nie tylko króliczkom. Choć górnik emeryt od wielu lat bardzo o nie dba. Zahartowany przez ciężką pracę pan Józef sam odnawia mieszkanie. Wchodzi na wysoką drabinę, macha po suficie pędzlem.

 

– Komuna rządzi, jak rządziła – mówi – To są…

 

Spuszczam wzrok. Jeżdżę od dawna z Warszawy na Śląsk, a potem po Zagłębiu i Śląsku – Górnym i Dolnym. Co można zrobić? Jak można pomóc tym sponiewieranym ludziom? Czy ktoś zdoła przemówić obojętnym na krzywdę prokuratorom i sędziom? Jaka jest ta solidarna Polska? Z kim jest ona solidarna? Ze śmiejącym się w kułak prokuratorem? Z sędziami przebranymi w czarne komże? Owszem, słuchają. Ale czy są absolutnie pozbawieni empatii? Nie żyli w tamtych czasach, ale chyba już wszystkim wiadomo, jak było. Czy nadal nic nie rozumieją? Oczywiście to jest pokolenie, któremu nie wybijano w UB-ckich kazamatach zębów. Nie wyrywano paznokci. Nie dręczono rodzin. Nie napuszczano ogłupiałych sąsiadów i wystraszonych belfrów w szkole. Nie zaszczepiano w uczniach nienawiści.

 

***

 

Jest pięknie. Bogato wokół. Wybudowano pojemne parkingi nie tylko przed sądami. Stoją na nich wypasione wozy. Za miastem pozostały opuszczone groby. Kilkakrotnie już wyrzucano z wielu z nich pochowanych i zamęczonych ludzi. Poumierają też opiekunowie pamięci imiennych i bezimiennych. Wyrośnie nowe pokolenie prokuratorów i sędziów. Czym będą się kierować?

 

Może teraz w Strasburgu szukać będą sprawiedliwości.

 

Zwrócił się tam również pełnomocnik Józefa Borkały. A oto – czytajcie ludziska wierzący w Unię Europejską – odpowiedź, która nadeszła niedawno.

 

European Court of Human Rights

ECHR-LPOL11.OOR

KKZ/MSS/ro

Skarga nr 40154/

Borkała v. Poland

 

Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekający jednoosobowo (!), zadecydował o uznaniu powyższej skargi za niedopuszczalną.

 

W załączeniu przesyłam decyzję Trybunału podjętą w niniejszej sprawie. Postanowienie to jest ostateczne i nie podlega zaskarżeniu do Komitetu Izby lub Wielkiej Izby Trybunału. W związku z powyższym, Kancelaria Trybunału nie będzie prowadzić dalszej korespondencji dotyczącej niniejszej sprawy. Ponadto zgodnie z zasadami archiwizacji obowiązującymi w Trybunale, akta, które zostały złożone dla niniejszej skargi, zostaną zniszczone w ciągu jednego roku od daty decyzji.

 

Postanowienie zostało sporządzone w jednym z języków urzędowych Trybunału (angielskim lub francuskim) i nie jest możliwe sporządzenie tłumaczenia na żaden inny język.

 

Kancelaria Europejskiego Trybunału Praw Człowieka

 

(pod tym nadesłanym tekstem nie widnieje jakikolwiek konkretny podpis)

 

Strasburgu! Jednoosobowo decydująca Unio! Po co macie trzymać przez rok tę makulaturę przysłaną z Polski? Spalcie od razu. Wasze „Izby” – Mała i Wielka – przecież już sprawą polskiego górnika się nie zajmą. Owszem, naszym węglem Unia Europejska bardzo się przejmuje. Szczególnie, by smród z jego spalania nie dotarł nad USA i Chiny. Bo oni tam mają tego CO2 i tak już bardzo dużo. UE jest dziś ostra wobec Polski, a przy okazji i dla jej obywateli. Niestety część z nich łasi się do Brukseli. Warto im przypomnieć, że tylko ok. 5% skarg uważa za zasadne European Court of Human Rights.

 

Zwarta grupa antypisowa i tak jest za to wdzięczna. Pan Buzek w błyskawicznym tempie zasypał 26 czy nawet 27 kopalń. Bo tak podobno było trzeba. To w końcu naukowiec. Powinien wiedzieć, co robi. Nie przewidzieli jednak z drugim eurodeputowanym, Januszem Lewandowskim, że w 2021 roku wybuchnie tak wielki popyt na węgiel, że potrzebne będą również statki handlowe (175 jednostek Polskich Linii Oceanicznych „zatopiono”). Powiedzą, że to już stare problemy. Nowa prezes Polskich Linii Oceanicznych – pani Dorota Arciszewska – kupuje teraz po jednym korabiu rocznie.

 

Kto by się przejmował losem rodziny Borkałów ze Skoczowa. To, co wyfedrował Józef – górnik, dawno już poszło z dymem. Nawet CO2 po tym węglu już nie krąży. Krąży za to po Europie unijne widmo. Taka północna-morgana. Na lep zasysa: będzie pięknie, sprawiedliwie i wszystko pod jednym dachem. I ludzie się lepią. Jak muchy do… W obcęgach rusko-niemieckich UE to zbawienie! Tak mówią. Od węgla, odszkodowań, od własnego handlu, stoczni, kopalń i hut. Będzie zielono. Tym z rajów podatkowych – na pewno.

 

UB-cja wyrywała paznokcie i męczeni ludzie przyznawali się do wszystkiego, co wymuszano. Teraz Unia do niczego przecież nie zmusza. Ona chce tylko, byśmy „wypełniali przyjęte zobowiązania” – jak tłumaczy były premier. Są wśród nas gorliwi, by to robić. Mają z tego zachwytu gwiaździstą flagę i po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie jako eurodeputowani.

Pecunia non olet! Żołnierz, partyzant, górnik zrobili swoje. Mogą odejść. Teraz my! Wszak, jak nam rzecze unijny nadkomisarz, takie są prawa demokracji. Za Stalina też mieliśmy konstytucję. Nawet z przyjacielskim wpisem sąsiada ze wschodu. Choć wtedy za produkowane w Gdańsku statki płaciliśmy węglem, m.in. z „Wujka”.

 

Unio-admiratorzy wszystkich krajów Europy – łączcie się! Nad wami gwiezdne niebo. Chyba, że jakiś meteoryt niespodziewanie na łeb spadnie.

(Mój dziadek Tomasz Zaborowski po powrocie z łagrów Sybiru nie był górnikiem, ale mieszkał w Dąbrowie Górniczej, był hutnikiem, majstrem, przełożonym brygady ślusarzy).

 

Asymilacja – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Polscy Żydzi to już nie są prawdziwi Żydzi. Zgłupieli przy Polakach. Kłócą się między sobą jak my! Patrz – konflikt „Gazeta Wyborcza” – Agora.

 

To co obserwujemy na linii PiS-PO zasmuca. Kraj podzielony siekierą. Wyjmował ją Wałęsa, ale na szczęście schował. TuskKaczyńskim wyciągnęli jednak i machają.

 

Po co to? Na co?

 

Zawsze się Polacy kłócili!

 

 

A nie prawda! Polacy się spierali, dyskutowali, nawet wetowali, ale byli silni, demokratyczni i nawet król u nas nie sprawował rządów autorytarnych.

 

 

Teraz mamy partyjnie wybranych posłów. Nie ważne kto zacz, ważne by był na czele partyjnej listy wyborczej. Wybrany z Pcimia, choć on z Marszałkowskiej. I potem albo wrzeszczy albo śpi w Sejmie. Przykre to.

 

Ale na szczęście najmądrzejsza w świecie „Wyborcza” też się pokłóciła. I już sami sobie nie wydajemy się być aż tak beznadziejnie głupi. Prezesi Agory piszą, że Kurski (Jarosław) i Wójcik chcieli 12 miesięcznych odpraw, samochodów etc. A Michnik twierdzi, że to prezesi wydawnictwa są pazerni i zachłanni.

 

Może jakiś mądry Rabe ich pogodzi. Jak np. ten od kozy, który radził by zwierzę wpuścić do ciasnej izby – co przyniesie ulgę i radość gdy się ją wywali.

 

Lubię i cenię Żydów. Ale na Agorze i „Wyborczej” srodze się zawiodłem. Nawet nie chodzi o te wszystkie kłamstwa, które na co dzień wciskają ludziom (media państwowe też często łżą lub manipulują). Konkurencja, dyskusja – nawet ostra powinna być. Ale głupota? Rozwalenie wieloletniej tradycji, pracy wielu pokoleń, wprowadzenie w zdumienie kilkuset tysięcy czytelników?

 

Brudy pierze się w domu. Tymczasem na Czerskiej dziurawe gacie wywieszono na sznurze. Za przeproszeniem to co… zasrane nie skruszeje od wiatru. Usiądźcie chłopcy i dziewczęta i pogadajcie. Jeśli już wam nie wstyd trwać w tym zacietrzewieniu to pomyślcie ile szmalu wkrótce stracicie. Wszyscy!

 

Mogę napisać: chudy Burek z wami tańcował, nie moje zabawki, nie mój biznes. Ale niestety dobrze pamiętam, gdy w ’89-tym „Wyborcza” się rodziła, na ławeczkach w opuszczonym przedszkolu. Jacy byli wspaniali. Jak pisali, walczyli. Mam przypomnieć nazwiska świetnych dzinnikarzy? Teraz już takich niewielu – przepisują z internetu, piszą co im każą – z tej lub tamtej strony.

 

Koledzy z „Wyborczej” opamiętajcie się! Na Boga. Wszystko jedno katolickiego czy żydowskiego, a nawet ze względu na agnostyków czy innych cwaniaków, którzy kombinują jakby tu stać bogato pośrodku.

 

Opozycja i weto, liberum nawet – być musi, bo pazerność ludzka nie zna granic przyzwoitości. A dzienniki, gazeta, radio i telewizja to pierwsi strażnicy cnoty.

 

3 XII 2021

Stefan Truszczyński

Pożegnanie Aleksandra Rowińskiego

Zmarł śp. Aleksander Rowiński mistrz reportażu, dożył 90 lat.

 

Pisał, gdy mądrym tekstem można było wiele przemycić. Czekano i kupowano książki reporterów, które drukowane były w wielotysięcznych nakładach. Ta ważna część historii polskiego dziennikarstwa zawsze będzie dobrą szkołą.

 

Reporter, Redaktor, Wydawca był piękną postacią przyciągającą ludzi, rozumiał sens naszego zawodu i podjęte obowiązki wobec ludzi, których wysłuchiwał chętnie, cierpliwie w czasie nieustannych wędrówek po Polsce. Dobrze jej służył.

 

Zasługuje na cześć pamięci

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich

 

Stefan Truszczyński

 

 

List otwarty do Ministra Obrony Narodowej Pana Mariusza Błaszczaka

Szanowny Panie Ministrze,

 

jest Pan zwierzchnikiem żołnierzy. Chyba nie tylko tych, którzy teraz służą, ale i tych, którzy ginęli za Polskę. Reportaż „Dwakroć wyklęty” opisuje pohańbienie jednego z nich – „Mściciela” od „Zapory”. Kości żołnierza i partyzanta wepchnięto w jamę w gnijącym worze. Proszę przeczytać reportaż i spowodować powtórny godny pochówek na cmentarzu w Chodlu. Wierzę w Pana interwencję. Reportaż załączam (TUTAJ).

 

Stefan Truszczyński

 

23 XI 2021

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dwakroć wyklęty

…a jak poszedł Stach na boje

zaszumiały jasne zdroje…

 

Poszedł i zginął. Był chłopskim synem spod lubelskiego Chodla. Najpierw żołnierzem września ’39. Potem partyzantem. Tutejsi nazywali go „Mściwym”. Bo taki przybrał pseudonim. Pojmany przez Niemców rozstrzelany został 13 października 1943 roku. Rodzina pochowała go na cmentarzu parafialnym w Chodlu. Była okupacja. Żołnierza pochowana w drewnianej trumnie, w cywilnym ubraniu. Nie było salwy pożegnalnej. Na pogrzebie była tylko rodzina.

 

Historyk Ewa Kurek w „Zaporczycy 1943-1949” odnotowuje:

 

Chlebicki Karol pseudonim „Mściwy”, z rodziny chłopskiej z okolic Chodla, żołnierz oddziału Kedywu AK „Zapory”.

 

„Zapora” zorganizował swój oddział w składzie I op 8 pp Legionów, liczący łącznie 190 ludzi. Kapelanem był ksiądz Stanisław Kiełboń, wikary z Chodla. Oddział wykonał 147 akcji bojowych.

 

Chodel był silnym ośrodkiem oporu w tej części lubelszczyzny. Wchodził w skład rejonu V (Bychawa-Chodel-Bełżyce-Piotrowice-Niedrzwica) obwodu AK Lublin Powiat. Placówkę ZWZ utworzył Kłębukowski ps. „Szela”. A potem dowódcą był „Mściwy”.

 

W piśmie lubelskiego urzędu wojewódzkiego z dnia 2 stycznia 2019 roku czytamy „…należy stwierdzić, że w grobie na cmentarzu w Chodlu pochowany jest żołnierz, który zginął tragiczną, bohaterską śmiercią w trakcie wojny, a obok niego nikt w grobie nie spoczął i obecnie nie spoczywa. (…) Żołnierz został pochowany przez rodzinę w grobie przez nią przygotowanym i następnie przez dziesiątki lat otoczony jej opieką”.

 

Ale to tylko półprawda. Wtedy w styczniu 2019 roku, grób żołnierza był już zbeszczeszczony, wyklęty.

 

29.04.2018 roku do administratora parafii rzymsko-katolickiej w Chodlu krewni Karola ChlebickiegoTadeusz GrelewskiMarek Świżek napisali:

 

Informujemy ks. Proboszcza, iż w dniach16-21 bm na cmentarzu parafialnym w Chodlu dokonano nielegalnego rozbioru pomnika (obelisk) zmarłego tragicznie od kuli niemieckiej żołnierza AK – Karola Chlebickiego.

 

 Nikczemnego czynu dokonał pan Jerzy Zawadzki miejscowy kościelny i grabarz cmentarny. Przy udziale pani Pietroń Teresy oraz pana Stępniaka Romana – sekretarza biura urzędu gminy w Choblu. Poległy żołnierz był bratem rodzonym mamy pani Pietroń, mamy Świeżaka Marka i mamy Tadeusza Grelewskiego oraz bratem rodzonym taty Jana Chlebickiego z Jeżowa.

 

W/w pomarli kilkanaście lat temu, ale żadne z nich nie czuło się godne leżeć w grobie na miejscu brata. Traktowali ten grób jako symbol wolności i pamięci narodowej. W latach 70-tych ubiegłego stulecia przedstawiciele AK, Zbowid i IPN, Związku Walki i Męczeństwa postawili obelisk z tablicą informacyjną oraz fotografią poległego Karola. O pomniku tym pamiętała także co roku szkoła podstawowa w Chodlu. Palono znicze. Składane były kwiaty i wieńce przez przedstawicieli instytucji państwowych.

 

Grobem tym nie zajmowała się pani Pietroń, tak jak zapewniała księdza, grabarza oraz przedstawiciela urzędu gminy, którzy dopuścili się zbeszczeszczenia grobu”.

               

 

Pani Teresa Pietroń przejęła opłaty cmentarne. Płaciła i zarządziła. Nie zwróciła się do rodziny o zgodę. Uzyskała zgodę proboszcza. Egzekucji dokonał grabarz. Jego łopata rozwaliła trumnę. Kości zostały wrzucone do wora. Pogłębiono jamę i sprofanowane szczątki zalano betonem.

 

Chodzę po Chodlu i słucham ludzi. Przebogata historia 500-letniego miasteczka. Pomniki czcigodnych obywateli, których nazwiska znane są Polakom. Wspaniała wielka świątynia z monumentalną wieżą. Pomnik ku czci żołnierzy. Ocalało jeszcze trochę pożydowskich domków, których ponad tysięczną gminę wymordowali Niemcy. Nie wyszystko jeszcze odkryte, opisane. Oto dom przy ulicy Kościelnej 25 – naprzeciwko kościoła. Katownia UB. Dziś taka sobie jak inne mieszkalna willa. Nie ma śladu po zbrodniarzach – informacji, tablicy. A przecież tu torturowano, gwałcono i zabito młodą dziewczynę, z partyzantki, z lasu. „Chodelska Inka” czeka na opisanie jej męczeństwa. Tak jak czekają na uszanowanie i upamiętnienie szczątki partyzanta Karola Chlebickiego.

 

Jego ciotka, która nakazała wyrzucenie z trumny to dziś starsza kobieta. Wpuszcza mnie do domu. Siadamy w kuchni, widać że jest z tych silnych, zdecydowanych osób. Rozmawiamy. Również o jej synach kierowcach TIR-ów, którzy pracują w Anglii. Rzadko ich widuje. Pracowała całe życie ciężko, żeby się dorobić. Ponosiła cmentarne opłaty. To jest teraz „jej grób”. Może o nim decydować. Ma to wszystko na piśmie. Idzie do sąsiedniego pokoju. Przynosi owalne, porcelanowe nagrobne zdjęcie. I tabliczkę z nazwiskiem. Mówi, że chce to oddać… „jakoś sprawę załatwić”. Ale w tej rodzinie wyrósł mur. Nie rozmawiają ze sobą.

 

Mąż pani Teresy, starszy pan, nadal pracuje. Na swoim. Ma rowerowy sklep – warsztat. Reperuje, sprzedaje używane rowery. Od wielu lat, więc wszyscy w Chodlu go znają. I tak klienci to także po prostu znajomi, używający na co dzień wysłużonych pojazdów. Pomalowane z wypastowanymi siodełkami i naoliwionymi trybikami wiszą pod sufitem. Kilkadziesiąt. Może i sto.

 

Rozmawiamy w sklepiku. Klienci wchodzą, kupują dętki, pompki, nakrętki. Jakoś nie mogę się zdecydować czy zadać pytanie o sprofanowanie grobu Karola Chlebickiego. Czy wiedział? Czy się zgodził, albo tylko milczał? Czy wogóle go zapytano? Czy nie znalazł się we władzach świeckich, duchowych nikt kto by zaoponował?

 

Starszy pan robi swoje, jest pomocny ludziom.

 

Wrona. Siedzi sobie na murze cmentarnym, gdy podchodzę do grobu kobiety zabitej kilkanaście lat temu przez męża. Podobno była bardzo piękna. Zabił, gdy się dowiedział, że zdradzała go z grabarzem. Tym samym – od łopaty która sprofanowała zwłoki Chlebickiego. Zabójca żony niedługo wyjdzie z więzienia. To podobno już za rok.

 

Dom grabarza stoi przy szosie. To już Jeżów, wieś poza Chodlem. Okazały, z szeroko otwartym na oścież wjazdem i klombem. Drzwi otwiera mała dziewczynka. Mówi, że tata jest na cmentarzu. Pogrzeb. Zawodowe czynności. Mam numer komórkowy. Rozmawiamy. Pan Zawadzki odpowiada na moje pytania, ale słychać, że jest coraz bardziej podenerwowany.

 

– Nie wyrzuciłem kości na śmietnik. Włożyłem do brezentowego worka.  Potem położyłem warstwę cementu. Tak robimy.

 

– A czaszka?

 

Rozmowa zostaje przerwana, więc już nie telefonuję.

 

 

Cmentarz w Chodlu jest duży. A nawet niedawno został powiększony o teren przyległej łaki. To darowizna jednego z mieszkańców. Dla administratora, czyli dla parafii. Jest miejsce na dalsze groby. Jeszcze nie wiadomo, ale może zmieni się zarządzanie, na cywilne. Czy będzie to miało wpływ na stare, rozdrapane sprawy?

 

Idę z kilkoma mężczyznami, którzy chcą by „wyklęty” został przywrócony pamięci – z tablicą i zdjęciem.

 

– Tak musi być – słyszę.

 

To ci, którzy pamiętają jak było. Chłopi, emeryci, ludzie stąd. Nie ustają w dochodzeniu, domaganiu, by żołnierz – partyzant leżał godnie w swoim grobie. Bo to jednak jego grób. Przy głównej alei cmentarza, w pobliżu kaplicy.

 

Są bardzo rozgoryczeni. Na tych, którzy rządzą na miejscu, w Lublinie, w Warszawie. Dopuszczono się profanacji zwłok. Mijają kolejne lata. Piszą do ważnych ludzi w urzędach, prokuraturze, piszą do ministrów. Segregatory pęcznieją. Złość narasta. Grelowski, Świżek i inni szukali pomocy w prasie, ale redaktorka okazała się przyjaciółką winnych zbeszczeszczenia. Tematu nie podjęła.

 

– To niełatwo dobić się sprawiedliwości, gdy walczy się z władzą – słyszę.

 

8 lutego 2019, Tadeuszowi GrelowskiemuMarkowi Świżkowi odpowiada pismem ówczesny wojewoda lubelski – Przemysław Czarnek: Obowiązująca ustawa z dnia 28 marca 1933 roku o grobach i cmentarzach wojennych stanowi, że grobami wojennymi są groby i miejsca spoczynku żołnierzy poległych lub zmarłych z powodu działań wojennych, przy czym groby rodzinne, chociażby były w nich umieszczone zwłoki żołnierzy poległych, nie stają się grobami wojennymi. Wyrażona tu zasada nieingerencji państwa w grobownictwo prywatne jest kontynuacją przyjętego w art.2 ust.1 ustawy z dnia 17 marca 1932 roku o chowaniu zmarłych i stwierdzeniu przyczyny zgonu… (…) Podstawę praw do grobu stanowi umowa o pochowaniu zwłok zawarta z zarządem cmentarza i z niej wynika szereg uprawnień przysługujących osobom, dla których kult pamięci osoby zmarłej, pochowanej w grobie, jest ich własnym dobrem osobistym. (…) Pochówek poległego żołnierza śp. Karola Chlebickiego miał charakter prywatny (potwierdza to zarząd cmentarza, a wnioskodawcy nie kwestionują), bowiem został zorganizowany przez członków jego rodziny na cmentarzu parafialnym, w przygotowanym na ten cel grobie rodzinnym. Członkowie rodziny poległego żołnierza opiekują się jego grobem do dnia dzisiejszego i nic nie wskazuje na to, aby swoje prawa i obowiązki w tym zakresie mieli zamiar przenieść na państwo – wnioskodawcy stanowią tu wyjątek.

 

 Ileż nieprawdziwych stwierdzeń, ileż urzędniczej obojętności.

 

Ci wnioskodawcy – „wyjątkowi” – wcześniej, 28 X 2018 roku w liście do wojewody lubelskiego napisali: „Panie Wojewodo, my tj. 9 rodzin po zamordowanym Karolu Chlebickim, prosimy pana o ponowne zbadanie powyższej sprawy przez osoby postronne, nie mające nic wspólnego z sympatiami czy też nie do żołnierzy AK.”

 

Śpij kolego w ciemnym grobie niech się Polska przyśni tobie. Byle by nie bezduszna, urzędnicza. Sloganów i prawniczych tyrad. Pisali nie tylko do dzisiejszego ważnego Ministra Edukacji. Pisali do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, do Ministra Sprawiedliwości, do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, do Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu Biura Upamiętnienia Walk i Męczeństwa, do Instytutu Pamięci Narodowej. Do prokuratury, hierarchicznie, aż do najwyższej. Nawet „na ręce” ministra Zbigniewa Ziobry.

 

Pisali. Nikt się sprawą nie przejął.

 

Proboszczowie w Chodlu teraz często się zmieniają. Różnie o nich ludzie mówią. Ale żaden z trzech ostatnich profanacją grobu „Mściwego” się nie zainteresował.

 

Rozmawiam z młodym żołnierzem, ochotnikiem, z terytorialsów, z Chodla. O Chlebickim nic nie wiedział, ale teraz opowie dowódcy swojego oddziału. Na pewno, gdy będzie powtórny pogrzeb staną w szeregu wszyscy. I będzie spóźniona żołnierska salwa.

 

 

„Gazeta Polska” codzienna, z dnia 1 marca ubiegłego roku. Wielkie zdjęcie z pochodu Narodowego Dnia Pamięci „żołnierzy wyklętych”. Tłumy. Pierwszy szereg niesie ogromny transparent: „Podziemna armia powraca!”

 

Do Chodla jeszcze nie.

 

Stefan Truszczyński

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI:  List otwarty do Konopnickiej Marii w sprawie pani Teresy Kaczorowskiej

Wielce Szanowna Pani Mario Nasza ukochana poetko.

Piszę do Pani jako już do ostatniej deski ratunku. Wołam o pomoc z Mazowsza, z Ciechanowa, gdzie doszło do niesłychanego draństwa. Chodzi o Powiatowe Centrum Kultury i Sztuki imienia Marii Konopnickiej.

 

Tak, dom kultury nosi Pani imię. Zbudowano go w 1966 roku. Przechodził różne koleje losu, aż do upadku i zaniedbania. Z zadłużenia, szarości i niemocy wydobyła go mądra, wykształcona i pracowita kobieta – Pani Teresa Kaczorowska, doktor nauk humanistycznych, badaczka emigracji polskiej, prozaik, poetka, dziennikarka, animatorka kultury. Pani o ogromnym dorobku książkowym, publicystycznym, wielokrotnie nagradzana w kraju i za granicą. Od 20 lat wydająca „Ciechanowskie Zeszyty Literackie” firmowane przez Związek Literatów na Mazowszu, prenumerowane przez 30 największych bibliotek w kraju i przez wielu innych odbiorców – popularyzujące historię i dorobek kulturowy twórców północnego Mazowsza.

 

Ale zacznijmy po kolei.

 

Pani Teresa urodziła się na Suwalszczyźnie, wychowała ma Mazurach. Ale od 35 lat mieszka w Ciechanowie. W Suwałkach ukończyła liceum też Pani imienia. I chyba już wtedy pokochała Pani twórczość. Przez całe życie pracowała intensywnie – życie dziennikarskie, potem pisarskie, poetyckie. Wreszcie poświęcając się pracy menadżera i animatora kultury – przez 8 lat – w Powiatowym Centrum Kultury i Sztuki.

 

Pani Mario, tak samo jak u Pani na biurku stos książek, periodyków, wycinków. Nie ja wymyśliłem by napisać list. Trzymam w ręku pokaźny ponad 200-stronicowy tomik wierszy zatytułowany „Listy do Marii Konopnickiej 2010-2020”. Ich autorka czyni adresatką refleksji i przemyśleń właśnie Panią. Cała z niej – sama tak pisze. Wędrowała śladami, wyszła spod skrzydeł. To już 7 zbiór poezji Kaczorowskiej.

 

Urodziły się Panie w tym samym mieście. A do Ciechanowa Kaczorowska trafiła już w wieku dojrzałym. Podobnie było z Pani synem Janem, młynarzem, który na rzece Łydyni dzierżawił młyn od hrabiostwa Krasińskich.

 

Panie Teresie „dzierżawić” przybytek kultury długo nie dano. Ale przedtem jeszcze zdążyła sporo zrobić. Zaczęła od Tygodnika Ciechanowskiego, współpracowała z Polskim Radiem, z Warszawskim Ośrodkiem Telewizyjnym. Jej teksty ukazywały się w „Karcie”, „Rzeczpospolitej”, „Przeglądzie Powszechnym”, „Gazecie Polskiej”, „Naszym Dzienniku”, „Studiach Polonijnych”, a także w Bostonie – w „Białym Orle”, Toronto – w „Związkowcu”, Chicago – w ” „Dzienniku Związkowym”, Nowym Jorku – w „Nowym Dzienniku”, Lwowie – w „Gazecie Lwowskiej”, Wilnie – w „Znad Willi”, Kijowie – w „Krynicy”, Paryżu – w „Głosie Katolickim”, Rzymie – „Polonii Włoskiej”.

 

Jako reporterka wędrowała śladami Polaków – w Wielkiej Brytanii, Brazylii, Argentynie, Urugwaju, w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Francji, na Węgrzech i po terenach dawnych kresów polskich (Ukraina, Białoruś, Litwa).

 

Ostatni niezwykły wyczyn Pani Teresy to pokonanie 10 tysięcy kilometrów z Warszawy do Tobolska w czasie motocyklowego rajdu z 58 wielkimi i silnymi mężczyznami na 56 ogromnych i ciężkich motocyklach. Wysiłek ten był ku czci pomordowanych w Katyniu. Przebyła całą trasę. Sfotografowała, opisała, wydała album.

 

Wysłałbym chętnie te kolorowe zdjęcia – proszę tylko o adres. O Katyniu tam u Świętego Piotra na pewno wszystko wiecie. Wydana została również książka po angielsku „Children of the Katyń Massacre”. Rozeszła się po całym świecie. Jest wielką zasługą autorki.

 

Mniej znana jest niestety równie straszna sowiecka zbrodnia augustowska. Ta obława na żołnierzy z lasów i cywilów z okolicznych wiosek uczyniona już po zakończeniu wojny w lipcu ‘45 roku – pochłonęła życie 600 do 1500 osób. Dokonały jej liczące 45 tysięcy oddziały Armii Czerwonej i NKWD wspomagane przez UB, MO i 160-ciu polskich żołnierzy I Praskiego Pułku Piechoty. Tej niewyjaśnionej do końca stalinowskiej zbrodni Pani dr. Kaczorowska poświęciła kilka lat życia i wydała 3 pracowicie udokumentowane kilkusetstronicowe ilustrowane bogato książki: „Obława augustowska” (2015), „Dziewczyny Obławy Augustowskiej” (2017), „Było ich 27” (2020).

 

Długa jest lista książek Teresy Kaczorowskiej.

 

Pani Mario – Ty tam z góry wszystko wiesz, ale przypomnę, że z ważnych pozycji do przeczytania są m.in. książki o Marii Skłodowskiej-Curie, o Witoldzie Gombrowiczu, o księdzu dr. Macieju Kazimierzu Sarbiewskim z Mazowsza, o Ignacym Paderewskim i sali jego imienia w muzeum Polski w Chicago. Proza Pani Teresy zawsze dotyka historii, tradycji i losów ludzi. Często tych z poza kraju. Polonia za podejmowanie tematyki naszych rodaków rozsianych po świecie wielokrotnie nagradzała.

 

Również nagroda spotkała ją ze strony poprzedniej władzy samorządowej w Ciechanowie. Gdy w roku 2011 zgłosiła gotowość objęcia funkcji dyrektora Centrum Kultury w radzie powiatu nie było wątpliwości, że osoba tak znana i popularna, z tak znaczącym dorobkiem nadaje się znakomicie. Taką też opinię usłyszałem od wicestarosty powiatu z tamtych lat wygłoszoną w czasie jednej z rozpraw sądowych, na które od dwóch lat chodzę.

 

Pani Mario! Kaczorowska zastała przy ulicy Strażackiej w Ciechanowie obskórną, od lat zalewaną nieremontowaną, nieogrzewaną siedzibę. Nie było pieniędzy na opał. Centrum miało ponad 100 tysięcy długów oraz 50 tysięcy kredytu do spłacenia. Zespół był zwaśniony, niskie płace, fatalny PR, panowała ogólna martwota.

 

W ciągu 8 lat mimo nikłej, wystarczającej jedynie na płace dotacji od organu prowadzącego – Starostwa Powiatowego w Ciechanowie – dzięki intensywnej pracy, przeorganizowaniu ośrodka, zmianie zarządzania, dzięki zdobywaniu funduszy zewnętrznych i przychylności ówczesnych władz powiatu, placówka kultury i sztuki – Twojego imienia Pani Mario – odżyła – wypiękniała, udało się oddać długi i stanąć na nogi finansowo. Dorobiono się także bogatej oferty programowej.

 

Ludzie zaczęli tu przychodzić – do kina, na imprezy dla dużych i małych, na warsztaty i kursy szkoleniowe. Powstały zespoły tańca, muzyczne i piosenkarskie. A także teatrzyki, pracownie plastyki, literatury i filmu. Ożyła działalność rekreacyjna i sportowa.

 

Również zjawiali się tu przedstawiciele władzy miejskiej i powiatowej. Doskonale więc decydenci wiedzieli co się dzieje w centrum.

 

Co się więc stało, że dyrektorkę zwolniono 2 lata temu bez podania powodu.

Otóż paradoksalnie, gdy mamy teraz ponoć w Polsce prawicową władzę zabroniono w Ciechanowie prawicowych imprez. Tak zadecydowała nowo wybrana Starościna. Pani Joanna Potocka-Rak.

 

Gdy przybywała niedawno do miasta była kasjerką i księgową. Ale nowa miejscowa samorządowa partia przy poparciu PSL-u usadowiła ją na stołku starosty. Zaczęła się walka z centrum kultury.

 

Miał się tu odbyć koncert patriotyczny. Miał przyjechać Tadeusz Płużański, znany dziennikarz popularyzujący wiedzę historyczną – to co się działo w sowieckich łagrach i UB-eckich katowniach. Starościna zabroniła. Wkrótce zjawiły się trzy urzędniczki z Powiatu. Znalazły niezgodności rachunkowe np. w wysokości 2 i 5 groszy. Nie dopuszczono do wyjaśnień. Po prostu nagle bez uzasadnienia zwolniono dyrektorkę. Starościna uznała Kaczorowską za winną popełnienia przestępstwa. Zaczęła się kosztowna dla pani Teresy walka po sądach.

 

To zemsta polityczna — dowodził adwokat powódki. Sędziowie, ławnicy milczeli. A przecież są to mieszkańcy Ciechanowa. Doskonale znają działalność centrum. Przychodzili tu na spektakle teatralne, koncerty, do kina, na filmy z najwyższej półki.

 

Zdumiał się i zdawać by się mogło energicznie wkroczył wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł (tak, potomek książęcej rodziny). Już ponad rok temu stwierdził urzędowym pismem nieważność wszystkich miejscowych uchwał, w wyniku których zwolniono Panią Kaczorowską. Uznał je za niezgodne z prawem.

 

Jednak władza samorządowa wcale się tym nie przejęła. Pani Potocka (nomen omen) nie słucha Radziwiłła, lekceważy też artystów i przedstawicieli stowarzyszeń kulturalno-oświatowych. Wielu podpisało się pod listem protestujących przeciw zwolnieniu dyrektorki: pisarze, artyści, malarze, rzeźbiarze… I co? Nawet im nie odpowiedziano.

 

Droga Pani Mario. Mija już drugi rok. Co kilka miesięcy zbierają się różne sądy. Wydają wyroki całkowicie korzystne dla dr. T. Kaczorowskiej, ale te wyroki nie przywracają jej do pracy.

 

W Centrum Kultury zmieniają się dyrektorzy. Nie dostrzegają tego całego bałaganu miejscowe media uzależnione finansowo od władz powiatu. Dotychczasową działalność dyrektorki obserwowano przez lata. Teraz niestety boją się pisać prawdę.

 

Mam przed sobą wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (z 24/6/2020) – odrzucający skargę samorządowców usiłujących nadal krzywdzić Panią Kaczorowską. Upierająca się przy bezprawiu władza lekceważy wszystkich. Nic nie robi na niej wrażenia. Widać uważają, że „starosta na zagrodzie” równy jest nie tylko wojewodzie, ale i sądy ma za nic.

 

Paranoja? Bezprawie?

 

Żeby się nie denerwować i z bezsilności złościć obserwując takie poczynania władzy – biorę do ręki wydany przez „Książkę i wiedzę” tomik „Poezje i nowele”… Marii Konopnickiej. Od dawna ją mam. Jest tu wpis dla mnie z datą – Gdynia 25 maja 1952. Strona 81 – cytuję:

 

„Kto dla siebie pracuje, ten siły utraca. Rąk jego, jego ramion znikoma jest praca (…) kto dla braci pracuje, ma moc za miliony, rośnie w siłę, jak olbrzym, o ziemię rzucony”.

 

Droga Pani Mario – Ty też jesteś łaski pełna i wierzę, że pomożesz, że sprawa dr Teresy Kaczorowskiej zakończy się pomyślnie, sprawiedliwie i zgodnie z prawem dla pisarki – dziennikarki – dyrektorki; ku pożytkowi obywateli Ciechanowa, którzy teraz z dnia na dzień tracą bardzo ważną placówkę kultury.

 

Może obudzą się wreszcie liczni posłowie i senatorzy wybrani w Ciechanowie, a są to: Jan Maria Jackowski, Łukasz Szumowski, Maciej Małecki, Maciej Wąsik, Marek Opioła, Anna Cicholska, Jacek Ozdoba (wszyscy z PiS), Marcin Kierwiński i Elżbieta Gapińska (Koalicja Obywatelska), Piotr Zgorzelski (PSL) i Arkadiusz Iwaniak (SLD). Wszyscy pełnią dziś przecież ważne funkcje. Szkoda, że nie interesują się Ciechanowem, choć stąd ich… ród.

 

Stefan Truszczyński

 

Sztuka kopania – felieton Stefana Truszczyńskiego

W Warszawie zatrzasnęli w budce panią Kopacz. Można rzec wykopali. Przedtem ona opowiadała jak to przekopano dogłębnie smoleńskie lotnisko. Na darmo. Bo ani kawałka samolotu, w którym zginęli najlepsi z najlepszych – nie udalo się Polsce, rodzinom owdowiałym i umęczonym odzyskać.

 

Mijają lata. W czarnych limuzynach przemykają przez Polskę wybrańcy narodu. Jedni mkną „prawą” a drudzy „lewą” stroną. Wspaniałe, szybkie maszyny i najlepsi kierowcy są do ich dyspozycji. Czasem ten i ów puknie i wrakowisko rządowe powiększa się. Nic to. Supersamochodów ci u nas dostatek. Jeden więcej wydatek i już.

 

Pod dworcami drobno-handlarze ze wschodu, ale i Polacy trzymają w rękach potężne torbiska. „Kopsnij szluga” – to wystarczy powiedzieć i już można kupić za półdarmo secondhandowe papierosy. W sklepie są po 17 złociszów. A tu nawet po 7. Tylko palić i palić. Wiadomo, że to świństwo i raczek nieboraczek się skrada. Ale póki mamy te 500+ i dużo dzieci, to one nam przecież pożyczą.

 

Kopanie piłki nożnej i dokopywanie w siatkówce jakoś nam nie idzie. Dokopywanie przeciwnikom politycznym już lepiej. Niemniej i tak wielki pat trwa. Na razie pojedziemy sobie na wakacje, a potem we wrześniu będzie jak Bóg da, a wybrańcy narodu pozwolą. Narobiło się ich bardzo wielu i każdy bardzo pięknie wystrojony, wygadany. Fakt, że „słuchalność” mają coraz mniejszą, a posłuszeństwo już prawie wcale. Ale diety lecą. Tak samo jak ceny w górę. Co z tego wyniknie nikt nie wie. Na razie ludzie zaoszczędzili na pandemii i mają za co kupować w sklepach. A tam góry żarcia i pięknych rzeczy aż po sufit. Wszystko nowiutkie i świeżutkie. U chłopa też można samemu narwać z drzewa. Jeszcze rolnik mieszczuchowi zapłaci. Bo na wsi już nie ma robić kto. Ukraińcy traktują nas jako kraj przechodni. Deutchland ich bardziej interesuje, choć Niemcy już nie chcą przepłacać za towary ze wschodu. W każdym razie import ten ograniczają. Trochę pokrzyczeliśmy i poszermowaliśmy sankcjami ale to były strachy na lachy. W końcu rura na dnie Bałtyku i tak już położona. No bo kto się nas tak naprawdę boi jeśli nawet lekceważy sobie Amerykę.

 

Póki co powodzie nas, dzięki Bogu, omijają. Woda rzekami spływa do morza. To niestety ciecz dość mocno nasycona azotem i innymi chemicznymi spuściznami. Ryby bałtyckie wszystko to łykają i obumierają. Zagłady dopomagają kutry-paszowce obcych bander, które w obłędnym amoku wpuściliśmy na nasze terytorialne wody. Wybierając z dna sieciami o małych oczkach wszystko co się dało gołocili i gołocą narybek. Protesty trwają. M.in. na drogach dojazdowych do wczasowych ośrodków. Nikt się jednak tymi protestami nie przejmuje. Tylko wczasowicze-kierowcy wściekają się w korkach. Postoją, skruszeją. Tym bardziej, że upał daje się we znaki wszystkim. Rolnicy solidarni z rybakami też długo nie wytrzymają. No i w końcu żniwa za pasem.

 

Właściwie na dobre to nie wiadomo jak jest w Polsce. Po obejrzeniu newsów w TVN-ie wpaść można w czarną rozpacz. Ale za chwile są już wiadomości TVP i okazuje się, że wszystko jest ok, a nawet lepiej. Znowu kupujemy sterty złota, znowu się bogacimy. Aż radość przejmuje co to będzie gdy zlikwidowane zostaną „raje podatkowe”. Wypływająca szeroką strugą podatkowa rzeka zostanie zahamowana. Tylko kiedy? Na razie czcigodni posłowie dyskutują. Czekamy!

 

Minie lato, jesień nas ochłodzi. W końcu zmrozi zima. Starsi będziemy i trzeba będzie zużywać więcej ciepła. A niestety robi się ono coraz droższe. Gdy górnikom zakazane zostanie fedrowanie, a wiatry od morze nie dopiszą – będzie bida. Wielkim do 200 metrów masztom wiatraków opadną skrzydła i tylko korozja mozolnie będzie chrupać żelastwo. Odnawialne źródła trzeba malować i remontować. To są inwestycje bardzo kosztowne. Chrup-chrup, mniam-mniam. Ale na Wiejskiej się tym nie przejmują. Tylko górnicy się martwią. Co będzie jak naraz wszyscy wyjadą z głębokich szybów i pomaszerują na Warszawę.

                                                                              

Stefan Truszczyński

Stypa – Stefan Truszczyński o olimpiadzie w Tokio

Na razie organizatorzy olimpiady w Tokio stracili miliony. Ale wkrótce stracą więcej.

 

Upór w kwestii tego cudaka, by z maseczkami na gębie biegać, skakać i rzucać, by piłkę wykopywać, wyrywać sobie, smeczować przy pustych trybunach, sztampowych mowach zupełnie obojętnych ludziom „notabli”, w czasie kiczowatych ceremonii – to farsa, głupota na światową miarę, wyrzucanie pieniędzy nie w błoto ale do szmba. Po to by kilku facetów wybełkotało swoje przemówienia, by chłam reklamowy wpychal się przed oczy ogłupianym telewidzom – uparcie ma być przeprowadzona tzw. „olimpiada”. Nie są to żadne igrzyska – to nawet nie nędzna kopia, to pięciokółkowe zero.

 

Dla biednych naszych pływaków zaczęły się od niekompetencji, niechlujstwa krajowych biurwo-etatowców. Nie wiedzieli, nie doczytali, nie zrozumieli.

 

Popatrzcie na wielkie gmachy przydzielone sportowym ćwokom. Mają wygodnie. Szmal się leje jak z rury. Pocić – jak sportowcy na treningach – nie muszą się. Limuzyny w garażach, kierowcy na każdy gwizdek. I jeszcze usłużne sekretarki.’

 

Miejmy nadzieję, że pan Gliński uprzytomni sobie, że on za ten cały chory sport odpowiada. Mleko kipiało, aż się wylało.

 

Pływacy popłaczą, może komuś przyleją i popłyną w siną dal. Tak jak zrobiło to wielu ich kolegów – kiedyś przez „wicie-rozumicie”, a teraz przez nieudaczników i ignorantów. Są rany ale się zabliźnią, bo szybko zapominamy.

 

Ale co będzie z gigantycznym olimpijskim długiem, który właśnie w Tokio uparcie nakręcają? Czy dopiero gdy zarazek opanuje 50% jeszcze zdrowych kandydatów na medale ktoś powie basta! Może cesarz, premier? Sportowe bossy najwyraźniej się nie przejmują. Jeden zwiedza Japonię, drugi gdzieś się schował, trzeci… zachorował (albo zachoruje!).

 

Pan Parandowski by zapłakał, Mrożek by się nie podjął opisania, marsz żałobny zaproponowałby maestro od dźwięku.

 

Głupki, po trzykroć głupki. Czemu się upieracie. Odwołajcie czym prędzej, to się nie uda. Koszty z każdym dniem rosną. To czego nie zmarnujecie zapłaćcie sportowcom za ich rozczarowanie i łzy. Dajcie biednym, głodnym na zupkę. Zostaniecie w historii w gronie marnotrawców, upartych osłów. Jasne, że nie płacicie „za swoje”. Ale wirusek-chytrusek jak agencje donoszą spokojnie sobie drepcze. Czy wyścig szalony zostanie przerwany dopiero gdy covid zakazi olimpijski komitet? Nie ma już i nie będzie (estetyczne szczęście gapiących się w ekrany) buzi-buzi, ani nawet shaking hands – działacze będą wkrótce otwierać i zamykać imprezy w szczelnie odizolowanych elektrycznych wózkach (do golfa albo dla inwalidów). Maseczki będą wymieniane co godzinę. A kierowcy raz na dzień. Na noc będą wywożeni helikopterami na okoliczne wyspy, by tam się przesypiać w ośrodkach za kolczastymi drutami i strażą z psami.

 

Trzeba im zapewnić bezpieczeństwo! Niestety od choroby umysłowej nie łatwo się uchronić. Jest jak wirus z numerem 19-tym. Albo i gorsza. Rozprzestrzenia się nie tylko przez styk ludzi, ale swobodnie, elektronicznie i ideowo.

 

Dziś na olimpiadzie stypa. Pięknie było, ale się skończyło.

 

 Stefan Truszczyński

Tusko-wstręt i Kania pełna nadziei – felieton Stefana Truszczyńskiego

Na portalu sdp.pl, nie schodzący tu z ekranu Łukasz Warzecha opowiada o swoich niespełnionych rozmowach z Donaldem Tuskiem. Pasjonujące. Miało się to dziać, ale nie działo w 2008 roku. Dziennikarz – młodzieniec (wówczas) uważany był za prawicowca (wywiad rzeka z Sikorskim), więc go Cerber Graś nie dopuszczał do ukochanego wodza. To bardzo smutne i niezwykle ważne wydarzenie sprzed lat ma pokazać dziś jaki to był wredny dla dziennikarzy pan Tusk.

 

Szukam w internecie korzeni b. premiera, które kojarzą się z Gdańskiem. A teraz szczególnie po germańskim szwargocie nadawanym spod żurawia na Motławie. A tu zaskoczenie. Wystukałem: Tusk – nazwisko. I czytam o wielotysięcznej kolonii Żydów zamieszkałej w Bełchatowie i okolicy. Przybyli tu na przełomie XIX i XX wieku. Społeczność była liczna i świetnie się tam rozwijała. Potem jednak nastąpił jak w całej Polsce lokalny Holocaust i zbudowano Żydom getto. To Niemcy zgotowali starozakonnym piekło na ziemi. Ciekawe jak to dziś ma się do odkrycia Jacka Kurskiego o „dziadku” z Wermachtu.

 

Jeśli już ma się zacząć przedwyborcza walka z Donaldem to chyba nie poprzez informacje, że onegdaj nie chciał się spotykać z panem Łukaszem. Zresztą teraz po urlopie pan Tusk na pewno dopuści wszystkich chętnych, bo jak na razie po mocno nagłośnionym powrocie nie ma ich zbyt wielu.

 

Gdyby TVP działała mądrze robiłaby jak najwięcej wywiadów z liderami PO. Nieważne, że na razie okazuje się – od kilku tygodni – iż kompletnie nic nowego nie mają do powiedzenia. Trzeba by to NIC powtarzać bez końca, aż naród puści pawia (niech się ptak nie męczy).

 

TVN-u nie trzeba będzie likwidować. Pracujący tam ludzie są naprawdę inteligentni i dobrze wyglądają, szczególnie panie, robią program lepszy niż telewizja państwowa. Oni zresztą sami rychło zorientują się, że tuskolubcy niewiele mają do powiedzenia (może Trzaskowski, obrażony, coś wymyśli; a może Hołownia). Poradziłbym dzielnym dziennikarzom, niech spróbują zaprosić państwa Sobolewskich, pana Suskiego, pana Sasina. Myślę, że na pewno przyjdą do Moniki Olejnik, która (np. mnie!) coraz bardziej się podoba. Niczego nie ujmując pani Werner i mniejszym od niej ale tylko wzrostem koleżankom z Wiertniczej. Wiercić dziury w brzuchu politykom to dziennikarska powinność. Nie dziwi więc, że nomen omen żurnaliści z takowej ulicy z zapałem to robią.

 

Gdybym miał telewizję – ale niestety nie zanosi się by do jakiejkolwiek mnie wpuszczono – podrzucałbym codziennie tematy np. pani Dorocie Kani, która na razie dzielnie walczy z przemiennym skutkiem obsadzając szefów gazet Polska Press. Ponad 55 lat jako reporter objeżdżam nasz piękny kraj i znam bardzo wielu dziennikarzy (również młodych). Pani Kania pomału odkrywa karty. Niestety tylko co druga nominacja pani Doroty wydaje się być trafiona. Zdaję sobie sprawę, że pani prezeska Kania jest pod naciskiem różnych wpływowych ludzi – środowisk pisowskich, solidarnościowych, a nawet byłych NZS-owców, kleru i Bóg wie jeszcze kogo. Nie zawsze podzielałem poglądy publicystyczne wyrażane przez tę panią. Ale powierzono jej niezwykle ważną funkcję, jest teraz wielką szefową. Jak Neron kciuk w górę i klient zakwita, kciuk w dół i oznacza won chłopie. Jestem wierzący i pani Kani mimo wszystko ufam, że będzie starała się tworzyć Polską Press, a nie niemiecką. W tej intencji pójdę nawet piechotą do Częstochowy i poproszę arcybiskupa Wacława Depo o audiencję i modły w intencji niezależności dziennikarskiej. Nawet jeśli na stanowisku pani Kania będzie krótko – warto zapisać się w pamięci ludzi dobrze. Zadecyduje odwaga, pracowitość (a tej pani Dorocie nie brakuje) oraz oczywiście prawda i sprawiedliwość. Zapomniane będą grzechy bywsze. Utrwali się nowa prezeska Polska Press jako piękna i bojowa kobieta. A kobiety mogą dużo. Szczęść Boże.

 

Stefan Truszczyński