SKANDAL!!! „Połamać nogi i podpalić ciało” – funkcjonariusz SOP z obstawy wicepremiera chciał zabić dziennikarza PIOTRA NISZTORA z TV REPUBLIKA

Ww wtorek późnym wieczorem media Domu Wolnego Słowa m.in. TV Republika, Niezlaeżnej.pl i Gazety Polskiej ujawnili, że dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi grozi olbrzymie niebezpieczeństwo. Zamachu na redaktora TV Republika chciał dokonać funkcjonariusz Służby Ochrony Państwa (SOP), który był w ochronie wicepremiera i szefa MSZ – podała stacja.

Oto fragment teksty z portalu TV Republika: „Dotarliśmy do nagrania rozmowy, w trakcie której oficer Służby Ochrony Państwa opowiadał o planach brutalnego zabójstwa dziennikarza Republiki. W trakcie rozmowy wulgarnie wypowiadano się także na temat Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Pod adresem ministra padły m.in. określenia na >>k<<” – napisał portal TV Republika.

graf. z TV Republika

Dalej portal pisze m.in.: „Ta historia jest tak niesamowita, że aż ciężko w nią uwierzyć. Funkcjonariusz SOP, który ochrania wicepremiera planował morderstwo dziennikarza za krytyczny artykuł na swój temat” – podkreśliła TV Republika. „Na nagraniach z początku 2024 roku, do których dotarliśmy wprost opowiadał o planowanym morderstwie. Porwanie, połamanie nóg, polanie zwłok ropą, zamordowanie psów, to tylko niektóre słowa, które podały podczas rozmowy funkcjonariuszy SOP, jako zapowiedź działań przeciwko Piotrowi Nisztorowi” – napisał portal.

Dziennikarze z TV Republika zapowiadają, że opublikują rozmowy dotyczące planowanego zamachu na Piotra Nisztora.

Z kolei portal Niezależna pl. podawał na bieżąco wydarzenia związane z ujawnieniem planowanego morderstwa dziennikarza przez oficera SOP.

graf. z Niezależnej.pl

„W programie >>W punkt” Katarzyny Gójskiej w Telewizji Republika ujawniono nagrania, na których wysokiej rangi funkcjonariusz Służby Ochrony Państwa Wojciech B. – szef ochrony Radosława Sikorskiego – planuje makabryczną zemstę na dziennikarzu śledczym Piotrze Nisztorze. Mowa o torturach, morderstwie oraz zabiciu psów redaktora >>Gazety Polskiej<< i TV Republika” – podała Niezależna.pl

„Głównym bohaterem taśm jest podpułkownik Wojciech B., pseudonim >>Biszkopt<<, człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie” – napisał we wtorek Grzegorz Wierzchołowski, redaktor naczelny portalu Niezależna.pl

 

 

 

W poniedziałek POGRZEB śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO, realizatoara dźwięku Telewizji Polskiej

Realizator dźwięku Telewizji Polskiej i TVP we Łodzi Wacław Romański zmarł 3 lutego 2026 roku w wieku 87 lat… Właściwie Wacek Romański w TVP i TVP Łódź był zawsze. Kiedy pytałem go, kiedy zaczynał, udawał zamyślenie i mówił „no, to było w tym roku, kiedy pożyczyłem od Poli Negri 5 złotych”.

***

Pogrzeb śp. Wacława Romańskiego w poniedziałek 9 lutego o 11.30 na cmentarzu ewangielickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

***

Wacław Romański…

Lubiany, otwarty, gaduła, profesjonalista w każdym calu. Dowcipny a jednocześnie wrażliwy. „W tak nerwowej pracy i taki pogodny” – mówili koledzy z reżyserki.

Poczucia humoru nie miał tylko wówczas, kiedy trzeba było ratować program, tak z powodów technicznych, jak i merytorycznie. Nie umiem sobie wyobrazić, że Wacek nie żyje…

 

Wacek nie był tylko dźwiękowcem. Kiedy była taka potrzeba i zdjęcia zrobił i światło ustawił. Takich ludzi już niestety w zawodzie jest coraz mniej. Nade wszystko kochał tę robotę. Chyba przez prawie pół wieku trudno sobie było wyobrazić TVP bez Romańskiego i Wacka bez telewizji w Łodzi.

Aż w końcu nastąpił ten dzień. „Przeszedłem na emeryturę, jestem już w odstawce, ale może odpocznę, chociaż powiem ci, brakuje mi tej adrenaliny, kiedy zaczyna się transmisja lub ŁWD (serwis informacyjny w TVP Łódż)” – powiedział mi kiedyś gorzko, może ponad dwie dekady temu.

„Nawet wtedy nie tracił kontaktu z oddziałem, no może nie tyle z firmą, co z ludźmi, z którymi pracował” – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl wieloletnia dziennikarka, spikerka Polskiego Radia i prezenterka Telewizji Polskiej Grażyna Jeżewska.

Wacław Romański w Zespole Emisji zdj. www.art.intv.pl

„Koleżeński, towarzyski. Takich ludzi jak Wacuś, jak mówi, młodzież już >>nie produkują<<. Jego praca to było jego życie” – mówiła. „Oprócz tego, że Wacek był absolutnym fachowcem, to jeszcze pomagał zrozumieć telewizyjną pracę mniej doświadczonym. Lubił pracę z młodzieżą” – dodała Jeżewska. Dawny dziennikarz TVP Łódź i prezes oddziału łódzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Zbigniew Natkański wspomina Zmarłego jako rzemieślnika i artystę jednocześnie.„W czasach, kiedy Wacek zaczynał, kiedy telewizja raczkowała i nadawała tylko na żywo, musiał być jednocześnie bezbłędnym realizatorem dźwięku i wrażliwym człowiekiem słuchającym interpretacji tekstu w ekranizacji klasycznego dramatu w Teatrze Telewizji. A tego typu produkcje często gościły w łódzkim studio. Ze znanymi reżyserami i znakomitymi aktorami” – wspominał Natkański.

 

 

***

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś o Wacławie Romańskim napiszę, ale, jako młodszy kolega, mogę zapewnić, że Wacka nie będzie można zastąpić. Bo oprócz szacunku dla innych i  swojego zawodu rozumiał, że w telewizji jego marzeń, najważniejsi są ludzie…Nie polityka.

Żegnaj Wacku, szkoda, że nie opowiesz mi teraz kolejnych anegdotek, których nie moglibyśmy nigdzie opublikować. Szkoda, że nie zobaczymy się już na stadionie Widzewa czy Orła… Szkoda.

Wacuś, do zobaczenia

 

Hubert Bekrycht

 

Pogrzeb śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO odbędzie się 9 lutego, w poniedziałek o gdzinie 11.30 na na cmentarzu ewangelickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

 

zdjęcia ze strony www.art.intv.pl

W Klubie Historycznym SDP o Ormianach w Polsce

W czwartek 18 grudnia o 17.30 odbędzie się spotkanie Klubu Historycznego SDP. Tym razem usłyszymy o fascynującej historii Ormian w Polsce.  Wykład pt. „Ormianie Polscy –  siedem wieków na ziemiach polskich” wygłoszą Marta Axentowicz-Bohosiewicz – prezes  Armenian Foundation  i Maciej Bohosiewicz.

Dowiemy się, kiedy Ormianie dotarli do nas i dlaczego tak się stało. Poznamy, jakie mieli w zagwarantowane przez władców przywileje  i dowiemy się jak wielki wkład wnieśli do kultury, gospodarki i nauki w Polsce. Usłyszymy o ich zasługach dla Rzeczpospolitej, np. w dyplomacji, a ponieważ znali języki orientalne  i obyczaje tamtejszych ludów, byli wykorzystywani w poselstwach wysyłanych na Wschód. Sprowadzali też stamtąd liczne wyroby np. szable czy kontusze, orientalizując w ten sposób polską szlachtę. Usłyszymy o wybitnych Polakach ormiańskiego pochodzenia, np. wybitnym kompozytor Krzysztofie Pendereckim. Obejrzymy także ormiańskie artefakty np. szable.

Zapraszam!

Hanna Budzisz – szefowa Klubu Historycznego SDP

CEZARY KRYSZTOPA: Donald Trump nawet jeszcze nie dotknął Niemiec, a te już się rozleciały

Trudno powiedzieć dlaczego Niemcy okazali się kompletnie nieprzygotowani na zwycięstwo Donalda Trumpa. Być może są ofiarami własnej propagandy, podobnie jak amerykańskie „salony”.

Do sondaży generalnie warto mieć dystans. A jeszcze dzień przed wyborami w wywiadzie dla Tysol.pl socjolog Marcin Palade cytował swojego kolegę po fachu ze Stanów Zjednoczonych, który miał mu mówić, że badacze w USA w przypadku większości sondaży przy próbie wyjściowej tysiąca badanych uzyskują siedemdziesiąt pełnych odpowiedzi – 7% –  co wynika z braku zaufania do instytucji sondażowych. Próby można oczywiście powtarzać, ale to kosztowna operacja. Po uzyskaniu jakiejś minimalnej liczby wartościowych odpowiedzi, głosy podlegają „ważeniu” czyli badacze odczyniają nad nimi swoje badackie gusła. Jakim cudem taki wynik może być wiarygodny?

Niemieckie ofiary

Ja rozumiem, że takimi sondażami można mieszać w głowach statystycznym obywatelom. Ale, że całe niemieckie państwo, albo cały amerykański lewacki salon, nie dysponują żadnymi w miarę rozsądnymi analitykami, którzy mogliby to zweryfikować i dać do zrozumienia, że entuzjazm z powodu „przewagi Kamali Harris” może być jednak nieco przedwczesny? Czy intelektualna skleroza tych środowisk jest aż tak daleko posunięta, czy też w desperacji tak bardzo pragną się samooszukiwać?

Tak czy siak Donald Trump, który znany jest ze swojego dystansu do Niemców, tak jak Niemcy znani są ze swojego dystansu do niego, wygrał wybory. Jestem daleki od oczekiwania, że teraz nowy prezydent Stanów Zjednoczonych przyjedzie do Polski na białym koniu, żeby uwolnić nas od administracji berlińskiego pachołka, ale trzeba mu przyznać, że jeszcze nie objął urzędu, a już mocno wpłynął na otoczenie geopolityczne Polski.

Niemcy się rozleciały

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz podjął decyzję o odwołaniu ministra finansów Christiana Lindnera, lidera liberałów. Scholz jeszcze walczy, chce od Bundestagu wotum zaufania – To rozpad koalicji rządzącej – uważają z kolei niemieckie media, które otwarcie piszą, że polem niesnasek był nie tylko sposób podejścia do problemów walącej się niemieckiej gospodarki, ale również sposób podejścia do zaskakującej Niemców sytuacji, w której wielkimi krokami zbliża się prezydentura Donalda Trumpa w najpotężniejszym kraju na kuli ziemskiej.

No i muszę przyznać, że tak jak nie wierzę w to, że „Trump nas uwolni od Tuska”, bo to nasza robota, to jednak mocno wstrząsnął jego patronami. Właściwie nie tylko nie objął jeszcze fotela prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie tylko nie dysponuje jeszcze narzędziami żeby to zrobić i niczego zrobić jeszcze nie zdążył. Nawet nie puknął jeszcze Niemiec, a te już się rozleciały.

 

WOŁODYMYR SIDORENKO: Polscy studenci współpracują z siecią Ukraińskich Centrów Solidarności Dziennikarskiej

Na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu odbyło się spotkanie doktorantów i studentów Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa z koordynatorem Zachodnioukraińskiego (Lwowa) Zjednoczonego Centrum Solidarności Dziennikarskiej Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Natalią Wojtowycz. Na przykładzie masowej inwazji Rosji na Ukrainę opowiedziała przyszłym dziennikarzom Polski o praktyce przestrzegania standardów etycznych dziennikarstwa w czasie wojny, a także o działalności Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i jego sieci Dziennikarskie Centra Solidarności.

W szczególności Natalia Wojtowycz skupiła się na przestrzeganiu zasad etycznych, na których powinni powoływać się pracownicy mediów w materiałach o tematyce wojskowej. Absolwenci i studenci osobno zapoznali się z regulaminem Komisji Etyki Dziennikarskiej Ukrainy. Jednym z tematów rozmów było bezpieczeństwo dziennikarzy podczas wyjazdów na linię frontu w celu przygotowania materiałów o przebiegu walk.

Trenerka medialna podzieliła się praktycznymi radami i opowiedziała o doświadczeniach kolegów, którzy zwracają się do NSJU z prośbą o kamizelki kuloodporne, hełmy i apteczki. Tym, którzy chcieli dowiedzieć się więcej o kwestiach bezpieczeństwa, Natalia Wojtowycz poleciła „Przewodnik po bezpieczeństwie”, stworzony we współpracy m.in. z NSJU i UNESCO zawierający podstawowe porady dla pracowników mediów planujących wyjazd do strefy działań wojennych. Zasady z podręcznika mają zastosowanie nie tylko na terytorium Ukrainy, mogą być przydatne dla pracowników mediów na całym świecie. W okresie masowej inwazji rosyjskiej na Ukrainę tysiące dziennikarzy było w strefie działań wojennych. Niestety, w czasie walk w wojnie rosyjsko-ukraińskiej zginęło prawie 90 dziennikarzy, w tym 17 pracowników mediów podczas wykonywania obowiązków zawodowych. Agresorzy schwytali ponad 40 dziennikarzy, w tym 30 ukraińskich, którzy przebywają w niewoli rosyjskiej i są poddawani torturom i represjom.

Natalia Wojtowycz szczególną uwagę poświęciła zbrodniom wojennym rosyjskich agresorów. W szczególności chodziło o uwięzionych ukraińskich dziennikarzy  i problemy pracowników zagranicznych mediów. Opowiedziała szczegółowo historię ukraińskiej dziennikarki Victorii Roschyny, która zginęła w rosyjskiej niewoli, nie doczekała wymiany. Ta wiadomość stała się tragedią dla Ukrainy. Według trenera medialnego studenci byli bardzo poruszeni misją pracujących w mediach podczas konfliktów zbrojnych. Uczestnicy szkolenia poznali także z projekt „Dziennikarze są ważni”, w ramach którego odnotowuje się historie zatrzymanych przedstawicieli mediów oraz z akcją „Dziennikarstwo nie jest przestępstwem”, zgodnie z którą NSJU domaga się oddalenia zarzutów wobec wszystkich dziennikarzy i ich uwolnienie z niewoli.

Omówiono pracę dziennikarzy europejskich i ukraińskich mediów oraz ich wpływ na zachodnich odbiorców. „Bardzo ważne jest, aby wiedzieli, co dzieje się na Ukrainie. To niezwykle cenne, że dziennikarze w Polsce przekazują informacje o rosyjskiej agresji na Ukrainę” – zauważyła Natalia Wojtowycz.

Przypominamy, że Centra Solidarności Dziennikarskiej są inicjatywą Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy, która jest realizowana przy wsparciu Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy oraz UNESCO. Ma pomóc przedstawicielom mediów pracującym w czasie wojny na Ukrainie. Ośrodki działają na terenie ukraińskich miast: Kijowa, Lwowa, Iwano-Frankowska, Charkowa, Zaporoża, Dniepru i zapewniają dziennikarzom pomoc organizacyjną, techniczną, prawną i psychologiczną.

 

Śmiałą tezę stawia CEZARY KRYSZTOPA: PiS ukradł sto bilionów

Na jakiej podstawie twierdzę, ze „PiS ukradł sto bilionów”? A wziąłem sobie z sufitu. Wolno rządzącym, to i mnie wolno. Kamaryla Donalda Tuska została z pomocą sił zewnętrznych osadzona w Warszawie nie dla powodzenia Polski czy Polaków – ale że Polska jakimiś resztkami suwerenności, czy demokracji się wykazuje – kamaryla owa przed polską opinią publiczną nie jest w stanie wykazać się żadnymi sukcesami.

Gospodarka leży i kwiczy, inwestorzy uciekają z Polski, nie czytałem jeszcze kompleksowej analizy, ale prawdopodobnie w związku z wynikającym z katastrofalnego tzw. „Zielonego Ładu” szybkim wzrostem cen energii i waleniem się w gruzy wiarygodności otoczenia prawnego, szybko rośnie inflacja, katastrofa unijnej tzw. „procedury nadmiernego deficytu”, zatrzymywany jest każdy strategiczny projekt, który mógłby zbudować jakąś naszą przewagę konkurencyjną nad Niemcami, trwa niepewność wokół kontraktów zbrojeniowych, co jest wyjątkowo groźne wobec wojny za płotem i zagrożenia wojną światową.

Polityka zagraniczna miała być pod rządami Tuska, który „nie da się ograć” pasmem klapsów ze strony jego „europejskich przyjaciół”. Nawet te słynne, oparte na żądzy zemsty „Silnych Razem” rozliczenia PiS, wobec ośmieszenia komisji sejmowych i substytutu prokuratury w jakże wielu przypadkach, prawdę mówiąc wyglądają (choć trzeba pamiętać o tym co się robi ks. Olszewskiemu i byłym urzędniczkom Ministerstwa Sprawiedliwości) bardziej śmieszno niż straszno. Być może jedynym sukcesem Koalicji 13 grudnia jest stanięcie przez Tomasza Lisa murem za polskim mundurem i jego zachwyt nad defiladą w Święto Wojska Polskiego, tą samą defiladą, która w zeszłych latach tak go drażniła.

No ale przecież ludzie Donalda Tuska słyną z talentu do tzw. „polityki przykrywkowej” – Co robić? Co robić? – rozlega się na korytarzach Kancelarii Premiera – Już wiem, ogłosimy że to wszystko to wina PiS – pada genialna propozycja – Wyciągnijmy z nosa jakąś bzdurę i wdrukujmy ją w głowy Polakom. No i wyciągnęli. Ale nie wdrukowali. Bo problem w tym, że i Polacy są inni niż w latach 2007 – 2014 roku, kiedy to Tusk robił z nimi co chciał i osłony medialnej nie ma tak szczelnej jak wtedy.

Zresztą, w gruncie rzeczy Donald Tusk wcale nie powiedział, że „PiS ukradł 100 miliardów”. Tusk powiedział tylko, nie przedstawiając żadnych dowodów zresztą, że „podejrzana kwota wydatków publicznych, ustalona w wyniku kontroli Krajowej Administracji Skarbowej, osiągnęła 100 miliardów złotych”. „PiS ukradł 100 miliardów” usiłowali wdrukować w głowy Polakom wyłącznie jego polityczni i medialni dobosze, którym niespecjalnie się to udało, ponieważ hasztagi, które miały ponieść to coś, zdechły w sieci jeszcze tego samego dnia. A później dobił to minister finansów Domański mówiąc w Polsat News, że „100 mld to kwota, która jest objęta badaniem, 5 mld zł to kwota, gdzie już są ustalone nieprawidłowości, z kolei ponad 3 mld zł to kwota odnośnie, której złożono zawiadomienie do prokuratury”, co potwierdził również szef Krajowej Administracji Skarbowej.

Już sam fakt hucznego podpisywania „porozumienia o współpracy” trzech ministrów Tuska, którzy jako ministrowie jednego rządu są do współpracy zobowiązani, sprowadzał ich do poziomu pajaców skaczących w rytm marnej jakości propagandowej melodii, a po tym jak pękł balonik „100 miliardów”, Andrzej Domański, Tomasz Siemoniak i Adam Bodnar, zostali z tym wszystkim jak Himilsbach z angielskim.

Nie jestem ekonomistą, ale nie jestem również naiwny. Zdaję sobie sprawę z tego, że do każdej władzy i każdej partii władzy w trakcie rządzenia przykleja się coraz więcej cwaniaków i złodziei, ale również jako laik mam prawo zadawać sobie pytanie: „Jak to jest, że PiS tak strasznie kradł i na wszystko wystarczało, a przyszli ci którzy nigdy nie kradli i nie kradną i nagle na wszystko brakuje?”

HUBERT BEKRYCHT: Od czego gorsza jest nadgorliwość?

Jeden z portali, które opisują media kierując ostrze krytyki wyłącznie w kierunku konserwatywnych dziennikarzy, zwrócił tym razem uwagę na pracownika neo TVP. Ów dziennikarz miał czelność napisać coś złego o koalicyjnym PSL na, uwaga, uwaga prywatnym profilu w mediach społecznościowych.

Bezprawnie przejęta w grudniu 2023 r. Telewizja Polska, potem w likwidacji, była uprzejma zawiesić reportera Panoramy TVP Bartłomieja Bublewicza a sprawę skierować do Komisji Etyki. Chodziło o niezadowolenie owego dziennikarza wyrażone na profilu społecznościowym. Niezadowolenie opisane bardzo emocjonalnie i – chyba – szczerze.

Sami swoi i tylko swoi

„Nie ma miejsca na PSL w koalicji rządzącej. Na miejscu premiera zaryzykowałbym nawet wcześniejsze wybory” – napisał na X Bublewicz sfrustrowany postępowaniem ludowców podczas debaty w sprawie aborcji. Nie mógł? Zdaniem nielegalnych władz TVP w likwidacji nie mógł. Dlaczego? Bo jego wpis wystawia na szwank koalicyjną jedność? Bo nadal PSL domaga się większej liczny „swoich” ludzi w TVP, jak to jeszcze do 2016 roku bywało…

Reporter chciał się pewnie podlizać PO, ale przeszarżował. Powinien przecież wiedzieć, że arytmetyka jest bezlitosna i bez PSL nie ma żadnej koalicji. I nie ma też bezprawnie wybranych po 19 grudnia 2023 roku władz mediów publicznych. Zawieszono go, ale w przeciwieństwie do innych dziennikarzy w TVP, nikt się chyba za nim nie wstawi. Tak się teraz „robi” media.

Trójpodział władzy: media, nasze media i tylko nasze media

Drugi błąd jaki popełnił Bublewicz to komentarz na platformie X dotyczący bezprawnego zatrzymania b. wiceministra sprawiedliwości Michała Romanowskiego. „Kompromitacja to mało powiedziane. Nieprzygotowana prokuratura, wiarygodność działań na zerowym poziomie. Decyzja sądu pokazuje jak ważny jest i powinien być trójpodział władzy dla całej klasy politycznej” – napisał Bublewicz.

W sumie to reporter Panoramy napisał w tej akurat sprawie z sensem, ale znowu przeszarżował. Zapomniał, że jego nielegalnie wybranie szefowie właśnie dlatego są jego nielegalnymi szefami, że taką krytykę mają dusić w zarodku…

Zawieszony wisi teraz jak relikty komunistycznych i postkomunistycznych czystek w TVP i dziwi się pewnie, że za taką krytykę został potraktowany jak prawicowiec. Nie dziw się chłopie, będzie gorzej.

Sztandar Młodych powraca?

Dziwi coś innego. Zwykle wyrozumiały dla liberalnych mediów portal udający specjalistyczne forum o mediach tym razem „obnażył”, „podkreślił”, „uwypuklił”, że takie zachowanie „niezależnych” reporterów „nie licuje”. Zespół dawnego komunistycznego Sztandaru Młodych byłby dumny z takich interpretacji (SM to w PRL takie przedszkole dla obecnego mainstreamu i nowoczesnych neoreporterów). Zresztą, kilkoro dawnych dziennikarzy Sztandaru Młodych jest jeszcze w obiegu dzisiejszych głównych środków masowego przekazu – na przykład na Mokotowie i Wilanowie.

 

Hubert Bekrycht (FB i X)

WALTER ALTERMANN: Letnie wakacje i inne dzikie atrakcje

Czas letnich wakacji przypada w Polsce w lipcu i sierpniu, gdy dzieci i młodzież mają wolne od szkoły, a ich rodzice biorą urlopy. Tak jest dla większości, ale są jeszcze w kraju emeryci. Ci z kolei czatują na okres przed lipcem i sierpniem, oraz po, bo wtedy jest o wiele taniej.

W ostatnich latach bardzo wielu naszych rodaków wybiera wakacje poza Polską. I nie ze względu na klimat, bo i u nas jest latem okropnie gorąco, i u nas można dostatecznie się poparzyć na słońcu i z trudem oddychać. Również i u nas są już luksusowe hotele.

Decydującą przesłanką przemawiającą za wyjazdem wakacyjnym do obcych krajów, jest – niestety – szpan. Chęć pokazania się, zaimponowania znajomym. Niestety staropolskie postępowanie, wedle staropolskiego porzekadła, nadal jest aktualne. A brzmi ono: „Zastaw się, a postaw się”.

Oczywiście nikt się do tego nie przyzna, ale wystarczy popatrzeć na mówiących, że byli na Seszelach, w Hurgadzie czy na Korfu, a zobaczymy dumę i poczucie wyższości, które ich rozpierają. Niestety egalitaryzm nigdy nie był u nas w modzie, już od czasów Siemowita, Lestka i Siemomysła.

Trzy cele wakacji w Polsce

O ile chodzi o krajan, którzy spędzają wakacje w Polsce, bo są i tacy, to głównie ciągną nad Bałtyk, w góry lub na Mazury. Jednak ich opowieści i przesyłane znajomym zdjęcia, świadczą, że  najbardziej cenią sobie wygodne hotelowe łóżka, dobrą kuchnię i baseny.

I nikt, z obu grup wakacjuszy,  nie wspomina o przyrodzie, jej urokach, pejzażach i czystym powietrzu. Po prostu wakacjusze nasi przenoszą się z wygodnych mieszkań do jeszcze wygodniejszych hoteli. I najbardziej ich cieszy, że na wakacjach nie muszą po sobie sprzątać.

Drogo wszędzie, pusto wszędzie, co to będzie

Z roku na rok umacnia się w narodzie przekonanie, że wakacje w Polsce są bardzo drogie, nawet droższe niż te w Grecji czy w Egipcie. Patrząc na rachunki z restauracji, z pewnością tak. Ale narzekający na nadbałtycką drożyznę jakoś nie doliczają do swoich zagranicznych wakacji kosztów przelotu czy jazdy samochodami. A są przecież niemałe.

Jest jednak faktem, że w polskich kurortach, lub wczasowiskach jest bardzo drogo. Drogie jest jedzenie w budkach i restauracjach, drogie jest wypożyczenie leżaka, karuzela dla dzieci, zjeżdżanie na pupie w dmuchanym zamku czy przejście po rozpiętych linach, nie mówiąc już o pójściu na potańcówkę,

Skąd taka drożyzna

Skąd się bierze ta drożyzna? Przede wszystkim z naszej polskiej pazerności. Właściciele usług gastronomicznych i rozrywki są przekonani, że ciężko pracując (po 18 godzin dziennie) muszą po pięciu – sześciu latach odłożyć na przyzwoity dom i nieprzyzwoicie drogi samochód. Poza tym, ludzie prowadzący te wakacyjne interesy są w ogromnej części osobami przyjezdnymi, muszą wynajmować lokale, magazyny i miejsca do spania personelu.

Inaczej jest w górach, szczególnie pod Tatrami. Tamtejsza ludność, przez wieki doświadczająca niebywałej nędzy ma niejako „nerwicę głodową”. To znaczy, górale boją się, że umrą z głodu i dlatego rżną ceprów do gołej skóry. Nadto, z biegiem lat górale stali coraz mniej mili i mniej sympatyczni. Obcując z nimi odnosi się wrażenie, że patrzą na człowieka jak ich dziadowie na „owiecki”, które muszą dawać dużo mleka na oscypki, wełnę na swetry, a w końcu skórę na barani kożuszek.

Zadziwiające jest to, że żadna z wakacyjnych gmin nie powołała do życia spółdzielczości usługowej, w której zatrudnienie i zarobek znaleźliby miejscowi obywatele. Co zresztą obniżyłoby  też ceny. Tu na przeszkodzie stoi odwieczna polska zasada, że nie chodzi o to, żeby moja krowa dawała więcej mleka niż „sąsiadowa”, ale żeby sąsiada krowa po prostu zdechła.

Wątpliwe poznawanie świata

Wojażujący po świecie twierdzą, że poznawanie świata jest dla nich wielką nauką i wypoczynkiem. Czyli mają absolut edukacyjno-rekreacyjny. Prawda jest jednak mniej oczywista. Sporo osób rusza  na ekspresowe zwiedzanie świata, które polega na tym, że siedzą w ekspresowych autobusach, z podkurczonymi nogami przez osiem godzin. I ten autobus przenosi ich ekspresowo w dalekie od punktu startu miejsca. Następnie w ekspresowym tempie biegają po uliczkach historycznych miast, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej, nie kontemplując piękna architektury, kunsztu antycznych rzemieślników, uroku i tajemnic minionych cywilizacji. Nic tylko pędzą jak Struś Pędziwiatr. Wracają do kraju wykończeni fizycznie i umysłowo. Ale przecież za nic i nigdy, nawet sobie samym, nie powiedzą prawdy, że przeżyli koszmarne wakacje.

Podaję ten przykład, bo pewien mój znajomy wybrał się na dwa tygodnie na zwiedzanie kilkunastu azjatyckich miast. Wrócił ledwo żywy, ale twierdził, że to była wycieczka jego życia. Zapewne miał rację, bo ledwo przeżył.

Poznawanie Polski 

Jest jeszcze jeden przykry aspekt polskich wakacji. Młode pokolenia nie znają już ojczystego kraju. Najpierw rodzice wożą ich w typowe miejsca hotelowe – Bałtyk, Tatry i Mazury. Gdy ci młodzi dorosną powtarzają trasy rodziców, a potem raczą tym samy swoje dzieci.

Po I Wojnie Światowej, zaraz po odzyskaniu niepodległości władze państwowe stanęły przed poważnym zadaniem kulturowego scalenia kraju. Bo przez 123 lata dla poznaniaka nieznane było Mazowsze, Podole, czy cała Galicja. Wprzęgnięto więc do prac nie tylko państwową propagandę, która miała w prasie przybliżać Polakom całą Polskę. Na pomoc ruszyło również harcerstwo, które organizowało obozy „poznawcze”. Oczywiście nie tak to się nazywało, ale harcerze z byłego zaboru pruskiego jeździli na terany byłej Galicji, byli Galicjanie obozowali na Mazurach, a kongresowiacy urządzali obozy w na terenach byłych zaborów – austriackiego i pruskiego. W ten sposób przynajmniej część młodych ludzi mogła znać i uznać całą Polskę za swoją.

Turystyczne co dalej

Zadbano także o to, dając na ten zbożny cel państwowe pieniądze, żeby uczniowie jeździli na trzydniowe wycieczki nad Bałtyk, właśnie odzyskany. Żeby wiedzieli, że to ich.

Ten sam rozsądny zabieg zastosowały władze PRL wobec Ziem Odzyskanych. Po 1956 roku większość obozów harcerskich z Polski przedwojennej organizowano na terenach, które po wojnie stały się polskie. Oczywiście władze PRL-u nigdy nie przyznały się do skopiowania zabiegów sanacji, ale tak było. I Bogu dzięki. Również szkoły miały obowiązek organizować wycieczki, w czasie których młodzież mogła zobaczyć Kraków, Góry Świętokrzyskie, Tatry, Gdańsk i Lublin.

To były świetnie i głęboko przemyślane akcje, które pozwalały młodym ludziom zobaczyć własny kraj. I podziwiać go. Dzisiaj niby też go poznają, ale głównie z okien rodzinnych samochodów, które ekspresowo zawożą ich autostradami na Bałtyk, Tatry i Mazury.

I jest to naprawdę wielki problem, który poruszam przy okazji sprawy wakacji, ale jest on całoroczny. W ostatniej swojej kadencji rządowej PiS zabiegał o te wycieczki krajoznawcze dla młodzieży, ale co z tego wyszło nie wiem. A co będzie teraz? Nie wiem jeszcze bardziej.

 

O zjawiskach zwiastujących katastrofę społeczną pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Sport to szczerość. Niekiedy…

Znana polska sprinterka Ewa Swoboda zapytana czy pójdzie przejść się po Paryżu odparła, że nie, bo to nie jest miasto dla samotnych kobiet. Zapewne dla wielu środowisk politycznych i medialnych w Polsce ta wypowiedź plasuje panią Ewę wśród najbardziej czarnosecinnej prawicy. A przecież powiedziała to po prostu normalna, racjonalna kobieta, która dba o swoje bezpieczeństwo i jest przy tym szczera.

Rzeczą dość nieprawdopodobną jest jednak, jak zmieniły się europejskie miasta i stolice. Inna sprawa, że Paryż ostoją bezpieczeństwa i porządku społecznego w swojej historii nigdy nie był. Rzeczą jednak dużo bardziej nieprawdopodobną, niesamowitą, jest to, że wszyscy w gruncie rzeczy przyzwyczailiśmy się do sytuacji, w której stwierdzenie tego faktu będzie aktem odwagi cywilnej, złamaniem tabu, czymś, co może być naznaczone, napiętnowane. Przypomina to rezultaty badań psychologów dotyczące tego jak ludzie adaptują się do ekstremalnych lub nagle zmienionych warunków, łącznie z więźniami obozów lub rozbitkami ze słynnego samolotu, który runął w Andach. Po etapach zaprzeczenia, rozpaczy, buntu, nadchodzi etap adaptacji. No więc świat zaadaptował się do absurdów.

Na tle znanych nam cenzur z przeszłości, niezwykłe jest to, że ta obecna zdołała w większym stopniu wykształcić samoregulacyjny mechanizm i na nim głównie polega, a nie na jakiejś centralnej rozdzielni. Pilnowani są strażnikami. Dominujący liberalni i postępowi dziennikarze są żandarmami pilnującymi się nawzajem. “Gazeta Wyborcza” zwraca “Newsweekowi” uwagę na seksizm w jednym z tekstów. “Newsweek” poprawia telewizję TVN. TVN krytykuje “Gazetę Wyborczą”.

Do tego dochodzi druga strona, mniej liczna, ale dużo bardziej wolna, do której zalicza się pewnie i piszący te słowa. Ta druga strona z upodobaniem podważa wszystkie świętości strony dominującej i przedstawia rzeczywistość na odwrót. Ma to swoje pułapki, moim zdaniem, proszę rzucajcie się na mnie o to, co teraz napiszę, było zniechęcanie ludzi do szczepień, bez względu na wałki jakie Pfizer zrobił przy okazji z panią von der Leyen. Ludzie niezaszczepieni częściej umierali. Po prostu. Tu zresztą znowu pojawia się pewna mechanika, ba gdzieniegdzie występują znowu strażnicy. Ten pochwalił za coś Bidena, ten jest zbyt proukraiński, ten pochwalił podatek progresywny. Oczywiście, wygląda to tu już zupełnie inaczej. Każdy strażnik ma swój kodeks, więc co chwila wszyscy rzucają się sobie do gardła.

Dziennikarz Piotr Gursztyn porównał kiedyś polskich dziennikarzy liberalnego mainstreamu do salonowych pudli, a “prawicę” do wilków, gryzących się między sobą. Tylko, że tu znowu dominują narracje. Systemy. Poprawności. Wszyscy się grupują. Jest dużo więcej wolności, ale w ramach wzajemnych walk i walki zasadniczej z “mainstreamem” pewien bardzo istotny element tej wolności, nadający jej wartość, często zanika. To uczciwość, która nakazuje szukać prawdy i tylko prawdy.

Pani Swoboda nie musi o tym wszystkim nawet myśleć. Dla niej to, co dla jednych jest straszniejszą herezją niż wiara Katarów dla krzyżowców, a dla drugich strzelistym aktem protestu i walki o odzyskanie Europy, to po prostu stwierdzenie tzw. oczywistej oczywistości wygłoszone bez namysłu, bo i nad czym tu myśleć. Bardzo to ożywcze. Szkoda, że inne, kilka lat młodsze gwiazdy polskiego sportu, także te najjaśniejsze, już dokładnie edukowane są w sprawie tego, co mówić, czym się zachwycać i wzruszać, a od czego trzymać z daleka. Całkiem jak media.

 

CMWP SDP w „Rozmowach niedokończonych” w Radiu Maryja i w TV Trwam

Cena wolności słowa staje się coraz wyższa. Musimy wkładać coraz więcej wysiłku w to, by dotrzeć do prawdy. Kiedyś była ona łatwiejsza do odkrycia i szukano tylko kanałów do jej przekazu. Dziś tych kanałów mamy w nadmiarze, tylko pytanie, który z nich poda nam prawdę o życiu – mówiła dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dr Jolanta Hajdasz, w programie „Rozmowy niedokończone” na antenie TV Trwam i Radia Maryja w środę 7 sierpnia 2024 r.  Trwająca ponad godzinę w telewizji i ponad dwie godziny w radiu audycja  na żywo odbywa się z telefonicznym udziałem słuchaczy.  Prowadził ją o. Grzegorz Woś CSsR.

Dr Jolanta Hajdasz odniosła się do sprostowania, które opublikowało Radio Zet. 6 maja na portalu internetowym „wiadomości Radio ZET.pl” opublikowany został artykuł pod tytułem „To jedna z największych tajemnic ojca Rydzyka. Wszystko to zawdzięcza seniorkom”. Materiał ten zawierał nieprawdziwe informacje i bezpodstawnie obmówił założyciela Radia Maryja, o. dr. Tadeusza Rydzyka. Są to próby oczerniania Dyrektora Radia Maryja, dlatego też – jak wskazała gość TV Trwam – niezbędne są działania prawne. Nie można już dzisiaj odpuszczać. Machina medialna jest rozpędzona. Nie da się przeciwstawić i obronić faktami wypowiedzianymi tylko w „swoich mediach”, na „swojej antenie”, bo większa część ludzi w ogóle nie sięga do tych mediów, ponieważ mają nieprawidłowo wyrobiony wizerunek przez inne media. Swoich odbiorców nie trzeba przekonywać, że nie ma się majątku, czy w innych sprawach, w przypadku o. Tadeusza Rydzyka. Jednak inni wierzą w to – można by powiedzieć – jak katolik w Biblię. Później nie da się tych ludzi przekonać do tego, że to jest nieprawda. Bardzo dobrze się stało, że żądania przeprosin i sprostowania nieprawdziwych informacji poszły do tych mediów– podkreśliła dr Jolanta Hajdasz.

Z jednej strony presja społeczna, ale także działania prawne, są w tym przypadku niezbędne. Jednak – jak dodała dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – wiele razy o. Tadeusz Rydzyk nie usłyszał przeprosin, choć sądy przyznawały mu rację. Jest to bolesny temat – jak dodała – że przez tyle lat można bezkarnie krzywdzić człowieka. Dr Jolanta Hajdasz wskazała również, że upłynęło dość sporo czasu od pojawiania się szkalującego artykułu do momentu opublikowania sprostowania. To nie jest tak, że od maja do sierpnia minęło parę godzin. Dzisiaj w mediach trzeba być tu i teraz. Ten artykuł na pewno się rozszedł w zawrotnych ilościach w stosunku do tego, że sprostowanie jest dopiero teraz. Przez cały czas w przestrzeni medialnej niepotrzebnie żyło kłamstwo. To jest bolączka naszych współczesnych czasów – zwróciła uwagę.

Ataki wymierzone w środowisko Radia Maryja nasiliły się, gdy władzę w Polsce przejęła tzw. koalicja 13 grudnia. Ekipa rządząca zaczęła też wtedy bezprawnie i siłą przejmować media publiczne. Dr Jolanta Hajdasz, odnosząc się do sytuacji zawieszania red. Przemysława Babiarza, który komentował Igrzyska Olimpijskie w Paryżu, podkreśliła, że to pokazuje machinę niszczenia dziennikarzom kręgosłupów.  Gość TV Trwam wskazała też, że dzisiaj brakuje edukacji medialnej, a dzieci  już od najmłodszych lat są wpatrzeni w ekran telewizora.

Cena wolności słowa staje się paradoksalnie coraz wyższa. Musimy włożyć coraz więcej wysiłku w to, aby dotrzeć do prawdy. Kiedyś była łatwiejsza do odkrycia i szukano tylko kanałów do przekazu. Dziś tych kanałów mamy w nadmiarze, tylko pytanie, który z nich poda nam prawdę o życiu – powiedziała dr Jolanta Hajdasz. Dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wskazała również na problem influencerów, którzy często w przekazie informacji mają wpływ na społeczeństwo.

– Chodzi o to, czy ten, kto ogląda, ma świadomość, że podgląda rodzinę, która dzieli się swoimi radościami, smutkami i pokazuje produkty ułatwiające zajmowanie się małymi dziećmi, że  to nie jest ich spontaniczna praca, którą robią dla nas społecznie – a tak się przedstawiają – tylko że jest to po prostu zwykła umowa, rodzaj reklamy, taki story telling, w którym między wierszami przemyca się produkty, postawy, zachowania, lansuje się język (…). Jest to ogromna możliwość wpływania na ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy, że miesiącami obserwują kogoś, kto np. opiekuję się tylko zwierzętami domowymi, bo chce im pomagać i mówi, jak to robić, po czym okazuje się, że to jest jeden wielki biznes – zauważyła gość programu.

cała audycja jest tu : https://www.radiomaryja.pl/informacje/dr-j-hajdasz-cena-wolnosci-slowa-staje-sie-paradoksalnie-coraz-wyzsza-musimy-wlozyc-coraz-wiecej-wysilku-w-to-aby-dotrzec-do-prawdy/

tekst: radiomaryja.pl, zdjęcia – screeny z audycji