Graf.: h/ re

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni i dziennikarskie niewypały

Napisać, że korespondencje wojenne z walczącej z rosyjską hordą Ukrainy są jakościowo różne, to jak napisać, że bandyta Putin jest chory, ale nie napisać na co. A relacje wojenne bywają różne – spokojne choć empatyczne, jak Jacka Łęskiego i… Właśnie, jak to nazwać? Są typy korespondentek i korespondentów, którzy po prostu chcą dobrze, ale wychodzi im to źle. To brak wiedzy i doświadczenia, ale brzemienny w skutki, bo my odbiorcy mamy emocjonalnie retuszowany albo wręcz „komercyjny” obraz wojny.

Na szczęście nie muszę być korespondentem wojennym. Jeszcze. Zawsze jednak podziwiałem i podziwiam Koleżanki i Kolegów potrafiących wykonywać tę pracę. Najcięższą bodaj spośród wielu dziennikarskich specjalności. To jednak, że na wojnie nie byłem, nie zwalnia mnie z obowiązku pisania o jakości relacji wojennych.

Nic dziwnego, że ktoś podczas takiej korespondencji chce być poważny. Relacjonuje przecież okropności ruskiej inwazji na ukraińskie miasta i wsie, ale, na Boga, niechaj ta powaga i przejmowanie się okropieństwami wojny nie przeszkadzają w odbiorze informacji.

Obraz pierwszy: Dziewczyna z jednej z największych polskich stacji telewizyjnych jedzie do ukraińskiego miasta. Tam twa liczenie strat po rosyjskiej inwazji, zbiera się informacje o zabitych i rannych. Próbuje się pomóc tym, u których ran nie widać, ale serca i dusze krwawią…

Reporterka stoi przed kamerą. Ma kamizelkę z napisem „Press”, mam nadzieję kuloodporną, której jednak brakuje zasłon pod szyją. A tam rozpięta koszula, między poły której – stawiam dolary przeciwko guzikom – patrzą wszyscy, nie tylko mężczyźni. Ludzie, nawet jeśli jesteście przygnębieni wojną, spojrzycie tam na pewno, bez względu na waszą płeć. To „element” relacji, który u ponad 80 procent odbiorców spowoduje „zaburzenie proporcji”, a po polsku – ogromna większość widzów gapi się na fajną kobietę i nawet jeśli chce posłuchać, co mówi reporterka, nikt, no prawie nikt, tego nie zapamięta. Po prostu.

W pewnym momencie dziewczyna, opowiadając o drastycznych szczegółach, na chwilkę milknie, głos jej się załamuje… To powoduje, że widz martwi się stanem psychiki – bez sarkazmu – dziennikarki, a nie tysiącami ofiar. Tak się po prostu nie robi. Nie tylko podczas relacji wojennych. To było nagranie. Niezależnie od emocji reporterki, należy powróżyć nagranie.

Reporterka mówi też o tym, gdzie – do jakiej części miasta – mają być przeniesieni ludzie, którzy stracili swoje domy i mieszkania. Tego nie skomentuję, bo lubię tę reporterkę i jeśli miała producenta lub wydawcę, to ich należy nabić na moralny pal dziennikarskich „rozliczeń”, bo powinni na to zwrócić uwagę. Przypominam, to nie była relacja bezpośrednia a nagranie.

*

Czasem zdarza się tak, że dziennikarze, którzy nigdy tego nie chcieli, są najlepszymi korespondentami wojennymi.

Obraz drugi, ostatni: Film z rozmowy z właściciela portalu Salon 24 Sławomira Jastrzębowskiego ze współpracownikiem TVP i korespondentem wojennym z Ukrainy Jackiem Łęskim.

Prowizoryczne studio, trochę książek, mikrofony – w tle ani jednego elementu wojennego. Obraz rozmowy i jej uczestnicy są jednak w stanie przykuć moją uwagę na długie 45 minut.

Znany z kontrowersyjnego zachowania Jastrzębowski spokojnie zaczyna rozmowę i tak samo prowadzi ją do końca, ale jednocześnie jest sobą. Czasem się wtrąca, aby o coś zapytać, czasem – stosownie do sytuacji oczywiście – ironizuje. Powtórzę, Sławek jest sobą. Choć pewnie każdy z dziennikarzy ten wywiad przeprowadziłby inaczej, Jastrzębowski nie czyni z siebie postaci centralnej. Chwała mu za to, bo – chociaż nie w rozmowach o wojnie – czasem mu się zdarza.

Łęski autor bardzo dobrych, spokojnych i wyważonych korespondencji m.in. z Kijowa i Charkowa. Przyjechał właśnie z Ukrainy. Zresztą w tym kraju mieszkał przez lata. Zna realia, ale opowiadając o nich, co okaże się elementem spajającym wrażenia wojenne, jest normalnym dziennikarzem, który rozmawia z innym dziennikarzem. Gdyby nie tematyka, pomyślałbym, że gadają z Jastrzębowskim o polityce. Ale nie, to wojna jest główną postacią wywiadu.

To dzięki Łęskiemu, który jest szczery a jednocześnie wrażliwy, normalny a przecież doświadczony największym dramatem od II wojny światowej, możemy się naprawdę więcej dowiedzieć niż z relacji wielu innych korespondentów wojennych, którzy jak on byli w Kijowie, Charkowie, Irpieniu.

*

Relacja z walczącej z ruskimi hordami Ukrainy to tylko minuta, czasem dwie, trzy. Obraz pod powiekami, który zostanie po takiej korespondencji zostaje u widzów może nawet do końca życia. Na pewno ten obraz zostaje pod powiekami korespondentów wojennych. Też do końca życia.

Zatem, nie warto marnować czasu na słabe warsztatowo relacje wojenne.

 

 

 

Graf.: Цензор.НЕТ/ h/ re

O typach dziennikarskich i języku pisze WALTER ALTERMANN: Szaleństwa i grube niezgrabności

Wojna na Ukrainie, mimo że jak każda wojna jest przerażająca, wywołała też w naszych mediach falę tragikomicznego szaleństwa. Bo bardzo wielu dziennikarzy poczuło się korespondentami wojennymi, a równie wielu wykazuje poważne zainteresowanie sprawami militarnymi.

 

W ramach tego pobudzenia umysłowego żurnalistyki ujawniły się co najmniej trzy grupy publicystów:

  1. Korespondenci domowo-wojenni. Do tej grupy nie należy zaliczać prawdziwych korespondentów wojennych, którzy są na Ukrainie i stamtąd przesyłają materiały filmowe, radiowe i prasowe.

Natomiast korespondenci domowo-wojenni kojarzą mi się jedynie z naszą pierwszą narodową operą „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale”, z muzyką Jana Stefaniego i librettem Wojciecha Bogusławskiego. W tej operze bowiem mamy bowiem do czynienia z maszyną elektrostatyczną, której działanie uważane jest przez zwaśnione strony za cud. Z tymi, którzy udają  korespondentów jest tak samo jak u Bogusławskiego – myślą, że jak pokażą nam jakiś zręczny montaż materiałów zagranicznych, to my razem – Krakowiacy i Górale – uwierzymy w takie cuda.

Ci „mniemani” korespondenci, siedzą w wygodnych fotelach, przeglądają strony internetowe o wojnie. I stamtąd czerpią swą wiedzę. Ale i tak nie udaje im się ukryć, że mają bardzo mgliste pojęcie o wojsku w ogóle i żadnego pojęcia o wojnie. Ale piszą i mówią na te poważne tematy ostro, a ich sądy są bezkompromisowe. Co rozsądniejsi cytują źródła swej wiedzy, ale są oni nieliczni w gronie „specjalistów militarnych”.

  1. Analitycy. Ci nie udają, że byli na Ukrainie, za to zapraszają do swoich studiów radiowych i telewizyjnych błogosławionych naukowymi tytułami specjalistów. I to jest zabieg bardzo sprytny, bo na typowego polskiego odbiorcę działa magicznie, że rozmówca dziennikarza jest profesorem. Naród nasz, mimo coraz większej grupy magistrów i licencjonowanych licencjatów, ma nabożny stosunek do profesorów wszelkiej maści. I nie obchodzi słuchacza czy widza, że „profesor” ma równie jak dziennikarz marne pojęcie o wojsku i wojnie. Bo często do rozmowy zapraszani są socjologowie, historycy i wykładowcy od marketingu politycznego.

Przyznajmy jednak, że wśród proszonych o komentarze zdarzają się też doświadczeni generałowie i pułkownicy. Ci wiedzą o czym mówią. Jednak wtedy rola dziennikarza jest nijaka, bo wyraźnie widać i słychać, że dziennikarz daleko odbiega wiedzą od swego gościa.

  1. Doradcy. Doradcy to także goście prasy, telewizji i radiostacji. Choć najwięcej ich w mediach społecznościowy. Pojawiają się jako globalni stratedzy i znawcy wojny na miarę Carla von Clausewitza. Doradcy zawsze grzmią na tych przywódców, prezydentów, którzy nie chcą od razu i już jutro rozgromić Rosji. I nie przeszkadza im arsenał atomowy brutalnego najeźdźcy, jakim w gruncie rzeczy jest Federacja Rosyjska. A na wątpliwości, że atomowa Rosja może użyć broni jądrowej, doradcy mówią twardo, choć bez pokrycia: „Nie użyją”. Oto jeden z przykładów:

Koncert bardzo zdecydowanych życzeń

Bardzo interesujący, jako ilustracja mojego opisu „Doradców” jest wywiad prof. Romualda Szeremietiew, pod jednoznacznym tytułem: „Kaliningrad trzeba będzie zdemilitaryzować”. Profesor udzielił go 12 maja br. gazecie  DoRzeczy.

Jeżeli do NATO wejdą Finlandia o Szwecja, to bezpieczeństwo całej wschodniej flanki bardzo się wzmocni, bo zarówno Finowie, jak i Szwedzi mają dość przyzwoite armie. Co więcej, w takim układzie Bałtyk stanie się morzem natowskim. Natomiast pojawi się bardzo istotny problem tak zwanego Kaliningradu.

Damian Cygan: Co pan ma na myśli?

Trzeba chyba jednak wystąpić o to, aby po pierwsze Kaliningrad przestał się nazywać mianem zbrodniarza (Michaiła – red.) Kalinina, który współodpowiada za mord w Katyniu. Po drugie, trzeba ten rejon zdemilitaryzować, bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe. Parafrazując niedawną wypowiedź papieża Franciszka, NATO zaszczeka też pod Petersburgiem.

Jaka może być odpowiedź Moskwy na rozszerzenie NATO?

Będzie wycie, jak zwykle. No i straszenie bronią jądrową, bo Rosjanie niczym innym straszyć już nie mogą.

Na jakim etapie rosyjskiej inwazji jesteśmy? Niektórzy spodziewali się jakiejś wielkiej ofensywy w Donbasie, tymczasem nic takiego nie nastąpiło.

Ja mówiłem, że żadnej wielkiej bitwy tam nie będzie. Rosjanie będą próbowali osuwać się naprzód, czasami o kilometr dziennie, a Ukraińcy będą konsekwentnie utrzymywać swój system obrony, jaki stosowali przedtem.

Jak ta wojna się zakończy?

Nie wiadomo. Moskwa nie ma dobrego wyjścia. Być może wszystko będzie zależało od tego, czy i na ile Ukraińcy rzeczywiście odniosą zwycięstwo, co jest w tej chwili prawdopodobne, i jak to wpłynie na wewnętrzną sytuację w Rosji. Są tacy opozycjoniści rosyjscy, którzy mówią, że Putin swoimi działaniami ciągnie Rosję do zguby i do rozpadu. Ponieważ obecna Rosja jest znacznie słabsza od Związku Radzieckiego, a Putin to jednak nie jest tej klasy przywódca, co, przepraszam, zbrodniarz Stalin, to liczę, że rozpad Rosji nastąpi szybciej niż można się spodziewać.

Tako rzecze profesor, prawie jak Zaratustra. Zadziwiające jest to, że były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej stawia na słowo, zamiast na siłę. W istocie bowiem mówi, że trzeba wystąpić o to, aby Kaliningrad przestał się nazywać Kaliningradem. Ale nie mówi do kogo wystąpić. Stwórcza moc słowa jest odnotowana już na początku Biblii, ale czy w przypadku Rosjan zadziała? Oni przecież mniej wierzą w Boga, a bardziej w Rosję.

Profesor idzie jednak dalej i twierdzi, że trzeba rejon kaliningradzki zdemilitaryzować. Dlaczego? Profesor odpowiada: bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe.

Czyli profesor zakłada, że Rosja upadnie a jej resztki będą podatne na argumenty, że Bałtyk ma być krajem NATO, które nie chce mieć między nogami materiału wybuchowego.

I co ja o tym wywiadzie myślę? Myślę, że profesor uważa, iż twarde postawienie sprawy demilitaryzacji Kaliningradu jest już tej sprawy załatwieniem. I myślę, że lada dzień Rosja – jak tylko przeczytają tam wywiad profesora – zacznie wyprowadzać swoje wojska z tego obwodu. Po czym przekaże go NATO, a konkretnie nam.

W sumie można by pomysły p. Szeremietiewa przyjąć za dobre, ale moją największą wątpliwość budzi to, że mimo mojego wielokrotnego twardego i jasnego stanowiska wobec Lotto, firma ta nadal uniemożliwia mi zainkasowania większej wygranej. A przecież stanowisko w tej sprawie mam proste – jak nie przymierzając profesor Szeremietiew.

Melchior Wańkowicz na taką politykę ukuł nawet nowy termin. Nazwał ją „polskim chciejstwem”. Piszę o Wańkowiczu i zastanawiam się czy za kilka lat nie trzeba będzie przy jego nazwisku zamieszczać informacji kim był. Bo iluż dzisiejszych dziennikarzy przekartkowało choćby jego  Karafkę La’Fontaine’a?

Mamy w plecy

Wśród przykładów dziennikarskiej swawoli trzeba też zauważyć, że język młodzieżowy przekroczył już granicę poważnych tematów. Słyszymy bowiem, że: „Mamy w plecy”. I to przy okazji tematu kłopotów z paliwami. Temat jest poważny. Ludzie boją się dalszych podwyżek, boją się, że zimą nie będzie węgla… w ogóle boją się o przyszłość swoich dzieci i wnuków, i swoją. I w takiej sytuacji jakiś wesołek telewizyjny stwierdza, że z paliwami „Mamy w plecy”.

Myślę, że społeczeństwo dorosło do sytuacji. Świadczy o tym wiele tak powszechnych zachowań, jak choćby spontaniczna pomoc uciekinierom wojennym z Ukrainy. O dziwo dorastają także do sytuacji politycy, bo w sprawie wojny wszyscy są odpowiedzialni i mówią jednym głosem. Natomiast karleją w tej wojennej sytuacji media. I to nie tylko te niszowe.

Setka zabitych

Przyjęło się, niestety, że w mediach informacje o ofiarach wojny na Ukrainie budowane są językiem płochym, zdradzającym głęboką niewrażliwość. Słyszeć można w rozmaitych telewizjach, że: „W wyniku rosyjskiego ostrzału rakietowego Mariupola jest setka zabitych”.

Kto kształci wrażliwość tych dziennikarzy? Z jakich środowisk się wywodzą? Naprawdę, tak nie można.

Setka to może być wódki. Dobra wełna na garnitur – to też możliwa do akceptacji setka. Na setkę mogą biegać sprinterzy. Ale o żadnym zabitym nie wolno tak mówić. Przez szacunek dla ludzkiego życia i śmierci. Choćby tych stu zabitych było naszymi wrogami, to jednak byli to ludzie.

 

Bombardowany zakład Azowstal - symbol oporu Mariupola i całej Ukrainy; Fragm. fot.: z t.me/mariupolrada/ Ukrayina Moloda

O medialnych echach wojny pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zło dobrem..?

Z AUTOPSJI: w sklepie spożywczym. Trzy kobiety w kolejce przed kasą rozmawiają po rosyjsku. Obsługuje Ukrainiec – wiem, bo kupuję tu codziennie. To uprzejmy i kompetentny sprzedawca. Gdy dochodzą do niego rosyjskie słowa przerywa nabijanie cyferek na kasie, obchodzi ladę, podchodzi do kobiet i gwałtownym gestem pokazuje ręką na drzwi. Mówi głośno: – Won! Bez słowa wyszły. Mężczyzna jeszcze chwilę stoi. Słyszę, jak mówi: to nasze kobiety, dzieci nie mają co jeść, a ja będę obsługiwał te…

ZASŁYSZANE: przekazana mi obserwacja poczyniona przez kolegę. Również rzecz działa się w sklepie spożywczym, ale innym. W tym wypadku za kasą stał Rosjanin. Klientki, dwie dziewczyny przekomarzają się. W powietrzu śpiewna wschodnia nuta, ale ukraińska. Sprzedawca nagle odzywa się do nich: – Tu się mówi po polsku albo po rosyjsku! W kolejce do kasy stoi kilka osób. Zapada cisza i nagle wszyscy wybuchają gromkim śmiechem. Rosjanin spuszcza głowę, podaje paragon i nic już nie mówi.

***

W „Gazecie Wyborczej” pod winietą duże zdjęcie z Mariupola. Na noszach ranny żołnierz, w bandażach. Wynoszą go po 82 dniach bohaterskiej walki. Tytuł przy notatce: KLĘSKA AZOWSTALU.

Jaka klęska! To wielkie symboliczne zwycięstwo po zaciętej walce, po skutecznej obronie chroniących tu życie cywilów. Ci, którzy to piekło na ziemi wytrzymali tak długo to zwycięzcy. Niech świat teraz czuwa nad tym co zrobią Rosjanie z bohaterskimi Ukraińcami. Jest już groźnie. Dlaczego od razu nie przekazali ciężko rannych Ukraińcom. Co ci mordercy znowu kombinują?

Załóżmy, że użyte w GW słowo klęska to niedopatrzenie, błąd wynikający z głupoty redaktorów. Choć teraz na ogół reakcje „Wyborczej” o wojnie nie odbiegają od normy, potępiają agresję i Putina. Jednak na ten skandaliczny tytuł trzeba zwrócić uwagę. Może wynika on z kompleksu klęski wydawniczej, który zapanował na Czerskiej. Nakład gazety przekraczał 300 tysięcy egzemplarzy dziennie, a ostatnio wynosi zaledwie 61 tysięcy. To jest symptom klęski.

Ukraińcy żadnej klęski nie ponieśli. Już w piątek rano nadszedł meldunek od dowódcy obrony Azowstalu, że część oficerskiej kadry pozostała w podziemiach z bronią w ręku, że coś jeszcze szykują. Módlmy się, aby im się udało.

Ukraińcy klęsk nie ponoszą. Walczą na wschodnich rubieżach z napastniczą armią, która nie składa się z żołnierzy, a z morderców ludności cywilnej, którzy za doznawane na froncie prawdziwe klęski mszczą się zabijając starców, kobiety i dzieci, niszczą ich domy, szpitale i szkoły.

Domy będą odbudowane, ale życia zamordowanym i zbezczeszczonym nikt już nie przywróci.

O bestialstwie, o wojnie na Ukrainie trzeba pisać jak najwięcej. Ale trzeba przy tym myśleć, ważyć każde słowo.

***

Niedawno dwukrotnie w studiach komercyjnych telewizji widziałem i słuchałem dwóch ważnych naczelnych redaktorów – „Polityki” i „Rzeczpospolitej”. Obaj panowie – Baczyński i Chrabota – kpili z powracającego w mediach oskarżenia, że to Rosjanie, a konkretnie Putin, są sprawcami mordu 96 wybitnych Polaków. Wierzę, że Amerykanie ujawnią w końcu zdjęcia satelitarne z lotu i zniszczenia Tupolewa, bo na pewno ten ważny lot był rejestrowany. To co teraz robi Putin to jeszcze tym panom za mało by uznać nikczemność rosyjskiego wodza, którego haniebne rozkazy wykonują zbrodniczy podwładni. Podobne opinie co wspomniani naczelni wygłasza nadal Radosław Sikorski. To zdrajcy Polski. Doczekamy się smoleńskiej prawdy i na zawsze ta zbrodnia pozostanie w pamięci Polaków. Lepiej milczcie. Będziecie się wstydzić.

***

Aleksander Rowiński zmarły niedawno wybitny dziennikarz i pisarz napisał przed laty książkę o młodości Onufrego Zagłoby. Skrzetuski ma „Ogniem i mieczem”, Kmicic „Potop”, Mały Rycerz „Pana Wołodyjowskiego”. Zagłoba, przecież również pierwszoplanowy bohater powieści pisanych ku pokrzepieniu serc, jest zupełnie nieznany – skąd pochodził, jaką miał młodość. Jest o nim dopiero, gdy pan Onufry liczył już 47 lat.

Aleksander Rowiński napisał grube tomisko pt. „Pan Zagłoba” i wydał je w Agencji Wydawniczej „Ostroróg” z pięknymi ilustracjami Włodzimierza Kuklińskiego. Powieść zaczyna się tymi oto proroczymi słowy: „Straszne widmo zawisło nad światem – widmo Kremlina (tak ongiś zwano Kreml). Dostrzegają jego złowieszczy wpływ nieliczni, a niektórzy potrafią przeczuć na kogo wypuści stąd jady trupie. Przeklęte miejsce. Nie pokochał go Bóg, więc oddał je Szatanowi. Razem z tymi złotymi monastyrami”.

Aleksander Rowiński napisał te słowa wiele lat temu.

Mówimy: zło dobrem zwyciężaj. Polacy tak czynią.

Graf.: h/ re

Wyznanie SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO: Bycie sędzią jest piękne

Najgorzej to jak się człowiek naczyta. Pamiętam czytałem kiedyś wspaniały tekst sędziego Adama Rzeplińskiego, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego pod tytułem „Być sędzią”. Tekst naprawdę niezwykły, o tym jaki powinien być sędzia. Każdemu polecam.

Tu fragment: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność.”

Czytałem ten tekst mając kilkunastoletnie doświadczenie reportera sądowego i uczestnicząc w wielu procesach służbowo i prywatnie. Mam o sędziach wyrobione zdanie i jest ono obszerne oraz posiada wiele przypisów, oraz bogatą artukułografię.Teraz przypomniały mi się fragmenty z „poczuciem godności osobistej”, „prawości i nienagannej przeszłości”, „dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej”, a przypomniały mi się po lekturze tekstu o tym jak sędzia Piotr Gąciarek ze stowarzyszenia Iustitia wygrał prawomocnie sprawę z TVP o naruszenie dóbr osobistych.

W skrócie, w jednym z programów pokazano, że sędzia Gąciarek kilka lat temu poznał kobietę na portalu randkowym. Jak przyznał sam sędzia kobiecie z portalu randkowego, której nigdy nie widział przesłał 13 tysięcy złotych i telefon komórkowy. Oczywiście okazało się, że kobieta używała fałszywego nazwiska i niczego nie oddała. Została wytropiona i surowo skazana. Sędzia uznał, że materiał w TVP wskazywał, że jego relacje umożliwiły skazanie tej kobiety, co byłoby nadużyciem stanowiska. Dwa sądy uznały, że dobra osobiste użytkownika portalu randkowego zostały naruszone i przyznano mu prawomocnie zadośćuczynienie wynoszące 40 tysięcy złotych.

Oprócz tego sędziego trzeba przeprosić, gdyż materiał zawierał krzywdzące go i nieprawdziwe informacje. Przy czym informacje, że sędzia Gąciarek przesłał nieznanej pani z portalu randkowego 13 tysięcy złotych i telefon są prawdziwe, bo sam sędzia je potwierdził. Najważniejsze, że historia dobrze się skończyła, że sędzia Piotr Gąciarek obronił dobre imię niezbędne przecież dla tego zawodu zaufania publicznego.

A na koniec proponuję Państwu, dla utrwalenia, fragment artykułu prof. A. Rzeplińskiego pod tytułem „Być sędzią”: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność…”

Rysuje Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Zaginieni putinożercy

Pamiętacie niedawne przecież słowa Bartłomieja Sienkiewicza, byłego ministra rządu Donalda Tuska, swego czasu rosyjskiego „człowieka w Warszawie”, o Marine Le Pen? – Ruska dziwka w Paryżu. Albo słowa innego byłego ministra rządu Tuska, który sam zresztą swego czasu widział Rosję w NATO – płatna agentka Putina. Tuż przed wyborami we Francji panowie byli tak bardzo radykalni w ocenach.

Nie chodzi mi tu bynajmniej o udawanie, że Marine Le Pen nie jest prorosyjska. Jest. Tak jak cała francuska klasa polityczna i zdecydowana większość Francji na przestrzeni wieków. I sprawa tzw. „moskiewskiej pożyczki”, również na niej ciąży. Ale to nie za prezydentury Marine Le Pen Francja sprzedawała broń Moskwie. To nie Marine Le Pen odgrywa żenujący spektakl telefonów do kremlowskiego satrapy.

Putintern

Daleki jestem od stwierdzenia, że Rosja przegrywa wojnę na Ukrainie, ale bez wątpienia niemożność realizacji imperialnych planów, jak również ewidentne pogorszenie geopolitycznej i gospodarczej sytuacji Rosji w wyniku zaciekłej obrony Ukraińców i jej konsekwencji, są już jej porażkami. A jeśli dodać do tego niewystarczające postępy ofensywy na wschodzie i południu Ukrainy, a wręcz ukraińską kontrofensywę, nic dziwnego, że w ocenie eksperta Tysol.pl ds. wschodnich, którego zdanie nadzwyczaj sobie cenię, Grzegorza Kuczyńskiego, czas nie gra na korzyść Rosji i być może to Rosja coraz bardziej, potrzebuje dziś zawieszenia broni.

No, ale Rosji z taką inicjatywą wyjść nie wypada, Rosja ma być o to zawieszenie proszona. I tutaj pojawia się wsparcie czegoś, co Kuczyński nazywa „Putinternem”. A to Emmanuel Macron załamie ręce nad tym, że „nie wolno Rosji upokarzać”, a to Olaf Scholz w gorliwym telefonie do Władimira Putina poruszy kwestię „konieczności jak najszybszego zawieszenia broni”. Oczywiście obaj kierują „motywacjami humanitarnymi”, przecież nikt w to nie wątpi, nawet kiedy Wołodymyr Zełenski ujawnia żądania Francji, która naciska na Ukrainę, żeby ta uległa rosyjskim żądaniom, żeby „Putin mógł zachować twarz”.

Co się stało z Macronem i putinożercami?

I tu rodzi mi się w głowie pytanie: Co się stało temu obrońcy atlantyckich wartości Emmanuelowi Macronowi? Jak to się stało, że z „opozycji wobec proputinowskiej Le Pen” przeszedł na pozycję putinowskiego konsjerża? A może zawsze taki był? W końcu przed wyborami miał dzwonić do Putina tak często, że temu nie zawsze chciało się odbierać.

Kto ma rozum, wie, że to pytania retoryczne. Znacznie ciekawsza jest odpowiedź na pytanie co się stało z naszymi putinożercami? Gdzie się podziali Sienkiewicz, Sikorski i inni? W końcu wygłaszając tuż przed wyborami we Francji swoje płomienne opinie, nawet jeśli „nieco” mylili się co do Macrona, to na pewno kierowali się w swoich brawurowych sądach twardymi zasadami i obiektywnym systemem atlantyckich wartości.

To gdzie się dziś podziewają? Gdzie ich jakże istotny w przestrzeni publicznej głos? Nie widzą „pułapki”, o której pisze Kuczyński, którą mają zastawiać na Ukrainę „liderzy zachodniej Europy”? Zasady im się zepsuły? A może pojechali na urlop, albo są na L4?

Ktoś coś słyszał? Może trzeba zadzwonić po pomoc?

Fot. H/ re

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Oliwa na wierzch wypływa, prawda się przebija

Zmarł kapuś … no i co z tym zrobić? Był wredny, ale nie żyje. A o zmarłym trzeba ponoć albo dobrze albo wcale. Będzie więc anonimowo.

Uważał się za poetę. Przyjęto go do związku literatów, drukował wiersze, więc był jednak popierany. Ale chyba głównie to UB-cja go popierała, a i wykorzystywała jako tajnego współpracownika. Może go i towarzysze zawiedli, bo kompromitujące papierki zostały i trafiły do IPN-u.

Ten, którego prześladował jest poetą wybitnym, pisarzem, historykiem i publicystą. Jest Piłsudczykiem z ogromnym wkładem wyjaśniającym i popularyzującym czołową historyczną postać współczesnych dziejów naszego kraju.

Kundel zmarł, a ważny twórca żyje. Niestety bardzo biednie ponieważ ci, którzy powinni dbać o ważnych twórców i ich dorobek troszczą się głównie o pokazywanie siebie w najważniejszych mediach. Owszem dużo mówią, o sobie.

Jednak żeby mówić o wybitnych samemu trzeba mieć autorytet. Wielu, w różnych dziedzinach sztuki, go miało:

Waldorff, Weber, Marek Kwiatkowski, Rymkiewicz, Parandowski, Iwaszkiewicz, Herling-Grudziński, Nowak-Jeziorański, Giedroyć, choć różnili się bardzo, a nawet walczyli ze sobą. Oczywiście była i usługowość wobec władzy, a nawet dominowała. Teraz jednak dominuje usługowość prymitywna i warsztatowo i w treści. Owszem przebijają się w dziedzinie historii profesorowie – Andrzej Nowak i Wojciech Roszkowski – wybitni, ciekawi, ale informacja, krytyka, np. naszej wspaniałej narodowej scenie opery i baletu, wisi kalafiorem władcom najważniejszych mediów, które zżerają miliony, gdzie pokornych się obsadza na decydenckich stołkach. Bo to, Panie, polityka rządzi a nie zdolności i talent.

Wśród najnowszych wyczynów karzącej łapy sprawiedliwości dostajemy informację, że ma być ukarany (więzieniem!) podkarpacki poeta, który krytykował władzę. Może źle go broniono, może ktoś zgłupiał w otoczeniu doradców Prezydenta, że ten nie zastosował ułaskawienia. W każdym razie ceniony (wypowiedziały się uznane autorytety świata kultury) twórca ma iść siedzieć wśród oprychów, ponieważ ustawodawcy krajowi w trosce o własną bezkarność utrzymuje uparcie paragraf 212 kodeksu karnego.

Oliwa na wierzch wypływa, prawda się przebija. Wierzę! Ale często trwa to długo.

Opowiada się uczniom o Mozarcie, o Norwidzie – dostojnicy odsłaniają pamiątkowe tablice. Dlaczego jednak pozostają ślepi i głusi na biedę, a nawet nędzę żyjących jeszcze wśród nas utalentowanych i zasłużonych?

Partyjniacy, wcześniej czy później zostaną zdmuchnięci. To tylko urzędnicy. Nie pomogą medale. Wiadomo nawet, że ich następcy, konkurenci, natychmiast po zmianie władzy rozpoczną plucie na nich. Kto ich będzie bronił, ci którzy mieszkają teraz w slumsach wśród pijaków i złodziei, a może ci którzy muszą dopłacać do swoich książek, lub cieszyć się z śmieciowych nakładów?

Po co nam tyłu ważniaków, wybrańców narodu, których się wozi i tuczy. Komu potrzebne ich doradztwo skoro spartolili, co tylko się dało gdy rządzili?

Słuchamy eksponowanych w TV wrzasków opozycji: twórcy mediów usłużni władzy mają łatwo. Przecież krzykacze sami się ośmieszają. I tak zabawa trwa. Tyle, że to już nikogo nie śmieszy. Gdyby – przynajmniej w większości – stali się nagle dziennikarzami. Gdyby przestali się prostytuować. Gdyby…

Jasne. Gdyby babcia miała wąsy… Ryba zawsze psuje się od łba. Ale póki pływa, napędza ją ogon.

Jan Paweł II, Pamięć i Tożsamość, Wydawnictwo Znak; graf.: Znak/ re

O św. Janie Pawle II i prześladowcach Kościoła pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Święty i bestie

 

18 maja 1920 r. w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła, Ojciec Święty Jan Paweł II. Papież-Polak był znienawidzony przez bolszewików do tego stopnia, że 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Rzymie chcieli go zabić.

Pozbyć się JP II chcieli również rodzimi bolszewicy. Ale po kolei.

„Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem” – pisał papież Jan Paweł II w książce „Pamięć i tożsamość”.  „Wtedy w 1920 roku zdawało się, że komuniści podbiją Polskę i pójdą dalej do Europy Zachodniej, że zawojują świat. »Cud na Wisłą«, zwycięstwo marszałka Piłsudskiego w bitwie z Armią Czerwoną, zatrzymało te sowieckie zakusy”. 

Ojciec Święty przypominał również, że wokół „Cudu nad Wisłą” przez całe lata trwała zmowa milczenia: „Dlatego opatrzność Boża niejako nakłada dzisiaj obowiązek podtrzymywania pamięci tego wielkiego wydarzenia w dziejach naszego narodu i całej Europy, jakie miało miejsce po wschodniej stronie Warszawy”.

Marzenia Kiszczaka

13 grudnia 1981 r. Jerzy Urban, czyli „Goebbels stanu wojennego” (określenie śp. senatora Ryszarda Bendera) był nie tylko rzecznikiem ukonstytuowanego wówczas związku przestępczego o charakterze zbrojnym (określenie sądu III RP), ale jednym z decydentów. I tak np. w 1983 r. namawiał Czesława Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO. Pion ten co prawda formalnie nie powstał, ale w sposób nieformalny świetnie działa do dziś.

Szef PRL-owskiego MSW Czesław Kiszczak o JP II mówił tak: „Mamy do czynienia z najsławniejszym Polakiem na świecie” i zaraz dodawał: „na nieszczęście mamy do czynienia tu w Polsce„. Był rok 1983, władza z przerażeniem myślała o zbliżającej się pielgrzymce Papieża do Ojczyzny. „Możemy obecnie jedynie marzyć, żeby Bóg powołał go jak najszybciej na swoje łono” -tak ober-esbek zwierzał się dalej towarzyszom z KGB. Te szczere słowa przywołał historyk IPN Grzegorz Majchrzak.

Podkreślić warto, że za zbrodnie komunizmu Kiszczak nigdy realnie nie odpowiedział. A UrbanUrban nie odpowiedział nawet symbolicznie.

 

A Urban-Goebbels od lat wiedzie prym w hejcie na papieża-Polaka. Kto jak kto, ale on na Kościele się zna. To przecież gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” mordowali księży: Jerzego PopiełuszkęStefana NiedzielakaStanisława SuchowolcaSylwestra Zycha. Ci trzej ostatni zginęli w 1989 r. – nie wiedzieć czemu uważanym za „rok przełomu”. Miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., Urban nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu„. Jana Pawła II zamordować nie dali rady, choć to on był głównym celem dla sowieckiego imperium zła. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie.

Teraz III RP. Kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso„? Właśnie Urban. W artykule z sierpnia 2002 r., zamieszczonym w tygodniku „Nie”. Tuż przed pielgrzymką papieża do Polski Urban pisał m.in.: „Kochany staruszku! Połóż się do łóżka. Przykryj kołderką. (…) Wyrzuć te starcze środki dopingowe, którymi Cię szpikują jak byczków hodowanych na olimpiadę, żebyś mógł przez godzinę ruszać nogą i mniej trząść ręką. (…) Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź„. Urban nazwał też papieża m.in. „Breżniewem Watykanu„, „żywym trupem” i „sędziwym bożkiem„.

Za to znieważenie Jana Pawła II jako głowy państwa watykańskiego, Sąd Okręgowy w Warszawie zasądził ostatecznie Urbanowi 20 tys. zł grzywny. Mało, Urban za te i inne działania powinien siedzieć!

Fot.: Archiwum

O językowych wandalach pisze WALTER ALTERMANN: Dziwactwa językowe w Polsce zanglizowanej

Różne grupy polityczne na całym świecie podjęły teraz hasło „No war!”, które się tłumaczy: „Wojnie nie”. Hasło zaistniało po raz pierwszy w USA, w czasie wojny z Wietnamem. Było ono zawołaniem młodzieży, artystów i intelektualistów, którzy protestowali przeciw działaniom militarnym USA. I wtedy miało sens, bo tamta wojna była kontynuacją wojen kolonialnych. I naprawdę znaczyło zupełnie co innego, gdyż głosili je obywatele kraju zaangażowanego w wojnę.

 

Jednak w przypadku dzisiejszej wojny na Ukrainie hasło to robi wodę z mózgu publice politycznej świata. Gdyby dzisiaj wrażliwi ludzie świata głosili hasło „Rosja Stop”, miałoby to sens, bo w istocie mamy do czynienia z agresją Rosji na Ukrainę. I gdyby „No war!” pojawiało się na nielicznych manifestacjach Rosjan w Moskwie, też zrozumiałbym sens użycia go.

No war!

Wielu z przywódców różnych państw, mówi głośno lub dyskretnie sugeruje, że Ukraina nie powinna się bronić, bo to może zaburzyć światowy handel i spowodować recesję. Niestety w tej grupie głoszącej „spokój za cenę wolności Ukrainy” są także państwa NATO.

Nie ma więc co dziwić się grupie 18 niemieckich polityków, zwanych intelektualistami, że oczekują od Ukraińców poddania się, co w istocie mogłoby oznaczać koniec wojny. W grupie są politycy, pisarze, malarze i muzycy, którzy 23 kwietnia br. wystosowali otwarty apel do kanclerza Olafa Scholza, Unii Europejskiej i NATO o wstrzymanie dostaw broni do Ukrainy. Główną ideą listu jest to, że Ukraina nadal będzie przegrywać, więc należy ją zmusić do kapitulacji.

Jak podaje „Berliner Zeitung”, grupę tworzą m.in.: Daniela Dahn – znana niemiecka pisarka, dziennikarka i eseistka, krytyczna wobec procesu zjednoczenia Niemiec; Jürgen Grässlin – nauczyciel, dziennikarz i działacz pokojowy, odrzucający stosowanie przemocy; Luc Jochimsen – niemiecka socjolog, dziennikarka telewizyjna i polityk partii Die Linke; Norman Paech – emerytowany niemiecki profesor i członek partii politycznej Die Linke; Hans Christoph Graf von Sponeck, były asystent sekretarza generalnego ONZ; Antje Vollmer – polityk Sojuszu 90/Zieloni, która w latach 1994-2005 była jednym z wiceprzewodniczących Bundestagu; Konstantin Wecker – autor tekstów piosenek, kompozytor i aktor. Są to w sumie politycy niemieckiej partii Die Linke, znanej ze swego skrajnego lewicowego doktrynerstwa. I tylko niektórzy z nich są intelektualistami.

Przy okazji – w XX wieku niemiecka lewica w całości przeżyła straszliwe przypadki. I to by tłumaczyło jej dzisiejsze „zakręcenie”. Myślę też, że do przywódców partii Die Linke chyba jeszcze nie dotarło, że ZSRR i Federacja Rosyjska to zupełnie inne byty.

Propozycja tej grupy dla Ukrainy zrównuje napadającego z napadniętym. Sugeruje też, że gdyby napadnięci nie bronili się, to nie byłoby ofiar. Stosując tę logikę można by powiedzieć, że Niemcy odpowiadają jedynie za część ofiar II wojny światowej, bo gdyby narody się przed nimi nie broniły i zgodziły się popaść w niemiecką niewolę, to śmierć nie zebrałaby tak strasznego żniwa.

Widzę przyczynę i skutek pomiędzy jasłem „No war!”, a pokrętnym zdaniem niemieckich lewicowych intelektualistów. Bo najpierw pojawiło się to bałamutne hasło, a później usłyszeliśmy głęboko niemoralny głos niemieckich tych intelektualistów, który zrównuje – w imię spokoju i dobrego biznesu – agresora z ofiarą agresji.

                                                            Wystąpienie wojny

„Mołdawianie najbardziej zaniepokojeni są ryzykiem wystąpienia wojny” – pisze portal naTemat.

Rzecz w tym że wystąpić to może: rzeka ze swego koryta. Mogą wystąpić przypadki zachorowań, żołnierze z szeregu a przede wszystkim zjawiska pogodowe jak – burze, opady śniegu czy gołoledź. Wystąpić może artysta na scenie, estradzie, w radio czy w  telewizji. Wystąpić może również polityk z oświadczeniem, rezolucją lub tylko inwektywami.

Wystąpienie wojny – jest kuriozum językowym,  bo zakłada jakąś przypadkowość losu. Tymczasem nigdy w historii żadna wojna nie występowała. Zawsze była skutkiem chęci i zamiarów – przynajmniej jednej ze stron. A zatem była to działalność celowa i ktoś zawsze podejmował decyzję o agresji.

W przypadku omawianego zdania mamy jeszcze jedną przypadłość, bo autor pisze o „ryzyku wystąpienia wojny”. Długo starałem się zrozumieć pełny sens tego zdania i nie pojąłem. Wyszło mi tylko, że Mołdawianie obawiają się rosyjskiej agresji i wojny. Ale „ryzyko wystąpienia wojny” nijak się nie wpisuje w żadną logikę.

                                                            Śmiech kompulsywny

Dziennikarz mówi, że ktoś po usłyszeniu jego anegdoty, wybuchł „kompulsywnym śmiechem”. Sprawdźmy o co mogło mu chodzić.

Termin kompulsywny, który pojawia się w polszczyźnie coraz częściej, pochodzi z angielskiego  compulsive i oznacza przymusowy, pozostający poza kontrolą. Pochodzi od kompulsje i oznacza czynności natrętne lub natręctwa ruchowe. Jest to objaw psychopatologiczny polegający na występowaniu powtarzających się czynności, które są jako niechciane i nie dające się opanować. Pacjenci najczęściej opisują owe czynności jako bezsensowne i irracjonalne, jednak ich próby powstrzymania się od wykonywania czynności natrętnych zwykle powodują kumulowanie się napięcia emocjonalnego (np. poczucia zagrożenia – nieraz o dużej intensywności), co niejako zmusza ich do powtarzania kompulsji. Kompulsje mogą mieć postać prostych czynności (np. skubanie, pocieranie ubrania) po czynności natrętne złożone – wieloetapowe, skomplikowane i nieraz czasochłonne zachowania.

Zatem dziennikarz nie miał z pewnością na myśli, że ktoś śmiał się, bo jest chory. Stawiam na to, że chciał powiedzieć modnie i nowocześnie. Stare i znane określenia śmiechu wydały mu się nieatrakcyjne, więc sięgnął po nowe. A przecież mógł powiedzieć, że ktoś – po wysłuchaniu anegdoty: 1. Roześmiał się i długo nie mógł powstrzymać śmiechu; 2. Śmiał się jak szalony; 3. Dostał ataku śmiechu; 4. Wybuchnął śmiechem.

Ale sugerować, że każdy kto się żywiołowo śmieje, jest psychopatą? Nie uchodzi.

                                             Niekonkluzywne, czyli nic nowego

„Putin wygłosił na Placu Czerwonym 8 maja przemówienie niekonkluzywne” – napisał tygodnik DoRzeczy w internetowym wydaniu.

O co chodzi gazecie? Żeby to choć w części zrozumieć, musimy zagłębić się w niebezpieczne wiry i odmęty poważnej nauki.

Konkluzja to termin z logiki i filozofii, który znaczy: „W każdym rozumowaniu odnaleźć można następujące elementy: racja i następstwo. Zdanie „A” jest racją zdania „B”, zaś zdanie „B” jest następstwem zdania „A”, wtedy gdy prawdziwość zdania „A” jest gwarancją prawdziwości zdania „B”. Zdanie stanowiące podstawę do uznania (wprowadzenia) innego zdania nazywa się przesłanką rozumowania, a zdanie uznane (wprowadzone)  na podstawie przesłanki rozumowania nazywa się konkluzją (wnioskiem) rozumowania (wprowadzenia)”.

Konkluzywny zaś to – dający wnioski, rozstrzygnięcia.

Niekonkluzywny natomiast to – nie dający wniosków i rozstrzygnięć.

W sumie dziennikarzom chodziło o to, że Putin nie powiedział niczego nowego. I to rozumiem, ale żeby zaraz zaciągać do walki z samowładcą Rosji logikę i filozofię? Putin przeminie a filozofia zostanie. To tak jakby strzelać do kuropatwy z haubicy 120 mm!

Dziwne to słowo. I myślę, że przytłaczająca większość czytelników niczego z tej niekonkluzywności nie pojmą! Ja wiem, że osoba używająca takich słów jak „konkluzja”  budzi szacunek, a nawet obawy i strach kolegów z redakcji. Bo jak ktoś zna takie słowa, to może przecież zrobić rzeczy gorsze.

                           Urzędowy język ma służyć obywatelom?  Niekoniecznie

Na stronach internetowych  samorządów, a także w lokalnych gazetach możemy przeczytać informacje o różnych „działaniach” urzędów. Mamy zatem takie tytuły:

  • Zlot food trucków;
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje;
  • Mapa letnich aktywności.

Po lekturze artykułów i odpowiadających im informacji urzędowych, trochę się wyjaśnia, ale nie do końca.

  • Zlot food tracków okazuje się być przyjazdem kilku barów samochodowych, z okazji jakiegoś lokalnego święta. Bar w samochodzie nie zabrzmi Polakowi miło, choć znany jest jeszcze z PRL-u. Natomiast bułka nadziana kiełbasą, bułka z mielonym lub frytki pachną już szerokim światem. A Polak głodny nie tyle na bułkę, co na bycie światowcem.
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje – ten tytuł zapowiada podpowiadanie, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje. Destynacja to miejsce przeznaczenia, cel podróży. Słowo jest mało znane, ale jednak słychać w nim szeroki, lepszy świat. Zupełnie tak jak z muszlami, które jako dziecko przykładałem do ucha, by usłyszeć szum morza.
  • Mapa aktywności letnich to z kolei wykaz propozycji na lato w mieście dla jego mieszkańców. A te „letnie aktywności” organizują władze samorządowe. Przy czym, żeby nie było niedomówień, są to. w większości, propozycje różnych występów artystycznych, w czasie których widz-mieszkaniec będzie jednak nieaktywnym widzem.

                                            Drastyczne wnioski i propozycje

Wszystkie urzędy mają obowiązek publicznie zamieszczać swoje ogłoszenia, żeby każdy mógł się z nimi poznać. Ale już niekoniecznie każdy jest je w stanie zrozumieć. Potrzebna jest zatem nowelizacja prawa! Trzeba rozszerzyć ustawę o ochronie języka polskiego, która jest w obecnej formie martwa i nikt się nią nie przejmuje. Może jedynie importerzy zagranicznych towarów powszechnego użytku, którzy zamieszczają na opakowaniach naklejkę w języku polskim, ale tak małą i tak drobnym drukiem, że nawet pod lupą trudno ją odczytać. Poza tym – kto chodzi do sklepu z lupą?

Jak długo językowi wandale i chuligani pozostaną bezkarni?  Koniec z biernym przyglądaniem się dewastowaniu tego, co mamy najcenniejsze – naszego języka! Kary za mordowanie języka powinny być! I to wysokie. Szaleniec, który zetnie zabytkowy dąb idzie siedzieć. A szaleni języka mordercy „Swobodnie chodzą po wolności” – jak mówił jeden młody poseł celebryta.

No i ta dominacja niezrozumiałej dla większości Polaków angielszczyzny… Na razie narody angielskojęzyczne podbiły nas językowo. Może jednak przyjść czas, że tak nas pokochają, iż  zaproponują nam przesiedlenie się do nich. Wtedy ja wybiorę Australię. Klimat i terytorium mało przyjemne, głównie upały i pustynia… Ale przynajmniej daleko do Europy. Groźnych sąsiadów brak, historia krótka i niezbyt obciążająca.  

Wszystkim zanglizowanym urzędnikom i dziennikarzom polecam przeczytanie słynnego niegdyś wiersza Edwarda Słońskiego (1874 – 1926). Wiersz jest nawet w internecie w całości, ma tytuł OJCZYZNA, i zaczyna się tak:

Przehandlowaliśmy na nic swój znak i graniczne kopce

I dziś dla nas nie ma granic, i swoim jest wszystko obce.

Kiedy spotkanie Tuska z Putinem na molo w Sopocie w 2009 r. przestanie spowijać mgła tajemnicy? Może już wkrótce... Grafika: YouTube/ h/ re. Zdjęcie w biogramie pochodzi z mat. video katolickie.media.pl

O pewnym polityku pisze WŁADYSŁAW TRZASKA-KOROWAJCZYK: Umyślny do zadań specjalnych

Kiedy z Brukseli powrócił Donald Tusk, z nostalgią spojrzał na puste molo. Gdzież te tłumy, które owacyjnie go kiedyś witały? Gdzież ten drogi gość z Moskwy, z którym tak miło się gwarzyło?  Wtedy nikogo to nie martwiło – nic przecież dziwnego, skoro spotkał się gospodarz Kremla ze swoim człowiekiem w Warszawie, czyli takim Światowidem z licznymi twarzami. Zresztą, Berlin i Bruksela też uważają, że Tusk jest ich namiestnikiem w stolicy Polski.  

Król Europy wciąż zdaje się pytać: „Gdzież ta drużyna, z którą haratało się w gałę? Z kim tu grać?” Ktoś się zmienił, ktoś inny jest celebrytą politycznym, czyli występuje na publicznej scenie teatru opozycyjnej komedii, jeszcze inni powinni robić kółka na spacerniaku. Tylko, że sądy są sądami, a sprawiedliwość jest po stronie Platformy Obywatelskiej.

Gdzież ten alchemik zmieniający bursztyn w aeroplany?  Gdzież ci wierni pretorianie? Pochowali się po kątach. Ale komediantów to się namnożyło. Istny kabaret. A może cyrk bez małpy, osła i reszty bohaterów komiksów Makuszyńskiego za to z politykami kiedyś wspierającymi króla Europy?

Przyczyny krachu

Tusk chyba zastanawia się, co stało się z jego wierną Platformą? Kto go jeszcze popiera a kto jest przeciw? Kto wreszcie uważa byłego premiera za zbędny dla partii balast?  Jak się chce wygrać wybory, to towarzystwo trzeba wziąć za twarzyczki a niepewnych wykopać jak futbolówkę, pozostałych zaś ustawić w szeregu.

Tylko co to za szereg? Po łacińsku krzywy!  Raz kroczy w lewo, innym razem chwieje się na prawo. Pół kroku do przodu, dwa kroki do tyłu. A gdzie program? Może trzeba o to zapytać kogoś wybitnego? Na przykład partyjnej koleżanki, która – w imieniu opozycji – zasiada w prezydium sejmu, a przed laty była rzeczniczką rządu PO-PSL.

Czy będzie odpowiedź?

Nurtuje mnie proste pytanie. Czy Donald Tusk porzucił na własne życzenie stolicę UE, czy został oddelegowany przez Niemców, a może nawet przez Brukselę, jak drzewiej Repnin, do landyzacji kraju między Odrą a Bugiem? Może ktoś powiedział byłemu szefowi Rady Europejskiej: „Coś za bardzo ta Polska podskakuje – może by tak zagłodzić tych niepokornych Polaczków?”

Nienawiść we krwi?

Ruszył były król Europy do walki z Prawem i Sprawiedliwością, z jednym jedynym planem, którym są tylko antyprawicowe, antykonserwatywne hasła. Za nim ruszyli  bezkrytyczni krytycy PiS. Niby wykształceni, z tytułami naukowymi a w istocie o naturze niewolniczej, z kompleksami.

Trudno, takie to są relikty komunistycznej i nazistowskiej przeszłości. Jak nie ZSRS to IV Rzesza Niemiecka – pokłosie Unii Europejskiej.

 

 

Grafika ze strony: spf.org.pl

O tym, że pisząc warto czytać – pisze MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Kto czyta, ten… błądzi

Niestety, w przypadku niektórych tekstów informacyjnych umieszczanych na portalach internetowych, wciąż stosować zasadę ograniczonego zaufania albo przekręcić znane powiedzenie. Kto czyta, ten… błądzi taki, dość nieoczywisty, wniosek można wyciągnąć z pobieżnej nawet lektury niektórych zapowiedzi kolejnej gwiazdy w Alei Gwiazd w Łodzi. Honor ten spotkał Stowarzyszenie Filmowców Polskich – organizację zrzeszającą twórców, realizatorów, aktorów – wielką, największą rzeszę ludzi zaangażowanych i działających na rzecz polskiej kinematografii.

Radość z tego faktu wyraził aktualny i długoletni prezes SFP Jacek Bromski: „To wielkie wyróżnienie, bo nasze Stowarzyszenie jako pierwsze zostało uhonorowane gwiazdą dla instytucji. Uroczystość zakończy symbolicznie obchody 55-lecia SFP, stanowiąc jednocześnie hołd dla wszystkich członków Stowarzyszenia Filmowców Polskich, którzy przez ostatnie pół wieku budowali świetność polskiego kina”.

Z tej okazji jako zapowiedź i zaproszenie na uroczystość, pojawiło się kilka (co najmniej) anonsów, m.in. na oficjalnej stronie SFP, a także w materiałach informacyjnych organizatora uroczystości, czyli Narodowego Centrum Kultury Filmowej w Łodzi. I dobrze, bo może ktoś postronny (spoza środowiska) przeczyta i czegoś się dowie.

Choć akurat w tym wypadku lepiej, żeby nie czytał. Napisane zostały bowiem m.in. takie oto słowa: Stowarzyszenie powstało w 1966 roku…” z dalszym ciągiem o tym, kto był inicjatorem utworzenia SFP i jacy wybitni twórcy działali w jego szeregach i prezesowali. W tym samym akapicie czytamy jednak ciąg dalszy, który zacytuję obszerniej: „Stowarzyszenie Filmowców Polskich powołało do życia najważniejsze instytucje filmowe, takie jak Łódzka Szkoła Filmowa, Przedsiębiorstwo Filmowe Film Polski, Wytwórnie Filmów Fabularnych w Łodzi i Wrocławiu, Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Wytwórnia Filmów Oświatowych, Łódzkie Zakłady Kopii Filmowych czy studio filmowe Se-Ma-For, budując tym samym system polskiej edukacji i produkcji filmowej, a więc i siłę polskiej kinematografii.”

Nie trzeba być filmoznawcą ani zawodowym historykiem, żeby wszystkie te „rewelacje” zakwalifikować jako jedną wielką bzdurę! Jeśli bowiem prawdziwe jest (a jest!), iż SFP powstało w 1966 roku, jakimże sposobem mogło powołać do życia wymienione przedsiębiorstwa i instytucje, z których notabene wiele już nie istnieje? Powstanie Szkoły Filmowej to rok 1948, WFF w Łodzi – 1945, Przedsiębiorstwo Państwowe (nie Filmowe!) Film Polski powołane zostało dekretem Krajowej Rady Narodowej 13 listopada 1945 (istniało do 1952), bliska łodzianom, bo nadal istniejąca WFO swoją historię może liczyć podwójnie: jako spadkobierczyni Instytutu Filmowego od 1945, jako WFO – od 1950. I tak dalej…

No i jakim trzeba być laikiem, żeby najprężniej nawet działającej organizacji społecznej dać moc powoływania instytucji państwowych?

Ciesząc się z gwiazdy dla Stowarzyszenia przestrzegam przed bałwochwalczym jego uwielbieniem, jakie pojawiło się w publikowanych materiałach informacyjnych. Przy okazji zadaję sobie pytanie, czy i kto redaguje albo chociaż czyta teksty zamieszczane na oficjalnych stronach instytucji (jak NCKF) i organizacji (SFP).

***

Od redakcji: Na dzień przed uroczystym odsłonięciem gwiazdy SFP – 12 maja 2022 roku, wzmiankowany tekst został poprawiony…

W przypadku Autora powyższej publikacji nadal jednak obowiązuje oryginalne,  nie zmodyfikowane na potrzeby tytułu, hasło – „Kto czyta, nie błądzi”, bowiem artykuł jeszcze przed ukazaniem się spowodował wyeliminowanie błędów na stronach m.in. SFP i NCKF. Jak to możliwe? Film to jednak magia…

A przy okazji, serdeczne gratulacje z okazji umieszczenia gwiazdy w łódzkiej Alei Sławy dla Stowarzyszenia Filmowców Polskich od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.