Zasięg występowania języka polskiego w Europie za Wkipedią (legenda mapy już, niestety, nie po polsku).

Kolejny apel językowy WALTERA ALTERMANNA: Chrońmy polonistów

Niedawno rząd poinformował, że niebawem Polacy będą uczyć się angielskiego już od pierwszych klas podstawówki. Piękna myśl, żeby Polak nie stawał na obcej ziemi jako ta głuchoniema sierota.  Z wrodzonej jednak złośliwości zacząłem się zastanawiać co z językiem polskim? Przecież jeżeli nadal będziemy mówili tak marnie w języku ojców i matek naszych – dla feministek: matek i ojców – to i po angielsku nigdy dobrze się nie nauczymy. Człowiek bowiem myśli w jednym języku, najczęściej wyniesionym z domu. Zatem proponowałbym rządowi, żeby pomyślał nad wzmocnieniem pozycji języka polskiego w szkolnictwie.

Słyszałem, że w niektórych szkołach uczą już młodzież jeżdzić samochodami. Piękna idea. A coraz częściej też pojawiają się w szkołach lekcje mechatroniki, księgowości, astrofizyki, programowania komputerów… Wszystko to potrzebne i bardzo ładne, ale ośmielam się stwierdzić, że najbardziej potrzebne jest nam wzmocnienie pozycji języka polskiego.

Bo – mili technokraci – to tylko szkolny „język polski” uczy lub może uczyć, precyzji w myśleniu, kontaktowania się z ludźmi na poziomie utylitarnym i abstrakcyjnym.

Gdy moje dzieci robiły maturę, z przerażeniem odkryłem, że egzamin z języka polskiego sprowadza się – w sumie – do rozwiązywania testów. Niegdyś trzeba było umieć napisać „mikro pracę”, ale jednak trzeba było pisać. Potem jednak nasi liberałowie przyjęli „system boloński” w edukacji i mamy marnie piszące pokolenia. I słabo mówiące. Ten system boloński być może sprawdza się w krajach III świata. Ale uraczenie się nim w kraju o takiej tradycji literackiej? Zgroza. Tu przypomnę, że dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny (jeden z poprzedników Platformy Obywatelskiej) proponował nawet państwową, obowiązkową edukację jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Potem każdy miał radzić sobie sam – w szkołach prywatnych i płatnych. Czyż to nie szczyt bezczelności neoliberalnej? I nieskrywanej pogardy dla „prostaczków”?

Mam w pamięci wspaniały wiersz Andrzeja Waligórskiego „List w sprawie polonistów”. Proponuję dziś przeczytać go i zastanowić się nad tym, co mówi nam autor.

Andrzej Waligórski

List w sprawie polonistów

Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być – nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.

Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
– Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?

Choćby szukał, racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu –
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu…

Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.

Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.

A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła…

Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu – laury i akanty,
Ale ja mu – kadzidło i mirrę!

Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!

Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie

Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.

Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: – Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: –
… bo jest za co!

 

Warto znaleźć i poczytać tomiki wierszy Andrzej Waligórskiego. To naprawdę mądra i nadal aktualna literatura.

Notka o autorze: Andrzej Waligórski – polski poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu. Urodził się w roku 1926 w Nowym Targu, zmarł w 1992 roku we Wrocławiu.

Wielkie uznanie zdobył jako twórca tekstów piosenek, wykonywanych – między innymi – przez Tadeusza Chyłę Ballada o cysorzu i Olka Grotowskiego z Małgorzatą Zwierzchowską, a przede wszystkim przez Kabaret Elita. Sam twierdził, że jest jedynie tekściarzem. Był kierownikiem wrocławskiego radiowego magazynu rozrywkowego  Studio 202, w którym wypromował kabaret Elita, potem podjął z tym kabaretem jakże owocną współpracę.

Był też autorem cyklu felietonów radiowych Pocztówki z Karłowic oraz cyklu słuchowisk Rycerze, emitowanych w ogólnopolskim magazynie 60 minut na godzinę. To z tego cyklu słuchowisk,   parodiujących Trylogię Sienkiewicza, pochodzi piosenka Waligórskiego „Hej, szable w dłoń”.

Jego imię otrzymała jedna z ulic w południowej części Wrocławia, łącząca ulicę Sudecką z ulicą Powstańców Śląskich.  Od 1995 członkowie kabaretu Elita („Akademia Humoris Causa”) przyznają nagrodę im. Waligórskiego – „Andrzeje”.

 

 

Zdj. Ostatecznie nawet handlarza może zastąpić sprzedawca, ale nie może to tylko polegać na tym tylko, aby się wszystkim kierunki zgadzały... Fot. archiwum/ re/ h

WALTER ALTERMANN: Sprzedawca w czołgu bojowym, czyli ignorancja

W TVP usłyszałem, że budowa „Wia Baltica” wchodzi w nową fazę. Otóż „via” wymawia się jak „wija”. A „via” oznacza w łacinie drogę.

Najbardziej znaną jest starożytna „via appia”, a właściwie  Via Appia Antica, czyli Droga Appijska – najstarsza droga rzymska, przebiegająca przez Italię w południowej części Półwyspu Apenińskiego.

Via Baltica

Myślałem, że dziennikarka – zamieniając wija na wia – chce coś spolszczyć, ale nie. Bo już w następnym zdaniu powiedziała o trasie kolejowej „rajli”. Czyli mówi naraz trochę po polsku, trochę po angielsku – a w obu językach marnie. Ja wiem, że Droga Bałtycka jest nazywana Via Baltica, bo to program międzynarodowy, ale jak już musimy, to wymawiajmy dobrze. Łacinę trzeba znać, nawet jeżeli „nie brało się jej w szkole”.

Czołgi bojowe

9 stycznia 2023 portal Defence24 informuje, że Ukraina otrzyma „czołgi bojowe”. Stwierdzenie, że czołgi są bojowe nasuwa podejrzenie, że bywają też czołgi nie bojowe. To zaiste ciekawa konstatacja i przyznam, że pierwszy raz o takich czołgach słyszę. Być może autora tekstu zwiodło zdanie wcześniejsze, że Ukraina otrzymała już „transportery bojowe”. Bo jest faktem, że nie każdy opancerzony samochód wyposażony jest w ciężkie karabiny maszynowe lub działa.

Niemniej – na podstawie przypadku z „czołgami bojowymi” – odnoszę wrażenie, że nie rzetelna informacja przyświeca autorom wielu tekstów o wojnie i broni, lecz zwyczajna chęć szybkiego zarobku. I to bez momentu refleksji, bez zwykłego nawet zastanowienia się nad tym co się napisało, a nawet bez przeczytania własnego tekstu przed wrzuceniem go na stronę internetową.

Dawniej poważne redakcje zatrudniały korektorów, którzy sprawdzali każdy tekst pod względem merytorycznym, składniowym i ortograficznym. Niestety w niewielu już redakcjach są jeszcze korektorzy. Ten potrzebny zawód umarł, bo właściciele portali i gazet nie chcą dzielić się zyskami. Ale prawdziwymi ofiarami takiego rozumienia rzetelności dziennikarskiej jesteśmy my – czytelnicy.

Slang polityczny – realność

Ostatnio młody polityk powiedział w telewizji – nazwiska jegomościa nie zdążyłem zauważyć, bo szybko przemknął przez ekran telewizora – „Gdybyśmy mieli realnie oceniać szansę wspólnej listy opozycji w wyborach do Sejmu, to ta realność jest niska”.

Zafrasowałem się. Owszem, realność jest rzeczownikiem odprzymiotnikowym i była znana wcześniej, ale znaczyła tyle co ziemia z zabudowaniami, kamienice, wille, ale zawsze mające jakiegoś właściciela. Niby komunikat dotarł, bo taka jest podstawowa funkcja komunikacji językowej, ale w jakże marnej formie… Naprawdę słuchać hadko.

Handlarz czy sprzedawca?

Na kanale Discovery jest cykliczny program o handlarzach antyków i staroci. W sumie jest to bardzo interesujące. Zauważyłem jednak, że twórcy programu jak ognia unikają pojęcia „handlarz” i zastępują je bardziej łagodnym określeniem „sprzedawca”. Na prawdę jednak program przedstawia pracę handlarzy, bo kupują i odnawiają antyki, a potem je z zyskiem sprzedają. Mamy więc klasyczne działanie handlarzy. I nic w tym określenie złego, bo ich działalność jest potrzebna, jeśli swoją prace wykonują sumiennie i nie oszukują ani sprzedających ani kupujących.

A jednak twórcy programu wolą mówić o sprzedawcach. I nie zauważają, że sprzedaż jest finałem kupowania, a wcześniej restaurowania zabytków. I zamiast przywrócić słowom ich pierwotny, pozytywny sens i odbudować dobrą markę pojęcia „handlarz” to twórcy wolą bredzić o jakichś „sprzedawcach”. Ja wiem, że za tzw. komuny handlarz równał się w języku ówczesnej propagandy niejako paserowi, tak jak ogrodnik był badylarzem. Ale po trzydziestu, z okładem, latach warto wracać do pierwotnego znaczenia słów stłamszonych i zohydzonych przez żurnalistów minionej epoki.

W sumie mamy chyba powrót do PRL-u. Pamiętają Państwo czym była piekarnia w tamtych latach? Była Domem Chleba. W Łodzi doszło nawet do tego, że siedzibę amatorskiego teatru nazwano – Domem Teatru. Wtedy to zniknęły też szyldy z napisem „Szewc”, a w zamian mieliśmy Kliniki Obuwia. Rzeźnika zastąpiono szyldem – Mięso. Choć poza rzeźnikami mięsa w tych sklepach właściwie nie było. Dojdziemy jeszcze do tego, że znowu będziemy mieli – Artykuły Spożywcze, co było zresztą tłumaczeniem niemieckich – w NRD – Lebensmittel, czyli środki do życia.

Na marginesie handlarzy… Gdyby komuś przyszło do głowy „handlarza” zastąpić „handlowcem”, to wyjaśniam, że handlowiec to – co prawda – też handlarz, ale na dużą skalę, na przykład hurtową lub półhurtową. Handlowiec operuje tonami, setkami ton, a handlarz ma najczęściej mały sklep, małe przedsiębiorstwo – tak do 15 pracowników..

Są w polszczyźnie ładne stare słowa, które warto ocalić, przywracając im pierwotne znaczenia.

Kto czym kiwa?

Sprawozdawca sportowy: „Zawodnik kiwa głową na boki”. Tymczasem u nas można kiwać głową – ruch z góry na dół. Kręcić głową – ruch z lewej ku prawej stronie i odwrotnie. Ale kiwać na boki? Coś się nasz sprawozdawca na śmierć się zakiwał z tym językiem, jak na boisku niejeden polski naśladowca Pelego.

Świnina

W programie Canal+ Kuchnia można ostatnio było usłyszeć: „Używamy świniny z wolnego wybiegu”. Mój ty Boże jedyny, kto to to tłumaczył na polski? Może jakiś Anglik po rocznym kursie polskiego? Mamy w języku polskim wieprzowinę i wołowinę. Nie mamy krowiny. Mamy baraninę i jagnięcinę, ale nie mamy owczyny. To trzeba wiedzieć.

Zaskoczył się

Strona WP, Sportowe Fakty, pan Mariusz Domański tak pisze o turnieju skoków narciarskich: „Karpow dość mocno się zaskoczył tym jak w prasie austriackiej potraktowano polskiego skoczka”.

Duży błąd. Można bowiem jedynie być zaskoczonym, czyli wobec zaskoczenia jesteśmy zawsze bierni. Samemu natomiast zaskoczyć się niepodobna. Chyba, że jesteśmy narciarskim skoczkiem, i skaczemy, lecimy, lecimy…, ale nagle silny poryw wiatru zawiewa nas z powrotem na miejsce startu. jak to – mniej więcej tak właśnie – przedstawił swe zaskoczenie wielki nasz sportowiec, olimpijczyk Stanisław Gąsienica-Sieczka.

 

Fot. archiwum

WATER ALTERMANN: Mocni w gębie i inne dziwactwa przestrzeni

Mocny w gębie – jest ludowym określeniem ludzi mówiących szybko i dużo, choć bez sensu. Ostatnio w tv natknąłem się na dwóch takich mocnych osobników.

Przypadek pierwszy – pan Łukasz Rzepecki, reprezentujący w audycji Prezydenta RP, powiedział dnia 8.01.2023 roku w programie „Woronicza 17”: „Pan prezydent rozmawia w różnych formatach. My, zawsze musimy iść po linii polskiej”.

Zapisałem to kuriozum językowe, potem długo siedziałem nad kartką i starałem się pojąć o co p. Rzepeckiemu chodziło. Kombinowałem tak i siak. I niczego nadal nie rozumiem. Sprawdziłem w Internecie i dowiedziałem się, że p. Rzepecki jest doradcą Prezydenta RP, ale nie napisano tam w jakim zakresie służy doradztwem. Może doradza Głowie Państwa co do poprawności językowej?

Moja ocena gadulstwa p. Rzepeckiego w żadnej mierze nie dotyka Pana Prezydenta, bo Jego kancelaria jest tak liczna, że prawdopodobnie nic o pracy Rzepeckiego w tej kancelarii nie wie.

Przypadek drugi – europarlamentarzysta pan Robert Biedroń, 10.01.2023 w TVN mówi: „Wszyscy musimy grać do jednej bramki. I z tej bramki musimy wycisnąć pieniądze z Brukseli, bo ta bramka jest polska”.

Pan Biedroń mówi tak szybko, że większość słuchaczy nie nadąża za nim i w ogóle nie skupia się na treści. Może p. Biedroniowi chodzi o to, żeby oddziaływać jedynie podprogowo? Żeby ogólny obrazek był przyjemny i sympatyczny, a treści… kto tam dzisiaj słucha uważnie polityków.  Ja niestety mam taką skazę, że słucham z uwagą, ba – jeszcze się zastanawiam o co chodzi.

Zatem zastanówmy się nad wypowiedzią europarlamentarzysty. Owszem, jest taki zwrot, że gramy do jednej bramki. Znaczy to tyle, żeby nie strzelać sobie goli samobójczych. Ale – uwaga, uwaga – we wszystkich grach gole strzela się do bramki przeciwnika! A tu pan Biedroń twierdzi, że ta bramka jest polska! Nową grę jakąś mamy? I może jeszcze wymyśloną przez samego p. Biedronia?

Wniosek jest taki, że z całą pewnością nasz europarlamentarzysta w życiu nie grał na żadnym boisku. I nie ma bladego pojęcia nawet o grze w zbijanego. No i to wyciskanie z bramki pieniędzy!  Pan Biedroń nie wie, że ramy bramek są dzisiaj ze stali lub aluminium, a siatka na ramie rozpięta jest ze sznurka. Owszem, z gąbki można coś wycisnąć, ale z bramki?

A teraz wielkie pytanie, czyli „grande domanda” – czy jest jakaś dziedzina, o której p. Biedroń miałby choć blade pojęcie? Bo słysząc go trak często, nigdy nie wiem o czym on mówi?

Przestrzeń

„Widzimy, że jego przestrzeń fizyczna jest w złym stanie” – mówi sprawozdawca o tenisiście, którego mecz komentuje. A potem dowiadujemy się, że – według sprawozdawcy – zawodnik jest zmęczony.

I tak to po „przestrzeni mentalnej”, „przestrzeni odpowiedzialności” mamy już trzecią przestrzeń. Czekam aż ktoś wreszcie powie o – „przestrzeni miłości”. Byłoby to bardzo wesołe, choć głupie, gdyby nie było smutne, bo głupie.

Gabaryty

Najpierw na śmietnikach, teraz już w mediach zapanowało pojęcie – gabaryty. Na śmietnikach pojawiły się informacje od firm odbierających śmieci: „Gabaryty będą odbierane w każdy pierwszy czwartek miesiąca”. Teraz już w radiostacjach i telewizji mówią, że jakaś ciężarówka przewoziła gabaryty…

Wyjaśnijmy więc, że gabaryt, to: 1. zewnętrzny wymiar przedmiotu, urządzenia lub osoby; 2. w architekturze: najwyższa linia poziomu zasadniczej części budynku lub zespołu budynków; 3. przenośnie: rozmiar, wielkość kogoś lub czegoś.

Krótko mówiąc – gabaryt to wymiar, rozmiar. I nie można w naszym języku mówić, że coś ma gabaryt, lub jest gabarytem samo w sobie. Przy śmieciach – może być „duży gabaryt”, lub „śmieci o dużych gabarytach”. W innych przypadkach trzeba mówić, że coś miało wielkie gabaryty, ponadnormatywne gabaryty, gabaryty przekraczające możliwości transportu drogami publicznymi, bez zgody odpowiedniego zarządcy drogi.

Zatem ciężarówka mogła przewozić ładunek ponadnormatywny – dla tego pojazdu – lub też był to ładunek ponadnormatywny. Natomiast co do śmieci – chodzi o to, żeby dużych rozmiarem śmieci, jak części mebli, foteli czy krzeseł nie wrzucać do pojemników, ale odkładać je w wyznaczonym miejscu. Gdzie poczekają aż je zabierze – w określonym dniu miesiąca – firma oczyszczająca miasta i wsie nasze.

Mogę zrozumieć ludzi odbierających śmieci, ale nie mam litości dla ludzi pracujących w mediach, którzy muszą wiedzieć co piszą i mówią oraz, czy jest to dobrze powiedziane po polsku.

Pisałem już w tym miejscu wiele razy, że język polski często wymaga użycia dwóch, a nawet trzech słów, w porównaniu z angielskim, gdzie używa się jednego słowa. Niemiecki zaś łączy – niekiedy w tasiemce – wiele słów, czyniąc z nich jedno okropnie długie.

Szanujmy się, bo kto z obcych nas uszanuje.

 

 

Fot. arch.: sejm.gov.pl

Ostrzeżenie WALTERA ALTERMANNA: Uwaga, felieton zawiera treści anarchistyczne!

W poprzednich dwóch felietonach „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ i Unii Europejskiej. Sądzę, że raczej udowodniłem, iż ONZ i UE są organizacjami pasożytniczymi.

Być może wiek XXI zostanie po wiekach nazwany erą urzędników. Bo zanosi się na to, że właśnie urzędnicy – tu rozumiem także parlamentarzystów polskich – z roku na rok stają się właścicielami świata. Wieki średnie to dominacja właścicieli ziem. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej mamy ciągle jeszcze dominację bankierów i przemysłowców. Ale ich czas powoli się kończy, a właścicielami świata stają się urzędnicy.

Dlatego, dla rozpoznania sytuacji, zajmiemy się polskim parlamentaryzmem, bowiem tak Sejm, jak Senat puchną od wymyślonej przez siebie, dla siebie, odpowiedzialności, puchną też od nadmiaru ludzi, którzy krętymi sposobami – trochę jawnie, trochę skrycie, pracują na ich rzecz. I nie są to prace za darmo.

Polski parlament przyszłości

Moim zdaniem trzeba czym prędzej zlikwidować Senat a liczbę posłów zmniejszyć do stu. Nie wiem, kto i kiedy mógłby to przeprowadzić, bo senatorowie i posłowie trzymają się ław parlamentarnych mocno, jakby byli do nich przyspawani, ale ta reforma przyniosłaby ogromne, niewyobrażalne dla niektórych i błogosławione dla wszystkich skutki. Wymienię je w punktach.

SENAT:

 

  1. Likwidacja Senatu byłaby krokiem miłosiernym, bo od swego zarania, w Polsce po 1989 roku, Senat nigdy nie miał wpływu na cokolwiek. Nigdy jeszcze Senat nie wniósł istotnej poprawki do jakiejkolwiek ustawy, a jak wnosił, to i tak zostawały te poprawki odrzucane przez Sejm.
  2. Ciągle słyszę, że Senat to izba refleksji i zadumy. Od refleksji jest kościół – dla niewierzących filozofowie, a od zadumy cmentarze.
  3. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w Senacie zasiadali możni panowie i biskupi, i też – poza hamowaniem reform – niczego dobrego nie robili. Jedyną korzyść z istnienia Senatu mieli senatorzy, bo izba ta była istnym targowiskiem interesów – tak świeckich jak kościelnych.
  4. Likwidacja Senatu zmusiłaby posłów do lepszej pracy, bo tak jak jest obecnie, to posłowie ciągle liczą na senatorów, że ci poprawią to co posłowie spaprali.
  5. Trzeba też powiedzieć, że naprawdę nie chodzi tylko – tak przy Senacie jak i Sejmie – jedynie o te 100 osób. Każdy z senatorów ma duży sztab ludzi, którzy są na etatach, umowach o dzieło, umowach zleceniach. Jest jeszcze Kancelaria Senatu i kilka senackich służb, których praca byłaby zbyteczna. Nawet Straż Marszałkowska miałaby mniej roboty. A chodzą jeszcze słuchy, że Senat żąda osobnego, ładnego i wystawnego budynku na swe prace.
  6. Likwidacja Senatu byłaby pierwszym, ale znaczącym, krokiem do realizacji idei „oszczędnego państwa”. Bo jak na razie mamy państwo rozdmuchane, albo – lepiej powiedzieć „samo-rozdmuchujące się”.                                                                                                                                                                         SEJM:

 

  1. Ograniczenie ilości posłów do 100, uwolniłoby zdrowe siły narodu i pozwoliłoby je „rzucić na odcinki realnej pracy”. Bo tak jak jest teraz, to najwięcej czasu i energii posłowie tracą na dyskusje. A to głównie dlatego, że każda z sejmowych partii wypuszcza na bój wielu posłów, a skutkiem tego Sejm mówi, mówi i mówi. Gdyby zaś było ich jedynie 100-u, to i mówców, dyskutantów, interpelantów i tych występujących ad vocem byłoby co najmniej ponad trzy razy mniej.
  2. Teraz tych 460 posłów – podobnie jak w przypadku Senatu – to jedynie wierzchołek góry lodowej. To znaczy publicznie widzimy jedynie 460, a przecież pracuje na ich rzecz wielka armia ludzi. A podróże krajowe i zagraniczne posłów? A ich mieszkania służbowe? Dziwne, że jakoś nikt nigdy nie policzył, ile kosztuje utrzymanie i działalność Sejmu i Senatu. Zdaje mi się, że są to dane bardziej strzeżone niż stan naszej armii i wszystkich tzw. służb siłowych.
  3. Zauważę też, że każdy z posłów ma w terenie swoje lokale poselskie i sztaby ludzi – przyzwoicie opłacanych – którzy jedynie powielają to, co mówi szef danej partii. Naprawdę trudno jest twierdzić, że wszyscy z 460 posłów porządnie pracują. Poza tym kiedyś pewien dziennikarz zapytał Jana Pawła II o to, ilu ludzi pracuje w Watykanie. I wtedy Jan Paweł II powiedział: Połowa.
  4. Po reformie tych 100 posłów naprawdę musiałoby się ostro wziąć do roboty. Razem ze swoimi mniejszymi sztabami.
  5. Męczące są też kampanie wyborcze. Widzowie, słuchacze i czytelnicy muszą przez kilka miesięcy obcować z nieznanymi osobnikami, którzy „robiąc miejsca na listach” publikują swoje twarze i przemyślenia. W tym przypadku, naprawdę, im mniej tym lepiej. Dla naszego, wyborców, zdrowia spadek oferty wyborczej z 460 na 100 to znacząca ulga. A pamiętajmy, że teraz najczęściej na jednej liście wyborczej jest po 20 osób, z czego tylko jedna osoba, a i to nie zawsze, ma szanse na bycie posłem. Czyli – obecnie możemy mieć do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami kandydatów do Sejmu. A przy stuosobowym Sejmie liczba tych chętnych zmaleje do jakichś kilkunastu tysięcy! Jest różnica.
  6. Wszystkie telewizje i radiostacje odzyskałyby mnóstwo czasu antenowego, bo z tej setki posłów nie wszyscy garnęliby się do tych śniadań, podkurków i wieczorów dyskusyjnych. Nie mieliby na to siły i czasu.

O moim współczuciu dla młodych

Tysiące młodych ludzi pochłania dziś i spala – niczym biblijny Baal – polska polityka. Widać to po ich rozbieganych oczach, najwyraźniej tuż przed wyborami, że ci młodzi chcą znowu być radnymi, posłami, senatorami. I to u zarania ich zawodowego życia. Zamiast zdobyć zawód, sprawdzić się w nim i dopiero potem zająć się polityką, oni już, natychmiast chcą być prezesami, dyrektorami, członkami rad nadzorczych… a wszystko za państwowe pieniądze i z partyjnego nadania.

Ja rozumiem, że partie załatwiają im wysokie dochody, ładnie brzmiące tytuły i błyszczenie do kamer tv – ale oni nadal, do końca swych dni, nie będą mieli żadnego zawodu. Owszem, większość z nich skończyła jakieś studia, ale to tylko wykształcenie, a zawód zdobywa się praktyką. Zawód poseł? Przed wojną taki gość nie znalazłby panny do ożenku w żadnym dobrym domu.

Żal mi tych młodych ludzi pędzących na zatracenie się w polityce. Bo przecież są to w większości ludzie zdrowi, sprawni i pełni energii życiowej – tak fizycznej jak umysłowej. A tu budownictwo nasze cierpi na braki kadrowe, remonty dróg, miejskich ulic i tras kolejowych wloką się w nieskończoność, bo nie ma chętnych do takiej zaszczytnej i konkretnej pracy.

Czyż – o wy, młode Panie i młodzi Panowie – nie widzicie, że przyjemniej jest zostawić po sobie potomnym kawałek dobrze zrobionej jezdni i chodników, niż kilka ustaw, które ciągle trzeba poprawiać? Albo jakieś uchwały, których sens ginie w pamięci społecznej już w pół roku po ich podjęciu? I nie szkoda to zdrowia na telewizyjne awantury? Powiadam Wam, praca leczy, ale konkretna, najlepiej fizyczna.

Nareszcie z narodem

Po takich redukcjach parlamentarnych oczywiście powstanie problem zredukowanych parlamentarzystów. Podniesie się krzyk i płacz, słuchać też będzie zgrzytanie zębów – zupełnie jak w Dniu Sądu Ostatecznego.

Ale musimy pozostać na takie odruchy posłów i senatorów – choćby niedoszłych – ślepi i głusi. Jeżeli bowiem teraz przez cały czas, wszyscy oni twierdzą, że działają nie dla własnej korzyści i nie dla materialnych zysków, ale dla dobra nas wszystkich, dla dobra każdego przeciętnego Polaka, to przecież nie będą mieli powodu popadać we frustrację. Po odejściu z parlamentu zaczną pracować, jak ich kochany elektorat.

O współczuciu dla starszych

Jest też, w naszym Sejmie i Senacie spora grupa starszych mocno pań i panów, wobec których również żywię głębokie współczucie. Tych z kolei mi żal, że polityka odciągnęła ich od zawodów, zajęć, w których jako tako już się odnaleźli. Patrząc na nich, widząc jak męczą się i cierpią w poselskich ławach przychodzi mi do głowy, że mogłoby ich wszystkich uratować jedno – głęboka, ostra i wyraźna reforma polskiego parlamentu.

Polskie kampanie wyborcze – nasz Hyde Park

W kampaniach każdy mówi co mu tam ślina na język przyniesie. I mówi to bezkarnie, bo teza, że „wyborcy nas rozliczą” jest zgrabnym, ale puściutkim zwrotem. Tak naprawdę każdy z kandydatów powtarza jedynie – w skrócie – program własnej partii. Bo też żaden z kandydatów nie wierzy, że którykolwiek z widzów czy słuchaczy zrozumie i zapamięta, co on wygadywał. Tak naprawdę, kandydat ma się pokazać, żeby ludzie zapamiętali twarz i nazwisko, a potem odnaleźli go na listach wyborczych. Chodzi zatem tylko o to, żeby – niejako podprogowo – wbić się w pamięć wyborcy.

O ile chodzi o programy, to przez całe minione już ponad 33 lata od czasu upadku komuny, był tylko jeden, jedyny uczciwy kandydat na prezydenta RP, który z serca i rozumu mówił o co mu chodzi. I był w tym niezwykle wiarygodny. Myślę tu o panu Kazimierzu Piotrowiczu, wynalazcy bioenergoterapeutycznych wkładek do butów, które w cudowny sposób miały poprawiać zdrowie. Wystartował on w wyborach prezydenckich w 1995 roku wykorzystując niecnie kampanię wyborczą do reklamowania produkowanych przez siebie wkładek do butów. Owszem, był w tej kampanii bezczelny, ale przecież nie kłamał!

A większość kandydujących do Sejmu i Senatu nie potrafiłaby zrobić nawet tych wkładek. A już je sprzedać? Ho, ho! Podejrzewam, że żaden z kandydatów nie sprzedałby nawet butelki wody na Saharze. Nikogo nie obrażam, ale mam głęboką nieufność w stosunku do ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się polityką, nie mając uprzednio żadnego zawodu. Tu wyjaśnię, że mamy trzy pojęcia: Wykształcenie, stanowisko, zawód.

Nasza klasa polityczna

O naszej klasie politycznej, według mnie, świadczy najlepiej anegdotka, jakiej doświadczyłem 20 lat temu. Rozmawiałem wtedy z moim dawnych znajomym ze studiów, który te dwadzieścia lat temu był już bardzo poważnym samorządowcem, szczebla wojewódzkiego. W pewnym momencie, po wspominaniu przeszłości znajomy Wysoki Urzędnik zaczął narzekać na swoje zarobki, roztkliwiając się sobą – to jest swoimi zarobkami – ponad przyzwoitość. Powiedziałem mu wtedy, żeby nie przesadzał, bo ma przecież bardzo wysoką pensję.

– Pensja tak, niezła… – odparł – ale zarobku żadnego.

 

Rysuje Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Jak się nie obrócić, … tył zawsze z tyłu

Nie jest dobrze, proszę ja Was. Nie jest dobrze. Mówiąc nieco obcesowo, można by rzec, że jak się nie obrócić d… zawsze z tyłu.

Trudno mi się opędzić od myśli, że polski rząd od dłuższego czasu pracował nad uprzężą, którą następnie na siebie założył, a lejce oddał Brukseli. Jeśli ustawa o SN, która ma „utorować drogę do kompromisu z KE” wejdzie w życie, prawdopodobnie czeka nas chaos i rzeź sędziów, którzy zaufali po 2015 roku reformie sądownictwa, a jeśli się nie uda, histeria pt. „PiS zabrał pieniądze”. Długo by pisać, sporo już o temu poświęciłem czasu. Tak czy siak, w to, że będą z tego jakieś pieniądze (przypominam, że zgodziwszy się na KPO, już zaczęliśmy to spłacać) zdają się niespecjalnie wierzyć nawet członkowie partii rządzącej. A i Bruksela nie bez powodu tuż po sejmowym głosowaniu w sprawie ustawy o SN wysyła nieoficjalny sygnał – „a nie nie, teraz ustawa wiatrakowa…”. Wydaje się, że ten rząd nie znajduje się obecnie u szczytu pasma sukcesów.

Opozycja?

Ktoś powie – no dobrze, ale od tego mamy opozycję, żeby przygotowawszy uprzednio odpowiedni program, powoławszy odpowiednich ludzi, dała nadzieję na nowe otwarcie. Niestety, bardzo mi przykro, jeśli z codziennego opozycyjnego bełkotu w mediach można wyekstrahować jakiś program, to jest to program likwidacji państwa (CBA, IPN itd.), prywatyzacji wszystkiego co się rusza, likwidacji 500+, podniesienia wieku emerytalnego, nauczania masturbacji w szkołach i pozakonstytucyjnych rozwiązań siłowych. Czyli program wpędzenia Polaków na powrót w rolę taniej siły roboczej, laboratorium eksperymentów społecznych i rynku zbytu dla innych. Rola przewidziana dla Polski to nawóz dla przyszłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich lub, jak wolą niektórzy – IV Rzeszy. Zakładając nawet, że jest to program atrakcyjny dla kogokolwiek z jaką taką zawartością puszki mózgowej, to co takiego robi opozycja, żeby przekonać do siebie Polaków? Przedstawia jakieś programy? Koncepcje reform? A skąd, opozycji wydaje się, że wystarczy pomoc „starszych kolegów”, szczucie na inaczej myślących, filmiki z Tuskiem na TikToku i kilka grubszych żartów przechodzonego „byłego premiera”, który sprawia wrażenie jakby ktoś go zamroził w 2014 roku, a po rozmrożeniu zapomniał poinformować, że jednak minęło tych kilka lat. Otóż może nie wystarczyć.

Niemcy? UE?

Tu znowuż ktoś może zauważyć – no dobrze, skoro są jacyś „starsi koledzy”, którzy niewątpliwie mają wystarczająco dużo siły by nas krzywdzić, to może jednak powinni sprawować nad nami realną władzę i nie ma co się szarpać? Nie będzie suwerenności, ale będzie jaki taki spokój i jaki taki „dobrobyt”. Rzeczywiście, „starsi koledzy” ciągle mają możliwość sprawiania nam kłopotów, ale znów, zwolenników takiej tezy muszę bardzo zmartwić. Niemcy to oczywiście wciąż potężny kraj, ale dawno nie byli tak słabi i to na różnych płaszczyznach, gospodarczej, wizerunkowej, społecznej, każdej. Można by zaryzykować tezę, że w wyniku własnych błędnych decyzji minęli już szczyt swojej potęgi i raczej staczają się po równi pochyłej. A Unia Europejska? Litości, na Polsce może się jeszcze powyżywać, ale dziesięciolecia rozrodu wsobnego na brukselskich korytarzach, doprowadziły do umysłowej atrofii i braku umiejętności weryfikacji błędnych założeń. Tak jak UE przed wojną pędziła w imię ideologicznego zaślepienia na ścianę gospodarczej katastrofy, tak po wybuchu wojny jeszcze przyspieszyła. Pytanie tylko kiedy katastrofa nastąpi i kogo za sobą pociągnie. A jeszcze nie wiadomo jaki zasięg obejmie i czym się skończy afera korupcyjna.

Rosja?

Komu innemu może się z kolei przyśnić Rosja, „Trzeci Rzym”, „ostatnia reduta konserwatyzmu” (światowy lider mordowania nienarodzonych). Błagam… Trudno powiedzieć, czy to w co wdepnęła Rosja jest efektem obłędu, czy złej oceny sytuacji Władimira Putina. Dość jednak, że człowiek, który był bliski zbudowania eurazjatyckiej osi Moskwa-Berlin, rozciągającej się od Władywostoku po Lizbonę, spuścił swoje „imperium energetyczne” w wyniku tyleż zbrodniczej co durnej inwazji na Ukrainę, w geopolitycznym klopie. Tak, oczywiście, że Rosji pozostaje więcej możliwości niż by chciały hurraoptymistyczne w tym zakresie „wiodące media”. Oczywiście, że Rosja prawdopodobnie zdąży przelać jeszcze wiele krwi. Ale, to, że szybko przejada gromadzone przez lata zasoby, które nie będzie łatwo odbudować, jest faktem. To, że rozpada się jej strefa wpływów, a na Kremlu rozpoczęły się walki buldogów pod dywanem, również jest faktem. Wiele wskazuje na to, że na Kremlu zapadła decyzja o wejściu w co najmniej nową „zimną wojnę” z Zachodem. Zapewne pomoże to za nową „żelazną kurtyną” przez jakiś czas zachować jaką taką spójność wewnętrzną, ale jak zimna wojna i wyścig zbrojeń skończył się dla Związku Radzieckiego? A jak skończy się dla słabszej Rosji w starciu z oczywiście również słabszym, ale jednak posiadającym wielokrotnie większe zasoby i potencjał Zachodem?

Leśniczy

Tę listę można by ciągnąć dalej, ale i bez tego tekst jest znowu za długi. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zbliżamy się do jakiegoś przesilenia. Mamy niewątpliwie sytuację kryzysową, rzeczywistość wymusza na fircykach porzucenie postpolityki i zakasanie rękawów. Mimo to zarówno główni, jak i drugoplanowi aktorzy zdają się nie dorastać do swoich ról.

I jak tu nie zadawać sobie pytania, parafrazując znany, choć mało śmieszny dowcip, czy nie pojawi się w końcu jakiś leśniczy, który rozpędzi to po kątach, uznając, że ma wystarczająco dużo siły żeby „zaprowadzić porządek”?

Collage: h/ re

WLATER ALTERMANN: Unia i biurokratyczne fanaberie europejskie z korupcją w tle

W felietonie „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ. I zdaje mi się, że całkiem logicznie udowodniłem, że ONZ jest organizacją martwą i tym samym nieskuteczną, nie realizującą swych statutowych celów. Jedyne cele jak ONZ ma na celu to zachowanie i wzrost dobrobytu i dobrostanu własnych urzędników. Co prawda pojęcie „dobrostan” dotyczy dobrych warunków życia zwierząt hodowlanych, ale jest adekwatne do problemu dobrego, zasobnego i spokojnego życia urzędników tak ONZ jak i UE, więc nikogo nie obrażam, stwierdzając jedynie stan faktyczny. Teraz zajmiemy się rolą i funkcjonowaniem Unii Europejskiej.

U podstaw Unii Europejskiej legły najszczytniejsze ideały, mające zapobiec kolejnym wojnom europejskim. Przypomnijmy, że II wojna światowa wybuchła w 21 lat od zakończenia pierwszej. Obie te wojny nie były też pierwszymi wojnami na wielką skalę, toczonymi na terytorium Europy. Przyczyny były zawsze te same – próby dominacji jednych państw nad drugimi. Ale powodem podstawowym była zawsze walka o przewagi w produkcji i zbytu, czyli szeroko rozumiane rynki – europejskie i kolonialne.

Miłe złego początki

Początkiem integracji europejskiej było powołanie w 1952 roku Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, z której w 1958 roku powstała Europejska Wspólnota Gospodarcza. Unia Europejska jest zaś bezpośrednią następczynią EWG. Od czasu wejścia w życie traktatu lizbońskiego, tj. od 1 grudnia 2009, podstawę prawną funkcjonowania stanowią Traktat o Unii Europejskiej (znany także jako traktat z Maastricht) oraz Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Obecnie Unię tworzy 27 państw.

Unia Europejska zmierza jednak w kierunku bycia nowym tworem – potężnym państwem ponadnarodowym. I tu powiedzmy od razu, że ten kierunek wyznaczają obecnie dwie siły, w łonie UE.

Pierwsza siła upaństwowienia UE – niezaspokojone ambicje Niemiec i zmęczenie Francji

Pierwsza z tych sił to Francja i Niemcy. Oba te państwa, chcą nowego tworu, w którym mogłyby dominować – w oparciu o fakt, że są to państwa najliczniejsze i najsilniejsze ekonomicznie.

Ostatnio – niedościgniony w swych makabrycznych bon motach – kanclerz Olaf Scholz powiedział, że Niemcy są już gotowe do przyjęcia na siebie przewodnictwa w Unii Europejskiej i zajęcia w niej należnego Niemcom miejsca. Pół roku wcześniej domagał się, aby Niemcy zostały stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Zdaje się, że bez przewodzenia komukolwiek Niemcy są historycznie nieszczęśliwi. Koncepcje co do roli Niemiec w świecie popsuła jednak Scholzowi wojna rosyjsko-ukraińska, a konkretnie dwuznaczna, pełna pokrętnych słów i działań postawa samego Scholza. Ta zastanawiająca moralnie i wielce dwuznaczna rola Niemiec w wojnie rosyjsko-ukraińskiej bierze się stąd, że Niemcy nie chcą dopuścić do obniżenia poziomu życia Niemców – jak stwierdził sam Scholz. Stąd wszelkie embarga i restrykcje przyjmowane są jak wspomnienie alianckiego bombardowania Hamburga czy Drezna. Przy czym dzisiejsi Niemcy jakby akceptowali własne zgodnie w II wojnie światowej, ale odwet aliantów traktują jak nieuzasadnione zbrodnie. Zaiste – historia niczego nie uczy, a megalomania Niemców nie ma granic przyzwoitości.

Co do Francji – widać, że jest zmęczona Europą, światem i samą sobą. Być może Francuzi ciągle przeżywają utratę Indochin? Zdarzało się już w przeszłości, że jacyś władcy, a nawet całe narody odczuwały zmęczenie własną władzą i popadały z nudów pod cudzą dominację.

Druga siła zjednoczenia UE – urzędnicy 

Urzędnicy Unii Europejskiej zachowują się tak, jakby UE już była państwem, a przynajmniej musiałby nim natychmiast zostać. Nawiązują przy tym do Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. To istne kuriozum. Przez kilka stuleci Cesarstwo Rzymskie było związkiem państw, owszem – ale na jego czele zawsze stał cesarz, który jednocześnie był królem najsilniejszego z państw tego tworu. Tak było począwszy od Karola Wielkiego – protoplasty Cesarstwa.

Tymczasem dzisiejsze władze Unii są tylko i jedynie władzami grupy urzędników, którzy żadną ziemią, krajem i państwem nie zarządzają. Tym samy Unia staje się władzą nadrzędną nad realnie działającymi pastwami. I to jest czysta abstrakcja na tle realnych dziejów Europy.

Zwróćmy też uwagę, że urzędnicy Unii Europejskiej coraz intensywniej działają nie na rzecz państw członkowskich, które im płacą za bycie urzędnikami, ale na rzecz przyszłego mega-państwa, które ma powstać na gruzach UE. Ułatwia to urzędnikom UE obecna struktura organizacyjna i zakres kompetencji jej organów.

Tako o sobie samej rzecze Unia

Wpadła mi właśnie w ręce broszura Unii Europejskiej z roku 2020, przeznaczona dla młodzieży, w której można przeczytać:

Parlament Europejski reprezentuje obywateli UE. Posłowie do Parlamentu Europejskiego są wybierani przez tych obywateli w wyborach bezpośrednich, które odbywają się co pięć lat… W skład Parlamentu wchodzi 750 posłów z wszystkich państw UE. Większe kraje ze względu na swoją wielkość mają więcej posłów niż mniejsze państwa… Parlament podejmuje decyzje dotyczące prawa europejskiego wspólnie z Radą. Jeżeli Parlament i Rada nie mogą osiągnąć porozumienia co do aktu prawnego, nowe przepisy nie wejdą w życie. Parlament wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej i zatwierdza cały zespół 27 członków Komisji – komisarzy. Parlament zatwierdza również budżet Unii Europejskiej.”

Broszura informuje również o Radzie Europejskiej: „Rada Europejska składa się z prezydentów lub premierów państw UE. Spotykają się oni przynajmniej cztery razy do roku. Ich posiedzenia nazywane są „szczytami europejskimi”. Rada Europejska ustala główne priorytety UE i ogólne kierunki polityki. Kieruje nią przewodniczący, który jest wybierany co 2,5 roku. Rada Europejska nie przyjmuje unijnych aktów prawnych. Jest to zadanie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej.”

A taką informację w broszurze znajdziemy o Radzie Unii Europejskiej: „Rada Unii Europejskiej reprezentuje rządy państw UE. W Radzie ministrowie ze wszystkich krajów UE spotykają się, by omawiać sprawy UE i podejmować decyzje dotyczące polityki i prawa UE. To, że niektórzy ministrowie uczestniczą w posiedzeniach, zależy od tematu dyskusji. Na przykład, jeżeli posiedzenie dotyczy zanieczyszczenia powietrza, wówczas spotykają się ministrowie środowiska. Jeśli głównym tematem dyskusji jest bezrobocie, zbierają się ministrowie odpowiedzialni za zatrudnienie i sprawy społeczne.”

Taka struktura, dająca wybranym do parlamentu Europejskiego posłom, wedle klucza wielkości ludności państw członkowskich, właściwie nieograniczone możliwości zrodziła się z hipokryzji niektórych państw członkowskich, a najbardziej z zakłamania władz Niemców i Francuzów.

Hipokryzja wielkich państw

Hipokryzja w polityce to ukrywanie istotnych celów, którymi kierują się dani politycy. Chcący ukryć swoje prawdziwe intencje, zawsze dużo mówią o duchu praw, miłości między narodami, humanizmie, testamencie ojców i odpowiedzialności przed następnymi pokoleniami. Czasem hipokryci powołują się jeszcze na Boga.

Hipokryci z Niemiec, Francji i w mniejszym stopniu z Hiszpanii i Włoch, stworzyli potwora, jakim dzisiaj jest UE. Nie chcąc sami występować z własnymi pomysłami co do przyszłości Europy, wysługują się unijnymi urzędnikami.

Parlament UE jako przykrywka dla pomysłów rządów

Jeżeli ktoś uznałby moje rozumowanie za niezgodne z prawdą, to pytam: po co komu jest Parlament Europejski? Na co każdemu z 27 państw członkowskich utrzymywanie eurokratów, opłacanych nad wyraz niegodziwie wysoko. Na potwierdzenie mojej tezy, o zbyteczności Urzędników Unijnych przywołam raz jeszcze broszurę samej Unii, dla młodzieży:

„Codzienną pracę Komisji wykonuje jej personel administracyjny, eksperci, tłumacze pisemni i ustni oraz asystenci. Rekrutacją urzędników Komisji – tak jak i pracowników innych instytucji UE – zajmuje się Europejski Urząd Doboru Kadr. Urzędnicy ci są obywatelami krajów UE, wybranymi w trybie otwartych konkursów. W Komisji pracuje około 33 000 osób. Liczba ta może wydawać duża, ale w rzeczywistości jest mniejsza niż liczba pracowników administracji większości dużych miast w Europie.”

Zakłamanie autorów broszury jest równe zakłamaniu polityków największych państw składowych UE. Porównanie tej armii unijnych urzędników do urzędników metropolii europejskich jest bałamutne. Ci miejscy urzędnicy za coś konkretnie odpowiadają, choćby za miejski transport, inwestycje użyteczności publicznej, wodociągi, kanalizacje, szkoły i przedszkola, służbę zdrowia. A za co odpowiadają urzędnicy UE? Za wymyślanie kolejnych przepisów i pilnowanie, żeby realnie pracujący ludzie ich przestrzegali. Toż to samonapędzająca się maszyna biurokracji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie fakt, że parlamentarzyści europejscy i tysiące urzędników żyją naszym kosztem. A żyją na poziomie prawdziwie światowym. Dzisiejsza warstwa urzędników unijnych jest nową klasą próżniaczą Europy. Podobnie jak urzędnicy ONZ.

Powiedzmy jeszcze jedno. Utarło się mówić, że są jakieś „pieniądze unijne”.  Nic bardziej bałamutnego. To są nasze polskie pieniądze, tyle że w kieszeni eurokratów.

Współczesna klasa próżniacza

Pojęcie klasy próżniaczej wprowadził Thorsten Veblen na przełomie XIX i XX wieku. Określało ono zbiorowość ludzi nastawionych na ostentacyjną konsumpcję. Veblen swoje obserwacje odnosił do elity biznesu Stanów Zjednoczonych – finansistów i spekulantów giełdowych. W wydanej w 1899 roku książce Teoria klasy próżniaczej opisywał ówczesne formy ostentacyjnej konsumpcji, zajęć nieproduktywnych oraz instytucji społecznych podtrzymujących klasę próżniaczą.

Veblen urodził się za wcześnie i tym samym nie znał obecnego świata urzędników ponadnarodowych organizacji quasi państwowych. A to przecież oni – ci urzędnicy – są jak huba na drzewach. Żyją naszym kosztem, jednocześnie mając nas za nic.

Dzisiejszy Parlament UE jest swoistym Hyde Parkiem. Każdy mówi nie na temat, ale za to co chce. Szczególnie bawią mnie – a jest to mój śmiech przez łzy – tzw. postępowcy, na przykład zieloni. Nie zauważają oni wojny, nie dostrzegają też katastrofy na rynku paliw, nie przewidują, że ludzie mogą zamarzać. Oni wciąż tylko o naturze, o czystym powietrzu, wodzie i ziemi. Naprawdę piękna to działka, ale przecież Parlament Europejski działa w określonych warunkach. Można postulować zakaz produkcji mięsa, bo krowy zatruwają atmosferę, można zakazywać spalania węgla, używania energii atomowej, ropy naftowej i gazu. Można, tylko jak to się ma do życia zwykłych ludzi? Zdaje mi się, że ci postępowcy gotowi są bronić Ziemi do ostatniego człowieka.

Parlament UE do kasacji

Moim zdaniem Parlament Europejski powinien zostać zlikwidowany. Nie rozumiem bowiem jego roli, w sytuacji, gdy każde z 27 państw członkowskich ma już własny parlament. Więc mam pytanie: czy Parlament Europejski jest ponad tym 27 parlamentami?

Przyszłość Unii Europejskiej powinna być uratowana poprzez likwidację Parlamentu oraz drastyczne ograniczenie armii urzędników. Przecież z 33 tys. tych zatrudnionych w UE dałoby się sformować kilka dywizji wojska. Tu przypomnę, że jeszcze kilkanaście lat temu kilka państw, w tym Polska, mówiło o potrzebie stworzenia armii europejskiej. Wtedy ze strony Niemiec i Francji rozległ się gromki śmiech i pytanie” „A z kim to mielibyśmy walczyć?”

Przyszła UE powinna być związkiem wolnych państw, bez żadnej czapy, która wzięła się z działań „od czapy”. Wszystkie problemy zaś, które są, były i będą, powinny być rozwiązywane poprzez rozmowy i decyzje wypracowywane przez delegowanych przez rządy ambasadorów, czy też stałych przedstawicieli rządów w UE. I ci delegowani przez dane państwo urzędnicy układaliby się z pozostałymi delegatami co do odpowiednich działań.

Tak jak jest teraz, to kpina ze zdrowego rozsądku, marnotrawstwo dużych pieniędzy i chaos, powodowany przez urzędników. Albo też celowe działanie największych państw Europy. Bo taki układ jaki jest obecnie służy tylko niektórym państwom – na przykład – Francji i Niemcom. Bo mogą one chować się za plecami Unii. I mogą te państwa załatwiać swe interesy z tylnego siedzenia.

Polski ślad w Unii Europejskiej

Polska bierze aktywny udział w pracach UE, w tym Parlamentu Europejskiego. Ale też nasze partie upychają w Parlamencie Europejskim swoich ludzi, których – dla dobra partii – najlepiej jest wysłać za granicę – choćby do UE – niż mieliby siedzieć na miejscu i rozrabiać, stroić niezadowolone miny i krytykować partie-matki.

Mam podejrzenia, że wszystkie partie delegują – do wyborów z biorących miejsc – takich swoich polityków, którzy powinni zniknąć z oczu wyborców na jakiś czas. Przy czym jest to bardzo eleganckie wysłanie: za wspaniałą pensję, luksusowe mieszkania i za ogromny dodatek do polskiej emerytury. Naprawdę, od strony materialnej patrząc, wysyłani nie powinni narzekać.

Mamy zatem w Parlamencie UE co najmniej kilkoro byłych premierów i kilkoro wicepremierów, z których żadne nie jest w Brukseli w nagrodę za to, co zrobił w Polsce.

 

HUBERT BEKRYCHT: Czego i sobie (nie) życzę…

Nadszedł wreszcie, ale nic się w nim nie zmieni, jeśli my się nie zmienimy. Czy rok 2023 ma jakąś cudowną moc, która przepędzi zło całego świata? Nie, po prostu rok 2022 był pod wieloma względami szczególnie zły.

Należy jednak oddzielić sytuację międzynarodową spowodowaną rosyjską napaścią na Ukrainę oraz kryzys gospodarczy od tego, co nam się zdarzyło w życiu. Nie mamy jeszcze wojny, nie przymieramy głodem, jest prąd, w domach ciepło… Trudny czas na świecie powoduje, jak w mijających miesiącach, bezprzykładną międzyludzką Solidarność. Tak było w minionym roku.

W mediach było w 2022 roku różnie – histerycznie, jak w polityce; patriotycznie, jak w życiu społecznym; wróżbiarsko, jak w gospodarce; specjalistycznie i ekspercko, jak w piłce nożnej.

Ten rok, 2023, może być dla mediów wolnego, demokratycznego świata przełomowy. Trzeba jednak podwyższyć poziom komunikowania się z odbiorcą. Nie można posługiwać się, jak od kilku lat, fake newsami, które kilka dni po publikacji będą powoli wycofywane, a „winę” zrzuca się na inne publikatory. Ludzie, być może, to jeszcze kupią, ale za kilka lat nikt już nie uwierzy w redakcyjne słowo pisane i mówione.

W mediach społecznościowych, zamiast wierzyć lub nie wierzyć miliarderom trzeba w końcu przestać nurzać się w pogłoskach i na nie odpowiadać. Same internetowe enuncjacje nie zmieniają świata. Robią to potwierdzone informacje.

Zrezygnujmy w mediach z przedstawiania świata poprzez okulary prasy bulwarowej. Plotkarskie portale nie zastąpią rzetelnych wiadomości. Powtórzyć należy, że tabloidyzacja rzeczywistości w końcu wzbudzi lęk odbiorców i media publikujące półprawdy w końcu upadną, tylko koszt społeczny tego procesu będzie ogromny.

Nie wstydźmy się swoich poglądów. Dziennikarz powinien je mieć i – poza czystą informacją – powinien używać mózgu i swoich zasad a nie tylko algorytmów popularności mediów, dla których pracuje.

I chyba najważniejsze, przestańmy w końcu ciągle zajmować się innymi mediami. Nie bądźmy społecznymi kanibalami, bo w końcu zjemy siebie i nasz dorobek.

Czego w Nowym Roku 2023 dziennikarzom, pracownikom redakcji, właścicielom mediów, politykom i sobie życzę.

 

Życzenia nie są de facto naszą projekcją tego, co ma się zdarzyć a w istocie tego, co już było. I będzie? Zdj. Wystawa dawnego sprzętu do projekcji filmów w łódzkim kinie "Charlie" - 2021 r. Fot. archiwum/ HB

WALTER ALTERMANN: Życzenia na Nowy Rok albo, jak nam się podoba…

Pozwalam sobie złożyć Państwu moje serdeczne, z serca i umysłu płynące życzenia na Nowy Rok 2023.

Życzenia podzieliłem na dwa zasadnicze bloki życzeniowe: prywatne i publiczne. Co by nie mówić, to nawet najbardziej zaangażowani społecznie i politycznie osobnicy mają przecież życie prywatne – rodziny, bliskich, kochanych. Jeżeli zaś nie mają, to tym gorzej dla nich i nic tu nie da się zaradzić, bo właściwie ciężko im życzyć czegokolwiek.

Życzenia prywatne

Życzę Państwu wszystkim zdrowia, dla Was i Waszych Bliskich. Życzę też trochę ludzkiej sympatii i odrobiny szczęścia, bo jak wiemy ci na Titanicu byli zdrowi, ale zabrakło im szczęścia.

 Życzenia publiczne

Moje życzenia publiczne można właściwie określić jednym pojęciem – życzę nam wszystkim spojrzenia na współczesną Polskę i świat okiem anarchisty. Ja wiem, że od ponad stu lat anarchiści nie mają dobrej opinii, ale też przyszło im zmierzyć z najpotężniejszymi przeciwnikami świata tego. Byli zwalczani ostrzej niż faszyzm i komunizm razem wzięte. Anarchizm zakładał bowiem walkę z państwem jako organizacją społecznego ucisku, aż do zupełnego unicestwienia państwa. Może anarchiści przesadzali, ale obecny stan rzeczy dowodzi, że trochę racji jednak mieli.

Z każdym dziesięcioleciem bowiem umacniają się w świecie i Polsce tendencje supremacji państwa nad obywatelem. Niemal z każdym rokiem maleje sfera wolności osobistej obywateli. I nie tylko w Chinach czy Rosji. Państwa umacniają swoją „państwowotwórczą” rolę, wmawiając obywatelom, że jedynie silne państwo potrafi ich obronić, nakarmić, wykształcić i dać „godziwą” rozrywkę.

Mam podejrzenia, że władzom wszystkich państw świata mniej jednak chodzi o „dobrostan” obywateli, a bardziej o samą władzę.

Kto komu siedzi na plecach?

Pamiętają Państwo ze szkoły średniej satyryczny rysunek – z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej – na którym widzimy zgiętego chłopa, niosącego na swych plecach wielce zadowolonych: arystokratę i biskupa? Taką mamy też sytuację i teraz. Przy czym dzisiaj księża już tak bardzo nie ciążą społeczeństwu, arystokratów już nie ma…, ale za to ich miejsce na chłopskim karku zajęły dziesiątki współczesnych darmozjadów.

Komu służy państwo?

Odnoszę wrażenie, że to tak lirycznie opiewane państwo właściwie służy tymże niesionym nygusom. Świat współczesny polityków do perfekcji opanował techniki wmawiania ludziom, że politycy żyją jedynie dla dobra ludu, społeczeństwa, narodu. I to dlatego politycy męczą się, nie śpią, nie jedzą, nie spółkują, nie mają wakacji… Malują przed swymi wyborcami własny obraz na podobieństwo Szymona Słupnika.

Zdanie wyżej napisałem, że wmawianie obywatelom całego świata „mesjanistycznej” misji polityków doprowadzono do perfekcji, ale przecież codziennie ukazywane są nowe pomysły ukazujące poświęcenie klasy politycznej świata. I coraz to nowe mamy przykłady Świętych Polityków.

Taką manipulację ułatwia i to, że bezpardonowa walka między politycznymi obozami pozwala ciągle kreować nowych Świętych Alternatywnych. Jeżeli komuś nie odpowiada wizerunek polityki liberalnej, to przeciwna partia natychmiast podsuwa nam obraz polityki nostalgicznej, sentymentalnej i głęboko uduchowionej. I my wybieramy, mając przekonanie, że był to jakiś istotny wybór. Tymczasem zmiana nastroju nie powoduje, że choroba minęła. I tak to żyjemy w świcie pozornych wyborów i jedynie teoretycznych różnic.

Ale przejdźmy do poważnych przykładów.

Organizacja Narodów Zjednoczonych

Jest to najbardziej „nic nie mogąca” z wielkich światowych organizacji. Bo tak naprawdę nic nie jest w stanie załatwić. Jej struktura jest tak zbudowana, że najwyższa władza ONZ, czyli Zgromadzenie Ogólne jest właściwie forum do przedstawiania przez każde z państw członkowskich własnych poglądów, przekonań, urazów i oczekiwań. Natomiast istotną władzę ma Rada Bezpieczeństwa, której decyzje może zablokować każdy z jej stałych członków, a są to: USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania i Chiny.

I to, dlatego ONZ nic nie może zrobić w sprawie napaści Rosji na Ukrainę, tak jak martwe pozostały wszystkie uchwały Zgromadzenia Ogólnego w sprawie zagarniania przez Izrael ziem Palestyńczyków.

Przypomnę, że poza Zgromadzeniem Ogólnym (General Assembly) i Radą Bezpieczeństwa (Security Council) istnieje jeszcze w strukturach ONZ Rada Gospodarcza i Społeczna (Economic and Social Council), Sekretariat (UN Secretariat), Rada Powiernicza (Trusteeship Council) i Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (International Court of Justice).

I są to podmioty zatrudniające w sumie tysiące ludzi, dobrze opłacanych, z wysokimi emeryturami, świetnymi warunkami mieszkalnymi, prawem do darmowych podróży po świecie. I dysponujące ogromnymi kwotami na podstawową działalność.

Teoretycznie jedynie UNESCO, jedna z córek ONZ, przynosi jakiekolwiek realne korzyści, niosąc pomoc ubogim krajom, społeczeństwo czasu wojny. Ale nie przesadzajmy, bo i z tą organizacją związane są potworne afery korupcyjne.

A sami sekretarze generalni ONZ? Nie zabrakło wśród nich wielkich aferzystów a nawet byłego austriackiego SS-mana Kurta Waldheima, który ukrywał swą mroczną przeszłość hitlerowca, bezwstydnie kłamał i kręcił.

Zatem, po co komu taka organizacja?

Odpowiedź jest prosta. ONZ jest bardzo potrzebna zatrudnionym w niej politykom, pomocnikom tychże polityków, personelowi technicznemu i merytorycznemu. No i rodzinom tychże pracowników ONZ. I tysiącom specjalistów, którzy piszą różne raporty. Owszem, istotne bywają raporty ONZ, przedstawiające niełatwe sytuacje w różnych regionach świata. Tyle, że praktycznie nic z tej sowicie opłacanej pracy specjalistów ONZ nie wynika. Bo albo Rosja z Chinami, albo USA Francja z Wielką Brytanią blokują jakiekolwiek realne działania.

Z tymi ONZ-owskim diagnozami jest tak jak z pacjentem, który wraca z prywatnej wizyt u profesora do domu i mówi do zony:

– Ten profesor Kowalik to fantastyczny lekarz. Sumiennie mnie zbadał – wykrył mi trzy poważne schorzenia!

– I co ci zapisał?

– Nic, bo lekarstwa są bardzo drogie, ale diagnoza jest rewelacyjna.

– Tyś oszalał, po co komu taki lekarz? – mówi żona.

– Po co? Po co? Przecież gdzieś ten chłop musi zarabiać. On ma żonę, trójkę dzieci, psa… i podobno kochankę. On ma dużą społeczną odpowiedzialność.

Niebawem zajmiemy się przypadkami Unii Europejskiej oraz polskiego parlamentu – przyjmując anarchistyczny punkt widzenia. Też będzie śmiesznie i strasznie zarazem.

 

Fot. domena publiczna

WALTER ALTERMANN: O takich, co chcieliby zastąpić polski angielskim

Ostatnio jakiś publicysta pisał w internecie, że przeciwko powszechnemu już w kraju naszym zastępowaniu języka polskiego przez angielski występują ci, którzy angielskiego nie znają. Bardzo interesujący przykład nowoczesności na siłę i ogromnego szacunku dla własnej tożsamości.

I co ja na to? Mam dla tego pana cytat z „Zemsty” Aleksandra Fredry. Oto dialog Papkina z Rejentem:

Rejent

Mówże waszmość, trochę ciszéj,

Jego sługa dobrze słyszy.

Papkin

Mówię zawsze podług woli.

Rejent

Ależ bo mnie głowa boli.

Papkin (jeszcze głośniej)

Że tam komu w uszach strzyka

Albo że tam czyj łeb chory,

Przez to nigdy w pieśń słowika

Nie odmienią głos stentory.

Jestem za powszechną i dobrą znajomością w Polsce języków obcych. Pod warunkiem wszakże, że znajomość rodzimego języka, tradycji, kultury pozwoli się naszym dziennikarzom i politykom wysławiać się po polsku chociaż na 3+.

W Polsce angielszczyzna pokonuje także francuski

TVP Info, 16 12 2022 r. Dziennikarz przedstawia sprawę, która miała miejsce: „w znanej francuskiej miejscowości Lajon”.

Nie wiem komu co tam jest znane, ale zdaje się, że dziennikarzowi chodziło o Lyon. W istocie miasto starożytne, którego nazwa w języku polskim brzmi – Lion, lub Lią. I naprawdę nie bardzo mnie wciąga, że tekst ten przetłumaczył ktoś z angielskiego. Bardzo mnie natomiast zasmuca, że ten co tłumaczył i ten co mówił, nie słyszeli dotychczas o Lyonie. Lyon nie jest małą prowincjonalną mieściną.

Ku nauce tych dziennikarzy zacytuję tu encyklopedię: Lyon (rzymskie Lugdunum) – miasto w środkowo-wschodniej Francji, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Alp. Jest trzecim co do wielkości miastem w kraju (po Paryżu i Marsylii). Miasto liczy 1 685 494 mieszkańców.

Lud trzyma się dzielnie na bojsku

Dziennikarz mówi, że o sprawie poinformowały „tablojdy”. To tak jakby mówił, że zawodnicy grają na „bojsku”. Bojsko mówiło w latach mej młodości wielu ludzi, raczej niewykształconych. Ale dzisiaj, kiedy matura jest już prawie obowiązkowa dla wszystkich? Taka ludowa wymowa chyba nie uchodzi?

Edycje procesów

TVN 24, 23.12.2022 r. Pobudzona do granic emfazy dziennikarka sprzed sądu w Białymstoku informuje, że jakiś proces ma już „drugą edycję”. I powtarza ten zwrot jeszcze dwa razy. Rzecz w tym, że opisywana przez dziennikarkę kryminalna sprawa po raz drugi trafiła do sądu. Unieważniony został pierwszy wyrok sprzed wielu lat i sąd wobec nowych okoliczności jeszcze raz sprawą się zajął. Zdarzają się i takie sprawy. Rzecz jednak w tym, że dziennikarce przyszło do głowy, żeby określić ten stan rzeczy jako „drugą edycję” sprawy.

Póki co edycja to: 1. ogłoszenie dzieła drukiem, wydanie płyty, kasety itp.; 2. jednorazowy nakład dzieła, jednorazowe wydanie płyty, kasety itp.; 3. przygotowanie tekstu do druku; 4. jedna z cyklu regularnie odbywających się imprez.

Ten ostatni przykład jest jednak mocno naciągany i świadczy jedynie, że rynek rozrywki pragnie nadać sobie powagi. W sumie jednak nikt – poza cytowaną dziennikarką – nie nazywał jeszcze powtórnego procesu „drugą edycją”.

Znam jeszcze takie pojęcia jak: editio expurgata, editio ad usum delphini… Może jednak niepotrzebnie o tych dwóch przypadkach napisałem, bo obawiam się, że za chwilę jakiś dziennikarz powie, że wyrzucenie z boiska jakiegoś piłkarza z boiska za faul, po raz drugi w bieżącym miesiącu, to drugie editio expurgata.

Zaopiekowana pani poseł

Pojęcie „zaopiekowany” jest rodem z nauk medycznych. Medycyna jest stara jak świat i wolno jej mieć na własny użytek słówka klucze. Tym bardziej, że medycyna się rozwija – przynajmniej na własny użytek – i jakoś musi się szybko sama z sobą komunikować.

Ale szlag może trafić, gdy słyszę po zasłabnięciu jednej z pań posłanek, że: „Pani poseł jest już zaopiekowana”. A nie mógł ten inny ważny poseł powiedzieć – „Pani poseł jest już pod opieką lekarzy?” Co prawda ów poseł ma jakieś wytłumaczenie swego żargonu, bo też jest lekarzem.

Poza tym w zwrocie „jest zaopiekowana” pani poseł staje się przedmiotem sytuacji, tak jak zgubiona walizka, którą się ktoś zaopiekował. A przecież pani poseł jest jednak podmiotem sprawy, zatem taktowniej byłoby jednak stwierdzić, że panią poseł już się zaopiekowali lekarze. Niby drobiazg, ale czyż nie świadczy o odhumanizowaniu naszej medycyny i uprzedmiotowieniu pacjenta?

Jeszcze trochę dziwactw z Mundialu

Odnieśli porażkę – mówi sprawozdawca. Nie wie, że odnieść można zwycięstwo, a ponieść porażkę. Te dwa tak różne zwroty wiążą się z antykiem, gdy Grecy wysyłani w bój mieli wracać z tarczą. albo na tarczy. Z tarczą wracali zawsze zwycięzcy, a na tarczy chwalebnie polegli, odnoszeni przez współbraci z pola bitwy.

Na Mundialu, za przyczyną naszych sprawozdawców, pojawiały się też takie kłopoty językowe jak problem ze zwycięstwem. Nasi ludzie w Katarze nie bardzo wiedzieli, że „zwyciężyć” można w danym meczu, można też „zwyciężyć” przeciwnika. Ale nie można „zwyciężyć nad przeciwnikiem”.

Poza tym, nie wiem, dlaczego nasi sprawozdawcy unikają jak ognia tak prostych pojęć jak: mecz, gra, walka, przegrana, wygrana, podał piłkę, kopnął, zatrzymał piłkę. Może wstydzą się tego co robią i chcieliby być doktorami wszechnauk? Jak mnie irytują te ich współczesne słówka: zaadresował piłkę, presował, tak to wygląda z naszej perspektywy, patrzenie przez pryzmat gości oraz progres. Oni naprawdę robią wszystko, żeby „abominować mi futbol”.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kordian i Emigranci oraz Emigranci i Kordian

Obejrzałem ostatnio dwa spektakle Teatru Telewizji TVP. Pierwszy to „Kordian” Juliusza Słowackiego, drugim są „Emigranci” Sławomira Mrożka. Jeżeli w jednej recenzji chcę zająć się tak różnymi spektaklami, to dlatego, że warto porównać nie utwory, ale dwa sposoby realizacji teatru w telewizji.

„Kordian” wyreżyserowany przez Zbigniewa Lesienia miał premierę 20 listopada 2022 roku w TVP. „Emigranci”, w reżyserii Kazimierza Kutza, których przypomniała właśnie TVP miał premierę w 1995 roku.

Zacznijmy od tego, że oba dramaty są niezwykle trudne dla reżysera i aktorów, a głównie przez to, że wydają się łatwe. Treść jest przez autorów podana jasno, role dla aktorów skrojone są dobrze, a nawet wspaniale. Teoretycznie nic tylko grać i cieszyć się sukcesem.

Niestety, dla realizatorów, oba te dramaty najeżone są zaporami z zaostrzonych pali, głębokimi wilczymi dołami i minami – żeby użyć tak „modnych” w wojennym czasie metafor.

Kordian

„Kordian” jest jednym z najbardziej antyrosyjskich polskich dramatów, to fakt nie podlegający dyskusji. Ma też doskonale napisaną przez wieszcza fabułę, co podnosi atrakcyjność utworu. Jest to też jeden z najwybitniejszych naszych tekstów doby romantyzmu. Być może te trzy fakty skusiły dyrekcję Teatru TVP oraz reżysera do wzięcia dzieła „na warsztat”.

Jednakże wynik prac nad „Kordianem” jest wysoce zatrważający. Już samo powierzenie reżyserii panu Zbigniewowi Lesieniowi budzi zdziwienie, wobec zauważalnego braku dotychczasowych większych osiągnięć reżyserskich, tak w teatrze, jak w telewizji. Oczywiście zdarzają się w sztuce genialne debiuty i niespodziewane odkrycia, ale w przypadku „Kordiana” zalecane by było zachowanie daleko idącej ostrożności.

Kilka romantyzmów w jednym worku

„Kordian” jest utworem romantycznym, a rok 2022 ogłoszony został rokiem polskiego romantyzmu. Mam jednak podejrzenie, że ci, którzy wpadli na ten pomysł nie do końca chyba zdają sobie sprawę, że mamy kilka „romantyzmów” i to bardzo różnych. Inny jest romantyzm Mickiewicza i Słowackiego, inny jeszcze Krasińskiego. A mamy też romantyzm Fredry. Naprawdę twórczość tych autorów łączy bardzo niewiele – poza tym, że tworzyli w tym samym czasie.

Romantyzm Słowackiego to walka o wolność, nie tylko narodową. Jego bohaterowie mierzą się z obciążeniami własnej, osobistej niewoli, z własna niemożnością i ograniczeniami. Romantyzm europejski oznacza też mrok duszy, niezawinione cierpienie, przekleństwo losu, śmierć. I te podstawowe cechy romantyzmu znajdujemy w pełni w utworach Słowackiego, także w „Kordianie”.

„Kordian” jest utworem mrocznym. Tytułowy bohater jest skazany na klęskę. I o tym mówi część pierwsza, ukazująca dorastanie bohatera. Niestety pan Lesień nieznośnie poszatkował utwór, upychając sceny początkowe w późniejszy tok akcji. I jest z tego zburzenia struktury utworu niezwykle zadowolony, skoro w wywiadzie mówi tak:

– Mój pomysł inscenizacyjny polega na „odwróceniu narracji” – opowiedzenie dramatu jako „film dziejący się w głowie” umierającego Kordiana po salwie plutonu egzekucyjnego. „Ufilmowienie” tego dzieła, realizowanego w naturalnych wnętrzach i plenerach spowoduje, że ten trudny dramat napisany wierszem w 1833 roku stanie się zrozumiały dla dzisiejszego widza.

Jest co prawda w dorobku polskiej literatury utwór „dziejący się w głowie umierającego księcia”, ale Juliusz Słowacki to nie Tadeusz Miciński, i zupełnie inna epoka.

Skutek pomysłów reżysera jest taki, że nagle, ni pri czom, Kordianowi na moment przed rozstrzelaniem jawi się Laura – jako jedna z osób, mających oglądać egzekucję. Zresztą scena z Laurą jest skrócona do kilku zdań, skutkiem czego zupełnie nie wiadomo kto ona i o co jej chodzi. Nie wiemy, że to zawiedziona do Laury miłość pchnęła Kordiana do narodowego czynu – zresztą zgodnie z duchem romantyzmu.

Filmowa dosłowność nie jest sztuką

Czym zatem jest „Kordian” w reżyserii pana Lesienia? Jest mdłą, werystyczną opowiastką o jednym takim, co chciał zabić cara, taką przygodową historyjką w kostiumach z lat dwudziestych XIX wieku. Wszystko utopione jest zresztą w okropnych kostiumach, mających być wiernymi kopiami z epoki. Jakby tego było mało duża część akcji toczy się w naturalnych wnętrzach, marnie zresztą oświetlonych.

A od teatru, także w telewizji oczekiwałbym kreacji, tworzenia własnych przestrzeni, służących budowaniu nastroju, mających być znakiem i wyrazem myśli autora. Nic takiego nie zaistniało. A już scena finałowa budziła śmiech. Otóż reżyser zadysponował, że rozegra się ona na prawdziwym hipodromie. Myśl ta wzięła się zapewne stąd, że Kordian skacze przez bagnety na koniu… Słowacki umieścił ją na Placu Saskim, miejscu parad i ćwiczeń wojska.

Myślę, że reżyser niewiele wiedział o romantyzmie, niewiele też o twórczości Juliusza Słowackiego. Dlatego też jego „Kordian” stał się filmo-teatrem akcji. I dlatego na jakąkolwiek głębię duchową, na fatum losu, na tragiczne moralne rozterki nie było po prostu miejsca. Otrzymaliśmy jako widzowi  płaską bajeczkę z historii Polski.

O ile chodzi o aktorów… Było przykro patrzeć, jak nawet wybitni z nich, męczyli się. Z gry aktorskiej pozostało jedynie „zdenerwowanie ogólne” i szybko podawany tekst.

Myślę, że pan Lesień najpierw powinien zrealizować którąś z klasycznych polskich legend, też bardzo patriotycznych, ale o wiele łatwiejszych w realizacji. Podsunąłbym następujące tytuły: „O Wandzie co nie chciała Niemca”, „O złym Popielu i dobrym Piaście” oraz „O wawelskim smoku i szewczyku Dratewce”.

Z całej sprawy p. Lesienia poruszyło mnie tylko jedno. Narzekanie reżysera, że utwór jest trudny, bo pisany wierszem…. Toż to, Szanowny Panie, trzeba było nie reżyserować tego „Kordiana”. Chyba, że ktoś Pana do tego zmuszał. Jeżeli tak, to przepraszam.

I jeszcze jedno – nie ma tak dobrych sztuk, których nie udałoby się spieprzyć, panowie – że strawestuję Wojciecha Młynarskiego.

Emigranci

Na szczęście poza nowymi realizacjami TVP przypomina też po trochu swoją własną klasykę. I ku mojej radości 16 grudnia 2022 roku nadany został spektakl „Emigrantów” Sławomira Mrożka, w reżyserii Kazimierza Kutza. Rolę AA zagrał Marek Kondrat, a XX Zbigniew Zamachowski.

Sztuka należy do Złotej Setki Teatru Telewizji. I dlatego powinna być „lekturą” obowiązkową dla wszystkich reżyserów podejmujących się debiutu w telewizji.

Kazimierz Kutz genialnie poprowadził aktorów. Pozwolił im też na granie pełne ekspresji, ale bez wpadania w naturalizm. A – niestety – widywałem już i takie realizacje „Emigrantów”. Co zresztą nie dziwi, bo wybitnie reżyserował on nie tylko filmie, ale także spektakle teatralne. Mając ogromne doświadczenie i wielki talent pokazał Kutz – potencjalnie debiutującym reżyserom – jak budować sceny, jak rozkładać napięcia, czym jest tempo, a czym frazy i rytm spektakli.

Napisałem powyżej, że reżyserzy debiutujący w telewizji powinni się tego wszystkiego od Kazimierza Kutza uczyć. Jednak dopadły mnie teraz wątpliwości… Bo przecież na naukę jest czas w szkołach filmowych i teatralnych, także zaraz na początku drogi twórczej.

Kutz zbudował też dekorację, według zaleceń Mrożka. Nie szukał metafor i symboli, bo w tej sztuce nie ma na to miejsca i potrzeby. On, jako filmowiec wiedział też dobrze, że film i teatr to dwie różne dziedziny sztuki. I że obie mogą być piękne, jeśli uszanuje się ich integralność.

Po latach dotarło do mnie i to, czego nie widziałem w sztuce Mrożka wcześniej, lub widziałem słabo. A dotarło to do mnie dzięki Kutzowi właśnie. Nadał on bowiem swojej realizacji wymiar ponadczasowy, egzystencjalny. I w jego realizacji – jak w żadnej innej – obaj bohaterowie są tragiczni. Zresztą jest to cecha całej twórczości Kazimierza Kutza, że nic w jego dziełach nie jest czarno-białe. U niego nikt nie ma monopolu na rację, bo wszyscy jesteśmy uwikłani w życie – jego wielkość i małość, powagę i śmieszność zarazem.

Może dlatego tak prosto i naturalnie obdarzył obu bohaterów miłością i kpiną zarazem. Zgodnie zresztą z duchem Mrożka.

Jedna drobna uwaga

Oceniając obie realizacje – obecną pana Zbigniewa Lesienia i tę sprzed 27 lat Kazimierza Kutza – dopatrzyłem się ogromnego niebezpieczeństwa, jaki wisi na Teatrem Telewizji. Otóż, jeżeli tak mają wyglądać najnowsze produkcje Teatru Telewizji TVP, to złota setka spektakli zostanie na zawsze zamknięta i nie będzie czego do niej dopisywać. Nie powstanie zatem nigdy złota 150-tka, żeby nie mówić już o 200 – tce. Niestety Teatr Telewizji odpłynął na szerokie wody filmu, udając że jest i nie jest zarazem teatrem. To naprawdę zła podróż, pora wrócić do portu tej zasłużonej dla kultury instytucji.

Przeprosiny

Miesiąc temu napisałem recenzję z „Balladyny” Juliusza Słowackiego, w reżyserii pana Wojciecha Adamczyka. Nie była to zbyt pochlebna recenzja. Teraz, po obejrzeniu „Kordiana” w reżyserii pana Zbigniewa Lesienia, jestem winien panu Adamczykowi serdeczne przeprosiny.

Zatem przepraszam Pana za moje zbyt ostre opinie, i oświadczam, że Pana „Balladyna” jest realizacją na poziomie ekstraklasy, wobec inkryminowanej dzisiaj realizacji „Kordiana” pana Lesienia, którą należałoby umieścić w klasie okręgowej. Żeby nawiązać do piłki nożnej i Mundialu.