WALTER ALTERMANN: Zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza

16 grudnia 1922 roku w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie zamordowany został strzałami z pistoletu pierwszy Prezydent Odrodzonej Polski – profesor Gabriel Narutowicz. Mordercą był artysta malarz Eligiusz Niewiadomski.

W każdym polskim większym mieście mamy dziś ulice imienia zamordowanego prezydenta, ale czy zdajemy sobie sprawę z tego, co naprawdę stało się 122 lata temu? Czy wyciągnęliśmy, jako naród, właściwie wnioski na przyszłość? Obawiam się, że, niestety, nie.

Profesor Gabriel Narutowicz

Gabriel Narutowicz urodził się 17 marca lub 29 marca 1865 roku w Telszach na Żmudzi. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Ojciec, Jan Narutowicz – jako postępowy ziemianin – jeszcze przed ogłoszeniem manifestu powstańczego Rządu Narodowego, zniósł w swoich dobrach pańszczyznę. Za udział w powstaniu styczniowym został skazany na rok więzienia. Ojciec Jan wcześnie osierocił Gabriela, bo zmarł w rok po jego urodzeniu. Matką Gabriela Narutowicza była Wiktoria ze Szczepkowskich, trzecia żona Jana Narutowicza. To ona przejęła ciężar wychowania synów po śmierci męża. Jako kobieta wykształcona i zafascynowana filozofią oświecenia wywarła duży wpływ na poglądy młodego Gabriela. W 1873 r. postanowiła przenieść się do Lipawy, aby uchronić swych synów przed nauką w szkole rosyjskiej.

Osiągnięcia zawodowe Gabriela Narutowicza

Po ukończeniu gimnazjum w Lipawie Narutowicz podjął studia na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu w Petersburgu. Jednak nie ukończył ich z powodu choroby. Dużą część życia spędził w Szwajcarii, gdzie w latach 1886–1891 studiował na Politechnice w Zurychu.

W czasie studiów pomagał Polakom, ściganym przez carat; związany był też z emigracyjną partią „Proletariat”. Uniemożliwiło mu to powrót do kraju, gdyż władze rosyjskie wydały nakaz jego aresztowania. Przyjął obywatelstwo szwajcarskie (1895), a po ukończeniu studiów pierwszą posadę otrzymał w biurze budowy kolei żelaznej w Saint Gallen.

Był inżynierem i konstruktorem. W 1895 r. objął stanowisko szefa sekcji regulacji Renu. Jego prace były nagradzane na Wystawie Międzynarodowej w Paryżu (1896), zyskał też sławę jako pionier elektryfikacji Szwajcarii. Kierował budową wielu hydroelektrowni w całej Europie. Jego największym dziełem była elektrownia na rzece Aare w Mühlebergu pod Bernem.

W 1907 r. został profesorem w katedrze budownictwa wodnego na Politechnice w Zurychu. W latach 1913–1919 był tam dziekanem. Zatrudniony w biurze inżynierskim Narutowicza był inż. Kazimierz Ślączka, jego późniejszy doradca ds. przemysłu naftowego. Narutowicz był również członkiem szwajcarskiej Komisji Gospodarki Wodnej. W 1915 r. został przewodniczącym międzynarodowej komisji regulacji Renu.

Powrót do Polski

W czasie I wony światowej Narutowicz był aktywny w pracach Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Należał też do stowarzyszenia La Pologne et la Guerere w Lozannie. Politycznie stopniowo zbliżał się do koncepcji realizowanych przez Józefa Piłsudskiego. We wrześniu 1919 roku, na zaproszenie polskiego rządu, przybył do kraju, gdzie aktywnie zaangażował się w odbudowę odrodzonego po rozbiorach państwa.

23 czerwca 1920 objął tekę ministra robót publicznych w rządzie Władysława Grabskiego i kierował tym ministerstwem do 26 czerwca 1922 roku, pełniąc tę funkcję także w pierwszym rządzie Wincentego Witosa, a także w pierwszym i drugim rządzie Antoniego Ponikowskiego. Jako minister robót publicznych wykorzystywał swoje bogate doświadczenia z pracy w Szwajcarii, m.in. badał bieg Wisły na odcinku od Warszawy do Modlina i podejmował prace w sprawie jej regulacji oraz nadzorował prace budowy hydroelektrowni w Porąbce na Sole.

28 czerwca 1922 r. został ministrem spraw zagranicznych w rządzie Artura Śliwińskiego i tę funkcję pełnił również w późniejszym rządzie Ignacego Nowaka. W dniach 14–16 września brał udział w oficjalnej wizycie naczelnika państwa w siedzibie królewskiej Sinaia w Rumunii. W październiku, jako minister spraw zagranicznych, reprezentował Polskę na konferencji w Tallinie. Walnie przyczynił się do wzmocnienia sojuszu z Rumunią, zawartego 3 marca 1921 roku.

Dlaczego wrócił

Rozpisałem się o osiągnięciach zawodowych i politycznych Gabriela Narutowicza, chciałem bowiem uwypuklić jego talenty, ogromną pracowitość oraz zawodową pozycję w Europie. Naprawdę niewielu z Polaków w tamtych czasach doszło do tak wysokich zawodowych pozycji.

Narutowicz mógł spokojnie kontynuować swoje prace naukowe w Szwajcarii, realizować swoje wynalazki i nowatorskie rozwiązania techniczne w całej Europie. I żyć przy tym niezwykle dostatnio. Dlaczego więc wrócił?

Prawdopodobnie dlatego, że był Polakiem i czuł się potrzebny odradzającej się ojczyźnie. Nie był zawodowym politykiem, nie zależało mu na popularności, nie liczył na zaszczyty, ani na pieniądze. Bo to wszystko już miał.

Krótko mówiąc, w niczym nie przypominał większości naszych współczesnych polityków, bo ci są ciągle na dorobku – tak mentalnym, jak materialnym.

Wybory

Wysunięcie kandydatury Narutowicza na prezydenta było dla niego dużym zaskoczeniem. Wahał się, wątpił czy podoła. Kandydowanie odradzał mu Józef Piłsudski. Początkowo Narutowicz zamierzał odmówić, jednak ostatecznie przyjął propozycję złożoną mu przez działaczy PSL Wyzwolenie.

Pierwsza tura głosowania nie przyniosła rozstrzygnięcia. W kolejnej turze odpadł socjalistyczny kandydat Ignacy Daszyński, ale następne głosowania również nie przyniosły rozwiązania. Jako kolejni odpadali: kandydat połączonych klubów mniejszości narodowych: Jean Baudoin de Courtenay (znakomity językoznawca) i wreszcie Stanisław Wojciechowski (obstawiany jako pewny konkurent endeckiego kandydata). W ostatniej turze, która musiała przynieść rozstrzygnięcie, głosowano zatem nad dwiema kandydaturami: Maurycego hr. Zamoyskiego i Gabriela Narutowicza.

Kandydatura Maurycego hr. Zamoyskiego była trudna do poparcia przez posłów „Piasta”, politycznie zbliżonych do endecji, gdyż był on największym posiadaczem ziemskim, a oba stronnictwa chłopskie („Piast” i „Wyzwolenie”) były zwolennikami radykalnej reformy rolnej.

Tu trzeba zauważyć, że wieś polska łaknęła ziemi, a większość chłopstwa (głównie w dawnej Galicji) głodowała na niespełna morgowych spłachetkach ziemi. Zapowiadana przez kolejne rządy reforma rolna, która miał owym chłopom dać trochę więcej ziemi, w niczym nie przypominała reformy rolnej po roku 1945. Owszem miano odbierać cześć ziemi wielkim gospodarstwom (głównie Ordynacji Zamoyskich), ale za wykupem. Część wartości ziemi miało pokrywać państwo, a część chłopi, ci obdarowani ziemią.

O wyborze Gabriela Narutowicza przesądziły głosy lewicy, mniejszości narodowych oraz PSL „Piast”, które wbrew oczekiwaniom w ostatniej turze głosowania poparło Narutowicza, zamiast Zamoyskiego. W ostatniej turze głosowania posłowie endeccy usiłowali sprowokować awanturę, aby zerwać posiedzenie; występowali także z groźbami pod adresem posłów mniejszości narodowych, zwłaszcza Żydów. W wyniku rozstrzygającego głosowania Gabriel Narutowicz otrzymał 289 głosów, a hr. Zamoyski – 227 (29 głosów było nieważnych). Tym samym Narutowicz został pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej.

Reakcje po wyborze prezydenta

Natychmiast po wyborze Narutowicza warszawska młodzież związana z Narodową Demokracją zorganizowała demonstrację, w której pod hasłami „Precz z Narutowiczem”, „Precz z wybrańcem Żydów” i nawoływała do oprotestowania wyborów.

Napastliwą kampanię prasową przeciwko prezydentowi rozpętały endeckie gazety: „Gazeta Warszawska” oraz „Gazeta Poranna 2 Grosze”, zarzucając mu przynależność do masonerii, ateizm, a głównie zdobycie urzędu dzięki głosom mniejszości narodowych, co miało rzekomo ubliżać „prawdziwym Polakom”.

Demonstrantów poparł sympatyzujący z endecją generał Józef Haller, którego prawica podczas manifestacji witała okrzykami „Niech żyje Haller, prezydent Polski”. Wznoszono również okrzyki na cześć Benito Mussoliniego, przywódcy zamachu stanu we Włoszech.

Ówczesna prawica i konserwatyści nie przyjęli do wiadomości, że przegrali. I ta cecha naszej sceny politycznej jest stała i trwała. Bo także dzisiaj przegrane partie nie mogą pogodzić się z porażką i szukają winnych w mediach, w spisku szeroko rozumianego świata, w głupocie wyborców, bądź ogłupieniu ich przez obce media, w dezinformacji medialnej. Wszyscy są winni – tylko nie sami przegrani. Genetycznie nie jesteśmy skorzy do „stawania w prawdzie”.

W grudniu 1922 roku dochodziły jeszcze argumenty, że Narutowicz został wybrany „głosami obcych”. Za obcych zaś prawica uważała wszystkie mniejszości narodowe oraz „antypolską z natury” lewicę. I nijak nie docierało do niej (prawicy), że Żydzi, Niemcy, Czesi, Ukraińcy i Białorusini żyjący wówczas Polsce, mają takie same prawa obywatelskie jak Polacy z rodowodem i patentem na polskość. Poruszano także fakt, że Narutowicz mówił z silnym akcentem niemieckim, bo przecież większą część swego dorosłego życia spędził w Szwajcarii.

Tu dotykamy ciekawego zresztą problemu, czy Polakiem jest każdy obywatel zamieszkujący terytorium RP, czy też jedynie obywatel narodowości rdzennie polskiej?

Powiedzieć, że po wyborze Narutowicza przez cały kraj przeszła ogromna fala wściekłej nienawiści, to powiedzieć za mało. Niestety, daliśmy (jako naród) słabe świadectwo demokracji. Może nie cały naród, ale przecież spora jego część.

Zaprzysiężenie

Zaprzysiężenie Gabriela Narutowicza odbyło się 11 grudnia 1922. W dniu zaprzysiężenia demonstranci wyruszyli w rejon ulicy Wiejskiej, z zamiarem niedopuszczenia do Sejmu tych posłów, którzy opowiedzieli się za Narutowiczem. Na placu Trzech Krzyży doszło do starć pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami Narutowicza (robotników z PPS z nacjonalistyczną młodzieżą), w wyniku których rannych zostało kilkanaście osób.

Wbrew protokołowi premier Julian Nowak odmówił towarzyszenia Narutowiczowi w jego powozie w drodze na zaprzysiężenie prezydenta elekta do Sejmu, zastąpił go szef protokołu Stefan Przezdziecki. Wzdłuż trasy przejazdu powozu Narutowicza w asyście dwóch plutonów kawalerii z Łazienek do Sejmu zgromadzili się przeciwnicy jego wyboru, rzucający w prezydenta elekta śnieżkami i gałęziami. „Witali” go wrogimi okrzykami, gwizdami i przekleństwami. Powozowi udało się przedostać przez barykadę wzniesioną z ławek parkowych na rogu Al. Ujazdowskich i ul. Pięknej. W tym czasie jeden z demonstrantów usiłował zadać Narutowiczowi cios kijem z żelazną gałką. Policja nie interweniowała.

W Zgromadzeniu Narodowym, które odebrało od niego przysięgę, wzięli udział tylko jego zwolennicy. Co było już nie tylko afrontem, ale jasnym znakiem powrotu do naszej staropolskiej anarchii. Wg. kilku źródeł historycznych i/lub filmu „Zamach stanu – Śmierć Prezydenta” (1977) w reżyserii Jerzego Kawalerowicza podczas zaprzysiężenia Narutowicza pojawił się jeden z posłów prawicy lub związany z prawicą.

Następne dni

W pierwszych dniach po zaprzysiężeniu Prezydent Gabriel Narutowicz spotkał się z przedstawicielami chadecji i kardynałem Aleksandrem Kakowskim. Liczył się z niemożliwością powołania w Sejmie rządu większościowego, dlatego podjął próby stworzenia rządu pozaparlamentarnego. Jego ukłonem w stronę prawicy było też zaproponowanie teki ministra spraw zagranicznych swojemu kontrkandydatowi Maurycemu Zamoyskiemu.

14 grudnia przybył uroczyście do Belwederu, gdzie odbył się akt przekazania mu władzy przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Naczelnik wygłosił wtedy następujące oświadczenie (pisownia oryginalna):

„Naczelnik Państwa przywitał Prezydenta Rzeczypospolitej, zaznaczając, że przyjmuje go w szarej kurtce legionowej, w której przed czterema laty wszedł do Belwederu i w której pragnie go opuścić. Następnie Naczelnik Państwa oświadczył, że oprócz protokołu urzędowego, wymaganego przez ustawę, żądać będzie sporządzenia protokołu dodatkowego, zawierającego stwierdzenie jego kasy osobistej, stanu kasy i rachunkowości funduszów dyspozycyjnych i inwentarz ruchomości, stanowiących własność skarbu państwa.”

Po podpisaniu protokołu o przejęciu władzy i odebraniu przez prezydenta defilady oddziałów wojskowych na dziedzińcu belwederskim, Józef Piłsudski zaprosił go na śniadanie, podczas którego wygłosił toast (zamieszczony w Monitorze Polskim z 15 grudnia 1922 r.)

„Panie Prezydencie Rzeczypospolitej! Czuję się niezwykle szczęśliwym, że pierwszy w Polsce mam wysoki zaszczyt podejmowania w moim jeszcze domu i w otoczeniu mojej rodziny pierwszego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej. Panie Prezydencie, jako jedyny oficer polski służby czynnej, który dotąd nigdy przed nikim nie stawał na baczność, staję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz, wznosząc toast: Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej niech żyje!.”

Zabójstwo

Narutowicz, mimo ustania protestów 12 grudnia 1922 roku, wciąż otrzymywał listy z pogróżkami. Eskalacja agresji wymierzonej przeciwko prezydentowi sięgnęła zenitu 16 grudnia, kiedy podczas wizyty w gmachu Zachęty Narutowicz został zastrzelony przez powiązanego z endecją malarza Eligiusza Niewiadomskiego.

Śmierć pierwszego prezydenta II Rzeczypospolitej wywołała wzburzenie, a „Kurier Polski” pisał, iż „płomień do pochodni (Niewiadomskiego) wyszedł z tej atmosfery nienawiści i gwałtu, którą wytworzyły złe duchy Polski w dniach ostatnich.”

Uroczystość pogrzebowa Narutowicza odbyła się 19 grudnia 1922 roku. Niewiadomskiemu wytoczono proces o zamach na godność prezydenta Polski, zakończony wydaniem nań wyroku śmierci. Wyrok wykonany został 31 stycznia 1923 roku.

Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriel Narutowicz pełnił przez pięć dni.

O tym należy pamiętać

Opowiadanie o tym, że Prezydenta Gabriela Narutowicza zabił jakiś szaleniec jest bałamuctwem. Niewiadomski był oficerem wywiadu w czasie wojny polsko-rosyjskiej, był aktywny politycznie i swych poglądów się nie wyrzekł. Na procesie twierdził, że zrobił to dla dobra świętej Polski.

Oczywiście Eligiusz Niewiadomski był człowiekiem szalonym, skłonnym do przesady w swych ocenach politycznych, o czym zaświadczają współcześni. Ale właśnie z takimi ludźmi, z odruchami szaleńców muszą się liczyć politycy. Także dzisiaj.

Dzisiejsze media pełne są niezrównoważonych wypowiedzi posłów i senatorów. Ja wiem, że dla polityków świat jest grą a nawet teatrum. Ale muszą oni wiedzieć, że są też w dzisiejszej Polsce osobnicy prości, a za to pamiętliwi i mściwi. I do takiego elektoratu nie wolno nikomu apelować, nie wolno tych ludzi podburzać. Bo z podburzania słabych umysłów łatwo może się zrodzić szaleństwo czynów.

Co z tym pojednaniem

Dzisiaj wiekszość kandydatów na urząd Prezydenta RP głosi, że ich celem jest pojednanie podzielonego narodu. Zgadzam się z tą koniecznością. Tyle tylko, że żaden z kandydatów, ani nikt z ich sztabów nie zająknął się słowem, jak zamierza do pojednania narodowego doprowadzić. Gorzej, bo po deklaracjach o zgodzie, wszyscy kandydaci dalej kopią w najlepsze swych przeciwników. Może chodzi im o zgodę wymuszoną siłą, niemal wyduszoną z leżących na ziemi, z ledwie co zipiących już przeciwników?

Moja matka mawiała, że przeprasza lepiej wychowany. Przeprasza, wyznając swe winy. A tu, jak dotąd nikt do żadnych win własnych nie przyznał się i nie ma zamiaru. Szlacheckie przywary są w nas żywe, nawet wśród potomków pańszczyźnianych chłopów, a to: zapalczywość, samowola, pogarda dla sądów, skłonność do przesady, brak powściągliwości i rozwagi politycznej.

Jesteśmy jak ów krawiec, któremy klient przyniósł marny materiał na garnitur – „Słabo to widzę”. Ja to nasze narodowe pojednanie też słabo widzę.

 Walter Altermann

***  *** ***

 

Polemika

Rzadko pozwalam sobie na polemikę z Autorami na naszych wirtualnych łamach, a już najrzadziej na komentarz wobec naszego zbiorowego sumienia, zacnego  Waltera Alteremna. Mam nadzieję, że tym razem, wybaczy mi inne zdanie.

Sprawa morderstwa politycznynego prof. Gabriela Narutowicza, wybranego na stanowisko prezydenta pod koniec 1922 roku i jego zabójstwa przez nacjonalistycznego fanatyka nie jest wcale prosta. Do dziś historia miesza się tutaj z polityką. I obecnie i wówczas, w te tragiczne dni grudniowe, polityka – bezwzględna, brudna i nastawiona na „zysk” społeczny w postaci późniejszych głosów „przemówiła” ostro. I skończyła się morderstwem, zamachem stanu, zabiciem pierwszego polskiego prezydenta.

Fakt sprawczości bezpośredniej, czyli ręka nacjonalistycznego zabójcy Niewiadomskiego, nie ulega wątpliwościom ani prawnym ani historycznym ani politycznym przesłankom, którymi kierował się szaleniec. Czy jednak do morderstwa Narutowicza zachęcała prawica? Tak jak to wtedy, sto lat temu i dziś często mówią liberałowie i lewicowcy. 

Nie, to nie jest prawda. Ani lewica ani centrum ani prawica, zarówno w 1922 roku, jak i teraz nie były i nie są jednorodne. Szybkie zwroty i dynamika polityczna samego aktu wyboru pierwszego prezydenta RP świadczą o tym, że ani w centrum ani na lewicy (prawdziwej lewicy) nie było jednomyślności wobec kandydatury Narutowicza. A w końcu był to wówczas obóz zwycięski. 

Rzecz w tym, że centrum i lewica były sto lat temu, tak ja zresztą dziś, tak przestraszone protestami prawicy i nacjonalistów,  że po prostu nie odpowiedziały z odpowiednią siłą – polityczną – na gwałtowne manifestacje wrogie prezydntowi. Źle to świadczyło o sile obozu, który doprowadził do władzy wybitnego Polka, patrioty profesora Gabriela Narutowicza, pierwszego Prezydenta RP.

Źle też świadczy porównywanie przez centrum i lewicę mordu politycznego sprzed stu lat do obecnej sytuacji w Polsce. Po 1989 roku najbardziej podobnym, tragicznym wydarzeniem tego rodzaju był zamach dawnego członka PO  łódzkie biuro Prawa i Sprawiedliwości i śmierć działacza PiS Marka Rosiaka (ranny został też inny pracownik biura).

Proszę porównać echa zbrodni sprzed 100 lat z tą z 2010 roku. Roku tragicznej katasrofy w Smoleńsku, gdzie zginął Prezydent RP Lech Kaczyński, Jego  żona Maria, ostatni Prezydent RP na uchodźctwie Ryszar Kaczorowski – bezpośredni następca Gabriela Narutowicza oraz 93 inne osoby reprezentujące elitę państwa polskiego.

Katastrofa w Smoleńsku coraz śmielej i coraz częściaj nazywana jest zamachem, bo kontekst polityczny i międzynarodowy, nie tylko teoretyczna wola sprawcza Rosji, jest od 14 lat tematem debat publicznych. I tak jak inspiracji a nawet sprawstwa zamachu na Prezydenta RP Gabriela Narutowicza nie udowodniono prawicy, tak zamachu na samolot z Prezydentntem RP Lechem Kaczyńskim – z uwagi na brak zdecydowanych, a być może skrywanych dotąd dowodów – nie udowodniono przedstawicielom polskic liberałów czy lewicowców. Bo z Rosją i jej roli w katastrofie – zamachu może być już wkrótce różnie.

Hubert Bekrycht

Jakże trafnie dziś pyta CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego oni jeszcze nie siedzą?

– Dlaczego oni wszyscy jeszcze nie siedzą?! – to dramatyczne pytanie niemieckiego blogera z Gazety Wyborczej Bartosza Wielińskiego, jest zarazem zabawne i całkiem poważne. No bo jeśli wziąć pod uwagę intencje red. Bartosza, to rzeczywiście, mają swoje sądy, bezprawnie przejęli prokuraturę, mają rząd, a co za tym idzie aparat przymusu, który zdjął z siebie więzy pułapki prawniczego formalizmu i generalnie jakiekolwiek przywiązanie do praworządności… i nic.

No prawie nic. Udręczyli księdza i dwie byłe urzędniczki, trochę w areszcie potrzymali Kamińskiego i Wąsika, no i kiedy pod przymusem i z wielkim hałasem doprowadzili przed oblicze nielegalnej komisji ds. Pegasusa byłego szefa ABW Piotra Pogonowskiego, ten zrobił im z głupich tyłków jesień średniowiecza.

To nie tak miało być. Ulicami miała płynąć pisowska krew i miały toczyć się głowy pisowców. Według wskazań niemieckiego „ideologischer Führer” tuskowskiej rewolucji, Klausa Bachmanna, Polska miała uginać się pod presją „policyjnych metod”. Pomniejsi pisowcy mieli zostać poddani powszechnemu ostracyzmowi i wystawiani publicznie ku przestrodze wytresowanego już wstydem i poczuciem niższości społeczeństwa. Bo przecież nie narodu. Miały być więzienia pełne pisowców, nawet im miejsce robią wypuszczając z więzień swój najwierniejszy elektorat – bandytów. I co? Ktoś powie – no nie ma za co ich wsadzać – ale czy to tuskowym pałkarzom przeszkadza? Jedyną więc logiczną odpowiedzią wydaje się być – bardzo chcieliby zbudować dyktaturę, ale nie potrafią. Są osłami, którym TVN dorobił wizerunki lwów.

Brukselscy Mogołowie

No chyba, że, wbrew intencjom red. Bartosza, pytanie rozszerzymy, w wyniku czego nabierze powagi. Bo takie pytanie jest całkiem zasadne jeśli chodzi o brukselsko-berlińską oligarchię. Te fałszywe mordy pełne „praworządności”. Dlaczego jeszcze nie siedzą? Ano dlatego, że zbudowali sobie wielce „demokratyczny” system, w którym jako „wielcy brukselscy Mogołowie” nie podlegają żadnej kontroli. Przekonał się o tym nawet Parlament Europejski, który usiłował przepytać Ursulę von der Leyen na okoliczność tajemniczej umowy z Pfizerem na bimbaliony szczepionek. Skutkiem było tylko to, że dowiedział się, nawet nie od von der Leyen, ta wysłała jakąś asystentkę, żeby wyjaśnić, że w zasadzie nie ma trybu, w jakim szefowa KE miałaby odpowiadać przed kimkolwiek.

Wymieniać można długo, Joanna d’Arc „praworządności”, specjalizująca się z „mrożeniu pieniędzy dla Polski”,  Vera Jourova, spędziła w czeskim areszcie miesiąc. Śledztwo umorzono. Eva Kaili, grecka europoseł, członek antypolskiej komisji ds. Pegasusa w Parlamencie Europejskim, głosująca za antypolskimi rezolucjami, uderzała w polski Trybunał Konstytucyjny, pamiętacie Katargate? Walizki pieniędzy? Ciążą na niej poważne zarzuty korupcyjne, ale spokojnie bryluje sobie na brukselskich korytarzach. A to i tak małe miki wobec ich największej winy w postaci doprowadzenia do ruiny projektu Unii Europejskiej w imię, w najlepszym razie – oderwanych od rzeczywistości ideologii, a w najgorszym – jak niektórzy twierdzą, na zlecenie lobbystów, przed którymi brukselskie podwoje nigdy się nie zamykają.

No dobrze, jednego Reyndersa, również asa walki o „praworządność” w Polsce i patrona licznych czeladników nad Wisłą, zawinęli niedługo po zakończeniu roboty w Komisji Europejskiej i po ostatnim dniu immunitetu. Ciążą na nim zarzuty prania brudnych pieniędzy.  A czy zaraz nie wróci na salony?

Rozbiegane oczy Tuska

Jeśli jednak nie wróci, to ten jeden przypadek może stanowić iskierkę nadziei na to, że i naszego, pomniejszego przedstawiciela brukselskiej nomenklatury dosięgnie sprawiedliwość. Donaldowi Tuskowi, zesłanego z brukselskiego Parnasu za głupotę i nieudolność do Warszawy, w ciągu roku udało się rozmontować dobrze prosperujące państwo.

A jednocześnie długo, pomimo ewidentnego łamania prawa przez przedstawicieli jego kamaryli, udawało mu się niczego osobiście nie podpisywać. Pierwszym przypadkiem kiedy mu się nie udało, była sprawa tzw. kontrasygnaty, którą „wycofał”, choć nie miał takiego prawa, a drugą, jak twierdzą mądrzejsi ode mnie, sprawa rzekomego „objęcia TVN i Polsatu ochroną strategiczną”, co, jeśli faktycznie będzie miało miejsce odbędzie się bez podstawy prawnej, ze złamaniem ustaw i konstytucji.

I Donald o tym wie. Dlatego jego oczy, tak pełne buty 13 grudnia zeszłego roku, są dziś jakby mocno rozbiegane.

CEZARY KRYSZTOPA: Barnier upadł, Scholz upada, a i Tusk jakiś niewyraźny

Upadł rząd Michela Barniera we Francji. Rząd Olafa Scholza ledwo trzyma się kupy. A i Donald Tusk coś jakiś niewyraźny.

Rząd Michela Barniera upadł. Być może to ostatni rząd, który był w stanie urodzić Emmanuel Macron. W rozbitym francuskim parlamencie nie bardzo widać partię, czy koalicję, która mogłaby jakiemukolwiek rządowi zapewnić stabilną większość. Macron wprawdzie odmawia ustąpienia ze stanowiska, ale nie wiadomo jak w takim stanie długo wytrzyma.

Barnier (Macron?)

Niektórzy mówią, że to „wina” Marine Le Pen, która miała go po cichu wspierać, a ostatecznie tego wsparcia odmówiła. Czy można się jednak dziwić liderce francuskiego Zjednoczenia Narodowego, któremu tyle razy odmawiano udziału we władzy, tyle razy odsuwano od wpływu na Francję przy pomocy dziwacznych machinacji, łamiąc przy tym wyroki francuskiego demosu?

Nie wiem czy obserwujemy dziś tylko upadek francuskiego magika Emmanuela Macrona, czy w ogóle upadek obecnego francuskiego modelu „demokracji liberalnej”. Jak by się to jednak nie skończyło, to ta rzekoma „demokracja” liberalna, w coraz większym stopniu pozbawiona znamion demokracji, sama jest sobie winna. Tak długo kuglowała i kiwała, że w końcu zaplątała się we własne sznurówki i wyrżnęła głupim ryjem o glebę.

Olaf Scholz

Zadziwiająco podobnie wygląda sytuacja rządu Olafa Scholza w Niemczech. Mniejszościowy rząd po rozstaniu z liberalną FDP jeszcze jakoś siłą inercji jedzie, ale spodziewane są rychłe, przedterminowe wybory, które SPD zapewne przerżnie z kretesem.

Znów, można oczywiście winą za upadek niemieckiego rządu obarczyć wierzgającego szefa FDP Christiana Lindnera. Wieść jednak gminna niesie, że był zmuszany przez Scholza do cudów nad budżetem, a pozostawanie w niepopularnym rządzie groziło zanikiem FDP.

Sytuacja w Niemczech wydaje się na nieco innym etapie niż we Francji. Bardziej prawdopodobne jest, że upadnie rząd, ale nie upadnie system polityczny. Istnieje jednak alternatywa w postaci CDU-CSU, która przy dobrych dla siebie wiatrach, będzie gotowa przejąć berlińskie stery. Jednak niemieckie „elity” i niemiecką „demokrację liberalną” toczą te same robaki, co francuskie i lata guseł odprawianych nad wyrokami demokracji, mogą sprawić, że co się odwlecze, to nie uciecze.

Donald Tusk

W tym czasie w Polsce rządzi niemiecki gubernator na Polskę Donald Tusk. Dopiero co wydawało się, że złapał wiatr w żagle i wykorzystując pozytywną dla siebie koniunkturę, czyli swego rodzaju bidenowski leasing Europy na rzecz Niemiec, odnajdzie się w roli tego, który złamie i na powrót przytroczy Polskę do niemieckiego powozu. Jednak wiele w tej kwestii zmienił wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych. Nie wiem co będzie z Francją, ale wiele wskazuje na to, że rząd w Niemczech zmieni się również po to, by stosunki niemiecko – amerykańskie pozostały na w miarę rozsądnym poziomie. W tym układzie Tusk może się okazać nie tyle atutem, co obciążeniem dla Niemiec. Już widać, że szuka sobie nowego pana pośród tych, którzy w Brukseli popiskują, że „Europa poradzi sobie bez USA i Trumpa”.

Kiepski to jednak patron, mający oparcie jedynie w części brukselskiej biurokracji. I o ile Niemcy nie odważą się na wariant „Amerykanom mówimy, że Tusk jest be, ale po cichu go podtrzymujemy”, to jego przyszłość maluje się raczej w dość ponurych barwach.

A to jest, proszę Państwa, jeszcze jedna szansa dla Polski. Nie taka znów wielka i niepozbawiona wad. Ale jest.

To tekst nie na Adwent, ale… trzeba to przeczytać – STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bździągwa

Czy bździągwa musi byś stara i paskudna? Nie. Wcale nie. Bździągwa może być młoda i urodziwa. Bździągwa to głowa, szare komórki albo ich brak. Na podręczniku historii dla polskiego licealisty  powinno być napisane „Nür für Deutsche”. Bo to Niemcy dla  Niemców ten podręcznik napisali i nam wciskają. Eliminują sprawy dla Polaków ważne i drogie.

„Nie jestem Polką, jestem Europejką” – słyszę od młodej, która w życiu jeszcze nic ważnego nie zrobiła. Ale oczywiście głosowała na Platformę. Stojąc w długiej nocnej kolejce do urny.

Po 13 grudnia 1981 tysiące, takich jak ona, młodych ludzi, dla chleba i przeciw czołgom na ulicach, wylądowało na zlewozmywakach Londynu i Paryża. Teraz już doczekali się dobrej pracy. Bo większość to bardzo zdolni ludzie i pracowici. Oni nad Wisłę już nie wrócą. Nikt ich zresztą do tego nie zachęca – tu tu są kłótnie i spowolniony rozwój kraju.

Wielkie zakłady przemysłowe przestały istnieć i tak naprawdę nikt nie zamierza ich odbudować. Bo to potencjalne niebezpieczeństwo gromadzenia zbyt wielu niezadowolonych albo i wściekłych. Mogą wyjść na ulicę. Owszem, pracować dla Niemca, Holendra lub Szweda mogą. Módl się więc człowieku i pracuj. Tak jak było w wierszyku Barańczaka: z domu do pracy, z pracy do domu i tak w kółko.

Ale tym się rządzący nie przejmują. A związki zawodowe dawno już zapomniały o swoim obowiązku, że są dla ludzi, a nie ludzie dla nich.

Ładnie odbudowaliśmy nasze zachodnie ziemie dane nam na otarcie łez przez jałtańską trójkę. Zadecydował Stalin. Teraz Polaków straszy Putin. I jest on w tym straszeniu morderczo wiarygodny. Bo Rosjanie atakują bombami, Zachód broni się gadaniem i obiecankami. Na zachodzie nie ma poczucia, że jest to blisko tuż, tuż. My mamy nasze rodziny, nasze dzieci pod czułą ręką. Ale niszczymy ład własnoręcznie.

Pojawił się blond anioł z urody, ale to przybysz zagłady. Bo to, co stanowi rdzeń społeczeństwa chce zniszczyć, zapaskudzić. To wiedza, historia, tradycja nasza polska, nie niemiecka. Reszta ludu znad Wisły patrzy na to tępo. Zastygli w bezruchu jak postacie w „Weselu” Wyspiańskiego. Ot – wyjdą sobie najwyżej na spacerek. Podrepczą, a może nawet pokrzyczą.

Ponury dziś gmach w Alei Szucha będzie znienawidzony powtórnie, tak jak w czasie okupacji. Potem grzecznie wypełniający polecenia urzędnicy będą się wypierać tego, co zrobili. Przecież wszyscy są odpowiedzialni. Trudno, czasem trzeba porzucić paskudną robotę. Tylko z czym zostaną nasze dzieci i młodzież? Z niemiecką wiedzą o polskiej historii?

Przetrwaliśmy ponad tysiąc lat a teraz grupka szaleńców, zaprzańców chce nam mówić i uczyć jak szanować naszych bohaterów, na kogo wychowywać uczniów? To ma być również wiedza jak traktować dzieci, wiedza która nawet malutkim ma mówić o seksualizmie i masturbacji. Ktoś zwariował. Nowe zboczenie się pojawia – pedagogiczne.

Blondynka o nawiedzonym umyśle i obłędnym wzroku osadzona została na edukacyjnym tronie i zamienia tę ważną katedrę w pośmiewisko. Mamy naprawdę wspaniałych nauczycieli, profesorów historii, humanistyki.

Toteż tych, co się kłaniają nie naszej historii i kulturze rzućmy do luku statku towarowego morskiego, niech zabierze ich z Polski. Na przykład do Niemiec. Mają niedaleko. Hamburg, na przykład. to piękne miasto europejskie! Jedźcie sobie tam i zostańcie. Będziecie odwiedzać byłą ojczyznę. Bez wiz.

Polska złożyła się z powrotem w Niepodległość. Z ludzi trzech zaborów. Teraz też nas wystarczy. Bardzo dużo mamy lasów, wody, w tym aż 500 km wspaniałego piaszczystego, łatwo dostępnego wybrzeża. Na razie, i to w ostatnich latach, flotę handlową istotnie zmarnowaliśmy, ale na pewno odbudujemy. Najpierw wynajmiemy statki, a gdy zarobią na siebie znowu staną się w pełni polskie. Kopalnie odgrzebiemy. Huty na powrót rozpalimy. Koleje będą jeździć jak trzeba, a samoloty gdzie się da. I będą zarabiać również na cargo.

Mamy w historii wzory odbudowy choćby powojennej. Mamy bohaterów powstań, ale i bohaterów heroicznej mądrej, dobrze zorganizowanej pracy. Ruski satrapa ciężką łapą zabierał nam dużo, ale i to naród wytrzymał – a przedtem gehenny łagrowe, obozy koncentracyjne i mękę stalinowskich więzień. Nie wszystkich zbrodniarzy ukarano. Doszły nowe straszne zbrodnie. Na każdym polu, w każdym narodzie pojawiają się chwasty. Do końca nie wiadomo skąd to się bierze. Najpewniej z braku wychowania, wykształcenia a może i z robaczywej genetycznej świadomości.

Pluskwa wychodzi małą szparą. Gryzie i krew sączy. Środki zaradcze dawno już wymyślono i są łatwo dostępne. Ale trzeba chcieć pozbyć się pluskwy. Paskudztwo się rozplenia, a to zupełnie nie nasze zwierzę. To towarzysz wszy i świerzbu. Wystarczy dezynfekcja. Wiedza owa jest powszechnie dostępna. Nie trzeba jej kupować wraz z dyplomami na fałszywych uczelniach, które gromadzą oszustów i cwaniaków, nawet wysoko utytułowanych. Pozamiatajmy.

I pamiętajmy o tym, że nasze dzieci, następne pokolenia muszą przetrwać, jako przedstawiciele naszej judeochrześcijańskiej kultury, naród polski, którego nie zniewolono nigdy. Zatem i teraz, kiedy (1 grudnia 2024 r.) m.in. rodzice protestują przeciwko politycznej poprawności w szkołach, przeciwko manipulującej młodym człowiekiem ideologii twz gender i LGBT +, musimy po prostu bardziej jeszcze kochać dzieci nasze i nie nasze…

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Stratyfikacja (nie)politologiczna partii. Na początek, skalpel czy kłonica?

Życie polityczne przybiera na sile z każdym dniem. Niby nie ma jeszcze kampanii wyborczej, ale już jest. Niby nikt oficjalnie kandydatów nie zgłosił do Państwowej Komisji Wyborczej, ale partyjni wybrańcy już jeżdżą na spotkania z „elektoratem” i lansują się na potęgę, jak amerykańskie aktorki na czerwonym dywanie w Hollywood.

Różnica jednak jest taka, że aktorki odsłaniają jak najwięcej, a przyszli kandydaci na urząd prezydenta są wstrzemięźliwi jak zakonnice. Mówią jedynie, że bardzo się cieszą, że akurat przypadkiem znaleźli się we Wrześni albo w Gliwicach. Pytani o program swej ewentualnej prezydentury uśmiechają się tajemniczo i mówią, że program oczywiście mają i to wspaniały, ale jego ogłoszenie będzie, owszem, jak najbardziej, ale trochę później.

Kilku z nich nie bierze urlopów, bo oficjalnie przecież nie ma jeszcze kampanii, a oni tak po prostu wpadli przejazdem do Zgierza, bo było po drodze. Dawniej takie coś nazywało się ciężką paranoją, obecnie są to prawybory. Ale czym są te prawybory nie wiadomo, bo czegoś takiego nie ma ani w Konstytucji, ani w żadnych pomniejszych ustawach.

Kto nam funduje ustawy lub ich brak

Ta sytuacja zmusza mnie do przypomnienia sobie, a przy okazji Państwu, kto właściwie nami rządzi i kto kręci tym cały interesem. A zauważmy, że interes polityczny jest u nas niebywale żywotny i bardzo zmienny. Ten ruch na politycznej scenie zapewniają małe partie, które z hukiem, na duś, na włam wchodzą w życie parlamentarne. Te małe partie zawsze i niezmiennie negują wszystko co było przed ich powstaniem, po to tylko, żeby po wejściu do parlamentu natychmiast poszukać sobie mocniejszego koalicjanta.

I tak wespół w zespół funkcjonują pierwsze cztery lata, góra osiem. Następnie liderzy tych małych partii orientują się, że widownia polityczna straciła do nich serce, co objawia się dramatycznym spadkiem notowań. Wtedy małe partie doznają olśnienia (znaczy się ich liderzy) i ogłaszają, że dla dobra kraju łączą się z większymi partiami. Honor chowając do kieszeni i nie wspominając, co niedawno jeszcze mówili o tych większych.

Takie to mamy mechanizmy i zasady a naszym parlamencie. Takie jak w kuchni azjatyckiej: kwaśno-słodkie, smutno-wesołe. A dlaczego? Ano dlatego, że jednak nie interes kraju jest nadrzędnym celem naszych posłów i senatorów. Po latach obserwacji stwierdzam, że ogromnej większości naszych deputowanych po prostu podoba się bycie posłami lub senatorami. Zupełnie jak jednemu z bohaterów „Rewizora” Gogola – Horodniczemu, który na wieść, że dzięki protekcji fałszywego rewizora może zostać generałem, mówi: „Lubię być generałem”.

Przystępuję do opisu obecnego stanu naszego parlamentu, według klucza partyjnego. Będzie to stratyfikacja prywatna, nie podpierająca się żadnymi naukowymi teoriami, ot taka sobie forma ankiety – plebiscytu, aby nie rzec zabawy i ironii w realnych okolicznościach przed wyborami 2025 roku. Zacznę od Polskiego Stronnictwa Ludowego, bo to partia najstarsza w naszym parlamencie. Partia wywodzi się od założonego w Rzeszowie w 1895 roku, Stronnictwa Ludowego. A samo Polskie Stronnictwo Ludowe funkcjonuje od 1903 roku. W historii Polski partia PSL zapisała piękne karty, a jak jest dzisiaj, przestawię.

Władysław bez Ziemi

Władysław Kosiniak-Kamysz to współczesny polski Jan Bez Ziemi. Albowiem ludowcom kurczy się ich tradycyjny elektorat. Wieś pustoszeje, bo córki i synowie chłopstwa wykształcili się i wyjechali do miast. Ci, którzy pozostali na ziemi ojców dzielą się na dwie grupy, stosując nomenklaturę z lat 50-tych: na biedniaków i kułaków.

Biedniacy, gospodarują na kilkunastu hektarach ziemi i wolą głosować na PiS, bo ma on piękne hasła narodowe i faktycznie trochę pomagał im w przetrwaniu chudych lat.

Kułacy natomiast, to najczęściej inżynierowie rolnictwa, którzy mają gospodarstwa po kilkaset hektarów i martwią ich głównie ceny nawozów, są też przeciwko importowi płodów rolnych z Ukrainy. I to nad nimi wisi miecz zagłady w postaci porozumień handlowych Unii Europejskiej z krajami Ameryki Południowej. Jeżeli by do tego doszło, to na polskich polach należałoby zakładać jedynie pola golfowe, bo to będzie zagłada polskiego rolnictwa.

Tu kilka słów wyjaśnienia czym to jest owo porozumienie handlowe Unii Europejskiej z krajami Mercosuru.

Mercosur a sprawa polska

Mercosur zrzesza Argentynę, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj i Boliwię. Rzecz w tym, że już w  połowie grudnia mają zakończyć się trwające od 20 lat negocjacje Unii Europejskiej z tą organizacją polityczno-gospodarczą. Projekt porozumienia zakłada utworzenie strefy wolnego handlu między nimi.

Polska sprzeciwi się podpisaniu umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a Mercosur na dotychczas wynegocjowanych warunkach. Umowy podpisywane przez UE muszą być bezpieczne dla konsumentów i rolników. Umowa z Mercosur tego kryterium nie spełniapoinformował 25 XI 2024 roku Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i przewodniczący PSL.

Dokładniej sprawę wyjaśnił minister Krzysztof Paszyk, stwierdzając, że: „Rząd apeluje do Komisji Europejskiej, aby tej umowie o wolnym handlu między Unią Europejską a krajami Mercosur nadać właściwe proporcje. To znaczy – muszą być właściwe, wyważone proporcje między interesami przemysłu, interesami rolnictwa i interesami europejskich konsumentów w kontekście bezpieczeństwa żywnościowego”.

Krótko mówiąc, zagrożenie dla polskiego rolnictwa jest niewyobrażalnie wysokie, bo niskie ceny żywności produkowanej w Ameryce Południowej sprawią, że uprawa i hodowla czegokolwiek w Polsce będą nieopłacalne. Zastanawia mnie przy tym, co robiły w tej sprawie wszystkie polskie rządy, bo to jednak negocjacje trwały bez mała ćwierć wieku. Ktoś wie?

Oczywiście Niemcom, Francuzom i Włochom takie handlowanie z Ameryką Południową może się opłacać, bo mają oni do zaoferowania, w ramach wymiany handlowej, najlepsze i najnowsze w świecie produkty wysokiej technologii. Ale my nie jesteśmy jeszcze potęgą w produkcji ani wysokiej technologii, ani samolotów, autobusów czy aut osobowych.

Genetyka ludowców

Obecnie ludowcy z PSL-u odwołują się do swoich tradycji walki o interes chłopa, obronę ziemi ojczystej oraz tradycji religijnej i kulturowej. Przy takim założeniu te „partyjne świętości” PSL-u doskonalej przedstawia jednak Prawo i Sprawiedliwość. Co prawda Kosiniak-Kamysz zapowiadał przed kilkoma laty, że jego partia będzie nowoczesną i ogólnopolską partią, szukającą poparcia wśród ogółu Polaków… Jednak wyszło jak wyszło i elektorat PSL-u się nie zmienił, tyle, że drastycznie zmalał.

Ale zmieniła się Polska i dzisiaj nie wystarczy już utyskiwanie, na wiekowe okradanie chłopa, na niewolnictwo większości polskich chłopów. Piszę o większości, bo jednak w historycznej Polsce byli nie tylko chłopi pańszczyźniani. Było też wielu wolnych chłopów, którzy się bogacili tak dobrze, że nawet pożyczali pieniądze naszej szlachcie.

Dzisiejsi politycy PSL-u nadal oczekują jakiegoś dziejowego zadośćuczynienia. Zapominają przy tym jak nędzne było w Polsce XVIII, XIX i XX wieku życie robotników, miejskiej biedoty, służących, praczek i najemnych robotników. A może nawet nie o pamięć ludowców tu chodzi, ale o to, że oni zawsze przedstawiali życie w mieście jako byt rajski. I w budowaniu starego antagonizmu wieś-miasto chłopi mają spory udział.

Ludowcy, jeśli chcą przetrwać, powinni zdjąć wreszcie ze swych sztandarów głód, nędzę i wiekowy wyzysk chłopa. Takie postawy budzą oczywiście współczucie, ale kto by tam chciał głosować, utożsamiać się ofiarami. Masochistów ostatnio u nas niewielu.

Będąc w takiej sytuacji Kosiniak-Kamysz robi coraz groźniejsze „polskie miny” (to zwrot z „Wesela” Wyspiańskiego) i coraz bardziej nadyma się narodowo, i tradycyjnie. Niewiele mu to jednak daje, bo PiS nadyma się piękniej, a tradycję hołubi głośniej.

Cichy wspólnik

PSL-owi w ich teorii chłopskiej martyrologii jakoś nie przeszkadza fakt, że byli jednak (jako ZSL) cichymi wspólnikami PZPR. A przecież ludowcy mieli za PRL swoich posłów, mieli ministrów i obsadzali wiele, bardzo wiele ważnych stanowisk w aparacie państwa. A także w powiatach i gminach.

Jednak PSL – w odróżnieniu od PZPR – nigdy nie przyznało się i nie przeprosiło za swój aktywny wkład „w dzieło budowy realnego socjalizmu w Polsce”. A taki Aleksander Kwaśniewski przepraszał, nawet trzy razy, co też jest śmieszne.

Gdy ogon macha psem

Najbardziej irytują mnie w polityce PSL ich wieczne pretensje. Liderzy partii, z Kosiniakiem-Kamyszem na czele, ciągle są obrażeni – na wszystkich, konkretnie i ogólnie. Ostatnio są obrażeni na współkoalicjantów, z którymi póki co współrządzą. Dochodzi teraz nawet do tego, że niektórzy z członków władz PSL-u mówią konfidencjonalnie, że pora już zmienić koalicjanta na PiS. Są też i tacy, którzy mówią jawnie, że nie zagłosują na Trzaskowskiego, bo wspólnym kandydatem rządzącej koalicji powinien być Szymon Hołownia. Bo to jego zgłaszali ludowcy na kandydata całej rządzącej koalicji. Nie przeszedł, więc się obrazili.

PSL-owcy nie rozumieją jednej, podstawowej zasady, że mniejszy ma mówić ciszej. Oraz tego, że w normalnym świecie to pies macha ogonem, a nie ogon psem.

Mnie ta moralna dwoistość bytu ludowców nie dziwi, nie dziwi mnie to, że oni chcą być w jakiejś koalicji i zarazem w niej nie być. Zupełnie tak samo jak ZSL przy PZPR. Nic mnie dziwi w sprawie PSL, bo dobrze wiem, że szantaż polityczny jest najczęściej używanym przez nich narzędziem politycznym. Pamiętam przecież jak już zdradzili koalicję z SLD.

A gdy chodzi o narzędzia polityczne PSL, to bliżej im do kłonicy niż do skalpela.

Co będzie dalej?

Biorąc to wszystko pod uwagę, myślę, że w następnych wyborach PSL może nie wejść do parlamentu. I nie pomogą mu nawet rzesze ludowych pociotków, którymi PSL tak sprawnie – i jak zawsze po cichu – poobsadzało teraz liczne państwowe urzędy i instytucje.

Zresztą PSL, jeszcze jako ZSL, doskonale nagradzał stanowiskami swoich działaczy. Naród o tym nie wiedział, bo ci obsadzani nie pchali się na oczy, po cichu gromadząc dobra. Ale to ciche trwanie u władzy może skończyć się głośnym upadkiem tej partii.

Oczywiście PSL-owcy mają wolność wyboru – mogą wybrać, czy zje ich niebiański PiS, czy też znikną w diabelskich czeluściach Platformy Obywatelskiej. Mogą też znormalnieć, spojrzeć na swoje notowania i „zeskromnieć”, mogą też wziąć się do roboty i od dołu przebudować swą partię – ale to dla ludowców może zabrzmieć jak wyszydzanie ich odwiecznej roli męczenników pracy na pańskim. Im się należy bez pracy.

 

WALTER ALTERMANN: Sufrażystki jako memento

Powiedzmy od razu i wprost – nie wszystkie nowości w sferze społecznej są godne potępienia. Bywają i takie nowe pomysły społeczne, które przynoszą bardzo dobre skutki. Ale człowiecza natura każe nam się buntować przeciw wszystkiemu co nieznane. Może z ostrożności i przykrych doświadczeń?

Nie jestem konserwatystą, więc mnie nie wszystkie przejawy, zapowiadające nowe porządki, denerwują. Żeby zrozumieć w czym rzecz, przyjrzyjmy się problemowi z przełomu XIX i XX wieku, który wtedy rozpalał – głównie mężczyzn – do białości.

Sufrażystki

Sufrażyzm pochodzi od łacińskiego suffragium – głos wyborczy. Ruch sufrażystek pojawił się w Europie pod koniec XIX wieku, na początku w Wielkiej Brytanii i USA. Najsilniejszy był tuż przed rozpoczęciem I wojny światowej. Hasłem głównym zbuntowanych kobiet była walka o równe prawa wyborcze. Sufrażystkami nazywano w szczególności członkinie założonej w roku 1903 w Wielkiej Brytanii organizacji Women’s Social and Political Union.

Większość sufrażystek odwoływała się do metod nieposłuszeństwa obywatelskiego. Organizowały więc protesty, pisały petycje, dążyły do przemian świadomościowych. Wyodrębniło się również skrzydło radykalne, zwane sufrażetkami, które stosowało ostre formy protestu i przemoc. Uciekały się one do takich działań jak przykuwanie się łańcuchami do ogrodzeń, przerywanie wystąpień przeciwników politycznych czy akty przemocy, m.in. podpalenia skrzynek pocztowych i pustych budynków lub wybijanie szyb w oknach wystawowych. Ruch sufrażystek miał także swoje intelektualne oblicze, w Anglii bardzo mocno wspierał go sam John Stuart Mill.

Jedną z bohaterek ruchu była Emily Davison, która zmarła w wyniku obrażeń głowy doznanych po wpadnięciu pod konia, należącego do króla Jerzego V, podczas gonitwy Derby w roku 1913. Po tym wydarzeniu wiele aktywistek ruchu zostało aresztowanych i następnie uwięzionych, a gdy w ramach protestu podjęły strajk głodowy, poddano je przymusowemu odżywianiu.

W obronie tego, jak jest

Tu warto zauważyć, że tak naprawdę przeciwnikami sufrażystek byli mężczyźni rządzący ówczesną Europą i USA, przekonani, że jest dobrze, jak jest. Ówcześnie każda kobieta kończąca studia była traktowana jak wynaturzenie, dziwactwo i rozwydrzenie obyczajowe. Niektórych konserwatystów kobiety z dyplomami uniwersyteckimi rozpalały wręcz do białego. I nie była to gorączka pożądań. Na dowód wystarczy przeczytać życiorys Marii Skłodowskiej-Curie.

Wynikiem tej akcji sufrażystek było wprowadzenie w Wielkiej Brytanii prawa, które zezwalało na czasowe zwolnienie więźnia ze względu na stan zdrowia – policja mogła jednak w każdej chwili doprowadzić go do więzienia dla odbycia reszty wyroku, gdy tylko uznała, że stan zdrowia czasowo zwolnionego więźnia uległ poprawie. Celem takiego prawa było przeciwdziałanie akcjom strajków głodowych prowadzonych przez sufrażystki, co zdobywało im sympatię społeczną.

Sufrażystki ponadklasowe 

Z początku ruch tzw. kobiet wyzwolonych był bardzo zróżnicowany – tak pod względem środowisk, z których wywodziły się sufrażystki, jak i poglądów, które głosiły. Niemniej z czasem górę w nim wzięły tendencje lewicowe. Choćby z tego powodu, że państwa wyraźnie dzieliły sufrażystki na panie i robotnice.

W październiku 1909 roku Lady Constance Lytton, arystokratka i sufrażystka, została aresztowana i wysłana do więzienia w Newcastle. Kiedy policja odkryła, że jest córką Lorda Lyttona, byłego wicekróla Indii, po dwóch dniach nakazano jej zwolnienie.

W więzieniu Lytton prowadziła strajk głodowy w proteście przeciwko aresztowaniu i dalszemu odmawianiu kobietom prawa do głosowania. Jednak jej zdrowie bardzo się już wówczas pogorszyło, a władze obawiały się, że śmierć uczyni z niej męczennicę sufrażystek. Między innymi z tego względu postanowiono ją zwolnić. Lytton głosiła jednak, że tak naprawdę zawdzięcza wolność przynależności klasowej i statusowi społecznemu – że to dlatego potraktowano ją inaczej, a policjanci odnosili się do niej z większą uprzejmością i delikatnością niż do innych bojowniczek z ruchu.

Na kolejnej manifestacji pod więzieniem Lady Lutton pojawiła się przebrana za służącą. Została aresztowana i ponownie rozpoczęła strajk głodowy. Tym razem jednak nie tylko nie została zwolniona, ale ośmiokrotnie poddano ją karmieniu na siłę.

Zdj. Lady Constance Lytton w 1910 r. Fot. ze strony Suffragette Stories

Karmienie na siłę było powszechną, brutalną formą tortur stosowanych przeciwko emancypantkom. Polegało na wlewaniu unieruchomionym kobietom jedzenia do gardła lub przez rurkę wprowadzoną do nosa. Istnieją dowody na to, że kobiety były także karmione doodbytniczo. Fatalny stan zdrowia Lytton był oczywisty w chwili jej aresztowania, ale ponieważ była w przebraniu służącej zakładano, że kobieta pochodzi z niższej klasy i nikogo to szczególnie nie przejęło.

Zamiarem Lytton było wyciągnięcie na światło dzienne postępowania policji wobec robotnic. Chciała pokazać, że o ile zamożnym emancypantkom oszczędzano brutalnego traktowania, policjanci nie mieli oporów przed torturowaniem biedniejszych działaczek. Jedna z nich Anne Kenney, pisała o Lytton, że jej „pasja i poświęcenie dla kobiet z klasy robotniczej były wyjątkowe”. Z takich aktów solidarności wyłania się obraz ruchu emancypacyjnego jako ponadklasowego aktywizmu, w którym członkinie elity stały ramię w ramię z kobietami z klasy robotniczej i wspólnie walczyły przeciwko zinstytucjonalizowanej mizoginii.

Jak I wojna światowa zmieniła sytuację kobiet

W sukurs walczącym kobietom przyszła, o dziwo, I wojna światowa, która spowodowała, że zaczęło brakować rąk do pracy w fabrykach. I przy maszynach musiały stanąć kobiety. Zmieniło to społeczny punkt widzenia na możliwości kobiet.

W Wielkiej Brytanii ruch na rzecz przyznania kobietom prawa do głosowania przybierał stopniowo na sile w ciągu całej wojny i w roku 1918 brytyjski parlament przyznał prawo głosu kobietom w wieku od 30 lat, które prowadziły gospodarstwo domowe, żonom mężczyzn, którzy prowadzili gospodarstwo, właścicielkom dóbr, które przynosiły roczny dochód w wysokości co najmniej 5 funtów, absolwentkom brytyjskich wyższych uczelni. W Stanach Zjednoczonych prawo głosu zagwarantowała kobietom 19 poprawka do Konstytucji wprowadzona w roku 1920. W Wielkiej Brytanii prawa kobiet do głosu zostały zrównane z prawami mężczyzn w roku 1928.

Należy przy tym pamiętać, że status polityczny kobiet w Wielkiej Brytanii już przed 1918 rokiem stopniowo się podnosił. W latach 70. i 80. XIX wieku zostały dopuszczone do studiów na głównych uniwersytetach w kraju. W tym samym czasie zagwarantowano im również prawo do gospodarowania własnymi zarobkami po zawarciu małżeństwa i do posiadania konta bankowego.

Sufrażystki w Polsce

Sytuacja polskich sufrażystek była specyficzna, ponieważ Polacy nie mieli swojego państwa. Brytyjskie czy amerykańskie sufrażystki wywierały presję na rząd, domagając się równych praw. Polskie działaczki były rozproszone w trzech zaborach, a w każdym z nich panowało inne ustawodawstwo, mniejsza lub większa swoboda polityczna i różne strategie walki, ale też współpracy z zaborcą.

Dostęp do edukacji – był na szczycie listy postulatów wysuwanych przez polskie emancypantki. Wykształcenie dawało kobietom zawód, niezależność finansową, szansę na rozwijanie talentów i pasji. Natomiast możliwość głosowania i kandydowania w wyborach dawało realny wpływ na prawo i politykę, a dzięki temu współtworzenie państwa.

W końcu, w Polsce stało się tak, że prawa wyborcze uzyskały kobiety 28 listopada 1918 roku, gdy Józef Piłsudski podpisał Dekret Naczelnika Państwa o ordynacji wyborczej. Wielki wpływ na jego decyzję miały kobiety z politycznego otoczenia Naczelnika, te które brały udział w działalności konspiracyjnej PPS, Organizacji Bojowej, Polskiej Organizacji Wojskowej i Legionach.

Wnioski i przestrogi 

Jeżeli przypominam dziś historię sufrażystek, to jako naukę i przestrogę dla nas współczesnych. Społeczeństwa są z natury konserwatywne, nie licząc małych grupek „rewolucjonistów z urodzenia”. Ów przemożny konserwatyzm prowadzi jednak do odrzucania a priori, jeszcze przed dogłębnym zrozumieniem nowych idei, każdej nowej myśli. Bo tak jest spokojniej i bezpiecznej.

Zdj. Taj Mahal – tutaj niewiele kobiet słyszało o sufrażystkach, chociaż, o ile mają pieniądze lub rodzina zapłaci mogą się uczyć Mają też prawa wyborcze. Czy kobiety w Indiachi, w jakiejś części są emancypantkami? Wyzwolenie kobiet w Indiach w rozumieniu Zachodu? Nierealne? Można powiedzieć tylko, że ciężko to idzie… Fot. HB – Agra, 9 marca 2023 r.

Jednakże rozwój społeczny, tak jak techniczny, następuje właśnie dzięki rewolucjonistom i nowatorom. Pierwsza kolej przyjmowana była jako wynalazek szatana. Podobnie jak światło elektryczne, nie wspominając już o pierwszych balonach czy aeroplanach. Wszystko to wydawało się ludzkim masom przeciwne naturze i miało prowadzić do końca ludzkiego gatunku. Przeciwnicy zmian zawsze też powoływali się na Boga.

Dziś również ostro gotuje się w społecznym kotle, pojawiają się nowe pomysły na urządzenie świętych jeszcze instytucji. I jakbym słyszał z przeszłości potężne chóry konserwatystów, którzy wtedy w kształceniu kobiet, w ich prawach wyborczych widzieli jedynie upadek moralności, rozwydrzenie i rozpasanie seksualne.

Dlatego zalecałbym więcej spokoju, panowie. I więcej rozwagi. Trzeba nauczyć się rozdzielać ziarno od plew, bo w każdym nowym ruchu są dobre i złe pomysly.

 

 

 

Czy media mogą dobrze funkcjonować bez niepodległości? HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo niesuwerenne

Dawno, dawno temu – to banał, ale może trzeba o tym przypominać – gazety były redagowane także na obszarach, które nie miały niepodległości lub tej suwerenności, jako państwa, nie odzyskały. Więcej, z postępem techniki media były najlepszym, poza wojną, narzędziem na rzecz odzyskania bytu państwowego. Przykłady można mnożyć, ale wystarczy podać jeden – Polska. Nie będzie to jednak felieton o prasie sprzed 1918 roku…

Niestety, zamiast zagłębiać się w arcyciekawe meandry polskich gazet codziennych i periodyków z okresu odzyskiwania niepodległości Polski, trzeba dzisiaj się zastanowić, czy polskie media działają tak jak powinny funkcjonować w krajach suwerennych? Otóż, moim zdaniem, większość niestety nie działa w ten sposób. Zdecydowanie ponad 75 proc. portali, gazet, rozgłośni i telewizji to działające w Polsce hybrydy udające wolność słowa, tuszujące swoją wewnętrzną cenzurę i manipulujące odbiorcami. Manipulacja w tym przypadku to bardzo eleganckie określenie kłamstwa – kreowane na potrzeby propagandy politycznej poprawności.

Jest tak źle, że może być tylko lepiej?

Nie trzeba chyba przypominać, że większość mediów na świecie – także te w sercu Unii Europejskiej, w Polsce – promują idee liberalne, lewicowe i lewackie, jeśli to w ogóle są idee. Co gorsza, nie ma u nas od końca ubiegłego roku dotychczasowego pluralizmu medialnego. To znaczy, że w głównym nurcie mediów nie można już znaleźć takich rozwiązań jak w latach 2016 – 2023, gdzie konserwatywne były media publiczne i w mniejszym stopniu prywatne, bo rząd któremu podlegają media państwowe był konserwatywny. A dużych prywatnych mediach, sprzyjających opozycyjnym wobec rządu liberałom, lewicowcom i lewakom, dominowały poglądy zupełnie inne, często określane jako właśnie politycznie poprawne.

Bałagan? Nie. Należało tylko wprowadzić zupełnie nowe prawnie nowoczesne regulacje medialne, aby uprościć i uczynić przejrzystym wybór szefów mediów publicznych na styku Rady Mediów Narodowych i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Te instytucje często były wobec siebie dziwne zależne, ale też zupełnie oddzielne. Polityka…

Błędy konserwatywne

Zjednoczona Prawica miała na reformę medialną dwie kadencje. Dzisiaj nie czas na nieustanne okładanie medialną pałką polityków konserwatywnych, choć to oni popełnili w tej materii sporo błędów. Tylko, że trzeba o tych błędach pamiętać, aby nie powtarzać ich w przyszłości a nie ciągle rozdrapywać rany. Przede wszystkim należy wbić do głów polityków nie tylko prawicy, że media publiczne, jeśli mają przetrwać, nie mogą być instrumentalnie wykorzystywane przez partie rządzące. I tu pojawia się pewna sprzeczność. Bowiem rzecz jednak w tym, że media publiczne są państwowe, rządowe, de facto zarządzane przez nominatów Rady Ministrów.

Trudno rozwiązać ten problem, ale naprawdę da się. Wiem coś o tym, bo pracowałem w telewizji publicznej w tamtym czasie. Przyznać jednak należy, że zmiany w mediach publicznych w latach 2016 – 2023 były najkorzystniejsze dla odbiorców od 1989 r. Poprawiono przekaz społeczny i wzmocniono stronę techniczną. Przyjęto do pracy wiele nowych osób, które nie chciały powielać „wzorców” swoich nowych koleżanek i kolegów zatrudnionych jeszcze w PRL. Pojawiło się wiele nowych programów, których już nie ma, ale wkrótce będą się o nie upominać odbiorcy. Także ci, którzy byli niechętni mediom publicznym za rządów konserwatystów. Co zatem się stało, że dzisiejsze tzw. środki masowego przekazu są narażona na całkowitą utratę niepodległości i zwijanie się jako instytucje państwowe?

Medialny zamach stanu 19/20 grudnia 2023 r.

Często słyszę uwagi, że nazywanie wydarzeń rozpoczętych przez rząd Donalda Tuska 19 grudnia 2023 roku medialnym zamachem stanu jest nadużyciem. Wielu dziennikarzy straciło pracę za taką, barwną, nacechowaną publicystyką, interpretację bezprawnego przejęcia przez rząd utworzony 13 grudnia mediów publicznych. Dlaczego? Bo to był medialny zamach stanu i rząd chce to zakrzyczeć bredniami o „zbrodniach PiS”. Bo ten proces zamachu stanu w mediach nadal pełza w postaci fikcyjnej likwidacji TVP, PR i PAP i powołania, także nielegalnie, marionetkowych członków władz tych instytucji.

Czymże jest siłowe przejęcie mediów jak nie zamachem stanu? To jasne, że zwycięska ekipa parlamentarna może decydować o mediach państwowych – publicznych, ale zmiana ich zarządów to nie zmiana koszuli, kurtki lub samochodu. Pozostańmy przy porównaniu motoryzacyjnym – pojazd elektryczny, czyli zawodny, modny w UE liberalny i lewacki napęd mediów publicznych powinien być wprowadzony zgodnie z prawem i obyczajem. A przecież było to bezprawie przypominające w grudniu ub. roku napad na bank. Napad zbirów, którzy chcieli jak najszybciej się wzbogacić. Polityka to nie praca przy układaniu kwietnych dywanów, ale – na Boga – to też nie wbijanie noża w plecy. Nie było odpowiedniego prawa, trzeba było je uchwalić. Rząd 13 grudnia pod wodzą premiera Tuska miał i ma (nie wiadomo jak długo jeszcze) większość parlamentarną i nie umiał tego zrobić? Nie umiał, czyli to nie jest dobra polityczna koalicja.

I ostatnie argumenty na bandytyzm, nie tylko polityczny, obecnie rządzącej ekipy. Medialny zamach stanu to fakt, bowiem jego cechą zawsze jest wyłączanie nadajników, tak aby dezinformować społeczeństwo, wprowadzać je w błąd albo świadomie podburzać do rozruchów. Najlepiej w Święta Bożego Narodzenia. To nie scenariusz puczu politycznego i medialnego w krajach afrykańskich, południowoamerykańskich, czy azjatyckich. To był scenariusz medialnego zamachu w Polsce.

Uderzono nie tylko w media publiczne zwalniając i zastraszając setki dziennikarzy. Złamano też wszelkie zasady stosując nielegalne metody wobec innych środków przekazu. Represje rządu Tuska dotyczą od prawie roku konserwatywnych mediów. Władze urządziły nagonkę m.in. na: TV Republika, media Gazety Polskiej, Tygodnik Solidarność, Tysol pl., telewizję wPolsce24 i inne media Fratrii oraz Do Rzeczy i Orle Pióro, TV Trwam, czy Radio Maryja lub Radio Wnet – przepraszam, że nie wymieniam wszystkich, ale byłaby to bardzo długa lista.

Utrata niepodległości medialnej

Pomijając żenujący fakt, że prawie prezydent wszystkiego i Warszawy, czyli Rafał Trzaskowski i rząd jego partii PO, szykanują organizatorów i uczestników Marszu Niepodległością, to coraz więcej mediów działających w Polsce traci suwerenność. Dlaczego zestawiam te fakty obok siebie? Bo najpierw odbiera się ludziom wolność zgromadzeń, wolność sława a potem wmawia się im, że mogą z tych wolności korzystać, ale tylko w mediach, które popiera rząd, czyli według prawa, jak je rozumie formacja premiera Tuska.

Nie chcę stygmatyzować Polaków wybierających na przykład TVN, TVP zamiast TV Republika i telewizji wPolsce 24 czy TV Trwam. Nie ma sensu. Należy tylko, o czym ten rząd nie chce pamiętać, dać wszystkim równy dostęp do wszystkich mediów, nie prześladować tych, których dziennikarze mają inne niż rząd poglądy społeczne. I błagam, nie zawracajcie mi proszę uwagi, że dziennikarstwo to „bezwzględny obiektywizm”. Tysiąc raz powtarzałem i powtórzę tysiąc pierwszy raz: nie ma obiektywizmu dziennikarskiego, jest tylko rzetelność. Nie tylko medialna. Poza tym, należy wystrzegać się jak ognia komentarza w programach stricte informacyjnych. No chyba, że serwis podzielono na część z wiadomościami i panel publicystyczny. Poza tym, jeśli się nie łamie prawa, można promować linię redakcji. Jakie regulacje zabezpieczą takie rozwiązania, które na początku lat 90. Były, w większości mediów, obowiązujące bez zapisów prawa? Nie wiem, ale od tego są politycy wszystkich partii. W końcu za to im płacimy. A te zasady dotyczą wszystkich wydawców i tych liberalnych z domieszką lewacką i tych konserwatywnych.

Niepodległość medialna, tak jak ją tutaj nazwałem, to w gruncie rzeczy bardzo prosta droga do demokracji. Niestety demokracja jest w agonii, takoż i niepodległość w mediach całego świata. Bo jest różnica, czy medium nadaje na koniec programu Odę do radości czy Mazurka Dąbrowskiego.

 

O zakłamaniu m.in. ekologów i polityków pisze WALTER ALTERMANN: Aberracje postępu

Średniowieczna myśl metafizyczna mówi o tym, że mniej więcej co 9 – 12 lat dochodzi do gwałtownego wzburzenia umysłów młodych ludzi. Ma to mieć związek z cyklem słonecznym, którego największa aktywność dziwnie jakoś pobudza umysły młodych i wiedzie ich do wojen, i wszelkiej maści rewolucji. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że słońce jest właśnie w cyklu największej aktywności. A młodzi znowu się burzą.

Pewnie jest to jakaś przepowiednia wyciągnięta z mrocznej Kabały, ale przecież coś w tym jest. Jakoś się potwierdza, jeżeli przyjrzymy się wiekowi XX, w Europie i Polsce. Tu wyjaśnijmy, że doktryna słoneczna zakłada, że rewolucje i wojny są niejako zwieszeniem czasu. I czas liczy się niejako od nowa. Zatem – rok 1905 przyniósł Europie potężne rewolucje, a I wojna światowa wybuchła w roku 1914. Potem mamy Wielki Kryzys od roku 1929, a w końcu II wojnę światową, która zaczęła się w 1939. Od 1945 do 1956 gdy mija lat 11 i mamy zaburzenia w Polsce, i na Węgrzech. Po około 12 latach mamy rewolucje młodych w USA, Francji, Niemczech, Włoszech, w Czechach i w Polsce – mówimy o latach 1967 – 1968. Następny rok „aktywnego słońca” to rok1980. Potem mamy okres 1990-92. Dalej już, nie licząc niczego na siłę, musimy stwierdzić, że coś w tym jest. Obecnie umysły młodych ludzi znowu się burzą słonecznie.

Liczmany i fetysze zamiast prawdziwych celów

Zostawiając metafizykę, astrologię i numerologię, trzeba powiedzieć, że stan pobudzenia młodych od jakichś 10 lat jest ogromy. W poprzednim felietonie pisałem o zagubieniu się młodych ludzi, nadmiernie wykształconych, we współczesnym świecie. Co rodzi powszechną nerwicę, której efektem jest powszechna frustracja.

Znerwicowani frustraci szukają nowych bogów, bo na znalezienie prawdziwego Boga trzeba wysiłku ducha, choć zawsze tak było, ale dzisiaj nikomu nie chce się szukać własnych dróg. Wszystko ma być dla młodych gotowe i podane elegancko na tacy. Może to wina rodziców, którzy biegną przed młodymi z przenośnymi odkurzaczami wysysając z ich życiowych dróg pyłki i kamyczki, żeby młody się nie ubrudził i nie zmęczył.

Gwoli prawdy wszyscy są zagubieni w tak szybko zmieniającym się świecie – starzy i młodzi. Jednak starzy spokojnie i cierpliwie czekają końca, wierząc, że jakoś to będzie. Natomiast przed młodymi jest jeszcze wiele do przejścia w nieznanym i wrogim świecie, więc się burzą.

A ponieważ bez ogólnego sensu żyć trudno więc młodzi znajdują sobie zastępczych bogów, czyli bożki pomniejsze i liczmany, które przecież nic nie znaczą. Obecna rewolucja młodych ma kilka sztandarów, ma rozgrzewające do białości cele: ekologiczny, seksualny i obyczajowy. Na początek zajmiemy się celem głównym, czyli ekologią.

Ekologia i realia

Walka o ochłodzenie klimatu jest celem głównym obecnej rewolucji młodych. Nie mówię, że klimat nam się nie ociepla. To jest niezaprzeczalny fakt. Jednak sposoby realizacji tego celu, czyli ochłodzenia, budzą przerażenie. Młodzi ekowojownicy nie biorą bowiem pod uwagę dwóch istotnych elementów. Po pierwsze – nie wszyscyśmy równi w winie. Po drugie – ekolodzy nie rozumieją, że ludzie chcą jednak żyć.

Nie interesuje ich kto tak naprawdę przegrzewa nam planetę. Nie liczą składowych, nie interesuje ich jakie działania i czyje, mają istotnych wpływ na ocieplenie. Oni liczą tak, jakby liczyli średnią dochodów Rockefellerów i moją. Dodają fortuny miliarderów do mojej skromnej emerytury, dzielą przez dwa i wychodzi im, że Rockefellerowie dużo mniej zarabiają, natomiast ja jednak mam za dużo. Po czym obarczają winą za ocieplenie i miliarderów i biedaków, po równo.

Czego nie mam

A przecież ja nie mam floty prywatnych odrzutowców, nie jeżdżę limuzynami, nie mam  wielohektarowego domu, którego ogrzewanie kosztuje więcej niż ogrzewanie kilkudziesięciu czteropiętrowych bloków z epoki Gierka. Dodajmy też ogromne prywatne baseny bogatych, z ogrzewaną wodą – tych też nie mam. A te tysiące motorowych jachtów milionerów, te tony  benzyny, które rozpędzają owe statki w podróże bez sensu i donikąd?

Nie odpowiadam także za wojny, w których samoloty bojowe spalają hektolitry benzyny, detonują miliony pocisków, które spalają tlen i wprowadzają do atmosfery miliardy kilowatów energii. Nie dam sobie wmówić odpowiedzialności również za wszystkie rakiety, które najpierw spalają tony paliwa, a po dotarciu do celu wybuchają – niszcząc także atmosferę.

Dlaczego ekolodzy nie dzielą świata na tych, którzy indywidualnie są bardziej odpowiedzialni, ale czepiają się biednych, przeciętnych ludzi? Prawdopodobnie dlatego, że chcą tych biednych przestraszyć, a nie straszą bogatych, bo ci mają to gdzieś. Bo zanim gruby schudnie, to chudy umrze.

Skrajna determinacja ekologów

W walce o klimat, jak w każdej walce trzeba zachować zdrowy rozsądek. Odnoszę jednak wrażenie, że ekolodzy najchętniej pozbyli się jakichś 70 procent ludzkości, żeby tylko powietrze było chłodniejsze i bardziej czyste.

Ekologia stała się nową wiarą. I jak każda wschodząca wiara jest bezwzględna i dogmatyczna. I dąży do swych celów po trupach, dosłownie, tak samo jak wszystkie średniowieczne kościoły. Te nowe wiary są dla wielu młodych błogosławionym szaleństwem, bo nie liczą się z tym co jest, nie chcą iść drogą ewolucji, a jedynie drogą rewolucyjną.

Niemcy, których władze w znacznym stopniu są opanowane przez Zielonych, już zaczęły odczuwać ekonomiczne skutki „walki o klimat. Niemiecki przemysł już odczuwa skutki zielonej polityki, skutkiem której zielona energia jest kilkukrotnie droższa od tradycyjnej. Ekonomiści z Niemiec przewidują wręcz katastrofę ekonomiczną, a co za tym pójdzie tragedie ludzi, którzy stracą pracę. Ekolodzy nie zdają sobie sprawy, nie chcą wiedzieć, że zapobiegając katastrofie ekologicznej gotują Europie katastrofę ekonomiczną.

Myślę sobie, że ekolodzy coraz bardziej przypominają hunwejbinów Mao. I mamy nowy liberalny kapitalistyczny komunizm w maoistowskim wydaniu. Ci hunwejbini pochodzą w przeważającej większości z bogatych krajów Europy więc nie zauważają też, że w Europie są również biedniejsze kraje i narody, które nie mogą zmieniać się klimatycznie w tym samym tempie co Francja czy Niemcy. Takie są realia, ale co tam realia, gdy krew się burzy w imię nowego bóstwa.

Ekolodzy nie widzą także, że Chiny i USA nie realizują polityki nowej energii i tym samym podbijają Europę swoimi tanimi produktami. Ostatnimi dniami prezydent elekt Donald Trump podkreśla, że żadna ekologia go nie interesuje. Może w przyszłości…  – mówi. Na razie – zapowiada – trzeba będzie zadbać o amerykański przemysł. I w tym ma rację.

Zakłamanie ekologów

Ekolodzy są zakłamani do cna. Walczą o czystą energię w Europie, zgadzając się jednak na potężniejący z każdym rokiem import chińskich artykułów przemysłowych. Choć wiedzą, że Chiny  nie przejmują się ekologią.

Kilka lat temu doszło do pouczającego zdarzenia, gdy w Kanale Sueskim utknął ogromny kontenerowiec i stał tak na mieliźnie całe trzy tygodnie. Na skutek tego papier toaletowy w Europie natychmiast zdrożał o 30 procent. Okazało się bowiem, że zablokowany statek wiózł ogromną liczbę rolek papieru toaletowego. Wyprodukowanego w Chinach. I wyszło szydło z worka, że Europa ekologiczna nie chce produkować tego artykułu pierwszej potrzeby, bo do jego produkcji trzeba sporo energii cieplnej, a dodatkowo w powietrze wyrzucane są tony pyłów. Bo na zimno w ogóle żadnego papieru produkować się nie da.

Cel jasny, ale straszny

Zatem okazało się, że ekologom nie przeszkadza, gdy świat ogrzewają i zanieczyszczają Chińczycy, ale bardzo im przeszkadza jakakolwiek produkcja w Europie. A przecież świat mamy ten sam i jeden. I już 30 lat temu w Himalajach odnaleziono pyły powęglowe z Zagłębia Ruhry.

Według ekologów Europa ma dać dobry przykład, wtedy zawstydzeni Chińczycy i Amerykanie, przeproszą cały świat i pójdą śladem Europy. Po takim rozumieniu świata, jego ekonomicznych praw wyraźnie widać, że europejscy ekolodzy są nie tyle naiwni, co po prostu i zwyczajnie głupi.

Ekolodzy są niezwykle bitni i nie idą na żadne kompromisy. Odnoszę wrażenie, że są gotowi walczyć o ochłodzenie klimatu do ostatniego człowieka na Ziemi.

 

WALTER ALTERMANN: Postęp i inne zagrożenia

Coraz częściej słyszę o konieczności postępu, głównie w sferze mentalnej i obyczajowej. W świecie techniki postęp jest oczywiście rzeczą naturalną i oczekiwaną. Niekiedy nawet ułatwia nam życie. Choć nie we wszystkich dziedzinach i nie na każdym polu. Ot, weźmy wojny. W takim średniowieczu, i oczywiście w antyku, wojny były, bo wojny były zawsze. W końcu jesteśmy wszyscy potomkami Kaina.

Jednak stare wojny miały, że się tak wyrażę, pierwiastek ludzki, chory pierwiastek, ale jednak ludzki. Trzeba było bowiem dopaść przeciwnika na wyciągnięcie włóczni, lub miecza, żeby go zaszlachtować. Narażając się przy tym, że przeciwnik może być szybszy i bardziej sprawny.

Z biegiem wieków wojny stały się coraz bardziej „odhumanizowane”. Dzisiaj operator drona, siedzący spokojnie i bez zagrożenia w eleganckim, klimatyzowanym pomieszczeniu wysyła na śmierć dziesiątki i setki ludzi. To też jest postęp, ale czy dobry? Chyba nie, skoro niesie śmierć.

Postępowe atomówki

To postęp technologiczny pozwolił również na zbudowanie bomby atomowej. Skutkiem czego dzisiejsza Rosja, państwo biednych ludzi, ale mocno uzbrojone w atomówki, szachuje cały świat i jest właściwie bezkarne w straszeniu, atakowaniu sąsiadów i wymuszaniu korzyści dla siebie. Czy dzisiejsza Rosja ma coś innego do zaproponowania światu niż surowce energetyczne i broń? Chyba nie. Jednak trzeba się z nią liczyć i ustępować, bo ma pociski atomowe.

Dlatego z dużym dystansem, a nawet niewiarą, podchodzę do wszelkich haseł i żądań zwolenników postępu technicznego. Bo weźmy samochody, które w PRL-u były oznaką pozycji społecznej i prestiżu. Nawet właściciel dychawicznego Fiata 126  uważał, że jest lepszy od wszystkich „bezsamochodowców”. A dzisiaj okazuje się, że samochody zatruwają powietrze. Fakt, że jest ich coraz więcej, więc i smrodu mamy więcej niż jeszcze 40 lat temu.

Na ten problem postępowcy odpowiadają programem aut elektrycznych. Nie zastanawiając się jednak, skąd świat będzie brał surowce do wykonywania baterii. I skąd będziemy brali prąd do naładowania tych baterii. I ile przy tym zatrują środowiska.

Ponieważ żyję już wiele lat, stwierdzam, że właściwie wszystkie zmiany jakich doświadczałem były zmianami na gorsze, zatem bardzo ostrożnie podchodzę do wszelkich nowości. Bo już kilka razy zbawienie ludzkości okazywało się dla niej potworną katuszą.

Postęp obyczajowy

Trzeba się zgodzić z postępowcami, że świat mentalny także się zmienia. Jednak nasz świat wartości i obyczajów nie zmienia się sam z siebie, bo te zmiany wytwarzamy sami. Świat (tak rozumiany) nie jest przecież pogodą. A zmienia się głównie pod naporem i wskutek agresji tych, którym w zastanym świecie jest za ciasno i wszystko ich uwiera.

Niestety nie wszyscy potrafią zaakceptować świat zastany, taki, w jakim się urodzili. I stają się postępowcami.  Można nawet powiedzieć, że świat zmieniają jedynie niezadowoleni i wściekli. I Bogu dzięki, gdy chodzi o medycynę i leki, ale co do reszty mam wątpliwości.

Skąd biorą się postępowcy

Myślę, że postępowcy rekrutują się z grupy osób głęboko znerwicowanych. Nerwica to nie są żarty, bo dotyka ona sporej części naszej populacji. A jest także skutkiem tego, że coraz więcej osób nie rozumie zmieniającego się świata, lub też rozumie go opacznie. Prawdopodobnie nasz świat zmienia się zbyt szybko.

Gdy czytam, że niebawem wszelkie urzędy i instytucje państwowe nie będą już z obywatelem korespondowały listownie, na papierze, ale przy pomocy maili, to jednak dostrzegam problem. Po pierwsze spora część Polaków nie umie obsługiwać komputerów, a nie ma żadnej ustawy, żeby ich do tego zmusić lub ograniczać ich prawa. Po drugie urzędy są dla obywatela, a nie obywatel dla urzędów. I zadaje mi się, że powracają w formie elektronicznej czasy realnego socjalizmu.

Fałszywa demokracja internetowa

Mamy też w świecie za dużo informacji. Także tych internetowych. Codziennie jesteśmy zalewani gigabajtami przekazów, które nas w sumie otępiają. Internet w ogóle jest groźny, bo przeciętny człowiek nie jest w stanie przecedzić zalewu informacji, nie jest w stanie oddzielić ziarna od plew.

Internet jest również fałszywą demokracją. Bo co z tego wynika, że każdy może dziś przedstawić światu swoje zdanie? Nic nie wynika. Czyli jest nerwica, bo ja piszę, a świat nic z tymi moimi wielkimi i odkrywczymi myślami nie robi. Czyli staję się znerwicowanym frustratem.

Skutkiem tak gwałtownych zmian ludzie dzisiaj nie mają swojego miejsca. Szukają, studiują, nadal szukają, ale niewielu znajduje satysfakcjonujące ich zajęcia – czyli zostają frustratami, znerwicowanymi frustratami.

Za dużo wykształconych?

Może też mamy w Europie za dużo ludzi wykształconych? Każdy student widzi siebie w przyszłości jako człowieka opromienionego sławą, bogatego i szczęśliwego. A kiedy przyjdzie mu wykonywać pracę mechaniczną, choć w biurze, popada we frustrację. I w nerwicę.

Dawniej, jeszcze w XX wieku, świat był prosty i zrozumiały. Owszem ludzie też studiowali, ale nie takimi masami. W latach 30-tych studiowało w Polsce, każdego roku, około 20.000 ludzi. Dzisiaj w samej Łodzi studiuje rocznie około 80.000 osób. Może przed wojną studiowało za mało Polaków, dzisiaj chyba trochę przydużo.

Gdybyśmy mieli przed wojną taką masę ludzi wykształconych, jak dzisiaj, to nigdy nie zbudowalibyśmy Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego. Bo inżynierów było przy tych budowach niewielu. Ale za to mieliśmy wielu majstrów, techników. No i bardzo wielu robotników.

Nie zachęcam, żeby wracać do XIX wieku, gdy syn chłopa był chłopem a syn szewca zostawał szewcem. Ale warto znać trzy przysłowia: Wedla stawu grobla; Pilnuj szewcze kopyta; Za pan brat świnia z sołtysem.

Teraz przed wszystkimi otwierają się złudne „szerokie perspektywy”. A ich niezrealizowanie rodzi dywizje i armie znerwicowanych frustratów. A najgorsze jest to, że to oni prą i „nacierają na kierunku postęp i nowoczesność obyczajowa”. Wtedy są groźni. I takie są uboczne, ale groźne skutki demokracji.

Konkretnie o nowych, aberracyjnych pomysłach znerwicowanych postępowców napiszę w następnym felietonie.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Polacy nie lubią Niemców?

Znany z jednostronnego przedstawiania sytuacji w Polsce Philipp Fritz opisał w die Welt wyniki kompleksowego badania, z którego wynika, że stosunek Polaków do Niemców od lat się pogarsza. A sytuacja wcale nie zmieniła się po dojściu do władzy proniemieckiego Donalda Tuska.

Czy ktokolwiek z Państwa czuje się zaskoczony? Chyba nie. Tym bardziej, że kto ma oczy ten widzi, że nawet jeśli ktoś miał co do stosunku Niemców do Polaków jakieś złudzenia, to – w wyniku rządów realizującego niemiecką agendę wobec Polski Donalda Tuska – szybko się ich pozbywa.

Fascynujące „przyczyny”

Fascynujące są jednak przyczyny tego stanu rzeczy, a przynajmniej tak jak je widzi wieloletni korespondent w Warszawie i opowiada o nich rodakom na łamach jednego z najbardziej poczytnych niemieckich dzienników własnymi słowami i słowami ekspertów o polską brzmiących nazwiskach. Otóż wg. Fritza „winien jest rząd PiS, który oczerniał Niemców” i „telewizja państwowa zawsze malowała swojego zachodniego sąsiada w ciemnych barwach”. No może jeszcze trochę „historia”.

I te bzdury Niemcy, w tym Niemcy, którzy mają pogłębiać wiedzę Niemców nt. Polaków, tacy jak Fritz, powtarzają sobie od lat, jedocześnie głośno „dziwiąc się wzajemnemu niezrozumieniu”. Nie wiem, czy robią to celowo, czy też autentycznie nie mogą wyjść z jakiegoś rodzaju ograniczeń umysłowych, które nie pozwalają im zrozumieć oczywistości, ale spróbuję pomóc.

Panie Fritz

Zatem, Panie Fritz, tą drogą, bo na „X” Pan mnie zbanował, tak w telegraficznym skrócie:

Zacząć należałoby od tego, że Polacy coraz mniej lubią Niemców, ponieważ mija coraz więcej lat od rzezi, której Niemcy dokonali na Polakach, a najeźdźcy nie kwapią się do adekwatnego zadośćuczynienia. Właściwie nie kwapią się do żadnego, które nie byłoby obraźliwe wobec skali zbrodni niemieckich na obywatelach Polski. Polskie ofiary nie mają nawet pomnika w Berlinie, zrabowane przez Niemców polskie dzieła sztuki nadal leżą w niemieckich piwnicach, a polskiej mniejszości nie został oddany majątek odebrany dekretami Goeringa. Jakby tego było mało, Niemcy kłamią na temat wspólnej historii i przy użyciu niewątpliwie potężnych narzędzi propagandowych, utwierdzają niesprawiedliwe stereotypy na temat Polaków. Pan by kogoś takiego lubił?

Co więcej, Niemcy mieniąc się „sojusznikiem Polski” realizują geopolitykę sprzeczną z interesami Polski i innych państw Europy środkowej. Do Nord Stream już może nie ma po co wracać, ale kto chce widzieć, widzi jak Niemcy dążą do powrotu robienia interesów z Rosją, lub też nigdy nie przestali ich robić, jak choćby w przypadku sprowadzania do rafinerii Schwedt ropy rzekomo kazachskiej, ale cudem jakimś wykazującej cechy ropy rosyjskiej. Niemcy mają oczywiście prawo prowadzić taką geopolitykę jaką uznają za słuszną, ale trudno za „sojusznika” uznawać kogoś, kto prowadzi wobec nas politykę wrogą, jak choćby w przypadku zakulisowego rozbijania jedności państw regionu Trójmorza, korumpowania elit, czy blokowania inwestycji rozwojowych.

Być może najbardziej ostatnio irytuje Polaków traktowanie przez Niemcy Polski jak śmietnika. I to nie tylko śmietnika na szkodliwe niemieckie odpady, ale również na skutki nieudanych niemieckich eksperymentów politycznych, jak w przypadku masowej migracji, czy działających wbrew interesom Polaków rządów implementowanych siłami powolnych Niemcom mediów. Pan wybaczy Pnie Fritz, ale trudno Was w tym wszystkim lubić (przy czym mam na myśli głównie niemieckie elity różnych poziomów, ponieważ ze strony zwykłych Niemców bywało, że spotykałem się z zaskakującym zrozumieniem).

Co mogą Niemcy?

Czy można coś w tej sprawie zrobić? Można. Oddajcie co ukradliście, wypłaćcie reparacje, przestańcie mieszać nam się do naszych spraw, przestańcie kłamać na temat Polski i zabierzcie swoje śmieci. A kiedy nam przejdzie złość, zastanowimy się jak oprzeć wzajemne stosunki na możliwej synergii i poszanowaniu odrębności interesów.