WALTER ALTERMANN: Nekropolie – hołd Zmarłym, znak historii i świadectwo o nas samych

Spacery po cmentarzach są pouczające – wiele dowiadujemy się oczywiście o zmarłych, ale też o żyjących. Nie mówię, że spaceruję po cmentarzach niejako socjologicznie, nie mniej pewne ogólne, że się tak wyrażę wnioski – same z siebie się nasuwają. Jako łodzianin z urodzenia odwiedzam jedynie łódzkie cmentarze. Poniższa garstka cmentarnych refleksji dotyczy głównie Łodzi, ale nie tylko.

Po pierwsze w ciągu ostatnich 70 lat nasze polskie cmentarze niebywale się zmieniły. Najpierw, w latach 50-tych na cmentarzach były głównie groby ziemne, takie kopczyki. Wiosną, latem i jesienią wyglądały naprawdę pięknie, bo obsadzano je najczęściej – bo bokach – zimozielonym bluszczem. A na środku, na głównej płaszczyźnie grobu sadzono bratki. Te groby miały jedna wadę, trzeba było o nie dbać, a głównie regularnie podlewać. Co bywało dla rodzin zmarłych uciążliwe.

Nasze bogacące się cmentarze

Pod koniec lat sześćdziesiątych pojawiły pierwsze nagrobki z lastryko. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że lastryko to rodzaj sztucznego kamienia, wykonanego z twardego grysu kamiennego i białego cementu. Można powiedzieć, że rodziny odetchnęły, bo nie trzeba było ciągle grobów podlewać. Jednak lastryko po latach zmieniało swą urodę, beton wypłukiwały deszcze i nagrobki zaczęły straszyć.

Potem, pod koniec lat 70-tych, zaczęły się pojawiać nagrobki z granitu, które, przy minimalnej pielęgnacji, wyglądają porządnie. Tu trzeba powiedzieć, że dzisiaj granitowe nagrobki nie są bardzo drogie i stać na nie bardzo wielu.

Jest jednak faktem, że droga od kopczyków ziemnych do granitowych nagrobków była drogą, ukazującą, że społeczeństwo nasze z wolna, ale stawało się z każdym dziesięcioleciem coraz bardziej zamożne.

Pomniki

Z grobów XIX wiecznych zachowało się na łódzkich cmentarzach kilkadziesiąt pięknych, pełnych poważnego uroku nagrobnych pomników. Najczęściej są to kamienne obeliski, zwieńczone krzyżem. Ale nie brak też kamiennych monumentów w formie nagrobnych sześcianów. I wszystkie one są kamienne.

Jest też wiele nagrobków (już od początków XX wieku), których centralne miejsce zajmują rzeźbione postacie. Niektóre z nich są dłuta przednich mistrzów rzeźbiarstwa. Mają doskonałe proporce, są wykonane z doskonałego kamienia, a przede wszystkim mają „poetyczne dusze”. Zmuszają do oddania się nastrojowi powagi i przemijania.

Z początkiem lat 90-tych minionego wieku pojawiły się też na łódzkich cmentarzach współczesne rzeźby. Kilka jest wielce udanych – te są nagrobkami artystów rzeźby i malarstwa. Niestety jednak, pojawiają się też coraz częściej wielkie monumenty, które ze sztuką nie mają nic wspólnego.

Mijając je, zastanawiam się niekiedy, dlaczego fundatorzy tych wielkich, ale nieudanych rzeźb nie wysupłali jeszcze kilku tysięcy złotych na zawodowego rzeźbiarza, który z pewnością stworzyłby dzieło z sensem artystycznym. Ceniąc cech kamieniarzy, uważam jednak, że artysta zawsze się przy rzeźbach przyda.

Popisy cmentarne

Oczywiście, również na naszych cmentarzach króluje staropolskie: „Zastaw się, a postaw się”. Bo o co chodzi w końcu z grobami naszych przodków? Teoretycznie chcemy upamiętnić ich życie, przywołać z pamięci jacy byli dla nas, a my dla nich. Tyle doktryna Kościoła.

Ale w praktyce chodzi też o to, żebyśmy się popisali, żebyśmy pokazali światu, że stać nas, że nie jesteśmy biedakami, jak reszta naszej rodziny, nasi znajomi i sąsiedzi. I tym sposobem również na cmentarzach można widzieć wyścig i popis bogatszych. Dzisiaj ważny jest ten, kto wystawi jak najbardziej okazały pomnik. Pomnik! Nie żaden tam nagrobek.

Sztuka chodnikowa i gust podmiejski

Na cmentarzach można też spotkać niezwykłe monstra nagrobkowe. Nie powiem, żeby cokolwiek na cmentarzach mnie śmieszyło, bo życie i śmierć traktuję bardzo poważnie. Sa jednak – postawione niedawno – nagrobki, które wywołują u mnie szok.

Jeden z takich dziwacznych nagrobków ma upamiętnić młodego człowieka. Nagrobek wygląda tak: dół stanowi wielka granitowa płyta, a u jej końca – patrząc od oglądającego grób – wznosi się wielka szklana i gruba płyta, na której środku jest zdjęcie roześmianego zmarłego. Ta szklana płyta jest podświetlana (prawdopodobnie żarówkami led) i mieni się wieloma kolorami. Czasami też słychać płynącą z tego grobu piosenką. Zapewne był to ulubiony utwór tego, który spoczywa w grobie.

Chwilami zdaje mi się, że forma na cmentarzach przerasta treść. Treścią jest to, że w grobie spoczywa ktoś nam bliski, kochany. Bywa, że jego śmierć była dla rodziny ogromnym wstrząsem, a nawet tragedią. I w tym momencie pojawia się forma, która ma uczcić pamięć zmarłego i oddać nas ból po jego stracie. Być może stąd biorą się takie dziwaczne pomysły, jak ten z podświetlanym i grającym grobem.

Czy zwykły człowiek jest w stanie stworzyć nagrobek, rzeźbę nagrobną, których tematem będzie strata i ból? Myślę, że nie. Oczywiście Jan Kochanowski w swych „Trenach” umiał opisać swą stratę, ból i rozpacz. Michał Anioł stworzył „Pietę”, w której matka trzyma w ramionach zmarłego Chrystusa. Jednak obaj wymienieni artyści byli geniuszami. A przeciętni ludzie nie powinni przecież silić się na formy, które są im obce i nieznane. Skromności na naszych cmentarza nie ma za wiele.

Groby poległych  

Narzekam tu trochę na obyczaje cmentarne, ale jestem jednak pełen uznania dla stowarzyszeń, które rokrocznie ozdabiają groby poległych w obronie ojczyzny, To piękny i szlachetny gest. Dzięki tym oznaczeniom zatrzymuję się przy grobie z biało-czerwoną szarfą i czytam, co głosi epitafium. Okazuje się, że na łódzkich cmentarzach spoczywa bardzo wielu żołnierzy wojny 1920 roku, i wojny, która zaczęła się 1 września 1939 roku. Odnajdujemy, dzięki tym szarfom, groby walczących w Powstaniu Warszawskim z 1944 roku. Są też groby poległych w walce i pomordowanych przez Rosjan uczestników rewolucji 1905 roku.

Warto, także na cmentarzach, dowiedzieć się, że żyli wśród nas ludzie, którzy tworzyli historię. Wtedy opada z nas bieżący egoizm i choćby na minutę dociera do nas myśl, że jesteśmy tylko częścią czegoś większego.

 

WALTER ALTERMANN: Doktorów Judymów chwilowo brak

Co najmniej dwa pokolenia międzywojenne wychowały się na Prusie i Żeromskim. To dzięki ich pisarstwu bowiem docierało do społeczeństwa polskiego, że bogatsi muszą pomagać biedniejszym, lepiej wykształceni – analfabetom. Znałem takich ludzi. A żeby nie było niejasności, nie byli w PZPR. Byli jednak z ducha socjalistami, a może nawet byli niezorientowanymi politycznie, ale dobrze wychowanymi ludźmi.

Służenie innym – to był międzywojenny obowiązek patrioty. Nie obnosili się z tym, ale młodzi nauczyciele jeździli do głuchych wsi na rubieżach ówczesnej Polski, by uczyć, dobrze uczyć – za bardzo małe pieniądze. A młodzi lekarze, pół darmo leczyli biedaków w robotniczych dzielnicach.

Oczywiście nie wszyscy tacy byli, ale bardzo duża część społeczeństwa wcielała w życie wielkie idee społecznikowskie. To było wspaniałe społeczeństwo obywatelskie. I takich ludzi wychowywali Żeromski i Prus.

Dwoistość bytu profesorów

Ostatnio udało mi się wzbudzić zainteresowanie moją przypadłością pewnego profesora medycyny. Za jedyne 600 zł, podczas prywatnej wizyty. W szpitalu natomiast profesor jest niedostępny, wyniosły i nie zniża się do poziomu chorych. Być może ma coś z dyskiem i nie może się schylać, bo chorzy jednak leżą na łóżkach. Nadto każdy chory jest męczący, bo wydaje mu się, że jest najważniejszy na świecie i oczekuje Bóg wie czego.

Śladem profesorów idą doktorzy, specjaliści I i II stopnia a nawet stażyści. Od lekarzy nauczyły się tego sposobu bycia pielęgniarki, salowe i oczywiście recepcjonistki. Taki dziś mamy styl w służbie zdrowia.

Na tym tle wyjątkowo dobrze wypadają Ukrainki, które są po prostu miłe i uczynne. Może akurat im zależy na swojej pracy? A może nie mają innych możliwości? A może Ukraińcy, mieszkający obecnie w Polsce zachowują się tak jak u siebie, w swoim kraju?

Cele służby zdrowia

Celem dzisiejszej służby zdrowia są dobre, coraz większe zarobki lekarzy. Oczywiście nie da się wiele zarobić bez chorych, zatem istnieje mentalne przyzwolenie na pacjentów, ale przecież w umiarkowanych ilościach.

Najpierw – na początku nowej rzeczywistości – całkiem konkretną wizją, było sprywatyzowanie usług medycznych, leczenia i opieki nad chorymi. Ówczesna prasa podawała nam (obywatelom) jako przykład USA i Niemcy, gdzie prywatna praktyka lekarska ma się dobrze i gwarantuje przyzwoity poziom medyczny. Pisano też, że owszem, że tam też istnieją państwowe szpitale, ale celem dla Polaków miały być prywatne szpitale i prywatni lekarze. Oczywiście nikt nie pisał, że Polska jest za biedna, że naprawdę jedynie garstka obywateli będzie się mogła leczyć prywatnie.

Oczywiście są obecnie prywatne kliniki, ale zajmują się głównie świadczeniem usług medycznych z zakresu medycyny estetycznej, zatem zabiegami bardzo drogimi. Całkiem dobrze mają się też lekarze prowadzący prywatną praktykę. Ludzie przestali wierzyć w państwową służbę zdrowia. Może z autopsji, z przykrego doświadczenia?

Sprywatyzowane zęby

W nowych czasach (po 1989 roku) jako pierwsze sprywatyzowano nasze zęby. I to bardzo sprytnym sposobem. Uznano, że każdy obywatel ma prawo do leczenie ośmiu przednich zębów w górnej szczęce i ośmiu w dolnej. Piątki, szóstki siódemki oraz ósemki uznano za zupełnie prywatną sprawę obywatela. Ponieważ starsi ludzie mają u nas spore braki, zgodzono się, żeby raz na 5 lat, każdy społecznie ubezpieczony, mógł też ubiegać się o sztuczną szczękę.

Dentyści – z związku taką reformą – mają się już u nas dobrze, szczególnie ci, którzy są otwarci na nowe techniki i wynalazki. Ciż są już książętami wśród medyków. Jedynie co smuci, to fakt, że na ulicach widać ogromne rzesze bezzębnych i „bezszczękowych” starców. Kobiety bowiem, jako rozsądniejsza część populacji, bardziej dbają o siebie.

Patenty na godziwe zarobki lekarzy

Pierwszym sposobem na zostanie bogatym lekarzem jest zdobycie, przez absolwenta akademii medycznych, specjalizacji, a następnie zrobienie doktoratu. Lekarz z tytułem doktora nauk medycznych ma wtedy wielkie szanse na zatrudnienie się w placówkach szpitalnych. To jest początek kariery, bo wtedy może zrobić nawet habilitację, a na koniec zostać profesorem.

Co może profesor? Profesor  może wszystko. Jako ordynator szpitalnego oddziału może w każdej chwili przyjąć na swój oddział każdego, z pominięciem jakichś tam kolejek, swoich chorych. Skąd profesor bierze swoich chorych? Ano z prywatnej praktyki, którą ma obok pracy w państwowej służbie zdrowia.

Oczywiście wizyta u profesora sporo kosztuje, ale w zamian pacjent ma gwarancję, że w przypadku konieczności położenia się do szpitalnego łóżka, miejsce będzie na pewno. A jako pacjent profesora z pewnością będzie traktowany mniej brutalnie niż pacjent z ulicy, albo od jakiegoś nieszpitalnego doktora.

Jeżeli zajdzie konieczność operacji, pacjent profesora musi być też przygotowany na okazanie profesorowi wdzięczności. Ile wynosi dzisiaj wdzięczność? To zależy od rodzaju przypadłości. Neurochirurgia, choroby serca są najdroższe, ale nawet chirurg, operujący złamaną nogę oczekuje, że nasza wdzięczność nie ograniczy się do kwiatów. Krótko mówiąc – pacjent musi być przygotowany na wdzięczność „pooperacyjną” w granicach od 10 do 20 tysięcy złotych.

Ludzie o tym mówią między sobą, ale nie spieszą się z zawiadamianiem prokuratury, bo są przekonani, że po czymś takim w żadnym szpitalu w Polsce nie znajdą już pomocy.

Wielbiciel szybkich samochodów

Były marszałek Senatu profesor Tomasz Grodzki ma postawione zarzuty korupcyjne, ale skutecznie unika spotkań z prokuratorem, bo ciągle chroni go immunitet senacki. Warto przypomnieć tę postać, szczególnie teraz, gdy nowy rząd ściga różnych znaczących polityków poprzedniego rządu.

Mnie utkwił w pamięci wywiad p. Grodzkiego sprzed kilku lat, gdy w telewizyjnym wywiadzie, zdradził, że ma słabość do szybkich samochodów. Co to znaczy szybki samochód? To znaczy że jest on drogi, bardzo drogi.

Może dla przykładu profesor-senator Grodzki powinien jednak poddać się procedurom organów państwa? Wypadałoby, naprawdę.

Co robić z naszą medycyną

Każda kolejna ekipa rządowa obiecuje przed wyborami, że zrobi porządek. Że bez kolejek będziemy mogli się dostać do każdego lekarza. I co z tymi obietnicami dzieje się po wyborach? Nic istotnego. Państwowa służba zdrowia domaga się jedynie pieniędzy. I jest w tym dużo prawdy, bo Polska wydaje z budżetu na nasze zdrowie najmniej z wszystkich państw Unii Europejskiej. Wszystkie kolejne rządy mówią, że dały bardzo dużo. I co? Nic. Gdzieś, jakoś te pieniądze wyciekają, a szalupa nabiera coraz więcej wody.

Gdzie się podziewają, na co idą nasze pieniądze (bo płacimy przecież niemałe ubezpieczenia zdrowotne), tego jakoś nikt nie mówi?

Może trochę światła na tę gospodarkę w publicznej służbie zdrowia rzuciła pani minister Izabela Leszczyna, która (29.10.2024) potwierdziła prasowe doniesienia, że mamy w systemie bardzo wielu lekarzy zarabiających od 80 do100 tysięcy złotych miesięcznie. Dodała także, że jeden z lekarzy złożył fakturę za wrzesień na 299.000 zł. Czyli prawie 300 tysięcy zapłaci w październiku owemu lekarzowi państwo, za jego pracę na rzecz publicznej służby zdrowia.

Może tu jest pies pogrzebany? Może coraz większe wydatki państwa powodują jedynie coraz większe zarobki lekarzy, który są gotowi z poświęceniem „przyjąć na klatę” każdą, nawet najwyższą podwyżkę swoich zarobków? Bo nasi dzisiejsi lekarze są gotowi do dużych poświęceń.

 

WALTER ALTERMANN: Sztuczna inteligencja kontra żywa głupota

Być może sztuczna inteligencja jest u nas bardziej rozpowszechniona niż sądzimy. I nie mam na myśli naszych prominentnych polityków, bo w ich przypadku wchodziłaby jedynie wersja mocno uproszczona.

Taki algorytm, który sprowadzałby się do umożliwienia kopania i moralnego unicestwiania przeciwników – z pominięciem „realnych faktów”, a z zastosowaniem „faktów fikcyjnych”. Oczywiście wiem, że każdy fakt jest prawdziwy i realny, ale napisałem tak, żeby oddać ducha kierującego naszymi politykami.

Sztuczna inteligencja w Krakowie

Najczęściej widać i słychać sztuczną inteligencję w radiach i telewizjach. Najgłośniejszym jest przypadek Off Radia Kraków, która to stacja zrealizowała (przy użyciu sztucznej inteligencji) audycję z udziałem nieżyjącej już od 12 lat naszej noblistki, Wisławy Szymborskiej. Skandal polega na tym, że autorzy i stacja nie zaznaczyli wystarczająco czytelnie, że wypowiedzi poetki nie są archiwalne, ale pochodzą z montażu tekstów prasowych i książkowych, a głos Szymborskiej jest tworem AI. To znaczy, z zachowanych materiałów archiwalnych, w których poetka mówiła, wypreparowano jej głos, poddano go cyfrowej obróbce i przy pomocy algorytmów AI stworzono jej nowe wypowiedzi.

Tym sposobem można teraz użyć każdego głosu, do każdego tekstu. I można stworzyć audycję, w której tow. Gomułka chwali Adama Michnika, Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. A nawet stworzyć audycję, w której ta czwórka dyskutuje i obsypuje się komplementami.

Prawdopodobnie i niestety sztuczna inteligencja objawia się także w programach polskich stacji telewizyjnych. Piszę „prawdopodobnie”, bo nie sądzą, żeby żywy człowiek mógłby być tak głupi, jak sztuczni lektorzy, co stacje udowadniają seryjnie choćby przy podkładaniu polskiego tekstu pod programy zagraniczne.

Operacja Bagrejszyn

Ostatni przykład działania AI znalazłem w programie historycznym kanału Viasat History Polsat, który nosił tytuł „II wojna światowa. Cena imperium. Odc. 11”. Audycja jest brytyjska i opisuje dzieje II wojny światowej. Jest interesująca, bo przedstawia tę wojnę z brytyjskiego punktu widzenia. Czyli nie ma w nim  mowy o błędach i złych decyzjach Brytyjczyków.

Przedstawiając zmagania Niemców z ZSRR na froncie wschodnim lektor czyta, że jedną z największych operacji na froncie wschodnim była operacja Bagrejszyn. Być może tak było w wersji brytyjskiej, ale czy Polak musi powtarzać błędy poddanych Jego Królewskiej Mości? Operacja ta nazywała się „Bagration” i była nazwą dla rosyjskich zamierzeń i działań. Żaden tam „bagrejszyn”, ale „bagration”!

Wstyd, że nikt w Polsacie, tak wielkiej firmie, o czymś takim nie słyszał. A wystarczyło, żeby redaktor programu w polskiej wersji językowej wszedłby na stronę Wikipedii, gdzie znalazłby poniższą informację: „Operacja „Bagration” (ros. Операция Багратион), również Białoruska Strategiczna Operacja Ofensywna – ofensywa strategiczna Armii Czerwonej, przeprowadzona w dniach 22 czerwca–31 sierpnia 1944. Doprowadziła do prawie całkowitego zniszczenia wojsk niemieckich Grupy Armii Środek na terenie Litwy, Białorusi i wschodniej Polski. Była to prawdopodobnie największa klęska Wermachtu a podczas II wojny światowej. Operacja została nazwana na cześć gruzińskiego księcia i rosyjskiego generała Piotra Iwanowicza Bagrationa poległego w bitwie pod Borodino.”

Od siebie dodam, że bitwa pod Borodino miała miejsce podczas wojny francusko-rosyjskiej w 1812 roku. I że Bagration żył w latach 1765-1812. Oraz i to, że dla Rosjan Bagration jest bohaterem narodowym.

Czekam na moment, w którym któryś z ludzi Polsatu powie, że naczelnym wodzem wojska polskiego w kampanii wrześniowej 1939 roku był Eduard Rajdz Smigły. Dla słabo wtajemniczonych w historię powiem, że ów marszałek nazywał się Edward Rydz-Śmigły.

Czego nie wylewać razem

Polsat, audycja „Punkt widzenia”. Będący rozmówcą dziennikarza, ekspert profesor Stanisław Ossowski naraz rzuca w przestrzeń stare porzekadło, ale z lekka i bez sensu przerobione: „Nie wylewajmy mleka z kąpielą”.

Zabawne, bo kto się ostatnio kąpał w mleku? Ostatnio Kleopatra, która regularnie kąpała się w mleku z dodatkiem miodu i płatków róż, by jej skóra była gładka. Podobno na jedną kąpiel potrzebowano mleka 700 oślic. Natomiast stare porzekadło brzmi: „Nie wylewajmy dziecka z kąpielą”. Naprawdę nie warto kombinować przy starociach, zostawmy je takimi, jakie są.

Łapówki na boiskach

Alvares przyjął piłkę dość przychylnie” – mówi sprawozdawca meczu piłki nożnej, 15.10.2024 roku, w Canal +. Z całym szacunkiem dla mówiącego, dość to pokraczne zdanie. Tym bardziej, że przychylność oznacza w języku polskim skłonność do udzielenia komuś pomocy, ułatwienie komuś załatwienie jakiejś sprawy,

Przychylność jest też eleganckim synonimem łapówkarstwa, bo dzięki łapówce wręczonej urzędnikowi można uzyskać to, co bez „przychylności” byłoby nie do załatwienia.

Orientuje się czy wie?

W czasie posiedzenia komisji ds. Pegasusa jeden z członków komisji pyta Krzysztofa Brejzę: „Czy orientuje się pan o innych osobach, które były podsłuchiwane?”

Recz w tym, że orientować się nie jest tożsame z wiedzą. Poprawnie poseł powinien zapytać: „Czy zna pan nazwiska innych podsłuchiwanych osób?” Nadto zauważę, że orientować się można w czymś, że wspomnę o kierunkach świata, orientowaniu map na kierunek północny.

Wektory

W czasie tego samego posiedzenia Komisji przewodniczący zapytał także Krzysztofa Brejzę tak:

Jakie były powody takich nieprzyjemnych dla pana działań?

Były dwa wektory…  –  odpowiada zupełnie niezrozumiale p. Brejza.

Po czym wyjaśnia, że były dwa cele podsłuchujących, w związku z czym podsłuchujący mieli dwa kierunki działań.

Dlaczego zatem p. Brejza zupełnie bez sensu mówił o wektorach? A, bo to jest elegancko, modnie i z klasą – według niego. Ale czym są te cholerne wektory? Wektor to obiekt matematyczny opisywany za pomocą wielkości: modułu lub wartością, kierunku wraz ze zwrotem (określającym orientację wzdłuż danego kierunku); istotny przede wszystkim w matematyce elementarnej, inżynierii i fizyce

Dlaczego p. Brejza nie powiedział od razu o celach? Myślę, że choć jest z wykształcenia prawnikiem to jego domową pasją są: wyższa matematyka stosowana, fizyka molekularna i inżynieria mostów, które łączą dwa brzegi – sensu i bezsensu.

Zauważmy też, że po chwili p. Brejza dodał, gdyby ktoś miał trudności zrozumienia kwestii z wektorami:

To była akcja open spejs.

Komisja zrozumiała, bo jednocześnie wszyscy jej członkowie pokiwali głową, na znak że zrozumieli. A ja nie zrozumiałem, bo komisja była polska i świadek komisji też był Polakiem. I nie mam zamiaru rozumieć świadków komisji, mówiących jakimś politycznym slangiem. Istnieje też możliwość, że p. Brejza, nauczony przykrymi doświadczeniami, celowo mówił w dwóch językach naraz, żeby zmylić kolejnych podsłuchujących.

A „open spice” to we współczesnym żargonie politycznym przestrzeń otwarta, przestrzeń publiczna, miejsce dla wszystkich, także przestrzeń wymiany idei i poglądów, oraz oczywiście plotek.

 

WALTER ALTERMANN: Nasz głęboko skrywany wstyd

Oglądając nasze telewizje musimy bardzo uważać. Szczególnie jeżeli jesteśmy już ludźmi starszymi. Bo oto w eleganckiej, czasem nawet miłej formie telewizje mogą wciskać nam kit.

Niby mówią do nas językiem polskim, niby rozumiemy co mówią, ale przecież nie do końca. Bowiem słowa, w ciągu ostatnich lat, zmieniły swoje podstawowe znaczenia, bardzo wiele przykrych słów po prostu zniknęło z obiegu, zastąpiono je określeniami tak ogólnymi, że nie znaczą już tego, co oznaczały jeszcze 25 lat temu.

Tak stało się m.in. z bezdomnością, człowiekiem bezdomnym i problemem bezdomności. Ot, opakowano problem tak, że ni za cholerę nie wiadomo dziś o co chodzi. Czy o konkretnego, żywego człowieka, czy też o jakiś bliżej nieokreślony dylemat socjologiczny. A pomiędzy człowiekiem a problemem naukowym jest zasadnicza różnica.

Powie ktoś, że współczesność wymaga od nas nienazywania rzeczy po imieniu i dlatego mówimy o ludziach niepełnosprawnych (a nie o kalekach), o niskorosłych (a nie o karłach) i ludziach z deficytem intelektualnym. Myślę, że takie łaskawe, subtelne i delikatne traktowanie bezdomnych to zbytek elegancji. Im potrzeba pomocy materialnej, a nie kulturalnych słówek.

Osoby w kryzysie bezdomności

21 października 2024 roku, na antenie TVP, młoda dziennikarka ze Szczecina przedstawiła osiągnięcia tamtejszych władz miejskich. Okazało się, że miasto będzie miało dla osób w kryzysie bezdomności ogromna ofertę zimową: ogrzewalnie, ciepłe posiłki, możliwość wyprania ubrania oraz nowe, czyste ubrania. A tych osób jest w mieście około 850.

Napisałem, że dziennikarka była młoda, bo młodzi promienieją na świat urodą, zdrowiem i życiową energią. I tak było w tym przypadku. Niestety owa dziennikarka (jak większość młodych ludzi) nie była skłonna do jakieś najmniejszej refleksji. Ona była nastawiona na triumfalne obwieszczenie światu, że władze Szczecina są bardzo dobre dla „osób w kryzysie bezdomności”.

Najpierw zastanówmy się kim są te osoby. To są ludzie bezdomni, czyli tacy, którzy nie mają gdzie spać i żyć. I taki stan dla większości z nas jest przerażający. Ale najbardziej okrutny jest dla samych   bezdomnych.

Bezdomni?

Widujemy ich często w większych miastach, jak włóczą się bez celu, smutni z martwymi oczami, jakby niczego dobrego już się nie spodziewali. Czasem nawet cuchną. I nie pasują do współczesnych miejskich pejzaży. Wokół nowe domy, reklamy dóbr wszelakiego użytku, drogie, błyszczące samochody – a tu oni. Ukuto nawet bardzo pogardliwą nazwę dla tych ludzi – menele.

Czasami bywają obiektami żartów i dowcipów sytych mieszczan. A niekiedy jakaś zdziczała młodzież zakatuje takiego człowieka na śmierć, czasami nawet podpali. Summa summarum – nie lubimy tych ludzi, bo są dla nas wyrzutem sumienia, że nic dla nich nie robimy. Co do tych wyrzutów sumienia, to chyba trochę przesadziłem. Dla większości z nas są po prostu obojętni. Bezdomni dla sporej grupy „mieszkających” są też zagrożeniem, bo mogą podpalić strych ich domu, zanieczyścić piwnicę lub schody – jeśli zdołają się tam wedrzeć. No i ten niechlujny, brudny wygląd, te zapachy, jakie rozsiewają…

I dlatego nie mówimy „bezdomni” ale „osoby w kryzysie bezdomności”. Jakbyśmy chcieli oszukać samych siebie, że nawet przy naszej bierności, ci „kryzysowicze” jakoś tam staną na nogi i jakoś tam zdobędą swój kąt do życia. Jest to rodzaj współczucia, który nic nie kosztuje, a pozwala nam wierzyć, że jednak jesteśmy humanitarni i dobrzy, bo jednak poświęcamy tym biedakom ulotną chwilę w naszych mózgach.

Jak pomagać i komu?

Z bezdomnymi jest problem i to bardzo duży. Musimy przyjąć do wiadomości, że nie wszystkim z nas życie musi się udać, że nie wszyscy jesteśmy skazani na życiowy sukces. Musimy otworzyć się na naszych biednych, także bezdomnych rodaków. I musimy postarać się im pomagać, żeby mogli godnie żyć.

Żaden polski rząd niczego w tej sprawie naprawdę nie zrobi, bo zaraz podniesie się krzyk, że oto wszyscy żyjemy biednie, więc dlaczego pomagać akurat najbiedniejszym. Przecież oni są sami sobie winni, bo mogli żyć inaczej! Nie wierzą Państwo – to skąd biorą się głosy potępienia rządów (obu ostatnich) za pomoc, którą Polska otoczyła Ukraińców? Tych, co uciekli przed wojną.

Zanim zaczniemy poważnie rozmawiać o tym jak nieść pomoc „odrzuconym” musimy mocno uderzyć się w piersi i wyznać, że obecne polskie społeczeństw jest niezwykle egoistyczne. Potrzebny byłby powszechny rachunek sumienia z miłości do bliźniego, którego mamy kochać jak siebie samego.

Rachunki sumień naszych

Jedynym znanym mi autorytetem, w sprawie powszechnego przyznania się nas wszystkich do egoizmu, jest Kościół. Najpierw jednak nasz Kościół i kler powinny przyznać się, że sami żyją nad stan społeczeństwa. A potem brać się do wzruszenia sumieniami wszystkich.

Cnota życia w ubóstwie towarzyszyła Kościołowi u jego zarania. Głosił je, sam żyjąc w ubóstwie święty Benedykt. Ale już w  środkowym Średniowieczu ta cnota została zapomniana. A jest ona fundamentem religii chrześcijańskiej. Ale, że Kościół tworzą ludzie, niewolni od pychy i zarozumialstwa – jest jak jest. Przy czym powtórzę, że przez Kościół rozumiem ewangelicznie nas wszystkich.

Wspaniali, czy tacy sobie?

Polacy są zdolni do nagłych bohaterskich zrywów, do chwilowego poświęcenia, ale mozolna, uciążliwa i wieloletnia praca nas męczy. Potrafiliśmy pomóc Ukraińcom, uciekającym spod bomb Putina. Ale już po dwóch latach mamy pretensje, że ich utrzymanie kosztuje. Choć ekonomiści twierdzą, że ci z Ukraińców., którzy u nas zostali ciężko pracują na swoje utrzymanie, przysparzając też korzyści państwu i budżetowi.

Potrafiliśmy przejąć się i pomóc ofiarom powodzi na Dolnym Śląsku. Tak, to potrafimy doskonale. Ale są w Polsce problemy, które wymagają wieloletnie wysiłku, poważnego skupienia się i pracy od podstaw. Poczynając od kontaktu z biednymi i bezdomnymi. I tego właśnie nie potrafimy, bo jesteśmy niestali i cechuje nas szlachetna, ale jednak płochość i krótkotrwałość zainteresowań.

Nie ma ludzi lepszych i gorszych. Nie ma także narodów lepszych i gorszych. Nikt nie jest lepszy od bezdomnego. Na tym polega humanizm. A jeśli nie ma humanizmu, pojawia się zezwierzęcenie. Uważajmy na siebie, bo złą kroczymy drogą.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Skoro Tusk chce żebyśmy patrzyli na wschód, patrzmy na zachód

Tusk w swojej drogiej kurteczce na granicy, Tusk z żołnierzami, Tusk ze strażnikami granicznymi. Tusk opowiadający o „Tarczy Wschód”. Proszę, proszę, jakiego mamy obrońcę granicy. Co prawda tylko jednej, ale zawsze.

I tak, to jest ten sam Tusk, który podczas najwyższej fali operacji hybrydowej białoruskich i prawdopodobnie rosyjskich służb przeciwko Polsce mówił o polskim rządzie, że „oni robią jakichś ohydny spektakl, ohydne polowanie na te dzieci i matki”, a jego Platforma Obywatelska głosowała w Sejmie przeciwko powstaniu zapory na granicy z Białorusią. Zanim do Donalda Tuska „dotarło”, że „90 procent tych, którzy przekraczają polską granicę nielegalnie, to ludzie dysponujący rosyjskimi wizami”, mówił, że „wypowiadanie znowu tych słów, które są kompromitujące, że Polska obroni się, tak jakby ci ludzie wypowiedzieli nam wojnę. To są biedni ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi”. Otwarcie również wpisywał się w retorykę porównującą działania funkcjonariuszy państwa polskiego do działań „nazistów”- „Postawi mur i płot, i jeszcze jeden mur, i jeszcze najlepiej, żeby prąd elektryczny podłączyć pod to ogrodzenie” – perorował. A teraz proszę, dziś jest tak wielkim obrońcą granicy, że nawet swoją drogą „kryzysową” kurteczkę założył.

Tusk nie broni polskich granic

A żeby nie było tak różowo, jego administracja jednocześnie organizuje pokazy kłamliwego i obraźliwego dla polskich żołnierzy i funkcjonariuszy filmu „Zielona Granica” Agnieszki Holland w  kinach na Ukrainie. Pokazy w ramach Dni Kina Polskiego zorganizował dyrektor Instytutu Polskiego w Kijowie, Jarosław Godun, mianowany na to stanowisko przez koalicję rządzącą. Instytut jest nadzorowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Zatem, z jednej strony Donald Tusk, wprawdzie kłamliwie, ale chciałby się spektakularnie jawić jako wielki obrońca granicy z Białorusią. Tylko co z granicą z Niemcami? O zagrożeniu ze wschodu trzeba pamiętać zawsze, ale dziś to Niemcy podrzucają nam konsekwencje swych błędów politycznych w postaci tysięcy nielegalnych imigrantów. Skale procederu ujawniła na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska. Granica z Białorusią nie jest w 100% bezpieczna, ale jest już chroniona. Ma swoją zaporę i oddziały wojska oraz Straży Granicznej. Tymczasem granica z Niemcami jest chroniona tylko po niemieckiej stronie, po stronie polskiej nie ma nic, państwo polskie jest tam ślepe. A będzie jeszcze gorzej. Po wejściu w życie paktu migracyjnego, któremu Tusk pozornie się sprzeciwił, ale na takim etapie żeby mu się krzywda nie stała, mówi się już o dziesiątkach tysięcy nielegalnych imigrantów, którzy wjadą do Polski z Niemiec. A to przecież nie koniec. Tusk zgodził się przecież na przyspieszenie realizacji paktu. Dlaczego tej granicy Tusk nie broni? Dlaczego nie wizytuje jej w drogiej „kryzysowej” kurteczce?

Z bardzo prostej przyczyny. Otóż Tusk nie broni polskich granic. Tusk broni tylko swojego odcinka granicy niemieckiej Unii Europejskiej. Nastroje w Niemczech się zmieniły, Niemcy nie krzyczą już „herzlich willkommen”, Niemcy teraz bardzo chcieliby się pozbyć konsekwencji swojej równie głupiej co butnej polityki. Niemiecki establishment boi się dojścia AfD do władzy. Dlatego czym prędzej wziął się za realizację antyimigranckich postulatów AfD. „Na szczęście”, dzięki Donaldowi Tuskowi mają teraz Polskę, gdzie mogą składować nie tylko toksyczne odpady. I będą „składowali”, już „składują” ku absolutnej bierności administracji niemieckiego gubernatora na Polskę.

Patrzmy na zachód

Kłamstwo jest w jakimś smutnym sensie techniką warsztatową polityki. Jednak Donald Tusk wyniósł tę sztukę na rzadko, a być może wcale niespotykane w Polsce „wyżyny”. Dlatego, nauczeni przecież wieloletnim doświadczeniem rządów tego człowieka, któremu kłamstwo przychodzi równie łatwo jak szyderczy uśmiech nad upadającymi polskimi potencjałami, za każdym razem kiedy usiłuje przyciągnąć nasza uwagę na wschodzie, tym bardziej intensywnie powinniśmy sprawdzać, co tam znowu odwalił z drugiej strony.

 

WALTER ALTERMANN: Nazwiska z kłopotem

Słuchając jak mówią dzisiaj nasze elity władzy i ludzie mediów dochodzę do wniosku, że pilną sprawą byłoby założenie Ligi Obrońców Języka. Ta liga zajmowałaby się propagowaniem poprawności językowej oraz „potępianiem” potworności językowych, które wypowiadają i piszą nasi ludzie publiczni.

Tu wyraźnie zaznaczę, że zgodnie z duchem chrześcijaństwa nie należy potępiać człowieka, który jest jednak tworem Boga, niekiedy mocno nieudanym, ale jednak. Należy natomiast potępiać jego złe uczynki, postępowanie a nawet odruchy. Oczywiście różnica jest mała, ale istotna. I w tej różnicy mieści się cała wielka idea humanizmu. I chrześcijaństwa.

Wytykanie ludziom publicznym ich błędów językowych jest moralnie uzasadnione, bo skoro mają oni cywilną odwagę ubiegać się o urzędy, pouczać nas i dzielić się z nami swymi „przemyśleniami”, to muszą w pokorze przyjąć od nas uwagi i krytykę. Jeszcze raz podkreślę, że jeżeli jakiś dziennikarz czy poseł lub pomniejszej rangi polityk ma tyle tupetu, że odważa się zajmować uwagę publiczności bajdurzeniem w języku, który jedynie w 10-15 procentach przypomina język Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Broniewskiego i Grochowiaka, to wytykanie im błędów, a nawet odsądzanie od czci językowej, jest naszym, prostych ludzi, patriotycznym obowiązkiem.

Co oczywiście nie znaczy, że my ludzie prości, nieutytułowani mówimy po polsku doskonale. Jednak my nie pchamy się z naszym językiem przed kamery i do mikrofonów. Tak samo jak nie wolno wytykać błędów ludziom, zaczepianym przez reporterów w sprawie jakichś katastrof, pożarów, wypadków drogowych czy innych nagłych a przykrych zdarzeń. Bo to jest coś zupełnie innego.

Nazwisko do odmiany

Jest taka zasada, która każe nam odmieniać przez przypadki wszystkie polskie nazwiska. Na tę zasadę składa się tradycja językowa oraz zwykły zdrowy rozsądek. Dlatego skręca mnie w dołku, gdy w naszych licznych telewizjach jest mowa o Zbigniewie Ziobrze. A ponieważ ostatnio o tym polityku mówi się często i dużo, przeto skręca mnie w dołku bez przerwy.

Może to jakaś zmowa przeciwników Ziobry z jego admiratorami, ale począwszy od TVN po TV Republika, wszędzie i wszyscy nie wiedzą, że nazwisko „Ziobro” odmienia się przez przypadki. Dlaczego Wałęsę, Kaczyńskiego, Tuska i Millera się odmienia, a akurat Ziobrę nie? Myślę, że mylące dla dziennikarzy i polityków jest to, że istotnie obce nazwiska, kończące się na „o” w naszym języku odmianie nie podlegają. Ale gdzie tam panom Sukarno czy Suharto do naszego rodzimego, czysto polskiego Ziobry? Nazwisko nosi wyraźne ślady ludowego urobienia od „żebro”. Albowiem w gwarze małopolskiej i podhalańskiej żebro to ziobro, a ziobro to żebro. Ja nie widzę w tym nic strasznego, ani uwłaczającego – jak zresztą w żadnym nazwisku. Bo z nazwiskami się nie dyskutuje, nie ocenia się ich – są bo są, a że są jakie są, to nie ma żadnego znaczenia.

Dlatego apeluję o odmienianie Ziobry po polsku. Jak to powinno poprawnie wyglądać? Ano tak:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – Jest już na sali pan Ziobro.
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – Jednak nie ma na sali pana Ziobry.
  • Celownik (C.) – komu? czemu? ( przyglądam się) Przyglądamy się uważnie panu Ziobrze. (Nigdy nie panu Ziobro)
  • Biernik (B.) – kogo? co? ( widzę) Dobrze i wyraźnie widzę pana Ziobrę. (A nie, że widzę pana Ziobro)
  • Narzędnik (N.) – z kim? z czym? (idę) Przeprowadziłem wywiad z panem Ziobrą.
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? ( mówię) Ciągle mówię o panu Ziobrze.
  • Wołacz (W.) – o! O, pan Ziobro!

Maniera nieodmieniania nazwiska tego polityka drażni moje wrażliwe polskie ucho, więc błagam o litość panie i panów z TVN, Republiki, Polsatu i TVP. Błagam i nadziwić się nie mogę, że tak haniebnie mylą się panie i panowie, w tak podstawowych i prostych sprawach.

Nazwiska z kłopotami

Z nazwiskami w Polsce bywały kłopoty niemałe. Z początku nazwisk nie było wcale, były jedynie imiona. W przypadku rycerstwa, później szlachty, nazywano się imionami z dodatkami lokalnymi, skąd taki jegomość pochodził, jakie miał wsie czy miasteczka. Tak na przykład był sobie rycerz Janko z Czarnkowa. Później zaczęła szlachta przybierać nazwiska, ale nie traktowano ich jako świętość. Ot, pomocne były dla rozróżnia kto zacz.

Chłopi i mieszczanie nazwisk nie mieli długo. Po prostu „pieczętowali się” imionami, niekiedy z dodatkiem imienia ojca. Stąd, gdy w XVIII i XIX wieku posiadanie nazwiska stało się koniecznością, bo zaborcy nie mieli litości, bardzo wiele nazwisk chłopskich tworzono właśnie od imion ojców. Stąd mamy zastępy Adamskich, Bartkowiaków, Janickich, Jankowskich, Teodorczyków i tak dalej.

Przy nadawaniu chłopom nazwisk bardzo często przezwisko stawało się nazwiskiem. Tak jak go wołano na wsi, takie dawano mu nazwisko. Mamy też wiele nazwisk od czynności, zawodów chłopów na dworze szlacheckim – stąd mamy Stelmachów, Stelmaszczyków, Fornali, Fornalskich, Fornalików i im podobnych.

W sumie – jedynie szlachta dbała o nazwiska, bo to miało gwarantować jej „starożytne” – jak pisano – pochodzenie, zacność zasług i powagę urzędów.

Fantazje imienne rodziców

Z imionami oczywiście też bywają kłopoty, a to dlatego, że fantazja rodziców chrzczących swoje pociechy nie zna granic rozsądku. Pamiętam czasy, gdy w pewnym piłkarskim meczu biegało po boisku aż 10 Dariuszy, na 22 grających. Skąd taka moda na imię perskiego króla? Może jakiś serial był wówczas w modzie? Nie wiem, ale było śmiesznie.

Jednak mniej śmiesznie jest ludziom, których rodzice uraczyli różnymi Andżelikami, Isaurami, Orchideami, Konstancjami czy Horacjuszami. Sądzę, że ludzie prości chcąc dla swych dzieci lepszego losu, zaczynają od nadawania im imion egzotycznych czy królewskich. Smutne, ale prawdziwe.

Czy imię nadane dziecku może być wywoływaniem wilka z lasu, albo też ściąganiem na potomka kłopotów? W pewnym sensie tak. Bo życie podwórkowe czy klasowe Anastazjusza czy Heliodora może być dla nich makabrą.

Oczywiście w dawnych wiekach chłopi i mieszczanie mieli imiona proste, dziedziczone po dziadkach lub ojcach. Stąd syn Bartłomieja bywał Maciejem, a syn tegoż Macieja – Bartkiem, jak dziadek. Natomiast dawna nasza szlachta wyszukiwała sobie u Homera, którego w szkołach obowiązkowo czytano, imiona greckich herosów i wodzów. Stąd u szlachty i magnatów pełno było Antenorów, Herakliuszy, Heraklesów, Agenorów. Szlachta bowiem za każda cenę (nawet za cenę śmieszności) chciała we wszystkim odróżniać się od „chamstwa”, z którego pracy się tuczyła, ale którym serdecznie pogardzała.

Żegnaj Judaszu

Jest jednak w naszej literaturze bardzo poważny i świetny utwór dramatyczny poświęcony poniekąd przekleństwu imienia. Mówię tu o sztuce Ireneusza Iredyńskiego Żegnaj Judaszu. Jest to utwór o wierności i zdradzie, o ideałach i wyrzeczeniach się ideałów. Tytułowy bohater nosi, nadane mu przez ojca, imię Judasz. Ojciec chciał by syn zaprzeczył imieniu największego i przeklętego zdrajcy, chciał go niejako uodpornić na zdradę, uczynić mężnym i twardym.

I bohater z brzemieniem imienia zostaje rewolucjonistą, walczy z bezwzględnym reżimem. Potem jednak zdradza. Ale tak naprawdę Iredyńskiego interesowały ludzkie postawy, zachowania wobec fałszu i zakłamania. A sprawa imienia bohatera była niejako punktem wyjścia do głębokiego dramatu jednostki.

Sztuka jest mądra i wspaniale napisana, przy okazji rozprawki o imionach, serdecznie polecam jako lekturę.

 

WALTER ALTERMANN: Demokracja końcówki naszego bytu

Zdaje mi się, od dawna zresztą, że koniec naszej cywilizacji jest nieuchronny i kroczy coraz szybciej. Co będzie potem? Nie wiem, ale stara, dobra i zrozumiała dla rozumnego człowieka upadnie i nie wróci już nigdy.

To co się nieuchronnie zbliża wysłało do nas (już przed II wojną światową) swoich emisariuszy, a są nimi radio i telewizja. A skutki ich działalności są przerażające.

W dzisiejszej Polsce, w naszych mediach, nie ma właściwie żadnych rozumnych dyskusji o programach politycznych, o ich skutkach – tak dobrych jak złych. Zamiast tego mamy kopanie człowieka. Najchętniej oczywiście kopie się po nazwisku osobników będących liderami partii. Dlaczego tak? Bo tak łatwiej i (jak się wydaje naszym politykom i mediom) skuteczniej. A gdzie nasz humanizm, gdzie chrześcijaństwo nakazujące szacunek dla „osoby ludzkiej”? Te wartości padły pierwsze. O wszystkim decyduje popyt, podaż i sprzedaż. I dawne wartości stały się już niepotrzebnym, niechodliwym towarem. Niepotrzebnym, bo ogół ludności nie wie czemu służą, więc ich nie kupuje.

Anarchiści

Niestety nasza publiczność polityczna nie ma także zbyt wielkiej wiedzy o prawodawstwie, o zasadach zapisanych w Konstytucji, ustawach i całym prawie. Powiem więcej – w swej masie, ta publika nie ma żadnej wiedzy na temat funkcjonowania państwa. Natomiast oczekuje publicznych egzekucji. Nie, nie  fizycznych ale moralnego kopania, dręczenia i unicestwiania tych, których akurat nie lubią. Jedni chcą kaźni Iksa, drudzy Igreka, trzeci wreszcie zarówno Iksa, jak Igreka. Bo tak jest prosto i zrozumiale. Lud żąda krwi i ją dostaje. Zupełnie jak w Imperium Rzymskim, gdzie gladiatorzy zaspakajali najniższe ludzkie instynkty.

Nawet anarchiści są u nas słabi, a ci akurat chętnie wywieszaliby (medialnie) wszystkich naszych polityków – od A do Ż.  Anarchiści negują w ogóle istotę pastwa, jako takiego, uważając (poniekąd słusznie), że państwo ogranicza człowieka, służy jedynie najbogatszym i zajmuje mózgi obywateli głupotami. Czym jestem starszy, tym bardziej zastanawiam się, czy jednak anarchiści nie mają racji.

Sprawa Sokratesa

Niestety demokracja, znacząca „panowanie ludu” ma też swoje okropne skutki. Teoretycznie demokracja jest ucieleśnieniem odwiecznego ludzkiego marzenia o wolności i równości. Jednak już demokracja ateńska miała na sumieniu zbrodnie, którymi mogliby się szczycić tyrani.

Tu przypomnijmy sobie, bo wierzę, że wszyscy ją znamy, sprawę Sokratesa. Ten wielki filozof w 399 r. p.n.e. został oskarżony przez nieznanego szerzej poetę Meletosa, który przy poparciu przywódcy demokratów Anytosa i retora Lykona wniósł oskarżenie przeciwko Sokratesowi. Poeta oskarżał filozofa o niewyznawanie bogów, których uznaje państwo i wyznawanie bogów, których państwo nie uznaje oraz o psucie młodzieży. Sprawę rozpatrywał ateński sąd ludowy (dikasterion). W pierwszym głosowaniu nad winą oskarżonego stosunek głosów winny/niewinny wyniósł prawdopodobnie 280:220. Sokrates mógł zaproponować wymiar kary dla siebie. Zaproponował utrzymanie na koszt państwa lub zapłacenie niewspółmiernie małej grzywny. W drugim głosowaniu sędziowie mieli zadecydować pomiędzy wymiarem kary zaproponowanym przez oskarżyciela i przez oskarżonego. Stosunkiem głosów 361 do 140 wybrali zaproponowaną przez Meletosa karę śmierci. Być może oskarżyciele dążyli jedynie do banicji Sokratesa, jednak okazało się to niemożliwe wobec nieprzejednanej postawy oskarżonego.

Po procesie Sokrates udał się do więzienia, gdzie miał pozostać jeszcze przez 30 dni, zanim zostanie stracony. Po tym czasie Sokratesowi została podana cykuta do wypicia. Wypił ją w obecności swoich uczniów i przyjaciół. Scena ta została następnie opisana przez Platona w Fedonie oraz przez Ksenofonta we Wspomnieniach o Sokratesie.

Zatem Sokratesa skazał lud, bo wtedy w Atenach panowała demokracja. Podejrzewam, że ów lud nie znał ani jednej z tez filozofii skazanego. A jednak ów lud miał odwagę podjąć decyzję. Czym się kierował ateński demos? Prawdopodobnie nienawiścią. Albowiem nic tak nie obraża ludu jak człowiek mówiący o sprawach, o których lud nie ma najmniejszego pojęcia.

Haczyk demosu

Sprawa Sokratesa dowodzi, że demokracja ma jeden mały, ale okrutny haczyk. Jest nim równość głosowania. Demokracja zakłada, że każdy niedouk, człek spanikowany i zagubiony we współczesności, każdy leniwiec intelektualny, nierób, obibok, pijak i złodziej a nawet zwykły tuman mają jeden głos równy głosowi człowieka rozumnego i porządnego.

Skutkiem tego ludem jest niezwykle łatwo manipulować. Pod warunkiem, że mówi się językiem prostym i skutecznym. Językiem prostym jest właśnie język ludu. Ma on tę właściwość, że odwołuje się nie do pojęć, ale do emocji. W tym języku, na przykład, uniwersalne słowo „ku…” może oznaczać zachwyt i potępienie, potwierdzenie i zaprzeczenie, radość i smutek. Czasem wszystko naraz.

W latach 70-tych Polska Akademia Nauk przeprowadziła badania nad zasobem leksykalnym języka  polskiego. Stwierdzono wtedy, że podstawowy zasób słów, których sens powinien być znany każdemu wykształconemu, na poziomie wyższym, Polakowi wynosi ok. 40.000 słów. Natomiast Polacy z wykształceniem niepełnym i pełnym podstawowym znają jedynie około 600 słów. Może obecnie tych słów w języku ludowym trochę przybyło, ale nikt badań nie prowadzi.

Przez język skuteczny rozumiem tu odwoływanie się do uczuć, nie do rozumu. Bardzo skuteczne jest również wywoływanie w ludzie poczucia zagrożenia, z zaznaczeniem, że trzeba głosować na tych, którzy odkryli owo zagrożenie i mają cudowne lekarstwo na jego likwidację. Co prawda lud najczęściej nie rozumie istoty tych zagrożeń, ale boi się, zatem głosuje na potencjalnych zbawców.

W demokracji, nawet tej bezpośredniej jak w Szwajcarii, głosuje się zawsze (a przynajmniej głównie) w sprawach nieznanych, Wierząc, że ci, co nawołują do wyborów, wiedzą za nas.

Kultura

Demokracja ma również fatalne skutki dla kultury i sztuki. Szczególnie teraz, gdy większość z nas obcuje ze sztuką za pośrednictwem telewizora. A właściciele stacji bardzo sprawnie liczą zyski i starają się dotrzeć do jak największej widowni. Zresztą, z założenia telewizor nigdy nie da nam tych samych i tak głęboko istotnych przeżyć jak żywy teatr.

A teatry również kierują się zyskiem. I dobrze wiedzą, że lada jaka farsa nagoni widownię, a najmądrzej wystawione Dziady czy Wyzwolenie gwarantują kasową klapę.

Wykształcona część ludu czyta, to fakt. Ale co czyta? Głównie powieści sensacyjne, horrory i romanse. Szczerze mówiąc, to nie jest literatura, to są tylko zadrukowane literami karty papieru. W tych powszechnych lekturach nie ma krzty artyzmu. Nie ma zabawy formą, nie ma kunsztu językowego. To jest ot taka papka pokarmowa dla oczu, która jedynie psuje dobry smak. Może byłoby lepiej, gdyby lud w ogóle nie czytał? Za komuny najbardziej poczytnym powieściopisarzem był nie kto inny jak staruszek Józef Ignacy Kraszewski (ur. 28 lipca 1812 w Warszawie, zm. 19 marca 1887 w Genewie). Fabuły w jego powieściach zawsze są pełne życia a język jest jednak nadal dziełem artystycznym.

Przyszłość

Wśród wielu wieszczów, przepowiadających nam przyszłość, najbardziej trafia do mnie Ray Bradbury ze swoją powieścią „451 stopni Fahrenheita” (tyt. Oryginału Fahrenheit 451) z 1953 roku. Akcja książki rozgrywa się w świecie, gdzie czytanie książek i krytyczne myślenie są zakazane. Tytuł książki oznacza temperaturę 451 stopni w skali Fahrenheita (233 °C), w której, według fabuły książki, zaczyna się samozapłon papieru.

W tym świecie zakazana została wszelka literatura: nie wolno czytać książek ani ich posiadać. Ich poszukiwaniem zajmują się specjalnie wyszkoleni strażacy (w wyniku rozpowszechnienia się niepalnych domów nie muszą już gasić pożarów), którzy znalezione książki palą. Ludzie w wielkim stopniu są zmanipulowani przez media pokazujące w kolorowych barwach nawet największe katastrofy i klęski.

W tym świecie nie ma też rodziny, bo nie ma w nich najmniejszej wspólnoty uczuć. Żadne z małżonków nie martwi się o drugą połowę, a dzieci są dla nich jedynie ciężarem. Uczniowie na lekcjach uczą się tylko z filmów. Dorośli swój wolny czas poświęcają interaktywnemu programowi telewizyjnemu „Rodzinka”, gdzie mogą odgrywać swoją własną „rolę”, nie ruszając się z domu.

451 stopni Fahrenheita w zamierzeniu było książką nie tyle skierowaną przeciwko totalitaryzmowi, lecz przeciwko telewizji jako narzędziu masowej indoktrynacji. Jak twierdził Bradbury, treść powieści była poświęcona przede wszystkim temu, „jak telewizja niszczy zainteresowanie czytaniem literatury” oraz „zamienia ludzi w debili”.

Bradbury to naprawdę wieszcz, co prawda wieszcz przykrego końca naszej cywilizacji, ale jednak wieszcz.

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Gra na konflikt i próba podziału SDP

Zawsze przed zjazdami wyborczymi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odżywają spory i dyskusje. Jak granat w błocie wybucha debata o „przyszłości SDP”, którą od kilku kadencji prowadzą „zatroskani”. Kogo obryzga błoto? Wszystkich.

Niechaj nie śmieją się szyderczo, ci którzy próbują znowu grać na konflikt, ci którym marzy się podział SDP na dwie albo na trzy organizacje. Najbliższy zjazd wyborczy w Kazimierzu (11 – 13 października br.) będzie jednak grą o przetrwanie Stowarzyszenia jako organizacji dziennikarskiej.

Trudności to nasza specjalność

Najpierw pandemia, potem kryzys związany z rosyjską inwazją na Ukrainę i pomoc uciekającym przed wojną, m.in. dzieciom z Mariupola, które znalazły schronienie w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą. Potem podwyżki energii i gazu, remonty i znowu podwyżki tym razem rosnące koszty tzw. dzierżawy Domu Dziennikarza na Foksal fundowane przez warszawski ratusz. To proza życia a właściwie działalności władz naszego stowarzyszenia mijającej kadencji. Zarząd Główny starał sobie z tym radzić. Chyba nie najgorzej. SDP wszak jest organizacją społeczną, zatem wiele zależy od ludzi cieszących się zaufaniem ludzi zrzeszonych w SDP.

Statut i ambicje kilku osób z OW

Stowarzyszenie trzeba powoli profesjonalizować, aby walczyć z kłopotami wolnego rynku i razami wymierzanymi SDP przez liberalne i lewicowe środowiska polityczne oraz tzw. elitę dziennikarstwa głównego nurtu. Widać to wyraźnie po niecałym roku sprawowania władzy przez nowy rząd.

Narzędzia w walce z plagami finansowymi i przekleństwem nacisku politycznego ma nam dać nowy Statut. Uchwaliliśmy go po kilku latach pracy w sporym gronie. Awantura wywołana na tegorocznym marcowym zjeździe statutowym przez kilka, no może kilkanaście osób ze stołecznego oddziału SDP pokazała tylko jak wybujałe są ambicje wąskiego grona „aktywistów” oddziału warszawskiego plus kilku wielbicieli zadymy z terenu. Protesty, szykanowanie obecnych władz, przecieki do tzw. prasy branżowej a nade wszystko brak pomysłu na SDP poczyniło nie mniejsze szkody w stowarzyszeniu niż kampania oszczerstw sprzed 3 lat przeciwko prezesowi SDP Krzysztofowi Skowrońskiemu i wiceprezes, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolancie Hajdasz. I gdzie teraz jesteście, o wy zapowiadający zarzuty prokuratorskie i pomawiający o przestępstwa? No gdzie? Napisałbym, ale to jednak publiczny głos w dyskusji i nie wypada używać takich słów…

Obrona mediów przed dyktaturą „demokracji”

Gorzej, że krytycy nie chcą krytykować, tylko rozliczać. I to koniecznie Zarząd Główny i jego zwolenników, czyli większość członków SDP. Sami „krytycy” się z niczego nie rozliczają. Czy naprawdę nikt w oddziale warszawskim nie zapytał, dlaczego dwóch członków jego zarządu było przeciwnych protestowi ws. brutalnego i bezprawnego niszczenia mediów publicznych w grudniu 2023r? Czy to oznacza, że owi dwaj członkowie zarządu stołecznego SDP są zwolennikami nowych metod rządu i przynoszenia „wolności” mediów siłowymi metodami prywatnych firm ochroniarskich? Nie chodzi o prawo do sprzeciwu ws. protestu OW SDP, ale, na Boga, w dokumencie była mowa o metodach przejęcia mediów publicznych. A były to metody rodem ze stanu wojennego. I ci dwaj panowie mimo wszystko tego nie podpisali… Ja tego nie rozumiem, bo taka postawa rzutuje na cały oddział. No i ciekawy jestem, czy panowie ci będą kandydować w kolejnych wyborach do zarządu OW lub władz centralnych?

CMWP i walka o godność dziennikarską

A właśnie to członkowie i władze SDP (z wyjątkiem tych nieszczęsnych dwóch panów, którym może nie przeszkadzała pacyfikacja przez służby TVP, PR i PAP), tak w oddziałach stowarzyszenia, jak i na Foksal, mocno piętnowały brutalne nielegalne metody likwidacji mediów publicznych.

Protestowaliśmy wszyscy w SDP przeciwko represjom jakim zostali poddani przez rząd Donalda Tuska dziennikarze z mediów publicznych. I odbiorcy, którym wyłączono na długo sygnał telewizyjny będący strategicznym kanałem komunikacji w przypadku zagrożenia państwa. Bezprawnie, wbrew zapisom wszystkich kodeksów, zwalniani byli dziennikarze i szefowie oraz kierownicy poszczególnych jednostek TVP, PR i PAP. Dyscyplinarnie z TVP zwolniono twórczynię Biełsatu Agnieszkę Romaszewską-Guzy, pracę straciła Maria Przełomiec prowadząca program Studio Wschód. W TVP dyscyplinarkę dostali także m.in. Michał Adamczyk, Marcin Tulicki, Piotr Gursztyn i Samuel Pereira. Setki osób straciło pracę i należne im pieniądze tylko dlatego, że pracowali w mediach publicznych. Mediach dla picu likwidowanych, aby łatwiej było władzy zwalniać niewygodnych… Także i ja zostałem zwolniony dyscyplinarnie z PAP, bo jako sekretarz generalny SDP protestowałem w tej sprawie i w sdp.pl opisywałem to barbarzyństwo; w Europie tylko w Polsce i na Bałkanach zwalnia się z mediów działaczy organizacji dziennikarskich.

Nie było chyba w minionej kadencji aktywniejszej instytucji SDP niż Centrum Monitoringu Prasy SDP. Jego dyrektor Jolanta Hajdasz alarmowała wszędzie o dziejącym się medialnych bezprawiu nie tylko w TVP, PR i PAP, ale także – o zgrozo – w mediach lokalnych, gdzie i przed dojściem do władzy tego rządu dziennikarzy nie miał często kto bronić.

Za to wszystko szefową CMWP spotkała ostatnio „nagroda”. Stekiem kłamstw obrzucono Jolantę Hajdasz na stronie OW SDP… To po prostu niegodziwość i warto o tym wszystkim pamiętać w obliczu kolejnej przedwyborczej batalii w SDP.

     ***

I tu miało być zakończenie. Sam je jednak wykreśliłem. Było ostre i nie dające nic oprócz naiwnej wiary, że taka metoda jest skuteczna. Nie jest.

Wykreśliłem te słowa nie ze strachu, bo boję się tylko Boga i żony, ale dla dobra SDP. Właśnie dlatego po raz pierwszy w życiu się „ocenzurowałem”. Wszystkim delegatkom i delegatom życzę tylko takiej, nie wymuszonej przez nikogo, „cenzury”. I aby dzieliły nas wyłącznie merytoryczne spory o dziennikarstwo a nie wyniszczające kłótnie.

WALTER ALTERMANN: Język – błędy nasze i naszych wybrańców

Błędy językowe popełniamy wszyscy, maluczcy i wielcy. Maluczkim, przeciętnym ludziom należy ich językowe niedoskonałości wybaczać, bo wiedząc o swej przeciętności nie pchają się na afisz i nie straszą publiki potworkami językowymi.

Od naszych „wybrańców” jednak, czyli od senatorów, posłów, ministrów prezydenta kraju, prezydentów i burmistrzów należy wymagać więcej. Także od dziennikarzy, bo też pracują w sferze publicznej.

Pogrzebówka

Kupuję w sklepie przy cmentarzu znicze. Obsługuje mnie młoda kobieta. Naraz z zaplecza sklepu wychodzi starsza kobieta i wręcza młodej wiązankę, mówiąc „Tu masz tę pogrzebówkę”. Pytam  młodą czym jest pogrzebówka. Odpowiada: „A to taka wiązanka na pogrzeb”. I uśmiecha się przepraszająco, bo wie, że to dziwaczna nazwa.

Ale tak to bywa, że w wewnętrznym języku, chcąc do minimum ograniczyć mówienie – bo czas leci, a pracy dużo – mówimy skrótami. I zamiast powiedzieć „Masz tu wiązankę pogrzebową”, mówimy – „Masz pogrzebówkę”.

Ta „pogrzebówka” jest niezamierzenie śmieszna, ale funkcjonalna. Natomiast od naszych dziennikarzy, posłów, prezydentów, ministrów, a nawet radnych wymagać powinniśmy znacznie więcej niż od pań ze stoiska. Bo oni stają naprzeciw narodu i nie powinni mówić skrótami. Albowiem oni w mediach, w Sejmie i Senacie nie tylko mówią do swoich kolegów i „niekolegów” z opozycji, mówią do nas wszystkich – i uczą nas, naród, że możemy mówić byle co i byle jak.

Co oddaje poseł?

26 09 2024 r., w czasie posiedzenia Sejmu, poseł partii „Polska 2050”, Mirosław Suchoń powiedział: „Oddajemy szacunek tym, którzy pomagali powodzianom”.

Aż zazgrzytało w zębach, bo składnia jest okropna. Szacunek można komuś okazywać, ale nie – oddawać. Oddawać można cześć. Wiem, że bardzo wiele osób uważa, iż się czepiam, że to mało ważne, bo przecież wiadomo o co chodzi. Otóż nie. Bo inaczej dojdziemy do tego, że kiedyś jakiś poseł chcą okazać komuś szacunek powie z trybuny sejmowej: „Jesteście w pytę. Buźka”.

Estymacja premiera

W Sejmie, 26 09 2024 roku, premier Donald Tusk, w czasie posiedzenia na temat powodzi powiedział: „Będziemy niebawem mieli estymację strat powodziowych, jeszcze niepełną, ale będziemy mieli”.

Czym jest estymacja, która, według premiera ma nam wszystko wyjaśnić? Według słowników jest to oszacowanie, szacunek wstępny, przybliżony. W języku elit estymacja wzięła się z matematyki, potem z ekonomii. Czyli premier mówił, że niedługo będziemy wiedzieli jak duże są, w przybliżeniu, straty, będące skutkiem powodzi.

Myślę, że premier, jak cały nasz parlament, chce być lepszy od zwykłych ludzi, z ich zwykłą polszczyzną. No i brzmi ta estymacja tak, że niewielu wie o co chodzi. To też jest celowe, żeby naród nie spoufalał się z władzą, żeby jednak jakiś dystans był. Demokracja demokracją, ale nie za pan brat świnia z sołtysem.

Animacja rynku

W czasie dyskusji w Sejmie o polskim rynku rolnym, pewien poseł stwierdził: „Chodzi o animację popytu na pasze”. Po czym przedstawił propozycje, które doprowadzą do tego, że rynek pasz w Polsce odżyje.

Dlaczego poseł nie powiedział, że chodzi mu o ożywienie rynku, zwiększenie popytu, o przywrócenie rynkowi pasz jego ważnej roli w rolnictwie? Z tego samego powodu, z którego Donald Tusk mówił o estymacji. Bliższe wyjaśnienia powyżej. A koniec końców – estymacja, animacja świadczą o klasie mówcy, a o ożywieniu, o szacunkach może mówić każdy prostak. Jak to drzewiej mówiono? „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Na sztabie, na Sejmie, na odprawie

W czasie, gdy rząd zbierał się, jako sztab kryzysowy, we Wrocławiu, wszyscy dziennikarze i wszyscy politycy mówili jednym głosem, a mówili tak: „Na sztabie”.

A przecież po polsku powinno być: w czasie zebrania sztabu, w czasie obrad sztabu. Niestety „na” robi chorą karierę. Mamy „na Sejmie” – a przecież na Sejmie jest tylko nasza flaga. Mamy też „na komisji” – a poprawnie powinno się mówić „w czasie obrad komisji”.

Łatwo, szybko i bez sensu. Piszę o tym, bo mam już pewność, że jak nasi dziennikarze i politycy mówią, tak i myślą – pobieżnie, po łebkach, szybko, niedokładnie i nieprecyzyjnie.

Składnia

TVP Info, 28. 09. 2024 r. Młoda dziennikarka przedstawiając kłopoty z budową w Łodzi tunelu dla pociągów, mówi: „Informowaliśmy już to państwu”.

Czyli dziennikarka nie wie, że informować można o czymś. Natomiast można powiedzieć: mówiliśmy to już państwu. Albowiem… informowanie i mówienie to nie są identyczne słowa, które można wykorzystywać zamiennie. Bo każde z nich ma swoje zależności składniowe! Ta dziennikarka powinna zaskarżyć swoją polonistkę z liceum, i dochodzić od nauczycielki  odszkodowania za marne wykształcenie.

Bez sensu, za to z emocjami

Język w naszym dzisiejszym parlamencie i w mediach niesie głównie emocje. Z roku na rok nasz język publiczny staje się coraz bardziej prostacki i coraz mniej komunikatywny. To znaczy coraz mniej sensu, coraz mniej informacji, a coraz więcej agresji w stosunku do przeciwników.

Niektóre z osób publicznych starają się też udawać język nauki, co ma być argumentem, że jednak są wykształceni i myślą. Ale po przetłumaczeniu ich „makaronistycznych” wtrętów, wychodzi w sumie brak wiedzy mówiących, brak konkretów. Ot, taki bełkot osobników marnie jednak wykształconych.

Tym samym znikają, karłowacieją, degenerują się i zanikają podstawy naszej cywilizacji. Bo nasza cywilizacja, to między innymi myśl wrażana słowami, zdaniami. Nie ma alternatywnej cywilizacji obrazkowej dla idiotów. Owszem wielkie stare cywilizacje zostawiły po sobie piramidy, akwedukty, wielkie świątynie oraz mury, na przykład chiński. Ale przecież starożytni nie komunikowali się między sobą przy pomocy piramid. Oni mówili i pisali.

Dzisiejszy nasz język (publiczny) nie jest w stanie opisać ani uczuć, ani społecznych celów. Gdy chodzi o miłość – coraz bardziej jest to język żuli, meneli i prostaków, a gdy chodzi o społeczne cele – coraz bardziej jest to język milczący o sprawach, a coraz bardziej wzywający do walki na pały i sztachety.

W naszej polityce, w jej języku nie sposób już doszukać się jakichś wielkich celów, między innymi dlatego, że nasi politycy nie potrafią tych celów sformułować. Oni potrafią jedynie – to też język polski – dopieprzyć przeciwnikowi, zmieszać go z błotem a w końcu dorżnąć. Na razie tylko słowem, ale od słów do czynów mamy tylko krok.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Premier Tusk walczy o życie

Jeszcze w feralny piątek 13 września, kiedy mówił, że „prognozy nie są specjalnie alarmujące” sprawiał wrażenie, że ma nadzieję na weekend w Sopocie. Chwilę później nastąpił powodziowy armagedon i musiał się wziąć do roboty. Jak to ktoś zgrabnie ujął na „X”, Donald Tusk walczy o polityczne życie.

Wiemy z wieloletnich doświadczeń, że nie jest łatwo zmusić Donalda Tuska do pracy. Właściwie łatwiej uznać sprawę za z góry straconą. Tym razem jednak Donald Tusk zrozumiał, że wobec tego co się dzieje jest to jego być albo nie być. Kosztowna to nauka, za którą trzeba było zapłacić nieznaną jak dotąd liczbą ofiar, zaginionych i prawdopodobnie miliardów strat materialnych, ale najwyraźniej skuteczna.

Machina PR

Potężna machina PR poszła w ruch. „Widziałem a własne oczy, że tak wysoki standard obejmuje to konkretne miejsce. Wszędzie tu dookoła Wrocławia to po prostu, mają na tyle mają możliwości technicznych, że stać ich co najwyżej na worki i piach. Więc worki, piach i podwyższają te wały. A tutaj całe wały są wyłożone folią i agrowłókniną. I z tego co mi wiadomo, to tylko tam są zrobione w ten sposób (…)” – mówił w wywiadzie dla Tysol.pl walczący z falą powodziową we Wrocławiu wolontariusz Piotr Przybysławski.

„Tak, to była pokazówka dla Tuska. Bo właśnie tam  go tam zawieziono, żeby mu pokazać, jak to wszystko sprawnie działa w mieście. A w innych miejscach we Wrocławiu, działają sami tylko wolontariusze, ze wsparciem OSP i WOT co najwyżej” – podkreślił Przybysławski.

Nigdy dotąd nie stosowaną w cywilizowanych krajach praktykę publicznych i transmitowanych w największych telewizjach (za wyjątkiem Telewizji Republika, co jest swego rodzaju zbrodnią odmowy dostępu do informacji dla jej być może zagrożonych utratą życia widzów) sztabów kryzysowych najlepiej opisał Jacek Żakowski w neo-TVP. „Tusk sięgnął po metodę putinowską, której się w demokracjach nie stosuje. No nie ma tak, że jak jest powódź w Stanach, to prezydent siedzi i ruga urzędników publicznie i to jest transmitowane. Tak nie ma w Niemczech, w Wielkiej Brytanii, we Francji, nigdzie. To jest typowo autorytarny model zarządzania” – zwrócił uwagę Żakowski za co spotkała go fala hejtu ze strony Silnych Razem. O Jacku Żakowskim można sądzić cokolwiek, ale tutaj ma rację.

Z jednej strony ma rację, ale z drugiej najwyraźniej jest to metoda skuteczna. Nie w sensie organizacyjnym, każdy kto próbował coś zorganizować wie, że upublicznienie procesu nie pomaga. Ale w sensie PR-owym skuteczna, skoro niewielka, ale jednak, większość Polaków uznała, że Tusk, który dezinfomował nt. stanu zagrożenia „radzi sobie z powodzią”. Do tego dochodzą seryjne próby „zmiany tematu” w przestrzeni publicznej, a to odgrzewane kotlety z aferą wizową, a to jakieś wyskoki Sikorskiego, a to bobry. A jeszcze szantaże emocjonalne wobec każdego kto ośmieli się skrytykować działania wodza…

Dlaczego?

Dlaczego to wszystko? Ano dlatego, że Tusk błyskawicznie zrozumiał, że nie może jechać na weekend do Sopotu, tylko musi zawalczyć o swoje polityczne życie. I można go nie lubić, ja go na przykład nie lubię, można go uważać za zdrajcę, który nie działa w interesie Polaków, ale on jak trzeba gryzie ziemię.

W tym czasie opozycja gryzie słone paluszki.