Fot. Netflix

HUBERT BEKRYCHT: Europa w obliczu nowego Monachium, czyli jak film tłumaczy wojnę i politykę

Nowy układ monachijski w Europie już jest. Nie wiadomo tylko, gdzie zostanie podpisany. Na pewno nie w Monachium, bo to byłoby zbyt dosłowne, ale Niemcy pracują na to, aby wesprzeć Rosję, co oznacza, że teutońskie jelenie wchodzą na teren moskiewskich niedźwiedzi i tygrysów.

83 lata po tym jak Adolf Hitler upokorzył premiera Nevilla Chamberlaina i po tym, jak Brytyjczycy próbowali wytłumaczyć światu, że pozostawienie na pożarcie Czechosłowacji jest jedynym wyjściem, aby Stary Kontynent po dwóch dekadach pokoju znowu nie utonął we krwi. Tłumaczyli prawie rok, aż Niemcy napadli na Polskę. 17 dni później ówczesny sojusznik Hitlera – Józef Stalin wydał rozkaz, aby walczącej Polsce wbić nóż w plecy i bez wypowiedzenia wojny zaatakować wschodnie tereny naszego kraju.

Historia lubi się powtarzać? Bardzo. Historia pełna jest takich przypadków. Miejmy nadzieję, że nie teraz. Niemcy AD 2022 bardzo jednak zabiegają o kolejne Monachium i celowo nazwy bawarskiego miasta nie umieszczam w cudzysłowie. To przecież okoliczności, które są kopią tych z 1938 roku. Tym razem nie chodzi o pozostawienie samej sobie, konającej Czechosłowacji. Teraz idzie o Ukrainę, uznawane na całym świecie niezależne państwo, które od prawie 8 lat jest atakowana przez Kreml. Najpierw Rosja ukradła Ukrainie Krym, a potem wznieciła krwawy konflikt w Donbasie.

Oczywiście zdolności Władimira Putnia nie sposób porównywać do zdolności Adolfa Hitlera. Prezydent Rosji jest lepszy. I oczywiście dla nas i wielu narodów Europy to gorzej. Putin rozumie geopolitykę wprost, bez przesądów niemieckiego dyktatora. A to już naprawdę bardzo zły prognostyk dla świata. Świat jednak nie jest gotowy na wojnę, szczególnie administracja prezydenta USA Joe Bidena (wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziadka, Panie Prezydencie). Świat wyczekuje na nowe Monachium. Najpierw w sprawie Ukrainy. A potem? Odpowiedź jest prosta.

Jeśli teraz NATO i UE zdecydowanie nie sprzeciwią się kremlowskiej satrapii, zagrożone będą – jak mówił 14 lat temu prezydent RP Lech Kaczyński – państwa bałtyckie, a być może i Polska. Sytuacja zmienia się szybko, bo szantaż gazowy Moskwy jest faktem, może Putinowi zechce się zapanować nad Słowacją, Republiką Czech, Węgrami i zachodnimi Bałkanami. Kto wie, co dalej?

Na pewno nie wiedzą tego albo nie chcą wiedzieć nowe władze w Berlinie. Niemcy toczone teraz chorobą lewacką prowadzą już wojnę, wojnę myśli. To wojna niemiecko-niemiecka. Jedni Niemcy myślą, a drudzy myślą, że myślą. Na razie ustępują, na razie się kompromitują, ale być może za kilka miesięcy, jakaś myśl niemiecka odszuka dawną bratnią myśl. Na przykład pruską – jeśli wroga nie można pokonać, należy się przyłączyć. Chodzi o wroga oficjalnego, czyli Rosję, (choć tonie przeszkadza w robieniu interesów z Moskwą), bo Niemcy nie wystąpiły ani z UE ani z NATO. A co wtedy zrobią Francja, Wielka Brytania, Benelux, Skandynawia, południowe państwa UE i NATO, wreszcie, co zrobią Stany Zjednoczone? Czy podpiszą, przygotowany już poza Monachium, nowy układ monachijski?

Ale miało być o filmie „Monachium w obliczu wojny”. Niewiele jednak będzie, bo pokazywany w Netflixie brytyjski obraz „Monachium…” jest tak samo dobry, jak polskie tłumaczenie tytułu. Otóż „Munich The Edge of War” przełożono – moim zdaniem – niezgodnie z prawdą. I językową i historyczną. Co komu szkodziło przetłumaczyć tytuł, jako „Monachium na krawędzi wojny”? Tak przecież było. Hitler wszystkich postraszył, Chamberlain się dał się zwieść, a jak się zorientował, że Niemcy go wykiwali strasząc wojną, kłamał, że „przywiózł” pokój. Widać i dziś ktoś się przestraszył, tak jak 83 lata temu Hitlera, tak jak teraz Putina. To na razie strach wyznaczany przez polityczną poprawność, ale wkrótce..? Oby nie.

Dziennikarzy w filmie o monachijskiej hańbie Europy przedstawiono też szczególnie, tyle, że niestety prawdziwie. „Mocarstwa” zachodnie zgodziły się, aby podczas konferencji zdjęcia robili tylko fotoreporterzy Hitlera…

Czy teraz to możliwe, aby tylko jedna strona informowała i pokazywała wydarzenie polityczne? Nie wiem, ale to nie jest wykluczone.

Film „Monachium w obliczu wojny” nakręcono, aby Jeremy Irons mógł zagrać Nevilla Chamberlaina i aby w finalnych napisach, umieszczono bzdurę, że układ w Monachium „kupił” czas na przygotowania do wojny i… pokonanie III Rzeszy…

Kłamstwo, także to „nierealne” – powiedzmy filmowe – w naszych czasach często staje się prawdą, wystarczy, że ktoś, kto nie zna historii obejrzy zapakowaną w „uniwersalne” wartości brytyjską bajeczkę o bohaterstwie synów Albionu i… niektórych Niemców.

Na Ukrainie na pewno ten film furory nie zrobi.

Monachium w obliczu wojny Munich The Edge of War reż.: Christian Schwochow, scen.: Robert Harris, thriller / szpiegowski, prod.: Wielka Brytania, dystr.: Netflix

Nowy portal Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Szanowni Państwo, Koleżanki i Koledzy,

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zmodernizowało swój portal. Zmieniliśmy szatę graficzną strony, aby poprawić jej przejrzystość i estetykę. Mamy też nadzieję, że teraz będzie łatwiejsza i bardziej intuicyjna w obsłudze. Uporządkowaliśmy również poszczególne działy portalu, dzięki czemu szybciej będzie można znaleźć interesujące materiały.

Zespół sdp.pl

 

 

Fot. Pixabay

KS. ARTUR STOPKA: Czwarta władza i wata cukrowa

Po tym, co się działo w sferze mediów w Polsce w 2021 r. trudno dokonywać podsumowań i niełatwo prognozować przyszłość.

 

Najprawdopodobniej udostępniony pod koniec 2021 r. film Adama McKaya „Nie patrz w górę” dla niejednego odbiorcy może być swoistym podsumowaniem minionych dwunastu miesięcy w mediach na całym świecie. W recenzjach rzadko jednak nazywany jest po imieniu główny problem, który je nie tylko we wspomnianej (dość topornej) satyrze kształtuje, ale robi to w rzeczywistości. Zachowując tzw. poprawność polityczną należałoby chyba powiedzieć, że fundamentalnym problemem mediów (zarówno tradycyjnych, jak i nowych), jest poziom ich użytkowników, zarówno odbiorców, jak i właścicieli oraz dysponentów, twórców kontentu.

 

Nie chodzi tylko o poziom intelektualny, choć głupota jest od lat jedną z czołowych bolączek, które dotykają media i w minionym roku niewątpliwie dawała o sobie w świecie mediów znać. Chodzi też o poziom poczucia odpowiedzialności za skutki medialnych działań w najróżniejszych sferach, w tym również w wymiarze indywidualnym ich użytkownika. Jak korzystanie w mediów wpłynie na jego egzystencję, poglądy, stan majątkowy, ale również podejście do informacji, do zasad regulujących funkcjonowanie społeczności? Jakie odzwierciedlenie znajdzie w jego etycznych postawach i zachowaniach?

 

Pieniądze i politycy

 

Ktoś może wzruszyć ramionami, że wymienione wyżej kwestie mieszczą się raczej w sferze zagadnień na poziomie meta i choć niewątpliwie dotyczą również mediów w Polsce, to jednak tutaj musiały się one zmierzyć z problemami z kategorii znacznie bardziej przyziemnych, z realnym zagrożeniem dla istnienia i funkcjonowania włącznie. To prawda, że media lubią zajmować się same sobą, jednak w naszym kraju w minionym roku co najmniej w kilku przypadkach zmuszone były do tego przez okoliczności mniej lub bardziej zewnętrzne.

 

Wśród uwarunkowań mających ogromny wpływ na funkcjonowanie mediów czołowe pozycje zajmują pieniądze i politycy. Niejednokrotnie te dwa czynniki występują wspólnie, we współpracy, a nawet w symbiozie. To od nich zależy realna wolność istnienia i funkcjonowania środków przekazu. W minionych dwunastu miesiącach zwłaszcza media tradycyjne w Polsce zostały postawione w sytuacji zagrożenia.

 

Niemal z dnia na dzień

 

Warto od razu zaznaczyć, że w potocznej, często stosowanej w mediach narracji, utożsamiane swą dwie różne wolności, których istnienie wskazywał m.in Cyprian Kamil Norwid w swej „Rzeczy o wolności słowa”. To wolność słowa w sensie ścisłym i – mająca zupełnie inny wymiar – wolność mówienia, czyli publikowania dowolnych treści.

 

W minionym roku tradycyjne media w naszym kraju odczuły zagrożenie właśnie tej drugiej – wolności mówienia. Powodowali je politycy. Używali jako narzędzia pieniędzy i władzy. Usiłowali np. narzucić mediom nowy podatek lub pod znakiem zapytania stawiali samo istnienie niektórych mediów, tworząc przepisy trudne do spełnienia w krótkim czasie.

 

Mieliśmy również do czynienia z mającą tło polityczne zmianą właścicielską liczących się mediów działających w naszym kraju. Zmiana ta znalazła bardzo szybkie odbicie w ich profilu i publikowanych przez nie treściach. Niemal z dnia na dzień odbiorcy w całym kraju otrzymali pod tym samym tytułem zupełnie inne od dotychczasowych treści. Łączyło się to również z odejściem z pracy sporej grupy pracowników tych mediów (nie tylko ich szefów). Tego typu ingerencje w rynek medialny nie tylko nie wzmacniają ich wiarygodności, ale są sygnałem instrumentalnego ich traktowania.

 

Niestabilność i wiarygodność

 

Niestabilność krajowego rynku medialnego powiększały pogłoski o zakusach polityków na jeden z opiniotwórczych dzienników ukazujących się w Polsce. Ostatecznie nie znalazły one potwierdzenia, jednak niepewność wokół własności tak ważnego medium zaprocentowała negatywnie.

 

Negatywnie na ocenę sytuacji mediów w naszym kraju wpłynęły też poważne konflikty wewnątrz innej dużej firmy medialnej. Choć różnice koncepcji nie są w medialnych przedsięwzięciach niczym nadzwyczajnym, to jednak ich upublicznienie przy bardzo dużym nasileniu emocji, również nie przysłużyło się ani odbiorcom, ani twórcom tych mediów.

 

Wiarygodności mediów nie wzmaga także podejmowanie przez polityków decyzji o niewpuszczaniu dziennikarzy do miejsc, których rozgrywają się wydarzenia o charakterze newralgicznym, mających znaczenie dla bezpieczeństwa całego społeczeństwa, ale także dla konkretnych ludzi, którzy w nich uczestniczą.

 

Czas na nowy samizdat

 

W świetle powyższej listy trudno podejmować merytoryczną ocenę zawartości mediów, z których korzystali polscy odbiorcy w minionym roku. Tym bardziej, że politycy (różnych opcji) nie kryli, iż postrzegają je wyłącznie w kategoriach narzędzi propagandy i ideologizacji. Ucierpiała na tym nie tylko prawda, do której dostęp dla tzw. zwyczajnego zjadacza chleba stał się jeszcze bardziej utrudniony, ale także w poważnym zagrożeniu znalazła się przyszłość mediów, zwłaszcza tych tzw. tradycyjnych.

 

Bogusław Chrabota na początku grudnia 2021 r. stwierdził publicznie „Czas na nowy samizdat”. Nie tylko on ma poczucie, że w obecnej sytuacji mediów w naszym kraju potrzebny jest „drugi”, a może nawet „trzeci obieg”. Czy jego rolę może spełnić internet? Niekoniecznie. Choć akurat w Polsce politycy jeszcze się nie zabrali do jego urządzania po swojemu, skupieni póki co na mediach tradycyjnych, to jednak wiele państw na świecie pokazało już, że to nie jest przestrzeń bezpieczna przed ich ingerencją.

 

Kanały do wyboru

 

Dla polskich użytkowników mediów rok 2022 nie jawi się w optymistycznych barwach. Wiele wskazuje na to, że politycy i ideolodzy różnych maści nie tylko nie zmniejszą swoich wysiłków, aby zapanować nad medialnym przekazem i narzucić, gdzie tylko się da, swoją narrację, ale będą wynajdywać coraz skuteczniejsze sposoby, aby postawić na swoim.

 

W czasach PRL-u (gdy polski widz miał do wyboru tylko dwa kanały TVP) krążyła anegdota o człowieku sowieckim, który po powrocie z pracy zasiadł przed telewizorem. W ZSRR miało być tych kanałów do wyboru osiem. Włączył więc pierwszy program, a tam transmitowane na żywo przemówienie sekretarza generalnego partii. Przełączył więc na drugi – to samo. Spróbował na trzecim kanale, a tam plansza z napisem „Ty taki owaki, kanały sobie chcesz przełączać?”. Jak wymknęło się niedawno jednemu z naszych polityków, chcą oni mieć wpływ na to, co się dzieje w mediach. Mówiąc wprost, chcą je kontrolować i traktować jako swoje narzędzia i nie dopuścić do sytuacji, w której okazują się one „czwartą władzą”. W takiej sytuacji trudno oczekiwać w mediach nie tylko prawdy, wolności, ale w ogóle jakichkolwiek wartościowych treści. Choć, jak przypomina film „Nie patrz w górę”, media pełne waty cukrowej i głuche nawet na najważniejsze sprawy, to nie tylko zasługa polityków. A może nawet nie głównie ich.

 

Fot. Pixabay

MIROSŁAW USIDUS: To nie był dobry czas dla wolności słowa

Jakkolwiek się by nie gimnastykować pojęciowo, to 2021 roku nie można uznać za dobry rok dla wolności słowa. Jeśli coś w tej sferze rosło, to zapewne była to głownie liczba pretekstów pod jakimi władze państw, platformy internetowe i każdy, który dostał choć nieco władzy i wpływu, ograniczał, limitował i dławił swobodę wypowiedzi.

 

Podsumowania roku, jeśli chodzi o wolność mass mediów zaczęły się już na początku grudnia. Wtedy właśnie opublikowany został raport organizacji non-profit Committee to Protect Journalists informujący, że liczba dziennikarzy na całym świecie, którzy są za kratami, wyniosła – 293 – od początku 2021 r. W tym samym okresie zabitych z powodu wykonywania swojego zawodu zostało co najmniej 24 dziennikarzy, a dalszych osiemnastu zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Liderem tego ponurego rankingu są Chiny, które uwięziły w minionym roku pięćdziesięciu dziennikarzy, najwięcej ze wszystkich krajów, a za nimi Myanmar z liczbą 26 reporterów aresztowanych w ramach represji po przewrocie wojskowym w lutym,. Niewiele mniej bo 25 miał na koncie Egipt (25) a po nim Wietnam (23). Kolejne miejsce w tym rankingu „niewolności” dzierży Białoruś z liczbą dziewiętnastu aresztowanych dziennikarzy. Pamiętajmy jednak, że nasz wschodni sąsiad to kraj znacznie mniej ludny niż wcześniej wymienione. Zatem, gdyby przeliczać liczbę uwięzionych na głowę mieszkańca, to reżim Łukaszenki zdecydowanie prowadziłby w tym zestawieniu.

 

Bezwzględne więzienie dziennikarzy w Chinach nie nowością. Jednak po raz pierwszy w corocznym raporcie CPJ znaleźli się dziennikarze pozbawiani wolności w Hongkongu. Jest to rezultat wdrożenia w Chinach drakońskiego prawa o bezpieczeństwie narodowym w 2020 roku, w reakcji na głośne protesty prodemokratyczne w tym mieście. Osiem osób związanych z mediami w Hongkongu, w tym Jimmy Lai, założyciel Apple Daily i Next Digital oraz laureat nagrody CPJ za wolność prasy w 2021 r., Gwen Ifill, zostało uwięzionych, co stanowi poważny cios dla i tak już osłabionej niezależnej prasy w tym mieście. Niektórym z aresztowanych może grozić dożywocie.

 

W Chinach kontynentalnych, prześladowani ludzie mediów stają przed litanią niejasnych, orwellowskich ze swej natury zarzutów. Np. niezależna internetowa reporterka Zhang Zhan, aresztowana w maju 2020 r. za krytyczną relację na temat reakcji władz Chin na pandemię wirusa COVID-19, odsiadywała i odsiaduje karę czterech lat za „wszczynanie kłótni i podsycanie problemów”, zarzut często stosowany wobec krytyków rządzącej Komunistycznej Partii Chin. Inni są oskarżani o „dwulicowość”, przestępstwo o niejasnej definicji, typowo totalitarną kategorię, która pozwala prześladować ludzi, nawet, gdy w sposób otwarty nic szczególnego nie zrobili. Reżim w Pekinie szczególnie chętnie sięga po ten kij przeciwko ujgurskim dziennikarzom z prowincji Xinjiang. Chiny wzięły na celownik również nie-dziennikarzy, aresztując 11 osób za rzekome przesyłanie materiałów do „The Epoch Times”, firmy medialnej powiązanej z grupą religijną Falun Gong.

 

Meksyk jest z kolei najbardziej śmiercionośnym dla reporterów krajem półkuli zachodniej. Trzech dziennikarzy zostało zamordowanych w 2021 r. w bezpośrednim odwecie za ich relacje. CPJ prowadzi dochodzenie w sprawie pozostałych sześciu zabójstw, aby ustalić, czy miały one związek z ich działalnością jako dziennikarzy. Sześciu dziennikarzy znajduje się w spisie więzień w Ameryce Łacińskiej – trzech na Kubie, dwóch w Nikaragui i jeden w Brazylii. CPJ odnotował alarmujący spadek wolności prasy w tym regionie.

 

W Ameryce Północnej w momencie zakończenia spisu nie uwięziono żadnego dziennikarza. U.S. Press Freedom Tracker, partner CPJ, odnotował 56 aresztowań i zatrzymań dziennikarzy w Stanach Zjednoczonych w 2021 roku. Osiemdziesiąt sześć procent z nich miało miejsce podczas demonstracji. Zapewne do tych statystyk przygotowywanych raczej z lewicowym nastawieniem nie został zaliczonym Richard O’Keefe z Project Veritas, na którego nalot zrobiło jesienią FBI. Do tej bulwersującej sprawy jeszcze wrócę. W Kanadzie dwóch dziennikarzy aresztowanych podczas relacjonowania protestu dotyczącego praw do ziemi w północnej Kolumbii Brytyjskiej spędziło trzy noce w areszcie, zanim sąd nakazał ich warunkowe zwolnienie.

 

Co najmniej siedemnastu spośród uwięzionych w 2021 roku dziennikarzy zostało oskarżonych o cyberprzestępstwa. W afrykańskim kraju Benin, dwóch zostało oskarżonych na podstawie ogólnie sformułowanego kodeksu cyfrowego, umożliwiającego ściganie karne wszystkiego, co zostało opublikowane lub rozpowszechnione w Internecie.

 

W Afryce Subsaharyjskiej największy regres dla wolności mediów nastąpił w ostatnim okresie w Etiopii. Rząd Abiy Ahmeda stał się w 2021 roku drugim najgorszym więzieniem dla dziennikarzy w Afryce Subsaharyjskiej, zaraz po Erytrei. Liczni dziennikarze zostali aresztowani w kraju po wybuchu walk pomiędzy federalnymi siłami rządowymi, a siłami kierowanymi przez Ludowy Front Wyzwolenia Tigray. CPJ udokumentował wiele innych przypadków łamania wolności mediów w Etiopii w ciągu minionego roku.

 

Prawdą jest, że niektóre kraje wsadziły do więzień w 2021 roku nieco mniej dziennikarzy. Turcja, niegdyś najgorsza pod tym względem, zajmuje obecnie szóste miejsce na liście CPJ po uwolnieniu dwudziestu więźniów. Pozostało osiemnastu. Arabia Saudyjska uwolniła dziesięciu dziennikarskich więźniów – obecnie przetrzymuje 14. Jak zauważył jednak raport CPJ, po nieudanej próbie zamachu stanu w 2016 roku w Turcji skutecznie zlikwidowano media opozycyjne w tym kraju, zaś wielu dziennikarzy zmuszonych zostało do odejścia z zawodu. Liczba uwięzień w Turcji maleje także dlatego, że rząd wypuszcza ich na zwolnienia warunkowe, aby oczekiwali na wyniki procesu lub apelacji. W Arabii Saudyjskiej zastraszający efekt morderstwa i rozczłonkowania Jamala Khashoggiego w 2018 roku, wraz z kilkoma nowymi zatrzymaniami w 2019 roku, prawdopodobnie uciszył wielu dziennikarzy skuteczniej niż jakakolwiek fala aresztowań.

 

Godne uwagi jest, że autorytarni przywódcy coraz częściej znajdują bardziej wyrafinowane niż areszty i więzienie sposoby walki z niezależnymi reporterami i środkami przekazu, zwłaszcza przez wyłączanie Internetu i zwiększoną inwigilację za pomocą zaawansowanego technologicznie oprogramowania szpiegowskiego. To mniej kosztowne wizerunkowo niż wsadzanie reporterów do więzień. Zaś zarzuty dotyczące blokowania sieci zawsze można odeprzeć, gdyż dziś takie zabiegi można dość skutecznie maskować i udawać, że się nie wie o co chodzi.

Raport CPJ to nie jedyne podsumowanie represji spotykających media i dziennikarzy na świecie. Z okazji przypadającego 10 grudnia Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) opublikowała swoje wykazy uwięzionych i zabitych dziennikarzy w 2021 roku. Według nich, stan na 10 grudnia 2021 roku to 365 dziennikarzy przebywających w więzieniach, co oznacza (w tym zestawieniu) wzrost z 235 w zeszłym roku. Największymi więzieniami dziennikarzy są Chiny (102), Turcja (34), Białoruś (29), Erytrea (29), Egipt (27), Wietnam (21), Myanmar (18), Rosja (12), Azerbejdżan i Jemen (11), Kambodża (10) i Iran (9).  Na czele listy regionów IFJ znajduje się Azja, gdzie w więzieniach przebywa 162 dziennikarzy, następnie Europa (87), Bliski Wschód i kraje arabskie (65), Afryka (49) oraz obie Ameryki (2).

 

Natomiast statystyka IFJ dotycząca dziennikarzy i pracowników mediów zabitych w 2021 roku jest nieco niższa niż w zeszłym roku, z 45 zabójstwami odnotowanymi w porównaniu do 65 w 2020 roku. Chociaż ten spadek to dobra wiadomość, jest on niewielkim pocieszeniem w obliczu ciągłej przemocy, która pochłonęła życie dziennikarzy w takich krajach jak Afganistan (9), Meksyk (8), Indie (4) i Pakistan (3).

 

Przy całym tym ponurym bilansie warto zwrócić uwagę na jaśniejszy punkt, czyli fakt, że praca dziennikarzy była w ubiegłym roku doceniona jak nigdy dotąd przez przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla w 2021 r. dwojgu dziennikarzom Marii RessieDimitrijowi Muratowowi. Przy okazji posłużyło to jako przypomnienie o represjach i niebezpieczeństwach, jakie spotkały Muratowa, redaktora naczelnego „Nowej Gaziety” w putinowskiej Rosji i Ressę w jej rodzinnych Filipinach.

 

USA i zapach „trzecioświatowych standardów”

 

Gdy FBI dokonało jesienią nalotu na Project Veritas, publikujący niewygodne, często dotyczące korupcji materiały dotyczące Demokratów i administracji Bidena, USA zaczęto w wielu komentarzach porównywać do krajów, które niejako w sposób dyżurny goszczą w takich zestawieniach jak raporty CPJ.

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok wcześniej, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze, czyli Departament Sprawiedliwości zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że w tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Pojawiły się pytania np. do „The New York Times” – jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów, który wyłonił się w Stanach Zjednoczonych.

 

Sąd federalny nakazał Departamentowi Sprawiedliwości Joe Bidena zaprzestanie „wydobywania” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. Bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU). Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”. Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny. Zauważa też, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie zrobiły. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy. W kwietniu 2021 r. serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwijmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sądu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam Goldman i Mark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Bałkański splinternet

 

2021 rok był kolejnym rokiem postępowania zjawiska tzw. „bałkanizacji internetu”, które zapowiadane i odnotowywane jest od wielu lat. Początkowo to ostatecznie zawsze sprowadzające się do cenzury wygradzanie połaci sieci i zamykanie we własnym, narodowym lub regionalnym segmencie, kojarzyło się głównie z chińskim „Wielkim Firewallem”. Stopniowo wygrodziły się w ten sposób Rosja i Iran, w dużym stopniu Turcja i Indonezja a także Indie. Do tworzenia europejskiej bańki za pomocą różnego rodzaju narzędzi cenzorskich dążą również eurokraci.

 

Splinternet (inne określenie dla zjawiska bałkanizacji internetu) to rozszczepienia i dzielenie sieci z powodu różnych czynników, związanych z technologią, handlem, polityką, religią. Opisany jako koncepcja po raz pierwszy został w opracowaniu autorstwa Marshalla Van Alstyne’a i Erika Brynjolfssona z MIT, które zostało opublikowane pod koniec 1996 r. Clyde Wayne Crews z Cato Institute, użył tego terminu w 2001 r., aby opisać swoją koncepcję „równoległych sieci internetowych, które byłyby prowadzone jako odrębne, prywatne i autonomiczne wszechświaty”. Crews używał tego terminu w pozytywnym znaczeniu, ale późniejsi autorzy, tacy jak Scott Malcomson z New America’s International Security Program, używali tego terminu w sensie pejoratywnym, jakorosnące zagrożenie dla idei Internetu jako sieci obejmującej cały świat.

 

W książce „Republic.com” z 2001 roku Cass Sunstein dowodził, że cyberbałkanizacja może nawet zaszkodzić demokracji, ponieważ pozwala różnym grupom unikać kontaktu ze sobą, ponieważ gromadzą się one w coraz bardziej podzielonych kręgach i społecznościach, co sprawia, że prawdopodobieństwo uznania innych punktów widzenia lub wspólnej płaszczyzny maleje. I to zjawisko w 2021 roku było coraz lepiej widoczne. Wycenzurowani, wybanowani z Facebooka i Twittera, użytkownicy, którzy nie widzą świata przez lewicowe okulary, migrują do swoich serwisów, grup, w których nie prześladuje się ich za poglądy. Gdy powstanie zapowiedziana kilka miesięcy platforma społecznościowa Trumpa, zjawisko to może gwałtownie przyspieszyć.

 

Komercyjną bałkanizacją określa się również zabiegi wielkich korporacji godzące w neutralność internetu. Firmy rozbudowujące infrastrukturę chcą serwować własną wersję internetu, z której wykluczone są usługi konkurencji, a także pewne  wykraczające poza akceptowany przez korporacje nurt treści polityczne. Bałkanizacją w tym, komercyjnym rozumieniu są więc zarówno zabiegi takich firm jak AT&T, która jako dostawca usług sieciowych, a zarazem treści, niemile widzi treści konkurencyjne, np. rywalizujący serwis VOD, Amazon, który korzystając z serwerowej potęgi wycina, a czasem nieuczciwie konkuruje z usługami własnych klientów, prowadząc do ich usunięcia, i w końcu Google, które preparując wyniki w wyszukiwarce z jednej strony szkodzi konkurencyjnym ofertom, z drugiej nie przestawia obiektywnie najlepszej listy wyników, lecz, taką jaka Google uważa za najlepszą, co, jak pisał „The Wall Street Journal” w tym roku, jest zarówno nieuczciwością w sensie handlowym jak też zwykłą cenzurą, także polityczną.

 

W USA atak na Kapitol 6 stycznia 2021 roku miał decydujące znaczenie w kreowaniu pretekstu dla ustawodawców, by wziąć się „za internet”.  Niemal natychmiast pojawiły się wezwania do większej kontroli nad firmami z branży internetowej. Innym aspektem tej samej bałkanizacji są nałożone przez władze USA ograniczenia na chińskie technologie. Jest to oczywiście odpowiedź na chińskie działania również ograniczające możliwość operowania amerykańskim firmom. Dającym się przewidzieć jest rozwój internetu coraz bardziej odizolowanych od siebie ekosystemach technologicznych. Wyraźnie widać po amerykańsko-chińskiej wojnie technologicznej dotyczącej technicznej infrastruktury 5G, że mogą co najmniej dwa, jeśli nie więcej, standardy mobilnego internetu przyszłości. To oznacza, podkreślmy to, że prawdopodobnie jeden globalny internet stanie się przeszłością. Taka całkiem realna możliwość wyraźnie zarysowała się w 2021 roku.

 

Obecnie te tendencje izolacjonistyczne dostrzegamy najczęściej w wymiarze formalnoprawnym, gdy np. nie możemy przeczytać artykułu z amerykańskiego lub indyjskiego serwisu ze względu na europejską GDPR. Pogłębienie procesów wygradzania na poziomy technologiczne sprawi, że nie będziemy w ogóle widzieć tych barier, tak jak widzimy je obecnie w postaci komunikatów na amerykańskich stronach. Po prostu coraz większe połacie cyberprzestrzeni staną się dla nas niewidzialne.

Oczywiście bałkanizacja internetu pociąga za sobą ogromne koszty, gdyż dławi wymianę handlową, gospodarczą, naukową i jakąkolwiek inną. Autarkia nie wyszła nikomu na korzyść. Dlatego nawet Chiny zainteresowane są pozostawieniem połączeń służących do globalnej wymiany. Myślę, że tworzenie i rozwój takich mechanizmów i platform umożliwiających komunikację z resztą świata będzie jednym z głównym nurtów rozwojowych w sieci w najbliższych latach. Pamiętajmy, że np. Rosja, choć zbudowała sobie infrastrukturę pozwalająca odciąć kraj od reszty internetu, to jednak trzyma ja na razie jako jedynie opcję na wszelki wypadek, utrzymując wciąż normalną łączność z siecią światową.

 

Globalna debata na temat bezpieczeństwa 5G doprowadziła do sytuacji, w której już jesteśmy świadkami rozwoju dwóch niezależnych obozów, prowadzonych przez USA i Chiny. Będą one prawdopodobnie rozwijać standard w nieco odmienny sposób, kierując się krajowymi wymaganiami i wartościami. Chiny przyspieszą realizację swojej strategii „Made in China 2025”, aby zapewnić sobie posiadanie i budowę krytycznych technologii. W rezultacie inne narody będą musiały zdecydować, który obóz lepiej służy ich interesom narodowym, ponieważ jedyne firmy produkujące tę technologię są związane z tymi krajami. W ten sposób powstanie schemat, który będzie się powtarzał w przypadku innych krytycznych technologii.

 

Cenzura plus hipokryzja

 

W miarę rozwoju sieci w Afryce rośnie tam lawinowo liczba przypadków politycznie motywowanego blokowania sieci. Robiły to w minionym roku władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, potem także Konga, gdy oskarżono rząd o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Takie rzeczy spotyka się również na innych kontynentach i to coraz bardziej nagminnie. Np. rząd Indii regularnie blokuje internet w spornym Kaszmirze.

 

Twitter dostał bana podczas wyborów powszechnych w Ugandzie w 2021 roku, podobnie jak wcześniej społecznościowe blokowane były także w trakcie wyborów powszechnych w Tanzanii w 2020 r. Przeciwnicy cenzury po tych wydarzeniach zażądali od władz Zambii, by nie robiły tego w tym kraju a prezydent Lungu zobowiązał się, że nie będzie cenzury. Jednak później rząd zagroził, że zamknie internet, jeśli obywatele będą go używać do „wprowadzania w błąd i dezinformowania” wyborców (jak wiadomo, to pod tymi hasłami Google, Facebook, Twitter i Amazon cenzurują w najlepsze na swoich platformach). W dniu wyborów, 12 sierpnia 2021 roku, pojawiły się jednak liczne doniesienia o zablokowaniu WhatsAppa i innych internetowych serwisów społecznościowych w Zambii. Zostało to potwierdzone przez rzecznika Facebooka, który poinformował również, że „wyłączenie mediów społecznościowych w Zambii miało wpływ na ich aplikacje i inne, takie jak Twitter”.

 

Cenzura mediów i internetu jest w wielu krajach, nie tylko owego często przywoływanego „trzeciego świata”, normą. Jej kolejne przykłady w 2021 roku nie były więc nowością. Nowością ostatnich kilkunastu miesięcy jest otwarte wprowadzanie i oficjalne sankcjonowanie jako czego dobrego i słusznego cenzury w krajach uchodzących za demokratyczne. Właściwie prawdziwą nowością było powszechne przekonanie w kręgach rządzących, że to jest „całkiem OK”. No i ta hipokryzja pełnych patosu zapewnień, że walczy się o demokrację, gdy ręce pałka do walnie każdego, kto myśli inaczej, w łeb.

 

Hipokryzja firm Big Tech, które same stosują coraz ostrzejszą cenzurę, na tym etapie już całkowicie polityczną i jednostronną, np. Twitter blokujący kilka miesięcy temu informacje na temat audytu wyborów prezydenckich w Arizonie, idzie w parze często ze zwykłym tchórzostwem korpo-świata. Bo czym innym jak nie tchórzostwem jest bezwzględność wobec słabych, gdy zgina się kornie kark w obliczu silnych. Apple i Google szybko „pękły”, gdy władze Rosji przy okazji niedawnych wyborów zażądały usunięcia ze sklepów z aplikacjami aplikacji służącej do komunikacji i walki protestującym przeciw Kremlowi. Appka była dziełem zwolenników Aleksieja Nawalnego, a jej celem miało być ujawnianie korupcji w otoczeniu Władimira Putina oraz zachęcanie do głosowania przeciwko kandydatom partii Jedna Rosja w wyborach parlamentarnych. Po tym jak posłusznie wobec moskiewskiego reżimu postąpiły wielkie korporacje z Krzemowej Doliny tym bardziej warto obserwować starcie Rosji z YouTube, gdyż, z tego co wiem, w Rosji zablokowanie tej platformy jest technicznie wykonalne, zatem groźba Kremla brzmi realnie.

 

A zatem cenzura i hipokryzja to dwie rzeczy, z którymi wielkie platformy zaczynają kojarzyć się nierozłącznie. Honorową nagrodę Mistrza Hipokryzji powinien dostać za 2021 roku serwis Twitter, który ukończył 15 lat.. „Happy birthday, Twitter!” – życzyły nieletnie ofiary przemocy i wykorzystywania seksualnego, które ofiarami zostały dzięki platformie, która w przypadkach nadużyć seksualnych wobec nieletnich i pornografii dziecięcej „nie widzi problemu”. Filmowych życzeń dla przyjaznego pornografii dziecięcej mikroblogowego serwisu wysłuchać można na YouTube, pod tym adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QbNh6L7sybw.

 

Ofiary seksualnych przestępstw przypominały Twitterowi swoje historie, gdy próbowały administracji serwisu zgłosić nadużycia i krzywdy wyrządzone im przez przestępców seksualnych na platformie, a ta ignorowała skargi lub wręcz twierdziła, że zasady nie zostały naruszone. Problem przestępczości wobec nieletnich na tle seksualnym na Twitterze nie maleje lecz narasta. Organizacja o nazwie National Centre For Missing and Exploited Children, podaje, że ilość publikowanych na Twitterze materiałów wiążących się z seksualnym wykorzystywaniem dzieci wzrosła w ubiegłym roku o 41 proc.

 

Podsumowanie Twittera po piętnastu latach istnienia jest ponure, a nawet przerażające. Gdy powstał, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę, wyróżniającą się ekstrawaganckim w swojej lapidarności pomysłem na tle kwitnącej wówczas mody na blogi internetowe. Dziś Twitter nie jest już niewinnie śmiesznym, dla jednych głupawym, dla innych uroczo ćwierkającym ptaszkiem. Ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty i tonie w obłudzie jednostronnej cenzury politycznej. W dodatku, tępiąc z jednej strony nielewicowe treści, z drugiej – toleruje i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych, wyrządzających ludziom, także tym najmłodszym i bezbronnym, prawdziwe krzywdy i szkody.

 

Dlatego zapewne niewielu było chętnych do obrony platformy przed blokadą wyborczą w Ugandzie, która miała miejsce wkrótce po cenzorskich „osiągnięciach” Twittera z okazji wyborów prezydenckich w USA. Po jego ekscesach tylko skrajni naiwniacy kupują komunikaty przedstawicieli Twittera głoszące, że „zapewnia on swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

 

Nawiasem mówiąc, w zapewnianiu mu wolności wypowiedzi pomóc mu chcą prawodawcy w wielu krajach, np. w Meksyku, Brazylii czy w Indiach, gdzie w 2021 r. zapowiedziano przepisy gwarantujące wolność słowa w sieciach społecznościowych. Twitterowi jednak, podobnie jak równie miłującym wolność słowa kolegom w Facebooka, pomysły te są nie w smak. Politycy bowiem w wymienionych krajach chcą wolności wypowiedzi dla każdego. Nie tak Twitter wyobraża sobie „swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

 

Zniesmaczenie cenzorryzmem politycznym wielkich platform społecznościowych przyniosło pewne nowego zjawiska także na naszym podwórku. Np. serwis Albicla.

 

Kwestią do dyskusji jest, czy autorzy powinni uruchomić tak niegotową jeszcze rzecz. Łatwo się mówi, że upubliczniać należy stuprocentowo dopracowaną, pozbawioną błędów, wersję. W przypadku czegoś tak złożonego jak platforma społecznościowa to wydaje się w ogóle niemożliwe. Pewne rzeczy trzeba przetestować bojem i chyba takie było założenie Albicla, platformy która od razu została zaatakowana za wiele rzeczy, niekiedy słusznie, bo nie była jeszcze technicznie dopracowana. W jednym z komentarzy zauważyłem żartobliwie, że twórcy Albicli mieli za darmo szeroki test prototypu połączony z wszechstronnymi crash-testami i bogatym feedbackiem użytkowniczym. Z czasem większość niedociągnięć została poprawiona.

 

To dzięki Albicla dowiedziałem się, że są plany stworzenia polskiej, pozbawionej google’owskiej cenzury politycznej, alternatywy dla YouTube. I rzeczywiście pod koniec roku coś takiego powstało – serwis o nazwie BanBye.pl, którego nazwa (w wolnym tłumaczeniu – „pożegnanie z banami”) odzwierciedla bóle i frustracje twórcy, Marcina Roli, ciężko doświadczonego przez cenzurę YouTube.

 

Podwaliny „Głównego Urzędu Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Miłośnicy cenzury, ograniczania wolności słowa, kontrolowania obiegu informacji, nigdy nie mają wolnego i nigdy nie odpuszczają. Dowodzi tego przyjęcie wiosną 2021 roku, cichaczem, bez głosowania w Parlamencie Europejskim, rozporządzenia zwanego TERREG, wykwitu cenzorskiej myśli, przy którym sławetna ACTA2 blednie. Pisałem o tym projekcie dwukrotnie na portalu SDP. Nigdy nie był tak nagłośniony jak dyrektywa o prawie autorskim ACTA2 a ostatnio w ogóle nie było o nim mowy. Europejskie mrówki-cenzorki wykonywały jednak swoją robotę cierpliwie i jak się niedawno okazało – skutecznie.

 

Ma się rozumieć, w TERREG chodzi oficjalnie o bezpieczeństwo i walkę z terroryzmem. A że każda władza może sobie definiować sama, kto jest „terrorystą”, więc tak naprawdę odpowiednia represja w efekcie dotyczyć może każdego w dowolnie wybranym przez władze momencie. Skutek praktyczny tego cenzorskiego euro-obłędu będzie taki, że właściciele stron będą musieli w ciągu godziny usuwać wszelkie treści promujące „terroryzm”, wedle przyjętej na bieżąco politycznej definicji, na żądanie jakiegoś organu administracyjnego, pod groźbą surowych kar. Czyli w praktyce  będzie tak: władza nakaże wycięcie czegoś – wydawca musi natychmiast czyli bez dyskusji to wyciąć, bo taka procedura nie zostawia miejsca i czasu na sprzeciw, polemikę, zdanie odrębne.

 

„Terroryzm”? W wielu krajach to nad wyraz wygodne narzędzie do zwalczania ludzi niewygodnych a niekiedy wyjmowania spod prawa całych grup społecznych. Chiny nazywają terrorystami walczących o swobody autonomiczne Ujgurów, uzasadniając w ten sposób agresywne represje, jakim poddały tę mniejszość narodową. Powstały tam nawet aplikacje rozróżniające Ujgurów po twarzy, po to, ma się rozumieć, by Pekin mógł skuteczniej rozpoznawać „terrorystów”. Turcja terrorystami nazywa Kurdów, a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Jak widać po rozlicznych przykładach z różnych miejsc świata, zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy, ma inne poglądy lub niesłuszne pochodzenie, byśmy mogli zaufać jakiemukolwiek rządowi, gdy chce definiować „terroryzm”.

 

To nie są żarty. W świecie TERREG, jeśli władza uzna, że niniejszy tekst, przez sprzeciw wobec TERREG promuje „terroryzm”, to wydawcy portalu SDP muszą go w ciągu godziny zdjąć. I żadnej dyskusji pod groźbą ciężkich kar nie będzie.

 

Ponadto surowa cenzura TERREG ma działać ponad granicami państw. Czy doprowadzi to do sytuacji, że znana z zamordystycznej cenzury Szwecja będzie blokować treści publikowane w Polsce. U nas np. panuje znacznie większa swoboda w podawaniu tożsamości i pochodzenia sprawców ataków terrorystycznych. W Szwecji w mediach są to jedynie „młodzi ludzie”, nawet nie „o południowej urodzie”. Pewne treści są w tym północnym kraju ściśle cenzurowane i nie ma dla nich miejsca w publikacjach, za co lewicowa organizacja „Reporterzy bez Granic” nagradza Szwecję wysoką pozycją w swoim „rankingu wolności mediów”, czy jak tam się on zwie. Czy pod rządami TERREG Szwecja będzie mogła zaprowadzić swój zamordyzm także w polskim internecie, który w porównaniu z krajami zachodnimi cieszy się ciągle względna swobodą (choć Facebook, Twitter a także Google, robią dużo by to się zmieniło)?

 

Cenzorskie nakazy dla wydawców wydawać mają jakieś specjalnie w tym celu tworzenie organy administracyjne. Dla nas to powtórka z komunistycznej rozrywki, zaś dla przesiąkniętej lewicową myślą zachodniej Europy kolejny krok na drodze odchodzenia od demokracji i praworządności.

 

Gdy pierwszy projekt TERREG (od ang. nazwy „TERrorist content REGulation”) pojawił się w 2018 roku, niosła go fala publicznych wezwań do działania w następstwie serii ataków terrorystycznych w krajach zachodniej Europy w latach 2015-2016. Pierwszy projekt rozporządzenia TERREG zawierał taką oto definicję „treści terrorystycznych”: „wszelkie materiały, które podżegają lub wspierają popełnianie przestępstw terrorystycznych, promują działalność grupy terrorystycznej lub dostarczają instrukcji i technik popełniania przestępstw terrorystycznych”. Prawda, że w razie czego można tu wiele treści, pozornie niewinnych dopasować. A to przecież tylko wyjściowa definicja. Nie wątpię w twórczy potencjał urzędników europejskich w coraz pojemniejszym definiowaniu „terroryzmu”.

 

Powiedzieć, że europolitykom pomysł inwigilacji i kontroli informacji przypadł do gustu, to bardzo mało powiedzieć. Na fali cenzorskiego entuzjazmu Jean-Claude Juncker, wciąż jeszcze szef Komisji Europejskiej, rzucił myśl, by wprowadzić zmiany w przepisach UE, które pozwolą na usuwanie wszelkich „nielegalnych treści w Internecie” w ciągu godziny. I w 2021 po przyjęciu TERREG rzucona przeze mnie kiedyś żartem wizja „Głównego Urzędu Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej” jest już znacznie bliższa urzeczywistnienia.

 

By twoje dane nie były daniem (dla nie wiadomo kogo)

 

Rok miniony to także kolejna odsłona trwającej już od lat, ale być może zaczynającej się dopiero teraz na poważnie wojny o naszą prywatność, o ochronę danych, o wyrwanie się z roli towaru, którym Facebook i Google handlują na setki sposobów, najczęściej zupełnie nieprzejrzystych dla zwykłego człowieka.

 

Po tym jak firma Apple, sama niezbyt święta po tym jak zaczęła ścigać aplikacje w swoim sklepie żądając haraczu, zapowiedziała, że w systemie operacyjnym iOS 14 na telefony iPhone, wprowadza zmiany ograniczające śledzenie użytkowników, Facebook w histerycznej kampanii, w ramach której wykupił ogłoszenia w papierowych, o ironio, amerykańskich gazetach, oskarżył producenta sprzętu o szkodzenie internetowi i małym przedsiębiorcom. Drobny przedsiębiorca, który jako popierający Trumpa „bigot” i „faszysta” przeczołgany został wcześniej politycznie przez Facebooka, może się chyba trochę dziwić troską niebieskiego dealera prywatności o jego los. Przy okazji mamy też dobitne potwierdzenie tego, o czym pisałem wcześniej – jak czułym punktem dla tej firmy jest reklama i kasa.

 

Oliwy do ognia dolała globalna afera z wielkim wyciekiem danych użytkowników błękitnej platformy, o której dowiedzieliśmy się parę miesięcy później. Początkowo, po wycieku danych z 533 milionów kont facebookowych, większość skupiła się na ciekawej informacji, która wyszła w ujawnionych danych. Okazało się, że szef platformy, Mark Zuckerberg, używa konkurencyjnego wobec narzędzi fejsowych szyfrowanego i uchodzącego za bezpieczny komunikatora Signal. To znamienne i zabawne.

 

Warto może wspomnieć, że wyciek z początku kwietnia nie był rzeczą nową, lecz niejako kontynuacją starszego wycieku. Facebook sam podaje, że dane, które teraz wypłynęły, zostały pozyskane wcześniej dzięki luce, która została załatana w sierpniu 2019 roku. Porcje tych danych pojawiły się w sprzedaży już w styczniu 2021 roku. Ale danie główne podano na talerzu trzy miesiące później. Według raportu opublikowanego przez „Business Insider”, do sieci wyciekły dane osobowe ponad pół miliarda użytkowników Facebooka ze 106 krajów. W sumie, wyciek zawierał, według opublikowanych szczegółowych raportów, 2 837 793 637 pozycji z danymi. Oznacza to, że hakerzy ujawnili pięć typów danych w przeliczeniu na przeciętnego użytkownika. „Suma ta zawiera numery telefonów, identyfikatory na Facebooku, pełne nazwiska, lokalizacje, daty urodzenia, biogramy i, w niektórych przypadkach, adresy e-mail,” podał Vytautas Kaziukonis, szef zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym firmy Surfshark, która była jednym ze źródeł informacji o wycieku.

 

Big Tech kontra „stare media”

 

Początek minionego roku upływał pod znakiem sporu Australii z Google i Facebookiem dotyczącego, mówiąc w uproszczeniu opłat za linki umieszczane za platformach. Beneficjentami tych płatności miały być australijskie media, tracące na wysysaniu reklam z rynku przez Big Tech. W praktyce okazało się, że główne korzyści odniosą wielkie koncerny medialne na czele z imperium Ruperta Murdocha. Jednak zanim wyszło to z analiz, Facebook zrobił coś głupiego – zablokował wszelkie odsyłacze do serwisów australijskich mediów na swojej platformie. Okazało się to bardziej szkodlwie, pod każdym względem, dla samego fejsa niż dla tamtejszych mediów. Google też protestował, ale nie tak radykalnie. Jednocześnie Microsoft od razu skorzystał z okazji, że Google znalazło się na cenzurowanym, by podsunąć mediom i tamtejszym władzom swoje usługi, z wyszukiwarka Bing na czele.

 

Zgodnie z gangsterską logiką Facebooka, jeśli stawiający się nie zostanie przykładnie zdzielony w łeb bejzbolem, to wkrótce, za jego przykładem, mogą zacząć stawiać się inni… Jednakowoż gangsterski zamach ludzi Zuckerberga na australijskie media odbił się rykoszetem. Odizolowani w swoich krzemowo-dolinowych, w swoich hi-techowych szklanych klatkach, chłopcy i dziewczęta nie mieli chyba wielkiego pojęcia, jak są niepopularni, a także – o ile bardziej zostaną znienawidzeni, gdy zaczną demonstrować takie niewydarzone kaprysy jak blokowanie najważniejszych mediów w dużym, liczącym się na świecie, bądź co bądź, kraju. Noszące znamiona emocjonalnej niedojrzałości działania Facebooka w Australii, podobały się chyba tylko ścisłemu gronu współpracowników Marka Zuckerberga.

 

Wkrótce Facebook zgodził się przywrócić treści pochodzące z australijskich serwisów medialnych na swojej platformie w Australii. Nic nie zyskał, gdyż o tym, że projekty będą jeszcze przedmiotem konsultacji było wiadomo wcześniej. Zatem deklaracji władz Australii dotyczących dalszego ustalania szczegółowych rozwiązań nie można w żadnym wypadku uznać za zwycięstwo negocjacyjne Facebooka. Za to mnóstwo przegrał, tak jak tylko może przegrać w oczach świata niedojrzały i niewydarzony gangsterek, który wymachuje bronią, ale w gruncie rzeczy jest znacznie bardziej śmieszny niż groźny.

Google w porównaniu z Facebookiem to wyższa liga wyrachowania i subtelnej dyplomacji. Przypomnijmy, iż kiedy Francja stała się pierwszym krajem europejskim, który wdrożył dyrektywę zwaną u nas ACTA2, Google groził, że zamknie Google News w tym kraju, jak to już zrobił siedem lat temu w Hiszpanii, jeśli zostanie zmuszony do płacenia za licencje. Jednak w styczniu ubiegłego roku ostatecznie potentat wyszukiwarkowy zawarł umowę z grupą francuskich wydawców, której celem jest stworzenie ram pozwalających gratyfikować  wydawców medialnych za treści.

Podobnie w Australii, zamiast wymachiwać maczugą jak Facebook, Google zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem będzie wstępne wynegocjowanie umów z wydawcami, w tym z News Corp należącą do Ruperta Murdocha i z innymi największymi australijskimi konglomeratami medialnymi Nine Entertainment i Seven West Media. Te licencyjne umowy opiewają na „dziesiątki milionów” dolarów na różnego rodzaju treści News Corp. To zrodziło od razu podejrzenia, że Murdoch wylobbował w rządzie australijskim ostry projekt regulacji, by wymusić od Google’a opłaty. Cała rzecz, wedle tych teorii, to gra w której mali, słabsi wydawcy, w końcu zostaną na lodzie, bo dogadali się potężni z potężnymi. Jak pisał australijski „Sydney Morning Herald”, mniejsi wydawcy nie kwalifikują się do płatności w ramach proponowanej ustawy, więc duzi wydawcy, tacy jak News Corp, mogą odnieść największe korzyści.

 

Sprawa płacenia za linki, która jest osią sporu a Australii i wielu innych krajach, jest wielowątkowa i nieoczywista, choć front, który kiedyś nazwałem „Bezahlen, bitte!” poszerza się o kolejne kraje. Kanadyjski rząd poparł proponowane przez Australię rozwiązania prawne i wezwał Google’a i Facebooka do płacenia wydawcom w jego kraju. Alex Saliba, członek Parlamentu Europejskiego, powiedział serwisowi CNET, że chce włączyć podobne środki w nadchodzącym prawodawstwie Unii Europejskiej. Co ciekawe, wzmiankowany Microsoft lobbuje na rzecz wprowadzenia podobnych regulacji w USA.

 

Zgodnie z wprowadzanym w Australii modelem, za każdym razem, gdy Google publikuje nagłówki i streszczenia artykułów w Google News, musi płacić niewielką sumę wymienionym gazetom lub czasopismom. Trudno nie przypomnieć w tym miejscu, że podobne rozwiązania już kilka lat temu wprowadzono w Hiszpanii, a także w Niemczech. Wówczas nie odbiło się to aż tak głośnym echem. W Niemczech przepisy te potem unieważniono, ale hiszpańskie media są w Google News nieobecne od 2014 roku. Panowały opinie, że ruch na stronach hiszpańskich wydawców spadł drastycznie. Nowsze dane i głębsza analiza pokazuje, że może jednak katastrofy nie było. Spadki ponoć nie były tak wielkie. W Google News nie znajdziemy również mediów duńskich czy fińskich. I jakoś żyją bez tego, radząc sobie może nie lepiej, ale też nie gorzej niż tam, gdzie media serwują treści przez google’owego  pośrednika.

 

Także doniesienia na temat skutków „banu” australijskich mediów na Facebooku brzmiały w tym kontekście interesująco. Według danych z firmy analitycznej Chartbeat, w pierwszym okresie po wprowadzeniu blokady na treści mediów australijskich na Facebook ruch w ich serwisach internetowych spadł o około 20 proc. Potem zaczęły dziać się rzeczy ciekawe. Australian Broadcasting Corporation zanotowała piętnastokrotny wzrost liczby pobrań w ciągu jednego dnia. Zajęła pierwsze miejsce w kraju sklepach z aplikacjami zarówno na platformie iOS jak Google Play. Skoki popularności zanotowały też aplikacje informacyjne mediów australijskich 7Plus i 9Now. O wzrostach bezpośrednich, nie przekierowywanych, wizyt na stronach donosiły inne media, m. in. dziennik „The Australian”

 

Rok początku rozprawy z Big Tech?

 

Najgłośniejszym w świecie społeczności internetowych skandalem 2021 roku są tzw. „Facebook Files” – dokumenty wewnętrzne firmy Marka Zuckerberga, do których dotarł i w cyklu publikacji ujawnił „The Wall Street Journal, jednoznacznie świadczące o tym, iż wiedziała ona o szkodach wyrządzanych przez platformę Instagram swoim użytkownikom, a dokładniej mówiąc, użytkowniczkom, dziewczętom i młodym kobietom, nie robiąc w tej sprawie nic. Nie mniej ważne, choć mniej nagłośnione były dowody na to, że algorytm Facebooka „nagradza za hejt”, pozwalając za większe zasięgi i zaangażowanie wokół wszelkiego rodzaju negatywnych treści. Inne zarzuty wynikające z dziennikarskich śledztw obracały się wokół bierności i nieudolności Facebooka w reagowaniu na ocean dezinformacji covidowo-szczepionkowej, a także dowodów na to, że pozwalał a wręcz umożliwiał działalność przestępczą, praktyki takie jak handel ludźmi i narkotykami z wykorzystaniem platformy.

 

Szczególnie ciekawy wątek w publikacjach WSJ to dokładny opis stosowanej przez Facebooka praktyki „whitelistingu”, czyli „białej listy” użytkowników cieszących się specjalnymi przywilejami na platformie, którym, po prostu,, „wolno więcej”. Mechanizm ten pozwala politykom, celebrytom, wszelkiego rodzaju sławnym osobom i osobistościom publicznym lekceważyć oficjalne zasady platformy – wnioskowali dziennikarze WSJ na podstawie wewnętrznego raportu Facebooka, który poddali analizie.

 

Wersja Facebooka brzmi mniej więcej tak: Ani automatyczny system moderacji, ani większość moderatorów-ludzi zgodnie z zasadami usuwającymi nieodpowiednie treści, nie zwracała odpowiedniej (w mniemaniu kierownictwa firmy) uwagi na to, że niektórzy użytkownicy platformy są równiejsi. Zaś w razie usunięcia naruszającego zasady Facebooka posta pochodzącego od osobistości ze świata rozrywki lub też polityki kryzysowa sytuacja z zakresu PR, w mniemaniu speców od wizerunku, groziła platformie społecznościowej a nie gwieździe, które się to czy tamto wymsknęło Zatem by chronić się przed takimi sytuacjami Facebook wymyślił program o nazwie XCheck, polegający na dodatkowej weryfikacji treści pochodzących od niektórych użytkowników, który choć formalnie nią nie jest, ostatecznie sprowadza się do istnienia „białej listy”, nadzwyczajnej kasty użytkowników mogących liczyć na specjalne traktowanie ze strony serwisu Zuckerberga. Jeśli post zostaje odpowiednio oznaczony przez algorytm, to jest wysyłany do innego zespołu moderatorów, którzy, jak podaje WSJ, „są lepiej wyszkoleni i pracują w pełnym wymiarze czasu”.

 

Wszelako w miarę jak lista „użytkowników specjalnych” rosła, zespoły moderacyjne XCheck najwyraźniej nie były w stanie obsłużyć twórczości coraz liczniejszego grona lepszych użytkowników. „Obecnie sprawdzamy mniej niż 10 proc. treści,” przyznaje ktoś z Facebooka w jednym z dokumentów opisującym sytuację w tym segmencie. W praktyce, jak wynika z publikowanych w WSJ informacji, XCheck pozwala celebrytom, politykom, sportowcom, aktywistom, wybranym dziennikarzom, publikować co tylko chcą, z niewielkimi lub żadnymi konsekwencjami w przypadku naruszenia zasad platformy.

 

Jest jeszcze jeden drobiazg. Facebook podkreśla, że tych „równiejszych” jest „niewielu”. Być może 5,8 miliona wybrańców, których dotyczy XCheck to dla półtoramiliardowej platformy niewiele, ale dla mnie i dla wielu innych jest to wystarczająco dużo, aby skonstatować, że istnieje inny niż serwowany plebsowi, lepszy i bardziej komfortowy Facebook dla starannie wyselekcjonowanej elity. I tu, niejako odpowiadając na zadane wcześniej łatwe pytanie, dodam, iż jestem dziwnie spokojny, że nie ma na „białej liście” ludzi o poglądach niesłusznych politycznie (z wielokrotnie ujawnianego punktu widzenia kierownictwa Facebooka).

 

Kilka tygodni po publikacji „WSJ” w mediach zapanowała nadzwyczajna ekscytacja z powodu zeznań w Kongresie „whistleblowerki” Frances Haugen, które zbiegły się w czasie z wielką awarią Facebooka. Rewelacje Haugen, która przy okazji została zidentyfikowana jako osoba skrajnie stronnicza w sensie politycznym, zwolenniczka ścisłej cenzury i kontroli, zostały całkiem przytomnie skontrowane przez Marka Zuckerberga i zastęp oficerów prasowych Facebooka.

 

Zuckerberg zwraca między innymi uwagę na to, że wiele zarzutów i oskarżeń wobec Facebooka nie ma logicznego sensu. „Gdybyśmy chcieli ignorować badania, to nie tworzylibyśmy ekosystemu badawczego w celu lepszego rozumienia zjawisk,” napisał na blogu. „Jeśli nie zależy nam na walce ze szkodliwymi treściami, to dlaczego zatrudniamy o wiele więcej osób poświęconych temu niż jakakolwiek inna firma w tej branży, nawet te większe od nas? (…) A jeśli media społecznościowe są tak odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego widzimy wzrost polaryzacji w USA, zaś w innych krajach nie ma tego wzrostu albo nawet da się zauważyć spadek, przy tak samo intensywnym wykorzystaniu mediów społecznościowych?”.

 

„Argument, że celowo promujemy treści, które denerwują ludzi, dla zysku, jest głęboko nielogiczny” – ciągnął szef fejsa. „Zarabiamy na reklamach, a reklamodawcy nieustannie mówią nam, że nie chcą reklam obok treści szkodliwych lub pełnych gniewu. I nie znam żadnej firmy technologicznej, której chodziłoby o wywołujące depresję produkty. Wszystko, argumenty zarówno etyczne jak i biznesowe, przemawiają raczej za dążeniem w przeciwnym kierunku”.

 

Mark zwrócił też uwagę na wybiórczość oskarżycieli w traktowaniu badań wpływu Instagrama na nastolatków i dzieci. Bo choć z jednej strony rzeczywiście pewna część młodych ludzi ma związane z tą aplikacją problemy z samooceną, to z drugiej strony wśród zarzutów pominięto również wychodzący z badań pozytywny wpływ social media na samopoczucie i relacje wielu nastolatków.

 

Prawne karty przeciwników Facebooka (w kontekście postepowań antymonopolowych i pokrewnych) nie są wcale tak mocne jak to się być może niektórym wydaje. Politycy grożą, że rozbiją firmę na kawałki, ale, jak się zauważa, wymierzony przeciw niemu proces antymonopolowy jest wadliwy. Twierdzenie Departamentu Sprawiedliwości, że Facebook jest monopolistą, opiera się na zdefiniowaniu rynku w taki sposób, aby wykluczyć większość innych sieci społecznościowych. Monopolowi w pewnym sensie przeczy to, co działo się podczas niedawnej awarii. Użytkownicy bez większych problemów przeszli do aplikacji takich jak Telegram, TikTok czy Twitter. Gdyby to był prawdziwy monopol, to korzystanie z konkurencyjnych produktów nie byłoby tak łatwe. Postepowania antymonopolowego bardziej więc powinien obawiać się Google a nie serwis Zuckerberga.

Jak wiadomo nad Google również zbierają się czarne chmury dochodzeń antymonopolowych. Najpoważniej to wygląda w USA, ale obiektem skarg, dochodzeń i pozwów firma z Mountain View jest w wielu innych krajach. Amerykański Departament Sprawiedliwości wszczął dochodzenie przeciw Google za utrzymywanie nielegalnego monopolu na „usługi ogólnego wyszukiwania, reklamy, w tym w szczególności tekstowe reklamy w wynikach wyszukiwania”. Grupa amerykańskich stanów, pod przewodnictwem Teksasu, złożyła pozew antymonopolowy przeciwko Google zarzucając mu bezprawną zmowę z Facebookiem, prowadzącą do nielegalnego ustalania cen w aukcjach reklam. Kolejny pozew, koalicji stanowych prokuratorów generalnych, zarzuca Google nielegalne faworyzowanie własnych „obiektów i usług” w wynikach wyszukiwania, co „wypycha konkurencję i powoduje szkody z punktów widzenia innowacji”.

 

To nie koniec. Ponadpartyjna grupa senatorów zaproponowała przepisy mające na celu osłabienie kontroli Google nad mniejszymi deweloperami w sklepie z aplikacjami i zakazanie Google’owi preferencyjnego dawania własnym aplikacjom preferencyjnego traktowania w wyszukiwaniach. Także prezydent Biden powołał najbardziej doświadczony zespół antymonopolowy, jaki widziała administracja prezydencka od lat, w celu zbadania działań i pozycji Google’a.

 

Procesy te dopiero zaczynały nabierać rozpędu w 2021 roku a i w 2022 raczej się nie zakończą. Często zauważa się, że prawdziwym celem kroków prawnych podejmowanych przez przedstawicieli Stanów Zjednoczonych i innych państw nie jest rozbicie i zniszczenie Facebooka i Google’a (trzeba dodać też Amazona). Chodzi bardziej o zapewnienie sobie kontroli, także politycznej nad molochami, których potęga rozrosła się w sposób dla polityków może i przerażający, ale co tu kryć, także nad wyraz pociągający.

 

HUBERT BEKRYCHT: Koza, weto i żółto-niebieskie medialne piekło

Gdyby TVN była normalną telewizją, prezydenckie weto byłoby po prostu elementem dyskusji o polskim prawie medialnym. TVN jednak normalnym medium nie jest, bo stacja od wielu lat stanowi narzędzie politycznej propagandy ugrupowań liberalnych i lewicowych likwidujących samodzielne myślenie wielu Odbiorców. Weto prezydenta Andrzeja Dudy nie musi być jednak wcale wsparciem opozycji, a szerszym politycznym działaniem, także na arenie międzynarodowej.

 

Tzw. lex TVN, czyli nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, nie dotyczy w istocie tylko stacji, którą zakładali Mariusz Walter i Jan Wejchert. Zmiana miałaby następstwa dla wielu mediów, także publicznych. Nie jest to wcale sprawa „wolności mediów” i „wolności słowa”, jak o przypadku TVN mówią politycy opozycji i sprzyjające im media. Żółto-niebieska stacja nie jest wcale „represjonowana przez reżim PiS”, co od wielu miesięcy wmawia się Polakom i środowisku dziennikarskiemu w Europie i na świecie. Ale to już wiadomo.

 

Proponowane przez prawicę zmiany w ustawie dotyczą także przywrócenia części kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i trybu jej wyboru. To są zmiany w ramach zapowiadanej od dawna reformy medialnej. Projekt w art. 7 ust. 1 przewiduje:

 

„Członków Krajowej Rady powołuje Prezydent RP za zgodą Sejmu i Senatu na wniosek Marszałka Sejmu albo grupy 35 posłów.”; zaś w ust. 4 czytamy: „Senat podejmuje uchwałę w sprawie wyrażenia zgody na powołanie członków Krajowej Rady w ciągu miesiąca od dnia przekazania Senatowi uchwały Sejmu (…). Niepodjęcie uchwały przez Senat w ciągu miesiąca oznacza wyrażenie zgody”.; w ust 5, 6 i 7 art. 7 projektu nowelizacji ustawy napisano:, „Jeżeli Senat odmawia wyrażenia zgody na powołanie członków Krajowej Rady, Sejm proponuje na stanowisko członka Krajowej Rady inną osobę.”; „Prezydent RP powołuje członków Krajowej Rady wyłonionych (…) w ciągu miesiąca od uchwały Senatu o wyrażeniu zgody na powołanie członków Krajowej Rady”; a „dotychczasowy członek Krajowej Rady pełni swoje obowiązki do czasu objęcia stanowiska przez nowego członka Krajowej Rady.”

 

Zatem, to prezydent jest największym beneficjentem tej części zawetowanej przez siebie nowelizacji. Tym bardziej, że teraz wskazywał, co prawda bezpośrednio, ale tylko dwóch członków KRRiT. Po co więc zawetował korzystne dla siebie rozwiązania? W nowelizacji dotyczącej samego funkcjonowania Krajowej Rady jest, z punktu widzenia czystej polityki, ważniejszy zapis.

 

„W art. 27 ust. 3 otrzymuje brzmienie: Członków zarządu, w tym prezesa zarządu, powołuje i odwołuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.” Chodzi o to, że poprzednio obowiązywał, a po wecie nadal obowiązuje przepis o powoływaniu władz publicznych mediów przez utworzoną latem 2016 roku Radę Mediów Narodowych, a nie, jak wcześniej, tylko przez KRRiT.

 

Z punktu widzenia polityki obozu Zjednoczonej Prawicy, teoretycznie, różnica proponowana w tym zapisie nie ma żadnego znaczenia. Przecież członkowie KRRiT byli rekomendowani właśnie przez większość sejmową PiS, w Senacie – w poprzedniej kadencji – też, a w obecnym składzie Rady Mediów Narodowych rządzący również mają większość. Po co zatem odrzucać nowelizację ustawy? Ktoś wymyśli pewnie sto spiskowych teorii, ale odpowiedź nasuwa się sama.

 

Może dla tych fragmentów przepisów z art. 35 ustawy? „Koncesja może być również udzielona osobie zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego” – głosi odrzucona wersja nowelizacji: „pod warunkiem, że osoba taka nie jest zależna, w rozumieniu Kodeksu spółek handlowych, od osoby zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie niebędącym państwem członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego.”

 

I tutaj już chodzi o politykę międzynarodową. O współdziałanie w ramach naszych sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi. I o współdziałanie z USA innych państw UE. A wiadomo, że Amerykanie szybciej nawodnią obszary pustynne w Newadzie, niż wypuszczą z rąk jakikolwiek biznes w Europie, tym bardziej biznes medialny. Po prostu amerykańscy udziałowcy spółki Discovery kontrolującej TVN chcą coraz większych pieniędzy, jakie pojawiają się w biznesie medialnym w naszej części Europy, choć na pewno nie mają w nosie profilu politycznego stacji. Dla tej amerykańskiej korporacji jej media mają być liberalne, czyli, przekładając to na język europejskiej polityki, lewackie. I taka jest telewizja TVN.

 

Z USA łączą nas interesy, ale i doktryna obronna, czyli też interesy. Tylko większe. Nie ma się, co zatem dziwić, że prezydent odrzucił projekt, który zakładał, choćby hipotetyczne, straty amerykańskiego koncernu medialnego w Europie. Koncernu sprzedającego przecież amerykańskie produkty medialne na całym obszarze Starego Kontynentu.

 

W obliczu kryzysu białoruskiego, za którym stoi Kreml i bardzo prawdopodobnej rosyjskiej agresji na Ukrainę, istnienie TVN w zamian za bezpieczeństwo Polski, a może i UE, to niezbyt wygórowana cena, nawet, jeżeli teraz brzmi to niedorzecznie. Czy stąd wzięła się propozycja nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji?

 

Wszyscy chyba znamy dowcip o biedaku narzekającym na małe mieszkanie, któremu doradzono, aby przyjął pod swój dach jeszcze kozę. Bo jakież to będzie jego szczęście i o ile większe wyda się pomieszczenie, jeśli po kilku miesiącach ów biedak sprzeda zwierzę.

 

To ma sens także w przypadku nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Sztucznie być może stworzono mechanizm wywołujący żółto-niebieski terror społeczny i naciski podobne do dawnych narzędzi tortur. Przesunięcie dźwigni powoduje wycie nieszczęśnika, który cieszy się sympatią części bardziej opozycyjnej gawiedzi. Ułaskawienie „skazanego” powoduje ukłon władcy wobec dużej liczby poddanych, ale też wzbudza szacunek sąsiadów, bo przecież „torturowany”, jest znany w różnych krajach i tam też ma swoje wpływy.

 

„Ułaskawienie” TVN przez prezydenta spowoduje wyrzucenie przysłowiowej kozy, czyli zakończenie sporu z Amerykanami o ich spółkę i o wielkie pieniądze. Do następnego kryzysu opozycja poczuje ulgę i zacznie głupio się chwalić, że zmusiła prezydenta Andrzeja Dudę do ustępstw. Relacje Polska – USA poprawią się, bo nawet mało przychylna obecnie rządzącym administracja prezydenta Joe Bidena wreszcie przestanie się zastanawiać, czy jest jeszcze w NATO i czy powinna wspierać Polskę, jako państwo graniczne sojuszu. A musi, bo i spore kręgi amerykańskich elit oraz ich akolici z UE oraz Wielkiej Brytanii żądają od Bidena radykalnych działań wobec Rosji i pomocy dla naszego kraju. Tym bardziej, że świat po pandemii będzie bardziej podatny na wybuch konfliktu zbrojnego, a przecież mistrzem w prokurowaniu fałszywych powodów wojen jest prezydent Rosji Władimir Putin.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tej historii, nikt przy „załatwieniu sprawy” TVN nie będzie się zastanawiał, co z kolejnymi zapisami nowelizacji medialnej. Na przykład tymi o trybie wyboru i kompetencjach KRRiT.

 

Politycznie to majstersztyk PiS i prezydenta. Opozycja już ekstatycznie krzyczy z radości, że Andrzej Duda znowu jest skłócony z Jarosławem Kaczyńskim.

 

A co to zmieni w polskich mediach? Zobaczymy. Oby tylko Amerykanie nie okazali się zbyt pazerni na pieniądze z polskiego rynku i nie zaczęli przejmować innych koncernów telewizyjnych. A są w Polsce takie media komercyjne, których właściciele chcieliby przejęcia przez firmę z USA, bo – ich zdaniem – mogliby wówczas bezkarnie kłamać i manipulować działając na korzyść opozycji. Nabijając przy okazji sobie portfele i – niestety – jak w przypadku TVN nabijając w butelkę Odbiorców.

 

Prezydent Andrzej Duda zawetował „lex TVN”

Odmawiam podpisanie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji i kieruję ją do Sejmu do ponownego rozpatrzenia – ogłosił w poniedziałek, 27 grudnia prezydent RP Andrzej Duda.

 

Prezydent w wystąpieniu, podczas którego poinformował o swojej decyzji przyznał, że mając poważnie zastrzeżenia do przepisów nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, rozważał dwa scenariusze – skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego oraz zwrócenie do Sejmu do ponownego rozpatrzenia.

 

Jednym z argumentów, który skłonił Andrzeja Dudę do zawetowania nowych przepisów, była kwestia umowy międzynarodowej – o wzajemnych stosunkach gospodarczych i handlowych z USA.

 

– Rozważałem również te najważniejsze normy konstytucyjne. Po pierwsze kwestia ochrony prawa własności, po drugie kwestia ochrony zasady swobody działalności gospodarczej – podkreślił prezydent.

 

Dodał, że podejmując decyzję, brał również pod uwagę kwestie pluralizmu medialnego i wolności słowa oraz opinię znacznej części społeczeństwa, która uznawała tę sprawę za jątrzącą i otwierającą kolejny, niepotrzebny spór.

 

Prezydent podkreślił, że jest zwolennikiem ograniczenia posiadania udziałów w podmiotach medialnych przez kapitał zagraniczny.  – Właściwe w każdym demokratycznym kraju takie ograniczenia są – mówił Andrzej Duda. –  Jako prezydent podzielam opinie, że takie ograniczenia powinny zostać wprowadzone, ale powinny zostać wprowadzone na przyszłość.

 

Nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji mającą na celu uszczelnienie i uściślenie obowiązujących od 2004 r. przepisów, które mówią o tym, że właścicielem telewizji czy radia działających na podstawie polskich koncesji mogą być podmioty z udziałem zagranicznym, pozaeuropejskim nieprzekraczającym 49 proc, Sejm przyjął 17 grudnia, odrzucając wcześniejsze veto Senatu (pisaliśmy o tym TUTAJ). Nowe przepisy nazwane zostały powszechnie „lex TVN” ponieważ zdaniem krytyków uderzały one głównie w stację TVN. Przeciwko nowelizacji w wielu miastach Polski odbyły się demonstracje (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

Zmiany, które wprowadzała nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, popierało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (stanowisko TUTAJ).

 

opr. jka, źródła: Twitter/Kancelaria Prezydenta RP, polskieradio24.pl

 

KS. ARTUR STOPKA: Między Norwidem a BanBye.pl

Próby tworzenia alternatyw dla YouTube czy Facebooka nie powinny zaskakiwać. Nie ma w tym nic dziwnego, że niezadowoleni z funkcjonowania jakiejś firmy czy źródła usług, postanawiają sami stworzyć przedsięwzięcie spełniające ich potrzeby i oczekiwania. Problem jednak w tym, jakie są ich faktyczne intencje.

 

Kto nigdy nie prowadził w internecie przedsięwzięcia umożliwiającego użytkownikom umieszczanie własnych treści (choćby najprostszego forum czy nawet  zwykłego serwisu/bloga z możliwością komentowania zawartych w nim materiałów), może nie zdawać sobie sprawy, jakie pułapki czyhają w tego typu działalności.

 

Może też nie mieć świadomości, że istnieje ogromna różnica między wolnością słowa a wolnością upowszechnienia tego, co komuś akurat przyjdzie do głowy. A co najważniejsze, może nie zdawać sobie sprawy, że wolność jako jedyna zasada, wokół której tego typu sieciowe dzieło jest konstruowane, rychło okazuje się daleko niewystarczająca. Bez prawdy i miłości staje się samowolą, która niejednokrotnie prowadzi do krzywdy.

 

Alternatywa dla giganta

 

Może nie wiedzieć jeszcze jednego: z udostępnianiem innym przestrzeni na ich przekaz i ułatwiających go narzędzi wiąże się odpowiedzialność. Nie tylko wobec stanowionego przez ludzi prawa. O wiele ważniejsza jest odpowiedzialność moralna.

 

Dlatego prawdopodobnie wielu nie ma pojęcia, przed jakimi wyzwaniami stoją twórcy otwartej w połowie grudnia polskiej platformy streamingowej pod adresem BanBye.pl. Według założeń ma ona być alternatywą dla YouTube, światowego giganta, który mnóstwo wysiłku wkłada w moderowanie zawartości swoich serwerów, wskutek czego pewien typ treści ma coraz mniejsze szanse, by się tam pojawić. Coraz intensywniej banowani twórcy usuwanych przez administratorów YT materiałów uważają takie praktyki za przejaw cenzury i dławienie wolności. Właśnie dla nich i dla ich odbiorców przeznaczony jest nowy serwis streamingowy. Mówiąc skrótowo, to miejsce dla tych, którzy nie odnajdują się w tzw. mainstreamie. Ani jako nadawcy, ani jako konsumenci kontentu.

 

YouTube, czyli…

 

Nie wiadomo, czy o wymiennych wyżej kwestiach myśleli Jawed Karim, Chad Hurley, Steve Chen, gdy w lutym 2005 roku zakładali serwis internetowy umożliwiający zupełnie im nieznanym ludziom bezpłatne umieszczanie materiałów wideo? Wiadomo, że globalny sukces zmusił jego właścicieli do wprowadzenia i stanowczego przestrzegania kolejnych zasad regulujących jego funkcjonowanie. Reguł dotyczących także upublicznianych w ich serwisie treści.

 

Wiadomo natomiast, że nazwali swoje przedsięwzięcie YouTube. Można tę nazwę tłumaczyć na wiele sposobów, ale najbardziej adekwatny wydaje się przekład „Ty nadajesz”. Na tym polega istota rzeczy w tego typu serwisach streamingowych. Ich założyciele mówią potencjalnym autorom filmów: „Dajemy ci możliwość kreowania własnego przekazu i dotarcia z nim do innych”. A oglądającym sygnalizują: „Możecie oglądać treści, których być może nigdzie indziej nie znajdziecie”.

 

Szatniarz nie odpowiada?

 

Nie można jednak zapominać, że każdy, kto zechce z tej możliwości skorzystać, robi to, mówiąc obrazowo, „na ich podwórku”. Użytkownik dodający jakieś materiały nie staje się gospodarzem, który za udostępniane treści ponosi wyłączną odpowiedzialność. Ponosi ją również dysponent serwisu. Umożliwia przecież rozprzestrzenianie przekazu. Ma go na swoich serwerach. Pozwala, by miały do niego dostęp miliony internautów. Nie może naśladować szatniarzy z filmu „Miś”, którzy umieścili tabliczkę „Za garderobę i rzeczy pozostawione w szatni szatniarz nie odpowiada”.

 

Nazwa nowego polskiego serwisu streamingowego niesie zupełnie inny komunikat, niż nazwa światowego lidera w tej branży. Sugeruje, że użytkownik z powodu zamieszczanych treści nie zostanie „zbanowany”, nie będzie pozbawiony możliwości korzystania z proponowanej mu internetowej usługi, a materiały, które wrzuci na serwery, nigdy nie przestaną być dostępne dla odbiorców. Biorąc treść domeny całkowicie serio, można by się spodziewać, że nie spotka to nigdy i nikogo. Wystarczy jednak zajrzeć do regulaminu platformy, aby odkryć, że wielokrotnie jest w nim mowa o blokowaniu, a nawet usuwaniu zamieszczonych przez użytkowników treści. Co prawda „Administrator zobowiązuje się, że z własnej inicjatywy nie będzie usuwać, blokować, ograniczać widoczności treści umieszczanych przez Twórców”, ale od razu dodaje: „z zastrzeżeniem sytuacji szczególnych wynikających z Regulaminu”.

 

Zasady na podwórku

 

Nic w tym dziwnego. Byłoby całkowicie nieodpowiedzialne, gdyby właściciel nowego serwisu streamingowego puścił wszystko „na żywioł” i nie zagwarantował sobie możliwości moderowania dostarczanych przez użytkowników treści. Nawet największy miłośnik wolności, kierując się zdrowym rozsądkiem, nie pozwoli, aby wpuszczeni na jego podwórko ludzie nie przestrzegali żadnych zasad. Błyskawicznie straciłby kontrolę nad swoją własnością. Co więcej, mógłby zostać zmuszony do ponoszenia odpowiedzialności za wybryki i ekscesy użytkowników należącej do niego przestrzeni.

 

Pierwsi komentatorzy nowego sieciowego przedsięwzięcia na polskim gruncie wskazują, że w przeciwieństwie do Albicli, innej inicjatywy, pomyślanej jako „wolnościowa” alternatywa dla mainstreamowego Facebooka, BanBye.pl od strony technicznej nie budzi większych zastrzeżeń. Czy wobec tego można ją uznać za sukces? Na tego typu oceny jest jeszcze o wiele za wcześnie. Nie jest wykluczone, że wzorowane na spektakularnym globalnym dziele przedsięwzięcie osiągnie powodzenie.

 

Idea stojąca w tle

 

Warto jednak zastanowić się nad ideą stojącą w tle, zarówno BanBye.pl, jak i Albicli i podobnych inicjatyw również w innych miejscach na ziemskim globie. Ich twórcy odwołują się do wolności, oburzeni sposobem funkcjonowania największych światowych graczy. Twierdzą, że tworzą swe serwisy w obronie wolności słowa. Czy rzeczywiście?

 

Już Cyprian Kamil Norwid zwracał uwagę, że istnieje ogromna różnica między wolnością słowa i „wolnością mówienia”. Jego myśl kontynuował św. Jan Paweł II we wciąż mało znanej, a nabierającej z upływem czasu niebywałej aktualności, homilii wygłoszonej w Olsztynie 6 czerwca 1991 r. Papież Polak powiedział wprost, że wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa.

 

Nie wystarczy samo mówienie

 

Nasz rodak na na Stolicy Piotrowej wyjaśnił, że niewiele daje wolność mówienia, jeśli wypowiadane słowo nie jest wolne. „Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych – dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami” – precyzował. Ostrzegał, że niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko. Mówił też, że nie wystarczy nawet samo mówienie prawdy. „Prawda zostaje poniżona także wówczas, gdy nie ma w niej miłości do niej samej i do człowieka” – podkreślał.

 

Analizując takie inicjatywy, jak BanBye.pl, trudno uciec od pytania, czy faktycznie chodzi w nich o wolność słowa, czy też tylko o wolność wypowiedzi i możliwość obecności pewnych treści w przestrzeni publicznej. Odpowiedź przyniesie przyszłość tego rodzaju dzieł. I nie chodzi w niej wcale o miarę popularności serwisu, liczbę użytkowników i skalę odniesionego komercyjnego sukcesu.

 

Fot. Pixabay

Fabryki śrubek – ŁUKASZ WARZECHA o związkach zawodowych w mediach

Nigdy, nawet w najtrudniejszych momentach dziennikarskiej kariery z punktu widzenia pracownika mediów, nie zapisałem się do związku zawodowego. Inna sprawa, że takich momentów zbyt wiele nie było. W zasadzie był tylko jeden – okres zmierzchu dziennika „Życie”, kiedy to na wypłatę przychodziło czekać po dwa miesiące albo więcej, a kierownictwo nieustannie mamiło, że to już za momencik, za chwileczkę. I tak aż do upadku gazety. O ile wiem, związek zawodowy, który tam wówczas powstał, i tak niczego nie wywalczył.

 

Moja niechęć do zapisania się do związku zawodowego miała kilka przyczyn. Pierwsza była ideowa: do związków zawodowych mam stosunek w najwyższym stopniu nieufny, w większości wypadków uważam, że bardziej szkodzą niż pomagają, a regulacje ustawowe sprawiają, że dla pracodawcy mogą być prawdziwym koszmarem. Jako liberał zapisanie się do związku zawodowego uznałbym za absolutną ostateczność. Prędzej chyba wstąpiłbym do Kościoła pastora Chojeckiego.

 

Po drugie – przez całe życie z pracodawcami, a właściwie zleceniodawcami łączą mnie relacje cywilnoprawne i uważam to za sytuację bardzo korzystną. Nigdy nie potrzebowałem etatu i nie było moim marzeniem podleganie kodeksowi pracy. Związki zawodowe zaś są przede wszystkim dla pracowników sensu stricto, a więc dla osób związanych z pracodawcą stosunkiem pracy. Jako współpracownik licznych mediów, ceniłem sobie swobodę, jaką daje taka sytuacja. Rozumiem jednak, że dla wielu nie byłoby to rozwiązanie komfortowe.

 

Po trzecie – nie wierzyłem w skuteczność związków zawodowych, ale przyznaję, że moje doświadczenie jest tutaj bardzo ograniczone. Czym innym jest projekt powołania związku zawodowego w niewielkiej redakcji, a czym innym w dużej firmie, która rządzi się regułami korporacyjnymi.

 

Stąd informacja o tym, że w TVN powstał pierwszy związek zawodowy, budzi we mnie bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony wiem, że wielkie korporacje medialne mają tendencję do tego, żeby redakcje, które im podlegają, traktować jak fabryki śrubek, podczas gdy media mają jednak swoją specyficzną naturę, którą należy szanować, żeby dobrze działały. Oczywiście trzeba tu znaleźć kompromis, bo właściciel ma przecież prawo oczekiwać, że dane medium będzie przynosić zyski.

 

Z drugiej strony związki zawodowe mają immanentną skłonność do wyszukiwania spraw, które wcale nie muszą być problematyczne, ale walcząc z którym będą uzasadniały swoje istnienie. Gdy w dodatku czytam, że związek zawodowy w TVN jest agendą Związkowej Alternatywy, kierowanej przez Piotra Szumlewicza, który jako dziennikarz dał się poznać jako fanatyczny wręcz lewicowiec, moja nieufność rośnie. Dla ludzi takich jak Szumlewicz walka z korporacjami może być sposobem na promocję samych siebie bardziej niż wynikać z potrzeby związkowców.

 

Załóżmy jednak, że rzeczywiście w firmie wielkości TVN, w Agorze, TVP czy Polsacie związki zawodowe mają jakiś sens. Choćby dlatego, że ułatwiają wyłonienie reprezentacji do rozmów z zarządami, podejmującymi często decyzje w oderwaniu od panujących „na dole realiów”. W mediach państwowych związki mogą mieć i to dodatkowe uzasadnienie, że pozwalają skuteczniej walczyć z naciskami politycznymi, a czasami pozwalają ochronić niepokornych pracowników przed zwolnieniem właśnie z przyczyn politycznych. Jednak w mniejszych mediach to już przerost formy nad treścią. Poza tym korporacyjne molochy medialne, jakkolwiek będą nadal istnieć i dominować swoimi pieniędzmi i siłą organizacji, nie są już jedynymi ważnymi aktorami. Druga strona medialnego świata to niezliczone dziennikarskie drobne inicjatywy, bazujące na całkowitej niezależności, pracy na własny rachunek, na kanałach internetowych, produkcji podcastów i podobnych technologiach. Tam związki zawodowe są kompletnie bez sensu. I nie powiem, żeby mnie to martwiło.

 

Łukasz Warzecha

Marszałek Senatu Tomasz Grodzki przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Pierwsza rozprawa

21 grudnia br. w warszawskim Sądzie Rejonowym odbyła się rozprawa karna, na której otwarto przewód sądowy w sprawie z oskarżenia prywatnego prof. Tomasza Grodzkiego wobec red. Tomasza Sakiewicza. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP.

 

Marszałek Senatu oskarża redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” o pomówienia i narażanie na utratę zaufania społecznego poprzez publikowanie na swoim profilu Twitter, a także w mediach Strefy Wolnego Słowa wypowiedzi kłamliwych i krzywdzących dla Tomasza Grodzkiego. Redaktor Tomasz Sakiewicz wielokrotnie odnosił się bowiem do głośnej afery korupcyjnej z udziałem Tomasza Grodzkiego – który jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie miał (jak twierdzi Prokuratura) od swoich pacjentów i ich rodzin przyjmować pieniądze za świadczone tam usługi – nazywając go m. in. zwykłym łapówkarzem. Marszałek Senatu zaprzecza jakimkolwiek zarzutom dotyczącym czerpania nielegalnych korzyści majątkowych. 22 marca 2021 r. do Senatu trafił  wniosek  Prokuratury Regionalnej w Szczecinie o uchylenie immunitetu Marszałka Grodzkiego. Wg  prokuratury Tomasz Grodzki w latach 2006-12 jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie brał pieniądze od pacjentów, których miał operować. Prokuratura zamierza postawić Tomaszowi Grodzkiemu cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Senat RP do tej pory nie zajął się sprawą uchylenia immunitetu Marszałka Tomasza Grodzkiego.

 

21 grudnia br. podczas niejawnej rozprawy  został odczytany akt oskarżenia. Na tym etapie sprawy red. Tomasz Sakiewicz odmówił złożenia wyjaśnień. Kolejna rozprawa odbędzie się 1 marca 2022 r.  Naczelny GP zadeklarował, iż będzie starał się o to, by sprawa została odtajniona.

 

W tym samym dniu odbyła się sprawa cywilna z powództwa stacji TVN, która domaga się od red. Sakiewicza sprostowania w związku z publikacją tygodnika „Gazeta Polska” z 10 listopada 2010 r. Chodzi o okładkę ukazującą twarze paru osób publicznych w towarzystwie logotypów wybranych ugrupowań oraz mediów – wśród nich TVN. Grafika odwołuje się do wystąpień przeciw wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 r. i została opatrzona podpisem „oni roznieśli zarazę i śmierć”. Z powodu tego, że obie rozprawy odbywały się w bardzo bliskiej odległości czasowej od siebie, a miały miejsce w dwóch różnych sądach na terenie Warszawy, naczelny GP nie był w stanie wziąć udziału w obu posiedzeniach. Mimo to sąd nie przychylił się do złożonej przez dziennikarza prośby o przełożenie terminu posiedzenia w postępowaniu cywilnym. Ze względu na obowiązek osobistego stawiennictwa na rozprawie karnej, Sakiewicz zrezygnował z obecności na rozprawie z TVN. Został on tym samym pozbawiony możliwości zabrania głosu jako pozwany.

 

W tej samej sprawie wystąpił już przeciw red. Sakiewiczowi poseł Platformy Obywatelskiej Borys Budka (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

Zawiadomienie o objęciu tej sprawy  monitoringiem CMWP SDP jest TUTAJ.

 

 

 

Dziennikarze na granicy polsko-białoruskiej. Relacja CMWP SDP

Ponad 100 dziennikarzy  uczestniczyło do tej pory w wyjazdach z funkcjonariuszami Straży Granicznej w strefę pasa przygranicznego Polski i Białorusi, a Kancelaria Prezesa Rady Ministrów wydała ponad 140 dziennikarskich akredytacji.  Informacje te CMWP SDP uzyskało od Straży Granicznej i  z Biura Prasowego KPRM po skierowaniu pytań do tych instytucji  po dwóch tygodniach  obowiązywania znowelizowanej ustawy o ochronie granicy. Ze względów bezpieczeństwa dziennikarze nadal nie mogą swobodnie pracować na tym terenie,  warunki pracy, jakie dla nich przygotowano  umożliwiają  jednak przygotowanie prostych materiałów informacyjnych i reporterskich. Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP uczestniczyła w wyjeździe akredytowanych dziennikarzy  na granicę z Białorusią 16 grudnia.

  

CMWP SDP na akredytację czekało około tydzień, podobnie jak  inni uczestnicy wyjazdu tego dnia –  red. Agnieszka Jędrzejczak  z TVP 3 Łódź , która wraz z operatorem Stanisławem Ścieszką przygotowywała relacje dla TVP Info oraz red. Michał Bruszewski z Tygodnika „Solidarność” . Jedynie red. Martyna Bielska  z  Onetu na wyjazd na granicę czekała ponad 2 tygodnie, pierwsze wnioski o akredytację wysłała zaraz po 1 grudnia.  Kapitan Krystyna Jakimik Jarosz  z  referatu prasowego Podlaskiego  Oddziału  Straży Granicznej, która towarzyszyła dziennikarzom podczas tego wyjazdu wyjaśniała tę sytuację  liczbą napływających  do SG zgłoszeń , codziennie jest ich kilka, kilkanaście , a Straż Graniczna stara się organizować te wyjazdy ze względów logistycznych dla około 7 osób dziennie . Najczęściej są to grupy łączone dla dziennikarzy różnych mediów – prasy, radia, telewizji czy internetu. W dniu, w którym CMWP SDP uczestniczyło w takim wyjeździe , dziennikarze byli na placówce  SG w Szudziałowie, Czeremsze, Krynkach, Jurowlanach, Minkowcach i Usnarzu Górnym.

 

Scenariusze każdego takiego dziennikarskiego wyjazdu są podobne: dziennikarze oglądają wskazany przez SG  posterunek żołnierzy w odległości 15 m od ogrodzenia z koncertiny, rozmawiają z wybranym patrolem strażników granicznych, starają się rozmawiać z mieszkańcami przygranicznych wsi, choć z oczywistych względów nie jest to proste, odbywa się przecież pod okiem strażników i żołnierzy.  16 grudnia dziennikarze zostali także przewiezieni na miejsce byłego obozowiska migrantów w Usnarzu Górnym, pokazano im także miejsca forsowania granicy i sposoby jej patrolowania.

 

Do tej pory w takich wyjazdach nie uczestniczyli dziennikarze mediów zagranicznych ze względu na to, iż podlegają oni bardziej szczegółowej i wnikliwej weryfikacji niż dziennikarze z Polski. Jak poinformował przedstawiciel biura prasowego KPRM wpłynęły już wnioski o akredytację  dziennikarzy  m.in. z AP i  ZDF oraz z mediów m.in.  Danii i Finlandii,  one mają być udzielone w pierwszej kolejności.

 

Reportaż Martyny Bielskiej z Onetu z w/opisywanego wyjazdu jest TUTAJ.

 

Przygotowane dla dziennikarzy i działające od 3 grudnia Centrum  Prasowe zlokalizowane jest w Popławcach, w miejscowości leżącej między Kuźnicą, a Sokółką. Centrum jest przygotowane do prowadzenia konferencji prasowych , wyposażone jest w sprzęt do streamingu i  wi-fi oraz podstawowe zaplecze socjalne (kuchenka, toaleta).  Z Centrum może korzystać każdy dziennikarz, który ma akredytację KPRM, można ją uzyskać pisząc na adres media.granica@kprm.gov.pl . Zgłoszenia dziennikarzy polskich rozpatrywane są w ciągu doby.  Akredytacja KPRM nie upoważnia jednak do wyjazdu na granicę z funkcjonariuszami  Straży Granicznej, tę trzeba uzyskać poprzez zgłoszenie mailem na adres: akredytacje.kg@strazgraniczna.pl .

 

Na mocy  znowelizowanej  ustawy o ochronie granicy od 1 grudnia 2021 r. do 1 marca 2022 r. obowiązuje zakaz przebywania w 183  miejscowościach i w pasie przygranicznym z Białorusią. Zakaz ten obejmuje 115 miejscowości w województwie podlaskim i 68 w lubelskim.  Dziennikarze  mogą tam pracować na podstawie akredytacji,  za organizację wizyt mediów na granicy z Białorusią (dalej zwanej „wizytą”) odpowiada Straż Graniczna.

 

Wyjazd CMWP SDP na granicę z Białorusią w ramach dziennikarskiej akredytacji jest wstępem do opracowania przez Centrum Raportu na temat pracy dziennikarzy  w czasie trwania wojny hybrydowej na wschodniej granicy naszego kraju.

 

Fotorelację w wyjazdu można obejrzeć TUTAJ.