Uroczystości ku czci ofiar 12 lipca 1942 roku, które odbyły się w 2023 roku w 81 rocznicę masakry Fot.: z FB Urzędu Gminy Garbatka-Letnisko

WALTER ALTERMANN: Garbatka – nieduża wieś i jej wielka historia

Czasem mamy ochotę pojechać gdzieś, niezbyt nawet daleko. Od tego, jak trakujemy miejsca naszych wyjazdów wiele zależy. Zatem, zamiast gromadzić tylko praktyczne informacje o miejscu naszego wypoczynku, warto czasem rozejrzeć się i zapamiętać nie tylko, gdzie jest sklep i bankomat. Garbatka-Letnisko jest niedużą wsią położoną w województwie mazowieckim, w powiecie kozienickim, w gminie o tej samej nazwie. Leży przy drodze krajowej nr 79 – tak opisuje ją popularna encyklopedia, ale warto zagłębić się w historię miejscowości.

Garbatka była wsią klasztorną benedyktynów sieciechowskich w ostatniej ćwierci XVI wieku. Na obszarze obecnej Garbatki-Letnisko do XV w. istniały dwie miejscowości: sama Garbatka oraz Rambertów (różnie pisana: Rembiertów, Rambertów, Rembertów). O tej drugiej miejscowości wspomina przywilej jaki wydał książę Bolesław Wstydliwy klasztorowi sieciechowskiemu w 1252. Pierwsza wzmianka o samej Garbatce w źródłach pisanych pochodzi z 1449. Jednak najważniejsze wzmianki występują w Liberum beneficiorum Jana Długosza, w dokumentach z lat 1497 i 1542 oraz radomskich księgach ziemskich z połowy XV w.

Historyczny rozwój wsi

W 1787 Garbatka liczyła 253 mieszkańców, w 1881 – 715 mieszkańców i 101 domów. W latach 1795-1809 Garbatka znajdowała się w zaborze austriackim, a potem, w latach 1815-1915 w zaborze rosyjskim.

W momencie wybuchu II wojny światowej miejscowość liczyła ponad 3500 mieszkańców. Rozwój miejscowości w końcu XIX w. i na początku XX w. był spowodowany budową kolei (1885) łączącej Zagłębie Dąbrowskie z Dęblinem. Już wówczas dzięki dogodnemu dojazdowi i niewielkiej odległości od Radomia w Garbatce zaczęły powstawać domy wypoczynkowe i letniskowe. Jeden z takich domów (1890) wybudował Grek Antonis Jani, w sumie otworzył 4 takie pensjonaty oraz sklep, a następnie zaczął Garbatkę intensywnie reklamować jako miejscowość uzdrowiskową, co udało mu się znakomicie. Najpierw lekarze i ich pacjenci, a później i zwykli mieszkańcy Radomia, Dęblina oraz innych miast zaczęli tu spędzać wolny czas. Po kilku latach jednak Jani zrezygnował z prowadzenia pensjonatu i po sprzedaniu majątku założył fabrykę wyrobów cementowych. Po następnych kilku latach i ten interes sprzedał, a sam wyjechał w głąb Rosji, i tam zmarł.

Międzywojnie

Najświetniejsze lata w historii Garbatki to okres międzywojenny. W tym czasie zasłynęła jako kurort letniskowy. Odwiedzały ją rzesze „letników”, szczególnie z Radomia, Lublina i Warszawy. Liczba domów do wynajęcia wzrosła do 400. Zabudowania powstawały po obu stronach linii kolejowej. W 1921 Garbatka liczyła już 1739 mieszkańców. Ważnym momentem w gospodarczo-ekonomicznej historii Garbatki jest utworzenie w 1923 Nadleśnictwa Garbatka. W okresie międzywojennym na obszarze Puszczy Kozienickiej rozwinął się przemysł drzewny. W Garbatce znajdował się już tartak trzytraktowy o mocy przetarcia 15 tys. m² razem ze stolarnią mebli. Wpłynęło to także na rozwój przemysłu chemicznego (destylarnia żywicy).

II wojna światowa

W czasie II wojny światowej Garbatka stanowiła ważny węzeł kolejowy, którym przechodziły niemieckie transporty z zaopatrzeniem frontu wschodniego. W latach 1942 – 1944 partyzanci przeprowadzili w tym rejonie szereg udanych akcji dywersyjnych.

12 lipca 1942 roku wieś została spacyfikowana, do niemieckich obozów śmierci (głównie do Auschwitz) przewieziono około 800 osób, przeżyło jedynie 46. Na placu w pobliżu części towarowej stacji kolejowej Garbatka-Letnisko, z którego odjeżdżały transporty zatrzymanych, ustawiony jest pomnik ku pamięci ofiar.

W latach 1942-1945 w Garbatce mieszkał profesor Leszek Kołakowski, który od 2000 r. był Honorowym Członkiem Stowarzyszenia Przyjaciół Garbatki. W Garbatce-Letnisko urodził się pianista jazzowy Andrzej Jagodziński oraz Krzysztof Kumor – aktor i prezes ZASP.

Współcześnie Garbatkę-Letnisko zamieszkuje ok. 3400 osób.

Wzorcowa pamięć mieszkańców

Niemiecka pacyfikacja Garbatki była okrutna. Wielu z zatrzymanych przesłuchiwano i męczono, a później wywożono do obozów koncentracyjnych. To, co stało się 12 lipca 1942 roku, było katastrofą dla setek rodzin z Garbatki, ale również dla sztabu Obwodu Armii Krajowej.

12 lipca w Garbatce – w rocznicę niemieckiej zbrodni, która miała tragiczny wpływ na losy wielu rodzin i stanowi okrutną, krwawą kartę w historii Garbatki-Letnisko – odprawiana jest uroczysta msza w intencji mieszkańców, ofiar niemieckiej zbrodni.

To jak w małej Garbatce traktuje się własną historię powinno być wzorcem dla niezliczonych miejsc kaźni w Polsce.

Nasze zbrodnie niepamięci

Niestety, w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci (po roku 1989) zaczęliśmy traktować własną historię, jak obciążenie – ze wstydem i chęcią szybkiego zapomnienia. Jakbyśmy sami byli winni niemieckiej okupacji. A Francja, przecież znacznie potężniejsza od Polski, również przegrała wojnę z Niemcami.

Zaczęto też grzebać przy nazywaniu II wojny światowej i okupacji Polski. Niemców przerobiono najpierw na nazistów, faszystów, a w końcu na hitlerowców. Skutkiem czego Polacy sami uwolnili państwo niemieckie od jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo przecież poza hitlerowcami byli też „porządni Niemcy”. A ich liczba z roku na rok, według dzisiejszej narracji Niemców, rośnie. Natomiast hitlerowców było, podobno, nie więcej niż 8 procent… Ta sprawa jest dla nas groźna, bo zbrodni i grabieży dokonywało w Polsce ówczesne niemieckie państwo, którego spadkobiercą prawnym jest dzisiejsza Bundesrepublik Deutschland. Sami zdjęliśmy z Niemców odpowiedzialność?

Odnotować też trzeba ukazywanie naszej tragicznej historii w czasach okupacji, jako fajnej przygody. Bo rzekomo młodzież lubi „nawalanki” w stylu Spider-Mana i Supermana. Albo w stylu kowbojskim Jak mogło do tego dojść, że u nas, w kraju takiego ogromu niemieckich zbrodni, powstawały, robione przez Polaków, komiksy i filmy ukazujące okupację i walkę o niepodległość jako interesującą przygodę? Kto wpadł na pomysł i kto sfinansował tak liczne wydawnictwa dla idiotów? A może jest to celowe idiocenie Polaków? Niestety w swoim czasie, za poprzednich rządów PO-PSL, również IPN ma na sumieniu takie potworności.

Nasi politycy mają swój niemały udział w niszczeniu historii. Po PRL-owskiej manifestacyjnej niechęci do Niemców, nowe partie obrały kierunek na winy i zbrodnie ZSRR, a później Rosji. A przecież oba narody – niemiecki i rosyjski – dokonywały zbrodni. Jednakże zapominanie o zbrodniach Niemców i skierowanie większej uwagi na zbrodnie Rosji było  naszym ogromnym błędem.

I teraz nie dziwmy się, że Niemcy nie traktują poważnie naszych roszczeń co do odszkodowań za wojnę, i naszych oczekiwań zadośćuczynień za okupację. Skoro sami traktujemy jak stado baranów…

Sam nie wiem co gorsze – bezmyślna hucpa, czy wyrachowana depolonizacja?

 

WALTER ALTERMANN: Maczugą zamiast piórem

Podstawowym narzędziem współczesnej polskiej polityki jest maczuga. Nabijana jest ostrymi kawałkami krzemienia i potężnymi hacelami. I jest to maczuga przechodnia.

Każda z naszych partii, zaraz po objęciu władzy, dostaje w spadku tę maczugę i zaczyna nią dziarsko wywijać. Skutkiem czego polityczny trup u przegranych przeciwników ściele się gęsto. I nie jest ważne, co złego zrobił trafiony w głowę maczugą, i czy w ogóle coś złego zrobił. Chodzi o to, żeby stworzyć w społeczeństwie wrażenie dzikiego rozpasania, potwornego złodziejstwa i dzikiej prywaty u pokonanych, których to zbrodni mieli się dopuszczać byli ludzie władzy.

W istocie mamy do czynienia z sądami ludowymi, wiecowym wydawaniem wyroków. Bez prawa do obrony, bez dania głosu winnym, czy tylko pomówionym. Przy czym dzisiaj takim polem wiecowym są oczywiście media, które ochoczo i służalczo dają jedynie głos oskarżycielom. Bo oni akurat są przy władzy. A jak władza się zmieni, to media nasze znowu będą tępiły pokonanych.

W praktyce wygląda to tak, że niestety dziennikarze są tymi, którzy również wywijają maczugą. A właściwie są tymi, którzy w imieniu i na rzecz władzy, władają rzeczoną maczugą, używają jej i walą po łbach przeciwników, aż w głowach im huczy.

Niebezpieczna dla zdrowia praca

Dziennikarze często podkreślają, że bardzo wielu reporterów wojennych ginie na froncie. Dziennikarze są także mordowani, osadzani w więzieniach i prześladowani w państwach niedemokratycznych, na wszystkich kontynentach. Takie są przerażające fakty i hańba państwom, gdzie to się dzieje. Są jednak również dziennikarze, którzy masowo tracą coś równie ważnego jak życie. A mam na myśli godność i honor.

W naszych polskich warunkach, w naszej wojnie domowej, zbyt wielu dziennikarzy staje po jednej ze stron konfliktu. Tym samym zaprzeczając szczytnym ideom tego zawodu, którymi są: obiektywizm, bezstronność i dążenie do wyjaśniania prawdy.

Zamiast tego pojawia się enigmatyczne i niewiele znaczące pojęcie rzetelności. Rzetelny musi być zdun, cieśla i szewc. Niczego nie ujmując tym poważanym zawodom. Natomiast rzetelność dziennikarska brzmi trochę cierpko, bo z założenia zakłada jakąś ustępliwość, zgodę na niedoskonałość. Bo w istocie rzetelność niesie sama w sobie założenie, że każdy robi jak umie najlepiej, a wychodzi jak wychodzi. Czyli wszyscy dziennikarze są moralnie bezkarni i kryształowi, bo przecież starali się.

Niestety nasi dziennikarze, w swej masie, stoją po jednej z wojujących ze sobą politycznych stron. I zamiast obiektywnie dochodzić prawdy, wymachują medialną maczugą, żeby jednak ukatrupić wroga, zyskując przy tym sowitą aprobatę właścicieli „środków masowego burzenia spokoju”. Takie postępowanie dziennikarza prowadzi wprost do jego śmierci cywilnej, a jest to jedna z najokrutniejszych postaci śmierci.

Śmierć cywilna

Śmierć cywilna jest pojęciem staroświeckim, ale warto je przypomnieć w trudnych czasach. Śmierć cywilna to stan w jaki popadał człowiek, po popełnieniu czynu niegodnego. Nie musiało to być jakieś przestępstwo pospolite jak kradzież, oszustwo, malwersacja czy nawet zabójstwo. Wystarczyło notorycznie kłamać i być na kłamstwie przyłapanym. Śmierć cywilna dotykała również osobników, którzy nie dotrzymali przyrzeczenia małżeństwa, splamili honor munduru, publicznie się upijali i w tym stanie zachowywali się prostacko.

Takiemu osobnikowi nikt z towarzystwa nie podawał ręki. Takiego złoczyńcę traktowano jakby go w ogóle nie było. Takie to były onegdaj normy.

Szanujmy się

Dzisiaj dziennikarze za mało się szanują. Nie powinni wydawać osądów, zanim zapadnie werdykt sądu. Dziennikarze nie powinni upajać się władzą, nie wolno im wynosić się ponad prawo i państwowe instytucje sprawiedliwości. Upraszałbym o trochę skromności, o niepodniecanie się tym, że ja, ja, ja mówię, a pół narodu mnie słucha.

No i przydałoby się też trochę taktu. Skąd go brać? Jeśli nie wyniosło się taktu z rodzinnego domu, to  wystarczy wyobrazić sobie, że oto ja sam jestem na miejscu człowieka posądzanego o złodziejstwo i nieprzyzwoitość. I wyciągać wnioski z faktu, że niejeden skazany na śmierć i stracony okazywał się po latach niewinny.

Poza tym – dziennikarzem się jest, czasem przestaje się być, ale człowiekiem się jest do śmierci. I byłoby dobrze, gdybyśmy do końca mogli powiedzieć o sobie, że nie splamiliśmy się niecnością, słabością i chęcią robienia karier za wszelka cenę.

Cykliczne objawienia

Daje się też ostatnio zaobserwować zjawisko masowych objawień i nawróceń u naszych dziennikarzy. W istocie jest to zjawisko masowe i tragikomiczne.

Po przysłowiowych „długich ośmiu latach” rządów poprzedniej władzy, część dziennikarzy jednej nocy zauważyła, że zmieniła się opcja polityczna. Skutkiem takiej konstatacji u wielu dziennikarzy dało się zauważyć panikę, bo przecież służyli oni przegranej władzy. Po chwilowym przerażeniu nastąpił trzeci akt farsy – właśnie masowe bicie się w piersi i zmiana pana. I nie jest to pan w niczym lepszy od poprzedniego, ale jest nowy i mający realną władzę.

To zjawisko jest mi znane już od czasów PRL-u. Pamiętam, jako człek wiekowy, że wielu dziennikarzy w 1956 roku przystąpiło do zmasowanego potępiania okresu „błędów i wypaczeń”, czyli stalinizmu. Przy czym ci, potępiający dodawali, że naprawdę nie wiedzieli co się w Polsce i sowieckiej części Europy działo. Po potępieniu byłej władzy owi dziennikarze natychmiast przystępowali do wychwalania pod laickie niebiosa Władysława Gomułki. Gdy w 1970 roku Gomułka upadł, dziennikarze potępiali go bezlitośnie, widząc w Edwardzie Gierku zbawcę ludowej ojczyzny. Potem, wobec szybkich zmian na szczytach władzy potępiano i wychwalano masowo i błyskawicznie.

Z powstaniem Solidarności większość dziennikarzy potępiało hurtowo wszystkich władców od 1945 roku, wysławiając jednocześnie nadciągające nowe czasy. Po wprowadzeniu stanu wojennego nastąpiła wśród dziennikarskiej braci potężna panika i spory podział. Jedni pozostali przy swym nawyku, potępiając błędy Solidarności i chwaląc Jaruzelskiego widząc w nim nowego polskiego Mojżesza. Jednak wielu dziennikarzy pozostało przy Solidarności. Ci mieli ciężko, bo ekipa Jaruzelskiego była jednak pamiętliwa.

A za nowych czasów…. zbyt wielu dziennikarzy znowu zachowuje się jak kurki na dachu, obracając się z wiatrem historii. Zbyt wielu wypiera się służenia poprzedniej władzy, w obecnej widząc jedyne czyste źródła prawa i moralności objawionej. Niby to ludzkie, ale wstyd jest.

Nowe stopnie zawodowe dziennikarzy zmieniających poglądy

W związku z zaistniałą sytuacją, uważam za stosowne pilne wprowadzenie nowych stopni i specjalizacji zawodowych dziennikarzy. I tak zamiast dotychczasowych: felietonistów, reporterów, korespondentów, komentatorów i prezenterów mielibyśmy całkiem nowe określenia specjalizacji funkcji.

Nowe stopnie dla dziennikarzy wglądałyby tak: pomocnik maczugowego, młodszy maczugowy, starszy maczugowy, samodzielny maczugowy, kierownik zespołu operatorów maczugi, konsultant ds. sprawności maczug, itd., itp.

 

WALTER ALTERMANN: Czy jest polityk, który mógłby pogodzić skłóconą Polskę?

W piątek 21 czerwca, w programie Polsatu, europoseł Michał Szczerba powiedział: „Nie mogę już patrzeć na te nienażarte pisowskie mordy”. I co się potem stało w studio? Pozostali uczestnicy dyskusji obruszyli się a dziennikarz prowadzący rozmowę stwierdził, że tak nie wolno, ale nikt ze studia europosła nie wyrzucił.

Sprawdziłem w Internecie, że poseł Szczerba jest synem wielkiego boksera Kazimierza, dwukrotnego medalisty olimpijskiego w boksie (1976 i 1980). Pamiętam tego sportowca i wiem, że w ringu, i w życiu zachowywał się nienagannie. Zatem podejrzenia, że takie obyczaje Szczerba wyniósł z rodzinnego domu obrażałyby porządnych rodziców.

Z całą pewnością obecny polityk Platformy Obywatelskiej brutalne prostactwo przyswoił sobie w czasie swej kariery politycznej. Pojął, że trzeba być wyraźnym, żeby być zapamiętanym. A że najłatwiej zapamiętać coś ekstremalnego, zatem stał się ekstremalnym prostakiem.

Prostacy

Oczywiście Szczerba nie jest ani pierwszym, ani jedynym z masy parlamentarnych prostaków. W ogóle zalewa nas totalne chamstwo. Zalewa przestrzeń publiczną jak zalewają ulice szamba po ulewach. Z dnia na dzień, z wyborów na wybory, Polska coraz bardziej się dzieli na chamskie ugrupowania. Te różne Polski nienawidzą się wzajem, obrażają coraz bardziej brutalnie, insynuują przeciwnikom wszystko co najgorsze.

Gdyby europoseł Szczerba rzucił taki tekst w szkole, na wyższej uczelni, na ulicy czy w Internecie, mógłby stanąć przed sądem. Bo jest prawo, które zabrania używania w miejscach publicznych słów uważanych za obraźliwe. Ale Szczerba nie stanie, bo przywykliśmy już do obscenicznych wystąpień deputowanych do naszego parlamentu, a teraz także do europarlamentu.

Polska się podzieliła, i to jest to nie tylko dziwactwo dla świata, jest to podział niezwykle groźny w obliczu czekających nas wyzwań. Bo rozbity, podzielony naród nie będzie zdolny do zbiorowego, wspólnego i skutecznego działania.

Dziejowe oszustwa polityków

Idą ciężkie, oby nie tragiczne, czasy. Zbrojenia, tak konieczne w naszej sytuacji, na dziesiątki lat obciążą budżet państwa. U progu całej Europy, a nawet całego świata, czai się wielki gospodarczy kryzys. Biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy potęgą gospodarczą, nie trudno orzec, że nie będzie łatwo i przyjemnie.

Jak w takiej sytuacji zachowują się nasi politycy? Bezrozumnie i haniebnie. Żadna z partii nie mówi społeczeństwu o realnych zagrożeniach. Żadna z partii nie mówi, że budżet nie jest czarodziejskim workiem, który sam z siebie napełnia się i uzupełnia. Nikt nie mówi, że może nie będzie nas rychło stać na giga inwestycje drogowe, kopanie kolejnych tuneli, nowe trasy kolejowe, na nowe obiekty kultury i edukacji.

Ani rządzące obecnie partie, ani obecna opozycja nie odważają się powiedzieć wprost, że zbrojenia kosztują. Że będzie kosztowało nas bardzo wiele utrzymanie dużej armii. Bo samoloty i czołgi, to nie szable, które można spokojnie powiesić na kilimku na ścianie, a w razie „wojennej potrzeby” zdjąć je i ruszyć w pole.

Ile to może kosztować?

Opozycja wytyka rządzącym, że Polaków czekają, przez nieudolność rządzących, podwyżki energii i wielu rzeczy, których wytworzenie energii wymaga. Czyli miałoby być tak, że będziemy się zbroić i jednocześnie dopłacać do energii elektrycznej i gazu? Czyli budżet państwa będzie bazował na zagranicznych pożyczkach?

I nikt jakoś nie pamięta o zadłużeniu Polski w epoce Gierka. Z tamtym długiem jakoś się udało, bo po 1990 roku wierzyciele umorzyli nam długi. I tylko dlatego, że wiedzieli iż nie doczekają się ich spłaty. Teraz ten numer nie przejdzie, bośmy już wolni i demokratyczni.

Pewien mój znajomy dziennikarz, zajmujący się głównie polityką, gdy przedstawiłem mu to, co powyżej, powiedział, że po prostu weźmiemy pożyczki w USA. Rozgrzeszam go, bo z liczeniem nigdy nie szło mu dobrze. Uderzyło mnie jednak to, że również obecny ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński mówi właściwie to samo, gdy obrusza się na nas, że sprzęt wojskowy kupujemy w jego kraju, a elektrownie jądrowe to już chcemy kupić we Francji czy Korei Południowej.

Tę wypowiedź ambasadora przedstawiam tym z Polaków, którzy kochają USA bez najmniejszych zastrzeżeń. Można oczywiście kochać kogo chcemy, ale tak zupełnie bez widzenia cudzych interesów? Kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak nasi starsi bracia w wierze. Bo oni w interesach zwykle mają rację.

Wojna domowa

Na razie wojna domowa Anno Domini 2024 toczy się w Polsce na chamstwo, prezentowane bez zahamowań głównie w telewizjach. I to może nas kosztować o wiele więcej niż tylko dobry gust i normy dobrego zachowania. Zamiast dążyć do jedności społeczeństwa partie poszukują i eksponują wszystko, co może Polaków dzielić. Zachowują się tak, jakby naczelnym zadaniem polskiej polityki było zapewnienie władzy na wieki właśnie i tylko ich partii. „Po nas choćby potop” – takie jest chyba wyzwanie wszystkich, powtarzam, wszystkich partii.

I każda z naszych parlamentarnych partii zachowuje się tak, jakby to tylko ona miała złoty środek, czarodziejską różdżkę zbawienia, dobrobytu i wiekowej pomyślności narodu. I to jest nasz największy kłopot – owo dzielenie, trwania na swoich pozycjach, bez względu na zagrożenia. Czy to jest głupota? Owszem, tak. Ale może się też okazać, że to nie jedynie głupota, ale także dziejowa zbrodnia.

Czy znajdzie się nowy Witos?

Powoli konkretyzuje się istotne pytanie, czy znajdziemy na trudny czas odpowiedzialnych mężów stanu, którzy potrafiliby naród zjednoczyć, wytłumaczyć nam wszystkim i przekonać nas, że nadszedł czas poświeceń majątków i życia?

Gdy w 1920 roku, w czasie wojny polsko-rosyjskiej (1919-1921) wojska agresora były coraz bliżej linii Wisły, ówczesny parlament, i sam Józef Piłsudski poprosili Wincentego Witosa o objęcie teki premiera. I Witos się zgodził.

Witos był największym przywódcą ruchu ludowego i był dobrym politykiem. Trzykrotnie sprawował funkcję premiera (od 24 lipca 1920 do 13 września 1921, od 28 maja 1923 do 14 grudnia 1923 i od 10 maja 1926 do 14 maja 1926). To jego ostatni rząd został obalony w wyniku przewrotu majowego.

Jedną z przesłanek do powołania Witosa na urząd premiera był fakt, że chłopi nie garnęli się do armii. Ale po apelach swego przywódcy stosunek chłopów do tej wojny zmienił się. Tu trzeba też powiedzieć i to, że wskutek złej sytuacji wojennej Polski, Piłsudski złożył na ręce Witosa rezygnację z funkcji naczelnika państwa. Witos rezygnację przyjął, jednak dokument włożył do sejfu i nigdy go nie opublikował. Umiał prywatne urazy do Naczelnika także schować do sejfu.

Piłsudski w roku 1930 kazał Witosa osadzić w twierdzy brzeskiej. Lidera ludowców piłsudczycy oskarżyli o przygotowywanie zamachu stanu.

Zbawców do więzień

Piłsudski postąpił podobnie z generałem Tadeuszem Rozwadowskim, jednego z dowódców w  Bitwie Warszawskiej. Przed zamachem majowym generał Rozwadowski dowodził wojskami wiernymi rządowi. Po zamachu majowym Tadeusz Rozwadowski wraz z grupą oficerów dowodzących siłami rządowymi został aresztowany i uwięziony.

W październiku 1926 roku w orzeczeniu Wojskowy Sąd Okręgowy stwierdził, że wobec braku dowodów nie ma powodu utrzymywania aresztu śledczego nad Tadeuszem Rozwadowskim. Jednak generał Rozwadowski nie wyszedł na wolność. W prasie piłsudczykowskiej została też zorganizowana kampania atakująca generała. W obliczu nasilającej się w społeczeństwie akcji petycyjnej w obronie uwięzionych oficerów, 18 maja 1927 roku Tadeusz Rozwadowski został uwolniony. Generał podupadł na zdrowiu i zmarł w Warszawie 18 października 1928 roku.

I jeszcze jeden przykład na to, że zemsta rodzi zemstę. To fragment artykułu opublikowanego cztery lata temu autorstwa Radosława Golca na portalu Wielka Historia:

„W latach 1940-1943 setki polski oficerów i polityków zostało internowanych na szkockiej wyspie Bute – nasi rodacy szybko okrzyknęli ją Wyspą Węży. Trafiało się tam bez wyroku sądu i bez decyzji jakiegokolwiek kolegialnego ciała. Wystarczył rozkaz generała Władysława Sikorskiego” – napisano o wielkim przeciwniku Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Jedno pytanie

Taka to bywa wdzięczność w polityce. Ale dzisiaj rzecz nie o wdzięczności. Pytanie jest proste – czy mamy w Polsce kogoś, kto stoi ponad partiami, kto potrafiłby w potrzebie być drugim Witosem? Zgłaszających kandydaturę Władysław Kosiniak-Kamysza, dzisiejszego szefa ludowców, proszę o nierozśmieszanie mnie. Bo temat jest poważny.

I to jest nasz wielki problem., bo wszyscy nasi politycy zużywają się jak tarcze hamulcowe na torze wyścigowym – w małych utarczkach, wielki akcjach wojny domowej i grubiańskich awanturach.

 

 

 

Jak patrzeć z daleka? Na pewno nie przez krzywe zwierciadła stereotypów... Fot. archiwum/ h/ re

Analiza WALTERA ALETRMANNA: Nasi polscy emigranci

Zawiodę tych, którzy myślą, że podejmę wielki problem zalewających Europę fal ludzi z biednych państw świata. Zajmę się bowiem sprawą Polaków, którzy – jakże tłumnie – opuszczali przez dziesięciolecia „ukochaną ojczyznę” i osiedlali się w Zachodniej Europie, w obu Amerykach, a nawet w Afryce i Australii.

Na początek powiem, że mam wobec naszych emigrantów uczucia ambiwalentne. Lubię ich, bo to wszak rodacy, ale jednocześnie nie przepadam za nimi, bo wybrali inne ojczyzny. To nie grzech, tak bywa w wielu narodach i można by w sprawie spuścić zasłonę milczenia. Można by, gdyby nie fakt, że emigranci często odwiedzają Polskę, że odnajdują nas przez media elektroniczne i domagają się spotkań.

Z Bogiem sprawa, gdy emigrantami są członkowie dalszej rodziny, albo gdy byli – w przeszłej młodości – przyjaciółmi. Wtedy tak, spotkania mogą być urocze i pouczające. Istnieje i działa wtedy jakiś bufor bezpieczeństwa, niepisana, ale ważna zasada, że winniśmy sobie miłość, albo tylko sympatię. Bywa jednak gorzej, gdy dopada nas osoba, którą znaliśmy jedynie, na przykład, z czasów studiów.

Zasłużona profesor z USA

Piszę o tym niełatwym problemie, bo właśnie namierzyła mnie i dopadła kobieta, która 40 lat temu opuściła Polskę i przeniosła się do USA. Znałem ją z czasów wspólnych studiów, ale słabo i naprawdę nie łączyło nas bliższego. Ot, jedna z osób, którym mówimy przelotne – Cześć!

Teraz, na moje nieszczęście, ta starsza pani odnalazła mnie na Facebooku i żąda spotkania, bo „ma mi masę rzeczy do opowiedzenia”. Przy czym nie pyta, czy jestem gotów wysłuchać jej rewelacji. Na razie unikam spotkania jak mogę, ale ona nie ustępuje i wypisuje mi (tytułem zachęty) historię swego burzliwego życia, której naprawdę nie jestem ciekaw. Odpowiadam zdawkowo, że interesujące, nie wiedziałem, niemożliwe, ho, ho… I sam o sobie nie piszę nic. Ale to jej nie zraża i męczy mnie dalej.

Co komu opowiadać

Każdy z nas ma jedną fascynującą historię do opowiedzenia, a jest nią życie każdego z nas. Jeżeli ktoś ma do opowiedzenia trzy historie, to znaczy, że mógłby zostać pisarzem. Ale jedną historię w zanadrzu ma każdy!

Inna sprawa, że nie każdy potrafi opowiadać. I właśni tacy najbardziej kochają snuć opowieści. W ich wykonaniu nawet katastrofa samolotu, z której istnym cudem uratował nas, gdyśmy pikowali ku morzu, niespotykanie wielki albatros, staje się banałem. A słuchanie koszmarem.

Oczywiście czym umysł prostszy, a charakter mniej obrobiony, tym bardziej nasila się chęć opowiadania o sobie. Bez żadnej autokontroli, bez żadnego dystansu, bo dla większości z nas jesteśmy pępkiem świata, jesteśmy najważniejsi i mamy najlepsze obserwacje. Ergo, tylko przez pomyłkę nie przyznano nam jeszcze Nobla w dziedzinie literatury, bo choć nie napisaliśmy niczego, to Nobel nam się przecież należy.

Gorzej, bo gaduły z dziwną dwuznacznością lubią opowiadać intymne szczegóły ze swego życia, które z pewnością wstrząsnęłyby seksuologiem i psychiatrą. Jest w naszych bliźnich jakiś bezwstyd. Może wydaje się im, że mają do tego prawo, skoro wielu pisarzy i reżyserów zrobiło na tym „auto-bezwstydzie” duże kariery? Ale artystom wolno, choć czasem jest to przykre w czytaniu i oglądaniu.

Pochwalić się chcą

Podstawową rzeczą, która cechuje naszych emigrantów, to chęć udowodnienia nam, tym, co zostali między Bugiem a Odrą, że opłacało się wyjechać, że dużo osiągnęli, że zwiedzili cały świat, że co prawda mają za sobą po kilka rozwodów, że z dziećmi nie mają żadnego kontaktu… ale warto było, naprawdę warto!

Emigranci oczekują też naszego płaczu, że my tutaj niczego nie osiągnęliśmy, że trzeba było wyjechać, jak oni. Nasze małżeństwa i nasze dzieci, choć wszyscy żyjemy po bożemu, nasze zawodowe osiągnięcia są dla emigrantów mało warte, tak samo jak nasze domy, samochody i naukowe tytuły. Oczywiście trochę nas chwalą, ale jakoś tak z wyższością, z poklepywaniem po ramieniu i współczującymi westchnieniami.

Z emigrantami jest odwrotnie niż z dziewczynami, w których się za młodu podkochiwaliśmy. Jeżeli było to szczere uczucie, to po latach chętnie się z taką panią widzimy, a rozmowa nie nastręcza żadnych kłopotów. Ale też żyliśmy w tym samym kraju, wiemy co było i jak było. Jeżeli nawet dzielą nas poglądy polityczne, to przecież nie na tyle, żeby zrywać rozmowę, trzaskać drzwiami i wychodzić z kawiarni. Nie jesteśmy w końcu posłami.

Biedni ci nasi emigranci

Oczywiście znacznej większości Polaków poza granicami kraju nie powiodło się. A chlubne wyjątki jedynie potwierdzają regułę, bo te wyjątki są naprawdę nieliczne. Tak jak w kraju nikt nie pieje z zachwytu, że jakiś Polak z Bydgoszczy został profesorem, ale gdy spotka profesura Polaka – emigranta, to gazety o tym piszą jak o nowej komecie.

Czyli jest tak, że życie większości emigrantów jest ciężkie i bez większych perspektyw. Bo inny język, inna kultura, bo obcość środowiskowa. Dlatego współczuję emigrantom. Tym z Polski i tym, którzy do Polski napływają. Czeka ich los trudny, bardzo trudny i bez współczucia.

Nikt tutaj z głodu nie pomarłNieobecna 

Bardzo pięknie w krótkiej scenie ujął to Jacek Bromski, scenarzysta i reżyser tetralogii filmowej czyli U Pana Boga…

W trzeciej części, czyli w „U Pana Boga za miedzą”, po 25 latach emigracji wraca do Polski, do swojej wsi Staś Niemotko „Amerykan”. Tę postać zagrał Grzegorz Heromiński. Okazuje się, że jego rodzinny dom popadł w kompletną ruinę. Bohater siada na szczątkach domu i nie wie co robić. Wtedy nadjeżdża na rowerze ksiądz Antoni, proboszcz w Królowym Moście, grany przez Krzysztofa Dziermę. Proboszcz pociesza załamanego emigranta, oferuje mu pomoc, a odjeżdżając mówi:

I warto to było stąd uciekać? Tutaj jakoś nikt z głodu nie pomarł…

 

WALTER ALTERMANN: A kota swego jak siebie samego, czyli definicje moralności

Czym jest moralność? Wyczerpującą odpowiedź znajdziemy w Starym i Nowym Testamencie. Nie chcę tutaj szerzyć zasad wiary, bo są do tego ludzie prawdziwie powołani. Warto jednak, choćby się było ateistą, sięgnąć do Pisma, bo i po co wyważać drzwi, skoro są już otwarte przez innych.

W Nowym Testamencie aż trzykrotnie jest mowa o dwu najważniejszych przykazaniach. W Ewangelii Świętego Mateusza znajdziemy taki ustęp: „Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie, który im się przysłuchiwał, gdy rozprawiali ze sobą. Widząc, że Jezus dobrze im odpowiedział zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”.

Podobne wydarzenie ma miejsce w Ewangelii Świętego Marka oraz w Ewangelii Łukasza. Oba przykazania zacytowane przez Jezusa pochodzą z Pięcioksięgu, w przypadku Ewangelii Mateusza niemal dosłownie cytując tekst Septuaginty. Źródłem przykazania miłości Boga jest fragment Księgi Powtórzonego Prawa będący częścią Szema, codziennego wyznania wiary Żydów.

Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Z kolei źródłem przykazania miłości bliźniego był fragment Księgi Kapłańskiej zwany Kodeksem Świętości: Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Jezus połączył oba przykazania.

A kota swego jak siebie samego

Zauważam narastające z roku na rok zainteresowanie losem zwierząt. Trudny, a niekiedy tragiczny, los kotów psów, koni porusza serca internautów. Aktywiści opieki nad zwierzętami organizują zbiórki na rzecz ratowania koni skazanych na rzeź i pokazują zdjęcia smutnych zwierząt. Oczywiście nie zaprzeczam, że los domowych zwierząt, które trafiły w ręce nieodpowiednich ludzi jest smutny. I popieram działania wolontariuszy, którzy sami z siebie sprawdzają w jakich warunkach żyją koty, psy, kozy, owce a nawet konie.

Zdaje mi się jednak, że ludzie tym bardziej kochają zwierzęta im mniej kochają ludzi. Czym bardziej wchodzą w górę po drabinie współczucia dla zwierząt, tym bardziej schodzą z drabiny współczucia i miłości bliźniego.

Może też ludzie stają coraz bardziej obojętni na biedę i cierpienie bliźnich, bo to nakazuje im opacznie rozumiany współczesny darwinistyczny kapitalizm? Według niego biedni są gorsi i sami sobie zgotowali taki los, a może nawet są przez los predysponowani do tej „gorszości”? Jakie by nie były przyczyny, obojętnienie jest faktem. A to budzi niepokój losem osób dotkniętych kłopotami i odrazę wobec obojętnych.

Roszczeniowi starcy

Jadę tramwajem, który – jak to tramwaj – zatrzymuje się na przystanku. Przede mną dwie młode dziewczyny, jedna siedzi, druga stoi obok siedzącej koleżanki. I naraz słyszę jak starsza pani, grzecznie, zwraca uwagę pannicy z kolczykiem w nosie, żeby cofnęła się, bo blokuje jej dojście do drzwi. Na co dziewczyna mówi:

– Jakoś się pani przecież przeciśnie.

Ale jednak cofa się i starsza pani może wyjść. A gdy starsza pani wyszła, panny wybuchają radosnym śmiechem. Nie wytrzymałem i pytam:

– I to panie tak śmieszy?

Dziewczyny milkną, ale odzywa się siedzący za mną rosły byczek, koło trzydziestki:

– Przecież jest szerokie wyjście, mogła sobie podejść.

– Nie zauważył pan, że ta pani ma kłopoty z poruszaniem się. Niech pan popatrzy jak ona idzie chodnikiem… – mówię do byczka.

– A tam, starsi ludzie są bardzo roszczeniowi – odpowiada byczek. A obie panny z uznaniem potakują mu głowami.

Niby drobiazg, ale ci młodzi mają przecież rodziców, dziadków… Martwię się o los ich rodzin, gdy rodzicom i dziadkom przyjdzie się zestarzeć.

Wszystko jest pożyczane – mawiał mój ojciec. – I za to jak ty traktujesz rodziców, odpłacą ci własne dzieci. Zatem istnieje zła sztafeta pokoleń i ci młodzi z tramwaju nie są winni, winni są ich rodzice.

Domy dziecka bez kontroli

„Przekleństwa, agresja, ciągłe krzyki — taka rzeczywistość przez lata dotykała wychowanków i pracowników placówek Dzieła Pomocy Dzieciom w Krakowie i wsi Żmiąca”. To tekst z portalu Wirtualna Polska, który dotarł do nudzących grozę relacji wychowanków i byłych pracowników tego domu opieki.

Karolina została zabrana do ośrodka, gdy miała jedenaście lat. Jej matka wyjechała za granicę, a ojciec był alkoholikiem. Mimo trudnych warunków w domu dziś Karolina mówi, że wolałaby tam wrócić, niż przeżywać to, co doświadczyła w ośrodku.

Dzieło Pomocy Dzieciom prowadzi cztery placówki opiekuńczo-wychowawcze: dwie w Krakowie i dwie we wsi Żmiąca. Dyrektorem placówek jest Jan Made i kieruje nim wspólnie z żoną Katarzyną. Katarzyna Mader, według byłych pracowników i wychowanków, jest najważniejsza w ośrodku. Jej zachowanie, jak twierdzą, nie ma nic wspólnego z troską o dobro dzieci.

Karolina opowiedziała, że na początku wszyscy byli dla niej mili, ale potem zaczęły się krzyki i poniżanie. „Często słyszałam, że nic ze mnie nie wyrośnie, że skończę jak matka. Młoda kobieta mówi dziś, że choć w rodzinnym domu nie miała co jeść, wolałabym dalej chodzić brudna i głodna, niż przeżywać to, co spotkało ją w ośrodku”.

Nie pyskujcie mi, gówniarze wredne!”, „No co, świętoszku głupi?!” — tak zwracała się do dzieci dyrektorka ośrodka adopcyjnego Katarzyna Mader. Jej słowa słychać na nagraniach, do których dotarła Wirtualna Polska i które przedstawiła dyrektorce materiał dowodowy.

Staramy się, żeby dzieci odzyskiwały poczucie własnej wartości i wyrastały na dobrych i wartościowych ludzi – usłyszeli od niej dziennikarze w odpowiedzi. Katarzyna Mader uważa, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Przyznaje, że używała słów „świętoszku” i „głupi”, ale zaprzecza, żeby kiedykolwiek nazywała dzieci „wrednymi gówniarzami”.

A co na to Instytucje Państwa?

„Młodzi ludzie i była kadra mówią o zachowaniach nie tylko nieakceptowalnych, ale wręcz niedopuszczalnych. Wskazują na różne formy przemocy, w tym poniżania wychowanków. Ta sytuacja wymaga natychmiastowego działania instytucji państwa. Konieczna jest kompleksowa kontrola Rzecznika Praw Dziecka i właściwego departamentu wojewody” – stwierdza Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka w latach 2008-2018 oraz Honorowy Przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Rodzinnego przy Ministrze Sprawiedliwości.

Nie sądzę, żeby pan Michalak miał rację. Kontrole w takich placówkach powinny być częste i na co dzień. A nie wtedy, gdy ktoś ujawni o nich prawdę. Przecież pamiętamy niedawną sytuację w rodzinnym domu dziecka na Pomorzu, gdzie dzieci były wręcz katowane, gdzie kilkoro wychowanków zmarło.

Państwo, w imieniu społeczeństwa, oddaje opuszczone dzieci domom dziecka, rodzinom zastępczym i zapomina o kłopocie. A kłopot dopiero się zaczyna, bo personel tych placówek, czy nawet rodzice zastępczy, bywają różni, czyli bywają też źli, nieodpowiedzialni, niegotowi na właściwą opieką nad dzieckiem. Przy niedowładzie państwa mamy taki skutek, że te maltretowane psychicznie, a i fizycznie, dzieci wejdą w dorosłe życie z groźnymi urazami. I potem część z nich może chcieć na społeczeństwie odreagować swój dziecięcy ból.

Osobnym problemem jest to ile państwo oraz gminy płacą wychowawcom domów dziecka i pracownikom socjalnym. Przy tak marnych, wręcz minimalnych ustawowo zarobkach, trudno jest znaleźć ludzi do tak trudnej i odpowiedzialnej pracy. Nie ma tam ludzi wykształconych kierunkowo, przygotowanych do podjęcia się obowiązków opieki nad innym człowiekiem.

Ludzie to nie kotki czy pieski, nie wystarczą im ciepłe legowiska, miska z wodą i jedzeniem oraz pogłaskanie pupila po głowie.

 

WALTER ALTERMANN: Bez most przez copki

Konferencja prasowa wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka- Kamysza, 11 06 2024 roku. Najpierw zabrał głos generał Wiesław Kukuła Szef Sztabu Generalnego WP, który m.in. powiedział: „Jeszcze raz to powiem, żeby to wyraźnie przebrzmiało…”

Rzecz w tym, że to co już przebrzmiało jest w języku polskim nieistotne, mało ważne, a generałowi chodziło o wybrzmienie. Niby podobnie, ale różnica jest naprawdę istotna.  Ale nie czepiam się generała, bo bardziej poruszył mnie jego przełożony, czyli pan Kosiniak-Kamysz.

Wicepremier Kosiniak – Kamysz dał kolejny powód do poważnej zadumy, bo powiedział tak: „Zwiększamy produkcję amunicji szczeleckiej”. Gdybyż to jeszcze powiedział: „szceleckiej” mielibyśmy klasyczne, gwarowe mazurzenie. I nie moglibyśmy się czepiać, bo przecież gwary należy szanować, tym bardziej u szefa partii ludowej. A tak mamy jedynie coś na podobieństwo klasycznego ludowego powiedzenia: „Sedł bez most, przez copki”.

Po wystąpieniach ministra i generała dziennikarze zaczęli pytać, jak zawsze o sprawy poboczne, zupełnie nie wiążące się z obronnością. Pytali o sprawy czysto polityczne, parlamentarne i rządowe. Wtedy wicepremier zauważył: „Proszę jednak o pytania z zakresu merytoryki”. Ponieważ jednak  dziennikarze nadal drążyli politykę, to wicepremier pożegnał generała, nie chcąc go mieszać w sprawy walk między partiami.

Otwierając niejako dziennikarską część konferencji Kosiniak-Kamysz zaznaczył: „Tego napastnika, który zaatakował żołnierza złapiemy i doprowadzimy do sprawiedliwości”. I tu mamy już ludową klasykę, bo lud nasz z trudem rozróżnia prawo od sądu, a sąd od sprawiedliwości.

I jeszcze ta merytoryka wicepremiera… To jest nowe słówko slangowe, typowy skrótowiec. Bo  naprawdę lepiej powiedzieć sprawy merytoryczne. Jest dłużej, ale po polsku.

Naprawdę od wicepremiera musimy wymagać więcej. Bo skoro przed laty Donald Tusk nauczył się angielskiego, jak wcześniej obiecał, to chyba Kosiniak-Kamysz mógłby się nauczyć polskiego. Nie jest to język tak trudny, jak mówią niektórzy Polacy.

Premedytacja czy rozmyślność

Trwa Liga Narodów w siatkówce. Nasi sprawozdawcy są na posterunku i dają o sobie znać.

„Z premedytacją zagrała piłkę na trzeci metr” – mówi dziennikarz od siatkówki.

Nie wiedzieć czemu nie powiedział, że nasza zawodniczka zagrała rozmyślnie, specjalnie, celowo. Dziennikarz zna obce słowa i musi ich używać, żeby nikt sobie nie pomyślał, że jest jedynie prostym dziennikarzem. Ale ów dziennikarz nie wie, że premedytacja ma w naszym języku konotacje wyłącznie negatywne.

premedytacją może działać złodziej, oszust i morderca. Premedytacja w takich przypadkach oznacza bezwzględność działań, szkodliwą przebiegłość i duże nasilenie złej woli. A przecież siatkarka nie grała podle. Ona grała tak, żeby do piłki nie doszły przeciwniczki. Bez żadnej podłości.

Kto się pod kogo podszywa

Popularny w województwie łódzkim dziennik „Express Ilustrowany” na pierwszej stronie wydania z 14 czerwca br. ostrzega: „Bezczelni oszuści podszywają się za policjantów”.

Wobec takich zdań opadają ręce i przechodzi ochota do czytania w ogóle. Kolejny raz ktoś nie rozumie co znaczy stały zwrot językowy, jak zbudowana jest niezmienna fraza języka. A zwrot „podszywać się pod kogoś” jest bardzo obrazowy i wziął się stąd, że pod płaszczem, chłopską sukmaną lub pańską delią skrywała się inna osoba. Tak jakby ktoś pod spodem znaczącego okrycia przyszył inne ubranie. I tym sposobem udawał kogoś innego, niż w rzeczywistości jest.

Zatem – oszuści „podszywają się pod policjantów”. Albo „podają się za policjantów”. Nie ma możliwości łączenia tych dwu stałych zwrotów. Nie ma też możliwości wprowadzania w takie powiedzenia jakichkolwiek zmian. Nie ma potrzeby, bo one są stałe, niezmienne, są constans. To tak jak z narodowym herbem – niczego orłu nie wolno domalowywać, łączyć go z innym ptakiem, ani niczego zabierać. Ma być, jaki jest.

W dawnych czasach w każdej redakcji pracowały korektorki. To one nie tylko poprawiały proste błędy gramatyczne, ale też pilnowały stylu i tego, żeby młodzi dziennikarze nie grzebali samorzutnie w języku, bez jego dobrej znajomości. Tak było, i to powinno wrócić. Ja wiem, że etat korektorki kosztuje a wydawnictwo chcą na wszystkim oszczędzać. Ale na rozumie oszczędzać nie wolno. Bo w innym wypadku: „Nadal ktoś będzie się podszywał za dziennikarza”.

Górale i ich fasiągi

Z nastaniem sezonu media zaczęły znowu pisać o torturowaniu koni, ciągnących góralskie fasiągi. Problem jest poważny, ale na początek wyjaśnijmy czym są owe fasiągi.

Otóż fasiąg to gwarowa nazwa wasągu, czyli konnego wozu przeznaczonego do transportu ludzi. Określenie pochodzi od niemieckiego Fassung. Klasyczny wasąg ma nadwozie drabinkowe oparte bezpośrednio na osiach, z wyplatanymi bokami z wikliny lub z desek, korzeni jałowca, sznurka czy słomy. Czasem przykryty jest budą na pałąkach. Wasągi używano w Polsce od XIX wieku do lat 70. XX wieku jako pojazd bagażowy i podróżny.

Komercyjne zastosowanie pojazdu jako środka transportu zbiorowego w górskie okolice rozpoczęło się już w połowie XIX wieku, kiedy to górale zaczęli przewozić nimi „ponów” z Krakowa pod Giewont. Taka podróż zajmowała wówczas dwa, trzy dni. Po otwarciu linii kolejowej do Chabówki w 1884 r., podróż konnym zaprzęgiem skróciła się do jednego dnia, gdyż od tego momentu letnicy zwykle przesiadali się na fasiąg dopiero w Chabówce. Kres podróżom konnymi zaprzęgami pod Tatry przyniosło przedłużenie linii kolejowej z Chabówki do Zakopanego w 1899 r. Od tej pory pojazdy służą głównie do wożenia turystów na miejscowych trasach.

Dzisiaj fasiągi znane są głównie jako pojazdy, którymi wożeni są turyści na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego drogą Balzera ,na odcinku Palenica Białczańska – Włosienica.

Górale i ich konie

Problem wożenia turystów konnymi zaprzęgami do Morskiego Oka jest stary i nadal nie rozwiązany. Konie padają ze zmęczenia, dosłownie konają na drodze a górale traktują je jakby były psującymi się maszynami. Co i rusz kolejne władze rządowe obiecują problem załatwić, ale nie załatwiają, bo są jakieś kolejne wybory i trzeba góralskiego poparcia. A władze lokalne po prostu milczą, bo podhalańscy górale są z sobą mocno skoligaceni, no i te ciągłe wybory samorządowe.

Z góralami, gdy idzie o pieniądze trudno się rozmawia. W reszcie Polski traktowani są jako grupa  „kultowa” i folklorystyczna. Wszyscy ich kochają za tańce, śpiew, muzykę i ludowe stroje. Ale to tylko jedna strona medalu. Z drugiej strony górale to lud przez wieki żyjący w okrutnej nędzy. Jeszcze sto lat temu wręcz przysłowiowa była „nędza podhalańska”. A to jest pamięć pradziadków, dziadków i rodziców. Uciekając od tej nędzy wyjeżdżali masowo za granicę, głównie do USA. Z lęku przed powrotem nędzy są bezwzględni, wręcz okrutni w zarabianiu i gromadzeniu pieniędzy. I dlatego też wozacy do Morskiego Oka nie odpuszczą, bo w sezonie zarabiają prawie 2 000 zł dziennie.

I tak to wygląda bez kolorowania. Czy postawa górali wobec ich zwierząt kiedyś się zmieni? Pewnie tak, ale to potrwa jeszcze przez dziesięciolecia. I to pod warunkiem, że władze im nie odpuszczą.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Piłeczka nasza kochana

Piszę ten felieton we wtorek 18 czerwca, czyli po meczu Polska – Holandia. Mecz przegraliśmy 2:1, ale na pewno na Euro 2024 zagramy jeszcze dwa. A potem jak Bóg da. Jak zawsze.

Lubie piłkę nożną, nie będąc jednak zaciekłym kibicem nożnej – tak klubowej, jak reprezentacyjnej. Piłka nożna jest ze swej natury bardzo widowiskowa, na stadionach gromadzi tysiące ludzi, co daje bardzo interesującą atmosferę i szanse na ekscytujące przeżycia.

Nasze klubowe rozgrywki od ponad pół wieku nie są fascynujące, ale też ich poziom plasuje nasze ligę w końcówce Europy. Podobnie zresztą jest z naszą reprezentacją. Po wspaniałych sukcesach z czasów trenerów Górskiego i Piechniczka nie mieliśmy żadnych istotnych osiągnięć. Naszą reprezentację cechowała przykra przeciętność, brak ambicji władz PZPN, trenerów i oczywiście piłkarzy.

Zadziwiające jest w tym wszystkim to, że kibice bez przerwy i niezmiennie kochają reprezentację i przeżywają jej kolejne klęski. Trochę jest to miłość masochistyczna. Zresztą my Polacy lubimy sobie pocierpieć, bo czyni to nas wyjątkowymi. Tak uważamy i będziemy tej zasady bronić do kolejnej klęski.

Polski Związek Piłki Nożnej

Działacze, a po prawdzie suto opłacani pracownicy PZPN, przez lata przechodzą poprzedników i samych siebie, że zaskoczyć kolejną aberracją. Pamiętam, jak chyba za czasów prezesa Grzegorza Laty, PZPN zaskoczył Polaków próbą wprowadzenia nowego logotypu reprezentacji. Było to coś, co przypominało połączenie herbowego orła, piłki i kilku kresek totalnej abstrakcji. Gdy wybuchła afera, PZPN tłumaczył się, że właściwie to on jest organizacją prywatną, że owszem reprezentują oni Polskę, ale nie tak do końca.

Pamiętam również jakieś szalone zawirowania w sprawach dysponowania społecznymi pieniędzmi przez działaczy. Spowodowało to ingerencję władz rządowych, które wymusiły zmiany personalne we władzach PZPN. Wtedy to okazało się, że PZPN jest od lat opanowany przez „leśnych dziadków”, czyli startych, sprawdzonych działaczy, którzy bardziej dbali własne przychody niż o dobro polskiej piłki nożnej. Prawica widziała w tym nawet kontynuację starego układu z PRL-u. Prawda jednak była bardzo prościutka – PZPN został opanowany przez facetów dobrze się znających i umiejących dzielić się władzą, czyli pieniędzmi. Normalna szajka.

Trenerzy

Od lat panowało też we władzach PZPN przekonanie, że reprezentacja gra słabo, bo mamy marnych trenerów. Dalsze ciąg logiczny był taki – skoro zachód Europy gra od nas lepiej, to trzeba wziąć z zachodu trenerów. I ruszył zagraniczny zaciąg, za wielkie, niewyobrażalne dla polskich trenerów pieniądze. I co? Ano nic.

Pierwszym zagranicznym zbawcą naszej reprezentacji miał być Holender Leo Benhakker. Prasa witała go jak zbawcę, jak poprzednio witano w Polsce generała Józefa Hallera, gdy w 1919 roku na czele Błękitnej Armii przybył z Francji.

Holender nic nie osiągną, tyle, że nam naubliżał i ponarzekał. Generalnie – był zdziwiony bałaganem w zarządzaniu polska reprezentacją. Po Holendrze zatrudniono polskich trenerów: Stefana Majewskiego, Franciszka Smudę, Waldemara Fornalika, Adama Nawałkę i Jerzego Brzęczka. Niewiele osiągnęli, ot standard, żeby jakoś się przeczołgać do kolejnych mistrzostw świata i Europy. I żeby po rozegraniu trzech wstępnych meczy wrócić. Niektórym z tych trenerów to się udało, innym nie.

Jedynie Jerzy Brzęczek miał szansę osiągnąć coś więcej. Ale gdy kierowana przez niego reprezentacja zakwalifikowała się do kolejnych mistrzostw, zwolniono go, a na jego miejsce zatrudniono Portugalczyka Paulo Sousę. Odejście Brzęczka tłumaczono fakte, że w kadrze był konflikt, co się tłumaczy tak, że kliku piłkarzy nie lubiło go. W normalny kraju wyrzuca się z kadry rozrabiaczy, facetów o przerośniętym ego, a trener zostaje.

Sousa też niczego nie osiągnął, choć szumu wokół siebie robił dużo, zasłynął tym, że po prostu z Polski uciekł, bo w Brazylii obiecano mu w piłce klubowej większe pieniądze. Czy ktoś z PZPN odpowiedział za zaangażowanie takiego pajaca? A skądże.Potem byli trenerami: Czesław Michniewicz i Portugalczyka Fernando Santosa.

Michał Probierz

Obecnie trenerem reprezentacji jest Michał Probierz, trener doświadczony, z klubowymi sukcesami. Jako jeden z niewielu polskich trenerów lubi i wymaga od zawodników, żeby grali do przodu. To nie żart, bo większość trenerów z zagranicy (naszych też) próbowała z naszą reprezentacja zrobić coś magicznego, coś czego nie robi nikt na świecie.

Nasi mieli grać obronnie czym przebiegle mieli usypiać czujność przeciwników, po czym nagle, bez uprzedzenia, mieli robić dwa, trzy rajdy do przodu i strzelać bramki. Jedyny problem był w tym, że zanim przeciwnicy dali się nam uśpić, to już strzelali na dwie, trzy bramki. Przez sen.

Mecz z Holandią, świetnym zespołem, udowodnił, że możemy grać jak inni. Walczyć, szybko biegać i strzelać. Przegraliśmy, ale Probierz udowodnił, że nasi piłkarze nie są gorsi. Probierz miał też trochę „szczęścia”, że kilku „wielkich” złapało kontuzje i musiał ich zastąpić młodymi, szybkimi.

Ręce precz od pana Michał

Być może znowu nie wyjdziemy z grupy, może tak być. I wtedy znowu nastąpi coś, co następuje u nas zawsze. PZPN nie przedłuży kontraktu z Probierzem i zacznie szukać nowego zbawcy. Dlatego uprzedzam i mówię już teraz. Zostawcie pana Michała w spokoju. Dajcie mu czas. Dajcie też czas młodym szybkim.

Starszych piłkarzy należy uhonorować, odznaczyć, urządzić im mecze pożegnalne i „z żywymi naprzód iść”.

WALTER ALTERMANN: Językowe tragedie mowy ojczystej

W języku polskim jest 7 przypadków: mianownik, dopełniacz, celownik, biernik, narzędnik, miejscownik oraz wołacz. Żeby nie było zbyt łatwo, to mamy również cztery deklinacje: męską, żeńską, nijaką i mieszaną.

Z ciekawostek mamy i to, że w języku polskim występują także rzeczowniki, o bardzo nietypowej odmianie jak na przykład te rodzaju męskiego z końcówką „-anin” (wegetarianin). W liczbie mnogiej posiadają skrócony temat (tracą cząstkę „-in”) i w dopełniaczu odmiana rzeczowników tego typu będzie miała postać „wegetarian” lub „wegetarianów”

A teraz przystąpmyż do odnotowanych ostatnio przeze mnie wpadek językowych.

 

Nie ma biletów, są bilety

Robert Biedroń w „Kawie na ławę”, w TVN, 26 maja 2024 roku: „Źle by się stało, gdyby powstała jakaś nowa komisja śledcza, bo ludzie już nie chcą kupować bilety na takie spektakle.

Mądrze powiedziane, ale niestety z dużym błędem językowym. Poprawnie powinno być: „…nie chcą kupować biletów”, a gdyby kupowali chętnie, to poprawnie będzie tak: „…chcą kupować bilety”.

Niestety, nawet ludzie z czołówek partyjnych ciągle mylą mianownik z dopełniaczem. Warto zapamiętać, panie europośle, żeby w Brukseli wstydu ojczyźnie nie robić.

Powszechny czy pospolity?

W interesującym programie o dawnych fortecach i fortyfikacjach, Polsat Play, 28 05 2024, ekspert mówi o twierdzy w Kłodzku, i naraz stwierdza, że twierdze były również więzieniami. Co zresztą znajduje potwierdzenie w języku polskim dawnych wieków, gdy pisano, że jakiś zbrodniarz, czy też przeciwnik polityczny „trafiał do twierdzy”. Twierdze bowiem, jako obiekty pilnie i dobrze strzeżone, gwarantowały władzom, że więzień nie ucieknie.

Na razie wszystko się zgadza. Ale w pewnym momencie ekspert stwierdza: „W twierdzach siedzieli, jak w więzieniach powszechni bandyci.”

I w tym stwierdzeniu ekspert od fortów racji nie ma. Mamy bowiem w języku polski dwa bardzo podobne do siebie pojęcia, ale z gruntu jednak różne: powszechny i pospolity. Zbrodniarz, bandyta może być pospolity, ale na pewno nie powszechny.

W prawie istnieją oba pojęcia, ale jednak każde z nich oznacza różne przestępstwa. I  mamy: takie przestępstwa pospolite, jak:

  1. Przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu (Rozdział XIX Kodeksu karnego)
  • zabójstwo (art. 148 § 1 k.k.) oraz morderstwo (art. 148 § 2 k.k.),
  • doprowadzenie do samobójstwa (art. 151 k.k.),
  • nieumyślne spowodowanie śmierci (art. 155 k.k.),
  • spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 § 1-3 k.k.),
  • spowodowanie średniego uszczerbku na zdrowiu (art. 157 § 1-3 k.k.),
  • bójka i pobicie (art. 158 k.k.),
  • udział w bójce lub pobiciu z użyciem niebezpiecznego narzędzia (art.  159 k.k.),
  • narażenia człowieka na niebezpieczeństwo (art. 160 k.k.),
  • nieudzielenia pomocy (at. 162 k.k.).

 

2. Przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu (Rozdział XX Kodeksu karnego)

  • sprowadzenie zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 163 k.k.),
  • sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 164 k.k.).

 

Sięgnijmy jeszcze do słownika PWN i przypatrzmy się znaczeniu obu pojęć.

 

Pospolity znaczy: 1. często się zdarzający, spotykany lub powszechnie znany. 2. taki, jakich wiele. 3. mający odcień trywialności. 4. dawniej wchodzący w skład ogółu lub służący ogółowi.

Powszechny natomiast to: 1. dotyczący wszystkich rzeczy, osób, spraw itp.; 2. częsty, ogólnie znany i stosowany.

Tak więc Rzeczpospolita nie jest Powszechną. A teatry mające w nazwie Powszechny niekoniecznie są pospolite, choć tu akurat bywają przykre dla wyrobionego widza wyjątki.

Półtora, półtorej

Ceniona i wielka tenisistka (obecnie już nie grająca) mówi w telewizji i Idze Świątek: „Ona jest tak silna, że zamęcza przeciwniczki i już po półtorej seta one nie mają siły”.

Piękna opowieść, ale niestety z dużym błędem. Prawidłowo bowiem tenisistka powinna powiedzieć „półtora seta”, bo set jest rodzaju męskiego. Gdyby natomiast Iga Świątek wypijała szklankę i pół szklanki mleka dziennie, to trzeba by powiedzieć: „wypija półtorej szklanki”.

Półtora jest liczebnikiem ułamkowym oznaczającym jeden i pół.

Liczebnik półtora nie odmienia się przez przypadki, choć sam narzuca rząd dopełniaczowy rzeczownikowi, z którym się łączy – każdy rzeczownik występujący bezpośrednio po formach półtora lub półtorej musi pojawić się w dopełniaczu. W zdaniach półtora  „przejmuje na siebie obowiązek składniowy” i „bierze odpowiedzialność” za łączenie się z innymi wyrazami. Dlatego też, jeśli przed liczebnikiem półtora występują przyimki, nie wpływają one w żaden sposób na formę rzeczownika połączonego z półtora . Poprawnie mówimy i piszemy zatem: za półtora miesiąca, od półtora roku, po półtorej godziny (nie: po półtorej godzinie), przed półtorej godziny (nie: przed półtorej godziną), po półtora tygodnia (nie: po półtora tygodniu), przed półtora tygodnia (nie: przed półtora tygodniem) i przed półtora miesiąca (nie: przed półtora miesiącem). Ale – uwaga! – jest jeden jedyny wyjątek: połączenie: przed półtora rokiem (nie – jak nakazywałaby reguła – przed półtora roku).

Półtorej kilometra, półtorej kilograma, półtorej roku – to są błędy nazbyt częste, niemal pospolite. Niby wszyscy i tak wiedzą o co chodzi, ale błąd jest błędem.

Kogo, co może desygnować trener

W czasie meczu piłki nożnej, na zakończenie rozgrywek Ekstraklasy, pomiędzy Radomiakiem a Widzewem, komentator mówi: „Te zmiany, które desygnował trener, przyniosły wymiar istotny”. I w jednym zdaniu mamy dwa potworki językowe.

Po pierwsze – desygnowanie (od łac. designare – wyznaczać), to wyznaczanie kogoś do pełnienia określonej roli, powoływanie do sprawowania pewnej funkcji, mianowanie na stanowisko. Desygnować można kogoś ważnego na bardzo ważne stanowisko, ale trener Widzewa wprowadził, jedynie na boisko nowych zawodników, więc gdzie tu jakaś desygnacja? Dlaczego więc sprawozdawca sportowy nie mówi o zmianach, ale o desygnacji? Bo uznaje, że tak jest poważniej. I myli się oczywiście, bo jest jedynie śmieszniej.

Druga rzecz – wymiar istotny. Kompletna ruina językowa. Bo chodzi tylko o to, że nowi zawodnicy na boisku mieli więcej sił, grali lepiej… Ale co ma do tego „wymiar istotny”? A może sprawozdawca był poprzednio sprawozdawcą parlamentarnym?

 

 

Grafika przedstawiająca rozbiór Polski powinna przypominać, że utratę państwowości zawsze poprzedza brak szacunku do ojczystego języka...

WALTER ALTERMANN: Rota na nowo, czyli Konopnicka w grobie się przewraca

Maria Konopnicka napisała w 1908 roku piękny wiersz, nawiązujący do walki Polaków z germanizacją. Jednym z impulsów do powstania tego utworu był strajk dzieci polskich we Wrześni w 1901 roku. Muzykę napisał Feliks Nowowiejski – i tak powstał utwór, będący jednym z naszych najważniejszych hymnów narodowych.  Nowoweiejski polski kompozytor pochodził z zaboru pruskiego, z Warmii. 

Pierwotnie pieśń miała być przeznaczona dla krakowskich „Sokołów”. Po raz pierwszy wykonano ją publicznie, przez kilkuset chórzystów z terenów objętych zaborami, 15 lipca 1910 w czasie uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie 500. rocznicę zwycięstwa wojsk dowodzonych przez Władysława Jagiełłę. Połączonymi chórami z całej Polski dyrygował kompozytor. Podczas pierwszej prezentacji pieśń nosiła tytuł Grunwald, później została wydana w druku jako Hasło, a następnie przyjęła się jej obecna nazwa Rota.

Prawdopodobnie bezpośrednim bodźcem do napisania wiersza był protestacyjny wiec kobiet w Poznaniu, 10 maja 1908 r., zorganizowany w odpowiedzi na pruską ustawę o wywłaszczeniu oraz sprzeciw wobec tzw. paragrafu kagańcowego w ustawie o zebraniach i stowarzyszeniach. Konopnicka ten poparła wiec, wysyłając z Jedlicz datowany na 10 maja list o treści: „Wiec Wielkopolanek pozdrawiamy. Wiecuje z Wami Polska cała, ufając, że umiłowaną dzielnicę Piastową uczynicie bohaterską redutą narodowego ducha”. 21 czerwca 1908 r. redakcja „Głosu Wielkopolanek” pisała: „Podziękę tę (za współpracę z pismem red.) w pierwszej linii składamy dzisiaj Zacnej Jubilatce Marii Konopnickiej za ostatni utwór pt. „Rota” łaskawie nam nadesłany. Niestety, ze względów karnej ustawy prasowej nie możemy dzisiaj umieścić go tak, jak wyszedł spod gorącego pióra Wielkiej Poetki”.

Rota zaraz po odzyskaniu niepodległości była poważną konkurentką Mazurka Dąbrowskiego do miana hymnu narodowego. Była tak popularna, że w okresie międzywojennym Polskie Stronnictwo Ludowe przyjęło ją jako swój hymn partyjny. Ponownie i oficjalnie uznano Rotę za pieśń PSL-u w roku 1990.

Co tak urzekło ludowców w tym tekście? Najpierw przeczytajmy tekst raz jeszcze.

Tekst Roty Marii Konopnickiej

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród.

Nie damy pogrześć mowy,

Polski my naród, polski lud,

Królewski szczep piastowy.

Nie damy, by nas gnębił wróg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg!

Do krwi ostatniej kropli z żył

Bronić będziemy ducha,

Aż się rozpadnie w proch i pył

Krzyżacka zawierucha.

Twierdzą nam będzie każdy próg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg!

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz,

Ni dzieci nam germanił,

Orężny wstanie hufiec nasz,

Duch będzie nam hetmanił.

Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg.

Nie damy miana Polski zgnieść,

Nie pójdziem żywo w trumnę,

W Ojczyzny imię i w jej cześć

Podnosim czoła dumne.

Odzyska ziemię dziadów wnuk.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg

 

Nie damy pogrześć mowy

Mnie najbardziej urzeka wers, mówiący, że „Nie damy pogrześć mowy”. I tu się z Konopnicką zgadzam zupełnie. Czy wiersz jest dobry, biorąc pod uwagę jego wartość artystyczną? Nie wiem i nie muszę się wypowiadać. Bo nie w kategoriach doskonałości poetyckiej trzeba mierzyć Rotę. Podobnie jak dogłębna analiza Mazurka Dąbrowskiego, mogłaby zedrzeć z utworu piękno najwyższe, narodowe.

Podoba mi się również, że ludowcy wzięli Rotę za swój hymn. Jakby wprost czerpiąc z Wesela Wyspiańskiego – „Chłop potęgą jest i basta”. Choć i w tym przypadku, gdyby uważnie czytać Wesele, to okazałoby się Wyspiański nie do końca widział w chłopstwie siłę i zbawców ojczyzny.

Efektory Kosianiaka-Kamysza

Rozpisałem się o Rocie, bo mnie jasny szlag trafił, gdy wysłuchałem dnia 28 maja 2024 roku wystąpienia prezesa PSL-u, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Kolejny raz prezes mówił tak, jakby miał zamiar odwrotny do Konopnickiej, jakby chciał „Pogrześć naszą mowę”.

Nie wiem dlaczego, ale wicepremier Kosiniak-Kamysz kocha wrzucać do swych przemówień obce słówka i niepolskie pojęcia. I to dlatego jego wystąpienia przechodzą ludzkie pojęcie.

Ostatnio mówił o obronności, czyli niejako zawodowo, bo jest też Ministrem Obrony Narodowej. I nagle, bez uprzedzenia mówi: „To jest nasz gejm czendżer (game changer)…”

Sięgam do słownika i okazuje się, że ów gejmczendżer to coś, co gwałtownie zmienia okoliczności sytuacji i wpływa na radykalną zmianę dotychczasowego postępowania w jakimś zakresie. Czyli coś co jest istotną, rewolucyjna zmianą. Ergo: Kosiniakowi-Kamyszowi chodziło o to, że nowe rodzaje uzbrojenia, które Polska kupuje, wniosą nową jakość do naszej armii, dadzą nowe, rewolucyjne wprost możliwości obronne.

Żeby na tym poprzestał, ale bogać tam sołtysie… Następnie zaczął mówić, że polska armia będzie miała nie tylko nowoczesne systemy ostrzegania, dozoru przestrzeni powietrznej i lądowej, ale że będziemy mieli również „nowoczesne efektory”. Czym są te efektory? Z kontekstu wypowiedzi ministra, że efektory to broń, która strzela i wybucha, począwszy od karabinów, a skończywszy na rakietach dalekiego zasięgu.

Dlaczego Konopnicka w grobie się przewraca

I tak to obecny prezes PSL-u za nic ma słowa hymnu swej partii. Gorzej, bo mówi tak, jakby świadomie kpił z wezwania Konopnickiej, żeby nie dać „pogrześć mowy”. Niestety Kosiniak – Kamysz grzebie polszczyznę, w każdej swej wypowiedzi.

Oczywiście wiem, że Kosiniak – Kamysz uważa PSL za partię nowoczesną. Wiem również, że z wykształcenia jest lekarzem. I wiem, że nie ma zaliczonego nawet szkolenia wojskowego dla studentów. Ale kto by nie był ministrem obrony, musi umieć mówić po polsku, bez efektorów i gejmczendżerów.

Zresztą nie tylko Konopnicka się w grobie przewraca,  bo również trzeba by zmienić słynny wiersz Juliana Tuwima. I zamiast „Rżnij karabinem w bruk ulicy…” trzeba będzie napisać „Rżnij efektorem w bruk ulicy…”.

Język, panie wicepremierze, język, a nie efektory są pierwszą linia obrony polskości. I bez żadnego tam gejmczendżer.

 

WALTER ALTERMANN: Elegancja prawdziwa i zbytek elegancji

Elegancja językowa, uroda języka są niezwykle ważne. To już jest oczywiście stopień najwyższy w posługiwaniu się językiem,. Nie jest to dostępne każdemu z urodzenia, ale można to „nabyć”. Czyli nauczyć się i stosować. Elegancki język jest smakiem naszych kontaktów, oczywiście pod warunkiem, że nie przesadzimy. To jest tak jak z soleniem potraw, nie można przesadzać, bo jedzenie będzie nie do jedzenia, a język będzie nas kompromitował. 

W pewnym filmie dokumentalnym, opowiadającym o wielkiej polskiej aktorce, pada zdanie o jej relacjach uczuciowych, w tym o problemach w jej małżeństwie. Otóż aktorka owa słynęła z bujnego temperamentu i licznych romansów. Jak przedstawiono ten problem w filmie? Otóż dowiadujemy się, że aktorka: „Miała poważne problemy z dochowywaniem wierności”.

Można elegancko i prawdziwie? Pięknie powiedziane. A ludziom prostym i wulgarnym przychodziłyby na język określenia dosadne, a nawet wulgarne.

Przesadna elegancja

W związku ze sprawą zamachu na słowackiego premiera Roberta Fico właściwie wszystkie polskie stacje telewizyjne żyły tym wypadkiem przez cały tydzień. Pojawiły się też informacje o zamachowcu, którym okazał się niejaki 71-letni Juraj Cintula.

I naraz w Polsacie usłyszałem, że: „Zamachowcem był pan Juraj Cintula”. I to jest właśnie zbytek elegancji oraz zupełna nieznajomość podstawowych zasad języka polskiego. W tym zdarzeniu panem był Robert Fico, a zamachowiec nie zasługuje na miano pana.

Pan to musi coś znaczyć, pan to jest człowiek godny. A etymologia podpowiada nam jeszcze, że panem z założenia był szlachcic lub człowiek wykształcony, poważny i szlachetny. Chłopu nigdy nie panowano. Do chłopa zwracano się po imieniu, bo chłopi jeszcze w XVIII wieku nazwisk nie mieli. W wielkiej komitywie do chłopa zwracano się per: „Mój dobry Walenty”. Podobnie było z mieszczanami i Żydami. Oni też nie zasługiwali na bycie panami.

Na szczęście obecnie wszyscyśmy już panami. Takie są śmieszne, uboczne skutki socjalizmu, który miał wszystkich wyrównać w dół, ale to też mu nie wyszło – temu socjalizmowi. I wyrównaliśmy do panów.

Jest jednak grupa ludzi, do których nie należ zwracać się per pan. A są to złodzieje, gwałciciele, defraudanci, zdrajcy, szpiedzy i mordercy. Dlatego nie można owego Cintala nazywać panem, bo po oddaniu strzałów do premiera spadł najniżej jak można.

Składnia, głupcze

Niestety, bardzo wielu z nas nie umie poradzić sobie z podstawowymi związkami syntaktycznymi w języku polskim. A bez właściwej składni słowa układają się w bełkot. Piszę o tym, bo „urzekła” mnie wypowiedź urzędniczki, która poinformowała w Polsacie: „Sprawa dotyczy tych osób, którzy będą chcieli głosować poza miejscem zamieszkania”.

Powinno być „Sprawa dotyczy tych osób, które będą chciały głosować poza miejscem zamieszkania”. Niby nic, a przykro.

Mamy w języku polskim, między innymi, trzy podstawowe związki: zgody, rządu i przynależności. Warto, by osoby publiczne nauczyły się tych zasad.

Trzeba poznać i używać polską syntaktykę czyli składnię. Pojecie pochodzi z greki (σύνταξις sýntaxis i oznacza „porządek, szyk”. Jest to dział językoznawstwa, który zajmuje się budową wypowiedzi. Syntaktyka (w ujęciu tradycyjnym) bada takie zjawiska jak funkcje wyrazów w zdaniu (funkcja podmiotu, orzeczenia, dopełnienia itd.), zależności między wyrazami w zdaniu (np. związek zgody, związek rządu, związek przynależności), czy szyk wyrazów w wypowiedzi. Skoro obcokrajowcy są w stanie to zrozumieć, to i my damy radę. I nie jest tak, że rodzimy się z doskonałą znajomością rodzimego języka, że wysysamy wszystkie jego formy z mlekiem matki. Tacy cudowni to nie jesteśmy.

Tkactwo dwuosłonowe i inne banialuki

W TVN, 4 maja 2024 roku można było usłyszeć zapowiedź reportażu o tkactwie dwuosłonowym. Nie jestem ekspertem od tkactwa, ale coś tam wiem, a ponieważ o tkactwie dwuosłonowym jeszcze nie słyszałem, to obejrzałem ów reportaż. I okazało się, że sprawa dotyczyła rzadkiej już dziś techniki tkania gobelinów, które nazywa się dwuosnowowym. Ta powszechna niegdyś technika jest dziś praktykowana jedynie na Podlasiu. Materiał był bez zarzutu, wyjaśniał co miał wyjaśnić i pokazał interesujących ludzi.

Natomiast zapowiedź była skandaliczna, bo świadczyła o tym, że piszący zapowiedź, bądź też  czytający ją (a może obaj) niczego nie rozumiejąc odważyli się tą niewiedzą podzielić z całą Polską. Niechlujstwo i partactwo.

Co jest u niego

TVN 24, 13 IV 2024 roku. W informacji o wyborach pada takie stwierdzenie, dotyczące dwu kandydatów w Krakowie: „Trzeba przyznać, że kultura polityczna jest u nich na wysokim poziomie”.

I mamy klasyczny rusycyzm. Bo to Rosjanie mówią „U niewo”. Po polsku należałoby powiedzieć, że: „Mają wysoką kulturę…”, bądź też: „Cechuje ich wysoka kultura…”. W dobie szukania wszędzie obcych agentów, zwróciłbym baczną uwagę na autora tej wypowiedzi.

Uważność czy uwaga

Jedna ze stacji telewizyjnych poinformowała, że sprawie „Należy się przypatrywać z dużą uważnością”. Dlaczego tak? Przecież powinno być „Z uwagą”. A może mówiącemu chodziło o ostrożność”? I tak mu się jakoś niechcący połączyła uwaga z ostrożnością. W sumie śmieszne.

Archiwum

WALTER ATERMANN: Progresywne ataki na ojczysty język

I znowu mam kilka przykładów na to, że nie ustają ataki na nasz ojczysty język. A dzieje się to głównie w mediach, zarówno w prywatnych i państwowych.

I tutaj mamy równość, i zgodę ponad podziałami. Niestety w tej jednej sprawie panuje zupełna zgoda między tymi, którzy lubią różne partie. Przykre, że tylko w tym. Jeżeli ktoś jest aktywny, to według morderców języka, jest aktywistą lub aktywistką. Z tym zastrzeżeniem, że aktywistki/aktywiści muszą być jeszcze progresywni. Przypatrzmy się temu zjawisku po kolei. Najpierw na stół operacyjny niech trafi pojęcie aktywista, następnie aktywista progresywny.

Aktywista, według dzisiejszego zwyczaju, to człowiek zajmujący się w wolnym czasie organizowaniem protestów, zadym, strajków w sprawie (klimatu lub ogólnie rozumianej wolności osobistej), lub dla żartu. Aktywista nie może mieć czegoś jedynie za złe, nie może też w domu nie zgadzać się z czymś pochodzącym od rządu lud parlamentu. Aktywista musi pojawiać się w tzw. przestrzeni publicznej i tam dopiero dawać upust swej frustracji, tamże musi manifestować, wykrzykiwać swoje poglądy i żądania. Zatem, żeby być uznanym za aktywistę, trzeba hałasować, rzucać się w oczy w miejscach publicznych, a najchętniej w okolicach miejsc rządowych lub w Sejmie czy Senacie. Nie wystarczy pisać petycji, nie wystarczy nękać listownie posłów, senatorów, ministrów i premiera, trzeba hałasować publicznie.

Aktywista progresywny, to tak naprawę osobnik postępowy, bo progres to zwyczajny postęp. Dlaczego zatem współcześni aktywiści nie chcą być postępowi, lecz progresywni. Ano dlatego, że już w latach 50-tych, za tzw. komuny, postępowcami nazywali siebie samych aktywni członkowie PZPR. I nawet się z takiego miana szczycili. Kres postępowcom położył rok 1956. Po ujawnieniu tylko części zbrodni systemu, tak w ZSRR jak w Polsce, aktywistom z PZPR jakoś zrzedła mina i byli już cichsi. Mniej manifestowali, a jeżeli już, to znacznie dyskretniej.

Do śmierci postępowców przyłożył się też chlubnie Sławomir Mrożek, który w swojej stałej rubryce satyrycznej w „Życiu Literackim”, a ta nazywała się właśnie „Postępowiec”, bezlitośnie wyśmiewał to pojęcie.

A co głosili postępowcy? Poświęcenie spraw rodziny na rzecz wspólnoty socjalistycznej, traktowanie zebrań i akcji partyjnych jako najwyższe moralne dobro. Atakowali też Kościół i religię, jako wyraz najgłębszego wstecznictwa. Stawiali również rozum (ale socjalistyczny) ponad jakimkolwiek uczuciem.

Czasem przychodzi mi do głowy, że między postępowcami z pierwszych lat komuny w Polsce a dzisiejszymi progresistami, nie ma żadnej różnicy. Język jest trochę inny, ale aberracyjne cele i duch walki taki sam. Nawet zaciętość na ich twarzach jest identyczna.

Język aktywistki

Język aktywistek/aktywistów jest okropnie śmieszny. Jedna z nich w TVP mówiła ostatnio tak: „Walczymy o możliwość sytuowania siebie w polityce”. Konia z rzędem temu, który zrozumie o co jej chodzi. Podejrzewam jedynie, że tej młodej kobiecie chodzi głównie o to, żeby zaistnieć. Ja się jeszcze domyślam, że tej pani zależy na tym, żeby zostać politykiem/polityczką, najlepiej na kilka kadencji w Sejmie.

Ale skąd jej się wzięło owo „sytuowanie siebie”? Może stąd, że wstydziła się powiedzieć wprost, że żąda miejsca w polityce, bo jest młoda i ładna? A sytuowania to jakieś –  takie – coś –  nie wiadomo co. I o to im chodzi, żeby mówić mętnie, bo wtedy nikt ich nie rozliczy.

Zaopiekowanie

„Zaopiekowałyśmy różne tematy” mówi inna aktywistka ruchu feministycznego.  Dziwaczne słowo „zaopiekować, zaopiekowanie” robi zawrotną karierę. Bo brzmi jakoś tak przyjemnie, jak opieka nad oseskiem, przedszkolakiem.

I to dlatego żaden z urzędników już nie mówi, że zajmie się sprawą czystości w mieście, regularnym kursowaniem pociągów, autobusów i tramwajów, ale twierdzi: „Zaopiekujemy się tym tematem”. Czyli zero odpowiedzialności, a tony szlachetnego podejścia do pasażera i mieszkańca.

Gdybym – mimo wszystko – nie był człowiekiem kulturalny, powiedziałby tym wszystkim samozwańczym „opiekunom”: „A weźże się pan do roboty, do k… nędzy. I przestań pan szklić oczy blagą na biegunach.”

Kto z czym sobie igra

Sprawozdawca meczu tenisa, 26 III 2024 roku, mówi o bułgarskim zawodniku: „Dymitrow igra ze swoimi nerwami”. Ciężko pojąć w czym rzecz. Ze stanu meczu wynikało, że ów Dymitrow grał w kratkę, raz dobrze, raz marnie. Czyli denerwował widzów, trzymał ich nerwy w napięciu i szarpał nimi. Ale powiedzieć, że zawodnik igra z własnymi nerwami? Bzdura. On po prostu miał słabszy dzień. Jednak nie jest przecież masochistą.

Perspektywa nadal żywa

Perspektywa nadal żywcem zjada widoki. Na naszych oczach. Nikt już nie mówi, że ktoś ma na coś dobre widoki. Nikt nie ma już punktu widzenia – wszyscy maja teraz dobre, lub słabe, perspektywy. Za mojej młodości świetne perspektywy miał socjalizm, a według ówczesnej propagandy miał te perspektywy coraz bardziej świetlane. Przy czym – im gorzej było „w realu”, tym propaganda przed narodem malowała coraz lepsze perspektywy. Błagam wszystkich, którym normalny widok zastąpił paranoidalną perspektywę, żeby dali już spokój. Bo naprawdę ciężko to wytrzymać. Choć zdaje mi się, że perspektywę na powrót do normalności mamy marną, bo postępowcy rosną w siłę.

Różniczkowanie wicepremiera

Pan Władysław Kosiniak–Kamysz w ważnym sejmowym wystąpieniu, bardzo ważnym, bo dotyczący naszej obronności, obecny minister obrony narodowej i wicepremier w jednym, powiedział: „Będziemy różniczkowali zamówienia naszego uzbrojenia”.

No to z nami koniec, finis Poloniae – pomyślałem, bo przecież różniczkowanie jest trudną operacją matematyczną i chyba pan minister nie da rady. A różniczkowanie dosłownie oznacza proces wyznaczania pochodnej (lub różniczki) funkcji.

Co prawda pan Kosiniak-Kamysz skończył studia medyczne i mógł mieć z różniczkowaniem do czynienia, ale to tylko moja hipoteza. Jednak od wielu lat już nie praktykuje medycyny, więc chyba operacji różniczkowania nie wykona.

Po chwili jednak, z jego dalszych wypowiedzi, wynikało, że chodziło mu po prostu o różnicowanie, o kupowanie różnego uzbrojenia, o różne rodzaje broni. Odetchnąłem.

Choć mówiąc poważnie – wojsko jest instytucją, służbą, w której dowódcy muszą do podwładnych mówić językiem jasnym i precyzyjnym. Zupełnie jak w dowcipie o sierżancie z jednostki piechoty, który poszedł do magazynu, żeby pobrać osiem sztuk teł strzeleckich, czyli namalowanych czołgów, armat, sylwetek wroga itp. Do takiego tła w czasie ćwiczeń żołnierze mierzą, poprawiają celownikami. Wtedy między sierżantem a magazynierem rozegrał się taki dramat.

Daj mi tła, osiem sztuk – mówi sierżant do magazyniera.

To wypisz pokwitowanie – mówi magazynier i podsuwa sierżantowi druk do wypełnienia.

Sierżant zaczyna pisać: „Kwituję odbiór ośmiu…”. I tu się sierżant zaciął, bo nie wiedział, jak ma być poprawnie: teł, czy tłów… Po czym wziął od magazyniera jeszcze dwa druki i na pierwszym z nich napisał. „Zamawiam cztery tła” A potem na drugim druku napisał tak samo; „ Zamawiam cztery tła”.

Panie wicepremierze, proszę do ludzi mówić normalnie, bez nadęcia i zadęcia, bo wojskowi oszaleją i wszyscy będziemy mieli kłopoty.

 

W służbie mowy ojczystej jak zawsze WALTER ALTERMANN: Słabowanie języka

Starsi ludzie ze wsi, jeszcze pół wieku temu mawiali o kimś chorym, że słabuje. Znaczyło to, że taki ktoś marnieje w oczach, jest chory, choć nie wiadomo na co. Dość, że osobnika słabującego opuszczały siły. Mam wrażenie, że tak jest teraz z naszym językiem – wyraźnie słabuje.

 A język, będący głównym narzędziem komunikacji międzyludzkiej, powinien mieć siłę do tworzenia nowych pojęć, nie pomijając przy tym tradycji i własnej kultury językowej. Niestety nowe narzędzia, dzięki którym powinno nam być łatwiej porozumiewać się, osłabiają go.

Tymi zabójczymi dla języka mediami są telewizja oraz Internet. Powie ktoś, że to wielkie osiągnięcia współczesnej cywilizacji. Teoretycznie można by taki pogląd przyjąć, ale rzeczywistość jest jednak smutna.

Morderczyni języka, czyli telewizja

Tu zauważę, że telewizje od kilkudziesięciu lat wzięły kurs „na młodych i niewykształconych”. I taki jest trend na całym świecie, bo dzisiejsi młodzi i prości mają ogromne pieniądze do wydania, a telewizje żyją przecież z reklam najróżniejszych produktów – od podróży, poprzez odzież, jedzenie, urządzenia techniczne, aż po muzykę. Zatem reklamodawcy oczekują „telewizji przyjaznej, prostej i dla ludzi”, żeby ich klient ją akceptował. Tak jak ma akceptować i kupować oferowane mu produkty. Ta tożsamość produktu i osób „z okienka” jest dziwna, ale zasadnicza i tak właśnie jest.

Klient nasz pan – zatem język, wyobraźnia, kultura i rozumienie świata mają być zrozumiałe dla każdego, czyli do bólu uproszczone. W tym celu coraz częściej stacje telewizyjne wpuszczają na ekrany, dopuszczają do głosu bardzo młodych dziennikarzy – ładne dziewczyny i przystojnych młodzieńców. Właściciele stacji dobrze wiedzą, że poziom doświadczenia życiowego tych młodych pracowników jest żaden, język marny a intelekt na dorobku, ale o to właśnie chodzi, żeby nikt się nie wymądrzał, żeby był przeciętny, jak grupa docelowa wyznaczona przez reklamodawców.

Młodzi dziennikarze mylą fakty, ale są dynamiczni i pewni siebie – właśnie tak jak biura podróży oferujące „niebywałą podróż w nieznane”. Podziwiam zresztą tych młodych dziennikarzy, są tak pewni siebie, że aż śmieszni. Ja bym się bał samego siebie, na ich miejscu będąc. Ale większości rodaków to się podoba. Bo typowi widzowie telewizyjni chcą od telewizji rozrywki i radosnej akceptacji świata, jakim on jest. I pewności młodych dziennikarzy, czyli tupetu i arogancji.

Internet –  jazgot świata

Internet z kolei jest narzędziem z pozoru demokratycznym, bo każdy przecież może zabrać głos i powiedzieć co go boli, a co cieszy. Ale to pułapka, bo gdy miliardy zabierają głos, to głos każdego z nas ginie w tym szumie i burzy informacyjnej.

W dawnych starych czasach można było się zorientować kto jest mędrcem, a kto patentowanym idiotą. Byli gazetowi dziennikarze, których czytało się z uwagą, bo naprawdę mieli coś ważnego do powiedzenia. Innych się pomijało. Ale też tytułów gazet nie było za wiele. A dzisiaj każdy może w pięć minut otworzyć sobie własnego bloga i wypisywać co chce. I internetowe gazety mnożą się w postępie geometrycznym.

Pojawili się też influencerzy, których zadaniem jest robić zadymę i mózgową wirówkę nonsensów. Ale przecież ktoś ich czyta, ktoś ich słucha. Ktoś jest przez nich kształtowany… Można nawet powiedzieć, że teza na naszych oczach upada teza starego Marksa, który głosił że ilość będzie przechodziła w jakość. Jest dokładnie odwrotnie.

Czy każdy powinien mieć głos?

Oczywiście takie pytanie jest czystą prowokacją, bo prawo do głosu jest podstawą dzisiejszej demokracji. Niestety, ta gadająca demokracja ma i taki skutek, że dochodzi do niebezpiecznej redukcji treści, ale nawet myślący człowiek musi w końcu opowiedzieć się po stronie tych, którzy mają zdanie podobne do jego zdania. Tracąc tym samym możliwość poważnej analizy wielu innych głosów.

Tym samym wracamy do początku i mając milionowe, miliardowe zdania, skazani jesteśmy jedynie na kilka zdań, kilka opinii i poglądów. Czyli – jest Internet, a jakoby go wcale nie było.

Dlaczego język słabuje?

Obecna słabość języka wynika nie tylko z tego, co napisałem powyżej. Rzecz bowiem w tym, że masowa informacja trafia do ludzkiej masy nieprzygotowanej do precyzyjnego formułowania myśli, do zakuwania ich w zdania. Inaczej mówiąc – nieprzygotowanej do myślenia.

Jest wśród nas mnóstwo paplających dziwaków, psycholi ogarniętych manią wielkości, psychopatów nienawidzących innych. Żeby stać się „tym innym” wystarczy wypowiedzieć publicznie kilka zdań, które są inne, niż panujące i nie przypadną do gustu psychopatom. Takie są skutki globalnej wioski i Internetu. Teraz każdy może objawiać swoją nienawiść i wszystko co mu tam po głowie łazi.

Nadzieja dla języka

Na szczęście ta medialna wolność ma też i tę właściwość, że czym więcej ludzie publikują, tym bardziej to co głoszą staje się nieistotne i błahe. Może w tym jest ratunek? W tym chaosie językowym, w owym nadmiarze informacji nieważnych i mątliwych jest jednak nadzieja. Otóż, przypuszczam, że istnieje jakaś krytyczna masa informacji, po przekroczeniu której ludzkość otrzeźwieje i przestanie pisać i gadać publicznie, przestanie też przejmować się owym nadmiarem informacji płynących bez przerwy z telewizorów i Internetu. Nastąpi wtedy ogromna inflacja słowa publicznego i do poprzednich wartości wróci milczenie, rozsądek i spokojne rozważanie informacji.

Choć, może być i tak, że niebawem naszą planetę będą zamieszkiwały całkowicie odmóżdżone istoty, sterowane przez media. Na rozkaz będą chodziły do pracy, na rozkaz płynący z mediów będą dokonywały istotnych wyborów: gdzie jechać na wakacje, na kogo głosować, kiedy wychodzić na spacer, a kiedy siedzieć w domu, kiedy dokonywać zbliżeń seksualnych w małżeństwie, co uznawać za piękne, a co za brzydkie. Niestety może być i tak, bo większość ludzi ma skłonność do bycia niewolnikami, wtedy tacy ludzie czują bezpieczni, czyli (ich zdaniem) prawdziwie wolni.

Rozmawiać w domu

Na zakończenie tych rozważań jedna ważna informacja. Ostatnie badania naukowe w Szwecji dowiodły, że dzieci z rodzin „gadatliwych” są bardziej inteligentne. Jeżeli rodzice dużo rozmawiają, to potomstwo szybko opanowuje większy zasób słów, jest bardziej otwarte na innych i łatwiej też komunikuje się ze światem. Zatem, mniej telewizji w rodzinie, więcej rozmów.