Opisać sztukę nie jest łatwo, Antoine Watteau „Muzyczne przyjęcie w letnim teatrze”,(fragment obrazu), olej na płótnie, ok 1719, The Wallace Collection - Art museum, Londyn. Fot. Wikipedia

WALTER ALTERMANN: Czy aktor się „wciela”? Oraz o innych przypadłościach na styku dziennikarstwa z kulturą

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów teatralnych.

W obecnych czasach najbardziej poważaną dziedziną w środowisku dziennikarskim jest oczywiście polityka. Jest po temu kilka przyczyn, ale z pewnością najważniejsza jest ta, że naprawdę każdy potrafi wyartykułować jaką partię lubi, a jakich nie. Reszta jest już prosta, choć oczywiście trzeba wiedzieć kto jest obecnie przy władzy, kto w opozycji, trzeba znać nazwiska prezydenta,  marszałków, szefów frakcji, ministrów, itp. No, ale to można sobie spisać w zeszycie i trzymać w szufladzie biurka lub na osobnym pliku w laptopie.

Przemysł, gospodarka, rolnictwo, handel międzynarodowy, kursy walut, bankowość cieszą się już mniejszym uznaniem wśród dziennikarzy, bo to jednak trzeba się trochę na tych sprawach  znać, a samo uwielbienie, na przykład, gospodarki Portugalii może nie wystarczać. Oczywiście o „problemach ścisłych” da się sporo wyczytać w Internecie, ale jest to jednak źródło zawodne a miejscami bałamutne.

Prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, gdy przyjdzie nam napisać coś o teatrze. Teoretycznie jest to łatwe, bo w końcu mamy pod ręką takie precyzyjne pojęcia o spektaklach jak: wzruszający, nie pozostawiający obojętnym, ujmujący (o przedstawieniach lżejszego gatunku), porażający (o tragedii), zabawny, miły, sympatyczny. I takich recenzji jest większość.

Najczęściej współczesny recenzent na początku streszcza dramat a potem wystawia cenzurki aktorom i reżyserowi. Z reżyserami jest prosto, bo to w końcu oni odpowiadają za finalny wyraz i jakość dzieła, ale z aktorami jest spory kłopot. Bo ileż razy można pisać, że M. stworzył kreację, a K. prawdziwą kreację, że B. była zabawna, że T. wzruszała do łez?

Jako miarę wybitnego sukcesu aktorskiego dzisiejsi recenzenci przyjęli określenie „wcielił/a się”. I czytamy, że N. wcielił się w postać Hamleta. Wyjaśnijmy sobie zatem, że aktor w nic i nigdy się nie wciela. Aktor po prostu gra.

Jeszcze, w przypadku gdy Tadeusz Łomnicki zagrał prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego w filmie Gdziekolwiek jesteś panie prezydencie, w reżyserii Andrzeja Trzos-Rastawieckiego, można by mówić o „wcielaniu się”. Bo Łomnicki zagrał postać historyczną i starał się oddać pewne charakterystyczne odruchy, gesty a nawet głos bohatera. Ale na litość boską Łomnicki się w nikogo nie wcielał, on grał.

Zdarza się, że aktor nawet fizycznie upodabnia się do bohatera, ale tylko w filmach o postaciach historycznych. I dlatego wszyscy liczni angielscy aktorzy grający Henryka VIII byli grubi. Ale przecież nie na tym polegała ich rola.

Czy recenzent może nauczyć się teatru? Nie wiem, ale z pewnością osoba nie chodząca do teatru niczego się w tej dziedzinie nie nauczy. A teatr jest matecznikiem aktorstwa, tam aktorzy dorastają, rozwijają i naprawdę uczą się zawodu. Oczywiście dzisiaj największą popularnością (i co za tym idzie uznaniem) cieszą się aktorzy seriali, ale wszystkie te seriale są do siebie podobne i nie wymagają żadnego istotnego wysiłku twórczego od aktorów.

Przed wojną człowiek, który chciał uchodzić za inteligenta musiał bywać w teatrze, operze i filharmonii. Oczywiście był to snobizm, ale był to snobizm błogosławiony. Bo z czasem nawet nieczuły na teatr osobnik jakoś zaczynał się orientować w czym rzecz.

W swoich gazetach Mieczysław Grydzewski zatrudniał jako recenzentów ludzi wybitnych, mających wielki dorobek w literaturze. I to oni mieli gwarantować czytelnikowi, że opisywana sztuka czy koncert są naprawdę wartościowe lub nie. I dlatego w Skamandrze i Wiadomościach Literackich pisali recenzje Tadeusz Boy-Żeleński, Antoni Słonimski i Julian Tuwim. I żadnemu z tych Wielkich przez myśl by nie przeszło, że jakiś aktor w cokolwiek się „wciela”.

W ludowych  bajkach, owszem wcielają się diabły w księdza, wędrowca lub rycerza, ale żywy aktor – powtórzę to – gra, i tylko i aż gra.

Jeszcze w okresie PRL była taka gazetowa praktyka, że redakcje proponowały swoim najlepszym dziennikarzom, zajmującym się kulturą, pisanie recenzji. I tak jak przed wojną, powojenni recenzenci bywali okrutni, ale naprawdę znali i rozumieli teatr.

Dzisiaj mamy do czynienia z ogromnym oddalaniem się kontynentów. Teatr i znawcy teatru oddalają się od siebie coraz bardziej i bardziej… Uczelnie humanistyczne kształcą „kulturoznawców”, którzy mają swój „kulturoznawczy” język. I ten język nowej nauki nie ma zupełnie nic wspólnego z teatrem, który jest udokumentowaną sztuką od co najmniej 26 wieków. Naprawdę żaden z aktorów i reżyserów nie mówi językiem z jakim mamy do czynienia na przykład w TVP Kultura. Tam to jest tak jakby Aborygeni i Eskimosi wymieniali się życiowymi doświadczeniami.

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów. Ale nie ma się czemu dziwić, gdy wiemy, że ogromna większość gazet zwolniła korektorów, polegając na komputerowych programach sprawdzających poprawność pisowni. Ale… dobry korektor sprawdzał też styl, składnię i różne takie…

Recenzja może być sztuką, co udowadniali już poważni pisarze, piszący recenzje. Nie zapomnę krótkiej recenzji Słonimskiego z wystawienia „Ćwiartki papieru” komedii Victoriena Sardou. Słonimski napisał krótko: „To nie była ćwiartka papieru, to była rolka.”

Pamiętam również recenzję, która zaczynała się tak: „Podstawowym problem tego wystawienia jest to, że reżyser nie pojął podstawowych tendencji utworu…”

Panie i Panowie Dziennikarze, chodźcie do teatrów. Nie tylko z okazji jubileuszy i różnych obchodów. I nie trzeba być na premierze, wystarczy bywać na trzecim, czwartym lub kolejnych spektaklach. Drugich spektakli nie polecam, bo te są zawsze najsłabsze. A to na skutek tego, że nie wszyscy członkowie zespołów dochodzą w pełni do siebie po premierowych bankietach.

Dobry tytuł oddaje treść dzieła. Lekcja anatomii doktora Tulpa, 1632, Rembrandt. Fot. Wikipedia

WALTER ALTERMANN: Tytuły albo niebezpieczne skojarzenia

Jeszcze przed wojną tytuły w gazecie wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi.

 Przeglądam programy telewizyjne i widzę, że ktoś wyprodukował coś nowego. Tytuł programu „Echo lasu”. Zamarłem z przerażenia, bo pomyślałem, że skoro już tytuł nawiązuje do dzieła Żeromskiego „Echa leśne”, to i treść programu musi być przykra, a nawet porażająca. Ale na szczęście nie.

U Żeromskiego mamy bowiem do czynienia z wstrząsającymi opowieściami z okresu powstania styczniowego. Jest tam przedstawione polskie poświęcenie w walce z rosyjskim zaborcą, ale jest też ukazana polska małość, pazerność i zdrada. W tej powieści Polak, ale zarazem rosyjski generał, Rozłucki skazuje na śmierć polskiego powstańca. Tym skazanym jest Jan, bratanek Rozłuckiego. Przed śmiercią Jan prosił o wychowanie swego syna na Polaka. Ale po latach, przy leśnym ognisku Rozłucki nie chce nic powiedzieć na temat losów syna Jana. Z pewnością nie wykonał ostatniej woli skazanego przez siebie na śmierć bratanka.

Co do „repliki” noweli Żeromskiego moje lęki okazały się bezpodstawne. Bo „Echo lasu” okazało standardowym programem o urokach współczesnego lasu i gospodarce leśnej.

Zastanawia mnie dlaczego autor dobrego materiału o przyrodzie nadał mu taki tytuł. Prawdopodobnie coś mu się z lasem i echami kojarzyło, coś słyszał, coś mu się o uszy obiło. I chyba noweli Żeromskiego nie czytał, a jeśli nawet czytał, to nic nie zapamiętał.

Taka to jest, niestety, smutna rzeczywistość, co do tytułów prasowych i medialnych. Jeszcze przed wojną tytuły wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi, a jest to przecież zawołanie, przywołanie uwagi czytelnika do przeczytania tekstu, wysłuchania radiowej audycji czy obejrzenia programu w telewizji.

Rozumiem, że liczy się „chwytliwość tytułu” a nawet zaszokowanie odbiorcy. Pamiętam, że kilkanaście lat temu w londyńskim metrze zamarłem ze grozy, bo w „Daily Mirror”, gazecie czytanej przez współpasażera, i ja przeczytałem: „Śmierć w królewskim pałacu”. Okazało się że  zdechł ulubiony kot monarchini. Takie są prawa rynku i zawsze tak było. Jednak takie zabiegi w poważnej, niebulwarowej prasie są przecież niedopuszczalne. Tak samo jak niedopuszczalna jest kradzież tytułów, bądź nieznaczne tylko ich przerabianie – co zresztą na jedno wychodzi.

Mając jednak współczucie dla zapracowanych dziennikarzy, nie mających czasu na wymyślanie oryginalnych tytułów i nie przywiązujących wagi do tego czy kradną klasyczne tytuły czy nie, pozwolę sobie zaproponować im kilka chwytliwych tytułów na różne okazje.

Szkice węglem – na okoliczność artykułów i innych form opiewających trud górnika, trudną sytuację górnictwa lub podejmujących temat przekrętów w sferze handlu węglem. Co prawda Sienkiewicz pisząc „Szkice węglem”, ukazał porażający moralnie stan polskiej wsi po powstaniu styczniowym, samotność chłopa, któremu nie pomagają ani ksiądz, ani dziedzic, ale co tam… tytuł jest fajny i pojemny.

Popioły – dla artykułów o marnym stanie zabezpieczeń przeciwpożarowych, o niebezpieczeństwie nieszczelnych instalacji gazowych i skutkach niesprawdzania kominów. W oryginale, u Żeromskiego, mamy do czynienia z epopeą napoleońską, zawiedzionymi nadziejami Polaków, ale nic to. Tytuł jest naprawdę dobry.

Eros na Olimpie – fantastyczny tytuł dla rzeczy o intymnym życiu naszych warszawskich elit. I choć Jan Parandowski pisząc „Erosa na Olimpie”, żartobliwie zgłębiał i analizował życie miłosne greckich bogów, ale u Parandowskiego przecież, też chodzi o ważnych osobników.

Bramy raju – trafny tytuł do rzeczy o kandydatach do Sejmu i Senatu. Autorem tytułu jest Jerzy Andrzejewski, ale już odszedł z tego świata, więc awantur nie będzie. Jego powieść jest alegorią nieludzkich systemów totalitarnych, ubraną w kostium wypraw krzyżowych, ale kto by się tam tym przejmował.

Na zakończenie jeszcze raz powtórzę – dbajmy o oryginalność tytułów, są równie ważne jak to, co zapowiadają.

Chwasty mogą pięknie wyglądać na łące, ale nie w języku. Józef Chełmoński, Kaczeńce (fragment obrazu), 1908 r., Muzeum Narodowe w Warszawie

WALTER ALTERMANN: Chwasty

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół.

Poważna osoba, pani minister czy też (jak to dziwacznie niektórzy nazywają kobietę na męskim stanowisku) „ministra”, zapewnia że jej resort przeprowadził zmiany z pełną merytoryką. Czym jest rzeczona merytoryka? Nie wiadomo. To kolejny neologizm z furią atakujący podstawy języka polskiego. Dlaczego pani minister nie mówi, że zmiany mają merytoryczne uzasadnienie? Może dlatego, że nie wie, iż merytoryczny to przymiotnik. Owszem znamy rzeczowniki odprzymiotnikowe, ale to rzadkość. Merytoryka brzmi dobrze, choć nic nie znaczy. Merytoryka brzmi tak, jakby była nauką (kojarzy się z metodyką) i może dlatego słówko to pojawia się w ustach urzędników średniego i wyższego szczebla. Niemniej, niezależnie od intencji merytoryka jest chwastem.

Częściej mamy do czynienia z rzeczownikami odczasownikowymi. Najpierw mieliśmy czasownik kopać – od czego najpierw było kopanie i kopacz (czyli osoba zajmująca się kopaniem) a z wynalezieniem mechanicznego urządzenia mamy koparkę. Mamy czynność spychania czegoś (na przykład piasku), a wraz z maszyną pojawiła się nazwa spychacz. Najpierw było dźwiganie, a potem mechaniczny dźwig. Pamiętam, że lud nasz na pierwsze spychacze mówił spych, wzorem derywacji, takiej jak w przypadku dźwigania – dźwigu.

Swoją drogą obawiam się, że czeka nas wielka rewolucja językowa. Nasze współczesne feministki na pewno podejmą temat opatrywania różnych urządzeń i maszyn nazwami kobiecymi. I to, że skręcarka, wyciągarka, ładownica, spulchniarka, glebogryzarka, foliarka, drukarka są rodzaju żeńskiego na pewno je obraża. Tak jak dotyka je, że mówimy pani minister zamiast ministra. Podejrzewam, że feministki gotują się już do ataku. Bo jak to może być (według nich), że poważne maszyny są rodzaju męskiego, a te pośledniejsze są u-kobiecone? Traktor, kombajn, samolot, autobus, czołg, pociąg są rodzaju męskiego a te gorsze, jak lokomotywa, armata, rakieta są akurat rodzaju żeńskiego? Wtedy dopiero będzie zabawa, gdy każą nam mówić: ten armat, ten lokomotyw i ta samolot.

Warto zauważyć, że z wynalezieniem radia, telewizji i Internetu ludzkość coraz więcej mówi. I za nic ma maksymę, iż „milczenie jest złotem”.  Wraz ze wzrostem rodzaju i wielości nadajników ludzkość rozgadała się nad miarę. Dobrą zasadą byłoby to, gdyby mówił i pisał ten, kto ma coś do przekazania. Ale nie. Demokracja pokazała swe okrutne oblicze – mówić, pisać może każdy, nawet taki, który ledwo mówi i słabo pisze.

Ciągle słyszę od dziennikarzy i ich utytułowanych rozmówców, że minęła godzina czasu albo nawet tydzień czasu. Niektórzy muszą cofnąć się do tyłu a inni wrócić z powrotem. Jak to może być, że w kraju, w którym średnie wykształcenie ma już większość obywateli przed czterdziestym rokiem życia zdarzają się osobniczki i osobnicy, którzy nie wiedzą, że godzina jest miarą czasu? Gdyby to jeszcze  dotyczyło ludzi mówiących gwarą… Ale nie. Tak mówi dziś wykształcona elita kraju.

Język ma dwie funkcje. Po pierwsze – ma służyć komunikacji. I dlatego czym więcej słów znam, czym mówię poprawniej, tym precyzyjniej mogę się komunikować z innymi. Po drugie – język jest, sam w sobie, narzędziem poznania, pozwala mi uczyć się nowych rzeczy, a nawet nowych stanów ducha. Prostak powie że jest wkur*****y. Człowiek znający dobrze swój język powie, że jest zirytowany, poddenerwowany, zdenerwowany, wściekły, podrażniony, rozdrażniony. Mieszkańcy krain wiecznych lodów mają prawie 60 określeń śniegu, tak precyzyjnie umieją różne rodzaje i stany śniegu rozpoznawać, bo żyją na śniegu. Mongołowie mają około 40 nazw maści konia, bo są od wieków z tym zwierzętami w symbiozie.

Kilka dni temu dowiedziałem się z poważnej stacji TV, że jedna pani jest kobietą progresywną. Czyli uśmiercono już kobietę postępową. Dzisiaj sufrażystki są progresywne. W gruncie rzeczy znaczy to samo, ale brzmi po zachodniemu, czyli progresywnie.

Zauważyłem też, że większość naszych polityków pobiera lekcje w tej samej firmie marketingu politycznego, bo wszyscy oni mówią: i co istotnie ważne lub też w lżejszej formie: i co jest istotne, ważne. Czym się różni istotne od ważnego nie wiem, ale zawsze mnie to bawi. A to już jest coś, czego od polityka codziennie zaznać się nie da!

Pewien młody polityk, mający przekonanie, że ktoś tam powinien siedzieć w więzieniu, mówi: a ten gość ciągle chodzi po wolności. Od kogo się takiego zwrotu nauczył? Podejrzewam, że od kogoś, kto rzadko przebywał na wolności, większość czasu spędzając w zamknięciu.

No i jeszcze to nierozróżnianie rodzajów. Raptem mamy trzy i tysiące z nimi kłopotów. Język polski zna trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Więc dlaczego ciągle słyszę, że mamy tą strategię? Strategia to rodzaj żeński więc poprawnie ma być: mamy tę strategię. Niezależnie czy mówiący ma „tę strategię” czy tylko myśli, że ma. A jak się Państwu podoba „półtorej roku czasu”?

I na zakończenie tych męczących przykładów… W jakiejś reklamie słyszę ciągle – „To jest twój plannig odporności”. Planning to po prostu plan. Ale producent jakiegoś tam specyfiku wie, że Polacy to „paw narodów i papuga” i lubią obce słówka, bardziej im wierzą niż ojczystym słowom. Więc zamiast plan lektor czyta „planning”.  Swoją drogą, wszyscy nadawcy obowiązani są do nieemitowania szkodliwych reklam i mogliby wymusić na zamawiającym język polski. Ale nie zrobią tego, bo reklama to pieniądz.

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół. Dlaczego to tak ważne? Bo rozplenione chwasty głuszą rozwój cennej rośliny, która karleje i przynosi niesmaczne plony. A w końcu chwasty mogą doprowadzić do jej obumarcia.

 

Wieża Babel – tutaj zaczął się problem z językami.   Pieter Bruegel Starszy, Wieża Babel, 1563,  Kunsthistorisches Museum – Wiedeń/Wikipedia

WALTER ALTERMANN: Angielszczyzna

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Siedziałem w pociągu obok dwóch młodych mężczyzn, którzy dość głośno, prowadzili taki dialog:

– Wszedłem na fejsa, a tu mega lajków, no mega – powiedział brunet. – Czyli, jest fine, wchodzę do newsroomu, a chief mówi mi, że dostałem next challange, ale za more money.

– A za co to zadanie i za co podwyżka? – zapytał rudy.

– No właśnie czujność z fakenewsami. To teraz buzzword – podejrzliwie spojrzał na kolegę brunet.

– Ale jak odróżniasz fałszywe od prawdziwych? Ja nie daję rady – rudy był przybity.

– Mnie fakenewsy też wkurzają, ale słuchaj, jest taki case: jak jakiś portal dał feedback o tym newsie, a w agencjach też jest ten content, to real, a nie fake. I mam goal przed deadlinem – zaśmiał się sprytny brunet.

Wysiadłem, a oni prawdopodobnie nadal rozmawiali o tajnikach pracy dziennikarza lub pracownika redakcji. Myślę, że rudy młodzieniec znał chyba lepiej język angielski, skoro go rozumiał, ale nie używał i znał też chyba lepiej język polski, skoro mógł w nim wyrazić swoje kłopoty.

Myślę też, że z tym angielskim, to chyba ojczyzna moja przesadziła. Jeszcze w latach 70. człowiek z biegłą znajomością angielskiego budził podziw i zazdrość. Był prawie jak gość z zagranicy i naznaczony był jakby wyższością, wtajemniczeniem. Potem jednak to się zmieniło. Angielskiego uczą się już wszyscy, więc atrakcyjność anglojęzycznych spadła. Pozostało jednak w nas dawne przekonanie, że mówiący po angielsku (choćby trochę) są lepszą kastą.

Oczywiście wiem, że angielski jest obecnie językiem panującym na świecie, a nieznający go są poniekąd wykluczeni ze współczesnej techniki i kultury. Kiedyś językiem jednoczącym Europę była łacina, potem francuski. Polska przez całe wieki była pod wpływem języka niemieckiego, co wiązało się z tym, że kultura (tak duchowa jak materialna) napływały do nas z Niemiec. Ale dominuje ten kto tworzy i wprowadza do użytku nowe narzędzia. Wraz z narzędziami (szeroko rozumianymi) przenikają do nowych kręgów kulturowych ich nazwy. Tak było z większością narzędzi, które trafiły do nas z obszaru języka niemieckiego. Importowaliśmy je wraz z ich nazwami, który spolszczaliśmy. Przypomnę, tylko obcęgi (der Zange), wiertarkę, nazywaną u nas dawniej bormaszyną (der Bohren), wiertło (der Bohrer) i śrubę (der Schraube). Część z tych nazw skutecznie spolonizowano i np. dawny śrubsztak (niem. der Schraubendreher) został w końcu imadłem, a hebel został strugiem, ale pamiętam, że jeszcze w latach 70. rzemieślnicy powszechnie używali nazw niemieckich. Mamy też jednak np. rostbef pochodzący z niemieckiego (der Roastbeef), który do dziś pozostał rostbefem.

I tak to jest, bo ponad 60 procent polskich zasobów leksykalnych pochodzi z języków obcych – głównie z łaciny, francuskiego i niemieckiego.

Skądinąd polonizacja obcego nazewnictwa miała też aspekty zabawne, bo szmalec (niem. schmalzen – topić) zastąpiono smalcem, bo wywiedziono go od smolić. Nawet cmentarz (łac. coemeterium, ang. cemetery, franc. cimetière) próbowano zastąpić smętarzem, bo na cmentarzu nie jest za wesoło.

Wiem też, że dominująca we współczesnej technice rola USA pociąga za sobą konieczność przyjmowania przez nas angielskich nazw. Tak jest z komputerem, Internetem i wszystkimi związanymi z nimi wynalazkami i akcesoriami.

Nie rozumiem jednak dlaczego potoczne polskie słowa wypierane są przez anglicyzmy. Dlaczego dziennikarze piszą i mówią „newsroom” zamiast używać „redakcja bieżących informacji” lub „redakcja nowości”, „najnowsze” czy „bieżące”. To byłoby zgodne z duchem naszego języka.

Tu wyjaśnijmy sobie jeszcze jedno, co do specyfiki języka polskiego, który jest u nas, póki co, językiem urzędowym. Otóż język nasz ma i taką właściwość, że jest językiem opisowym. I nie dlatego, że jest językiem słowiańskim. Czesi na przykład, chcąc nazwać miejsce, w którym można wsiąść do pociągu mówią „nadrażi”. My zaś musimy to wydłużyć i mamy „dworzec kolejowy” lub (w przypadku autobusu) „przystanek autobusowy”. Tak po prostu jest i trzeba to polubić, skoro „tyra się w języku polskim”.

Zangielszczenie języka polskiego bierze się także stąd, że Anglik czy Amerykanin ma właśnie najczęściej do czynienia z określeniami jednowyrazowym – podobnie jak Czech. I z lenistwa oraz z zapatrzenia się na „świat” nasi sprawozdawcy sportowi mówią: „Kowalski dzisiaj gra pomocnika” – co się na klasyczny polski tłumaczy się, że „Kowalski dzisiaj gra na pozycji pomocnika”. Słyszymy, że: „Malinowski mocno presuje”, albo że: „Nowak ma progres”. A przecież można powiedzieć, że „Malinowski mocno naciska, nie odstępuje od przeciwnika”, bo presowanie pochodzi od prasy, czyli od urządzenia naciskającego, na papier choćby. A nieszczęsny „progres” to po polsku postęp, rozwój, rozwijanie się.

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Opowiadał przed laty polski językoznawca, profesor Stefan Hrabec, że jeszcze przed wojną miał we Lwowie wykład dla jakiegoś stowarzyszenia szerzącego wiedzę. Tłumaczył wtedy zasady przepływu wartości i znaków kultury. Zaczął od tego, że cegła była znana starożytnym Rzymianom i nazywano ją tigula, potem cegła trafiła na Zachód Europy i w zgermanizowanej formie nazywała się już der Ziegel, potem cegła wraz z nazwą dotarła do Polski i po spolszczeniu została cegłą. Następnie zawędrowała na tereny dzisiejszej Ukrainy i przyjęła nazwę (z języka polskiego) cehla. Wtedy, jak wspominał prof. Hrabec, obecni na sali nacjonaliści ukraińscy powstali z miejsc i pobili go, bo nie chcieli pogodzić się z faktem, że kultura europejska szła na Ukrainę przez Polskę.

Na koniec. Byłbym wielce zobowiązany, gdyby czytelnicy tego felietonu powstrzymali się od rękoczynów, wobec niewygodnej czasem prawdy.

 

Legendarny wróżbita zawsze wieszczył nieszczęście. Czy media też zwiastują koniec kultury i tradycyjnych znaczeń zawartych w języku ojczystym?  Wernyhora, Jan Matejko,1884 - 1884, olej na płótnie (fragment obrazu), Muzeum Narodowe w Krakowie.

WALTER ALTERMANN: Dręczenie języka

Spokojny poświąteczny dzień, grudzień 2021 roku. Leniwie oglądam skoki narciarskie. Z progu wybił się kolejny zawodnik a sprawozdawca krzyczy:  – Taki piękny skok, a ten młodzian, jest nuworyszem w tym gronie. Myślę sobie, że sprawozdawca się przejęzyczył i chciał powiedzieć: „nowicjusz”. Ale nie, po chwili dziennikarz sportowy powtarza, że skoczek jest jednak „nuworyszem”. 

 

Zrobiło mi się przykro (w imieniu zawodnika) i wstyd (za dziennikarza). Bo jakże to tak nazywać Bogu winnego ducha młodziana? Przecież nuworysz jest określeniem pejoratywnym a nawet obraźliwym. Tak elity określały człowieka, który szybko się wzbogacił i siłą swych pieniędzy wdarł na salony. Nuworysz to człowiek bez kultury, hałaśliwy, nieobyty, bez manier, prostak a nawet cham. Przykładem  nuworysza w naszej literaturze jest postać Kaczmarka z „Ziemi obiecanej”, chłopa, który dorobił się wielkich pieniędzy na wydobyciu i dostawach piasku dla powstającej Łodzi. W powieści Kaczmarek mówi, że na wsi jest Kaczmarkiem, ale w mieście jest już Kaczmarskim. I teraz chce kupić majątek ziemski Borowieckich, żeby mu tam „jakieś Żydy czy Niemce nie mówiły, że jest chłopem.” I mówi to w obecności dwóch przyjaciół Polaka Karola Borowieckiego – Żyda Moryca Welta i Niemca Maksa Bauma.

 

Pewność siebie i łacina

 

Pytanie jest takie: dlaczego dziennikarz to powiedział? Odpowiedzi jest, niestety, kilka. Po pierwsze dziennikarz, jak słychać, lubi obce słówka, mające być dowodem, że jest światowcem – skoro jeździ po całym świecie relacjonować zawody. Po drugie, dziennikarz, ma wiedzę dotyczącą skoków, biegów, jazdy na łyżwach i innych takich, ale nie ma wiedzy kulturowej i nie wie kim był w dawnych wiekach „nuworysz”. Po trzecie, dziennikarz, jest bardzo pewny siebie, skoro używa słów nieznanych mu, i ma mętne pojęcie o pochodzeniu i znaczeniu słów. No i czuje, że może sobie pozwolić na wiele. Pycha zresztą zgubiła niejednego dziennikarza. Temu sympatycznemu źle nie życzę, więc życzę mu jedynie tego, żeby tylko i wyłącznie mówił po polsku.

 

Z językiem dziennikarzy naszych nie jest dobrze. Tak samo zresztą jak z resztą obywateli. Nawet Sejm, przed laty, zauważył ten problem i przegłosował ustawę o ochronie języka polskiego. Czy ta ustawa działa? Skądże. Jest martwa jak łacina. Chociaż… moja łacinnica w liceum upierała się, że język łaciński nie jest martwym językiem. Jako przykład podawała tramwaj. Oczywiście tramwaj Rzymianom znany nie był, ale da się określić go językiem Cycerona i Cezara. Miało to być tak: – pojazd miejski, poruszający się samoistnie po szynach za pomocą napędu elektrycznego. Na nasze nieśmiałe uwagi, że Rzymianom nie były znane również szyny i elektryczność, pani od łaciny wyjaśniała, że i te wynalazki da się przedstawić w języku łacińskim. I budowała wielopiętrowe wypowiedzi w języku, który kochała.

 

Nie znęcając się dalej nad sprawozdawcami sportowymi, trzeba jednak zauważyć, że podatni są oni na mody. Ostatnio jeden z nich natrętnie używa „tenże”, zamiast „ten”. Może walczy przy mikrofonie o medal „zasłużony dla XIX wieku”?

 

 Niebezpieczna politologia

 

Z całą pewnością jednak dziennikarze mówią o wiele lepiej od polityków. Ale politykom wolno, ktoś na nich głosował. Niestety dziennikarze przejmują język od polityków, którzy wcześniej przejęli go od politologów. Politologia jest nauką niebezpieczną dla języka polskiego. Każda nauka bowiem (o czym naucza nas propedeutyka nauk) najpierw musi mieć ugruntowany swój przedmiot badań, potem ich zakres, potem własny język a na końcu kadrę naukową. Podejrzewam, że politolodzy zaczęli od końca, ale nie to jest tu ważne. Politologia posługuje się językiem własnym (jak każda nauka) i hermetycznym, zamkniętym przed niewtajemniczonymi. Politolodzy tworzą światy niedostępne dla zwykłego obywatela, po to żeby byli bardziej „naukowi”. I ten język zaczyna – jak wirus – zarażać Bogu ducha winnych dziennikarzy. Naprawdę trzeba niemało wysiłku, żeby przebić się przez tę nowomową i zrozumieć o co chodzi. Mogliby politolodzy mówić normalnie? Oczywiście, ale wtedy okazałoby się, że są oni jedynie zmutowanymi socjologami. Przykłady? Będą w następnych odcinkach.

 

Krępujące „posiadanie żony”

 

Bawi mnie też nagminne teraz używanie przez dziennikarzy czasownika „posiadać”. Zamiast pisać i mówić normalnie, że Kowalski ma samochód i willę, mówią Kowalski to wszystko „posiada”. Problem jest w tym, że w języku polskim są dwa podobne czasowniki: mieć oraz posiadać. Niby podobne, ale jednak inne. Posiadać pochodzi od łacińskiego possessivus i dotyczy własności czegoś. Stąd zresztą mamy dawnego polskiego posesjonat, czyli człowieka mającego na własność jakąś nieruchomość. Z tego samego łacińskiego pnia pochodzi też używany jeszcze w XIX wieku posesjonat oznaczający bogatego właściciela dóbr ziemskich, fabrycznych czy kamienicznika. Tymczasem teraz słyszymy polityków, którzy mówią „posiadam żonę”. Chciałoby się odpowiedzieć: Nie ma się pan czym chwalić, posiadanie żony jest pana obowiązkiem, choć intymnym. Wspomniany polityk powinien powiedzieć po prostu „mam żonę”. Ale wtedy jego powaga spadłaby gwałtownie, znaczenie by zmalało a nimb wokół jego głowy zgasłby. Słówko ma w naszym języku zawiera również pojęcie posiadania, ale jest tak proste, że dzisiejszym dygnitarzom nie wypada tak prosto mówić.

 

Wszystkim nam potrzebny jest wyrobiony słuch językowy. Wynosi się go z domu, ale można też wyrobić go sobie samemu. Jak? Czytając dobre lektury. Najlepiej polskich klasyków z  XIX wieku. Tam jest podstawa języka polskiego, zarówno leksykalna jak i frazeologiczna. Potem zaczynają się już w literaturze eksperymenty. Tych XX-wiecznych pisarzy też trzeba czytać, ale uczyć się trzeba od Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Bałuckiego, Prusa i Sienkiewicza.

 

I jeszcze jedna drobna uwaga – każdy z dziennikarzy musi się nieustannie dokształcać, także i ja, dlatego więc dałem temu felietonowi nadtytuł:  Samopouczek.