Nie zacierajmy śladów językowych w naszej kulturze Fot.: Archiwum/ h/ re

Nad znęcającymi się nad językiem znęca się WALTER ALTERMANN: Drobiazgi językowo-mózgowe

Życie składa się głównie z wielkich, przykrych spraw. Przy czym wielkich jest mało. Większość – niestety – to sprawy drobne, małe, ale właśnie one składają się w sumie na wielkie przykre sprawy epickie w rozmiarze giga-mega-hiper. Z tymi epickimi też powstał problem. Więc wyjaśnijmy.

HBO reklamuje swój nowy serial takim oto zawołaniem: „Oglądanie tego serialu stało się epickie”. Od razu zauważę, że epickie pojawiło się jako novum, bo wszystkie giga, mega zostały już użyte, zużyte i wyplute przez speców od marketingu. Inaczej – spowszedniały i nie robią wrażenia. A bez wrażenia nie ma kasy.

 Czytajcie!

Pojęcie eposu pojawiło się w starożytnej Grecji. Tradycyjne eposy to dłuższe poematy narracyjne. Ich zadaniem była afirmacja etosu społeczności, w której zostały napisane. Postaci są idealizowane, wynoszone na piedestał jako „ojcowie założyciele” danego państwa-miasta. Autorzy eposów sięgali najczęściej po zdarzenia mityczne bądź legendarne, odnoszące się do „czasu ojców”, którzy prawie zawsze byli potomkami bogów i ziemianek, niekiedy bogiń i ziemian. Stąd każda społeczność antyczna miała boskie pochodzenie. Klasycznymi przykładami eposu, epiki są „Iliada”, „Odyseja” i nasz „Pan Tadeusz”.

W Polsce eposy pisze się trzynastozgłoskowcem, rymowanym parzyście. W ten sposób pisał między innymi Wacław Potocki swą „Wojnę chocimską”. Trzynastozgłoskowcem tłumaczono także starożytny heksametr. Dzisiaj epika oznacza każdą powieść, nowelę, opowiadanie. W odróżnieniu od liryki i dramatu. Tyle – w dużym skrócie – na temat epiki, epickości.

Co by nie mówić i jakby nie rozumieć pojęcia epiki, epickości, to zawsze dotyczy ono dzieła, które ktoś napisał. Natomiast reklama HBO mówi nam, że bierne oglądanie cudzego utworu – choćby w formie filmowej – jest epickie. Logicznie, mózgowo biorąc jest to bujda na resorach, która kłamie i oszukuje wmawiając oglądaczowi, że jest twórcą. Aby wyciągnąć od niego kasę. Dla mnie ta forma reklamy niczym nie różni się od reklam Amber Gold.

Pierwsza sprawa z UE – schabowy z retorty

Organizacje spod znaku New Age żądają – żeby to jeszcze grzecznie postulowały – natychmiastowej likwidacji produkcji mięsa, sposobem naturalnym. Mięso ma być produkowane laboratoryjnie, bez niszczących planetę gazów, wydalanych przez bydło, a to na skutek „trawienia trawy”. Są też żądania w sprawie chowu nierogacizny, która zatruwa ziemię odchodami, tak stałymi, jak płynnymi.

Wszystko to prawda i masowa produkcja mięsa stwarza problemy dla środowiska. Szczególnie groźne są wielkie farmy świń, od których polskie prawo nie żąda utylizacji odchodów. W momencie wpuszczania do polski amerykańskich farm, nikt w Polsce nie zdawał sobie sprawy z zagrożeń. Bo zagrożeniem nie były wcześniejsze, małe polskie tuczarnie, z których odchody wykorzystywano do nawożenia i użyźniania pól. Natomiast właściciele amerykańskich farm w Polsce, hodujący powyżej kilkunastu tysięcy sztuk świń, ani myślą robić cokolwiek użytecznego z odchodami, a to dlatego, że transport na wynajęte pola kosztowałby sporo. Poza tym, nie ma zapotrzebowania na ich nawóz, bo małe polskie hodowle wystarczą. Więc gigantyczne farmy gromadzą je w ogromnych lagunach, z których przeciekają do gleby, zatruwając wody podskórne. I jest to problem, ale do rozwiązania przy dobrej woli ustawodawcy.

Natomiast pomysły New Age na produkcję mięsa w retortach jest, idiotyczny. Tym bardziej, że pomysłodawcy nie zadali sobie trudu z policzeniem kosztów produkcji, ergo ceny takiego mięsa w sklepie.

Jest faktem, że przybywa nas w ogromnym tempie. Jeszcze w 1960 roku było nas 2 miliardy, dziś jest nas 7 miliardów. I każdy chce jeść. A jednocześnie na świecie marnuje się około 30 procent żywności. Naprawdę są możliwości wykarmienia nas wszystkich, ale nie zawierzałbym liberalnym doktrynom i ich przekonaniu o cudownej mocy wolnego rynku. W tej sprawie powinny działać światowe organizacje. Z wyłączeniem oczywiście New Age.

Bo w sumie pomysły New Age są totalitarne. Czytając liczne deklaracje zbawicieli świata ciągle odnoszę wrażenie, że oni nie lubią ludzi. I trochę racji w tym jest. Człowiek ma okropną postawę roszczeniową – chce jeść, oczekuje mieszkania i pracy.

Druga sprawa z UE – pestycydy

Ostatnio Frans Timmermans, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej odpowiedzialny za Europejski Zielony Ład przeforsował swój pomysł na drastyczne ograniczenie używania pestycydów w rolnictwie. Do 2050 roku używanie pestycydów w krajach UE ma być zredukowane o 50 procent.

To kuriozum, że Holender nawet nie skonsultował tej idei z Januszem Wojciechowskim, unijnym Komisarzem ds. Rolnictwa. Oczywiście pestycydy są groźne, szczególnie dla owadów zapylających. I dlatego ich używanie powinno być sukcesywnie ograniczane. Ale Timmermans się śpieszy i chce mieć natychmiastowy sukces, tym bardziej, że w innych sprawach szło mu kiepsko.

Czy da się zastąpić pestycydy innymi, mniej trującymi środkami? Oczywiście, ale to kosztowałoby dużo. I stać na to tylko bogate kraje.

Obawiam się, że w sprawach pestycydów, jak i sztucznej produkcji mięsa, zdrowy rozsądek jest na przegranej pozycji. Sęk w tym, że bogate kraje UE mają inne problemy niż Polska, Bułgaria, Słowacja czy Rumunia. Źródłem tych różnic programowych są różnice między majętnościami dawnych demoludów a zachodem Europy. Bogatych  po prostu stać na nowoczesność, od razu. Biedny Wschód ma inne priorytety. Tymczasem bez przerwy bogaci żądają od biednych współpracy na tych samych zasadach, spełniania oczekiwań ekstremalnie myślących obrońców Ziemi.

Zresztą oni jakoś tak dziwnie kochają Ziemię, bo z każdym rokiem mają coraz więcej pretensji do człowieka. Podejrzewam, że ich ideałem jest czysta i piękna Ziemia bez ludzi.

Broń przeciw powietrzna

Znany polityk mówi w TV: „Teraz mamy broń przeciw powietrzną”. To bardzo ciekawa obserwacja. Wiemy przecież, że w średniowieczu wierzono, iż złe powietrze przynosi zarazę. I dlatego jeszcze – choć to już wiek XIX – Cześnik w „Zemście” zwraca uwagę:

Od powietrza, ognia, wojny,
                        I do tego od człowieka,
                        Co się wszystkim nisko kłania,
                        Niech nas zawsze Bóg obrania.

 

Morowe powietrze zawsze budziło grozę, bo nagle, bez uprzedzenia unicestwiało ogromne rzesze. W wielu miejscach Polski znajdziemy jeszcze trzy krzyże, ustawiane po to, żeby odpędzały zarazę. Najbardziej znane znajdują się w Kazimierzu na Wisłą. Może zatem polityk miał na myśli takie krzyże? Nie wiem. Prawdopodobnie w ogniu dyskusji militarnej uprościł sobie pojęcie. Zapewne chodziło mu o broń przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Ale sobie uprościł, aż do zupełnej śmieszności.

No, powie ktoś – teraz wszyscy skracają, upraszczają, a pan się czepia… Szczerze mówiąc wolałbym w fotelach rządowych ludzi, którzy nie będą upraszczali, bo zbyt wiele w moim życiu zależy od ich skrótów myślowych, parafraz i kontaminacji. Niech mówią prosto, skoro myślą w sposób bardzo skomplikowany.

Miejscówka

Dziennikarz TV mówi o kimś, kto wyprowadził się z Warszawy do Konstancina: „Teraz ma fajną miejscówkę”. Ja wiem, że „miejscówka” wzięła się nie z PKP, ale ze slangu młodzieży. Miejscówkami są teraz lokale, sale zabaw, kluby fitness, a nawet mieszkania.

W slangu młodzieżowym to jeszcze uchodzi, bywa nawet dowcipne. Ale obawiam się, że niebawem dowiemy się, że Prezydent RP ma dobrą miejscówkę. Albo prymas. Papież też ma fajną miejscówkę w Rzymie.

Na pusto

W telewizji, relacjonującej pracę Inspekcji Transportu Drogowego wesoła dziennikarka mówi: „Ten samochód nie miał prawa przewozić koparki, bo była za ciężka i niewłaściwie zabezpieczona. Inspekcja kazał zdjąć koparkę z samochodu, który dalej pojechał na pusto”.

Gdyby ów samochód pojechał pusty, bez ładunku, tylko z kierowcą – byłoby dobrze powiedziane. Natomiast „na pusto” jest wzięte z okropnej gwary miejskiej. Nic nie znaczy, a brzmi makabrycznie. Od języka dziennikarzy oczekuję nie tylko informacji, ale też elegancji w ich podawaniu.

Co to jest elegancja? No, na przykład… nie zakładamy zimowych skórzanych rękawiczek do sukni ślubnej, nie plujemy na ziemię, a starszych ludzi nie klepiemy po ramieniu, mówiąc im: „Cześć stary”.

Powtarzanie

Dziennikarz w TV: „Pan kolejny raz powtarza o tym”. No i znowu mamy mielony zamiast schabowego. Zgodnie z normą języka polskiego dziennikarz powinien powiedzieć: „Pan kolejny raz to powtarza.” Żeby to wszystko jakoś ładnie ująć: „Furda nam normy / Gdy hufiec nasz zbrojny”. To o poczuciu siły i bezkarności sporej części dziennikarzy.

Blisko, coraz bliżej

Dziennikarka TV: „Te dzieci były bardzo blisko do tego zdarzenia.” Błąd, szanowna pani. Dzieci mogły być jedynie blisko tego zdarzenia. Rzecz jest w nieznajomości składni. A składni można się jedynie nauczyć czytając klasyków polski z XIX wieku. Klasykami są: Sienkiewicz, Prus, Reymont, Żeromski. Polecam.

Co uczcić?

„Trzeba uczcić pamięć o św. Janie” – mówi dziennikarz. I mamy kolejny przypadek z nielogicznym podmiotem. Logicznie powinno być: „Trzeba czcić, upamiętnić postać św. Jana”. A tak wyszło, że musimy czcić, że pamiętamy. Bo kogo czcimy? Jana czy pamięć o nim? Niby proste, a jednak pojawiają się kłopoty. Bo wyszło na to, że św. Jana mamy za nic, natomiast szanujemy naszą pamięć. Paranoja? Owszem.

Czasami zastanawiam się, czy dziennikarze TV piszą sobie teksty, które potem wypowiedzą? Zdaje mi się, że jednak stawiają na wdzięk i urodę. Zawodni to sojusznicy pracy dziennikarza. Radziłbym pisać i czytać, poprawiać, zanim coś powie się do kamery. W natchnieniu nie bierzmy tekstu z niczego, czyli z głowy – jak mawiał pewien aktor o mówieniu od siebie, bez tekstu autora.

 

Fot.: HB

Jeszcze raz o serialach pisze WALTER ALTERMANN: Suplement do rozpaczy

Jeżeli poruszam jeszcze raz sprawę naszych seriali, to dlatego że przerzucając kanały ciągle natrafiam na któryś z nich. I często się gubię, myśląc, że przecież już ten odcinek widziałem. Niestety mylę się.

Nowe seriale są podobne do starych, aktorzy grają prawie to samo – to znaczy, grają jakieś nierzeczywiste, nieistniejące postacie. I dodam do tego, że scenariusze są podobne do siebie, jak w dawnych czasach pisania na maszynie, strona pierwsza i odbitki.

Maszyna do pisania

Tu muszę wyjaśnić młodzieży, że od początku, aż do końca wieku XX ludzkość pisała ręcznie, lub  na maszynie. Chcąc uzyskać więcej niż jeden egzemplarz tekstu maszynowego, trzeba było pod pierwszą stronę włożyć kalkę, potem tzw. przebitkę, czyli cieńszą kartkę, i znowu kalkę, a pod nią drugą przebitkę. Jednakże uzyskanie więcej niż czterech dobrych przebitek było niemożliwe, bo tekst był nieczytelny. Dodam jeszcze, że w PRL-u zdobycie maszyny było niezmiernie trudne, a i tak każda z nich była odnotowana w przepastnych archiwach Służby Bezpieczeństwa. Tajna policja „zdejmowała” z maszyny cechy charakterystyczne jej czcionek, zupełnie tak samo, jak odciski palców. Na wypadek, gdyby ktoś pisał na maszynie ulotki. Wtedy – ale to mocno teoretycznie – tajniacy mogli dojść prawdy, na jakiej maszynie powstał tekst zagrażający ustrojowi. I dojść od maszyny do kłębka, czyli do wichrzyciela.

Pisanie na maszynie było trudne, bo człowiek jest omylny, a usunięcie „maszynowych błędów” przy pomocy białego korektora nie było łatwe. Poza tym tekst z plamkami białej farby wyglądał okropnie. Dzisiaj, przy pisaniu komputerowym, pomyłki i skład tekstu, poprawia się błyskawicznie. No i każda kopia jest równa technicznie oryginałowi.

Co mają wspólnego tytułowe seriale z maszyną do pisania? Dużo, bo wszystkie – poza nielicznymi wyjątkami jak „Ranczo” czy „Ucho prezesa” są jakby z maszynowej przebitki, są kopiami amerykańskich wzorców, tyle że bardzo niewyraźnymi artystycznie, jak to u przebitek bywa.

To jest Ameryka…

Prawie przez półtora wieku dwa kraje były dla Polaków rajem, ziemią obiecaną i eldorado w jednym. To Ameryka i Kanada.

Teraz to ja mam Kanadę – mawiał ktoś, kto miał w Polsce pracę lekką i ciężko płatną. Wyjazd do USA lub Kanady po dobre życie już od połowy XIX wieku był marzeniem wielu. Nie znam żadnej piosenki o Kanadzie, ale ta o Ameryce od lat mnie wzrusza… Wzruszcie się i Państwo.

To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.
To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.

Ach, byczy ten kraj,
Siuksowie bye, bye.
Dolary, ajaj, o money, ajaj,
Daj, Boże mi, daj, daj, daj, daj.

Co prawda wielki amerykański przemysł filmowy nie bardzo jest otwarty na przybyszów z Polski, choć kilkunastu Polakom się udało. Za to amerykańska produkcja filmowa jest wzorem i wzorcem dla wielu. Także dla właścicieli stacji telewizyjnych.

Niestety, dla nas oglądaczy z Polski, stacje telewizyjne kupują coraz więcej amerykańskich seriali, w dwóch kategoriach. Pierwsza – to seriale nakręcone w USA. Druga – to gotowe amerykańskie scenariusze, które są „naturalizowane”. To znaczy – daje się scenariusz Polakowi, żeby przerobił.  Umożliwiając mu także zobaczenie jak wygląda film, który już nakręcono.

Scenarzysta zmienia imiona, nazwiska, Nowy Jork na Warszawę, samochody na europejskie… pozostaje jednak inna mentalność obywateli USA i nasza. A są one bardzo różne. Począwszy od tego, że oni mówią sobie na „you”, są bardzie bezpośredni i otwarci. I te niemożliwości pełnego spolszczenia widać i słychać.

Najlepszym, czyli najgorszym przykładem są „Miodowe lata”. W sumie dobrze grane i reżyserowane, ale na odległość 8850 km – bo tyle dzieli Nowy Jork i Warszawę – widać, że to jest lipa. Póki akcja rozgrywa się w mieszkaniu motorniczego Krawczyka, jest jako tako, ale ile można siedzieć w jednym pokoju? I scenarzyści wyprowadzają bohaterów na zewnątrz, na przykład do zajezdni Krawczyka. Pojawia się kierownik, koledzy i wszyscy oni bawią się na jakichś korporacyjno-stowarzyszeniowych spotkaniach. I wychodzi szydło z worka, czyli nic nie wychodzi. Bo takich relacji między pracownikami i szefami w Polsce nie było i nie ma.

A przecież w Polsce mamy wybitnych scenarzystów, dlaczego nie powierza się im tworzenia oryginalnych dzieł? Tylko dla oszczędności kasy producenta? Polscy literaci do piór, studenci do nauki – może Gomułka miał rację? Tym bardziej, że poziom studiów jest marny, podobnie jak scenariuszy filmowych.

Historia – nasza niezbyt udana specjalność

Mamy jeszcze telewizyjne filmy i seriale dotyczące historii najnowszej. I niestety są one artystycznie słabe. Być może dlatego, że nie da się napisać dobrej powieści, zrobić dobrego filmu pod założoną tezę. Choć takie produkcje powstają. Przy czym – wszystkie one są bardzo tendencyjne. Ale stacje i twórcy nawet nie silą się na obiektywizm. I mimo że kręcone w kolorze, te filmy i seriale są czarno-białe. Każda produkcja – powiedzmy telewizji A – ma dowieść wyższości cukinii nad ogórkiem, a cała działalność telewizji B ma pognębić cukinię, kosztem ogórka.

Jest to nawet śmieszne i zabawne, póki nie dotyczy sztuki. Prawdziwa sztuka nie uniesie, bo nie może, treści dydaktycznych. Sztuka to bunt i poszukiwanie nowych światów, nowych wartości.

Żyją jeszcze wśród nas artyści, którzy pamiętają okres socrealizmu w sztuce i mogą poświadczyć, że za Stalina dzielono spektakle teatralne i filmy – telewizji jeszcze nie było – na słuszne i niesłuszne. W tamtych latach władza wyznaczała bohaterów, o których trzeba było pisać, władza organizowała nawet wycieczki literatów na wieś, żeby artyści na miejscu mogli poznać i zrozumieć wieś, bo to było słuszne. Ale literatom pokazywano dwie wsie – starą kułacką i nową socjalistyczną, czyli spółdzielczą, lub pegeerowską. Stare należało potępić, nowemu dodać skrzydeł.

Takie „zadaniowe” traktowanie sztuki przez władze zawsze kończy się źle. I osiąga przeciwne do oczekiwanych skutki. Bo żaden aktor na świecie nie zagra „bohatera”. Może zagrać człowieka zdeterminowanego, odważnego, bez wyjścia, w trudnym położeniu, osamotnionego…, ale nikt nie jest w stanie zagrać bohatera. A u nas, niestety, próby nad graniem bohaterów są w pełnym toku.

W efekcie powstają coraz to nowe filmy hagiograficzne, o świeckich świętych politycznych. Ci co zamawiają takie dzieła nie wiedzą, że bohater bez skazy jest w sumie nudny. Tym samym wszelkie dzieła artystyczne o bohaterach naznaczone są skazą nudnego dydaktyzmu.

Szuka z drążka

Są oczywiście seriale „pogłębione”, w których bohaterowie coś dramatycznego przeżywają. Niestety jest to konfekcja psychologiczna, z drążka. Przed wojną o garniturze marnej jakości mówiono, że to „garnitur z drążka”. Znaczyło to, że garnitur jest kupiony w sklepie, nie jest szyty na miarę, ergo marny.

Przyszło mi to porównanie na myśl, ponieważ pojawiają się też seriale psychologicznie ambitne. Niestety dramat jest najtrudniejszym gatunkiem i trzeba na jego powstanie talentu na miarę Szekspira. Bo powtarzanie w kółko, że są w kraju biedni i bogaci, że rodziny coraz bardziej się rozpadają, że ofiarami rozwodów są dzieci, że niegdysiejsi ideowcy okazują się niekiedy karierowiczami… Takie i podobne „refleksje” leżą u podstaw wielu naszych filmów i seriali. Ale są to niestety tezy gazetowe, publicystyczne. Nie da się z nich nakręcić poruszającego dzieła o samotności, o nienawiści, szaleństwach, inności i nieprzystosowaniu. Owszem Ingmar Bergman nakręcił „Milczenie”, ale z pewnością nie inspirował się odkryciami prasowymi.

I jeszcze jedno – talent. Jedno co o nim wiadomo, że niekiedy występuje, ale już dlaczego i kogo dotyka jest Wielką Tajemnicą. Zawsze gorzko bawiło mnie wspomnienie Boya-Żeleńskiego, gdy pisał o pewnym krakowskim artyście, który w upojeniu alkoholowym, leżąc pod fortepianem powtarzał w kółko: „Boże dałeś mi talent, ale dlaczego tak mały?!”

Jedno co wiemy o talencie, że występuje wtedy, gdy jego nosiciel sprawdza się w sztuce. Talent nie poparty pozytywnymi efektami talentem nie jest. Talent nie jest czymś, co jest ukryte. Mówimy o nim dopiero wtedy, gdy zaistniej na scenie, w książce, na ekranie. Być może każdego z nas stać jest na napisanie jednego wiersza, nawet jednego tomiku, ale przy drugim i trzecim najczęściej okazuje się, że talent bez wsparcia techniki twórczej, znajomości kanonów danej gałęzi sztuki jest niczym. Z drugiej strony producenci filmów i seriali powinni szukać ludzi utalentowanych. Bo bez talentu – tej boskiej iskry geniuszu – na nic są umiejętności, warsztat i znajomość kanonów. Tak to wygląda. Nie najlepiej – jak mawiała moja licealna pani profesor stawiając mi tróje na szynach.

Czasem język polski sięga bruku, a raczej modnej teraz kostki. A ta kostka też nie przystaje do wszystkich składowych naszego języka ojczystego. Fot.: HB

WALTER ALERMANN: Walka z językiem polskim, czyli zwycięstwo Marksa

Walka z językiem narasta w miarę rozwoju mediów –  tak właśnie pozwolę sobie strawestować słynną tezę Stalina, że walka z socjalizmem narasta w miarę kolejnych sukcesów socjalizmu.

Jest jednak faktem nieżartobliwym, że póki w Polsce działała jedna państwowa telewizja, jedno państwowe Polskie Radio oraz jeden państwowy koncern RSW Prasa, Książka, Ruch, z językiem nie było tak źle jak teraz. Oczywiście język socjalistycznych mediów był śmiertelnie nudny, ale jednak poprawny.

Nie tęsknię za tamtymi laty i nie namawiam do powrotu do owych czasów, ale jest faktem, że mnogość mediów spowodowała dopuszczenie do klawiatur, mikrofonów, kamer i Facebooków osobników, którzy nie radzą sobie z poprawnym wysławianiem się. I tu mamy starą tezę Marksa – trzymając się już powrotu do lat minionych – że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość, a nawet gorzej, że ilość wymusza obniżenie jakości. Ale przejdźmy już do kolejnych „świeżynek”.

W co gra Iga

Słyszę od sprawozdawców sportowych w telewizji: „Iga gra kapitalny tenis”.  Coś nie bardzo jest to poprawne. Iga Świątek gra w tenisa – to jest dla polskiej normy językowej oczywiste. I tak musi być. Nie wiem dokładnie jak tam jest u Anglików i w USA, ale u nas gra się w piłkę, w tenisa, w siatkówkę, w szachy a nawet w klipę.

Dlaczego sprawozdawcy snobują się na „nowoczesnych”? Nie wiem, ale być może znają trochę angielski. Na tyle, żeby bezmyślnie kopiować obce wzorce. W poprawionym zadaniu „Iga gra kapitalnie w tenisa”, też miałbym wątpliwości co do tego „kapitalnie”. Kapitułowo, kapitałowo, kapitulikowo – jeszcze bym z czymś to w języku polskim kojarzył, ale „kapitalnie”? Dlaczego to Iga nie może grać cudownie, doskonale, wspaniale, porywająco?

Co zrobił teatr

Na wielkim płocie, ogradzającym duży teren budowy w centrum Łodzi, jakiś magistracki urzędnik, odpowiedzialny za autoreklamę miasta, kazał wymalować jakieś obrazki przedstawiające aktorów w akcji, które podpisano: „Teatr odegrał spektakl”.

Zmartwiłem się, bo lubię teatr, ale też lubię język polski. Zatem. Może być, że teatr coś zagrał, że odbyło się przedstawienie, spektakl. Skąd ten urzędnik wziął „odegrał”? Owszem, w języku gwarowym występował, przed kilkudziesięcioma laty, taki zwrot, ale na wsiach, którym daleko do miasta. Zdarzało się też, że jeszcze w dziewiętnastym wieku wędrowne trupy teatralne „coś odgrywały” na prowincji. Ale żeby dzisiaj, w trzecim co do wielkości mieście Polski, dochodziło do „odgrywania”?

Odgrywać się to można w karty. Przy czym nie jest to postawa racjonalna, bo na kilometr pachnie hazardem, czyli stratą. Odgrywać się można na kimś, za jakąś podłość nam uczynioną. I pamiętajmy za co Cygan bił syna: „Cygan bił syna nie za to, że przegrał, ale że się odgrywał”.

Jeszcze co do napisów na łódzkich płotach. Pamiętam, że przed kilkunastoma laty na płocie ogradzającym Plac Dąbrowskiego, przed Teatrem Wielkim, zawisły banery głoszące: „Łodzianie, robimy to dla Was”. Czyli, że władze miejskie wysupłały z własnych kieszeni pieniądze, za które budowniczowie mieli wybudować nową nawierzchnię placu, którego centralnym punktem okazała się być gigantyczna – i wątpliwej urody – fontanna. I jeszcze jedno – ponieważ zbliżała się kampania wyborcza, to te banery były podpisane dwoma nazwiskami: ówczesnego prezydenta miasta i jego zastępcy, bo obaj gdzieś kandydowali. Łaskawcy i dobrodzieje.

Czym zarządza piłkarz na boisku

Istnym kuriozum jest kwestia jednego ze sprawozdawców piłki nożnej w telewizji, który  stwierdził: „Ten piłkarz doskonale zarządza swoimi emocjami  na boisku”. O co temu sprawozdawcy mogło chodzić? Może o to, że będąc faulowany nie pobił faulującego? A może o to, że nie skopał sędziego, który niesłusznie odgwizdał spalonego? Skupiłem się na nudnym meczu, żeby odkryć tę tajemnicę. Po godzinie oglądania odkryłem, że sprawozdawcy chodziło o to, że piłkarz przez większą część meczu zachowywał się spokojnie, wolniutko, statecznie dreptał po boisku, ale w kilku sytuacjach nagle przyspieszał, a nawet zdobył – z tego przyspieszania, czyli z  dobrego zarządzania emocjami – bramkę.

Ten tenże

Jest też nowe modne słówko w obiegu – „tenże”. Coraz więcej dziennikarzy telewizyjnych zamiast mówić „ten”, mówi „tenże”. Oczywiście jest taki zaimek, urobiony z – ten oraz partykuły – że. Tyle tylko, że jest to straszny archaizm. Funkcjonuje jeszcze w kościele i w starych tekstach świeckich. „Tenże” ma charakter podniosły, uroczyste i nobliwy. Ale dlaczego współczesny dziennikarz przy okazji banalnej i codziennej mówi „tenże” zamiast „ten”? Nie rozwikłam tego, a jedyne co mi przychodzi na myśl, to podejrzenie, że dziennikarze mówiący „tenże”, chcą być poważniejsi. Ale jak można być traktowanym poważnie, gdy mówi się językiem przedrozbiorowej Polski?

Momentum

Kolejnym mało zrozumiałym słowem, z wielką, ale miejmy nadzieję chwilową karierą jest „momentum”. Zacząłem obserwować w jakich sytuacjach dziennikarze telewizyjni mówią „momentum”. Otóż w różnych. Przede wszystkim momentum zastępują „tę chwilę, ten moment”.

Słownik internetowy poucza nas, że momentum jest pojęciem z fizyki i oznacza rozpęd, impet. W języku potocznym może też oznaczać tempo, rozmach działań. Przy czym – język potoczny zapożyczył termin z fizyki, nie do końca sensownie.

Stary Doroszewski nie notuje „momentum” w ogóle, bo nie zajmowały go języki techniczne, żargony specjalistyczne. U Doroszewskiego mamy jedynie: „Wpaść gdzieś na moment. Przełomowy moment w czyimś życiu.” I tak być powinno. Dbajmy o prawidłowe używanie „momentu” a „momentum” zostawmy technice i nauce. Bo inaczej wszystkich nas – niedługo – z tego horrendum trafi apopleksium.

Kto kogo dominuje

Mówi dziennikarz sportowy: „Kowalski dominował swego przeciwnika”. Mój Boże, co to ludziom przychodzi do głowy, albo bez pośrednictwa głowy, prosto na język.

Można dominować nad kimś, nad czymś. Dominować pochodzi przecież od dominus czyli pan. Zatem można panować, dominować, czyli przeważać. Da się dominować na boisku lub zdominować dyskusję. Ale nie można dominować kogoś. Panowie i Panie! Poza słowami, mamy jeszcze składnię tych słów!

Obcowanie

Dotychczas zdawało mi się, że „obcowanie” należy do sfery intymnej. I znowu myliłem się. Bo oto dziennikarz twierdzi: „Ten piłkarz doskonale obcuje z piłką”. Tak napisano na portalu „WP Sportowe Fakty”. Chodziło o to, że piłkarz ma doskonałą technikę – w odbiorze piłki, w prowadzeniu i podaniu. Skąd redaktorom wzięło się „obcowanie”? Nie wiem, ale jest śmiesznie. Na dowód zamieszczam znany wiersz Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Mądrym ku przypomnieniu, idiotom ku nauce – jak pisano przed wiekami.

Tadeusz Boy Żeleński – Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna –
Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera – gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne panie
(By od grubszych zacząć braków);
Jak mam nazwać… „obcowanie”
Dwojga różnych płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” – czy też „świństwem,
Lub czym innym w takim guście?

Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o – „rui i porubstwie”!

W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era?
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć –
Lecz wykrztusić jak: „Aniele,
Ja chcę z tobą… »cudzołożyć«!”

Jak wyszeptać do dziewczęcia:
„Chcę… pozbawić cię dziewictwa…
Nie obawiaj się »poczęcia«,
Kpij sobie z »ja-wno-grze-szni-ctwa«!”

Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”

Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi;
Polak cnotę ma w respekcie,
Lub „tentuje” ją – na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się pod stołem…

Niech upadnie ci serweta –
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A przy stole – komunały
O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki.

Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem…”

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Widzę tu zebraną tłumnie
Kapłanów sztuki elitę,
Co swe kudły wnoszą dumnie
Ponad rzesze pospolite.

Wy! „świetlanych duchów związek”,
Wy! „idei stróże czystej”,
Wasz to jest psi obowiązek
Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,
Schowajcie pawie ogony,
Żyjcie – czym każdy z nas żyje,
Idźcie – – kochać… za miliony!

Dość „nastrojów” waszych, dranie!
Uczcie mówić waszych braci:
To jest wasze powołanie!
Od tego was naród płaci!

Język nasz jest skarbem świętym,
Nie igraszką obojętną;
Nie krwią, ale atramentem
Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi.
A nie tępić życia zaród,
Soków pełnię czerpać z ziemi:
Jaki język – taki naród!!!

Na początku lat 90. fundacje powstawały na gruzach komunizmu, ale same też nie były trwałe; Fot.: HB

WALTER ALTERMANN: Nasze wielkie osiągnięcia fundacyjne

Kilka lat temu, pewna znajoma opowiedziała mi taką historyjkę. Otóż jej koleżanka – powiedzmy z jakiegoś stowarzyszenia społecznego – zaprosiła ją do swojej fundacji.

– Ja wiem – powiedziała – tobie się nie przelewa – ale moja fundacja wesprze cię, nie jesteś sama. Musisz tylko do nas przyjechać.

Następnego dnia moja znajoma wsiadła do tramwaju i pojechała na koniec miasta. Znalazła blok i lokal, w którym fundacja się mieściła. Serdecznie się z koleżanką ucałowały a potem moja znajoma otrzymała od fundacji: kilogram cukru i cztery jajka. I wszystko to musiała – oczywiście – pokwitować.  Płacząc wracała tramwajem, na który w obie strony, wydała więcej niż warte były fundacyjne wsparcie.  

Spora część obywatel naszego kraju uważa, że marnie im się dzieje, bo Polska jest „obżerana” przez armię nierobów. Z całą pewnością jest to skutek „polityki niechęci” różnych grup społecznych wobec siebie. W PRL-u władza celowo antagonizowała lub tylko podtrzymywała stare antagonizmy.

Kto nas naprawdę obżera 

Chłopstwo nasze od wieków nie cierpiało miastowych, bo „ino siedzą za biurkiem i przekładają papiry, a w tych fabrykach, to tylko stoją, a maszyna sama się kręci”. Mieszczuchy w odwecie nie lubili chłopa, bo „chłop śpi a jemu samo rośnie, no i cały czas jest na wakacjach”. Robotnicy nie szanowali kształconych i studentów – nawet jeśli ich syn lub córka akurat studiowali.

Wszyscy oni razem nie darzyli uznaniem jednej kategorii obywateli – gryzipiórków, czyli urzędników. Zapewne dlatego, że niewielu rozumiało sens pracy tej kategorii Polaków. I ta niechęć – niestety – pozostała do dzisiaj. Skutki są takie, że urzędnicy państwowi i samorządowi zarabiają tragicznie mało. A skutkiem tego skutku jest to, że do urzędów trafiają ludzie niezbyt dobrze przygotowani do pracy. Powyższe określenie „niezbyt dobrze” to łagodny eufemizm.

Niestety wszystkim nam umyka jedna kategoria „obżeraczy” społecznego grosza. Fakt, że grupa ta sformowała się całkiem niedawno, nie usprawiedliwia braku naszej czujności. A mam tu na myśli najrozmaitszych ludzi, którzy tworzą rozliczne fundacje.

Społecznicy kontrolowani

W latach 1945-1990 każda, najmniejsza nawet forma działalności „oddolnej”, była poddawana kontroli władz. I każda była kierowana przez „delegowanych na odcinek społeczny” ludzi miałkich, strachliwych i bez polotu, których jedynym zadaniem było pilnowanie, żeby te organizacje społecznikowskie broń Boże nie prowadziły działań mogących zagrozić systemowi. A ponieważ wykładnia zagrożeń należała do państwowych służb – tak jawnych, jak tajnych – które z założenia muszą być bardzo ostrożne, więc o jakiejkolwiek wolności w organizacjach społecznych nie mogło być mowy. I nie było lub było w małym zakresie.

Tym samy stowarzyszenia ludzi promujących i uprawiających turystkę, organizacje filatelistyczne, filumenistyczne, miłośnicy i hodowcy gołębi, kanarków, hodowcy rybek akwariowych, rasowych psów i kotów – wszyscy tacy byli podejrzani i inwigilowani przez państwo.

Fundacje – początek

Z początkiem lata dziewięćdziesiątych, po czterech dekadach PRL-u, pojawiły się byty, które miały służyć oddolnemu, społecznemu i samorządowemu odrodzeniu. Zmieniono prawo, które umożliwiało grupom aktywnych obywateli powoływanie do życia wszelkiego rodzaju fundacji, stowarzyszeń, klubów i ruchów. Przyświecała temu nowemu zjawisku wielka idea ożywienia samorządności i samostanowienia się Polaków.

Trzeba powiedzieć, że wielu ludziom – w tym i mnie – niezwykle spodobała się ta nowa forma organizacyjna, mogąca wreszcie obudzić aktywność obywatelską. Mieliśmy wtedy świeżo w pamięci upaństwowione za czasów „realnego socjalizmu” spółdzielnie i stowarzyszenia, które choć z założenia były społeczne, to realnie były ekspozyturą państwa. Wielu liczyło, że przemożna, opresyjna siła państwa przestanie działać wszędzie, w najmniejszym bodaj społecznym ruchu – jak choćby w chórach, orkiestrach dętych, Lidze Ochrony Przyrody, Ochotniczej Straży Pożarnej, lub w organizacjach młodzieży akademickiej.

Pierwsze chore jaskółki

Niestety realna działalność pierwszych fundacji była katastrofą. Pamiętam, że już w 1990 roku pojawiła się inicjatywa fundacji niosącej pomoc dzieciom. Na każdej poczcie możne było kupić ładną pocztówkę i wysłać ja na adres fundacji. Przychody z tej akcji miały trafić oczywiście do biednych dzieci. Reklama była potężna, bo państwowe media nie szczędziły czasu antenowego na jej promowanie.

Działalność fundacji firmowała znana już wszystkim Małgorzata Niezabitowska. Dziennikarka „Tygodnika Solidarność”, przede wszystkim jednak rzeczniczka rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Przyznam się, że i ja wsparłem tak szczytny cel. Niestety po kilku latach okazało się, że z każdej otrzymanej od darczyńców złotówki, do dzieci trafiało jedynie 10 groszy, bo 90 groszy pochłaniały koszty prowadzenia fundacji, reklamy, etc. Wyszło niezbyt dobrze.

Powiem wprost, że nie podejrzewam pani Niezabitowskiej o jakąkolwiek rozrzutność „wewnętrzną” czy defraudację. Myślę, że osoba tak zajęta i przepracowana nie zdawała sobie sprawy z problemów organizacyjnych fundacji, z tego, że będzie musiała płacić ludziom pracujący na rzecz jej dzieła. Oczywiście powinna wiedzieć, ale nie wiedziała. Czasy były niespokojne, państwową łajbą mocno kiwało na wzburzonym morzu polityki… Jest to jakieś wytłumaczenie.

Fundacja rządowa dla teatrów

W drugiej ponurej sprawie jest zanurzona po uszy również „osoba rządowa”. A chodzi o wybitną panią reżyser, która została Ministrem Kultury i Sztuki w latach 1989-1991, w tym samym rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Sprawa dotyczy bowiem pani Izabelli Cywińskiej.

Resort kierowany przez panią minister Cywińską otrzymał od wicepremiera Leszka Balcerowicza całkiem spore pieniądze, pochodzące z rozliczenia jakiejś państwowej nadwyżki. Balcerowicz zaproponował trzymanie tych sum na koncie państwowej fundacji, celem wspierania z odsetek państwowych teatrów. I tak się stało. A pieniędzy było sporo, bo ich kwota mogła wystarczyć na roczne, całkowite utrzymanie kilkunastu teatrów.

Po kilku latach pewien dziennikarz zapytał Izabellę Cywińską co się stało z pieniędzmi fundacji.

– Niestety przepadły – odpowiedziała była minister.

– Jak to możliwe, że przepadły rządowe pieniądze? – zdziwił się szczerze dziennikarz.

– Wie pan, sytuacja była taka, że banki dawały bardzo mały procent, więc postanowiłam powierzyć je na korzystniejszy procent mojemu znajomemu, bardzo porządnemu człowiekowi. Bo w końcu komu miałam wierzyć, jak nie znajomemu? On zajmował się hodowlą kurczaków, ale na farmie – niestety – wybuchł pożar, który strawił wszystko. I pieniądze przepadły. Tak to bywa.

Jako podsumowanie przypadku fundacji pań Niezabitowskiej i Cywińskiej mogę powiedzieć tylko jedno: Nie wszyscy ci, którzy obalali komunę nadają się do robienia biznesu, prowadzenia firm czy prowadzenia kraju. Tak to niestety już jest, że nie każdy burzyciel warowni ma kompetencje do stawiania własnych.

Dobra porada fundacyjna

Gdyby ktoś z Państwa chciał polepszyć swoją sytuację materialną, polecałbym mu założyć fundację. Fundacje bowiem mogą zatrudniać kogo chcą i na jakich chcą warunkach, także założycieli. Mogą dostawać z zewnątrz pieniądze i dawać je innym fundacjom. Jest tylko jedna, ale to bardzo ważna zasada: trzeba nazwę i cele fundacji dopasować do ideologii partii aktualnie rządzącej.

Jeżeli będzie to za czasów Platformy et consortes, to polecam takie nazwy: Bliżej Europy, Europa w Nas, My w Europie, Wolność Obywatelska, Patrzymy w przyszłość, Nowoczesność bez zahamowań, Europa bez granic.

Gdyby zaś pomysł z fundacją przypadł na rządy PiS, to nazwy muszą być ciut-ciut inne, na przykład: Przedmurze, Tradycja, Dobre stare wzorce, Duch nad ciałem, Duch naszych ojców, Na straży granic, Okopy, Bastion, Forteca.

Znalazłem tylko jeden wyjątek, który będzie pasował do obu formacji, ta nazwa to: „Nigdy więcej”. Ale bez wypisywania czego nigdy więcej. Po prostu samo „Nigdy więcej”.

 

Wszystkim organizacjom ekologicznym chodzi o to samo, ale niektóre dość szybko przechodzą na cieną stronę mocy. Fot. HB

WALTER ALTERMANN: Organizacje ekologiczne, czyli byty teoretycznie obywatelskie

Czytam, że jakieś światowe organizacje obrońców czystości ziemi, wody i powietrza uważnie przypatrują się gazociągowi Baltic Pipe, przez który ma być tłoczony norweski gaz do Polski. I już szykują się do protestów. Zresztą, na świecie organizacje proekologiczne są znane i działają od lat siedemdziesiątych XX wieku, w Polsce zadomowiły się na dobre po zmianie ustroju w latach dziewięćdziesiątych.

Właściwie powinienem przyklasnąć ideologii obrońców Ziemi bez mrugnięcia okiem, bo tak jak oni chcę oddychać czystym powietrzem, tak jak ich, martwi mnie zatruwanie wód lądowych i oceanów, wpadam też w depresję na widok kolejnego kawałka Ziemi, którą ktoś dla zysku zabetonował. Czyli mógłbym poprzeć ich bez chwili zastanowienia. Ale… nie mogę być bezkrytyczny. Zresztą „krytykanctwo” jest moją naturą. A szukanie dziury w całym pasjonującym zajęciem.

                                                              Doktrynerzy

Podejrzewam, że „ekologom” tak bardzo zależy na środowisku naturalnym człowieka, że będą o środowisko walczyć do ostatniego człowieka. I zrobią to bez chwili wahania, bo w istocie te ruchy stały się twórcami i propagatorami niezwykle agresywnej doktryny. A członkowie tych grup stali się bardzo podobni do wyznawców Państwa Islamskiego, lub nawet zwolenników Pol Pota. Różnice w doktrynach są jedynie literackie, ale duch, zaciekłość i bezwzględność równe sobie.

Nie rozumiem, jak w czasie wojny, najazdu Rosji, wobec rosyjskich gróźb ataku na inne państwa, kiedy świat wprowadza embargo na rosyjską ropę i putinowski gaz, jak w tym momencie może przyjść komuś do głowy, żeby protestować przeciwko gazociągowi Balitc Pipe.

Czy ci aktywiści nie rozumieją, że bez tych instalacji ogromna część Polski może zamarznąć? Naprawdę nie rozumieją, że Polska chce kupować norweski gaz dla ochrony życia swych obywateli? I dlaczego nie protestowali przeciw gazociągom Nord Stream I i II?

Albo dlaczego nie protestują przeciwko rosyjskiej agresji? Przecież Ziemia na Ukrainie jest rozjeżdżana czołgami i innymi wojskowymi pojazdami. Przecież codziennie tony pocisków wybuchają na ziemi i w powietrzu. A tony ropy naftowej i benzyny, które armia agresora spala? Przecież wybuch każdego pocisku spala ogromne ilości tlenu i zatruwa atmosferę, ziemię i wodę tonami toksycznych substancji. Dlaczego ekolodzy nie protestują przeciwko tym skutkom wojny?

                                                  Protesty w czyim interesie

Gdybym był naiwny, uwierzyłbym, że to tylko szalona nadgorliwość obrońców Ziemi pcha ich do takich bezrozumnych działań. Ale nie jestem tak zupełnie ograniczony. Podejrzewam bowiem, że te ruchy są inspirowane nie tylko szaleństwem, ale być może również – choć nie mam twardych dowodów – przez Rosję. Przy czym, to teoretycznie można by sprawdzić, jeśli tylko państwa Europy by chciały.

Oczywiście nie odbywa się to tak, że ambasador Federacji Rosyjskiej, w paryskiej czy hiszpańskiej kawiarni wręcza jakiemuś ekologowi, pod stolikiem, grubą kopertę. Sposoby są znacznie bardziej wyrafinowane. Rosja – inne państwa także – chcąc mieć wpływ na opinię publiczną w jakimś kraju, wspierają określone, zaprzyjaźnione lub agenturalne stowarzyszenia, fundacje lub ruchy obywatelskie. Te z kolei wspierają inne grupy, tamte jeszcze inne, aż wreszcie pieniądze trafiają do właściwych rąk. To jest taki łańcuszek złej woli i intryg.

Czy to da się sprawdzić? W dużej mierze tak, ale potrzebna byłaby dobra wola organów ścigania kilku, lub nawet kilkunastu państw. Ale nikt nie zamierza robić w tej sprawie śledztwa na wielką skalę, gdy u bram Unii Europejskiej jest wojna, gdy poważnym zagrożeniem są terroryści islamscy, gdy nadal trwa napór uchodźców ekonomicznych z Azji i Afryki.

Z cała pewnością to Rosji zależy na robieniu szumu i złej atmosfery wokół Baltic Pipe. Tylko nikt tego nie będzie sprawdzał. Jak to się skończy? Zapewne jak zawsze. Ekolodzy zostaną kupieni i trochę się uspokoją, inaczej mówiąc zamkną się. Zupełnie tak, jak bywało w wielu miastach Polski jeszcze kilkanaście lat temu i jak dzieje się nadal. O tym poniżej.

                                          Dwa stowarzyszenia a jeden duch

Gdy pod koniec XX wieku zaczęły masowo powstawać w Polsce zagraniczne inwestycje w handlu, transporcie i przemyśle, urosły też w siłę grupy rodzimych ekologów.

I gdy, na przykład  jakaś sieć handlowa chciała – powiedzmy dla przykładu w mojej  Łodzi –  postawić duży supermarket, natychmiast na miejscu dopiero co rozpoczętej budowy pojawiała się grupa ekologów, nazwijmy ją grupą „A”. Przewodził jej prezes stowarzyszenia, pan „B”. Facet był niepozorny, nie rzucał się w oczy, w szarym paletku, w kapeluszu i zawsze ze skórzaną teczką, jaką dawniej nosili urzędnicy niższej kategorii. Protestujący mieli transparenty, kartony z odpowiednimi hasłami, mieli też przenośne megafony – i robili duży hałas. Pan prezes „B” okrzyków nie wznosił, stał nieco z boku i obserwował.

Gdy w tym samym czasie, w innej części Łodzi, jakiś zachodni koncern przystępował do budowy zakładu wytwarzającego jakieś urządzenia, to i tam pojawiała się grupa ekologów, protestująca przeciw niszczeniu środowiska, dewastacji i skażeniu. Tej grupie, nazwijmy ją „B”, przewodził dyskretnie pan prezes „A”.

W finale zadymy ekologicznej, zmęczone firmy inwestorskie, chcąc uniknąć długotrwałych procesów, odwołań, apelacji i kasacji, płaciły spore sumy i sprawa się kończyła. Ale sedno sprawy, którą opowiadam, jest inne. Otóż firmy zachodnie płaciły krzyżowo, czyli tak: Firma budująca hipermarket, oprotestowany przez ekologiczną grupę „A”, wpłacał sporą sumę ma konto grupy „B”. Natomiast firma budująca halę fabryczną, oprotestowywana przez grupę „B”, płaciła grupie „A”.

Kluczem do sukcesu obu grup ekologów był fakt, że w grupie „A” prezesem był pan „B”, a pan „A” wiceprezesem. Natomiast w grupie „B” prezesem był pan „A”, a pan „B” wiceprezesem. W sumie przekręt był czysty, z punktu widzenia prawa. Moralne to nie było, ale moralność jest abstrakcją, a pieniądze są realne.

A jak pieniądze z firm, które chciały mieć spokój, trafiały do obu prezesów/wiceprezesów? W bardzo prosty i też zgodny z prawem. Otóż fundacje i stowarzyszenia mogą zatrudniać pracowników, zlecać osobom trzecim opracowywanie dokumentów, opłacać lokale, itp.

W następnym felietonie pozwolę sobie opisać wielce oryginalną działalność kilku polskich fundacji. Naprawdę potrafimy.

Co za czasy. Wszystko trzeba ludziom pisać. Czy rzeczywiście wszystko..? Fot.: Archiwum/ h/ re

O naszych kompleksach pisze WALTER ALTERMANN: Obcych serdecznie zapraszamy

Młody muzyk, jeszcze uczeń szkoły średniej, opowiada w telewizji jaka była jego droga do muzyki. I w pewnej chwili mówi: „I właśnie w tym momencie zapasjonowałem”. Ciekawe urobienie czasownika od rzeczownika. Chłopak stworzył z dwóch słów jedno. Mamy zainteresowanie i pasję. Połączył i nawet logicznie mu wyszło. Tyle tylko, że zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego.

A może młody muzyk użył przedrostka – za, bo ma on w języku polskim siłę wzmacniającą przekaz i oznacza coś ostatecznego. Mówimy przecież zakończony, zastrzelony, zamulony, zapracowany. Kiedyś malował mi mieszkanie człowiek, który z westchnieniem zazdrości stwierdził: „A szwagier wrócił z Niemiec, bardzo mocno zarobiony”. Co miało znaczyć, że szwagier dużo zarobił.

Owszem mamy rzeczowniki odczasownikowe, jak np. dźwig od dźwigania; koparka od kopania, spychacz od spychania. Ale mamy też czasowniki odrzeczownikowe, czyli tzw. gerundia – od łac. gerundivum. Są one tworzone przez odcięcie od czasownika (wyrazu podstawowego) końcówki fleksyjnej i dołączenie do tematu formantu -anie, -enie lub-cie, np.: biegać – bieganie; odpoczywać – odpoczywanie; marzyć – marzenie; podzielić – podzielenie; wprowadzić – wprowadzenie, szyć – szycie, pić – picie. Ale nie mamy na szczęście – jeszcze – komputerowania, pralkowania, samochodowania.

Miejmy nadzieję, że „za-pasjonowanie” się nie przyjmie. Choć naród u nas twórczy lub po nowoczesnemu: „kreatywny”.

Transferobus

Pewien mój znajomy wybiera się właśnie, w dużej gorączce podróżnej – niem. Reisefieber – za granicę. Opowiadając mi o przygotowaniach, stwierdza, że jest dobrze, bo „z hotelu ma transfer busowy na lotnisko”. Tak miał napisane w ofercie biura podróży. Biuro być może pisze tak, żeby być zrozumiałym dla obcokrajowców. Ale znajomy jest Polakiem. Niestety „transfer” jest jednym z angielskich słów, które wypierają nasze, lub obce, ale przyswojone dawniej.

Według słownika PWN „transfer” oznacza dzisiaj: 1. transakcję gospodarczą polegającą na przekazaniu pieniędzy, usługi, technologii itp. przez jedną instytucję drugiej, bez ekwiwalentu; 2. wpływ, jaki wywiera wcześniej nabyta umiejętność na przyswojenie sobie innej umiejętności; 3. przejście zawodnika z jednego klubu do innego w zamian za wynegocjowaną kwotę. 4. przeniesienie lub przesłanie czegoś z miejsca na miejsce.

Z tego wynika, że mój znajomy jest tylko „czymś”, co można przesłać z miejsca na miejsce. Naprawdę przykre jest takie uprzedmiotowienie człowieka i Polaka.

 

Chodziło o to, że hotel zapewnia busy, którymi można na lotnisko dojechać. Ale tak jest więcej pisania i prestiż mniejszy dla hotelu. Inny problem, to zadomowienie się słowa „bus”. Owszem dawniej były znane autokary, autobusy – słowa też pochodzące z angielskiego. Teraz mówimy „bus” na mały autobus. Całkiem to logiczne, bo autobus był duży, a bus jest mniejszy. Ja bym pisał i mówił „mały autobus”. Ale tu chodzi o pośpiech w transferowaniu na lotnisko, więc krótszy dojedzie szybciej.

Agenda

Mówi w telewizji pewien urzędnik: „Nie mieliśmy tego tematu w dzisiejszej agendzie”. Zastanawiam się, dlaczego nie powiedział, że: „W planie narady, spotkania…”; albo „Dzisiaj nie planowaliśmy zajmować się tym tematem”? Bo „agenda” brzmi poważniej – zdaniem urzędnika. A plan… może być nawet lekcyjny.

Strasznie nam się srożą i poważnieją urzędnicze słowa, że bez kija nie podchodź. Trwa urzędnicza walka o powagę ich urzędów. Przypomina mi to zjawisko jedynie carską Rosję, w której urzędnik był figurą, niezależnie od rangi. Choćby jak ten gogolowski ostrzyciel ołówków, to jednak urzędnik! Niby w demokracji urząd jest dla człowieka, jak głoszą demokraci, ale mnie się coś zdaje, że ludźmi – dla których naprawdę istnieją urzędy – to sami urzędnicy.

Dla wyjaśnienia, w dzisiejszym języku polski „agenda” ma kilka znaczeń: 1. fila urzędu lub instytucji; 2. terminarz; 3. ustalony plan jakiegoś spotkania; 4. chrześcijańska księga liturgiczna.

Zalecałbym, apeluję – choć wiem, że adresaci nie odbiorą mego apelu serio – żeby zejść z koturnów i zacząć mówić językiem zrozumiałym dla prostych ludzi. Skoro mamy już oswojony, też obcojęzyczny „plan”, to zostawmy w spokoju tę cholerną „agendę”.

Przestrzeń czasu, mentalna i artystyczna

Przestrzeń to jakiś obszar ziemi, nieba, miast, ulic. Mamy tez przestrzeń w budynkach. Tak było do tej pory. Ale myśmy to zmienili.

Zupełnie tak samo, jak molierowski Sqanarel, który będąc „Lekarzem mimo woli” opowiada Gerontowi, że serce mieści się po prawej stronie. Na to Geront, grzecznie zauważa, że chyba po lewej… Owszem, tak było – odparowuje Sqanarel – ale myśmy to zmienili, i nie musi pan dorównywać nam w postępie wiedzy….

Przestrzeń była niedawno jeszcze normalnym polem lub obszarem. Ale w tej sprawie zmieniło się i to wiele. Słyszałem już o przestrzeni mentalnej, politycznej, o przestrzeni porozumienia, konfliktu, zgody, negocjacji.

Pewien artysta twierdził nawet, że przestrzeń motywuje go do kreacji, rzecz w tym, że musi uprzednio odczuć, zrozumieć i oswoić tę przestrzeń. Mówił o normalnej, pustej wtedy, teatralnej scenie, ale „scena” brzmiałaby nienowocześnie, a przestrzeń kreacji jest nowoczesna. Poza tym – puste sceny i inne przestrzenie niezwykle podniecają wszystkich plastyków. Ale po podnieceniu, najczęściej – gdzieś tak w 75 procentach – widz otrzymuje marne dekoracje lub przeciętne obrazy, bo podniecenie, odczuwanie przestrzeni, nie wystarczają do stworzenia czegokolwiek.

Kiedyś w tym znaczeniu, co teraz „przestrzeń”, używano słowa „sfera” i wystarczało w zupełności. Ale idą zmiany, zmiany, zmiany… Podejrzewam, że w gruncie rzeczy chodzi o bardzo sprytny zabieg psychologiczny. Chodzi o to, żeby odbiorcę zaskoczyć, mówiąc coś tak irracjonalnego, nad czym odbiorca naszego komunikatu będzie się musiał zastanowić. Choćby przez ułamek sekundy. Wtedy myśl mu ucieka i nie ma już siły skupić się nad tym o co „nowoczesnemu Polakowi” chodzi.

Jest to metoda rozpraszania uwagi. Zupełnie jak z psem, prowadzonym przez nas na smyczy, który zaczyna się interesować innym psem, bo chce mu skoczyć do gardła. Ale lekko trącony kolanem, nasz pies – będąc zdziwionym – traci skupienie na tym innym psie. I tak nas bez przerwy trącają kolanem – właściwie nowojęzykiem – politycy, artyści, dziennikarze i urzędnicy. I dajemy im spokój, bo jesteśmy zmęczeni, i nie jesteśmy w stanie rozgryźć o co im chodzi.

Myślę, że Polacy są pełni kompleksów wobec Zachodu. Co prawda wszyscy deklarujemy, że jesteśmy dumnym narodem, ale tak w głębi ducha mamy potworne kompleks „gorszości”. I dlatego tak wchłaniamy obce pojęcia i słowa, żeby jak najbardziej do tego Zachodu się zbliżyć.

Archiwum/ h/ re

WALTER ALTERMANN: Niebezpieczna otchłań kultury, czyli seriale telewizyjne

Niedawno odbyła się Gala Telekamer 2022. Od 25 lat organizuje ją magazyn „Tele Tydzień” i tak było również w tym roku. Nagrody przyznano w wielu kategoriach – i o dziwo – w każdej z nich pojawiały się znany tytuły i nazwiska. Czy wybór tych, a nie innych programów, filmów i dziennikarzy zawsze był trafny? Jestem jedynie zwykłym widzem – choć mocno uzależnionym od oglądania telewizji – i nie mnie oceniać.

Mnie zaskoczyła jedna kategoria – seriale. Nagrodzono bowiem serial świetny pod każdym względem. A okazało się nim „Ranczo”. Skąd moje zaskoczenie? Bo przerażająca większość polskich seriali jest okropna. Zanim jednak pozwolę sobie na drastyczną krytykę całości, pozwolę sobie powiedzieć kilka miłych słów na temat dwóch świetnych produkcji. Pierwszą jest „Ranczo”, a drugą „Ucho Prezesa”.

Ranczo

„Ranczo” okazało się wielkim sukcesem. I nie dlatego, że ogromna większość naszych seriali jest przykra w oglądaniu. Ten serial po prostu zrobili fachowcy.

Najpierw zwróćmy uwagę na autora scenariusza, a jest nim Andrzej Grembowicz, który używał niekiedy pseudonimu – Robert Brutter. Pisarz zmarł, niestety, w listopadzie 2018 roku. Był onegdaj pracownikiem Sejmu i redaktorem naczelnym „Kroniki Sejmowej”. Był laureatem nagrody Hartley-Merill, za scenariusz filmu „Tam, gdzie żyją Eskimosi.

Wiem, że zaczynając od scenarzysty jestem wyjątkiem. W Polsce od kilkudziesięciu lat nazwiska scenarzystów filmowych są pomijane. Producenci promują swe osiągnięcia nazwiskami reżyserów i aktorów, uważając że taka taktyka przyciesie im większe zyski. I to dlatego mamy w telewizjach kablowych informacje: „Ziemia obiecana – film Andrzeja Wajdy”. Oczywiście film stworzył wielki reżyser Wajda, ale o nobliście Reymoncie już się nie wspomina.

A to właśnie scenarzyści są ojcami klęski lub sukcesu, szczególnie w przypadku seriali. Oni dają myśl i styl. Oni budują to co najważniejsze w filmie – konflikty między postaciami, i podpowiadają gdzie i kiedy, w jakich przestrzeniach rozgrywają się sprawy. Oni wreszcie budują piórem – lub klawiszami komputera – psychikę bohaterów, ich zachowania i odruchy. I dopiero potem wkracza reżyser.

W przypadku „Rancza” reżyser jest bardzo dobry. Wojciech Adamczyk jest absolwentem PWST w Warszawie. Najpierw skończył wydział aktorski tej uczelni. Czyli – jako aktor rozumie aktorów, umie po aktorsku myśleć. A potem wydział reżyserii, i jako reżyser potrafi własne doświadczenia aktorskie wykorzystać na planie filmowym. Poza tym – Adamczyk jest mądrym reżyserem, ani w teatrze, ani w filmie nigdy nie jest banalny.

I tych dwu ludzi było podstawą sukcesu „Rancza”. Świetnie również serial obsadzono. A każdemu z obsady dano szansę na „zagranie” roli. Sytuacje były kreślone wyraźnie, ale subtelnie. A to jest już dla aktora szczęście. Wszyscy aktorzy w „Ranczu” dostali szansę na zbudowanie roli „pełnych ludzi” i wykorzystali ją. A to jest bardzo rzadko spotykane w naszych serialach.

Najczęściej bowiem oczekuje się od aktora zagrania „typa”, postaci płaskiej i ograniczonej do jednej dyrektywy, jednego znaku rozpoznawczego. I w konsekwencji widz otrzymuje postacie komiksowe, bez życia wewnętrznego, obdarte z cech ludzkich.

Ucho prezesa

Drugim serialem, który w ostatnich latach mnie zachwycił jest „Ucho Prezesa”. Ta produkcja zaistniała najpierw w Internecie, a dopiero po kilku latach znalazła się w programach telewizyjnych, ale  kablowych i niszowych.

Ten serial był bowiem obłożony „klątwą” dzieła antypisowskiego. Obozowi władzy nie bardzo się to mogło spodobać. Opozycji natomiast – i owszem. Jednak – jak się okazało – twórcy byli zbyt mądrzy, by ograniczyć się do politycznej agitki. Stworzyli serial o władzy, owszem. Na przykładzie ostrej karykatury rządu, też prawda. Ale przecież nie tylko do tego się ograniczyli. Serial prezentuje także wielką rzeszę postaci polityków również z opozycji. I w sumie otrzymaliśmy dzieło o polskiej polityce naszych czasów, o ludziach robiących politykę.

Oglądając „Ucho Prezesa” uwierzyłem też w polskich aktorów. Żadnej rodzajowości, żadnego udawania jakichś nieludzkich stworów. Każdy z aktorów – a było ich w serialu bardzo wielu – stworzył istną perełkę, niesamowity filigran. Precyzyjnie, choć odważnie – jak na komedię przystało.

I to wszystko jest, przede wszystkim, zasługą Roberta Górskiego, który napisał scenariusz i zagrał tytułową rolę Prezesa. Górski od lat w swoim kabarecie uczy i rozśmiesza, i nigdy nie idzie po linii najmniejszego oporu. Nie idzie na łatwiznę. Aktorzy jego kabaretu, jak i on sam, są bardzo wymagający od siebie. Naprawdę tworzą sztukę.

Inne seriale

W obu powyższych serialach aktorzy nie grają „żyćka” – jak mawiał o klasyce teatralnej swoich czasów Witkacy. Zarówno w „Ranczu”, jak i w „Uchu Prezesa”  nikt nie pokazuje jak się nalewa wodę do szklanki, jak się otwiera drzwi i jak się podlewa kwiaty doniczkowe. W tych dobrych serialach sytuacja goni sytuację, każda najmniejsza scena ma swoją zaskakująca puentę. A najważniejsze, że sytuacje służą dialogom, treści i sensom.

Najczęściej seriale kręcą młodzi reżyserzy filmowi lub ambitni operatorzy. I ani jedni, ani drudzy na mają żadnego doświadczenia z warsztatem aktora, a nawet z pracą z aktorem. Teoretycznie uczą tego szkoły filmowe, ale w bardzo minimalnym zakresie. Więcej czasu w programie reżyserów filmowych zajmuje technika. A w przypadku operatorów technika filmowa jest jedyną sprawą, której uczą szkoły.

Dlaczego producenci powierzają zatem reżyserię ludziom słabo przygotowanym do tak trudnych zadań? Bo młodzi adepci reżyserii czy operatorzy gwarantują producentom, że jakoś to będzie, jakoś się wszystko zmontuje. No i są o wiele tańsi, nie stawiają wygórowanych oczekiwań co do obsady. Nie wzdrygną się też przed firmowaniem scenariuszowej tandety. Młodym zależy na zaistnieniu. A że jest to najczęściej zaistnienie traumatyczne, jak upadek z drugiego piętra na krzaki róż…? Po latach ludzie zapomną, a jednak jakiś dorobek do CV się wpisze.

W słabych serialach młodzi aktorzy, którzy już po piątym odcinku okrzyknięci są gwiazdami, nie grają. Nie grają, bo jeszcze nie potrafią. Owszem, coś mówią, przemierzają kilkanaście kroków na planie, wykonują różne gesty, czasem śmieją się lub płaczą. Ale to nie jest gra. Oni są zaledwie pokazywani. I żaden z reżyserów seriali niczego ich nie nauczy. Bo aktor zawsze uczył się w teatrze. Tam budował role, podpatrywał starszych, oglądał mistrzów zawodu.

Seriale policyjne

Osobnym podgatunkiem serialowym są polskie seriale policyjne. Nieodmiennie aktorzy grający w takich serialach zachowują się jak komandosi z Navy Seals, czyli sprawnie biegają z bronią długą, gotową do strzału, biegają też jedynie z pistoletami i zawsze strzelają bez opamiętania. Nawet w komisariatach nie chodzą normalnie – zawsze są w biegu. Jakby przed chwilą dowiedzieli się, że za kilka minut komisariat wyleci w powietrze.

Podejrzewam, że żaden z twórców tych seriali nigdy nie był na komisariacie policji, choćby w roli podejrzanego o zastawienie swoim samochodem wjazdy do bramy. Zobaczyłby zmęczonych urzędników, w nieświeżych mundurach, w zmęczonych wnętrzach. Poczułby atmosferę komisariatu, w którym trzeba się zmierzyć z zapisywaniem ton papieru. I nie starcza już zdrowia za uganianiem się za przestępcami.

Ale w serialach… gdy dziarskim policjantom zdarzają się momenty, w których należy coś przemyśleć – widzimy na ich twarzach potworne cierpienie. Bo zdaniem scenarzystów człowiek – nawet policjant – żeby coś przemyśleć musi usiąść, zasępić się przez dłuższą chwilę i robić przy tym cierpiące miny… A może wszyscy ci scenarzyści i reżyserzy od policyjnych seriali sami cierpią pisząc scenariusze, reżyserując? Chyba jednak po prostu pomyliło się im skupienie nad sprawą z ogólnoludzko-zwierzęcym cierpieniem.

A może to tylko ja oczekuję od seriali za dużo? Może powinienem zaakceptować dziką komercję i jej tragikomiczne skutki?

 

Peter Paul Rubens- Meduza; 1618; Olej na płótnie; Kunsthistoruches Museum, w Wiedniu. Źródło fot.: Domena publiczna

Czującym się kiepsko dobrze życzy WALTER ALTERMANN: Zdrówka, czyli w szponach mafii

Są mocne dowody, że zdrowie jest poważnym problemem – tak indywidualnym, jak społecznym. Skoro już ojciec naszej literatury, Jan Kochanowski, pisał z troską o zdrowiu:

           

                        Ślachetne zdrowie,

                        Nikt się nie dowie,

                        Jako smakujesz,

                        Aż się zepsujesz.

 

Problem jest odwieczny. A w miarę postępu cywilizacji stał się również społecznym.

 

Od kiedy sięgam pamięcią, Polacy zawsze narzekali na społeczna służbę zdrowia. Po roku 1990 kolejne rządy zapowiadały gruntowne reformy tej służby. Niektóre z rządów zaczynały nawet jakieś ruchy „w tym temacie”, inne kończyły na zapowiedziach – może nawet na szczęście, dla nas pacjentów. Dziś jednak zostawiamy w spokoju państwowe struktury makro i zajmiemy się mało znanymi, ale wielce znaczącymi aspektami naszego zdrowia prywatnego.

Po pierwsze. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. I nie jest tak, że na rynku usług zdrowotnych, medycznych żadnych pieniędzy nie ma. Pieniądze są i zawsze się znajdą, bo wszyscy traktujemy naszą kondycję, zdrowie i sprawność fizyczną jako sprawy najważniejsze.

Po drugie, o tym, że jesteśmy gotowi wydawać spore pieniądze na zdrowie wiemy nie tylko my. Źle dla nas, że świetnie zdają sobie z tego sprawę producenci leków, paraleków, suplementów diety, środków poprawiających urodę oraz lekarze od urody. A w sukurs producentom medykamentów i lekarzom przychodzą kolejne dwie nasze, zwykłych ludzi niewiedze pozwalając coraz lepiej żyć koncernom od lekarstw.

 

Niewiedza pierwsza – każdy kiedyś umrze

 

Najbardziej zadziwiające jest to, że do ludzi nie dociera smutny finał, że każdy z nas kiedyś umrze. To znaczy – wszyscy wiedzą jaki będzie koniec, ale żyją tak jakby mieli żyć wiecznie. Ciągle udają młodych, bez zmarszczek, sprawnych, bez bolączek wieku dojrzałego i starczego. I dlatego każdą naturalną śmierć przyjmują jak zaskakujący tragiczny wypadek.

Mój znajomy miał matkę, która dożyła pięknego wieku 95 lat. Niestety z osiągnięciem 90-ciu lat zaczęła tracić pamięć. Znajomy jako dobry syn, opiekował się dobrze matka do końca.

Pewnego dnia 90-letnia matka staruszka mówi do syna:

– A może poszlibyśmy odwiedzić Stasię?

– Mamo, przecież Stasia już od trzech lat nie żyje. Byliśmy przecież na jej pogrzebie.

– Ale ona przecież była ode mnie młodsza o całe dwa lata… – mówi zafrasowana matka.

– No tak, ale umarła.

– Wypadek jakiś był, tak? – pyta matka – Ludzie teraz tacy nieostrożni są, nie przechodzą na zielonym, a ci kierowcy jeszcze gorsi.

 

Niewiedza druga – uroda przemija

 

Ludzie nie przyjmują również do wiadomości, że z wiekiem młodzieńcza uroda znika. Nie znaczy to, że ludzie po 60-tym roku życia robią się brzydcy. Nie, oni się po prostu starzeją. I to starzenie się każdego z nas, jest dla wielu rzeczą straszną, z którą nie chcą się pogodzić. Denerwują się, popadają w zamyślenie, a niekiedy nawet w depresję.

Znałem pewną aktorkę, która po skończeniu 60-ego roku życia postanowiła nigdy więcej nie pokazać się na scenie. Nie wychodziła nawet do sklepów, przestała spotykać się ze znajomymi. Tak się sobie nie podobała. Trzeba tu wyjaśnić, że była piękną kobietą, amantką i jako pani 60-letnia nadal mogła cieszyć oko. Bo jej uroda nie przeminęła, ona się po prostu zmieniła wraz z wiekiem.

 

Dyktatura i terror młodości

 

Takie są skutki kulturowej dyktatury młodości. W telewizjach tylko to piękne, co młode. Owszem, pojawiają się – głównie w reklamach – również ludzie starsi, ale zawsze wtedy, gdy trzeba reklamować ubezpieczenia na wypadek śmierci lub pojawia się w ofercie cudowny żel na stawy i środki do czyszczenia protez zębowych.

Mój lekarz pierwszego kontaktu twierdził, że człowiek obliczony jest przez stwórcę na 50 lat życia. A reszta – mówił, uśmiechając się złośliwie – reszta, to takie tam przeciąganie liny z losem. W ogóle miał niezwykle prawidłowy stosunek do pacjentów. Kiedy mówiłem mu, że tu mnie boli, tam strzyka… Kiwał głową i mówił – A wie pan jakie ja mam problemy ze zdrowiem?

Fakt, że mamy do czynienia z dyktaturą, a nawet terrorem młodości, ma przede wszystkim ogromny wpływ na zyski koncernów farmaceutycznych oraz przemysłu pielęgnacji urody.

Na pytanie jaka gałąź światowego przemysłu przynosi teraz największe zyski, większość z ludzi powie, że nafta. „Nafta rządzi światem” – to było hasło światowej lewicy w okresie międzywojennym i jeszcze trochę po wojnie. Ale teraz już tak nie jest. Największe zyski osiągają producenci leków i środków pielęgnacji urody. I zrobią wszystko, żeby te zyski stale zwiększać. Bo nie jest prawdą, że istnieje jakaś granica, przed którą bogaty zatrzymuje się i mówi:

– Chyba już mi wystarczy, jakoś z biedą na bentleya i jachcik wystarczy.

 

Coraz więcej chorób, coraz więcej lekarstw

 

Jeszcze w czasach mojej młodości aspiryna leczyła wszystkie skutki przeziębień. Dzisiaj mamy lekarstwa na katar zwykły, przewlekły, bardzo przewlekły, chroniczny, napadowy, zaskakujący i męczący. Oferują nam lekarstwa uśmierzające ból konkretnych organów, wszystkich kończyn razem i każdej z osobna. Z roku na rok rośnie liczba zdiagnozowanych jednostek chorobowych. Bo każda nowa musi mieć nowe lekarstwo.

Ale co tam lekarstwa… Proszę wejść do jakiejkolwiek apteki i rozejrzeć się. Przecież w każdej z aptek 80 procent miejsc na półkach i w regałach zajmują środki pielęgnacji.  Skutkiem czego, jeżeli lekarz przepisał nam jakieś „poważne” lekarstwo, to nieodmiennie słyszymy: Proszę przyjść jutro, sprowadzimy to dla pana.

Rozumiem to tak, że aptekarz nie ma już miejsca na lekarstwa, bo musi trzymać na półkach całe „linie” środków na zmarszczki. A są osobne dla każdej z kilkunastu rodzajów skór, dla różnych przedziałów wieku, na każdą z czterech pór roku, do życia w mieszkaniach suchych i wilgotnych…

Pojawiła się nawet „medycyna urody” jako osobna specjalność. Powstają salony piękności, rehabilitacji, medycyny naturalnej, tybetańskiej, azteckiej, mongolskiej, chińskiej, japońskiej i malajskiej. Nie spotkałem jeszcze salonów aborygeńskich i buszmeńskiej, ale to kwestia czasu.

Państwowa służba zdrowia twierdzi, że „przeprowadza rehabilitację w ograniczony zakresie”, bo fizjoterapeutów nie ma. Nie ma w służbie zdrowia, ale w prywatnych gabinetach i klinikach czekają.

Coraz częściej widzimy w telewizji panie, które cudownie odmłodniały. A starsze aktorki, nie chcące grać babć, pojawiają się w drugim wcieleniu jako o wiele młodsze. Młodsze od siebie samych sprzed 20 lat. Wybitna aktorka Ewa Wiśniewska powiedziała, że jej młodsze koleżanki zamiast ust mają teraz parówki. No cóż, botox może i pomaga na skórę, ale na mózg nie bardzo. A „władcy świata”? Gdy widzę ponaciąganych Berlusconiego i Putina budzi się we mnie litość. Inny problem, czy taki Putin nakazał teraz wszystkie swoje starsze zdjęcia i filmy retuszować?

 

Domagam się światowego śledztwa

 

Długo zastanawiałem się, kto wprowadził obowiązkową modę na młodość. Rozpatrywałem różne warianty i zawsze wychodziło mi, że stoją za tym producenci leków i środków upiększających. Bo tylko oni mają w tym interes. A przecież starorzymska zasada „cui bono” podpowiada nam, że zbrodni dopuszcza się ten, kto ma w tym interes.

Producenci leków i środków do poprawy urody twierdzą, że owszem, że sama produkcja nie kosztuje wiele, ale już badania leków są niebywale drogie. Dziwne, że jakoś nikt z mediów nie wspomina, że jakieś 7 lat temu w USA wybuchła niebywała afera, gdy którejś z rządowych agencji zechciało się sprawdzić dużego producenta, czy rzeczywiście prowadzi on badania, przed wprowadzeniem leków na rynek. Okazało się, że żadnych badań nie ma. Nałożono na chciwca karę kilkunastu milionów dolarów i już. Mówię „i już” bo jakoś nie przeprowadzono kontroli w innych krajach…

U nas również nikt się tym przypadkiem nie zajął. Może nie było akurat gotowych do pracy lekarzy, biochemików i prostych laborantów, bo wszyscy wyjechali na wycieczki zagraniczne, fundowane przez producentów i hurtowników leków – lekarzom właśnie.

Podsunąłbym naszym władzom śledczym zajęcie się sprawą rynku leków. Bo jeżeli na tym rynku nie działa mafia, to ją nazwać? A może są tam zmowy cenowe? Może jakieś układy producentów, hurtowników i aptekarzy? A za carskich czasów za zmowę szło się na Sybir. I to akurat – przypadkiem – było w tej Rosji dobre.

Ja bym się – proszę Państwa – nie śmiał, z tego co napisałem. Bo sprawa jest ważna i warto poniuchać. Ale radziłbym niuchającym, by nie korzystali z żadnych nowości medycznych na polepszanie węchu…

 

Fizyk może pokazać język, ale dziennikarz ma o język dbać. Zdj.: Znudzony zdjęciami Albert Einstein pokazał fotoreporterom język, ale tylko jeden z nich miał refleks - 14 marca 1951 roku. Fot.: Arthur Sasse - DW/ picture-alliance/ United Archives

WALTER ALTERMAN: Kłopoty z kolokwializmem i inne zmartwienia

Stałe związki frazeologiczne są nie do zmiany i mają być takimi jak są. A jednak ludzie ciągle próbują. Skutki takich manipulacji są – niezamierzenie dla autorów przeróbek – śmieszne. Oto dziennikarz telewizyjny mówi: „Ciekawe czym to się święci”. A stały związek frazeologiczny to: „Coś się święci”. Powiedzonka, przypowieści i maksymy są naszym wspólnym dorobkiem i dziedzictwem. Więc ich nie ruszajmy, nie zmieniajmy.

Innym przykładem jest klasyczne powiedzenie „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, którego autorem jest Heraklit z Efezu. Ten filozof twierdził, że wszystko przemija, płynie (pantha rhei). „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki” – pisał Heraklit myśląc o tym, że woda w rzece, do której weszliśmy po raz pierwszy, dawno odpłynęła, a woda, do której wejdziemy po raz drugi, jest już inną wodą.      Sentencja jest mądra, ale nie wszyscy rozumieją jej znaczenie, zatem pojawiają się przeróbki. Spotkałem już w mediach takie wersje: „Nie można napić się dwa razy tej samej wody w rzece” oraz „Nie można dwa razy wykąpać się w tej samej wodzie”. Przy czym autorzy zawsze dodawali, że powiedział to Heraklit. Obie nowe wersje Heraklita są bez sensu. Nie można napić się wody z rzeki, bo rzeki są zatrute. A kąpać się dwa razy w tej samej wodzie jest okropieństwem higienicznym.

Stare powiedzenie „Raz pod wozem, raz na wozie”. Oznacza, że w życiu bywa różnie. Ale gdy słyszę „Raz na wozie, raz z wozem” – dębieję, jak zbyt długo trzymane w wodzie ziemniaki.

Dopytanie

„Mam do pana dopytanie” – mówi dziennikarka telewizyjna do rozmówcy. O ile z trudem znoszę „muszę pana jeszcze dopytać”, to „dopytanie” naprawdę mnie boli. Dlaczego nie można mówić po polsku? I mając niedosyt informacji powiedzieć: „Chcę jeszcze zapytać o…” albo „Czy mógłby pan bardziej sprecyzować swą wypowiedź?”

Ponieść zwycięstwo

Dziennikarz mówi: „Zawodniczka poniosła zwycięstwo”. Okropny błąd. Ponieść można porażkę, a zwycięstwo odnieść. Starożytni Grecy życzyli wyruszającym na bój, żeby „wrócili z tarczą lub na tarczy”. Znaczyło to, żeby walczyli dzielnie i do końca, żeby nie uciekali z pola bitwy. Stąd wzięło się polskie „ponieść porażkę”, bo poległych wojowników znoszono z pola bitwy na tarczach.

Wielka intelektualna przygoda spotkała mnie kilka lat temu, gdy pewien działacz związkowy, chcąc zaznaczyć, że wszystkie działania jego związku przeciw pracodawcy są zgodne z prawem, stwierdził, że to co robi związek (czyli on jako przewodniczący związku) jest „Le gratis”. W tym przypadku nie prostowałem, bo związkowiec był absolwentem zasadniczej szkoły zawodowej i nie chciałem się wymądrzać, jako wykształciuch.

Dlaczego dochodzi do tak śmiesznych pomyłek? Bo część ludzi uważa, że dobrze jest zbudować swój autorytet na znajomości myśli klasycznej.

Niemal i niecałe

Inny problem stwarzają dwa proste słowa: „niemal” oraz „niecałe”. Dziennikarz chcą podkreślić, że pewien zawodnik całkiem sporo zarobił, powiedział: „On już zarobił niecałe 4 miliony zł”. Teoretycznie można tak powiedzieć, ale gdy chcemy podkreślić, że dochody zawodnika są spore należałoby powiedzieć: „On już zarobił niemal 4 mln zł.” Niemal, znaczyłoby, że 4 mln zł to dużo, a niecałe że jednak nie zarobił tyle ile powinien.

Mianownik walczy z biernikiem

Ciągle natykam się na dziennikarskie mylenie mianownika z biernikiem. Sportowy sprawozdawca mówi: „Mamy obraz przypominający pierwszego seta”. A norma jest taka, że powinien powiedzieć: „Mamy obraz przypominający pierwszy set”. Owszem, gdyby drugi set odbiegał od pierwszego, dziennikarz mógłby powiedzieć: „Mamy obraz nieprzypominający pierwszego seta”.

Zasada w takich przypadkach jest prosta: Mam zdrowy ząb / Nie mam zdrowego zęba; Kupiłem dywan / Nie kupiłem dywanu; Znalazłem ten wihajster / Nie znalazłem tego wihajstra.

Wihajster

Przy okazji – „wihajster” jest cudownym słowem, spolszczonym niemieckim zwrotem. Gdy przed laty jakiś majster zapominał, jak się nazywa jakieś narzędzie, mówił do swego ucznia: „Podaj mi ten wihajster”. I uczeń już wiedział. A wihajster – dziś już słowo nie używane – pochodził od niemieckiego zwrotu „Wie heist er?” co po polsku tłumaczy się: „Jak on się nazywa?”.

Nieszczęsne ZOO

W dużym programie telewizyjnym poświęconym nowej atrakcji Łodzi, czyli Orientarium, dziennikarz oraz pracownicy łódzkiego Ogrodu Zoologicznego wielokrotnie wymawiali ZOO jako zo. Ciekawe czy ci ludzie wy mawiają nazwę zespołu ABBA jako aba, albo śpiewają pieśń „Abba  ojcze…” jako „Aba ojcze…”?

Co prawda w języku polskim wyrazów z podwójnymi głoskami nie ma, ale są w wielu obcych słowach, które zagościły u nas na dobre. Poza tym, zoologia jest oficjalnym przedmiotem w szkołach, więc jak to jest z nauczycielami? Też mówią: „Otwórzcie teraz podręcznik do zologi”?

Kolokwialnie

Słowem z dużą karierą w mediach, w ostatnich latach, jest „kolokwializm”. Słownikowo  kolokwialny to język potoczny, niedbały.

Wzruszył mnie niedawno pewien poseł, który w zaciętej dyskusji stwierdził: „Ja powiem kolokwialnie… Nie podoba mi się polityka opozycji”. Zastanowiłem się i nie znalazłem niczego kolokwialnego w jego stosunku do opozycji. Gdyby powiedział: „Niech opozycja spada na drzewo…” – to wtedy tak, to byłby kolokwializm.

I coraz więcej osób, chcących być na topie językowym, mówi że powie coś kolokwialnie. Wychodzi na to, że wstydzą się własnego obrazowania, własnych metafor i dosadności. Czyli stali się niewolnikami mody… na kolokwializm.

Słyszę, jak sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Teraz jedziemy w drugą stronę… Mówiąc kolokwialnie”. Piłka nożna, jak wszystkie dyscypliny sportu (może poza żeglarstwem, polo i krykietem) są zajęciami prostymi i dla prostych widzów. Moim zdaniem wypowiedź, że jedziemy w drugą stroną jest całkiem poprawna, jak na sport. Tymczasem sprawozdawca zaznacza, że mówi kolokwialnie. Niepotrzebnie daje swoje zdanie w cudzysłów, bo bardzo dobrze mówi. Naprawdę nie należy od sprawozdawców oczekiwać języka profesorów zarządzania. Sport jest fajny, bo prosty. I taki też powinien być język komentatorów.

Gdyby jeszcze jakiś profesor ekonomii powiedział, że gospodarka leci na łeb, na szyję – zamiast cytować i porównywać dane – wtedy zastanowiłbym się nad jego językiem. Chociaż wolę język emocji, dosadnych porównań i prostych metafor. Bez udawania kogoś innego.

Cudzysłów

Ostatnio trochę zniknęła z ekranów maniera, że mówiący, nagle – mówiąc kolokwialnie – ni z gruchy, ni z pietruchy, unosił obie dłonie na wysokość swojej twarzy, potem z obu dłoni wysuwał po dwa palce – wskazujący i środkowy – i robił nimi w powietrzu niby cudzysłów. Przy tym mówił, że przeciwnik w dyskusji ma duże poczucie humoru, albo że przeciwnik chce go rozbawić. I tymi czterema palcami robił w powietrzu te niby znaki cudzysłowu. Miało to oznaczać żart albo coś w rodzaju: nie mówię tego poważnie. Czasami dyskutant zaznaczał przy okazji: nie mówię tego poważnie i dziobał palcami powietrze.

Straszliwie to było głupie. Bo albo gość z telewizji ma mi coś do powiedzenia serio, albo żartuje. Do żartów też ma prawo. Ale naraz mówić serio i machać palcami? Niepoważne.

Jeszcze raz perspektywa

Znowu słychać w telewizji, głównie w programach sportowych, że: „To bardzo ważna piłka, z perspektywy Badosy”. Dlaczego nie „z punktu widzenia?” Albo inaczej „To ważna piłka, szczególnie/ głównie dla Badosy”.

Miejscówka

Zawsze tak było, że język młodzieży tworzył nowe słowa, lub starym słowom nadawał nowe znaczenia. Zresztą, takie nowości żyły krótko, ustępując miejsca nowym językowym kombinacjom nastolatków. Jest to w sumie zabawne. Ale do czasu.

Mnie przestaje to bawić, gdy dorośli zupełnie bezmyślnie, lub chcąc się podlizać młodzieżowemu odbiorcy, zaczynają serio mówić, że jakieś miejsce, to fajna „miejscówka”. Cierpię, gdy widzę panie dziennikarki, w wieku mocno post-balzakowskim, które mówią, że była w fajnej miejscówce. Przecież nikt się nie odmłodzi, nawet dzięki miejscówce! Nawet gdyby była to miejscówka w gabinecie urody.

Fizjonomia

„Fizjonomia Andrescu jest taka, że ma piękne nogi i mogłaby być modelką” – powiedziała, komentując mecz tenisa, pani komentator.

I proszę, znaczenie fizjonomii zaczynało się od budowy i cech szczególnych twarzy, ale teraz zeszliśmy znacznie niżej. Jedno w tym dobre, że niżej już językowo nie można.   

Diagnoza

Czasami zastanawiam się czy telewizje i radiostacje nie emitują przypadkiem, poza normalnymi falami zasadniczego programu, pewnych tajnych fal.  A te tajne fale mają silny wpływ na osoby słabo mówiące po polsku. I ci słabosilni w języku, pod wpływem tych niejawnych częstotliwości, zrobią wszystko, żeby zostać dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi. Dowodów na to nie mam, ale poważne podejrzenia i owszem.

 

 

Obraz przypisywany El Greco ukazujący najsłynnejszego, ale rozsądnego ekologa: "Święty Franciszek otrzymujący stygmaty"; 1580 r.; Meadows Museum

WALTER ALTERMANN: Wielbiciele broni, obrońcy zwierząt i powietrza, czyli wojenne przypadki

Niedawno pisałem o tym, że bardzo wielu handlarzy bronią naciska rząd do zmiany prawa na ich korzyść, poprzez wmawianie opinii publicznej, że w Polsce dostęp do broni powinien być łatwy i powszechny. I jednoznacznie sugerują ci „zbrojmistrze narodu”, że razie wojny będziemy mieli gotowych i w pełni przygotowanych, bo obytych ze strzelaniem, obywateli-żołnierzy. Pisałem nawet, że wojsko to nie gromada entuzjastów strzelaniny. I nadal tak uważam. Tym bardziej, że 24 maja 2022 roku w teksańskiej szkole podstawowej w Uvalde szaleniec zabił 19 dzieci i dwoje nauczycieli. To jest kolejny taki przypadek w USA.

Mordercą jest 18-latek Salvador Ramos. Miał on, kilka minut przed rozpoczęciem ataku, wysyłać SMS-y do dziewczyny mieszkającej we Frankfurcie. W tych wiadomościach miał skarżyć się, że jego babcia „…rozmawia przez telefon z AT&T (operator teleinformatyczny w USA – red.) w sprawie mojego telefonu. To denerwujące” – pisał Ramos. Pierwszy jego post brzmiał: „Zamierzam zastrzelić moją babcię”. Potem pisał: „Zastrzeliłem moją babcię”. Trzeci post, zamieszczony 30 minut przed napaścią: „Zamierzam strzelać w szkole podstawowej”. 66-letnia Celii Gonzalez postrzelona przez wnuka w głowę przeżyła i zdążyła zadzwonić na policję. Jest w szpitalu. Matka Ramosa, Adriana Reyes, wyraziła zaskoczenie masakrą. „Mój syn nie był osobą agresywną. Jestem zaskoczona tym, co zrobił” –   mówiła dziennikarzom, dodając, że się modli za ofiary.

Po tym przypadku nawet prezydent Biden powiedział, że pora wreszcie zaostrzyć przepisy o dostępie do broni. Przywołuję zdanie prezydenta USA, bo tam lobby produkujące broń ma ogromną siłą polityczną. I mimo to prezydent Biden odważył się powiedzieć prawdę, Choć może mu ta prawda zaszkodzić przy wyborach. Tymczasem u nas reklama „strzelectwa” trwa w najlepsze.

Wszystkim Paniom i Panom Posłom, Senatorom, którzy będą kiedyś zastanawiali się nad podniesieniem ręki za złagodzeniem polskiego prawa o dostępie do broni, dedykuję poniższy dwuwiersz Jana Kochanowskiego, pochodzący z „Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów”. Zaznaczając od razu, że Kochanowski nie był lewakiem, oraz że bardzo kochał swą ojczyznę, czego dał dowody w życiu oraz w literaturze. Może warto słuchać wielkich Polaków?

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

 

Wojna a słabe umysły

Wojna na Ukrainie bardzo też oddziałuje na słabsze umysły. Oto nasi obrońcy zwierząt ogłosili, że wojna musi się skończyć, bo przez nią ginie i cierpi wiele zwierząt. Sprawa jest oczywista, ale skoro są tacy, co piszą takie durnoty, muszą być i tacy, którzy dadzą im odpór. Biorę to na siebie.

Szanowni Obrońcy Przyrody i Zwierząt,

człowiek jest koroną świata i stoi na szczycie wszelkiego stworzenia. Zatem, ochrona życia człowieka jest również ochroną świata żyjącego. Nie można na jednej szali kłaść życia człowieka a na drugiej psa, kota czy chomika, oczekując, że waga nie drgnie. Oczywiście jest mi niezmiernie przykro, gdy myślę o losie porzuconych na Ukrainie stworzeń domowych. Bardzo się też wzruszyłem, gdy zobaczyłem w telewizji starszą kobietę, która szła do polskiej granicy niosąc na rękach dużego psa. Jej zachowanie świadczy najbardziej o człowieczeństwie. Uważam, że ten krótki film mówi więcej o dobrych ludziach, niż setki politycznych wystąpień w obronie Ukrainy. Tak jest, cierpienie zwierząt bardzo boli normalnych ludzi.

            Natomiast Państwa wystąpienie świadczy jedynie o tym, że spośród wszystkich cierpiących istot na Ukrainie wybieracie zwierzęta. Wasze działania, wasze ruchy i programy są w istocie nową religią. To piękne, że stajecie w obronie przyrody, ale mój strach budzi to, że bierzecie w obronę tylko przyrodę. Podejrzewam, że Wy po prostu nie lubicie ludzi. Po części macie nawet rację, bo ludzie – nie zwierzęta – mordują, kradną, malwersują, kłamią, wywołują wojny, trują glebę, wody i powietrze. Ludzie też – nie zwierzęta – donoszą, zdradzają przyjaciół i w ogóle skłonni są do największych okropieństw. Tacy są ludzie, wszak my wszyscy to: KAINOWE PLEMIĘ.

            Chciałem napisać, że ludzie to świnie, ale w tym przypadku byłby to zoologizm – a świnie przecież są w porządku.

            Co do mnie – lubię ludzi jako gatunek boskiego stworzenia. Choć znam wielu osobników, których serdecznie nie cierpię. Mam nawet poważny problem, bo modląc się powtarzam przecież: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. I chyba nie jestem dobrym chrześcijaninem, bo ciągle jakoś odkładam na czas przyszły nieokreślony odpuszczenie tym, których nie lubię i mam ku temu powody.

            Szanowni Obrońcy Ziemi – kochajcie choć w połowie ludzi, tak jak kochacie zwierzęta.

 

Czyste powietrze jako wojenny terror zielonych

Zupełnie inaczej niż z obrońcami zwierząt, jest z obrońcami czystego powietrza. Na nich wojna nie wpłynęła w ogóle i całkiem jej nie zauważają. Nadal walczą o świeży luft i brak smogu.

Oto interesujący fakt z pola walki o czyste powietrze. Oto 18 maja odbyło się pierwsze posiedzenie sądu w sprawie wytoczonej przez Greenpeace przeciwko największemu emitentowi CO2 w Polsce spółce PGE GiEK, przed Sądem Okręgowym w Łodzi. Rozprawa została odroczona. Data kolejnego posiedzenia zostanie wyznaczona w zależności od decyzji PGE GiEK w sprawie opracowania strategii dekarbonizacji spółki.

            My oczywiście będziemy kontynuować nasze działania na rzecz ochrony klimatu – powiedział Piotr Wójcik, analityk rynków energetycznych w Greenpeace. – Za nami pierwsze posiedzenie. Potwierdziło się, że PGE GiEK nie ma strategii dekarbonizacji, więc sąd zobowiązał koncern, by do 10 sierpnia podjął decyzję, czy taką strategię opracuje. Liczymy na to, że koncern się tego podejmie i że będzie ona zakładać konkretny i ambitny harmonogram redukcji emisji. Oczywiście równolegle w Polsce musi zostać odblokowany rozwój odnawialnych źródeł energii i podnoszenia efektywności energetycznej, ale to już zadanie dla rządu.

Ja pana Wójcika rozumiem, ale czy naprawdę w sytuacji wojennej, w sytuacji słusznie zastosowanego embarga na surowce energetyczne z Rosji, co spowodowało ogromny wzrost cen energii w Europie i Polsce, czy teraz właśnie jest czas na podnoszenie tego problemu? A nie martwią Greenpeace zniszczenia środowiska na Ukrainie, dokonywane właśnie przez Rosję? A zatrucie środowiska przez rakiety, wybuchy klasycznej broni, niszczenie życiodajnej ukraińskiej ziemi? A ludzie, ginący od bomb – też Pana nie martwią?

Obrońcy czystego powietrza to poważna sekta. Teoretycznie mają rację, bo – globalne ocieplenie, zatrucie środowiska groźne dla ludzi, przyszłość naszego gatunku w ogóle… Niby racja jest po ich stronie, ale podejrzewam, że oni gotowi są bronić Czystej Ziemi do ostatniego człowieka.

Pierwszy kłopot z obrońcami czystego powietrza to fakt, że w parlamentach bogatych krajów – takich jak Niemcy i Francja – są znaczącą siłą polityczną i trzeba się z nimi liczyć. Są także poważną siłą w Parlamencie Europejskim. I jako ta licząca się siła forsują swoje pomysły dla całej Unii Europejskiej. Przy tym – nie zauważają, że dochód narodowy Francji czy Niemiec jest nieporównywalnie większy niż Bułgarii, Rumunii, Polski. I nie chodzi tylko o dochód – chodzi też o zasoby materialne i finansowe poszczególnych państw. A według Zielonych terminarz na odejście od węgla, pochodnych ropy naftowej czy nawet energii jądrowej, jest taki sam dla wszystkich. A to – proporcjonalnie do zamożności różnych krajów wchodzących w skład UE – może być niemożliwe do realizacji. Lub – po prostu – wykończy kraje biedniejsze.

Co prawda 27 maja br. wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że niedługo zarobki Polaka dorównają zarobkom Niemca. Co prawda nie podał daty, ale tak ważne słowa padły. Ekonomiści – różnej politycznej maści – twierdzą, że najwcześniej może się tak stać za 25 lub 30 lat. Pod tym jednak warunkiem, że gospodarka Niemiec stanie w miejscu, a nasza będzie się rozwijać. Jeżeli jednak zauważymy, że nasza gospodarka jest silnie uzależniona od gospodarki niemieckiej, to nie wiem na jaki cud pomiędzy Odrą a Bugiem, Bałtykiem a Tatrami liczy wicepremier.

Póki co Polska ma najważniejszy problem od czasu transformacji ustrojowej. Rzecz w tym, że znaleźliśmy się w towarzystwie bogatych państw, które stać na dużo więcej niż nas. To zupełnie jakby biedny nauczyciel znalazł się towarzystwie bogatych dyrektorów koncernów i banków, którzy kilka razy w roku obdarzają się drogimi prezentami, i od nauczyciela oczekują równie drogich dowodów przyjaźni. A jego, tego nauczyciela, po prostu nie stać.

Być może obrońcy powietrza nie znają starego przysłowia, które poucza: „Zanim gruby schudnie, chudy umrze”.

Print screen: World Economic Forum - Davos 2022

WALTER ALTERMANN: Wstrzemięźliwość, czyli czego nie zrozumiał Kissinger (2 -ost.)

Z  jednym Europa i świat mają się teraz dobrze – Kissinger nie jest już sekretarzem stanu USA, czyli ministrem. Nie jest też nawet prezydenckim doradcą. I może dlatego USA dzisiaj zachowują się normalnie. A nawet wzorcowo. I naprawdę postępują jak ojczyzna demokracji.

Czas na drugą i – na szczęście – ostatnią relację ze społecznych skutków wypowiedzi 98-letniego Henrego Kissingera w Davos, gdzie po raz pierwszy od wybuchu pandemii zebrali się możni tego świata.

Były szef amerykańskiej dyplomacji wezwał Zachód do: „…zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Wstrzemięźliwość jest jedną z postaw, zalecanych przez Kościół. Dotyczy jednak spraw ciała, głównie jedzenia oraz seksu. Natomiast wstrzemięźliwość nie jest żadną zasadą przy uprawianiu polityki. W polityce natomiast liczy się skuteczność w realizowaniu celów. Zastanówmy się zatem, jakie cele mają niektóre państwa europejskie w stosunku do wojny na Ukrainie, co powoduje tak dalece posuniętą wstrzemięźliwość tych państw.

Wstrzemięźliwi Niemcy, Włosi i Francuzi

Naczelną zasadą, którą kierują się Niemcy i Włosi jest zasada „sporej odległości”. Chodzi o to, że od Rosji dzieli ich o wiele więcej kilometrów niż Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę. O ile Włosi nie narażają przy tym „sojuszników”, to Niemcy już tak. Narażają nas na podleganie wpływom (w najlepszym wypadku) Rosji. Najlepszym tego dowodem jest budowa dwóch rurociągów Nord Stream. Są one dowodem, że Niemcy chcieli utrzymywać dobre i korzystne kontakty z Rosją bezpośrednio, z pominięciem, a nawet wbrew zasadom bezpieczeństwa sojuszników z NATO i partnerów z Unii Europejskiej.

Teraz Niemcy zachowują się tak, jakby było im jedynie przykro, że doszło do czegoś takiego, że to nieładnie, że szkoda, iż na Ukrainie giną ludzie. Czyli – ich wstrzemięźliwość przeszła w żal. To naprawdę zadziwiające, że państwo, które od zakończenia II wojny światowej, mieni się ostoją demokracji rozumie tę demokrację jedynie jako wolność do robienia interesów, nawet z diabłem.

Francuzi z kolei zachowują się tak, jakby bez biznesów z Rosją Putina ich państwo mogło się rozpaść na małe regiony. Nie słyszeli, że każda wojna kosztuje? Nie dociera do nich, że jako członkowie NATO powinni mieć dużą (bo Francja jest dużym krajem) i silną armię. Tragikomiczne jest to, że od 20 lat Francuzi wespół z Niemcami budują nową generację czołgów. Ostatnio podobno jeden prototypowy egzemplarz nawet zaczął jeździć, choć jeszcze nie strzela. Poza tym, Francuzi od czasów klęski Napoleona na rozległych połaciach Rosji, mają jakąś zadziwiającą atencję dla Rosjan, twierdzą nawet, że są jej naturalnym historycznym sojusznikiem…

Mocarstwowa wstrzemięźliwość Węgier

Jest jeszcze jedno państwo o bardzo rozbudowanej wstrzemięźliwości, nieproporcjonalnie dużej, jak na tak mały kraj – Węgry. Od północy 26 maja premier Viktor Orban wprowadził na terenie całego kraju stan wyjątkowy. A oto uzasadnienie: „Wojna zagraża naszemu bezpieczeństwu fizycznemu, a także zagraża dostawom energii i bezpieczeństwu finansowemu gospodarki i rodzin. Widzimy, że wojna i sankcje w Brukseli doprowadziły do ogromnych wstrząsów gospodarczych i drastycznego wzrostu cen. Świat stoi na skraju kryzysu gospodarczego. Węgry muszą trzymać się z dala od tej wojny i chronić bezpieczeństwo finansowe swoich rodzin. Stan wyjątkowy da pole manewru i możliwość natychmiastowej reakcji na skutki wojny w sąsiedniej Ukrainie” – powiedział szef węgierskiego rządu.

Nie wiem co konkretnie zamierza rząd Węgier, ale zapowiedzi są stanowcze. To jest zresztą klasyczna zasada: im mniejsze państwo, tym jest bardziej stanowcze. Dr Dominik Héjj, politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej napisał: „To nie jest stan wojenny. To jest stan, który da premierowi ogromne uprawnienia, jak w pandemii, rządzenie dalej rozporządzeniami”.

Co prawda nie wiadomo, co zamierza Orban, ale temperaturę wszystkim Węgrom jednak podwyższył, oskarżając Brukselę o wprowadzenie sankcji na handel z Rosją. Zapamiętajmy to – Orban nie ma pretensji do Rosji, ale do Unii Europejskiej. Węgry od początku wojny zachowują się dziwnie. Orban wspomniał nawet ostatnio, że kiedyś Węgrzy mieli porty. Na co oburzyła się Chorwacja, bo teraz te adriatyckie porty są jej.

Przedziwne jest to, że Węgrzy ciągle żyją sprawą Trianon, ciągle to ich boli. A było tak – 4 czerwca 1920 roku, w Wersalu, zawarto traktat pokojowy między Węgrami a państwami Ententy. Głosił on powstanie Królestwa Węgier. W istocie traktat regulował przede wszystkim sprawy narodów i ziem, które wchodziły przed wojną w skład Austro-Węgier. Bo Węgry były przecież częścią upadłego właśnie imperium, a tym samym dla wielu narodów były bezpośrednim ciemiężycielem. Tego oczywiście Węgrzy do dzisiaj nie chcą przyjąć do wiadomości, bo oni też uważają się za ofiary Austro-Węgier. Śmieszne, ale tak właśnie jest.

Na mocy traktatu Trianon Węgry uznały niepodległość Czechosłowacji oraz Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Znaczna część obszaru Węgier została podzielona między sąsiadów:

  • Rumunia przejęła Siedmiogród oraz części Kriszany, Marmaroszu i Banatu;
  • Czechosłowacja dostała tereny dzisiejszej Słowacji (Górne Węgry) i Ruś Zakarpacką;
  • Królestwo SHS, czyli Kraljevina Srbov, Hrvatov i Slovencev, zwane pierwszą Jugosławią – uzyskało Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, część Baczki oraz Banatu.

W wyniku traktatu Węgry utraciły dostęp do morza, niemal dwie trzecie ludności (pozostało 8 z 21 milionów) oraz dwie trzecie obszaru państwa (pozostało 93 tys. km² z 325 tys. km²). Poza granicami Węgier znalazło się 3,5 miliona Węgrów, głównie w południowej Słowacji i siedmiogrodzkim Seklerlandzie oraz części Wojwodiny. Stanowiło to ⅓ tego narodu.

Myślę, że Węgrzy (spora ich część) nie chcą zrozumieć, że w I wojnie światowej walczyli po stronie Austrii i Niemiec, że w wyniku przegranej ich imperium upadło, że w skład Królestwa Węgier – tego sprzed I wojny światowej – wchodziły narody, które chciały, i miały prawo do niezależności.

Turcja, czyli wstrzemięźliwe mocarstwo regionalne

Od dawna Turcja, która ma największą – po Rosji – armię w Europie i będąca członkiem NATO wykorzystuje każdą okazję, by cokolwiek utargować. Ja wiem, że to naród handlowy, ale są przecież granice przyzwoitości.

Pamiętajmy, że to Turcja blokowała wejście Polski do NATO, a dała się w końcu łaskawie przekupić zgodą Polski na otwarcie naszego rynku na wyroby tureckiego przemysłu lekkiego. Spowodowało to błyskawiczny upadek naszego przemysłu włókienniczego, odzieżowego i skórzanego, bo te przemysły są w Turcji dotowane przez państwo nawet do 60 procent.

Teraz Turcja targuje się o zgodę na wejście Finlandii i Szwecji do NATO. Chce, żeby USA zdjęły z nich embargo na nowoczesną broń. Chce też, żeby świat zapomniał o dyktaturze Erdogana, o procesach dziennikarzy, o prześladowaniu ludzi opozycji w Turcji i brutalności wobec Kurdów. Mały handelek przy tragedii i okrucieństwach wojny? Ależ owszem.

I tak toczy się ten światek – jak pisał Wolter. Od wzniosłości – do drobnego handelku, od szczytnych zasad – do leczenia małych kompleksów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Print screen: World Economic Forum - Davos 2022

WALTER ALTERMANN: Kissinger, czyli historia wraca w formie farsy (1)

Czy historia rzeczywiście czegokolwiek nas uczy? Czytając o obecnej dyskusji w Davos, trzeba powiedzieć: „ Nie bardzo”. Jednym z kulturowych dogmatów polskiego wychowania dzieci jest szacunek dla starszych. Takie założenie jest – owszem – słuszne i prorodzinne, ale w życiu społecznym przynosi często tragiczne skutki.

Czytając wystąpienie w Davos Henry’ego Kissinger’a, człowieka 98-letniego, byłego sekretarza stanu USA, doświadczonego amerykańskiego dyplomaty, który dostał nawet Pokojową Nagrodę Nobla – trzeba powiedzieć wyraźnie: nie słuchajcie starców. Starość to jednak znaczne ograniczenie sprawności fizycznej, mnóstwo przykrych dolegliwości chorobowych, a nawet zmniejszenie sprawności umysłowej. I tego właśnie Kissinger dał mocne dowody właśnie w Davos, w czasie dyskusji o wojnie na Ukrainie.

Przerwać walkę

Wezwał on Zachód do: „Zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Jako uznany negocjator – bo to on prowadził rozmowy z Wietnamczykami, w sprawie zakończenia wojny z USA – stwierdził, że: „Negocjacje muszą rozpocząć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, zanim wywołają wstrząsy i napięcia, których nie będzie łatwo przezwyciężyć. Idealną linią podziału powinien być – według niego – powrót do status quo ante, czyli stanu sprzed wojny. Prowadzenie wojny poza tym punktem nie byłoby kwestią wolności Ukrainy, ale nową wojną przeciwko samej Rosji – powiedział Kissinger. Ostrzegł przed „pchaniem Rosji do stałego sojuszu z Chinami”, do czego przywódcy europejscy nie powinni dopuścić.

400 lat Kissingera

Żeby zaś nie było niejasności w ocenie kto napadł, kto morduje, pali i obraca w popiół Ukrainę, Kissinger powiedział coś, czego nawet po blisko 100-letnim starcu nie spodziewałbym się. Powiedział, że Rosja od 400 lat jest istotną częścią Europy oraz była „gwarantem europejskiej równowagi struktur sił w krytycznych czasach”.

Zatrzymajmy się przez chwilę nad tą rewelacją noblisty. Jeżeli ktoś twierdzi, że przez ostatnie 400 lat, a zatem, mniej więcej, od początków XVII wieku Rosja była gwarantem stabilizacji i pokoju w Europie, to albo nie zna historii Europy, albo też tak mocno przyzwyczaił się do reprezentowania interesów amerykańskiego imperium, że za nic ma pozostałe części świata.

W doktrynie politycznej USA, od początków istnienia tego państwa, był izolacjonizm wobec innych części świata, poza trzema Amerykami. Stany Zjednoczone dość szybko zagarnęły ziemie sąsiadów, że wspomnę Teksas – zaanektowany w 1845 i Kalifornię – 1850. Potem zapanowały nad Ameryką Środkową, którą skazały na narzucana przez siebie dyktatury oraz produkcję rolną, i surowcową. Następnie podporządkowały sobie politycznie Amerykę Południową. Chciały nawet zająć Filipiny, ale się nie udało.

Okrucieństwo 

Owszem USA przystąpiły do obu wojen światowych, ale do pierwszej po głębokiej rozwadze i liczeniu ewentualnych zysków. Przed przystąpieniem do I wojny światowej bowiem  ówczesny prezydent spotkał się z grupą największych producentów uzbrojenia i amunicji, i okazało się, że udział w wojnie może się opłacać. Do II wojny USA przystąpiły dopiero wtedy, gdy same zostały zaatakowane przez Japonię.

O ile chodzi o Kissingera, to dziwi, że sam zaznawszy okrucieństwa totalitarnego systemu –   hitleryzmu, nie rozumie czym był ZSRR. Otóż Kissinger wraz z rodzicami wyemigrował z Niemiec, jako Żyd, w roku 1938. Czy zupełnie wyparł ze swej psychiki 6 lat strachu i upokorzeń pod rządami Hitlera? Przecież nie był wtedy oseskiem, bo urodził się w roku 1923. Po wojnie służył w armii USA, jako oficer śledczy na terenie Niemiec i odnajdował ukrywających się niemieckich zbrodniarzy. Miał nawet na tym polu spore sukcesy. I co? Wyparł swój życiorys z pamięci?

Statystyka i nie tylko

Teraz policzmy te 400 lat, kiedy „można było liczyć na Rosję”, liczmy „od tyłu”:

XX wiek – kilkanaście lat to oświecony, ale w końcu feudalizm carski. 70 lat przypada na rosyjski komunizm, a ponad 20 lat, już w XXI wieku, na dyktaturę Putina. Kissinger nie wie, zapomniał, nie dotarło do niego, że ZSRR podbił i zniewolił całą Europę Środkową? Nie słyszał o Katyniu, o masowych mordach na Polakach? Nie słyszał o Wielkim Głodzie na Ukrainie i milionach umierających obywateli ZSRR w Gułagach? Wreszcie, czy Kissinger nie słyszał, że według Putina, upadek ZSRR był największa katastrofą, jaka spotkała Rosję. i że marzeniem rosyjskiego satrapy jest powrót Rosji do granic ZSRR? Taka niewiedza nie uszłaby nawet maturzyście, nawet w USA.

Przez cały XIX wiek Rosja umacniała swą pozycję imperium, mordując i wywożąc na Syberię Polaków, Litwinów i Ukraińców, którzy chcieli wolności. On być może nie wie, ale my tutaj pamiętamy o dwukrotnej, bezmyślnej rzezi warszawskiej Pragi. A o udziale Rosji w podbiciu Chin, i wymuszeniu na Chińczykach płacenia niewyobrażalnie wysokiego trybutu?

Wiek XVIII – to ekspansja Rosji na Wschód i Zachód i podboje wielu narodów, w tym               walny udział w rozbiorach Rzeczpospolitej.

Wiek XVII – to powstanie imperium Romanowych, które powstało przy pomocy miecza. A przede wszystkim zniewolenia Rosjan, sprowadzenia ich do roli pozbawionych praw obywatelskim mużików.

XVII wiek, to wykuwanie samodierżawia, z całym jego opresyjnym prawem i zwyczajami.

Rosja wybawcą Kissingera?

Może być i tak, że Kissinger, jak wielu dzisiejszych Żydów, uważa Rosję za jedynego wybawcę od niemieckiego nazizmu – hitleryzmu. A to co oburza nas i każe nam wspierać Ukrainę, uważa za małe koszty na wielkim ołtarzu biznesu. Bo Kissinger reprezentuje dzisiaj takich ludzi w Europie, którzy zysk stawiają ponad honor i wolność. Z całą pewnością jego wystąpienie w Davos budzi grozę, bo obnaża najczarniejszą stronę dzisiejszego kapitalizmu, pragmatycznej polityki Zachodu.

Przy okazji. Po roku 1990 kilku prezydentów USA odwiedziło Polskę. I wszyscy oni – najczęściej na Placu Zamkowym w Warszawie – rozczulali się nad tym, jak my, Polacy, pięknie umieraliśmy za wolność. Jak dzielnie walczyliśmy w powstaniu warszawskim, Jak walczyliśmy z komuną, że byliśmy wyzwaniem dla świata. Ale żaden z nich nie przeprosił za Jałtę. I żaden z prezydentów USA nie powiedział krótkiego „przepraszamy, że was sprzedaliśmy”. Niechby nawet dodał: „Wtedy nie mogliśmy inaczej postąpić”. Ale może ich wszystkich doradcą był właśnie Kissinger? A on przecież w widzi w Rosji „gwaranta spokoju”.

A może Kissinger jest nowym wcieleniem Chamberlaine’a? W każdym razie bardzo go przypomina. Pamiętają Państwo tamtego po powrocie z Monachium, jak stojąc na stopniach samolotu radośnie machał kartkami papieru i mówił: „Przywożę wam pokój”? I teraz historia wraca. Ale jak zawsze w formie farsy.