WALTER ALTERMANN: Sztuczna inteligencja kontra żywa głupota

Być może sztuczna inteligencja jest u nas bardziej rozpowszechniona niż sądzimy. I nie mam na myśli naszych prominentnych polityków, bo w ich przypadku wchodziłaby jedynie wersja mocno uproszczona.

Taki algorytm, który sprowadzałby się do umożliwienia kopania i moralnego unicestwiania przeciwników – z pominięciem „realnych faktów”, a z zastosowaniem „faktów fikcyjnych”. Oczywiście wiem, że każdy fakt jest prawdziwy i realny, ale napisałem tak, żeby oddać ducha kierującego naszymi politykami.

Sztuczna inteligencja w Krakowie

Najczęściej widać i słychać sztuczną inteligencję w radiach i telewizjach. Najgłośniejszym jest przypadek Off Radia Kraków, która to stacja zrealizowała (przy użyciu sztucznej inteligencji) audycję z udziałem nieżyjącej już od 12 lat naszej noblistki, Wisławy Szymborskiej. Skandal polega na tym, że autorzy i stacja nie zaznaczyli wystarczająco czytelnie, że wypowiedzi poetki nie są archiwalne, ale pochodzą z montażu tekstów prasowych i książkowych, a głos Szymborskiej jest tworem AI. To znaczy, z zachowanych materiałów archiwalnych, w których poetka mówiła, wypreparowano jej głos, poddano go cyfrowej obróbce i przy pomocy algorytmów AI stworzono jej nowe wypowiedzi.

Tym sposobem można teraz użyć każdego głosu, do każdego tekstu. I można stworzyć audycję, w której tow. Gomułka chwali Adama Michnika, Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. A nawet stworzyć audycję, w której ta czwórka dyskutuje i obsypuje się komplementami.

Prawdopodobnie i niestety sztuczna inteligencja objawia się także w programach polskich stacji telewizyjnych. Piszę „prawdopodobnie”, bo nie sądzą, żeby żywy człowiek mógłby być tak głupi, jak sztuczni lektorzy, co stacje udowadniają seryjnie choćby przy podkładaniu polskiego tekstu pod programy zagraniczne.

Operacja Bagrejszyn

Ostatni przykład działania AI znalazłem w programie historycznym kanału Viasat History Polsat, który nosił tytuł „II wojna światowa. Cena imperium. Odc. 11”. Audycja jest brytyjska i opisuje dzieje II wojny światowej. Jest interesująca, bo przedstawia tę wojnę z brytyjskiego punktu widzenia. Czyli nie ma w nim  mowy o błędach i złych decyzjach Brytyjczyków.

Przedstawiając zmagania Niemców z ZSRR na froncie wschodnim lektor czyta, że jedną z największych operacji na froncie wschodnim była operacja Bagrejszyn. Być może tak było w wersji brytyjskiej, ale czy Polak musi powtarzać błędy poddanych Jego Królewskiej Mości? Operacja ta nazywała się „Bagration” i była nazwą dla rosyjskich zamierzeń i działań. Żaden tam „bagrejszyn”, ale „bagration”!

Wstyd, że nikt w Polsacie, tak wielkiej firmie, o czymś takim nie słyszał. A wystarczyło, żeby redaktor programu w polskiej wersji językowej wszedłby na stronę Wikipedii, gdzie znalazłby poniższą informację: „Operacja „Bagration” (ros. Операция Багратион), również Białoruska Strategiczna Operacja Ofensywna – ofensywa strategiczna Armii Czerwonej, przeprowadzona w dniach 22 czerwca–31 sierpnia 1944. Doprowadziła do prawie całkowitego zniszczenia wojsk niemieckich Grupy Armii Środek na terenie Litwy, Białorusi i wschodniej Polski. Była to prawdopodobnie największa klęska Wermachtu a podczas II wojny światowej. Operacja została nazwana na cześć gruzińskiego księcia i rosyjskiego generała Piotra Iwanowicza Bagrationa poległego w bitwie pod Borodino.”

Od siebie dodam, że bitwa pod Borodino miała miejsce podczas wojny francusko-rosyjskiej w 1812 roku. I że Bagration żył w latach 1765-1812. Oraz i to, że dla Rosjan Bagration jest bohaterem narodowym.

Czekam na moment, w którym któryś z ludzi Polsatu powie, że naczelnym wodzem wojska polskiego w kampanii wrześniowej 1939 roku był Eduard Rajdz Smigły. Dla słabo wtajemniczonych w historię powiem, że ów marszałek nazywał się Edward Rydz-Śmigły.

Czego nie wylewać razem

Polsat, audycja „Punkt widzenia”. Będący rozmówcą dziennikarza, ekspert profesor Stanisław Ossowski naraz rzuca w przestrzeń stare porzekadło, ale z lekka i bez sensu przerobione: „Nie wylewajmy mleka z kąpielą”.

Zabawne, bo kto się ostatnio kąpał w mleku? Ostatnio Kleopatra, która regularnie kąpała się w mleku z dodatkiem miodu i płatków róż, by jej skóra była gładka. Podobno na jedną kąpiel potrzebowano mleka 700 oślic. Natomiast stare porzekadło brzmi: „Nie wylewajmy dziecka z kąpielą”. Naprawdę nie warto kombinować przy starociach, zostawmy je takimi, jakie są.

Łapówki na boiskach

Alvares przyjął piłkę dość przychylnie” – mówi sprawozdawca meczu piłki nożnej, 15.10.2024 roku, w Canal +. Z całym szacunkiem dla mówiącego, dość to pokraczne zdanie. Tym bardziej, że przychylność oznacza w języku polskim skłonność do udzielenia komuś pomocy, ułatwienie komuś załatwienie jakiejś sprawy,

Przychylność jest też eleganckim synonimem łapówkarstwa, bo dzięki łapówce wręczonej urzędnikowi można uzyskać to, co bez „przychylności” byłoby nie do załatwienia.

Orientuje się czy wie?

W czasie posiedzenia komisji ds. Pegasusa jeden z członków komisji pyta Krzysztofa Brejzę: „Czy orientuje się pan o innych osobach, które były podsłuchiwane?”

Recz w tym, że orientować się nie jest tożsame z wiedzą. Poprawnie poseł powinien zapytać: „Czy zna pan nazwiska innych podsłuchiwanych osób?” Nadto zauważę, że orientować się można w czymś, że wspomnę o kierunkach świata, orientowaniu map na kierunek północny.

Wektory

W czasie tego samego posiedzenia Komisji przewodniczący zapytał także Krzysztofa Brejzę tak:

Jakie były powody takich nieprzyjemnych dla pana działań?

Były dwa wektory…  –  odpowiada zupełnie niezrozumiale p. Brejza.

Po czym wyjaśnia, że były dwa cele podsłuchujących, w związku z czym podsłuchujący mieli dwa kierunki działań.

Dlaczego zatem p. Brejza zupełnie bez sensu mówił o wektorach? A, bo to jest elegancko, modnie i z klasą – według niego. Ale czym są te cholerne wektory? Wektor to obiekt matematyczny opisywany za pomocą wielkości: modułu lub wartością, kierunku wraz ze zwrotem (określającym orientację wzdłuż danego kierunku); istotny przede wszystkim w matematyce elementarnej, inżynierii i fizyce

Dlaczego p. Brejza nie powiedział od razu o celach? Myślę, że choć jest z wykształcenia prawnikiem to jego domową pasją są: wyższa matematyka stosowana, fizyka molekularna i inżynieria mostów, które łączą dwa brzegi – sensu i bezsensu.

Zauważmy też, że po chwili p. Brejza dodał, gdyby ktoś miał trudności zrozumienia kwestii z wektorami:

To była akcja open spejs.

Komisja zrozumiała, bo jednocześnie wszyscy jej członkowie pokiwali głową, na znak że zrozumieli. A ja nie zrozumiałem, bo komisja była polska i świadek komisji też był Polakiem. I nie mam zamiaru rozumieć świadków komisji, mówiących jakimś politycznym slangiem. Istnieje też możliwość, że p. Brejza, nauczony przykrymi doświadczeniami, celowo mówił w dwóch językach naraz, żeby zmylić kolejnych podsłuchujących.

A „open spice” to we współczesnym żargonie politycznym przestrzeń otwarta, przestrzeń publiczna, miejsce dla wszystkich, także przestrzeń wymiany idei i poglądów, oraz oczywiście plotek.

 

WALTER ALTERMANN: Nasz głęboko skrywany wstyd

Oglądając nasze telewizje musimy bardzo uważać. Szczególnie jeżeli jesteśmy już ludźmi starszymi. Bo oto w eleganckiej, czasem nawet miłej formie telewizje mogą wciskać nam kit.

Niby mówią do nas językiem polskim, niby rozumiemy co mówią, ale przecież nie do końca. Bowiem słowa, w ciągu ostatnich lat, zmieniły swoje podstawowe znaczenia, bardzo wiele przykrych słów po prostu zniknęło z obiegu, zastąpiono je określeniami tak ogólnymi, że nie znaczą już tego, co oznaczały jeszcze 25 lat temu.

Tak stało się m.in. z bezdomnością, człowiekiem bezdomnym i problemem bezdomności. Ot, opakowano problem tak, że ni za cholerę nie wiadomo dziś o co chodzi. Czy o konkretnego, żywego człowieka, czy też o jakiś bliżej nieokreślony dylemat socjologiczny. A pomiędzy człowiekiem a problemem naukowym jest zasadnicza różnica.

Powie ktoś, że współczesność wymaga od nas nienazywania rzeczy po imieniu i dlatego mówimy o ludziach niepełnosprawnych (a nie o kalekach), o niskorosłych (a nie o karłach) i ludziach z deficytem intelektualnym. Myślę, że takie łaskawe, subtelne i delikatne traktowanie bezdomnych to zbytek elegancji. Im potrzeba pomocy materialnej, a nie kulturalnych słówek.

Osoby w kryzysie bezdomności

21 października 2024 roku, na antenie TVP, młoda dziennikarka ze Szczecina przedstawiła osiągnięcia tamtejszych władz miejskich. Okazało się, że miasto będzie miało dla osób w kryzysie bezdomności ogromna ofertę zimową: ogrzewalnie, ciepłe posiłki, możliwość wyprania ubrania oraz nowe, czyste ubrania. A tych osób jest w mieście około 850.

Napisałem, że dziennikarka była młoda, bo młodzi promienieją na świat urodą, zdrowiem i życiową energią. I tak było w tym przypadku. Niestety owa dziennikarka (jak większość młodych ludzi) nie była skłonna do jakieś najmniejszej refleksji. Ona była nastawiona na triumfalne obwieszczenie światu, że władze Szczecina są bardzo dobre dla „osób w kryzysie bezdomności”.

Najpierw zastanówmy się kim są te osoby. To są ludzie bezdomni, czyli tacy, którzy nie mają gdzie spać i żyć. I taki stan dla większości z nas jest przerażający. Ale najbardziej okrutny jest dla samych   bezdomnych.

Bezdomni?

Widujemy ich często w większych miastach, jak włóczą się bez celu, smutni z martwymi oczami, jakby niczego dobrego już się nie spodziewali. Czasem nawet cuchną. I nie pasują do współczesnych miejskich pejzaży. Wokół nowe domy, reklamy dóbr wszelakiego użytku, drogie, błyszczące samochody – a tu oni. Ukuto nawet bardzo pogardliwą nazwę dla tych ludzi – menele.

Czasami bywają obiektami żartów i dowcipów sytych mieszczan. A niekiedy jakaś zdziczała młodzież zakatuje takiego człowieka na śmierć, czasami nawet podpali. Summa summarum – nie lubimy tych ludzi, bo są dla nas wyrzutem sumienia, że nic dla nich nie robimy. Co do tych wyrzutów sumienia, to chyba trochę przesadziłem. Dla większości z nas są po prostu obojętni. Bezdomni dla sporej grupy „mieszkających” są też zagrożeniem, bo mogą podpalić strych ich domu, zanieczyścić piwnicę lub schody – jeśli zdołają się tam wedrzeć. No i ten niechlujny, brudny wygląd, te zapachy, jakie rozsiewają…

I dlatego nie mówimy „bezdomni” ale „osoby w kryzysie bezdomności”. Jakbyśmy chcieli oszukać samych siebie, że nawet przy naszej bierności, ci „kryzysowicze” jakoś tam staną na nogi i jakoś tam zdobędą swój kąt do życia. Jest to rodzaj współczucia, który nic nie kosztuje, a pozwala nam wierzyć, że jednak jesteśmy humanitarni i dobrzy, bo jednak poświęcamy tym biedakom ulotną chwilę w naszych mózgach.

Jak pomagać i komu?

Z bezdomnymi jest problem i to bardzo duży. Musimy przyjąć do wiadomości, że nie wszystkim z nas życie musi się udać, że nie wszyscy jesteśmy skazani na życiowy sukces. Musimy otworzyć się na naszych biednych, także bezdomnych rodaków. I musimy postarać się im pomagać, żeby mogli godnie żyć.

Żaden polski rząd niczego w tej sprawie naprawdę nie zrobi, bo zaraz podniesie się krzyk, że oto wszyscy żyjemy biednie, więc dlaczego pomagać akurat najbiedniejszym. Przecież oni są sami sobie winni, bo mogli żyć inaczej! Nie wierzą Państwo – to skąd biorą się głosy potępienia rządów (obu ostatnich) za pomoc, którą Polska otoczyła Ukraińców? Tych, co uciekli przed wojną.

Zanim zaczniemy poważnie rozmawiać o tym jak nieść pomoc „odrzuconym” musimy mocno uderzyć się w piersi i wyznać, że obecne polskie społeczeństw jest niezwykle egoistyczne. Potrzebny byłby powszechny rachunek sumienia z miłości do bliźniego, którego mamy kochać jak siebie samego.

Rachunki sumień naszych

Jedynym znanym mi autorytetem, w sprawie powszechnego przyznania się nas wszystkich do egoizmu, jest Kościół. Najpierw jednak nasz Kościół i kler powinny przyznać się, że sami żyją nad stan społeczeństwa. A potem brać się do wzruszenia sumieniami wszystkich.

Cnota życia w ubóstwie towarzyszyła Kościołowi u jego zarania. Głosił je, sam żyjąc w ubóstwie święty Benedykt. Ale już w  środkowym Średniowieczu ta cnota została zapomniana. A jest ona fundamentem religii chrześcijańskiej. Ale, że Kościół tworzą ludzie, niewolni od pychy i zarozumialstwa – jest jak jest. Przy czym powtórzę, że przez Kościół rozumiem ewangelicznie nas wszystkich.

Wspaniali, czy tacy sobie?

Polacy są zdolni do nagłych bohaterskich zrywów, do chwilowego poświęcenia, ale mozolna, uciążliwa i wieloletnia praca nas męczy. Potrafiliśmy pomóc Ukraińcom, uciekającym spod bomb Putina. Ale już po dwóch latach mamy pretensje, że ich utrzymanie kosztuje. Choć ekonomiści twierdzą, że ci z Ukraińców., którzy u nas zostali ciężko pracują na swoje utrzymanie, przysparzając też korzyści państwu i budżetowi.

Potrafiliśmy przejąć się i pomóc ofiarom powodzi na Dolnym Śląsku. Tak, to potrafimy doskonale. Ale są w Polsce problemy, które wymagają wieloletnie wysiłku, poważnego skupienia się i pracy od podstaw. Poczynając od kontaktu z biednymi i bezdomnymi. I tego właśnie nie potrafimy, bo jesteśmy niestali i cechuje nas szlachetna, ale jednak płochość i krótkotrwałość zainteresowań.

Nie ma ludzi lepszych i gorszych. Nie ma także narodów lepszych i gorszych. Nikt nie jest lepszy od bezdomnego. Na tym polega humanizm. A jeśli nie ma humanizmu, pojawia się zezwierzęcenie. Uważajmy na siebie, bo złą kroczymy drogą.

 

WALTER ALTERMANN: Promenada szoferek

Coraz częściej dziennikarze zanurzają się w oceanie mętnych skojarzeń. Coraz częściej też posługują się językiem przenośni, metafor, paraboli, epitetów, porównań, oksymoronów, hiperbol i innych środków wyrazu poetyckiego.

Skutek „poetyzacji” języka, tak prostych zajęć jak bieganie, skakanie, rzucanie, kopanie piłki i odbijanie piłeczek jest taki, że odbiorca się gubi i nie wie, czy ogląda dyskusję literacką, czy też tylko transmisję sportową. Przy czy akurat ja lubię obie, choć jestem przeciwnikiem mieszania kultury z kulturą fizyczną.

Oczywiście dziennikarzom, zajmującym się sportem nudzi się w kółko i ciągle opowiadać o plasowanym podaniu, udanym smeczu i genialnym wyjściu z dołków. I dlatego odlatują wysoko, aż nikną w chmurach poezji.

Nieszczęsna promenada

„Mieliśmy na boisku całą promenadę gwiazd” – mówi dziennikarz sportowy TVP 24. 10. 2024 roku. Zapewne chciał powiedzieć „plejadę gwiazd”, ale powiedział jak powiedział. Wyjaśnijmy zatem te dwa zawroty, ku przestrodze innych poetów mikrofonu i kamery.

Promenada gwiazd to bardzo nieudana próba poetyckiego nawiązania do zwyczaju, zaistniałego w Hollywood, a skopiowanego (jak zawsze) w niektórych polskich miastach. Zwyczaj ten polega na tym, że wielkie gwiazdy (głównie filmu) mają na deptakach, na promenadach swoje mosiężne tablice z nazwiskami. W ten sposób władze miast chcą uczcić wielkich rodaków, a swoim mieszkańcom dać do zrozumienia, że są oni mieszkańcami ważnych metropolii lub znanych miejsc wypoczynku, jak ma to miejsce w Międzyzdrojach.

Plejady gwiazd to stały zwrot języka polskiego, odnoszący się do mitologii greckiej, w której Plejady to nimfy , siedem sióstr; Alkione, Kelajno, Maja, Merope, Sterope i Tajgete.  Były córkami tytana Atlasa i okeanidy Plejone (lub okeanidy Ajtry). Plejady (jako towarzyszki bogini Artemidy) wraz z Plejone były ścigane przez Oriona którego spotkały w Beocji. Na koniec Zeus przemienił je w gwiazdy. Inna wersja mitu mówi, że razem ze swymi siostrami, Hiadami, zostały przemienione w gwiazdy z żalu, po śmierci ich brata Hyasa, ukąszonego przez węża. Wschód Plejad (w pierwszych dniach maja) zwiastował początek pomyślnego okresu dla żeglugi, a zachód (w pierwszych dniach listopada) – okres burz. Mityczne Plejady są identyfikowane z Plejadami w gwiazdozbiorze Byka. Na niebie sąsiadują z Hiadami (gromadą otwartą gwiazd w gwiazdozbiorze Byka) i konstelacją Oriona, które są z nimi mitologicznie powiązane.

I ot, czasem człowiek (dziennikarz) coś palnie, a jego błędy przerzucają nas aż do antyku. W każdym razie na boisku sportowy mogliśmy podziwiać wielkie gwiazdy sportu. Ale literacka twórczość dziennikarza była tam zupełnie zbędna. Bo promenada to miejsce do spacerów, a boisko jest do biegania.

Nowe słówko – szoferka

TVN poinformowała, że Kingę Dudę, córkę prezydenta RP odwiozła do pracy „szoferka”. Dotychczas w języku polskim szoferka była miejscem w ciężarówce, w którym siedzi i kieruje pojazdem kierowca. Za nim znajdowała się „paka”, czyli część załadunkowa pojazdu.

Ale wszystko musi się zmieniać, szybko i skutecznie – według TVN. Świat musi „kobiecieć” . I dlatego kobieta, która odwiozła samochodem osobowym panią Kingę do pracy to szoferka.

Toż to, mosterdzieju, paranoja!

Stan medyczny

W toczącej się coraz żwawiej dyskusji o legalizacji związków jednopłciowych pojawia się nowy argument. A jest nim sprawa uznania, że „współpłciowy” partner związku będzie miał stałe prawo do informacji o stanie zdrowia partnera/partnerki. Jeden z dziennikarzy TVN zapędził się w swej nowoczesności tak daleko, że mówił o prawie do „informacji medycznych”.

Być może „informacja medyczna” jest pojęciem medycznym, ale normalni ludzie chcą się dowiedzieć o „stanie zdrowia bliskiej” osoby. Nie poddawajmy się językom fachowym. Mówmy językiem, jakim mówi przeciętny Polak. Nie mówmy o „poborze wody” w gospodarstwach domowych, mówmy o zużyciu wody.

Dwie matki pospołu

W dyskusji w „Kropce nad i” również toczyła się dyskusja o związkach jednopłciowych. Naprzeciw wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka stanęły (zasiadły) dwie mocne i bardzo agresywne kobiety: prowadząca pani Monika Olejnik oraz pani Katarzyna Lubnauer, poseł, wiceminister (według Moniki Olejnik wiceministra) edukacji w randze sekretarza stanu.

Kto tej rozmowy nie widział, niech żałuje. Oto bowiem doszło do totalnej konfrontacji racji i uczuć. Pan Bosak bronił zdrowego rozsądku, obie damy walczyły o nieograniczone prawo do uczuć. Były też momenty ucieszne. Szczególnie rozbawiła mnie sprawa dwóch matek. Według p. Lubnauer w sytuacji, gdy dwie kobiety, pozostające w związku, mają dziecko, to obie są matkami. Pan Bosak argumentował, że dwie kobiety nie mogą wspólnie urodzić dziecka, ale to nijak nie trafiało do rozentuzjazmowanych „wolnością” pań. I nie reagowały na prosty biologiczny fakt.

Warto ten sposób dyskusji zapamiętać. Bo już nie tylko mamy osoby niebinarne i tym podobne. Teraz mamy już teorię, która zakłada, że matki mogą być dwie i więcej.

Powiem też wprost, że zaimponował mi p. Bosak – odwagą i spokojem. Ja w takiej sytuacji na pewno bym nie wytrzymał, bo jestem nerwowy i na hucpę reaguję w sposób bardzo ludowy, a la manier rus, co się tłumaczy w manierze wiejskiej.

Katastrofy…

W „Dzienniku Łódzkim” roku można było przeczytać artykuł o historii katastrof kolejowych w Łodzi. Katastrofy mają swoich wielbicieli i dlatego pełno ich w telewizjach i prasie. Nie należę do tej grupy, ale lubię historię, nawet tragiczną, więc przeczytałem. Artykuł nie urzekał rzetelnością, ani językiem, ale jedno zdanie przykuło moją uwagę.

Otóż autor, między innymi, opisuje katastrofę z 14 sierpnia 1929, gdy doszło, w pobliżu stacji Łódź Kaliska do zderzenia pociągu osobowego z pociągiem towarowym wiozącym żołnierzy 28 Pułku Piechoty Strzelców Kaniowskich, z poligonu do stałej siedziby w Łodzi. Zginęło wtedy pięciu żołnierzy i trzech kolejarzy, a ponadto 19 żołnierzy i 8 kolejarzy zostało rannych.

Fakty się zgadzają ale uderzyło mnie zdanie, że „Żołnierze podróżowali pociągiem towarowym”.

Otóż… Podróżować można dla wypoczynku w góry lub nad morze, w interesach do Lwowa, lub Wrocławia, ale żołnierze jechali. Normalnie jechali pociągiem towarowym. Jak to w wojsku bywa.

A ów nieszczęsny pociąg był po prostu eszelonem, bo w polskiej nomenklaturze wojskowe jednostki transportowe, jak kolumna wozów, samochodów lub wagonów kolejowych z ludźmi, bądź z zaopatrzeniem jest eszelonem.

Powie ktoś, że czepiam się drobiazgów. Więc zwrócę uwagę, że wszystkie katastrofy, także kulturowe, zaczynają się zawsze od drobiazgów – od dwóch matek, podróżowania z poligonu i od tej nieszczęsnej szoferki.

 

WALTER ALTERMANN: Nazwiska z kłopotem

Słuchając jak mówią dzisiaj nasze elity władzy i ludzie mediów dochodzę do wniosku, że pilną sprawą byłoby założenie Ligi Obrońców Języka. Ta liga zajmowałaby się propagowaniem poprawności językowej oraz „potępianiem” potworności językowych, które wypowiadają i piszą nasi ludzie publiczni.

Tu wyraźnie zaznaczę, że zgodnie z duchem chrześcijaństwa nie należy potępiać człowieka, który jest jednak tworem Boga, niekiedy mocno nieudanym, ale jednak. Należy natomiast potępiać jego złe uczynki, postępowanie a nawet odruchy. Oczywiście różnica jest mała, ale istotna. I w tej różnicy mieści się cała wielka idea humanizmu. I chrześcijaństwa.

Wytykanie ludziom publicznym ich błędów językowych jest moralnie uzasadnione, bo skoro mają oni cywilną odwagę ubiegać się o urzędy, pouczać nas i dzielić się z nami swymi „przemyśleniami”, to muszą w pokorze przyjąć od nas uwagi i krytykę. Jeszcze raz podkreślę, że jeżeli jakiś dziennikarz czy poseł lub pomniejszej rangi polityk ma tyle tupetu, że odważa się zajmować uwagę publiczności bajdurzeniem w języku, który jedynie w 10-15 procentach przypomina język Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Broniewskiego i Grochowiaka, to wytykanie im błędów, a nawet odsądzanie od czci językowej, jest naszym, prostych ludzi, patriotycznym obowiązkiem.

Co oczywiście nie znaczy, że my ludzie prości, nieutytułowani mówimy po polsku doskonale. Jednak my nie pchamy się z naszym językiem przed kamery i do mikrofonów. Tak samo jak nie wolno wytykać błędów ludziom, zaczepianym przez reporterów w sprawie jakichś katastrof, pożarów, wypadków drogowych czy innych nagłych a przykrych zdarzeń. Bo to jest coś zupełnie innego.

Nazwisko do odmiany

Jest taka zasada, która każe nam odmieniać przez przypadki wszystkie polskie nazwiska. Na tę zasadę składa się tradycja językowa oraz zwykły zdrowy rozsądek. Dlatego skręca mnie w dołku, gdy w naszych licznych telewizjach jest mowa o Zbigniewie Ziobrze. A ponieważ ostatnio o tym polityku mówi się często i dużo, przeto skręca mnie w dołku bez przerwy.

Może to jakaś zmowa przeciwników Ziobry z jego admiratorami, ale począwszy od TVN po TV Republika, wszędzie i wszyscy nie wiedzą, że nazwisko „Ziobro” odmienia się przez przypadki. Dlaczego Wałęsę, Kaczyńskiego, Tuska i Millera się odmienia, a akurat Ziobrę nie? Myślę, że mylące dla dziennikarzy i polityków jest to, że istotnie obce nazwiska, kończące się na „o” w naszym języku odmianie nie podlegają. Ale gdzie tam panom Sukarno czy Suharto do naszego rodzimego, czysto polskiego Ziobry? Nazwisko nosi wyraźne ślady ludowego urobienia od „żebro”. Albowiem w gwarze małopolskiej i podhalańskiej żebro to ziobro, a ziobro to żebro. Ja nie widzę w tym nic strasznego, ani uwłaczającego – jak zresztą w żadnym nazwisku. Bo z nazwiskami się nie dyskutuje, nie ocenia się ich – są bo są, a że są jakie są, to nie ma żadnego znaczenia.

Dlatego apeluję o odmienianie Ziobry po polsku. Jak to powinno poprawnie wyglądać? Ano tak:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – Jest już na sali pan Ziobro.
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – Jednak nie ma na sali pana Ziobry.
  • Celownik (C.) – komu? czemu? ( przyglądam się) Przyglądamy się uważnie panu Ziobrze. (Nigdy nie panu Ziobro)
  • Biernik (B.) – kogo? co? ( widzę) Dobrze i wyraźnie widzę pana Ziobrę. (A nie, że widzę pana Ziobro)
  • Narzędnik (N.) – z kim? z czym? (idę) Przeprowadziłem wywiad z panem Ziobrą.
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? ( mówię) Ciągle mówię o panu Ziobrze.
  • Wołacz (W.) – o! O, pan Ziobro!

Maniera nieodmieniania nazwiska tego polityka drażni moje wrażliwe polskie ucho, więc błagam o litość panie i panów z TVN, Republiki, Polsatu i TVP. Błagam i nadziwić się nie mogę, że tak haniebnie mylą się panie i panowie, w tak podstawowych i prostych sprawach.

Nazwiska z kłopotami

Z nazwiskami w Polsce bywały kłopoty niemałe. Z początku nazwisk nie było wcale, były jedynie imiona. W przypadku rycerstwa, później szlachty, nazywano się imionami z dodatkami lokalnymi, skąd taki jegomość pochodził, jakie miał wsie czy miasteczka. Tak na przykład był sobie rycerz Janko z Czarnkowa. Później zaczęła szlachta przybierać nazwiska, ale nie traktowano ich jako świętość. Ot, pomocne były dla rozróżnia kto zacz.

Chłopi i mieszczanie nazwisk nie mieli długo. Po prostu „pieczętowali się” imionami, niekiedy z dodatkiem imienia ojca. Stąd, gdy w XVIII i XIX wieku posiadanie nazwiska stało się koniecznością, bo zaborcy nie mieli litości, bardzo wiele nazwisk chłopskich tworzono właśnie od imion ojców. Stąd mamy zastępy Adamskich, Bartkowiaków, Janickich, Jankowskich, Teodorczyków i tak dalej.

Przy nadawaniu chłopom nazwisk bardzo często przezwisko stawało się nazwiskiem. Tak jak go wołano na wsi, takie dawano mu nazwisko. Mamy też wiele nazwisk od czynności, zawodów chłopów na dworze szlacheckim – stąd mamy Stelmachów, Stelmaszczyków, Fornali, Fornalskich, Fornalików i im podobnych.

W sumie – jedynie szlachta dbała o nazwiska, bo to miało gwarantować jej „starożytne” – jak pisano – pochodzenie, zacność zasług i powagę urzędów.

Fantazje imienne rodziców

Z imionami oczywiście też bywają kłopoty, a to dlatego, że fantazja rodziców chrzczących swoje pociechy nie zna granic rozsądku. Pamiętam czasy, gdy w pewnym piłkarskim meczu biegało po boisku aż 10 Dariuszy, na 22 grających. Skąd taka moda na imię perskiego króla? Może jakiś serial był wówczas w modzie? Nie wiem, ale było śmiesznie.

Jednak mniej śmiesznie jest ludziom, których rodzice uraczyli różnymi Andżelikami, Isaurami, Orchideami, Konstancjami czy Horacjuszami. Sądzę, że ludzie prości chcąc dla swych dzieci lepszego losu, zaczynają od nadawania im imion egzotycznych czy królewskich. Smutne, ale prawdziwe.

Czy imię nadane dziecku może być wywoływaniem wilka z lasu, albo też ściąganiem na potomka kłopotów? W pewnym sensie tak. Bo życie podwórkowe czy klasowe Anastazjusza czy Heliodora może być dla nich makabrą.

Oczywiście w dawnych wiekach chłopi i mieszczanie mieli imiona proste, dziedziczone po dziadkach lub ojcach. Stąd syn Bartłomieja bywał Maciejem, a syn tegoż Macieja – Bartkiem, jak dziadek. Natomiast dawna nasza szlachta wyszukiwała sobie u Homera, którego w szkołach obowiązkowo czytano, imiona greckich herosów i wodzów. Stąd u szlachty i magnatów pełno było Antenorów, Herakliuszy, Heraklesów, Agenorów. Szlachta bowiem za każda cenę (nawet za cenę śmieszności) chciała we wszystkim odróżniać się od „chamstwa”, z którego pracy się tuczyła, ale którym serdecznie pogardzała.

Żegnaj Judaszu

Jest jednak w naszej literaturze bardzo poważny i świetny utwór dramatyczny poświęcony poniekąd przekleństwu imienia. Mówię tu o sztuce Ireneusza Iredyńskiego Żegnaj Judaszu. Jest to utwór o wierności i zdradzie, o ideałach i wyrzeczeniach się ideałów. Tytułowy bohater nosi, nadane mu przez ojca, imię Judasz. Ojciec chciał by syn zaprzeczył imieniu największego i przeklętego zdrajcy, chciał go niejako uodpornić na zdradę, uczynić mężnym i twardym.

I bohater z brzemieniem imienia zostaje rewolucjonistą, walczy z bezwzględnym reżimem. Potem jednak zdradza. Ale tak naprawdę Iredyńskiego interesowały ludzkie postawy, zachowania wobec fałszu i zakłamania. A sprawa imienia bohatera była niejako punktem wyjścia do głębokiego dramatu jednostki.

Sztuka jest mądra i wspaniale napisana, przy okazji rozprawki o imionach, serdecznie polecam jako lekturę.

 

WALTER ALTERMANN: Demokracja końcówki naszego bytu

Zdaje mi się, od dawna zresztą, że koniec naszej cywilizacji jest nieuchronny i kroczy coraz szybciej. Co będzie potem? Nie wiem, ale stara, dobra i zrozumiała dla rozumnego człowieka upadnie i nie wróci już nigdy.

To co się nieuchronnie zbliża wysłało do nas (już przed II wojną światową) swoich emisariuszy, a są nimi radio i telewizja. A skutki ich działalności są przerażające.

W dzisiejszej Polsce, w naszych mediach, nie ma właściwie żadnych rozumnych dyskusji o programach politycznych, o ich skutkach – tak dobrych jak złych. Zamiast tego mamy kopanie człowieka. Najchętniej oczywiście kopie się po nazwisku osobników będących liderami partii. Dlaczego tak? Bo tak łatwiej i (jak się wydaje naszym politykom i mediom) skuteczniej. A gdzie nasz humanizm, gdzie chrześcijaństwo nakazujące szacunek dla „osoby ludzkiej”? Te wartości padły pierwsze. O wszystkim decyduje popyt, podaż i sprzedaż. I dawne wartości stały się już niepotrzebnym, niechodliwym towarem. Niepotrzebnym, bo ogół ludności nie wie czemu służą, więc ich nie kupuje.

Anarchiści

Niestety nasza publiczność polityczna nie ma także zbyt wielkiej wiedzy o prawodawstwie, o zasadach zapisanych w Konstytucji, ustawach i całym prawie. Powiem więcej – w swej masie, ta publika nie ma żadnej wiedzy na temat funkcjonowania państwa. Natomiast oczekuje publicznych egzekucji. Nie, nie  fizycznych ale moralnego kopania, dręczenia i unicestwiania tych, których akurat nie lubią. Jedni chcą kaźni Iksa, drudzy Igreka, trzeci wreszcie zarówno Iksa, jak Igreka. Bo tak jest prosto i zrozumiale. Lud żąda krwi i ją dostaje. Zupełnie jak w Imperium Rzymskim, gdzie gladiatorzy zaspakajali najniższe ludzkie instynkty.

Nawet anarchiści są u nas słabi, a ci akurat chętnie wywieszaliby (medialnie) wszystkich naszych polityków – od A do Ż.  Anarchiści negują w ogóle istotę pastwa, jako takiego, uważając (poniekąd słusznie), że państwo ogranicza człowieka, służy jedynie najbogatszym i zajmuje mózgi obywateli głupotami. Czym jestem starszy, tym bardziej zastanawiam się, czy jednak anarchiści nie mają racji.

Sprawa Sokratesa

Niestety demokracja, znacząca „panowanie ludu” ma też swoje okropne skutki. Teoretycznie demokracja jest ucieleśnieniem odwiecznego ludzkiego marzenia o wolności i równości. Jednak już demokracja ateńska miała na sumieniu zbrodnie, którymi mogliby się szczycić tyrani.

Tu przypomnijmy sobie, bo wierzę, że wszyscy ją znamy, sprawę Sokratesa. Ten wielki filozof w 399 r. p.n.e. został oskarżony przez nieznanego szerzej poetę Meletosa, który przy poparciu przywódcy demokratów Anytosa i retora Lykona wniósł oskarżenie przeciwko Sokratesowi. Poeta oskarżał filozofa o niewyznawanie bogów, których uznaje państwo i wyznawanie bogów, których państwo nie uznaje oraz o psucie młodzieży. Sprawę rozpatrywał ateński sąd ludowy (dikasterion). W pierwszym głosowaniu nad winą oskarżonego stosunek głosów winny/niewinny wyniósł prawdopodobnie 280:220. Sokrates mógł zaproponować wymiar kary dla siebie. Zaproponował utrzymanie na koszt państwa lub zapłacenie niewspółmiernie małej grzywny. W drugim głosowaniu sędziowie mieli zadecydować pomiędzy wymiarem kary zaproponowanym przez oskarżyciela i przez oskarżonego. Stosunkiem głosów 361 do 140 wybrali zaproponowaną przez Meletosa karę śmierci. Być może oskarżyciele dążyli jedynie do banicji Sokratesa, jednak okazało się to niemożliwe wobec nieprzejednanej postawy oskarżonego.

Po procesie Sokrates udał się do więzienia, gdzie miał pozostać jeszcze przez 30 dni, zanim zostanie stracony. Po tym czasie Sokratesowi została podana cykuta do wypicia. Wypił ją w obecności swoich uczniów i przyjaciół. Scena ta została następnie opisana przez Platona w Fedonie oraz przez Ksenofonta we Wspomnieniach o Sokratesie.

Zatem Sokratesa skazał lud, bo wtedy w Atenach panowała demokracja. Podejrzewam, że ów lud nie znał ani jednej z tez filozofii skazanego. A jednak ów lud miał odwagę podjąć decyzję. Czym się kierował ateński demos? Prawdopodobnie nienawiścią. Albowiem nic tak nie obraża ludu jak człowiek mówiący o sprawach, o których lud nie ma najmniejszego pojęcia.

Haczyk demosu

Sprawa Sokratesa dowodzi, że demokracja ma jeden mały, ale okrutny haczyk. Jest nim równość głosowania. Demokracja zakłada, że każdy niedouk, człek spanikowany i zagubiony we współczesności, każdy leniwiec intelektualny, nierób, obibok, pijak i złodziej a nawet zwykły tuman mają jeden głos równy głosowi człowieka rozumnego i porządnego.

Skutkiem tego ludem jest niezwykle łatwo manipulować. Pod warunkiem, że mówi się językiem prostym i skutecznym. Językiem prostym jest właśnie język ludu. Ma on tę właściwość, że odwołuje się nie do pojęć, ale do emocji. W tym języku, na przykład, uniwersalne słowo „ku…” może oznaczać zachwyt i potępienie, potwierdzenie i zaprzeczenie, radość i smutek. Czasem wszystko naraz.

W latach 70-tych Polska Akademia Nauk przeprowadziła badania nad zasobem leksykalnym języka  polskiego. Stwierdzono wtedy, że podstawowy zasób słów, których sens powinien być znany każdemu wykształconemu, na poziomie wyższym, Polakowi wynosi ok. 40.000 słów. Natomiast Polacy z wykształceniem niepełnym i pełnym podstawowym znają jedynie około 600 słów. Może obecnie tych słów w języku ludowym trochę przybyło, ale nikt badań nie prowadzi.

Przez język skuteczny rozumiem tu odwoływanie się do uczuć, nie do rozumu. Bardzo skuteczne jest również wywoływanie w ludzie poczucia zagrożenia, z zaznaczeniem, że trzeba głosować na tych, którzy odkryli owo zagrożenie i mają cudowne lekarstwo na jego likwidację. Co prawda lud najczęściej nie rozumie istoty tych zagrożeń, ale boi się, zatem głosuje na potencjalnych zbawców.

W demokracji, nawet tej bezpośredniej jak w Szwajcarii, głosuje się zawsze (a przynajmniej głównie) w sprawach nieznanych, Wierząc, że ci, co nawołują do wyborów, wiedzą za nas.

Kultura

Demokracja ma również fatalne skutki dla kultury i sztuki. Szczególnie teraz, gdy większość z nas obcuje ze sztuką za pośrednictwem telewizora. A właściciele stacji bardzo sprawnie liczą zyski i starają się dotrzeć do jak największej widowni. Zresztą, z założenia telewizor nigdy nie da nam tych samych i tak głęboko istotnych przeżyć jak żywy teatr.

A teatry również kierują się zyskiem. I dobrze wiedzą, że lada jaka farsa nagoni widownię, a najmądrzej wystawione Dziady czy Wyzwolenie gwarantują kasową klapę.

Wykształcona część ludu czyta, to fakt. Ale co czyta? Głównie powieści sensacyjne, horrory i romanse. Szczerze mówiąc, to nie jest literatura, to są tylko zadrukowane literami karty papieru. W tych powszechnych lekturach nie ma krzty artyzmu. Nie ma zabawy formą, nie ma kunsztu językowego. To jest ot taka papka pokarmowa dla oczu, która jedynie psuje dobry smak. Może byłoby lepiej, gdyby lud w ogóle nie czytał? Za komuny najbardziej poczytnym powieściopisarzem był nie kto inny jak staruszek Józef Ignacy Kraszewski (ur. 28 lipca 1812 w Warszawie, zm. 19 marca 1887 w Genewie). Fabuły w jego powieściach zawsze są pełne życia a język jest jednak nadal dziełem artystycznym.

Przyszłość

Wśród wielu wieszczów, przepowiadających nam przyszłość, najbardziej trafia do mnie Ray Bradbury ze swoją powieścią „451 stopni Fahrenheita” (tyt. Oryginału Fahrenheit 451) z 1953 roku. Akcja książki rozgrywa się w świecie, gdzie czytanie książek i krytyczne myślenie są zakazane. Tytuł książki oznacza temperaturę 451 stopni w skali Fahrenheita (233 °C), w której, według fabuły książki, zaczyna się samozapłon papieru.

W tym świecie zakazana została wszelka literatura: nie wolno czytać książek ani ich posiadać. Ich poszukiwaniem zajmują się specjalnie wyszkoleni strażacy (w wyniku rozpowszechnienia się niepalnych domów nie muszą już gasić pożarów), którzy znalezione książki palą. Ludzie w wielkim stopniu są zmanipulowani przez media pokazujące w kolorowych barwach nawet największe katastrofy i klęski.

W tym świecie nie ma też rodziny, bo nie ma w nich najmniejszej wspólnoty uczuć. Żadne z małżonków nie martwi się o drugą połowę, a dzieci są dla nich jedynie ciężarem. Uczniowie na lekcjach uczą się tylko z filmów. Dorośli swój wolny czas poświęcają interaktywnemu programowi telewizyjnemu „Rodzinka”, gdzie mogą odgrywać swoją własną „rolę”, nie ruszając się z domu.

451 stopni Fahrenheita w zamierzeniu było książką nie tyle skierowaną przeciwko totalitaryzmowi, lecz przeciwko telewizji jako narzędziu masowej indoktrynacji. Jak twierdził Bradbury, treść powieści była poświęcona przede wszystkim temu, „jak telewizja niszczy zainteresowanie czytaniem literatury” oraz „zamienia ludzi w debili”.

Bradbury to naprawdę wieszcz, co prawda wieszcz przykrego końca naszej cywilizacji, ale jednak wieszcz.

 

 

WALTER ALTERMANN: Nasza naiwność i nasze doktrynerstwo lat 90-tych

Słychać dzisiaj jak niektórzy nasi politycy stwierdzają konieczność zbudowania nowoczesnego i silnego sektora produkcji o wysokim stopniu zaawansowania technologicznego. Chodzi im o to, żebyśmy nie byli tylko podwykonawcą elementów do zachodnich samochodów, samolotów, czołgów i ciągów technologicznych do produkcji tychże. Że musimy więcej sami wymyślać, tworzyć i sami produkować.

Gdybym był złośliwy, powiedziałbym na to, że trzeba było nie dopuścić do likwidacji państwowych fabryk produkujących takie urządzenia i maszyny, za czym poszła likwidacja dużej liczby ośrodków badawczych dla przemysłu. I tak to polskie instytuty badawcze (tak jak cały nasz przemysł) padły na poligonie doświadczalnym, na którym Zachód testował w Polsce grackie przejście z socjalizmu na kapitalizm.

Wielki outlet

Uważam, że postępowanie wszystkich polskich rządów z lat 1989-2001, w „dziale” wyprzedaży narodowego majątku było dalece nierozsądne, jeżeli nie głupie a nawet zbrodnicze. Tu zauważę, że likwidacja państwowego sektora przemysłowego odbywała się przy niekłamanej radości ówczesnych mediów, które dzielnie popierały ideę wolnego rynku, który sam wszystko naprawi i będzie lepiej.

Prywatyzacja w stylu Balcerowicza była wówczas główną zasadą. Towarzyszyły jej doktrynalne założenia, że państwo zawsze będzie mniej wydajne w zarządzaniu wszystkimi sektorami polskiej gospodarki. I w imię tej doktryny, że prywatny porządzi lepiej sprzedano min. Telekomunikację Polską państwowej francuskiej firmie Telekom. Dodawano przy tym, że Polska nie ma środków na modernizację państwowych zakładów, a Zachód ma, więc wykupi nas i da. Rychło jednak okazało się, że francuski państwowy właściciel, owszem inwestował, ale z naszych polskich pieniędzy, podnosząc w górę do niebotycznych wprost wysokości opłaty telekomunikacyjne. Wykazywał też ogromne koszty własne, na które składały się gigantyczne pensje Francuzów, pracujących w Telekomunikacji Polskiej. Firma zamówiła także (w swojej firmie – córce, czyli u siebie samej) nowy znak graficzny, który kosztował 2,5 mln dolarów.

Staliśmy się dla Europy i świata największym outletem, w którym wszystko kosztowało (prawie) 5 zł. Ano, stało się tak jak pisał poeta Edward Słoński:

Przehandlowaliśmy za nic

swój znak i graniczne kopce –

i dziś dla nas nie ma granic

i swoim jest wszystko obce.

Ale tak zawsze kończą ludzie, którym wielkie idee zastępują zwykły rozum. Wiara w magiczne działania rynku, w imię liberalnej doktryny, która zastąpiła niedawną wiarę w moc socjalistycznej gospodarki, ta wiara zastępowała nam zdrowy rozsądek.

Co Polska może kupić w USA?

Odpowiedź na to pytanie brzmi – WSZYSTKO. Wiem to od amerykańskiego generała. Pan ten odwiedził Polskę w roku w 1991 roku, na zaproszenie pani Henryki Bochniarz, ówczesnej minister przemysłu i handlu. Niestety nie pamiętam nazwiska tego wysokiego oficera, ale rzecz w tym, że był odpowiedzialny za uzbrojenie armii USA. Czyli był potężny i „sprawczy”. Podczas wizyty Amerykaninowi zostały pokazane najważniejsze polskie zakłady zbrojeniowe. Na zakończenie pobytu w Polsce generał ów, w obecności pani Bochniarz powiedział do kamer: „Polska nie musi martwić się o uzbrojenie. Wszystko możecie kupić od nas.”

Pani Bochniarz bardzo się ucieszyła, czemu „dała wyraz do kamer”, bo w gruncie rzeczy spadł jej z głowy problem z zanikającym polskim przemysłem zbrojeniowym. Ale skoro amerykański generał mówi, że możemy kupić, to po samemu produkować?

Był to czas, w którym telewizja pokazywała jak dzie nam niszczenie naszych czołgów T72. I TVP chwaliła polski wynalazek, który polegał na tym, że z dużej wysokości zrzucano na czołg ważącą kilka ton stalową kulę… Na te czołgi, które dzisiaj dzielnie walczą na Ukrainie.

Zastanawia mnie jedno – czy wówczas do p. Bochniarz dotarło, że uzbrojenia nie dostaniemy za darmo, że jednak potrzebne będą na to pieniądze? A jeżeli dotarło, to czy się tym przejęła.

Wiara i ekonomia

Z lat 90-tych zapamiętałem kilku zbawców ojczyzny, a spośród nich wicepremiera Henryka Goryszewskiego.

Henryk Goryszewski należał wtedy do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (ZChN), był adiunktem na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, radcą prawnym w Ministerstwie Przemysłu. W latach sześćdziesiątych związany był ze środowiskami endeckimi, w latach osiemdziesiątych działał w oficjalnie funkcjonującym Polskim Związku Katolicko-Społecznym. Uznawany był za głównego przedstawiciela nurtu nawiązującego do tradycji Narodowej Demokracji w ZChN.

W lutym 1993 roku Henryk Goryszewski powiedział podczas mszy św. w Rudce koło Briańska: „Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt – najważniejsze, aby Polska była katolicka”.

Ta wypowiedź wywołała wówczas burzę w prasie, radiu i telewizji. Bo dla większości z nas był to szok. Tym bardziej, że Goryszewski był wtedy przecież wicepremierem. Gorzej, bo to on był wówczas odpowiedzialny za sprawy gospodarki, co dowodzi, że nie każdy człowiek, który poświęcił swe życie walce z komuną, nadaje się do rządzenia.

 

WALTER ALTERMANN: Język – błędy nasze i naszych wybrańców

Błędy językowe popełniamy wszyscy, maluczcy i wielcy. Maluczkim, przeciętnym ludziom należy ich językowe niedoskonałości wybaczać, bo wiedząc o swej przeciętności nie pchają się na afisz i nie straszą publiki potworkami językowymi.

Od naszych „wybrańców” jednak, czyli od senatorów, posłów, ministrów prezydenta kraju, prezydentów i burmistrzów należy wymagać więcej. Także od dziennikarzy, bo też pracują w sferze publicznej.

Pogrzebówka

Kupuję w sklepie przy cmentarzu znicze. Obsługuje mnie młoda kobieta. Naraz z zaplecza sklepu wychodzi starsza kobieta i wręcza młodej wiązankę, mówiąc „Tu masz tę pogrzebówkę”. Pytam  młodą czym jest pogrzebówka. Odpowiada: „A to taka wiązanka na pogrzeb”. I uśmiecha się przepraszająco, bo wie, że to dziwaczna nazwa.

Ale tak to bywa, że w wewnętrznym języku, chcąc do minimum ograniczyć mówienie – bo czas leci, a pracy dużo – mówimy skrótami. I zamiast powiedzieć „Masz tu wiązankę pogrzebową”, mówimy – „Masz pogrzebówkę”.

Ta „pogrzebówka” jest niezamierzenie śmieszna, ale funkcjonalna. Natomiast od naszych dziennikarzy, posłów, prezydentów, ministrów, a nawet radnych wymagać powinniśmy znacznie więcej niż od pań ze stoiska. Bo oni stają naprzeciw narodu i nie powinni mówić skrótami. Albowiem oni w mediach, w Sejmie i Senacie nie tylko mówią do swoich kolegów i „niekolegów” z opozycji, mówią do nas wszystkich – i uczą nas, naród, że możemy mówić byle co i byle jak.

Co oddaje poseł?

26 09 2024 r., w czasie posiedzenia Sejmu, poseł partii „Polska 2050”, Mirosław Suchoń powiedział: „Oddajemy szacunek tym, którzy pomagali powodzianom”.

Aż zazgrzytało w zębach, bo składnia jest okropna. Szacunek można komuś okazywać, ale nie – oddawać. Oddawać można cześć. Wiem, że bardzo wiele osób uważa, iż się czepiam, że to mało ważne, bo przecież wiadomo o co chodzi. Otóż nie. Bo inaczej dojdziemy do tego, że kiedyś jakiś poseł chcą okazać komuś szacunek powie z trybuny sejmowej: „Jesteście w pytę. Buźka”.

Estymacja premiera

W Sejmie, 26 09 2024 roku, premier Donald Tusk, w czasie posiedzenia na temat powodzi powiedział: „Będziemy niebawem mieli estymację strat powodziowych, jeszcze niepełną, ale będziemy mieli”.

Czym jest estymacja, która, według premiera ma nam wszystko wyjaśnić? Według słowników jest to oszacowanie, szacunek wstępny, przybliżony. W języku elit estymacja wzięła się z matematyki, potem z ekonomii. Czyli premier mówił, że niedługo będziemy wiedzieli jak duże są, w przybliżeniu, straty, będące skutkiem powodzi.

Myślę, że premier, jak cały nasz parlament, chce być lepszy od zwykłych ludzi, z ich zwykłą polszczyzną. No i brzmi ta estymacja tak, że niewielu wie o co chodzi. To też jest celowe, żeby naród nie spoufalał się z władzą, żeby jednak jakiś dystans był. Demokracja demokracją, ale nie za pan brat świnia z sołtysem.

Animacja rynku

W czasie dyskusji w Sejmie o polskim rynku rolnym, pewien poseł stwierdził: „Chodzi o animację popytu na pasze”. Po czym przedstawił propozycje, które doprowadzą do tego, że rynek pasz w Polsce odżyje.

Dlaczego poseł nie powiedział, że chodzi mu o ożywienie rynku, zwiększenie popytu, o przywrócenie rynkowi pasz jego ważnej roli w rolnictwie? Z tego samego powodu, z którego Donald Tusk mówił o estymacji. Bliższe wyjaśnienia powyżej. A koniec końców – estymacja, animacja świadczą o klasie mówcy, a o ożywieniu, o szacunkach może mówić każdy prostak. Jak to drzewiej mówiono? „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Na sztabie, na Sejmie, na odprawie

W czasie, gdy rząd zbierał się, jako sztab kryzysowy, we Wrocławiu, wszyscy dziennikarze i wszyscy politycy mówili jednym głosem, a mówili tak: „Na sztabie”.

A przecież po polsku powinno być: w czasie zebrania sztabu, w czasie obrad sztabu. Niestety „na” robi chorą karierę. Mamy „na Sejmie” – a przecież na Sejmie jest tylko nasza flaga. Mamy też „na komisji” – a poprawnie powinno się mówić „w czasie obrad komisji”.

Łatwo, szybko i bez sensu. Piszę o tym, bo mam już pewność, że jak nasi dziennikarze i politycy mówią, tak i myślą – pobieżnie, po łebkach, szybko, niedokładnie i nieprecyzyjnie.

Składnia

TVP Info, 28. 09. 2024 r. Młoda dziennikarka przedstawiając kłopoty z budową w Łodzi tunelu dla pociągów, mówi: „Informowaliśmy już to państwu”.

Czyli dziennikarka nie wie, że informować można o czymś. Natomiast można powiedzieć: mówiliśmy to już państwu. Albowiem… informowanie i mówienie to nie są identyczne słowa, które można wykorzystywać zamiennie. Bo każde z nich ma swoje zależności składniowe! Ta dziennikarka powinna zaskarżyć swoją polonistkę z liceum, i dochodzić od nauczycielki  odszkodowania za marne wykształcenie.

Bez sensu, za to z emocjami

Język w naszym dzisiejszym parlamencie i w mediach niesie głównie emocje. Z roku na rok nasz język publiczny staje się coraz bardziej prostacki i coraz mniej komunikatywny. To znaczy coraz mniej sensu, coraz mniej informacji, a coraz więcej agresji w stosunku do przeciwników.

Niektóre z osób publicznych starają się też udawać język nauki, co ma być argumentem, że jednak są wykształceni i myślą. Ale po przetłumaczeniu ich „makaronistycznych” wtrętów, wychodzi w sumie brak wiedzy mówiących, brak konkretów. Ot, taki bełkot osobników marnie jednak wykształconych.

Tym samym znikają, karłowacieją, degenerują się i zanikają podstawy naszej cywilizacji. Bo nasza cywilizacja, to między innymi myśl wrażana słowami, zdaniami. Nie ma alternatywnej cywilizacji obrazkowej dla idiotów. Owszem wielkie stare cywilizacje zostawiły po sobie piramidy, akwedukty, wielkie świątynie oraz mury, na przykład chiński. Ale przecież starożytni nie komunikowali się między sobą przy pomocy piramid. Oni mówili i pisali.

Dzisiejszy nasz język (publiczny) nie jest w stanie opisać ani uczuć, ani społecznych celów. Gdy chodzi o miłość – coraz bardziej jest to język żuli, meneli i prostaków, a gdy chodzi o społeczne cele – coraz bardziej jest to język milczący o sprawach, a coraz bardziej wzywający do walki na pały i sztachety.

W naszej polityce, w jej języku nie sposób już doszukać się jakichś wielkich celów, między innymi dlatego, że nasi politycy nie potrafią tych celów sformułować. Oni potrafią jedynie – to też język polski – dopieprzyć przeciwnikowi, zmieszać go z błotem a w końcu dorżnąć. Na razie tylko słowem, ale od słów do czynów mamy tylko krok.

 

WALTER ALTERMAN: Propaganda i rzeczywistość

Zacznijmy ten felieton od refleksji na temat propagandy, bo w czasie II wojny światowej była bardzo znaczącym narzędziem walki. Każda propaganda jest po to, żeby kłamać. żeby wszystkie klęski, wpadki władzy, trudne dla władz fakty zamieniać w sukcesy. I nie ma propagandy obiektywnej.

Obiektywne są fakty, ale już pisanie o nich może niechcący być niezamierzonym działaniem propagandowym. Trzeba uważać. Bardzo pięknie działanie propagandy przedstawił w „Cesarzu” Ryszard Kapuściński, gdy opisywał jak świetnie poradził sobie minister informacji, z zagranicznymi dziennikarzami, którzy przylecieli do Etiopii, aby opisać śmierć głodową setek tysięcy ludzi:

„Czy możemy, pytają korespondenci, pojechać na północ? Nie można, wyjaśnia minister, bo pełno zbójców na drodze. Po czym zabrał ich na wycieczkę po stolicy, pokazywał im fabryki i rozwój zachwalał. Ale ci, gdzie tam – rozwoju nie chcą, tylko żądają głodu, nic więc ich nie obchodzi, chcą mieć głód i tyle! No, powiada minister, głodu to wy mieć nie będziecie, skądże głód, jeżeli jest rozwój. (…) W końcu korespondenci odlecieli i głodu z bliska nie widzieli. A całą tę sprawę, tak spokojnie i godnie poprowadzoną minister uznał za sukces, zaś nasza prasa określiła jako zwycięstwo. Tak zawsze jakoś minister kierował, że wszystko na sukces wychodziło i dobrze było(…).

Jednym z największych kłamców w historii jest Józef Stalin. Wymyślił nawet frapującą definicję roli prasy, która miała być pasem transmisyjnym między władzą a ludnością. Z góry w dół, od władzy do obywateli, prasa miała przenosić dekrety i zarządzenia, wraz z ich interpretacją. A z dołu w górę, od obywateli do władz, miała przenosić prawdziwe bolączki i kłopoty obywateli ZSRR. I o dziwo ten system się sprawdzał. A to dlatego, że społeczeństwo ZSRR nie miało żadnych problemów, więc prasa, radio i filmy nie miały czym martwić Stalina.

Ten stalinowski system działał także w kontaktach ze światem. Radzieckie media milczały o głodzie na Ukrainie, o Gułagach, terrorze i masowych mordach Stalina. Natomiast z radością informowały szeroki świat o sukcesach w dziele budowy państwa szczęśliwości ludzi pracy. Różnica między ówczesnym Zachodem, a Zachodem z czasów Hajle Sellasje, była taka, że propagandowe kłamstwa Stalina Zachód „kupował” jak czystą prawdę. Oczywiście od roku 1920 Rosja była krajem zamkniętym. Niełatwo było tam wjechać i nie sposób opuścić. Niemniej jakaś prawda przeciekała na zewnątrz, ale świat był na to ślepy i głuchy, bo chciał być na prawdę o ZSRR głuchy i niewidomy.

Stalin i wojna z Niemcami

Po wrześniu 1939 roku, po rozbiorze Polski wespół z Niemcami, ZSRR zagarnął Litwę, Łotwę i Estonię. Po czym zagarnął część Finlandii i sporą część Rumunii.

Przed światem Stalin miał dwa propagandowe wytłumaczenia. Pierwsze, że Związek Radziecki przejął odwiecznie ruskie ziemie, że połączył z wielkim narodem Rosji Ukraińców, Białorusinów i Mołdawian. Natomiast zabór Litwy, Łotwy i Estonii tłumaczono faktem, że spora część obywateli tych państw była Rosjanami. Z kolei wojnę z Finlandią propaganda Stalina tłumaczyła jako konieczność zabezpieczenia swych granic, tym bardziej, że Finlandia flirtowała z Niemcami.

Natomiast już po najeździe Niemców na ZSRR pojawiła się dodatkowa interpretacja paktu Ribbentrop-Mołotow. Od czerwca 1941 roku radziecka propaganda wskazywała, że głównym powodem zawarcia w 1939 roku paktu o nieagresji z Niemcami była konieczność przygotowania się Związku Radzieckiego do wojny z Trzecia Rzeszą.

Właściwie do końca istnienia ZSRR władze tego państwa utrzymywały, że Stalin, dzięki taktycznemu paktowi z Niemcami, mógł przenieść fabryki zbrojeniowe za Ural. Miało to świadczyć o głębokiej mądrości wodza, o jego przenikliwości. I do dzisiaj można w telewizjach oglądać taką właśnie interpretację, bo nikt nie zadaje sobie pytania: od kiedy Stalin zaczął przenosić fabryki za Ural?

A czysta prawda jest taka, że owszem ogromnym wysiłkiem ludzi demontowano strategiczne fabryki i po przewiezieniu ich za Ural, montowano je w nowych miejscach. Tyle tylko, że decyzja o tej dyslokacji przemysłu zbrojeniowego zapadła dopiero po napaści Niemców na ZSRR – 22 czerwca 1941 roku. I dopiero wtedy Stalin kazał gromadzić surowce i materiały pędne. Krótko mówiąc, wziął się do roboty wtedy, gdy Niemcy zajmowali już kawał jego państwa.

Stalin i Hitler na wspólnych poligonach

Ostatnio w TVP dziennikarz powtarzał kolejną myśl propagandową Stalina, że z momentem przejęcia władzy w Niemczech przez Hitlera (30 stycznia 1933) ustała jakakolwiek współpraca militarna ZSRR i Niemcami.

Prawda jest taka, że Wermacht, na dalekich i odizolowanych poligonach w ZSRR, prowadził próby swej artylerii i czołgów aż do roku 1940. Mało tego, istniał w ZSRR instytut, w którym nad ulepszeniem niemieckiej broni pracowali naukowcy obu państw. Zerwanie tej współpracy nastąpiło dopiero w 1940 roku. Niemcy wyjechali, a dla zatarcia śladów tej haniebnej współpracy Stalin rozkazał wymordowanie wszystkich ludzi tego instytutu i obsługi poligonów. Do momentu najazdu Niemców na ZSRR Rosja zaopatrywała też Niemcy w ropę naftową i jej pochodne, węgiel i inne surowce naturalne.

Zauroczenie Hitlerem

Dlaczego tak było? Bo Stalin do końca wierzył Hitlerowi. Wierzył, że skoro Niemcy tyle dostali, to powinni być zadowoleni. Stalina nie zmartwiła nawet klęski Francji, Holandii, Danii i Belgii. Nie dawał nawet wiary własnym agentom rozsianym po Niemczech. Stalinowi zupełnie nie przeszkadzało co Hitler pisał o komunizmie w Mein Kampf, co głosił o nim w przemówieniach. Stalin zdawał się nie widzieć, w zapowiedziach wymordowania przez hitlerowców wszystkich komunistów świata, żadnego realnego zagrożenia dla swego państwa. Najprawdopodobniej dlatego, że traktował polityczny program Hitlera jako propagandę, taką samą nieprawdę, jaką on sam uprawiał w ZSRR.

Żeby uspokoić Niemców, z końcem maja 1941 Stalin zarządził rozformowanie bojowych jednostek wojska, by w różnych częściach ZSRR przeprowadzać szkolenia czołgistów, artylerzystów i lotników – wszystkie rodzaje broni osobno, co skutkowało niezdolnością bojową jego armii.

Być może Stalin wierzył, że gdy cały Zachód wykrwawi się w wojnie, wtedy wkroczy on i „ukomunizuje” całą Europę. Jest i taka interpretacja tego co Stalin robił przez dwa lata (1939 – 1941). Niemniej żadnych dowodów nie ma. Ale brak rzeczywistej gotowości Armii Czerwonej wskazywał na to, że Stalin wierzył i oddawał się Hitlerowi duszą i ciałem.

Zwróćmy uwagę, że pomimo rozległości niemieckich przygotowań do ataku na ZSRR i szczegółowych meldunków wywiadu, atak całkowicie zaskoczył Armię Czerwoną. Winą za ten fakt należy obarczyć Stalina, Komisarza Obrony Timoszenkę i Szefa Sztabu Żukowa, którzy zlikwidowali wszystkie Rejony Obronne zlokalizowane na byłej granicy z Polską i nie obsadzili wojskiem nowo zbudowanych rejonów na terenie Polski. Meldunki dostarczane głównie przez NKWD, mimo swojej wiarygodności trafiały do Stalina za pośrednictwem Ławrentija Berii, który w trosce o swoje wpływy, dokładał starań, aby Stalin otrzymywał informacje pasujące do jego światopoglądu, zgodnie z którym Niemcy nie mieli zamiaru atakować ZSRR.

Winston Churchill, korzystając z raportów swoich tajnych służb, również przekazywał Stalinowi wiele pożytecznych informacji na temat planowanej przez Niemców inwazji, ale Stalin traktował je jako brytyjską prowokację, mającą wciągnąć ZSRR do wojny.

Wybuch wojny był dla Stalina ogromnym szokiem. Zamknął się w swoim gabinecie i milczał prawie dwa tygodnie, od 22 czerwca do 3 lipca1941.

Co na to Zachód?

Część Zachodu uwierzyła w opowieści, że Stalin chciał zjednoczyć Słowian, że chciał mieć bezpieczne granice. I nikt na Zachodzie nie żachnął się, że przecież skutkiem paktu Ribbentrop-Mołotow granica ZSRR z Trzecią Rzeszą niebywale się powiększyła, narażając tym samym Stalina na atak Hitlera.

Na Zachodzie uwierzono także w to, że Stalin potrzebował czasu na przeniesienie fabryk broni za Ural. Choć „dobrzy ludzie” Zachodu (a głównie politycy) wiedzieli jak było naprawdę. Więc dlaczego tak? Jaki Zachód miał interes w „kupowaniu” tych kłamstw Stalina? Dlaczego nie reagował też na bezmierny terror w ZSRR?

Myślę że człowiek godzi się na kłamstwo, gdy ma w tym interes. A już szczególnie dotyczy to polityków. Czy wszyscy oni mają jakieś wyrzuty sumienia? Nie sądzę. Opacznie rozumiany interes własnych krajów, od zawsze pozwala politykom nie tylko wierzyć w cudze kłamstwa, ale także samemu kłamać.

Jaki zatem interes chciał ubić Zachód z ZSRR po wrześniu 1939 roku? I jaki po 22 czerwca 1941 roku? Przypuszczam, że pomiędzy wrześniem 1939 a czerwcem 1941 roku interes był ten sam. Zachód liczył, że ZSRR, dysponujący potężną armią, wielkim zasobami surowców naturalnych oraz ogromną rzeszą ludzi, których da się wcielić w do wojska, że w końcu ZSRR zostanie członkiem koalicji antyhitlerowskiej. Krótko mówiąc, politycy Zachodu zdawali sobie sprawę, że sami Niemców nie pokonają. A ściślej, że nie pokonają Niemców bez udziału Związku Radzieckiego.

 

WALTER ALTERMANN: Powódź i trzęsący się ministrowie

Nie sposób dalej zgłębiać się w historię, gdy tutaj i teraz, mam na myśli dzisiejszą Polskę, dzieją  się rzeczy ważne, takie jak obecna powódź na południu i zachodzie kraju, głównie w polskim dorzeczu rzeki Odry.

Wraz z nastaniem powodzi nastąpiła tygodniowa cisza „na rynku politycznym”. Rząd najpierw uspokajał, ale po trzech, czterech dniach zaczął ostrzegać, że może być nie najlepiej. W całym społeczeństwie można było zauważyć nastrój powagi i współczucia.

Nasze stałe, odwieczne wojny wewnętrzne

Wtedy pomyślałem sobie, że może coś się zmieniło, że może zwaśnieni politycy dwóch obozów – w obliczu zagrożenia – staną na wysokości zadania i na jakiś czas umilkną bojowe surmy, ucichnie bicie w tarabany… ale znowu zawiodła mnie intuicja. Bo kiedy potężne fale zalały Kotlinę Kłodzką i fala powodziowa ruszyła w kierunku Wrocławia, obudzili się politycy rozmaitych partii. I polska polityka wróciła w znane sobie łożysko i wir wojny wewnętrznej! Lepiej byłoby gdyby rzeki wróciły w swe spokojne koryta, a politycy, choć raz, wykazaliby się rozwagą i spokojem.

Niestety, jest już stałym elementem polskiej polityki, że celem każdej partii jest zmiażdżenie i unicestwienie, anihilacja obozu przeciwnego. Wszystkie nasze partie zachowują się tak, jakbyśmy mieli w kraju wojnę – stałą i bez zmiłowania. Może to mamy jakoś zapisane w naszych mózgach, że skoro na granicach mamy spokój, to musimy nawalać się między sobą? Może to jest jakieś dziedziczne, genetyczne obciążenie?

O tej genetyce to nie żart. Ostatnio w USA jakiś kot przebył 1500 kilometrów, żeby wrócić do domu. Przecież nie miał mapy, radaru ani googla. A skoro wrócił, to co my tam wiemy o zwierzętach. I co my tam wiemy o sobie samych. Naprawdę, trochę w to wierzę, że od czasów Mieszka I skazani jesteśmy, jako nacja na ciągłe walki, i może to weszło nam w krew, że  zdrowo i po męsku jest bić się?

Oczywiście z dzisiejszy naszych polityków żadni tam wojowie i większość nie nadawałaby się nawet na giermków w czasach Piastów oraz Jagiellonów. Nawet na ciury obozowe nikt by ich nie przyjął. Nasi parlamentarzyści bardziej przypominają Szwejka niż Zbyszka z Bogdańca, bo brzuchate to towarzystwo, niewysokie i jakieś takie słabe w dłoniach. Za to w gębie mocni  okropnie. Ale „na gębę” nikt jeszcze żadnego warownego zamku nie zdobył.

Podsumowując pokrótce – chyba jednak jesteśmy wszyscy spadkobiercami naszych wojowniczych przodków, których ulubioną zabawą – przed i po bitwach z obcymi – było naparzania się w obozach między sobą. Oczywiście po pijaku. O czym zaświadcza choćby Jan Chryzostom Pasek. Jedno tylko różni dawnych i obecnych wojów, współcześni upijają się polityką. Aż dziw, że nie ma jeszcze w sprzedaży wódki o tej nazwie.

Mickiewicz miał rację

Wieszczów mamy w Polsce trzech: Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Do 1880 roku było tylko dwóch pierwszych, ale po 1880 roku Konserwatyści Krakowscy dopisali też Zygmunta Krasińskiego, bo pasował im ideologicznie – arystokrata, dość niezrozumiały, ale za to potężny wróg lewicy i mniejszości narodowych.

Od pewnego czasu „chodzi za mną Epilog „Pana Tadeusza”. Tamże Mickiewicz pisze trochę więcej niż gdzie indziej o naszym narodowym charakterze. I nie jest to pochwała.

O tem-że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za późnych żalów, potępieńczych swarów! (…)

 

Biada nam, zbiegi, żeśmy w czas morowy

Lękliwe nieśli za granicę głowy!

Bo gdzie stąpili, szła przed nimi trwoga,

W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,

Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha

I każą oddać co najprędzej ducha. (…)

 

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich! (…)

 

Bycie wieszczem to dar, który polega na tym, że wieszczowie lepiej widzą i na podstawie „obdukcji” przepowiadają przyszłość. Są jak naukowcy, którzy godzinami oglądają muchę pod silnym szkłem powiększającym. A potem wyciągają wnioski. I nie są one na milimetr pochlebne. A i przyszłość widzą szczerze, czyli niewesoło.

Wielki strach na odprawach rządu

Z nastaniem powodzi pojawiły się codzienne, czasem dwie w ciągu doby, odprawy sztabu kryzysowego, którym przewodzi premier Donald Tusk. Wszystkie je transmitują telewizje, bo to w sumie ciekawe zobaczyć nagle i naraz ważnych ministrów.

Jednak dla mnie uderzające było to, że Tusk zmusił swoich ministrów i wicepremiera Kosiniaka –  Kamysza do mówienia bez kartki, na żywo i pod okiem kamer. I okazało się, że dla większości z nich jest to tortura, bo to i dziennikarze zadają jeszcze pytania…

Jeden z ministrów wzbudził nawet we mnie litość. Sprawa dotyczy ministra infrastruktury, Dariusza Klimczaka. Najpierw powiedzmy czym zajmuje się jego ministerstwo. Według strony ministerstwa   misją Ministerstwa Infrastruktury jest kreowanie i realizacja polityki państwa w zakresie polskiego systemu transportu, gospodarki morskiej i wodnej, oraz zapewnienie obywatelom RP dostępu do nowoczesnej infrastruktury i wysokiej jakości usług zrównoważonego systemu transportowego, odbudowa przemysłu stoczniowego i zwiększanie bezpieczeństwa systemu transportu.

Czyli w jego gestii są drogi, mosty, transport drogowy i morski – bardzo ważne dla kraju dziedziny. Ale nie dlatego p. Dariusz Klimczak był w czasie odpraw bliski zejścia. Plątał się, mówił na okrągło, powtarzał się – w sumie nie wiedział co ma mówić. On – odpowiedzialny za tak ważne działy gospodarki i istnienia kraju. Żeby zrozumieć człowieka sięgnąłem do jego życiorysu. I okazało się, że jest on historykiem. I mamy kolejnego humanistę na miejscu, które powinien –  oczywiście – zajmować jakiś utytułowany, z dużym dorobkiem zawodowym inżynier. Czyli p. Klimczak trząsł się z niewiedzy, z przerażenia własną indolencją.

Ale u nas jest tak, że partie obsadzają ministerstwa swoimi ważnymi działaczami. Skoro szef PSL-u jest lekarzem a pełni funkcje ministra obrony…

Przy czym nie naśmiewam się z obecnie rządzących, bo w poprzednim rządzie również był nadmiar humanistów. W istocie jest to przypadłość ogólnonarodowa, ponadpartyjna. Powód? Jak ktoś ma konkretny zawód to nie musi zajmować się polityką. Czyli zostają tacy, którzy liczą na państwowe uposażenie, poprzez politykę. I tu jest pies pogrzebany.

 

WALTER ALTERMANN: Uśmiech Stalina i zagrożone interesy mocarstw

Wojny, jak pisałem i będę o tym przypominał, nie wybuchają przypadkiem, niechcący i bez powodu. To wierutne kłamstwo ciągnie się od czasów wybuchu Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej, której powodem było rzekomo zabójstwo austriackiego następcy tronu.

28 czerwca 1914 roku, gdy serbski nacjonalista Gawriło Princip zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i jego żonę Zofię Chotek. Do dzisiaj powtarza się wierutne kłamstwo, że śmierć Franciszka Ferdynanda była powodem wybuchu wojny. Owszem była pretekstem, ale wojna „wisiała w powietrzu” od dawna. Francja i Wielka Brytania czuły się zagrożone wzrastającą potęgą Niemiec oraz ich żądaniami kolonii. Francuzi obawiali się dalekosiężnych skutków zjednoczenia Niemiec (1866-1871), które uczyniło z Niemiec nową potęgę ekonomiczną, pamiętali też swą przegraną wojnę z Prusami w latach 1870 – 1871. Poza tym – a może to było najważniejsze – Niemcy zaczęli wypychać z rynku europejskiego i światowego produkty francuskie i brytyjskie, bo ich przemysł był wydajniejszy i bardziej nowoczesny.

Z kolei Austro-Węgry musiały stawiać czoła wzrastającym tendencjom narodowym na Bałkanach, ale także na Słowacji, w Czechach i Galicji. Te wolnościowe aspiracje ludów słowiańskich były finansowane przez Rosję, która stawała się patronem wolności Bałkanów.

Jak powiada stare porzekadło, gdy problemy są duże i nie wiadomo jak je rozwiązać, najlepiej jest wywołać wojnę. I takie były prawdziwe powody wybuchu I Wojny Światowej, i dlatego ona wybuchła.

Powody wybuchu II wojny światowej

Najpierw trzy „poszkodowane” traktatem wersalskim państwa, czyli Niemcy, Austria i Rosja (ZSRR) nie zaakceptowały nigdy postanowień Traktatu Wersalskiego. Te trzy dawne imperia marzyły i dążyły do odbicia sobie tego, co (ich zdaniem) zostało im bezprawnie odebrane. ZSRR miał jeszcze interes ideowy – chciał nieść zarzewie rewolucji w Europie i szerokim świecie.

W tym, żeby II wojna światowa wybuchła zainteresowane były także Włochy i Japonia. Mussolini wmówił całkiem niemałej grupie rodaków, że są duchowymi potomkami Rzymian i spadkobiercami Cesarstwa Rzymskiego – Cezara, Pompejusza, a nawet Nerona. I naród włoski oszalał, bo uwierzył. Na szczęście dla świata, wszystko w Italii ma charakter operowy. To znaczy forma przeważa nad treścią. I tak samo było z faszyzmem, którego twórcą był właśnie Mussolini. Faszyzm był straszny, o czym mogą zaświadczyć mieszkańcy Etiopii, prześladowani i mordowani ludzie lewicy, ale bez porównania mniej okropny niż hitleryzm.

Japonia już w latach 30. XX wieku zaczęła budować swoje imperium, zgarniając niemałą część Chin, a jej apetyt sięgał większości Azji, a nawet Australii. Wzrost znaczenia Japonii był zagrożeniem przede wszystkim dla USA, które nie chciały mieć na swej zachodniej granicy żadnego mocarstwa. Nadto, Japonia dowiodła już swej sprawności i siły pokonując na Dalekim Wschodzie, w latach 1904-1905 roku, Rosję.

Kłamstwa o pakcie Ribbentrop – Mołotow

Rosja ma na sumieniu współudział w wybuchu II wojny światowej, bo bez paktu rosyjsko-niemieckiego, podpisanego 23 sierpnia 1939 roku przez Mołotowa i Ribbentropa, z pewnością Niemcy nie odważyliby się zaatakować Polski.

Po pierwsze wojna polsko-niemiecka trwałaby dłużej, na tyle dłużej, że Francja mogłaby przejść do ataku. Po drugie – nawet bierność ZSRR uniemożliwiałaby Niemcom atak na Polskę, bo sąsiadowaliby z niepewnym mocarstwem, które mogło obrócić się przeciw nim.

Powiedzmy wyraźnie – pakt Ribbentrop-Mołotow nie był paktem obronnym, bo było to porozumienie agresorów. Oficjalnie ten pakt nazywa się paktem o nieagresji, ale cała prawda o nim zawarta jest w tajnych załącznikach, z których wynika, że mamy do czynienia z porozumieniem o nowym podziale Europy.

Zachodnie służby wywiadu od początku wiedziały jaka jest treść tajnych załączników do paktu, a upewniły się w tej wiedzy po 17 września 1939 roku. Ale milczały, bo przewidywały, że Niemcy jednak niebawem napadną na ZSRR.  A po co denerwować, po co obrażać potencjalnego sojusznika? Taki to był wtedy interes Zachodu.

Carskie szczęście i uśmiech Stalina

My, Polacy widzimy w pakcie Ribbentrop – Mołotow jedynie umowę o wspólnej napaści na Polskę i jej podziale. To nasz duży błąd, bo ten pakt mówił o czymś jeszcze. W tajnym protokole dodatkowym Niemcy i Rosja dokonywały podziału między strony stref wpływów w Europie Środkowej, tym samym gwałcąc niepodległość i suwerenność terytorialną Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Rumunii.

Wskutek zmowy obu zbrodniczych reżimów Niemcy mogli nie tylko wrócili do starych granic, ale jeszcze je powiększali, kosztem bytu Polski. A Józef Stalin był uśmiechnięty, bo szczęśliwy. Wszedł bowiem w skórę carów, a najbardziej Piotra I Wielkiego i Katarzyny II Wielkiej. Stalin został jednym z niewielu carów, którzy powiększyli terytoria. I zyskał uznanie Rosjan, bo oni tym bardziej kochają Mateczkę Rosję, im bardziej jest grubsza.

Radość powojennej Europy

Ponieważ ZSRR kończył II wojnę światową jako sojusznik USA i Wielkiej Brytanii, politycy Zachodu nie podejmowali spraw bezmiernego terroru w ZSRR. Co więcej w nowym podziale świata, dokonanym przez Stalina i Roosevelta (przy nietęgiej minie, ale siedzącego cicho  Churchilla) opinia Zachodu widziała idealne rozwiązanie i wieczystą nadzieję na pokój. Owszem Roosevelt obdarował Stalina państwami bałtyckimi, Polską, Czechosłowacją, Węgrami, Rumunią i Bułgarią, ale na świecie jednak zapanował spokój i pokój.

Żeby zrozumieć postępowanie USA w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, co nie znaczy, że musimy je akceptować, należy  zrozumieć, że USA miały interesy na wszystkich zaludnionych kontynentach, a Europa Środkowa była dla nich jedynie małą częścią świata. USA niebywale wzmocnione gospodarczo II Wojną  Światową, szykowały się już na prawdziwy podbój świata, szykowały się do dekolonizacji, co otwierało przed nimi niebywale wielkie rynki zbytu.

Owszem, mówiło się (ale ciszej) o samostanowieniu, wolności narodów i demokracji, jednak były to słowa rzucane lekko, bez grożenia konsekwencjami. Można powiedzieć, że USA chciały jedynie zawstydzić Stalina. Jednak ten masowy morderca był człowiekiem bezwstydnym i wiedział swoje, że co w garści, to w garści. Można powiedzieć, że ekonomicznym zwycięzcą II Wojny Światowej zostały USA, a terytorialnym ZSRR.

I to zaspakajało ambicje i interesy obu mocarstw. USA zawsze kierowały się własnym interesem ekonomicznym, jako państwo założone w walce o niepłacenie należnych podatków. Bohaterami USA od zawsze byli biznesmeni, którzy wzbogacili się szybko. A to, że po drodze kradli, wchodzili w karalne układy z władzą… to im wybaczano. Tak jak królom, tym pomazańcom bożym, wybaczano właściwie wszystko.

Rosja natomiast (także pod tymczasowym szyldem ZSRR) umie jedynie walczyć o terytoria. Rosja nigdy nie była i nie jest do dzisiaj miejscem, w którym serio traktuje się ekonomię, rozwój i dobrobyt społeczeństwa. Rosja jest więźniem iście średniowiecznego myślenia, że szczęście państwa polega na tym, żeby było jak najbardziej rozległe i miało jak największą armię. A bohaterami Rosji są waleczni generałowie.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Następcom Neville’a Chamberlaine’a ku przestrodze

Na stare pytanie, czy historia uczy, trzeba jednoznacznie odpowiedzieć, że jeżeli już, to tylko zła. Ludzkość niby wie, że jeżeli jakiś kraj jest zagrożony atakiem sąsiada, to trzeba się zbroić i budować silną armię.

Pomiędzy taką wiedzą (że trzeba mieć silną armię) a realnym budowaniem militarnej siły jest ogromna przepaść. Mając już bowiem wiedzę trzeba jeszcze rozumu i woli. I naprawdę rzadko się zdarza, żeby wiedza inspirowała rozum i wolę.

Elity mają ważniejsze interesy

Najczęściej przeciwko zbrojeniu się, potencjalnemu przeciwstawieniu się zagrożeniu są elity zagrożonych państw, bo łączą je z potencjalnym napastnikiem siatki biznesowych powiązań. Ot, niedawno Putin oświadczył, że Rosja może wyłączyć prąd całej Francji, jeżeli ta dalej będzie wspierała Ukrainę. Czy to możliwe? Oczywiście tak, bo atomowa energetyka Francji w 25 procentach (jeśli nie więcej) oparta jest na rosyjskim paliwie atomowym. Zresztą to paliwo, mimo napięć jest dostarczane z Rosji do całej Europy nadal. Mimo wszystkich obostrzeń (kolejne embargo) nakładanych na Rosję przez państwa europejskie także rosyjski gaz ziemny nadal płynie nieprzerwaną rzeką do Europy. I to są te realne interesy, które tak naprawdę nie pozwalają Zachodowi (także Orbanowi) wspierać Ukrainy.

Ten filozoficzny wstęp proszę traktować jako wprowadzenie do omówienia dzisiejszej sytuacji na świecie, szczególnie w obliczu nieszczęścia jakie mogą zgotować światu Rosjanie.

Ponad moralnością

Sytuacja dzisiejsza jest niemal identyczna jak ta z końca lat trzydziestych XX wieku. To, że Hitler zaatakuje Polskę, było wiadomo już od 1933 roku, w którym to roku został on kanclerzem Rzeszy. A nawet wcześniej, bo przecież w „Mein kampf” dokładnie opowiedział co zrobi. Potem przy zupełnej bierności Anglii i Francji, nastąpiła remilitaryzacja Nadrenii, czyli zajęcie przez siły nowo utworzonego Wehrmachtu terenu Nadrenii, która od 1919 roku była tzw. strefą zdemilitaryzowaną. Wprowadzenie przez Niemców swych wojsk nastąpiło 7 marca 1936 roku. Potem, w 1938 roku, Hitler wcielił do Rzeszy Austrię, a w następnym roku zajął Czechosłowację. Wtedy to właśnie zaistniał mój wielki antybohater, Neville Chamberlain, wracał z Monachium w szampańskim nastroju i obwieszczał, że oto uratował pokój. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii wierzył Hitlerowi, że na tym koniec i niczego więcej Hitler zajmował nie będzie, bo to Hitler mu obiecał.  Pół roku potem Hitler napadł na Polskę.

Chamberalain interesuje nas jako szczytowy przykład głupoty ówczesnego Zachodu. Bo mając przeciw sobie zbrojący się ZSRR i uzbrojone już Niemcy, Zachód uważał, że przecież Niemcy to w sumie kulturalny naród i jakoś się tam z nimi można dogadać. Może po trupie Czechosłowacji i Polski, ale porozumiemy się Hitlerem. I kto wie, może razem ruszymy na komunistyczną Rosję.

Dlaczego Zachód miał zamknięte oczy?

Zachód miał zamknięte oczy, jak dzieci, gdy zakrywają rękami oczy i mówią: „Nie ma mnie”. Ale w sumie zadziwiające jest, że stare imperialne państwa Europy, doświadczone w wojnach przez wieki – Francja i Wielka Brytania – zgadzały się na kolejne zabory III Rzeszy. To znaczy, ich rządy dobywały z siebie pomruki zdziwienia, niezadowolenia, ale tak naprawdę milczały, bo miały w tym dwuznaczny interes. A była nim nadzieja, że skoro Mussolini i Hitler tak sprawnie, i szybko zlikwidowali u siebie partie komunistyczne i socjalistyczne, to być może należałoby pogodzić się z atakiem Niemców na ZSRR i z niemieckim zwycięstwem nad „ojczyzną komunizmu”.

Oczywiście w razie takiej możliwości najbardziej poszkodowana byłaby Polska. Ale to w końcu, było to państwo wskrzeszone po 123 latach niebytu… Tym, którzy pomyślą, że zmyślam sobie historię, przypomnę jak wielu faszystów było we Francji i Holandii, a nawet na Węgrzech. I jak wielu z nich w końcu padło na froncie wschodnim, jako siły wspierające Niemców.

Z kolei elity polityczne i gospodarcze Wielkiej Brytanii były zafascynowane Hitlerem, bo arystokratyczni Brytyjczycy, legitymujące się najwyższym statusem (herbowym, przemysłowym, bankowym) mieli dość żądań robotników i wytykania elitom, że żyją cudzym kosztem.

Grupy rekonstrukcyjne imienia Chamberlain’a

Sytuacja w roku 2024 jest niemal identyczna jak ta z lat 1933-39. Są dwie różnice. Po pierwsze  obecnie Rosja zastąpiła Niemcy i domaga się swojego lebensraumu na Ukrainie. Po drugie w rolę Neville’a Chamberlaine’a wcielił się przyszły (być może) prezydent USA Donald Trump.

Od dłuższego już czasu ten były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd oświadcza i powtarza, że gdy zostanie prezydentem zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu 24 godzin. I jednocześnie unika odpowiedzi jak to zamierza zrobić. A właściwie nie mówi czyim kosztem ma zapanować pokój na Wschodzie.

Bardziej rozmowny jest kandydat Trumpa na wiceprezydenta James David Vance, który powiedział: „Nie obchodzi mnie, co się stanie z Ukrainą. Ukraina będzie musiała oddać Rosji część swojego terytorium, by wojna się zakończyła”. Głównego wroga USA widzi on w Chinach, nie w Rosji. Oryginalne poglądy ma Vance również na sprawy polskie, ponieważ stwierdza, że sytuacja w Polsce po zmianie władzy w 2023 roku, jest „zamachem na demokrację”. Jak na przyszłego wiceprezydenta mówi on (jako były żołnierz) twardo i raczej bez przemyślenia. Ale w końcu żołnierz ma działać, myślenie zostawiając „białym kołnierzykom”.

W istocie plan Trumpa polega na tym, że chce on wymusić na Ukrainie zawarcie porozumienia z Rosją, które zakładałoby oddanie Rosji dotychczas zajętych przez nią terytoriów, w tym Krymu. Po drugie Trump chce (w imię pokoju)  zablokowania przystąpienia do NATO dwóch państw — Ukrainy i Gruzji.  O dziwo prawicowy Trump mówi to samo, co od początku wojny głoszą niemieccy socjaliści i socjaldemokraci. Zresztą wszyscy oni są miłośnikami wolności a najważniejszym dobrem jest dla nich życie ludzkie. I nie mogą dalej żyć ze świadomością, że na Ukrainie giną ludzie.

Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga

Piękne pacyfistyczne idee. Problem jednak w tym, że ci spadkobiercy Chamberaline’a nie odróżniają ofiary od agresora.

Przypomnijmy, że Rosja zaanektowała Krym i najechała Donbas w 2014 roku. A we wrześniu 2022 roku Putin ogłosił aneksję czterech częściowo okupowanych obwodów Ukrainy: Doniecka, Ługańska, Chersonia i Zaporoża. Jednak Rosjanie nie kontrolują w pełni żadnego z tych obwodów

Co Zachód zrobił dla własnej obrony od roku 2014, czyli przez pełne 10 lat? Nic nie zrobił, jak wtedy, gdy Hitler wprowadził wojsko do Nadrenii, gdy wcielił do Niemiec Austrię i zajął Czechosłowację. Dlaczego Zachód miał zamknięte naprawdę oczy? Bo elity Zachodu najbardziej bały się komunistów i socjalistów – tak w Rosji, jak u siebie.

Jeżeli dzisiaj Zachód zgodzi się na zabór części Ukrainy, to jutro przystanie na zajęcie przez Rosję całej Ukrainy. A pojutrze Zachód będzie milczał, gdy rosyjskie wojska wejdą na Litwę, do Estonii, na Łotwę i do Polski. Bo bez tanich rosyjskich surowców i taniej energii gospodarka Niemiec zaczyna podupadać. A to grozi światowym krachem. A pamiętajmy, że Trump to kupiec i inwestor. A dawne staropolskie porzekadło głosiło, że: „Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga”.

Żeby jednak nie było tak ponuro, zauważę, że historia ma też arcykomiczne oblicze. Dzisiaj jest nim oblicze Viktora Orbana, którego Trump wymienił jako swego wspólnika w poglądach na wojnę  na Ukrainie. Przy okazji Trump mówił o Orbanie jako o poważnym mężu stanu, wielkim polityku Europy.

 

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Preludia II Wojny Światowej. Największe kłamstwa XX wieku

Dzisiaj pisanie o II Wojnie Światowej ma głęboki sens, bowiem coraz więcej osób uważa, że stoimy u progu III Wojny. Warto zatem zastanowić się nad tym kto i dlaczego tę II Wojnę wywołał.

Wojny nie wybuchają przypadkiem i nie zaczynają się od tego, że ktoś tam komuś powiedział jakieś przykre słowa – choć tak właśnie uważa wiceprezydent Gdańska.

Skandal w Gdańsku 

Wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak. właśnie na okoliczność zakończenia II Wojny Światowej stwierdził: „Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciwko drugiemu. I to złe słowo było słowem Polaka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa została tym złym słowem podzielona”.

Ta skandaliczna wypowiedź padła w maju 2019 roku. Może być i tak, że pan Grzelak przeczytał w życiu jedynie Stary Testament, w który istotnie znajdujemy zdanie, że na początku było słowo. Jednakże uczeni w Piśmie od zawsze twierdzą, że to biblijne „słowo” oznacza „myśl i zamiar Boga”.

Ta egzotyczna wypowiedź wiceprezydenta Gdańska wskazuje na Polaków jako winnych rozpętania II Wojny Światowej. To nie tylko manipulacja, ale celowa próba zacierania odpowiedzialności Niemców za krzywdy i straty spowodowane wojną – stwierdzali jednomyślnie  historycy. Bo też i trudno stawać w obronie tak horrendalnej głupoty, nawet jeśli pochodzi z głowy lokalnego działacza Platformy Obywatelskiej.

W wypowiedzi pana Grzelaka nie doszukiwałbym się jakichś politycznych zamierzeń, jak  rozmywanie winy Niemców za II Wojnę Światową. Ja – naprawdę – widzę w tym  niedorzecznym gadaniu, raczej przebłysk panującej w świecie mody na miłość, bratanie się katów z ofiarami i ogólne dążenie do budowania bytów ponadnarodowych i ahistorycznych. Niestety też młodzież nasza jest niedouczona, żeby nie powiedzieć bezmyślna, bo skoro poseł Dariusz Joński nie wie kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, to co on w ogóle wie?

Wspólnota niewiedzy? Wypraszam sobie

Gdy wybuchł skandal, Piotr Grzelak na swoim profilu, na portalu społecznościowym, napisał, że pragnie zapewnić, iż w żadnym wypadku nie było jego intencją wskazywanie Polaków jako współodpowiedzialnych za tę wielką tragedię. „Przepraszam jeśli ktoś poczuł się urażony użytym przeze mnie sformułowaniem. Moim celem było zwrócenie uwagi na pełną odpowiedzialność, jaka spoczywa na nas współcześnie, niezależnie od narodowości, za słowa które wypowiadamy. Słowa, które mogą łączyć, ale również bardzo mocno dzielić. Bierzemy pełną odpowiedzialność za Europę i za to, żeby tragedia II Wojny Światowej się nie powtórzyła”.

Dla mnie takie przeproszenie to też kuriozum, bo słowa pana Grzelaka, że: „ Bierzemy pełną odpowiedzialność za Europę…”  budzą we mnie strach. Nigdy i za nic nie chciałbym wespół (z p. Grzelakiem) brać odpowiedzialności za cokolwiek. Bo znowu może mu się coś pomylić i zamiast aktu zwycięstwa sporządzi „nasz wspólny” akt kapitulacji? Słowa, to nie fraszki, słowa mają swoją wagę – o czym w tym miejscu piszę od dawna.

Panom Grzelakom i Jońskim ku pamięci

Piszę to dla pokolenia 40 latków, bo z  nimi jest najgorzej. Nam, starszym już osobom, w szkole wbijano do głów, że wojna zaczęła 1 września 1939 roku od napaście Niemiec na Polskę. W domach zaś uczono nas, że 17 września 1939 roku do tej wojny przyłączyli się Rosjanie. Jeżeli ktoś sądzi, że przez tę dychotomię, iż w szkołach mówiono co innego, a w domach co innego, byliśmy pokoleniem ogłupiałym, to jest w dużym błędzie. To właśnie dzięki tej rozdzielności wiedzy istniała też jej wspólnota – czyli błogosławiona dychotomia. Uczyliśmy się niejako „twórczo nie dowierzać” i sprawdzać każdą informację. Z czego rozwijał się umysł i samodzielność myślenia.

Z tą szkolna wiedzą to też nie było tak, żeby którykolwiek z naszych nauczycieli odważył się powtarzać, jako swoje, słowa radzieckiej propagandy, że ZSRR zajął polskie ziemie i zniewolił  Polaków, dla ich ochrony przed Niemcami. Tak źle to z nami jeszcze nie było, bo nasi nauczyciele po prostu jednym zdaniem informowali o 17 września. Wszyscyśmy i tak wiedzieli swoje.

Dla Piotra Grzelaka miliony osób zostały wymordowane przez Niemców, bo stały za tym używane przez Niemców i – o zgrozo – Polaków „złe słowo”. Dla europosła Dariusza Jońskiego (ur. w1979 r.) Powstanie Warszawskie wybuchło w 1988 roku…Czyli, w wówczas kiedy polityk KO miał 7 lat…

Wojny nie wybuchają bez powodu

O przyczynach wybuchu II Wojny Światowej napisano już tysiące opasłych i mądrych ksiąg. Jeżeli zatem i ja podejmuję się napisać o tym kilka zdań, to jedynie dlatego, że wiem, iż Grzelak i Joński nie mają głów do czytania czegokolwiek dłuższego niż dwie kartki papieru formatu A 4.

II Wojna Światowa „wisiała w powietrzu” już od zakończenia I Wojny. Jak wiemy (choć nie wszyscy) I Wojna zakończyła się upadkiem trzech największych europejskich imperiów – Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Najmniejszy kłopot był z dziedzictwem ostatniego z imperiów, bo rodowitych austriackich Niemców było tam ledwie 17 procent. Z Austro-Węgier powstały: Polska (częściowo), Czechosłowacja, Węgry i Jugosławia. Co prawda Niemcy austriaccy byli niezadowoleni bardzo, ale nikt się z nimi specjalnie nie liczył.

Natomiast na nowym podziale Europy najwięcej straciła Rosja i zaraz po niej Niemcy. Z początku zdawało się, że Rosja, mająca tak wielkie kłopoty z wprowadzaniem nowego komunistycznego ładu, nie stanowi już zagrożenia dla Polski, Litwy, Łotwy i Estonii, ale te nadzieje prysły już w 1920 roku. Okazało się, że dusza „wielkorusa” jest mocna i nawet komuniści marzyli o odbudowie imperium Romanowych, choć pod nową nazwą.

Z kolei Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą części Śląska, Wielkopolski, Pomorza, Mazur i Warmii. Prawda, że te ziemie etnicznie są nasze i były też w naszym władaniu przez setki lat,jest dla Polaków oczywista. Przez Niemców jednak owe ziemie traktowane były jako „odwieczne niemieckie dziedzictwo”, bo przecież Prusy panowały nad nimi przez 123 lata rozbiorów.

Zarówno w komunistycznej Rosji, jak i w Niemczech upokorzenia traktatem wersalskim były niezwykle żywe. Odbierano je jako dziejową zniewagę. Dlatego Rosja i Niemcy już w 1922 roku porozumiały się co do przyjaźni i swej strategicznej współpracy, i zawarły w Rapallo złowieszcze dla nas porozumienie. I ta braterska współpraca kwitła, właściwie aż do momentu ataku Niemiec na ZSRR – 22 czerwca 1941 roku. Zadziwiające, że Stalin, jako wódz światowej rewolucji, tak chętnie i ufnie współpracował z kapitalistycznymi i antykomunistycznymi hitlerowcami. A może Stalin był tak naprawdę i głównie wielkorusem?

Wojny nie wybuchają nagle

Wojna to działania zbrojne. I dlatego data wybuchu II wojny światowej, 1 września 1939 roku jest datą prawdziwą. Jednakże preludia wojenne trwały długo. Najpierw 12 marca 1938 roku Niemcy przyłączyli do III Rzeszy Austrię, co spotkało się z ogromnym zadowoleniem ogromnej większości Austriaków. Było to jawnym pogwałceniem postanowień podpisanego po I wojnie światowej traktatu wersalskiego, który zakazywał połączenia obu państw w obawie przed nadmiernym wzmocnieniem Niemiec. Ale ogół Austriaków cieszył się bardzo, bo anschluss dawał im złudzenie odzyskanej imperialnej wielkości. Na trasie przemarszu, a właściwie radosnej parady niemieckich oddziałów, panowała radość, uśmiechy, euforyczno-orgiastyczne okrzyki pań, płacz panów i szczęśliwe wznoszenie rąk w hitlerowskim pozdrowieniu.

Co zrobiła Europa na takie dictum? Nic. Później ta Europa zgodziła się na wchłonięcie przez Niemców Czechosłowacji. A największy głupiec XX wieku, premier Wielkiej Brytanii, lord Neville Chamberlain wracając z Monachium, machał w Londynie na stopniach samolotu jakimś papierem i radośnie krzyczał: „Przywiozłem wam pokój”.

Ten  „pokój” kosztował niedługo potem świat około 70 milionów ludzkich istnień.