Fot. Memy/ Internet po porażce Kataru z Ekwadorem 0:2 20 listopada 2022 roku. Katar jako jedyna w historii reprezentacja gospodarza turnieju przegrała w meczu inauguracyjnym

WALTER ALTERMANN: Światowa afera finansowa, czyli mundial w Katarze

Od czasu do czasu światem wstrząsają wielkie afery. Szczególne podniecenie publiczności wywołują afery finansowe, próby wielkiego przemytu narkotyków, gigantyczne łapówki lub nawet zabójstwa uczestników tych wielkich, ale nielegalnych przedsięwzięć gospodarczych. Sporym zainteresowaniem „inteligentnej” części społeczeństwa świata cieszą się też przestępcze działania wielkich koncernów farmaceutycznych, które fałszują dane dotyczące skuteczności produkowanych przez nie leków.

Poruszenie wywołują też wiadomości o śledztwach w sprawie produkcji toksycznej żywności, korupcji przy przyznawaniu kontraktów budowlanych i zbrojeniowych, o fałszowaniu bilansu zysków i strat wielkich przedsiębiorstw giełdowych. Podniecenie publiczności wywołują też informacje o nielegalnej działalności wielkich banków… Długo by wyliczać, co jest przestępstwem na skalę światową, a co ujawnione będzie karane.

Oczywiście nie bądźmy naiwni… wielcy tego świata kombinują na potęgę, i gdy to piszę, to w tym samym czasie z całą pewnością setki dobrze wykształconych głów ekonomistów i menadżerów intensywnie myślą, co by tu jeszcze przekręcić panowie… I z całą pewnością nie o wszystkim się dowiemy, nie wszystko będzie osądzone i ukarane.

A jest właśnie monstrualna afera, z korupcją, łapówkami i.… samozadowoleniem sprawców tej sprawy. I wszyscy niemal bierzemy w tej aferze bierny udział.  Mam tu na myśli Mundial – 22. Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2022 w Katarze. A właściwie sprawa przyznania Katarowi prawa do organizacji tej imprezy.

Żeby to jakoś wyjaśnić, przestawmy głównych bohaterów skandalu.

FIFA – Fédération Internationale de Football Association

Przyznawanie krajom prawa do organizacji mundialu jest w gestii FIFA. A jest to skrót Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej, która jest organizacją pozarządową, zrzesza 211 narodowych federacji piłki nożnej: 185 państw, 3 państwa nieuznawane, 9 autonomii i 14 terytoriów zależnych (według stanu na 13 maja 2016).

Można zatem powiedzieć, że FIFA jest potęgą organizacyjną. FIFA nie podlega żadnej kontroli, choć z powodu zarejestrowania w Szwajcarii, bardzo teoretycznie, władze szwajcarskie mogą wszczynać śledztwa, w przypadkach jakichś nieprawidłowości i nadużyć. Były już przypadki szwajcarskich dochodzeń w sprawie FIFA, ale jakoś nikomu włos z głowy nie spadł. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę, że swoje konta bankowe FIFA ma właśnie w Szwajcarii… nie spodziewałbym się jakichkolwiek wyroków. Szwajcaria od dziesięcioleci słynie przecież z liberalnego podejścia do osób i organizacji mających w tym kraju grube konta.

Kilka lat temu złapano prawie za rękę poprzedniego prezesa FIFA, Josepha Blattera, dla przyjaciół Seppa. Tego potężnego prezesa, wielkiej FIFA dotknęły pierwsze zarzuty zaraz po wybraniu go na przewodniczącego FIFA. Część środowiska piłkarskiego oskarżała Szwajcara o kupowanie głosów. Blatterowi wielokrotnie zarzucano też niegospodarność w zarządzaniu finansami FIFA. Oprócz tego ma także nieprzyjemny epizod związany z piłką kobiecą, którą również zarządzał. Blatter w 2004 roku stwierdził, że aby damski futbol był bardziej popularny, musi być „bardziej kobiecy”. Namawiał do dokonania zmian, do których doszło w żeńskiej siatkówce. Został za tę wypowiedź skrytykowany przez wiele osób.

W 2015 roku Szwajcarska Prokuratura Federalna oskarżyła go o defraudację w kontekście sprzedaży praw telewizyjnych na Karaiby. Spowodowało to masowe wycofywanie się kluczowych sponsorów FIFA, w tym firm Coca-Cola i McDonald’s. W październiku tego samego roku wraz z Michelem Platinim zostali zawieszeni przez Komisję Etyki FIFA. 2 czerwca 2015 roku Sepp Blatter ogłosił rezygnację ze stanowiska przewodniczącego FIFA. Inne przykrości Blattera nie dotknęły. Kilka miesięcy później jego następcą został ówczesny sekretarz generalny UEFA Gianni Infantino.

To za czasów Blattera doszło także do niespotykanej wcześniej sytuacji. W grudniu 2010 roku Komitet Wykonawczy FIFA dokonał wyboru gospodarzy mistrzostw świata w 2018 oraz 2022 roku. Do organizacji pierwszej imprezy zgłosiły się cztery kraje europejskie, w drugim przypadku zaś zarejestrowano pięć aplikacji z trzech kontynentów. Ostatecznie głosowania wyłoniły Rosję jako gospodarza mistrzostw świata w 2018 roku oraz Katar jako organizatora mundialu cztery lata później.

W Rosji i Katarze taki werdykt wzbudził radość, ale w innych krajach pojawiły się pierwsze relacje członków poszczególnych delegacji, według których członkowie Komitetu Wykonawczego FIFA domagali się szeregu gratyfikacji w zamian za głosowanie na konkretną kandydaturę. Ostatecznie ponad połowę uprawnionych do głosowania oskarżono o dopuszczanie się wykroczeń w trakcie procesu wyboru gospodarzy mundiali. Ale stanęło na zdaniu Blattera.

Katar

Poza haniebną kandydaturą Rosji – gospodarza MŚ 2018, kraju który ponad dekadę temu, w momencie wyboru przez FIFA, był naiwnie postrzegany przez Zachód, jako państwo rokujące nadzieję na pozostanie w kręgu demokracji, co po aneksji Krymu stało się już niemożliwe, decyzja o przyznaniu Katarowi MŚ 2022 wywołała monstrualne zdziwienie w szerokim świecie. Z kilku powodów.

Po pierwsze Katar jest znany jako państwo bardzo ropodajne i bardzo z tego powodu bogate, ale bynajmniej nie piłkarskie. Najbardziej popularną dyscypliną w tym kraju są wyścigi wielbłądów. Można nawet powiedzieć, że większość fanów piłki nożnej wpadła w niemałe zdumienie. FIFA miała na to górnolotne wytłumaczenie. Argumentowała, że dzięki mistrzostwom świata w Katarze, piłka nożna zyska rozgłos i popularność w świecie arabskim. Po prawdzie, w krajach arabskich piłka nożna oczywiście jest uprawiana, ale bez większych sukcesów. Zresztą nie bardzo można grać na piachu, w prażącym słońcu. Bo utrzymanie w tym klimacie boisk trawiastych dużo kosztuje, a nie wszystkie kraje arabskie mają ropę naftową.

Korupcja, czyli drugie imię FIFA

O łapówkach przy ważnych głosowaniach mówili wszyscy. Owszem Blatter odszedł, ale przecież nie siedział. Dzisiaj Zbigniew Boniek mówi, że ci, którzy wahali się przed głosowaniem jak oczekiwał Blatter, otrzymali od 1.5 do 2 milionów dolarów łapówki. Przy takich kwotach wszelkie skrupuły maleją, a nawet karleją.

Podobno też prezydent Francji zaprosił, pewnego dnia, do siebie francuskich działaczy FIFA i poprosił ich o wsparcie kandydatury Kataru, bo Francja tego wymaga. Zagłosowali, jak prosił, a kilka tygodni później okazało się, że Katar właśnie kupił od Francji kilkadziesiąt nowoczesnych samolotów bojowych.

Następca Blattera Giovanni Vincenzo Infantino też nie lepszy. W sprawie napaści Rosji na Ukrainę chciał przejść do porządku dziennego. Dopiero presja kilku piłkarskich związków z Europy zmusiła go do zakazu udziału Rosji w eliminacjach. A już w samym Katarze pilnował, żeby nie było jakichkolwiek oznak sympatii dla Ukrainy. Infantino też jest Szwajcarem, może oni tak już wszyscy mają, że brzydzą się wszystkiego co proste i oczywiste?

Jak emir budował stadiony

Kiedy już Katar miał Mundial w garści, odezwali się cisi malkontenci i głośni przeciwnicy tej decyzji. I zaczęli wysuwać argument, że w Katarze nie ma tylu budowlańców, którzy mogliby wznieść stadiony. Faktem jest przecież, że ludność Kataru to niespełna 3 miliony ludzi, ale w roku 2010 społeczeństwo katarskie było najbogatszym społeczeństwem świata. Na koniec 2017 roku, według Trading Economics, Katar zajmował 6. miejsce pod względem PKB na osobę i 1. pod względem PKB na osobę według parytetu siły nabywczej. Można zatem przyjąć, że ten mały, ale bogaty kraj stać było na zorganizowanie tak dużej imprezy jak Mundial.

Na argumenty o pracownikach, koniecznych do budowania stadionów, władze Kataru oświadczyły, że stadiony i całą niezbędną infrastrukturę wybudują pracownicy kontraktowi z Azji. I tak się też stało. Zjechali niewyszkoleni robotnicy głównie z Pakistanu i Filipin. Po niedługim czasie zaczęły płynąć w świat informacje, że na budowach jest ogromna ilość śmiertelnych wypadków, że nikt nie dba o życie i zdrowie najemników. A okazało się też, że ci pracownicy z Azji traktowani są jak bydło. Nikt nie dbał o to jak śpią, gdzie mieszkają, że pracują po 12 godzin na dobę.

Ilu ich zginęło nie dowiemy się nigdy, albowiem Katar nie jest państwem demokratycznym. Katar to emirat, czyli księstwo. Głową państwa jest emir z panującego rodu Al Sani. Władzę wykonawczą sprawuje powoływany przez emira rząd. W Katarze nie ma parlamentu ani partii politycznych. Zatem jeżeli emir zechce to powie, a jeżeli nie zechce to nigdy się nie dowiemy ilu ludzi zginęło dla zachcianki władcy małego państwa. Na razie nie zechciał przemówić.

Co robić?

Pytanie „Co robić?” jest właściwie przyznaniem się do bezsilności, bo oznacza, że w tak prostej sprawie naprawdę nie wiadomo, co robić. Teoretycznie można by rozpędzić tę FIFĘ na cztery wiatry. Ale FIFA może w odwecie zawiesić reprezentacje zbuntowanych państw. Może wstrzymać dofinansowywanie krajowych związków, zakazać im udziału we wszelkiego rodzaju zawodach…

Coś mi się zdaje, że jedynie USA mogłyby wszcząć dochodzenie w sprawach FIFA. Kraj duży, wiele mogący… A Szwajcarom nie bardzo wierzę, skoro jeszcze się tym skandalem na poważnie nie zajęli. Dlaczego USA? Bo ich prawo pozwala wszczynać śledztwa, oskarżać i skazywać obywateli innych krajów, jeśli naruszyli oni interesy USA. A Stany mają przecież reprezentację piłkarską będącą członkiem FIFA.

Toczące się właśnie mundialowe rozgrywki w Katarze wywołują u wielu ludzi na całym świecie niebywałe emocje. Oczywiście każdy kibicuje swojej reprezentacji narodowej, a co drugi widziałby swoich jako mistrzów świata. Takie już prawo kibica. Dlatego robienie szwindli przy piłce jest okropnością.

Skoro taki Fryzjer poszedł u nas siedzieć na 3,5 roku za zwykłe ustawianie meczyków, to na ile powinni być skazani Blatter i jego koledzy? Bo oni – podobnie jak Ryszard F., czyli Fryzjer –   okradali zwykłych ludzi z prawa do prawdziwych emocji, na całym świecie.

Moje oburzenie budzą nie tylko łapówki, i nie to, że mnie ich akurat nie proponowano… Chodzi mi o przyzwoitość, a nawet o moralność. Tu zauważę, że o moralności mówi nie tylko szóste przykazanie. Pozostałe dziewięć również. Może są mniej atrakcyjne niż szóste, ale są równie ważne.

Na marginesie Mundialu

Obejrzałem występy naszych, w dwóch meczach – z Arabią Saudyjską i Francją – zagrali na maksimum swoich możliwości. Zresztą nie spodziewałem się niczego więcej. Natomiast do szewskiej pasji doprowadzali mnie nasi sprawozdawcy.

Teoretycznie futbol to gra męska, ale nie dotyczy to sprawozdawców. Ostatnio zapanował jakiś niebywały styl ich pracy. Są egzaltowani jak nastoletnie panienki na koncercie rockowym, mówią dyszkantem, egzaltują się jak panny na wydaniu… I to okropne ich uduchowienie. Wzruszają się, niemal płaczą, ze wzruszenia łamie się im głos. I strasznie dużo mówią. Płacą im od każdego wypowiedzianego zdania?

Panowie, litości! Weźcie się w garść. I zdawajcie sprawę z boiska po męsku!

 

Fot. archiwum HB

WALTER ALTERMANN: „Reduta” pani Strzępki

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł unieważnił wybór Pani Moniki Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wobec czego władze stolicy powierzyły jej stanowisko doradcy dyrektora. Zrobiła się afera, że hej. Można usłyszeć głosy, że jest to cenzura, zamach na wolność artysty, na ruch feministyczny oraz wolność kobiecą sui generis.

A ja mam niemal 100 procent pewności, że unieważnienie wyboru p. Strzępki było iście machiawelicznym planem PiS. Partia ta, z całą pewnością, wiedziała, że zawieszona zacznie się ostro i głośno bronić, a tym samym w pełni odsłoni pełną naturę swej kobiecości. I nie mam tu na myśli intymnych części ciała p. Strzępki, bo dla niej kobiecość jest zawołaniem bojowym, sztandarem jej armii i drogowskazem w życiu. A herbem wagina.

Tematy

Portal culture pl tak pisze o jednym ze spektakli pani Strzępki:

W głośnej „Tęczowej Trybunie 2012” Strzępka wzięła na reżyserski warsztat temat mniejszości seksualnej – geje walczą u niej o prawa do własnego sektoru na Stadionie Narodowym. „Tęczowa…”  nie jest jednak, jak zauważa Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej, interwencyjną wypowiedzią w sprawie gejowskiej inicjatywy.

Wszyscy jesteśmy pedałami – mówi jedna z postaci. I taki właśnie przekaz płynie ze sceny. Nie ma tu znaczenia orientacja seksualna – rzecz w tym, że dokładnie tak jak „tęczowi” w spektaklu traktowani są wszyscy obywatele w relacjach z władzą. Teatralny duet stawia Polakom gorzką diagnozę, bez taryfy ulgowej. To nie może się udać – wydają się mówić Strzępka i Demirski. Więcej: w tym kraju nic nie może się udać. „Tęczowa Trybuna 2012” miała premierę rok przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej Euro 2012.

Dlaczego pani Strzępka została dyrektorem zasłużonej sceny

Poznawszy dotychczasowe osiągnięcia zawodowe p. Strzępki, muszę stwierdzić, że działała dotychczas w teatrach prowincjonalnych, skupiając się na tworzeniu spektakli mających charakter manifestów politycznych i społecznych. Nie ma w tym nic złego, teatr ma różne formy i bardzo różne przesłania. Ale w historii to też się zdarzało. I nie zawsze takie nominacje okazywał się całkiem udane. Jednakże w przypadku pani Moniki Strzępki nadzieje na pozytywne efekty są malutkie.

Podejrzewam bowiem, że głównym powodem powołania p. Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego była jej działalność „na niwie” feminizmu. Pani Strzępka jest przecież jedną z najbardziej aktywnych i głośnych feministek w kraju. Znana też jest z atakowania władz Warszawy, za zbyt małą aktywność, za zbyt słabe wspieranie feministek, ruchów LGBT+ oraz wszystkich mniejszościowych ruchów. Dość powiedzieć, że właśnie w walce o „ukobiecenie” stolicy zaistniała pani dyrektor.

A ponieważ żadna władza – tak państwowa, jak magistracka – nie lubi wytykania jej błędów, to władze Warszawy postanowiły, zagospodarować jakoś liderkę feministek. I dały jej stanowisko eksponowane i ważne. Na co liczyły władze stolicy? Mam podejrzenia, że na uspokojenie pani Strzępki. Tak jak to stało się w Łodzi.

Jak to w mieście Łodzi było

Kilka lat temu w Łodzi niezwykle aktywna była Partia Kobiet. Niemal co tydzień panie manifestowały przed magistratem, atakując władze miejskie żądaniami w duchu LGBT+. Tak naprawdę prawdziwie kobiecych haseł tam się nie słyszało. Nie było mowy o równym traktowaniu kobiet jako pracowniczek i nic o żłobkach, przedszkolach. Czysta walka o prawa dla mniejszości seksualnych.

Przed kolejnymi wyborami samorządowymi prezydent Hanna Zdanowska zaproponowała awanturującym się kobietom z Partii Kobiet start z listy KO. W wyborach przepadły, ale za to obsadziły bardzo wiele miejskich domów kultury i innych instytucji do kultury zbliżonych. Na szczęście żadnego z łódzkich teatrów nie było w tej ofercie.

I co się w efekcie stało? Liderki Partii Kobiet przestały mieć pretensje do magistratu, uspokoiły się i zaczęły się pracować. Czy zostały skutecznie przekupione, jak pracują? To już zupełnie inny temat.

Jeżeli prezydent Trzaskowski chciał powtórzyć ten manewr, to popełnił dwa błędy. Zdanowska nie dała żadnej z awanturujących się kobiet nawet małego forum do zaistnienia, a on dał. No i żadna z łódzkich Partyjnych Kobiet nie była artystką, a pani Strzępka jest. Tym samym prezydent ukręcił sobie bat na własny tyłek. Ale jak tam już wola…

Reduta feministek

Pani Strzępka w jednej ze swych ostatnich wypowiedzi stwierdziła, że Teatr Dramatyczny będzie redutą feministek. I tu już przesadziła. Albo z niewiedzy albo z pychy. Obstawiałbym pierwszy wariant.

Otóż REDUTA to wielkie dla polskiego teatru hasło. Reduta była teatrem eksperymentalnym, założonym przez Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego. Istniała w latach 1919–1939 i była pierwszym w Polsce teatrem-laboratorium, zakładającym poszukiwanie nowych metod pracy aktorskiej. Inspiracją dla twórców były idee głoszone przez Konstantego Stanisławskiego, a przede wszystkim jego działalność w moskiewskim teatrze MChAT.

Pierwszym przedstawieniem Reduty było „Ponad śnieg bielszym się stanę” Stefana Żeromskiego, w reżyserii Juliusza Osterwy i z nim w roli Wincentego Rudomskiego oraz Wandy Siemaszkowej jako jego matką, w dekoracjach Zbigniewa Pronaszki. Osiągnięcia artystyczne, powtórzę artystyczne, Reduty miały wielki, pozytywny wpływ na cały polski teatr. Ale też Osterwa był wybitnym artystą.

Myślenie hasłowe

W licznych wywiadach pani Strzępki, jakich udzieliła po zawieszeniu jej, można zauważyć, że zachowuje się jak uliczna manifestantka. Brak cienia refleksji, żadnego momentu zastanowienia. Po prostu słowotok, jakby przemawiała przez megafon do grupy współtowarzyszek walki.

Zauważyłem też, że p. Strzępka nie posługuje się argumentami i nie umie dyskutować. Ona jedynie monologuje, a właściwie krzyczy. W różnych wywiadach operuje ledwie kilkoma argumentami, z których najważniejsze to:

– Nie można definiować kobiety z męskiego punktu widzenia.

– Za dużo w naszej realnej i mentalnej przestrzeni sterczących fallusów.

– Nadszedł czas władzy naszej – to do Moniki Olejnik – mokrej pani.

– Wystawienie instalacji, rzeźby waginy w naszym teatrze jest oznaką buntu kobiet przeciw męskiej dominacji.

– Pałac Kultury to fallus, znak falliczny.

Jakieś wnioski?

Tym felietonem chciałem podjąć dyskusję z panią Strzępką, ale… nie warto. Nie warto poważnie dyskutować z szaleńcami. A szczególnie z wulgarnymi kobietami.

Obawiam się, że p. Strzępka cierpi na głęboki mizoandryzm, czyli na nienawiść do mężczyzn. Zauważmy też, że co jakiś czas prasa donosi, iż jakaś pani obcięła jakiemuś panu przyrodzenie. Dlatego w czasie nowych znajomości, kontaktów z przygodnie poznanymi paniami należy głęboko schować brzytwy i ostre noże, bo może być za późno.

A konkretnie co do pani Strzępki… Przypomina mi ona, á rebours, młodą mężatkę ze starego szmoncesu, w wykonaniu Lopka Krukowskiego: Żydowskie małżeństwo udało się w podróż poślubną do Włoch. Po pierwszej nocy państwo młodzi wychodzą na taras, widok jest zachwycający. Pan młody mówi:

– Popatrz jak pięknie… Jak te szczyty gór dumnie sterczą w niebo… A te potężne sosny, jak ocierają się o chmury… A na jeziorze, ten wielki żaglowiec, z tym ogromnym masztem…

– Ty milcz – mówi żona.

 

Fot. z mediów społecznościowych

WALTER ALTERMANN: Celebryta historyczny i medialny Adolf H.

To skandal, ale liczne media stawiają na początku XXI wieku tezę, że Adolf Hitler jest celebrytą. Myślałem, że wszyscy wiedzą kim był zbrodniarze, który podpalili świat – Hitler i jego dawny sojusznik sowiecki sojusznik – Stalin, którego spadkobiercą jest Putin… Kim są celebryci chyba wszyscy wiedzą a jednak wiele mediów udowadnia, że Hitler też.

A kim jest celebryta? Kimś o kim jest głośno. Kimś o kim się rozmawia – głównie w kręgach młodzieżowych, takich do 40-tki. Kimś o kim się dyskutuje, którego miłostki, rozwody i inne życiowe przypadki się zna. Celebrytami są jacyś influencerzy, jakieś aktorki po jednej roli w serialu, jacyś faceci, którzy z uporem twierdzą, że są aktorami choć wystąpili w jednym filmie i to słabym. Niby to nikt, a jednak celebryci.

Komu potrzebni są celebryci

Na celebrytów jest dziś duże zapotrzebowanie, więc się tych celebrytów stwarza. Najpierw się człowieka wyciąga z nijakiego tłumu i obrabia. Daje się mu nazwisko, a potem przy jego użyciu sprzedaje się środki upiększające, przyprawy kuchenne a nawet samochody. Taka jest dziś taktyka marketingu.

Celebryci są potrzebni producentom różnych różności, bo są jak niezapisane transparenty. I na tych transparentach, producenci się ogłaszają. Dlatego to duże firmy podpinają swój produkt pod celebrytę.

Celebryta nie musi być raz na zawsze utożsamiany z jakimś produktem. Lepiej nawet, gdy jego twarz pojawia się z nagła przy jakimś produkcie, firmie, akcji marketingowej. Najlepiej, żeby ludzie, odbiorcy nie wiedzieli, że dany osobnik celebrycki coś reklamuje. A czym bardziej się go eksploatuje przy produkcie, tym lepiej, żeby nie było to nachalne. Taktyka jest taka, że jakiś znany człowiek coś przychylnego powie, coś tam pochwali, czymś się – tak zupełnie niechcący, tak naturalnie – zachwyci.

Z tego punktu widzenia Marek Kondrat nie jest celebrytą. To po prostu wybitny aktor, który reklamuje jakiś bank… O ile chodzi o przypadkowość zderzenia celebryty z produktem, to zupełnie inaczej jest w telewizji.

Telewizje celebryckie

W telewizjach różnej maści, gdy celebryta ma już ugruntowaną pozycję na rynku, daje mu się udział w jakimś stałym programie, a nawet jakiś program do prowadzenia. Bez słowa wyjaśnienia, dlaczego. Ot, tak po prostu, dostał, bo dostał i ma bo ma. Wszystkie stacje telewizyjne mają dziś swoich celebrytów, wedle podziału politycznego. Ba, są możliwe, jak w sporcie, zmiany barw klubowych.

Po co telewizjom celebryci? Bo każda telewizja chce mieć kilka twarzy znanych widzom. Broń Boże mózgów! Mają być twarze, niezależnie od sprawności intelektualnej. Chodzi o to, żeby rozpoznawać stacje nie po programach, nie po znaczkach w rogu ekranu a po twarzach celebryckich dziennikarzy. Włączasz telewizor, widzisz, że ktoś jest na ekranie, i mówisz do żony:

– W Polsacie jest…ta… tego, ten, tam…

– Kto jest w Polsacie? – pyta żona z drugiego pokoju.

– No ten z dużą głową, łysy całkiem… On zawsze jest tylko w Polsacie.

– A, to on dobry jest. A co mówi?

– Nie wiem, wyłączyłem głos, bo słucham radia.

Czyli już kupiłeś stację na twarz celebryty. I o to właśnie chodziło.

Hitler jako celebryta

Coraz więcej w telewizji filmów i programów o Hitlerze. Mamy już do obejrzenia takie produkcje: „Ludzie Hitlera”, „Samochody Hitlera”, „Kobiety Hitlera”, „Młodość Hitlera”, „Zapomniane taśmy Hitlera”, „Tajne akta nazistów”, „Naziści i masoneria”…

Wojny w tych programach jest niewiele. Ot, tyle, żeby widz wiedział, kiedy ten Hitler żył. Jak najmniej polityki i minimum historii, a już mikroskopijne ilości wiedzy o przyczynach wybuchu wojny. Bo wiedza jest jednak męcząca, a widz nie oczekuje od telewizji nauki, tylko zabawy. A życie Hitlera, jego czyny są, niestety dla sporego procenta widzów, bardzo atrakcyjną zabawą…

Te filmy, programy telewizyjne właściwie usprawiedliwiają Hitlera, bo traktują go jako „wielkiego” człowieka i „wielkiego” wodza, który niemal podbił świat. To zdanie jeszcze nie padło, ale niebawem wstawią Hitlera pomiędzy Aleksandra Macedońskiego, Dariusza Perskiego Wielkiego, Juliusza Cezara i Napoleona. W końcu oni też podbijali świat…

I nikt nie zauważy różnicy, że dla tamtych historycznych wodzów i władców podbój był włączaniem obcych państw w obręb ich imperiów. A Hitler chciał większość ludności podbijanych państw wymordować. Głównie Słowian, z których miał pozostać przy życiu znikomy procent. I ten procent miał służyć Niemcom, jako niewolnicy. A Żydzi mieli w ogóle zniknąć ze świata żywych.

Czy o tych planach Hitlera mówi się w tych programach? Tak, ale mimochodem, dla przyzwoitości. Twórcy wolą mówić o samym Hitlerze, bo jego postać jest – według nich – barwna i interesująca.

Ofiary Hitlera

A ofiary wojny Hitlera? Niestety mówienie o ofiarach nie jest interesujące, bo, jakkolwiek zabrzmiałoby to złowieszczo, ofiary budzą litość. A litość jest denerwująca dla widza, sam mord jest przykry i stawia widza w trudnym położeniu, bo chciałby, żeby się coś działo… Żeby jeździły czołgi, strzelały działa, żeby wybuchało i waliło się w gruzy. Ma być głośno i widowiskowo. A tu cicha śmierć w obozie koncentracyjnym lub rozstrzelanie. Nie, ofiary nie są konkurencją dla zbrodniarzy. Zresztą w telewizji można obecnie oglądać kilka seriali dokumentalnych o masowych mordercach i ani jednego o ofiarach.

Zdaje mi się, że nasza cywilizacja jakoś tak się zapętliła w poszukiwaniu atrakcji, że mimowolnie zaczęła propagować przemoc. A może niezupełnie mimowolnie?

Twórcom programów o Hitlerze umyka istota niemieckiego hitleryzmu – nienawiść rasowa, uznawanie innych za podludzi.

Produkt telewizyjny

Program telewizyjny, czas antenowy jest dla właścicieli stacji produktem. I jeżeli Hitler sprzedaje się dobrze, to oni będą takie programy sprzedawali. A jak się to ma do moralności? Nijak. To jest tylko biznes.

Z tych programów wynika też, że Niemcy w czasie II wojny światowej bardzo cierpieli. Ale nie wynika, że Niemcy wybrali i poparli program Hitlera. Ten aspekt dziejów twórcy sagi o Hitlerze zbywają milczeniem. Tym samym wychodzi na to, że Adolf Hitler był sam, sam jeden, nie licząc niedużej garstki dygnitarzy III Rzeszy, o których też są bardzo atrakcyjne programy.

I wychodzi też na to, że Niemcy nie byli tacy znowu winni. Hitler tak, ale reszta generacji była przyzwoita. Zresztą Hitler to żaden Niemiec, bo to Austriak. Ot, koło dziejów, zdarzyła się przykra historia i tyle.

Boję się, że niebawem powstanie, według identycznych założeń, seria programów o Putinie. I też będą się dobrze sprzedawały. Bo Putin też nadaje się na celebrytę.

 

Fot. archiwum/ re/ h/ e

WALTER ALTERMANN: Wielkie Oszczędzanie, czyli jedna telewizja

Żyjemy w dobie potężnego kryzysu, tak mówią politycy. Tak mówią też wszystkie media. Ale jakoś tego kryzysu nie widać. No, może poza cenami w sklepach, bo tam widać, jak rosną. Zdaniem mediów mamy też potężne problemy z dostępnością gazu, węgla, ropy naftowej, w sumie z energią. Choć, jak na razie, światło jest, bloki i domy są ogrzewane, samochody i tramwaje jeżdżą…

Myślę jednak, że do zwykłych ludzi prawda o tym kryzysie jakoś nie dociera. Dlaczego? Ano dlatego, że nie widać, żebyśmy brali się za oszczędzanie. A jest ono konieczne. Tak ze względu na braki surowców, jak i ceny. I dopóki władze państwowe nie wykonają przynajmniej kilku spektakularnych ruchów w sprawie oszczędzania, to wszyscy będziemy żyli w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest dobrze, że nie musimy oszczędzać w ogóle.

Żywiąc przekonanie o konieczności otrzeźwienia narodu, pozwalam sobie podsunąć władzy jeden duży pomysł, zwany obecnie bardzo modnie „projektem”, który wstrząsnąłby społeczeństwem, ocuciłby nas wszystkich i zmusił do opamiętania, czyli do oszczędzania.

Żeby jednak wziąć się za problem, trzeba uprzednio wyzbyć się starego, klasycznego myślenia. Bo nasze dotychczasowe przywiązanie do starego stylu bycia, musi ulec drastycznej zmianie. Idea wolności w wielości, kapitalistyczne przyzwyczajenie do tego, że wielość form służy rozwojowi – musi ulec zapomnieniu. Ja widzę możliwość wielkich oszczędności właśnie w scalaniu w jedno, tego co dotychczas było naszą pseudo chlubą.

Pora zacząć oszczędzanie

Po co komu na rynku siedemnastu producentów pasty do butów? Wystarczyłaby jedna marka, byle dobra. Ale co tam buty, w końcu w kryzysie można chodzić w butach, które nie muszą błyszczeć. Naprawdę są ważniejsze dziedziny, w których możemy sporo zaoszczędzić.

Co prawda jakaś pani twierdzi, że przy 17 stopniach Celsjusza i tak jest jej gorąco, ale przecież nie chodzi o jedną czy nawet trzy gorące kobiety! Bo one całej Polski nie ogrzeją. Poza tym gorące kobiety bywają najczęściej bardzo wymagające, a tego nam jeszcze trzeba w kryzysie, żeby mitrężyć energię, która jest potrzebna do ważniejszych działań. Naprawdę nie chodzi drobiazgi, nadszedł czas na Wielkie Oszczędzanie!

Zacząłbym od telewizji. Przede wszystkim dlatego, że telewizja jest dobrem powszechnym codziennego użytku. Znacznie bardziej codziennym niż pasta do zębów. Właściwie – telewizja jest naszym wielkim uzależnieniem, dlatego właśnie od jej reformy oszczędnościowej należy zacząć Wielkie Oszczędzanie. Zmiany, jakie proponuję poniżej z całą pewnością zauważą wszyscy, tym samym do wszystkich Polaków dotrze poważna prawda, że jednak, i to już, należy zacząć oszczędzanie.

Stan obecny naszych telewizji

Zauważmy, że w Polsce mamy obecnie trzech dużych nadawców: TVP, Polsat i TVN. I to te stacje dominują w naszych telewizorach. Są też telewizje pomniejsze, są telewizje internetowe, ale to płotki przy wielorybach. Zauważmy też, że te trzy duże stacje właściwie powtarzają konkurencję. W święta narodowe i kościelne wszystkie te trzy stacje emitują te same filmy: „Potop”, „Krzyżaków”, „Ogniem i mieczem”, „Chłopów”, „Ziemię obiecaną”, „Lalkę”, „Karierę Nikodema Dyzmy” i „Samych swoich”. Te wielkie nasze klasyki oczywiście nie są emitowane przez trzy główne stacje w tym samym czasie i nie w te same święta, ale w rozliczeniu rocznym – stacje główne ciągle nadają te filmy właśnie.

Na marginesie… od 1989 roku trochę lat już minęło, a wszystkie nasze telewizji ciągle żerują na produkcji filmowej z PRL-u. Zaprzeczając jednocześnie tezie, że komuna nie była jakoby patriotyczna. Jeżeli wymienione wyżej pozycje filmowe nie są patriotyczne, to co jest patriotyczne? Komuna rządziła przez 44 lata, od czasu wolnych wyborów w 1989 roku minęły 33 lata. Obawiam się, że porównanie dorobku artystycznego, w tym filmowego, lat 1945 – 1989 z latami 1989 – 2022 wypadłoby jednak na korzyść czasów, skądinąd, słusznie minionych.

To co właśnie przedstawiłem dowodzi ukrywanego skrzętnie faktu, że mając trzy telewizje, mamy właściwie jedną. Jeżeli ktoś nie wierzy, to proszę w niedzielę przed południem przełączać z TVP na TVN, a potem na Polsat. I tak kilka razy. Okaże się, że w każdej z trzech telewizji, w tym samym czasie, siedzą przy podobnych stołach identyczni politycy i wygłaszają te same herezje. A są to „mądrości” znane już wcześniej. Gorzej, bo reprezentanci każdej z dużych partii mówią – na przykład w TVN – to samo, co w tym samym prawie czasie, mówią ich koledzy w TVP czy Polsacie.

Czy nie sądzicie Państwo, że jest to ogromna utrata energii? I to zarówno ludzkiej jak też elektrycznej. Przecież wystarczyłaby jedna audycja w jednej stacji! Pozostali uczestnicy dyskusji, z dwóch pozostałych stacji, mogliby w tym czasie tłuc schabowe na niedzielny obiad, pójść na mszę, wyjść z dziećmi na spacer… A w skrajnych przypadkach pokłócić się z druga połową – to w końcu też rozrywka.

A prąd? Ileż to energii elektrycznej marnuje się na taką wielość stacji telewizyjnych.  A energię w Polsce mamy z węgla, a węgiel zatruwa atmosferę, z czego biorą się najgorsze choroby. A marnowanie ciężkiej pracy górników, kolejarzy, którzy wiozą ten węgiel, a trud pracowników elektrociepłowni? A węgiel coraz droższy, więc trzeba oszczędzać.

Weźmy jeszcze taksówki, którymi uczestnicy dyskusji politycznych zjeżdżają do studiów? I nawet jeżeli jeżdżą elektrykami, to prąd – u nas – też rodzi się z węgla. A węgiel? Racja, o węglu już pisałem…

Dlatego mój pomysł wygląda tak:

Jedna Telewizja Państwowa

Powinniśmy dążyć do tego, żeby – z oszczędności – w naszym kraju istniała tylko jedna telewizja. I powinna to być telewizja państwowa. Przyszłość pozostałych stacji widzę tak, że same się zlikwidują. Po wdrożeniu mego projektu. Gdyby się nierozsądnie upierały, zlikwiduje się je ustawą sejmową. I już. Jak jest chęć, to i sposoby się znajdą. To ostatnie zdanie napisałem z rozpędu, bo w tej sprawie mamy przecież bogatą praktykę.

Zatem – jak powinna wyglądać ta jedna telewizja państwowa? Ujmijmy to naukowo, czyli w punktach.

  1. Nie powinna być, w żadnej mierze, kontynuacją obecnej TVP. Obecna TVP ma zbyt jasno określony profil społeczny i polityczny. Poza tym zawsze była w rękach aktualnych władz. Zmieniamy więc nazwę. Podsuwam prostą, która się sama narzuca – Jedna Telewizja Państwowa.
  2. Statut telewizji. Powinna być kierowana przez co najmniej pięciu współdyrektorów, z których każdy ma jeden głos, równie ważny, co pozostali dyrektorzy. W przypadku różnicy zdań decyduje większość.
  3. Dyrektorów powołuje Sejm i Senat, bo sprawa jest najwyższej wagi państwowej. Dyrektorzy są mianowani na czas trwania kadencji parlamentu.
  4. Każdy z dyrektorów reprezentuje jedną z partii sejmowych. Tak jak startowały w wyborach. A to, że potem, różni posłowie występują, przestępują, wstępują do innych partii, lub tworzą nowe -– to już by przy podziale telewizji nie miało znaczenia. Pod uwagę brane byłyby tylko partie wyborcze, a właściwie listy. Nie przewiduję bowiem, żeby w najbliższych dziesięcioleciach było w polskim parlamencie więcej niż pięć partii.
  5. I tu novum. Każda z partii ma taki sam głos w telewizji. Żadnych tam układów z panem D’Hondt’em. Ten pan, który tak króluje u nas w liczeniu głosów i decyduje o miejscach w polskim parlamencie, przypomina mi pewnego kelnera z dawnej restauracji łódzkiego SPATiF-u. Osobnik ten przy rachunku postępował podobnie i na zakończenie biesiady tak podliczał:

– A zatem było tak: dwa razy pół litra, trzy razy schabowy z kapustą, tatar, pieczywo, popitek, trzy kawy… co czyni razem 282 złote. Ale zaokrąglijmy tę sumę. I płacą panowie, jedynie 300 złotych.

  1. Tych pięciu dyrektorów decyduje o wszystkim. O angażowaniu i zarobkach kierowców, sprzątaczek, redaktorów każdej rangi i dziennikarzy. O wszystkim. Żadnych tam pośrednich dyrektorów i kierowników. Oczywiście ciężko im będzie się dogadać, ale batem na nich będzie to, że jeżeli nie przegłosują skutecznie jakiejś sprawy, to parlament natychmiast ich wyrzuca – bez odprawy – i wybiera następnych.
  2. O programie też decydują dyrektorzy. Na przykład, którego dnia ma iść kolejny odcinek „Korony królów”, czy też „Komisarza Aleksa”. O wszystkim.
  3. Programy polityczne będą przydzielane poszczególnym partiom. Po równo, bez uwzględnienia faktu, ile głosów ma jakaś partia w parlamencie. I tak. Niedzielne dyskusje polityczne są obsadzane w ten sposób, że pierwsza niedziela miesiąca przypada partii A, druga partii B, trzecia partii C i tak dalej. Jeżeli miesiąc ma tylko cztery niedziele, to pierwsza następnego miesiąca jest traktowana jako piąta poprzedniego.
  4. Wiadomości, które dzisiaj we wszystkich stacjach nie tyle informują, co komentują, również obsadzane byłyby sposobem niedzielnych dyskusji politycznych. Codziennie inna partia ma swojego prowadzącego komentatora, serwisantów, dziennikarzy ze stolicy i terenu… Nawet realizatorzy musieliby się zmieniać partyjnie. Bo realizator z partii B może w niekorzystnym świetle ukazywać posła z partii D.

Błogosławione korzyści

Po pierwsze – osiągniemy efekt opamiętania się u widzów, do których dotrze wreszcie prawda o potężnym kryzysie.

Po drugie – skończymy wreszcie z ględzeniem i okłamywaniem się, co do niezależności dziennikarskiej, obiektywizmu i rzetelności. Skoro wszystko w Polsce jest już partyjne, to bądźmy dorośli i szczerzy do bólu.

Po trzecie – znajdą się wreszcie pieniądze na działalność państwowej telewizji i żadna partia nie będzie już mówić o marnowaniu publicznego grosza.

Po czwarte – uwolnimy dziennikarzy od udawania, że nikomu nie sprzyjają. Prowadzący program, każdy z dziennikarzy może mówić co mu się żywnie podoba, nawet i kłamać może, jak tam wola. Ale za facetem jest plansza, i pasek płynie na dole, czyli widz ma świadomość, że ten dzień należy do partii „Wolność dla kanarków” – dla przykładu. I właśnie ta partia bierze za niego odpowiedzialność. Poza tym, następnego dnia, kolejna partia – powiedzmy – „Partia Doczesnej Szczęśliwości”, ma prawa tego kłamcę z poprzedniego dnia objechać jak Turczyna. I kłamać po swojemu.

Przesłanie

Wiem, że droga do realizacji mojego pomysłu może być długa i wyboista. Ale wszystkie wielkie idee z początku wydawały się głupie.

A tak serio… Czy wierzę w realizację tego pomysłu?  Nie, nie wierzę. Ale przynajmniej jestem szczery. I napisałem, co powyżej, z wrodzonej złośliwości.

 

Fot. HB/ re/ a

WALTER ALTERMANN: Gościni, czyli ekstremiści rosną w siłę

W TVN, w programie o kosmosie, prowadzący powiedział: „Witamy naszą gościnię”. Wystraszyłem się, bo pomyślałem, że pojawi się jakaś kosmitka, ale na szczęście nie. Weszła ładna, zgrabna pani.

Czytając, patrząc i słuchając, jak z uporem i metodycznie feministki walczą o sfeminizowanie wszystkich nazw, niegdyś zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn, czegoś nie rozumiem. A konkretnie nie wiem co im daje zastąpienie gościa „gościnią” . Czy kobiety walczące na wszystkich polach o równouprawnienie, naprawdę wierzą, że to coś zmieni? Najwyżej polepszy im samopoczucie.

Te posełki, sędzinie, gościnie chcą dać znać, głównie mężczyznom, że kobiety są równe mężczyznom, a właściwie lepsze. No, dobrze. Mogę przyjąć, że istnieje grupa kobiet, którym rola żon, matek i babć nie wystarcza. Co prawda większość z tych dzisiejszych feministek nie wyrzeka się ról przypisanych z natury kobietom, ale dodatkowo chcą być „mężczyznom równe”. Panie chcą być równe, ale zarazem lepsze, bo mogą być matkami.

Może powinienem napisać „paniniom”, bo „pani” jest jednak urobione wprost od „pan”? A może nadszedł już czas, żeby w ogólne zrezygnować ze słowa „pani” i wymyślić jakieś nowe. Może przyjęłoby się pojęcie „mapania” lub „paniama” – powstałe z połączenia matka i pani?

Zastanawiałem się ostatnio, szukałem nawet w Internecie, ale nie znalazłem informacji jaki procent wśród populacji kobiet w dzisiejszej Polsce stanowią feministki. Myślę, że jest ich znacznie mniej, niż się wydaje. A wydaje się nam, że jest ich dużo dlatego, że każde dopiero co wznoszące się ruchy społeczne są wyjątkowo aktywne i hałaśliwe. Tak było, na przykład, z feministkami i ruchami socjalistycznymi w końcówce XIX wieku.

Z feministkami byłoby to wszystko zrozumiałe, trochę nawet zabawne, ale w sumie do przyjęcia, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok do feministek przyłączają się nowe grupy pań i panów, i z wolna stajemy naprzeciw poważnego ekstremizmu.

Ekstremizm kontra fundamentalizm

Do feministek dołączają zwolennicy i zwolenniczki LGBT, zwolenniczki złagodzenia prawa antyaborcyjnego. I to też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że naprzeciw nim stają coraz liczniejsze szyki fundamentalistów i „fundamentalistyczek”.

Fundamentaliści powołują się na prawa boskie a z Pisma Świętego wyciągają przesłanki dla stanowienia współczesnego świeckiego prawa. Przy czym – jak poucza nas historia – wszelkiego rodzaju święte księgi podlegają interpretacji, reinterpretacji i kontreinterpretacji. Taki jest bowiem charakter świętych ksiąg, że z rozmysłem pozostawiają ogromne pole dla interpretatorów, albowiem pisane są językiem metaforycznym.

Można by się spierać, kto wykonał pierwszy ruch: feministki czy fundamentalistki. W każdym razie znaczącym politycznie zwycięstwem tych drugich była zmiana prawa antyaborcyjnego na bardziej restrykcyjne. Co wzmogło aktywność feministek i ich przyszywanych koalicjantów spod znaku LGBT i innych nowoczesnych znaków.

Jedno jest pewne, że fundamentaliści zburzyli kompromis, tak trudno wypracowany, za czasów św. pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego samego, na którego czyny i słowa tak chętnie – przy innych okazjach – się powołują. Moim zdaniem, odejście od tamtego prawa, było poważnym błędem. Ale taka jest już natura obu stron: ekstremistów i fundamentalistów, że burzenie ich podnieca. Budowanie mniej, ale za to burzenie niezwykle mocno, niemal orgiastycznie.

Sacrum i profanum

Poza tym, życiu duchowym mamy dwie sfery: sacrum i profanum. I mylenie tych dwóch mentalnych przestrzeni jest okropnym błędem i prowadzi do wielkich kłopotów społecznych. W Nowym Testamencie jest fragment, w którym Jezus mówi, że co cesarskie należy oddać cesarzowi, a co boskie, Bogu. Ale jakoś nikt się tym fragmentem nie przejmuje.

Mylenie tych dwóch porządków, a co za tym idzie wszelkie próby – z jednej strony – ograniczania sfery boskiej w życiu człowieka, na korzyść sfery profanum, burzy zawsze kruchy społeczny ład. Z drugiej strony jest odwrotnie, ale równie niebezpiecznie, bo marginalizacja sacrum i laicyzacja również zagrażają spokojowi społecznemu. Nie przekonują mnie argumenty fundamentalistów, którzy chcą rozciągnąć prawa boskie na każdą piędź ziemi, na każdy ludzki ruch i odruch. Tak samo, jak przeraża mnie „nowoczesne” myślenie feministek i wszelkiej maści postępowców, którzy nie przewidują żadnego miejsca dla Boga w życiu jednostek i całego społeczeństwa.

Inności

Uważam, że nie ma jednego społecznego wzorca zachowań. Poza szanowaniem prawa. A prawo – dotychczas i na szczęście  –  milczy w sprawach seksualności, transpłciowości, a nawet deklarowanych orientacji. Tak samo, jak szczęśliwie milczy na temat zdrad i współżycia pozamałżeńskiego. Nie ma też w prawie zakazu rozwodów, rozstawania się kochanków i wszelkich innych ludzkich niecności.

Piszę o tym, bo obawiam się, że nasi rodzimi fundamentaliści mogą w skrytości pracować nad powrotem do średniowiecznego prawa. Za czasów Bolesława Chrobrego tak o traktowaniu cudzołożników u Lechitów pisał niemiecki kronikarz Thietmar: „Prowadzi się skazańca na most targowy i przymocowuje doń wbijając gwóźdź poprzez mosznę z jądrami. Następnie umieszcza się obok ostry nóż i pozostawia mu się trudny wybór: albo tam umrzeć, albo obciąć ową część ciała”.

Co tam zresztą średniowiecze. Przecież dzisiaj, w pierwszej ćwierci XXI wieku, w wielu krajach muzułmańskich za współżycie seksualne bez ślubu lub pozamałżeńskie zdrady ludzie są kamienowani.

Podjąłem ten niełatwy temat, albowiem niewiadome są drogi postępowych feministek, LGBT oraz fundamentalistów. I na swych drogach nie zatrzymają się oni przed niczym. Przed czym uczciwie przestrzegam.

Równość płci w klatce

Żeby jednak nie było tak serio i smutno, przedstawię głupi, ale ucieszny przypadek jednej pani, która chciała być równa mężczyznom. Otóż 30 X 2021 roku odbyła się pierwsza walka kobiety z mężczyzną w MMA w Polsce.

Nie wiem czy jest to sukces czegokolwiek – wielkiej idei czy jednego człowieka, ale tak było. W klatce stanęli: pani Ula Siekacz i pan Piotr MuaBoy. Walczyli na gali MMA-VIP 3. Wcześniej Pani Ula była już znana i odnosiła sukcesy w walce o siłowanie się na rękę, co się nazywa arm wrestling. Niestety pan MyaBoy’em nie okazał się gentleman’em, bo od razu zasypał panią Ulę gradem ciosów… i wygrał. Agencja nie podają, czy pani Ula zdecyduje się na rewanż.

A pisał wieszcz: „Kobieto, puchu marny…”. Gdzie te czasy, gdy cnotą niewieścią była zwiewna lekkość bytu tudzież elegancja w słowach, ruchach i geście?

 

WALTER ALTERMANN: „Zagrał Wawrzeka…” i inne deprymujące przygody języka

Na portalu Radia Zet, 13.11. 2022 r., w artykule: „Marek Kondrat zarabia fortunę. Zbił majątek na reklamach” pani Łucja Siennicka w jednym z pierwszych zdań napisała: „Zaczęło się od roli Wawrzeka w ‘Historii żółtej ciżemki…’”

Cały artykuł nie wstrząśnie światem fanów aktora, nic nie wnosi do metod tworzenia podobnych mu artykułów, ale w jednym jest pouczający. Otóż rola, którą zagrał p. Marek Kondrat w „Historii żółtej ciżemki” nazywa się zupełnie inaczej. Zagrał on bowiem Wawrzka. A w nominativum jest to Wawrzek. Ciarki chodzą po grzebiecie, gdy okazuje się, że z tym staropolskim imieniem autorka zetknęła się po raz pierwszy. Nie spodziewałem się, że jakiś dziennikarz nie potrafi odmienić tego. pospolitego jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, imienia.

A jego historia jest ciekawa. Bierze się ono od traktowanego metafizycznie ziela, jakim jest popularny laur. W antyku na głowy zwycięzców wkładano wieniec, właśnie laurowy, który był oznaką siły, męstwa i szczęśliwej fortuny. Stąd wzięło się pojęcie laureat oraz imię Laurenty, powszechne w Europie jeszcze do pierwszej połowy XX wieku. W Polsce nazwę laur zamieniono na wawrzyn. I dlatego mamy też imię Wawrzyniec. A Wawrzek jest zdrobnieniem od Wawrzyńca.

Tu powiem, że zarówno dorosłego Wawrzyńca, jak i Wawrzka, odmienia się w języku polskim całkiem zwyczajnie, jednakże z bacznym uwzględnieniem, w niektórych przypadkach, „e”. Bo mamy tu do czynienia z tzw. obocznością, na skutek czego samogłoski w jednych pozycjach są, a w innych znikają. Zatem, w przypadku odmiany imienia Wawrzek, owo nieszczęsne dla p. Siennickiej „e” występuje jedynie w mianowniku.

Czyli mamy tak: mianownik – kto?, co? – Wawrzek; dopełniacz – kogo?, co? – Wawrzka;, celownik – komu? czemu? –  Wawrzkowi; biernik – kogo? co? Wawrzka; narzędnik – z kim”, z czym? – Wawrzkiem; miejscownik – o kim? o czym? – o Wawrzku i wołacz –o! –Wawrzku!

No i jeszcze jedno: do rosołu, żurku, bigosu dodajemy obowiązkowo liść laurowy, ale nie liść wawrzynu, a już Broń Boże mniemanego Wawrzeka.

Pomysł na poprawność

Pomyłki językowe w naszych stacjach telewizyjnych są denerwujące. Dlatego pozwalam sobie opublikować tu mój własny, oryginalny pomysł, który pomógłby widzom, a mówiących z ekranu zdyscyplinowałby. Otóż! Na pasku, zamiast podawania informacji, w których to informacjach fakty są zawsze poplątane z opiniami, powinna być żywa errata.

Czym byłaby ta żywa errata? Na bieżąco, natychmiast powinny płynąć poprawki językowe. I tak: gdy poseł mówi „tamtą razą”, to dyżurujący w studio etatowy językoznawca pisze poprawną wersję: „tamtym razem”. I to idzie na pasku. Bez względu na autorytet osoby! Jeżeli prezydent, szef partii, posłowie, profesorowie mylą się – też płynie na pasku poprawka.

Mówiący zaczęliby być ostrożni, mówiliby z rozmysłem, skutkiem czego – być może – mówiliby też rozsądniej. Czego Państwu i sobie gorąco życzę.

Sporty sylwetkowe

Dawnymi laty istniała kulturystyka. Było to zajęcie dla pragnących lepiej wyglądać, po zdjęciu ubrania. I to rozumiem, bo szczególnie za młodu ludzie często stają bez ubrania, wobec innych nieznanych wcześniej ludzi, również rozebranych.

Kulturystykę uprawiano w domu oraz w małych salkach mniejszych klubów sportowych. Dla klubu były to zajęcia poboczne, choć przynoszące klubom dopływ żywej gotówki, bo kulturyści trochę za salę i sprzęt płacili. Z czasem pojawiły się zawody kulturystyczne, w czasie których prężono i napinano różne mięśnie karku, grzbietu, brzucha, nóg i rąk. To wywoływało u jednych widzów zachwyt, u innych zaś zazdrość.

Oczywiście dochodziło też do przykrych widoków, gdy kulturystki przypominały kulturystów. Oglądając czasem migawki z takich pokazów, zaczynałem się bać intymnych spotkań z kulturystkami. Na szczęście jednak ominęły mnie bliższe kontakty z takimi wytrenowanymi paniami. Ale bałem się istotnie, bo przecież nigdy nie wiadomo jaki triceps czy biceps kryje się pod sukienką.

Z czasem, na skutek postępu cywilizacji, wymagającej od każdego z nas dbania o zdrowie i dobry wygląd, upowszechniły się na świecie różne gymy, siłownie i fitnesy. I miejsca te, wyposażone w okropne maszyny do „robienia mięśni” – stały się całkiem dochodowymi miejscami, dla ich właścicieli. A co do ćwiczących… Nie mam nic przeciw temu trendowi, przecież każdy może spędzać czas jak uważa. Może pływać, biegać lub ćwiczyć hantlami. Jednak trochę mnie śmieszy określenie, które się ostatnio pojawiło, a jest nim pojęcie „sporty sylwetkowe”.

Ja wiem, że stoi za tym całkiem spory biznes, rozumiem, że dla producentów maszyn do ćwiczeń, przypominających zresztą średniowieczne machiny do tortur, liczy się bardzo, żeby te zajęcia mięśniowe jakoś lepiej nazwać. No i mamy – sporty sylwetkowe.

Jest to obraza sportu. Przez sport od zawsze rozumiano szlachetne zmagania o wynik! Owszem, zawsze wiedziano, że nie każdy z nas może mistrzowsko rzucać młotem, pchać kulą czy miotać oszczepem. Jednak w każdej dyscyplinie sportowej startujący zawodnicy mieli podobne sobie warunki fizyczne. I nie walczyli na wygląd klaty, czy brzusznego kaloryfera.

Piszę o tym, pozornie błahym przypadku, bo jest to signum temporis. Dzisiaj wszystko chce się sprzedać pod lepszą nazwą. A sporty sylwetkowe mają przecież lepszą nazwę niż kulturystyka. W sumie takie przyklejanie się fitnessu do sportu jest przykre i tumaniące.

Apel do sprawozdawców sportowych

Jeżeli jesteśmy już przy sporcie… Fascynują mnie język sprawozdawców sportowych. Opowiadają, relacjonują, wyjaśniają co dzieje się – na przykład – na boisku piłkarskim. Wydawałoby się, zajęcie nie najtrudniejsze. I miłe, bo sporty to ruch, na świeżym powietrzu, i choć sprawozdawcy sami nie biegają, nie kopią, to jednak tzw. „okoliczności” są w sumie przyjemne. Zatem sportowi dziennikarze powinni być rozluźnieni i spokojni.

Ale nie. Z momentem, gdy tylko sędzia gwizdnie na rozpoczęcie widowiska, sprawozdawcy stają się co najmniej doktorami habilitowanymi. Czyli mówią językiem napuszonym, wyszukanym, pełnym określeń, których ani zawodnicy, ani widzowie nie używają.

Mam więc apel.

Panowie dziennikarze od sportu, odpuście sobie. Więcej luzu, sport to w końcu tylko zabawa. Nie róbcie narodowej tragedii, gdy Legia dołuje, a reprezentacja gra na swoim odwiecznym poziomie, czyli marnie. I przestańcie mówić, że zawodnik „doskonale antycypował zachowanie rywala. Mówcie, że przewidział, gdzie poleci piłka, gdzie poda przeciwnik. I wyrzućcie ze swego słownika raz na zawsze: presowanie i progres.

Przed laty śmieszył mnie pewien łódzki sprawozdawca, który w emocjach krzyknął do mikrofonu: „Sadek rypnył piłkie płaskiem lobem”. Dzisiaj wolałbym już stokroć tamtego pana.

 

Polski rząd nie musi kupować uzbrojenia tylko od USA - pisze Walter Altermann Zdj. Konferencja prasowa premiera, szefa MON i ambasadora USA na lotnisku w Łasku. W tle od lewej F22 raptor i F16. Fot. HB

WALTER ALTERMANN: Kochajmy się jak bracia…

Nie zwykłem chwalić rządu z dwóch powodów. Po pierwsze – obecny rząd ma wystarczająco dużo przychylnych mu portali, prasy, radiostacji i telewizji, żebym i ja musiał rząd chwalić. Po drugie – chwalenie rządu zawsze staje w logicznej opozycji do dziennikarskiego obowiązku poszukiwania prawdy.

Mam zasadę, żeby równo rozdzielać razy – tak opozycji, jak rządowi. I również po równo chwalę. Choć oczywiście według realnych zasług. A ponieważ obecnie nie rządzi opozycja, więc rząd ma więcej okazji do strzelania gaf, popełniania błędów i wygadywania porażających herezji. Skutkiem czego, częściej biorę na cel rząd. I to nie z zamiarem chwalenia. Tym razem jednak przychodzi mi rząd pochwalić.

Skąd wzięły się obecne kłopoty

Świat i Europa dały się uwieść minom i łapówkom Putina. Wszyscy uznali go za fantastycznego faceta do robienia krociowego biznesu. Oczywiście w biegu po miłość Putina wygrywali Niemcy, od 1945 roku żyjący pod przemożnym wrażeniem siły Rosji i ogromnego przed nią strachu.

USA też dały się zwieźć, a właściwie z ochotą przystały na taki paradygmat – skoro Rosja daje zarobić, to jest już normalna. Podejrzewam, że na amerykańskich elitach duże wrażenie robiły też jachty rosyjskich elit – bo, skoro ktoś ma takie jachty, to z pewnością wojna mu niepotrzebna.

A Rosja? Putin liczył na pazerność kapitalizmu Zachodu. A był ośmielony, bo skoro Zachód przymknął oko na aneksję Krymu, to z pewnością przymknie też oczy na zabór całej Ukrainy. Na szczęście dla świata Zachód się obudził… Ale też, owo budzenie wymagało ogromnego wysiłku, głównie nas Polaków. A Niemcy właściwie jeszcze śpią, śniąc o milionach ton gazu płynącego rurociągami Nord Stream I i II.

Dobry interes naszego rządu

Tytuł tego felietonu jest połową znanego polskiego powiedzenia: „Kochajmy się jak bracia, lecz liczmy się jak Żydzi”. I jak w każdym przysłowiu najważniejsza jest puenta. Od razu zaznaczam, że to przysłowie, czy też powiedzenie, jest wyrazem szacunku dla Żydów, którzy interesy prowadzili rzetelnie, czyli dobrze.

Co to jest dobry interes? Ano taki, po którym obie strony są zadowolone. Zwykle jedna strona dostaje dobry towar, a druga przyzwoite pieniądze. Dodatkowo – przy dobrym interesie obie strony dochowują danego słowa lub zapisów umowy.

W obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę, wobec prowokacji na naszych wschodnich granicach i wobec ogólnie agresywnej polityki Rosji, rząd zdał sobie sprawę, że nasze możliwości militarne są, delikatnie mówiąc, bardzo ograniczone. Mamy armię za małą, a także marnie wyposażoną. Zatem stanął przed polskimi władzami naturalny problem – zwiększenia liczebności armii oraz dania naszemu wojsku odpowiednio dużo nowoczesnej broni. Być może zapowiedzi ministra Mariusza Błaszczaka o aż 300-tysięcznej armii są przesadzone, ale jej powiększenie jest przecież koniecznością.

Polska przekazała Ukraińcom wiele helikopterów, czołgów, pojazdów opancerzony, armat, haubic, dział i sporą część, z posiadanego we własnym arsenale, zestawów rakietowych i rakiet – od przeciwpancernych, po przeciwlotnicze. Można domniemywać zatem, że nasze magazyny uzbrojenia są dość puste. Dlatego od pierwszych dni wojny na Ukrainie – rząd zabiegał o zakupy uzbrojenia. I słusznie poszukiwał broni najnowocześniejszej.

Oczywiście znalezienie nowoczesnego uzbrojenia w Europie jest dzisiaj niemożliwe, bowiem Europa przez ostatnie 30 lat skutecznie się rozbroiła. Właściwie to nasi bogatsi sąsiedzi z Unii Europejskiej drastycznie ograniczyli produkcję nowoczesnych samolotów, rakiet, czołgów i pojazdów opancerzonych. Francja, Niemcy, Austria i Włochy są w sytuacji militarnej o wiele gorszej niż my. Biorąc jednak pod uwagę, że nie sąsiadują oni z Rosją Putina, to sytuację – mimo wszystko – mają lepszą.

Podejrzewam, że te państwa liczyły na taki scenariusz – co prawda Putin może zająć także Polskę i kraje bałtyckie, ale przecież do Niemiec, Austrii, Francji i Włoch nie dotrze. Zresztą Putin nie musiałby trzymać swej armii w podbitej Polsce, wystarczyłoby mu zapewnienie zachodu o demilitaryzacji podbitych krajów, o neutralności politycznej Polski… tak zapewne myślały te najbogatsze kraje Europy.

Gdzie znaleźć czołgi, rakiety i inne takie narzędzia

Zatem nowoczesną broń Polska może kupić jedynie w Stanach Zjednoczonych – takie było nasze myślenie na początku tej wojny. USA, owszem, chciały być sprzedawcą uzbrojenia, ale znacznie później niż oczekiwała Polska. No i doszedł jeden istotny warunek: USA nie chciały się zgodzić na przekazanie Polsce technologii produkcji pocisków do armat i dział, ani też współpracy przy produkcji uzbrojenia rakietowego. Krótko mówiąc, USA chciały nam sprzedawać wszystko, ale w dogodnym dla nich czasie, za pieniądze jakie oni zechcą i bez żadnego wejścia ich nowoczesnych technologii do Polski.

USA chciały powtórzenia scenariusza, jaki już nam podyktowali przy sprzedaży pierwszych F-16. W umowie stało jak byk, że przy okazji zakupu tych samolotów, USA zobowiązały się do offsetu nowoczesnych technologii. Kiedy minęło parę lat, a żadne przedsięwzięcia technologiczne ze strony USA nie pojawiły się, ówczesny rząd upomniał się o ten offset. Wtedy USA przedstawiły naszemu rządowi listę amerykańskich inwestycji technologicznych. Listę otwierały wytwórnie Pepsi Coli i Coca Coli, jeszcze z epoki Gierka. Potem było jeszcze śmieszniej.

Ale, ku zaskoczeniu wszystkich, do stołu zasiedli też przedsiębiorcy z Korei Południowej, którzy chcą nam sprzedać porównywalne z amerykańskim uzbrojenie, po niższych cenach i z dużym offsetem. Dla Koreańczyków Polska może stać się wrotami do inwestowania i do sprzedaży własnej produkcji na całą Europę. Z tego co słychać, Koreańczycy chcą naprawdę zainwestować w rozwój najnowszych technologii w Polsce. Jako starożytny naród Wschodu wiedzą bowiem, że zyskiem trzeba się podzielić.

Elektrownie atomowe a uzbrojenie

Temperaturę interesu z bronią podgrzał też fakt, że Polska chce budować elektrownie atomowe. Do stołu zasiedli znowu Amerykanie i Koreańczycy. To wywołało już u Amerykanów ogromne oburzenie. „Jak to być może – mówili do mediów amerykańcy urzędnicy, co prawda niżsi rangą, aliści zawszeć to urzędnicy rządowi – to my Polskę bronimy, a Polska chce kupować elektrownie atomowe u Koreańczyków?”

Na razie stanęło na tym, że jedną elektrownię wybudują nam Amerykanie, a drugą Koreańczycy.

I za takie wyjście muszę rząd pochwalić. To jest po kupiecku.

Duch narodu

Amerykanie wierzą, że są największymi demokratami, że zbudowali swe państwo od zera, że niepłacenie ceł za herbatę jest oznaka wolności… Cóż, każda nacja ma swoje mity, które ją spajają. I z mitami nie należy dyskutować, są poniekąd dogmatami wiary. Ale… przy okazji następnych interesów z USA – pamiętajmy, że doktryna tego mocarstwa jest taka: „To, co jest dobre dla Wal-Mart Stores, Exxon Mobil, General Motors jest dobre dla Ameryki”. Nie dziwmy się zatem, że każdy kolejny ambasador USA w Polsce bardzo dba o interesy amerykańskich koncernów.

A my zachowujmy się jak dobry kupiec. Nie obrażajmy się i nie dajmy się obrażać. Interes to interes.

 

O Święcie Niepodległości AD 2022 pisze WALTER ALTERMANN: Kilka niestosownych uwag

Wiem co to jest niestosowność i wiem, kiedy co wypada, a kiedy lepiej zmilczeć. Wiem, że na weselu nie trzeba wspominać dawnych dziewczyn pana młodego i chłopaków panny młodej. Jeżeli zatem na dzień narodowego święta postanowiłem napisać kilka trudnych uwag, to przecież nie po to, żeby psuć nastrój.

Dla mnie Święto Niepodległości jest dniem mojej zadumy nad minionymi czasami i pochyleniem głowy przed cieniami dawnych bohaterów.

Jednakże ciesząc się z odzyskania niepodległości ojczyzny nie umiem zapomnieć, dlaczego doszło do rozbiorów, klęsk powstań i setek tysięcy ofiar. Powiem od razu, że żadnego 11 listopada nie ciągnie mnie do udziału w pochodach i wznoszenia okrzyków w tłumie. Nie mówię, że te manifestacje polskości nie mają wielkiego sensu, ale jak dla mnie za mało w nich czasu i miejsca na przemyślenie spraw minionych, a także na zastanowienie się nad naszą „współczesną dzisiejszością”. A współczesność Polski bardzo mnie martwi.

Potępieńcze swary

Pozwolę sobie kilka razy odwołać się do naszych romantyków. Po pierwsze – Mickiewicz, Słowacki i Norwid największe swe dzieła napisali na uchodźctwie. I nie znaleźli się we Francji dlatego, że opuścili ojczyznę dla lepszego materialnie życia. Jak tysiące im podobnych tułaczy byli ofiarami rozbiorów, wojen napoleońskich i klęski powstania listopadowego. Po drugie – Polska i jej losy były tematami ich życia. I należy im wierzyć w diagnozach, bo byli mądrzy oraz sami na sobie doświadczyli tego, co bolało pokolenia XIX–wiecznych Polaków. Przeważająca część twórczości Słowackiego jest próbą zrozumienia faktu, jak to się stało, że jedno z największych państw Europy upadło w niecałe 100 lat. Bo przecież od Wiktorii Wiedeńskiej do pierwszego rozbioru minęło ledwie 89 lat. Jedną z przyczyn, zdiagnozowaną przez Słowackiego, ale też Norwida i Mickiewicza była nieumiejętność wypracowywania kompromisu przez Polaków. Tak Mickiewicz pisał o tym w „Panu Tadeuszu”.

O tem że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za poznych żalów, potępieńczych swarów! (…)

A gdy na żale ten świat nie ma ucha,

Gdy ich co chwila nowina przeraża

Bijąca z Polski jako dzwon smętarza,

Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,

Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich!

 

Minęło prawie 200 lat od powstania „Pana Tadeusza”, a nadal wiedziemy potępieńcze swary. A może to jakaś genetyczna cecha narodowa lub może niedojrzałość polityczna całego narodu? Może to właśnie skutek rozbiorów? W każdym razie, z roku na rok wzrasta wzajemna podejrzliwość w obrębie własnego narodu. Czy my, Polacy, naprawdę nie potrafimy z sobą normalnie rozmawiać, szanując jednocześnie prawo adwersarzy do ich własnego zdania? Dlaczego każdy spór natychmiast przybiera obraz sądu ostatecznego, gdzie padają najcięższe argumenty. A w ich braku – bo ileż w końcu można powtarzać w kółko to samo – sięgamy po argumenty przodków – do jakiej partii czyj dziadek należał i jak dużą miała domieszkę krwi obcej babcia przeciwnika…

Co mówią cmentarze

Pojawiające się w grupach nacjonalistycznych, hasła rasowe są mi wstrętne. Ale nie tylko wśród ONR i jemu podobnych. Przecież ukazywały się w ostatnich latach książki pisane przez całkiem znane osoby, których to książek tematem było śledzenie pochodzenia narodowego przeciwników polityczny. Domniemanych przeciwników tychże autorów.

Tak się złożyło, że ostatnio często bywam na łódzkich cmentarzach i idąc niespiesznie alejkami, czytam napisy na nagrobkach. I naraz uderzyło mnie, że wśród ofiar rewolucji 1905 roku w Łodzi, wojno polsko-rosyjskiej, II wojny światowej i powstania warszawskiego jest ogromna masa niepolskich nazwisk. Głównie są to nazwiska niemieckie i żydowskie. Bo o niepodległość Polski walczyli także Polacy żydowskiego i niemieckiego pochodzenia. I im także należy się cześć i dobra pamięć. A może większa niż rdzennym Polakom?

A tu właśnie, w środę 9 listopada, sąd złagodził kary dla ONR-owców, którzy w Białymstoku wykrzykiwali hasło „A na drzewach oprócz liści, będą wisieć syjoniści”. Dziwne, że mimo wyroków w zawieszeniu, prokuratura domaga się uniewinnienia skazanych.

Może prokurator działa w myśl zachodnioniemieckiej myśli prawnej, która zakładała, że zamykanie w więzieniach neohitlerowców doprowadzi jedynie do powstania groźniejszych podziemnych grup?

Władza, czyli głęboka niedojrzałość

Jednym z przejawów naszej niedojrzałości politycznej jest przekonanie, że jakaś partia będzie rządzić aż do emerytury. To znaczy do emerytury posłów wybranych wcześniej z listy danej partii.

Jest faktem, że do władzy przyzwyczaić się jest niebywale łatwo. Szczególnie słabszym mentalnie i duchowo osobom. I jest faktem, że często władza degeneruje. Władza ma bowiem uroki, że  posła tytułuje się wysoko. Że mu się kłaniają, uśmiechają, wystąpi czasem w telewizji… A jeżeli jeszcze ów poseł jest ministrem… Mój Boże, toż nawet jego żona boi się do niego zbliżyć. Zresztą i poseł nie ma czasu na zbliżenia, bo ma tyle spraw na głowie, że tylko współczuć.

Zatem już sama wizja utraty miejsca w parlamencie, utrata stanowisk, przywilejów i czapkowania budzi w wielu ludziach władzy przerażenie. A człowiek przerażony gotów jest popełniać grubsze głupstwa niż człek spokojny. I nie piszę tu o obecnej władzy, bo każda poprzednia władza też miała syndrom „niespodziewanej utraty władzy”. A przecież wzięcie władzy równa się, po czasie, jej oddaniu. Dziwna choroba, gdy człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że kiedyś się zestarzeje, odda władzę, a w końcu umrze. Jeżeli nie jest to niedojrzałość, to co to jest?

Czy Piłsudski był ojcem narodu?

11 listopada przedstawiciele parlamentu, rządu i różnych partii złożą wieńce pod pomnikami Józefa Piłsudskiego. I słusznie, bo jest on symbolem odzyskania niepodległości. A my Polacy kochamy symbole. Ostatnio przed jednym z pomników Piłsudskiego składali kwiaty nawet ONR-owcy, których protoplastów więziono w Berezie Kartuskiej.

Losy Piłsudskiego doskonale oddają problem rozumienia władzy przez Polaków. Piłsudski miał przekonanie, że tylko on walczył o niepodległość, choć nie było to prawdą. Następnie miał jeszcze silniejsze przekonanie, że tylko on potrafi scalić i zbudować silną Polskę. Tu nie mamy dowodów, że inni też potrafiliby, bo Józef Piłsudski przeprowadził zamach majowy i władzy raz zdobytej już nie oddał. I tak bardzo wierzył w siebie, że nawet posunął się do założenia obozu, w Berezie Karuskiej. Tamże uwięziono nawet Wincentego Witosa, premiera rządu z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Jeżeli to nie jest rozprawą z przeciwnikami politycznymi, to co nią jest?

Tu przypomnę, że równie tragiczny los spotkał generała Tadeusza Rozwadowskiego, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego z czasów tej samej wojny. Piłsudski był potwornie zazdrosny, że część Polaków uważała generała za prawdziwego ojca sukcesu wojennego. Rozwadowskiego uwięziono i dręczono, zmarł przedwcześnie na skutek przeżyć więziennych.

Czy jest dla nas nadzieja?

Czy jest nadzieja, że kiedyś nasza klasa polityczna dojrzeje, dorośnie i politycy przeciwnych obozów zaczną ze sobą rozmawiać? Teoretycznie tak.

Ale wymagałoby to co najmniej trzech rewelacyjnych zdarzeń:

  1. Politycy musieliby się przyzwyczaić do myśli, że władza nie jest dożywotnim darem losu.
  2. Politycy musieliby założyć, że mogą się mylić.
  3. Trzeba by wybierać takich parlamentarzystów, którzy nie mają dużych i rozgałęzionych rodzin, żeby mogli angażować na państwowe etaty także ludzi nieskoligaconych.

Przesłanie na 11 listopada

Nie wszystko w naszej historii jest wielkie i wspaniałe. To myśmy sami – jako Polacy – zniszczyli własne państwo, co doprowadziło do rozbiorów. A skłócenie ówczesnych elit narodu było tak wielkie, że Sejm nie był w stanie ratować państwa. Potem, na szczęście, znalazło się wśród nas wielu, którzy własną krwią zapłacili za wskrzeszenie Polski. Pamiętajmy o tym, żebyśmy znowu nie byli mądrzy po szkodzie. Nie powtarzajmy grzechów ojców naszych. Niepodległość trzeba szanować.

Niestety, jesteśmy narodem płochym, niezbyt zdolnym do trwałych działań. Jako przykład, przypomnę uroczyste „pojednania” po śmierci papieża Jana Pawła II. Po dwóch tygodniach znowu zaczęli ganiać się z siekierami i maczetami po miastach.

A na zakończenie tych moich niewczesnych uwag, jeszcze jeden cytat z  romantyków. W „Kordianie” Juliusza Słowackiego Archanioł mówi do Boga:

 

Boże! Boże! Boże!

Skrzydeł pióry otarłem o ziemię,

Krwawa była — widziałem! widziałem!

Za grzechy ojców w groby kładące się plemię,

Lud konał… gwiazda gasła… za gwiazdą leciałem —

Lud skonał…

Czas, byś go podniósł, Boże lub gromem dokonał.

A jeśli Twoja dłoń ich nie ocali,

Spraw, by krwi więcej niźli łez wylali…

 

Niemcy to taki kraj, który boi się i kocha Rosję jednocześnie. Takie pamiątki są do kupienia we Frankfurcie nad Menem. I to na międzynarodowym lotnisku. Fot. HB

WALTER ALTERMANN: Granie pod publiczkę i kontrowanie Scholza

W teatrze i polityce jest niedopuszczalne właśnie tzw. granie pod publiczkę. W teatrze jest to popis złego gustu, gdy aktorzy zniżają się do wygłupów, żeby tylko rozśmieszyć widzów, żeby mieć kilka oklasków i śmiechów. W polityce krajowej natomiast skutkiem „gry pod publiczkę” jest rozbudzanie niezdrowych namiętności elektoratu, podsycanie oczekiwań ponad miarę sytuacji ekonomicznej kraju. Mężem stanu jest ten, kto stawia przed narodem sprawy jasno, wytycza mu nowe cele. I nie schlebia. Ci, którzy tylko wyborcom schlebiają to tylko politycy.

Prowadzenie polityki jest w ogóle subtelną grą, która powinna toczyć się w ciszy gabinetów. Chyba, że chodzi o Rosję Putina. Jego to nie dotyczy, bo ten osobnik w nic nie gra, ograniczając się jedynie do brutalnej wojny. Tak zresztą Rosja od wieków rozumiała i rozumie współżycie z innymi narodami. Teraz do wąskiego repertuaru rosyjskiej polityki doszło też przekupstwo szantaż – jak z gazem, na użytek Niemiec i całego zachodu Europy. Mordowanie obywateli Ukrainy i wystawianie na śmierć własnych obywateli, to wszystko, co Rosja umie. To już nie jest gra pod publikę. To jest granda i hucpa, czyli bezczelność mordercy.

Kontra kontrze

Ostatnimi laty nasila się u nas używanie języka filozofów – głównie niemieckich – w debacie publicznej. Jednym z objawów nierozumnego używania pojęć, właśnie rodem z filozofii, jest słówko „kontra”, dodawane, gdzie tylko się da. Słyszałem już, że coś jest kontr-skuteczne. Teraz jednak usłyszałem od dziennikarki, że ktoś tam jest kontr-celebrytą.

Oczywiście dziennikarka mogła powiedzieć, że pan, o którym mówiła, nie jest celebrytą, że nie zachowuje się jak przeciętny celebryta. Ale dziennikarka chciała błysnąć znajomością najnowszych trendów, najbardziej „gorącego” języka i palnęła jak palnęła. Gdyby jeszcze chodziło jej o to, że ktoś zwalcza celebrytów i celebrytyzm, że postawa szpanowania, stroszenia się w przerzedzone piórka i udawanie osoby ważnej społecznie, która ma coś istotnego do powiedzenia światu – jak to u celebrytów jest w normie – zrozumiałbym wywód. Ale co znaczy kontr-celebryta? Tego chyba sama dziennikarka nie wie.

Są też w obiegu takie słówka jak a-skuteczny, zamiast nieskuteczny. Natomiast powszechne już określenie, że coś jest kontr–skuteczne oznacza po prostu, że jakieś działanie przynosi skutki przeciwne do zamierzeń. Ja wiem, że na tłumaczenie wytrychów językowych z angielskiego, niemieckiego trzeba mówiąc po polsku dwóch trzech słów więcej. Ale wyboru nie ma, jeśli chce się być politykiem, lub dziennikarzem polskim. Nie to, że działającym i zarabiającym w Polsce, ale po prostu polskim. To jest właśnie kwestia narodowej dumy.

Niemcy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ

Niemcy są gotowe do bycia stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ – oznajmił kanclerz Olaf Scholz. Kilka dni wcześniej powiedział też, że Niemcy są gotowe do bycia siłą przywódczą Unii Europejskiej. Zastanówmy się nad tymi dwoma oświadczeniami.

Pierwszym wnioskiem, płynącym z najprostszej interpretacji słów kanclerza Niemiec, jest to, że Niemcy uznały, iż czas rozliczeń II wojny światowej już minął, że nie ma już co wracać do sprawy rozpoczętej 83 lata temu, a zakończonej 5 lat później.

Pozwolę sobie mieć inne zdanie niż kanclerz Scholz. Uważam, że jego nerwowość, jego oczekiwanie, że świat już zapomniał i mówi Niemcom: „Ach, co było to było, nie ma sprawy, w sumie drobnostka…” To oczekiwanie kanclerza jest niestosowne i typowe dla niemieckiej polityki ostatnich lat. Spróbujmy jednak zrozumieć skąd takie postawy w Niemcach się biorą.

Przede wszystkim nie było jednej II wojny światowej dla wszystkich.

  1. Inna była ta wojna dla Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Rosjan.
  2. Jeszcze inna natomiast była II wojna światowa dla Francuzów, Holendrów i Duńczyków. Oni nie zaznali takiego okrucieństwa i bestialstwa jak ta „pierwsza grupa”. Niemcy zaliczyli obywateli tych państw do grupy nordyckiej i niejako na siłę uczynili z nich swoich ludzi, których da się oswoić.

III. Trzecią grupę tworzą ci, którzy przeżyli wojnę jak Słowacy i Czesi. Tam również nie było wielkich zbrodni niemieckich, rujnowania miast, przemysłu i infrastruktury.

  1. Inaczej też niż my, będą wspominać wojnę obywatele Węgier i Rumunii. których rządy kolaborowały z Hitlerem i wysłały swych obywateli na wojnę z Rosją.
  2. Mamy jeszcze w Europie Austrię i Włochy. Austriacy zostali wcieleni do Rzeszy, nie bez entuzjazmu większości obywateli Austrii. Włosi natomiast stworzyli faszyzm i byli, póki mieli siły, wspólnikami Hitlera.
  3. Mamy także w Unii Europejskiej Hiszpanów i Portugalczyków, którzy nie brali udziału w wojnie, ale gospodarczo i politycznie wspierali Niemców.

Są zatem tak różne obrazy jednej wojny i mamy sytuację, w której podświadomie obywatele tych państw będą myśleć, że wojna była taka sama jak u nich. I większość z nich powie, jak na przykład Francuz: „Tamta wojna była straszna, kraj podzielony na dwie strefy, te braki w zaopatrzeniu, ten widok Niemców w mundurach. Dobrze, że działały teatry, że kręcono francuskie filmy. Ale w sumie naprawdę było przykro.”

I zauważmy też, że przez prawie czterdzieści powojennych lat zachodni Niemcy mieli do czynienia jedynie z państwami, które hitlerowcy nie potraktowali tak brutalnie jak nas. Żyli ci powojenni Niemcy coraz bardziej wśród przyjaciół z Unii Europejskiej, która stawiała interesy nad wszystko.

Trzeba tu też wspomnieć, że to USA odstąpiły od denazyfikacji, od ścigania zbrodniarzy hitlerowskich i wsparły powojenną odbudowę Niemiec. I dość szybko się zaprzyjaźniły z Niemcami. Miały w tym interesy gospodarcze i polityczne. Pomoc gospodarcza dla Niemiec nie była bezinteresowna. Polityczna również. USA zobaczyły w Niemcach potencjał gospodarczy i militarny na przypadek wojny w ZSRR.

Czy możemy zatem tak oczywiście dziwić się, że kanclerz Olaf Scholz zgłasza teraz Niemcy na stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, że stwierdza również, iż Niemcy są gotowe przewodzić Unii Europejskiej?

No i mamy poważny problem. Czy UE ma być związkiem wolnych państw, czy też ktokolwiek ma jej przewodzić? Kanclerz widzi Unię jako kontynuację Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Nie bardzo mi się to widzi. Tym bardziej, że to właśnie Niemcy chcą być cesarzem.

A my? Co my na to? Trochę późno, ale dobrze, że przypominamy Niemcom czego dokonywali w Polsce. No i najważniejsze. Jakie to zasługi dla bezpieczeństwa Europy i świata mają współczesne Niemcy, żeby teraz przewodzić UE i być członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ? Czyżby miała to być polityka wobec Rosji? Niemiecka zgoda na uzależnienie się od rosyjskiego węgla i gazu? To naprawdę nie są przyzwoite rekomendacje.

Musimy też pamiętać, że ogromna część Polaków, urodzonych po 1945 roku, doznała jednak jej skutków. Odbudowa kraju kosztowała nas ogromne sumy, bo było zniszczonych 60 procent majątku narodowego. Po wojnie płaciliśmy za odbudowę nędznym poziomem życia i powszechnymi brakami.

Tu warto dodać i to, że bez Niemców nie byłoby w Polsce prawdopodobnie, rządów komunistów i dominacji sowieckiej. Być może Polacy do rządzenia wybraliby partie lewicowe, ale demokratyczne. A w systemie moskiewskim nie mieliśmy na to nawet szansy.

I nie chodzi mi o odszkodowania, o reparacje wojenne – naprawdę. Mnie chodzi o zwykłą przyzwoitość. Bo ciągle jeszcze mam w oczach przerażający widok ruin Warszawy, Wrocławia i Gdańska. Dla moich rodziców nie były to również widoki oczywiste, ale oni przeżyli wojnę, więc w dużym stopniu wiedzieli skąd się to wzięło, kto to zrobił, kto był tych makabrycznych widoków sprawcą. Jednak dla mnie, kilkulatka były to przeżycia wstrząsające i dlatego ciągle mam je w oczach.

Może zatem trzeba jeszcze poczekać, aż zamknę oczy ja, aż pomrą wszyscy ci, którzy urodzili się zaraz po wojnie, ale latami odczuwali jej skutki?

 

Czym bardziej się ktoś stara, tym częściej zza klasycznych dekoracji wyziera współczesność... Fot. archiwum HB

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna (2 – ost.)

 

 

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

Dokończenie.

 

Wierszem a jakby prozą

Niestety, najpoważniejszą słabością, a właściwie już ciężką chorobą, jest w BALLADYNIE  Wojciecha Adamczyka nieumiejętność grania wierszem. Generalnie mówiąc – dzisiaj aktorzy nie potrafią już grać, mówić wiersza. Tak też stało się w omawianym dziele, poza nielicznymi wyjątkami. Jest to skutek dążenia reżyserów i aktorów do bycia naturalnymi.

Naturalność, owszem, zalecana jest w czynnościach fizjologicznych, ale teatr to sztuka, czyli zakładana i błogosławiona sztuczność. Jest jednak w obsadzie aktor, który wiersz mówi doskonale. Jest nim i tu chylę czoła, Krzysztof Gosztyła. Może jego sceniczni koledzy powinni pobierać u niego lekcje? A pan Gosztyła powinien brać za godzinę lekcyjną bardzo dużo. Bo dobra wiedza, fachowość muszą kosztować.

Jeszcze wyższym piętrem trudności jest granie w sztukach pisanych wierszem. Bo już sam wiersz jest sztuczny. I tylko Pan Jourdain Moliera cieszy się, gdy okazuje się, iż mówi prozą. Zdaje mi się, że dla większości polskich aktorów wiersz jest męczarnią, bo nakłada obowiązek znalezienia frazy i rytmu, odczytania wyrazów akcentowych… Jest jeszcze trudniej, bo wiedza, że cezura nie jest jedynie miejscem na złapanie oddechu, że przed cezurą mamy słabą pozycję sylaby, a po cezurze mocną… ta wiedza jest przeważającej grupie aktorów nieznana.

I to jest wielki problem. To jest już nawet kłopot narodowy, bo Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Fredro i Wyspiański jednak pisali wierszem. Jeżeli zatem mówimy o ochronie dziedzictwa narodowego, to są to słowa co najmniej bez pokrycia. Przynajmniej w teatrach naszych.

Są w archiwach Polskiego Radia nagrania kilku pisarzy, którzy czytają swoje wiersze. Na przykład nagrania Władysława Broniewskiego. Może warto by wznowić te nagrania? Wtedy wielu ludzi mocno by się zdziwiło, bo Broniewski swoje wiersze wręcz śpiewał. Bo tak rozumiał i czuł wiersz.

Ogromną winę ponoszą szkoły, które z maniakalnym uporem uczą tego, co poeta miał na myśli. A powinny też lub głównie, uczyć tego, jak autor zakodował swój poemat, balladę, sonet. Poezja i teatr to nie tylko treść, to także, a może przede wszystkim – forma.

Dlatego my, współcześni jesteśmy głusi na poezję i nie rozumiemy jej. Bo nie można rozumieć poezji przez treść, gdy jednocześnie nie rozumie się tego, co jest zaklęte w doskonałą formę, jak u naszych wielkich klasyków oraz Broniewskiego, Tuwim, Lechonia i Grochowiaka.

BALLADYNA Górkiewicza i Kantora

Czy zatem dramaty klasyczne, jak właśnie BALLADYNA są skazane na zapomnienie lub sceniczną klęskę? Na pewno nie. Pod warunkiem, że reżyserzy będą mieli pomysły, wywiedzione z utworu, a nie z otaczającej go własnej współczesności.

Taką doskonałą realizacją BALLADYNY była inscenizacja w krakowskim Teatrze Bagatela, której reżyserem był Mieczysław Górkiewicz, a scenografię stworzył Tadeusz Kantor. Tu trzeba zaznaczyć, że scenografia Kantora była już właściwie całą inscenizacją, stwarzała cały świat spektaklu.

Zaczynało się w półmroku, w którym dwóch grabarzy, a może średniowiecznych oprawców wciągało na scenę, przy pomocy potężnych metalowych haków, niską platformę. Na tej platformie była duża dzieża, w której stała Balladyna i gołymi nogami, w zakasanej spódnicy deptała glinę, może na załatanie ścian rozpadającej się chałupy? Ta dzieża, ta Balladyna w brudnej i znojnej pracy, wszechobecne nędza i brud były pierwszym sygnałem kim jest, z jakiego stanu wywodzi się główna bohaterką. Potem Kirkor, zaczarowany na rozkaz Goplany, dostrzeże w tej chałupie, w tych dziewczynach piękno… No tak, bo był zaczarowany.

Kantor stworzył kostiumy ponadczasowe, wyciągnięte jakby z przeszłości, ale przecież nie będące kopią czegokolwiek. No, tak, ale Kantor był geniuszem teatru.

Spektakl był porażający artystycznie. Przeżywało się go też mocno, bo wszystko było w nim teatrem, w którym grano teatr jako przypowieść. Gdyby zapytano mnie, gdzie działa się BALLADYNA Górkiewicza i Kantora musiałbym powiedzieć: w osobnym świecie, osobnego teatru. Zupełnie tak, jak opisywał to w liście do Krasickiego Słowacki. Zacytujmy fragment: …niechaj tysiące anachronizmów przerazi śpiących w grobie historyków i kronikarzy: a jeżeli to wszystko ma wewnętrzną siłę żywotajeżeli instynkt poetyczny był lepszym od rozsądku, który nieraz tę lub ową rzecz potępił: to Balladyna wbrew rozwadze i historii zostanie królową polską — a piorun, który spadł na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów przeszłości…. ja z Polski dawnej tworzę fantastyczną legendę, z ciszy wiekowej wydobywam chóry prorockie.

Premiera spektaklu w Bagateli miła miejsce 26 października 1974 roku.

Goplana na skuterze

W tym samym roku, 8 lutego 1974 roku. miała też premierę słynna BALLADYNA Adama Hanuszkiewicza, Spektakl Hanuszkiewicza był dziwaczny, nawiązywał do popkultury, epatował skuterami, na których jeździli Goplana oraz Skierka i Chochlik. Co to miało wspólnego ze Słowackim? Nic. Ale płocha Warszawa oszalała na punkcie spektaklu. Widzom i recenzentom nie przeszkadzało, że Hanuszkiewicz bawił się setnie, nieodpowiedzialnie i frywolnie. Owszem, były dwie recenzje bardzo krytyczne, ale władza nie pozwoliła na ich druk, bo wtedy jeszcze Hanuszkiewicz był pod ochroną i pisać o nim można było tylko dobrze, albo wcale.

Muszę powiedzieć, że inscenizacja Górkiewicza i Kantora padła ofiarą spektaklu Hanuszkiewicza. Krakowski spektakl nie miał należnego temu dziełu rozgłosu. Ale pozostał w pamięci, tych, którzy go widzieli. Ja widziałem i wspominam jako dzieło wybitne.

Przepraszam za głos krytyczny, że nie wszystko mi się w teatrach podoba, ale tak świat pojmuję, jak pisał ojciec polskiej krytyki teatralnej Stanisław Koźmian. W jego artykule „Teatr Krakowski w jesieni 1869 roku”, czytamy:

„Dla Krakowa teatr pod względem życia umysłowego i społecznego, jak nawet i ekonomicznego, ma niemałe znaczenie: jednym słowem jest jedyną nieco szlachetniejszą i umysłową rozrywką w naszym mieście. Nareszcie niepodobna zaprzeczyć, że teatr krakowski wielkie w ostatnich latach zrobił postępy; a jeżeli nie doszedł do doskonałości, to przynajmniej odznaczał się tą szlachetną dążnością osiągnięcia jej kiedyś. Doprawdy szkoda by było, gdyby to wszystko miało zmarnieć. A jednak pomimo najlepszych chęci dyrekcji, o których nie wątpimy, pomimo pracy zasłużonych i utalentowanych artystów , musiałby on stopniowo upadać, a w końcu upaść, gdyby publiczność i krytyka przestały otaczać go tą życzliwą opieką i rozciągać nad nim tę sympatyczną kontrolę…”

 

 

 

Niektórzy współcześni interpretatorzy "Balladyny" zachowują się, jak szatniarze z "Misia" Barei: "Nie mamy pańskich malin... Bierz pan warzywa, zdrowsze" Fot. archiwum HB

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna

Spróbuję napisać recenzję, ale – jak to u mnie notorycznie bywa – z pewnością recenzja rozwinie się w coś grubszego. Dlatego na początku przedstawię typową recenzję, a potem – już dla bardziej wytrwałych czytelników – kilka nasuwających mi się depresyjnych myśli.

RECENZJA WŁAŚCIWA

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

BALLADYNĘ zrealizowaną w Teatrze Telewizji Polskiej, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, zobaczyłem z niemal rocznym opóźnieniem, ale że mamy do czynienia z wielką klasyką naszej literatury dramatycznej, pozwolę sobie teraz odnieść się do dzieła.

Dramat Słowackiego – wbrew pozorom – nie jest do wystawienia łatwy, tym bardziej w realizacji telewizyjnej. W teatrze zespół ma jakieś 3-4 miesiące na doprowadzenie do premiery. W telewizji jest tego czasu niebezpiecznie mniej. Napisałem to, będąc świadomym kłopotów jakie czekały na pana Wojciecha Adamczyka, co musi powodować, że recenzent, w ocenie realizacji telewizyjnej, musi być trochę bardziej pobłażliwy dla efektu.

Niemniej, nie to spowodowało, że BALLADYNA w reżyserii Adamczyka. jest realizacją nieudaną. Przede wszystkim – tak sądzę – reżysera uwiodła teoretyczna łatwość wystawienia tej sztuki, będącej po trosze okrutną bajką, po trosze kopią krwawych dramatów Szekspira. Ale to złudzenie, bo Słowacki zastawił na reżysera kilka pułapek.

Żeby to jakoś przybliżyć niezbyt zaznajomionemu z tajemnicami teatru czytelnikowi, opowiem anegdotkę. Pewien mój znajomy reżyser, zaraz po studiach, otrzymawszy etat w dużym teatrze, otrzymał też od dyrektora propozycję zrealizowania ANTYGONY. Wtedy, w gabinecie dyrektor rozegrał się taki dialog:

– Bardzo dziękuję panu dyrektorowi – powiedział młody reżyser – ale czy oczekuje pan ode mnie dzieła artystycznego, czy lektury szkolnej?

Najpierw dyrektor się żachnął, ale po chwili powiedział:

– Lektury.

Obaj panowie dali tym samym świadectwo swej dojrzałości. Nie da się bowiem zarazem być odkrywcą tajemnic BALLADYNY oraz rzetelnie przedstawić, w klasyczny sposób, fabułę i dać aktorom szanse na stworzenie interesujących ról.

Myślę, że Wojciech Adamczyk nie zadał sobie pytania podstawowego: interpretuję czy rzetelnie opowiadam historię napisaną przez Słowackiego. Dlatego znajdujemy w realizacji telewizyjnej Adamczyka momenty znane już z innych realizacji oraz momenty, z których wynika, że reżyser postanowił „zaszaleć”.

Skutkiem braku decyzji reżysera co do konwencji, jednorodnego stylu dramatu mamy dosłowny galimatias stylistyczny. I z pewnością nie jest to skutkiem myślenia „neomodernistycznego”, ale zwykłego niedomyślenia sprawy.

I choć jestem fanem RANCZA, który to serial Wojciech Adamczyk tak dowcipnie i sprawnie wyreżyserował, to w przypadku BALLADYNY muszę stwierdzić, że spektakl jest niedobry, manieryczny i w żadnym względzie „nie zachwyca”. Jest jeszcze gorzej, bo oprócz wspomnianej realizacji manierycznej, zaprezentowano, obok znanych standardów tego dramatu, „pomysły własne reżysera”.

Wygląda na to, że reżyser miotał się pomiędzy szekspirowskim dramatem władzy a draką w Bronxie, czy Pruszkowie. Nie ma także jednego stylu, jednej stylistyki w grze aktorów, niewielu z obsadzonych w BALLADYNIE potrafiło skupić na sobie uwagę.            A jeszcze mniej potrafiło mówić wiersz. Chwilami odnosiło się wrażenie, że sztuka grania utworów pisanych wierszem jest aktorom nieznana. Na tle tak grającego zespołu, chlubnym wyjątkiem jawił się Krzysztof Gosztyła jako Kanclerz.

I tyle byłoby z klasycznej recenzji. Wytrwałych zapraszam do poniżej objawianych myśli recenzenta, które „naszły go” go w związku z oglądanym w telewizji dziełem.

DODATEK DO RECENZJI

O wolność dla pioruna

Gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych Włodzimierz Sokorski napisał artykuł „O wolność dla pioruna”. Był to ważny tekst ówczesnego ministra kultury i sztuki, bo kończył niejako z doktrynalnym realizmem socjalistycznym. W swoim tekście Sokorski łagodnie wyśmiewa współczesne mu realizacje klasyki, w których reżyserzy jak ognia wystrzegali się udziału mocy nadprzyrodzonych. Rozumowali bowiem tak: skoro Boga nie ma, to nie może przecież w teatrze socjalistycznym istnieć boska interwencja. Dlatego reżyserzy Balladyny uśmiercali tytułową bohaterkę nie przy pomocy pioruna, ale gotowali jej śmierć „realistyczną krytycznie”, dla przykładu, na zawał serca.

I oto, po blisko 70-ciu latach od tekstu o uwolnienia pioruna, Wojciech Adamczyk każe umierać Balladynie wskutek poślizgnięcia się na malinach, które rozrzuca na scenie Alina. Efekt jest komediowy. Miało być metafizycznie, a wyszło śmiesznie. Dlaczego Adamczykowi przeszkadzał piorun, a nie przeszkadzało widmo zamordowanej Aliny? I nie dziwiło go, że to zabita szeroko rozsypuje „owoc leśny”? Słowacki napisał, że Balladyna ginie od uderzenia piorunem, bo Bóg musiał ukarać morderczynię i dręczycielkę. I tak powinno zostać. Majstrowanie przy klasykach zawsze kończy się niedobrze. A przecież Słowacki napisał w didaskaliach: Piorun spada i zabija królowę — wszyscy przerażeni.

Królowa czy pankówa

Poważnym kłopotem tej inscenizacji jest potraktowanie przez reżysera tytułowej postaci, czyli Balladyny. Słowacki „skroił” ją na miarę wielkich heroin. Balladyna ma, według Słowackiego, wielki charakter, ale nie ma sumienia. Jest wielka w swych dążeniach, ale jest pozbawiona uczuć.

Co otrzymujemy u Adamczyka? Jego Balladyna jawi się jako przywódczyni współczesnego młodzieżowego gangu. Jest znerwicowana, pozbawiona demonicznej siły. Podejrzewam, że cały dramat oraz pani Katarzyna Ucherska, jako Balladyna, padli ofiarami reżyserskiej chęci uwspółcześnienia utworu. I jest to, niestety, maniera zbyt wielu dzisiejszych reżyserów. Na siłę, bez istotnego rozumienia sensu utworów robią wiele, by na siłę, łopatologicznie „przybliżyć klasykę współczesnemu widzowi”. Jest w tym jakieś szaleństwo. I przerażająca niewiara w widza. Przecież średnio rozgarnięty widz dostrzeże, pojmie i przyswoi sobie, że takich Balladyn, Henryków czy Konradów mamy także w dzisiejszych czasach. Czyż nie lepiej byłoby skupić się na dramatyzmie akcji, na niuansach postaci, niż poświęcać czas i energię na uwspółcześnianie, dajmy na to, Hamleta?

Jest w takiej postawie pewien arywizm, głębokie przekonanie, że świat dzisiejszy jest lepszy niż czas zaprzeszły. Niekiedy, gdy widzę takie przeróbki klasyki mam ochotę zapytać reżysera: A kto zmuszał pana do wybrania klasyki? Przecież wśród współczesnych utworów na pewno by pan coś znalazł.

Niestety do klasyki trzeba dorosnąć. Bo z pewnością nie da się jej zagrać metodą na współczesną prawdulę.

Człowiek, który dzisiaj spaliłby, lub zburzył, zabytek architektury, wpisany na listę zabytków, odpowiadałby przed sądem. Ale już zniszczenie DZIADÓW czy WESELA uchodzi płazem. Gorzej, bo uchodzi za nowatorstwo. I daje kilku nowoczesnym recenzentom okazję do zarobku, a platformom plotkarskim do pisania o twórcy w kategoriach celebryckich.

 

 

Dyskusje z Germanofilami polskiego pochodzenia o wyższości Niemiec nad wszystkim, z reguły, kończą się kiedy zaciekli "antykomuniści" znad Renu okazują się bardzo lubić Rosjan. A na jednym z największych lotnisk na świecie, we Frankfurcie nad Menem kupić taką można "pamiątkę z kraju ludzi kulturalnych" Fot. HB. 16 czerwca 2022 r. sklep z "pamiątkami" na w/w lotnisku, ale przynajmniej nie było miniaturki krzyża z liśćmi dębu...

WALTER ALTERMAN: Przykra rozmowa z Polko-Niemką

W jednym z mikro opowiadań Michaiła Zoszczenki jest postać określona jako „były Polak”. Osobnik ten jest niebywale śmieszny, bo żyjąc od dawna w Moskwie ciągle podkreśla, że nie jest już Polakiem. Ale im częściej to powtarza, tym bardziej dla rdzennych Rosjan Polakiem jest. To z kolei zmusza go do jeszcze bardziej aktywnego wchodzenia w skórę Rosjanina.

Nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś, kto w pewien sposób będzie podobny do tego bohatera Zoszczenki. A jednak… Miałem ostatnio nieprzyjemność rozmowy, lub mówiąc ściślej kłótni z kobietą, która – będąc Polką – w stu procentach reprezentuje niemiecki sposób myślenia, niemieckie postrzeganie historii Polski i niemieckie osądy Polaków. Ale po kolei.

Porwana za młodu

Kim jest osoba, której postawa zmusza mnie do pisania o „zajściu”? Dziś ma jakieś 45 lat. Mając jednak lat 20 poznała starszego od siebie o 25 lat Niemca, dla którego rzuciła studia techniczne i za którego wyszła, a potem zamieszkała z nim w Niemczech. Można powiedzieć, że dwadzieścia lat to sporo. Dla sportsmenki byłby to kwiat wieku, ale dla niewykształconej dziewczyny to ledwie dzieciństwo, taki stan nieopierzenia intelektualnego, światopoglądowego również.

Małżonek Pani nie jest byle kim. To intelektualista, człowiek znany i ceniony w niemieckich elitach, pracujący w mediach, kulturze i sztuce. To ważne dla dalszego zrozumienia sprawy. Bo mam podejrzenia, że poglądy, które Pani zaprezentowała mi w czasie burzliwej awantury, są poglądami jej męża, które ona przyswoiła sobie jak własne, jak przez osmozę.

Jakieś dwa lata temu Pani przeprowadziła się z powrotem do Polski. Nie jestem plotkarzem, ale chyba stadło się rozpadło, choć relacje między byłymi małżonkami są poprawne – jak to u kulturalnych ludzi Zachodu bywa.

Pani jest kobietą zdecydowaną w poglądach, a tubylców, wśród których znowu mieszka, traktuje z góry i jest wielce zaskoczona, gdy któryś z Polaków ma inne zdanie niż ona.

Komuna kontra hitleryzm

Do kłótni doszło przypadkiem, okoliczności wstępne są naprawdę nie istotne. Właściwa rozmowa zaczęła się od tego, że Pani zaczęła – prawie krzycząc – twierdzić, że wszystko co Polskę najgorszego w XX wieku spotkało to komunizm. I było to wyraźnie pod moim adresem, jako domniemanego przez nią wielbiciela komuny.

Trochę oniemiałem, ale szybko dotarło do mnie, że poza komuną świat w XX wieku miał do czynienia jeszcze z kilkoma innymi formacjami ideowymi. Więc mówię:

– Oczywiście ma Pani rację, że komuna była okropna, W Polsce szczególnie do końca lat pięćdziesiątych, ale też nie zapominajmy o różnej maści faszyzmach. No i najgorszym z nich – hitleryzmie.

– Ale hitleryzm wybuchł, bo Niemcy po I wojnie światowej naprawdę za dużo straciły – mówi Pani. – No i te okropnie wysokie reparacje wojenne…

– A wie Pani – mówię do niej – co to były Prusy Południowo-Wschodnie?

– Nie, nie wiem. Ale to chyba nieistotne.

– Ale warto wiedzieć – mówię. – Tak Prusacy po III rozbiorze Polski określali urzędowo tereny Warszawy, Łodzi i okolic. Nie sądzi Pani, że to przejaw odwiecznej niemieckiej buty? I jeszcze jedno. Wie Pani, że pod panowaniem Prus po rozbiorach znalazło się aż 60 procent Polaków?

– Ale w 1919 roku minęło już tyle lat od rozbiorów… – mówi z uśmiechem Pani.

– Czyli po 123 latach najpierw Prusacy, a potem wszyscy Niemcy, mieli już prawo przyzwyczaić się do tego, że Gniezno, Poznań, Gdańsk, Warszawa, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, i całkiem spory kawałek Górnego Śląska są ich terenami? A potem – jak Polska odebrała co swoje, to Niemcom było smutno?

Pani posiniała, co u ładnej, dojrzałej kobiety zawsze jest przykre.

– Ale dlaczego rozmawiamy o Niemcach i hitleryzmie? Mnie chodziło o komunę – mówi Pani.

– Bo gdyby nie Niemcy, pod wodzą Hitlera, to prawdopodobnie komuny by w Polsce nie było.

Jak zauważyłem Pani gotowa była potępiać jedynie komunę. Rozmowa o Niemcach sprawiała jej przykrość. Nie jest ładnie dręczyć kobiety, ale postanowiłem nie odpuszczać.

– A słyszała Pani o zbrodniach jakich Niemcy dopuszczali się w czasie wojny na Polakach?

– Owszem – mówi Pani – ale to była wojna, a na każdej wojnie różnie bywa… Potem na pewno jakoś Polacy by się z Niemcami dogadali.

– Oczywiście – mówię – ale pod jednym warunkiem.

– Jakim? – pyta Pani zdziwiona.

– Że wskrzesiliby te miliony pomordowanych obywateli Polski, w tym naszych obywateli pochodzenia żydowskiego.

– Pan ciągle o tej wojnie i wojnie, ja myślę o tym, co mogło być po wojnie – mówi Pani. – Na pewno szłoby się dogadać. Niemcy to naprawdę kulturalny naród. I musi pan przyznać, że w Niemczech panuje prawo i porządek, nie to co w Polsce.

– Mówi pani prawo i porządek… Ale jakoś niemieckie prawo zezwoliło, żeby hitlerowski współtwórca ustaw rasowych, niejaki Hans Globke był po wojnie szefem Urzędu Kanclerza Federalnego. Żeby zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth, generał SS, odpowiedzialny za masakrę ludności cywilnej w czasie tłumienia powstania warszawskiego, po wojnie – juz od roku 1951do końca lat sześćdziesiątych był burmistrzem Westerlandu, a także posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.

– Ale to była wojna – Pani tłumaczy mi to jak komu dobremu, czyli jak idiocie.

– Nie, proszę Pani – to była już okupacja. Nie sądzi pani, że Niemcy nie rozliczyli się ze swoją historią, nie zrobili rachunku sumienia?

Pani wzdycha jak hrabini nad upartym chłopkiem, ktory domaga się sprawiedliwości, czyli dania mu złotówki za przejechaną gęś. i mówi:

– Widać, że uczyliśmy się z innych książek.

– Oczywiście, jak z tych pisanych po polsku – mówię.

Wnioski

Są trzy.

Po pierwsze, nasi wspólnie znajomi postanowili, że więcej jednocześnie nas zapraszać nas nie będą.

Po drugie, to co myśli Pani, która wybrała Niemca, można by pominąć, bo nierozgarniętych pań i panów jest u nas wystarczająco dużo. Bardziej szokuje mnie to, że swojego politycznego myślenia Pani nauczyła się – bez cienia wątpliwości – od męża. A jest to człowiek niemieckich elit. Strach bierze pomyśleć, że tak jak on myślą obecne niemieckie „znaczące” osoby.

Po trzecie, zastanawiam się czy od 1990 roku wszystkie siły polityczne w Polsce nie za bardzo odpuściły Niemcom, skupiając się jedynie na komunie i wszetecznej Rosji? Trzeba było aż obecnej postawy Niemiec w sprawie wojny na Ukrainie, żeby obudzić się? Oczywiście – jak zawsze my – z ręką w naczyniu nocnym.