Fot. Pixabay

WIKTOR ŚWIETLIK: Jak tam funkcjonariusze?

Kariery słów, haseł i sloganów potrafią być bardzo zaskakujące, a to co niedawno było modne lub wzniosłe po krótkim czasie potrafi być największym obciachem. Myślę, że najpoważniejszy z tym problem będzie miała ta formacja polityczno-medialna, dla której kategorie trendu i obciachu były zawsze dużo ważniejsze niż jakieś, nomen omen obciachowe, dobro społeczne czy racja stanu.

 Weźmy taką „Julkę”. Kiedy w 2020 roku, na zgubę PiS, upartyjniony jak zawsze Trybunał Konstytucyjny zaczął grzebać przy ustawie aborcyjnej, wybuchły wielkie protesty, w których wzięła udział dzieciarnia. Mało kumata za to wymęczona pandemicznym terrorem. „Liberalne” (czytaj: lokujące swoje interesy w rządach PO) media zaczęły lansować postać młodej rewolucjonistki, która zyskuje coś w rodzaju świadomości klasowej, bo naruszane są jej prawa, a hasła o j… i wyp… to jej najbardziej szlachetna broń. Kilka miesięcy później szacowne jury konkursu na „młodzieżowe słowo roku” ocenzurowało pierwsze miejsce i go nie uznało. Miała wygrać je „Julka”. Ta Julka już nie była tą szlachetną, świadomą siebie polską Marianną, a niekumatym, ale bardzo chcącym „brać w czymś udział”, dziewczątkiem wykorzystywanym przez polityków i wielkie koncerny. W sumie ta Julka została z nami, ku krzywdzie zresztą wielu mądrych Julii, do dzisiaj.

Jeszcze mocniejsze, choć bardziej rozłożone w czasie, zjawisko dotyka czołowych haseł i medialnych graczy antypisowskiej rewolucji. Niedawno przypadkowo spotkałem kilku znajomych, którzy mocno się angażowali w walkę z PiS-owską opresją na każdym kroku, nawet przy rozmowie o pogodzie i pozdrowiłem ich słowami „jak tam jebaćpisy, zadowolone jesteście?” Ależ było oburzenie. Oni nie tacy, i nie byli tacy. Po prostu martwili się o Polskę. A przecież jeszcze niedawno j… PiS-u to był powód do dumy. Czyżby bycie „jebaćpisem” nie było już nim? Zdaje się swoją drogą, że określenia tego, będącego synonimem politycznego zombie, najpierw zaczął używać profesor Stanisław Żerko, wobec PiS zupełnie bezwzględny. Potem podchwycili to inni. A co z „silnymi razem”? Bycie „silnym” do niedawna budowało poczucie przynależności do tuskowej Żelaznej Gwardii, by podobnie jak oryginalni rumuńscy gwardziści, gdy przyjdzie czas wysadzić się ze śpiewem na ustach. I co? Nikt nie chce dziś „silnych razem”. Nawet Bartek Chaciński – nomen omen, ten sam, który swojego czasu jurorował w sprawie Julek – nazywa ich lekceważąco „silniczkami”. Krótko mówiąc bycie „silnym razem” i „jebaćpisem” nie jest już powodem do dumy. Nawet dla politycznych idoli tego towarzystwa. „Silni” stali się obciążeniem. Nie jest też przejawem pełni zdrowia psychicznego.

Ciekawie moim zdaniem potoczą się teraz losy określenia „funkcjonariusz”. Jak wszyscy pamiętamy funkcjonariusze, w najlepszym razie „pracownicy” pracowali w TVP i różnili się tym od prawdziwych dziennikarzy, którzy swą szlachetną misję pełnili w innych redakcjach. Między innymi tych, które dziś wspierają surrealistyczny hejt obozu Donalda Tuska, w dodatku tuż po zamachu na słowackiego premiera. Bezrefleksyjnie powtarzających najbardziej nienawistne tuskowe slogany. Wspierający równocześnie kampanie propagandowe PO zanim one jeszcze ruszą. Ewentualnie strojący się szaty pozornych symetrystów i napominający władzę w stylu: „uważajcie, bo będziecie tak straszni jak wasi przeciwnicy”. I co? Sądzicie, że ludzie nie zaczną mieć refleksji, że może funkcjonariusze są też w „Rzeczpospolitej” lub Radiu Zet, Wp.pl bo akurat w przypadku „Wyborczej” to wiadomo, tam to nawet rodzinne często? Zaczną. Szczególnie, że niedługo część z państwa zacznie bronić podwyżek cen energii i rezygnacji z kolejnych inwestycji, jak terminala zbożowego. Mówiąc krótko, będzie na drugą nóżkę. I bardzo dobrze, znaczy, że język żyje.

 

 

Zderzenie kulturowe w Polsce nie jest, niestety, tak dobrze oznakowane... Fot. arch.

WIKTOR ŚWIETLIK: Czyż więcej wart niż TVP Historia

Jednym z przejawów uśmiechniętej zmiany, którą miała wprowadzać nowa ekipa, miała być promocja wyższej kultury, będącej jej szczególnym emblematem. A przynajmniej intelektualnego haute couture, uszytego przez krawców z TVN, Wyborczej i Instagrama, na miarę podwarszawskiego miasteczka Wilanów lub osławionego wrocławskiego Jagodna. Efekty olśniewają!

 Oczywiście głównym ich producentem jest Ministerstwo Kultury i – tu najbardziej paradoksalna część nazwy – Dziedzictwa Narodowego. Instytucja ta została pozostawiona już szczęśliwie przez prawnuka noblisty. Dla mnie symbolicznym wręcz osiągnięciem pana B. Sienkiewicza było rozsyłanie pytań po rozmaitych komórkach, agendach oraz podległych instytucjach i sprawdzanie między innymi, która z nich śmiała dać pieniądze na Caritas. Niewątpliwie polski ksiądz, którego poznałem rok temu w Charkowie, który dziś jest tam jednym z najsprawniejszych dystrybutorów pomocy humanitarnej, musi być dla państwa polskiego wrogiem numer jeden.

Innym fantastycznym ruchem jest wpakowanie do instytutu mającego dbać o spuściznę Dmowskiego i Paderewskiego kilku radykalnie lewicowych i antynarodowych działaczy. Żeby było jasne, uważam profesora Adama Leszczyńskiego, który zajął miejsce profesora Jana Żaryna, za otwartego człowieka, z którym można porozmawiać, choć o poglądach radykalnie różniących się od moich. Tyle, że wstawienie go do tej instytucji, to jakby Żaryn został kuratorem wystawy poświęconej Róży Luxemburg w zamojskiej synagodze. Albo jakby Ziemkiewicz został prezesem fundacji zajmującej się promocją dorobku Adama Michnika. Albo jakby mnie ktoś zrobił kierownikiem pisma dawnego aktywu PZPR pod tytułem “Przegląd”.

Wydawałoby się, że polska myśl polityczna, przeszłość, jest wielowątkowa, więc może zawrzeć w sobie i kogoś w rodzaju Bronisława  Geremka i ludzi takich, jak Paderewski i Dmowski. Okazuje się, że nie. Paderewskiego i Dmowskiego trzeba po prostu zaorać, zgwałcić, obrzydzić. Skakać po wszystkim co jest nadmiernie patriotyczne, by się ludziom, nie tylko na Śląsku, polskości odechciało raz na zawsze. Leszczyński chyba średnio się do tej zabawy nadaje. Ba, może się nawet szybciej porozumieć z ludźmi o innych poglądach, ale z którymi będzie miał o czym pogadać, niż z autoryzującymi jego władzę troglodytami i karierowiczami. Dlatego on będzie twarzował, a brudną robotę wykonywał jego zastępca, który jest znanym fachowcem od niej, można by rzec, że prostym czekistą, a którego nazwiska nie pomnę i nawet nie chce mi się sprawdzać.

To jednak nie koniec. Na końcu jest wisienka na torcie. Crème de la crème. Ponoć w ramach oszczędzania na pensje panów Czyża, Orłosia i bezprawnie siedzącego w gabinecie prezesa tęgiego likwidatora, czy jak on się teraz nazywa, władze TVP zmierzają do likwidacji kanałów tematycznych. W tym konsekwentnie rozwijanej przez Piotra Legutkę TVP Historia, z którą byłem przez wiele lat związany. Dlaczego? Zapewne dlatego, że “nie ma pieniędzy”. Jakoś na Czyży jest. Może dlatego, że się “nie ogląda”? Już z góry panom uzurpatorom odpowiadam. Niechętny mediom publicznym Nielsen pokazuje, że TVP Historia miała lepszy udział w rynku niż konkurencyjne National Geografic, History, Discovery, Planete+. I osiągała to w sposób inny niż tylko pokazywanie nieustannie filmów o Hitlerze, co jest domeną części konkurencji. Nie chwaląc się, albo i chwaląc, niektóre z odcinków wymyślonego przeze mnie, a realizowanego razem z Agnieszką Żmijewską, talk show “Nie taka prosta historia” osiągały pod 100 tysięcy oglądających, co jest topem jaki może wyciągnąć tego rodzaju telewizja tematyczna. Ale został jeszcze jeden argument – TVP Historia była upolityczniona. Zapewne dowodem na to jest fakt, że przez osiem lat prowadziłem tam audycję poświęconą książce historycznej razem z takim fanatycznym pisowcem jak profesor Antoni Dudek, a omawialiśmy między innymi twórczość tak pisowskich autorów, jak Marcin Zaremba albo wspomniany Adam Leszczyński albo biografie takich faszystów, jak Jan Lityński czy Krzysztof Kozłowski.

I tu jest klucz do wszystkiego tego, co napisałem wyżej. Kulturkampf, który toczony jest dziś w Polsce, przez cyników z PO dla celów politycznych, przez Niemcy dla celów geopolitycznych, przez fanatyków z Czerskiej i okolic także dla celów ideologicznych, to nie walka o pluralizm. Wszystko co się różni im zagraża. Jest to tolerancja i otwartość na miarę Dzierżyńskiego, którego portrety po dziadziach zresztą może jeszcze w niektórych piwnicach zakurzone leżą.

  

WIKTOR ŚWIETLIK: Wolne media w służbie niezależnej prokuratury

Władza chce byśmy przez długi weekend wracali do sprawy oskarżeń wobec byłego szefa Orlenu, więc wróćmy. Do zwołanej de facto przez premiera konferencji “niezależnych” prokuratorów, która miała być koronnym dowodem dla publiki. To, że nie zadano na niej kilku najważniejszych, oczywistych pytań o samą tę konferencję i model działania prokuratury w tej sprawie jest najbardziej ponurym świadectwem roli jaką dziś pełni większość mediów. 

O pardon. Z sali padło jedno trudne pytanie, łatwo się domyślić skąd. W pewnym momencie Michał Jelonek z Republiki zapytał prokuratora krajowego o inne śledztwo, w sprawie poświadczenia nieprawdy przez Bartłomieja Sienkiewicza. Prokurator krajowy Daniel Korneluk odparł, że wie, ale nie powie, bo nie może. Było to bodajże jedyne pytanie, które brzmiało tak, jakby nie przysłano go wcześniej z kancelarii premiera.

Ktoś powie, że pisowska przesada. Tylko, że chwilę wcześniej jeden z dziennikarzy, takich lepiej poinformowanych, co zawsze ma “informacje ze swoich źródeł”, radził komuś w prywatnym mejlu, by atak na Obajtka nie skupiał się na Hezbollahu – bo “tamta strona” to ośmieszy i wykorzysta – a na osobie prezesa szwajcarskiej podspółki Orlenu. Pierdoła zamiast w wiadomości prywatnej zrobiła z tego ogólną wiadomość na serwisie X. Ciekawe do kogo pisała? Pewnie nie miało to żadnego związku z bezpośrednim konsultowaniem strategii między rządem, mediami i prokuraturą. Ot, to była po prostu taka abstrakcyjna próbka dziennikarska, surrealistyczny żart ze strony faceta, który nigdy w życiu wcześniej nie żartował. Podobnie jak żartem była grupa “Wejście” wkraczająca do PAP i wzorce biorąca od twórcy stanu wojennego, w której nowy prezes, likwidator, czy jak mu tam, siebie samego uważający za dziennikarza, wprost meldował politykom i obsługującym ich prawnikom każdy swój krok. Ale i po tym pytaniu Michała Jelonka – wracając do naszej konferencji – zabrakło kolejnego pytania.

Jak to jest, że jedno, proste w sumie śledztwo – bo Sienkiewicz skłamał albo nie i wystarczy sprawdzić jaki był stan formalny by to stwierdzić – jest tak diabelnie delikatnie, tak subtelne, a zarazem tak bardzo łatwo tu kogoś skrzywdzić, że prokuratora po prostu powiedzieć nic nie może. Za to w sprawie handlu ropą naftową na największą skalę w Europie Środkowej, największej fuzji gospodarczej w naszym kraju od kilkudziesięciu lat, nad którą pracowały dziesiątki audytorów, firm prawniczych, finansistów i księgowych, jego koleżanka, prokurator generalna Małogarzata Adamajtys po prostu wychodzi i sypie oskarżeniami jak z kapelusza. Tylko po to by prokurator Korneluk stwierdził na koniec, że śledztwa są bardzo skomplikowane, a wszystko jest na etapie początkowym. Nikt nie wpadł na to, by zapytać, jak to jest, jak śledztwo jest skomplikowane i na etapie początkowym, a pani prokurator Adamajtys sypie gotowymi tezami?

Nie zadano wreszcie najważniejszego pytania. Jak to jest, że premier tuż przed majówką robi mocną medialną wrzutę, wzywa prokuratora generalnego “do roboty”, ten wysyła dwoje swoich ludzi, by się wykazali, a oni jąkają się w sprawie, o której nie mają pojęcia. Sprawie, która wygląda w związku z tym na szytą politycznie, a swoje tezy powtarzają za… mediami, czego nie kryją? Potem te same media powtarzają to mówiąc, że… prokuratura powiedziała.

Nie wiem, czy Daniel Obajtek jest winny czy niewinny, ale wiem, że tuż przed weekendem mieliśmy do czynienia z prezentacją polityczno-prokuratorsko-medialnej maszynki do mielenia ludzi. Ta maszynka ani z prawem, ani z niezależnością prokuratury, ani tym bardziej, niezależnością mediów do nie ma nic czynienia. Za to może, gdy się ją włączy, sprawnie kogoś przemielić i zniszczyć. Kogoś, kto obecnej władzy przeszkadza albo kogoś, kto po prostu zasłoni inne rzeczy, jak choćby kwestię rezygnacji z budowy CPK. Bo przecież po to ten objazdowy cyrk usłużnych prokuratorów i dziennikarzy Tusk wezwał.

 

Fot. Pixabay

WIKTOR ŚWIETLIK: Adwokacka „wolność słowa”

Nigdy zawodowo nie miałem nic wspólnego z „Gazetą Wyborczą” i nigdy jej nie lubiłem. Nie chodzi o to, że czuję się jakoś lepszy od osób, którym się to przydarzyło i prędzej czy później się sparzyły, jest to trochę premia wieku, ale przyznaję – jest mi z tym dobrze, a od kilku dni jeszcze lepiej.

Kilka dni temu miałem arcyciekawe sądowe spotkanie z jedną z najbardziej ponurych postaci polskiego dziennikarstwa – panią Agnieszką Kublik, zwana przez swojego dawnego redakcyjnego kolegę „cynglem Michnika”, a przez polityka lewicy Włodzimierza Czarzastego jego „Hieną”. Pani redaktor to – jak się przedstawia – z zawodu socjolog, a dziś biedna emerytka. Towarzyszył jej prawnik Piotr Rogowski, czasem mylnie nazywany adwokatem, człowiek, którego funkcjonowanie w koncernie Agora pokazuje, że Adam Michnik potrafi być niekiedy lojalny. Mimo ciągle przegrywanych spraw wciąż jest na stanowisku. Brak talentów nadrabiany śliskością widocznie w pewnych branżach się sprawdza.

Sprawę przyznaję – o naruszenie dóbr osobistych – wytoczyłem ja. Nie za bardzo miałem wyjście, bo Madame Kublik kilka lat temu w swoim stylu pozmyślała po części, a po części przepisała za mitomanem Wojciechem Cieślą, historię, jak to kręciłem lody na jakiejś niszczącej ludzi farmie trolli w wyniku czego wylano mnie z pracy, czyli z Trójki.

Dlaczego o tym piszę? Bo trzy godziny spędzone na sali sądowej w takim towarzystwie chciałbym jakoś spożytkować. Zaciekawiła jednak mnie w tym wszystkim argumentacja samego Rogowskiego, która jest creme de la creme podejścia całego tego środowiska do prawdy. Oczywiście pełnomocnik jest po to, by bronić swojego klienta, ale jednak linia tej obrony jest bardzo symptomatyczna. Po pierwsze więc, tak w ogóle, to pani Kublik nie odpowiada za cały swój tekst, bo jej w redakcji ktoś podopisywał, a kto to nie wiadomo, bo było dawno. Tak się w redakcjach robi, że się dopisuje. Po drugie pani Kublik jest emerytką, którą gnębię, bo chcę wywołać jej łzy. Poza tym jestem ponurym typem, Rogowski skorzystał z możliwości jaką (jak zapewne sądzi) daje mu „adwokacka wolność słowa” i zaczął w mowie końcowej obrażać pracowników kolejnych redakcji w jakich pracowałem, a także mnie pomawiać o rozmaite straszliwe rzeczy, włącznie z zabraniem dwóch miliardów chorym na raka dzieciom.

Ciekawsza jest jednak inna sprawa. Radca Rogowski w pewnym momencie zaczął, przynajmniej ja tak to interpretuję, szantażować sąd modnym tematem przygotowywanych przepisów „antySLAPP-owych”, które mają rzekomo służyć zabezpieczeniu redakcji i NGO przed blokowaniem ich pozwami.

Tu drobny rys historyczny. Radca Piotr Rogowski to ten prawnik, który jak mało innych osób odegrał wyjątkowo parszywą rolę w niszczeniu wolności słowa i terroryzowaniu publicystycznych przeciwników pozwami. Swojego czasu w imieniu Adama Michnika powytaczał procesy całemu szeregowi naukowców i publicystów, którzy śmieli skrytykować jego żywiciela. Część z tych ludzi poszła na ugody czy przeprosiła, żeby nie wozić się po sądach ze zbliżoną do aparatu władzy potężną spółką. Przy okazji Rogowski popisywał się, widać ma to we krwi, grafomańskim stylem, który sprawił, że Rafał Ziemkiewicz przez jakiś czas dokonywał publicznych odczytań jego pozwu (Michnik domagał się wówczas 50 tysięcy złotych). Nieustannie to bawiło.

Nieskładne wywody pani Kublik i jej obrońcy mnie nie dziwią. Tak się kończy jak się zmyśla, kiedy nie jest w stanie się wziąć odpowiedzialności za własne słowa i ich bronić. Historia antySLAPP-owa jest jednak bardziej poważna. Ten przykład pokazuje bardzo symptomatyczne zjawisko, które czeredka z „Wyborczej” świetnie opanowała. Wykorzystywanie rozmaitych pozornie prodemokratycznych i proobywatelskich regulacji, szczególnie na poziomie unijnym, do faktycznego bądź to cenzurowania (walka z mową nienawiści), bądź zapewniania sobie bezkarności w niszczeniu ludzi. „Niewiele jest odkryć bardziej irytujących niż to, które odsłania rodowód idei” – brzmiał cytat z Lorda Actona, który znany jest głównie z tego, że stanowi motto „Drogi do zniewolenia” Friedricha Augusta von Hayeka, nomen omen książki nigdy na Czerskiej za bardzo nie lubianej. Ale jedno odkrycie jest może nie bardziej irytujące, ale na pewno zabawniejsze. Tego, co próbują z ideami robić nieudolni, prawniczy cinkciarze.

Jest jednak jedno światełko w tunelu. Podczas naszego uroczego spotkania w sądzie pani Kublik wpatrywała się jak w obrazek w mecenasa Artura Wdowczyka, tego samego, który przez lata pomógł tak wielu osobom z SDP i podopiecznym CMWP. Artur, jako jego przyjaciel wiem o czym mówię, ma zbawienny wpływ na ludzi. Może będzie tak i w tym przypadku?

 

Fragment wiersza Juliana Tuwima "O Grzesiu kłamczuchu i jego cioci"

O kłamstwach w mediach pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Święte łganie albo karuzela z kretynami

Znajoma psycholog z wieloletnim stażem żachnęła się, kiedy powiedziałem o “pozytywnej manipulacji”. „Kiedyś uczono nas, że nie ma pozytywnej manipulacji. Technik manipulacyjnych uczyło się po to, by umieć je rozpoznawać, by się przed nimi bronić. Teraz zaczyna się je traktować jako część warsztatu” – stwierdziła. To zupełnie jak w dziennikarstwie. Tyle, że w dziennikarstwie tak jest z kłamstwem. Stąd zadziwiająca kariera zmyśleń Tomasza Piątka.

Nie jest tak przecież, że kiedyś dziennikarze nie kłamali. Łgali gęsto i często a było to w koordynacji z działaniami politycznymi. Ale w czasach faceta, który przez wyborami obiecywał benzynę po pięć złotych, a dziś mówi, że o cenie paliwa decyduje rynek, wszystko to jest bardziej na rympał. Kiedyś, choćby wtedy, kiedy przeprowadzano operację Tymiński na początku lat 90. zaangażowane w nią były rozmaite agentury, fałszywki. Załatwiano – niezbyt zresztą, przyznać trzeba, ciekawego kandydata – koronkowo, tak by ludzi przekonać. Trzeba było to wszystko uwiarygodnić. Podobnie było, gdy ludzie służb z otoczenia Tuska wykańczali potem kandydata na prezydenta, a obecnego ich sojusznika – Włodzimierza Cimoszewicza. Trzeba było jakąś babę zaangażować, ona musiała coś zasugerować, dobrze trzeba było ją zbriefować. Wszystko to trzeba było dostosować do jakiś faktów, profilu psychologicznego faceta, tak by go zniechęcić. Profeska.

A teraz? W tym tygodniu szef Radia Zet przeprosił za publikowanie wymysłów Piątka na temat Krzysztofa Stanowskiego i jego – a jakże – rzekomych moskiewskich powiązań. Bardzo roztropne było to, że pan Sawala przestraszył się jazdy, którą wśród grupy komercyjnej może mu urządzić wpływowy dziś Kanał Zero. Tyle, że na pewno nie mógł dopiero po tej publikacji stwierdzić, że coś jest nie tak. Przecież podług tego modelu, tworzenia jakiś fantasmagorycznych modeli powiązań, w które dawniej mógłby uwierzyć tylko kretyn absolutny lub paranoik, działalność Piątka rozwija się od lat. Stosując tę samą metodologię połączył z Kremlem pół PiS-u z Morawieckim, Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, a Radio Zet podobnie jak cztery piąte polskich mediów, cytowało to z aprobatą jako cenne odkrycia i efekty dziennikarskiego śledztwa, a ważni świadkowie, “zawsze anonimowi” potwierdzali te sensacje. Wszystkim tym wspierała się zresztą ekipa Donalda Tuska wraz z nim samym.

A pamiętacie sensacje niejakiego Marcina W. który twierdził, że nagrania z afery podsłuchowej sprzedano Rosjanom? Donald Tusk uznał go za “bardzo wiarygodnego świadka”, ba, domagał się komisji śledczej w tej sprawie, co na chwilę nasze media ochoczo i bezkrytycznie podchwyciły. Ale zaraz potem porzuciły, kiedy się okazało, że ten wiarygodny świadek twierdzi także, że syn Tuska, obecny główny specjalista w pomorskim urzędzie marszałkowskim nosił papie brudne pieniądze w reklamówce z Biedronki. Oczywiście wtedy, poprzedniej sprawy nie dementowano. Po prostu ją zniknięto – ewaporowała.

Można by mnożyć – więzienia pełne opozycjonistów, przygraniczne pola śmierci, regularne publikowanie tekstów zdefiniowanych mitomanów w rodzaju niejakiego Krzysztofa Boczka, który nie tylko, że zmyślił ciężarną rzucaną na druty kolczaste, co stało się kanwą filmu Agnieszki Holland, ale też choćby napisał tekst o PAP, w którym zrobił 52 błędy.

Kłamstwo, mitologizowanie, ściema – to zawsze funkcjonowało w mediach, ale było jednak czymś cichym, choć pozornie potępianym. Od któregoś momentu to się zmieniło i zwyciężyło podejście rodem z “Pana Jowialskiego” Fredry: “Jeżeli kłamię, niech mnie piorun trzaśnie! Tak zaczął kłamca. Wtem zagrzmiało właśnie, A on, czym prędzej dokańczając mowy: Żem zawsze kłamał i kłamać gotowy!”

Kłamstwo stało się powodem do dumy, a obiektem krytyki mogła być co najwyżej jego skuteczność. Po prostu na liberalnej lewicy zwyciężyło w pełni postmodernistyczne podejście, że prawda nie istnieje, a media to rodzaj artystycznej kreacji, sztuka z kolei musi służyć wzniosłym politycznym celom, które wyznacza grupa ta co zawsze. Oczywiście te cele to też ściema, bo tak naprawdę za nimi jest paru chciwych, zdemoralizowanych cwaniaków kręcących wielką karuzelą z kretynami. Może i zawsze tak było, ale dziś – jak na czasy przystało – jest bardziej tandetnie.

 

Grafika na podstawie fot. z Wikipedii

WIKTOR ŚWIETLIK: Awans społeczny i 10 kwietnia

Przed piętnastym października ubiegłego roku mieliśmy w mediach patologię i propagandę, na szczęście to się zmieniło. Jak powinna wyglądać wzorcowa symbioza dziennikarzy i polityków mogliśmy przekonać się choćby 10 kwietnia tego roku. Standard może nie jest nowy, ale teraz wprowadzany w większym stopniu bez zakłóceń.  

Najważniejsza jest koordynacja. Czasem zresztą wynika ona zresztą z planu, a czasem – w dobrej wprawionej w boju organizacji – wszyscy sami siebie wiedzą co robić. Myślę, że tu było i tak, i tak. Cóż się mogło nie udać, wszystko się udało, posypią się podwyżki, a z czasem pewnie i odznaczenia państwowe.

Trzeba jeszcze jedno docenić. Awans społeczny. Może nie dla wszystkich, ale dla pewnych grup zdecydowanie. Kiedyś ludzie dokuczający rodzinom ofiar tragedii, kpiący z samych tych tragedii, byli jakimiś anonimowymi trollami. Pisali z satysfakcją komentarze pod artykułami korzystając z oszczędności na moderacji. Jeszcze wcześniej pisali anonimowe listy do mediów, donosy do SB albo paśli się swoimi emocjami i wyobrażeniami w zaciszu wypełnionych nienawiścią mieszkań. Teraz w pełni partycypują w życiu publicznym. A pełna partycypacja różnych grup w życiu publicznym to jeden z celów Unii Europejskiej!

Zaczyna więc choćby Radosław Sikorski. Delikatnie, wzruszająco. Podaje link ze zdjęciem stewardessy z prezydenckiego samolotu, na którym napisane jest, że piętnaście minut przed katastrofą powiedziała “panie dyrektorze, wróćmy”. Z artykułu wynika, co prawda, że “miała tak powiedzieć”. Miała tak powiedzieć, bo wszystkie te rozmowy to skrawki, które są dowolnie interpretowane, albo i fałszywe. Portal, który opublikował tekst właśnie dlatego, klasycznie zabezpieczał się prawnie sformułowaniem “miała powiedzieć”. “Mieli powiedzieć” w mediach wszyscy wszystko. Przyjaciel Sikorskiego, o ile ci ludzie mają przyjaciół, Tomasz Lis uwielbiał kpiarsko odwoływać się do rzekomych słów generała Błasika “zmieścisz się, śmiało” i do rzekomych kozackich rozmów między pilotami tuż przed lądowaniem. Wszystko to “mieli powiedzieć”.

Ale dlaczego Radosław Sikorski zdecydował się akurat w ten sposób uczcić tę rocznicę, w której przecież zginęło wielu ludzi, których znał? Raczej wątpliwe by miał jakieś szczególnie dobre relacje z Barbarą Maciejczyk, bo był znany z tego, że osoby z obsługi, w swoim mniemaniu niżej stojące w hierarchii społecznej od siebie, traktował mocno z góry – mówiąc najdelikatniej. Ta sprawa poruszyła go z jednej przyczyny, z jednej przyczyny wykonał ten jeden rocznicowy gest. Bo wpis, ta rzekoma wypowiedź, która “miała się odbyć”, a nie wiadomo czy się odbyła i w jakim kontekście, ma obciążać Lecha Kaczyńskiego. Przerażona kobieta błaga by wracać, ale on nie, twardo chce wymordować wszystkich.

Kolega Sikorskiego i Tuska Roman Giertych już nie miał takich skrupułów. Pasł nienawiść wszystkich silnych razem wyśmiewających się z żartów o “tu polewie” domagając się zbadania wariografem Jarosława Kaczyńskiego, by wyjaśnić wspólnictwo braci w katastrofie.  Potem nieoceniona Pani Shnepf – Wysocka zaprosiła, rocznicowo, Giertycha do odzyskanej telewizji publicznej by odbyć z nim rocznicową rozmowę na ten temat. Brawo! Good job. Co musieli po tej rozmowie czuć bliscy zmarłych, ci ludzie, którzy co roku w tym dniu płaczą,? Nagrodą za taką rozmowę może być nieujawniana pensja, a i zapewne przyłoży się to do dobrej placówki dyplomatycznej dla małżonka.

W tym samym dniu Jarosław Kaczyński nożyczkami odcinał od pomnika smoleńskiego tabliczkę, na której ktoś napisał rozmaite kalumnie na temat jego brata, najbliższego mu człowieka. Takie tabliczki to ważna sprawa. Od momentu kiedy zostaną do pomnika przyczepione strzeże ich stroskana ich losem ekipa dziennikarska. Podobnie jak w sytuacjach, gdy “przypadkowi obywatele” w tym dniu postanawiają obrazić Kaczyńskiego ich prawa głosu strzeże “obywatelski” serwis Okopress, “Gazeta Wyborcza”, “Newsweek”. Ale jest zawsze śmiechu z tego, co Kaczyński odpowie. Ale jest oburzenia, że starszy pan nożyczkami, trochę nieporadnie próbuje z pomnika brata usunąć napis urągający pamięci w rocznicę jego śmierci. Brecht jest. Zabawa. Oburzenie. Emocje. Radość – ale będą wirale. Będą szaleć po mediach. Wszyscy się ubawią.

W tym samym dniu posłowie koalicji Donalda Tuska w europarlamencie współprowadzili do przyjęcia przez Polskę paktu migracyjnego. Dwa dni później w Sztokholmie zginął Polak, który grupie młodych przybyszy spoza Europy zwrócił uwagę, że są zbyt głośno. Zastrzelono, go na oczach dwunastoletniego syna. Czytelnik Okopress, widz TVP, o tym się nie dowiedział. Cóż, szum informacyjny szkodzi. A nowa uśmiechnięta Polska dba o społeczeństwo i w tym zakresie.

Na medialny seans spirytystyczny zaprasza WIKTOR ŚWIETLIK: Upiory Wyborczej

Duchy mają to do siebie, że bywają tylko odbiciem tego, co było kiedyś. Kilka lat temu nie bez lekkiego rozbawienia czytywałem o sobie jako o troglodycie z prawicowej kloaki zarzynającym najbardziej inteligencką stację radiową w historii ludzkości. A także jako o mordercy ducha niezależności i wolności, który przy Myśliwieckiej niepodzielnie panował od czasów powstania Trzeciego Programu Polskiego Radia w latach 60. i przez buntowniczą pierwszą połowę lat 80., manifestowany szczególnie po grudniu 1981 roku.

Potem dowiedziałem się jeszcze, za sprawą nieocenionej w dziedzinie researchu redaktor Agnieszki Kublik, że robiłem niezłe przewały, hodowałem trolle, a z radia nie odszedłem sam, tylko osobiście spuścił mnie sam Krzysztof Czabański. Research pani Kublik polegał na tym, że powtórzyła to wszystko po znanym mitomanie Wojciechu Cieśli plus trochę zmyśliła.

Co z tego zostało? Kilka procesów, które wloką się latami. A także, na przykład, rozmowa, którą kilka tygodni temu odbyłem z redaktorem „Gazety Wyborczej” Piotrem Głuchowskim. Nie wiedziałem swoją drogą tego, że Głuchowski za chwilę zasłynie awanturą z Kanałem Zero i Krzysztofem Stanowskim. Za to słyszałem gdzieś tam wcześniej, że to facet, który nie jest takim modelowym Wielińskim. Czasem coś pisze po swojemu. Uprzedziłem go, że z madame Kublik się procesuję, parę rzeczy mu powiedziałem, fakt, że na szybko, podczas jazdy samochodem.

Szczerze mówiąc „Gazeta Wyborcza” nie jest za bardzo w stanie ani mi zaszkodzić, ani pomóc. Wiadomo, że mnie nie znoszą, jako elementu znienawidzonej polskiej czarnej sotni, która nie zaakceptowała Michnika jako pana dusz i karier po wieki. A ja z odwrotnych przyczyn nie przepadam za nimi, choć piszę tu o formacji, a nie o ludziach, którzy bywają przecież różni. Daleki jestem od stygmatyzowania wszystkich, choć mógłbym przecież jechać „funkcjonariuszami z Czerskiej”, „poddziennikarzami” i „małpoludami”, jak to czyni się od kilku lat.

Mam wrażenie, że ani ja, ani Głuchowski tego nie lubimy. Dlatego na koniec nie poprosiłem nawet o autoryzację. Po pierwsze, nie lubię tego zwyczaju, po drugie – też byłem ciekaw, co będzie.I co wyszło? Niewiele. Ani się oburzać, ani wzruszać. Mam wrażenie, że Piotr Głuchowski próbował napisać tekst pod tezę, ale mniej więcej oddając sens wypowiedzi, więc trochę mu poprawili redaktorzy, żeby zbyt uczciwie nie było. To takie stare numery, drobne manipulacje, które zna każdy doświadczony sekretarz redakcji. Wychodzi niby to samo, a co innego. Kilka przykładów:

Jest tam o rozmaitych odejściach w ramach awantur, które odbywały się w Trójce już nie za moich czasów. No i jest choćby o Janie Młynarskim. A kto – tego Janka Młynarskiego – przyjął, wymyślił jego audycję, nie przy oporze, dodam, części “starej” redakcji? Jest za to o całym stadzie “przyjętych” prawicowców, z których większość po prostu bywała jako goście audycji publicystycznych obok innych gości. No to teraz jest taka w odzyskanym przez demokrację tuskową radiu apolityczność, że w sąsiedzkim RDC wprowadzają zapis na Piotra Semkę jako gościa.  Jest we wspomnianym tekście też wyssana już zupełnie z palucha moja wypowiedź, że dziennikarzy „trzeba dyscyplinować”. Jest podobnych rzeczy masa, ale zatrzymam się jeszcze przy dwóch rzeczach. Jest śródtytuł „dwa procent Świetlika” sugerujący, że zostawiłem Trójkę z dwoma procentami słuchalności. Zostawiałem z pięcioma, wedle mocno niemiarodajnego badania, ale przyznaję, że słuchalność spadła, bo i nie mogła nie spaść w warunkach takiego ostrzału medialnego. Polecam sprawdzić za to w biurze reklamy Polskiego Radia, jakie dochody wtedy Trójka przynosiła i jaki odsetek w nich stanowiły podmioty niepubliczne.

Dalej: rzekomo, zalecam Agnieszce Szydłowskiej, obecnej dyrektor, by nie bała się brać na siebie decyzji polityków. Tak naprawdę, zasugerowałem by nie zasłaniała się zarządem. To co się dzieje w jej stacji to jej odpowiedzialność. Na przykład gdy zostaje wywalona Beata Michniewicz. A sorry, „Wyborcza” wyjaśniła. Przeszła na emeryturę.

No i w końcu – to już chyba ze względu na proces z panią Kublik – „Świetlik musiał odejść”. Nie, szanowna „Gazeto” i droga Trójko. Odszedłem, bo miałem dosyć, będąc w historii tej stacji bodajże jedynym dyrektorem, który sam sobie odszedł, nie licząc Michała Olszańskiego, którego do rezygnacji zmusili koledzy. Odszedłem, bo miałem dosyć cierpień na pluszowym krzyżu pana Wojciecha Manna, czasami kojonych podwyżkami. Miałem dosyć ciągłego zewnętrznego podkręcania konfliktu w redakcji przez „Wyborczą”, ludzi pokroju Jerzego Owsiaka i ciągłego słuchania wypłakiwania strachu części tej redakcji, że „jak oni kiedyś przyjdą to się zemszczą za to, że nie odeszliśmy „. Miałem dosyć spławiania jakiś wokołopisowskich nawiedzeńców, bredzących że mam wprowadzić „kulturę narodową” ograniczoną do kilku artystów popierających ich partię plus czasem czyjejś kochanki albo córki, która jest utalentowaną artystką, ale system ją blokuje. Miałem dosyć tego, że nic nie mogę zrobić bo mam wciąż obcinany budżet. I miałem, szczerze mówiąc, też dość przy tej harówie oglądania kolejnych siedem tysięcy coś tam na rękę na koniec miesiąca. Lubicie ujawniać zarobki? Proszę, ujawniam się sam. Może inni pójdą moim śladem? Panowie Czyż, Orłoś, członkowie zarządów PR i TVP zapraszam…

I powiem wam coś jeszcze. Jakbym tam siedział dłużej, to to co się zdarzyło w 2020 roku by się nie zdarzyło, bo miałem na tyle oleju w głowie i kontaktów by to powstrzymać. Tyle, że taka wegetacja dla mnie nie miała sensu. Nie rozwijałaby ani radia, ani mnie. Czułem się jak facet ze słynnej okładki „Super Expressu”, który „cały czas trzymał kredens”. Wyszedłem. Kredens za przeproszeniem p…ł. Widocznie tak miało być.

Mógłbym małe i większe manipulacje wymieniać. Tylko po co? Do Głuchowskiego zresztą wielkich pretensji nie mam bo mam wrażenie, że chciał dać panu Bogu świeczkę i Diabłu ogarek. Chciał, żebym ja się nie czuł nadmiernie oszukany, a tekst przeszedł przez redakcję. Pozostaje pytanie. Po co w ogóle z kimkolwiek rozmawiać, skoro linia redakcyjna wyklucza jakąkolwiek realną ciekawość tego, co ma on do powiedzenia? I nie jest to tylko pytanie o „Gazetę Wyborczą”.

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Śmiech z cierpienia może zadławić

Ludzie, którzy pasą się, cieszą, cudzym nieszczęściem, szkodzą przede wszystkim sobie, a nie innym. Nie wiem, czy jest to w stanie dotrzeć, do któregokolwiek z influencerów medialnych napawających się nowotworem, który dotknął nielubianego przez nich polityka. W Wielki Piątek ludzie nienawidzący innych ludzi powinni przynajmniej pomyśleć o swoich czynach.

Każdego dziecka na religii, a jeszcze trochę takich dzieci jest, uczy się, że Ukrzyżowanie nie było końcem a początkiem. Także początkiem innych krzyżowań za wiarę. Wbrew utartej opinii największym prześladowcą chrześcijan w Rzymie nie był wcale Neron, a późniejszy o ponad dwieście lat Dioklecjan, który wraz z kolegami będącymi przy władzy rozpoczął regularną czystkę. W samym cesarstwie wiele osób z elity politycznej, także tych niechętnych wyznawcom Chrystusa, zwracało uwagę, że jest to średni pomysł. Napasiemy tłum nienawiścią do przeciwników, wyżyjemy się, jakiś czas władza pojedzie na tym antagonizowaniu społeczeństwa, ale potem oni będą mieli męczenników i podbudowę moralną, a my zdegenerowanych morderców, którzy jedyne czego chcą to uniknąć zemsty.

Mieli rację, bo krótko potem cesarz Konstantyn, czy to z przyczyn taktycznych, czy duchowych, zaczął mocno promować chrześcijaństwo, które wówczas już rozpoczęło niepowstrzymany marsz do panowania w całym imperium, a potem Europie. Ludu i elit Rzymu jednak wiele ta historia nie nauczyła, bo kolejnych kilkadziesiąt lat później nakręcili się tym razem nie na chrześcijan, a germańską ludność zamieszkującą półwysep apeniński, w większości rodziny rzymskich legionistów pochodzenia germańskiego. Efektem oczywiście była rzeź tych rodzin, przez chwilę pewnie było nawet fajnie, ale dalszym efektem było to, że duża część legionistów dołączyła się do króla Wizygotów, który wkrótce zajął Rzym i urządził zabawę na drugą nóżkę.

Lubię historię Rzymu, bo tam wszystko jest, ale oczywiście takich historyjek można by wysypać sporo z rękawa czytając o dowolnym okresie na dowolnym kontynencie. Mimo tego ludzie się nie zmieniają. Po prostu od czasu, do czasu chcą by innym było źle. Znajdują jakąś grupę, budują podbudowę moralną i heja. Dziś w naszym kraju, odbywa się to szczęśliwie nie za pomocą noży, stosów czy krzyży, a mediów, czasem z pomocą prokuratury lub służb specjalnych.

W tym wszystkim przypadek Zbigniewa Ziobro i rozmaitych Wielińskich, czy Michalik dworujących sobie z jego bardzo poważnej choroby, moim zdaniem, mocno wykracza poza standard. Ludzie z reguły nie dokuczają chorym na raka i sobie z tego nie dworują, także dlatego, że się go sami boją. Nasze media jednak osiągnęły kolejny etap, kolejny level gry w bezrozumne szczucie. Jeśli ktoś choć trochę śledził co pisałem to mógł zauważyć, że miałem sporo zastrzeżeń do aktywności byłego ministra sprawiedliwości w ostatnich latach. Ale jeszcze więcej zastrzeżeń, mówiąc eufemistycznie, miałem do Tomasza Lisa. Kiedy jednak dopadły go kłopoty zdrowotne ja, ale też choćby chamsko przez niego obrażana Magda Ogórek, życzyliśmy mu zdrowia. Żeby było jasne, nie czuję z tego powodu kombatanctwa. Ale chciałbym to nadmienić, by nikt inny nie mówił, “a wy też”. Nie. To akurat oni. Nie my.

We wszystkim tym, temu kibicowaniu chorobom (ale też powtarzaniu hasełka o “winnych, którzy nie mają się czego obawiać”, w sytuacji, kiedy motywacje aparatu siłowego są w oczywisty sposób polityczne) zastanawia mnie jedno. Ludzie, którzy kibicują chorobie, a nie choremu, choćby go nie lubili, już mu nie zaszkodzą. Jeśli komuś szkodzą to sobie, niech to w Wielki Piątek i przy Wielkiej Nocy rozwijają księża i etycy, bo to ich, a nie moja, branża. Ale nie zmienia to faktu, że może w ciągu najbliższych dni, słabego, zagubionego człowieka, w którym gdzieś tli się dana mu nadzieja i szansa, należy dostrzec nawet w tych obecnych “hejterach”, braciach Kopaniach i innych. Nie wiem jak tam dla Państwa, ale dla mnie jest to stosunkowo trudne. Tak czy siak spróbuję.

 

Jaką drogą pójdą media społecznościowe. Naiwny obrazek ma być optymistyczny, chociaż nikt nie wie co kryje się w gąszczu internetowych ambicji Fot. archiwum h/ r

O niszczącej sile sieci pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Upadek domu Schreiberów

Tytuł jest ironiczny, ale sytuacja wcale nie jest taka zabawna. Uważam, że zbyt lekko traktuje się rozwody w naszych coraz bardziej absurdalnych czasach. Oto ciążę uważa się za śmiertelną chorobę, a rozwód jest porównywany do sprzedaży samochodu albo wyrzucenia choinki po świętach.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, jak jest naprawdę, mam propozycję. Spytajcie jakiegokolwiek terapeutę czy psychologa, ale nie takiego, który jest zawłaszczony przez ideologię, lecz po prostu doświadczonego specjalistę, który bardziej skupia się na zdrowiu psychicznym swoich pacjentów. Czy bardziej na kobiecie odbija się urodzenie „nieplanowanego” dziecka, czy rozpad rodziny w dzieciństwie?

Nie znam za bardzo państwa Schreiberów. Kilka razy rozmawiałem z nim i wydawał mi się sympatycznym, bystrym i, jak na polityka, nienadętym gościem. Kilka razy miałem też jakieś wymiany z panią Marianną w Internecie — zawsze bardzo miłe. Nie wszystkie rzeczy, które robi, wydają się straszne, a jej udział w terytorialsach wręcz chwalebny. Oczywiście, MMA to inna kategoria, którą zostawmy na boku — to element patologii, o niej niżej. Zazwyczaj nie wnikam w życie prywatne innych ludzi. Jeśli się rozwodzą, jest milion powodów i tylko oni je znają. Jednak uderzyło mnie coś zupełnie innego. Z komunikatów, które wysyłają obie strony, a robią to na tyle głośno, że trudno ich nie usłyszeć, wynika, iż ich związek prawdopodobnie przetrwałby, gdyby nie dzisiejsze media społecznościowe, a właściwie ich charakter.

Zgodnie z obowiązującą modą pani Marianna wylała wszystkie swoje troski, rozterki emocjonalne, i raczej autentyczny ból, na X (Twitterze), częściowo dzieląc się nimi z innymi influenserkami związanymi ze środowiskiem Clout MMA. Z kolei on udzielił kilku wywiadów. Im więcej tych wypowiedzi, tym silniejsze emocje, a każda ze stron czuje się zobowiązana do odpowiedzi drugiej, przy czym pani Marianna od czasu do czasu narzeka na hejt i niezdrową ciekawość odbiorcy, nieustannie ją podsycając. Wątpię, by w tym wszystkim była jeszcze metoda, nawet jeśli przynosi to zasięgi, a z nich i czasem grosz. To kompletna zagubienie.

Przypadek pani (jeszcze) Schreiber i jej rodziny pokazuje to, co dotyczy całej rzeszy ludzi. Śmiem twierdzić, że w jakimś stopniu dotyczy to całego społeczeństwa. Nawet tych, którzy starają się przed tym zabezpieczyć, bo po pierwsze muszą się ciągle zabezpieczać, po drugie — i tak nie mają kontroli nad tym, co robią inni. Największym problemem w tym wszystkim jest ekshibicjonizm. I nie chodzi mi wcale o „nudesy”, onlyfansy czy pokazywanie tego, czy owego przez gwiazdki. Mam wrażenie, że to pół biedy, zresztą jako dziecko przełomu lat 80. i 90., kiedy zachodnia kultura, także ze swoimi mankamentami, wkraczała do Polski, nie będę znowu udawał, że jestem świętszy niż jestem. Problem jest dużo poważniejszy.

To obowiązkowy ekshibicjonizm emocjonalny. Udawanie emocji, przerysowywanie, obnoszenie się z nimi. Płaczące instagramerki, nadwrażliwi mężczyźni, przewrażliwione do bólu dzieci. To dzieło dzisiejszych mediów społecznościowych, które płynnie wchłonął świat mediów profesjonalnych czy polityki. Mogliśmy się śmiać z obecnego marszałka Hołowni, który płakał nad konstytucją. Tyle że to było właśnie cyniczne, cwane wykorzystywanie i wzmacnianie tych procesów. Nowy elektorat przeżywał jego płacz razem z nim. Mogliśmy się śmiać z kobiety, która sprzeciwiała się Łukaszence, drąc się na ulicy jakby jej ktoś na nogę najechał samochodem. Ale to właśnie to. Kompletna redukcja. „Podłączcie się pod nasze uczucia”. Ich treść nie jest ważna. Dlatego głosząc sprzeczne komunikaty, ale budując silne emocje w mediach, można wygrać wybory.

Dziennikarz pisze o ministrze z nieciekawą przeszłością. Jego żona ujawnia, że „pisząc palił papierosa za papierosem”. Inny opisuje jakiś ponury, esemesowy pojedynek wiceprezesa jednej ze spółek ze swoją byłą i matką wspólnego dziecka. Tłumaczy, że podczas pisania czuł się tym osobiście dotknięty, zbrukany, „nie mógł zmyć tego z siebie”. Ludzie! Co to za dziennikarstwo! Kiedyś śmialibyśmy się z takiego gościa. Wypchnęlibyśmy go z każdej poważnej redakcji. Byłby bohaterem anegdot, bo angażowanie się tak mocno oznaczałoby brak profesjonalizmu i to, że się po prostu nie nadaje. Teraz to jest w dobrym guście. Czekam tylko, aż redakcja „Gazety Wyborczej” zbiorowo zapłacze nad strasznym Krzysztofem Stanowskim. Po co z nim dyskutować? Zróbmy razem „chlip, chlip”, a potem „brrrrr”. Pokażemy, że jesteśmy zasmuceni, bo on jest zły.

Niestety, to jest przyszłość, w której nie ma miejsca na rozsądek, analizę, normalne uczucia ani na małżeństwo państwa Schreiberów. Chyba że pójdą pod prąd czasom, czego im — i nam wszystkim – życzę.

 

Zdj.: z archiwum prawdy mediów głównego nurtu

O manipulacjach i związanych z nimi pieniądzach pisze WIKTOR ŚWIETLIK Seksizm na procent

“Gazeta Wyborcza” ogłosiła, że Krzysztof Stanowski to seksista. Trochę się z tego pośmialiśmy. Pewien klasyk mawiał, że kłamstwo ma na celu stworzenie pozorów prawdy. Tu wydawałoby się, że wyszło średnio. Wydawałoby się.

Jeden z dowodów na seksizm Stanowskiego to fakt, że z oburzeniem zacytował faktycznie dość zbereźno-knajacką wypowiedź Janusza Wójcika. Zmarły 7 lat temu trener, a nawet były poseł Wójcik, jaki był, wszyscy wiedzą. Stanowski go wyszydził, a “Wyborcza” przypisała mu słowa Wójcika. Równie dobrze można wszystkim historykom drugiej wojny światowej przypisać zwierzęcy antysemityzm, bo opisują niemiecki i austriacki nazim.

Koronnym jednak dowodem i największą zbrodnią Stanowskiego jest to, że niezbyt ładnie określił dziennikarkę, która była jedną z czołowych specjalistek od j…a, wyp..a i innych czynności seksualnych przeniesionych do życia publicznego. Z kolei dziennik, który to ujawnił ma na koncie dość już cykliczne afery z jakimiś molestowaniami, a ostatnio jeden z dżentelmenów tam pracujących radził sobie z depresją i stanami lękowymi robiąc sobie dobrze przy koleżankach. Hipokryzja “Wyborczej” trochę narobiła jak zawsze hałasu, ale nie zdziwiła już specjalnie. Wiadomo, zwalczają każdego, kto ma inne poglądy, nawet Stanowskiego, który przecież – uczciwie mówiąc – zachowuje się jak na ideologicznym polu minowym i staje na głowie by bynajmniej nie wyjść na prawaka, czy – tym bardziej –  pisowca.

Sprawa ma jednak, jak to sprawy często mają, inny wymiar i jest on czysto materialny. Rozmawiałem – już jakiś czas temu, jak tylko “Wyborcza” zaczęła grzać „aferę” Stanowskiego – ze znajomym z branży PR-owskiej. Klient chciał zostawić trochę pieniędzy w Kanale Zero, ale się rozmyślił. “Wyborcza” ogłosiła, że Stanowski to seksista, a seksizm jest niezgodny, podobnie jak rasizm, antysemityzm i inne wstrętne rzeczy z kodeksem firmy. Telewizja “Republika” może mieć przynajmniej ten komfort, że w niej panowie Jan Pietrzak czy Marek Król mogli sobie poszaleć do woli za nieswoje, do czasu kiedy ogłoszono całą telewizję gniazdem nazizmu i obdzwoniono wszystkich możliwych reklamodawców, szantażując ich de facto, tym, że ich firmy będą gnojone w mediach prorządowych, jeśli nie wycofają reklam z jedynej większej telewizji sprzyjającej opozycji.

W przypadku Stanowskiego, to co powiedział o Madame Michalik, ani kto jest jego reklamodawcą, nie ma znaczenia. Gdyby nie te fakty, to najwyżej coś by się wymyśliło, jak to nieraz bywało w ciągu ostatnich lat w “Gazecie”. Ja na przykład od pani Kublik dowiedziałem się swojego czasu, że byłem jakimś internetowym gangsterem. Trochę przepisała za innym mitomanem – Wojciechem Cieślą, trochę zmyśliła. Chodzimy sobie w tej sprawie czasem do sądu.

Oczywiście cała sprawa Kanału Zero ma także podłoże ideologiczne. Problemem Stanowskiego jest to, że wyrósł za duży, w dodatku pakuje się z buciorami w “gazetowyborczą” bańkę medialną. Miesza w głowie nieszczęśnikom Mellerem i Raczkiem, a potem zaprasza Pereirę i pozwala mu cokolwiek powiedzieć, To niedopuszczalne. Tak nie powinno wyglądać dziennikarstwo. Człowiek sformatowany przez Czerską i Wiertniczą nie powinien doświadczać zakłóceń w odbiorze. Stąd starania pana uzurpatora z Woronicza i jego wszystkich Czyży by teraz było tam tak jak wszędzie indziej, a wszystkie media miłowały tę samą partię.

Ale naprawdę nie samą ideologią człowiek żyje. Pamiętam historię, którą opowiadali mi znajomi z warszawskiego ratusza, z czasów jeszcze kiedy rządziła Hanna Gronkiewicz-Waltz, a lokalne wydawnictwo varsavianistyczne zwróciło się do działu kultury o małą dotację. Dostali, ale zaraz potem “Wyborcza” zrobiła aferę, że nie skonsultowano tego z nimi, a oni mają “Gazetę Stołeczną” i tak dalej. Tak to polityczna poprawność dzielnie idzie w służbie pieniądza. Nie wiem, czy w ogóle w niej w gruncie rzeczy o to nie chodzi. Od samego początku.

Collage: H/ red/ lum

Powrót na portal. WIKTOR ŚWIETLIK: Łezka w oku

Teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Jakżesz oni równo i sumiennie odliczyli się po drugiej stronie. Ci wszyscy moralizatorzy, wszyscy specjaliści od niezależności dziennikarskiej, praw człowieka, brutalności policji, braku praworządności, obrońcy swobód obywatelskich i westernizacji cywilizacyjnej.

Otóż, okazało się, że w środę wszystko to zostało anulowane. Władza może tłuc jak za Gierka w 76, tłukący zasługują na swój los, bo to wichrzyciele. Grunt, że premier został pochwalony za przywracanie standardów praworządności przez przewodniczącą naszej umiłowanej współczesnej Rasy Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, o czym jak zawsze na swych łamach donieśli z dumą redaktorzy od czasu do czasu briefowani w hotelu Sheraton przez sympatycznego pana Grasia. Znani obrońcy swobód demokratycznych i praworządności. Bliscy zarówno opcji silnej razem, jak i reprezentanci najgodniejszego symetryzmu.

Co prawda, na filmach z demonstracji rolniczej było widać co innego. Zresztą, jak to zawsze, każdy ma swoją prawdę. Nie byłem tam, gdzie była zadyma, czyli pod Sejmem. Widziałem pokojowo i sympatycznie zachowujących się leśników na Moście Poniatowskiego, rozmawiałem z rzeczowymi rolnikami i związkowcami, którzy przyjechali ich poprzeć na Powiślu. Jak się jednak, wpatrzy w filmy, to widać, że żadna ze stron święta nie była. W ruch szły race i barierki. Była porządna zadyma. Swoją drogą, jako rowerzysta krótko przed demonstracją zauważyłem, że nikt się nie kwapił, by pozbierać rozrzuconą luzem gdzienigdzie w okoicy kostkę brukową. Słusznie, bo się przydała. Jak widzieliśmy, można jej użyć w dobrym celu i złym. Może nią zły rolnik rzucić w policję, ale może nią też dobry policjant zabić rolnika – prowokatora.

Tyle, że zaraz potem policja pochwaliła się, ilu to wyłapała. Ilu to doprowadzi, aresztuje, ile kar więzienia do 10 lat za to grozi. To nie rolnicy to prowokatorzy, to wichrzyciele, chuligani. Tweety w tym stylu posypały się dosłownie w tej samej chwili. Plus żarcik, świetny, kupa zabawy, rzucony też przez wielu na raz, w tym przez nieocenionego w takich chwilach redaktora „symetrystę” z TVN. Mówiliście „murem za polskim mundurem”, gdy atakowano strażników granicznych? To czemu teraz nie mówicie, kiedy pała tuskowej sprawiedliwości spada na wichrzycieli podważających politykę umiłowanego rządu? Czemu się pisowskie baby z Podlasia nie wstawiacie za policją jak kopie po głowach waszych mężów? Czemu? Achacha, ekipie pana premiera i redaktorom łapiącym przekaz szybciej niż delfin wibracje w wodzie, brzuchy pękają ze śmiechu. Czego się nie śmiejecie, jak was pałują, a zaraz was wsadzą za to, że was spałowali? Starszemu pokoleniu polityczno-dziennikarskiemu musi się łezka w ręku kręcić. Tak się pisało i śmiało wtedy, gdy byli młodzi i piękni.

Powtórzę, na demonstracji żadna ze stron święta nie była, nawet jeśli wśród ludzi działali policyjni prowokatorzy. Wychodzące z tłumu i wchodzące za kordon policji młode byczki, młody łepek spanikowany, że mu kaptur zdjęli – też są na zdjęciach. Ale nie zmienia to faktu, że sprowokować się dać nie należało. Tylko że teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Tego z brodą, który ponoć miał być mężem rolniczki z telewizji, ale się rozstali i poszedł w pakowanie i agresję? Tych, którzy wciągnęli stojącego spokojnie demonstranta z flagą za swój kordon i urządzili mu tam swoją ścieżkę zdrowia, głowę wgniatając kolanem w bruk? Kiedy tak zrobiono cztery lata w USA cały kraj, a za nim świat zapłonął. Kiedy jednak robi to nasza odzyskana praworządność, z wolnymi mediami jako jej psem łańcuchowym, to mucha nie siada. Nie dość tego. Więcej, chcemy. Więcej. Będzie się można jeszcze więcej wykazać.

Mam tylko jedną propozycję by docenić tych, którzy tak bez wahania zakwalifikowali demonstrantów jako pisowskich lub putinowskich prowokatorów. Powinien im minister Siemoniak dać mundury, pagony i stopnie służbowe. Może w niektórych przypadkach będzie dziwnie się komponowało z szaliczkami czy fularami, ale przynajmniej łatwiej będzie odróżnić elity kraju od zwykłego pisowskiego bydła ze wsi.

 

 

TYLKO U NAS. Trójka, fakenewsy i ZOO – WIKTOR ŚWIETLIK o kulisach ataków na radiową Trójkę

Po ogłoszeniu rezygnacji z kierowania Programem Trzecim Polskiego Radia miałem wrażenie, że znalazłem się w sytuacji „Pingwinów z Madagaskaru”, gdy trafiły do ZOO w Hoboken.

 

Musiałem nieco odczekać. Nie chciałem by ten tekst był emocjonalny, lecz wskazywał na to, co dzieje się z dzisiejszym dziennikarstwem, jak daleko zaszliśmy w akceptacji kłamstwa, uznawaniu go za coś zwykłego, za stały element walki politycznej – przede wszystkim w mediach.

 

Jak było z Trójką

 

Najpierw o okolicznościach odejścia z Trójki i stanie samej stacji. W największym skrócie: jestem bardzo ciekaw, czy opinie o upolitycznieniu tej stacji dotyczą wymyślonych przeze mnie audycji Wojciecha Mazolewskiego, Jana Młynarskiego, przeniesionych w primetime audycji muzycznych Jakuba Różyłły, Michała Margańskiego, czy dziennikarzy, którzy awansowali na prowadzących pasma, jak Marcin Pośpiech, Ola Budka, Patrycjusz Wyżga czy Piotr Łodej? Czy dotyczy sukcesu dziesiątego Męskiego Grania czy nowych dla Trójki festiwali, jak Snow Fest, w które angażowaliśmy swoje siły? Czy to jest właśnie zamordowanie Trójki, które ogłosił między innymi „Tygodnik Powszechny”, piórem Cezarego Łazarewicza, i które ogłasza jego wiecznie sfrustrowana była dyrektor Magdalena Jethon?

 

Wszystko odbywało się w warunkach permanentnej nagonki, mającej na celu destabilizację słuchalności i utwierdzenie społeczeństwa, że nastąpiła „śmierć Trójki”, „PiS zarżnęło Trójkę”. W sytuacji, gdy rynek radiowy badany jest nie na podstawie audiometrii, a badaniu rozpoznawalności i deklarowanym przywiązaniu do marki, ta akcja – podjęta przede wszystkim przez Agorę (z czterema konkurencyjnymi stacjami radiowymi w portfolio) – okazała się skuteczną. Bez wielkich pieniędzy na profesjonalne kampanie reklamowe, Trójka była w tej sytuacji bezbronna.

 

A teraz propozycja dla Państwa: posłuchajcie od rana do wieczora dzisiejszej Trójki. A potem stacji Agory. I oceńcie – gdzie prezentowane jest szersze spektrum opinii? Gdzie jest większy pluralizm? Śmiem twierdzić, że w niewielu mediach jest on dziś taki, jak w Trójce.

 

Dlaczego więc odszedłem, skoro było tak dobrze? Bo dobrze nie było. Przede wszystkim ze mną. Byłem wykończony tkwieniem w samym środku konfliktu politycznego, między młotem a kowadłem, ostrzeliwany z obu stron.

 

Czas na odejście nigdy nie jest dobry. Najpierw była konieczność przygotowania wakacyjnych festiwali, potem zimowa ramówka, wybory parlamentarne. W końcu postanowiłem, że chcę odpocząć, a potem zająć się czymś innym. To wszystko.

 

Okazało się jednak, że nie. Tuż po odejściu dowiedziałem się, że jestem hodowcą trolli.

 

Hoboken wita

 

Tu następuje moment, w którym poczułem się jak pingwiny z Madagaskaru, które trafiły do ZOO w Hoboken. Pojawiły się tam wszystkie złe, drugoplanowe postaci z ich przygód.

 

Wojciech Cieśla, dziennikarz, który pracował ze mną przez jakiś czas w dzienniku „Polska the Times”. Zasłynął tekstami śledczymi, które kończyły się przegranymi procesami. Tak było, gdy biznesmenowi i politykowi Markowi Jakubiakowi zarzucił powiązania z gangsterami, czy pisał o rzekomych nadużyciach szefa „Solidarności”. W 2017 roku opublikował na łamach „Newsweeka” tekst, w którym na podstawie „anonimowych źródeł” opisał, jak strasznie dzieje się w Trójce. Cieśla miał gdzieś elementarne zasady, nawet nie próbował kontaktować się z nami. Za to napisał rzecz zupełnie już karygodną, bo zarzucił mojemu ówczesnemu współpracownikowi, obecnemu prezesowi PAP Wojciechowi Surmaczowi, że został wyrzucony z „Forbesa” ze względu na „oskarżenie o antysemityzm”. Cieśla – pracując w tym samym wydawnictwie – świetnie wiedział, że tak nie było. Tekst Surmacza dotyczył kontrowersji wokół wyprzedaży przedwojennego majątku, odzyskanego przez polskie gminy żydowskie. Współpracowali z nim dziennikarze z Izraela, Stanów Zjednoczonych i środowiska żydowskie, oburzone procederem. Po tej publikacji stanowisko stracił wysoko postawiony, niemiecki menadżer w wydawnictwie, który w sprawie tego artykułu interweniował. Ale nie Surmacz.

 

Kolejną osobą jest Agnieszka Kublik – dziennikarka, której kariera polega na tym, że w agorowych porachunkach z przeciwnikami idzie dalej niż ktokolwiek inny. Tak było w 2018 roku, gdy publikowała kłamliwe, oparte, a jakże, na „anonimowych źródłach” teksty o tym, co dzieje się w Trójce. Nie muszę dodawać, że pani Kublik nie raczyła się wówczas ani ze mną, ani z rzeczniczką Polskiego Radia skontaktować.

 

Do tego dochodzi kilka postaci mniej istotnych dla sprawy. Magda Jethon, była dyrektor Trójki z czasów rządów PO. Popisała się tym, że za jej czasów na ścianie złożył autograf prezydent Bronisław Komorowski, a Trójka błysnęła czekoladowym orłem, który stał się symbolem paździerza i gnił później tygodniami w hallu na Myśliwieckiej niemiłosiernie śmierdząc. Magda Jethon, po utracie stanowiska, jak zombie krążyła tygodniami wokół stacji, równocześnie angażując się w działalność opozycyjną. Działalności tej pewną szkodę zadał wywiad Roberta Mazurka, w którym ten odkrył, że walcząca o konstytucję, Trybunał Konstytucyjny i Krajową Radę Sądownictwa pani redaktor nie bardzo rozumie co to za instytucje.

 

No i jeszcze wspomniany już Cezary Łazarewicz. Nie lubi mnie, bo Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nominowało go kiedyś do dziennikarskiej Hieny Roku (zresztą bez mojego udziału, byłem przeciwnikiem tej antynagrody). Łazarewicz napisał wtedy tekst o ojcu braci Kaczyńskich, sugerując mu romans sprzed kilkudziesięciu lat na podstawie anonimowego i wątpliwego źródła. Było to w czasie, kiedy w domu umierała zbolała po stracie jednego z synów Jadwiga Kaczyńska. W opinii krytyków tekstu Łazarewicz chciał uderzyć w syna dobijając wątpliwymi rewelacjami jego matkę. To, że dziś „Tygodnik Powszechny” publikuje jego przemyślenia na temat innych dziennikarzy jest uderzającym świadectwem tego, co stało się z tym historycznym pismem.

 

Trollowa wendetta

 

Tuż po tym jak ogłosiłem publicznie decyzję o rezygnacji, dowiedziałem się, że w tle jest „farma trolli”. Cóż to za farma? W ciągu następnych dni odkryłem świat do tej pory ukryty za płatnymi subskrypcjami. W świecie tym opisywana była przez Wojciecha Cieślę owa „farma trolli”, firmie tej zlecenia miała jakoby dawać między innymi firma Art Media. Z firmą Art Media współpracuje think-tank Instytut Staszica, a ja jestem „trzonem organizacji”. Potem „Gazeta Wyborcza” piórem pani Kublik dodała („ustaliła nieoficjalnie”), że moja rezygnacja związana jest z udziałem w tej mrocznej triadzie. Potem „Newsweek” – piórem wiadomego autora – poszedł już dalej i „ustalił”, że zostałem zwolniony przez Przewodniczącego Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego, gdyż farma trolli, z którą miałem związki, go atakowała, a także broniła hodowców zwierząt futerkowych, a jak wiadomo Czabański walczył o los tych zwierząt. Co ciekawe, ten wątek zwierząt futerkowych w żadnym wcześniejszym tekście się nie pojawia. Ale jak stwierdziła jeszcze potem Magda Jethon w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” „sprawa jest rozwojowa”. Jest. Rozwija się w wyobraźni tych samych dziennikarzy z dwóch przerzucających ją sobie mediów, a ja jej nadam kolejny etap rozwoju w sądach powszechnych.

 

Jak było naprawdę mógłbym opowiedzieć panu Cieśli, albo pani Kublik, ale żadne z nich nie zdecydowało się ze mną skontaktować, co zdaje się jest żelazną tradycją ich warsztatu dziennikarskiego. Co ciekawe, jak udało mi się ustalić, wcześniej wysłano dziesiątki zapytań do spółek Skarbu Państwa, ministerstw, firm prywatnych z pytaniami o moją osobę, a zarazem sugerujących moje związki z jakimiś niecnymi knowaniami. Co jeszcze bardziej ciekawe, pytania te rozsyłał nie „Newsweek”, a fundacja o nazwie Fundacja Reporterów. Źródła finansowania fundacji, która przeprowadziła tak pracowitą akcję defamacyjną, nie są jawne, a jej prezesem jest… no zgaduj zgadula, chyba nie było trudne. Wojciech Cieśla.

 

Czyżby nie chodziło tylko o politykę i osobistą niechęć, a strzelano do mnie niejako przy okazji i w związku z biznesowymi rozgrywkami?

 

Nasza mroczna organizacja

 

Prawda jest taka, że faktycznie w 2013 roku założyliśmy wraz z moimi przyjaciółmi Piotrem GursztynemMarcinem Rosołowskim think-tank o nazwie Instytut Staszica. Chcieliśmy rozmawiać o modernizacji Polski, jej zrównoważonym rozwoju, i chyba to się udawało. Organizowaliśmy konferencje poświęcone przyszłości NATO z udziałem amerykańskich naukowców, zorganizowaliśmy newsletter poświęcony cyberbezpieczeństwu, do działania wciągaliśmy specjalistów z różnych dziedzin, z reguły naszych przyjaciół o bardzo zresztą różnych poglądach, z czym jakoś nie bardzo w swoich tekstach był w stanie poradzić sobie Cieśla. Zależało nam na tym, by ludzie, którzy zajmują się daną tematyką rzeczywiście się na niej znali, a nie byli tylko gadającymi głowami. Nieraz spieraliśmy się ostro ze sobą, ale dbaliśmy – pomni doświadczeń z różnych miejsc pracy – by tworzyć także miejsce, gdzie grono przyjaciół będzie mogło działać razem.

 

A teraz dwie sprawy, które panu Cieśli jakoś umknęły, może dlatego, że wbrew temu co pisze, nie próbował się ze mną kontaktować. W momencie objęcia obowiązków dyrektora Trzeciego Programu Polskiego Radia zrezygnowałem ze wszystkich innych pełnionych funkcji – dyrektorowania Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i zarządu Instytutu Staszica. Co więcej, nigdy, wcześniej ani później, za moją działalność w ramach Instytutu nie pobrałem ani złotówki. Instytut zostawiliśmy w dobrych rękach, ekspertów i naszych przyjaciół.  Marcin Rosołowski, ten z którym współzakładaliśmy Instytut, pozostał w Radzie Fundacji, w której był od samego początku. Oto ten słynny link, który poprzez wyszukiwarkę Google’a znalazł Wojciech Cieśla. Marcin, zawodowo związany jest od lat z firmą Art Media. Art Media mają – zdaniem Cieśli – mieć związki z owymi, osławionymi trollami. No i na tym właśnie polega wywód pana Cieśli. Skoro A ma związki z B, a B ma wiązki z C to znaczy, że A ma związki z C. Czyli Instytut ma związki z osławioną farmą, bo z nią mają rzekomo mieć związki Art Media. Taka logika to czysta insynuacja, modelowy fakenews. Do tego dochodzi jakiś milion złotych w tytule informacji, niżej działająca na wyobraźnię „farma trolli” i jest materiał śledczy.

 

Po pierwsze więc, pisanie o mnie, że jestem „trzonem organizacji”, to jakby pisać o zmarłym w 1947 roku Henrym Fordzie, że jest trzonem dzisiejszej Fundacji Forda, a o każdym użytkowniku samochodu marki ford, że jest antysemitą.

 

Od dwóch i pół roku nie brałem udziału w żadnych koncepcyjnych pracach Instytutu (mam nadzieję, że pewnego dnia to się zmieni). Zdarzało mi się za to bywać na towarzyskich spotkaniach, także panelach czy konferencjach współorganizowanych przez Instytut (jak i inne organizacje społeczne). Tak było w przypadku antyalkoholowej konferencji w Sejmie, którą współprowadziłem z Krzysztofem Ziemcem. Żaden z nas nie wziął za to ani grosza. Brali w niej udział ludzie mocno zaangażowani w walkę z nałogiem, byli alkoholicy, dziennikarze, księża. Cieśla sugeruje, że konferencja była ustawiana pod przemysł spirytusowy. Nader troszczy się o przemysł browarniczy, bo jego zdaniem krzywdził go przedstawiany tam przez kogoś postulat zrównania stawek podatkowych dla różnych typów alkoholi. Tylko jak wytłumaczy, że jednym z jej tematów była kwestia szkodliwości „małpek”, jednego z głównych produktów naszych Polmosów, które każdego ranka zapełniają polskie trawniki i rowy? Tak, Panie Cieśla, właśnie lobbing nie wygląda. Tak wygląda uczciwe prowadzenie rozmowy o problemie społecznym, coś przeciwnego niż fabrykowanie fakenewsów na zlecenie lobbystów.

 

Tak już będzie?

 

To chyba tyle. Tak powstaje fakenews. Tak bywa, że działają dziś media, tak próbuje wykańczać się ludzi za ich pomocą. Mnie ta cała szczujnia zaszkodzi raczej umiarkowanie. Ale gdybym był lokalnym burmistrzem, nauczycielem czy działaczem, który by tym manipulatorom podpadł? Takiej osobie zafundowaliby śmierć cywilną. Zresztą Cieśla chwalił się w jakimś wywiadzie, że zostawia za sobą łzy. Postaram się zadbać, żeby tym razem te łzy polały się na sali sądowej.  Choć wiem, uwzględniwszy dossier pani Kublik i pana Cieśli, że niczego to w ich postępowaniu nie zmieni.

 

Wiktor Świetlik