Tusk w Poczdamie – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Od kilku dni „wiodący dziennikarze” zapowiadają wszem i wobec, że Donald Tusk ma w czwartek wygłosić „istotne politycznie i strategicznie” wystąpienie. Co więcej, ma to zrobić w Poczdamie.

Donald Tusk jak wiadomo, jako sam w sobie polityk istotny i strategiczny, wygłasza takie wystąpienia z natury. Nie byłoby więc może sensu pisać o oczywistościach, gdyby nie dodatkowa symbolika tego wydarzenia, związana z miejscem, wybranym najwyraźniej nieprzypadkowo.

Oto bowiem Poczdam, jak twierdzą historycy, ma nazwę pochodzącą ze słowiańskich języków łużyckich, lub staropołabskich, prawdopodobnie od słowa „Postąpim”. Później jednak Słowianie gdzieś się zapodziali, a nazwa zgermanizowała się do „Postamp”.

Niemiecki wysiłek cywilizacyjny

Nieco później właśnie z Poczdamu wyruszyła w XII wieku krucjata Albrechta Niedźwiedzia, w ramach której Saksoni wyrzynali Słowian Połabskich. Już wtedy cywilizacyjny wysiłek Niemców nie spotykał się ze szczególnym zrozumieniem.

Z kolei w wieku XVII, kiedy władzę w Prusach objął Fryderyk Wilhelm I Hohenzollern, który zapoczątkował rządy absolutystyczne, wybrał Poczdam jako swoją druga po Berlinie siedzibę. To stąd promieniował na Prusy i jeszcze dalej duch wymuszonej wprawdzie, ale jednak jedności, dzięki której tak cierpiące dziś niemieckie wartości, nie musiały znosić panoszenia się psujących harmonię partykularnych interesów. Czyż trzeba lepszego symbolu dla dzisiejszych wezwań o objęcie przez Niemcy należnego im przywództwa w Europie i likwidacji szkodliwego, wręcz kojarzącego się z polskimi patologiami, prawa weta krajów członkowskich Unii Europejskiej?

Nie był to oczywiście ostatni raz, kiedy Poczdam zostawał środkiem ciężkości rodzących się  w Niemczech na kamieniu idei. Oto bowiem 15 marca 1933 roku Adolf Hitler proklamował w Poczdamie narodziny III Rzeczy. 21 marca tego samego roku w Poczdamie odbyło się posiedzenie Reichstagu, na którym prezydent Paul von Hindenburg powierzył przywódcy NSDAP misję utworzenia rządu.

Również w Poczdamie odbyła się powojenna konferencja mocarstw, która między innymi przypieczętowała wyznaczony w Jałcie los wichrzycieli z Europy środkowej i wschodniej dla dobra i w interesie narodów z natury predysponowanych do przewodzenia innym.

No a teraz Tusk.

Wiemy, wiemy

– Mówię to pod adresem przyjaciół z Polski: my z Donaldem Tuskiem walczymy o praworządność – mówił dopiero co w Parlamencie Europejskim szef Europejskiej Partii Ludowej i niemiecki europoseł Manfred Weber.

No wiemy, wiemy. Wprawdzie sam Donald Tusk trochę się w tym zakresie kryguje, ale ostatecznie wszyscy wiedzą. Nigdzie nie będzie tego widać lepiej niż w Poczdamie.

Coraz częściej dla młodzieży świat poza ekranem smartfona może nie istnieć. Fot. Pixabay

WALTER ALTERMANN: Młodzieży nasza – powstań

Narzekania na młodzież trwają od początków piśmiennictwa. Wcześniej starsi zapewne również narzekali, ale dokumentów brak. Młodzież, to niełatwy temat. Po pierwsze jest naszą przyszłością, głownie w kwestii emerytur. Po drugie nie można jednoznacznie powiedzieć, że młodzież jest taka, lub taka. Tak jak i wśród dorosłych – różnie z młodzieżą bywa.

Niemniej do podjęcia tematu skłoniły mnie łódzkie tramwaje i autobusy. Zdarza się, że jestem zmuszony podróżować po rodzimym mieście tymi pojazdami. Zauważyłem zatem, że póki były wakacje w miejskich środkach zbiorowej komunikacji było luźno, ale już z początkiem września autobusy i tramwaje zaludniły się. To nasza dorodna młodzież wróciła do szkół. I rano jeździ do nich, a potem – około 14-tej – wraca do domu. I zaczyna się horror.

Nie widzą, nie słyszą

Młodzież nasza i traci wzrok oraz słuch. To przykre, gdy widzi się przyszłość narodu tak okrutnie okaleczoną. Oto bowiem, zaledwie w kilka dni po dwumiesięcznym odpoczynku, młodzież jest słaba, wycieńczona i niczego nie widzi, i nie ma siły wstać, żeby ustąpić miejsca staruszkom.

Nasi staruszkowie są na tyle dobrze wychowani, że nie proszą o ustąpienie miejsc. Staruszkowie, często o laskach, trzymają się kurczowo poręczy krzesełek, na których siedzi młodzież. Miejskie autobusy w całej Polsce, gwałtownie hamują, żeby zaraz potem przyśpieszyć, wykonują nagle slalomy, żeby uniknąć dziur w jezdni… Więc pojazdy miotają staruszkami niemiłosiernie.

Odnoszę wrażenie, że te wakacje młodzież – lub jej rodzice – zmarnowała. Teoretyczne służą one  wypoczynkowi, ale – jak widać w tramwajach i autobusach – nasza młodzież musiała przeżywać jakieś fizyczne i psychiczne koszmary, skoro teraz jest osłabiona, traci wzrok i słuch.

Rząd nasz wymyślił i zrealizował ideę bonu turystycznego. Zatem, zmarnowały się także budżetowe pieniądze, a to już jest sprawa poważna, wagi państwowej. Co prawda młodzież nic nie widzi, bo jest wślepiona w ekraniki komórek, a niczego nie słyszy, bo na uszach ma słuchawki. Ale wrażenie jest w sumie przykre.

Kto wychowuje dzieci i młodzież?

Niejako automatycznie nasuwa się pytanie: kto wychowuje nasze dzieci i młodzież? Odpowiedź nie jest oczywista. Szkoła uważa, że jest od edukacji, czyli dydaktyki, ergo od wtłaczania do głów wiedzy. Pedagogiką – uważają nauczyciele – powinni zajmować się rodzice. Rodzice natomiast do wychowywania nie mają czasu, zdrowia i nerwów. I oczekują od nauczycieli, że wychowają im dzieci.

Kto zatem wychowuje młodzież? Odpowiedź jest jedna: młodzież wychowuje się sama. Czerpiąc wzorce zachowań z najbliższego otoczenia. Najpierw rodziców, potem rówieśników. Pociechy nasze są bacznymi obserwatorami i wszystko sobie w głowach notują. Jeżeli ojciec pali papierosy, pije wódkę w nadmiarze, klnie w domu – to jak w banku, że jego przychówek będzie robił to samo.

I nie zadziałają tu światłe wskazówki: „Nie pij i nie pal, jak tatuś”. Jest jeszcze gorzej. Jeżeli bowiem w domu rodziców panuje pogarda dla bliźnich, którym się nie udała kariera finansowa, to jest pewne, że przychówek przyswoi to sobie, jako własny światopogląd.  Jeżeli zaś, dla przykładu, rodzice będą się zachowywali wobec innych kunktatorsko, pochlebczo, to i tę cechę odziedziczą ich dzieci.

Dobre wzorce istnieją

Czy zatem poruszamy się wszyscy w zaklętym kręgu niemożności i fatalnego dziedzictwa? Niekoniecznie. Możemy przecież wynieść z domu również dobre wzorce. Dobry nauczyciel, swym postępowaniem, swoją prawością i obiektywizmem wobec delikwentów, czyli uczniów, może również wskazać im właściwą ścieżkę postępowania. Za moich młodych lat było harcerstwo, w którym spotkałem wielu prawych i szlachetnych ludzi. Są różne zespoły młodzieży. Są kluby sportowe, grupy turystyczne, które mogą młodzieży pomóc, w dostrzeganiu dobrych relacji międzyludzkich. Pod warunkiem, że młody człowiek jest otwarty na innych.

Młodzieżówki partyjne

Od lat przypatruję się też młodzieży z różnych organizacji politycznych. Mam tu na myśli tak zwane „młodzieżówki partyjne”. Gromadzą one młodych ludzi, którzy są aktywni politycznie i pod opieką „dojrzałych” działaczy partyjnych mają dorastać do dorosłego członkostwa w danej partii. Tutaj niestety – niezależnie od barw klubowych, niezależnie od partii – mamy do czynienia z młodymi karierowiczami. Oczywiście w większości tylko.

Ci młodzi, którzy podejmują działalność partyjną – w wieku 17-19 lat – mają oczy i uszy szeroko otwarte… I uczą się wszystkiego co w polityce najgorsze. Kopiują zachowania starszych, naśladują swoich „przywódców”  w walce o partyjne stanowiska i zaszczyty. Mierząc jednocześnie, ku stanowiskom państwowym, ale tylko tym nieźle płatnym.

Uważam, że światopogląd zdobywa się z wiekiem. Wraz z przeżytymi sukcesami i rozczarowaniami. Krótko mówiąc – nie wierzę młodym kopiom starszych polityków. Choć czasem mnie śmieszą, głównie  wtedy, gdy cytują swoich dorosłych wodzów, z minami, jakby to sami przed chwilą wymyślili.

Żeby wstali z miejsc

Wracając do dzisiejszego przykładu z nieustępowaniem miejsc przez młodych w tramwajach i autobusach… Co robić zatem, żeby nasza młodzież miała szacunek dla starości, współczucie dla cudzego niedołęstwa i sympatię dla ludzi w kłopocie? Po prostu dawać dobry przykład. Jeżeli jedziemy tramwajem z własnym dzieckiem, które ma już 8-10 lat, to prosimy je o ustąpienie miejsca osobie starszej. Zrozumie, a nawet będzie dumne, że komuś pomogło.

Jeżeli zaś widzimy w autobusie człowieka w kłopocie, powiedzmy z laską, to dyskretnie, delikatnie, prawie do ucha prosimy siedzącego młodziana lub panienkę, o ustąpienie miejsca. Zaręczam, że to skutkuje. Nie są ci młodzi tacy źli, tylko okropnie osamotnieni.

Kultura narodowa to nie tylko znajomość dzieł Słowackiego, Mrożka i Gombrowicza, czy też bywanie w teatrach, w filharmoniach. O poziomie kultury społeczeństwa, narodu świadczy szacunek wobec bliźniego swego. I nie rzucanie na trawniki butelek po izotonikach.

 

Fot. Radio Swoboda

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak polskie armatohaubice KRAB służą ukraińskiej armii

Na portalu „Krym.Realii” (projekt Radio Liberty) pod koniec sierpnia ukazał się obszerny fotoreportaż o tym, jak żołnierze ukraińscy używają polskich haubic KRAB przeciwko rosyjskim agresorom w Donbasie.

Artylerzyści ukraińscy twierdzą, że przy pomocy polskich haubic udaje im się skutecznie powstrzymać rosyjskie wojska. Tak, Ukraińcy walczyli na sowieckim sprzęcie, więc mają z czym porównywać. Obecnie, jak mówią, na frontach obrońcy Ukrainy mają większe możliwości, a obecność polskich instalacji artyleryjskich jest już odczuwalna na froncie.

„Radio Liberty” opublikowało 15 zdjęć ukazujących udział polskiego sprzętu w walkach na Donbasie. Jest to fotografia samej haubicy podczas ostrzału, a także zdjęcie samochodu dowódcy dywizji haubic, portrety strzelców i mechaników, których nazwisk nie wymieniono.

Zdjęcia pokazują, jak pojazdy bojowe zdobywają coraz to nowe pozycje. Żołnierze mają mało wolnego czasu, ponieważ aby wykonać misję bojową, trzeba być gotowym w każdej chwili. Wojskowi chwalą polską broń: „Łatwo na niej pracować, maksymalnie ułatwia to załodze pracę. Wystarczy tylko wykonać obliczenia, komputer zrobi wszystko za ciebie. Tutaj ładowanie jest bardzo szybkie w porównaniu ze sprzętem w stylu radzieckim”

„Te haubice dały nam wiele przewag nad rosyjskimi najeźdźcami i z ich pomocą wygramy” – podkreślają Ukraińcy.

Mówią też trochę o samej technologii. KRAB to polska samobieżna armatohaubica. W produkcji wykorzystano licencjonowaną wieżę z brytyjskiej samobieżnej haubicy AS90. Działo kalibru 155. Jako podwozie wybrano południowokoreańską platformę z K9 „Thunder” ACS.

Głównym środkiem ognia polskiej haubicy jest działo 155 mm. Broń wyposażona jest w dwukomorowy hamulec wylotowy, system przeładowania jest półautomatyczny. Maksymalna szybkostrzelność działa to 6 strzałów na minutę. Wykorzystywana jest również seria wystrzeliwania pocisków. Działo może wystrzelić 3 pociski w ciągu 10 sekund. Jednocześnie praktyczna szybkostrzelność w warunkach bojowych, w której załoga będzie mogła efektywnie pracować przez długi czas, wynosi 2 strzały na minutę. Minimalny zasięg ognia to 4,7 km, maksymalny to 40 km.

Już po kilku minutach dziennikarze szybko kończą rozmowę i pojawia się komenda „Do bitwy!”. Załoga zajmuje pozycje bojowe, a pojazd KRAB przechodzi do pozycji strzeleckiej.

Cel wyznaczony, maszyna przygotowana i naładowana, w hełmie dowódcy haubicy rozlega się komenda „ogień!”. Strzelcy wystrzeliwują dwa pociski i zmieniają pozycję tak, aby nie zostali osłonięci ogniem kontrbaterii przeciwnika.

Fotoreportaż dostępny jest TUTAJ.

 

Jerzy Kędziora. Fot. IPN

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Manikiurzysta” patriotów z WiN

10 września 1947 r. w Krakowie zakończył się proces działaczy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego. Władze komunistyczne skazały osiem osób na karę śmierci, wśród nich prezesa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego. W śledztwie przesłuchiwał go funkcjonariusz UB Jerzy Kędziora, który żyje do dziś na warszawskim Bródnie.

Płk Niepokólczycki przeżył, bo komuniści zmienili mu karę śmierci na dożywotnie więzienie – na wolność wyszedł w grudniu 1956 r. Jerzy Kędziora katował też innych WiN-owców z tej samej sprawy, np. Edwarda Bzymka-Strzałkowkiego, oficera wywiadu i kontrwywiadu Okręgu Kraków Związku Walki Zbrojnej-Armii Krajowej, po 1945 r. szefa Brygad Wywiadowczych DSZ–WiN (opracowywał i przekazywał Rządowi RP na Uchodźstwie miesięczne sprawozdania o sytuacji w kraju). Bzymek także odzyskał wolność na fali „odwilży”.

Kolejną ofiarę Kędziory, Władysława Jedlińskiego, oficera wywiadu AK, a po wojnie kierownika sieci informacyjnej IV Zarządu Głównego WiN–u, Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie 15 lipca 1955 r. skazał na dożywocie. Z więzienia mokotowskiego został warunkowo zwolniony w grudniu 1957 r.

Kędziora urodził się w 1925 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po wrześniu 1939 r. przebywał we Lwowie, gdzie skończył trzy klasy gimnazjum, miał obywatelstwo sowieckie. Od czerwca 1943 r. służył w Gwardii Ludowej (ps. „Stefan”), a od stycznia 1945 r. w Armii Ludowej (ps. „Francuz”).

Współpracownikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego został w lutym 1945 r., a pracownikiem w maju tego roku. Do grudnia 1947 r. „brał udział w walce z bandami i reakcyjnym podziemiem”. Oprócz tego ukończył dwuletnią Szkołę Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. W MBP doszedł do funkcji kierownika sekcji śledczej.

Kędziora był głównym śledczym w sprawie mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, dowódcy legendarnego oddziału partyzanckiego z Lubelszczyzny. Prowadził ją razem z Eugeniuszem Chimczakiem. Tak znęcali się nad Dekutowskim, że w wieku 30 lat wyglądał jak starzec, miał połamane kości i wybite zęby. „Zaporę” zamordowano 7 marca 1949 r.

Jerzy Kędziora należał również do Grupy Specjalnej MBP – tajnej komórki powołanej latem 1948 r., przekształconej następnie w X Departament, który zajmował się sprawami szczególnymi – „oczyszczaniem” szeregów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z agentów i prowokatorów. Grupa działała w tajnym więzieniu (kryptonim „Spacer”) w Miedzeszynie pod Warszawą.

W 1955 r., na fali „odwilży”, oskarżono Kędziorę, że podczas przesłuchań ciężko pobił Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego AL, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP), w wyniku czego Dobrzyński zmarł. 13 lipca 1955 r. Kędziora został zwolniony z MBP. Następnie wyrokiem z 2 stycznia 1956 r. Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy skazał go na trzy lata więzienia. W areszcie spędził jednak kilka miesięcy.

W latach 50. Kędziora zeznawał także jako świadek w sprawie odpowiedzialności swoich przełożonych (Różańskiego-Goldberga i Romkowskiego-Kikiela), nadzorującego willę „Spacer”: „Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował Światło. (…) W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. (…) W początkowym okresie nie było gum, a któryś z oficerów śledczych, nie pamiętam nazwiska, bił podejrzanego kijem. Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla. Te gumy nazywano »małymi konstytucjami« (faszystowskimi) w odróżnieniu od »dużej konstytucji«, którą zrobił oficer śledczy Laszkiewicz przy pomocy wartowników. Była ona zrobiona z kilku drutów izolowanych”.

Jerzy Kędziora w III RP znów stanął przed sądem. Proces został jednak zawieszony, gdyż – jak uzasadniano – wszystkie ofiary funkcjonariusza UB zmarły. Przeciwko temu zaprotestował Wacław Sikorski, AK-owiec, który po wojnie był przesłuchiwany przez Kędziorę, dzięki czemu sprawa była kontynuowana.

Sikorski wspominał: „Mój śledczy, którego nazwiska nie znam, przesłuchiwał mnie 2–3 razy w tygodniu. Mówił mi: „Podpisz pismo, bo przyjdzie tu kpt. Kędziora, któremu nikt nigdy nie odmówił podpisu. Odbije ci nerki i zdechniesz w więzieniu. Gdy kolejny raz nie chciałem podpisywać, śledczy zwrócił się do strażnika: „Poproście kpt. Kędziorę”. Do pokoju wszedł człowiek w mundurze, w oficerkach. Miał w ręku jakiś drąg (potem przynosił coś gumowego). Podszedł do mnie bliżej i spytał: „Podpiszesz?” Ja na to, że nie. Wtedy zaczął mnie kopać w lewy pośladek. „Podpiszesz?” Nie. Otwartą ręką huknął mnie w lewe ucho. O tu” – Sikorski pokazywał aparat słuchowy. – „To jest po panu Kędziorze. Innym razem tak rąbnął mnie w tył głowy, że upadłem nosem na ścianę. Do dziś mam uszkodzoną przegrodę nosa”.

Wacław Sikorski mówił dalej: „Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę dokumentu kończącego śledztwo, znów będę miał do czynienia z Kędziorą”. Innym razem usłyszał: „Ty jesteś ch…, a nie oficer. Wyrok to ja tutaj piszę, a w sądzie ci tylko odczytają. Dostaniesz KS [karę śmierci]”.

Rozpatrujący sprawę Kędziory Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa uznał, że sprawa wymaga wiedzy historycznej i nie jest kompetentny, aby ją właściwie ocenić! Z kolei poproszony o przejęcie sprawy Sąd Okręgowy odmówił, twierdząc, że oskarżony nie jest osobą znaną i nie budzi zainteresowania opinii publicznej!!!

Ostatecznie sąd III RP skazał Jerzego Kędziorę, w styczniu 2012 r. – za znęcanie się w stalinowskim śledztwie nad AK-owcami – na cztery lata więzienia bez zawieszenia. Sąd wyższej instancji obniżył „ze względów humanitarnych” wyrok do trzech lat. Natomiast Sąd Najwyższy najpierw wstrzymał wykonanie kary, ale ostatecznie odrzucił kasację Kędziory – ubek i jego obrońca od początku domagali się umorzenia sprawy ze względu na przedawnienie. 

Brutalny śledczy trafił do aresztu na Białołęce, ale przedwcześnie – tłumacząc się słabym zdrowiem – wyszedł na wolność. Mieszka do dziś na warszawskim Bródnie.

 

Pała do walenia Niemców w łeb – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Nie wiem czy Polska uzyska reparacje. Nie jestem prawnikiem, a eksperci w tej dziedzinie są podzieleni. Myślę jednak, że zupełnie nie o to chodzi.

Inaczej. Trzeba zrobić wszystko, żeby te pieniądze od Niemiec uzyskać. Poruszać międzynarodową opinię publiczną, walczyć w trybunałach, nawiązywać sojusze z innymi państwami poszkodowanymi przez Niemcy, które zgłaszają do Niemiec uzasadnione roszczenia. To wszystko trzeba robić i myślę, nawet jako laik zapoznany z opiniami ekspertów, że jest nadzieja na to, że Niemcy zrekompensują nam, liczone przecież dość ostrożnie, straty jakie ponieśliśmy w wyniku ich barbarzyństwa.

Narzędzie wpływu

O wiele jednak bardziej realnym i osiągalnym zyskiem ze zgłoszenia tego roszczenia, jest budowa konstrukcji pewnego mechanizmu, który najwyraźniej jest doskonałym narzędziem wpływu na Niemcy. Wszystko bowiem wskazuje na to, że z nielicznymi wyjątkami, np. izraelskimi mediami powtarzającymi fake newsa, do którego powstania przyczynił się „badacz Holocaustu” Jan Grabowski o rzekomych 200 tysiącach Żydów zabitych przez Polaków, informacja o wystąpieniu przez Polskę z żądaniem wypłaty reparacji od Niemiec, spotkała się na świecie ze zrozumieniem. Ba, dzięki jej rozpowszechnieniu, przypomina się na świecie ogrom zbrodni, jakich dokonali Niemcy w Polsce, w skali, której nie udało się osiągnąć żadnej z mniej czy bardziej udanych „maben”.

Oczywiście zupełnie inaczej sprawa ma się w Niemczech. Tu dominuje pewien szok. No jak ci Polacy mogli? Przecież już ich spacyfikowaliśmy. Mamy ich media, mamy ich polityków (zauważyliście, że politycy opozycji w Polsce używają nawet podobnych określeń jak używane w Niemczech? Na przykład Dominik Tarczyński zwrócił uwagę na zamianę słowa „reparacje” na „zadośćuczynienie”, co jest zwyczajem w Bundestagu), mamy ich gospodarkę (no już nie w takim stopniu), a ci nie chcą uznać swojej podrzędnej roli. Wieczny z nimi kłopot.

No a jeżeli samo żądanie reparacji wywołuje pozytywne reakcje na Zachodzie i stres w Niemczech, to znaczy, że mamy dźwignię. W sumie to mam ochotę napisać, że właściwie to mamy teraz wielką pałę do walenia Niemców w łeb.

Niemieckie pały

Kogoś razi czy zniesmacza takie stwierdzenie? Ależ Niemcy mają ileś takich pał, które służą im do walenia w łeb nas. Mają niemieckie media, które każdego dnia kłamią i manipulują na temat Polski, prawie zawsze usiłując przedstawić Polskę w jak najgorszym świetle. Może odrobinę zmieniły ton wobec wojny na Ukrainie, ale naprawdę, bez nadmiernego entuzjazmu. Ton niemieckich mediów świadomie deprecjonujących międzynarodową pozycję Polski, ma wpływ na ton mediów w całej Europie. Mają również Unię Europejską. Tak, zadbali o to, żeby kluczowe pozycje w jej formalnych i nieformalnych strukturach władzy, w sporej części piastowali w ten czy w inny sposób powolni im ludzie. Unia Europejska, pomimo ogromnego obciążenia jakiemu poddawana jest Polska wobec wojny na Ukrainie, a może właśnie z tego powodu, prowadzi z Polską rodzaj wojny opartej na podwójnych standardach, przemocy instytucjonalnej i finansowej. Mało? Doliczcie do tego niemieckie koncerny medialne w Polsce, niemieckie fundacje sypiące obficie groszem na każdą inicjatywę służącą w ten czy w inny sposób Niemcom, tresowanych, wymienianych już wyżej polityków…

Terapia

Dlatego miło jest konstatować, że teraz i my jakąś pałę do walenia Niemców w łeb mamy. I choć posądzany jestem o zwierzęcą germanofobię, pragnąłbym dodać, że mam nadzieję, że przy pomocy owej pały uda nam się poddać Niemców terapii, która wyleczy ich z naturalnej buty i poczucia wyższości nad Polakami. Pozwoli im dopuścić do siebie świadomość, że Polacy mogą mieć własny interes i nie musi to być interes zgodny z niemieckim. Aż w końcu ułożymy sobie stosunki na zasadach równości i partnerstwa, jak to między sąsiadami, których gospodarki są przecież ze sobą silnie sprzężone.

I nie, nie robi na mnie wrażenia straszak „kto atakuje Niemcy ten jest prorosyjski”. Nawet nie dlatego, że szermujący tym „argumentem” chwilę temu cmokali nad Putinem, ci są żenującymi błaznami, ale głównie dlatego, że wiem, że niezależnie od chwilowych wahań i dąsów, Rosja i Niemcy, szczególnie na tle wojny na Ukrainie dobrze to widać, są awersem i rewersem tego samego złego szeląga.

A, że już się zmienili? Doskonale, będą mieli mnóstwo okazji żeby to udowodnić. Zobaczymy.

Znaczek Solidarności, przez lata symbol nadziei Grafika ze strony NSZZ Solidarność

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co będzie z sukcesem Solidarności?

„Tygodnik Solidarność” nr 30 – bardzo dobry numer. Periodyk ma potężny dorobek. To już 1749 edycji firmowanych biało czerwoną flagą. Idą ludziki-literki w świetnie wymyślonym tradycyjnym znaczku Solidarności. Niosą symbol naszej państwowości. Niestety sam patriotyzm, nawet bardzo gorący, nie wystarcza. Dopiero gdy żarliwość uczuć i poziom rozumu idą w parze odnosi się sukces. A taki osiąga omawiany tygodnik.

Redaktor Teresy Wójcik. Szanowna dama zajęła się stanem polskiej armii. Trzy informacje powinny dziś dotrzeć do możliwie najszerszego gremium: w ramach pięcioletniego planu ustawa o obronie ojczyzny przewiduje zwiększenie liczby żołnierzy w polskiej armii do 300 tysięcy. W roku 2023 Polska przeznaczy na obronę 3 procent PKB. W zamian za 240 rosyjskich czołgów T-72 przekazanych Ukrainie, Polska otrzyma z USA 116 Abramsów.

Ukraina krwawi dziś, bo nie doceniła bandytyzmu bandyty, wierzyła w solidarność człowieczą i zobowiązania międzynarodowe.

Gdy myślimy o wrześniu ’39, o Holokauście – dziwimy się, że „świat” był głuchy i ślepy. A czy dzisiaj to jest nie inaczej? Agresor zajmuje elektrownię atomową – łże i straszy, kłamie gębami propagandystów. Bogaci Rosjanie bez przeszkód wojażują sobie po świecie. Ktoś ich wozi, karmi, gra im rozrywkowo i bierze od nich pieniądze. Informacje o wojnie są już na dalszym planie. W lutym sołdacka armia stała na rubieży a pokojowi decydenci latali i jeździli sobie tam i z powrotem. Rządy, bogaci się wyżywią, ginie armatnie mięso. Za broń chwytali nieletni i kobiety. Ginęły i giną nadal dzieci. Bohaterscy obrońcy stawiani są przed sądem. Owszem będą im stawiane pomniki, gdy stracą życie.

Tylko silna armia i zdecydowane przywództwo mogą być gwarantem niepodległości. Niestety, opornie to dociera do zaprzańców i zdrajców. Tak zawsze było i mimo krwawych lekcji – tak jest nadal. „Niech na całym świecie wojna – byle nasza wieś spokojna”. Wieszczów i bohaterów dostatek. Gorzej z wiedzą, gospodarką i sprzętem obronnym. Dopiero teraz już w obliczu zagrożenia czynione są rozpaczliwe wysiłki. A i tak wroga piąta kolumna przeszkadza.

Sprawa reparacji dla zrujnowanej po II wojnie światowej Polski powraca. A sprawca nie chce za zbrodnie zapłacić. Mało – rodzima opozycja też odszkodowań nie żąda. Chce dyskutować. Kim są ci ludzie? Czyje interesy reprezentują?

W XVII wieku złupił wielką Polskę mały kraj z północy, w XVIII rozszarpali nas trzej wrogowie. Potem już wystarczyła zmowa dwóch. Teraz jeden grozi a drugi udaje, że pomaga. Unia nie daje nam tego co się Polsce należy, a rodzima opozycja jej sprzyja. Bo „im gorzej, tym lepiej”. Wzorem – Targowica.

Czy sukces Solidarności będzie zaprzepaszczony? Informacje, które podtyka nam przed oczy red. Teresa Wójcik w tygodniku „Solidarność” napawają nadzieją. Ale same informacje nie wystarczą.

Kapłan Niezłomny - ks. Stefan Niedzielak Fot.: Wikipedia

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina, jak straszono ks. Niedzielaka: „Skończysz jak Popiełuszko”

1 września 1914 r. w Podolszycach koło Płocka urodził się Stefan Niedzielak. Już w czasie wojny, w czerwcu 1940 r., przyjął święcenia kapłańskie, jednocześnie angażując się w walkę o wolną Polskę. Będzie ją prowadził do końca życia, domagając się szczególnie prawdy o ludobójstwie katyńskim. Niezłomny kapłan zapłacił za to życiem.

Już jako ksiądz Stefan Niedzielak wstąpił do Narodowej Organizacji Wojskowej (potem był zwolennikiem scalenia NOW z Armią Krajową). Pracę duszpasterską prowadził na terenie okręgu łódzkiego. Był również kurierem Delegatury Rządu na Kraj, a jego głównym zadaniem była wymiana informacji między władzami Polskiego Państwa Podziemnego a arcybiskupem krakowskim Adamem Sapiehą.

Z tego tytułu wcześnie poznał raporty dotyczące zbrodni katyńskiej i tą wiedzą dzielił się również z wiernymi. Zapewne już wówczas stwierdził, że jego celem będzie upamiętnienie ofiar strasznego mordu. Latem 1944 r. przywiózł do Krakowa część dowodów zebranych w dołach katyńskich. W Powstaniu Warszawskim ks. Niedzielak pełnił posługę jako kapelan.

Po zakończeniu II wojny światowej niezłomny kapłan nie miał złudzeń co do zamiarów Sowietów w stosunku do Polski. Dalsze jego działania były konsekwencją obranej wcześniej drogi. Ks. Niedzielak został kapelanem Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Za tę niepodległościową działalność został aresztowany i spędził kilka miesięcy w więzieniu. Od tej pory był już na celowniku komunistycznej bezpieki.

Po wyjściu na wolność zaangażował się w odbudowę warszawskich kościołów. W 1956 r. został rektorem kościoła św. Karola Boromeusza na Powązkach i dyrektorem Cmentarza Powązkowskiego, którą to posługę pełnił z przerwami do końca życia.

W latach 80., pamiętając o zbrodniach sowieckiego totalitaryzmu, razem z Wojciechem Ziembińskim i przyjaciółmi stworzył na warszawskich Powązkach dzieło swojego życia – Sanktuarium Poległych i Pomordowanych na Wschodzie. To było jedyne w Warszawie miejsce, gdzie Polacy mogli oddawać hołd ofiarom sowieckiego ludobójstwa. Jak wyglądało upamiętnienie? Przetrwało w niemal niezmienionym stanie do dziś. W ścianę kościoła św. Karola Boromeusza wmurowano krzyż z napisem „Poległym na Wschodzie” oraz ok. tysiąc tabliczek z nazwiskami ofiar. W 1988 r. w mieszkaniu księdza na plebanii powstało warszawskie koło Rodzin Katyńskich. Stefan Niedzielak regularnie organizował również msze za ojczyznę. Był inicjatorem wzniesienia na stołecznych Powązkach Wojskowych Krzyża Katyńskiego, który to pomnik stanął ostatecznie 31 lipca 1981 r., a jeszcze tej samej nocy został usunięty przez SB.

Te wszystkie fakty wpłynęły na wydanie przez komunistów wyroku śmierci na księdza. Wcześniej otrzymywał pogróżki, także tej najbardziej drastycznej treści: „Skończysz jak Popiełuszko”.

Rano 21 stycznia 1989 r. ciało księdza odnalazł w jego mieszkaniu wikariusz parafii. Drzwi były otwarte. Na głowie i twarzy kapłana widać było liczne rany. Lekarz medycyny sądowej stwierdził także złamanie kręgosłupa w odcinku szyjnym, co sugerowałoby cios – np. karate. W raporcie nie podano przyczyny śmierci, nie wykluczając jednak morderstwa. Oficjalnym powodem śmierci miał być upadek z fotela podczas oglądania telewizji.

Dziewięć dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, kapelan podlaskiej Solidarności. Początkowo był wikarym w Suchowoli, rodzinnej miejscowości ks. Jerzego Popiełuszki. Mimo różnicy wieku (ks. Jerzy był starszy od niego o 11 lat) zaprzyjaźnili się. Dla „nieznanych sprawców” ten fakt miał niebagatelne znaczenie. Miesiąc po mszy w suchowolskim kościele, którą odprawiał ksiądz Suchowolec, a homilię głosił ks. Popiełuszko, ten ostatni został zamordowany. Był rok 1984. Stanisławowi Suchowolcowi dane było żyć jeszcze przez niecałe 6 lat.

Na msze za ojczyznę do Suchowoli – podobnie jak do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – zaczęły ściągać tłumy wiernych. Dwa lata później ks. Suchowolec przeniósł się do Białegostoku do parafii w dzielnicy Dojlidy. SB jednak czuwała. Mimo powtarzających się coraz częściej gróźb, tożsamych z tymi kierowanymi do ks. Niedzielaka: „zdechniesz jak Popiełuszko” – nie zrezygnował z działalności patriotycznej. Nadal, z jeszcze większym zaangażowaniem, odprawiał msze za ojczyznę. Chciał kontynuować dzieło ks. Jerzego i kultywować pamięć o zamordowanym kapelanie Solidarności.

Kres przyszedł pod koniec stycznia 1989 r. Oficjalnym powodem śmierci Stanisława Suchowolca było… zatrucie się tlenkiem węgla, które miało być spowodowane pożarem wywołanym awarią termowentylatora. Prokurator PRL-owski stwierdził, że był to nieszczęśliwy wypadek. Tyle że owego tragicznego dnia w mieszkaniu ks. Suchowolca był widziany krótko ostrzyżony nieznajomy mężczyzna w wieku ok. 40 lat. Rysopis napastnika został dokładnie odtworzony. Mimo to – podobnie jak w wypadku ks. Niedzielaka – do dziś sprawcy mordu pozostają poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości III RP.

Śledztwo w sprawie śmierci ks. Stefana Niedzielaka zostało umorzone w październiku 1990 r. I choć w kolejnym roku wznowiono je (na wniosek mecenasa Jana Olszewskiego), nie dało żadnego rezultatu. Podobnie stało się z dochodzeniem Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie zaginięcia dowodów zbrodni: zostało w 2009 roku umorzone z powodu braku dostatecznych danych uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa.

W 2008 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył ks. Stefana Niedzielaka „za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej” Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Podczas obrad Okrągłego Stołu mecenas Władysław Siła-Nowicki poprosił o uczczenie zamordowanych kapłanów: Stefana Niedzielaka i Stanisława Suchowolca minutą ciszy. Komunistyczna Telewizja Polska nie wyemitowała tego fragmentu.

Morderstwo dokonane na księdzu Stefanie Niedzielaku miało też aktualny wymiar polityczny. W tym samym dniu (20 stycznia 1989 r.) obradowała w Gdańsku Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność”, za kilka dni miało się odbyć spotkanie w Magdalence przygotowujące Okrągły Stół. Opinię publiczną trzeba było zastraszyć.

 

Rysuje Cezary Krysztopa

CEZARY KRYSZTOPA: Niemieckie marzenia znowu groźne

Niemieckie marzenie o Lebensraum doprowadziło do największej katastrofy człowieczeństwa w historii ludzkości (choć może porównywalnej z katastrofą spowodowaną sowieckim marzeniem o „sprawiedliwości społecznej”). W tajnym przemówieniu tuż przed atakiem na Polskę 22 sierpnia 1939 roku niemiecki kanclerz Adolf Hitler mówił – Naszym celem jest fizyczne zniszczenie przeciwnika. Zgodnie z tym, postawiłem w stan gotowości moje oddziały SS-Totenkopf – na razie tylko na wschodzie – z rozkazem uśmiercania bez litości i współczucia mężczyzn, kobiet i dzieci polskiego pochodzenia i języka. Tylko w ten sposób osiągniemy potrzebną nam przestrzeń życiową – Hitler chciał być jak Czyngis-Chan, który „z premedytacją i radością w sercu poprowadził na rzeź miliony kobiet i dzieci”.

A przecież nie było to jedyne takie niemieckie „marzenie”. Jedną z przyczyn I Wojny Światowej było niemieckie „marzenie” o dominacji, a innym, niesłusznie zapomnianym, bo pokazującym, że ludobójstwo Niemcy mieli we krwi na długo przed II Wojną Światową, było niemieckie „marzenie” o niemieckiej Afryce, które w doprowadziło do zagłady ludów Herero i Namaqua w dzisiejszej Namibii w 1906 roku. W wyniku próby realizacji tego „marzenia” śmierć poniosło 100 tysięcy osób.

Generalnie niemieckie „marzenia” to dość niebezpieczna sprawa. Po II Wojnie Światowej Niemcy zrobili sporo, żeby przekonać świat o tym, że już nie „marzą”. Trochę szczerze. A trochę nieszczerze. „Rozmarzeni” narodowo-socjalistyczni towarzysze stali się podwaliną wielu segmentów administracji, mediów, środowisk prawniczych i biznesu „demokratycznych Niemiec”.

Niemcy znowu „marzą”

Najwyraźniej jednak, Niemcy bez „marzeń” długo nie wytrzymują. Najpierw zaczęli „marzyć” o dominacji w Unii Europejskiej, a potem, jakby tego było mało, o „wspólnej z Rosją przestrzeni od Władywostoku po Lizbonę”. Na nic zdały się ostrzeżenia krajów, które dopiero co wyśliznęły się spod ruskiego buta. Kosztem swoich sojuszników z UE, Niemcy konsekwentnie budowały gospodarczy i polityczny sojusz z Rosją i nie przeszkodziły im w tym ani inwazja na Czeczenię, ani później na Gruzję, czy na Ukrainę. W ten sposób wykarmiły kremlowskiego potwora i zapewniły go o tym, że może nie niepokojony przez „pragmatycznych” Europejczyków pod wodzą Niemców, posilić się na ciele Ukrainy.

Tym razem niemiecka mara senna nie jest Niemcem. Jest Rosjaninem, choć, co warto podkreślić, dobrze w Niemczech obytym jako oficer KGB pod przykrywką dyplomaty. Ale czy to zdejmuje odpowiedzialność z Niemców? Niemców, którzy w swoim wiecznym poczuciu bycia mądrzejszym od innych, nie słuchali, kiedy inni usiłowali wytłumaczyć im czym to się może skończyć. Nie słuchali, bo byli głupi? Czy też może raczej ewentualne konsekwencje traktowali jako konieczny koszt realizacji kolejnego „marzenia” o kolejnym niemieckim „Lebensraum”?

Putin wywala gały

Tak czy siak, tym razem „marzenie” rozwiał im najlepszy przyjaciel Putin, który najwyraźniej źle ocenił własne możliwości i zamiast „rachu ciachu” rozprawić się z Ukraina, ugrzązł tam, jak się zdaje, na dłużej. Zamiast szybko znów robić za „szczerego demokratę, z którym można się dogadać” po zarżnięciu kolejnego kraju, od pół roku wywala gały z kremlowskiej wieży najwyraźniej ni cholery nie rozumiejąc, dlaczego dzieje się to co się dzieje. A to jest katastrofa również dla Niemiec, które z Rosją i Putinem wiązały plany niebagatelne.

Scholz ucieka do przodu

W tym samym czasie nowy kanclerz Niemiec Olaf Scholz od pół roku zajmuje się udowadnianiem, że Niemcy nie potrafią wyciągać wniosków. Od pół roku, kłamiąc, manipulując i udając, albo nie udając, głupiego, robi wszystko, żeby niemiecki slogan o „moralnym imperium” doprowadzić do żenującego stadium rozkładu. A nuż trafi się jakiś pretekst do powrotu do interesów z Kremlem?

Tymczasem pozycja Niemiec dawno nie była tak słaba. A mowa tu nie tylko o prokurowanej przez Scholza katastrofie wizerunkowej. Niemiecki historyk gospodarki Wolfgang Streeck otwarcie mówi o „końcu ery dominacji Niemiec”, która ma wynikać z końca pewnego okresu globalizacji, który służył rozwojowi modelu gospodarczego Berlina opartego na eksporcie i powszechnej ruiny zaufania do Niemców, szczególnie w Europie.

W sytuacji, w której powinien schować się w mysią dziurę i zająć się przełykaniem gorzkiego wstydu w imieniu swoim, oraz swoich poprzedników, Olaf Scholz usiłuje „uciec do przodu” mówiąc, że „Niemcy są gotowe do przejęcia odpowiedzialności za Europę”, że chciałby likwidacji jednomyślności w procesie decyzyjnym UE (czytaj – my duże Niemcy mamy o Europie decydować, a nie jakieś „partykularyzmy” maluchów) i że, uwaga, uwaga „marzy o większej Europie”.

Czerwona lampka

Otóż Panie Scholz, różnorakie formy waszego „przywództwa” już przerabialiśmy. Nie kończyły się niczym dobrym. Więc Wasze „przywództwo”, jak również Wasza „odpowiedzialność” nie są nam do niczego potrzebne. Przestańcie pouczać wszystkich dookoła, przestańcie usiłować naginać wszystkich do swojej woli i podziękujcie Opatrzności, że w ogóle chcemy jeszcze z Wami rozmawiać. Wtedy być może uda Wam się ułożyć stosunki z innymi krajami europejskimi ku wzajemnej korzyści.

Bo widzi Pan, Panie Scholz, systemy współpracy atlantyckiej i europejskiej, powstały nie tylko po to by jednoczyć Zachód i Europę, ale również po to by strzec Was, Niemców przed tym żebyście się znowu nie „rozmarzyli”. Wprawdzie po latach strażnicy zaspali i znowu udało Wam się doprowadzić do katastrofy, ale w zasadzie należałoby sankcjami obłożyć nie tylko Rosję, a również odpowiedzialne za jej wykarmienie i wciąż przyjmujące ambiwalentną postawę Niemcy.

Dlatego Panie Scholz, proszę przyjąć do wiadomości, że to nie Niemcy powinny decydować o kształcie Europy. To Europa, po doświadczeniach historycznych i obecnych, powinna decydować o kształcie Niemiec.

MARIA GIEDZ: Solidarność Walcząca – fenomen w historii Polski, a jednak biała plama (2)

Z inicjatywy Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk odbyły się na falach wybrzeżowej rozgłośni audycje poświęcone Solidarności Walczącej, organizacji powstałej w 1982 r., a więc w trakcie stanu wojennego, kiedy to wielu członków Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” było internowanych, aresztowanych, a nawet więzionych. Nie mówiąc już o stosowanych wobec nich restrykcjach, torturach, czy zmuszaniu ich do wyjazdu z kraju. Kulminacją owych audycji stała się debata trzech doktorów z Gdańska, niemal równolatków SW, zajmujących się najnowszą historią Polski.

Owe audycje przygotowali i prowadzili gdańscy dziennikarze: Marzena Bakowska i Andrzej Urbański. Podczas rozmów z członkami SW, emitowanych w Radio Gdańsk, wyszły na światło dzienne nowe, nieznane społeczeństwu polskiemu fakty historyczne. Między innymi to, że członkowie Solidarności Walczącej byli w większości członkami Solidarności, a pod koniec lat 80. XX w., a więc niedługo przed „okrągłym stołem” centrala „S” zakazała współpracy z SW. Nawet nie wolno było „solidarnościowcom” kolportować prasy wydawanej przez SW. Zacznijmy jednak od początku.

Podczas debaty w Radio Gdańsk, o której już pisaliśmy (TUTAJ), związanej z uroczystością 40 rocznicy powstania Solidarności Walczącej, dr Chmielecki zacytował fragment deklaracji założycielskiej SW z czerwca 1982 r.: „Nie walczymy o niezależne związki zawodowe, ani nawet o niepodległość Polski. Walczymy o solidarność ludzi i narodów, innymi słowy walczymy o ideę solidarności”. Ta deklaracja stanowi sedno Solidarności Walczącej. Jej członkom nie chodziło o układy, o działanie półśrodkami, o wypracowywanie kompromisu zgodnie z zasadą: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”.

Pełna konspiracja

Niemal wszyscy członkowie SW pochodzili z bardzo patriotycznych rodzin. Stworzyli więc organizację polityczną, której głównym założeniem było całkowite pokonanie komunizmu.

– W totalitarnym systemie komunistycznym nie ma miejsca na jakąkolwiek niezależną organizację – mówił Andrzej Kołodziej w jednej z audycji (polski działacz polityczny, sygnatariusz Porozumień Sierpniowych, działacz „Solidarności” oraz Solidarności Walczącej). – Byliśmy pewni, że władza komunistyczna, jak się zorganizuje (po sierpniu’80), to uderzy w „Solidarność” i nie pozwoli takiemu ruchowi działać w państwie komunistycznym (wprowadzenie stanu wojennego). Niestety niewiele osób godziło się na działania konspiracyjne. Kiedy siedziałem w praskim więzieniu, głównie w karcerze (stan wojenny zastał Kołodzieja w ówczesnej Czechosłowacji; tam został zatrzymany, skazany i więziony), to ta działalność konspiracyjna „Solidarności” była niewystarczająca, jedyne odniesienie mogło być do konspiracji Armii Krajowej.

Znakiem SW stała się litera S z kotwicą u dołu, a inspiracją do tego był symbol Polski Walczącej z czasów II wojny światowej – litera P z kotwicą.

Jak opowiadał Marek Czachor (profesor nauk fizycznych, polski naukowiec z Politechniki Gdańskiej, działacz opozycji demokratycznej w PRL, członek SW; syn Ewy Kubasiewicz) – wszystko działo się przy pełnym zabezpieczeniu na wzór AK. Nie jeździło się samochodami tylko pociągami, bo samochody były niebezpieczne. Kontakty telefoniczne były unikane, a nawet zakazane. Przed każdą akcją wszystko było sprawdzane, działało się z nasłuchem.

Na Wybrzeżu SW skupiała około 300 członków i współpracowników. Nikt jednak nie prowadził ewidencji.

Walka

SW, mimo że w nazwie miała „walcząca” nie działała zbrojne. Jej głównym orężem było drukowanie ulotek, gazetek (ponad 100 tytułów), książek (17 książek), kartek świątecznych, kalendarzy, nadawanie własnych audycji, sygnału radiowego (na 3 programie UKF), telewizyjnego (na 2 programie). W latach 1987-88, już przy użyciu komputerów, nadawano na wizji napis „Solidarność”. Wypisywano też na murach hasła SW. W ten sposób społeczeństwo polskie dowiadywało się, że SW istnieje, walczy, daje ludziom nadzieję. Na przykład Marek Czachor drukował „Żołnierza Solidarności”, który docierał do 8 tys. instytucji wojskowych i 5 tys. prywatnych adresatów żołnierzy.

– Wojowaliśmy z komuną informacją, wolnym słowem, bronią były wydawnictwa o nakładach kilkudziesięciotysięcznych – mówił Piotr Jagielski (działacz SW, w 1987 r. włączył się w przygotowywanie i nadawanie audycji radiowych). – Myśmy sami drukowali książki. Zbijało się je gwoździami za pomocą młotka. Nie było kleju.

Tuż po aresztowaniu Andrzeja Gwiazdy, w nocy na jednym z wieżowców na gdańskiej Zaspie, naprzeciwko mieszkania Lecha Wałęsy, został namalowany największy napis „Uwolnić Gwiazdę” (obejmujący 7 pięter), jaki wymalowano w czasie działalności podziemia. Zrobiły to cztery osoby, a akcja trwała trzy minuty. Natomiast po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki zdecydowano się na akt znacznie mocniejszy. 28 lutego 1987 r. podłożono bombę pod siedzibą PZPR w Gdyni. Zrobił to Roman Zwiercan (działacz społeczny, publicysta, członek SW). Bombę zamierzano podłożyć pod Komitet Wojewódzki PZPR, ale wybrano budynek w Gdyni, gdyż jest oddalony od chodnika, po którym chodzą ludzie. SW bardzo dbała o to, aby nie zrobić krzywdy przypadkowym ludziom.

Był to akt ostrzegawczy. Na SB padł blady strach. Milicja wyciszyła sprawę. Przez ponad pół roku nie ukazała się na ten temat żadna informacja.

Po co Solidarność Walcząca

– Zachód nie rozumiał po co Solidarność Walcząca, skoro jest „Solidarność” – wyjaśniała Ewa Kubasiewicz (polonistka, bibliotekarka w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni, działaczka opozycji w PRL, emisariuszka SW na Zachodzie; w lutym 1982 r. skazana przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni na karę 10 lat pozbawienia wolności). Nie rozumiał, że Solidarność Wałęsy (Lech Wałęsa, polski polityk i działacz związkowy; przywódca opozycji demokratycznej w okresie PRL, pierwszy przewodniczący NSZZ „Solidarność”; laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 1983; Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990–1995) zaprzestała walki z komuną i poszła na układy. Natomiast Solidarność Walcząca chciała doprowadzić sprawę do końca. Zbigniew Brzeziński (prof., polsko-amerykański politolog, geostrateg, dyplomata, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w czasie prezydentury kilku amerykańskich prezydentów) doskonale to rozumiał, ale większość w Kongresie (chodzi o Kongres USA) uważała Wałęsę za wielkiego bohatera. Myśleli, że sprawa jest załatwiona. Po co Solidarność Walcząca, skoro „Solidarność” dogadała się z rządem?

Dla SW warunkiem rozpoczęcia rozmów powinna być legalizacja „S”. Zgodziłaby się na rozmowy z komunistami, ale na temat warunków ich odejścia, a nie dzielenia się z nimi władzą. W 1989 r. organizacja była przeciwna rozmowom przy „Okrągłym Stole”. Domagała się też całkowicie wolnych wyborów, dlatego wzywała do bojkotu wyborów zaplanowanych na 4 czerwca 1989 r.

Jadwiga Chmielowska (informatyk, nauczyciel akademicki, dziennikarka, działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL na Śląsku, członek SW; pod koniec stycznia 1988 r. stanęła na czele SW) uważa, że – zgoda Wałęsy na zarejestrowanie nowego Związku Zawodowego była wielkim oszustwem; że to w Magdalence (chodzi o rozmowy w Magdalence pomiędzy władzami PRL-u a przedstawicielami NSZZ „Solidarność” w 1988 i 1989 r.) panowie przy wódeczce i śledziku umówili się, jak podzielić władzę w Polsce.

Luka w historii

Po „Okrągłym Stole”, a zwłaszcza po czerwcowych wyborach o SW zapomniano. Nie uczono o niej w szkołach, tak jakby ta organizacja nie istniała, jakby nie było tych ludzi, notabene bardzo wykształconych. Idea solidaryzmu stała się wyrzutem sumienia dla rządzących lat 90. XX w. Nawet rządy, które odwoływały się do etosu Solidarności robiły wszystko, żeby o SW zapomnieć. Polska stała się wolnym państwem, wolnym narodem, ale zapomniała o idei solidarności, tej solidarności społecznej. A przecież w latach 80. XX w. żyło się ideałami, ludzie walczyli, byli zabijani, wyrzucani z pracy, zmuszani do opuszczenia Polski.

– Cały czas jest aktualny ideał odnoszący się do walki z komunizmem i z wszelkim totalitaryzmem, ponieważ okazało się, że historia się nie kończy – twierdził dr Paweł Warot, dyr. Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku. – Cały czas mamy zagrożenie wolności. Zmuszeni jesteśmy walczyć o wolność Polski. Każdego dnia. To jest ta podstawowa idea, która przetrwała do dzisiaj.

– To co robiła Solidarność Walcząca jest niezwykle ważne, bo tę wolność uzależniała od wolności krajów ościennych; wolności Czechów, Słowaków, Ukraińców – dodał dr Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności. – Dzisiaj historia zatacza koło. Znowu mamy opresję kremlowską i wojnę na Wschodzie przy granicach Polski.

Solidarność Walcząca pokazała, że istnieją wyższe wartości, jak solidarność, wolność, godność, których trzeba bronić, ale to jest odrzucane.

Zdaniem członków SW zawarty kompromis z komunistami negatywnie zaciążył na życiu politycznym, gospodarczym i społecznym Polski. Po upadku komunizmu Polska powinna opierać się na solidaryzmie i samorządności oraz odwoływać się do wartości wynikających z nauczania Kościoła katolickiego.

Jan Matejko - Rejtan (fragment obrazu), 1866

HUBERT BEKRYCHT: Precz z dziennikarstwem obiektywnym!

Nie, nie zwariowałem. Przynajmniej nie czuję się wariatem, a to – jak wiadomo w naszej kulturze – stanowi wyrok, że jednak nierówno jest pod moim sufitem. Trudno, wolę jednak teraz uchodzić za wariata niż po kilku latach być wyrzucony z bezpiecznego szpitala psychiatrycznego, bo masowo będą tam trafiać walnięci dziennikarze, którzy obecnie są uważani za ostoję normalności i poprawności. Politycznej.

Nie ma czegoś takiego, jak dziennikarski obiektywizm. Szczególnie gdy trwa wojna. A inwazja moskiewskiej hordy na Ukrainę jest więcej niż wojną. To starcie cywilizacyjne. Skoro trwa wojna, to pięknoduchy, którzy „za wszelką cenę chcą pokoju na świecie” powinny przestać się mazać i przestać marudzić, że „dziennikarze” trzymają stronę Ukrainy. Tak, w tym sensie jestem stronniczy, czyli – jak głosi biblia polityczne poprawnych dziennikarzy – nie jestem obiektywny. Trzymam stronę Ukraińców i nie obchodzą mnie „zwykli Rosjanie”, nawet jeśli to wrażliwi poeci albo baletnice, którym kazano włożyć rosyjskie mundury…

A pal sześć obiektywizm. Muszę być tylko rzetelny. A będąc rzetelny nie mogę przecież kłamać pisząc Odbiorcom, że „będzie dobrze”, kiedy nie będzie się drażnić Rosji. Bo Rosja, nawet jeśli w niektórych latach niegroźna, zawsze się odrodzi pod postacią azjatyckiej bestii.

Już słyszę ujadanie dystyngowanej sfory dziennikarskich psów gończych poprawnie politycznej opozycji z Polski. Nie ma jednak innego wyjścia, uczciwy dziennikarz musi być po stronie Ukrainy, bo jej bohaterowie, także za nasze pieniądze, bronią Europy. Kontynentu, który – też za nasze pieniądze – postanowił popełnić samobójstwo za pomocą rozerwania wiązadeł jamy ustnej, bo do tego prowadzi nieustanne gadanie o „dobrych Rosjanach”.

Znam sporo Rosjan, szczególnie dziennikarzy. Żaden z nich nie przeprosił za to, co jego rodacy robią na Ukrainie, bo to przecież „nie Rosjanie, tylko rosyjskie władze” robią te okropne rzeczy – mordują, gwałcą, kłamią, rabują… Znani mi żurnaliści z Rosji opowiadają głodne kawałki, jak to współczują Ukraińcom, ale sami w swoich rosyjskich redakcjach przy pomocy swoich rosyjskich mózgów, wykonują tylko swoje rosyjskie obowiązki. A w ogóle pracują w redakcjach muzycznych, sportowych, śniadaniowych lub grają w redakcyjnych orkiestrach…

Niestety, w amoku politycznej ugodowości są też międzynarodowe organizacje dziennikarskie. Członkowie ich władz ciągle myślą jak moja prababcia w 1939 roku, że wojna pójdzie bokiem.

W związku z tym oświadczam: nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę neutralny, czyli „obiektywny”,  wobec inwazji moskiewskiej na Ukrainę. Nie zamierzam być obiektywny, bo obiektywizm dziennikarski to utopia gorsza niż komunizm. W dziennikarstwie jest tylko zwyczajna ludzka przyzwoitość, którą podobni mi pismacy nazywają po prostu rzetelnością.

Jeśli trzeba będzie ratować Ukrainę, Polskę, Europę na wojnie i w wojnie z propagandą Kremla nie zawaham się użyć adekwatnych środków. Przeciw Rosjanom jestem w stanie walczyć z bronią w ręku. Gdyby jednak dowódcy NATO uznali to za niebezpieczne, mogę jako dziennikarz, kłamać, manipulować, mataczyć. Byle przeciw Rosji! Byle przeciwko zidiociałym od poprawności politycznej urzędnikom nazywających siebie dziennikarzami, którzy chcą ratować tyłki układając się z promoskiewskimi ośrodkami władzy w różnych krajach Europy i świata.