Prezes Klubu Sportowego Gedania 1922 Władysław Barwiński wręczył panelistom oraz dyr. Radia Gdańsk dr Adamowi Chmieleckiemu okolicznościowe koszulki, fot. M. Giedz

MARIA GIEDZ: Gedania, to więcej niż klub sportowy

Aż nie chce się wierzyć, ale od 1922 r., praktycznie bez przerwy do dzisiaj, istnieje w Gdańsku klub sportowy o nazwie Gedania (od 2006 roku: GKS Gedania 1922). Ktoś mógłby powiedzieć, że to żaden ewenement. Tylko że Gedania była polskim klubem sportowym w mieście, które mocą Traktatu Wersalskiego podpisanego 28 czerwca 1922 r., stało się dziwnym tworem o nazwie Wolne Miasto Gdańsk, gdzie Polaków traktowano marginalnie.

Dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku, fot. M. Giedz

Klub powstał 15 sierpnia 1922 r. Minęło właśnie 100 lat jego istnienia i z tej okazji Radio Gdańsk zorganizowało niezwykle interesującą debatę, która bynajmniej nie dotyczyła tematyki czysto sportowej. Wręcz przeciwnie rozmawiano o Polakach, a przede wszystkim o duchu polskości, który dzięki Gedanii był „pielęgnowany” nawet w najtrudniejszych czasach, a tylko w tle pojawiał się wątek sportowy. To była znakomita lekcja polskiej historii, a poprowadzili ją znawcy dziejów Pomorza i Gdańska, które w rzeczywistości nigdy nie było miastem niemieckim, chociaż Niemcy od stuleci roszczą sobie do niego prawa. Uczestnikami panelu byli: dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku i dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Gdańsk zawsze był miastem wielokulturowym, ale nie był niemiecki, chociaż większość jego mieszkańców znała ten język i posługiwała się w najróżniejszych instytucjach.

Dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, fot. M. Giedz

Gdańsk okresu międzywojennego

– W Gdańsku nieprzerwanie funkcjonowała dynamiczna mniejszość polska, która przetrwała okres zaborów i była aktywna w okresie szturmu Hakaty (Niemiecki Związek Marchii Wschodniej – niemiecka nacjonalistyczna organizacja działająca w latach 1894-1934) na przełomie XIX i XX wieku – tłumaczył Grzegorz Berendt. Na obszarze, który od 1920 tworzył Wolne Miasto Gdańsk, aktywni i świadomi Polacy nie byli zbiorowością zbyt liczną. Stanowili zbiorowość kilkunastu tysięcy osób, ale byli zorganizowani i wydawali własną prasę. Wyróżniali się i nie obawiali się mówić o swojej tożsamości, występować wobec władz, nawet w okresie, kiedy była dominacja państwowości niemieckiej, po zawieszeniu broni w listopadzie w 1918 roku, a przed wejściem w życie postanowień traktatu wersalskiego na początku 1920 roku. W tym trudnym okresie, wypełnionym walkami politycznymi i przelewem krwi, kilkanaście tysięcy Polaków mówiło o swoich aspiracjach i marzyło o tym, żeby Gdańsk znalazł się w wolnej Polsce.

Dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, fot. M. Giedz

Wśród polskich mieszkańców Gdańska, jak wyjaśniał Janusz Trupinda – byli bankowcy i przemysłowcy, była inteligencja, ale większością była ludność pracująca fizycznie, pracownicy portowi, ludność niezamożna. Dla nich Gdańsk jest polskim miastem – nigdy nie zaakceptowali tego rozwiązania, które my nazywamy Drugim Wolnym Miastem Gdańsk (pierwsze, to autonomiczne terytorium w latach 1807-1814). Polacy nie lubili, kiedy nazywano ich mniejszością narodową. To wyszło później przy pierwszych igrzyskach Polaków z zagranicy w Warszawie.

Sytuacja Polaków mieszkających w Wolnym Mieście Gdańsku była trudna nawet przed dojściem do władzy Adolfa Hitlera – podkreślał Michał Pacześniak, moderator dyskusji. – Już w latach dwudziestych Niemcy starali się dominować w mieście i ograniczali prawa Polaków.

– Wolne Miasto Gdańsk pod względem struktury politycznej było Rzeszą w miniaturze – mówił Berendt. – Była to kopia struktury politycznej: od radykalnej lewicy, przez socjaldemokrację, partię katolicką centrum, partie mieszczańskie, po nacjonalistów. Niezależnie od tego, czy mówimy o internacjonalistycznej lewicy niemieckiej, czy o konserwatywnych nacjonalistach, wszyscy potępiali i krytykowali oderwanie terenu Gdańska od Rzeszy. Postulowali zjednoczenie z niemiecką ojczyzną. Dążyli wszelkimi sposobami, by jak najbardziej ograniczać polskie życie i aktywność na tym terenie, w granicach prawa. W latach 1922-1933 było bardzo trudno. Po maju 1933 przez pewien czas, paradoksalnie, było trochę łatwiej. Wszystkie ugrupowania w Gdańsku z determinacją starały się nie dopuścić do tego, by pojawiła się większa liczba Polaków, posiadających prawa polityczne. Te dwadzieścia tysięcy ludzi z Polski wniosło nowy element dynamiki, ale ci ludzie nie mieli praw publicznych, by na terenie Wolnego Miasta Gdańska zmienić cokolwiek w sposób demokratyczny. Żywiołem dominującym, również w okresie demokratycznym, były niemieckie ugrupowania, które kierowały się takimi, a nie innymi priorytetami.

Deklaracja polskości

– Jeszcze przed powstaniem Wolnego Miasta Gdańska, zaczęło działać Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, był to rok 1894 – kontynuował Trupinda.

Założeniem owego towarzystwa było wzmacnianie polskiej tożsamości narodowej poprzez sport, który, jak mówił Trupinda, nie zawierał w sobie pierwiastka rywalizacji. Założycielom „bardziej chodziło o współdziałanie, wspólne uprawianie sportu, budowanie umiejętności, które później mogłyby się przydać w budowaniu polskiego państwa”. Jednak dla młodych ludzi, zwłaszcza tych z sekcji piłkarskiej, rywalizacja była ważna. Doszło więc do odłączenia się owej sekcji z Towarzystwa. Jednak funkcjonowanie samodzielne nie było łatwe. Młodzi ludzie nie mieli miejsca do treningu, nie mieli pieniędzy i nie miał ich kto trenować. Zdeterminowali postanowili założyć klub sportowy, a był to rok 1922. Nazwali go Gedania od nazwy sekcji piłkarskiej.

Karol Nawrocki podkreślał, że Gedania powstała na wartościach polskich „Sokołów”, niestety w atmosferze niechęci do Polaków. W wielu środowiskach, głównie niemieckich mówiło się, że: „Polacy nie zasługują na swoje państwo, niezależnie od zmieniającej się struktury państwowej”.

– Gdy spojrzymy na książki myślicieli z drugiej połowy XIX w. czy na słownik zwrotów polsko-pruskich, to zobaczymy, że tam Polak jest człowiekiem drugiej kategorii, przeznaczonym do tego, aby służyć niemieckiemu panu, a to jest druga połowa XIX w. – mówił Nawrocki. – Hitler w sposób synkretyczny właściwie, taki mało twórczy, ale bardzo polityczny to pozbierał i realizował, ale nastawienie Wolnego Miasta Gdańska, jego władz i samych Niemców wobec Polski, było w moim uznaniu konsekwentnie antypolskie. Gedania, która znaczyła Polska, miała problemy z rozwijaniem się, to było też pewną wypadkową polityki geopolitycznej i relacji dyplomatycznych pomiędzy II Rzeczpospolitą i III Rzeszą, a wcześniej Republiką Weimarską. Pewnie, gdybyśmy weszli w te szczegóły, to zobaczylibyśmy różne temperatury tych emocji, ale z jedną stałą i niezmienną, to znaczy Polska i Polacy stanowią partnera drugiej kategorii, niezależnie od zmieniających się organizmów państwowych i nazw. Gedania zbudowana na fundamencie „Sokoła” była klubem, który jednoczył ludzi, nie tylko ze skłonnością do sportu, do wielu dyscyplin, ale przynależność do niego była deklaracją polskości.

Dodał też, że – sport w latach 20. i 30. był jednym z przejawów aktywności. Na zdjęciach przechowywanych w bibliotece PAN w Gdańsku widzimy pięknie przyozdobione domy w środku miasta, widzimy Polaków manifestujących 11 listopada i 3 maja, którzy byli pod biało-czerwonymi flagami i swoimi transparentami. Harcerze byli w mundurach, harcerki i młodzież akademicka w swoich strojach. Oni szli w sposób zorganizowany i nie bali się okazywać swojej polskości wobec niemieckiej, 90 proc. większości. Oni ją manifestowali. To była mniejszość, ale niezwykle dynamiczna, silna i zdeterminowana.

Warto jeszcze dodać, że mimo wielu przeciwności i ogromnej niechęci Niemców wobec Polaków Gedania i jej stadion była miejscem otwartym dla wszystkich, z którego mogli korzystać m.in. członkowie żydowskiego klubu Bar Kochba, wyrzuceni ze stadionów i sal gimnastycznych zarządzanych przez kluby niemieckie.

Mała Polska w Gdańsku

Gedania miała swój stadion wybudowany w latach 20. XX w., a mieszczący się u zbiegu dzisiejszych ulicy Tadeusza Kościuszki i Alei Legionów. Karol Nawrocki nazwał ten stadion „sanktuarium polskości i Polaków, którzy bili się o wolną Polskę i jej służyli”. Dawniej o tym stadionie mówiło się, że to „Mała Polska w Gdańsku”. Bowiem jest jednym z najważniejszych symboli polskości obok Westerplatte i Poczty Polskiej.

– Ten stadion był miejscem wielu polskich manifestacji – wyjaśnia Janusz Trupinda. –Są zachowane dokumenty, jest zachowany film, na którym można zobaczyć dumnych Polaków, którzy u siebie, na tym kawałku Polski demonstrują swoją polskość i prezentują się z jak najlepszej strony. Gedania była klubem rodzinnym. Utrzymała swój wielosekcyjny charakter, który nie mógł rywalizować z Lechią, Stoczniowcem, lecz miał swój klimat.

Dzisiaj stadionu właściwie nie ma. Jest w opłakanym stanie. Teren znalazł się w rękach chyba największego dewelopera budującego w Gdańsku – spółki Robyg 18, w której ponoć – jak można wyczytać na portalu Gdańsk Strefa Prestiżu – były prezydent Gdańska Paweł Adamowicz miał w 2017 r. 37 tys. akcji.

– Zagospodarowanie tego miejsca z odpowiednim szacunkiem i rozmachem architektonicznym, a także uszanowaniem przeszłości tego miejsca jest wielką szansą dla Gdańska – stwierdził Janusz Trupinda. – To nie powinien być teren, który zabudujemy w sposób standardowy. Powinniśmy potraktować go szczególnie i dać świadectwo naszej czci tym ludziom, którzy zginęli, ale i tym wszystkim, którzy z Gedanią byli przed wojną związani.

A tak na marginesie, zawodnicy Gedanii uczestniczyli w dziesięciu Olimpiadach, zdobywali Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy…

 

Robert Kwiatek, laureat nagrody Osobowości Roku Radia Gdańsk i prowadzący program Konrad Mielnik. Fot. M. Giedz

Członek zarządu Oddziału Gdańskiego SDP Robert Kwiatek laureatem Osobowości Roku Radia Gdańsk

Podczas uroczystości z okazji 77. urodzin Radia Gdańsk, która odbyła się 9 września 2022 r. w Gdańsku, wybrzeżowa rozgłośnia Polskiego Radia nagrodziła Roberta Kwiatka fotoreportera i działacza opozycji antykomunistycznej tytułem Osobowości Roku.

Robert od lat nie rozstaje się z aparatem fotograficznym. Fotografowanie, to jego życiowa pasja. Przez kilkanaście lat był fotoreporterem i fotoedytorem w „Dzienniku Bałtyckim”, ale jednocześnie był i nadal jest świetnym kolegą, na którego zawsze można liczyć. Robi znakomite reporterskie zdjęcia, z których układa się pełne opowieści danego wydarzenia. To nie są zdjęcia do dziennikarskiego tekstu, to jest „tekst pisany obrazem”, mogący istnieć samodzielnie, bez zbędnego opisu.

– Fotografia dla mnie to wyrażanie nie tylko tego co widzę, ale tego co czuję; fotografuję sercem – mówi Robert Kwiatek. – Dla mnie obrazy, to niekoniecznie same obrazy. To jest pewna opowieść, którą chcę przekazać innym. To jest mój sposób wyrażania się. Dziennikarz potrafi pięknie opisać, radiowiec opowiedzieć, ja potrafię sfotografować. To jest to co umiem i to co lubię.

Interesuje go przede wszystkim to, co dzieje się na Pomorzu. Jeszcze jako dziecko, trenujące łyżwiarstwo figurowe (w 1988 r. został mistrzem Polski juniorów) w słynnej Hali Olivia zetknął się z ruchem „Solidarności”. Bo właśnie w tej hali, w 1981 r. odbył się I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” i chyba wtedy zaczęła się jego „przygoda” walki o prawdę i dobro. I tak mu to zostało. Dzisiaj pełni funkcję prezesa Federacji Młodzieży Walczącej, włącza się do pomocy potrzebującym i nie rozstaje się z aparatem fotograficznym.  W pierwszych dniach inwazji Rosji na Ukrainę, jako jeden z pierwszych polskich fotoreporterów pojechał na Ukrainę, aby dokumentować wojenne dramaty, bo uważał, że tak trzeba. Słuchacze Radia Gdańsk dobrze go znają, bo jest komentatorem i niekwestionowanym autorytetem, jak wspomniał podczas uroczystości prowadzący ją Konrad Mielnik.

MARIA GIEDZ: Solidarność Walcząca – fenomen w historii Polski, a jednak biała plama (2)

Z inicjatywy Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk odbyły się na falach wybrzeżowej rozgłośni audycje poświęcone Solidarności Walczącej, organizacji powstałej w 1982 r., a więc w trakcie stanu wojennego, kiedy to wielu członków Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” było internowanych, aresztowanych, a nawet więzionych. Nie mówiąc już o stosowanych wobec nich restrykcjach, torturach, czy zmuszaniu ich do wyjazdu z kraju. Kulminacją owych audycji stała się debata trzech doktorów z Gdańska, niemal równolatków SW, zajmujących się najnowszą historią Polski.

Owe audycje przygotowali i prowadzili gdańscy dziennikarze: Marzena Bakowska i Andrzej Urbański. Podczas rozmów z członkami SW, emitowanych w Radio Gdańsk, wyszły na światło dzienne nowe, nieznane społeczeństwu polskiemu fakty historyczne. Między innymi to, że członkowie Solidarności Walczącej byli w większości członkami Solidarności, a pod koniec lat 80. XX w., a więc niedługo przed „okrągłym stołem” centrala „S” zakazała współpracy z SW. Nawet nie wolno było „solidarnościowcom” kolportować prasy wydawanej przez SW. Zacznijmy jednak od początku.

Podczas debaty w Radio Gdańsk, o której już pisaliśmy (TUTAJ), związanej z uroczystością 40 rocznicy powstania Solidarności Walczącej, dr Chmielecki zacytował fragment deklaracji założycielskiej SW z czerwca 1982 r.: „Nie walczymy o niezależne związki zawodowe, ani nawet o niepodległość Polski. Walczymy o solidarność ludzi i narodów, innymi słowy walczymy o ideę solidarności”. Ta deklaracja stanowi sedno Solidarności Walczącej. Jej członkom nie chodziło o układy, o działanie półśrodkami, o wypracowywanie kompromisu zgodnie z zasadą: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”.

Pełna konspiracja

Niemal wszyscy członkowie SW pochodzili z bardzo patriotycznych rodzin. Stworzyli więc organizację polityczną, której głównym założeniem było całkowite pokonanie komunizmu.

– W totalitarnym systemie komunistycznym nie ma miejsca na jakąkolwiek niezależną organizację – mówił Andrzej Kołodziej w jednej z audycji (polski działacz polityczny, sygnatariusz Porozumień Sierpniowych, działacz „Solidarności” oraz Solidarności Walczącej). – Byliśmy pewni, że władza komunistyczna, jak się zorganizuje (po sierpniu’80), to uderzy w „Solidarność” i nie pozwoli takiemu ruchowi działać w państwie komunistycznym (wprowadzenie stanu wojennego). Niestety niewiele osób godziło się na działania konspiracyjne. Kiedy siedziałem w praskim więzieniu, głównie w karcerze (stan wojenny zastał Kołodzieja w ówczesnej Czechosłowacji; tam został zatrzymany, skazany i więziony), to ta działalność konspiracyjna „Solidarności” była niewystarczająca, jedyne odniesienie mogło być do konspiracji Armii Krajowej.

Znakiem SW stała się litera S z kotwicą u dołu, a inspiracją do tego był symbol Polski Walczącej z czasów II wojny światowej – litera P z kotwicą.

Jak opowiadał Marek Czachor (profesor nauk fizycznych, polski naukowiec z Politechniki Gdańskiej, działacz opozycji demokratycznej w PRL, członek SW; syn Ewy Kubasiewicz) – wszystko działo się przy pełnym zabezpieczeniu na wzór AK. Nie jeździło się samochodami tylko pociągami, bo samochody były niebezpieczne. Kontakty telefoniczne były unikane, a nawet zakazane. Przed każdą akcją wszystko było sprawdzane, działało się z nasłuchem.

Na Wybrzeżu SW skupiała około 300 członków i współpracowników. Nikt jednak nie prowadził ewidencji.

Walka

SW, mimo że w nazwie miała „walcząca” nie działała zbrojne. Jej głównym orężem było drukowanie ulotek, gazetek (ponad 100 tytułów), książek (17 książek), kartek świątecznych, kalendarzy, nadawanie własnych audycji, sygnału radiowego (na 3 programie UKF), telewizyjnego (na 2 programie). W latach 1987-88, już przy użyciu komputerów, nadawano na wizji napis „Solidarność”. Wypisywano też na murach hasła SW. W ten sposób społeczeństwo polskie dowiadywało się, że SW istnieje, walczy, daje ludziom nadzieję. Na przykład Marek Czachor drukował „Żołnierza Solidarności”, który docierał do 8 tys. instytucji wojskowych i 5 tys. prywatnych adresatów żołnierzy.

– Wojowaliśmy z komuną informacją, wolnym słowem, bronią były wydawnictwa o nakładach kilkudziesięciotysięcznych – mówił Piotr Jagielski (działacz SW, w 1987 r. włączył się w przygotowywanie i nadawanie audycji radiowych). – Myśmy sami drukowali książki. Zbijało się je gwoździami za pomocą młotka. Nie było kleju.

Tuż po aresztowaniu Andrzeja Gwiazdy, w nocy na jednym z wieżowców na gdańskiej Zaspie, naprzeciwko mieszkania Lecha Wałęsy, został namalowany największy napis „Uwolnić Gwiazdę” (obejmujący 7 pięter), jaki wymalowano w czasie działalności podziemia. Zrobiły to cztery osoby, a akcja trwała trzy minuty. Natomiast po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki zdecydowano się na akt znacznie mocniejszy. 28 lutego 1987 r. podłożono bombę pod siedzibą PZPR w Gdyni. Zrobił to Roman Zwiercan (działacz społeczny, publicysta, członek SW). Bombę zamierzano podłożyć pod Komitet Wojewódzki PZPR, ale wybrano budynek w Gdyni, gdyż jest oddalony od chodnika, po którym chodzą ludzie. SW bardzo dbała o to, aby nie zrobić krzywdy przypadkowym ludziom.

Był to akt ostrzegawczy. Na SB padł blady strach. Milicja wyciszyła sprawę. Przez ponad pół roku nie ukazała się na ten temat żadna informacja.

Po co Solidarność Walcząca

– Zachód nie rozumiał po co Solidarność Walcząca, skoro jest „Solidarność” – wyjaśniała Ewa Kubasiewicz (polonistka, bibliotekarka w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni, działaczka opozycji w PRL, emisariuszka SW na Zachodzie; w lutym 1982 r. skazana przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni na karę 10 lat pozbawienia wolności). Nie rozumiał, że Solidarność Wałęsy (Lech Wałęsa, polski polityk i działacz związkowy; przywódca opozycji demokratycznej w okresie PRL, pierwszy przewodniczący NSZZ „Solidarność”; laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 1983; Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990–1995) zaprzestała walki z komuną i poszła na układy. Natomiast Solidarność Walcząca chciała doprowadzić sprawę do końca. Zbigniew Brzeziński (prof., polsko-amerykański politolog, geostrateg, dyplomata, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w czasie prezydentury kilku amerykańskich prezydentów) doskonale to rozumiał, ale większość w Kongresie (chodzi o Kongres USA) uważała Wałęsę za wielkiego bohatera. Myśleli, że sprawa jest załatwiona. Po co Solidarność Walcząca, skoro „Solidarność” dogadała się z rządem?

Dla SW warunkiem rozpoczęcia rozmów powinna być legalizacja „S”. Zgodziłaby się na rozmowy z komunistami, ale na temat warunków ich odejścia, a nie dzielenia się z nimi władzą. W 1989 r. organizacja była przeciwna rozmowom przy „Okrągłym Stole”. Domagała się też całkowicie wolnych wyborów, dlatego wzywała do bojkotu wyborów zaplanowanych na 4 czerwca 1989 r.

Jadwiga Chmielowska (informatyk, nauczyciel akademicki, dziennikarka, działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL na Śląsku, członek SW; pod koniec stycznia 1988 r. stanęła na czele SW) uważa, że – zgoda Wałęsy na zarejestrowanie nowego Związku Zawodowego była wielkim oszustwem; że to w Magdalence (chodzi o rozmowy w Magdalence pomiędzy władzami PRL-u a przedstawicielami NSZZ „Solidarność” w 1988 i 1989 r.) panowie przy wódeczce i śledziku umówili się, jak podzielić władzę w Polsce.

Luka w historii

Po „Okrągłym Stole”, a zwłaszcza po czerwcowych wyborach o SW zapomniano. Nie uczono o niej w szkołach, tak jakby ta organizacja nie istniała, jakby nie było tych ludzi, notabene bardzo wykształconych. Idea solidaryzmu stała się wyrzutem sumienia dla rządzących lat 90. XX w. Nawet rządy, które odwoływały się do etosu Solidarności robiły wszystko, żeby o SW zapomnieć. Polska stała się wolnym państwem, wolnym narodem, ale zapomniała o idei solidarności, tej solidarności społecznej. A przecież w latach 80. XX w. żyło się ideałami, ludzie walczyli, byli zabijani, wyrzucani z pracy, zmuszani do opuszczenia Polski.

– Cały czas jest aktualny ideał odnoszący się do walki z komunizmem i z wszelkim totalitaryzmem, ponieważ okazało się, że historia się nie kończy – twierdził dr Paweł Warot, dyr. Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku. – Cały czas mamy zagrożenie wolności. Zmuszeni jesteśmy walczyć o wolność Polski. Każdego dnia. To jest ta podstawowa idea, która przetrwała do dzisiaj.

– To co robiła Solidarność Walcząca jest niezwykle ważne, bo tę wolność uzależniała od wolności krajów ościennych; wolności Czechów, Słowaków, Ukraińców – dodał dr Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności. – Dzisiaj historia zatacza koło. Znowu mamy opresję kremlowską i wojnę na Wschodzie przy granicach Polski.

Solidarność Walcząca pokazała, że istnieją wyższe wartości, jak solidarność, wolność, godność, których trzeba bronić, ale to jest odrzucane.

Zdaniem członków SW zawarty kompromis z komunistami negatywnie zaciążył na życiu politycznym, gospodarczym i społecznym Polski. Po upadku komunizmu Polska powinna opierać się na solidaryzmie i samorządności oraz odwoływać się do wartości wynikających z nauczania Kościoła katolickiego.

Debata w Radio Gdańsk z okazji 40-lecia powstania Solidarności Walczącej. Fot, Maria Giedz

Fenomen w historii Polski, a jednak biała plama – relacja MARII GIEDZ z debaty w Radiu Gdańsk o Solidarności Walczącej  

„Dążenie do poznania prawdy” – takimi słowami zakończyła się debata na temat Solidarności Walczącej oddziału Trójmiasto prowadzona przez Andrzeja Urbańskiego w Radio Gdańsk, w której uczestniczyło trzech doktorów (Paweł Warot, dyr. Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku, Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności i Adam Chmielecki, prezes Radia Gdańsk oraz członek SDP), niemal równolatków Solidarności Walczącej, osób patrzących na lata 80. XX w. z perspektywy historycznej, a nie osobistego uczestnictwa. „Dążenie do poznania prawdy” – czyżbyśmy o SW nie znali prawdy? Okazuje się, że o tej organizacji, i to często za sprawą mass mediów odpowiednio sterowanych, mamy wypaczone pojęcie.

O związku zawodowym „Solidarność” tyle się pisze, tyle się mówi, więc niemal wszyscy Polacy znają tę historię. Fakt, że ta „walcząca” nie kojarzy się najlepiej. Jej członków nazywa się „odszczepieńcami”, „utopistami” i prawie nikt się tym nie zajmuje. Do 1999 r., a więc do momentu powstania IPN-u była to przemilczana historia, luka historyczna. Dopiero od około 20 lat istnieje możliwość prowadzenia badań naukowych i ich publikowania. Składała się z niewielkiej grupy osób i działała w pełnej konspiracji, więc w porównaniu z dziesięciomilionowym, masowym Związkiem była organizacją marginalną. Mimo to jej „walka” ma kluczowe znaczenie w tworzeniu się współczesnej, po peerelowskiej Polski. Dlaczego?

Dr Adam Chmielecki, prezes Radia Gdańsk, fot. M. Giedz

Czterdzieści lat temu, a dokładnie w czerwcu 1982 r. powstała we Wrocławiu, z inicjatywy nieżyjącego już Kornela Morawieckiego, podziemna organizacja antykomunistyczna Solidarność Walcząca, działająca do 1992 r. Nie wiele o niej wiemy, a to co się o niej mówi jest w znacznym stopniu wypaczone. Radio Gdańsk, mające swoją siedzibę w miejscu kolebki „S” i gdzie „SW” posiadała bardzo silne struktury konspiracyjne, zdecydowało się, w ramach projektu edukacyjnego, kulturalnego i tożsamościowego, oddać prawdę historyczną, a przede wszystkim, w myśl jednej z podstawowej funkcji mediów, edukować młode pokolenie.

Niewinna manipulacja

– To, że o Solidarności Walczącej mówi się jako o ludziach niebezpiecznych jest sprawą propagandy służby bezpieczeństwa, milicji, resortów siłowych i aparatu prasowego, medialnego okresu komunizmu – wyjaśnia dr Mateusz Smolana. – Solą w oku była „Solidarność” jako taka, a zwłaszcza tak wyrazista Solidarność Walcząca, która postulowała drogę do niepodległości, do obalenia komunizmu. Kornel Morawiecki wielokrotnie mówił, żeby walczyć różnymi dostępnymi sposobami. Oczywiście nie miał na myśli aktów terroru. Tak na dobrą sprawę Solidarność i całe podziemie walczyli przede wszystkim słowem, poprzez druk, poprzez poligrafię, łamiąc monopol informacji. Tam ich poglądy, tępione przez komunistów, były prezentowane w sposób jednoznaczny.

Dr Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności, fot. M. Giedz

Członkowie SW mieli poglądy radykalne, konserwatywne, co dla wielu kojarzy się z działaniem negatywnym, skrajnym, wiodącym wręcz do terroryzmu. Ale radykalizm to nie tylko terroryzm, to działanie konsekwentne, bez wchodzenia w układy. Członkowie SW byli radykalni w dobrej sprawie. Walczyli z komunistami jak z siłami ciemności. Ta organizacja nie godziła się na kompromis, chciała całkowitego odsunięcia od władzy PZPR (sprzeciwiała się rozmowom i ustaleniom przy „okrągłym stole”), chciała, aby Polska była demokracją parlamentarną na wzór państw Europy Zachodniej, ale o ustroju opartym na solidaryzmie (podstawową cechą społeczeństwa jest naturalna wspólnota interesów łącząca ludzi z wszystkich klas i warstw). Była więc negowana i ośmieszana. Niewiele o niej wiedziano, bo nie była organizacją masową, bo nie skupiała robotników, stoczniowców… Jej członkami byli ludzie techniki, inżynierowie, matematycy, fizycy, ekonomiści, ludzie z wyższym wykształceniem, członkowie Klubu Wysokogórskiego, czyli „szli do góry” z uporem, wbrew przeciwnościom, ale roztropnie bez niepotrzebnego narażania się. Ich elementem walki nie były demonstracje, a technologia. Wykorzystywali technikę.

Wspólne korzenie

– Jeśli patrzymy na historię Solidarności Walczącej, to można powiedzieć, że jest organizacją, która „wypączkowała” z „Solidarności”, z tego wielkiego masowego ruchu społecznego i Związku Zawodowego – stwierdza dr Adam Chmielecki. – Były to organizacje, które trochę się różniły. Nawet nie trochę: różniły się strukturą organizacyjną, a z tego wynikały też inne sposoby działania, inne stosowane narzędzia, ale tak naprawdę to były te same wartości: solidaryzm społeczny, solidaryzm narodowy, niezgoda na „komunę” rozumianą zarówno jako ideologia komunistyczna, jak i jako reżim, który rządził Polską i który tą ideologią i sowieckimi bagnetami się podpierał.

Czas, w którym powstała SW nie był łatwy. Związek „Solidarność” teoretycznie nie funkcjonował. Wielu jego członków przebywało w „internatach”, aresztach, więzieniach, niektórym udało się legalnie lub nielegalnie wyjechać za granicę, lub otrzymali, na skutek interwencji międzynarodowych organizacji, bilet w jedną stronę. I właśnie w takim okresie niepewnym, trudnym powstaje nowa organizacja skupiająca garstkę ludzi, szacowana na kilkaset, a może ok. 2 tys. członków.

Dr Paweł Warot, dyr. Oddziału IPN w Gdańsku, fot. M. Giedz

– Członkowie Solidarności Walczącej w połowie 1982 roku, widząc całą zgrozę stanu wojennego, to, w jaki sposób władza rozprawiła się ze Związkiem, doszli do wniosku, że trzeba zmienić metody walki – tłumaczy dr Paweł Warot. – Nie był to związek zawodowy tylko organizacja, która wybierała inne metody walki, inne metody dojścia do pełnej niepodległości. Widząc, w jaki sposób władze komunistyczne traktują robotników, Polaków, przywódcy Solidarności Walczącej uznali, że trzeba użyć bardziej ostrych metod, bo inaczej będziemy tracili kolejny cenny czas. W 1981 roku Polacy czuli, że coś się zmienia, że mają wpływ na własne państwo i nagle ten wpływ został utracony. Członkowie Solidarności Walczącej poczuli ten smak wolności, że ona może być blisko tylko wymaga pełnego zaangażowania, pełnego zdecydowania, walki.

Podobne a inne

– Kiedy mówimy o Solidarności Walczącej, odniesienia członków tej organizacji sięgały głębiej, w głąb historii Polski – podkreśla Chmielecki. – Sama nazwa Solidarność Walcząca czy graficzny symbol tej organizacji, słynna kotwica, to wprost odniesienia do Polski Walczącej, Polskiego Państwa Podziemnego w czasie II wojny światowej. To właśnie pokazuje ciągłość polskiej historii, w której uniwersalne wartości i walka o nie przewijają się cały czas.

Warto wspomnieć, że w SW podobnie jak w PW, wstępując do organizacji składało się przysięgę: „Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną. Poświęcać swe siły, czas, a jeśli zajdzie potrzeba swe życie dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami. Przysięgam rozwijać idee naszego ruchu, nie zdradzić go i sumiennie spełniać powierzone mi w nim zadania”

– Podobieństwa pomiędzy Solidarnością Walczącą a Polskim Państwem Podziemnym nasuwają się same – dodaje Warot. – Działalność w podziemiu, działalność skierowana na wydawanie pism podziemnych to jest ten element naszej historii, że mieliśmy do czego się odwoływać w roku 1982. To są te podobieństwa, ale nie możemy zapominać, że były to tak naprawdę dwa różne byty, dwie różne organizacje działające w różnym okresie i zrzeszające różną liczbę osób działających. Solidarność Walcząca to coś innego, coś co funkcjonowało w innym momencie historycznym, w innych warunkach. Ale też coś, co miało tę możliwość odwołania się do pięknego etosu Polskiego Państwa Podziemnego.

– Polskie Państwo Podziemne to fenomen w historii świata, a w przypadku Solidarności Walczącej odniesienia bardziej symboliczne, pokazanie pewnego kierunku, w którym zmierzamy, czyli wskazanie najważniejszego celu: niepodległości Polski – kontynuuje Chmielecki. – Organizacja Solidarności Walczącej była organizacją kadrową, konspiracyjną, nie była ruchem masowym, co stanowiło zarówno jej siłę, jak i słabość. Oczywiście były też związki z „Solidarnością”, bo ludzie Solidarności Walczącej byli też ludźmi „Solidarności”. Pierwszy pomorski przykład to Andrzej Kołodziej, dla mnie fenomen, postać ciągle nieodkryta w historii Polski. Najpierw bohater Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, później Sierpnia ‘80, lider strajków w Stoczni imienia Komuny Paryskiej, potem w MKS-ie w Stoczni Gdańskiej. A później bohater Solidarności Walczącej.

Przykładów osób oddanych idei SW jest znacznie więcej. Tylko z Trójmiasta pochodzi Ewa Kubasiewicz, która, za znalezioną przy niej ulotkę „S” w stanie wojennym (oczywiście nie chodziło tylko o tę ulotkę, ale innych dowodów nie było) otrzymała najwyższy wyrok w kraju – 10 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych. Marek Czachor i jego żona Magdalena Kowalska-Czachor, Karol Krementowski, Roman Zwiercan, to tylko niektórzy z „listy” członków Solidarności Walczącej przez lata podtrzymujących w polskim społeczeństwie nadzieję na odzyskanie niepodległości.

 

Zeznaje prezydent Sopotu Jacek Karnowski przed sędzią Piotrem Kowalskim w tle mec. Monika Nowińska-Retkowska. Fot. Maria Giedz

Miasto Sopot przeciw TVP3 Gdańsk

31 maja 2022 r. odbyła się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, w XV Wydziale Cywilnym, kolejna już rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej-Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz Jakubowi Świderskiemu, dziennikarzowi TVP3 Gdańsk. Osoby te zostały pozwane przez Gminę Miasta Sopot. Przedmiotem sporu stały się wyemitowane w TVP3 Gdańsk materiały publicystyczne, autorstwa Jakuba Świderskiego i materiały przypisywane Świderskiemu przez władze Sopotu. Chodzi o materiały ukazujące etapy renowacji i zagospodarowywania dworca kolejowego w Sopocie wraz z terenami do niego przyległymi. Gmina Sopot pozwała również te same osoby za przedstawienie przez TVP3 Gdańsk, jak twierdzi, nieprawdziwych informacji dotyczących wypadków na sopockich kąpieliskach oraz popadającego w ruinę byłego szpitala na Stawowiu (historyczna dzielnica Sopotu), mieszczącego się w zabytkowym zespole parkowo-pałacowym, do niedawna najpiękniejszym w Sopocie.

W październiku 2019 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, gdyż zachodzi zagrożenie naruszenia praw redaktor Strzemiecznej -Rozen a także redaktora Świderskiego w zakresie wolności słowa i prasy. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy toczący się proces sądowy obserwuje Maria Giedz. Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę stawiła się pełnomocnik powódki, czyli Gminy Miasta Sopot, mec. Monika Nowińska-Retkowska, a także Jacek Karnowski, prezydent Sopotu. Stronę pozwanej Joanny Strzemiecznej-Rozen reprezentował mec. Wenanty Plichta. Stawiła się również sama pozwana, a także pozwany Jakub Świderski.

Podczas rozprawy, która trwała pięć godzin Sąd rozpoczął przesłuchiwanie stron. Jako pierwszy zeznawał Jacek Karnowski. Jego zeznanie, po prawie trzech godzinach zostało przerwane, gdyż pozwana Joanna Strzemieczna-Rozen poprosiła o przyśpieszenie przeprowadzenia jej zeznania z powodu konieczności opuszczenia Sali rozpraw i udania się do bliskiej jej ciężko chorej osoby. Zeznanie Jacka Karnowskiego, a także pozwanego Jakuba Świderskiego będzie kontynuowane na kolejnej rozprawie, która odbędzie się 27 września 2022 r.

W pozwie Gmina Sopot zarzuca pozwanym fałszowanie informacji i brak rzetelności dziennikarskiej. Wymienione są, bardzo szczegółowo, na kilkudziesięciu stronach, zastrzeżenia do prawdziwości informacji na temat Sopotu zawartych w kilku audycjach: „W imieniu Sopocian” z 3 października 2017 r., „Pomorze samorządowe” z 23 października 2017 r., „Forum Panoramy” z 20 listopada 2017 r., „W imieniu Sopocian” z 28 listopada 2017 r., „Przegląd prasy polskojęzycznej” z 4 maja 2018 r. Zastrzeżenia są również do wykorzystania herbu miasta w jednym z wyemitowanych programów. Wszystkie te nieprawidłowości władze Sopotu przypisują Jakubowi Świderskiemu, który jest także byłym radnym Sopotu.

Konflikt pomiędzy obu panami, czyli Jackiem Karnowskim i Jakubem Świderskim trwa od lat, o czym wspomniały obie strony podczas rozprawy. Jednym z powodów jest zamieszczenie w gazecie „Obserwator Sopocki” w 2006 r. zdjęcia monidła (rodzaj portretowego wizerunku, najczęściej malowanego na podstawie zdjęcia, z podkolorowaniem jego pojedynczych elementów) z wizerunkiem mężczyzny przyjmującego kopertę. Scena najprawdopodobniej rozgrywa się w Sopocie, za co Świderski został skazany przez sopocki Sąd (o wyroku skazującym Świderskiego prezydent Karnowski powiedział podczas rozprawy), mimo iż zapewniał, że nie jest autorem owego monidła. Innym powodem, to fakt, że Świderski zdecydował się w 2010 r. kandydować na urząd prezydenta Sopotu i był konkurentem Karnowskiego – o tym również dowiedzieliśmy się na rozprawie od reprezentantów Gminy Sopot. Wcześniej obaj panowie działali w opozycyjnych do siebie grupach: Karnowski działał w PO, a Świderski sympatyzował z PiS.

W trakcie przesłuchań okazało się, że audycje wyemitowane przez TVP3 Gdańsk, które zdaniem władz Sopotu naruszały dobre imię gminy, nie wszystkie były autorstwa Jakuba Świderskiego, co przypisywały mu władze miasta. Ponadto niektóre z nich prowadzono na żywo z uczestnictwem mieszkańców Sopotu, więc prowadzącemu trudno było przewidzieć, co uczestnicy powiedzą na temat miasta oraz ich włodarzy. Jak zapewniała Joanna Strzemieczna-Rozen, autorzy programów na żywo próbowali bezskutecznie zaprosić do studia albo prezydenta miasta, albo któregoś z urzędników.

Jacek Karnowski wykazywał, że wszystkie te audycje negatywnie wpłynęły na wizerunek miasta Sopotu, odstraszały potencjalnych turystów od przyjazdu do kurortu, a także inwestorów. „Przedstawiały obraz miasta niezgodny z rzeczywistością, co stanowi zagrożenie dla kontynuowania przez Sopot działań kulturalnych oraz samorządowych wskutek utraty zaufania od współorganizatorów”. Dodawał też, że te szkalujące Sopot informacje ukazały się w mediach publicznych, finansowanych z naszych podatków. Były też powielane na mediach społecznościowych. Ponadto, jak twierdził nigdy nikt go do Telewizji nie zaprosił, aby mógł wyjaśnić mieszkańcom sporne kwestie. Zaprzeczyła temu Strzemieczna-Rozen, gdyż w jednym z tych programów prowadzący w pierwszych minutach powiedział, że władze Sopotu nie przyjęły zaproszenia.

Karnowski zarzucił Telewizji, że nie opublikowała jego sprostowań po każdym wyemitowanym programie. Dyrektor TVP3 Gdańsk wyjaśniała, że na wszystkie otrzymane z sopockiego magistratu rzekome sprostowania odpowiedziała, iż nie były to sprostowania, bo nie wyjaśniały tematu, a były opiniami, a te zgodnie z prawem prasowym nie nadają się do publikacji jako sprostowania. Zapraszała też prezydenta Karnowskiego do wizyty w gdańskiej Telewizji w celu odpowiedzenia mieszkańcom Sopotu na kontrowersyjne pytania.

Wypowiedź Jacka Karnowskiego, a także Joanny Strzemiecznej-Rozen opierała się na sformułowaniach zawartych w pozwie. Toczyła się więc „przepychanka” słowna, dotycząca nieprecyzyjnych sformułowań, przerywana ostrymi wystąpieniami pełnomocników obu stron, a często uciszana przez Sędziego Piotra Kowalskiego. Z wypowiedzi dziennikarzy, do pytań skierowanych do Jacka Karnowskiego dołączył się Jakub Świderski, wynikało, że zamieszczone w pozwie zwroty były jedynie zbliżone, mające inne znaczenie, w stosunku do słów, które wypowiedziano w materiałach emitowanych przez TVP3 Gdańsk.

Na przykład w kwestii dotyczącej sopockiego dworca kolejowego autorowi programu chodziło o wybudowanie dużego, kilkupoziomowego centrum handlowego z wydzielonym pomieszczeniem na cztery kasy biletowe i kilkoma ławkami do siedzenia oraz automatami z napojami, a nie o stary dworzec kolejowy, którego nie ma. Problem bardziej polegał na różnicy gustów, bo obecny budynek nie wpisuje się w „atmosferę” kurortu, czyli starą, willową zabudowę miasta i powoduje pewien dysonans architektoniczny, ale takie są czasy, co podkreślił Sędzia Piotr Kowalski. W wielu miastach na dworce wchodzi się przez galerie handlowe, co staje się normą, ale nie wszystkim się to podoba. Autorowi audycji chodziło też o kwestie finansowe, własnościowe, na co zwracają uwagę mieszkańcy wypowiadający się w owych programach.

W wymienionych przez powódkę audycjach znalazła się też audycja satyryczna, która kieruje się zupełnie innymi prawami niż informacyjna. Ma bowiem charakter prześmiewczy, czego nie zaakceptowali włodarze Sopotu, uznając, że jest obrażająca ich, a przede wszystkim miasto. Sędzia Kowalski kilka razy zwracał się z prośbą do prezydenta Karnowskiego oraz mec. Moniki Nowińskiej-Retkowskiej, aby pytali Strzemieczną-Rozen o fakty, a nie o ocenę.

Jakub Świderski w jednym z pytań do Karnowskiego zastanawiał się, dlaczego prezydent Sopotu chciał, aby ewentualny nakaz zamieszczenia przeprosin, po zakończeniu toczącego się procesu, ukazał się na portalu Onet, a także w Rzeczpospolitej? Ponoć te przeprosiny mogą go kosztować kilkaset tysięcy złotych, a przecież audycje zostały wyemitowane w TVP3 Gdańsk, a nie na portalu Onet, czy w gazecie Rzeczpospolitej. Aby doprecyzować niezgodność zarzutów miasta wobec wypowiedzi zawartych w audycjach na kolejnej rozprawie ma zostać przedstawione nagranie jednego z programów. Można będzie wówczas prześledzić tekst pozwu ze słowami uczestników programu.

Kaszubski Zespół Pieśni i Tańca Sierakowice został lauratem w kategorii zespoły i kapele. Fot. Maria Giedz

Pomorskie korzenie. Relacja MARII GIEDZ z regionalnej edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Kultury Ludowej

„Jawor – U źródeł kultury” – tak nazwano Ogólnopolski Festiwal Kultury Ludowej zainicjowany dwanaście lat temu przez Radio Kielce, a w tym roku realizowany przez 12 regionalnych rozgłośni, również Radio Gdańsk.

W tytule użyto słowa „jawor”, nazwy jednego z drzew, które symbolizuje siłę, początek, narodziny, ale i ochronę, wieczność, a nawet nadzieję. To słowo odnosi się także do kultury ludowej (drzewo jawor występuje w Nowym Testamencie, w staropolskich pieśniach, w poezji), która jest tym pierwszym elementem przyczyniającym się, że dana społeczność zaczyna być postrzegana podmiotowo, że staje się podstawą tworzącą naród, w tym przypadku naród Polski. Gdyby nie kultura ludowa, między innymi ta kaszubska na Pomorzu, być może dzisiaj nie byłoby Polski, a przede wszystkim polskiej kultury. Ważny jest język, na przykład kaszubski, tak często przez ignorantów utożsamiany z dialektem niemieckim, a przecież jest to język staropolski. To dzięki uporze Kaszubów na Pomorzu przetrwała polskość. Dla poparcia tego stwierdzenia przytoczę najbardziej popularną modlitwę w wersji kaszubskiej i to w dwóch dialektach. Czy rzeczywiście jest to odmiana niemieckiego?

Òjcze nasz, jaczi jes wniebie, niech sã swiãcy Twòje miono, niech przińdze Twòje królestwò, niech mdze Twòja wòlô jakno wniebie tak téż nazemi. Chleba najégò, pòwszédnégò dôj nóm dzysô iòdpùscë nóm naje winë, jak imë òdpùszcziwómë naszim winowajcóm. Anie dopùscë nanas pòkùszeniô, ale nas zbawi òde złégò. Amen”.

Wojcze nasz, który jes w Niebie, swianceno bondze Imio twöji przijdze krolejstwö – stani sá two wolo, chleb nasz dej nám dej dziś, wopuszczaj nám nasze winie ako me wypùszczome nasze winowacy. Nie wodza nas na pokuszenie, la nas wàbawnij wote zlewo. Won twoj jest to krolejstwö esz nà wieki wiecznej. Omenka.”

Zdaniem Jarosława Sellina, sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków, „kultura ludowa, czyli malarstwo, w tym malarstwo na szkle, rzeźba, pieśń, taniec, plastyka, tkanina, czyli różne fantastyczne dziedziny i zjawiska są najgłębszymi korzeniami naszej kultury narodowej. Warto więc odnajdywać artystów, którzy to pielęgnują i przenoszą do kolejnych pokoleń. Zresztą taki jest cel owego festiwalu”.

Dla Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk stało się oczywistym, że nie można prezentować kultury polskiej bez udziału twórców z Pomorza. Dlatego Radio Gdańsk po raz pierwszy w tym roku dołączyło do grona organizatorów. Przecież Pomorze jest bardzo ważnym regionem Polski, wybijającym się pod względem kultury.

Laureaci pomorskiej konkursu Jawor 2022. Fot. Maria Giedz

Kiedy w gdańskim radio ogłoszono konkurs liczono na kilka zgłoszeń z każdej kategorii: solista: śpiewak lub instrumentalista, kapela lub zespół ludowy (w tym kapele oraz zespoły dziecięce i młodzieżowe), rękodzieło i sztuka ludowa. Ku zdziwieniu organizatorów wpłynęło 49 zgłoszeń głównie z Kaszub i Kociewia, a wszyscy twórcy byli bardzo dobrzy. Niestety nie wszyscy mogli otrzymać nagrodę główną, czyli uczestnictwo w finale ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Radio Kielce, który odbędzie się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni koło Kielc. A wyjazd ten jest szansą na nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego. Finał ogólnopolski odbędzie się w dniach 25-26 czerwca.

Ci najlepsi spośród bardzo dobrych otrzymali wyróżnienia, a niektórzy z nich, obok finalistów, wzięli udział w koncercie podsumowującym eliminacje regionalne. Tak więc w niedzielne popołudnie (29 maja 2022) w Studio Koncertowym im. Janusza Hajduna Radia Gdańsk było niezwykle wesoło i śpiewnie. Rozbrzmiewała muzyka Kaszub i Kociewia, a to m.in. dzięki Kaszubskiemu Zespołowi Pieśni i Tańca „Sierakowice”, który funkcjonuje nieprzerwanie od 42 lat, wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, a przede wszystkim uczy, wychowuje i kształtuje poczucie regionalnego patriotyzmu u kolejnych pokoleń. Znakomity był też dziecięcy zespół „Lubichowskie Kociewiaki” (wyróżniony) grające m.in. na takich instrumentach jak diabelskie skrzypce, nieco różniące się od kaszubskich i burczybasie. Wszystkie były poubierane w kociewskie stroje eksponujące głównie trzy kolory: czerwień, biel i błękit. Jakże są skromniejsze od tych kaszubskich pełnych haftów i bogatszej kolorystyki, zwłaszcza w stroju kobiecym. Dzieciaki, oprócz gry, śpiewu i tańca, przygotowały recytację miejscowych utworów, w których akcentowały, że Kociewie to też Polska. A na koniec, już po pożegnaniu się, jeden z maluchów oznajmił wszystkim: „A tera róbta co chceta, hej!” i zszedł ze sceny.

Janusz-Świątkowski laureat w kategorii solista to niezwykle barwna postać. Fot. Maria Giedz

Duże wrażenie na publiczności zrobił Janusz Świątkowski z Kożyczkowa na Kaszubach, niezwykle barwna postać, zwycięzca w kategorii „solista: śpiewak lub instrumentalista”. Śpiewając i grając przeniósł widzów w świat opowieści o zwykłych ludziach, ich codzienności, troskach, smutkach, ale i radości. Mimo, że najczęściej gra na gitarze, pisze teksty, wiersze, był dziennikarzem, ale stał się budowlańcem, to fascynujący był jego pokaz gry na bazunie, instrumencie pasterskim. Bazuna to taka długa na ok. 2 metry, drewniana trąba, wykorzystywana jako instrument sygnalizacyjny przez rybaków, a także do witania Nowego Roku.

Furorę zrobiło też rodzinne muzykowanie z wyróżnioną solistką Grażyną Miłosz, podczas którego niemal wszyscy na widowni dośpiewywali refren „a kuku”.

Niezwykłym wydarzeniem, bo tak to chyba należy nazwać, była prezentacja rzeźb Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa, która, jak sama mówi, żyje gdzieś z dala, poza światem i lubi ten swój „pozaświat”. Zaprezentowała coś, co można nazwać teatrem kukiełkowym, tylko nie dla dzieci. Jej drewniane rzeźby, nieco spłaszczone, przypominające odbite od ściany płaskorzeźby ludzi, samochodów, zwierząt, ale dwustronne, miały długie, cienkie prowadnice czy styliska, jak w kukiełkach. Artystka trzymała je za rączki, przekładała je, przesuwała, bawiła się jak w prawdziwym teatrze lalkowym. Przy tym tworzyła opowieść o ludziach, starych i młodych, spracowanych, a także o postawach często zapominanych w codziennym życiu, jak szacunek, posłuszeństwo, o wartościach, o miłości, przyjaźni.

Ożywione rzeźby Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa to prawdziwy teatr. Fot. Maria Giedz

Artystka ożywiała swoje rzeźby, mówiąc, opowiadając, burcząc, śpiewając: „Jeden człowiek tworzy całość, kobietę, mężczyznę, wolność…”. „Rzeźba, to wizja i trzeba ją zobaczyć. Ona kiedyś była lasem, rosła, szumiała. Jest w niej jakaś dusza. Nie tworzę po to, żeby ktoś miał rozrywkę, ale po to, aby po obejrzeniu mojej sztuki ludzie zaczęli inaczej myśleć”.

Po takiej uczcie duchowej, trwającej zaledwie dwie godziny refleksje cisnęły się do głowy. I po co nam ta globalizacja, odczłowieczanie, zakłamanie, życie w brutalnym świece, bycie nikim? Nasza tradycja, nasze korzenie, to radość, wolność. – Kultura ludowa, to nie tylko skansen, to codzienne życie – twierdzi Magdalena Sitek z Radia Kielce, które zorganizowało pierwszy konkurs „Jawor” w 2010 r. – Wiele osób po latach oglądając, czy słuchając kapeli z różnych rejonów Polski odkrywa własną tożsamość, wraca do korzeni. A Adam Chmielecki dodaje, że – kultura ludowa jest istotnym elementem kultury narodowej, jest przekazicielem tradycji i tożsamości. To między innymi ta kultura przyciąga na Pomorze miliony turystów.

Kaszubka grająca na diabelskich skrzypcach. Fot. Maria Giedz

Dla niektórych to co ludowe, to nuda, tandeta, staromodne, nie da się tego słuchać. Jakże się mylą, bo ta prawdziwa „ludowość” jest szczera, czysta, otwarta, radosna, porywa do tańca, a życie, nawet to smutne staje się piękne i nabiera sensu.

Wyrok skazujący w sprawie red. Krzysztofa Marii Załuskiego pozwanego z art. 212 kk

27 maja Sąd Rejonowy Gdańsk – Południe, II Wydział Karny uznał red. Krzysztofa Marię Załuskiego za winnego zniesławienia Henryka Jezierskiego i wymierzył mu karę 100 (stu) stawek dziennych grzywny w wysokości 20 zł dziennie czyli 2 tys. zł.  Ponadto orzekł wobec oskarżonego na rzecz oskarżyciela, czyli Henryka Jezierskiego nawiązkę w wysokości 7 tys. zł. Orzekł również podanie wyroku do publicznej wiadomości poprzez zamieszczenie jego treści na stronie internetowej SDP przez okres 14 dni. Zasądził też od oskarżonego na rzecz Skarbu Państwa kwotę 200 zł tytułem opłaty, a także zasądził na rzecz oskarżyciela prywatnego Henryka Jezierskiego kwotę 300 zł. Wyrok nie jest prawomocny.Jezierski jako oskarżyciel prywatny, nie zgodził się na uczestnictwo w procesie obserwatora Centrum Monitoringu Wolności Prasy, mimo że CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem. Sprawę prowadziła Sędzia Sądu Rejonowego Anna Grzyb-Koniuszaniec.

Akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko red. Krzysztofowi Marii Załuskiemu wniósł red. Henryk Jezierski, właściciel i redaktor naczelny wydawnictw motoryzacyjnych. Przyczyną oskarżenia stał się opublikowany 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykuł autorstwa Załuskiego p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja”.

Henryk Jezierski domagał się od oskarżonego Krzysztofa Marii Załuskiego „publikacji wyroku sądu nie później niż 14 dni od jego uprawomocnienia się w formie ogłoszeń na stronach głównych portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz wydawanego przez oskarżyciela portali motoryzacyjnych… z utrzymaniem ogłoszeń na tychże stronach przez co najmniej miesiąc, po czym przeniesieniem ich na kolejne 24 miesiące do działu Publicystyka lub pokrewnego” tych dwóch portali. Ponadto Jezierski domagał się od Załuskiego wypłacenia na rzecz oskarżyciela 20 tys. zł, a także zwrotu kosztów procesowych. W spornym artykule autorstwa Załuskiego ukazały się dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem oskarżyciela o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Podejrzenie o agenturalną przeszłość Jezierskiego Załuski oparł na publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.).

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB. Twierdzi, że w czerwcu 2017 r. otrzymał z IPN całą zawartość swojej teczki, w której nie ma dokumentu potwierdzającego faktu współpracy z SB. Natomiast jest tam dokument potwierdzający odmowę współpracy. Ponadto Jezierski otrzymał 11 maja 2019 r. z IPN decyzję administracyjną, o którą wnioskował, gdzie znajduje się potwierdzenie, że nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa. Jednak w wydanym przez IPN dokumencie brakuje informacji o tym, że Henryk Jezierski nie był tajnym współpracownikiem. IPN podaje również, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

Mimo  dokumentów zachowanych w IPN, na których występuje nazwisko Henryka Jezierskiego Sąd Rejonowy Gdańsk – Południe, II Wydział Karny uznał red. Krzysztofa Marię Załuskiego za winnego i zasądził karę , której wykonanie oznacza dla  dziennikarza blisko 10 tysięcy złotych do zapłacenia za rzekome zniesławienie podejrzanego o bycie tajnym współpracownikiem  komunistycznych służb bezpieczeństwa . Wyrok nie jest jeszcze prawomocny, na razie nie ma potwierdzenia, czy któraś ze stron złoży apelację.

Warto podkreślić, iż nie jest to pierwsza sprawa z prywatnego oskarżenia lub powództwa Henryka Jezierskiego, jaka toczy się przez gdańskim sądem. Procesy zarówno karne, jak i cywilne toczyły się lub nadal toczą przeciwko kilku dziennikarzom. W zakończonych już sprawach opartych na porównywalnych aktach oskarżenia pozwanymi przez Henryka Jezierskiego byli m.in. prezes SDP i prezes Gdańskiego Oddziału SDP, te sprawy zakończyły się umorzeniem i uniewinnieniem.  W jednej ze spraw Henryk Jezierski został prawomocnie skazany, wyrok taki wydał przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe  X Wydział Karny w Gdańsku. Obecna sprawa jest prowadzona przez  II Wydział Karny.  Była też  inny wyrok skazujący Henryka Jezierskiego w II Wydziale Karnym Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, od którego on się odwołał.

Opracowanie: Maria Giedz

Sprawa red. Piotra Filipczyka z portalu wPolityce.pl pozwanego z art. 212 kk. Relacja obserwatora CMWP SDP

Wydłuża się lista dziennikarzy pozwanych i oskarżonych przez Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta. Tym razem akt oskarżenia dotyczy Piotra Filipczyka, dziennikarza portalu wPolityce.pl. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP,  jej obserwatorem jest red. Maria Giedz. 

Sprawa, a dokładnie prywatne oskarżenie, trafiła do Sądu Rejonowego w Gdyni II Wydziału Karnego. Jezierski twierdzi, że Filipczyk zarzucił mu współpracę z SB, publikując taką informację na portalu www.wpolityce.pl w dniu 29 stycznia 2019 r. w tekście zatytułowanym „Teczkowy skandal w Gdańsku? Sprawę zbada policja. Radni PiS dostali maile, że jeden z nich miał współpracować z SB”. Dlatego też domaga się od oskarżonego, podobnie jak w pozostałych kilkunastu oskarżeniach i pozwach (tylko na terenie Trójmiasta Henryk Jezierski oskarżył i pozwał ośmiu dziennikarzy, w tym jednego radnego, z którym przegrał prawomocnym wyrokiem), opublikowania wyroku (w założeniu ma być korzystny dla Jezierskiego) m.in. na jego prywatnym portalu przez co najmniej dwa miesiące, a następnie przeniesienia owego ogłoszenia do działu „Publicystyka” tegoż portalu na kolejne 12 miesięcy. Ponadto wnosi o wypłacenie mu „nawiązki” przez oskarżonego w wysokości 20 tys. zł. Sprawę prowadzi sędzia Joanna Biernacka. 28 kwietnia odbyła się druga już rozprawa, w której uczestniczył Henryk Jezierski, oskarżyciel prywatny oraz oskarżony Piotr Filipczyk, a także jego pełnomocnik mec. Robert Małecki. Podczas pierwszej, pojednawczej rozprawy prywatny oskarżyciel, czyli Henryk Jezierski nie wykazał zainteresowania mediacją, dlatego Sąd wyznaczył termin kolejnej rozprawy właśnie na kwiecień br.

Artykuł autorstwa Piotra Filipczyka wiąże się z konfliktem Henryka Jezierskiego z gdańskim radnym PiS Waldemarem Jaroszewiczem. Najbardziej kontrowersyjnym fragmentem artykułu autorstwa Filipczyka dotyczył maili rozesłanych do gdańskich radnych na temat rzekomej współpracy Jaroszewicza z komunistycznymi służbami. Filipczyk napisał: „Nadawcą wiadomości, która krąży także po redakcjach, był Henryk Jezierski, znany m.in. z antysemickich publikacji dziennikarz sam jakiś czas temu zdemaskowany jako tajny współpracownik SB. Jezierski miał grozić Jaroszewiczowi, że nagłośni sprawę, jeśli ten nie złoży mandatu. – Zgłosiłem już na policję próbę szantażu i oszczerstwo – mówi nam Jaroszewicz. I dodaje, że, aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podda się autolustracji.”

Zwrot „zdemaskowany jako tajny współpracownik SB”, określający Jezierskiego okazał się niefortunny, mimo że artykuł ukazał się po publikacji książki Daniela Wicentego: „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym”, wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB.

Podczas rozprawy Filipczyk bronił swojej racji, powołując się na publikację dr Wicentego oraz wyemitowany materiał informacyjny w TVP3 Gdańsk. Uważał też, że sprawa jest przedawniona, gdyż artykuł napisał i opublikował w 2019 r. Jego pełnomocnik Robert Małecki wnosił o umorzenie postępowania. Natomiast Jezierski twierdził, że o artykule Filipczyka dowiedział się znacznie później i że miał trudności z ustaleniem tożsamości autora, gdyż tekst został podpisany jedynie inicjałami PF. Pomiędzy obu panami (oskarżycielem i oskarżonym) doszło do rozmowy czy rozmów telefonicznych – na ten temat pojawiła się rozbieżność zdań. Ponoć Jezierski powiedział, że jeśli artykuł zostanie zdjęty z portalu nie wystąpi na drogę sądową. Artykuł został usunięty, mimo to Jezierski dwa lata później złożył akt oskarżenia.

W trakcie procesu Henryk Jezierski w swojej wypowiedzi sporo czasu poświęcił postaci Waldemara Jaroszewicza, co nie było przedmiotem sprawy – podkreśliła to Sędzia Biernacka, przerywając wywód Jezierskiego. Spór pomiędzy Jezierskim, a Jaroszewiczem został zamknięty w ubiegłym roku prawomocnym wyrokiem na niekorzyść Jezierskiego.

Kolejny termin rozprawy Sąd wyznaczył na 21 lipca, na godz. 10.45.

oprac. Maria Giedz

Przed Kaszubskim Uniwersytetem Ludowym zawsze powiewała flaga kaszubska, teraz na maszcie jest ukraińska

Czyja tożsamość? – pyta MARIA GIEDZ zastanawiając się dlaczego ukraińska flaga musi wypierać kaszubską

Zbliża się dzień flagi. Wielu z nas wywiesi tę biało-czerwoną, chociaż niektórzy zapewne zamienią ją na niebiesko-żółtą, czyli ukraińską, demonstrując w ten sposób „jedność”, „solidarność” z Ukrainą. Na Kaszubach od lat panuje zwyczaj, że obok flagi polskiej wywiesza się flagę Kaszub, czyli czarno-żółtą, albo flagę ze zwróconym w prawo czarnym gryfem w koronie na żółtym (złotym) tle. Czasem flagę polską pomija się i zostaje tylko ta kaszubska. Ostatnio zaczyna się flagę Kaszub zastępować flagą Ukrainy z całkowitym pominięciem flagi polskiej. Wielu Kaszubów jest tym oburzonych i mówią, że pod hasłem „pomagamy Ukrainie” odbiera się im kaszubską tożsamość.

Ta zamiana flagi kaszubskiej na ukraińską i to od kilku tygodni widoczna jest przy jednym z najważniejszych budynków Kaszub – Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym, usytuowanym u stóp Wieżycy, najwyższego naturalnego wzniesienia (328,6 m n.p.m.) Niżu Środkowoeuropejskiego od Atlantyku po Ural, tuż przy drodze wiodącej z Gdańska do Kościerzyny.

Jedna z Kaszubek, pani Gabriela, która często tamtędy przejeżdża i uważa, że trzeba pomagać uchodźcom z Ukrainy, jest oburzona brakiem kaszubskiej flagi na maszcie przed ośrodkiem KUL. Wysłała więc pismo do władz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, ściśle powiązanego z KUL, dopytując się o przyczynę wywieszenia flagi obcej narodowości na terenie ośrodka będącego własnością Kaszubów.

Moje pytanie dotyczy powiewającej flagi ukraińskiej na maszcie, na terenie ośrodka. Kto tym ośrodkiem zarządza? Według mnie, są to osoby nie mające szacunku do naszych symboli narodowych, osoby niekompetentne, podejmujące decyzję wywieszenia flagi obcej narodowości zamiast naszej czarno-żółtej lub biało-czerwonej.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Podpisał się pod nią Łukasz Richert, członek Rady Fundacji KUL, który jest jednocześnie sekretarzem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a także dyrektorem biura Zrzeszenia.

Na co dzień powiewa tam flaga kaszubska. Obecnie wisi flaga ukraińska na znak solidarności z nieszczęściem jakie spadło na osoby z tego kraju, a które u nas znalazły schronienie uciekając przed wojną i niechybną śmiercią, która by ich czekała zostając na obszarach objętych brutalnym konfliktem zbrojnym.

Pani Gabriela odpisując dyrektorowi tak skwitowała ową wypowiedź:

Szkoda, że w ten sposób solidaryzujemy się z Ukrainą.

Pomysł wywieszania flagi Kaszub, głównie z okazji święta 3 maja i innych większych uroczystości państwowych, wprowadził dr Aleksander Majkowski (żył w latach 1876 – 1938), kaszubski pisarz, poeta, działacz społeczny, ale i lekarz. Wywieszanie kaszubskiej flagi na szerszą skalę rozpoczęło się od pierwszego zjazdu Kaszubów w dniu 18 sierpnia 1929 r. Od tego czasu 18 sierpnia stał się dniem Święta Flagi Kaszubskiej, które zaczęto oficjalnie obchodzić dopiero w 2012 r. Dlaczego tak późno? Odpowiedź jest i prosta, i skomplikowana.

Historia Kaszubów, to wiele białych plam. Jak podaje Gerard Labuda (żył w latach 1916-2010), polski historyk specjalizujący się w historii Pomorza i Kaszub, „Kaszubi wpisani są w historię Pomorza, ta zaś należy do historii Polski i powszechnej.” … „Przez Niemców byli tworzeni jako „sztuczna” narodowość – chodziło o rozbicie polskiej wspólnoty etnicznej”. Po II wojnie światowej różnie byli postrzegani, często odnoszono się do nich negatywnie. Dzisiaj wiadomo, że są Słowianami. Język kaszubski należy do grupy języków zachodniosłowiańskich, jak język polski, czeski, słowacki, dolno i górnołużycki, chociaż niektórzy badacze przypisują mu status dialektu polszczyzny. Może dlatego, że kiedy czyta się teksty Jana Kochanowskiego, polskiego poety epoki renesansu, i to w oryginale, to odnosi się wrażenie, że zostały napisane po kaszubsku, a więc w języku jakim do dzisiaj porozumiewają się Kaszubi. Tylko kto dzisiaj rozumie staropolszczyznę? Należy też dodać, że status prawny języka kaszubskiego w Polsce, ale i status prawny Kaszubów został uregulowany bardzo niedawno, bo dopiero Ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych z dnia 6 stycznia 2005 r.

Kaszubi mają jeszcze drugie święto – Dzień Jedności Kaszubów przypadające na 19 marca, gdyż właśnie tego dnia roku pańskiego 1238 papież Grzegorz IX wydał bullę, w której znalazła się pierwsza historyczna wzmianka o Kaszubach. Nazwa Kaszubi oznaczała słowiańską ludność rodzimą. W źródłach krzyżackich Kaszubi wymieniani są jako poddani Zakonu Krzyżackiego, chociaż oni sami byli temu przeciwni. Wracając do Dnia Jedności Kaszubów, to dopiero w 1999 r. zaczęto organizować Zjazdy Kaszubów. Pierwszy odbył się w Chojnicach właśnie w 1999 r. Owe święto jest szczególną okazją do promowania kaszubszczyzny, podtrzymywania tradycji oraz integracji Kaszubów.

Niestety tegoroczne Święto Kaszubów – tak potocznie nazywa się święto przypadające na 19 marca, miało charakter ukraiński. W Łubianie, Lęborku i w wielu innych miejscowościach zamiast flag kaszubskich wywieszono ukraińskie. Dzieci na policzkach miały wymalowane flagi ukraińskie. W wielu miejscach pojawiły się również transparenty z napisem: „Dzień Jedności Kaszubów 2022 – Razem z Ukrainą”, albo „Dzień Jedności Kaszubów z Wolną Ukrainą”. Były występy zespołów ukraińskich. Nawet śpiewano kaszubskie pieśni w tłumaczeniu na ukraiński. To bardzo piękne gesty, ale dlaczego akurat eksponowane w Dniu Jedności Kaszubów? Kaszubi chętnie włączyli się do pomocy Ukraińcom. W wielu kaszubskich domach gości się uchodźców i to wyłącznie na koszt gospodarzy. Pomaga się im we wszystkim i nikt nie ma nic przeciwko takiemu zachowaniu, ale dlaczego Dzień Święta Kaszub zamienia się na dzień ukraiński, jakby nie można było takiego święta zorganizować przez 364 dni w roku, tylko właśnie w ten jedyny?

Pewien Ukrainiec przebywający w Polsce od prawie dwóch miesięcy nie może zrozumieć, dlaczego Polacy niemal na każdym miejscu wywieszają dwie flagi: polską i ukraińską. Autobusy, tramwaje, budynki użyteczności publicznej, a nawet prywatne domy „udekorowane” są flagą ukraińską. Zaczął się więc zastanawiać, czy przypadkiem Polacy nie włączyli Ukrainy do swojego kraju? Jest on bardzo wdzięczny Polakom za okazywaną pomoc, życzliwość, dobroć, ale nie wyobraża sobie włączenia Ukrainy do Polski. A to wywieszanie flagi ukraińskiej obok polskiej kojarzy mu się z unią polsko-ukraińską, albo wręcz aneksją Ukrainy przez Polskę. A on chciałby wrócić i mieszkać w swoim suwerennym kraju.

Zgodnie z odpowiedzią Łukasza Richerta proponuję, aby na znak jedności z Ukrainą, zniknęły wszystkie kaszubskie, ale i polskie flagi na Pomorzu, a zwłaszcza w miejscowościach i przy instytucjach kaszubskich – mieszkańcy Kociewia, Powiśla czy Żuław mogą mieć inne na ten temat zdanie W to miejsce należy wywiesić flagi ukraińskie, bo przecież solidaryzujemy się z Ukrainą.

Jeśli już koniecznie musimy eksponować naszą pomoc Ukrainie, to czy nie można obok polskiej albo kaszubskiej flagi powiesić także tę ukraińską? Wówczas wszyscy byliby usatysfakcjonowani. O ile mi wiadomo KUL jest własnością Kaszubów, ale na terytorium Polski, więc w ramach gościnności może obok tych dwóch flag, a przynajmniej jednej, polskiej, chyba że Kaszubi ze Zrzeszenia nie chcą utożsamiać się z Polską, powiesić ukraińską, ale nie wyłącznie ukraińską. Kto nie potrafi uszanować własnej tożsamości, ten nie będzie mieć szacunku dla nikogo.

Kierunek Polska, kobiety, dzieci, psy, koty... aby dalej od wojny. Fot. Robert Kwiatek

Pociąg życia – MARIA GIEDZ opisuje ukraińską wyprawę fotoreportera Roberta Kwiatka

 Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc. Do Polski przyjechało niemal trzy miliony ukraińskich uchodźców i zapewne będzie ich jeszcze więcej. Na granicę polsko-ukraińską docierają w różny sposób, najwięcej z nich przybywa pociągani. Rzadko razem z uchodźcami, np. tymi z Kijowa albo i z dalszych miejsc wędruje pociągiem polski dziennikarz, bo ci najchętniej poruszają się samochodami. A jednak, jeden z lepszych polskich fotoreporterów, mieszkający w Trójmieście, Robert Kwiatek, członek Zarządu Oddziału Gdańskiego SDP, właśnie w taki sposób przemieszczał się po Ukrainie i to bez mała przez dwa tygodnie.

Z Gdańska Robert Kwiatek wyruszył niemal natychmiast po rozpoczęciu inwazji wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy. Nie dostał ukraińskiej akredytacji, to znaczy dostał, ale już po powrocie do Polski. Fotografował więc tylko to, na co mu pozwolono. Jak sam mówi, widział znacznie więcej niż mógł uwiecznić na zdjęciach. Nie ma na nich scen walki, czy bestialskiego zachowania rosyjskich bandytów, ani nie ma nawet ukraińskich żołnierzy, tak ofiarnie walczących o swój kraj. Za to widział zwykłych ludzi, z którymi rozmawiał, którym pomagał, z którymi wspólnie wędrował pociągiem, nazwanym przez niego „pociągiem życia”.

Dworzec w Kijowie

– Jedną ręką robię zdjęcia, a drugą pomagam wchodzić małym dzieciom – komentuje Kwiatek pokazując fotografię, na której widać wdzierający się tłum do pociągu przypominającego naszą trójmiejską SKM-kę sprzed kilkunastu lat, łączącą Wejherowo z Gdańskiem. – Pociąg upchany, dzieci i starsze osoby siedzą, tacy jak ja jedziemy na stojąco, przez 12 godzin z Kijowa do Lwowa. Jest już pozornie bezpiecznie. Wiele osób nie wiedziało, dokąd dojedzie, wybrało kierunek – najpierw Lwów, a dalej Polska.

To był jeden z wielu pociągów, który wystartował z Kijowa. Robert twierdzi, że nazywanie pociągiem tego zestawu wagonów, to zbyt duże słowo, bo to znacznie gorsze od podmiejskiej „elektryczki”.

– Dzieci, kobiety, starsze osoby, czasem ktoś młodszy, może student – kontynuuje Kwiatek. – Nikomu to nie przeszkadza, że na sześciu miejscach siedzi 8-10 osób, siedzą też na podłodze i dużo jedzie na stojąco. Dodatkowo są psy, koty, różne bagaże. Niektórzy toczą rozmowy, z których wyławiam pojedyncze słowa, a zwłaszcza nazwy: Polska, Warszawa, Kraków, Siedlce, Wrocław, Gdańsk. Jedziemy wolno. Jest jedzenie, picie, gwar, są telefony. Czasem ktoś przebijał się do ubikacji, której nie było, ale nie dawał wiary i szedł. Ci ludzie, chociaż zmęczeni byli już szczęśliwi, bo mieli za sobą strach i niepewność. Trud da się wytrzymać. Pytali mnie jak w Polsce. Niektórzy nie wiedzieli, gdzie mają pójść, do kogo się zgłosić, gdy dojadą. Nie wiedzieli, czy wystarczy im pieniędzy, kiedy do Polski dojadą, bo ukraińska komunikacja teraz nic nie kosztuje. W ramach wojny jeździ się za darmo.

Robert próbował „na gorąco” i fotografować i notować, zrobić choć krótkie zapiski. Chociaż na stojąco trudno było pisać.

– W pociągu panował zaduch, część osób przysypiała – dodaje fotoreporter. – „Pociąg życia” stukał kołami, to miły dźwięk, bo wcześniej kojarzyłem go z odgłosami walki, wtedy nie usypiał. Liczyłem, że wreszcie uda mi się zasnąć, to nic, że na stojąco, że byłem bez jedzenia i picia, ale bezpiecznie. Widziałem tylko drobny wycinek z życia tego pociągu, ale każdy wagon wyglądał podobnie. Przez skrzypiący głośnik usłyszałem stacją Berdyczów, to znajoma z historia nazwa…

Kiedy Kwiatek jechał z Przemyśla do Lwowa i dalej do Kijowa pociągi były puste, a te w przeciwnym kierunku pełne ludzi i nadziei na przeżycie.

Dworzec we Lwowie

Exodus, wszyscy chcą uciec. Jakieś dziecko płacze, bo się zgubiło. Mimo wycia syren informujących o alarmie przeciw bombowym nikt nie opuszczał peronu. Wszyscy ustawieni w kolejce czekali na pociąg, chociaż wiedzieli, że jeden skład wszystkich nie pomieści. Bali się, że chowając się przed ewentualnymi bombami mogą stracić szansę na wydostanie się z kraju, w którym głównym celem rosyjskich bandytów są cywile: kobiety, dzieci, starcy… Jechali nie tylko wolno, ale i w zaciemnieniu. Ludzie powyłączali telefony. Bali się, że pociąg mogą zaatakować dywersanci.

Z opowieści Roberta wynika, że wiele osób nie wiedziało co ze sobą zrobić. Jechało byle do przodu, byle uciec.

– Pewna kobieta z trójką dzieci nie miała nikogo w Polsce – mówi Robert. – Zastanawiałem się, czy nie zabrać jej ze sobą do Gdańska? Ale gdzieś żeśmy się zgubili, a przy takim morzu ludzi i takim morzu zła trudno wszystkiego pilnować. Jedno wiem, że w pociągu działało takie „pospolite ruszenie”. Każdy przekazywał sobie nawzajem kontakty. Przydałyby się kontakty dla tych ludzi w Polsce – to apel do naszej ambasady. Ulotki powinny znaleźć się już we Lwowie.

Robert pokazuje kolejne  i kolejne zdjęcia. Tym razem Lwów, ale nie miasto, tylko dworzec i powstałe wokół niego prowizoryczne miasteczko dla tych uratowanych, zmęczonych, lecz żywych. Czekają na nich wolontariusze, również z Polski. Jest Polski Czerwony Krzyż i najróżniejsze organizacje. Są też ciepłe napoje, posiłki i transport w różne strony: pociągi, autobusy, busy, samochody osobowe.

– Stały nawet beczki z palącym się drewnem, dające odrobinę ciepła – dorzuca Robert. – Ktoś grał na harmonii, z głośnika dobiegał śpiew. Miałem łzy w oczach. Do pierwszego pociągu nie miałem szans się dostać, bo przepuszczałem dzieci i kobiety, a płynęła rzeka ludzi. Dziękuję Polsko za wspaniałą postawę! Ja wróciłem bezpiecznie, nie każdemu jest to dane, a wszystko z winy jednego kretyna Putina, bandyty i zbrodniarza…

Wiele zdjęć Roberta Kwiatka można obejrzeć na Facebooku, jego prywatnym koncie, ale otwartym.

Próba wejścia do Pociągu Życia. Wszyscy się nie zmieszczą. Fot. Robert Kwiatek
Rzeka ludzi w pociągu z Kijowa do Lwowa. Fot. Robert Kwiatek
Lwów, Miasto pomocy. Koczujący ludzie. Fot. Robert Kwiatek
Lwów. Dworzec Kolejowy. Ludzie czekają na pociąg do Przemyśla. Fot. Robert Kwiatek

 

Uchodźcy z Ukrainy w gościnnym domostwie Krzysztofa Kurkiewicza (gospodarz w środku). Fot. Maria Giedz

Dziesięciu uchodźców i pies. W gościnnym domu Kurkiewiczów była MARIA GIEDZ

Nasz kolega, Krzysztof Kurkiewicz, członek Naczelnego Sądu Dziennikarskiego i skarbnik Gdańskiego Oddziału SDP zaprosił do swojego domu w Pszczółkach, gminnej wsi położonej niedaleko Gdańska uchodźców z Ukrainy.

Pierwsi, dwie matki, każda z dwójką dzieci i psem wabiącym się Dżastim, przyjechali 28 lutego. Przywiózł ich mąż jednej z kobiet. Kolejne dwie osoby, matka z synem zostały odebrane z granicy przez szwagra pracującego od kilku lat w Starogardzie Gdańskim. Dojechali do Pszczółek 8 marca. W ostatniej turze, trzy dni temu do gościnnego domu Anny i Krzysztofa Kurkiewiczów dotarła schorowana, częściowo ociemniała matka jednej z kobiet. Przywiózł ją mąż, ale już wrócił na Ukrainę, bo ktoś musi chronić dom przed plądrowaniem przez Rosjan, pomagać synowi ze złamana nogą i czekać na tych, którzy walczą na froncie.

Rodzina Wadima w gościnnym domu Kurkiewiczów. Fot. Maria Giedz

Wszystkie te osoby są ze sobą spokrewnione. Pochodzą z Żytomierza, chociaż jedna w kobiet wraz z dziećmi i mężem, obecnie walczącym przeciwko rosyjskiemu najeźdźcy, od kilku lat mieszkali w Kijowie. Kiedy na Ukrainę spadły pierwsze bomby, jej mąż wywiózł ją do rodziny w Żytomierzu, po czym wrócił bronić kijowa. Więcej go nie widziała, nie może też do niego dzwonić, ale czasem dochodzą od niego SMS-y. Wie więc, że żyje, a on jest spokojny od momentu, kiedy żona z dziećmi znalazły schronienie w ciepłym domu Kurkiewiczów.

– Mieliśmy dom, z którego właśnie wyprowadziliśmy się – mówi Krzysztof Kurkiewicz. – Zamierzaliśmy go sprzedać, aby wykończyć nowe lokum, ale była taka potrzeba, więc na razie mieszkają w nim osoby, które nie miały co ze sobą zrobić. Wojna jest wojną, nikt takiego losu sobie nie wybiera.

– Kiedy wyjeżdżałam z Żytomierza miasto nie było już takie, jak kiedyś – mówi Larisa, matka Oksany i babcia Romana oraz Diany. – Wiele domów było zburzonych, trzeba było omijać jamy po rakietach, byli też zabici, ale ja ich nie widziałam. Bałam się. Jestem stara i chora. Słabo widzę. Długo nie mogliśmy wyjechać, bo był alarm lotniczy. Udało się, chociaż już chcę wracać. Zostawiłam nieduży, nowy dom. Dopiero dwa lata temu wybudowaliśmy go. Tu jest mi dobrze. Dużo dobrego dostałam od Polaków, jednak jak tylko będzie pokój chcę wracać. Tam się urodziłam, tam są moi sąsiedzi, tam jest moja cerkiew.

Larisa nie chce stanąć do wspólnej fotografii. Prosi, aby jej w ogóle nie fotografować. W jej oczach cały czas widać łzy.

Aleksandra wraz z 6-letnim synem Dimą i psem. Fot. Maria Giedz

Aleksandra, najmłodsza z mam też stale pochlipuje. Trudno się jej uśmiechnąć. Chce niemal natychmiast pójść do pracy. Po to, aby zapomnieć, ale i po to, aby mieć pieniądze na utrzymanie. Była ekspedientką w sklepie. W Polsce mogłaby też tak pracować, ale nie zna języka polskiego. Przyjmie więc każdą ofertę, aby się czymś zająć, coś zarobić i nie być ciężarem dla Polaków.

O możliwość zatrudnienia pytały także Oksana z wykształcenia biolog, która napisała pracę doktorską, ale nie zdążyła jej obronić oraz Aliona, kierownik produkcji w zakładach mleczarskich. Jak na razie pracuje tylko Wadim, maż Oksany. Został w Polsce, bo ktoś musi się kobietami zajmować. A ma pod opieką własną żonę, żonę brata, żonę brata żony, teściową, piątkę dzieci, no i psa, małego, ale bardzo bojowego.

W trakcie rozmowy Krzysztof Kurkiewicz zaproponował, aby SDP zwróciło się z prośbą do TVP, najlepiej do Programu 2, żeby za pośrednictwem właśnie telewizji rozpocząć nauczanie Ukraińców języka polskiego. Prawie w każdym domu, czy miejscu, gdzie uchodźcy z Ukrainy znaleźli schronienie znajduje się telewizor i dochodzi sygnał TVP2. Codzienna, półgodzinna nauka języka polskiego dałaby możliwość Ukraińcom szybkiego znalezienia pracy i ułatwienia im w kontaktowaniu się z nami Polakami.

Aliona jest smutna, ale i szczęśliwa, że jej 9-letni syn Igor jest bezpieczny. Fot. Maria Giedz

Anna Kurkiewicz, żona Krzysztofa już dzisiaj załatwia całej dziesiątce najróżniejsze dokumenty: nadanie numeru pesel, zapisanie dzieci do szkoły i do przedszkola… Jej koleżanki, sąsiadki, znajomi przynoszą jedzenie, pampersy dla dzieci, a nawet papier toaletowy. Kiedy poprosiła księdza, aby ogłosił w kościele, że potrzebuje materace do spania, bo nie ma tylu w domu, natychmiast się znalazły.

– W Pszczółkach mieszkają dobrzy ludzie – mówi Anna Kurkiewicz. – Wszyscy chcą pomagać, chociaż jest tu kilka domów, które przyjęły uchodźców.

Sędzia Dorota Majerska-Janowska i pusta sala sądowa. Rozpraw odbyła się zdalnie. Fot. Maria Giedz

Wyrok w sprawie apelacyjnej przeciwko dziennikarce i dyrektor TVP3 Gdańsk

17 stycznia 2022 r. odbyła się już ostatnia rozprawa w gdańskim Sądzie Apelacyjnym (I Wydział Cywilny SA w Gdańsku) w sprawie toczącego się od niemal pięciu lat procesu sądowego pomiędzy Henrykiem Jezierskim, właścicielem internetowych wydawnictw motoryzacyjnych, a Joanną Strzemieczną-Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk i dziennikarką tej stacji Agatą Mielczarek. Sąd, wydając wyrok, odrzucił większość roszczeń finansowych Henryka Jezierskiego, ale  podtrzymał wyrok Sądu Okręgowego zgodnie z którym dziennikarki mają go przeprosić. 

Sąd  Apelacyjny zmienił jedynie treść oświadczenia z przeprosinami,  jakie dyrektor Strzemieczna-Rosen i redaktor Agata Mielczarek  mają opublikować na stronie internetowej TVP3 Gdańsk. Chodzi o dodanie słowa „godność” do wcześniej zaproponowanej treści w wyroku pierwszej instancji Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Przedmiotem sporu był wyemitowany w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiał informacyjny, autorstwa Agaty Mielczarek, dotyczący wyboru członków do Rady Programowej tej stacji oraz Radia  Gdańsk. Powód, czyli Henryk Jezierski, który wszedł w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk jako rzekomy reprezentant Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, które jednak zaprzeczyło, jakoby udzieliło mu rekomendacji.  Po ujawnieniu tej informacji Henryk Jezierski został z Rady odwołany i wkrótce po tym  zarzucił dziennikarkom bezpodstawne przypisanie mu współpracy z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa. Zarzucił im też brak rzetelności dziennikarskiej, mimo że materiał w regionalnym programie TVP 3 Gdańsk na ten temat został opublikowany w oparciu o dokumenty z IPN oraz opracowanie Daniela Wicentego p.t. „Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w stanie wojennym”, wydane przez IPN w 2015 r., co widać na nagraniu.

Rozprawa apelacyjna odbyła się w trybie zdalnym, wzięli w niej udział: powód, czyli Henryk Jezierski oraz jego pełnomocnik, a prywatnie jego córka mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak, pozwana Agata Mielczarek, a także mec. Wenanty Plichta, pełnomocnik Joanny Strzemiecznej-Rozen. Sprawę prowadziła sędzia Sądu Apelacyjnego Dorota Majerska-Janowska. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP proces sądowy obserwowała Maria Giedz.

Rozprawa, jak wspomniano, odbywała się w trybie zdanym i niestety była w większości, zwłaszcza w drugiej części słabo słyszalna i niezrozumiała. Niesprawny system techniczny sprawił, że przypominało to kpinę z Sądu. Słychać było jedynie pojedyncze sylaby, które po kilkukrotnym odtwarzaniu z nagrania można było domyślnie ułożyć w słowa, a nawet podjąć próbę konstruowania zdań. Dlatego dokładną relację z procesu będzie można zamieścić po ukazaniu się zarówno wyroku w formie pisemnej, jak i jego uzasadnienia, co nastąpi zapewne nie wcześniej niż za ok. 3 tygodnie.

Poza treścią oświadczenia i tak inną niż życzył sobie Henryk Jezierski, pozostałe punkty z apelacji złożonej przez Powoda, głównie dotyczące finansów, a także opublikowanie przeprosin na Jego własnym portalu oraz utrzymywanie owego oświadczenia przez rok, oczywiście na koszt pozwanych zostały przez Sąd oddalone. Bowiem Sąd, jak stwierdziła Sędzia Dorota Majerska-Janowska, skupił się wyłącznie na sprawie naruszenia dóbr osobistych powoda.

– Pozostałe kwestie nie podlegały analizie Sądu, jak m.in. udzielenie rekomendacji powodowi przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy czy członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk – czytała Majerska-Janowska.

Wyjaśniała też, że w IPN-ie nie istnieje teczka Henryka Jezierskiego, może istniała, ale wszystkie dokumenty zostały zniszczone, więc nie można powiedzieć, że Jezierski był tajnym współpracownikiem. Z dokumentów IPN-u wynika, że Jezierski odmówił współpracy, albo odmówił dalszej współpracy. Z przesłuchań świadków wiadomo, że autor książki „Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w Stanie Wojennym” wypowiadał się jedynie na temat zarejestrowania Jezierskiego, ale nie ma deklaracji podpisanej przez niego samego, ani potwierdzenia przyjęcia korzyści materialnych. – Trzeba rozróżnić fakt rejestracji od konkretnej współpracy – dodała sędzia Majerska-Janowska.

Sędzia podkreśliła też, że materiał dziennikarski został zebrany prawidłowo, z czym nie zgadzał się Henryk  Jezierski, tylko nieprawidłowo zostały wyciągnięte wnioski. Tak więc zarzut braku rzetelności dziennikarskiej Jezierskiego wobec Agaty Mielczarek nie był słuszny. Sędzia nie widzi też powodu publikowania przeprosin na stronach motoryzacyjnych, które są własnością Jezierskiego, gdyż tam nie doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda.

W IPN nie ma dokumentów wyraźnie mówiących o współpracy Henryka Jezierskiego z SB, gdyż wszystkie dokumenty, łącznie z mikrofilmami zostały zniszczone w 2010 r. Jednak w przypadku odnalezienia dokumentów stwierdzających tę współpracę lub dotarcia do innych dowodów, nie będzie możliwości zmiany wyroku Sądu Apelacyjnego, gdyż istotna jest wiedza na moment publikacji materiału w Telewizji, a więc na dzień 27 stycznia 2017 r.


Henryk Jezierski złożył także pozwy wobec trzech innych trójmiejskich dziennikarzy, również w kwestii przypisania mu współpracy z SB. Wszystkie materiały dziennikarskie zostały opublikowane w oparciu o pracę Daniela Wicentego. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

W innym procesie Henryk Jezierski został skazany prawomocnym wyrokiem Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe X Wydziału Karnego na 4-miesięczne pozbawienie wolności warunkowo zawieszone na okres 2 lata tytułem próby. Powodem jest publikacja autorstwa  H.Jezierskiego, zamieszczona na portalu, którego jest wydawcą i redaktorem naczelnym, upokarzająca Waldemara Jaroszewicza, radnego gdańskiego z klubu PiS oraz przewodniczącego Zarządu Oddziału Okręgowego Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”. Ponadto H.  Jezierski dopuścił się publicznego szantażu Jaroszewicza, nadużywając pozycji jako dziennikarza.

Poza tym Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe II Wydział Karny wydał kolejny wyrok, ale jeszcze nieprawomocny, skazujący Henryka Jezierskiego na łączną karę 8 miesięcy ograniczenia wolności polegającą na wykonywaniu nieodpłatnej kontrolowanej pracy na cele społeczne w wymiarze 20 godzin w miesiącu. Wyrok ten został wydany za publiczne znieważanie m.in. takimi zwrotami, jak: „osoba kwalifikująca się do miana swołoczy sowieckiej o rusko-pruskich metodach postępowania”, które odnosiły się do Ewy Leśniewskiej-Jagaciak, byłej trójmiejskiej dziennikarki. Od tego wyroku Henryk Jezierski złożył odwołanie.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close