Sędzia Dorota Majerska-Janowska i pusta sala sądowa. Rozpraw odbyła się zdalnie. Fot. Maria Giedz

Wyrok w sprawie apelacyjnej przeciwko dziennikarce i dyrektor TVP3 Gdańsk

17 stycznia 2022 r. odbyła się już ostatnia rozprawa w gdańskim Sądzie Apelacyjnym (I Wydział Cywilny SA w Gdańsku) w sprawie toczącego się od niemal pięciu lat procesu sądowego pomiędzy Henrykiem Jezierskim, właścicielem internetowych wydawnictw motoryzacyjnych, a Joanną Strzemieczną-Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk i dziennikarką tej stacji Agatą Mielczarek. Sąd, wydając wyrok, odrzucił większość roszczeń finansowych Henryka Jezierskiego, ale  podtrzymał wyrok Sądu Okręgowego zgodnie z którym dziennikarki mają go przeprosić. 

Sąd  Apelacyjny zmienił jedynie treść oświadczenia z przeprosinami,  jakie dyrektor Strzemieczna-Rosen i redaktor Agata Mielczarek  mają opublikować na stronie internetowej TVP3 Gdańsk. Chodzi o dodanie słowa „godność” do wcześniej zaproponowanej treści w wyroku pierwszej instancji Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Przedmiotem sporu był wyemitowany w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiał informacyjny, autorstwa Agaty Mielczarek, dotyczący wyboru członków do Rady Programowej tej stacji oraz Radia  Gdańsk. Powód, czyli Henryk Jezierski, który wszedł w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk jako rzekomy reprezentant Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, które jednak zaprzeczyło, jakoby udzieliło mu rekomendacji.  Po ujawnieniu tej informacji Henryk Jezierski został z Rady odwołany i wkrótce po tym  zarzucił dziennikarkom bezpodstawne przypisanie mu współpracy z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa. Zarzucił im też brak rzetelności dziennikarskiej, mimo że materiał w regionalnym programie TVP 3 Gdańsk na ten temat został opublikowany w oparciu o dokumenty z IPN oraz opracowanie Daniela Wicentego p.t. „Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w stanie wojennym”, wydane przez IPN w 2015 r., co widać na nagraniu.

Rozprawa apelacyjna odbyła się w trybie zdalnym, wzięli w niej udział: powód, czyli Henryk Jezierski oraz jego pełnomocnik, a prywatnie jego córka mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak, pozwana Agata Mielczarek, a także mec. Wenanty Plichta, pełnomocnik Joanny Strzemiecznej-Rozen. Sprawę prowadziła sędzia Sądu Apelacyjnego Dorota Majerska-Janowska. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP proces sądowy obserwowała Maria Giedz.

Rozprawa, jak wspomniano, odbywała się w trybie zdanym i niestety była w większości, zwłaszcza w drugiej części słabo słyszalna i niezrozumiała. Niesprawny system techniczny sprawił, że przypominało to kpinę z Sądu. Słychać było jedynie pojedyncze sylaby, które po kilkukrotnym odtwarzaniu z nagrania można było domyślnie ułożyć w słowa, a nawet podjąć próbę konstruowania zdań. Dlatego dokładną relację z procesu będzie można zamieścić po ukazaniu się zarówno wyroku w formie pisemnej, jak i jego uzasadnienia, co nastąpi zapewne nie wcześniej niż za ok. 3 tygodnie.

Poza treścią oświadczenia i tak inną niż życzył sobie Henryk Jezierski, pozostałe punkty z apelacji złożonej przez Powoda, głównie dotyczące finansów, a także opublikowanie przeprosin na Jego własnym portalu oraz utrzymywanie owego oświadczenia przez rok, oczywiście na koszt pozwanych zostały przez Sąd oddalone. Bowiem Sąd, jak stwierdziła Sędzia Dorota Majerska-Janowska, skupił się wyłącznie na sprawie naruszenia dóbr osobistych powoda.

– Pozostałe kwestie nie podlegały analizie Sądu, jak m.in. udzielenie rekomendacji powodowi przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy czy członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk – czytała Majerska-Janowska.

Wyjaśniała też, że w IPN-ie nie istnieje teczka Henryka Jezierskiego, może istniała, ale wszystkie dokumenty zostały zniszczone, więc nie można powiedzieć, że Jezierski był tajnym współpracownikiem. Z dokumentów IPN-u wynika, że Jezierski odmówił współpracy, albo odmówił dalszej współpracy. Z przesłuchań świadków wiadomo, że autor książki „Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w Stanie Wojennym” wypowiadał się jedynie na temat zarejestrowania Jezierskiego, ale nie ma deklaracji podpisanej przez niego samego, ani potwierdzenia przyjęcia korzyści materialnych. – Trzeba rozróżnić fakt rejestracji od konkretnej współpracy – dodała sędzia Majerska-Janowska.

Sędzia podkreśliła też, że materiał dziennikarski został zebrany prawidłowo, z czym nie zgadzał się Henryk  Jezierski, tylko nieprawidłowo zostały wyciągnięte wnioski. Tak więc zarzut braku rzetelności dziennikarskiej Jezierskiego wobec Agaty Mielczarek nie był słuszny. Sędzia nie widzi też powodu publikowania przeprosin na stronach motoryzacyjnych, które są własnością Jezierskiego, gdyż tam nie doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda.

W IPN nie ma dokumentów wyraźnie mówiących o współpracy Henryka Jezierskiego z SB, gdyż wszystkie dokumenty, łącznie z mikrofilmami zostały zniszczone w 2010 r. Jednak w przypadku odnalezienia dokumentów stwierdzających tę współpracę lub dotarcia do innych dowodów, nie będzie możliwości zmiany wyroku Sądu Apelacyjnego, gdyż istotna jest wiedza na moment publikacji materiału w Telewizji, a więc na dzień 27 stycznia 2017 r.


Henryk Jezierski złożył także pozwy wobec trzech innych trójmiejskich dziennikarzy, również w kwestii przypisania mu współpracy z SB. Wszystkie materiały dziennikarskie zostały opublikowane w oparciu o pracę Daniela Wicentego. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

W innym procesie Henryk Jezierski został skazany prawomocnym wyrokiem Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe X Wydziału Karnego na 4-miesięczne pozbawienie wolności warunkowo zawieszone na okres 2 lata tytułem próby. Powodem jest publikacja autorstwa  H.Jezierskiego, zamieszczona na portalu, którego jest wydawcą i redaktorem naczelnym, upokarzająca Waldemara Jaroszewicza, radnego gdańskiego z klubu PiS oraz przewodniczącego Zarządu Oddziału Okręgowego Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”. Ponadto H.  Jezierski dopuścił się publicznego szantażu Jaroszewicza, nadużywając pozycji jako dziennikarza.

Poza tym Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe II Wydział Karny wydał kolejny wyrok, ale jeszcze nieprawomocny, skazujący Henryka Jezierskiego na łączną karę 8 miesięcy ograniczenia wolności polegającą na wykonywaniu nieodpłatnej kontrolowanej pracy na cele społeczne w wymiarze 20 godzin w miesiącu. Wyrok ten został wydany za publiczne znieważanie m.in. takimi zwrotami, jak: „osoba kwalifikująca się do miana swołoczy sowieckiej o rusko-pruskich metodach postępowania”, które odnosiły się do Ewy Leśniewskiej-Jagaciak, byłej trójmiejskiej dziennikarki. Od tego wyroku Henryk Jezierski złożył odwołanie.

Fot. Pixabay

MARIA GIEDZ: Reportaż ze świata w dobie pandemii

Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi?

Od najmłodszych lat kocham podróże i te bliskie i te dalekie. Chętnie o nich opowiadam, a ludzie lubią mnie słuchać. Często te opowieści przelewam na papier, aby podzielić się z szerszym gronem miłośników podróży oraz tych ciekawych świata. Pomimo najróżniejszych trudności, braku pieniędzy, czekania na paszport przez rok, a potem na wizę, jakoś udawało mi się poznawać świat. I im trudniej było dotrzeć w dany rejon, czasem objęty konfliktem zbrojnym, tym większe wzbudzało zainteresowanie wśród odbiorców moich relacji. I nagle wszystko się urwało. Nastała pandemia. Ludzie zamknięci w domach nawet nie chcą słyszeć o innych kulturach, o pięknych krajobrazach czy problemach społeczeństw żyjących na drugim końcu świata, którzy też zostali zamknięci, albo próbuje się to z nimi zrobić. No, może niektórzy, zmęczeni oglądaniem „kosmicznych” postaci i słuchaniem przerażających statystyk szukają czegoś, co pozwoliłoby im oderwać się od ponurej rzeczywistości. Ale jak to zrealizować, jeśli dziennikarze, ci reportażyści turystyczni również nie cieszą się pełną swobodą?

Oczywiście z tym zamknięciem trochę przesadzam, bo nadal można podróżować i można o tych podróżach pisać. Nawet znajdą się chętni, którzy to przeczytają. Tylko od podróżującego dziennikarza wymaga się spełnienia wiele dodatkowych warunków. Musi on: wykazać się posiadaniem specjalnego „zielonego” dokumentu, niestety niezbyt długo ważnego; poddawać się kilkukrotnemu pędzlowaniu nosa, bo ów specjalny dokument nie w każdym miejscu jest wystarczający; czasem bez powodu dać się zamknąć na kilka, a nawet kilkanaście dni i to na własny koszt, a przede wszystkim respektować przyjęte niemal na całym świecie stereotypowe i standardowe zasady w kontakcie z drugim człowiekiem.

Obrazek z Ciudad de Mexico, niemal dziesięciomilionowego miasta, a z przyległościami trzy razy większego, tej do niedawna barwnej, tętniącej życiem aglomeracji, miejscami niebezpiecznej również dla miejscowych, a czasem wesołej, dzisiaj ukazuje w ponad 90 proc. snujące się lub chyłkiem przemieszczające postacie. Chociaż do Meksyku wjeżdża się bez specjalnych formalności, to po co jechać na drugi koniec świata, skoro, poza pogodą, krajobrazem i językiem jakim posługują się tamtejsi ludzie, nie różni się on zbytnio od mojego kraju? Męczyć się, wydawać pieniądze i jeszcze żyć w ciągłym strachu, że zaleje mnie kolejna fala?

To lepiej zostać w domu. Tylko jak w tej rzeczywistości uprawiać dziennikarstwo turystyczne? Jak być korespondentem wojennym? Jak relacjonować ważne, często spontanicznie rozgrywające się wydarzenia gdzieś „na antypodach”? Bywa, że nawet nie potrafimy „z marszu” zlokalizować miejsca owych wydarzeń. Chociaż czytelnikowi, w myśl przekonania wszechwiedzących reporterów, że jest mało zorientowany, jest wszystko jedno, gdzie ten konflikt się rozgrywa. Wystarczy wskazać kierunek, że np. Kazachstan leży na wschodzie. Można jeszcze dodać, że to była republika Związku Sowieckiego, azjatycka, położona daleko od Moskwy.

W tym momencie przypomniała mi się sytuacja z jaką się spotkałam w regionalnej redakcji, w której przez lata pracowałam i nawet przez jakiś czas prowadziłam dział podróży. Otóż pewnego dnia napisałam tekst o indonezyjskiej wyspie Bali, gdzie główną religią jest hinduizm w tym zdominowanym przez muzułmanów kraju. Bali jest jednak wyjątkiem i to tam mieszkają hinduiści, ale i chrześcijanie, w większości katolicy. Muzułmanie występują w śladowej ilości. Pisząc o Bali dołączyłam czarno-białe zdjęcia, bo wówczas fotografowało się analogowo, a kolorowe filmy były trudno dostępne. Redakcja chciała być jednak nowoczesna i zamieścić zdjęcie kolorowe, więc zamówiła je w agencji. Wybierała moja szefowa, jednocześnie pracownik lokalnego biura podróży. Mnie w te działania nawet nie wtajemniczono. Zobaczyłam swój tekst wraz z piękną fotografią dopiero, gdy gazeta ukazała się drukiem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ilustracją do mojego tekstu o Bali, dla przypomnienia azjatyckiej wyspy, była piękna kobieta w stroju karnawałowym z Rio De Janeiro, a to Brazylia. Roznegliżowana piękność nijak miała się do niemal purytańskich hinduistek z Bali. A jednak można! Mój protest zakończył się stwierdzeniem, że czytelnikowi jest wszystko jedno i tak się nie zorientuje, a zdjęcie ma zachęcać do przeczytania tekstu. W tej redakcji przestałam zajmować się podróżami i pisaniem reportaży ze świata.

Dlaczego przytoczyłam ten przykład sprzed niemal trzydziestu lat? Bo dzisiejsza sytuacja nieco się powtarza, chociaż polskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej jest „wyrobione” i świadome rzeczywistości o innych częściach kuli ziemskiej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polacy podróżowali na potęgę, fakt, że najczęściej w grupach zorganizowanych. A więc dość biernie oglądając ten świat, a nie poznając go. Jednak podróżowali, a obecnie?

Ograniczenia podróży, utrudnienia, najróżniejsze obostrzenie sprawiają, że wiedza przeciętnego Kowalskiego zaczyna zawężać się do tego co zobaczy, usłyszy lub przeczyta w mainstreamowych mediach albo „wygugla” w Internecie. A to wszystko nie koniecznie musi być prawdziwe. Modne stały się fake newsy, bo przy relacji ze świata, zwłaszcza z miejsc, które trudno sprawdzić, a w dobie pandemii mogły się diametralnie zmienić, liczy się głównie kasa i świadome lub nie wprowadzanie dezinformacji. Na dodatek, w ramach oszczędności i pandemii coraz częściej reportaże czy relacje z różnych miejsce opiera się na dziennikarstwie obywatelskim. Inaczej mówiąc, korzystając z pomocy innych, miejscowych, którzy chcą zaistnieć w sieci. Jeśli są to stali korespondenci, to można im wierzyć. Co innego, jeśli informatorem jest tzw. każdy, kto ma dostęp do Internetu. Jak sprawdzić wiarygodność informacji zamieszczanych na Facebooku, czy innych portalach społecznościowych? I na takiej podstawie pisać reportaż?

Zazwyczaj podróżuję sama, z jedną osobą, w gronie przyjaciół, sporadycznie z grupą zorganizowaną. Zanim wyruszę w świat „obkładam się” najróżniejszymi publikacjami dotyczącymi rejonu, w który się wybieram. Dzwonię po znajomych i nieznajomych, wypytuję o szczegóły, aby uniknąć przykrych niespodzianek, a raczej zmniejszyć ich liczbę, bo te i tak będą. Kiedy już dotrę w nieznane mi miejsce wsadzam nos wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba. O wszystko pytam, sprawdzam, nie polegam na informacjach z katalogów reklamowych, bo są przekłamane, o czym przekonałam się wielokrotnie. Chętnie nocuję – o ile to możliwe – u miejscowych, a nie w hotelach. I nie chodzi tu o finanse, tylko o możliwość obserwacji życia lokalnego, poznania atmosfery miejsca, próbę zrozumienia innej mentalności…

Czy jestem w stanie to zrobić dzięki Facebookowi albo Twitterowi tak chętnie stosującym cenzurę? Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi? Jak pogodzić wiarygodne dziennikarstwo z restrykcjami pandemicznymi? Czy już nigdy nie będziemy opisywać miejsc oglądanych z autopsji, relacjonować konfliktów zbrojnych obserwując, jak żołnierze, czy partyzanci repetują broń?

MARIA GIEDZ: Dziennikarz w strefie zagrożenia

Zabranianie dziennikarzom dotarcia do strefy granicznej nie jest dobrym rozwiązaniem. Jednak nie byłoby zasadne, aby dziennikarz poruszał się po tym terenie samodzielnie i przebywał tam przez 24 godziny na dobę. Dobrym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie akredytacji, ale tylko dla dziennikarzy, a nie dla każdego kto chciałby siebie tak nazywać.

 

Podczas Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który odbywał się w dniach 16 – 17 października 2021 r. w Kazimierzu Dolnym, kilku dziennikarzy, w ramach dyskusji nad wnioskami i uchwałami, domagało się, aby SDP podjęło uchwałę dotyczącą dopuszczenia dziennikarzy do pracy w strefie stanu wyjątkowego przy granicy z Białorusią.

 

Szczęśliwie udało się przekonać owych „aktywistów”, że tego typu tematyką nie zajmuje się Zjazd, ale może się zająć Zarząd Główny SDP, a nawet powinien. Gdyż dziennikarze powinni mieć dostęp do informacji ze strefy zagrożenia i to z pierwszej ręki, a nie tylko opierać się na tym co mówi rzecznik prasowy Straży Granicznej. Niemniej sprawa jest niezwykle delikatna i trzeba ją rozegrać mądrze. Dlaczego?

 

Na żadnej wojnie dziennikarz, a raczej korespondent wojenny nie biega sobie po linii frontu zgodnie z własnym widzimisię. Może to slogan, ale widziałam to na własne oczy podczas pobytów na terenach konfliktów zbrojnych, głównie w obszarze Bliskiego Wschodu i nie tylko…. Dziennikarzy, tak samo jak wojskowych obowiązują pewne zasady. Ma to związek przede wszystkim z bezpieczeństwem dziennikarza, ale też ludności cywilnej i żołnierzy, partyzantów, czy innych służb pilnujących porządku, a w przypadku granicy polsko-białoruskiej Straży Granicznej. Nazywanie tych ostatnich „watahą psów, śmieciami, a nawet faszystami czy mordercami…” jest niezwykle krzywdzące, bo akurat o naszych pogranicznikach mam jak najlepsze zdanie. Są niezwykle pomocni i działają z dużym poświęceniem, czego miałam wiele przykładów, między innymi jesienią 2020 r., kiedy to uratowali życie niemłodej już kobiecie wędrującej po Bieszczadach.

 

Akredytacja

 

Wracając do strefy zagrożenia, to podobnie, jak w rejonach występowania wszelkich konfliktów zbrojnych dziennikarz musi uzyskać zezwolenie na poruszanie się po danym terenie, czyli jego redakcja albo instytucja, z którą współpracuje musi wystąpić o akredytację. Jeśli jest to teren obcego państwa, to taki dziennikarz może osobiście wystąpić do polskiego ambasadora czy konsula z prośbą o list polecający. W tym przypadku nie musi posiadać poparcia własnej redakcji, bo często może go otrzymać na podstawie dokumentu jakim jest Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska. Bez akredytacji żadne służby i to na całym świecie nie wpuszczą dziennikarza na teren zagrożony. Zresztą w różnych innych miejscach też wymagana jest akredytacja. Bez niej dziennikarz nie ma prawa wejść na najróżniejsze posiedzenia czy konferencje w wielu instytucjach, a nawet na koncerty, mecze piłkarskie. W tych ostatnich przypadkach chodzi o specjalne, uprzywilejowane miejsce dla dziennikarzy, z którego lepiej obserwuje się np. rozgrywki sportowe.

 

Kiedy już dziennikarz otrzyma akredytację, to zgłasza się do centrum prasowego lub osoby upoważnionej do zajmowania się dziennikarzami. Czasem, w sytuacjach wojen domowych dziennikarz może mieć prywatne kontakty z mieszkańcami danego terenu, którzy przejmują na siebie odpowiedzialność za dziennikarza i gwarantują, że działa on po to, aby publikować rzeczywiste, a nie wymyślone informacje o sytuacji, którą będzie mógł, dzięki ich pomocy, naocznie zobaczyć. Zdarzały się bowiem przypadki, nawet wśród polskich korespondentów wojennych, dla których specjalnie wysadzano budynek, aby mieli ładniejsze ujęcie. Niestety miejscowi o tym szybko się dowiadują i gdy tylko ów dziennikarski „bohater” przekonany o bezkarności próbuje pracować na własną rękę jest przez różne strony konfliktu śledzony, ścigany, co czasem kończy się dla niego tragicznie. Jest jak na wojnie, żołnierz nie może pójść tam, gdzie chce i strzelać do kogo chce. Ta sama zasada obowiązuje dziennikarza. Natomiast jeśli dziennikarz zgadza się na pracę w towarzystwie „anioła stróża” – może to być żołnierz, policjant, partyzant, miejscowy przewodnik, to ułatwia się mu wówczas pobyt w strefie zagrożenia, aczkolwiek w granicy bezpieczeństwa – o ile w sytuacji konfliktu zbrojnego o stuprocentowym bezpieczeństwie można mówić.

 

„Wycieczki na front”

 

Jeśli dziennikarz znalazł się w strefie dużego konfliktu zbrojnego, to spotyka innych dziennikarzy z różnych rejonów świata. Wówczas, najczęściej ci dziennikarze mieszkają w jednym hotelu, w skupisku namiotów, kontenerze… pilnowanych przez wojsko lub inne służby bezpieczeństwa. Czasem też mieszkają w bazie wojskowej. W zależności od zwyczajów albo wcześnie rano, albo późnym wieczorem odbywa się konferencja prasowa informująca mass media o sytuacji na froncie. Proponuje się też dziennikarzom wspólne wyjazdy (helikopterem, samochodem, pojazdem wojskowym), mogą to być również piesze wyjścia do miejsca, które jest względnie bezpieczne, a gdzie dziennikarze mogą zrobić zdjęcia, obserwować działania na froncie, rozmawiać z żołnierzami, partyzantami, czasem z ludnością cywilną… Zazwyczaj takie wyjazdy są płatne. Mogą być darmowe, jeśli dziennikarz przebywa w grupie partyzantów, czy innych bojowników, którym bardzo zależy na nagłośnieniu ich racji.

 

Istnieje też możliwość poruszania się z ludnością cywilną, np. z uchodźcami, chociaż wówczas dziennikarz narażony jest na takie same niebezpieczeństwa jak uchodźcy i w razie zatrzymania go przez którąś ze stron nie jest traktowany ulgowo, a nawet wręcz przeciwnie. Nie obowiązują wówczas wobec niego żadne międzynarodowe zasady. Często jest też postrzegany jako szpieg którejś ze stron. Można go więc zabić, torturować, gwałcić, przetrzymywać w nieskończoność w więzieniu czy miejscu odosobnienia. Dlaczego? Bo przekroczył niepisaną granicę. Żadnej granicy nie należy przekraczać nielegalnie, chyba że jako przemytnik i to w czasach pokoju, ale w tym przypadku obowiązują inne zasady i trzeba być „miejscowym” oraz mieć dużą wprawę. Nawet jeśli jest się zwykłym turystą i nie podporządkowuje się zasadom ustalonym w danym miejscu czy rejonie, to takie przekroczenie granicy (i nie chodzi tu o granicę między państwami) zazwyczaj kończy się tragicznie. Można w tym miejscu podać przykład dwójki podróżników (moich przyjaciół), wydawałoby się ludzi z pewną wiedzą, którzy mimo ostrzeżeń znajomych, beztrosko, bez znajomości miejscowego języka, sami płynęli kajakiem przez teren karteli kokainowych i jeszcze to co widzieli fotografowali. Skończyło się tragicznie. Zostali zastrzeleni, a ich ciała zjadły piranie.

 

Kiedyś z synem wysoko postawionego wojskowego i kuzynem pewnego generała pojechałam na linię frontu z samozwańczym Państwem Islamskim. Po drodze byłam kilka razy legitymowana. Moi towarzysze, teoretycznie cywile, za każdym razem musieli wykonywać telefony do „generalicji” aby uzyskać pozwolenie na dalszy przejazd w kierunku jednego ze stanowisk rozlokowanych wzdłuż frontu. Kiedy już dotarliśmy były sympatyczne rozmowy, picie herbaty, fotografowanie przebywających tam wojskowych. W pewnym momencie generał powiedział, że musimy natychmiast wracać do „domu” i podał wytyczne, którymi drogami mamy jechać. Kiedy już dotarliśmy w bezpieczne miejsce otrzymaliśmy wiadomość, że ISIS dowiedziało się o mojej wizycie i posterunek ten zaatakowano. Na szczęście tego dnia nikt z tych wojskowych nie zginął. Można powiedzieć, że miałam szczęście, gdyż pozycje dżihadystów znajdowały się w odległości niecałych czterech kilometrów od miejsca, w którym prowadziłam wywiad. Gdybym wówczas nie posłuchała generała, została jeszcze trochę, pojechała inną drogą, po drodze zatrzymywała się i robiła zdjęcia, już bym nie żyła, bo właśnie trasa, którą wcześniej jechaliśmy, została ostrzelana.

 

Prawo do wykonywania zawodu   

 

Dziennikarz nie może być tym najmądrzejszym tylko dlatego, że pracuje w mediach. Wielu dziennikarzom przydałaby się lekcja pokory. Nie można beztrosko przechodzić przez pole minowe, czy przez drut kolczasty tylko dlatego, że jest się dziennikarzem. Są wyznaczone drogi, specjalne przejścia. Wiadomo, że adrenalina wzrasta, kiedy robi się coś nielegalnie. Ale istnieje to „ale” …

 

Co można zrobić, aby przysłowiowy wilk był syty a owca cała? Na pewno zabranianie dziennikarzom dotarcia do strefy granicznej nie jest dobrym rozwiązaniem. Jednak nie byłoby zasadne, aby dziennikarz poruszał się po tym terenie samodzielnie i przebywał tam przez 24 godziny na dobę, bo jest niemal pewne, że druga strona będzie czyniła różne prowokacje. Zapewne dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie akredytacji, ale tylko dla dziennikarzy, a nie dla każdego kto chciałby siebie tak nazywać. W tym miejscu kłania się brak dyskusji nad pytaniem, kto jest dziennikarzem? Zostawmy to jednak na później, teraz należy rozwiązać ważny problem – prawo do wykonywania zawodu w strefie zagrożenia. Czyli, akredytacja dla dziennikarzy dużych mediów, a co z mediami lokalnymi? Co z blogerami, z redaktorami lokalnych albo marketingowych gazetek? Zaraz rozpocznie się „wolnościowy krzyk” o segregację zawodową. Coś trzeba wybrać! Redaktor ściennej gazetki w zakładzie pracy nie jedzie na wojną do Iraku, aby ją relacjonować. Nie każdy zresztą zostanie na tę wojnę „wpuszczony” i nie każdy do takich zadań się nadaje.

 

Jeśli już mamy grupę akredytowanych dziennikarzy, to należy coś z nimi zrobić. Może, wzorem z różnych terenów, gdzie toczą się konflikty zbrojne, wwozić tych dziennikarzy do strefy zagrożenia, ale bez osób towarzyszących, rozhisteryzowanych panienek rzucających się z płaczem na każdego migranta, nie uchodźcę, bo na granicy polsko- białoruskiej uchodźców nie ma! To są ludzie, którzy chcą sobie poprawić status społeczny, zostali oszukani, nabrani przez „naganiaczy”, są wykorzystywani do sprowokowania konfliktu zbrojnego, ale nie są uchodźcami!

 

Przykładów chęci forsowania granicy pomiędzy państwami Bliskiego Wschodu widziałam wiele, ale tam byli uchodźcy wyganiani z własnych domów i nikt się nimi nie przejmował. Strzelano do nich, oblewano ich wodą, obsypywano gazem. I zazwyczaj robiło to wojsko, bo służby graniczne są zbyt delikatne. A tak na marginesie, to może dobrym rozwiązaniem, również humanitarnym byłoby wsadzenie tych „biednych” migrantów do samolotu i wysłanie ich do rodzimego kraju.

 

Wracając do dziennikarzy. To najpierw akredytacja, a potem musi być ktoś, kto tych dziennikarzy zawiezie w rejon granicy, ale i przywiezie. Nie ma żadnego spacerowania, przechodzenia na drugą stronę granicy, zostawiania jedzenia, środków sanitarnych (tym zajmują się inne służby, to nie jest rola dziennikarza), chodzenia po bagnach, wjeżdżania własnym, albo redakcyjnym samochodem. Chcesz zrobić relację, to bierzesz notes, długopis, dyktafon, aparat, kamerę… Jedziesz pod opieką wojska, straży granicznej… i razem z nimi wracasz. Wykonujesz wszystkie polecenia i słuchasz się prowadzącego.

 

Może coś pominęłam, ale na takich warunkach dziennikarze mają prawo domagać się od władz państwowych, aby nie zabraniały im wykonywania zawodu.

 

Maria Giedz

Kolejna niejawna rozprawa w procesie red. Krzysztofa Załuskiego pozwanego z art. 212 kk

8 września 2021 r. w Sądzie Rejonowym Gdańsk – Południe, w II Wydziale Karnym odbyło się kolejne już posiedzenie pomiędzy dwójką gdańskich dziennikarzy. Akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, wniósł red. Henryk Jezierski właściciel i redaktor naczelny wydawnictw motoryzacyjnych. Przyczyną oskarżenia jest opublikowany 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykuł autorstwa Załuskiego p.t. “Układ trójmiejski kontra repolonizacja”. Jezierski jako oskarżyciel prywatny, nie zgodził się na uczestnictwo w rozprawie obserwatora Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

 

Mimo że CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem, bowiem zachodzi zagrożenie dla wolności słowa, obserwator z ramienia Centrum nie mógł przebywać na Sali rozpraw, gdyż oskarżyciel prywatny, czyli Henryk Jezierski zastrzegł, że rozprawa ma toczyć się z wyłączeniem jawności. I tak było przy pierwszej pojednawczej rozprawie, podczas której do pojednania nie doszło.Na początku kolejnej rozprawy (8.09.2021.) Jezierski został zapytany przez prowadzącą sprawę Sędzię Sądu Rejonowego Annę Grzyb-Koniuszaniec o wyrażenie zgody na uczestnictwo obserwatora CMWP. Odpowiedź Jezierskiego była negatywna. Sędzia stwierdziła, że obserwator Centrum mógłby przysłuchiwać się rozprawie w charakterze publiczności, ale wniosek o to musi złożyć jedna ze stron i nie wiadomo, czy ta druga wyrazi zgodę.  Na sali rozpraw, poza prowadzącą sprawę Sędzią Anną Grzyb Koniuszaniec i osobą protokołującą, przebywali więc jedynie: oskarżyciel red. Henryk Jezierski oraz red. Krzysztof Załuski wraz z pełnomocnikiem.

 

Z aktu oskarżenia wiadomo, że Henryk Jezierski domaga się od oskarżonego Krzysztofa Załuskiego „publikacji wyroku sądu nie później niż 14 dni od jego uprawomocnienia się w formie ogłoszeń na stronach głównych portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz wydawanego przez oskarżyciela portalu … z utrzymaniem ogłoszeń na tychże stronach przez co najmniej miesiąc, po czym przeniesieniem ich na kolejne 24 miesiące do działu Publicystyka lub pokrewnego” tych dwóch portali. Ponadto Jezierski domaga się od Załuskiego wypłacenia na rzecz oskarżyciela 20 tys. zł, a także zwrotu kosztów procesowych. W spornym artykule autorstwa Załuskiego ukazały się dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem oskarżyciela o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Podejrzenie o agenturalną przeszłość Jezierskiego Załuski oparł na publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.).

 

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB. Ponadto twierdzi, że w czerwcu 2017 r. otrzymał z IPN całą zawartość swojej teczki, w której nie ma dokumentu potwierdzającego fakt współpracy z SB. Natomiast jest tam dokument potwierdzający odmowę współpracy.

 

W rzeczywistości w dokumencie wydanym przez IPN Jezierskiemu brakuje informacji o tym, że Henryk Jezierski nie był tajnym współpracownikiem. Natomiast jest, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. IPN podaje także, że „w archiwum nie zachowały się dokumenty wytworzone przez Jezierskiego lub przy jego udziale”. IPN podaje również, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

 

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

 

Nie jest to pierwsza sprawa Henryka Jezierskiego z jego prywatnego oskarżenia lub powództwa. Procesy zarówno karne, jak i cywilne toczyły się lub nadal toczą przeciwko kilku dziennikarzom trójmiejskim. W jednej ze spraw Jezierski został skazany, notabene przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe w Gdańsku, ale przez X Wydział Karny, a nie II Wydział Karny, jak w tym przypadku. Ponadto toczący się przez kilka lat proces cywilny, w którym Jezierski pozwał Dyrektor TVP3 oraz telewizyjną dziennikarkę trafił aktualnie  do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

 

Opracowanie i fot.: Maria Giedz

Nie ma czegoś takiego, jak wolne media – rozmowa z MARKIEM LEWANDOWSKIM rzecznikiem NSZZ „Solidarność”

W ciągu 30 lat naszej wolności nie stworzyliśmy wolnych mediów dlatego, że nie byliśmy nimi zainteresowani. Te, które są rzeczywiście wolne, i te, które naprawdę robią dużo dobrej, informacyjnej roboty, to są najczęściej media niszowe, nie mające najmniejszego wpływu na rzeczywistość – mówi Marek Lewandowski, rzecznik prasowy Przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, w rozmowie z  Marią Giedz.

 

Jak „Solidarność” odnosi się do ataków na Polskę w kontekście wolności słowa i wolności mediów? To „Solidarność”, to robotnicy dopominali się o wolność słowa, o dostęp społeczeństwa do mass mediów. Jest przecież taki zapis w postulatach sierpniowych. Czy po czterdziestu latach od tamtych wydarzeń mamy w Polsce wolne media, czy nie?

 

Musimy cofnąć się do okrągłego stołu i tego wszystkiego, co wydarzyło się na początku naszej transformacji. Bo tak naprawdę w wolnej Polsce nigdy nie powstały wolne media. To jest generalny punkt wyjścia. Nikt nie był tym zainteresowany. My jako społeczeństwo, jako członkowie „Solidarności” i szerzej – jako pracownicy, zostaliśmy oszukani, bo w wyniku okrągłego stołu dogadano się z komunistami, podzielono rynek medialny między siebie. W wyniku tego powstała między innymi „Gazeta Wyborcza”. Od samego początku gazeta ta nie była zainteresowana służeniem społeczeństwu i byciem medium, które jest immamentnym elementem demokracji. Od razu była tworzona jako element wychowywania społeczeństwa. Przy okrągłym stole wymyślono, że będzie transformacja ustrojowa i że społeczeństwo zostanie oparte na elicie tak naprawdę postkomunistycznej, bo innej nie było. To jedyne tak duże medium, które miało być naszym medium, czyli „Gazeta Wyborcza”, zostało od samego początku sformatowane w zupełnie innym celu.

 

Dobrze, dobrze, ale przecież rolą mediów jest informowanie, wychowywanie, promowanie wartości… Czyli „Gazeta” spełniała swoją rolę?

 

To jest życzeniowe. W praktyce nigdy nie miało to miejsca i Polska nie jest wyjątkiem. Nigdzie media nie są wolne, bo są zależne albo od swojego właściciela, swojej linii programowej, albo od sponsorów, którzy te media finansują, albo od środowisk politycznych, które wokół takich mediów się tworzą. W Polsce świetnym tego przykładem jest środowisko TVN-u, czy „Gazety Wyborczej”, które jest elementem władzy, elementem polityki, a nie elementem służenia społeczeństwu. Dam prosty przykład. W Polsce – według różnych badań – jakieś sześćdziesiąt, sześćdziesiąt parę procent osób jest za przywróceniem kary śmierci. Czy widziałaś kiedyś, żeby ta większość miała swoje miejsce i swój głos w mediach, które przecież mają temu społeczeństwu służyć? Nie! Podobnie jest z aborcją. Większość społeczeństwa nie jest za aborcją na życzenie. My godzimy się na różne złe rzeczy w imię mniejszego zła, ale na zabijanie dzieci dla wygody się nie godzimy. Czy widziałaś, aby ta ogromna część społeczeństwa miała swoje miejsce w mediach? Nie, dlatego, że każde z mediów jest podczepione pod jakąś części polityki lub biznesu i prowadzi swoją własną politykę. Jest elementem sprawowania polityki. A media społecznościowe i media elektroniczne, co pokazał nie tylko przykład Stanów Zjednoczonych, stały się już bardzo efektywnym narzędziem wpływania, wręcz manipulowania społeczeństwem. To nie ma już nic wspólnego z mediami. Powtórzę jeszcze raz to, od czego zacząłem. W ciągu 30 lat naszej wolności nie stworzyliśmy wolnych mediów dlatego, że nie byliśmy nimi zainteresowani. Te, które są rzeczywiście wolne, i te, które naprawdę robią dużo dobrej, informacyjnej roboty, to są najczęściej media niszowe, nie mające najmniejszego wpływu na rzeczywistość. A te wszystkie głównego nurtu, łącznie z wszelkimi narzędziami internetowymi, które są dzisiaj w rękach kilku globalnych korporacji, nie mają nic wspólnego z wolnymi mediami, a przynajmniej nie mają nic wspólnego z mediami, które mają być elementem niezbędnym dla dobrego funkcjonowania demokracji.

 

Jaką mamy szansę, że teraz, kiedy Orlen kupił media regionalne, będą one wolne? Czy to nie będzie kolejny monopolista podporządkowany jednej opcji politycznej?

 

Orlen na pewno nie będzie prowadził wobec mediów gorszej polityki niż właściciel niemiecki, który w zupełnie innym celu te gazety i portale prowadził. To jest pierwsza rzecz. Powiedziałem na początku, że nikt nie jest zainteresowany wolnymi mediami i media te są wykorzystywane przez, z jednej strony, grupy interesów, a z drugiej – przez grupy polityczne, do sprawowania władzy i wpływania na społeczeństwo. Myślę, że bliżej tej wolności będzie mediom pod rządami spółki państwowej, która będzie prezentowała interes Polski, interes skarbu państwa, interes narodowy, więc w tym sensie w ogóle szkoda rwać szaty i zadawać sobie pytanie, czy te media będą wolne, czy nie. Nie ma czegoś takiego jak wolne media. Wyobraź sobie dziennikarza z „Gościa Niedzielnego” promującego aborcję na życzenie.

 

No tak. Promującego – nie, ale ukazującego różne aspekty danego problemu – tak. Dziennikarz przecież ma obowiązek pokazywać dwie strony medalu.  

 

Jest linia tego czy innego medium, które na takie czy inne rzeczy nie pozwala. A czy to jest wolność? Jeżeli któryś z dziennikarzy w „Gościu Niedzielnym” będzie miał takie poglądy i będzie chciał o tym pisać, a nie będzie mógł, to czy możemy mówić o wolności? Oczywiście nie, ale też nie przesadzajmy. Nikt w „Gościu Niedzielnym” nie poszukuje takich tekstów i nikt „Gościa Niedzielnego” nie podejrzewa, żeby chciał na to pozwolić. Tak samo będzie z „Krytyką Polityczną” czy z „Gazetą Wyborczą”, która na pewno nie będzie puszczała pewnych tekstów i nie będzie wpuszczała pewnych tematów na swoje łamy. Bo z jednej strony jest zależna od swoich właścicieli, zależna od sponsorów, którzy lokują tam reklamy, ale jest też zależna od różnych układów, pewnego pomysłu. „Gazeta Wyborcza” jest przykładem narzędzia angażującego się w politykę.

 

Zgadzam się z przykładem „Gościa Niedzielnego” czy „Gazety Wyborczej”. Wróćmy jednak do mediów regionalnych, tych kupionych przez Orlen. W Gdańsku jest to „Dziennik Bałtycki”. Niestety, nie wiemy, co się tam dzieje. Wiadomo tylko, że redakcja wyprowadziła się z budynku w centrum miasta i przeniosła się na peryferie. Nadal, przynajmniej oficjalnie, nie wiadomo, kto zostanie redaktorem naczelnym, jaki będzie zespół redakcyjny, program tej gazety – czyli nic nie wiemy. Można przypuszczać, że gazeta będzie promować politykę rządzących. Jest to jednak gazeta regionalna, czyli wielka polityka znajdzie się na dalszym planie, albo wcale jej nie będzie. Czytelnicy szukają w takiej gazecie tekstów dotyczących wydarzeń z własnego podwórka. Przez ostatnich kilkanaście lat „Dziennik Bałtycki” o wielu wydarzeniach ważnych dla Pomorza czy Trójmiasta w ogóle nie informował. Po ulicach Gdańska wędrowało kilka tysięcy osób – i nie były to uroczystości religijne, a „Dziennik” milczał. Czy więc „Dziennik Bałtycki” pod orlenowskim zarządem ma szansę być medium rzetelnie informującym społeczeństwo Pomorza z uwzględnianiem jego potrzeb, zainteresowań?

 

Jak już wspomniałem, spodziewam się raczej dbania o interes Polski, interes narodowy, bardziej niż w przypadku niemieckiego właściciela. Potwierdzam to, co mówisz o „Dzienniku Bałtyckim”. Szczególnie było to widać, gdy spojrzało się na monitoring mediów, gdzie we wszystkich tytułach należących do grupy pojawiały się te same teksty. Prasa lokalna, która z założenia, z nazwy jest lokalna, publikowała treści ogólnopolskie, i to powtarzalne. Widać było, że to powstaje gdzieś w jednym miejscu. Stąd słabe reagowanie na to, co się działo lokalnie. I to jest prawdopodobnie jedna z przyczyn bardzo słabej kondycji finansowej tych mediów. Ludzie lubią czytać o tym, co ich bezpośrednio dotyczy, a jeśli nie znajdują tego w swojej gazecie lokalnej, szukają innych mediów. I tutaj bardzo dobrze funkcjonują portale miejskie, które w dużo większym stopniu reagują na to co się dzieje i są lepszym źródłem informacji. „Dziennik” – to było medium regionalne tylko z nazwy, a tak naprawdę ogólnopolskie, bo treści, które się pojawiały, były treściami powtarzalnymi.

 

Czy „Solidarność” w kwestii wolności mediów zamierza coś zrobić? Może zorganizować konferencję, czy prowadzić rozmowy z właścicielami owych mediów?

 

„Solidarność” ma dynamicznie rozwijający się „Tygodnik Solidarność”, który i w zakresach internetowych, i papierowych, ma coraz mocniejszą pozycję na rynku. Jesteśmy bardzo wysoko w rankingach cytowalności. Jesteśmy bardzo solidnym portalem, który ma miesięcznie wielomilionową ilość odsłon. To jest kierunek, w którym musimy iść, bo takie manipulacje można robić do pewnego momentu. Solidną publicystykę i dobrych komentatorów nie znajdzie się już w mediach mainstreamowych, nie znajdzie się w wielkich mediach korporacyjnych, a można ich znaleźć w Internecie. Wielu ludzi do tego Internetu się coraz chętniej przenosi. Ale widać wyraźnie, że to nie jest tak, iż można nam wszystko narzucić. „Tygodnik Solidarność” jest tym medium, które prezentuje rzeczywistość z punktu widzenia pracowników, jak my na to wszystko patrzymy. Prezentuje interesy bardzo poważnej grupy społecznej, w tym również pracowników najemnych. Bo to nie są tylko członkowie „Solidarności”, ale też wszyscy pracownicy, którzy pracują najemnie i mają swoje problemy, swoje interesy, a w „Wyborczej” o tym nie poczytają.

 

Rozmawiała Maria Giedz, fot. M. Żegliński

 

 

Fragment wywiadu, który ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

Wyrok w sprawie kontrowersji wokół Rady Programowej w TVP3 Gdańsk

Po ponad trzech latach toczącego się sporu w Sądzie Okręgowym w Gdańsku (XV Wydział Cywilny) wokół wyemitowanego w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiału informacyjnego, dotyczącego wyboru członków do Rady Programowej w tejże stacji oraz w Radiu Gdańsk, 13 maja 2021 r. zapadł wyrok. Powód, czyli Henryk Jezierski, właściciel wydawnictw motoryzacyjnych, który miał wejść w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk, zarzucał pozwanym red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz Agacie Mielczarek, dziennikarce TVP3 Gdańsk, bezpodstawne przypisanie mu współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa z czasów PRL. Od 2018 r. obie rozprawy toczyły się osobno – były to dwa różne powództwa. Jesienią 2020 r. połączono je. Wyrok jest nieprawomocny.

 

Sąd nakazał pozwanym Joannie Strzemiecznej-Rozen oraz Agacie Mielczarek wyemitowanie, na własny koszt, w głównym, piątkowym wydaniu „Panoramy” w TVP 3 Gdańsk oraz opublikowanie na portalu internetowym TVP 3 www.gdansk.tvp.pl w najbliższym terminie po upływie 14 dni od uprawomocnienia się wyroku, oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Szanownego Pana Redaktora Henryka Jezierskiego za opublikowanie bezpodstawnej informacji o współpracy powoda Henryka Jezierskiego ze służbami specjalnymi PRL. Jest mi niezmiernie przykro, że informacja ta, wyemitowana w gdańskiej „Panoramie” z dnia 27 stycznia 2017 roku naruszyły Jego dobre imię i cześć”. Pozwane mają się podpisać pod owym oświadczeniem.

 

Sąd nakazał także obu pozwanym uiszczenia kwoty po 600 zł na rzecz powoda Henryka Jezierskiego. Są to koszty, które powód poniósł jako wpis, wnosząc pozew.

 

Pozostałe żądania powoda Sąd oddalił.

 

Przypomnijmy: w pozwie Henryk Jezierski domagał się oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Szanownego Pana Redaktora Henryka Jezierskiego za opublikowanie bezpodstawnego pomówienia Go o współpracę ze służbami specjalnymi PRL oraz samozwańczy wybór do Rady Programowej TVP Gdańsk. Jest mi niezmiernie przykro, że obydwa kłamstwa wyemitowane w gdańskiej „Panoramie” z 27 stycznia 2017 roku naruszyły Jego dobre imię, cześć i godność oraz naraziły na niepowetowane straty i upokorzenia”.

 

Henryk Jezierski domagał się również, aby to samo komercyjne oświadczenie ukazywało się także na portalu motoryzacyjnym, którego właścicielem jest on sam, najpierw przez miesiąc w części głównej portalu, a następnie przez 12 miesięcy w dziale Publicystyka. Jezierski chciał też, aby każda z pozwanych uiściła po 20 tys. zł na cel społeczny, a także taką samą kwotę, czyli po kolejne 20 tys. zł na rzecz powoda tytułem zadośćuczynienia.

 

Sąd decyzję nakazu opublikowania oświadczenia uzasadniał faktem braku dokumentów (wszystkie zostały zniszczone w 2010 r.) udowadniających współpracę Henryka Jezierskiego ze służbami bezpieczeństwa. Materiały, które się zachowały pozwalają jedynie na postawienie hipotezy. Sędzia Kowalski wyjaśniał, że hipotezę można postawiać, ale nie można stwierdzić bezsprzecznie, że powód był TW, dlatego należało się powstrzymać od takiego stwierdzenia. W przypadku powoda jedynym dokumentem jest karta rejestracyjna na kandydata TW oraz odmowa współpracy. Sędzia Kowalski stwierdził, że gdyby materiał został tak przedstawiony, jak to zrobił Daniel Wicenty – autorka winna zacytować fragment opracowania Wicentego bez komentarza – nie byłoby problemu. Natomiast przy braku dowodów w sprawie wyjaśnienia prawdy ani sąd, ani dziennikarz nie mogą nic zrobić, chociaż uznał, że osoba ubiegająca się o funkcję w Radzie winna być poddana lustracji. Zdaniem sędziego Kowalskiego w materiale telewizyjnym nastąpiło naruszenie dóbr osobistych powoda, gdyż zniszczenie dokumentów nie pozwala na udowodnienie powodowi, że z kandydata na tajnego współpracownika przekształcił się w tajnego współpracownika.

 

Materiał wyemitowany w telewizji autorstwa red. Agaty Mielczarek został oparty na informacji, która ukazała się w publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w Stanie Wojennym” wydanej przez IPN w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

 

Pełnomocnicy pozwanych nie chcieli komentować wyroku przed uzyskaniem uzasadnienia.

 

– Co do zasady nie dyskutuję i nie komentuję wyroku Sądu – stwierdził Tomasz Plaszczyk, pełnomocnik red. Agaty Mielczarek. – Wystąpimy o uzasadnienie i zastanowimy się nad dalszym postępowaniem.

 

Pełne uzasadnienie wyroku nie jest jeszcze dostępne.  Ogłoszony 13 maja 2021 r. wyrok jest wyrokiem pierwszej instancji. Stronom przysługuje apelacja do Sądu Apelacyjnego.

 

Na odczytanie wyroku zgłosili się jedynie pełnomocnicy obu pozwanych dziennikarek: mec. Wenanty Plichta i mec. Tomasz Plaszczyk. Ani powód, czyli Henryk Jezierski, ani jego pełnomocnik mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak nie stawili się na rozprawie końcowej. Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski i to on odczytał wyrok. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy proces sądowy obserwowała Maria Giedz. CMWP SDP wydało opinię działania jako amicus curiae.

 

Opinia jest TUTAJ.

 

Opracowanie i zdjęcia: Maria Giedz

Produkty gazetopodobne – rozmowa z MARKIEM FORMELĄ, redaktorem naczelnym „Gazety Gdańskiej”

Błędny jest pogląd, że Niemcy ubezpieczali swoją działalnością wydawniczą demokrację i wolność polskich mediów, bo oni działalnością spółki Polska Press ubezpieczali swój własny dobrobyt. Sprzedali gazety w momencie, kiedy je wyeksploatowali – mówi Marek Formela, redaktor naczelny „Gazety Gdańskiej”, w rozmowie z Marią Giedz.

 

Czy w Polsce mamy wolne media, czy są one zniewolone?

 

To fundamentalne pytanie. Mistyfikujemy debatę o wolności mediów. Wolność jest pojęciem na rynku mediów całkowicie względnym. Demokracja wtedy jest pełna, kiedy występuje różnorodność wyborów programów politycznych. Taka demokracja ubezpiecza różnorodność mediów. Ubezpiecza też wolność dziennikarzy tych mediów, bo można dokonywać wyborów według własnych preferencji. Żaden pogląd i żadne przekonanie w demokracji nie mają pierwszeństwa przed innym. Jeżeli jest równy dostęp do mediów, to znaczy, że symboliczny warunek wolności mediów jest spełniony. Ta wolność jest wyrażona przez ich różnorodność, a nie reglamentowanie dostępu do rynku. W tym zakresie rynek mediów w Polsce jest wolny. Wolność w wymiarze ekonomicznym jest rzeczywiście reglamentowana, subsydiowana, wspierana lub wręcz przeciwnie – ograniczana. Na rynku prasy regionalnej to są chyba zjawiska silniejsze niż na rynku prasy ogólnopolskiej.

 

Reporterzy Bez Granic w ubiegłym roku przyznali Polsce 62. miejsce, na 180, jeśli chodzi o wolność mediów, a w tym 64. To znaczy, że media w Polsce są niedemokratyczne, nie są wolne?

 

Dostęp do rynku mediów nie jest w Polsce reglamentowany, więc patrząc z tego punktu widzenia ocena jest niemiarodajna dla sytuacji w Polsce. Każdy z nas jest uzależniony od mediów, które wybiera swoimi poglądami, przekonaniami, CV, wrażliwością, kulturą, z jaką wszedł na ten rynek. To są ograniczenia, które są naturalne. Nie ma czegoś takiego jak absolutna wolność, absolutna prawda. Czasami przegrywamy procesy, jak Piotrek Kubiak (dziennikarz Radia Gdańsk) przeciwko Karnowskiemu (chodzi o prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego – przyp. aut.), bo sąd uznał, że Kubiak i Lisicki (Paweł Lisicki, red. naczelny Tygodnika „Do Rzeczy” – przyp. aut.) nie udowodnili prawdziwości faktu. Czyli użył określenia fakt, który oznacza stwierdzenie czegoś, co miało miejsce. Natomiast uznał, że dziennikarze nie udowodnili prawdziwości faktu, bo nie byli Instytutem Sehna (Instytut Ekspertyz Sądowych im. Prof. dr Jana Sehna w Krakowie – przyp. aut.) i nie prowadzili przez cztery lata badań nad jakością nagrania (chodzi o zapis magnetofonowy, inaczej taśmy). Czy ono było delikatnie zmanipulowane, czy nie było? Za to przedstawili fakt w postaci zapisu z nagrania.

 

Nie sądzę, żeby Reporterzy bez Granic byli w stanie tak do końca zgłębić sytuację na polskim rynku mediów, który się skartelizował. Został zamknięty w takim uścisku kapitałowym na skutek podziału tego rynku przez Polskapresse – tak to się wówczas nazywało. Była to Prasa Bałtycka, Prasa Gdańska, Prasa Wybrzeża. Już mało kto pamięta, że istniały trzy spółki. W jednej spółce pojawili się Francuzi, potem Niemcy. Pojawili się też Norwegowie. No właśnie nikt tego też nie zauważył – był też koncern przemysłowy, chemiczny, budowlany, który kupił na początku bodaj sześć gazet i kupował je za stare maszyny, które wprowadzał aportem. To te maszyny stworzyły przesłanki kapitału norweskiego w Polsce. Potem zostały sprzedane rzekomo Montgomery’emu (chodzi o Montgomery Media Group – przyp. aut.), a potem sprzedano to do Polska Press. W ten sposób historia w sensie strukturalnym się zamknęła. A po wydarzeniach związanych z „wakacjami z Ałganowem” Polska Press stała się firmą bardziej komercyjną. Bardziej zorientowaną na przeżycie i zapewnienie dostatku właścicielowi oraz zorientowaną na bycie istotnym elementem lokalnej demokracji.

 

Uporządkujmy to i nie zagłębiajmy się w szczegóły. Przez lata funkcjonowania Polska Press znajdującej się w rękach niemieckich wszystko było wspaniale. Opinia publiczna uważała, że mamy świetne gazety, że robią się coraz ładniejsze, bo są kolorowe zdjęcia, dużo jest tych zdjęć, a to, że było coraz mniej tekstu, to nikomu nie przeszkadzało.

 

Jakość zdjęć się bardzo poprawiła.

 

I nagle zmienia się sytuacja. Daniel Obajtek, szef PKN Orlen, kupuje, o przepraszam, nie kupuje, tylko – jak twierdzi opozycja – przejmuje wszystkie gazety, łącznie z portalami internetowymi, czyli cały pakiet Polska Press. To spowodowało, że nastąpił wysyp demonstracji, protestów, krzyczano, że media w Polsce zostały zniewolone…

 

A „Media bez wyboru”?

 

Te protesty się zdublowały. Ten jednodniowy protest przeciw zapowiadanemu przez rząd projektowi wprowadzenia podatku od reklam i ten drugi, głoszący tezę o braku wolności słowa, oraz że nie mamy wolności prasy. Dopóki byli Niemcy, to wszystko było wspaniałe, były wolne media. Natomiast kiedy pojawił się Obajtek i Orlen, to koniec z wolnością. Będziemy mieli teraz wszystko PiS-owskie, media będą zmonopolizowane, w związku z tym trzeba demonstrować. Do pomocy demonstrującym w Polsce włączyli się dziennikarze niemieccy. W państwach zachodnich powstała opinia, że w Polsce media są zniewolone. Jak na to spojrzeć? Gdzie jest prawda? Opozycji, demonstrantów, zachodnich dziennikarzy, Reporterów Bez Granic nie obchodzi to, że my. dziennikarze, którzy pracowaliśmy w Polska Press, za rzetelność, uczciwość, dobrą jakość byliśmy przez kierownictwo tego niemieckiego koncernu brutalnie wyrzucani. Oni mówią, że wówczas było dobrze, a teraz będzie źle. I na to nałożył się ten nieszczęsny podatek od reklam. Zaczęły się krzyki – reklama blokuje wolność mediów. Co ma reklama do wolności słowa?

 

Gdybym był marksistą, a nim nie jestem, chociaż mam lewicowe poglądy, to powiedziałbym: tyle wolności, ile odpowiedzialności. Wolność jest funkcją tego, co jest możliwe, realne i dopuszczalne. Liberał powiedziałby, że wolność jest funkcją własności. I jest tak trochę na rynku mediów, że ta wolność jest reglamentowana dostępem do pieniędzy. Na rynku mediów mamy do czynienia z nowymi elementami – przeobrażeniami strukturalnymi i technologicznymi. To spowodowało, że nastąpiła redystrybucja środków na reklamę. Jest inny rodzaj redystrybucji pieniądza i inni są beneficjenci pieniędzy reklamowych. Inaczej plasowane są kampanie reklamowe, co powoduje, że media tradycyjne, klasyczne znajdują się w dużo gorszej sytuacji niż były kiedykolwiek. Nawet powiedziałbym, że znajdują się w punkcie zwrotnym.

 

To nie jest przypadek, że prof. Janusz Adamowski, dziekan Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, odnosząc się do tej transakcji (Orlenu z Verlagsgruppe Passau – przyp. aut.) stwierdził, że takie szacowne tytuły, jak „Gazeta Krakowska” w Krakowie czy „Dziennik Bałtycki” w Gdańsku, przestały być gazetami, a stały się tworami gazetopodobnymi. Na to nakładają się dwie tendencje. Jedna, ta gospodarcza, czyli zanik funkcji opiniotwórczych tych gazet papierowych, a druga to też wieloletni proces, bardzo skutecznie prowadzony przez Niemców, czyli unifikacja treści, homogenizacja tej treści; osłabianie regionalnych tożsamości, a też eliminowanie dobrego dziennikarstwa na rzecz dziennikarstwa płaskiego, jednowymiarowego, kronikarskiego, informacyjnego w takim bardzo bezpiecznym zakresie tej działalności informacyjnej.

 

Krzysztof Krupa, który przez lata był wiodącą figurą w Polska Press, opowiadał mi kiedyś, jakie to nowoczesne metody zatrudniania wprowadza, a my w „Głosie” (Marek Formela był wówczas redaktorem naczelnym „Głosu Wybrzeża” – przyp. aut.) jesteśmy spóźnieni. Powiedziałem mu wówczas prosto w oczy: „Teraz to już się nie zatrudnia na umowę o pracę, tylko sami przedsiębiorcy tworzą „Dziennik Bałtycki”. A tych dobrych dziennikarzy się wypycha, pozbawia godności zawodowej. To już nie da się zrobić dobrej gazety, opiniotwórczej, jeżeli dziennikarz nie jest ubezpieczony umową o pracę z pracodawcą. Od tego momentu zaczyna się degradacja zawodu dziennikarskiego”.

 

Jest to, niestety, smutne dziedzictwo rządów Polska Press w Polsce. To była może dla rodziny Diekmannów przyjemna konstatacja na koniec roku, bo się zgadzały wyniki, ale dla procesu destrukcji tych gazet na rynku opinii, w tym sensie dla siły i wielobarwności polskiej demokracji, było to zabójcze. Niemcy sprzedali te gazety w momencie, kiedy je wyeksploatowali. Ze szkodą dla różnych procesów demokratycznych, bo przecież „Dziennik”, jeśli spojrzymy z naszej perspektywy, od pewnego momentu przestał stanowić element krytycznej, niezależnej opinii. Stał się elementem, nie chcę powiedzieć – oligarchii czy układu, ale stał się fragmentem pewnej architektury, koneksji, wpływów, zależności, cyrkulacji pieniądza, który kazał wybrać tę formę przed odwagą dziennikarską. I to w długim horyzoncie czasu źle się kończy. Gazeta utraciła swoje kontury, a miała piękną historię i wiele ciekawych momentów w swojej karierze. Jak się przegląda stare wydania „Dziennika Bałtyckiego” za czasów Jakubowskiego (Jan Jakubowski, redaktor naczelny w latach 1991-1996 – przyp. aut.), to przyjemnie zerknąć do tej gazety. Nawet kiedyś występowałem w jakiejś debacie i powiedziałem, że czas, kiedy się tak różniliśmy i spieraliśmy – „Głos” z „Dziennikiem” – to był najlepszy okres dla demokracji. To były dwa duże pisma. Myśmy byli trochę biedniejsi, ale potencjał intelektualny zespołu był dobry i spieraliśmy się na zupełnie innym poziomie. To wszystko padło. Gdyby Reporterzy bez Granic ocenili wkład Polska Press w anihilację polskiego rynku prasowego, to jest on niepodważalny. Dzisiaj „Dziennik” to gazeta, która kosztuje 3,50 zł i ma 16 stron. Ja też mogę z siedmioosobowym zespołem wydawać 16 stron w nakładzie 5-7 tysięcy i rozdać za darmo. A każdy coś znajdzie w tej gazecie.

 

Jaka jest szansa, żeby „Dziennik” odzyskał swoją świetność? Rozumiem, że jest pomysł stworzenia dużego koncernu, może na wzór Time Warner, a raczej WarnerMedia, ale mam sentyment do gazet papierowych i chodzi mi o rewitalizację przynajmniej ich części.

 

Nie znam planów Orlenu, chociaż nie wydaje mi się, żeby ten zakup był ostatnim krokiem na drodze rozwoju projektu, bo gdyby tak było, to zakup nie miałby głębszego sensu. Wartość tej grupy polega na tym, że można ją zrewitalizować i rozwijać. Czyli wzmocnić działalności, które są zaniedbane i które zostały porzucone przez wydawcę. Błędny jest pogląd, że Niemcy ubezpieczali swoją działalnością wydawniczą demokrację i wolność polskich mediów, bo oni działalnością spółki Polska Press ubezpieczali swój własny dobrobyt. Nawet w pewnym momencie zmienili nazwę z Polskapresse na Polska Press, bo się zorientowali, że Polskapresse nie za dobrze kojarzy się na polskim rynku.

 

Niesprawiedliwym jest mówienie, że PKN Orlen, kupując te gazety, zabije polską demokrację. To jest obraźliwe dla nas, Polaków. Mówię to z własnego doświadczenia, bo z opresją lokalnego establishmentu spotykam się od lat i jest ona zawsze dla mnie inspirująca. I była inspirująca również wtedy, kiedy byłem w „Głosie Wybrzeża”, pracując w różnych konfiguracjach własnościowych. Bo nieszczęściem „Głosu” było to, że władza była albo w rękach hochsztaplerów z pewnego banku, albo w rękach drobnych przedsiębiorców, którzy nie bardzo wiedzieli, po co jest ta gazeta i myśleli, że od razu będą zarabiali krocie.

 

Potem gazeta trafiła do Jędykiewicza (Jerzy Jędykiewicz, działacz partyjny, przedsiębiorca, były wojewoda gdański – przyp. aut), który moim zdaniem był właścicielem-figurantem, tak mówił o nim jego bliski przyjaciel i doradca. Według mnie, to nie on był właścicielem gazety, ale wynika to z innej mojej wiedzy. „Głos” nie miał szczęścia, ale „Głos” przynajmniej starał się kontrapunktować lokalną władzę. Zresztą lepiej się robi gazetę w opozycji do władzy, bo ona odświeża i dziennikarzy, i demokrację, i daje czytelnikom wgląd w zamknięte rewiry. Natomiast po drugiej stronie zawsze była kontrakcja. Moja żona pracowała w Urzędzie Miejskim i po wyborach, w których niefortunnie wziąłem udział (Marek Formela w 2002 r. kandydował na prezydenta Gdańska – przyp. aut.) Paweł Adamowicz, ówczesny prezydent, wyrzucił ją z pracy, podejmując decyzję zgodną z duchem demokracji. Zmienił jednoosobowo, bo już mógł, regulamin urzędu. Nie musiał tego przepuszczać przez Radę Miasta. Zlikwidował referat i tak się skończyło moje zaangażowanie w politykę samorządową, a żony stabilna praca nie związana ze światem polityki.

 

Czyli tak wyglądała demokracja w wydaniu gdańskim! I co było dalej, kiedy wydawał Pan „Gazetę Gdańską”?

 

Spierałem się z Adamowiczem frontalnie, z tym dziwnym konglomeratem działaczy partyjnych z działaczami wywodzącymi się z ruchu „Solidarności”. Był to zaskakujący mezalians towarzysza Gwizdały (Jerzy Gwizdała, członek Rady Nadzorczej Portu Gdańskiego, były rektor UG, a także wiceprezydent Gdańska – przyp. aut.) z wojskowej centrali handlowej z prezydentem Adamowiczem, Trojanowskim (Andrzej Trojanowski, b. szef biura prezydenta Gdańska ds. sportu – przyp. aut.), albo skarbnikiem Pietrzakiem (Włodzimierz Pietrzak, skarbnik miasta Gdańska – przyp. aut.)… Na tym polega gdański cud, że Adamowiczowi udało się stworzyć olbrzymi pierścień ludzi, interesariuszy jego władzy. Utrzymanie tej władzy miało znaczenie dla wszystkich tych ludzi z osobna i razem. Odnawianie tego mandatu co kilka lat sprawiało, że ten układ nabierał siły, odporności, stał się niepodatny na wybory demokratyczne.

 

Represje, które nas spotkały, to wyrzucenie gazety z Urzędu Miasta. Adamowicz nie pozwolił na dystrybucję „Gazety Gdańskiej” w urzędzie, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że robimy coś, co się przyda.

 

Wróćmy do Obajtka.

 

To nie Obajtek jest zagrożeniem dla wolności polskiej prasy. Na razie Orlen i jego zarząd nic takiego nie zrobił, co by hamowało czy też ograniczało polską prasę. Raczej patrzmy na negatywne osiągnięcia rodziny Diekmannów na rynku polskim: pozytywne są finansowe, ale negatywne – jeśli chodzi o wpływ na jakość demokracji.

 

I mentalność społeczeństwa.

 

Tak, mentalność. To było takie, użyłbym określenia Donalda Tuska, „lanie ciepłej wody z kranu”. Ewenementem jest też Szmidka (Mariusz Szmidka, redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” – przyp. aut.), który siedem czy dziewięć lat prowadzi tę gazetę i na pierwszej stronie mówi, że prowadzi pismo niezależne, a na drugiej obejmuje się ze Strukiem (Mieczysław Struk, marszałek województwa pomorskiego – przyp. aut.). Nie okłamujmy się. Mamy takie sympatie, to pokażmy, że to są nasze sympatie, że reprezentujemy ten odłam opinii publicznej, a nie tumańmy obywateli, którym dajemy naszą gazetę i mówimy, że jesteśmy krynicą obiektywizmu – bo nie jesteśmy.

 

To okłamywanie czytelników, czy – jak Pan to nazwał – tumanienie, zaczęło się dużo wcześniej, nieprawdaż?

 

To był proces: sprawa Ałganowa (afera Ałganowa to seria artykułów, opublikowana m.in. w „DB” w sierpniu 1997 r., ukazująca kontakty Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem, co ponoć nie było prawdą – przyp. aut.), Kwaśniewskiego (teksty dotyczące braku wykształcenia wyższego Aleksandra Kwaśniewskiego – przyp. aut.). Niemcy uznali, że te konflikty z prezydentem RP uniemożliwią im zarabianie pieniędzy. Plan swój zrealizowali perfekcyjnie. Kwaśniewskiego zapraszali na jakieś seminaria. Jeździł do Pasawy, wygłaszał odczyt. Było przyjemnie. Szymczycha (Dariusz Józef Szymczycha, polityk, dziennikarz, w latach 2002-2005 sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – przyp. aut.) opowiadał mi, jak tam latali prywatnym helikopterem.

 

Czyli zakaz prowadzenia dziennikarstwa śledczego? I jak to się skończy? Teoretycznie Polska Press nie jest już niemiecka, ale mamy kolejne kuriozalne wydarzenie – słynną debatę w Parlamencie Europejskim. I oczywiście słynne wystąpienie różowo-czerwono-włosego polityka z ustami zaklejonymi czarnym paskiem z napisem „free media”.

 

Każdy polityk pod pojęciem „wolne media” rozumie, że są to media, które mu sprzyjają. Na tym polega współczesny dialog. To jest dialog głuchych. Jest to kwadratura koła, którego żadna debata w Parlamencie Europejskim nie rozwiąże.

 

Rozmawialiśmy o reklamie. Jest coś takiego jak funkcja wolności gospodarczej. Jeżeli jest równy dostęp do pieniędzy publicznych albo do rynku zamówień publicznych, i jeżeli media z tego korzystają, to można mówić, że są stworzone elementarne warunki wolności mediów. Doskonale wiemy, że w gminach tego nie ma. Media są albo za, albo przeciw. Ale suma tych poglądów pozwala odnaleźć się ludziom w tej skomplikowanej rzeczywistości. Jeżeli nie będziemy w stanie wygenerować sumy różnych pomysłów medialnych, to wtedy rzeczywiście w Polsce nie będzie wolności mediów, ale tego stanu, póki co, w Polsce nie ma, mimo usilnych starań różnych lokalnych władz. Ja tego doświadczyłem. Czyli blokowania rozwoju inicjatyw medialnych, które są krytyczne lub wręcz nieprzyjazne dla panującej władzy. Jeżeli to by się wydarzyło skutecznie, to wtedy rzeczywiście nie byłoby wolności mediów.

 

A media w Polsce są bardziej czy mniej wolne niż niemieckie, które w rankingu Reporterów bez Granic plasują się na jedenastej pozycji?

 

Media w Polsce nie są mniej wolne od mediów w Niemczech, w których też – przypominam wydarzenia z Kolonii – były bardzo silne naciski na mistyfikowanie przekazu z nocy sylwestrowej. Czyli uciekanie od wskazania odpowiedzialnych, niepogłębianie konfliktu na tle religijnym, narodowościowym,  na tle inwazji imigrantów, czyli eksponowania błędów kanclerz Angeli Merkel. Każda demokracja ma swoje cienie i im więcej tytułów, tym cieni jest mniej.

 

Ostatnio polemizowałem z kolegami z SLD, bo są zachwyceni atakami na Orlen i Obajtka. Nie oceniam tego ataku od strony faktograficznej, bo za daleko jestem od tych wydarzeń. Ale „Gazeta Wyborcza” walczy o przetrwanie, bo zagrożone są jej interesy. A są zagrożone, ponieważ buduje się wielki koncern, gigantyczną agencję Sigma Bis (agencja mediowa w spółce PKN Orlen – przyp. aut.), która jako dom mediowy już kontroluje gigantyczne budżety. Te budżety przestały być dobrobytem Agory (wydawca „Gazety Wyborczej” – przyp. aut.) i dlatego oni walczą o przetrwanie. W związku z tym nie cofną się przed niczym.

 

Z tą wolnością w mediach jest dużo lepiej w Polsce niż Reporterzy Bez Granic chcieliby to opisać. Nie zasługujemy na tak niską ocenę. Wiele zjawisk jest trudnych i niepokojących, zwłaszcza w wymiarze lokalnym. Sami sobie jesteśmy winni, bo stworzyliśmy ustrój samorządu, który właściwie jest ustrojem autorytarnym. Dopiero po korekcie ustroju, czyli wprowadzeniu kadencyjności, pojawiła się pewna szansa na uelastycznienie tego systemu, czyli wymianę elit. Nie ma już możliwości utrzymywania swojej władzy za pieniądze publiczne w nieskończoność, to jest nowy element z tej demokracji. On też będzie miał wpływ na kształt i jakość mediów, obojętnie w jakiej technologii będą się one ukazywały.

 

Rozmawiała Maria Giedz

 

Wywiad ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

 

 

 

Mowy końcowe w sprawie przeciwko red. Joannie Strzemiecznej-Rozen oraz Agacie Mielczarek z TVP3 Gdańsk

16 kwietnia 2021 r. odbyła się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku  kolejna już i wszystko wskazuje na to, że przedostatnia rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej-Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz Agacie Mielczarek, dziennikarce TVP3 Gdańsk. Dziennikarki zostały pozwane przez Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych, a przedmiotem sporu jest wyemitowany 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiał informacyjny dotyczący wyboru członków do Rady Programowej w tejże stacji oraz w Radiu Gdańsk. Powód, czyli Henryk Jezierski, który miał wejść w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk, zarzuca pozwanym bezpodstawne przypisanie mu współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa z czasów PRL. Od 2018 r. obie rozprawy toczyły się osobno – były to dwa różne powództwa, jesienią 2020 r. połączono je w jedną sprawę. 

 

Henryk Jezierski złożył pozwy wobec trzech innych trójmiejskich dziennikarzy (Hannie Kordalskiej-Rosiek, Januszowi Wikowskiemu i Krzysztofowi Załuskiemu), a także dziennikarzy spoza Pomorza, również w kwestii przypisania mu współpracy z SB. Wszystkie materiały dziennikarskie zostały opublikowane w oparciu o opracowanie Daniela Wicentego, Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w Stanie Wojennym, wydanym przez IPN w 2015 r.

 

Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę nie były wezwane pozwane. Natomiast sam zainteresowany Henryk Jezierski przyszedł spóźniony i wyszedł znacznie przed jej zakończeniem – powodem były toczące się niemal w tym samym czasie inne procesy sądowe z jego udziałem. Henryka Jezierskiego reprezentowała jego córka, mecenas Małgorzata Jezierska-Wojdak. Joannę Strzemieczną-Rozen reprezentował jej pełnomocnik mecenas Wenanty Plichta, natomiast Agatę Mielczarek mecenas Tomasz Plaszczyk. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy proces sądowy obserwowała Maria Giedz. CMWP SDP wydało opinię działania jako amicus curiae.

 

Sąd uznał, że obie pozwane nie będą ponownie przesłuchiwane, gdyż ich uzupełniające zeznania niczego nowego nie wniosą.

 

– Sąd zmierza do zamknięcia rozprawy – stwierdził sędzia Piotr Kowalski. – Sąd postanowił dopuścić do sprawy dowód z akt paszportowych Henryka Jezierskiego oraz w całości z akt z IPN dołączonych do sprawy i nadesłanych do Sądu. W IPN zachowała się jedynie teczka z dokumentami paszportowymi  Henryka Jezierskiego oraz karta rejestracyjna. Pozostałe dokumenty w 2010 r. zostały zniszczone i nie ma obecnie możliwości dowiedzieć się, czego dotyczyły.

 

W mowie końcowej mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak przedstawiła stanowisko Powoda, które jest niezmienione od momentu złożenia pozwu. Podkreśliła, że w świetle przedstawionych z IPN materiałów, a także na podstawie zeznań świadków nic nie wskazuje, aby Powód był współpracownikiem SB.

 

– Zwłaszcza zeznania świadka Daniela Wicentego, na którego pozwane się powołują. Ten świadek wyraźnie rozróżniał fakt współpracy od faktu zarejestrowania i wyrejestrowania ze współpracy ze służbami bezpieczeństwa. W rozmowie z panią Mielczarek nigdy nie wskazywał, że powód współpracował ze służbami bezpieczeństwa – podkreślała Jezierska-Wojdak.

 

Dokumenty mówią jedynie o tym, że został zarejestrowany jako kandydat na tajnego współpracownika i wyrejestrowany. Dodała też, że: – pozwana Agata Mielczarek musiała mieć świadomość, iż Jezierski nie był tajnym współpracownikiem. Z zeznań pozwanej wynika, że czyniono na niej naciski i to nie było przypadkowe. Naciskała dyrektor gdańskiej telewizji red. Joanna Strzemieczna-Rozen. Skutkiem opublikowania w telewizji spornego materiały było wykreślenie Powoda z Rady Programowej TVP3 Gdańsk.

 

Małgorzata Jezierska-Wojdak przedstawiła też, ze względu na długość trwania rozprawy (było 6 rozpraw) żądanie zamieszczenia przeprosin zarówno w piątkowym wydaniu „Panoramy”, jak i na portalu TVP3 Gdańsk, a także w formie komercyjnej reklamy na portalu (strona główna), który jest własnością Powoda Henryka Jezierskiego, ukazującej się przez miesiąc i nie później niż 14 od daty uprawomocnienia się Sądu. Ponadto przez kolejne 12 miesięcy oświadczenie to ma ukazywać się na tym samym portalu, ale w dziale publicystyka. Pozwane mają też pokryć koszty procesowe oraz uiścić sporą kwotę na cele społeczne, a także na rzecz Powoda, jako zadośćuczynienie za upokorzenie i poniesione straty. Henryk Jezierski dodatkowo osobiście wyraził swoje stanowisko, twierdząc, że proces był  linczem na dziennikarzu, który miał przestać być dziennikarzem i to się w jakiejś części pani Strzemiecznej udało. Druga sprawa jeśli chodzi o szczególną dbałość pani Strzemiecznej żeby w radach nadzorczy i radach programowych nie było współpracowników SB lub tych, których się o to podejrzewa – powiedział Henryk Jezierski –   to chciałem zauważyć, że w Radzie Programowej Radia Gdańsk znajduje się osoba, (znajdowała się, bo się skończyła kadencja), która nie tylko była zarejestrowana wzorcowo przez SB ze wszystkimi danymi, ze wszystkimi deklaracjami, ale są też dokumenty potwierdzające jej kontakty z oficerami SB w postaci rachunków z kawiarni. I ta osoba nie była przedmiotem jakichkolwiek rozważań pani Strzemiecznej tak dbającej o to, żeby rady programowe były wolne od współpracowników SB – powiedział Powód.

 

Mecenas Wenanty Plichta, pełnomocnik Joanny Strzemiecznej-Rozen w mowie końcowej podkreślił, że ani materiał telewizyjny, ani tocząca się rozprawa z powództwa Jezierskiego nie były żadnym linczem dokonanym na Jezierskim, bowiem Powód nadal jest czynnym, publikującym dziennikarzem. Publikuje na swoim portalu moto.media.pl. różnego rodzaju artykuły. Dodał też, że – nie ma fizycznej możliwości zakazać komuś być dziennikarzem. Mecenas Plichta wniósł oddalenie powództwa w całości i obciążenie Powoda kosztami postępowania.  Zdaniem mecenasa Plichty nie jest uzasadnione stanowisko Powoda, że prezes IPN stwierdził, iż Jezierski nie był TW. W decyzji wydanej 11 maja 2019 r. stwierdzono jedynie, że Henryk Jezierski nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa i państwa. Natomiast prezes IPN w żaden sposób nie mógł się do tego odnieść, czy był tajnym współpracownikiem, czy nie. Stwierdził jedynie, że brak jest dokumentów wytworzonych przez Powoda lub przy jego udziale w ramach czynności wykonywanych przez niego w charakterze tajnego informatora. Ze sprawy wiemy, że takie dokumenty były, tylko – wynika to również z dokumentów przekazanych przez IPN – zostały zniszczone w 2010 r. Obecnie Powód dosyć swobodnie operuje faktami, ponieważ wie, że nie ma dokumentów.

 

Plichta dodał też: – Znamienne jest nagranie wywiadu z Powodem, gdzie… w 4 min. 10 sek. stwierdził – odpowiadając na pytanie Agaty Mielczarek: jakim sposobem pana nazwisko tam się pojawia, czyli na liście tajnych współpracowników? – „nie wiem, może, no po prostu pisałem. No wie pani, przy wyjazdach zagranicznych przecież wiadomo, że oficerowie SB z dziennikarzami rozmawiali, po prostu oczekiwali tego, czego oczekiwała od nas BND (porównanie do niemieckiej agencji wywiadowczej).

 

Jest sprawą bezsporną, iż Powód w latach 80-tych bardzo często wyjeżdżał za granicę i to w różnych okresach; zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego, jak też pod koniec lat 80. –kontynuował mecenas Plichta. – Można powiedzieć, że był prekursorem do niedawna częstych wyjazdów Polaków za granicę. Przychodziło mu to z wielką łatwością. Potwierdził, że miał kontakty z funkcjonariuszami SB. Nawet pojawia się tam tajemniczy agent Tomek. Agent Tomek to nie jest wymysł ostatnich czasów, ale już w latach 80. był Tomek, z którym spotykał się Powód. Do tych kontaktów, jak zeznał Powód, dochodziło bez oporu. Chętnie spotykał się z funkcjonariuszami SB. A nawet pytany podczas rozprawy powiedział, że chciał się czegoś dowiedzieć o środowisku.

 

W dalszej części mowy końcowej Plichta wspomniał o materiale prasowym autorstwa Jezierskiego na temat Waldemara Jaroszewicza, gdańskiego radnego, członka Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy oraz członka Katolickiego Stowarzyszenia Civitas Christiana, który ukazał się na portalu Powoda („Z rejestru SB na listę PiS”). Henryk Jezierski w artykule tym zarzuca radnemu agenturalną przeszłość i stałą współpracę z SB. Pokłosiem tego artykułu jest wyrok karny, na razie nieprawomocny, jaki zapadł niedawno w Sądzie Rejonowym Gdańsk-Południe, a skazujący Henryka Jezierskiego m.in. na karę pozbawienia wolności na okres 4 miesięcy, która to kara została warunkowo zawieszona.

 

– Powód przyjął w swoim postępowaniu podwójne standardy zachowania, uznając, że może oskarżać inne osoby o współpracę z SB nie mając na to żadnych wiarygodnych dokumentów – mówił Wenanty Plichta.

 

Pełnomocnik red. Strzemiecznej-Rozen odniósł się też do zarzutu wobec pozwanych o nierzetelność dziennikarską podczas przygotowywania materiału wyemitowanego w TVP3 Gdańsk. Podkreślał, że: – red. Mielczarek przeprowadziła szereg rozmów i w tym również z Powodem, umożliwiając mu ustosunkowanie się do publikacji zawartej w książce wydanej przez IPN. Powód w rozmowie z red. Mielczarek nie wykluczył, aby coś napisał do SB. I zachowuje się bardzo swobodnie, bo jest przekonany, że żadne dokumenty na temat jego kontaktów z SB się nie zachowały. Dodał, że w czasach PRL-u SB uchodziło za instytucję bardzo rzetelną, nie można więc kwestionować prawdziwości zapisów, które się zachowały.

 

Mecenas Plichta podkreślał, że przedmiot wyemitowanego programu służył ważnym interesom społecznym.  Powód zapomniał, że został członkiem organu ustawowego. A przecież społeczeństwo jest zainteresowane, kto działa w takich radach programowych. Stąd wzięło się zainteresowanie Powodem i jego przeszłością, co nie jest wynikiem jakiejś walki, tylko służyło wyjaśnieniu, kim jest osoba mająca wpływ na programy emitowane w telewizji. Podkreślił też, że pozwana nie miała wpływu na wybór członków Rady, gdyż jedynym organem do tego powołanym jest Rada Mediów Narodowych. Ustawa nie przewiduje odwołania członka RP w trakcie kadencji. Dlatego Rada Mediów Narodowych uchyliła się od skutku swojego oświadczenia o powołaniu Henryka Jezierskiego w skład Rady Programowej. Inaczej, Henryk Jezierski nigdy nie był członkiem RP, bo to uchylające oświadczenie ma moc prawną. Stąd wszystkie stwierdzenia Powoda, że określone siły chciały się pozbyć z Rady jedynego niezależnego dziennikarza nie mają najmniejszych podstaw w rzeczywistości.

 

Na koniec mec. Plichta poruszył kwestię żądań Jezierskiego w przypadku nieprzychylenia się przez Sąd do stanowiska strony pozwanej i uznania, że doszło do naruszenia dóbr osobistych Powoda w wyniku emisji materiału z dnia 27 stycznia 2017 r. Powód żąda od Pozwanej zamieszczenia przeprosin na portalu prowadzonym przez Powoda. Umieszczenie tekstu przeprosin na portalu Powoda, który jest jednocześnie wydawcą, redaktorem naczelnym i jedynym dziennikarzem, może doprowadzić do nadmiernych kosztów. Powód nie ma cennika i może zastosować każdą sumę. Znany jest przypadek w Trójmieście, kiedy Powód zastosował absurdalnie wysoką cenę dla osoby, która przegrała proces karny o zniesławienie. Oskarżona płaci wysokie koszty za opublikowanie wyroku sądu na portalu Powoda –  zauważył mec. Wenanty Plichta. Wg pozwanych dziennikarek ogłoszenia sądowe przepraszające nie powinny się ukazywać na tym portalu. Portal ten słynie z tego, że publikuje się tam bardzo kontrowersyjne treści, które nie są przyjęte w cywilizowanym świecie mediów (w artykule „Cel uświęca trupy” Jezierski pisze o jednej z partii: „najbardziej zażydzona z partii”). Jezierski zamieszcza tam teksty o wyraźnym wydźwięku antysemickim, bardzo negatywnie wypowiada się o osobach zmarłych (np. o Lechu Kaczyńskim, prof. Bronisławie Geremku). Publikowanie na tym portalu wyroku sądu urąga cywilizowanym standardom – powiedział mec. Plichta.

 

Sędzia Kowalski zadecydował o zapisaniu do protokołu prośby o niezamieszczaniu przeprosin na prywatnym portalu Powoda. (moto.media.pl), gdyż istnieje uzasadnione podejrzenie o zastosowaniu „szczególnie ciężkiej” taryfy wobec Pozwanej, a ponadto umieszczane są tam teksty o silnym zabarwieniu antysemickim oraz uwłaczające osobom zmarłym.

 

Mecenas Tomasz Plaszczyk, pełnomocnik Agaty Mielczarek, podobnie jak jego poprzednik, wniósł o oddalenie powództwa i zniesienie kosztów procesowych. Oprócz spraw poruszonych przez mec. Plichtę, zwrócił uwagę na trzy sprawy.

 

  1. Powód zarówno przed połączeniem rozpraw jak i teraz bardzo usilnie starał się uczynić z tej sprawy proces lustracyjny. Plaszczyk stanowczo stwierdził, że to nie jest proces lustracyjny. Jego zdaniem Powód z racji zniszczenia dokumentów dowodowych w bardzo swobodny sposób ma możliwość manipulowania faktami.
  2. Pełnomocnik red. Mielczarek uważa, że dziennikarz telewizji publicznej dołożył wszelkiej staranności opracowując materiał prasowy, co w niniejszej sprawie zostało wykazane wszystkimi dowodami. Zostało to też poparte opinią przyjaciela sądu w postaci Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. O rzetelności dziennikarskiej red. Mielczarek świadczą m.in. zeznania świadków na temat procedury przygotowywania materiału. Według pierwotnej wersji ten materiał miał się ukazać tego samego dnia, natomiast pozwana, narażając się na konsekwencje pracownicze postanowiła zrobić tak, jak się powinno pracować, kiedy chcemy mówić o dochowaniu rzetelności, staranności dziennikarskiej. Nie można jej więc zarzucić naruszenia zasad profesjonalizmu, zasad rzetelności dziennikarskiej, że działała w sposób bezprawny i że naruszyła dobra osobiste Powoda. Oczywiście Powód mógł czuć się dotknięty, ale mentalne i moralne odczucia powoda powinny zostać poza zakresem tego postępowania.
  3. W przypadku, gdyby jednak Sąd uznał, że pozwana naruszyła dobra osobiste Powoda, pełnomocnik red. Mielczarek prosił o nie nakazywanie pozwanej umieszczenia tekstu przeprosin na portalu Powoda. Ponieważ zachodzi obawa żądania, być może w celu merkantylnym, zbyt wysokiej opłaty za zamieszczenie tego ogłoszenia. Po drugie z punktu widzenia tego co się ukazuje na tym portalu, to trudno sobie wyobrazić, aby nazwisko profesjonalnego dziennikarza, niezależnie od tego jaką reprezentuje redakcję, mogło się znaleźć na portalu, na którym podpisujący się Henryk Jezierski, np. w styczniu 2019 r. pisze w artykule „Ani kropli polskiej krwi na żydowską macę”: Obserwując dzisiejsze uroczystości pogrzebowe eks-prezydenta Gdańska  w Bazylice Mariackiej miałem zamiar skoncentrować się na ekumenicznym, czyli żydowskim obrządku tego spektaklu i poddać gruntownej weryfikacji swoje dotychczasowe przekonanie na temat rodowodu zamordowanego. Od dziesięcioleci uważałem bowiem Pawła Adamowicza za potomka tej części Litwinów, którzy nienawiść do Polaków z jednoczesnym kundlizmem wobec swołoczy sowieckiej – zarówno stalinowskiej, jak i hitlerowskiej – wyssali z mlekiem matki. Ta cecha dawała im zresztą przepustkę do wyjazdu z Litwy na odzyskane, historyczne ziemie polskie.

 

Na głównej stronie owego portalu Jezierskiego jest też zakładka: „Żydokomuna w realiach polskich 1926-2021”. Znajdują się tam również takie artykuły jak: „Solidarni utrwalacze żydokomuny”, „Casus Trump: Memento dla szabasgojów”, albo „Warto być Polakiem, czyli patriotyzm po żydohazarsku”.

 

– Absolutnie nieuzasadnione i wręcz szkodliwe byłoby, zwłaszcza w majestacie prawa, dokładanie się finansowe do publikowania tego typu treści. Natomiast wszelkie inne formy przeprosin są zasadne – uznał mec. Plaszczyk.

 

Mec. Jezierska-Wojak zamierzała polemizować z pełnomocnikami obu pozwanych, jednak sędzia Kowalski zakończył wszelką dyskusję, proponując złożenie uzupełnień w załączniku do protokołu.

 

Rozprawa, najprawdopodobniej końcowa z ogłoszeniem wyroku, została zaplanowana na 13 maja 2021 r.

 

stanowisko CMWP SDP w tej sprawie :

***

Przypomnijmy:

 

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB.

 

IPN podaje, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

 

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

 

Opracowanie: Maria Giedz

Zdjęcie: Maria Giedz

Kolejny dziennikarz z Gdańska pozwany z art. 212 kk przez Henryka Jezierskiego

Kolejny dziennikarz z Gdańska został pozwany z art. 212 kk przez Henryka Jezierskiego w związku z podejrzeniami dot. jego domniemanej współpracy ze służbą bezpieczeństwa PRL. Rozprawa pojednawcza zakończyła się  fiaskiem, pierwsza rozprawa  sądowa zaplanowana została na wrzesień b.r. 

 

Tym razem Henryk Jezierski wniósł akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu.  Henryk Jezierski to  właściciel i redaktor naczelny wydawnictw motoryzacyjnych. Przyczyną oskarżenia jest opublikowany 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykuł autorstwa Załuskiego p.t. “Układ trójmiejski kontra repolonizacja”.

 

CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem, gdyż w ocenie Centrum ta  sprawa narusza realizację zasady  wolności słowa demokratycznego państwa. Mimo to red. Maria Giedz, obserwator  CMWP SDP,   nie mógł przebywać na sali rozpraw. Rozprawa była niejawna.

 

Podczas rozprawy 16 i 20 kwietnia  b.r. nie doszło do pojednania. Z aktu oskarżenia wiadomo, że Henryk Jezierski domaga się od oskarżonego Krzysztofa Załuskiego publikacji wyroku sądu nie później niż 14 dni od jego uprawomocnienia się w formie ogłoszeń na stronach głównych portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz wydawanego przez siebie portalu oraz utrzymania ogłoszeń na tychże stronach przez co najmniej miesiąc, po czym przeniesieniem ich na kolejne 24 miesiące do działu “Publicystyka” lub pokrewnego” tych dwóch portali. Ponadto  Henryk Jezierski domaga się od  Krzysztofa Załuskiego wypłacenia na rzecz oskarżyciela 20 tys. zł, a także zwrotu kosztów procesowych.

 

W spornym artykule autorstwa Załuskiego ukazały się dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem oskarżyciela o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Podejrzenie o agenturalną przeszłość Jezierskiego Załuski oparł na publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.).

 

Jezierski twierdzi, że w czerwcu 2017 r. otrzymał z IPN całą zawartość swojej teczki, w której nie ma dokumentu potwierdzającego fakt współpracy z SB. Natomiast jest tam dokument potwierdzający odmowę współpracy.

 

Sąd wyznaczył termin rozprawy na 8 września 2021 r. Będzie ona prowadzona już w trybie jawnym.

 

Maria Giedz

Dwa monopole – MARIA GIEDZ o „prasowym rozbiorze Polski”

W ramach transformacji politycznej i gospodarczej naszego kraju, a także późniejszych operacji na wolnym już rynku mediów, dokonano „prasowego rozbioru Polski”, oddając zbyt dużą część tytułów w ręce obcego kapitału. Media o rodzimym kapitale, poza TVP, Polskim Radiem, Polsatem i nielicznymi gazetami, właściwie przestały istnieć. Pojawili się za to zagraniczni giganci, dziś w przeważającej większości niemieccy.

 

Niemcy kreują bardziej lub mniej subtelnie swój przekaz przez pryzmat własnego obyczaju, kultury, a jak wyraźnie pokazały ostatnie wybory prezydenckie w Polsce – także interesu politycznego. Doszło do sytuacji, że mamy media polskojęzyczne, ale nie polskie, gdyż podmioty o obcym kapitale kontrolują ponad 76 proc. tego rynku w Polsce. I na dobrą   sprawę czasami nie wiadomo, czyje interesy w forsowanym przekazie reprezentują.

 

Rozbić monopol komuny

 

Do 1989 r. zarówno telewizja, radio, jak i prasa znajdowały się pod polityczną kontrolą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, m.in. poprzez potężnego wydawniczego monopolistę, jakim była Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch”, w której pracowało blisko 100 tys. osób! RSW dysponowała ok. 250 tytułami prasowymi, blisko 20 drukarniami, a także siecią „Ruchu” z ok. 30 tysiącami punktów sprzedaży. Jeśli chodzi o inne media, to istniała wówczas jedna telewizja – państwowa i Polskie Radio z kilkoma programami i regionalnymi rozgłośniami (obie te instytucje połączone w Komitecie ds. Radia i Telewizji).

 

Po 1989 r., czyli po „okrągłym stole” i pierwszych częściowo wolnych wyborach, Polska przechodziła transformację na wszystkich płaszczyznach. Pojawił się wolny rynek, ale bez kapitału.  W marcu 1990 r. Sejm uchwalił ustawę o likwidacji RSW „Prasa-Książka-Ruch”, a w kwietniu 1990 r. powstała specjalna Komisja Likwidacyjna. Miała ona rozbić monopol peerelowskiej prasy, głównie poprzez proces prywatyzacji poszczególnych składników majątku RSW. Zadaniem komisji było odpowiednie podzielenie tego majątku oraz znalezienie kupców chętnych do jego nabycia. Oczywiście najbardziej skomplikowane, m.in. ze względu na kształtujący się właśnie system demokratyczny w Polsce i związane z tym emocje, było dzielenie rynku tytułów prasowych. TVP i PR miały pozostać w rękach państwa. W projekcie zmian znalazł się główny cel: „likwidacja Spółdzielni RSW oraz budowanie nowoczesnego, pluralistycznego rynku prasowego”. Jak czytamy, ta likwidacja miała być „procesem przekształceń własnościowych, ekonomicznych i organizacyjnych koncernu”.

 

Założono, że mają powstać silne kapitałowo wydawnictwa, które powinny nie tylko utrzymać się na rynku, ale też inwestować w rozwój i prowadzić działalność marketingową. Miały też konkurować ze sobą oraz z wydawcami zachodnimi. Uznano, że „gminy, komitety obywatelskie, „Solidarność”, partie polityczne mogłyby stać się udziałowcami lub akcjonariuszami w tworzonych spółkach wydawniczych”. Natomiast „rozproszenie udziałów kapitałowych poszczególnych partnerów mogłoby zapewnić niezbędny stopień autonomii redakcjom i w konsekwencji niezbędny stopień niezależności prasie”.

 

Skład członków Komisji Likwidacyjnej kilka razy zmieniał się (w pierwszym składzie byli m.in. Donald Tusk czy Maciej Iłowiecki, a także Maciej Szumowski), jednak niezależnie od składu – tego i następnych, panowało przekonanie, że sprzedaż polskich mediów prasowych jest konieczna.

 

Polskie pieniądze

 

Mówiło się wówczas również, mając zapewne na względzie brak krajowego kapitału, o preferencyjnej sprzedaży, a nawet o nieodpłatnym przekazaniu akcji lub udziałów pracownikom. Niektóre z podmiotów RSW zaczęły więc zakładać spółdzielnie. Część z nich tworzyły zespoły dziennikarskie, które zresztą wcześniej wiernie i skwapliwie obsługiwały potrzeby propagandowe komunistycznej władzy, ze stanem wojennym włącznie. Wywoływało to wiele kontrowersji i protestów ze strony przyzwoitej części środowiska dziennikarskiego, która po 13 grudnia 1981 zerwała współpracę z władzą, a także ze strony nowych ugrupowań politycznych powstających po 1989 roku oraz silnej wciąż „Solidarności”. Niechętnie też takim, właściwie postkomunistycznym spółdzielniom czy spółkom, przyglądała się Komisja Likwidacyjna.

 

Taką spółdzielnię – dla wykupienia „Dziennika Bałtyckiego” – stworzono m.in. w Gdańsku. Tutejsi reżimowi dziennikarze znaleźli nawet partnera w postaci inwestora z dalekiego Zamościa (Krzysztofa Dudę, wówczas właściciela dużej firmy transportowej „Kadex”). Spółdzielnia przegrała jednak z „Solidarnością”, która poprzez swoją spółkę wydawniczą nawiązała współpracę ze znanym francuskim magnatem prasowym, Robertem Hersantem. Walka o tytuł oparła się nawet o sąd.

 

– Stawiliśmy się przed Sądem Okręgowym w Warszawie, gdzie rozstrzygała się sprawa komu przyznać „Dziennik Bałtycki” – mówi Jan Jakubowski, były redaktor naczelny „DB”. – Sąd przyznał go nam, czyli spółce niezależnych dziennikarzy i Zarządu Regionu NSZZ „S” – z jednej strony, a Hersantowi z drugiej.

 

Komisja Likwidacyjna oraz Wysoki Sąd mieli „nosa”, ponieważ rychło potem okazało się, że właściciel „Kadexu” jest przekręciarzem, poszukiwanym listem gończym; ostatecznie przywieziony został do Polski z zagranicy w kajdankach, dokąd wcześniej umknął. Przypadek ten raz jeszcze potwierdzał, na jakie zasoby polskiego kapitału można było wtedy liczyć – albo na „lewe”, albo z szybkich postkomunistycznych uwłaszczeń, które zaczęły się właśnie w Polsce panoszyć.

 

Francuzi i Norwedzy

 

W założeniach komisji znalazł się zapis o dopuszczeniu na polski rynek zagranicznych wydawców. Jednym z powodów było ewidentne zacofanie polskich mediów. Redakcjom czy drukarniom wyraźnie brakowało nowych technologii i metod pracy. Zecerzy w polskich drukarniach wciąż składali czcionkę ręcznie. Poza tym, w kraju znajdującym się w „popeerelowskiej” zapaści gospodarczej i rosnącym katastrofalnie bezrobociu, chodziło o ratowanie firm i miejsc pracy.

 

Zakładając to, komisja zdawała sobie jednak już wówczas sprawę z zagrożeń, jakie niesie nadmierne otwarcie rynku na obcy kapitał; można te obawy znaleźć w założeniach do jej pracy z 1990 r. Warto np. przypomnieć, że Komisja Likwidacyjna RSW wykluczała wówczas sprzedaż niemieckiemu kapitałowi gazet na Pomorzu i Śląsku. Niemcy zresztą początkowo dostosowywali się do takich ograniczeń – interesowała ich głównie prasa kobieca i rodzinna, a także magazyny dla młodzieży.

 

Niemniej kapitał zagraniczny wszedł wówczas do polskiej prasy mocno, zwłaszcza francuski i norweski. I spełnił swoją pozytywną rolę. Później jednak jego nadmierna obecność – nie kontrolowana i nie ograniczana ustawowo, stała się przedmiotem uzasadnionej krytyki.

 

W latach 1991-1994 Hersant dysponował 7 dziennikami regionalnymi w dużych miastach, jedną gazetą sportową, 49 proc. udziałami w dzienniku „Rzeczpospolita” (później odsprzedanymi Norwegom). Zarówno Francuzi, jak i Norwegowie (wielobranżowy holding „Orkla”) zachowywali się w Polsce stosunkowo przyzwoicie, z atencją wobec zwycięskiej rewolucji „Solidarności” oraz zachodzących u nas przemian. Nie wtrącali się do polityk redakcyjnych, nie ingerowali w sprawy kadrowe. Ważniejsze kwestie dotyczące swoich polsko-zagranicznych spółek wydawniczych starali się konsultować.

 

Za ciekawostkę można uznać fakt, że interesy Roberta Hersanta pojawiły się na polskim rynku za namową jego doradcy i przyjaciela, pana Michela d’Ornano, francuskiego arystokraty i polityka o polskich korzeniach (podobno potomka słynnej Marii Walewskiej) i znajomości języka polskiego. Sentyment do drugiej ojczyzny i zafascynowanie antykomunistyczną rewolucją (Hersant i jego otoczenie należeli do francuskiej prawicy) miało tu swoje znaczenie.

 

Z kolei „desant” w Polsce „Orkli” nastąpił dzięki bardzo dobrym, wręcz przyjacielskim kontaktom zdelegalizowanej „Solidarności” lat 80-tych z norweskimi związkami zawodowymi. To tamtejsi związkowcy przekonali tamtejszych biznesmenów, aby zainwestowali w naszym kraju. „Orkla” zakupiła więc kolejny, po Hersancie, pakiet gazet regionalnych.

 

Polskim rynkiem medialnym interesowało się też wiele innych zagranicznych podmiotów: angielski Maxwell, Nicola Grauso z Włoch, niemieckie – Burda, Bauer i Axel Springer, szwajcarski Marquard; nawet spółka Wojciecha Fibaka, która chciała m.in. kupić drukarnię w Katowicach.

 

Niemieckie porządki

 

W pierwszych latach po zakończeniu podziału RSW wydawało się, że uzyskano na rynku prasowym odpowiedni pluralizm. Kiedy jednak w 1993 r. ponownie do władzy doszły (nie bez pomocy Lecha Wałęsy) partie będące kontynuacją ugrupowań z PRL-u, a dwa lata później postkomuniści jeszcze umocnili swą pozycję po wybraniu na prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – sytuacja zaczęła się zmieniać. Słabła siła i autorytet „Solidarności” i postsolidarnościowych ugrupowań politycznych jako pewnych partnerów do prowadzenia interesów w mediach.

 

Tak się też złożyło, że mniej więcej w tym samym okresie Hersant popadł w długi na skutek bankructwa jednego z banków we Francji i zaczął na gwałt wyprzedawać swoje aktywa w Europie Środkowej.

 

– Sprzedał niektóre francuskie dzienniki, telewizję Tele-5 i zaczął się rozglądać za kimś, komu mógłby sprzedać swoje udziały w Polsce – mówi Jan Jakubowski. – Wtedy zgłosił się Franz Hirtreiter, prezes zarządu mniej znanej niemieckiej grupy wydawniczej Verlagsgruppe Passau. Komisja Likwidacyjna już nie istniała, w mediach działał właściwie niczym nieograniczony wolny rynek, więc Niemcom – wbrew poprzednim cichym ograniczeniom – wolno było już wszystko.

 

Hersant chyba po raz pierwszy, a zarazem ostatni, nie poinformował polskich partnerów o ważnej sprawie dotyczącej ich wspólnego przedsięwzięcia. Sprzedał wszystko przez zaskoczenie. To dla Polaków był szok. Tym bardziej, że – jak się szybko okazało Niemcy – mieli zupełnie inne podejście do współpracy.

 

Klepali nas po plecach, zapewniając o poparciu w staraniach o członkostwo w UE, a zarazem, gdzie mogli ograniczali nam pole manewru w redakcjach i wydawnictwach – wspomina jeden z byłych redaktorów naczelnych gazety należącej do Passauera. – Nie dbali o niezależność redakcji wobec polityków, łasząc się do nich. Przeprowadzali np. badania dotyczące ilości tekstów poświęconych partii rządzącej, w tym przypadku SLD. Coraz częściej dyktowali, co mamy robić, jaką tematykę w gazecie poruszać, wtrącali się także do polityki kadrowej w redakcjach, co w umowie spółki było akurat zastrzeżone dla strony polskiej. Liczyła się tylko „kasa” i dobre stosunki z władzą, czyli – w sumie – nie misja, lecz święty spokój.

 

Kiedy na łamach „Dziennika Bałtyckiego”, współpracującego wtedy z „Życiem”, pojawiła się sprawa „Wakacji z agentem” (chodzi o urlop prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego spędzany w Cetniewie wraz z rosyjskim szpiegiem, Ałganowem), z Niemcami nie dało się już współpracować. Zaczęli się zachowywać brutalnie wobec dziennikarzy i stanęli po stronie przeciwnej niż autorzy publikacji. Po odejściu z redakcji jej redaktora naczelnego oraz polskiego wiceprezesa wydawnictwa, skończyła się współpraca polsko-niemiecka. Zaczął się ordnung.

 

Problem polegał też na tym, że możliwości ekonomiczne polskich partnerów w mieszanych spółkach medialnych były żadne – mówi były członek managementu jednej z takich spółek. –  My nie mieliśmy pieniędzy. Nasza siła polegała na „know how” – znajomości rynku, wpływach środowiskowo-politycznych i do pewnego stopnia zapleczu kadrowym. Ale z tym „forsiasty” kapitalista mógł sobie w sprzyjających okolicznościach łatwo poradzić Wystarczyło podnosić kapitał i wykupywać nas z tego interesu. A kiedy jeszcze przestali się z nami liczyć, bo zaplecze polityczne „Solidarności” w postaci części ugrupowań parlamentarnych zdecydowanie osłabło, to mogli nas po prostu puścić w skarpetkach…

 

No i stopniowo zaczęli przejmować wszystkie gazety regionalne, nie tylko wcześniejszą własność Hersanta. Warto tu wspomnieć, że zanim Passauer przejął od niego gazety, funkcjonował już na polskim rynku, ale za pośrednictwem podstawionej szwajcarskiej spółki Interpublication. Natomiast w czasach już stosunkowo bliskich – za panowania Platformy Obywatelskiej pod dowództwem Donalda Tuska – doszło do transakcji wręcz skandalicznej. W momencie ostatecznego wycofywania się z Polski „Orkli” ostatnie nieniemieckie gazety regionalne przeszły w ręce… niemieckie. Pytanie – gdzie był wtedy UOKiK? gdzie ustawodawcy, gdzie jakiś normalny, propaństwowy porządek rzeczy!?

 

Rozbić nowy monopol

 

Podstawowym błędem po rozbiciu monopolu RSW było pozostawienie rynku medialnego bez żadnego sensownego uregulowania. Nie stworzono przyzwoitej ustawy chroniącej nie tylko wolny rynek w tym obszarze, ale także szeroko rozumiany interes państwa i społeczeństwa. Poszczególne rządy, a więc SLD wraz z PSL-em, ale także AWS – UW i wreszcie przez 8 lat PO nie zajęły się tym tematem i pozwoliły na trwanie sytuacji niezdrowej.

 

Po paru latach, kiedy Komisja Likwidacyjna zakończyła swoją działalność, wszystkie błędy powstałego systemu mediów trzeba było skorygować. I to zadanie należało już do polityków i prawników. Problem w tym, że ci lewicowi i liberalni, którzy jeszcze do niedawna byli u steru, nie rozumieli tego problemu, albo nie byli zainteresowani jego uporządkowaniem. Wszak – „sam rynek sobie poradzi”, a w ogóle, to „kapitał nie ma narodowości” … No, niestety ma! A niedawne antyprezydenckie akcje dziennika „Fakt” czy dziwne wyborcze „operacje” medialne portalu Onet jaskrawo tego dowodzą.

 

Zamiana elit rządzących krajem na takie, które dobrze rozumieją, że racja stanu to również formowanie poglądów i popieranie programów wzmacniających Polskę, a nie tylko „roztapianie się w głównym europejskim nurcie”, powinna skorygować ten stan rzeczy. Zrównoważenie pod każdym względem systemu mediów w Polsce jest sprawą pilną – także choćby i po to, aby zneutralizować przekłamywanie historii własnego kraju czy ograniczyć szkodliwe działania zewnętrznych grup nacisku korzystających ze zbyt łatwo dla nich dostępnych źródeł przekazu.

 

Obecnie, paradoksalnie nie chodzi już właściwie o gazety papierowe, które stają się formą przekazu schodzącą z rynku. Teraz gra bardziej toczy się o internet, telewizję, a nawet radio (vide – zakup Zetki przez Agorę). Więc może już nie gazety czy tygodniki opinii (z nadzwyczaj zajadłym „Newsweekiem” na czele) … Ale problem pozostaje ten sam: rozbicie nowego monopolu, tym razem nie komunistycznego.

 

Jaka ustawa?

 

Chodzi o dekoncentrację całego rynku, ponieważ jest kilka potężnych grup medialnych, które w mojej ocenie zaczęły wręcz blokować możliwość swobodnej debaty i wolność słowa – twierdzi Joanna Lichocka, posłanka PiS i członkini Rady Mediów Narodowych na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”. – Chodzi o to, aby na rynku działało jak najwięcej podmiotów, by nie było dominacji ani monopolu, tylko równowaga. A równowaga to wielość podmiotów, tytułów, opinii.

 

Podczas rozmowy w radiowej Jedynce Lichocka podkreślała, że należałoby się zastanowić nad wprowadzeniem na polski rynek modelu francuskiego, czy też modeli już obowiązujących w krajach Europy Zachodniej. Czyli kapitał zagraniczny nie powinien przekraczać 20 proc. Tylko jak to zrobić? Czy odebrać mu to, co ponad te 20 proc. posiada? Czy będzie to zgodne z prawem (zwłaszcza tym „świętym” – prawem własności)?

 

Zdaniem Witolda Gadowskiego, wiceprezesa SDP, wypowiadającego się na portalu SDP, „winno się wprowadzić ułatwienia ekonomiczne dla powstawania niezależnych polskich mediów, które mogłyby działać na rynku”. Chodzi o ulgi podatkowe i preferencje przy otrzymywaniu koncesji. Ponadto Gadowski twierdzi, że „trzeba wprowadzić precyzyjne zapisy antymonopolowe w mediach. Nie może być monopolu kapitałowego. Jest to niezwykle ważne dla pluralizmu opinii publicznej”.

 

Prace nad ustawą o dekoncentracji mediów trwają od 2016 r. W kręgach rządowych mówi się, że jesienią 2020 ma ona wejść pod obrady Sejmu. Niestety, nikt na razie nie zna szczegółów. Wiadomo tylko, że obecnie nie prowadzi się dyskusji o tym, czy przeprowadzić reformę dekoncentrującą własność na rynku medialnym – tylko jaką pójść drogąPo latach zaniechań, świadomej, a czasami niezamierzonej ślepoty decydentów – dobre i to.

 

Maria Giedz

fot. Radio Wnet

 

 

Tekst ukazał się w numerze 4/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

TUTAJ.

 

 

Wznowienie sprawy przeciwko dziennikarce i dyrektor TVP 3 Gdańsk

Wznowienie sprawy z powództwa Henryka Jezierskiego w Gdańsku. W 2018 r. podejrzany o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa wystąpił z powództwem przeciwko dziennikarce TVP3 Gdańsk oraz dyrekcji TVP3 Gdańsk. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. W imieniu Centrum rozprawy obserwuje red. Maria Giedz. Jest to kolejna sprawa dziennikarzy oskarżonych o naruszenie dóbr osobistych osoby, którą IPN uznał na tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa PRL.

 

2 października 2020 r. odbyła się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku pierwsza po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz red. Agacie Mielczarek, dziennikarce TVP3 Gdańsk. Zostały one pozwane przez Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych. Przedmiotem sporu jest wyemitowany w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiał informacyjny dotyczący wyboru członków do Rady Programowej publicznych mediów w Gdańsku. Henryk Jezierski, który w kontrowersyjny sposób wszedł w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk, po czym został odwołany, zarzuca obecnie dziennikarce i dyrektor TVP 3 Gdańsk bezpodstawne przypisanie mu współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa z czasów PRL. Od 2018 r. obie rozprawy toczyły się osobno – były to dwa różne powództwa. Teraz zostały połączone.

 

Henryk Jezierski złożył także pozwy wobec trzech innych trójmiejskich dziennikarzy (Hannie Kordalskiej-Rosiek, Januszowi Wikowskiemu i Krzysztofowi Załuskiemu), również w kwestii przypisania mu współpracy z SB. Wszystkie materiały dziennikarskie zostały opublikowane w oparciu o opracowanie Daniela Wicentego, Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w Stanie Wojennym, wydanym przez IPN w 2015 r.

 

Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę nie stawił się sam zainteresowany Henryk Jezierski. Reprezentowała go jego córka, mecenas Małgorzata Jezierska-Wojdak. Nie pojawiła się też pozwana Joanna Strzemieczna-Rozen. Reprezentował ją pełnomocnik mecenas Wenanty Plichta. Natomiast osobiście stawiła się Anna Mielczarek oraz mecenas Tomasz Plaszczyk. Świadek – Agnieszka Oszczyk po raz kolejny nie przybyła do Gdańska na rozprawę – zgłosiła chęć złożenia zeznań, w ramach pomocy sądowej, na terenie Warszawy, gdzie obecnie pracuje i mieszka.

 

W ramach połączenia obu spraw mecenas Plichta zaproponował, aby dopuścić do przesłuchania świadków występujących tylko w procesie jednej z pozwanych. Chodziło o to, aby druga pozwana mogła zapoznać się z zeznaniami owych świadków. Miały być to wypowiedzi red. Marii Mrozowskiej-Krawczyk i red. Andrzeja Liberadzkiego. Argumentem było to, że red. Joanna Strzemieczna-Rozen nie zna tych zeznań, a jako pozwana ma prawo się z nimi zapoznać. Mecenas Plaszczyk poparł wniosek mecenasa Plichty. Sprzeciw wniosła mecenas Jezierska-Wojdak, twierdząc, że przesłuchanie owych świadków jest zbędne i wydłuży proces, ponadto pozwana Strzemieczna-Rozen, chcąc poznać zdanie tych świadków, mogła powołać ich wcześniej. Sąd postanowił oddalić wniosek pełnomocnika Strzemiecznej-Rozen. Kolejną dyskusję pomiędzy pełnomocnikami stron wywołała kwestia odsłuchania audycji na podstawie nagrania kamerą, a także dodatkowego – pomocniczego nagranie w telefonie komórkowym autorki wyemitowanej audycji. Na procesie jednej z pozwanych owe nagrania były odtwarzane. Druga nie miała do nich wglądu. Sąd zadecydował o zaniechaniu ponownego odtwarzania owych nagrań podczas rozprawy sądowej.

 

Podczas toczącej się rozprawy Sąd przesłuchał pozwaną Agatę Mielczarek (wcześniej sprawę red. Mielczarek prowadziła sędzia Małgorzata Misiurna). Przejmujący tę sprawę w połączeniu ze sprawą Joanny Strzemiecznej-Rozen sędzia Piotr Kowalski nie znał wcześniejszych zeznań Mielczarek. Chodziło o przesłuchanie na okoliczność autorstwa materiału emitowanego w telewizji. – Niewiele pamiętam, co dokładnie mówiłam podczas przesłuchania dwa lata temu (13 listopada 2018 r.) – stwierdziła red. Mielczarek. Dziennikarka zeznawała, że ten temat został jej zlecony (chodzi o audycję), kiedy przyszła rano na kolegium redakcyjne. Pomysł wyszedł od wydawcy Małgorzaty Mrozowskiej-Krawczyk. – Chodziło o powoda, który został powołany do Rady Programowej Telewizji. Jednak nie interesowało nas ukazanie jego jako człowieka, lecz w kontekście treści tekstu zawartego w książce pana Wicentego. To miała być audycja dotycząca kontrowersji wokół wyboru członków do Rady Programowej. Przygotowywałam ten materiał trzy dni – trwało to dłużej niż zazwyczaj przygotowuje się krótkie materiały. Zdawałam sobie sprawę, że temat jest trudny. Chciałam go zgłębić. Kupiłam książkę, przeczytałam ją. Dotarłam do wiarygodnego źródła, którym był IPN i autor książki – przypomniała dziennikarka. – W audycji nie ma mojego komentarza – kontynuowała Mielczarek. – Są tylko fakty, informacja o zarejestrowaniu p. Jezierskiego jako TW. Materiał dotyczył wszystkich kontrowersji. W trakcie zbierania materiałów wyszła informacja od Anny Dąbrowskiej, prezesa Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy o braku rekomendacji KSD dla Henryka Jezierskiego ubiegającego się o członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk. Okazało się, że KSD nie rekomendowało Jezierskiego. To on sam się zarekomendował – jak w rozmowie telefonicznej z Mielczarek mówiła Anna Dąbrowska.

 

Skontaktowałam się z panem Jezierskim; powód w materiale wypowiadał się (przed kamerą) dwa razy – wyjaśniała Mielczarek – Trzymał w ręku książkę. Powiedział to co chciał powiedzieć. Materiał był konsultowany z wydawcą, z redaktorem naczelnym, z prawnikiem. Każde słowo było ważne. Dlatego wspólnie nad nim pracowaliśmy. To była praca zespołowa. Musiał być zaakceptowany przez wydawcę. Otrzymał pozytywną ocenę. Nie było żadnych zastrzeżeń co do materiału. Nawet SDP zaopiniowało, że materiał został przygotowany rzetelnie. Zależało mi, aby organ niezależny, jakim jest SDP mógł się odnieść do tego materiału. Ta opinia została dołączona do akt Telewizji. Montażem technicznym zajmował się montażysta, ale ja to nadzorowałam.

 

O dacie i godzinie emisji danego materiału w każdej telewizji, również tej w Gdańsku decyduje wydawca – w tym przypadku była to Agnieszka Oszczyk, lub redaktor naczelny. Mielczarek sporo mówiła o systemie pracy w telewizji, o tworzeniu zapowiedzi do danego materiału. Jej zapowiedź była dłuższa, dlatego została skrócona – może to zrobić prezenter. Taka forma jest dozwolona, kiedy należy wydłużyć czas zapowiedzi lub go skrócić. Wszystko dzieje się na żywo, a wiadomo, że nie można przekraczać limitów czasowych.

 

Mec. Tomasz Plaszczyk w pytaniach do zeznającej dociekał, co było powodem przygotowania tego konkretnie materiału? Mielczarek odpowiadała, że książka Wicentego wzbudziła spore zainteresowanie w środowisku dziennikarskim. Kiedy okazało się, że Henryk Jezierski ubiega się o członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk, a jest wymieniony w publikacji Wicentego i przypisuje się mu współpracę z SB, to wśród dziennikarzy rozpoczęła się dyskusja na ten temat. Głównie dziennikarze pracujący w TVP3 Gdańsk byli żywo zainteresowani, kto będzie opiniował ich pracę. Mec. Wenanty Plichta dociekał na czyj wniosek autorka kontaktowała się z powodem. Mielczarek przyznała, że zależało jej na rzetelności, więc sama zadzwoniła do red. Jezierskiego, uprzedziła o temacie rozmowy, po czym spotkała się z nim, nagrywając wypowiedź.

 

– To nagranie nie było dla niego zaskoczeniem – kontynuowała Mielczarek. – Czytał tę publikację przed kamerą. Poinformowałam go, że zaczynamy nagrywać. Nie miałam z góry ustalonego scenariusza. To nagranie było zwykłą rozmową i jest dowodem na to, że powód nie został przeze mnie zaatakowany. Dopiero w trakcie przygotowywania materiału wyszło, że zdecydowałam się na kontakt z KSD, z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, której podlega Rada Programowa TVP3 Gdańsk. Chciałam dotrzeć do wszystkich, dlatego w materiale znalazły się wypowiedzi różnych osób. Po nagraniu powód kontaktował się ze mną mailowo.Mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak dopytywała o to, kiedy i dlaczego pozwana kontaktowała się z Anną Dąbrowską.

 

Nie pamiętam, czy to było przed, czy po rozmowie z powodem – dodaje Mielczarek. – Rozmawiałyśmy o tym, dlaczego Stowarzyszenie nominowało powoda na członka Rady Programowej TVP3 Gdańsk? Wtedy okazało się, że to nie Stowarzyszenie, a sam powód się zarekomendował. Jednak szczegółów rozmowy nie pamiętam. To było w 2017 r.

 

Mec. Jezierska-Wojdak zadawała pytania w stylu: Co pozwana sądzi…, dlaczego pozwana czegoś nie zrobiła, albo zrobiła …? Sędzia Piotr Kowalski przerwał mec. Jezierskiej-Wojdak, wyjaśniając, że tego typu pytania nie są tematem przesłuchania. Pełnomocnik Henryka Jezierskiego chciała też wiedzieć, czy dyr. Strzemieczna-Rozen była w pracy w dniu emisji materiału i czy go widziała przed emisją? Natomiast Mielczarek wielokrotnie podkreślała, że poruszony w książce Wicentego wątek, a następnie w audycji był ważny z punktu widzenia społecznego. Dodała też:

 

Pracujemy w redakcji newsowej, przy każdym temacie minusem jest czas. Niemniej to co było w tym materiale niezwykłe, to że ktoś sam siebie nominował. Zrobiłabym ten materiał tak samo, gdybym miała go zrobić dla TVP, czy TVN lub innej stacji telewizyjnej, bo tak się pracuje w telewizji. Jeśli chodzi o zapowiedź, czyli to co czyta prezenter, to nie wiem, kto ją zmienił. Ja odpowiadam tylko za to, co zostało zmontowane. W tym materiale, mimo dokumentów z IPN mówiących o współpracy Jezierskiego z SB, powód dwa razy odnosi się do tego, że nie był współpracownikiem SB.  Mec. Jezierska-Wojdak drążąc temat pytała o dokumenty znajdujące się w IPN, czy zostały one tylko pokazane autorce, a dlaczego nie wydane do zaprezentowania ich w telewizji? Dopytywała się również o emocjonalne zaangażowanie autorki w przygotowywanie materiału. Sędzia Kowalski uciął wszelkie próby zmuszania pozwanej do prowadzenia dyskusji z pełnomocnikiem Henryka Jezierskiego. Na koniec Wenanty Plichta dodał, że pokłosiem wyemitowania w telewizji materiału Agaty Mielczarek jest to, że Henryk Jezierski wystąpił z powództwem zarówno cywilnym, jak i karnym wobec kilku innych osób. W kwestii przesłuchania świadka Agnieszki Oszczyk toczyła się ostra wymiana zdań pomiędzy pełnomocnikami stron. Mecenas Plichta był za przesłuchaniem, natomiast mecenas Jezierska-Wojdak swój sprzeciw argumentowała brakiem konieczności przesłuchania tegoż świadka. Świadek miała zeznawać na okoliczność wyjaśnienia, kto był autorem przeczytanej przez świadka zapowiedzi emitowanego materiału w gdańskiej Panoramie: „Kontrowersje wokół Rad programowych…”. Sąd zadecydował, że dopuści dowód w formie pisemnego zeznania świadka. Chodziło też o ustalenie, kto i w jakim zakresie może wywierać wpływ na ostateczną treść informacji? Sąd zobowiązał pełnomocników stron do złożenia pytań do świadka w ciągu 14 dni. Zaproponował również zakończenie rozprawy i ogłoszenie wyroku w formie niejawnej. Sprzeciwili się temu pełnomocnicy pozwanych. Sąd przychylił się do tego sprzeciwu, wyznaczając termin kolejnej rozprawy, prawdopodobnie zakończonej ogłoszeniem wyroku, na 24 listopada 2020 r.

 

***

Przypomnijmy:

 

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB.

 

IPN podaje, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

 

Opracowanie: Maria Giedz

 

Zdjęcia: Maria Giedz

Etyka jest najważniejsza – rozmowa z ADAMEM CHMIELECKIM, redaktorem naczelnym Radia Gdańsk

Niezależność dziennikarska wynika ze świadomości i odpowiedzialności osób wykonujących zawód dziennikarza, a nie kwestii regulacji prawnych czy charakteru i liczby organizacji branżowych oraz zawodowych – mówi Adam Chmielecki prezes zarządu, redaktor naczelny Radia Gdańsk, dziennikarz i autor książek w rozmowie z Marią Giedz.

 

Od 23 września pełnisz funkcję prezesa Radia Gdańsk, gdzie pracuje spore grono dziennikarzy. Sam jesteś dziennikarzem, a także członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, podobnie jak niektórzy twoi podwładni. Nie obca jest ci informacja zapowiadająca opracowanie ustawy regulującej status zawodu dziennikarza, a w dalszej konsekwencji utworzenie samorządu dziennikarskiego. Jak odnosisz się do takiego zamiaru i czy warto o tym dyskutować?

 

Dyskutować na pewno warto. Zawód dziennikarza jest bardzo ważny, to jest zawód zaufania publicznego, dlatego przy jego wykonywaniu powinny być zachowywane wszystkie reguły etyki zawodowej. Ale tego nie da się uregulować tylko i wyłącznie prawnie. Prawo nigdy nie nadąży za rzeczywistością, zwłaszcza w dobie dziennikarstwa obywatelskiego, internetu, mediów społecznościowych, gdzie granica między zawodowym dziennikarzem a przypadkowym autorem informacji ciągle jest płynna. Trzeba prowadzić taką dyskusję, rozpocząć ją, mając świadomość, że może powstać ogólnopolski samorząd dziennikarski. Ale istnieje swoboda zrzeszania się, jest też pluralizm na rynku dziennikarskim i zawsze będzie. Obecnie organizacją dziennikarską z największym dorobkiem i prestiżem jest Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które można odbierać jako rdzeń reprezentacji środowiska dziennikarskiego.

 

Czy Twoim zdaniem wprowadzenie ustawy o zawodzie dziennikarza nie naruszy niezależności dziennikarskiej, a przede wszystkim wolności słowa?

 

Nie, bo mówimy o sytuacji trochę podobnej do przypadku niezawisłości sędziowskiej. Niezależnie od tego, kto w danym okresie sprawuje władzę ustawodawczą i wykonawczą oraz jakie są szczegółowe rozwiązania prawne, w przypadku zawodów zaufania publicznego większość zależy od konstrukcji osobowości i takiej mentalnej niezależności osób, które ten zawód wykonują. A takie zawody to m.in. prawnik, lekarz i właśnie dziennikarz. Podsumowując, niezależność dziennikarska wynika przede wszystkim ze świadomości, odpowiedzialności osób wykonujących zawód dziennikarza, a nie kwestii regulacji prawnych czy charakteru i liczby organizacji branżowych.

 

Często słyszy się stwierdzenie, że media kłamią. Może więc uregulowanie statusu zawodu dziennikarza pomogłoby odzyskać wiarygodność mass mediom?

 

Najczęściej zarzuty o kłamstwa lub stronniczość mediów są kierowane nie w tę stronę, w którą powinny być i nie przez tych, którzy powinni pouczać w tej kwestii. Żyjemy w czasach dziennikarstwa tożsamościowego, zmienia się pojęcie tego zawodu. Chodzi mi o restrykcyjnie rozumianą bezstronność. Dziennikarze coraz częściej przekraczają tę granicę bezstronności, granicę między informacją a opinią, komentarzem i nie kryją swoich poglądów. Wrócę więc do kwestii podstawowej. Profesjonalizm i uczciwość zawodowa dziennikarzy zawsze się obronią, niezależnie od uregulowań prawnych, nacisków zewnętrznych czy opinii otoczenia.

 

Dzisiaj dziennikarz znajduje się w trudnej sytuacji. Brakuje definicji zawodu dziennikarza. Każdy może nim zostać. Brakuje przestrzegania standardów pracy dziennikarza. Brakuje stawiania wymagań dziennikarzowi zarówno etycznych, jak i merytorycznych. Dziennikarz nie ma ochrony prawnej, nie stosuje się żadnego standardu ubezpieczeń, a przecież to zawód podwyższonego ryzyka, łącznie z utratą życia. Wynagrodzenia nie są adekwatne do czasu poświęconego na pracę. Wielu dziennikarzy przymiera głodem, nic więc dziwnego, że w środowisku mile widziane są dodatkowe gratyfikacje, nie zawsze idące w parze z uczciwością zawodową. Może warto wprowadzić kryteria przyjmowania danej osoby do tego zawodu?

 

Zgadzam się z tezą co do trudnych warunków pracy dziennikarzy. Jednak trudno to uregulować odgórnie. Jest to zawód bardzo wymagający w obecnych czasach. Widzimy wielu dziennikarzy, którzy przechodzą do branży PR, komunikacji strategicznej prywatnych biznesów, bo bardzo trudno się utrzymać z dziennikarstwa. Mimo, że co do zasady od kilku lat mamy w Polsce rynek pracownika, to w dziennikarstwie wielu pracowników nie posiada stabilnych warunków pracy, co utrudnia planowanie życia i utrzymanie rodziny. Brak stabilizacji jest jedną z przyczyn, dla której ludzie odchodzą z tego zawodu. Jest to również zawód niebezpieczny. Statystyki co roku pokazują, że ciągle bardzo dużo dziennikarzy ginie lub jest represjonowanych.

 

Na terenie Turcji mamy ponad 150 dziennikarzy w więzieniach.

 

Właśnie. Dziennikarze są represjonowani w bardzo różny sposób, szykanowani, są wywierane na nich różne naciski. To wymaga dużej odwagi, silnego kręgosłupa moralnego i to nie zawsze jest adekwatnie wynagradzane przez pracodawców. Zmienia się też struktura właścicielska w mediach. Również po stronie właścicieli coraz mniej jest misji, a coraz częściej media są traktowane jako klasyczny biznes, na którym trzeba zarobić. Skoro trzeba zarobić, to pracodawca podejmuje decyzje niekoniecznie zgodne ze standardami dziennikarskimi.

 

Czy więc przynależność do samorządu dziennikarskiego usprawniłoby funkcjonowanie dziennikarzy chociażby w mediach publicznych?

 

Rzeczywiście są takie głosy. Istnieje potrzeba przeprowadzenia pewnych zmian, ale to jest wolny zawód. Zawsze będą go też wykonywały osoby, które niekoniecznie zechcą w tym samorządzie formalnie uczestniczyć. Praktyka III RP pokazuje, że samorząd branżowy czy zawodowy nie zawsze się sprawdza. Powstają enklawy, kasty, które nie są kontrolowane ani przez państwo, ani przez społeczeństwo. Są enklawami na mapie społeczeństwa obywatelskiego.

 

Z drugiej strony potrzeba instytucji stawiającej na podnoszenie standardów etyki zawodowej i ich popularyzację. Być może powinna powstać organizacja potwierdzająca formalną przynależność danej osoby do grupy zawodowych dziennikarzy, ich podstawowe kompetencje, chociażby znajomość prawa i etyki zawodowej?  Dzisiaj każdy może z dnia na dzień powołać jakieś „medium” w internecie, wydrukować „legitymację dziennikarską”, samemu sobie ją podpisać i przyjść na jakieś wydarzenie jako „dziennikarz”. Ale etyka zawodowa nie zawsze idzie z tym w parze.

 

Ważną sprawą jest finansowanie mediów publicznych przy zapowiedzi zniesienia abonamentu i stałych dotacji. Skąd weźmie się pieniądze na funkcjonowanie Radia Gdańsk?

 

Rynek medialny od strony biznesowej jest trudny, a jego koszty stale rosną. Mają tego świadomość wszyscy uczestnicy rynku medialnego, a także, mam wrażenie, obecny obóz rządzący. Jak wynika z wypowiedzi jego przedstawicieli, wiedzą oni, że jakaś stabilna forma finansowania mediów publicznych, narodowych ze strony budżetu państwa, ze środków publicznych jest konieczna. Bez tego te media nie przetrwają, a z kolei bez mediów publicznych trudno jest mówić o wiarygodnym i pełnym rynku medialnym, o wolności słowa, a tym samym o funkcjonowaniu demokratycznego systemu politycznego. Czy to będzie w formie abonamentu, czy to będzie wprost finansowane z budżetu, to już sprawa techniczna i drugorzędna. Pozytywne jest to, że obecna ekipa rządząca ma tego świadomość i taką wolę, aby utrzymać finansowanie mediów narodowych.

 

A jak to jest z Radiem Gdańsk? Czy finansowanie, które otrzymuje ono z budżetu państwa jest wystarczające?

 

Nie mogę powiedzieć, że jest wystarczające, zresztą to żadna tajemnica, wskazują na to liczby, które są powszechnie dostępne w internecie w naszych corocznych sprawozdaniach finansowych. Ale nie narzekamy, robimy swoje. Z jednej strony Radio Gdańsk działa na bardzo konkurencyjnym regionalnym rynku medialnym. Z drugiej Pomorze to jeden z najbardziej prężnych regionów gospodarczych Polski.

 

Radio utrzymuje się z dofinansowania, ale są też środki z działalności komercyjnej (reklamy, akcje marketingowe, wynajem sali) i to są pieniądze od najróżniejszych instytucji. Czy to może się wiązać z zasadą „płacę, więc wymagam”? Czy można Radiu Gdańsk zarzucić uzależnienia od grup biznesowych, politycznych?

 

Nie, absolutnie nie. Jeśli ktoś nam coś takiego zarzuca, to jest to bezpodstawne. Nasza działalność podlega bardzo dokładnej sprawozdawczości, a później kontroli ze strony Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Rady Mediów Narodowych, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jesteśmy na bieżąco kontrolowani. Z przepisów ustawy o radiofonii i telewizji bardzo wyraźnie wynika rozumienie misji publicznej. I to realizujemy w ramach niezależności dziennikarskiej od różnych sił politycznych i grup nacisku, również biznesowych.

 

A ja ostatnio słyszałam, i to właśnie w kontekście Radia Gdańsk, że jedno z mediów zarzuca Radiu stronniczość.

 

Nie ma potrzeby ukrywać nazwy tego medium, to jest „Gazeta Wyborcza”. Na łamach tej gazety różne osoby i środowiska zarzuciły Radiu Gdańsk nierzetelność dziennikarską. Dotyczyło to wydarzenia z 3 listopada 2019 r., kiedy to odbył się protest pod kurią gdańską. Nie było to wydarzenie o wielkim zasięgu i na tyle ważne, aby obecność dziennikarza była konieczna. Przynajmniej jeden ze współorganizatorów tego wydarzenia poczuł się urażony i złożył personalny protest do mnie jako do prezesa Radia Gdańsk. Podobno podjąłem ingerencję w pracę dziennikarzy, wprowadziłem cenzurę i zakazałem relacjonowania tego protestu. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca, co potwierdzili podczas wewnętrznego spotkania członkowie kolegium redakcyjnego. Ponieważ osoba zgłaszająca takie zarzuty przez wiele lat była lokalnym politykiem na Pomorzu i, jak tajemnica poliszynela głosi, mimo porażki w ostatnich wyborach samorządowych chce wrócić do tej roli, odebrałem to jako nieuprawnione naciski pewnych środowisk politycznych na media. Ponadto jako prezes zarządu jestem zobowiązany do ochrony interesu spółki, w tym ochrony jej dobrego imienia, dlatego zareagowałem stanowczym komunikatem. Na tym sprawę uznałem za zakończoną, ponieważ osoba stawiająca zarzuty przysłała w odpowiedzi list wyjaśniający do radia. Poza tym nie chcę wikłać Radia Gdańsk w lokalne rozgrywki polityczne i dawać okazji do robienia medialnego szumu. Media są od kontroli polityków, a nie robienia im promocji.

 

Ale jedną z osób, które podnoszą ten problem, jest też była pracownica Radia Gdańsk.

 

Tak i tu również nie ma powodu ukrywać jej danych, ponieważ swoje zarzuty postawiła publicznie za pośrednictwem jednego z serwisów społecznościowych. To pani Agnieszka Michajłow, która napisała, oceniając okres, w którym kieruję radiem, że „Radio Gdańsk to czysta ubecja”. To również odbieram jako naruszenie dobrego imienia Radia Gdańsk. Moim zdaniem niedopuszczalne jest przyrównywanie medium narodowego wolnego państwa, jakim jest Rzeczpospolita Polska, do instytucji aparatu represji funkcjonującego w ramach państwa totalitarnego lub autorytarnego, jakim była PRL. Nasza rozmowa dotyczy głównie etyki, a zachowanie pani Agnieszki Michajłow w tym konkretnym przypadku było szczególnie nieetyczne. Niewiele wcześniej rozstała się ona z naszą firmą. Wbrew sugestiom medialnym nie została zwolniona dyscyplinarnie, tylko rozstała się z Radiem Gdańsk na mocy bardzo korzystnego dla niej, w mojej ocenie, porozumienia. Radio Gdańsk i poprzedni zarząd spółki bardzo poszedł na rękę pani Michajłow. W mojej ocenie nie ma ona moralnego prawa, żeby tak bezzasadnie krytykować Radio Gdańsk i robić z siebie „męczennika”. Jeśli już, to jak to się często zdarza, męczennika na pluszowym krzyżu.

 

Podczas wysłuchania przed Radą Mediów Narodowych przedstawiłeś swój program dla Radia Gdańsk. Czy możesz podać co w tym programie jest najważniejsze, aby to radio regionalne miało swój wkład również w media narodowe?

 

Wypełnianie misji publicznej rozumiem przede wszystkim jako dostarczanie bezstronnej, wszechstronnej i rzetelnej informacji z zakresu m.in. najświeższych wydarzeń, kultury, edukacji, nauki, sportu, także dotyczących mniejszości etnicznych i narodowych, które występują na terenie Pomorza. Kolejny obszar to rozwój nowych mediów, nowych technologii, bo jesteśmy w XXI wieku. Ten kto się nie rozwija, to nawet nie stoi w miejscu, tylko się cofa. Wprowadzimy zatem nową stronę internetową i aplikację Radia Gdańsk. Zamierzamy także rozpocząć produkcję profesjonalnego kontentu wideo. Chcemy też dać szansę nauki zawodu i zdobycia doświadczenia młodym adeptom sztuki dziennikarskiej, bo tych szans mają coraz mniej. W Radiu Gdańsk młodzi ludzie chcący pracować w mediach, zwłaszcza w dziennikarstwie radiowym, które jest szczególną forma sztuki dziennikarskiej, znajdą miejsce, w którym pod okiem doświadczonych dziennikarzy będą mieli możliwość zdobycia doświadczenia i zadebiutowania na antenie. Sprawdzenia się. Tak też rozumiem misję publiczną w rozgłośni regionalnej.

 

Ponadto moją ambicją jest, żeby Radio Gdańsk stało się ośrodkiem, który będzie włączał do współpracy bardzo wiele podmiotów o różnym charakterze. Przecież można łączyć siły i tworzyć wspólne duże projekty. Już współpracujemy m.in. z Muzeum II Wojny Światowej, Zarządem Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, Instytutem Pamięci Narodowej i będziemy zapraszali kolejne instytucje do współpracy.

 

Czy to jest to novum w Radiu Gdańsk, o którym sporo mówi się w kuluarach?

 

To tylko część tego novum, chociaż w tych kwestiach ja podlegam ocenom, a nie je wystawiam. Chcemy także przełamać coś, co było taką niemocą radiową, a mianowicie przez wiele lat przyczepiano Radiu Gdańsk łatkę „radia do obwodnicy”. Chodzi o obwodnicę Trójmiasta. Gros programów skupia się na wydarzeniach z Trójmiasta. Oczywiście nie uciekniemy od tego, bo Gdańsk jest stolicą województwa i tutaj się najwięcej dzieje pod względem gospodarczym, biznesowym, politycznym. Trójmiasto to jeden z najsilniejszych ośrodków gospodarczych, społecznych i kulturalnych w całej Polsce i zawsze będzie bardzo silnie zauważane na antenie Radia Gdańsk. Nie chcemy przeciwstawiać wojewódzkiej metropolii bardziej odległych części regionu. Natomiast nie wolno abstrahować od faktu, że na terenach oddalonych od stolicy województwa też są ciekawe tematy, ciekawi ludzie, których można zaprosić na antenę, a także są partnerzy do współpracy biznesowej czy projektowej. Chcemy być jednocześnie Radiem Gdańsk, ale i radiem Pomorza. Chcemy towarzyszyć Pomorzu w szybkim i zrównoważonym rozwoju.

 

Konkretnie jak można to zmienić?

 

Konkretnie – z początkiem 2020 roku powołałem nową Redakcję Kaszubską, Mniejszości Narodowych i Etnicznych, ponieważ nie ma co się oszukiwać, że najsilniejszym regionalnym etnosem na Pomorzu jest ten związany z tożsamością kaszubską. Także w serwisach informacyjnych i innych programach będzie więcej tematów z poszczególnych subregionów Pomorza. W nowej ramówce, która wystartowała 2 stycznia, wprowadziliśmy wiadomości regionalne – codziennie o godz. 14.30. W każdy dzień tygodnia są poświęcone innej części województwa. Poniedziałki i piątki to czas na wiadomości z Kaszub, wtorki – z Kociewia, środa – Ziemi Słupskiej, a czwartki – wiadomości z Powiśla, Żuław i Elbląga. Oczywiście ważne informacje z tych miejsc nie będą czekały na „swoją kolej” w tygodniu, ale będą podawane na bieżąco.

 

Skoro już mowa o nowej ramówce Radia Gdańsk, co jeszcze w niej znajdziemy?

 

Nie sposób wymienić wszystkich nowości, po szczegóły odsyłam na stronę internetową Radia Gdańsk. Planujemy m.in. zmniejszyć taką naturalną nierównowagę, która występuje w relacjach społecznych na linii pracownik – pracodawca. Przedstawiciele pracodawców są częściej zapraszani do różnych audycji społecznych i gospodarczych. Z jednej strony to naturalne, bo to oni są wpływowymi ekspertami i decydentami w najważniejszych kwestiach, ale ta nierównowaga nie może być w ten sposób stale powiększana. Dlatego stworzyliśmy specjalny program poświęcony przede wszystkim sprawom pracowniczym i związkowym. To dotyczy właściwie wszystkich Polaków, bo większość z nas jest i będzie pracownikami.

 

O prawach i obowiązkach pracowników, nowościach na rynku pracy, trendach, przepisach, praktyce poszczególnych itp. opowiemy zatem w każdy poniedziałek o godz. 12.30 w „Głosie pracownika”. Ten program będzie miał też swój wymiar poradnikowy i interwencyjny. Z kolei w czwartki wprowadziliśmy nowy program motoryzacyjny – w naprawdę zaskakującej formule – „Autocooltura”, a w piątki zupełnie nowy format – „Studio polityka”, czyli publicystyczne podsumowanie tygodnia z błyskiem w oku i nieco lżejszej formule. Z kolei „Kresowy salonik”, bardzo popularny wśród mieszkańców Pomorza mających kresowe korzenie (a takich jest bardzo wielu) lub po prostu zainteresowanych Kresami, wydłużyliśmy i przenieśliśmy z czwartku na sobotę. Z kolei w niedzielny poranek w ramówce Radia Gdańsk pojawił się nowy program religijny, w którym będziemy pokazywali m.in. pozytywne przykłady działalności poszczególnych wspólnot i osób świeckich. Tych, które po cichu wykonują na co dzień dobrą pracę. Stąd tytuł „Spotkania” – spotkania naszych bohaterów z Bogiem i innymi ludźmi. Chcemy pokazać, że można przełamać nieszczęsną medialną zasadę  „bad news is good news”. Dobre wiadomości też są ciekawym tematem.

 

Poza tym w tym roku czeka nas wiele okrągłych rocznic ważnych dla polskiej tożsamości wydarzeń historycznych. Opowiemy o nich m.in. co środę w wieczornym bloku „Strefa historii”, który będzie miał swoją gwiazdę, ale o tym powiemy wkrótce. Wreszcie nie można zapominać o kontrolnej funkcji mediów. Dlatego już niedługo ruszy program interwencyjno-śledczy Radia Gdańsk „SOS Reporterzy”. Jeśli ktoś, zwłaszcza z polityków, ma coś za uszami, już może zacząć się bać.

 


 

Adam Chmielecki

Z wykształcenia politolog. W mediach pracuje od 2003 r. Publikował na łamach m.in. „Biuletynu IPN”, „Do Rzeczy”, „Gazety Polskiej”, „Magazynu Solidarność”, „Naszego Dziennika”, „Sieci”, „Tygodnika Solidarność”, „Wprost”, „Życia”. Pracował m.in. w Komisji ds. Likwidacji WSI, gdańskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej, Media SKOK, Radio Kaszëbë, Regionie Gdańskim NSZZ „Solidarność”. Od 2010 r. prowadził wydawnictwo Patria Media. W latach 2017–2019 był członkiem Rady Programowej Radia Gdańsk i komentatorem na antenie gdańskiej rozgłośni. Jest członkiem m.in. Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Rady Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Prywatnie mieszka w Gdańsku, ma żonę i trójkę dzieci. Wakacje spędza głównie na Kaszubach i Podlasiu.

Jest autorem i współautorem dziesięciu książek, w tym m.in. „Solidarni i niepodlegli”, „Stowarzyszenie »Godność« 1993–2018”, „Anna Walentynowicz 1929–2010”, „Prezydent Lech Kaczyński 2005–2010”, „Lech Kaczyński. Biografia polityczna 1949–2005”, „Moim powołaniem jest służba publiczna. Rzecz o Macieju Płażyńskim”, oraz publikacji naukowych z zakresu historii najnowszej Polski, transformacji ustrojowej i systemu politycznego III RP. Posiada otwarty przewód doktorski z zakresu nauk politycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

 

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close