Pracowała w wydawnictwach Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego. W latach 1989–91 w zespole „Tygodnika Gdańskiego”, potem w „Wieczorze Wybrzeża”, „Dzienniku Bałtyckim” oraz „Magazynie Solidarność” Regionu Gdańskiego. Była korespondentem w rejonach objętych działaniami wojennymi (Irak, Bałkany, Syria).
Przez kilka miesięcy przebywała na stażu dziennikarskim w „The Washington Post”, „The Plain Dealer” i „Time Magazine”. Publikowała w magazynach podróżniczych „Świat i Podróże” oraz „Poznaj Świat”. Wydała pięć książek: „Grabarka, Sanktuarium Kościoła prawosławnego”, „Węzeł Kurdyjski” i „Kurdystan – bez miejsca na mapie”, „Pomorze mniej znane”, „Pomorze na szlaku” Jest nauczycielem akademickim i członkiem Zarządu Głównego SDP.
„Libanie powstań! Bądź domem sprawiedliwości i braterstwa!” – z takim apelem wystąpił Papież Leon XIV podczas ostatniego spotkania z libańskimi wiernymi, czyli we wtorek 2 grudnia. Kończąca wizytę Papieża w Libanie msza św. została odprawiona nieopodal portu w Bejrucie, a dokładnie nieopodal Zatoki św. Jerzego, zwanej przez miejscowych Zaitun Abey.
W mszy w. uczestniczyło około 150 tys. wiernych, w tym ponad 80 Polaków, z czego dwudziestu paru było uczestnikami pielgrzymki Radia Wnet, a dodatkowa czwórka, to dziennikarze związani z SDP.
Nadzieja na lepsze czasy
Siąpiący deszcz i chłód dawały się we znaki, kiedy to wczesnym rankiem wędrowaliśmy ulicami Bejrutu na płytę nieopodal portu, gdzie przygotowano miejsce spotkania Papieża Leona XIV z Libańczykami.
Znamienne miejsce, gdyż pięć lat temu teren ten był pokryty gruzami powstałymi na skutek wybuchu w bejruckim porcie. Wówczas sporo osób straciło dach nad głową, a miasto, zwłaszcza w dzielnicach niedaleko portu zostało w znacznym stopniu zniszczone, nie mówiąc już o stratach w ludziach. W tej części miasta niemal wszystko zostało uporządkowane i znakomicie przygotowane na przyjęcie Ojca Świętego.
O świcie deszcz ustał, a nad Zatoką św. Jerzego ukazała się tęcza – znak nadziei. I z takim optymistycznym nastawieniem wkroczyliśmy do sektorów przygotowanych dla wiernych, gdzie rozpoczęło się długie, prawie trzygodzinne oczekiwanie.
Wreszcie pojawił się Papież. Entuzjastycznie machano chorągiewkami, chociaż tylko libańskimi i papieskimi, które wcześniej rozdawano wiernym. Gratisów było zresztą więcej: czapeczki, chusty i szaliki z nadrukami papieskich podobizn. Była też butelkowana woda, drukowane teksty maronickiej liturgii w wersji francuskiej i arabskiej a nawet Nowy Testament po arabsku. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego, tu w Bejrucie ustawiono wiele toalet. Negatywne w tej kwestii doświadczenie z Annaya przyniosło pozytywny rezultat.
Wreszcie pojawił się Papież w całkowicie oszklonym papamobile. Za to objechał wszystkie sektory, gdzie witano Go z entuzjazmem.
Nie przypominało to emocji z czasów Jana Pawła II, ale Liban ma inną niż Polska historię, a przede wszystkim inną kulturę. Tu mimo sporej powściągliwości Leona XIV i braku spontaniczności, tak charakterystycznej dla polskiego Papieża, przyjęto Go z dużą życzliwością. A Papież był dobrze do tej pielgrzymki przygotowany.
Bądźcie budowniczymi pokoju
W wygłoszonej do wiernych homilii Papież nawiązał do ubóstwa i cierpienia Libańczyków przyćmionego pięknem Libanu, o czym mało wiemy, bo w świadomości Europejczyków Liban to „Szwajcaria Bliskiego Wschodu”. Owszem była, ale od dawna już nie jest i życie przeciętnej rodziny nie jest łatwe, zwłaszcza, gdy czasem z nieba spadają bomby. Chociaż nie są adresowane do chrześcijan, ale wyjątki też się zdarzają.
Leon XIV mówił, co prawda z niewielkim entuzjazmem, sucho, spokojnie, ale o ważnych sprawach. Mówił o kruchej i niestabilnej sytuacji politycznej, o kryzysie ekonomicznym, o przemocy i konfliktach, które wzbudzają lęk. Mówił też, że Bliski Wschód potrzebuje odrzucenia mentalności zemsty i przemocy, przezwyciężenia podziałów politycznych, społecznych i religijnych, a przede wszystkim potrzebuje pojednania i pokoju.
Tuż przed błogosławieństwem zaapelował o pokój zarówno dla Bliskiego Wschodu, jak i całego świata. Wręcz powiedział: „bądźcie budowniczymi pokoju, zwiastunami pokoju, świadkami pokoju”. Wręcz wołał, aby „wychowywać nasze serca do pokoju”, ale też apelował o promowanie dialogu i pojednania. „Kieruję serdeczny apel do tych, którzy sprawują władzę polityczną i społeczną, tutaj i we wszystkich krajach dotkniętych wojną i przemocą: wysłuchajcie wołania waszych narodów, które domagają się pokoju!”
Dużą niespodziankę sprawiła polskim pielgrzymom wizyta w naszym sektorze trójki polskich żołnierzy stacjonujących w Libanie i służących w Siłach Pokojowych ONZ, zwanych popularnie „niebieskimi hełmami, albo niebieskimi beretami”.
Fotografowaniu z żołnierzami nie było końca. To urozmaicenie czasu oczekiwania na Papieża spodobało się Libańczykom i też chcieli zrobić sobie z nimi zdjęcie. Kto by nie chciał?
Te prorocze słowa wypowiedziane przez św. Jana Pawła II w 1997 r. potwierdza pielgrzymka Papieża Leona XIV do Libanu. Na lotnisku w Bejrucie Papieża witali wszyscy przedstawiciele najwyższych władz Libanu, Patriarcha i duchowieństwo Kościoła Maronickiego, przedstawiciele Muzułmanów dwóch nurtów, a także wyjątkowo ulewny deszcz, który w Libanie traktowany jest jak błogosławieństwo.
Pobyt Papieża Leona XIV w Annaya, gdzie znajduje się grób św. Szarbela, jak się o Nim mówi „świętego na nasze czasy” trwał niecałą godzinę, ale dla wiernych przeliczało się to niemal na wieczność.
Przesłanie papieskie i św. Szarbela
Wielogodzinne czekanie w deszczu, bez toalet czy miejsc do siedzenia było trudne, a jednak Libańczycy wszystko zniosą, bo Papież przyjechał do nich z przesłaniem pokoju. Patrząc z boku można by stwierdzić, że ich trochę rozczarował, gdyż długie przywitanie o. Youssefa Matta (jeden z 16 maronickich mnichów żyjących w klasztorze św. Marona w Annaya) skwitował niemal w kilku zdaniach, odpowiadając sobie na zadane przez siebie pytanie: „Czego nas uczy dzisiaj św. Charbel, mnich, który żył w milczeniu, ukryciu, który niczego nie napisał, a jednak jego słowa rozeszły się po całym świecie?” Odpowiedź brzmiała: Modlitwy, ciszy i skromności oraz ubóstwa, a osobom konsekrowanym przypomniał o ewangelicznych wymaganiach ich powołania. Poza tym: „Jego spójność życia, tyle radykalna, co pokorna jest przesłaniem dla wszystkich chrześcijan”.
zdj. @Vatican Media
Papież przyjechał do Annaya około godziny 10, ale wierni na spotkanie z Nim wyruszyli już o drugiej w nocy i nawet nie dotarli do klasztoru, zadawalając się miejscami wzdłuż drogi przejazdu Papieża. Pielgrzymi z Polski, prawie 80 osób, którzy wyjechali z Byblos około godz. 5 rano, mieli więcej szczęścia – udało się im zdobyć niezłe „miejscówki”, choć i tak większość z nich Papieża widziała jedynie na telebimie.
Co ciekawe, poza flagami libańskimi i papieskimi najwięcej było flag polskich, a to za sprawą pielgrzymki Radia Wnet.
Deszcz i inne uciążliwożliwości pielgrzymowania
Ponad godzinny dojazd i to nie do samej Annaya, mimo że odległość z Byblos to zaledwie 19 km – trzeba było jechać drogą okrężną, bo główna była zarezerwowana dla Papieża, a następnie pieszo pokonać dwukilometrowy odcinek drogi i to w deszczu nie należały do przyjemności. No, ale czego nie robi się dla wspólnej z Papieżem modlitwy u grobu św. Szarbela. Zmęczenie, zimno i brak nadziei na bezpośrednie zobaczenie Papieża nikogo nie zniechęcały. Nie mówiąc już o takich niedogodnościach, jak brak toalety… Libańczycy zbyt byli chyba zajęci sprzątaniem dróg, naprawianiem zbombardowanych domów, rozstawianie i rozwieszaniem flag, plakatów, banerów witających Papieża, ustawianiem punktów kontrolnych z żołnierzami pilnującymi bezpieczeństwa…
Miejscowi Polaków rozpoznawali po flagach, kotylionach, ale i po mowie. Kiedy dowiedzieli się, że przyjechaliśmy głównie z okazji wizyty Papież, mówili: „Niech Bóg Was błogosławi”. A tak na marginesie, to nas podziwiali za pomysłowość. Na przykład nie można było wnosić metalowych, a nawet drewnianych stylisk, aby zawiesić flagę, więc Polak potrafi – wieszano ją na plecach, stelażach do aparatów, parasolkach, albo trzymano w rękach i to kilku osób.
Nic dziwnego, że na telebimie dość często pojawiała się nasza flaga. Libańczycy, tez próbowali dorównać pomysłowością, wchodząc np. na jedyne w okolicy drzewo, aby móc zobaczyć Papieża – jak w Ewangelii. Mieli też pomysł na deszcz, zamieniając plastykowe krzesła na parasolki.
Ciekawostką było również to, że ledwie Papież wsiadł do samochodu i odjechał deszcz przestał padać i wyjrzało słońce. Czyżby to znak, że dla Libanu rozpoczną się dobre czasy?
Tekst i zdjęcia Maria Giedz (poniżej z lewej w zielonej kurtce)
Ekipa Radia Wnet z członkiem ZG SDP, wieloletnim prezesem SDP Krzysztofem Skowrońskim., Lechem Rusteckim oraz autorką tekstu członkiem ZG SDP Marią Giedz a tak ze piegrzymami z Polski zdj. Radio WnetZ nieco innej perspektywy papieża Leona XVI w Libanie forografował kolejny na tej pielgrzymce członek ZG SDP Paweł Gąsiorski
„Choćbyś po ludzku przegrał całkowicie, choćbyś zatracił swoją godność i całkiem się zaprzedał, jeszcze masz czas. Zbierz się, ogarnij, dźwignij. Zacznij od nowa. Spróbuj budować na tym co w tobie jest z Boga. Spróbuj, bo życie jest tylko jedno”. [bł. ks. Jerzy Popiełuszko]
Do przeprowadzenia procesu beatyfikacyjnego nie był potrzebny cud, ale już przy kanonizacji jest konieczny. 3 listopada 1984 r. odbył się pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki, który zginął śmiercią męczeńską 19 października 1984 r.
6 czerwca 2010 r. abp Angelo Amato, prefekt Kongregacji ds. Kanonizacyjnych, w imieniu papieża Benedykta XVI, odczytał akt beatyfikacyjny podczas Mszy Św. odprawionej w Warszawie na Placu Piłsudskiego. Proces kanonizacyjny ks. Jerzego rozpoczął się 20 września 2014 r. we Francji, gdzie doszło do domniemanego cudu (uzdrowienia François Audelana z nietypowej przewlekłej białaczki szpikowej) za sprawą błogosławionego już ks. Jerzego.
Testament Wolności
Jesienią 2024 r., a więc w 40 rocznicę śmierci ks. Jerzego został zrealizowany film dokumentalny „Popiełuszko. Testament Wolności” przez dwóch gdańskich dziennikarzy: Piotra Piotrowskiego i Jakuba Klebba. Notabene film ten, w ramach 31 edycji Konkursu SDP otrzymał nagrodę specjalną Oddziału Gdańskiego SDP jako formę podziękowania za ukazanie postaci niezwykłego polskiego duchownego, który oddał życie za prawdę.
Rok po edycji filmu, w ramach cyklu „Filmowe spotkania z duchowością”, w auli Jana Pawła II przy archikatedrze w Gdańsku Oliwie odbyła się prezentacja tego wyjątkowego filmowego dokumentu połączona z interesującą dyskusją dotyczącą wartości pozostawionych przez ks. Jerzego, a także fenomenu kultu rozpowszechniającego się na całym świecie. Stąd wziął się tytuł: Testament ks. Jerzego.
Film, w przeciwieństwie do większości opracowań o ks. Jerzym nie porusza kwestii męczeństwa, nie kończy się na męczeństwie, wręcz męczeństwo jest początkiem. Narracja zaczyna się przy tamie na Wiśle we Włocławku. Ks. prof. Józef Naumowicz z UKSW, notariusz w procesie kanonizacyjnym, uczestniczący jedynie zdalnie i to bez wizji, opowiadał o niezwykłym uzdrowieniu, za pośrednictwem ks. Jerzego, które nie do końca jest uzdrowieniem, gdyż delikwent pięć lat później zmarł, tylko że nie z powodu choroby, z której został uzdrowiony.
Świadectwo
Cud zdarzył się w dniu urodzin ks. Jerzego, czyli 14 września. Miało to miejsce w roku 2012. Świadkiem tego cudu był ks. Bernard Brien. To jego wezwano do będącego już w stanie wegetatywnym François Audelana, który był wielkim czcicielem ks. Jerzego. Lekarze nie dawali mu żadnej nadziei, gdyż komórki rakowe rozprzestrzeniły się po całym organizmie. Rodzina wybierała trumnę i miejsce na cmentarzu. Dzień później François wstał z łóżka, kąpał się, zachowywał się jak człowiek całkowicie zdrowy – jak Łazarz, który wyszedł z grobu. Lekarze stwierdzili, że nowotwór zniknął.
Ks. Naumowicz wspomniał też o objawieniach jakie doznaje Francesca Sgobbi od lipca 2009 r. Mówił, że Francesca często widzi ks. Jerzego, ale nie może go dotknąć. Niemniej zawsze jest uśmiechnięty i zaprasza do modlitwy. Powstała nawet na ten temat książka.
Od śmierci ks. Jerzego minęło ponad 40 lat. Komuniści zakładali, że jeśli ksiądz zniknie, to i problem zniknie, a tu dzieje się odwrotnie, chociaż ks. Jerzy był zwykłym człowiekiem. Jak wspominał Paweł Kęska, teolog, producent i dziennikarz radiowy, zajmujący się rozwojem Muzeum i Ośrodkiem Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki, ks. Jerzy nie był wybitnym człowiekiem. Uczył się przeciętnie, był chorowity. Był człowiekiem prostym, unikał śpiewu, ale coś z niego promieniowało. Żył prawdą. Pochodził z Podlasia, a tam słowo „popiełuszko” w tłumaczeniu na język polski oznaczało „kopciuszek”. Ksiądz Jerzy to taki żywy Kopciuszkiem wśród nas.
Wierność
„Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to pozostawać wewnętrznie wolnym, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, pozostać sobą w każdej sytuacji życiowej. Zwyciężać zło dobrem, to zachować wierność prawdzie”. [bł. ks. Jerzy Popiełuszko]
Konkludując wypowiedź ks. Naumowicza, proces kanonizacyjny jest trudny, ale im dalej od czasów komunizmu, tym kult ks. Jerzego jest coraz żywszy. Warszawskie Muzeum ks. Popiełuszki odwiedziło już 23 mln osób. Odwiedzającymi są ludzie z całego świata: Francji, Włoch, Hiszpanii, a nawet z Wybrzeża Kości Słoniowej. Zgłoszenia o cudach przychodzą z Ameryki Południowej, nawet z tej do niedawna klasycznie komunistycznego państwa Kuby, z Australii…
Przykładem tego jest także stale powiększająca się wspólnota „Młodzi Księdza Jerzego”. Piotr Osowiec, członek owej wspólnoty mówił: – Ksiądz Jerzy jest dla mnie postacią, od której mogę się uczyć, opiekunem, przyjacielem… Bronił wartości, mówił o wartościach. Żył nimi, mówił o prawdzie”. Mimo, że był prześladowany, obserwowany, nie myślał o tym. Dla niego było być wśród ludzi i dawać świadectwo prawdy.
Podczas realizacji filmu, wspominał współtwórca filmu Jakub Klebba i pracownik IPN, „odkryłem, że w moim życiu było wiele śladów ks. Jerzego. Miałem wrażenie, że ks. Jerzy czuwał nad tym filmem. My czuliśmy jego obecność”.
Prawda
Wszystkich dokumentów, chociażby tych zgromadzonych w IPN, nie było możliwości pokazać w filmie, gdyż jest ich wyjątkowo dużo. Ksiądz Jerzy był cały czas nagrywany, obserwowany. W jego mieszkaniu znaleziono pełno kamer, mikrofonów do podsłuchu. Część tych materiałów znalazła się w archiwum IPN-u. Niemniej podczas dyskusji o filmie i o jego realizacji wyszły na jaw różne ciekawostki. Na przykład opowieść o abp. Angelo Amato, , który w 2008 r. przyjechał do Warszawy i odkrył, że przy grobie ks. Popiełuszki przez 24 godziny na dobę trwała warta honorowa i tak było przez 36 lat. Kardynał Amato padł na kolana, zaczął się modlić, po czym przyśpieszył proces beatyfikacyjny. Ksiądz Jerzy został beatyfikowany w 2010 r.
Kolejna „ciekawostka”, to fotografia z czerwca 1987 r., na której widać jak św. Jan Paweł II klęczy i modli się przy grobie ks. Jerzego. Komuniści nie zgodzili się na tę wizytę. Robili wszystko, aby Papież tam nie dotarł, a jednak… Wiele tych materiałów operacyjnych SB, znajdujących się w IPN, nie nadawało się do emisji, bo były straszne, mocne, to były ogromne przeżycia.
Przebaczenie
Piotr Osowiec pracuje w muzeum ks. Jerzego, oprowadza wycieczki, więc widzi jakie są ludzkie emocje i dzielił się nimi: „Ludzie płaczą. Ta postać dla wielu jest bardzo ważna”.
Paweł Kęska dodał też, że na temat śmierci ks. Jerzego jest sporo publicystyki, ale sama jego śmierć nie została przebadana. W IPN-ie znajduje się 7-godzinny film z sekcji zwłok ukazujący zmasakrowane ciało, ale coś jest w tym nie tak – do dzisiaj sprawa ta nie została wyjaśniona.
Ksiądz Jerzy Popiełuszko jednoczył ludzi, dawał nadzieję. „To o czym mówił dzisiaj jest bardzo aktualne. Musimy walczyć o wolność wewnętrzną, ale nie nienawidzić. Przekazywać tę wolność wewnętrzną dalej” – kontynuował Osowiec.
Symbolizował Solidarność, która jednoczyła cały naród. Wywodził się z rodziny rolniczej, był kapelanem hutników, duszpasterzem studentów. Jednoczył ludzi ze wszystkich stron.
„Chrześcijańskie przebaczenie musi być przebaczeniem wspaniałomyślnym, a więc wypływającym z miłości, z dobroci serca, a nie z pogardy czy lęku. Przebaczać naprawdę, po chrześcijańsku może tylko ten, kto jest wewnętrznie wolny. Człowiek zniewolony, zastraszony, nie potrafi przebaczać”. [bł. ks. Jerzy Popiełuszko]
„Będziesz mówił prawdę, to będziesz wolny”.
Tekst i zdjęcia
Maria Giedz
Pierwsza klatka filmu autorstwa J. Klebby i P. Piotrowskiego
„Przyjaznej, niezrównanej Basi – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich” – tymi słowami i wiązanką przepięknych, ulubionych przez Ciebie róż i pachnących lilii, chcemy Tobie podziękować.
Za wiele lat Twojej niezwykłej aktywności dziennikarskiej. Za bogatą, owocną twórczość reportażową i oryginalność – w komentowaniu życia politycznego w niezwykle poczytnych felietonach (dla niektórych być może kontrowersyjnych, ale odważnych, autorskich i oczekiwanych przez Twoich Czytelników oraz środowisko społeczno-polityczne).
Żegna Ciebie całe – nie tylko gdańskie – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, w którym przez wiele lat aktywnie działałaś (wraz z mężem Markiem). Miałaś czasami odrębne zdanie, które było szanowane…
Basiu, żegna Ciebie brać dziennikarska – z dawnego Tygodnika Gdańskiego, Gwiazdy Morza, Telewizji Gdańskiej i Radia Gdańsk oraz nowatorskich, współczesnych mediów społecznościowych, w których byłaś także bardzo aktywną i namiętnie czytywaną Autorką.
Jako Twój dany szef w „Dzienniku Bałtyckim” dopowiem, że wielkimi łzami opłakują Twoje nagłe, niespodziewane odejście do Domu Pana kolejne zespoły redakcyjne i Czytelnicy, na czele z kultowymi autorskimi „Rejsami” – tak mówił Janusz Wikowski podczas ceremonii pogrzebowej, która odbyła się w środę 15 października, na sopockim cmentarzu komunalnym.
Ta znana gdańska dziennikarka, publicystka i reportażystka – Barbara Szczepuła zmarła nagle 9 października 2025 r. Miała 82 lata.
Tydzień wcześniej, po także niespodziewanej śmierci redaktora Jana Jakubowskiego, naszego wspólnego szefa, niezłomnego i cenionego, przez lata redaktora naczelnego Dziennika Bałtyckiego, Barbara Szczepuła napisała w mediach społecznościowych:
„Wspaniały człowiek, który wiedział, czego chce i wiedział, że tylko prawda jest ciekawa. Był dobrym redaktorem naczelnym, który dawał dziennikarzom wiele samodzielności. Żegnaj Jasiu. Smutno nam i żal”.
To była Twoja bodaj ostatnia publikacja przed – także przedwczesnym i bolesnym dla Rodziny, Przyjaciół, Czytelników – przejściem do Domu Pana – skomentował Janusz Wikowski.
Dzięki Basiu, że byłaś z nami, pozostań w życzliwej pamięci – taka, jaką Ciebie pokochaliśmy.
Redakcja
Zdjęcia: Janusz Wikowski i Robert Kwiatek
Wystąpienie w imieniu Stowarzyszenia Dziennkarzy Polskich na ceremonii pogrzebowej śp. red. Barbary Szczepuły (zmarła w wieku 82 lat w Gdańsku)
„Przyjaznej, niezrównanej Basi – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich” – tymi słowami i wiązanką przepięknych, ulubionych przez Ciebie róż i pachnących lilii, chcemy Tobie podziękować.
Za wiele lat Twojej niezwykłej aktywności dziennikarskiej. Za bogatą, owocną twórczość reportażową i oryginalność – w komentowaniu życia politycznego w niezwykle poczytnych felietonach (dla niektórych być może kontrowersyjnych, ale odważnych, autorskich i oczekiwanych przez Twoich Czytelników oraz środowisko społeczno-polityczne).
Żegna Ciebie całe – nie tylko gdańskie – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, w którym przez wiele lat aktywnie działałaś (wraz z Markiem). Miałaś czasami odrębne zdanie, które było szanowane…
Basiu, żegna Ciebie brać dziennikarska – z dawnego Tygodnika Gdańskiego, Gwiazdy Morza, Telewizji Gdańskiej i Radia Gdańsk oraz nowatorskich, współczesnych mediów społecznościowych, w których byłaś także bardzo aktywną i namiętnie czytywaną Autorką.
Jako Twój dany szef w „Dzienniku Bałtyckim” dopowiem, że wielkimi łzami opłakują Twoje nagłe, niespodziewane odejście do Domu Pana kolejne zespoły redakcyjne i Czytelnicy, na czele z kultowymi autorskimi „Rejsami”.
Kilka słów również od Stowarzyszenia Nasz Gdańsk (prowadzonego przez prof. Andrzeja Januszajtisa i Stanisława Sikorę), które docenia Twoje reportaże, książki o gdańszczanach – także tych, których los skierował nad Bałtyk. Te losy chciałaś i uchroniłaś od niepamięci w swoich znakomitych reportażach i książkach.
Z wrażliwością opowiadała o prawdzie, kierując się szacunkiem, pokorą i ciekawością drugiego człowieka.
Zbierała ludzkie losy, chciała uchronić je od niepamięci.
Rozmawiała, zawsze dopytywała. Umiała snuć opowieści.
Umiała słuchać i patrzeć głębiej. Słowem, sercem i mądrością tworzyła pamięć o Gdańsku.
W jednym z wywiadów skromnie powiedziałaś:
„W gruncie rzeczy od lat piszę jedną i tę samą książkę – o budowaniu gdańskiej tożsamości, mówiąc językiem socjologii. O ludziach, którzy po wojnie osiedlili się w Gdańsku, o przesiedlonych z Kresów, wypędzonych z Warszawy po powstaniu, o przybyłych tu z innych jeszcze stron, ale także o mieszkańcach Wolnego Miasta i Kaszubach”.
„Zdążyłam sporo tych ludzkich losów zebrać. Warto uchronić je od niepamięci, bo pozwalają zrozumieć, jak powstawał specyficzny, gdański genius loci („duch miejsca”) i z czego w 1980 roku wyrosła Solidarność”.
Tydzień temu, po także niespodziewanej śmierci redaktora Jana Jakubowskiego, naszego wspólnego szefa, niezłomnego i cenionego b. redaktora naczelnego Dziennika Bałtyckiego napisałaś w mediach społecznościowych:
„Wspaniały człowiek, który wiedział czego chce i wiedział, że tylko prawda jest ciekawa. Był dobrym redaktorem naczelnym, który dawał dziennikarzom wiele samodzielności. Żegnaj Jasiu. Smutno nam i żal”.
To była Twoja bodaj ostatnia publikacja przed – także przedwczesnym i bolesnym dla Rodziny, Przyjaciół, Czytelników – przejściem do Domu Pana.
Pozwól, że sparafrazuję:
„Wspaniały człowiek, dziennikarka, która wiedziała czego chce i wiedziała, że tylko prawda jest ciekawa. Była znakomitą reportażystką, felietonistką, pisarką, która korzystała z wolności słowa i samodzielności. Żegnaj Basiu. Smutno nam i żal”.
Tak szybko, po cichutku, niepostrzeżenie odchodzą nasi Przyjaciele z „rodziny dziennikowej”, taka seria przejścia na tamtą – z głęboką wiarą – lepszą stronę wszechmocy.
Mówi się: Już tam jesteście, może tworzycie „niebiańską redakcję” – razem z Basią, Jasiem Jakubowskim, Grzesiem Kurkiewiczem, Tadeuszami – Jabłońskim i Skutnikiem, Zbyszkami – Jujką i Gachem, Elą Przewoźniak, Jackiem Sieńskim, Szczepanem Krydą oraz ostatnio zabranymi: Januszem Czerwińskim i Piotrem Piesikiem… Taki wspaniały ekumeniczny, pluralistyczny zespół dziennikarski!
A my tutaj – w wojence polski-polskiej, walczący o wolność słowa, o niezależność mediów i spełnianie misji „czwartej władzy”– skazani na siebie i daj Boże Twoją dobrą wolę.
Gdy byliśmy razem z wizytą u Papieża Jana Pawła w Watykanie – z życzeniami i listami od Czytelników Dziennika Bałtyckiego – przyszły święty powiedział nam na pożegnanie: Pan z Wami!
Niech zatem nasz dobry Pan przyjmie Ciebie godnie w Królestwie Bożym i da życie wieczne.
Dzięki Basiu, że byłaś z nami, pozostań w życzliwej pamięci – taka jaką Ciebie pokochaliśmy.
„Zawsze podziwiałem twardość Twojego charakteru! Byłeś człowiekiem prawdziwie niezłomnym. Wzorem wykutym ze szlachetnego materiału” – tak wspominał Maciej Łopiński zmarłego JANA JAKUBOWSKIEGO. Ostatnie pożegnanie.
Dziennikarz żegnający dziennikarza. Wzruszające słowa o charakterze Zmarłego, na tę ostatnią drogę Jana, wygłosił Maciej Łopiński, dziennikarz, polityk, minister w Kancelarii Prezydenta RP w latach 2005–2010 i 2015–2016, a przede wszystkim nasz kolega z Tygodnika Gdańskiego, który po przełomie 1989 r. zakładali wraz z Jasiem.
Maciej Łopiński wpomina Jana na Cmentarzu Łostowickim w Gdańsku. Fot. Tadeusz Woźniak
Pożegnanie w gronie Rodziny
Jana Jakubowskiego, członka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, pożegnaliśmy w sobotę 11 października na Cmentarzu Łostowickim w Gdańsku. Jan został pochowany obok swojej małżonki Ewy, którą żegnaliśmy 30 lat temu. Przed grobem zgromadziły się ich dzieci, wnuki, współpracownicy z tygodnika „Czas”, „Tygodnika Gdańskiego”, „Dziennika Bałtyckiego” który za Jego kierownictwa (lata 1991-96) był jedną z największych gazet w Polsce, Na pogrzebie Jana nie zabrało Jego koleżanek i kolegów z „Solidarności”.
Mszę pogrzebową w Bazylice św. Brygidy w Gdańsku odprawił ks. Ludwik Kowalski. W tle bursztynowy ołtarz. Fot. T. Woźniak
Tak, Jan Jakubowski był człowiekiem „Solidarności”. To tam współtworzył drugi obieg wydawniczy na Wybrzeżu. Był redaktorem najważniejszego w regionie pisma tajnych struktur Związku – biuletynu „Solidarność”, tego z winietą opatrzoną gdańskimi lwami. Miał swój udział w uruchomieniu „Tygodnika Wyborczego”, a potem „Tygodnika Gdańskiego”, o czym wspominał Andrzej Liberadzki, podobnie jak Jasiu absolwent Politechniki Gdańskiej, a przede wszystkim znakomity dziennikarz i chyba najlepszy w Polsce adiustator.
Dociekliwy i wierny chrześcijańskim wartościom
Liberadzki wspomniał też, że Jakubowski był przyjacielem i członkiem honorowym Stowarzyszenia „Godność”, skupiającego byłych więźniów politycznych i działaczy podziemia. Przez „całe życie – słowem i czynem – udowadniał swoją miłość do Polski”.
Andrzej Liberadzki wspomina Jana Jakubowskiego podczas Mszy Św. w kość, św. Brygidy w Gdańsku. Fot. Andrzej Gojke
Znany był z wyjątkowej dociekliwości, rzetelności i odpowiedzialności za przekazywane słowo. Liberadzki podkreślił też, że Jasiu był człowiekiem głębokiej wiary, występował w obronie chrześcijańskich wartości i to w tym świecie, w którym moda na obrażanie katolików ściga się z nonszalancją niszczenia własnej kultury.
Nie władza a wiedza i Przyjaźń
Janusz Wikowski, dziennikarz i prezes Oddziału Gdańskiego SDP – stojąc nad opuszczoną do grobu trumną – wspomniał, że Jan to była wyjątkowa postać, pełna ciepła i empatii. Należał do grona naczelnych redaktorów, którzy nie okazywali swojej władzy, lecz umieli łagodnie zachęcać dziennikarzy do rzetelnej pracy. Był człowiekiem zasad, a jednocześnie był wyrozumiały. Zaszczepił w całym pokoleniu dziennikarzy pasję zawodową i misję. Był niezłomny, niepokorny, był ostoją prawdziwego dziennikarstwa, wielkim autorytetem.
Wartę przy trumnie pełnili nasi stowarzyszeniowi koledzy Janusz Wikowski i Maciej Wośko. Fot. T. Woźniak
Jan Jakubowski był we władzach SDP, reformując Stowarzyszenie, sprzeciwiał się delegalizacji SDP i zawłaszczeniu majątku. A ostatnio ubolewał nad upadkiem rzetelności i rzemiosła dziennikarskiego, nad służalczością wobec władzy układów politycznych, grup interesów biznesowych i ideologicznych.
Wspomnień było zdecydowanie więcej. Jednym ze wspominających Jasia był Edmund Szczesiak, znakomity reportażysta, pisarz, nauczyciel akademicki i nieodłączny przyjaciel Jasia. Nie zabrakło też przedstawiciela „Solidarności”, czyli Wojciecha Książka, nauczyciela, publicysty, w latach 1997–2001 podsekretarza stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Prezydent RP: Przywracał wolność słowa w praktyce
Trafnym określeniem życia i pracy Jana Jakubowskiego były słowa Prezydenta RP Karola Nawrockiego przesłane w liście odczytanym podczas uroczystości pogrzebowych: „Człowiek prawy, bardzo zasłużony dla Gdańska, Wybrzeża i Polski. Człowiek, który przez całe życie służył sprawie wolności, prawdy i dobra. Od 1989 r. przywracał w praktyce wolność słowa oraz standardy niezależności i rzetelności medialnej. Był szanowany za osobistą uczciwość i prawdziwie demokratyczny zmysł w kierowaniu redakcją” – napisał w specjalnym liście o Zmarłym prezydent Karol Nawrocki.
Na cmentarzu, przed grobem Jana Jakubowskiego Fot. T. Woźniak
Nam, redakcyjnym koleżankom i kolegom, osobom pracującym pod jego kierownictwem będzie Go bardzo brakowało, co zresztą podkreślił Maciej Łopiński, z którym znali się ponad 50 lat.
Ostatnia modlitwa nad grobem Jana Jakubowskiego. Fot. Tadeusz Woźniak
Więzi…
Ja poznałam Jasia 36 lat temu i ze wzruszeniem wspominam „czasy tygodnikowe” (Tygodnika Gdańskiego), kiedy to pod kierownictwem Maćka, Jasia i Andrzeja tworzyliśmy pismo społeczno-polityczne o ogólnopolskim zasięgu, uznawane za znakomite (ta trójca znała się z okresu pracy w tygodniku „Czas”; chociaż w „Czasie” pracował też Edmund Szczesiak, Tadeusz Woźniak…
Taki wieniec od SDP z napisem Niezłomnemu Jasiowi Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich złożyliśmy na grobie Jana Jakubowskiego. Fot. M. Giedz
Dlaczego znakomite? Bo nie czuliśmy się tylko dziennikarzami pracującymi za bardzo marne grosze i to przy galopującej inflacji. My tworzyliśmy tygodnikową rodzinę i te pieniądze były mniej istotne, liczyła się atmosfera pracy. Czuliśmy się jak w domu, z radością przychodziliśmy do redakcji, jeździliśmy w teren po całej Polsce, a czasem i za granicę. Pisaliśmy o wszystkim, zgodnie z prawdą, zachowując podstawowe zasady wiarygodności.
Niezłomny
Jasiu bardzo dbał o tę wiarygodność naszych wypowiedzi. Nie akceptował bylejakości. Te zasady przeniósł do „Dzieńbała”, czyli Dziennika Bałtyckiego. Każdy z nas czuł się doceniany, dla każdego znalazł czas. Potrafił zażegnać każdy konflikt, sprzeczkę. Był kolegą, przyjacielem, a dla młodszego pokolenia ojcem. Był niezłomnym dziennikarzem.
Wraz z Jego śmiercią, jak to powiedział Wikowski: „Kończy się epoka, bo Jan wciąż był dla tych, którzy mieli szczęście pracować z nim w zespole, postacią niezwykłą, do końca pozostał naszym naczelnym”.
Tekst: Maria Giedz
Zdjęcia: Andrzej Gojke, Tadeusz Woźniak, Maria Giedz
Co prawda teraz w Libanie wybiera się nie jak w Polsce prezydenta, tylko samorządowców, bo Liban, po ponad dwóch latach przerwy, od 9 stycznia ma już swojego prezydenta. Ma też już własny rząd, który dość długo nie funkcjonował, ale dla Libańczyków najważniejsze są wybory samorządowe, bo dotyczą ich codziennego życia. Czy owe wybory można porównać z naszymi, polskimi prezydenckimi?
W Libanie jestem już od 12 dni i mimo trwających wyborów samorządowych w tym kraju jest bardzo spokojnie. Żadnych awantur na ulicach, żadnych przepychanek, niewiele plakatów.
Wybory w zniszczonym kraju
Kraj podzielono na regiony i w każdym wybory odbywały się w innym terminie. Czyli przez cały maj pod koniec tygodnia ludzie szli do urn. Najpierw ci z centrum kraju, potem z północy, a na końcu z południa.
Tak się złożyło, że w sobotę 24 maja byłam właśnie na południu kraju, czyli w Sydonie i Tyrze. Teoretycznie są to tereny zagrożone, położone blisko granicy z Izraelem – z Tyru do Izraela jest zaledwie kilkanaście kilometrów. Jednocześnie są to tereny zamieszkane głównie przez ludność muzułmańską, chociaż chrześcijan też można spotkać. Wydawałoby się, że jest tam niebezpiecznie, zwłaszcza dla samotnie chodzących po ulicach zagranicznych turystów. Nic mylącego, wszędzie był spokój. Co prawda większość stoisk na tamtejszym suku (bazarze) było zamkniętych, ale przechodnie, czy właściciele otwartych sklepików byli pogodni i bynajmniej nie agresywni, chociaż między sobą dyskutowali, a nawet nie kryli się z eksponowaniem atrybutów partii, na które głosowali.
W kilku miejscach spotkałam punkty wyborcze, niestety proszono, abym ich nie fotografowała. Udało mi się jedynie zrobić kilka ujęć z samochodu.
„Kolorowe” głosowanie
Gromadzący się wokół wyborczych pubktów ludzie mieli na głowach żółte albo zielone czapeczki. Nieliczni nosili czapki w kolorach flagi Libanu, a więc dwa czerwone pasy po bokach, w środku biały z zielonym drzewem cedrowym. Kobiety odziane w czarne czadory na szyjach wieszały sobie żółte albo zielone szaliki. Są to barwy dwóch partii politycznych.
Żółty to kolor Hezbollahu, radykalnej partii politycznej szyitów (Partii Boga), ugrupowania, które przyznaje się do wielu aktów terroryzmu, wspieranego i finansowanego przez Iran i Syrię, ugrupowania, którego przez lata było poza kontrolą władz Libanu i funkcjonowało jak państwo w państwie.
Drugi kolor to zielony identyfikowany z Ruchem Amal, czyli z „Partią Nadziei”. Reprezentuje również społeczność szyicką, ale na swoim koncie ma także walkę z proirańskim Hezbollahem. Mężczyźni z czapeczkami w kolorach flagi libańskiej mogli reprezentować jedną z partii chrześcijańskich np. libańską Falangę popieraną przez maronitów. Niektórzy chrześcijanie nosili białe czapeczki, a ci bez czapeczek, czyli z gołymi głowami mogli reprezentować partie sunnicie.
Jednak istotą owych zgromadzeń wokół punktów wyborczych była atmosfera działania wspólnotowego. Wszystkim chodziło o to, aby ich kraj, rejon, w którym żyją był miejscem spokojnym, dalekim od wojny, mógł się rozwijać gospodarczo, był domem dla wszystkich. Zauważyłam, że między wyborcami toczyły się normalne, a nawet przyjacielskie rozmowy. W Polsce poglądy polityczne dzielą całe rodziny. Tu w Libanie nie, bo niemal w każdej libańskiej rodzinie są osoby o różnych poglądach politycznych, ale rodzina jest najważniejsza i żadna przynależność do partii politycznej, czy tylko bycie sympatykiem danej partii nie jest w stanie podzielić rodziny. Dla Libańczyków rodzina to „świętość”.
Wojskowi obserwatorzy czy wojska stabilizujące?
Wybory odbywały się pod nadzorem wojska, które dbało o bezpieczny przebieg głosowania. Niemniej libańscy żołnierze nie ingerowali, byli obecne, ale jakby się tylko tym wyborom przyglądali. Postronny obserwator mógłby odnieść wrażenie, że wojsko na ulicach jest na wszelki wypadek. Bowiem w tym kraju wszyscy ze wszystkimi jakoś się dogadują.
Aczkolwiek tereny na północy kraju zamieszkane przez większość sunnicką i alawicką, głównie syryjską, a także szyicką i sunnicką są bardziej pilnowane przez wojsko, a może raczej należałoby powiedzieć, że strzeżona jest mieszkająca tam ludność chrześcijańska.
Generalnie wybory w Libanie przebiegały spokojnie. Niemniej warto podkreślić, że decydującym głosem niemal we wszystkich działaniach w kraju, również w wyborach jest głos Patriarchy Kościoła maronickiego, który jest autorytetem dla mieszkańców, niezależnie od wyznawanej religii i przynależności partyjnej. To nie znaczy, że Patriarcha mówi, na kogo głosować, ale on ma najwięcej do powiedzenia i słuchają się go wszyscy. Szkoda, że u nas tak to nie działa.
13 maja 2025 r. odbyło się już drugie posiedzenie Rady Programowej Rozgłośni Regionalnej Radio Gdańsk w likwidacji. Na pierwszym posiedzeniu nowej Rady 15 kwietnia br., powołanej przez Radę Mediów Narodowych, odbyło się tajne głosowanie, a raczej głosowania podczas których wybrano przewodniczącego Rady i dwóch jego zastępców. Na drugim posiedzeniu, członek Rady Programowej Beata Dunajewska z poparciem PO złożyła wniosek o odwołanie wybranego miesiąc wcześniej przewodniczącego Marcina Brodalskiego (wiceprzewodniczącego Rady Powiatu Lęborskiego) popieranego przez PiS i jednego z jego zastępców – Przemysława Malaka (nauczyciel historii w Pomlewie) również z poparciem PiS.
Zebranie zamierzał prowadzić reprezentujący PO były wiceburmistrz d.s. oświaty w Kwidzynie i były kandydat na wicemarszałka województwa pomorskiego Piotr Widz, drugi zastępca szefa Rady Programowej Radia Gdańsk, który nie miał być odwołany. Rada składa się z 15 członków, ale we wtorkowym posiedzeniu brało udział 14 członków, w tym dwóch on-line.
Jako członek Rady Programowej RG z poparcia Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dziennikarz z wieloletnim doświadczeniem, a także członek Zarządu Głównego SDP doznałam szoku i złożyłam sprzeciw. Wybory sprzed miesiąca, moim zdaniem, były ważne. Odbywały się tajne głosowania. Przed zgłoszeniem kandydatów wszyscy się sobie przedstawiliśmy. W Radzie znalazły się cztery osoby z poparcia PiS-u, pozostali byli z poparcia partii wchodzących w skład szeroko rozumianej koalicji rządzącej, a więc PO, PSL, SLD, PL2050, organizacje działające na rzecz osób niepełnosprawnych, równości kobiet…
Sprzeciw
Byłam jedyną osobą, która na głos wyartykułowała sprzeciw przeprowadzania kolejnych wyborów, co wzbudziło ogromne oburzenie. Osoby z poparcia PiS były tak zszokowane, że nie zabierały głosu. Beata Dunajewska twierdziła, że poprzednie wybory odbyły się niezgodnie z regulaminem. O ile pamiętam, to nikt podczas owych wyborów takich zastrzeżeń nie zgłaszał. We wniosku Dunajewska podała numery paragrafów, na podstawie których wnioskuje o odwołaniu, ale tak się składa, że dotyczą one czego innego i żaden z nich nie został naruszony.
I tak paragraf 4 ust. 6 mówi o tym, że każdy członek ma prawo zgłosić kandydatów, ale też ma prawo zgłosić pisemny wniosek o ich odwołanie. Czyli na pierwszy posiedzeniu zostali zgłoszeni i wybrani, ale na drugim już ich odwołano. Czy na kolejnym posiedzeniu odbędzie się ta sama procedura? I co w tym zgłoszeniu było nieprawidłowego, skoro potem ich odwoływano?
Kolejny paragraf nr 4, ustęp 2 mówi o tajnym głosowaniu w obecności 2/3 składu rady i o tym, że przechodzą te osoby, które otrzymały największą liczbę głosów, oczywiście w głosowaniu najpierw na przewodniczącego, a w kolejnym na wiceszefów Rady Programowej RG. Co więc zrobiono wbrew regulaminowi?
Z powodu parytetu?
Miesiąc temu nieco byłam zaskoczona decyzją członków Rady, którzy w tajnym głosowaniu, większością głosów wybrali na przewodniczącego i wiceprzewodniczącego Rady aż dwie osoby z poparcia PiS-u, tej nielubianej i całkowicie negowanej partii. Jednak wśród kandydatów do prezydium znajdowała się Magdalena Chrzanowska, która w ostatnich wyborach samorządowych startowała do Rady Miasta Gdańska z poparcia Wspólna Gdańska Droga 2050 (to lewicowo-prawicowy eksperyment złożony z Nowej Lewicy, Polski 2050…). Niestety nie weszła ani do Rady Miasta Gdańska, ani do prezydium Rady Programowej RG.
Miesiąc temu widziałam łzy w jej oczach, no ale nie zawsze się wygrywa. Po zakończeniu pierwszego posiedzenia, wychodząc już z budynku Radia Gdańsk usłyszałam fragment wzburzonej rozmowy kilku członków Rady, w tym Chrzanowskiej, w której przewijało się słowo „parytet”; „zabrakło parytetu”. Nie jestem zwolenniczką parytetów, gdyż wyznaję zasadę kompetencji i uczciwej pracy, ale być może jedno z drugim się nie kłóci.
Strach przed „osobami o skrajnie prawicowych poglądach”, czyli polityka
Miesiąc później, czyli 13 maja mieliśmy przyjąć protokół z poprzedniego posiedzenia, omówić sprawę nagrody dla dziennikarzy Radia Gdańsk przyznawaną przez Radę Programową, a przede wszystkim przedyskutować ramówkę rozgłośni, gdyż są do niej zastrzeżenia. A przecież Rada Programowa ma doradzać, udoskonalać program Radia. Po to właśnie na posiedzenie zaprosiliśmy Dyrektor Programową RG. Jednak posiedzenie zostało zdominowane odwołaniem wybranego miesiąc wcześniej Prezydium Rady i nowymi wyborami do owego Prezydium.
Wniosek B. Dunajewskiej
Beata Dunajewska w uzasadnieniu swojego wniosku napisała, że: „Wybór dwóch przedstawicieli partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość do pełnienia funkcji w trzyosobowym prezydium Rady Programowej Radia Gdańsk stanowi przykład nadreprezentacji osób o skrajnie prawicowych poglądach”. Dodała też, że „trudny do przyjęcia jest … brak parytetów w Prezydium Rady…”. Inaczej mówiąc brak kobiety w prezydium.
Chaos PO drugich wyborach
Nie mogę tego zrozumieć, gdyż członkowie Rady Programowej RG są ludźmi wykształconymi, piastującymi różne znaczące stanowiska. Sami takie prezydium wybrali. Sami zgłaszali kandydatów. Tak się składa, że z całego 15-osobowego zespołu znałam i to bardzo pobieżnie, zaledwie dwie osoby. Osobiście nie zgłaszałam kandydatów, gdyż uważałam, że nie należy wybierać pochopnie, ale w takim myśleniu byłam chyba jedyna, więc zaakceptowałam zdanie większości i zagłosowałam zgodnie z własnym sumieniem.
Nowe wybory (osoby uczestniczące on-line nie miały prawa głosu, gdyż były to wybory tajne) wyłoniły nowego przewodniczącego, którym został Piotr Widz (wcześniej na mój wniosek sam złożył rezygnację z funkcji wiceprzewodniczącego Rady). Na wiceprzewodniczących wybrano Magdalenę Chrzanowską z poparciem Wspólnej Gdańskiej Drogi 2050 i Marcina Brodalskiego z poparciem PiS, który został tego samego dnia odwołany z funkcji przewodniczącego i powołany na wiceprzewodniczącego Rady Programowej Radia Gdańsk.
Ale jest parytet i pluralizm!
Maria Giedz,
członek Rady Programowej Radia Gdańsk w likiwdacji z poparciem SDP,
członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Muzeum Misyjno-Etnograficzne Księży Werbistów w Pieniężnie winno być obowiązkowym miejscem edukacji dziennikarzy turystycznych, korespondentów wojennych, wolontariuszy, a i misjonarzy. Dlaczego? Bo nie jest to jedynie zbiór bez mała dziewięciu tysięcy obiektów etnograficznych i ponad 600 przyrodniczych ładnie poustawianych na półkach lub czekających w magazynach na kolejne wystawy, ale zbierana przez lata kolekcja przedmiotów ukazujących pracę misjonarzy i ich codzienne życie wśród społeczeństw z 82 krajów świata.
Na dodatek prezentacja owej kolekcji, a raczej owych kolekcji jest tak przemyślana, że wprowadza zwiedzającego w przeszłość, teraźniejszość, ale i wychodzi w przyszłość świata, który chętnie krytykujemy, a którego nie znamy i którego nie zrozumiemy, o ile nie wejdziemy w jego głąb, nie poznamy jego duszy.
Należy zobaczyć
Po siedmiu latach remontów i najróżniejszych prac konserwatorskich Muzeum Misyjno-Etnograficzne Księży Werbistów w Pieniężnie ponownie udostępniono zwiedzającym. Nie jest to jedna wielka sala, a kilkanaście „boksów” czy raczej salek ze szklanymi gablotami, szafami pełnymi szuflad, tablicami wypełnionymi napisami, mapami, przepięknymi fotografiami, planszami połączonymi z elementami multimedialnymi.
Stroje ludoweKolekcja butów z całego świata
Te wszystkie elementy wprowadzają zwiedzającego w świat misji, który jest przebogaty.
Narzędzia łowieckie i broń
A cytując o. Sylwestra Grabowskiego, prowincjała Zgromadzenia polskiej prowincji, to „w Pieniężnie jest misyjne serce Polski”. Co to znaczy? Zacznijmy od początku.
Muzeum jak Warmia i świat
Zwiedzanie owej ekspozycji rozpoczyna się od historii Zgromadzenia, które jest stosunkowo młode, gdyż powstało dopiero w 1875 r. Potem są dzieje Pieniężna, ważnego miasta na Warmii – jednego z 12 miast, skąd po odpowiednich kilkuletnich działaniach formacyjnych młodzi misjonarze wyruszają w świat.
A jest to świat trudny, często niebezpieczny nie tylko z powodu klimatu, różnic wysokości, innej kultury, braku środków do życia, ale i dlatego, że trwają tam niekończące się konflikty zbrojne, takie miejscowe, nas Europejczyków niedotyczące – czyżby? A skąd biorą się rzesze migrantów, którzy nie chcą mieszkać u siebie?
Motocykl misjonarza pracującego na afrykańskiej ziemi
Wśród tej części ekspozycji można znaleźć odpowiedź na pytanie po co, w imię czego młody człowiek wyrusza w świat, do obcego kraju poświęcając się dla innych? Teoretycznie, zgodnie z podstawowym założeniem Zgromadzenia, jedzie, aby pracować tam, gdzie Ewangelii w ogóle nie głoszono albo gdzie głoszono ją w niedostatecznym stopniu lub gdzie miejscowy Kościół nie jest jeszcze zdolny do samodzielnego życia.
Biurko (sekretarzyk) misjonarza
Postronny obserwator, a zwłaszcza człowiek niewierzący mógłby powiedzieć, że misjonarz narzuca swoją religię innym ludom, a wręcz nawet swoim pobytem wśród nich zmusza ich do przejścia na chrześcijaństwo (chodzi głównie o Kościół katolicki). No cóż, większość społeczności na świecie już od dawna słyszało o Chrystusie, a przekazywanie innym Dobrej Nowiny bynajmniej nie ma nic wspólnego ze zmuszaniem do konwersji. Są kraje, w których znaczny procent społeczeństwa wyznaje inną niż chrześcijaństwo religię, a jednak ich dzieci uczą się w chrześcijańskich, najchętniej katolickich szkołach, co występuje np. w Hongkongu, w Indiach, czy wielu pozaeuropejskich krajach, o czym dowiedziałam się z autopsji.
Misjonarz w dalekim kraju
Wróćmy jednak do muzeum i do przedstawiania życia misjonarza w owym obcym kraju. I tu dowiadujemy się o szerokim spektrum działalności edukacyjnej, ale i medycznej. Otóż misjonarze prowadzą całą gamę szkół poczynając od przedszkola, poprzez szkołę podstawową do szkoły zawodowej. Często są to również szkoły średnie, a nawet uniwersytety. Zazwyczaj w większości państw szkolnictwo jest płatne, a jeśli występuje darmowe, to zaledwie kilka klas na poziomie podstawowym. Po takiej edukacji młody człowiek posiada jedynie umiejętność pisania, czytania, dodawania i bardzo niewielką wiedzę ogólną, która nie ułatwia mu wejścia w świat dorosłych.
Szkoły prowadzone przez misjonarzy teoretycznie są płatne, ale to właśnie misjonarze szukają najróżniejszych donatorów, dzięki którym biedna młodzież ma szansę na zdobycie zawodu, podniesienia swoich kwalifikacji, a tym samym już jako ludziom wykształconym pozwala na pozostanie we własnym kraju i przyczynianie się do jego rozwoju. To właśnie misjonarze edukując uczą miejscowych zakładać spółdzielnie, kooperatywy, warsztaty pracy, przygotowują do przyjmowania turystów. Ponadto otwierając szkoły często zatrudniają w nich swoich absolwentów.
Misjonarz jak lekarz i pielęgniarz
Kolejną działalnością misjonarzy jest pomoc medyczna. To dzięki nim powstają szpitale, ośrodki zdrowia, hospicja… Wielu misjonarzy przed wyjazdem do obcego kraju kończy studia medyczne. Są więc, oprócz osobami duchownymi, lekarzami, farmaceutami, pielęgniarzami…
W misyjnym ośrodku zdrowia
I o tym wszystkim „opowiada” muzealna ekspozycja. Ale to nie koniec. Misjonarz to człowiek, który potrafi słuchać i obserwować i to znacznie lepiej niż dziennikarz, bo on tam mieszka nie tydzień, miesiąc czy rok, ale kilkadziesiąt lat i wtapia się w miejscową społeczność. Żyje jak tamtejsi, jest jednym z nich, więc dla nas dziennikarzy stanowi „kopalnię wiedzy”. To oni podpatrują, jak w trudnych dla Europejczyków warunkach bytowania pozyskuje się pożywienie, czyli co się zbiera, łowi, uprawia… Jakie miejscowi ludzie mają zachowania, wyznają wartości, jakie są ich obrzędy również te inicjacyjne. Jest to przyjęcie dziecka lub młodzieńca do społeczności dorosłych, obrzędy zaślubin, obrzędy związane ze śmiercią, z pochówkiem zmarłego…
Religia codzienna
Aż sześć sal poświęcono na wierzenia, czyli jest tam zaprezentowany kult przodków – wizerunki duchów, rzeźby związane z kultem przodków. Właśnie w tych salach można dowiedzieć się o większości religii świata. Oprócz tablic informacyjnych są tam księgi, akcesoria towarzyszące modlitwie. Są też informacje dotyczące magii, zwłaszcza tej ochronnej.
Maski związane m.in. z kultem przodków
I w tym miejscu pojawia się cała gama masek, ale i fetyszy, amuletów chroniących przed nieszczęściami. Oczywiście nie brakuje eksponatów etnograficznych związanych ze sztuką chrześcijańską.
Stuły kapłanów pracujących w różnych rejonach świata
Są też ubiory, również te liturgiczne, biżuteria, zabawki dla dzieci, ale i wiele książek. Każda sala, to inny temat, inne zagadnienia. Jest sala poświęcona instrumentom muzycznym, a także sala z tablicą z magnesami, które dzieci mogą układać dopasowując teren do występujących na nim zwierząt.
Podsumowując, można stwierdzić, że muzeum w Pieniężnie jest swoistym zaproszeniem do wędrówki po życiu misjonarzy pracujących niemal na całym świecie.
Dwie instytucje: Instytut Międzymorza oraz Fundacja Promocji Solidarności, reprezentowane przez naukowców, będących jednocześnie publicystami i dziennikarzami, zdecydowały się na interesującą współpracę po to, aby Polska mogła być krajem silnym i niepodległym. Dokładnie miesiąc po objęciu rządów przez Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej i wyraźnie widocznych wprowadzanych przez owego polityka zmianach w realnym świecie, na terenie słynnej Sali BHP Stoczni Gdańskiej doszło do podpisania Listu Intencyjnego. Ideą współpracy między owymi instytucjami ma być promowanie solidarności międzyludzkiej, międzypaństwowej, a w szczególności wśród państw Europy Środkowej i Wschodniej.
Kulminacją owego wydarzenia była niezwykle interesująca debata dotycząca geopolityki obszaru Trójmorza w erze nowych wyzwań i sztucznej inteligencji. Mówiąc krócej, podjęto próbę stworzenia ruchu oddolnego, który przeciwstawi się zakłóceniom rzeczywistości tak silnie promowanym przez zachodnich polityków.
Tuż po podpisaniu Listu Intencyjnego Aleksandra Jankowska, prezes Fundacji Instytut Międzymorza wyraziła nadzieję, że obie instytucje łączy solidarność taka międzyludzka, która Polakom jest bardzo dobrze znana, ale i międzypaństwowa. – Ten sojusz państw, daje Polsce wielką siłę, ale daje też siłę państwom Europy Środkowo-Wschodniej – powiedziała.
Natomiast Wojciech Kwidziński, prezes Fundacji Promocji Solidarności dodał, że to pozytywne doświadczenie związku „Solidarność”, wielkiego ruchu, który miał wpływ na obalenie komunizmu, daje nadzieję na łączenie narodów tej części Europy i że współpraca będzie się dobrze rozwijała. Nie zabrakło też wypowiedzi trzeciego sygnatariusza Listu Michała Ossowskiego, redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, który mówiąc o roli „Solidarności” podkreślał, że wobec rosnących zagrożeń należy wyjść poza działalność typowo związkową.
Pilnować Polski
Ossowski w swojej wypowiedzi nawiązał do słów przewodniczącego NSZZ „Solidarność” Piotra Dudy, które usłyszał podczas zjazdu w Spale: „musimy pilnować Polski! Tylko my sami możemy to zrobić. Solidarność, która obaliła komunizm to nie była jakaś mityczna organizacja, to byliśmy my wszyscy, zwykli ludzie. I jeśli wszyscy będziemy działali, angażowali się w pracę dla Polski, przeciwstawiali się złu, będziemy nie do powstrzymania, tak jak nie do powstrzymania była w czasie obalania komunizmu Solidarność. Tylko musimy w to wierzyć i musimy działać”.
Podpisanie Listu, aktu prawnego było jedynie wstępem do merytorycznej dyskusji, której przysłuchiwała się spora grupa osób. Sala BHP była pełna ludzi. Wśród słuchaczy znaleźli się goście specjalni, jak Konsul Generalny Węgier Peter Kertesz i jego zastępca Otto Sipos, a także Konsul Honorowy Republiki Bułgarii w Gdańsku Jan Strawiński. Nic dziwnego, bowiem zarówno Węgrzy, jak i Bułgarzy są wyraźnie zainteresowani budowaniem z Polską, ale i z państwami byłego bloku sowieckiego strategicznych sojuszy, a także rozwojem gospodarczym, społecznym, kulturowym, naukowym, inaczej mówiąc integracją międzypaństwową i to nie koniecznie na zasadach dyktowanych przez unijnych polityków. Co wcale nie oznacza chęci „wypisanie się” z Unii.
Ta idea „pilnowania Polski” przewijała się w wypowiedziach zaproszonych do dyskusji prelegentów, a wziął w niej udział prof. Andrzej Zybertowicz, który jest też publicystą – właśnie ukazała się jego najnowsza książka „AI Eksploracja”, a jednocześnie jest doradcą prezydenta RP Andrzeja Dudy. Był też prof. Piotr Grochmalski, dziennikarz, korespondent wojenny, a także politolog związany m.in. z ASzWoj w Warszawie. Nie zabrakło również prof. Grzegorza Górskiego, prawnika, polityka, amerykanisty, założyciela Akademii Jagiellońskiej w Toruniu. W debacie uczestniczył wspomniany wcześniej red. Michał Ossowski z wykształcenia prawnik, członek Zarządu Fundacji Promocji Solidarności. Dyskusję poprowadził dr Adam Chmielecki politolog, dziennikarz, publicysta, członek Rady Programowej Instytutu Międzymorza.
Rola Polski
W tym roku mija 10 lat od powstania Trójmorza, międzynarodowej inicjatywy gospodarczo-politycznej skupiającej 13 państw Unii Europejskiej położonych w pobliżu mórz Bałtyckiego, Czarnego i Adriatyckiego. Obchody odbędą się w kwietniu. Zbliża się też zawieszenie broni w wojnie pomiędzy Ukrainą i Rosją. Pojawia się więc pytanie, które zadał zarówno sobie, jak i uczestnikom debaty moderator Adam Chmielecki – jaki będzie w tym udział Polski, jaką rolę odegra Polska i jaką pozycję Polska będzie miała po zakończeniu wojny na Ukrainie?
Rozwijając owo pytanie Chmielecki dywagował. – Trochę się obawiam, że Polska może być podwójnym przegranym. Po pierwsze dlatego, a jest to oczywiste, że Polska udzieliła największej pomocy Ukrainie w ciągu ostatnich trzech lat, w każdym wymiarze: charytatywnym, społecznym, politycznym. Myśmy mobilizowali też światową opinię publiczną w interesie Ukrainy. Jednak, teraz Polska, w mojej ocenie, znajduje się troszkę na marginesie tych wydarzeń.
Pytanie Chmieleckiego było dwuczłonowe, nawiązywało również do sytuacji jaka istnieje od miesiąca w USA, po wygranej Donalda Trumpa.
– USA dostały skrzydeł pod prezydenturą Donalda Trumpa i próbują odbudować swoje przywództwo, swoją pozycję na świecie – kontynuował Chmielecki. – Polska tak naprawdę po przełomie roku 1989 jako państwo była jednym z najbardziej proamerykańskich państw, na pewno w Europie, jeśli nie na świecie. Polskie społeczeństwo też, co do zasady, jest bardzo proamerykańskie i pojawia się pytanie, czy my nie zostaniemy z tą proamerykańskością, jak Himilsbach (Jan, aktor, pisarz, scenarzysta, ale i kamieniarz) z angielskim, mówiąc bardzo kolokwialnie. Obecne polskie władze, poza Prezydentem, sprawiają wrażenie, iż chcą być w awangardzie sprzeciwu wobec Donalda Trumpa i wszystkiego, co robią Stany Zjednoczone. Zatem mimo ogromnego wysiłku, który wykonaliśmy w ciągu ostatnich trzech lat, a tak naprawdę trzech dekad, na rzecz zacieśniania więzi transatlantyckich, pojawia się pytanie, czy nie staniemy się ofiarą obecnej sytuacji politycznej?
Zakłócanie rzeczywistości
Prof. Grochmalski mówiąc o obecnej sytuacji w Europie w kontekście i wojny na Ukrainie i szybkich zmian dokonujących się w USA uznał, że jest to próba zakłócania rzeczywistości, a jednocześnie zacierana jest diagnoza działalności Trumpa, na rzecz liderowania Niemiec i liderowania Unii Europejskiej. Podkreślał, że Niemcy środki przeznaczone na zbrojenia w rzeczywistości wydają na cele socjalne i budują narrację osi z Moskwą, z Putinem. Przed wybuchem owej wojny uzależnili się w 55 proc. od gazu z Rosji, a więc oddali się w ręce Rosji. W ten sposób oddali strategie kontrolne Rosji. Wręcz podkreślał, że całe bezpieczeństwo Europy przekazali putinowskiej Rosji. Dali też czas na to, aby Rosja zmobilizowała się.
– Przed wojną Niemcy podważyli wszystkie fundamenty bezpieczeństwa europejskiego, podkładając bombę pod całe bezpieczeństwo Europy i kusili Putina do tego typu rozwiązania – mówił Grochmalski. – Niemcy były kluczowym państwem wakującym zdolności armii ukraińskiej i próbującym dać czas Putinowi do tego, aby on znalazł odpowiedź strategiczną na katastrofę, do której się dopuścił. Bo okazało się, że Rosja nie była przygotowana do długotrwałej wojny. Po klęsce w pierwszej fazie, wystarczyło zadać Putinowi zdecydowany cios. Gdyby w tym czasie doszło do tego, co zrobili Polacy, a więc duże dostawy nowoczesnego sprzętu, dotyczyło to także Bidena i Scholza, to Rosja byłaby w sytuacji dramatycznej. Jednak dano czas, aby się Rosja zmobilizowała i uruchomiła wszystkie swoje zasoby do długotrwałej wojny.
A Polska? – staliśmy się kluczowym państwem, ale po dojściu do władzy Donalda Tuska wszystko się zmieniło. – Zdjęcie Tuska (z ręką w kształcie pistoletu wycelowanego w plecy Trumpa) symbolizuje uległość Tuska wobec Niemiec. Grochmalski podkreślał, że ocena amerykańska jest jasna. I zadał pytanie – czy Europa traci siebie? Co mamy bronić, kiedy dzisiaj wielkim zagrożeniem społeczeństw europejskich jest sama Unia? Po czym konkluduje, że – bez Ameryki Europa nie może sobie zapewnić bezpieczeństwa. Obecne rokowania Trump – Rosja nie mają wsparcia ze strony Unii, a raczej Unia je hamuje. Unia nie ma możliwości dokonania wewnętrznej rewolucji Unii, a Trójmorze nie ma możliwości zahamowania rozpadu Unii. Unia zmierza do katastrofy.
Polska kluczowym elementem wschodniej flanki
Zdaniem prof. Górskiego Europa (chodzi o Unię i Europę Zachodnią) zaczyna być drugorzędnym partnerem w rozmowach o przyszłość świata, co zaczynamy już zauważać. Nie ma Europy, nie ma partnera. A dużym prawdopodobieństwem jest to, że obecny sposób postrzegania sytuacji w Europie, ale i na świecie przez amerykańską administrację potrwa kolejne 12 lat. Prof. Górski zastanawiał się nad tym jak postrzegają nas Amerykanie? I daje odpowiedź.
W dłuższym scenariuszu Polska jest i będzie kluczowym elementem wschodniej flanki NATO i pogranicza z Rosją. I to niezależnie od tego jak te stosunki z Rosją będą się układały, czy będą lepsze, czy gorsze.
– W każdym wariancie, biorąc pod uwagę to, czego po stronie amerykańskiej nie brakuje, a więc tego, że Rosja nie jest partnerem długofalowym, Amerykanie muszą mieć twardy punkt oparcia, który będzie czynnikiem kontrolującym potencjalne zagrożenia płynące z takiego konfliktu. A to określa nasze miejsce w dłuższej perspektywie jako znaczącego, poważnego amerykańskiego alianta. Przyjęcie Szwecji i Finlandii do NATO zwiększa rolę Polski. – stwierdził Górski. Dodał też, że to co dzieje się, co obserwujemy po 13 grudnia 2023 r. jest rujnowaniem wcześniejszego dorobku. Te nierozważne działania mogą mieć złe konsekwencje.
Suwerenność intelektualna
Prof. Zybertowicz uważa, że rozwiązaniem dla Polski jest działanie oddolne. Nie musimy rezygnować z przynależności do UE, ani przejmować się, że Unia się skończy. Ale możemy sami prowadzić integrację. – Problemy winny być rozwiązywane na najniższym poziomie, a nie jak w Unii, gdzie wszystko ma być uzgodnione.
Profesor bardzo podkreślał wagę suwerenności intelektualnej. Jako przykład przytoczył wypowiedź Klausa Schwaba, niemieckiego inżyniera i ekonomistę, założyciela Światowego Forum Ekonomicznego, który na konferencji w Dubaju stwierdził, że „nie wszystko rozumie co zostało wypowiedziane, (ale nie ma to znaczenia), gdyż to my kształtujemy przyszłość”. Dzięki sztucznej inteligencji (AI) wszystko będzie rozwiązane i ludzie pokroju Schwaba nadal będą należeć do elity.
– Gdy kończył się feudalizm, a zaczynał kapitalizm, to bardziej inteligentni przedstawiciele arystokracji potrafili tak przekształcić zasoby, aby dalej należeć do elitarnej części społeczeństwa. Ale obecny kierunek sztucznej inteligencji jest taki, że nie można zagwarantować tego, że te systemy będą się rozwijały pod naszą kontrolą. Ich rozwój nie spełnia podstawowych standardów inżynierskich, które zawsze zawierają wymogi bezpieczeństwa. Jeśli te systemy będą się rozwijały tak jak miało to miejsce od ostatnich trzech lat, to jest kwestią czasu, kiedy nikt nad nimi nie będzie miał kontroli. Elity się na tym osiągnięciu technologicznym przejadą. One liczą, że dzięki sztucznej inteligencji wzbogacą nawet najbiedniejszych, a sobie zagwarantują skuteczne narzędzie kontroli nad światem, ale mogą się na tym przejechać – stwierdził Zybertowicz.
Potrzeba integracji
Komunizm nie narodził się w Brukseli tylko w sowieckiej Rosji. Kiedy upadł Związek Sowiecki wydawało się, że wraz z jego upadkiem zostanie pogrzebana idea komunizmu. Jednak zaczęła się odradzać, głównie w krajach zachodnich.
– Dzisiaj mamy do czynienia z Unią Europejską, która co raz częściej odwołuje się do idei marksistowskiej, a co raz rzadziej do wartości chrześcijańskich. Europa Środkowa nie jest tak skażona tą ideą, bo my to znamy. Stąd rozdźwięk pomiędzy Europą Zachodnią a Europą Środkowo-Wschodnią. Państwa Europy Zachodniej nie rozumieją idei komunistycznej, a ich społeczeństwa jest łatwo do niej przekonać. Od lat 70. (ubiegłego stulecia) Niemcy szukają współpracy z Rosją i dzisiaj Europa zachodnia jest w znacznej mierze prorosyjska. Sceptycznie nastawione do Rosji są państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Mamy zatem różne interesy. Nasza część Europy nie chce współpracy z Rosją i obawia się jej. Ten podział Europy był widoczny chociażby w czasie wojny na Ukrainie, kiedy to nasza część Europy szybko pospieszyła temu krajowi z pomocą, z czym z kolei ociągała się zachodnia Europa – która zresztą pośrednio do tej wojny doprowadziła, między innymi za sprawą prowadzenia gospodarczych interesów z Rosją, takich jak choćby Nord Stream i Nord Stream 2 – mówił red. Ossowski.
Jego zdaniem Europa Środkowo-Wschodnia potrzebuje integracji, ale jest to bardzo trudne, gdyż nie mamy żadnego wsparcia, ani ze wschodu, ani z zachodu. Poza tym nie jest to na rękę wielu ośrodkom Europy Zachodniej.
– Amerykanie są w stanie dać pewną gwarancję stworzenia przeciwwagi dla osi Berlin – Moskwa i zapewnić warunki potrzebne do tego, aby państwa Europy Środkowo-Wschodniej mogły się rozwijać i być silne. Współpraca z USA i realizacja idei Trójmorza to polska racja stanu, podobnie jak polską racją stanu jest pozostawanie w strukturach Unii Europejskiej – dodał Ossowski.
Przywrócić świat realny
Ideały „Solidarności” to nie tylko obrona pracowników, walka o wolne soboty – dzisiaj broni się wolnych niedziel, prawa do godnego wynagrodzenia, wolności słowa, ale to przede wszystkim obrona wolności, wartości chrześcijańskich, sprzeciw wobec utopii Zielonego Ładu, który jest zaprzeczeniem istoty Unii Europejskiej (przecież Unia opierała się na Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali) … i właśnie to czyni ten związek wyjątkowym. Ossowski mówił też na temat rozwarstwienia społecznego, któremu „S” sprzeciwia się. Wspominał o zagrożeniach dla naszej gospodarki, o projekcie 15-minutowych miast (utopia; sposób na kontrolowanie społeczeństwa; ograniczanie wolności).
Prof. Zybertowicz zauważył, że „pilnowanie Polski” nie polega na ciągłym krytykowaniu się nawzajem, czy potępianiu przeciwników, ale na znalezieniu sposobu rozmowy ze sobą. Kryzys w świecie zachodnim został wywołany przez media cyfrowe. Zniszczono komunikację międzyludzką. Organizujmy się więc i powiedzmy jakich wartości chcemy bronić? Relacje między państwem a biznesem przyczyniły się do zniszczenia ideologii łacińskiej. Psychicznie zostaliśmy uzależnieni od smartfonów. Nie czytamy książek. Została zniszczona przestrzeń komunikacyjna.
Prof. Grochmalski zwrócił też uwagę na przekraczanie granicy człowieczeństwa przez sztuczną inteligencję. – Nie mamy żadnej wiedzy o tym jak ludność może zapanować nad megasztuczną inteligencją.
Oczywiście są i pozytywne strony AI, ale niestety przeważają zagrożenia, między innymi z powodu spadku poziomu intelektualnego społeczeństw. Technoentuzjastyczne podejście do tego, że technologia rozwiąże za nas wszystkie problemy jest drogą do całkowitego pogrążenia nas. Prelegenci byli niemal zgodni, że technoentuzjazm, to najgroźniejsza ze współczesnych ideologii. Stąd zrodził się pomysł na przywracanie świata realnego. Proponowanie młodym ludziom form survivalowych, ćwiczenia w izolacji cyfrowej, uczenie się przemieszczania w razie kryzysu bez urządzeń cyfrowych. Niestety, jak na razie, człowiek nie ma szans na pokonanie sztucznej inteligencji, mimo że nie we wszystkich dziedzinach jest ona doskonała. Jedynym co można zrobić, to powrócić do świata realnego, zawiązywanie silnych więzi międzyludzkich, międzynarodowych.
Serię debat jubileuszowych roku 2025 w Archidiecezji Gdańskiej rozpoczęło spotkanie z dziennikarzami i przewodnikami. „Prawda to podstawowe kryterium rzetelności w mediach, dziennikarz musi do niej dążyć i ją przedstawiać. Wielu z nas traktuje swój zawód jak powołanie, więc staramy się zawsze być wierni prawdzie” – mówiła prezes SDP Jolanta Hajdasz. Spotkanie odbyło się 26 stycznia a jego inicjatorami byli biskup Piotr Przyborek i ks. Mateusz Tarczyński, redaktor naczelny gdańskiej redakcji tygodnika Gość Niedzielny.
Okazją do spotkania był trwający w kościele katolickim Rok Jubileuszowy 2025 oraz 100. rocznica powstania Archidiecezji Gdańskiej. Termin też nie był przypadkowy – zbiegał się z obchodzonym 24 stycznia Światowym Dniem Środków Społecznego Przekazu. Przed dyskusją w Archikatedrze w Oliwie została odprawiona uroczysta Msza św. pod przewodnictwem ks. bp Piotra Przyborka, biskupa pomocniczego archikatedry gdańskiej, a po niej w Auli Jana Pawła II odbyła się debata pod hasłem „Pielgrzymi nadziei”.
Słowo – nieść dobrą nowinę
W swojej homilii biskup Piotr Przyborek, nawiązując do słów Ewangelii o niesieniu Dobrej Nowiny, zastanawiał się nad znaczeniem „słowa”, mówił o tym, jak jest ważne uświadomienie sobie tego, co chce się przekazać wypowiadając dane słowa. Ks. dr Adam Jeszka, konsultor Rady ds. Turystyki i Pielgrzymek KEP wyjaśniał znaczenie znaków pielgrzymich i omówił dynamiczny rozwój i stale rosnąca popularność szlaków św. Jakuba w Europie.
„Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana”. Biskup Piotr Przyborek podkreślił, że ten fragment Ewangelii czytany w tę konkretną niedzielę w kościołach ukazuje, jak wielką moc ma słowo.
Dwóch ministrantów
„Słowem można człowieka zniszczyć albo go dźwignąć” – powiedział biskup. Przypomniał dwa zdarzenia sprzed wielu lat, kiedy to dwóm różnym ministrantom w dwóch różnych krajach upadła ampułka i roztrzaskała się. Jeden z nich usłyszał od kapłana słowa nagany: „idź stąd i więcej nie wracaj”, a do drugi został potraktowany z wielką wyrozumiałością.
Pierwszy chłopiec to Josef Bros Tito, późniejszy dyktator komunistycznej Jugosławii, który tak silnie przeżył owe zdarzenie, że odszedł i nigdy już nie wrócił do Kościoła, a po latach stał się dyktatorem narodów bałkańskich. Ten drugi ministrant to późniejszy kardynał Fulton Sheen, który w tej opisywanej sytuacji usłyszał słowa :„ty zajmiesz kiedyś moje miejsce”. Ten chłopiec został kapłanem, a potem świętym. „Może więc dobrze jest, nawiązując do opowieści Sokratesa o trzech sitach, przesiewać słowa przez sito pytając siebie czy to jest prawdziwe, co chcę powiedzieć, czy to jest ważne i czy to jest dobre? – pytał biskup i radził by słowa, zwłaszcza te negatywne, wymawiać bardzo ostrożnie a najlepiej w ogóle ich nie używać.
Dziennikarz i przewodnik
Ks. Mateusz Tarczyński zastanawiał się nad tym co łączy pracowników mediów z przewodnikami PTTK? Duchowny dowodził, że jedni i drudzy starają się uchwycić i pokazać prawdę – media o zaistniałych faktach, przewodnicy o dziedzictwie kulturowym i historii. Słowo jest również znakiem. A czym są znaki i po co są? „Znaki mogą nas odsyłać do innych obiektów lub zjawisk” – wyjaśniał ks. Adam Jeszka.
Fasada oliwskiej katedry
„Odsyłają do czegoś innego w sposób bezpośredni i naturalny”. Znakiem jest muszelka na drodze do grobu św. Jakuba. Znak to również drogowskaz, informacja. Znaki mają też znaczenie symboliczne, jak chociażby dwie skrzyżowane ze sobą linie tworzące krzyż.
Symbole
I właśnie na przekazywaniu prawdy skupiła się prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz. Jej wystąpienie „Głosić prawdę i nieść nadzieję” skoncentrowało się na wyjaśnieniu, czym jest prawda dla dziennikarzy, na czym polega jej odkrywanie i jakie zagrożenia czyhają na dziennikarzy w ich pracy we współczesnych mediach?
„To bardzo trudne, zwłaszcza w Polsce, gdy mamy do czynienia z zawodem tak otwartym. W dzisiejszych czasach niemal każdy chce pokazać, że ma rację. I na dodatek chce coś przekazać niezależnie od tego, czy inni chcą tego słuchać, czy nie” – mówiła Hajdasz.
Aby świadomie nie kłamać
Wielu dziennikarzy nie wszystko może powiedzieć, ale to przecież dziennikarze odkrywają prawdę. Jan Paweł II mówił: „najważniejsze, żebyście świadomie nie kłamali”.
Prezes SDP zwróciła uwagę na ogromne wyzwania dziennikarskie w XXI wieku. „Najbardziej wartościowe rzeczy w naszej pracy powstają poprzez uprawianie czegoś co nazywamy dziennikarstwem tożsamościowym, czyli wykonywaniem zawodu nie tylko dla pensji i honorarium , ale także, a czasem – przede wszystkim – z pasji i dążenia do ukazania prawdy, co robi się poza godzinami pracy, z pasji, z chęci rozwijania zainteresowań i szukania prawdy, np. chcemy np. opisać jakiś mało znany, a unikatowy obiekt architektoniczny, albo pokazać historię ludzi, którzy nigdy wcześniej jej nie opowiadali” – podkreśliła Jolanta Hajadasz.
Debata podczas spoktania: (od lewej) ks. dr Maciej Kwiecień, ks. dr Adam Jeszka, prezes SDP dr Jolanta Hajdasz
Jej zdaniem kwintesencją dziennikarstwa jest odkrywanie prawdy o otaczającym nas świecie. Prezes SDP przytoczyła też słowa papieża Franciszka wypowiedziane w orędziu na 59. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, który przypadł 24 stycznia 2025 r.: „Dzielcie się z łagodnością nadzieją, która jest w waszych sercach”.
Odkrywanie prawdy
We wspólnej debacie, której moderatorem był ks. dr Maciej Kwiecień, rzecznik archidiecezji gdańskiej, redaktor naczelny gdańskiego oddziału sieci „Radia Plus”, padło sporo pytań związanych z życiem w prawdzie i jej głoszeniem. Prezes SDP mówiła m.in. o podświadomym przekazie, zwłaszcza tym wizualnym, z czego większość osób nie zdaje sobie sprawy. „Twierdzą, że nikogo nie słuchają, że sami sobie radzą w odkrywaniu prawdy, bo np. nie oglądają telewizji, a wszelkie wiadomości uzyskują w Internecie. Tylko nie wiedzą, że ktoś po coś tę informację w tym Internecie zamieścił i nie musi być ona prawdziwa, chociaż taką się wydaje” – ostrzegała. „Proponuje, aby szukać tych mediów, w których nie przeważa interes korporacyjny. O niektórych mass mediach mówi się, że są niezależne, ale ważne jest, jak dane medium odnosi się do kodeksu dziennikarskiego” – wskazywała Hajdasz.
Uczestnicy spotkania dziennikarzy i przewodników turystycznych w aulii Jana Pawła II na terenie gdańskiej kurii
„No i kolejna sprawa – każde medium ma właściciela, który ma wpływ na to co się przekazuje, np. pod kątem kampanii wyborczej. Czyli, zgodnie z zasadą <<czyje media tego przekaz>>”. Czy może znaleźć się coś krytycznego na temat samorządowców i piśmie wydawanym przez samorząd? Jest to taka naturalna cenzura” – mówiła Hajdasz podkreślając, że media pełnią ważną rolę, ale mnóstwo ludzi chce za ich pośrednictwem nas oszukiwać.
„Modelem optymalnym jest oglądanie wielu stacji, [korzystanie z wielu mediów – red.], ale nie każdy ma na to czas” – podkreśliła prezes SDP.
Tradycyjnie członkowie Oddziału Gdańskiego SDP spotkali się, aby przełamać się opłatkiem, złożyć sobie noworoczne życzenia, pobyć ze sobą, powspominać czasy, kiedy to pracowaliśmy w licznych na Wybrzeżu redakcjach i chociaż ze sobą konkurowaliśmy, to wszyscy się nawzajem szanowaliśmy.
Kiedyś było nas dużo, ale znaliśmy się i lubiliśmy się. Dzisiaj wybrzeżowe środowisko dziennikarskie jest bardzo okrojone, została nas garstka – zaledwie kilkadziesiąt osób. Większość z nas zostało zmuszonych do traktowania dziennikarstwa jako hobby, czy wolontariat, gdyż nie ma dla nas pracy. Redakcje zlikwidowano, uszczuplono albo nasze miejsca zajęli ludzie przypadkowi. Wielu z nas utrzymuje się z najróżniejszych dorywczych robót, bo, mimo że część z nas jest jeszcze ludźmi młodymi, że ma świetne wykształcenie i dobry staż zawodowy, to nie dostanie żadnej pracy, gdyż ma trefne nazwisko. Jakoś to nam nie przeszkadza i nie stronimy od siebie. Chcemy się spotykać i jesteśmy dumni z przynależności do SDP. Nie wszyscy przyszli na nasze noworoczne spotkanie. Jednak udało się zebrać grupę czterdziestu osób.
Prezes naszego oddziału, Janusz Wikowski, który jest jednocześnie przewodniczącym GKR SDP, zadbał też o to, aby każdy z nas czuł się doceniony, ważny. Ponadto zajął się organizacją spotkania w sali restauracji Cała Naprzód. Lokal z pięknym widokiem położony jest nad samą Motławą, w dawnych czasach będącą główną arterią, wzdłuż której tętniło życie Gdańska.
Oczywiście nie zapomnieliśmy o Kolegach, którzy w minionym roku odeszli od nas. Zmówiliśmy za nich krótką modlitwę.
Potem Janusz Wikowski przekazał życzenia od dr Jolanty Hajdasz, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a także członków Zarządu Głównego SDP. Zarząd reprezentowała Maria Giedz, która jest jednocześnie członkiem Oddziału Gdańskiego. Życzenia otrzymaliśmy także od kolegów, którzy z różnych powodów nie mogli dotrzeć na nasze spotkanie, w tym od Macieja Łopińskiego, Andrzeja Liberadzkiego, Jana Jakubowskiego, Włodzimierza Szymańskiego, a także od Tadeusza Knade, gdańskiego dziennikarza, który wiele lat temu został zmuszony do życia na emigracji.
Prezes Wikowski przypomniał nam, że to my dziennikarze mamy ważną misję do spełnienia, szczególnie w okresie jawnego, bezpardonowego łamania prawa przez trzy władze (ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą), a także – niestety przez, jak to się mówi „czwartą władzę”, w tym przypadku redaktorów neo-mediów.
– Nasze Stowarzyszenie poprzez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP twardo broni dziennikarzy, protestuje przeciwko łamaniu prawa, ograniczaniu przez władzę prawa społeczeństwa do informacji, przeciwko likwidacji przez rząd mediów publicznych, opowiada się za pluralizmem w mediach. I twardo mówi: STOP CENZURZE! – podkreślił Janusz Wikowski.
– To są tematy i problemy, których skutki odczuwamy i nie powinniśmy poddawać się w walce o nasze prawa i być tą rzeczywistą, skuteczną CZWARTĄ WŁADZĄ, z którą – jak sądzę – społeczeństwo wiąże – jak w latach 80., 90. XX w. – wielkie nadzieje. A zatem, jak nazwa tej restauracji – CAŁA NAPRZÓD!!!!” – kontynuował Wikowski.
– Dzisiaj spotkamy się tradycyjnie, na początku roku, aby poczuć się silnymi razem w kolejnym roku działania stowarzyszeniowego oraz w pracy zawodowej i walce o niezależność mediów i prawa do publikacji – dodał Wikowski.
Wśród nas byli nasi mistrzowie, redaktorzy naczelni, współtwórcy prasy gdańskiej i to jeszcze od tej podziemnej, a nawet i wcześniejszej jak: Edmund Szczesiak, Tadeusz Woźniak, Barbara Madajczyk, Edmund Krasowski, Stanisław Danielewicz. Był też Maciej Wośko niezłomny redaktor prasy dawniej gdańskiej, teraz ogólnopolskiej, znany z nietuzinkowych opinii prezentowanych w mediach niezależnych od koalicji 13 Grudnia. Był również z nami Krzysztof Kurkiewicz, członek Naczelnego Sądu Dziennikarskiego SDP. Mieliśmy też gości z zewnątrz: Jerzego Modela, prezesa Oddziału Morskiego SDRP, a także Bogusława Olszonowicza, wiceprezesa Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy i jednocześnie przewodniczącego Rady Programowej Telewizji Gdańskiej, który jak zawsze przyszedł z gitarą, aby akompaniować wspólnym śpiewom kolęd.
Nasze spotkanie zaczęliśmy po katolicku, chociaż nie każdy z nas jest praktykującym katolikiem, ale jakoś nikomu to nie przeszkadza, gdyż wiemy, że historycznie Polska związana jest z Kościołem katolickim. Ks. Jarosław Brylowski, nasz kolega i członek SDP, a jednocześnie proboszcz parafii pw. Bł. Księdza Jerzego Popiełuszki w Ełganowie, publicysta historyczny, m.in. autor tłumaczenia Ewangelii głoszonej przez Ireneusza z Lyonu poświęcił opłatki, którymi się dzieliliśmy, jednocześnie składając sobie życzenia.
A potem była biesiada, rozmowy towarzyskie, ale i poważne dyskusje o sprawach stowarzyszeniowych, o niezależności dziennikarskiej, o naszych prawach zawodowych. Rozeszliśmy się do domów z nowymi pomysłami i nadziejami na lepsze jutro.
Siostra Pia i Siostra Jadwiga, franciszkanki rodem z Polski, a dokładnie z podwarszawskich Lasek, to dwie przeciwności. Tworzą wspaniały duet wspomagany przez miejscowe zakonnice. Dzieciaki je uwielbiają i chodzą „jak w zegarku” bardzo ciężko pracując, chociaż są ociemniałe. Prowadzona przez owe siostry szkoła, w których uczy się 190 dzieci jest najlepszą szkołą w Rwandzie. Wygrywa konkursy ortograficzne, literackie, ale i matematyczne. Tutejsi uczniowie to olimpijczycy, „biją na głowę” wszystkie rwandyjskie dzieci, a nawet wygrywają mecze piłki nożnej i ręcznej, czemu z wielkim zapałem kibicuje S. Jadwiga. Nie wspomnę już o szkolnym chórze. Taką muzykę można usłyszeć w najlepszych filharmoniach świata, a wykonują ją niewidzące dzieci ze szkoły w Kibeho.
Zapewne owe zakonnice nie są zadowolone z moich pochwał, bo to przecież ich codzienna praca i powołanie, a że trafiły na podatny grunt, to miały szczęście. Kiedy odwiedziłam ich klasztor i szkołę doznałam szoku. Kompleks budynków posadowiono na zachodnim zboczu sporego wzniesienia zwanego Uwimfizi skąd rozciąga się piękny widok na dolinę i zbocze kolejnego wzgórza, kilkaset metrów za kościołem parafialnym, tym samym, w którym w ramach wojny domowej w 1994 r. spalono 25 tys. osób, mieszkańców Kibeho. Mimo, że kościół został pięknie odbudowany i mógłby służyć mieszkającym w okolicy wiernym, jest zamknięty od lipca 2024 r. – taką decyzję wydały władze państwowe. Ponoć dlatego, że nie ma przy nim parkingu i toalety. Owa decyzja dotyczy ponad pięciu tysięcy kościołów (chodzi o budynki) różnych wyznań, w tym 1500 katolickich rozmieszczonych w całej Rwandzie.
Wróćmy jednak do szkoły. Zobaczyłam w niej roześmiane, szczęśliwe twarze dzieci, chociaż takie trochę nieme, bo z „martwymi” oczami. Bałam się tego spotkania i niepotrzebnie. Dzieci rzeczywiście nie patrzą w oczy do czego nie jestem przyzwyczajona, ale ich chęć przekazania mi swojej wiedzy – a dobrze przygotowały się do spotkania – była niesamowita. Otoczone miłością ukazywały wszystkie swoje najlepsze cechy.
Dzieci śpiewające powitalną piosenkę po polsku. Fot. Maria Giedz
Witamy w naszej szkole
Dwójka młodych ludzi, chłopak o imieniu Jean Paul, przewodniczący samorządu szkolnego oraz dziewczyna Pamela, przewodnicząca grupy dziewcząt czekali na mnie przy wejściu do budynku. Zaprowadzili do klasy, w której siedzieli już inni uczniowie. Wszyscy byli podekscytowani gościem z Polski. Sylwia na tę okazję włożyła piękną niebieską sukienkę. Nikt nie krzyczał, nie było wygłupów. Traktowali spotkanie poważnie chociaż mieli zaledwie po kilkanaście lat. Dopiero, kiedy im zadałam pytanie zaczęli mówić i to po kolei, spokojnie. Takiej szkoły jeszcze nie widziałam. Odnosiłam wrażenie, że jestem w szkole wyjątkowo elitarnej, gdzie ogromny nacisk kładzie się nie tylko na przekazywanie wiedzy, ale na dobre wychowanie, szacunek dla innych, myślenie z wyobraźnią. A przy tym panuje radosna atmosfera. Tego w polskich szkołach, zwłaszcza tych miejskich, już nie ma.
Pamela, przewodnicząca samorządu dziewcząt opowiada o kółku dziennikarskim. Fot Maria Giedz
Pamela wstała i lekko się uśmiechając, spokojnym głosem mówiła o różnych codziennych zajęciach. Opowiadała o szkole z przejęciem, miłością. Odnosiłam wrażenie, że opowiada o swojej ukochanej rodzinie, której życie przynosi zarówno radości, jak i smutki. Jej oczy były zwrócone gdzieś w bok, ale jej twarz wyrażała emocje. Kiedy opowiadała o sprzątaniu, praniu, odrabianiu lekcji, a nawet o pracy (śpiewaniu) w chórze czyniła to w sposób naturalny, bo to takie czynności dnia codziennego. Jednak, gdy zaczęła mówić o kółku dziennikarskim jej tembr głosu się zmienił. Chyba w przyszłości chciałaby zostać dziennikarzem. Opowiadała jakie winny być informacje, co interesuje społeczność szkolną, a więc: wiadomości ze świata, sport, newsy, rozrywka, plotki, własne podwórko. Dowiedziałam się, że zarówno ona, jak i jej koledzy z kółka dziennikarskiego szukają różnych wiadomości m.in. w komputerze, a potem przekazują innym. Starają się, aby były prawdziwe, a nie zmyślone, fikcyjne, naciągane…
Jej koleżanka Sylwia, ubrana w piękną niebieską sukienkę, a także kolega Jean de Dieu wspominali o egzaminach na zakończenie szóstej klasy. Takie egzaminy muszą zdać wszyscy uczniowie w Rwandzie o ile chcą kontynuować naukę w szkole średniej (odpowiednik naszego gimnazjum). Oboje podkreślali jak ważny jest to egzamin, że jego poziom jest niezwykle wysoki i ile wyrzeczeń musi ponieść uczeń, aby go zdać. Nie zabrakło też pochwalenia się, że to właśnie ich szkoła jest najlepsza w całym okręgu. A tak przy okazji dowiedziałam się, że Sylwia wzięła udział w konkursie literackim, który odbył się w Kigali, stolicy Rwandy. Startujące w konkursie dzieci z 300 szkół w Rwandzie przygotowały nieduże formy literackie w dwóch językach, w kinyarwanda i po angielsku. Sylwia w tym konkursie zajęła pierwsze miejsce.
Sylwia na spotkanie z gościem z Polski włożyła piękną niebieską sukienke. Fot Maria Giedz,
Inny uczeń, zafascynowany nowinkami technicznymi, opowiadał o specjalnym urządzeniu Orbit Reader 20 dzięki któremu można czytać książki za pomocą karty SD, robić proste notatki, połączyć się Bluetooth’em czy USB z różnymi urządzeniami, aby serfować w internecie, pisać i wysyłać maile… Był bardzo przejęty, z zapałem wystukiwał na owym urządzeniu różne znaki, pozwalające tworzyć zdania i całe teksty. Jednak nie dodał, że owo urządzenie kosztuje prawie 700 dolarów i że dba o nie wyjątkowo, ani że to dzięki tej pomocy wygrał skomplikowany konkurs z przedmiotów ścisłych. A w konkursie tym uczestniczyło 120 rwandyjskich szkół.
Tak można by opowiadać jeszcze długo. Spośród tych opowiadających wyróżniała się spokojna, zrównoważona Benoit, która jest albinoską, czyli ma biały kolor skóry, notabene bardzo delikatnej i wrażliwej na słońce. Zupełnie się tym nie przejmuje. Fascynuje ją biologia i chemia, a więc rośliny, zwierzęta, a także procesy chemiczne zachodzących w żywych organizmach. Jej marzeniem jest zostać nauczycielką. Życzę jej tego z całego serca.
Wszystkie te informacje o egzaminach, konkursach, olimpiadach, rozgrywkach sportowych poruszane są na kółku dziennikarskim a następnie opracowane w formie lokalnych wiadomości przekazywanych głosowo.
Jeden z uczniów prezentuje urządzenie do czytania Orbit Reader 20. Fot. Maria Giedz
Na szkolnym podwórku
Było sobotnie popołudnie. Teoretycznie czas wolny. Część dzieciaków czekała w kolejce do fryzjera. Włosy Afrykańczyków są skomplikowane, gęste, pokręcone. Dla higieny najlepiej obcinać je na krótko, więc jeden z wykładowców na jakiś czas zamienia się w fryzjera. Co ciekawe żadne dziecko nie miało komórki i to nie dlatego, że nie widzi czy jest biedne. Telefony w Rwandzie są bardzo popularne, ale służą do rozmowy i wysyłania SMS-ów. W szkołach dzieci nie używają telefonów. A jeśli jest to szkoła z internatem, jak chociażby ta, to telefon jest dostępny jedynie w sobotę, aby dziecko mogło zadzwonić do rodziców. Oczywiście zdarzają się sytuacje wyjątkowe.
Śpiewające dzieci, a w tle suszące się na krzakach mundurki. Fot. Maria Giedz
Dzieci towarzyszą mi nieodłącznie i te mniejsze i te starsze. Nie podchodzą zbyt blisko, jak te spotkane przypadkowo na ulicy, które potrafią przybiec, przytulić się, poprosić o pogłaskanie. Tutejsze czekają na akceptację, na mój ruch, ale czują obecność drugiego, innego człowieka. Chcą usłyszeć mój głos, nawet jeśli nie rozumieją co do nich mówię, chociaż wszystkie posługują się biegłą angielszczyzną, znacznie lepszą niż moja, i jest to ich drugi, a czasem i trzeci język. Narodowym językiem Rwandy jest kinyarwanda, a czasem tych osób, które przeniosły się z Konga, czy innego ościennego kraju – suahili.
Zaczęło się od służby niewidomym
Pomysł założenia „Lasek” w Rwandzie w 2006 r. i to w Kibeho, jedynym uznanym przez Kościół sanktuarium maryjnym w Afryce, wyszedł od franciszkanki z podwarszawskich Lasek, Siostry Rafaeli Nałęcz, która zmarła w Kigali w 2016 r. Była to pierwsza szkoła dla dzieci niewidomych i niedowidzących w Rwandzie. Obecnie są już trzy. Przy jej powstaniu pomagało polskie MSZ. Dzieci uczą się w niej przez 12 lat. Najpierw przez 6 lat w szkole podstawowej, potem przez 3 lata w niższej szkole średniej (odpowiednik gimnazjum) i przez kolejne 3 lata w wyższej szkole średniej. Do tej szkoły uczęszczają dzieci od 6 roku życia do 24. Zdarza się też, że niektórzy uczniowie zaczynają edukację w wieku szesnastu lat, bowiem w Rwandzie dzieci niepełnosprawne mają utrudniony dostęp do szkoły, zwłaszcza jeśli mieszkają gdzieś w górach daleko od drogi. Poza tym większość szkół jest płatna, również ta prowadzona przez siostry franciszkanki, ale akurat w tej szkole czesne jest niskie, mimo że jest to szkoła z internatem. Ponadto istnieją też ofiarodawcy (darczyńcy) z Polski, z USA…, dzięki którym najbiedniejsze dzieci mogą uczyć się za darmo. Większość lekcji prowadzona jest w języku angielskim. Do wojny w latach 90. ubiegłego stulecia językiem nauczania, oprócz kinyarwanda, był francuski – to pozostałość po kolonii belgijskiej. Po wojnie, nowe władze wprowadziły do szkół język angielski. Francuski pozostał jedynie w kręgach kościelnych. Posługują się nim wszyscy duchowni katoliccy i większość zakonnic.
Ociemniali uczniowie pracujący przy komputerze. Fot. Maria GiedzZajęcia w klasie komputerowej. S. Pia przygląda się jak S. Jadwiga pracuje z uczniem. Fot. Maria Giedz
Szkoła dla dzieci ociemniałych w Kibeho znana jest nie tylko w Rwandzie, ale i niemal w całej Afryce. Uznawana jest za najlepszą. Na przykład w tym roku uczeń o imieniu Jean de Dieu, zdając egzamin kończący gimnazjum, notabene posługujący się alfabetem Braille’a, zajął piąte miejsce spośród 130 tysięcy uczniów z całego kraju.
U nas w Polsce nie uświadamiamy sobie, ile pracy, wyrzeczeń, poświęceń muszą włożyć rwandyjscy uczniowie, aby zdobyć wykształcenie. Dzieci z wiejskich gminnych szkół, do których mogą codziennie dojść, mają lżej, ale też poziom nauczania jest zdecydowanie niższy, a i nie obejmuje osób niepełnosprawnych.
Życie „jak w zegarku”
Nauczycielami są zarówno zakonnice, jak i osoby świeckie. Wśród nich są też absolwenci tej właśnie szkoły – sześciu nauczycieli ma problemy ze wzrokiem. Są osobami niewidzącymi i niedowidzącymi.
Siostra Jadwiga opowiada o zawartości biblioteki. Wśród książek jest też literatura polska. Fot. Maria Giedz
Każdy dzień zaczyna się pobudką o 5:30. Pomiędzy godziną 6 a 7 jest nauka własna, czyli można się przygotować do zajęć, dokonać ostatnich poprawek na pracach domowych. Dopiero potem jest śniadanie. Lekcje rozpoczynają się o godz. 8 i trwają do godz. 17 z godzinną przerwą na obiad (w niektórych szkołach zajęcia w niektóre dni trwają do 20). Wieczorem, po kolacji jest jeszcze odrabianie lekcji, czytanie książek… Szkoła posiada własną bibliotekę. Większość książek siostry drukują na miejscu, gdyż są wydawane w zapisie Braille’a. Mimo, że papier do zapisu Braille’m jest bardzo drogi, to wewnętrzy druk takiej książki jest tańszy od książki kupionej i sprowadzonej z zagranicy. Dzieci korzystają również z audiobooków, ale posługują się także komputerami. Mają w nich zamontowane programy, które zamieniają tekst pisany na tekst czytany na głos.
Towarzyski mecz piłki ręcznej chłopców niewidzących i słabowidzących, którzy wkładają opaski na oczy, aby nie oszukiwać niewidzących kolegów. Fot. Maria Giedz
Czasu na „nic nierobienie” nie ma. Dzieci i młodzież zajęte są całą dobę. W to oczywiście wpisane są zajęcia ruchowe, np. gry w piłkę. W tej szkole popularny jest goalball, czyli drużynowa gra w piłkę ręczną dla osób niewidomych i niedowidzących, stworzona przez Niemca Seppa Reindle’a i Austriaka Hansa Lorenzena w 1946 roku., którą od 1976 r. uznaje się za dyscyplinę olimpijską.
W soboty zajęcia kończą się o godz. 14 i dopiero wówczas dzieci mają czas wolny, który przeznaczają na sprzątanie, rozwijanie swoich zainteresowań, najróżniejszych pasji…. Ale to nie znaczy, że mogą włóczyć się po ulicach, pojechać do domu. Czasem odwiedzają ich rodzice. Jednak oni wyjeżdżają do domów 2, 3 razy do roku, głównie na wakacje. Może to staromodne, ale tak wyglądają wszystkie szkoły z internatem w Rwandzie. W Polsce uznano by, że to „wojskowe koszary”, a nawet nazwano by je „dobrowolnym więzieniem”, bo brakuje wolności. Rwandyjska młodzież do znaczenia słowa wolność podchodzi zupełnie inaczej. Wolność nie oznacza czynienia tego co się chce, czyli głupich, złośliwych, bezsensownych zachowań. Szkoda na to czasu. Każdy uczeń, nawet ten najmniej zdolny chce w życiu coś osiągnąć i nie liczy na spadek po rodzicach, bo trudno o taki spadek jeśli się ma sporo rodzeństwa, a do podziału jest kilkunastometrowe poletko.
Sobota, a dokładnie każda ostatnia sobota miesiąca, to „muganda”, czyli czyn społeczny, a w bezpośrednim tłumaczeniu oznacza wspólnotę albo wspólne działanie. Obowiązuje wszystkich Rwandyjczyków pomiędzy godz. 8 a 12. Tego dnia jedna osoba z każdej rodziny musi się zgłosić w określonym miejscu do prac społecznych. Uczniowie mają też swoje wspólne zadania, np. wywieszenie prania, czyli porozkładanie ubrań na krzakach, bo tak szybciej wyschną.
Życie z pasją
Pozostała jeszcze niedziela. W niektórych rwandyjskich szkołach, jak np. szkołach prowadzonych przez Adwentystów Dnia Siódmego, niedziela jest również dniem nauki (oficjalnie dla adwentystów dniem świętym jest sobota, ale tego dnia dla dzieci katolickich czy muzułmańskich też są zajęcia).
U sióstr franciszkanek wygląda to trochę inaczej. Pobudka jest jak w każdy dzień o godz. 5:30. Tego dnia trzeba się ładnie ubrać, przede wszystkim włożyć mundurek. W każdej rwandyjskiej szkole, a nawet w przedszkolu, uczniowie chodzą w mundurkach. Nie ma więc strojenia się, wkładania modnych, markowych ciuchów i udowadniania, że jestem lepsza, bo pochodzę z zamożniejszej rodziny, nie ma też pogardzania biedniejszymi. Wszystkie mundurki są takie same: czarne spódniczki lub spodnie, szare sweterki, białe bluzki albo koszule, białe skarpetki, czarne buty. Mogą być też czerwone spódniczki w kratę. Różnice wynikają jedynie z przynależności do klasy, grupy nauczania. W każdej szkole mundurki wyglądają troszkę inaczej.
Chwilę po godzinie szóstej dzieci opuszczają szkołę i wyruszają na Mszę Św. do kościoła, która rozpoczyna się o siódmej rano w sanktuarium maryjnym. Idą pieszo około pół godziny. Mimo że znają drogę, niemal maszerują w dość zwartym szyku, razem, parami, często trzymając się za ręce. Tak łatwiej się im poruszać, ale też pięknie wyglądają. Takiego widoku w Polsce się nie zobaczy. Zgrana, zaprzyjaźniona ze sobą grupa młodych ludzi i mimo, że są jeszcze dziećmi, traktująca życie na poważnie. Nie używają białych lasek. Tylko by przeszkadzały. Zresztą siostry tak wychowują swoich podopiecznych, że dzieciaki poruszają się dość swobodnie. Ci, którzy choć trochę widzą prowadzą tych całkowicie niewidzących. Kiedy tak maszerują do kościoła trochę przypominają małe wojsko. Świetna organizacja, wyczucie miejsca, czasu.
Śpiewające niewidzące i niedowidzące dzieci podczas porannej Mszy Św. w niedzielę, odprawianej w Sanktuarium Maryjnym w Kibeho. Fot. Maria Giedz
Kiedy już dotrą do kościoła sanktuaryjnego siadają na wyznaczonym dla nich miejscu. Ich zadaniem, w każdej niedzielnej, porannej Mszy Św. jest oprawa liturgii, głównie muzyczna. To dzieci od sióstr franciszkanek grają, śpiewają. Również czytania liturgiczne są w ich wykonaniu, bowiem swobodnie posługują się Braillem, a nawet posługują do mszy, czyli są ministrantami. Jeśli ktoś nie wie, że są to dzieci niewidzące, to może się nie domyślić. Zazwyczaj większość czynności wykonują w dwie osoby. Dziecko niedowidzące pomaga niewidzącemu. Tak jest łatwiej. A dzieciaki są niesamowite. Ich śpiew znany jest w całej Rwandzie.
Kiedy wybierałam się do Kibeho kilka osób wspomniało mi o mszach z udziałem dzieci, które śpiewają. Wyobrażałam sobie śpiewające przedszkolaki lub polskie msze dla dzieci, które zazwyczaj omijam o ile nie idę do kościoła z dzieckiem. A tu taka niespodzianka! Najpiękniejsza i najbardziej oblegana msza, oczywiście poza odpustowymi czy sprawowanymi z okazji ważnych świąt, albo innych uroczystości. Generalnie Rwandyjczycy są ludźmi uzdolnionymi muzycznie. Jeśli spotka się kilka osób i to nawet po raz pierwszy, potrafią śpiewać na głosy. Dzieci od franciszkanek nie są nowicjuszami. W szkole mają specjalne zajęcia z chóru i nie jest to tylko nudna lekcja muzyki czy wychowanie muzyczne. One śpiewają z pasją.