MARIA GIEDZ pisze o wyborach samorządowych w Libanie, które mogą zmienić kraj

Co prawda teraz w Libanie wybiera się nie jak w Polsce prezydenta, tylko samorządowców, bo Liban, po ponad dwóch latach przerwy, od 9 stycznia ma już swojego prezydenta. Ma też już własny rząd, który dość długo nie funkcjonował, ale dla Libańczyków najważniejsze są wybory samorządowe, bo dotyczą ich codziennego życia. Czy owe wybory można porównać z naszymi, polskimi prezydenckimi?

W Libanie jestem już od 12 dni i mimo trwających wyborów samorządowych w tym kraju jest bardzo spokojnie. Żadnych awantur na ulicach, żadnych przepychanek, niewiele plakatów.

Wybory w zniszczonym kraju

Kraj podzielono na regiony i w każdym wybory odbywały się w innym terminie. Czyli przez cały maj pod koniec tygodnia ludzie szli do urn. Najpierw ci z centrum kraju, potem z północy, a na końcu z południa.

Tak się złożyło, że w sobotę 24 maja byłam właśnie na południu kraju, czyli w Sydonie i Tyrze. Teoretycznie są to tereny zagrożone, położone blisko granicy z Izraelem – z Tyru do Izraela jest zaledwie kilkanaście kilometrów. Jednocześnie są to tereny zamieszkane głównie przez ludność muzułmańską, chociaż chrześcijan też można spotkać. Wydawałoby się, że jest tam niebezpiecznie, zwłaszcza dla samotnie chodzących po ulicach zagranicznych turystów. Nic mylącego, wszędzie był spokój. Co prawda większość stoisk na tamtejszym suku (bazarze) było zamkniętych, ale przechodnie, czy właściciele otwartych sklepików byli pogodni i bynajmniej nie agresywni, chociaż między sobą dyskutowali, a nawet nie kryli się z eksponowaniem atrybutów partii, na które głosowali.

W kilku miejscach spotkałam punkty wyborcze, niestety proszono, abym ich nie fotografowała. Udało mi się jedynie zrobić kilka ujęć z samochodu.

„Kolorowe” głosowanie

Gromadzący się wokół wyborczych pubktów ludzie mieli na głowach żółte albo zielone czapeczki. Nieliczni nosili czapki w kolorach flagi Libanu, a więc dwa czerwone pasy po bokach, w środku biały z zielonym drzewem cedrowym. Kobiety odziane w czarne czadory na szyjach wieszały sobie żółte albo zielone szaliki. Są to barwy dwóch partii politycznych.

Żółty to kolor Hezbollahu, radykalnej partii politycznej szyitów (Partii Boga), ugrupowania, które przyznaje się do wielu aktów terroryzmu, wspieranego i finansowanego przez Iran i Syrię, ugrupowania, którego przez lata było poza kontrolą władz Libanu i funkcjonowało jak państwo w państwie.

Drugi kolor to zielony identyfikowany z Ruchem Amal, czyli z „Partią Nadziei”. Reprezentuje również społeczność szyicką, ale na swoim koncie ma także walkę z proirańskim Hezbollahem. Mężczyźni z czapeczkami w kolorach flagi libańskiej mogli reprezentować jedną z partii chrześcijańskich np. libańską Falangę popieraną przez maronitów. Niektórzy chrześcijanie nosili białe czapeczki, a ci bez czapeczek, czyli z gołymi głowami mogli reprezentować partie sunnicie.

Jednak istotą owych zgromadzeń wokół punktów wyborczych była atmosfera działania wspólnotowego. Wszystkim chodziło o to, aby ich kraj, rejon, w którym żyją był miejscem spokojnym, dalekim od wojny, mógł się rozwijać gospodarczo, był domem dla wszystkich. Zauważyłam, że między wyborcami toczyły się normalne, a nawet przyjacielskie rozmowy. W Polsce poglądy polityczne dzielą całe rodziny. Tu w Libanie nie, bo niemal w każdej libańskiej rodzinie są osoby o różnych poglądach politycznych, ale rodzina jest najważniejsza i żadna przynależność do partii politycznej, czy tylko bycie sympatykiem danej partii nie jest w stanie podzielić rodziny. Dla Libańczyków rodzina to „świętość”.

Wojskowi obserwatorzy czy wojska stabilizujące?

Wybory odbywały się pod nadzorem wojska, które dbało o bezpieczny przebieg głosowania. Niemniej libańscy żołnierze nie ingerowali, byli obecne, ale jakby się tylko tym wyborom przyglądali. Postronny obserwator mógłby odnieść wrażenie, że wojsko na ulicach jest na wszelki wypadek. Bowiem w tym kraju wszyscy ze wszystkimi jakoś się dogadują.

Aczkolwiek tereny na północy kraju zamieszkane przez większość sunnicką i alawicką, głównie syryjską, a także szyicką i sunnicką są bardziej pilnowane przez wojsko, a może raczej należałoby powiedzieć, że strzeżona jest mieszkająca tam ludność chrześcijańska.

Generalnie wybory w Libanie przebiegały spokojnie. Niemniej warto podkreślić, że decydującym głosem niemal we wszystkich działaniach w kraju, również w wyborach jest głos Patriarchy Kościoła maronickiego, który jest autorytetem dla mieszkańców, niezależnie od wyznawanej religii i przynależności partyjnej. To nie znaczy, że Patriarcha mówi, na kogo głosować, ale on ma najwięcej do powiedzenia i słuchają się go wszyscy.  Szkoda, że u nas tak to nie działa.

 

Tekst i zdjęcia Maria Giedz