Obserwując tegoroczną kampanię wyborczą trudno oprzeć się wrażeniu, że przestała ona spełniać rolę jaką określają encyklopedyczne definicje, które mówią, że: „jest to etap wyborów, w którym za pomocą różnych środków i działań komitety wyborcze promują wśród wyborców swoich kandydatów i programy, wykorzystując m.in ogół środków masowego przekazu”.
Obecna władza, od momentu przejęcia sterów w państwie, interpretuje tę zasadę według własnego widzimisię i pewnie niebawem usłyszymy, że tak rozumieją prawo wyborcze. W tym prawo do obrzucania konkurentów politycznych błotem i najniższej kategorii, obrzydliwymi pomówieniami.
Niestety, w tym procesie bierze udział spora grupa osób, które przypisują sobie tytuł „dziennikarza” lub „redaktora”, chociaż w rzeczywistości są zupełnie uzależnionymi od ideologii marketingowcami dalekimi od dziennikarstwa, które statutowo ma być rzetelne i zawsze świadczyć prawdę.
Rządowa ekipa Donalda Tuska zachowuje się od początku kadencji jak przysłowiowa „małpa z brzytwą”, na wszelkie sposoby zrażając własny elektorat. Oczywiście z wyłączeniem „betonu” zwolenników, którzy w większości nie tyle są za koalicją, ale przepełnieni zaciekłą, niewytłumaczalną nienawiścią, przeciw jej konkurencji.
Przedwyborcze deklaracje z roku 2024, mówiące o „przywróceniu państwa prawa i wprowadzeniu dobrobytu społecznego”, przekonały sporą grupę wyborców do oddania głosu na rządząca obecnie koalicję. Ci którzy niedowierzali nowej władzy, nie podejrzewali jednak, że aż tak bardzo można sprzeniewierzyć się własnym obietnicom.
Pamiętam, jak kilka dni po wyborach parlamentarnych, jedna z gazet zwróciła się do mnie z prośbą o komentarz, w którym miałem odnieść się do przyszłości polskich mediów. Napisałem wówczas, że na pewno nastąpią zmiany w zarządach wielu redakcji – jak to bywało przy kolejnych wymianach ekip politycznych – ale dziennikarze raczej mogą być spokojni, bo nowa władza nie składa się z idiotów, którzy represjonując żurnalistów budowaliby sobie na początku kadencji tak znaczącą opozycję. Pomyliłem się. Kilka dni później dokonano prawdziwego zamachu na publiczną telewizję i radio. Dokonano tego bezprecedensowego aktu przemocy, pomimo, że media te były do opanowania na drodze pokojowej w ramach zgodnych z prawem zmian legislacyjnych.
Na dodatek zaczęto likwidować programy, które były nie tylko wartościowe, ale też niezwykle ważne chociażby jako „platformy międzynarodowe”.
Kolejne wyczyny ekipy Donalda Tuska i agresja skierowana przeciwko Kościołowi i politycznej konkurencji – oskarżanie o czyny których nie popełniono – wyraźnie wskazywały i wskazują nadal na próbę niedemokratycznego zmonopolizowania przestrzeni politycznej wszelkimi metodami – najczęściej tylko noszącymi znamiona prawa a w efekcie będącymi jedynie naiwnie brzmiącą jego interpretacją.
Doprowadzono też to sprowadzenia polityki na poziom o skali dotychczas nieznanej – prostacki, wulgarny, pełen kłamstw i pomówień.
Autorzy tego błota – ci ze sceny politycznej jak i ogromnej przestrzeni medialnej, wydają się wierzyć w swoją niekończącą się bezkarność. Nie przewidzieli jednak tego, że zmęczone społeczeństwo zaczyna mieć dość takich działań, które są szkodliwe dla Polaków i Polski. Coraz częściej spotykam ludzi, którzy w wyborach parlamentarnych głosowali za obecną koalicją – dzisiaj zarzekają się, że tego błędu nie powtórzą. Są też i tacy, których do głosowania na Karola Nawrockiego przekonała paradoksalnie… ekipa Donalda Tuska, wprowadzając wyborczy zamęt, snując przedwyborcze zarzuty, używając w kampanii nie tylko stronniczych mediów, firm PR, ale też państwowych instytucji.
I znowu paradoksalnie… im więcej błota rzuconego na Karola Nawrockiego, tym większe jego szanse na zwycięstwo, bo dzięki temu przybywa przeciwników brudnej, wulgarnej kampanii.
A wystarczyło po wyborach parlamentarnych zachowywać się przyzwoicie i przestrzegać prawa. Gdyby tak było, to dzisiaj Karol Nawrockie nie powodowałby histerycznych reakcji rządzącej koalicji grzęznącej w błocie, które sama wytworzyła.
Andrzej Klimczak