Józef Bandzo (na pierwszym planie z prawej). Fot.: archiwum

O jednym z bohaterów Powstania Wileńskiego pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Z „Jastrzębiem” o wolną Polskę

7 lipca 1944 r. oddziały Armii Krajowej rozpoczęły Powstanie Wileńskie, znane pod kryptonimem Ostra Brama. Celem było wyzwolenie tego polskiego miasta z rąk okupanta niemieckiego i wystąpienie wobec Sowietów w roli gospodarzy. W Powstaniu brał udział kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”.

Był niezwykle skromnym człowiekiem. Nie eksponował swoich zasług, swojej działalności bojowej, nie mówił o represjach, które przechodził, tylko skupiał się na ideach, wartościach. Niepodległa Polska była dla niego wartością nadrzędną.

Gdy była taka potrzeba, walczył o Polskę i były to te najbardziej dziś znane jednostki – 3 Brygada Wileńska kapitana Gracjana Fróga „Szczerbca” oraz 5 Brygada Wileńska majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Kiedy dziś przegląda się zdjęcia z tamtych czasów, to z grupy uśmiechniętych fotografowanych wtedy chłopaków przeżył tylko on, ale władza tzw. ludowa jemu też nie odpuściła i za miłość Ojczyzny zapłacił ciężkim komunistycznym więzieniem.

Miał szczęście doczekać Polski po 1989 r. Wielokrotnie podkreślał, że to ten moment, kiedy możemy oddychać pełną piersią i wreszcie mówić głośno o naszych tradycjach, o ideach Bóg, Honor, Ojczyzna. Ale miał w stosunku do tej Rzeczpospolitej – nazwijmy ją umownie IV RP – szereg uwag. Jego zdaniem to nie była do końca ta Ojczyzna, o którą walczyli, obarczona w dużej mierze spuścizną PRL.

Częstokroć można było oglądać Józefa Bandzo rozpromienionego. Szczególnie wzruszające były momenty, kiedy śpiewał hymn 5 Brygady Wileńskiej: „Gdy ziemia ojczysta skąpana we łzach, o pomstę krew woła męczeńska, kto walczy o wolność i mści się za krew, to Piąta Brygada Wileńska”.

Miałem honor znać Józefa Bandzo. Uczestniczyliśmy w rajdach szlakiem „Łupaszki” organizowanych na Pomorzu, czy w odsłonięciu pomnika “Inki” w Warszawie. Widzieliśmy się w Konstancinie, gdzie potrafił przez pół godziny mówić piękną polszczyzną, opowiadać znowu mniej o sobie, bardziej o dowódcach, kolegach.

Pamiętam jego życzenie związane z ekshumacjami Żołnierzy Wyklętych, które się dokonują. Bardzo uważnie je śledził, cieszył się każdą informacją o wydobyciu kolejnych bohaterów, w tym jego kolegów. Szczególnie przeżył odnalezienie Zygmunta Szendzielarza, ale czekał też na szczątki Gracjana Fróga “Szczerbca”, które niestety do dziś – jeśli wydobyte – pozostają nierozpoznane. Był wielkim entuzjastą wznowienia torpedowanych i blokowanych prac na “Łączce”. Ostatecznie wyraził nadzieję, żeby zostać pochowanym razem ze swoimi dowódcami na Powązkach Wojskowych w części poświęconej Żołnierzom Polski Walczącej. Tak też się stało.

I to właśnie kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”, uczestnik Powstania Wileńskiego, powinien być wzorem dla dzisiejszej młodzieży.

 

Fot. Pixabay

Telewizor nadal najpopularniejszym urządzeniem do odbioru mediów

92 proc. badanych Polaków korzysta z telewizora, ponad 80 proc. z radia, a 75,2 proc. używa smartfona  – pokazują dane Krajowego Instytutu Mediów pochodzące z Badania Założycielskiego.  

Badanie przeprowadzono wśród osób w wieku 4+ między lipcem 2021 r. a marcem 2022 roku.  Wynika z nich, że najpopularniejszym urządzeniem do odbioru mediów jest telewizor. Korzysta z niego 92 proc. Polaków . Ze smart TV umożliwiającego dostęp do internetu, treści VOD, telewizji nielinearnej korzysta 48,1 proc. osób. Przystawki smart tv/tv box używa 1,7 proc.  badanych.

Ze smartfonu z ekranem dotykowym korzysta 75,2 proc. osób, a telefonu komórkowego bez ekranu dotykowego używa 14,2 proc.

Z radia (wliczając wszystkie urządzenia) korzysta 80,3 proc. Polaków, odbiornika w samochodzie słucha 66,7 proc. badanych,  a przenośnego radia używa 36,7 proc. Tylko 2 proc. z badanych Polaków słucha radia za pomocą słuchawek z wbudowanym odbiornikiem.

Czytniki elektroniczne do e-booków i e-gazet są używane przez 2,1 proc. Polaków. 1,2 proc. badanych zadeklarowało, że nie korzysta z żadnego urządzenia do odbioru mediów.

opr. jka, źródło: Krajowy Instytut Mediów

Laureaci 14. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego. Fot. Zbigniew Piszczako

Anna Minkiewicz-Zaremba zdobyła Nagrodę Główną w Konkursie Dziennikarskim im. Seweryna Pieniężnego

W Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie odbyła się uroczysta Gala Dziennikarzy Warmii i Mazur, podczas której Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wręczył nagrody w 14. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego.

 Nagrodę Główną XIV edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego, który organizuje Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zdobyła dziennikarka Radia Olsztyn Anna Minkiewicz-Zaremba. Kapituła Konkursu nagrodziła ją za reportaż „Mazurzy z Syberii”, pokazujący potomków Mazurów, którzy pod koniec XIX wieku dobrowolnie osiedlili się na Syberii.

– Nagroda im. Seweryna Pieniężnego ma służyć docenieniu ciężkiej, trudnej pracy dziennikarzy. Bo często ten dziennikarz i jego praca jest niewidziana, niedoceniana – stwierdził prezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Grzegorz Radzicki –  Dziękujemy wszystkim naszym sponsorom, wśród których znaleźli się: Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Warmińsko-Mazurski Oddział SDP, Kancelaria Radców Prawnych i Adwokatów Lech Obara i Współpracownicy, Prezes Radia Olsztyn Leszek Sobański oraz Kazimierz Kiejdo.

„Nagrodę wolności słowa im. ks. Benedykta Przerackiego” otrzymała Jarosława Chrunik z redakcji ukraińskiej Radia Olsztyn, a „dla młodego dziennikarza” Mateusz Kossakowski, redaktor naczelny portali Głosy Warmii i Mazur i Mragowo24.info

Kapituła konkursu przyznała też kilka wyróżnień. W kategorii dziennikarz radiowy, dwa równorzędne wyróżnienia otrzymali dziennikarze Radia Olsztyn Maja Kwiatkowska za reportaż „Nienasycenie” oraz Marek Lewiński i Przemysław Getka za cykl „Rowerem po Warmii”.

Radiowe wyróżnienia ufundował Prezes Radia Olsztyn Leszek Sobański. W kategorii „książka” wyróżniono niezależną dziennikarkę Agnieszkę Pacek za zbiór felietonów, wywiadów i wierszy „W mieście szytym na miarę. Mrągowo i okolice”.

W kategorii „prasa” wyróżnienie otrzymał Zbigniew Połoniewicz redaktor naczelny tygodnika lokalnego „Głosy Ostródy” za artykuł zatytułowany „Geneza rodzinnego dramatu – czyli jak córka została lesbijką”. W kategorii „telewizja” został wyróżniony Bartosz Gołębiowski za cykl „Środa z klasykiem” opowiadający o pasji do motoryzacji.

Galę uświetnił występ Mateusza Cwalińskiego.

W skład tegorocznej Kapituły Konkursu weszły następujące osoby:

Grzegorz Radzicki

Wojciech Chromy

dr hab. Urszula Doliwa, prof. UWM

Wanda Nadobnik

prof. dr hab. Zbigniew Chojnowski

dr Magdalena Szydłowska

Podczas dorocznej Gali Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nagrodzono też laureatów IV Ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy im. Aleksandra Wołosa. Ten konkurs był rozstrzygnięty wiosną.

Wojciech Chromy, Mateusz Kossakowski

Galerię zdjęć z gali można obejrzeć na stronie Warmińsko-Mazurskiego Oddział SDP TUTAJ.

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dzieci nienarodzone nadal nas potrzebują

Mam ogromny szacunek do działaczy pro life. Ogromny. Trzeba kręgosłupa ze stali, żeby umieć w sprawie takiej jak aborcja, z jednej strony tak oczywistej moralnie, a z drugiej tak potwornie zakłamanej przez „wiodące media” i futrowane pierdylionami koncernów, ideologie, postawić się światu. A to nie są tylko ludzie, których widać na ulicy, ale również tacy cisi, pracujący z matkami, bohaterowie, jak Zuzanna Wiewiórka, która musi mierzyć się z falą odrażającego hejtu, dlatego, że namówiła mamę, żeby nie zabijała swojego dziecka. Mam wrażenie, że wszyscy razem płakaliśmy ze szczęścia kiedy Trybunał Konstytucyjny uznał wreszcie po latach przesłankę eugeniczną za niekonstytucyjną.

Z drugiej jednak strony, może czasem się wydawać, że niektóre środowiska pro life, często ci sami ludzie, wchodzą w ślepą uliczkę. Tak jakby uznały, że wyrok TK zamyka sprawę i w jakimś sensie kończy ich zadanie. I zajęły się sprawami ideologii LGBT. Nie to żebym uważał, że to sprawa nieistotna, ta neomarksistowska ideologia jest dla rodzin i społeczeństw bardzo niebezpieczna, ale kwestia aborcji nadal potrzebuje ich zaangażowania.

Nic nie jest dane raz na zawsze. Zmiana legislacyjna jest owszem wygraną wielką bitwą, ale to nie koniec. Może być cofnięta. Ktoś powie, że jest osadzona na poziomie konstytucyjnym. I będzie miał rację, ale czy mało się dziś pojawia działań pozaprawnych strojących się w szatki „praworządności”? Tak trudno sobie wyobrazić falandyzację prawa przez któryś z obecnych „autorytetów prawniczych”? Albo jakąś kolejną formę instytucjonalnej agresji ze strony Unii Europejskiej?

Nie, ta sprawa zdecydowanie nie jest zamknięta. Wymaga pracy nad opinią publiczną. Tutaj do sukcesu niestety jest daleko. Wymaga presji na rządzących, by, jak obiecywali, wyrok TK obudowali rozwiązaniami dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Tylko zdjęcie z nich części obciążeń i praca nad trwałą zmianą opinii publicznej, może dać zmianę trwałą. Tym bardziej, że nie chodzi tylko o to, żeby aborcja, poza nielicznymi przypadkami, była zakazana, ale również o to by nie była wykonywana nielegalnie.

Kolejnym sygnałem tego jak wiele jeszcze niebezpieczeństw czyha na dzieci nienarodzone jest złożony w Sejmie projekt „Legalna aborcja bez kompromisów” firmowana twarzą wulgarnego herszta agresywnych ulicznych bojówkarzy – Martę Lempart. To, że wg. opinii Ordo Iuris projekt jest zwyczajnie niekonstytucyjny, ma jeszcze dzisiaj znaczenie, ale czy będzie miało znaczenie jutro?

Ci ludzie, drapujący swoje trupie postulaty w serduszka i uśmiechy, nigdy nie przestaną. Dlatego też nas, przedwcześnie przekonanych o tym, że „sprawa jest załatwiona i możemy się zająć czym innym”, nie może zabraknąć na ich drodze.

Język ukraiński także jest na celowniku Rosji.

Rosyjskie słowa i czołgi idą w parze – WOŁODYMYR SYDORENKO o języku jako broni

Jeśli Rosjanin mówił po rosyjsku, przedstawiano to jako przejaw patriotyzmu, a jeśli Ukrainiec mówił po ukraińsku, interpretowano to jako nazizm, z którym trzeba walczyć.

Słowo „Ukraina” pochodzi z tak zwanej Kroniki Ipatiewa z 1187 roku. Ale nawet teraz, w XXI wieku, rosyjscy prezydenci, obecny – Władimir Putin i były – Dmitrij Miedwiediew, w swoich artykułach próbują twierdzić, że język ukraiński nie istniał, nie istnieje i nie będzie go w przyszłości. Marszałek okupującego krymskiego parlamentu Wołodymyr Konstantinow w niedawnym artykule dokonał „historycznego” odkrycia, stwierdzając, że: „Słowo >Ukraina< jest obce, wprowadzone przez Polaków i trzeba je wyeliminować…” Rosja, zdaniem marszałka, wyznaczyła kurs, aby całkowicie wyeliminować Ukrainę jako państwo. Pierwszym krokiem ma być walka z językiem ukraińskim. Po zajęciu Krymu w 2014 roku rosyjska administracja okupacyjna wprowadziła język rosyjski we wszystkich szkołach i uniwersytetach. Po czasowej okupacji Mariupola, Berdiańska i Melitopola w 2020 r. administracja okupacyjna przede wszystkim skonfiskowała ukraińskie książki z bibliotek, zakazała nauczania w języku ukraińskim, a nawet zmuszała mieszkańców do mówienia po rosyjsku na ulicach. Idą więc parami – rosyjski język, rosyjskie pistolety maszynowe i czołgi.

Prześladowania języka ukraińskiego rozpoczęły się już kilka wieków temu. W 1458 r. Moskwa arbitralnie zajęła metropolię kijowską i zakazała kultu w języku ukraińskim. Kilkadziesiąt lat później księgi ukraińskie były gromadzone w kościołach i zastępowane moskiewskimi. Łącznie w XVI i XX wieku powstało ponad 300 ustaw zakazujących języka ukraińskiego, ukraińskich książek, ukraińskiej literatury obywatelskiej i religijnej oraz nauki języka w szkołach i na uniwersytetach. Jednocześnie rosyjscy urzędnicy wszędzie powtarzają stwierdzenie, że „język jest duszą ludu”, ale tylko w odniesieniu do języka rosyjskiego, zapominając, że dla każdego narodu jego język jest duszą i najcenniejszym skarbem.

Po okresie rusyfikacji Ukraina w czasach ZSRR, gdy państwo to ogłosiło niepodległość, rozpoczęło proces derusyfikacji wszystkich dziedzin swojego życia, zwłaszcza edukacji, nauki, dokumentacji i komunikacji biznesowej. W Rosji proces ten traktowany był jako rusofobia. Szowinistyczna administracja rosyjska uznawała aspiracje Ukraińców do języka ukraińskiego jako nazizm, a nawet pretekst do wojny. Doszło do paradoksalnej sytuacji: jeśli Rosjanin mówił po rosyjsku, przedstawiano to jako przejaw patriotyzmu, a jeśli Ukrainiec mówił po ukraińsku, interpretowano to jako nazizm, z którym nawet trzeba walczyć militarnie.

Tak więc dla okupacyjnych administracji Krymu, Donbasu i innych regionów Ukrainy walka o język rosyjski stałą się zarówno pretekstem do wojny, jak i rodzajem broni w walce z językiem ukraińskim i państwem ukraińskim.

Jednocześnie ani rosyjska nauka, ani biurokracja nigdy nie zagłębiły się w znaczenie i treść rzeczywistych procesów językowych, nie rozumiały praw rozwoju języka. Ucierpiały na tym wszystkie języki republik ZSRR, w tym rosyjski. Stąd w historii znane są przejawy walki urzędników rosyjskich o tak zwaną „czystość języka rosyjskiego”. Faktem jest, że rosyjski jest prawdopodobnie najmłodszym językiem w przestrzeni euroazjatyckiej. W czasie, gdy ukraiński pisarz Iwan Kotlarewski pisał Eneidę (pierwsze części ukazały się w 1798 r.), Aleksander Puszkin jeszcze się nie urodził. Obecny słownik języka ukraińskiego ma prawie dwa razy więcej słów niż słownik języka rosyjskiego. Prawdziwymi twórcami języka rosyjskiego w XVIII – XIX wieku byli Aleksander Puszkin, Michaił Łomonosow i autor słownika Władimir Dahl, który dostosował angielskie, niemieckie, francuskie, hiszpańskie, włoskie i inne słowa do  norm słowotwórczych. W ten sposób okazało się, że w języku rosyjskim większość słów zapożyczono z języków europejskich.

Co zaskakujące, rosyjscy urzędnicy, nie zdając sobie sprawy, że proces rozwoju każdego języka jest procesem pożyczania nowych słów zgodnie z rozwojem praktyki i wzajemnej komunikacji narodów, rozpoczęli już kilka etapów walki „przeciw zaśmiecaniu języka rosyjskiego obcymi słowami”. W XVIII – XIX wieku kontynuowano kilka kampanii „oczyszczenia języka”. To było śmieszne – zaproponowali zastąpienie obcych słów dziwnymi tworami, jakby z rosyjskich wyrazów. Tak sugerowali mówienie nie „kalosze”, ale „mokre stopy”, nie „bilard”  ale „szarotik”, nie „chodnik” ale „bieżnia”, nie „wielkość” ale „splendor”,  nie „piękno” ale „lepota”. Ale nowe, sztuczne słowa nie zakorzeniły się, zwyciężyła praktyka.

Podobnie marszałek podległego Rosji krymskiego parlamentu Wołodymyr Konstantinow przeprowadził kilka kampanii przeciwko obcym słowom. Jednocześnie jednak sam nie dostrzega paradoksu, że sam używa wielu obcych w języku rosyjskim słów. Okazuje się, że jego walka nie ma większego sensu…

 

Fot. Pixabay

Powstał projekt przepisów wdrażających unijną dyrektywę w sprawie prawa autorskiego

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego skierowało do konsultacji publicznych projekt ustawy o zmianie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz niektórych innych ustaw. Nowe przepisy mają na celu wdrożenie m.in. dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym.

Jak podkreślił resort kultury, Polska zrobiła wszystko, aby chronić wolność słowa i dostępu do informacji. Przypomniał, że jako jedyny kraj zaskarżyła do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) art. 17 dyrektywy w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym. Przepisy te określają zasady, na jakich dostawca usług udostępniania treści online może się zwolnić z odpowiedzialności za publiczne udostępnianie chronionych utworów i przedmiotów praw pokrewnych bezprawnie zamieszczonych przez użytkowników jego serwisu. W ocenie polskiego rządu, rozwiązanie przyjęte przez Unię Europejską stwarza ryzyko, że wymagane przepisami dyrektywy „filtrowanie” zamieszczanych przez użytkowników w serwisach internetowych treści będzie niedoskonałe i usuwane będą także treści nienaruszające prawa, co stanowi zagrożenie dla wolności słowa i wolności dostępu do informacji, gwarantowanych w art. 11 Karty praw podstawowych UE.

TSUE oddalił jednak 26 kwietnia br. skargę Polski uznając, że potrzeba ochrony praw autorskich w środowisku cyfrowym uzasadnia ograniczenie wolności słowa i dostępu do informacji. MKiDN podkreśliło, że nasz kraj, jako państwo członkowskie Unii Europejskiej, jest zobowiązane do zaimplementowania dyrektywy.

Jak możemy przeczytać na stronie resortu kultury, projekt opracowany przez ministerstwo z uwzględnieniem wytycznych Komisji Europejskiej, przesądza, zgodnie z dyrektywą, że to dostawcy usług są podmiotami korzystającymi z utworów zamieszczanych przez użytkowników, a tym samym to oni są zobowiązani uzyskać stosowne licencje na takie korzystanie z tych utworów. Jeżeli taką licencję uzyskają, obejmie ona także publiczne udostępnianie utworów przez ich użytkowników, co zapewni im ochronę przed zarzutem nielegalnego udostępniania cudzych utworów. Jeżeli natomiast dostawcy usług nie zdołają uzyskać potrzebnych licencji, projektowana ustawa przewiduje, zgodnie z dyrektywą, szczególne rozwiązania, aby umożliwić im uwolnienie się od odpowiedzialności za naruszenie praw autorskich.

Dla dziennikarzy ważne jest, że jeżeli projekt ustawy, który trafił do konsultacji, wejdzie w życie, wydawcy prasy uzyskają nowe prawo wyłączne do eksploatacji ich publikacji prasowych w Internecie przez różnego rodzaju serwisy informacyjne. Połowa wynagrodzenia uzyskanego z tego tytułu wydawcy będą obowiązani przekazywać autorom tych publikacji, czyli dziennikarzom.

opr. jka, źródło: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne. Collage i fot.: Hubert Bekrycht

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarskie palmy pierwszeństwa poprawności politycznej. Przykłady i przypadki

 

Wracając z Izmiru ze zjazdu Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), zapadłem w samolocie w głęboki sen. Kiedy się obudziłem zdałem sobie sprawę, że następny kongres EFJ może się już nie odbyć, bo europejskiemu dziennikarstwu grozi bagno poprawności politycznej. Obym się mylił, ale po pandemii, wobec inwazji rosyjskiej na Ukrainę i pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego spowodowanego przez Moskwę, największym zagrożeniem społecznym jest paraliż rzetelnego dziennikarstwa przez propagandę Kremla i zachodnich przyjaciół Putina. A to realne zagrożenie.

EFJ skupia 73 organizacje i związki zawodowe dziennikarzy z 45 krajów. To, jak podaje Federacja, ponad 320 tys. dziennikarzy ze Starego Kontynentu oraz Turcji, która była gospodarzem tegorocznego zjazdu. Do Izmiru dotarło ponad 50 delegatów i mniej więcej także 50 obserwatorów. Byli też reprezentanci biura EFJ z Brukseli i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (International Federation of Journalists – IFJ) oraz liczne grono tureckich dziennikarzy a także organizatorzy zjazdu z Izmiru.

Tyle statystyki, czas teraz wytłumaczyć, dlaczego dziennikarzom podczas takich kongresów i nie tylko, w takich federacjach jak EFJ – wybaczcie pospolite określenie – odbija palma. Palma politycznej poprawności.

EFJ, SDP i prawa wyborcze

Z Polski było na kongresie dwóch delegatów: piszący te słowa z największej polskiej organizacji branżowej, czyli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich liczącej wg. danych EFJ 2,8 tys. osób oraz będący jeszcze kilka lat temu prominentnym działaczem SDP Krzysztof Bobiński reprezentujący Towarzystwo Dziennikarskie powstałe na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku i liczące wg. danych EFJ 100 osób. W trakcie zjazdu dotarło upoważnienie dla Krzysztofa Bobińskiego do głosowania w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będącego spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów EFJ liczy 350 osób.

Polskie organizacje dziennikarskie dostały w sumie 5 mandatów uprawniających do głosowania, m.in. w wyborach nowych władz. Skomplikowany system elekcji wymusza jednak podział przyznanych głosów pomiędzy trzy reprezentowane na zjeździe polskie grupy.

Za mało, za dużo

W statucie napisane jest, że 2 mandaty dostaje organizacja członkowska EFJ, która liczy ponad 600 osób. Dolnej granicy przyznania jednego głosu zatem nie określono i to była szansa dla małych stowarzyszeń dziennikarskich. Skorzystały z niej dwie polskie organizacje, bo, mimo że razem mają ok. 450 członków, to – ich zdaniem – powinny dostać po jednym mandacie. Tyle tylko, że SDP mając 2,8 tys. członków powinno dostać 4 mandaty, bo tyle przysługuje organizacjom zrzeszonym w EFJ mającym w swoich szeregach ponad 2,4 tys. osób.

Dla porównania: Albanii, której jedyny reprezentant na zjeździe – stowarzyszenie dziennikarskie APJA liczy 220 członków, przyznano 2 głosy a, także jedynemu krajowemu przedstawicielowi, belgijskiej unii dziennikarskiej AGJPB mającej ponad 3,1 tys. członków przysługiwało 5 mandatów. Dysproporcja? Moim zdaniem, to wykrzywienie zasad demokratycznych procedur nacechowane wspieraniem tzw. słabszych, którzy czasem po prostu nie muszą się starać. Ale sprawiedliwość niewiele ma wspólnego z polityką, a przecież nawet dziennikarze z przedpotopowej definicji „apolityczni”, co we współczesnym świecie jest bzdurą, jakąś „politykę” muszą prowadzić w swoich organizacjach, na przykład choćby nawet chłodne, ale kontakty z władzami.

Wspólnie albo wcale?

Prawda zaś jest taka, że Polsce i wielu innym delegacjom krajowym przyznano za mało mandatów, a niektórym dano ich za dużo. To już wina luk prawnych w regulaminie i ustępujących władz. W sumie wielu delegatów szło na kompromis, bo połową karty mandatu głosować nie można. Organizacjom z Polski usiłowały pomóc ustępujące władze EFJ próbując orzekać, ile mandatów może dostać każdy z trzech krajowych członków – padła propozycja, że 4 dla SDP i 1 dla TD, inny przedstawiciel EPJ był za 6 mandatami dla naszego kraju powołując się na arytmetyczną logikę… Na uwagę, że Polsce przysługuje tylko 5 głosów, nic już nie powiedział.

Obrady się przeciągały a turecki upał na zewnątrz przekroczył 35 stopni Celsjusza. Plus wilgotność. Aby nie wracać z udarem słonecznym ustaliliśmy wspólnie z roboczym                 i nieformalnym międzynarodowym gremium „rozjemczo-negocjacyjnym”, że polskie głosy podzielimy następująco: SDP – 3, TD -1, SDRP -1. Na podobne kompromisy poszły inne krajowe organizacje. Ale nie jest to zadowalające rozwiązanie. W przyszłym statucie EFJ trzeba precyzyjnie zapisać zasady głosowania, aby to takich nonsensów nie dopuścić, bo kompromis jest może szlachetny, ale to jednak tylko kompromis.

Izmirska gorączka politycznej poprawności narastała, bo ustępujące władze EFJ, aby nie łamać politycznej poprawności, postanowiły, że głosować się będzie krajami, czyli karty do głosowania, jeśli w danym państwie jest więcej niż jedna organizacja, dostawały na przykład dwa czy trzy stowarzyszenia i przy stoliku komisji wyborczej je dzieliły a dopiero potem reprezentanci szli głosować i wrzucać karty do urny. Jeden bez drugiego nie mógł się ruszyć, chociaż ich mandaty przypisane były do różnych grup dziennikarzy. Obłęd? Nie, polityka europejskiej „równości” i poprawności wzorowana głównie na unijnych zasadach wypracowanych przez lata w Brukseli.

Chorwacka siła i zachodni opór

Delegaci zdecydowali, że następcą przewodniczącego EFJ, którym przez 9 lat był Duńczyk Mogens Blicher Bjerregård, przez najbliższe trzy lata będzie dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever reprezentująca swoją krajową unię medialną (TUCJ).  W Izmirze wybrano także zastępcę szefowej federacji. Został nim turecki dziennikarz Mustafa Kuleli (TGS).

Wydawałoby się, że EFJ stawia na nowe części Europy i Turcję, ale skład siedmioosobowego Komitetu Sterującego (Wykonawczego) Europejskiej Federacji Dziennikarskiej zdaje się temu przeczyć. Chorwatce i Turkowi we władzach największej organizacji dziennikarskiej na Starym Kontynencie towarzyszyć będą głównie przedstawiciele zachodnich stowarzyszeń medialnych: Andrea Roth (DJV) z Niemiec, Anna Del Freo (FNSI) z Włoch, Marta Barcenilla (CCOO) z Hiszpanii, Pablo Aiquel (SNJ-CGT) z Francji, Allan Boye Thulstrup (DJ) z Danii, Martine Simonis (AJP) z Belgii oraz reprezentujący Wielką Brytanię Tim Dawson (NUJ). I to ta siódemka stanowi większość.

Wybór tak ogromnej reprezentacji Zachodu do władz EFJ i faktyczna dominacja we władzach federacji mogą po prostu oznaczać – znowu to napiszę: oby nie – utrzymanie starego kursu, czyli de facto lawirowanie pomiędzy Unią Europejską a stowarzyszeniami z państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej, które dopiero od kilkunastu lat są w stanie wybierać swoje delegacje na zjazdy i kongresy.

Z kronikarskiego obowiązku – nie wybrano m.in. kandydatów z Polski i Ukrainy, choć przedstawicielowi naszych wschodnich sąsiadów Sergiejowi Tomilenko (NUJU) zabrakło tylko kilku głosów, aby być we władzach. Teraz jest pierwszym „rezerwowym”, który w przypadku rezygnacji kogoś z siódemki może wejść w skład Komitetu Sterującego.

Niestety, można spodziewać się, że w obecnych władzach EFJ będzie dominowała narracja podobna do tej w większości instytucji UE, gdzie uważa się, iż od ostatnich wydarzeń na wschodzie kontynentu, od barbarzyńskiej napaści rosyjskich morderców i złodziei na Ukrainę ważniejsze są takie „problemy” jak: kodyfikowanie praw osób LGBT, manipulacyjnie przekazywane „łamanie praworządności” na Węgrzech, w Polsce i innych krajach wschodniej Europy, czy lokalne kłopoty medialne niektórych państw. Marginalizuje się natomiast –  wskazywane na izmirskim kongresie EFJ – przypadki autentycznej cenzury i łamania wolności słowa m.in. we Francji Niemczech, Holandii, w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii oraz na Bałkanach a nawet w Szwajcarii.

Czy za trzy lata, po kadencji tych władz, Europejska Federacja Dziennikarska będzie tak bliska mediom Starego Kontynentu jak Turcja, ogromna jak Chorwacja, empatyczna dla wszystkich narodów jak Niemcy i Francja, wyrozumiała jak Włochy i Hiszpania i skromna jak Wielka Brytania, Belgia i Dania razem wzięte? Tego nie wiem, zatem ośmieliłem się nieco ironicznie o to zapytać.

A może w 2025 roku, na kolejnym zjeździe wyborczym – tu już bez ironii – EFJ będzie tak dalekowzroczna jak teraz m.in. dwie delegacje ukraińskie (IMTUU, NUJU) oraz reprezentanci Litwy (LJU) i Polski (SDP)? Tego też nie wiem, ale warto próbować.

Co do tytułowych porównań. Palmy dobrze rosną w Turcji, gorzej przyjmują się w chłodniejszym klimacie. Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne.

 

Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej

Poetka była dla mojej mamy prawdziwą babcią Marysią. Rozmowa z prawnuczką Marii Konopnickiej

Przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie. Obydwie kochały literaturę, łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski, czy równouprawnienie kobiet. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. To są wierutne kłamstwa – mówi Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Mimo iż Maria Konopnicka miała sześcioro dzieci, to jedynych wnuków doczekała tylko po najmłodszym synu Janie. Wnuki pochodziły jednak od dwóch żon Jana – czworo po Jadwidze Brzozowskiej: Anna (1894-1948), Janusz Stanisław (1895-1962), Zofia (1898-1971) i Maria (1902-1976) oraz dwie wnuczki po Jadwidze z Rajkowskich: Aniela (1912—1940) i Krystyna (1913-1988). Pani jest po pierwszej żonie Jana Konopnickiego, a dokładnie jedynaczką jego córki Zofii Konopnickiej. Czy  uważa Pani, że Konopnicka zasługuje dziś na pamięć? Rok 2022 Sejm ogłosił Rokiem Marii Konopnickiej, słusznie?

Joanna Modrzejewska: Z pewnością jako pisarka zasługuje, aby o niej pamiętać, wznawiać jej wydania, sięgać po jej utwory. I nie mówię tego jako prawnuczka, ale Polka. Twórczość Marii Konopnickiej jest wciąż aktualna, niesie treści patriotyczne, wolnościowe, ponadto niezwykłe wartości estetyczne i artystyczne. Jej liryka dla dzieci jest też wciąż nie do zastąpienia. Czekaliśmy na ogłoszenie jej Roku wiele  lat.

Czyli Konopnicka jest nadal potrzebna?

Z pewnością tak. Aby uczyć miłości do kraju i własnego narodu, co jest dziś konieczne. Moja prababcia była gorącą patriotką, pełniła służebną rolę wobec rodaków i poprzez swoją twórczość oraz działalność przyczyniła się w dużej mierze do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Często się dziś mówi i pisze o homoseksualizmie Marii Konopnickiej. Proszę się do tego odnieść…

To absolutna bzdura. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. Owszem, przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie, ale była ona zaprzyjaźniona z naszą rodziną. Malarka, podobnie jak moja prababka, pragnęła poznawać europejską kulturę i sztukę, muzea, biblioteki i galerie. Obydwie kochały też literaturę i miały podobne poglądy w wielu innych sprawach. Łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski z niewoli, czy równouprawnienie kobiet. Ponadto Dulębianka była pomocna Marii w trudach podróży, opiekowała się poetką w ostatnich latach życia kiedy ona była chora. Nigdy nie słyszałam, że to były partnerki. To są wierutne kłamstwa, porządni badacze nie podają tego, bo nie ma na to żadnych dowodów.

Ale nikogo w rodzinie nie dziwiło, że razem podróżują, zamieszkują?

Nie. W tamtych czasach kobiecie nie wypadało samej podróżować po świecie, we dwie było im raźniej i bezpieczniej. Zwłaszcza, że doskonale się rozumiały. A podróżowały w trudnych warunkach, na twardych siedzeniach w pociągach, bo mojej prababci nie było stać na bilet koleją luksusowej pierwszej klasy, tylko trzeciej. Pisywała w listach do swoich dzieci, że wsiadła do wagonu bez przedziałów wprost z peronu, że jedzie razem z przekupkami handlującymi serami, jajami, czy żywym drobiem, że panuje potworny tłok i okropny zaduch. Te podróże były do tego stopnia dla niej męczące, że nie życzyła ich „nawet Moskalom!

Pomija się też często niektóre wątki z biografii Marii Konopnickiej, jak choćby ten związany z ziemią ciechanowską.  Może nie był ważny jej w życiu?

Sądzę, że jednak bardzo istotny. W Ciechanowie osiedlił się bowiem najmłodszy jej syn Jan Konopnicki, mój dziadek – z żoną i jedynymi wnukami poetki. Potem w podciechanowskim Przedwojewie nabył, przy pomocy matki, posiadłość z dworem. Cała rodzina tam przyjeżdżała, także moja prababcia poetka. W Przedwojewie powstało siedlisko, miejsce spotkań rodzinnych podczas świąt, czy uroczystości familijnych. Takie gniazdo rodzinne istniało u Jana najpierw w Arkadii, a potem w Przedwojewie. Jarosław Konopnicki, mąż poetki i mój pradziadek, też dożywał swoich lat u Jana. Zmarł w 1905 roku w Ciechanowie, jego ciało przewieziono w trumnie koleją do Warszawy, gdzie spoczął na Powązkach.

Jaka poetka była prywatnie? Czy Pani mama, córka Jana Konopnickiego i Jadwigi z Brzozowskich, opowiadała o swojej babci?

Babcię Marysię wspominała zawsze ciepło i serdecznie, jako prawdziwą babcię. Moja mama urodziła się w 1898 roku w Kapitule nad Bzurą, gdzie jej ojciec a mój dziadek, Jan Konopnicki dzierżawił młyn. Od piątego roku życia wychowywała się jednak i mieszkała w Ciechanowie, potem w podciechanowskim Przedwojewie. Miała tam okazję bliżej babcię poznać. Konopnicka odwiedzając Jana zabierała wnuki, w tym moją mamę na spacery – nad rzekę, do lasu. Jako kilkuletnia dziewczynka mama zapamiętała dłonie babci – drobne i delikatne. Ale jak prowadziła ją za rączkę, to mama czuła siłę tych dłoni i niczego się nie bała, babcia dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Mama zachwycona też była włosami babci Marysi, które się falowały i miały wyjątkowy rudozłoty kolor. Nawet zazdrościła, że sama ma włosy jak druty, a babcia piękne loki. Zapamiętała też, że recytowała jej wiersze. Jednego mama nauczyła i mnie – poetka ułożyła go podczas ich spaceru. Nie został on nigdzie opublikowany, zachował się tylko w naszej rodzinie i do dziś go pamiętam. Brzmi tak: „Mówi niania, że w dąbrowie/ chodzą za dnia aniołowie/ i gdzie stąpną nóżką bosą/ tam zakwita kwiat pod rosą./ Bo gdy tak się w słońcu bawi/ ślad anielski drży na trawie”.

Mama Pani, Zofia z Konopnickich, wpajała więc swojej jedynaczce miłość do utworów Konopnickiej…

Oczywiście. Kiedy byłam mała czytała mi wiersze prababci, później już sama sięgałam po jej twórczość. Jestem na niej wychowana, tak jak całe pokolenia Polaków. Niektóre utwory do dziś wręcz uwielbiam, jak na przykład „Stefek Burczymucha”, „Pimpuś sadełko”, „Na jagody”, czy o „O Janku wędrowniczku”. Jej poezja jest czysta, prosta, śpiewna, wiele utworów Konopnickiej można śpiewać. Poza utworami dla dzieci lubię utwór „Imagina”, która do dziś robi na mnie wielkie wrażenie, a także piękne liryki z Włoch.

A była Pani w Ciechanowie i Przedwojewie?

JM: – Nie byłam, znam je tylko z opowiadań swojej mamy. Chciałam kiedyś pojechać do Przedwojewa, ale odradzono mi, bo podobno dwór znajduje się w stanie opłakanym. Ale może teraz został wyremontowany?

Niestety, jest jeszcze w gorszym stanie. W Ciechanowie też coraz mniej materialnych śladów po Marii Konopnickiej. Nie ma już Domu Ludowego, na otwarcie którego poetka napisała w 1907 r. wiersz „Na otwarcie Domu Ludowego w Ciechanowie”. Nie istnieje młyn, który Jan Konopnicki dzierżawił w latach 1903-1914, ani dom przy młynie, gdzie mieszkał. Ostatnim obiektem dawnych zabudowań młyńskich, które Jan dzierżawił, jest niewielki budyneczek wciśnięty w Farską Górę byłego biura młyna, ale też przeznaczony jest do rozbiórki. A bywała Pani w ocalałym dworku poetki w Żarnowcu za życia córek Marii Konopnickiej?

Często, od dziecka. Znałam Zofię, ulubioną córkę poetki, po drugim mężu Mickiewiczową, którą poetka traktowała nie jak córkę, a przyjaciółkę. Zofia dożyła długich lat w Żarnowcu. Spędzaliśmy tam liczne wakacje całą gromadką dzieci, m.in. z prawnukiem poetki Jankiem Bieleckim, który związany był blisko z Ciechanowem. Nazywaliśmy Zofię „babcią Mickiewiczową”. Mimo iż dwa razy wychodziła za mąż, za Królikowskiego i Mickiewicza, nie doczekała swoich dzieci ani wnuków, więc chętnie przyjmowała wnuki swego brata Jana. Babcia Zofia Mickiewiczowa była jednak dość ostra dla naszej urwisowskiej piątki. Całe szczęście, że miała pomoc domową, nieocenioną panią Władzię, która przygotowywała nam posiłki, codziennie gotowała, mając na głowie cały dom i ogród, a nawet krowę.

W rodzinie mówiło się o mężczyznach Marii?

Wspominano głównie o jednym – o Maksymilianie Gumplowiczu, który oszalał z miłości do niej i jeździł za Marią po całej  Europie. Kiedy odrzuciła jego zaloty i ofertę matrymonialną strzelił do siebie z pistoletu, pod jej drzwiami w Wiedniu w 1897 r. i wkrótce zmarł w Grazu. To była tragedia, bo stała przed nim otworem kariera naukowa, a zakochał się w „starej babie”, jak mówiono. Rozmawiano też czasem o mężu Jarosławie Konopnickim, że Maria była z nim najpierw bardzo szczęśliwa. Potem jednak zaczął męczyć ją styl życia męża, ciągłe polowania, intensywne życie szlacheckie, ponadto ciągłe prawowanie się w sądach. Jarosław nie umiał zupełnie zadbać o swój majątek, o własną rodzinę, ani o wykształcenie swoich dzieci.

Zgadza się Pani z określeniem, że Maria Konopnicka to poetka anachroniczna, jak wielu dziś ją określa?

Jestem zdziwiona tym określeniem. Ubolewam również, że jej utwory wycofywane są z lektur szkolnych, nawet „Baśń o krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Naturalnie poezja mojej prababci różni się od współczesnej, ale tej z kolei ja nie rozumiem.


Joanna Modrzejewska, rocznik 1935, prawnuczka Marii Konopnickiej, mieszkanka Łodzi.

 

 

Prezydent RP Andrzej Duda i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w Radzie Najwyższej Ukrainy, 22 maja 2022 roku. Fot. Jakub Szymczuk / KPRP

PIOTR VORONIN: Rosja nie zrozumie przyjaźni ukraińsko-polskiej

Rosyjski poziom postrzegania świata utknął w XIX wieku. W czasach, gdy praktycznie nie było prawa międzynarodowego i nowoczesnych technologii, a więc prawo siły było kluczowe, a potencjał do życia determinowały wielkość terytoriów.

Obecnie wszystkie kanały telewizyjne i inne media w Rosji są wypełnione fałszywymi informacjami na temat stosunków między Polską a Ukrainą. Nie ma siły, która mogłaby powstrzymać Moskwę przed próbami zaszkodzenia polsko-ukraińskiej przyjaźni. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa powiedziała, że ​​prezydent Wołodymyr Zełenski chciał nadać specjalny status obywatelom polskim, legalizując tym samym zdobycie Ukrainy przez Polaków. „Nie separatyści, ale sam prezydent przenosi prawa na obywateli innego państwa na terytorium swojego państwa, nie wprowadzając ich do obywatelstwa Ukrainy” – oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MSZ fałszywie ubolewał, że Zełenski ogłosił specjalne status prawny obywateli polskich. Wcześniej Zełenski mówił też, że przekroczenie granicy z Polską będzie uproszczone – osiągnięto porozumienie z Warszawą. Prezydent podkreślił, że obecna sytuacja „mimowolnie zmusiła Ukrainę i Polskę do zapomnienia o sporach o wspólną przeszłość”.

Z drugiej strony prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka na spotkaniu z prezydentem Rosji Władimirem Putinem w Soczi powtórzył, że Polska „chce odebrać, jak przed 1939 r., zachodnią Ukrainę”. Słowa Łukaszenki przytoczyła jego oficjalna strona internetowa. „Na Ukrainie jest kilka interesujących rzeczy nieoczekiwanych. Wiesz o tym doskonale. My i wy powinniśmy być zaniepokojeni, że oni (politycy) już podejmują kroki w celu rozczłonkowania Ukrainy. Martwimy się, że są gotowi – Polacy, NATO – wyjść, >pomóc< w ten sposób, aby zabrać, jak przed 1939 r., zachodnią Ukrainę. Troszczymy się nie tylko o dzisiejsze bezpieczeństwo. Taka jest ich strategia również dla zachodniej Białorusi.” Zapewnił też Putina, że ​​„Ukraińcy będą musieli prosić nas, abyśmy nie dopuścili do oddzielenia się tej zachodniej części i innych części od Ukrainy”.

Znany rosyjski politolog i doradca Putina Władimir Miedinski publicznie oświadczył, że „Polska przy pierwszej nadarzającej się okazji zajmie zachodnie ziemie Ukrainy”.

Te same słowa powtórzył sekretarz rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Mykoła Patruszew, rosyjski urzędnik walczący o terytorium Ukrainy: „Partnerzy Kijowa chętnie wykorzystują sytuację, bo mają też >specjalne plany dla ziem ukraińskich<. Najwyraźniej Polska już się rusza, by zdobywać terytoria na zachodniej Ukrainie” – powiedział w Kazaniu.

Rosyjscy „socjologowie” postanowili nadążyć za swoimi „politykami” i przeprowadzili sondaż, który rzekomo wykazał, że „Polacy byli najbardziej rusofobicznym narodem”. „Badanie” z nieznaną metodologią i doborem próby wykazało, że wśród 52 krajów Azji, Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej i Europy, Polska ma najbardziej antyrosyjskich mieszkańców, negatywny stosunek do tego kraju ma rzekomo aż 87 proc. respondentów, podczas gdy nawet na Ukrainie odsetek ten wyniósł 80 proc.

Co to wszystko oznacza?

Nie trzeba przytaczać specjalnych dowodów na to, że rosyjski poziom postrzegania świata utknął w XIX wieku. W czasach, gdy praktycznie nie było prawa międzynarodowego i nowoczesnych technologii, a więc prawo siły było kluczowe, a potencjał do życia determinowany był wielkością terytoriów, często okupowanych i eksploatowanych, będących własnością państw. Od tego czasu świat przeszedł drastyczne zmiany w zakresie gospodarki, jakości życia, a co za tym idzie również polityki. Jednak, jak przyznała była kanclerz Niemiec Angela Merkel, Władimir Putin wciąż pozostaje w swoim świecie, oderwanym od rzeczywistości…

Dlatego Rosja ze zdumieniem odkryła współczesną prawdę, że kraje mogą nie tylko być wrogami i prowadzić zimne i gorące wojny, ale także owocnie współpracować. Dla Rosjan, którzy są wrogo nastawieni do całego świata, uważając się za odrębną cywilizację, będzie pewnie dziwne uświadomienie sobie, że dziś zdecydowana większość światowych trendów w stosunkach to nie wrogość czy wręcz rywalizacja, ale współpraca. Ponieważ wojny są destrukcyjne i tylko współpraca, połączenie wysiłków, mogą zwiększyć ludzkie osiągnięcia i potęgę społeczną.

Rosyjscy politycy byli zaskoczeni sukcesem Platformy Krymskiej, która zjednoczyła aż 50 krajów. Będą źli na Radę Europy, ONZ, OBWE, trybunały międzynarodowe, na wszystkich, którzy sprzeciwiają się ich wojnie na Ukrainie.

Oczywiście zacieśnienie polsko-ukraińskiej przyjaźni spotkało się z dziką złośliwością. Wydawałoby się – co jest z nimi nie tak? Ale czy naród, który swoje stosunki z Polską budował od XVII wieku niemal wyłącznie na wojnach, który brutalnie stłumił powstanie listopadowe 1831 roku , który wraz z hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku rozpoczął II wojnę światową zdradzieckim atakiem na Polskę, twierdząc, jak teraz o Ukrainie, że państwa polskiego po prostu nie ma, który kiedyś rozstrzelał w Katyniu bez powodu tysiące polskich oficerów, którzy w 1945 r. po prostu zastąpił niemiecką okupację Polski okupacją sowiecką, może liczyć na poparcie Polaków?

Rządy Ukrainy i Polski przeprowadziły wspólne konsultacje. „To pierwszy raz, kiedy nasze rządy pracowały w tym formacie. Jest to historyczny moment i jestem pewien, że będzie produktywny. Doceniamy wszelkie bezprecedensowe wsparcie Polski dla Ukrainy i Ukraińców. Stosunki między naszymi krajami przeszły z ciepłych i sąsiedzkich na nowy etap – mocny i historyczny – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. W dowód wdzięczności Zełenski przyznał wyróżnienia państwowe premierowi Mateuszowi Morawieckiemu i wicepremierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu za pomoc dla Ukrainy. Według premiera Ukrainy Denisa Szmygala Polska potwierdziła swoje poparcie dla przystąpienia Ukrainy do UE i NATO, strony zgodziły się także na zacieśnienie współpracy obronnej, rozwój unii polsko-ukraińsko-brytyjskiej, działania na rzecz zaostrzenia sankcji wobec Rosji, podkreślono też gotowość Polski do udziału w powojennej odbudowie Ukrainy. Zacieśnimy też współpracę transgraniczną – zapewnił Szmygal. Po konsultacjach w Kijowie rządy Ukrainy i Polski podpisały osiem porozumień o współpracy w różnych dziedzinach – energetyce, kompleksie wojskowo-obronnym, współpracy transgranicznej i celnej, polityce środowiskowej, odbudowie Ukrainy, a także współpracy w zakresie pamięci narodowej.

Ukraina i Polska podpisały memorandum w sprawie powołania wspólnej polsko-ukraińskiej komisji do nawiązania współpracy między przedsiębiorstwami naszych krajów. Według Denisa Szmygala komisja ta przygotuje rekomendacje dotyczące formatu ukraińsko-polskiego joint venture do produkcji broni i sprzętu wojskowego.

Strony przyjęły wspólne oświadczenie, dostrzegające znaczenie zbadania zbrodni popełnionych przez Rosję na państwie ukraińskim i ludności cywilnej, za które państwo-agresor powinno zostać pociągnięte do odpowiedzialności; zwrócono uwagę na znaczenie kontynuowania wspólnych wysiłków z partnerami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, państwami członkowskimi UE i NATO, aby przeciwdziałać bezpośrednim zagrożeniom dla bezpieczeństwa w regionie; wezwano społeczność międzynarodową do zaostrzenia sankcji wobec Federacji Rosyjskiej, w tym do nałożenia embarga na dostawy energii z Rosji oraz dalszych ograniczeń w transporcie drogowym i morskim. Podkreślono znaczenie zwiększenia pomocy wojskowej, finansowej i humanitarnej dla Ukrainy; Polska będzie pomagać w rozbudowie przepustowości portów, infrastruktury kolejowej i drogowej w celu dostarczenia Ukrainie niezbędnej pomocy, w tym paliw i smarów.

Mateusz Morawiecki wraz z ministrem rozwoju gmin i terytoriów Ukrainy Oleksijem Czernyszowem otworzyli pierwsze modułowe miasto dla osób uchodźców wewnętrznych we wsi Borodzianka w obwodzie kijowskim. Według Morawieckiego, obecnie przygotowywanych jest kilka porozumień między resortami polskim i ukraińskim. Są to umowy dotyczące eksportu ukraińskiego zboża. „Skupiamy się na jak najszybszym przywróceniu pokoju, bezpieczeństwa i normalnego życia gospodarczego w Europie” – powiedział Mateusz Morawiecki.

A to jest bardzo ważne nie tylko dla Ukrainy, ale dla całego świata. W końcu Rosja zachowuje się jak złodziej na okupowanych ziemiach ukraińskich. Według Ministerstwa Polityki Agrarnej i Żywności Ukrainy, są doniesienia o eksporcie zboża przez najeźdźców z czasowo okupowanych terytoriów chersońskiego, zaporoskiego, ługańskiego, donieckiego, charkowskiego. Skradzione zboże jest wywożone albo do Rosji, głównie z obwodu charkowskiego, donieckiego, ługańskiego, albo przez czasowo okupowany Krym – z Zaporoża i Chersonia. Rosja kradnie i eksportuje ukraińskie zboże z chersońskich elewatorów, warzywa i owoce z chersońskich pól i sadów, znane na całym świecie wiśnie z Melitopola na Krymie i sprzedaje je po cenach dumpingowych na okupowanym Krymie lub dostarcza na rynek międzynarodowy.

Rosyjska propaganda różni się od prawdziwych mediów tym, że masowo rozpowszechnia swoje kłamstwa. Tym samym, według źródeł ukraińskich, w maju przez Polskę, Bułgarię, Stany Zjednoczone i inne kraje „przeszły” fake newsy i manipulacje rosyjskiej propagandy. Wśród rozpowszechnianych przez Rosję „bomb informacyjnych” jest przesłanie, że polski premier rzekomo wzywał do zniszczenia „rosyjskiego świata”. W ten sposób rosyjscy kłamcy komentowali fakt, że Mateusz Morawiecki w felietonie w brytyjskiej gazecie „The Telegraph” słusznie wyraził opinię, że „rosyjski świat jest śmiertelnym zagrożeniem dla Europy” i nazwał go guzem nowotworowym. Morawiecki wyraził opinię, że nie wystarczy wspierać Ukrainę w walce z „rosyjskim światem”, napisał, że konieczne jest „całkowite wykorzenienie tej strasznej nowej ideologii”.

Ponadto Polska stanowczo zdementowała doniesienia o rzekomych planach przejęcia kontroli nad zachodnią Ukrainą. oddalił doniesienia o planach przejęcia przez Warszawa kontroli nad zachodnią Ukrainą. Według Stanisław Żaryn, rzecznika ministra koordynatora służb specjalnych, celem rozpowszechniania tych informacji jest osłabienie współpracy między Polską a Ukrainą.

Pałac w Liwadii to była jedna z atrakcji turystycznych Półwyspu Krymskiego. Fot. Wikipedia

Wakacje w cieniu bomb – WOŁODYMYR SYDORENKO o tym jak Rosja zniszczyła turystykę na Krymie

Już teraz można stwierdzić, że rosyjska agresja na Ukrainę praktycznie zniszczyła kurort na Krymie, a świat stracił jeden z najciekawszych regionów turystycznych.

Krymski kurort był jednym z najlepszych na świecie. Czyste i ciepłe Morze Azowskie zapewniło wczasowiczom przyjemny wypoczynek. Ponad tysiąc zabytków kultury, z których część, jak np. Liwadia, miejsce spotkania głów państw koalicji antyhitlerowskiej w Jałcie w 1945 roku, czy starożytne miasto Chersonese-Tavria w Sewastopolu, czy muzeum- galeria artysty morskiego Hovhannesa Aivazovsky’ego w Teodozji i innych – o światowym znaczeniu, przyciągały miłośników starożytności i turystów. W czasach ZSRR, kiedy krymskie uzdrowisko miało obsługę daleką od światowych standardów i wypoczywali tu głównie obywatele radzieccy, Krym odwiedzało rocznie nawet 8 mln turystów i wczasowiczów.

Po odzyskaniu niepodległości Ukraina przystąpiła do odbudowy przemysłu uzdrowiskowego na Krymie. Powstawały nowe hotele, znacznie podniósł się poziom obsługi sanatoriów i pensjonatów. Ukraińskim kurortem zainteresowali się mieszkańcy Europy, Azji, Afryki i Ameryki. Liczba turystów stopniowo rosła i osiągnęła 9 mln rocznie. Jedną czwartą z nich stanowili turyści zagraniczni. Krymskie kurorty i muzea chętnie odwiedzali Polacy, Niemcy, Finowie, Brytyjczycy, Hiszpanie, Francuzi, Włosi. Ukraińskie Ministerstwo Turystyki rozwinęło turystykę rejsową. Latem 2010-2013 do Jałty przypłynęło ponad 30 dużych statków wycieczkowych. Planowano wybudowanie co najmniej 5 portów dla jachtów wycieczkowych. Krym został włączony do światowych programów turystycznych.

Ten postępujący rozwój kurortu został przerwany przez aneksję Krymu przez Rosję. Już w 2014 roku odwiedziło go zaledwie milion turystów. Rosyjscy okupanci zaczęli rozwijać przede wszystkim Flotę Czarnomorską i lotnictwo wojskowe. Starali się też co prawda promować kurort, jednak mało kto lubił opalać się przy ryku wojskowych samolotów i kąpać się w morzu z widokiem na okręty bojowe.

Okupacyjne władze uciekły się do manipulacji danymi. Na przykład w okresie 2016-2020 oficjalne statystyki podawały roczną liczbę turystów na 5 – 6 mln, podczas gdy niezależni eksperci twierdzili, że w rzeczywistości Krym odwiedziło nie więcej niż 3-4 mln. Statki wycieczkowe przestały przypływać na Morze Czarne. Krym, jak i morza Czarne oraz Azowskie, stały się nie miejscami wypoczynku, ale arenami zbrojnej konfrontacji, groźnej dla ludzkiego życia.

Dziś, po rozpoczęciu zakrojonej na szeroką skalę wojny Rosji z Ukrainą, okupacyjne władze Krymu udają, że wojna nie wpłynie na stan uzdrowiska na półwyspie, uciekają się do fałszerstw i twierdzą, że spodziewają się co najmniej 9 mln turystów. Jednak lato jest w pełnym rozkwicie, a dziś nawet biura podróży z Moskwy, Sankt Petersburga, Nowogrodu, Kurska, Rostowa i innych rosyjskich miast, które w styczniu-lutym 2022 r. zarezerwowały wycieczki na Krymie na miesiące letnie, już w większości przypadków anulowały swoje zamówienia. Nawet Rosjanie nie chcą wypoczywać przy odgłosach wybuchających bomb i w ogniu karabinów maszynowych.

Podczas gdy władze okupacyjne na Krymie na próżno czekają na wczasowiczów, kolumny czołgów i pojazdów opancerzonych maszerują na Ukrainę przez most Kercz, samoloty i pociski bombardują ukraińskie miasta, szpitale i sanatoria na półwyspie, które niegdyś gościły turystów teraz przyjmują rannych żołnierzy, lekarze z uzdrowisk zostali zmobilizowani. Czy w takich warunkach możemy mówić o kurorcie i turystyce?

Światowe sankcje przeciwko Rosji zmusiły większość firm usługowych i sieci do zamknięcia swojej działalności, Krym nie ma nikogo, kto mógłby obsługiwać turystów. Miejscowe sklepy, targowiska, sieci handlowe są zaopatrywane bardzo oszczędnie, w dawnym kurorcie brakuje artykułów pierwszej potrzeby.

Już teraz można stwierdzić, że rosyjska agresja na Ukrainie praktycznie zniszczyła kurort na Krymie, a świat stracił jeden z najciekawszych regionów turystycznych. Według ekspertów, problemy Krymu w sezonie turystycznym 2022 r. wiążą się także z zamknięciem przez Rosję nieba nad półwyspem dla lotnictwa cywilnego. Aż jedna czwarta turystów korzystała z transportu lotniczego. Transport kolejowy jest niewygodny. Pociąg z Krymu do Moskwy jedzie półtora dnia. Kto będzie z niego korzystał w XXI wieku?

Miejscowe władze szacują, że w ubiegłym roku między 1 czerwca a 30 września kolej przewiozła ok. 660 tys. osób, w tym roku planowane jest zwiększenie tej liczby do 2,3 mln osób. Pozostaje pytanie: jak to zrobić, po pierwsze linie kolejowe i tak są już przeciążone, a po drugie faktycznie prowadzą przez linię frontu. 30-50 proc. pociągów na Krym jedzie pustych. Zdecydowana większość wczasowiczów udaje się do Rostowa i Krasnodaru. Niezależni eksperci uważają, że sezon 2022 będzie jeszcze gorszy niż 2014, kiedy napływ turystów spadł do niespotykanego wcześniej poziomu. Jeśli chodzi o turystów z innych krajów niż Rosja, to nikt na Krymie nawet na nich nie liczy.

Pesymistyczne nastroje na lato potwierdzają rosyjscy socjologowie. Tak więc, według Ogólnorosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej, tylko 37 proc.  Rosjan zamierzało tego lata wyjechać na wakacje. 52 proc. badanych planuje spędzić urlop w domu, a 39 proc. na wsi lub w ogrodzie.

Jednocześnie poziom życia na Krymie, gwałtownie się pogarsza. Spowodowana wojną Putina inflacja sprawiła, że tylko w maju 2022 r. ceny wzrosły o 30 – 60 proc., a w skali roku 2,5- 3 razy.

Wszystko to po prostu przekreśliło Krym jako światowy kurort. Po wojnie i wyzwoleniu półwyspu zarówno Ukraina, jak i organizacje międzynarodowe będą musiały włożyć wiele wysiłku i środków, aby przywrócić krymskie uzdrowisko do europejskiego poziomu.