PREZES SDP na Kongresie Samorządów. Za czy przeciw rządowej propozycji ZAKAZU WYDAWANIA PRASY przez władze lokalne?

Zakaz wydawania prasy przez samorządy, jaki chce wprowadzić obecny rząd, wydaje się pomysłem spóźnionym. Media lokalne są bardzo słabe, jest ich coraz mniej. Niszczenie tej prasy to uderzenie w  lokalne  środowiska, choć przyznaję , że SDP od wielu lat zabiega o wprowadzenie tego zakazu. Ale dotychczasowe działania obecnego rządu na rynku mediów każą nam podchodzić do pomysłu takich ustawowych zakazów z ogromną ostrożnością i rezerwą – powiedziała dr Jolanta Hajdasz, prezes SDP i dyrektor CMWP SDP podczas panelu dyskusyjnego na temat prasy lokalnej i regionalnej, jaki odbył się w drugim dniu Europejskiego Kongresu Samorządów w Mikołajkach. 

W dyskusji uczestniczyli także Agnieszka Glapiak, przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji,  Andrzej Andrysiak, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, Marek Frąckowiak, prezes Izby Wydawców Prasy i  Katarzyna Syryjczyk Słomska ze Stowarzyszenia Kobiety w Centrum, na co dzień przewodnicząca Rady Miejskiej w 19 -tysięcznym Mikołowie i jednocześnie redaktor naczelna wydawanego tam przez lokalne władze dwutygodnika.  Moderatorem dyskusji był Jędrzej Skrzypczak, profesor na Wydziale Dziennikarstwa  Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Kongres Samorządów w Mikołajkach odbywa się w tym roku po raz XI.

Prowadzenie  działalności wydawniczej przez samorządy to jeden z najbardziej zapalnych punktów obecnej debaty o kondycji mediów lokalnych. Zwolennicy wskazują na ustawowy obowiązek informowania mieszkańców oraz konieczność wypełniania luki tam, gdzie prasa komercyjna zanika. Krytycy alarmują jednak, że tzw. „gazety władzy”, finansowane z publicznych środków, stanowią nieuczciwą konkurencję dla niezależnych wydawców i często służą jedynie propagandzie sukcesu obecnych włodarzy. Istotą problemu jest systemowy konflikt interesów: czy instytucja sprawująca władzę może jednocześnie pełnić funkcję obiektywnego obserwatora? Spór ten to w rzeczywistości gra o pluralizm i prawo obywateli do rzetelnej kontroli poczynań administracji.

W trakcie spotkania uczestnicy dyskusji zaprezentowali swoje diagnozy sytuacji oraz oceniali proponowane w założeniach do ustawy medialnej rozwiązania ograniczające aktywność na rynku mediów  jednostek samorządu terytorialnego,  zwłaszcza w kontekście Europejskiego Aktu o Wolności Mediów (EMFA). Wyjątkowo krytycznie uczestnicy dyskusji ocenili fakt usunięcia tych przepisów z projektu ustawy , co miało miejsce w grudniu b.r.

Kwestia zakazu wydawania prasy przez samorządy w Polsce jest przedmiotem sporów w ramach prac nad nową ustawą medialną (stan na koniec 2025/początek 2026 r.). Organizacje wydawców (np. Izba Wydawców Prasy, czy Stowarzyszenie Gazet Lokalnych ) domagają się tego zakazu, twierdząc że media samorządowe to „tuba propagandowa” i nieuczciwa konkurencja, co uderza w lokalny rynek medialny.  Samorządowcy (np. Związek Miast Polskich) uważają zakaz za niezgodny z prawem, broniąc „prawa do informowania mieszkańców o swoich działaniach (promocja, inwestycje) i podkreślają, że w wielu miejscach ich biuletyny są jedynym źródłem lokalnych informacji. W grudniu 2025 r. z projektu ustawy medialnej wykreślono przepisy zakazujące samorządom wydawania prasy, wcześniej wiceminister kultury Maciej Wróbel wskazywał, że projekt miał dopuszczać możliwość wydawania przez samorządy biuletynów informacyjnych, ale bez prowadzenia przez nie komercyjnej działalności i publikowania reklam. Obecnie sprawa pozostaje otwarta, a  organizacje branżowe, typu IWP  apelują o przywrócenie tych  ograniczeń.
„Samorząd w czasach niepewności – lokalne odpowiedzi na globalne wyzwania” to motto tegorocznego XI Europejskiego Kongresu Samorządów. Odbywa się on w Mikołajkach  na Mazurach. Wg organizatorów w tym roku w  dniach 1–3 marca wzięło w nim udział ponad 3000 uczestników.

Europejski Kongres Samorządów to platforma wymiany poglądów oraz miejsce w którym spotkają się liderzy samorządów, przedstawiciele elit regionalnych, członkowie administracji państwowej, organizacji pozarządowych i biznesu. Program obejmuje ponad 200 wydarzeń: bloków programowych, paneli dyskusyjnych, warsztatów, wykładów, prezentacji.

Debaty Kongresu poruszą między innymi problemy współczesnej urbanistyki, mechanizmów rozwoju miast i regionów, finansowania inwestycji, zarządzania miastem, ochrony środowiska, polityki zdrowotnej oraz działań samorządów w nowej rzeczywistości.

Gościem pierwszego dnia Kongresu był Prezydent Karol Nawrocki. Spotkanie z nim miało charakter wywiadu na żywo, rozmowę prowadziła red. Dorota Gawryluk , szef pionu informacji TV Polsat.

 

Galeria ze strony CMWP:

 

 

 

 

INFLUENCERZY JAK DZIENNIKARZE – bez dobrych przepisów będzie tylko rynek, nie przestrzeganie etyki

W siedzibie Krajowej Rady i Telewizji rozmawiano o rozpoznawalnych ludziach pracujących w sieci i dla internetowych firm. Co o nich wiadomo? Dużo zarabiają, są sławni i nie mają szefów. Nie zupełnie, ale i tak co trzecie polskie dziecko, chce być influencerem.

INFLUENCERZY – odpowiedzialność w blasku zasięgów – to tytuł konferencji oraz słowa z okładki informatora KRRiT o działalności gospodarczej w Internecie zaprezentowanego podczas spotkania.

Młodzi, ale już doświadczeni

Przyznam, że liczba młodych ludzi, którą zobaczyłem na sali, oprócz niewesołych myśli o przemijaniu, spowodowała u mnie bardziej twórcze spostrzeżenia.

Okazało się bowiem, że ci dojrzalsi uczestnicy konferencji doskonale potrafią rozmawiać z influencerami, tylko obie grupy muszą przyjąć jeden język postrzegania problemów pracy w sieci. Pracy specyficznej, bo polegającej, w przypadku kształtujących trendy internetowe, na zaufaniu i odpowiedzialności.

Wpływy i odpowiedzialność

Przewodnicząca KRRiT Agnieszka Glapiak otwierając konferencję przyznała, że wszyscy muszą się w tym przypadku od siebie dużo uczyć, bo tylko tak można doprowadzić do wyjaśnienia wielu wątpliwości.

Przewodnicząca KRRiT akcentowała też znaczenie influencerów dla polskiego rynku cyfrowego. „Jesteśmy dziś w gronie bardzo wpływowych osób: influencerów, twórców cyfrowych, a także ludzi mediów oraz social mediów. Zaznaczę, że nie jest to jedynie uprzejmy komplement na rozpoczęcie konferencji. To fakt potwierdzony danymi, zasięgami i realnym wpływem, jaki wywierają Państwo na miliony odbiorców – rozpoczęła dyskusję Agnieszka Glapiak.

KRRiT egzekwuje przepisy wymagane od oficjalnego podmiotu, który reprezentuje influencer. To jest przydatne dla organu regulacyjnego, bo od razu – zdaniem urzędników – powinno być wiadomo, kto musi przestrzegać przepisów o lokowaniu produktu i przestrzegać na przykład zakazu reklamowania alkoholu i tytoniu.

Alkohol i używki…

Jeszcze przed rozpoczęciem na dobre tego panelu już trwała dyskusja. Duże zdziwienie wśród niektórych urzędników KRRiT oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wywołały informacje przekaże przez jedną z gwiazd polskiej sieci, Natalię Sisik, że na południu Europy, na przykład w Hiszpanii, nikt nie przejmuje się unijnym zakazem promowania napojów z procentami. Zastępca przewodniczącej Krajowej Rady Hanna Karp przywołała dużą odpowiedzialność internautów kształtujących opinie najmłodszych użytkowników sieci wspominając o dużym zagrożeniu tej grupy nadużywaniem alkoholu i innych używek.

Wielu z influencerów było oburzonych. Nie dali nawet skończy wiceprzewodniczącej KRRiT. Pracujący w Internecie młodzi ludzie przekrzykiwali się, że to jest bardzo krzywdzące dla ich branży.  Sytuację ratowała rzecznik Rady Anna Ostrowska, która wymogła ponowne oddanie głosu Hannie Karp. Ta wyjaśniła, że nie chodziło jej o to, że takie sytuacje dotyczące uzależnień wśród influencerów są już problemem, ale powtórzyła, że istnieją zagrożenie, na które są narażeni są i producenci treści w sieci i ich odbiorcy.

Co wolno w sieci?

Regulacje to także problem dla wielu zarabiających w sieci na życie, bo na przykład, co opisał jeden z uczestników spotkania, zgłosił wszystkie swoje kanały do KRRiT. Oprócz jednego, bo uznał, że nie wypełnia on tej definicji. I… dostał 50 tysięcy kary.

zdj. HB

W dyskusji przygotowanej przez organizatorów z KRRiT uczestniczyli: Anna Garwolińska – dyrektor ds. regulacyjnych i public affairs ze Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska, dr inż. Konrad Skotnicki – popularyzator nauki, twórca profilu znany jako „Doktor z TikToka”, Natalia Sisik – twórczyni i współtwórczyni serii #NewsNaDziś oraz Marcel Kiełtyka – członek zarządu, dyrektor ds. komunikacji i PR Stowarzyszenia Demagog.

Wśród pytań i odpowiedzi pojawiło się klika wątków, między innymi problem odpowiedzialności za umieszczane w ramach np. vlogów dyskusyjnych i zakazanych treści oraz kłopot z przyporządkowaniem poszczególnych influencerów niektórym branżom.

Dziennikarze i influencerzy – podobne problemy, ale na innym etapie

Piszący te słowa zapytał o podobieństwa zarabiających w sieci z dziennikarstwem oraz o skuteczność zrzeszania się pracujących w Internecie i wyjaśnił, że na skutek przestarzałego prawa prasowego nie ma w rejestrach zawodu dziennikarza. Ani zawodu influencera…

Otrzymałem odpowiedź, że prawo w kwestii pracujących w platformach przekazujących treści do sieci musi jeszcze długo być kształtowane i lepiej, aby nie polegało tylko na egzekwowaniu drakońskich kar. Jedna z uczestniczek panelu zaznaczyła, że porównanie influencerów i dziennikarzy jej się podoba, ale „przecież my w Internecie nie możemy brać takiej odpowiedzialności, jak redakcje” – mówiła.

Nowe prawo albo chaos

Wszyscy zgodzili się jednak, że ten wątek jeszcze długo nie będzie rozstrzygnięty, bo głównym zadaniem instytucji regulujących rynek cyfrowy jest wydobycie ustawy o prawie prasowym z mroków stanu wojennego. Przepisy prawa dla twórców internetowych także muszą być dostosowane do aktualnej daty, a nie momentu, kiedy prawodawca postanowił skodyfikować prawnie funkcjonowanie sieci.

Wyjaśniono także, iż influencerzy są zrzeszeni w kilku organizacjach. Ich zadaniem jest m.in. skoordynowanie wspólnych działań na rzecz rynku cyfrowego i funkcjonujących tam podmiotów.

 

Zdj. HB

DAWID WILDSTEIN o TVP w likwidacji: Uśmiechnięty Populizm rozkręcił jedną z najobrzydliwszych kampanii hejtu

W portalu SDP publikujemy często opinie autorów z rożnych środowisk reprezentujących rozmaite poglądy. Zdecydowaliśmy się przybliżać m.in. niektóre z wpisów dziennikarza i publicysty Dawida Wildsteina z jego profilu na Facebooku. Felietony zamieszczamy za wiedzą Autora – tytuł i śródtytuły od redakcji
Boże, jakie to piękne. Podobno mój krotki tekścik o Dobrosz Oracz (który tak naprawdę nie był o niej, tylko o bydlactwie kłamstw i kampanii hejtu Uśmiechniętego Populizmu) tak wkurzył nasze kochane, nielegalne TVP (tak, tak, będziecie siedzieć kochani, bo to, co robicie to ostentacyjna bandyterka), że nie tylko szykują na mnie swoich prawników, dodatkowo poprosili Giertycha, żeby napuścił na mnie swoje trolle, i faktycznie, na Twitterze mam prawdziwy najazd tej patologii. Czyli, naprawdę trafiło i zabolało.
W takim razie z największą przyjemnością ponownie zamieszczam swój wczorajszy tekst, z prośbą o jak najszersze udostępnianie. I tylko jedno mnie ciekawi. Za co oni chcą mnie podać do sądu? Za niekorzystne zdjęcie Oracz? To co oni chcą, zamknąć cały internet? No zdjęcie wziąłem z Wikipedii:D

Napierw milczą, potem histerycznie atakują

Spójrzcie. To jedna z naczelnych propagandystek neo TVP. I można by napisać, że przez tę kobietę dzieci umierają na raka… to jej władza daje potworne pieniądze, dzięki którym można byłoby uratować życie najmłodszych, walczących z nowotworami. Ale pensja dla propagandystki ważniejsza. Fajnie, co nie? A teraz od początku. To oczywiście Dobrosz Oracz, jedna z najwierniejszych, najważniejszych funkcjonariuszek propagandy PO. Razem z arcykapłanką propagnady Schnepf.

Z mojej perspektywy to postać odrażająca. Ale nie, nie jest odpowiedzialna za to, że dzieci umierają na raka. To skąd ten początek posta? Otóż właśnie neoTVP wypuściło filmik z imprezy ramówkowej, na której Dobrosze, klony Schnepfowej, Czyże i im podobni, wśród złota, na imprezie za potworne pieniądze, imprezują w najlepsze. Wici, rozumici, niby w likwidacji, ale przecie rządzi Uśmiech, więc kłamiemy i łamiemy prawo, kogo to obchodzi, miliardy lecą. A jeszcze trzy lata temu Uśmiechnięty Populizm rozkręcił jedną z najobrzydliwszych, najbardziej zakłamanych kampanii hejtu.

Nowotwory to wina PiS…

Oskarżono władzę PiS, że zamiast ratować chore na raka dzieci, daje na TVP. W tej nagonce uczestniczyli ci sami politycy, którzy dziś dają miliardy na neoTVP, cyngle medialne, które dziś bronią tej władzy i jej funkcjonariuszy takich, jak Oracz czy Schnepfowa etc.
Uderzano w konkretnych ludzi wyzywając ich od morderców dzieci, urządzano manifestacje z takimi hasłami…
Wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. Ale kogo to obchodziło? Ważne, że można było na trupach dzieci, na ich potwornym cierpieniu, rozkręcić najbardziej tępy, przemocowy i prymitywny hejt. Że można było kłamać, oskarżać innych o najgorsze, o mordowanie wręcz… A jak już Tusk i jego ekipa dorwała się do władzy, oczywiście miliardy na propagandę płyną. I dzieci może umierają na raka, ale Uśmiechnięte.
Warto pamiętać o tamtym uśmiechniętym wyrzygu hejtu, bo pokazuje on, z jak nihilistyczną, skrajnie przemocową, pustą i populistyczną formacją mamy do czynienia- wyjątkową na skalę Polski a nawet Europy. Zdolną do największych świństw i kłamstw.
Broń Boże nie zniżajmy się do ich poziomu. Ale też nie zapominajmy, co robili i robią.

Tępym przekazem w kryzys

A najbardziej ponurą puentę dopisała sama rzeczywistość. Bo poprzednia władza była, jaka była, ale coś się starała robić. Za to za Uśmiechniętego Populizmu mamy REKORDOWY kryzys w Ochronie Zdrowia, plajtujący NFZ, kobiety rodzące na SORze, pacjentów onkologicznych odsyłanych do domu, na rodzaj ekonomicznej eutanazji, bo szpitale się zamykają.
A populistyczna władza ma na to wywalone, bo zajęta jest ściganiem emerytek obrażających Owsiaka, polityków opozycji oraz rozkręcaniem kolejnych, populistycznych kampanii nienawiści. Zaś jej medialne cyngle robią wszystko, by tę ponurą rzeczywistość ukryć.
Więc powtórzę, akurat dama ze zdjęcia nie jest odpowiedzialna za los chorych dzieci. Za to już jej mocodawcy, których broni, chroni i dla których robi- jak najbardziej.
Dawid Wildstein
PS: Algorytmy czesto tną zasięgi moich wpisów. Jeśli ten post wydaje Ci się ważny – proszę, podaj go dalej.

Pod patronatem SDP – powieść MARKA RUDNICKIEGO „Vakho. Ucieczka do piekła” – cicha wojna o granice Polski

Na rynku wydawniczym wciąż popularne są książki pisarza i dziennikarza Marka Rudniczego, naszego Kolegi z SDP, prezesa Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Szczecinie. Powieść „Vakho. Ucieczka do piekła” została objęta patronatem SDP. Rudnicki to twórca pracowity i nieoczywisty, jego książki zmuszają do innego myślenia o naszych dziejach, współczesności a nade wszystko o przyszłości Polski.

Książki red. Marka Rudnickiego poruszają problemy uniwersalne, jak cała trylogia: „Vakho. Ucieczka do piekła” po „Vakho. Wilcze szczenię”, wydanej również w USA pt. „Vakho. The Wolf’s Cub” i „Vakho. Czerwone wota”.

Polska ledwie odetchnęła po zakończonej wojnie z bolszewikami, a już grzęźnie w chaosie politycznym. Teoretycznie uregulowana granica na Kresach staje się w rzeczywistości zarzewiem rodzącego się konfliktu w sytuacji, gdy macki sowieckiego wywiadu sięgają głębiej niż zdają sobie z tego sprawę polskie służby zajęte rozgrywkami na szczeblach władzy. Splot wydarzeń sprawia, że  rodzi się podejrzenie, że przebieg granicy po Traktacie Ryskim nie jest zgodny z zawartymi wówczas układami. Punktem zwrotnym staje się list wysłany do Janka przez ojca, majora dyonu lotniczego, który wkrótce po tym ginie w niewyjaśnionej katastrofie lotniczej. Jego treść otwiera istną Puszkę Pandory.

Piłsudski, odsunięty na boczny tor przez aktualnie rządzących, nie rezygnuje całkiem z polityki i w tajemnicy powierza Jankowi kolejną misję na Wschodzie. Gdy na sąsiadujące z Polską tereny zostaje wysłana specjalna sowiecka jednostka, a wokół Polski zaczynają się rodzić niepokojący sojusz Niemiec z Rosją, dla wtajemniczonych staje się jasne, że wojna wcale się nie skończyła. Teraz tylko toczy się w ciszy gabinetów i w cieniu zdrady.

W tle żywa wówczas kwestia pozostawienia w wyniku Traktatu Ryskiego po stronie rosyjskiej niemal dwóch milionów polskich mieszkańców Kresów. Rozgrywa się ich dramat i złudzenie, że Polska jednak upomni się o nich.

„Vakho. Ucieczka do piekła” to trzymająca w napięciu opowieść pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, często dramatycznych i posiekanych tragedią jednostek, ale też utkana elementami czysto ludzkimi, bliskimi i zrozumiałymi dla każdego człowieka. Idealna kompozycja z nutkami smaków tragizmu, miłości i wierność ideałom, w których został wychowany główny bohater. A co istotniejsze, oparta o wydarzenia, które choć dziś umknęły już naszej pamięci, to zachowują wyraziste konotacje do współczesności.

Marek Rudnicki to często nagradzany pisarz i dziennikarz. Absolwent kursu dla dziennikarzy i wydawców Związku Włoskiej Prasy Periodycznej. W stanie wojennym współpracował z podziemnym pismem „Orzeł Biały”, a po roku 1989 z periodykami: „Młoda Polska”, „Przedsiębiorca Zachodniopomorski”, „Solidarność ‘80”. Przez wiele lat dziennikarz tygodnika „Morze i Ziemia” oraz dziennika „Głos Szczeciński”. Jest członkiem rady programowej Polskiego Radia Szczecin S.A. i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział Wielkopolski.

Otrzymał m.in. prestiżowe nagrody Ostrego Pióra BCC, Dziennikarza Roku, Nagrodę Złotej Kaczki im. Bogdana Czubasiewicza oraz wyróżnienie w konkursie SDP Nagroda im. Wojciecha Dolaty.

W dorobku Marka Rudnickiego są książki o różnej tematyce, w tym – dotyczących tajemnic z zakresu paleoastronautyki („Kołowrót dziejów” i „Bękarty bogów”), thrillerów (cykl: „Szpony diabła”, „Remedium 111”, „Krwawy bursztyn”), „Shang. Kolce róży” oraz wspomnianego cyklu „Vakho” z fabułą historyczną, dotyczącego okresu wojny polsko-bolszewickiej, których wątki jako żywo przypominają dzisiejsze zmagania Ukraińców w walce z Rosją.

A oto fragment recenzji powieści Rudnickiego „Vakho. Ucieczka do piekła” z portalu alenajpierwksiążka:

„Vakho. Ucieczka do piekła” oraz „Vakho. Czerwone wrota” to książki, które opowiadają historię w sposób bezlitosny- takie, które ją dosłownie odsłaniają, zdzierając warstwę patosu i zostawiając czytelnika sam na sam z brudem, strachem i odpowiedzialnością. To powieści historyczne, które karmią się legendą, ale także takie, które tę legendę rozbrajają.

***

„Vakho. Ucieczka do piekła” oraz „Vakho. Czerwone wrota” to literatura bezlitosna wobec mitów, oszczędna w emocjonalnych ułatwieniach, za to niezwykle precyzyjna w stawianiu pytań o cenę niepodległości. To książki pisane z chłodną świadomością, że historia to nie opowieść o zwycięstwach, lecz o decyzjach, których skutków nie da się cofnąć. Autor pisze o niepodległości bez fanfar. Polska, która dopiero co się narodziła, już musi walczyć o prawo do istnienia- nie tylko na froncie, ale także w gabinetach, meldunkach, półsłówkach i zdradach.

Bohaterowie Boszko-Rudnickiego nie funkcjonują w logice heroizmu, lecz w logice przetrwania i odpowiedzialności. Janek to postać wewnętrznie wypalona, uważna, podejrzliwa wobec świata i samej idei „końca wojny”. Jego doświadczenie nie prowadzi do wzniosłych deklaracji, lecz do coraz bardziej bolesnej świadomości, że każda decyzja- także ta słuszna- niesie ze sobą czyjąś krzywdę. Autor nie tłumaczy emocji bohaterów ani nie dopowiada ich stanów. Tym samym zmusza czytelnika do uważnej lektury i do czytania między wierszami.

Klimat książek jest gęsty, duszny, momentami niemal paranoiczny. Wojna toczy się tu w półcieniach: w raportach, podejrzeniach, krótkich rozmowach i narastającej nieufności wobec sojuszników (…).

To nie są książki łatwe ani wygodne. Momentami surowe, chwilami wymagające skupienia, ale uczciwe wobec czytelnika. „Vakho” to literatura historyczna, która zaskakująco mocno rezonuje ze współczesnością – opowiada o wojnie hybrydowej, manipulacji i cenie, jaką płacą ci, którzy działają w cieniu. To książki, które nie chcą się podobać- chcą być uczciwe. I właśnie dlatego zostają w pamięci. Zostawiają niepokój oraz pytanie, czy historia naprawdę kiedykolwiek się kończy, czy tylko zmienia język.

Był to fragment recenzji z ” z portalu alenajpierwksiążka

 

grafika z materiałów Marka Rudnickiego

 

 

Czy BOLESŁAW PRUS wyparłby się LALKI z NETFLIXA po obejrzeniu trailera? „You’re so fu…ng special…”

Rzadko większość recenzentów i dziennikarzy ocenia filmową adaptację klasyki, w tym przypadku Bolesława Prusa, na podstawie zwiastunu telewizyjnego, a właściwie reklamy serialu streamingowego giganta. Lalka Netflixa w reż. Pawła Maślony – zdaniem wielu oglądających tylko trailer – jest dziwna, złowieszcza, ilustrowana hitem rockowym i zapowiada film skandalizujący.

A może nie? Trudno wyrokować na podstawie samej zapowiedzi, która zakłada przyciągnięcie jak największej liczby widzów.

To tylko filmik promocyjny

Bardzo prawdopodobne, że reżyser, realizatorzy zwiastunu i ludzie z Netflixa tak wymyślili promocję Lalki, aby uczynić z serialu obraz  kontrowersyjny i totalnie różny od powieści?

Bzdura. W recenzjach powieści Prusa z jego epoki też były przekazy o wyjątkowej „brutalności i surowości” powieści. A nie było Internetu. Autor zaś napisał Lalkę bez wewnętrznych hamulców, jako pisarz, który sam recenzuje rzeczywistość XIX wieku, między innymi w Warszawie, w zaborze rosyjskim. O ile Prusa obowiązywały rygory cenzury politycznej i obyczajowej, to Maślona i Netflix nie mają takich problemów. Po prostu trailer musi być niejednoznaczny i wywoływać dyskusję o narodowym, polskim romansie.

Kilka Lalek

Netflix powinien się wyróżniać także z innego powodu. W tym samym czasie powstawała inna ekranizacja Lalki, w reżyserii Macieja Kawalskiego, z rolami Kamili Urzędowskiej (Łęcka), Marcina Dorocińskiego (Wokulski) i powracającego na ekrany na ten jeden raz (?) Marka Kondrata (Rzecki). Film jest równie wypatrywany przez widzów jak serial. Poza tym – moim zdaniem –obu najnowszym produkcjom trudno będzie przebić się przez legendy naszej kinematografii: film z 1968 roku w reż. Jerzego Wojciecha Hasa z rolami Beaty Tyszkiewicz, Mariusza Dmochowskiego i – w roli Rzeckiego – Tadeusza Fijewskiego oraz serial z 1977 roku w reżyserii Ryszarda  Bera z Małgorzatą Braunek, Jerzym Kamasem i Bronisławem Pawlikiem, jako starym subiektem.

Konkurencja konkurencją, ale Netflix jest zbyt ekspansywną firmą i bogatym koncernem, aby oglądać się na inne ekranizacje tej samej powieści. Bo Lalka Bolesława Prusa jest takim dziełem, jakim chcemy.

Kiedy czytano mi fragmenty w latach wczesnej podstawówki  a wtelewizji emitowano serial Ryszarda Bera, Lalka była dla mnie tajemniczym ogrodem. Bajką z ładnymi strojami z czasów, które w zaczątkach świadomości jawiły mi się, jako skojarzenie z dziewiętnastowiecznymi zrywami narodowymi, w tym przypadku z Powstaniem Styczniowym.

Po latach, kiedy w łódzkim liceum musieliśmy już przeczytać Lalkę (no, przynajmniej obszerne fragmenty), zaczynałem myśleć nie ekranizacjami, ale jakimiś połączeniami – nie wiem dlaczego – Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumas’a i książek sensacyjnych Alistair’a MacLean’a (Tylko dla Orłów i Działa Nawarony),  m.in. Żegnaj Kalifornio wydanej pod koniec lat 80. ub. w. tzw. drugim obiegu, nie wiem co ta książka zawiniła komunie. A, już wiem, zimna wojna była. Tak jak zimne relacje Łęckiej i Wokulskiego. Czy rzeczywiście jednak zimne..?

Odbiór łagonieje z wiekiem?

Już jako dorosły dziennikarz, „walczyłem” z Lalką Prusa potępiając ją w czambuł  za archaiczne wyobrażenie Polski, której ,w czasach akcji  powieści, nie było wtedy na mapie świata, Teraz, w wieku dawno dojrzałym, powieść o miłości kupca i ubogiej arystokratki wydaje mi się filarem naszej, polskiej literatury, ale także literatury światowej. Lecz nie takim dziełem, na piedestale, nie do dotykania. Jak najbardziej można zaznać przy lekturze lalki innych niż zwykle, w spółcześnie, uczuć. A niech tam sobie producenci wariują odchodząc od pierwowzoru, niech realizują jeszcze trzy kolejne ekranizacje. Co ja muwię trzy, dziesięć nawet…

Trzeba kończyć, a nie wyjaśniłem, dlaczego zwróciłem uwagę na zwiastum netflixowej Lalki. Otóż, są trzy powody: Sandra Drzymalska, która nie musi (w trailerze) grać Łęckiej, bo nią jest; dobór scen nieoczywistych i – powiedzieliby ludzie z XIX wieku – wyuzdanych, ale, już moim zdaniem, w sposób wysublimowany; no i muzyka zwiastunu z „Creep” zespołu Radiohead z lat 90. ub. w., kiedy byłem piękny i młody, a teraz jestem tylko mądry i bogaty.

Muzyka, ale nie z pozytywki

Po fragmentach Radiohead w trailerze odczuwałem wzruszenie. 20 lat temu powiedziałbym, iż utwór „Creep” ze znamiennymi słowami „You’re so fu…ng special” tak pasuje do powieści Prusa, jak rząd premiera Tuska do międzynarodowej nagrody wolności słowa. Dzisiaj „Creep” też nie pasuje do Lalki, ale przecież każdy może sobie Łęcką wyobrażać jak chce i w dowolny sposób interpretować jej zachowanie wobec Wokulskiego.

Każdemu wolno kochać i robić zwiastuny filmów oraz seriali. Ale… spróbujcie proszę wyprodukować trailer Lalki z muzyką „Wypijmy za błędy” w wykonaniu Ryszarda Rynkowskiego albo do piosenki „Do zakochania jeden krok” zaśpiewanej przez Andrzeja Dąbrowskiego.

Prus ze snu…

Czy znajdziecie przywołanie poniższego fragmentu powieści w dwóch współczesnych ekranizacjach? Bolesław Prus (właściwie Aleksander Głowacki) tak opisywał miłosne i niemiłosne relacje pary swoich bohaterów w śnie Izabeli Łęckiej:

>>”Zrobiło się już zupełnie ciemno; na ulicy zapalono latarnie, których blask wpadał do gabinetu panny Izabeli malując na suficie ramę okna i zwoje firanki. Wyglądało to jak krzyż na tle jasności, którą powoli zasłania gęsty obłok.

„Gdzie to ja widziałam taki krzyż, taką chmurę i jasność?…” – zapytała się panna Izabela. Zaczęła przypominać sobie widziane w życiu okolice i – marzyć.

Zdawało się jej, że powozem jedzie przez jakąś znaną miejscowość. Krajobraz jest podobny do olbrzymiego pierścienia, utworzonego z lasów i zielonych gór, a jej powóz znajduje się na krawędzi pierścienia i zjeżdża na dół. (…)

Teraz panna Izabela spostrzega ojca, który siedzi przy niej i z uwagą ogląda sobie paznokcie, od czasu do czasu rzucając okiem na krajobraz. (…) „Czy my jedziemy, czy stoimy?” – pyta ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie widział; ogląda swoje piękne paznokcie i czasami rzuca okiem na okolicę…

Wtem (powóz ciągle drży i słychać turkot) z głębi jeziora czarnych dymów i białych par wynurza się do pół figury jakiś człowiek. Ma krótko ostrzyżone włosy, śniadą twarz, która przypomina Trostiego, pułkownika strzelców (a może gladiatora z Florencji?), i ogromne czerwone dłonie. Odziany jest w zasmoloną koszulę z rękawami zawiniętymi wyżej łokcia; (…) Reszty postaci nie widać spośród dymu.

„Co on robi, ojcze?” – pyta się zalękniona panna Izabela.

„Gra ze mną w pikietę” – odpowiada ojciec, również trzymając w rękach karty.

„Ależ to straszny człowiek, papo!”

„Nawet tacy nie robią nic złego kobietom” – odpowiada pan Tomasz<<.

Tyle Prus o koszmarach Łęckiej.

Nie ma mocnych

Co stałoby się z panią Izabelą w pierwszych latach XXI wieku? Skończyłaby pewnie politologię. I pracowałaby w jednej z komercyjnych telewizji gardząc dziewiętnastym wiekiem.

A Wokulski? Cóż, albo nie byłoby go wcale w życiu Izabeli albo miałby firmę reklamową i koncern spedycyjny. Z tym, że nie znając dziś rosyjskiego – bo to zbrodniczy reżim był, jest i będzie – pan Stanisław na pewno nie handlowałby ze Wschodem.

 

Hubert Bekrycht

 

Lalka – serial Netflix – 2026, reżyseria: Paweł Maślona; wykonawcy, m.in.: Sandra Drzymalska – Izabela Łęcka, Tomasz Schuchardt – Stanisław Wokulski, Dariusz Chojnacki – Ignacy Rzecki

zdj. Sandra Drzymała, która w serialu gra Izabelę Łęcką – trailer Netflix

W poniedziałek POGRZEB śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO, realizatoara dźwięku Telewizji Polskiej

Realizator dźwięku Telewizji Polskiej i TVP we Łodzi Wacław Romański zmarł 3 lutego 2026 roku w wieku 87 lat… Właściwie Wacek Romański w TVP i TVP Łódź był zawsze. Kiedy pytałem go, kiedy zaczynał, udawał zamyślenie i mówił „no, to było w tym roku, kiedy pożyczyłem od Poli Negri 5 złotych”.

***

Pogrzeb śp. Wacława Romańskiego w poniedziałek 9 lutego o 11.30 na cmentarzu ewangielickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

***

Wacław Romański…

Lubiany, otwarty, gaduła, profesjonalista w każdym calu. Dowcipny a jednocześnie wrażliwy. „W tak nerwowej pracy i taki pogodny” – mówili koledzy z reżyserki.

Poczucia humoru nie miał tylko wówczas, kiedy trzeba było ratować program, tak z powodów technicznych, jak i merytorycznie. Nie umiem sobie wyobrazić, że Wacek nie żyje…

 

Wacek nie był tylko dźwiękowcem. Kiedy była taka potrzeba i zdjęcia zrobił i światło ustawił. Takich ludzi już niestety w zawodzie jest coraz mniej. Nade wszystko kochał tę robotę. Chyba przez prawie pół wieku trudno sobie było wyobrazić TVP bez Romańskiego i Wacka bez telewizji w Łodzi.

Aż w końcu nastąpił ten dzień. „Przeszedłem na emeryturę, jestem już w odstawce, ale może odpocznę, chociaż powiem ci, brakuje mi tej adrenaliny, kiedy zaczyna się transmisja lub ŁWD (serwis informacyjny w TVP Łódż)” – powiedział mi kiedyś gorzko, może ponad dwie dekady temu.

„Nawet wtedy nie tracił kontaktu z oddziałem, no może nie tyle z firmą, co z ludźmi, z którymi pracował” – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl wieloletnia dziennikarka, spikerka Polskiego Radia i prezenterka Telewizji Polskiej Grażyna Jeżewska.

Wacław Romański w Zespole Emisji zdj. www.art.intv.pl

„Koleżeński, towarzyski. Takich ludzi jak Wacuś, jak mówi, młodzież już >>nie produkują<<. Jego praca to było jego życie” – mówiła. „Oprócz tego, że Wacek był absolutnym fachowcem, to jeszcze pomagał zrozumieć telewizyjną pracę mniej doświadczonym. Lubił pracę z młodzieżą” – dodała Jeżewska. Dawny dziennikarz TVP Łódź i prezes oddziału łódzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Zbigniew Natkański wspomina Zmarłego jako rzemieślnika i artystę jednocześnie.„W czasach, kiedy Wacek zaczynał, kiedy telewizja raczkowała i nadawała tylko na żywo, musiał być jednocześnie bezbłędnym realizatorem dźwięku i wrażliwym człowiekiem słuchającym interpretacji tekstu w ekranizacji klasycznego dramatu w Teatrze Telewizji. A tego typu produkcje często gościły w łódzkim studio. Ze znanymi reżyserami i znakomitymi aktorami” – wspominał Natkański.

 

 

***

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś o Wacławie Romańskim napiszę, ale, jako młodszy kolega, mogę zapewnić, że Wacka nie będzie można zastąpić. Bo oprócz szacunku dla innych i  swojego zawodu rozumiał, że w telewizji jego marzeń, najważniejsi są ludzie…Nie polityka.

Żegnaj Wacku, szkoda, że nie opowiesz mi teraz kolejnych anegdotek, których nie moglibyśmy nigdzie opublikować. Szkoda, że nie zobaczymy się już na stadionie Widzewa czy Orła… Szkoda.

Wacuś, do zobaczenia

 

Hubert Bekrycht

 

Pogrzeb śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO odbędzie się 9 lutego, w poniedziałek o gdzinie 11.30 na na cmentarzu ewangelickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

 

zdjęcia ze strony www.art.intv.pl

HUBERT BEKRYCHT: W przededniu katastrofy, czyli przedwierzchołek upadłości mediów publicznych

Termin „przedwierchołek” używany jest często przez wspinaczy wysokogórskich, geologów i geografów. Przedwierzchołek to jeszcze nie szczyt góry, ale prawie. Od szczytu czasem dzieli go kilkanaście metrów. Szczyt bezczelności natomiast bardzo chcą osiągnąć władze, niektórzy pracownicy i protektorzy mediów publicznych.

Nielegalnie przejęte ponad 2 lata temu TVP, PR, rozgłośnie regionalne PR i PA szczytu bezczelności jeszcze nie osiągnęły. Na razie musnęły zaledwie przedwierzchołek buty, chamstwa, cenzury, łamania wolności słowa, dezinformacji…

Uff, a to zaledwie początek. Pozostając w Himalajach hipokryzji, media publiczne brodząc po szyję w szlamie manipulacji i kłamstw podążają ku zagładzie. Utrzymują setki propagandystów koalicji i zwykłych hien dziennikarskich. Z naszych podatków.

W alpinizmie wspinacze i geografowie obserwują czasem kilka tzw. przedwierzchołków szczytu, który chcą osiągnąć. Media publiczne po 2023 roku też mają kilka prawie szczytów. Negatywnych, hańbiących, skandalicznych.

Przedwierzchołek nr 1 – kasa z Marsa

Dotyczy finansowej niekompetencji. Mając bezterminowe i określane mianem rządowej studni bez dna finansowanie, wciąż media publiczne nie mogą wyprodukować, czegoś, co przebije komercyjną konkurencję, w tym konserwatywnych nadawców, m.in. TV Republikę, telewizję wPolsce24, Radio Wnet, Radio Maryja, Telewizję Trwam i wiele, wiele innych. Do wierzchołka jeszcze trochę, bo komunikaty manipulacyjne w rządowych mediach płyną leniwie jak Nil. Ale wylewają jak szambo. Bardzo spektakularnie.

Przedwierzchołek nr 2 – etyczny Armagedon

W TVP, PR i PAP nie ma obecnie żadnych zahamowani molalnych. Byle tylko „dowalić” opozycji, mediom konserwatywnym i niezależnym jeszcze instytucjom. I ludziom z tych środowisk. Są w państwowych mediach pokłady zgnilizny etycznej, ale to nie znaczy, że nie będą się powiększać. Tu do szczytu daleko.

Przedwierzchołek nr 3 – media publiczne jak mafia

W tej chwili, chcąc dotrzeć na wierzchołek zemsty, wraz z przypadkowo wylosowanymi sędziami, media publiczne udowodniają, że wszystkie ich decyzje były zgodnie z prawem. M.in. zwolnienia dyscyplinarne, zwolnienia wymuszone, zastraszanie dziennikarzy, który jeszcze zostali i dezinformacje, które pojawiają się każdego dnia. I też do szczytu daleko jak z Warszawy do Drezna.

Atak szczytowy

Katalog wszystkich łotrostw nowych, nielegalnych władz mediów publicznych jest też długi jak taśma w kasie supermarketu. Trzeba poczekać aż się wyczerpie. Kiedy TVP, PR i PAP w likwidacji będą ledwo żywe, wówczas ktoś ich majątek sprawiedliwie podzieli. I zrobi się – jak mawiał klasyk – protokół zniszczenia.

A wtedy szczyty dopiero będą przed likwidatorami i ich rządowymi mecenasami. Szczyty albo upadki z wierzchołków mediów publicznych.

 

 

KONSERWATYWNI CZŁONKOWIE RADY PROGRAMOWEJ TVP W LIKWIDACJI nie poparli emisji antypolskiego filmu ukazującego Polaków jako antysemitów

Do antypolskiego, zmanipulowanego filmu „Wśród sąsiadów”, pokazanego w TVP w przeddzień Narodowego Dnia Niepodległości w ub. roku domontowano 26 minut materiałów szkalujących Polaków. Pomimo tego mająca większość koalicyjną Rada Programowa Telewizji Polskiej w likwidacji poparła stanowisko o „wysokiej ocenie” dokumentu. Stało się to mimo sprzeciwu czworga reprezentantów rekomendowanych przez konserwatywne organizacje, w tym SDP.

Już jesienią Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wskazywało na szkodliwy i manipulacyjny charakter filmu robiący z Polaków – którym jako jedynym w okupowanej przez Niemców Europie za pomoc Żydom groziła śmierć – morderców i antysemitów. Oto fragment skargi SDP z listopada ub. roku:

„ZG SDP składa skargę do KRRiT na wyemitowany przez TVP w likwidacji film dokumentalny >>Wśród sąsiadów<< w reżyserii Yoava Potasha. Film opublikowano w przededniu 107. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, tj. 10 listopada 2025 r., o godzinie 22:05 w TVP1 i nadal jest dostępny w serwisie internetowym TVP VOD. Nawiązuje on swoją wymową do książki Tomasza Grossa >>Sąsiedzi<< z roku 2000 i tak jak on manipuluje źródłami, przedstawia zachowania marginalne jako powszechne i typowe oraz obarcza Polaków winą za to, co generalnie na terenie naszego kraju robili Niemcy” – czytamy w stanowisku SDP z listopada 2025 roku.

Oto tekst z portalu SDP ze skargą władz Stowarzyszenia w sprawie filmu „Wśród sąsiadów” z 22 listopada 2025 roku:

 

Skarga ZG SDP w sprawie emisji filmu „Wśród sąsiadów” w TVP w likwidacji

 

Po światowej premierze dokumentu okazało się, że do kopi filmu w reżyserii Yoava Potasha emitowanej w TVP domontowano (oficjalnie nie wiadomo, kto to zrobił) 26 minut z zakłamanymi sugestiami politycznymi o antysemickich ciągotach obecnej opozycji i wizerunkiem prezydenta Karola Nawrockiego jako antyeuropejskiego i antyizraelskiego skrajnego nacjonalisty. W momencie ukończenia krótszej wersji filmu Nawrocki nie był jeszcze prezydentem RP…

„Wśród sąsiadów”, dokument autorstwa Potasha przy współpracy wielu polskich filmowców, wyemitowano 10 listopada w TVP w likwidacji. W streszczeniu filmu na platformie VOP czytamy, deokumet „odkrywa trudną i bolesną historię relacji polsko-żydowskich, pokazując ją przez pryzmat jednego miasteczka, w którym przez wieki obok siebie żyli polscy katolicy i Żydzi”.

Media, w tym portal Do Rzeczy, dostrzegły, że „ >Wśród sąsiadów<< (…)  opiera się na wspomnieniach dotyczących II wojny światowej ostatniego ocalałego Żyda oraz kobiety. Tymczasem, jak alarmowała minister w Kancelarii Prezydenta Agnieszka Jędrzak, film pokazuje Polaków w wyjątkowo tendencyjny sposób jako naród, który przede wszystkim wydawał Żydów Niemcom, a nie ich ratował. Minister określała produkcję jako >>antypolską manipulację historyczną<<, domagając się wyjaśnień od TVP” – napisał portal Do Rzeczy

„Telewizja Polska w likwidacji również zabrała głos w tej sprawie, twierdząc, że emisja filmu >>miała charakter programowy i edukacyjny<< i wpisuje się w >>misję nadawcy publicznego<< – czytamy w komunikacie TVP” – relacjonuje portal. „>>Oskarżenia, jakoby rzetelnie przygotowany, poruszający dokument był antypolski, mogą formułować wyłącznie osoby, które tego filmu nie widziały<< – oceniło TVP” – podało DR.

Po wielu tygodniach sporów w gronie Rady Programowej TVP, gdzie koalicja rządząca ma większość, część tego gremium związana rekomendacjami z rządem przyjęła kuriozalne – jak twierdzą pozostali członkowie RP TVP wybrani z polecenia organizacji konserwatywnych, w tym SDP – oświadczenie, które nie ma nic wspólnego z misją publicznego nadawcy.

„Rada programowa TVP wysoko ocenia film dokumentalny >>Wśród sąsiadów<< i popiera decyzję o jego wyemitowaniu” – cytuje oświadczenie części Rady Programowej TVP w likwidacji

Do rzeczy wskazuje co najmniej dziwną wypowiedź doradcy dyrektora TVP Tomasza Syguta i członka RP Krzysztofa Lufta. Od wyboru wiosną ub. roku do Rady Programowej Luft nie wytłumaczył się, czy pracuje w TVP, czy jest doradcą Syguta i jednocześnie członkiem RP oraz ile otrzymuje wynagrodzenia od władz z Woronicza. Krzysztof Luft przekazał, że szefowa Rady Barbara Bilińska nie poparła oświadczenia w sprawie filmu, wstrzymując się od głosu w tej sprawie.

„TVP nie umiała wyjaśnić w jakich okolicznościach domontowano 26 minut do oryginalnej wersji filmu pokazywanego na festiwalu, stąd 2 członków rady wstrzymało się od głosu, a 4 było przeciw. Za uchwałą było 8 członków” — cytowało DoRzeczy Barbarę Bilińską przewodniczącą Rady Programowej TVP w likwidacji.

 

 

 

 

 

DYSKUSJA SDP: Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji to reanimacja medialnego trupa – nagranie i zdjęcia

Projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie spełnia oczekiwań między innymi środowisk dziennikarskich oraz pracowników mediów – podkreślali uczestnicy dyskusji w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na Foksal w Warszawie. Debatowali: prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dyrektor Centrum Monitoringu Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz, były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w latach 2007-2010 i 2016 – 2022 Witold Kołodziejski, członek Zarządu Głównego SDP i wieloletni prezes Stowarzyszenia oraz założyciel i szef Radia Wnet Krzysztof Skowroński oraz członek KRRiT jej przewodniczący w latach 2022 – 2025 Maciej Świrski. Dyskusję transmitowaliśmy na portalu sdp.pl (wideo na końcu relacji).

Rozpoczynając rozmowę z gośćmi prezes SDP Jolanta Hajdasz przypomniała, że 5 grudnia 2025 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przesłało do konsultacji społecznej projekt ustawy medialnej, czyli projektu zmiany ustawy o radiofonii i telewizji.

Uczestnicy dyskusji SDP o projekcie nowej ustawy o radiofonii i telewizji: na zdj. od lewej członek Zarządu Głównego SDP i wieloletni prezes Stowarzyszenia oraz założyciel i szef Radia Wnet Krzysztof Skowroński, członek KRRiT jej przewodniczący w latach 2022 – 2025 Maciej Świrski, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dyrektor Centrum Monitoringu Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz oraz były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w latach 2007-2010 i 2016 – 2022 Witold Kołodziejski
zdj. hub

W sprawie zmian są poważne wątpliwości, dziennikarzy i pracownikó mediów oraz twórców cyfrowych prowadzących działalność w Internecie.

Komplikacje dla nadawców

„Ta dyskusja z udziałem dwóch przewodniczących KRRiT będą bardzo pomocne w ostatecznym kształcie stanowiska SDP w sprawie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji” – podkreśliła prezes Hajdasz. Dodała, że nie można lekceważyć próby tej nowelizacji, bo sytuacja w polskich mediach jest bardzo poważna, wręcz niebezpieczna. Projekt nowej ustawy medialnej – zdaniem szefowej SDP – gdyby regulacja została przyjęta, pogorszy i skomplikuje sytuację na przykład małych nadawców, m.in. stowarzyszeń twórczych, np. SDP.

Maciej Świrski i Jolanta Hajdasz zdj. hub

 

„Mamy kanał na YouTube. Stowarzyszenie nie jest bogate, ale według projektu musielibyśmy zatrudnić dodatkowych ludzi do sprawozdawczości. Tylko jednego kanału, który nie przynosi zysków” – argumentowała Hajdasz.

Gdyby nowelizacja stała się faktem prawnym, właściciele małych kont, na przykład na YouTube, skazani byliby na jeszcze większą biurokrację i obowiązek sprawozdawania z działalności programowej zdj. hub

Współprowadzący dyskusję Krzysztof Skowroński z Zarządu Głównego SDP, założyciel Radia Wnet zwrócił uwagę, że po bezprawnym przejęciu przez rząd mediów publicznych i ich fikcyjnej likwidacji, sytuacja TVP, PR i PAP staje się katastrofalna. „Wydaje się, że to wielkie zagrożenie dla tych państwowych spółek i odbiorców. Ten stan jest dramatyczny i niebezpieczny dla tzw. misji publicznej. Największy chyba w historii spadek słuchalności całego Polskiego Radia, a w szczególności Trójki to symbol upolitycznienia radiofonii” – dodał Skowroński.

Czy prezydent zawetuje nowelizację?

„Mam nadzieję, że, o ile nowe prawo uchwali parlament, prezydent Nawrocki nie podpisze tej ustawy” – powiedział szef Radia Wnet. „Ten projekt, na przykład w kwestii wyboru władz mediów publicznych, jest tak skomplikowany, że może należałoby wprowadzić wybór prezesa TVP w wyborach powszechnych” – zażartował Skowroński.

Od lewej: Krzysztof Skowroński, Maciej Świrski, Jolanta Hajdasz zdj. hub

Członek KRRiT i do niedawna jej szef Maciej Świrski powiedział, że projekt nowelizacji jest archaiczny, ale może spowodować chaos. „Rynek pod rygorem nowej ustawy może być zupełnie inny. Propozycja zmian z ministerstwa kultury to 47 stron przepisów, ale to nie jest tekst jednolity, scalony. Wszystko po to, aby się obywatel nie zorientował” – przekonywał Świrski.

Nowelizacja = reanimacja medialnego trupa

„Taka zmiana systemu medialnego pociąga za sobą zmiany ustrojowe. Bez zmiany Konstytucji. W tym mieści się ogromny koszt dla obywateli mających do czynienia z mediami” – powiedział były szef KRRiT. Dodał, że według nowych przepisów KRRiT organ podległy władzy wykonawczej, co jest sprzeczne z ustawą zasadniczą. Poza tym, jego zdaniem, ustawa wprowadza po prostu kontrolę polityczną aktualnych władz państwowych. „Ustawę tę uszyto pod wielkie mainstreamowe, duże media” – dodał Świrski.

Maciej Świrski
zdj. hub

„Na przykład niewielki nadawca internetowy jest na straconej pozycji, bo po nowelizacji, będzie musi zgłosić do KRRiT zmiany programowe, a tam się w ciągu godzin potrafi zmienić ramówka” – mówił Świrski „Trzeba więc zatrudnić nowych pracowników. Taka nowelizacja to zabicie rynku medialnego” – podsumował.

Świrski poinformował, że jako członek KRRiT ogłosił w czwartek swoje stanowisko w sprawie ustawy medialnej – tekst poniżej.

Stanowisko w sprawie projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji

Z Maciejem Świrskim, w sprawie trudności na rynku mediów, po ewentualnym wejściu w życie ustawy, zgodził się były przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski. „Nowa ustawa, to próba reanimacji trupa medialnego, a nie wdrożenie ustaw europejskich” – oświadczył Kołodziejski.

Witold Kołodziejski
zdj. hub

„Nowelizacja wprost uzależnia nowy system medialny od rządzących polityków betonując przynajmniej na 6 lat obecny układ na polskich scenie publicznej” – podsumował były przewodniczący KRRiT (2007 – 2010 i 2016 – 2022).

***

Konsultacje w sprawie nowej ustawy medialnej zakończą się w piątek 23 stycznia br. Prezes SDP Jolanta Hajdasz poinformawała, że w najbliższych godzinach należy spodziewać się oficjalnego stanowiska SDP w tej sprawie.

Link do nagrania transmisji debaty: