Fot. Aleksandra Tabaczyńska

Przegrana byłego RPO Adama Bodnara w sporze z UOKiK. Decyzja sądu zbieżna ze stanowiskiem CMWP SDP

CMWP SDP odnosiło się do tej sprawy wielokrotnie konsekwentnie podkreślając, iż zakup wydawnictw Polska Press przez PKN Orlen nie narusza w żaden sposób realizacji zasady wolności słowa demokratycznego państwa. Dziś to stanowisko potwierdził Sąd Okręgowy w Warszawie rozpatrując odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich dotyczące tej transakcji. 

W Sądzie Okręgowym w Warszawie, podczas jawnej rozprawy w środę 7. czerwca, sędzia Witold Rękosiewicz oddalił odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich od decyzji prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w sprawie zgody na zakup Polski Press przez PKN Orlen. Wyrok jest nieprawomocny i sędzia poinformował pełnomocników RPO, że warunkiem odwołania jest dotrzymanie ustawowego terminu jego złożenia.

W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia stwierdził: Odwoływanie się przez stronę powodową do okoliczności o charakterze wyższym, czyli wolności prasy, pluralizmu i tak wskazywanego przez stronę powodową dostępu konsumentów do wolnych mediów – cóż, w tym zakresie, na gruncie stosunków konkurencyjnych to rynek powinien zdecydować, czy konsumenci będą, czy nie będą nadal korzystać z tej prasy wydawanej przez Polska Press.

Warto przypomnieć, że na początku marca zeszłego 2021 RPO odwołał się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów od decyzji prezesa UOKiK w sprawie zgody na koncentrację polegającą na przejęciu przez PKN Orlen kontroli nad Polska Press. Prezes UOKiK zgodził się na przejęcie Polska Press przez PKN Orlen na początku lutego ub.r. RPO w swym odwołaniu chciał, by sąd uchylił zgodę prezesa UOKiK.

Z kolei, w związku z wydaniem w dniu 8 kwietnia 2021 roku przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie  postanowienia, na mocy którego wstrzymano wykonanie decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z dnia 5 lutego 2021 do czasu rozpoznania odwołania na w/w decyzję prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz toczącym się postępowaniem sądowym zainicjowanym zaskarżeniem przedmiotowej decyzji, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do Sądu (5 maja b.r.)  swoją opinię w tej sprawie działając w charakterze amicus curiae (przyjaciela sądu). CMWP SDP  objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności w zakresie wolności słowa oraz swobody mediów.

Na przełomie maja i czerwca zeszłego roku swoje stanowisko w tej sprawie skierował do sądu PKN Orlen. Wskazał, że odwołanie RPO od decyzji prezesa UOKiK jest w całości bezzasadne i winno zostać odrzucone, a nawet przy uznaniu jego dopuszczalności sąd powinien je oddalić. O oddalenie odwołania wnosił też UOKiK.

CMWP SDP odnosiło się do tej sprawy wielokrotnie konsekwentnie podkreślając, iż zakup wydawnictw Polska Press przez PKN Orlen nie narusza w żaden sposób realizacji zasady wolności słowa demokratycznego państwa. Nasze stanowisko opublikowaliśmy na stronie internetowej cmwp.sdp.pl, gdyż Sąd nie zgodził się na przyjęcie do akt sprawy opinii amicus curiae przesłanej przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

Więcej na ten temat TUTAJ TUTAJ.

Sprawa zabójstwa red. Jarosława Ziętary. Przedostatnia rozprawa w procesie byłych ochroniarzy Elektromisu

Prawie dwa miesiące temu sędziowie Sądu Okręgowego w Poznaniu, zapowiedzieli zbliżające się zakończenie procesu dwóch byłych ochroniarzy holdingu Elektromis, Mirosława R., ps. „Ryba” i Dariusza L., ps. „Lala”, których oskarżeni są  o porwanie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Jarosława Ziętary. Do zakończenia ich procesu pozostało tylko przesłuchanie ostatniego świadka, wyjaśnienia oskarżonych oraz mowy końcowe stron. Sprawa jest objęta obserwacją CMWP SDP, które na sali sądowej reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

W piątek, 13 maja rozprawę rozpoczęło przesłuchanie zapowiedzianego świadka.  To 61 letni Eligiusz M., sąsiad i znajomy oskarżonego Ryby. Zeznał on, że obaj z rodzinami mieszkali na jednym osiedlu, a ich dzieci chodziły do tej samej szkoły. Sam nie miał w zwyczaju uczestniczyć regularnie w rozpoczęciach czy zakończeniach roku szkolnego i nie wie czy 1 września 1992 roku, czyli w dzień porwania Jarosława Ziętary, oskarżony zaprowadzał swoje dziecko do szkoły czy nie. Stwierdził jedynie, że szkoła była bardzo blisko, nie trzeba było nawet przechodzić ulicy, więc droga do niej była bezpieczna. Bliższe relacje były między żonami mężczyzn, gdyż dzieci były w zbliżonym wieku, w jednej szkole i obie panie „przez chwilę nie pracowały”. Świadkiem, który wcześniej dał alibi Mirosławowi R. na czas porwania, była właśnie żona Eligiusza M.

Po zakończeniu zeznań M., sędzia Katarzyna Obst ogłosiła, że sąd dopuścił z urzędu między innymi ekspertyzę biegłego sądowego psychologa Marcina Siedleckiego. Biegły uczestniczył w procesie Aleksandra Gawronika i oceniał wiarygodność świadka oskarżenia Macieja B. ps. Baryła. Warto przypomnieć, że podczas rozpraw biegły ostro, żeby nie powiedzieć obcesowo, zwracał się zarówno do prokurator Elżbiety Bara, jak i samego Macieja B. Proces Aleksandra Gawronika zakończył się 24 lutego br., nieoczekiwanie zarówno dla oskarżycieli i śledzących sprawę dziennikarzy, uniewinnieniem byłego senatora. Sąd zakwestionował wiarygodność wszystkich świadków oskarżenia. Sądu nie przekonały też opinie innych biegłych psychologów potwierdzających wiarygodność „Baryły”. Nie należała do nich ekspertyza Siedleckiego.

Następnie głos zabrał oskarżony Mirosław R. Obrońcy wskazali, że jedynie R. będzie składał wyjaśnienia bowiem Dariusz L. z tego prawa rezygnuje. Ponad 60 letni były ochroniarz Elektromisu swoje oświadczenie rozpoczął od słów:

– Jestem niewinny. Nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Nigdy nie widziałem Jarosława Ziętary. Nikt mnie nie nakłaniał. Nie popełniłem żadnego przestępstwa, a nawet wykroczenia. Jestem byłym policjantem.

Po tych tezach, przystąpił do kwestionowania i negowania zeznań dwóch świadków oskarżenia: Jerzego U. oraz Macieja B. „Ryba” zakwestionował niemal wszystko, co obaj świadkowie zeznali w śledztwie i powiedzieli przed sądem.

– Każdy, kto wczyta się w akta tej sprawy, zobaczy, że sprawa jest naciągana. Bez żadnych dowodów oskarża się niewinne osoby. Główni świadkowie B. i U. to kryminaliści, którzy dla własnych korzyści zaczęli wymyślać przed prokuratorem swoje wersje, a kiedy nie pokrywały się, zaczęli je wycofywać i modyfikować, by były ze sobą spójne – mówił oskarżony.

Mirosław R., holding Elektromis przedstawił jako niemal wzorcowo działającą pod względem prawnym firmę, a jej pracownicy mieli nigdy nie popełniać żadnych przestępstw. W kolejnych zdaniach oskarżył prokuratora Piotra Kosmatego oraz jednego z policjantów Archiwum X, a także redaktora Krzysztofa M. Kaźmierczaka o przygotowywanie świadków do składania fałszywych zeznań. Kaźmierczak, który był na sali podczas rozprawy, komentując to co usłyszał pod swoim adresem, stwierdził, że w tej sytuacji, rozważy kroki prawne. Po dwóch godzinach wygłaszania oświadczenia sąd zarządził przerwę. Okazało się bowiem, że Mirosław R, odczytał zaledwie 16 stron z 64 stron przygotowanej mowy. Mecenas Wiesław Michalski zapewnił, że jego klient zakończy swoje wystąpienie w ciągu następnej godziny. Tak się jednak nie stało, oskarżony przekroczył zapowiedziany czas i mówił dalej. W tej sytuacji sąd przerwał posiedzenie, które odroczył do 12 września br.

Po rozprawie, oświadczenie Ryby skomentował również oskarżyciel posiłkowy, brat zamordowanego dziennikarza,  Jacek Ziętara : – Oskarżony ma prawo się bronić, więc nie zaskakuje mnie to, co mówi. Jego idealny obraz Elektromisu jest jednak zdumiewający. Przecież o nieprawidłowościach w tej firmie szeroko informowały przed laty media, było wtedy też śledztwo i proces


Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracował w radiu akademickim, współpracował z Gazetą Wyborczą, tygodnikiem Wprost i z Gazetą Poznańską. Ostatni raz widziano go 1 września 1992 r. Rano wyszedł z domu do pracy, ale nigdy nie dotarł do redakcji Gazety Poznańskiej.  W 1999 r. został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono.

Fot. Aleksandra Tabaczyńska

Gawronik uniewinniony od zarzutu podżegania do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary. Szczegóły rozprawy i wyroku

Wyroków się nie komentuje. Podobno. Nie dano mi przygotować się do mowy końcowej, sąd uniemożliwił też przesłuchanie dodatkowych świadków. Jestem tym zszokowany. To, co się dzisiaj wydarzyło w sądzie, to skandal. Nie chodzi o sam wyrok, ale o przebieg rozprawy. Czuję bezsilność, jest mi po prostu przykro – powiedział dziennikarzom Jacek Ziętara, brat zamordowanego w 1992 r. dziennikarza Jarosława Ziętary pytany o komentarz do wyroku uniewinniającego byłego senatora Aleksandra Gawronika od zarzutu podżegania do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.  Wczoraj 24 lutego Sąd Okręgowy w Poznaniu nieoczekiwanie dla obserwatorów i prokuratury zakończył proces byłego senatora Aleksandra Gawronika i od razu ogłosił wyrok, stwierdzając, że jest on niewinny. Publikujemy relację red. Aleksandry Tabaczyńskiej , obserwatora CMWP SDP z przebiegu tej rozprawy i ogłoszenia wyroku. 

To miał być kolejny dzień procesu, w którym oskarża się Aleksandra Gawronika o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie 24. letniego dziennikarza Gazety Poznańskiej, Jarosława Ziętary. W czwartek 24 marca stawił się tylko jeden świadek, choć umieszczona przed salą wokanda nie zawierała żadnej treści, poza sygnaturą sprawy, składem sędziowskim godziną rozpoczęcia i numerem sali. Tym świadkiem była Janina S.

Janina S. to blisko 90. letnia wdowa po dziennikarzu Ekspresu Poznańskiego i Gazety Poznańskiej o pseudonimie Zbigniew Żuk. Janina S. znała oskarżonego „z telewizji”, ale nie wiedziała o co jest oskarżony w tej sprawie. Zeznała, że nieżyjący mąż znał zamordowanego dziennikarza osobiście i miał go ostrzegać przed niebezpieczeństwem. Niebezpieczeństwo groziło ze strony, jak to nazwała, „białych rękawiczek”. Janina S. zeznawała blisko godzinę. Obserwujący rozprawę dziennikarze nie mają jednak wątpliwości, że nie posiadła ona żadnej wiedzy dotyczącej śmierci Jarosława Ziętary. Warto uzupełnić, że jej przesłuchanie było inicjatywą samego sądu, a nie stron i poświęcono jej i czas i uwagę.  Następnie prokurator Piotr Kosmaty podtrzymał wniesiony wcześniej wniosek o konfrontację red. Marka Króla z byłym szefem Elektromisu Mariuszem Ś. Król w swoich wcześniejszych zeznaniach obalał wiarygodność Ś. i samego oskarżonego w kontekście ich znajomości, która według prokuratury trwała co najmniej od 1990 roku czyli jeszcze przed uprowadzeniem Ziętary, a nie jak deklarują Ś. i Gawronik dopiero od 1997 roku. Prokurator złożył również wniosek o powołanie nowego świadka. Miał to być Henryk J., który pracował dla szefa Elektromisu i miał potwierdzić znajomość obu mężczyzn w 1990 roku. Udowodnienie tej znajomości byłoby bardzo ważne dla motywów tej zbrodni. Po tych wnioskach sędzia Joanna Rucińska  zarządziła godzinną przerwę

„Zamykam proces”

Po przerwie sąd odrzucił wszystkie złożone w tej sprawie wnioski. Zarówno te które wpłynęły 24 lutego br. czyli w dzień rozprawy jak i wcześniejsze złożone przez obie strony. Uznał, że zmierzają one do przeciągania procesu. Gawronik między innymi domagał się udostępnienia akt więziennych dotyczących głównego świadka oskarżenia Macieja B. oraz listę odwiedzających go osób. Sędzia odczytała również pismo z jednego z więzień, w którym osadzony przyznaje się do znajomości z Jarosławem Ziętarą i chciałby zeznawać. Po czym ku zaskoczeniu prokuratora, oskarżyciela posiłkowego, Aleksandra Gawronika i jego obrońcy oraz śledzących – trwające od 2016 roku postępowanie – dziennikarzy, wybrzmiały słowa: zamykam proces. Następnie przewodnicząca składu sędziowskiego zwróciła się do prokuratora Piotra Kosmatego, aby ten wygłosił mowę końcową. Prokurator poprosił o odroczenie procesu, w celu przygotowania się do tej bardzo ważnej czynności. Wcześniej zapowiadał, że będzie potrzebował na jej wygłoszenie kilku godzin. Wniosek poparł i zwrócił się o to samo Jacek Ziętara, oskarżyciel posiłkowy, brat Jarosława. Sędzia zarządziła kolejną 5 minutową przerwę, po której ogłosiła, że wnioski zostały oddalone.

Mowy końcowe

Sześć lat procesu zostało podsumowane czterema kilkuminutowymi i komponowanymi na gorąco mowami końcowymi.

Prokurator Piotr Kosmaty wniósł o uznanie Aleksandra Gawronika winnym i zażądał 25 lat pozbawienia wolności twierdząc, że dowody zebrane w sprawie są spójne i wskazują, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu.

– W tej sprawie wielokrotnie spotkałem się z zarzutem, że świadkowie są niewiarygodni, że byli karani za różne przestępstwa. Ale to nie było seminarium duchowne, świadkowie pochodzili z takiego właśnie środowiska. Są mocne dowody na to, że Aleksander Gawronik podżegał do zabójstwa dziennikarza. Pamiętam, że na początku sprawy pan oskarżony mówił, że przyprowadzi Ziętarę żywego, że go znajdzie, ale jakoś do tego nie doszło — dowodził prokurator Piotr Kosmaty.

Jako drugi głos zabrał Jacek Ziętara, który ubolewał że sąd nie dał mu szansy na przygotowanie się do mowy końcowej.

Przed laty moi rodzice przeżyli tragedię. Został zabity ich syn, a mój brat. Ponieśliśmy klęskę, bo państwo polskie nie pomagało nam w wyjaśnieniu sprawy. Mój ojciec walczył, ale panowała dziwna zmowa milczenia, zwłaszcza w Poznaniu. To wszystko, co potem udało się ustalić prokuraturze krakowskiej, uważam za wystarczające. Jarka nie ma, jego ciała również, to „zasługa” tych zbrodniarzy, którzy postarali się, aby nie było najważniejszego dowodu, czyli zwłok. Proszę sąd o sprawiedliwy wyrok — mówił Jacek Ziętara.

Mecenas Paweł Szwarc, wniósł o  uniewinnienie Aleksandra Gawronika, twierdząc, że nie ma stuprocentowych dowodów, że Ziętara nie żyje. Ponadto jego klient nie miał motywu do podżegania do zamordowania Jarosława oraz żadnych związków z holdingiem Elektromis. Na temat samego zamordowanego dziennikarza wypowiadał się lekceważąco, deprecjonując jego osobę i działalność.

— Nie ulega wątpliwości, że organy ścigania cierpią na swego rodzaju traumę. Dotyczy to trzech spraw: Ziętary, zabójstwa generała Papały oraz małżeństwa Jaroszewiczów. Ta trauma powoduje chęć odniesienia sukcesu za wszelką cenę. Co roku ginie w Polsce kilka tysięcy osób, niektóre się potem odnajdują i nie chcą mieć kontaktów z rodziną. Co prawda wiele wskazuje, że Jarosław Ziętara mógł paść ofiarą przestępstwa, ale nie ma dowodów wykluczających, że na przykład popełnił samobójstwo. Z akt wiemy, że miał różne zachowania. Poza tym on nie był wybitnym dziennikarzem. Gdyby przyjąć założenie, że Aleksander Gawronik oraz szef Elektromisu, którego duch unosi się nad tym procesem, mieliby obawiać się Ziętary, to tu pojawia się pierwsza rafa dla aktu oskarżenia. Motyw. Gdzie jest motyw? Co takiego miałby wykryć Ziętara? Na czym polegały rzekome wspólne interesy pana Gawronika i Mariusza Ś.? Przecież oni handlowali różnymi artykułami. Cały akt oskarżenia wisi w próżni, to beletrystyka. (…) Twierdzenia głównego świadka „Baryły” to kłamstwa. Zmieniał swoje zeznania jak rękawiczki. Poza tym on był wtedy 18-letnim gówniarzem, „Baryła” był nikim. Gawronik miałby przy nim mówić o zabiciu Ziętary [podczas narady w Elektromisie]? Przecież to skrajnie niewiarygodne — przekonywał obrońca Paweł Szwarc.

Oskarżony Aleksander Gawronik również domagał się dla siebie uniewinnienia. Podobnie jak obrońca dyskredytował nieżyjącego Jarosława Ziętare, a nawet przekonywał że żyje. Aby to udowodnić – jak twierdzi -wystarczy na przykład ustalić jego numer telefonu, nagrać jego głos i porównać z głosem z audycji sprzed lat.

— Nie wiem czy pan Ziętara cieszyłby się, gdybym zadzwonił do niego i zapytał czy chce zeznawać, jeśli żyje na innym kontynencie. To można sprawdzić w trzy miesiące, wystarczy tylko chcieć — mówił Gawronik w mowie końcowej.

Po czym przekazał sądowi, co jest niespotykane po zakończeniu przewodu sądowego – gdyż nie można już nic włączać do materiału dowodowego – płytę na której miał być nagrany głos Jarosława Ziętary oraz wielostronicowe, spięte jakieś materiały papierowe. Sąd przyjął i płytę i druki.

Werdykt

Po zakończeniu mów końcowych sąd zarządził przerwę na naradę. Choć proces trwał sześć lat, dokumentacja to tomy akt jawnych i niejawnych, godziny przesłuchiwanych świadków podczas licznych rozpraw, na naradę przed ogłoszeniem wyroku i po wysłuchaniu stanowiska stron wystarczyło 20 minut.

Po przerwie sędzia Joanna Rucińska wydała wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika. Właściwie można przypuszczać, że rozstrzygnięcie zaplanowano jeszcze przed ostatnia rozprawą. Sędzia bowiem odczytała obszerne, kilkukartkowe uzasadnienie. Sąd zakwestionował wiarygodność wszystkich świadków oskarżenia. Podobnie sąd potraktował wskazujące na wiedzę oskarżonego o zabójstwie wyniki ekspertyz wariografem. Sądu nie przekonały też opinie niektórych biegłych psychologów. Z kolei ci świadkowie, których wiarygodności sąd nie podważał, zdaniem składu orzekającego nie wypowiadali się na temat samego zarzutu stawianego Gawronikowi.

Prokurator nie wykazał, aby oskarżony był sprawcą zarzucanego mu czynu, czego skutkiem musiało być wydanie wyroku uniewinniającego Aleksandra Gawronika.

Wyrok jest nieprawomocny. Złożenie apelacji zapowiedział prokurator oraz oskarżyciel posiłkowy.

Piotr Kosmaty i Jacek Ziętara byli nie tylko zaskoczeni tempem i obrotem sprawy, ale także zgnębieni czemu dali wyraz po wyjściu z sali.

– Wiedziałem, że w Poznaniu nie będzie łatwo, ale nie spodziewałem się tego, co dziś nastąpiło. Nie zgadzam się z taką oceną materiału dowodowego jaką przedstawił sąd. Są niewątpliwie dowody na winę oskarżonego. Z pewnością złożę apelację. Będę walczył do końca. – zapowiedział prokurator

Wyroków się nie komentuje. Podobno. Nie dano mi przygotować się do mowy końcowej, sąd uniemożliwił też przesłuchanie dodatkowych świadków. Jestem tym zszokowany. To, co się dzisiaj wydarzyło w sądzie, to skandal. Nie chodzi o sam wyrok, ale o przebieg rozprawy. Czuję bezsilność, jest mi po prostu przykro – po długim milczeniu powiedział dziennikarzom Jacek Ziętara.


Komentarz obserwatorki CMWP SDP Aleksandry Tabaczyńskiej

To czego świadkami byli dziennikarze w poznańskim Sądzie Okręgowym można określić kolejną porażką polskiego sądownictwa. Podczas rozprawy obrażano nieżyjącego 24 letniego reportera, ofiarę tortur i zbrodni, który własnym życiem przypłacił dziennikarską wiedzę. Niestety swoich ustaleń nie zdążył jednak opublikować. Ten fakt pozwolił także na próbę ośmieszenia publikacji Krzysztofa M. Kaźmierczaka, zarzucając im beletrystyczny charakter, którym miał się posiłkować prokurator. Dziwi też fakt, hurtowego odrzucenia wszystkich wniosków uzasadniając to przedłużaniem procesu. Sprawa rozpoczęła się w 2016 roku i na pewno nie z winy oskarżycieli trwała aż 6 lat. Oburza też zupełny brak możliwości przygotowania się stron do mów końcowych. Dziwi bardzo to nagłe przyspieszenie i wydanie wyroku po 20 minutowej naradzie oraz obszerne spisane na maszynie uzasadnienie, które nie mogło powstać wciągu narady.

 

Fot. Aleksandra Tabaczyńska

Gawronik uniewinniony. Nieoczekiwane zakończenie procesu byłego senatora

Były senator Aleksander Gawronik, oskarżony o podżeganie do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary został  uniewinniony  przez Sąd Okręgowy w Poznaniu.  Ku zaskoczeniu obserwatorów i prokuratury sędzia  Joanna Rucińska zamknęła proces, przeszła do mów końcowych i ogłosiła wyrok – uniewinniony. Proces  Aleksandra Gawronika trwał  6 lat. Wyrok nie jest prawomocny.

Proces byłego senatora Aleksandra Gawronika (zgodził się na publikację pełnego nazwiska) toczył się przed poznańskim Sądem Okręgowym od stycznia 2016 roku.  W akcie oskarżenia zarzucono mu, iż „chcąc, aby inne osoby dokonały porwania, pozbawienia wolności, a następnie zabójstwa Jarosława Ziętary, w związku z jego zawodowym zainteresowaniem i planowanymi publikacjami dotyczącymi tzw. szarej strefy gospodarczej, nakłaniał do tego ustalonych pracowników ochrony firmy Elektromis, w szczególności w ten sposób, że podczas prowadzonej z nimi rozmowy, dotyczącej wpływu na postawę Jarosława Ziętary, stwierdził: on ma być skutecznie zlikwidowany”.

Były senator nie przyznawał się do winy. Nic nie zapowiadało, że podczas rozprawy 24 lutego b.r. zostanie ogłoszony wyrok w tym trwającym 6 lat procesie.  Zaskoczony koniecznością wygłoszenia mowy końcowej prokurator Piotr Kosmaty podkreślał jedynie, iż dowody zebrane w trakcie procesu są spójne i wskazują na to, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu. Brat zamordowanego dziennikarza, Jacek Ziętara apelował o sprawiedliwy wyrok. Obrońca byłego senatora podkreślił z kolei, iż Aleksander Gawronik nie miał motywu do podżegania do zabójstwa dziennikarza, podważał także zeznania świadków w tej sprawie.

Sprawa była objęta monitoringiem Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP.

Ogłoszenie wyroku TUTAJ

Fot.. Aleksandra Tabaczyńska

Zeznania red. Marka Króla w tzw. procesie ochroniarzy oskarżonych o pomoc w zabójstwie red. Jarosława Ziętary

Trzech kolejnych świadków zeznawało 3 lutego przed Sądem Okręgowym w Poznaniu w tak zwanym „ procesie ochroniarzy”. Pierwszy to Marek Król, dziennikarz, były redaktor naczelny tygodnika „Wprost” , który podtrzymał wszystkie, złożone do tej pory informacje. Kolejny to emerytowany policjant Marek M. który w swoich zeznaniach zasłonił się niepamięcią, a trzeci to świadek incognito, który oświadczył, że nie ma żadnej wiedzy w sprawie zabójstwa Jarosława Ziętary.

Sąd Okręgowy w Poznaniu, w czwartek 3 lutego 2022 kontynuował proces przeciw dwóm byłym ochroniarzom nieistniejącej już firmy Elektromis. Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala”, oskarża się o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Gazety Poznańskiej Jarosława Ziętary. Mężczyźni nie przyznają się do winy. Proces trwa już cztery lata.  Od  początku czyli od 2019 r. jest objęty obserwacją Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w imieniu którego w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

Pierwszy tego dnia świadek, to dziennikarz Marek Król, były właściciel i redaktor naczelny tygodnika Wprost. Zapytany, czy chciałby cokolwiek powiedzieć w sprawie, poprosił o odczytanie swoich zeznań, które złożył w procesie byłego senatora Aleksandra Gawronika, oskarżonego o pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Te zeznania dotyczyły spotkania byłego senatora z red. Królem w 1994 roku, w efekcie czego została przydzielona dziennikarzowi ochrona BOR. Sędzia sprawozdawca, Sławomir Szymański odczytał protokół z 4 marca 2021 roku, które Marek Król w całości potwierdził. Relację z tych zeznań publikowaliśmy 8 marca 2021 r. (TUTAJ).

Marek Król uściślił jeszcze informację, że wiek córki wymieniony w zeznaniach to nie 7 lat, tylko 14 lat. Zeznał także : przedmiotem naszych [ Wprost ] zainteresowań był bank [ chodzi o Bank Posnania, założony przez Mariusza Ś., twórcę Elektromisu. Bank upadł w 1995 roku.] i jego nadmuchany kapitał, który miał się nijak do jego możliwości finansowych. W tym banku oszczędności mieli mieszkańcy Poznania. Ś. mówił, że przez nasze teksty, Poznaniacy plują mu pod nogi. Był z tego bardzo niezadowolony.

Jako drugi przed sądem stanął 62. letni Marek M., emerytowany policjant, który pod koniec lat 90. został kierownikiem Sekcji Poszukiwań i Identyfikacji Osób Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. Przejął on wtedy nadzór nad czynnościami wykonywanymi w sprawie Jarosława Ziętary. Było to już kilka lat po zgłoszeniu zaginięcia dziennikarza i według świadka, jego aktywność ograniczała się do weryfikowania nowych informacji. Te spływały – albo z jednostek albo anonimowo na komendę.- Dodał, że każda wykonywana czynność policyjna była dokumentowana, a „teczka dotycząca poszukiwań powinna być w archiwum KWP„. M. powiedział również: kiedy przejąłem tę sprawę, to jeśli chodzi o Policję, to już były czynności zakończone. Zapoznawałem się tylko z materiałami operacyjnymi, a nie procesowymi. (…) Wiem, że sprawa się toczy z przekazów medialnych.

Nie pamiętał jakie anonimowe informacje wpłynęły w związku ze sprawą Jarosława Ziętary. Zapytany o Macieja B. pseudonim Baryła, świadka oskarżenia, Przemysława C. i innych a nawet sam wątek firmy Elektromis, były policjant również zasłonił się niepamięcią oraz tym że już od 2009 roku jest na emeryturze. Warto dodać, że według Krzysztofa M. Kaźmierczaka, który tego dnia przysłuchiwał się wraz z innymi dziennikarzami zeznaniom, Marek M. nie mówi prawdy. Zajmował się sprawą Ziętary znacznie wcześniej, już w pierwszej połowie lat 90. I prowadził nie tylko poszukiwania zaginionego. Był bowiem członkiem specjalnej grupy policyjnej powołanej w październiku 1994 roku z polecenia szefa MSW, Andrzeja Milczanowskiego. Grupa ta działała w czasie, gdy trwały czynności procesowe, czyli prokuratorskie. Pierwsze śledztwo w sprawie Ziętary umorzono dopiero pół roku później.– wyjaśnił Kaźmierczak

Kolejne dwie osoby nie stawiły się przed sądem i jako ostatni przesłuchany został świadek incognito. Zeznawał on za pośrednictwem szyfrowanego połączenia telefonicznego, by nie ujawnić wizerunku. Świadek znajdował się w pokoju przesłuchań sam, potwierdził to koordynator, nie korzystał z notatek. Miał przy sobie jedną kartkę, zapisaną odręcznym pismem. Sąd pouczył jedynie świadka odnośnie składania fałszywych zeznań, gdyż strony nie zwróciły się o jego zaprzysiężenie.

Zanim zadano mu pierwsze pytanie, poprosił o możliwość złożenia oświadczenia. – Nigdy nie pracowałem i nie byłem pracownikiem Elektromisu. Nie miałem żadnych kontaktów z firmą Elektromis, ani z nikim zatrudnionym przez Elektromis. Wiedza jaką posiadam na temat sprawy pochodzi z prasy i telewizji. Dlatego uważam, że mój udział w sprawie jest bezprzedmiotowy.

Sędzia Katarzyna Obst stwierdziła, że to już oceni sąd. Mężczyzna zeznał, że ma 74 lata, wyższe wykształcenie i do 1990 lub 1991 pracował jako funkcjonariusz w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych. W dalszych zeznaniach stwierdził, że wszystko co wie na temat zamordowanego dziennikarza pochodzi z mediów oraz, że nie został w tej sprawie wcześnie przesłuchany, gdyż jak stwierdził, nic nie podpisywał. Świadkowi odczytano protokół z 2 grudnia 2014 roku, w którym składa zeznania przed prokuratorem Piotrem Kosmatym:  to była luźna rozmowa, tak uważam. Rozmawiałem z Piotrem Kosmatym, prokuratorem, ale w mojej ocenie nie podpisywałem protokołu. (…) Jestem pewien, że nic poza oświadczeniem o zachowaniu tajemnicy nie podpisywałem.

W toku dalszych pytań, okazało się że ta „luźna rozmowa”, odbyła się w siedzibie prokuratora, świadek stawił się na pisemne wezwanie, w którym widniał art. 148 KK, dotyczący zabójstwa. Prokurator Tomasz Dorosz zwrócił się do sądu o sprawdzenie czy faktycznie w protokole zeznań nie ma podpisu świadka. Z kolei obrońca Wiesław Michalski wnioskował o usunięcie statusu świadka incognito, gdyż to, że osoba jest znana w danym środowisku nie wyczerpuje przesłanek do nadania tego statusu. Same zeznania świadka incognito, w ocenie obserwatora – były chaotyczne, mężczyzna mieszał osoby, pseudonimy, wydarzenia i jak sam zastrzegał oparte na szeptach, półsłówkach i plotkach. A to co wiem od źródła, to wiedza nie potwierdzona.  Trudno więc zrelacjonować, gdyż świadek wycofywał się ze swoich słów, zasłaniał niepamięcią, a ostatecznie próbował nawet zakwestionować własne przesłuchanie.

 

Fot. Aleksandra Tabaczyńska

Podsumowanie styczniowych procesów dotyczących zabójstwa red. Jarosława Ziętary

Zeznania kolejnych trzech świadków, jedna rozprawa odwołana i przełożona na luty – to bilans postępowania sądowego w sprawie zabójstwa w 1992 r. red. Jarosława Ziętary. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP, obserwatorem procesów jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

Jarosław Ziętara był dziennikarzem „Gazety Poznańskiej”. 1 września 1992 r. wyszedł z domu do pracy, jednak nigdy nie dotarł do redakcji. Po latach krakowska prokuratura stwierdziła, że 24-letni reporter został porwany i zamordowany. Zdaniem śledczych Ziętara miał zbierać informacje dotyczące holdingu Elektromis, w którym zatrudnienie znajdowali byli funkcjonariusze służb specjalnych i mundurowych PRL-u m.in.  Milicji Obywatelskiej, ZOMO itp. Prawdopodobnie red. Ziętara wpadł na trop działalności prowadzonej przez poznańskich biznesmenów, a związanej z m.in. przemytem papierosów i alkoholu. W 1999 roku Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego. W roku 2016 r prokuratura oskarżyła byłego senatora Aleksandra Gawronika o to, że podczas narady w firmie Elektromis podżegał do zabójstwa Ziętary. Z kolei dwaj byli ochroniarze firmy Elektromis „Ryba” i „Lala” zostali oskarżeni o porwanie dziennikarza i przekazanie go nieustalonym zabójcom. Oskarżeni mężczyźni nie przyznają się do winy.

W styczniu 2022 roku w poznańskim Sądzie Okręgowym zaplanowano dwa posiedzenia w sprawach dotyczących śmierci red. Jarosława Ziętary. Pierwsza sprawa, rozpisana na wtorek 11 stycznia nie odbyła się pomimo stawienia się prokuratora Piotra Kosmatego, oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary, barta Jarosława oraz oskarżonego o pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa dziennikarza, Aleksandra Gawronika wraz z obrońcą. Strony zostały poproszone na salę sądową jednak bez udziału mediów i publiczności. Po krótkim czasie wszyscy wyszli z sali i na korytarzu prokurator Piotr Kosmaty w rozmowie z dziennikarzami powiedział, że ze względu na chorobę członka składu sędziowskiego, rozprawa odbędzie się w lutym.

Z kolei we wtorek, 18 stycznia odbyła się sprawa przeciwko dwóm byłym ochroniarzom nieistniejącej już firmy Elektromis, których oskarża się o pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Na rozprawę oprócz stron tym razem też licznie przybyła publiczność, w tym dziennikarze. Zostało wezwanych trzech świadków, wszyscy się stawili i jako pierwszy zeznawał 72 letni Marian K. To do niego w 1992 roku zgłosili się czterej poznańscy dziennikarze z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu losów swojego kolegi. Agencja detektywistyczna, której Marian K. był właścicielem po kilku miesiącach zrezygnowała ze sprawy.  Świadek zeznał, że decyzję tę podjął także pod wpływem sugestii współpracowników: – sprawa sięgała wyżej, a my nie mieliśmy środków żeby ją prowadzić. (…) doszliśmy do wniosku, że w sprawę zaangażowana jest służba bezpieczeństwa i dalsze nasze zaangażowanie spowoduje kłopoty.

Dopytywany przez prokuratora czego konkretnie bał się, stwierdził:

– Obawialiśmy się częstych kontroli. Baliśmy się też zastraszania. Zatrudniałem byłych pracowników tych instytucji, więc wiem jak one działały. (…) Zastosowałem taktykę uniku. Nie powiedziałem dziennikarzom o naszych ustaleniach. Gdy padła gdzieś informacja o Opus Dei, podjąłem ten temat, dla spokoju.

W trakcie zeznań z ust świadka padły też słowa o tym, że „Ziętara miał powiązania z rządem”

Zareagował na to sędzia sprawozdawca prosząc by świadek powtórzył to stwierdzenie. Emerytowany detektyw jednak szybko się poprawił i odpowiedział:

miałem na myśli firmę Elektromis i jej kontakty z rządem. Ślady prowadziły do Warszawy. Tu powołał się na swojego informatora ze służb. Następnie przyznał, że jego pracownicy twierdzili, „że Elektromis miał pośredni związek ze zniknięciem Ziętary”. Firma handlowała alkoholem, a Ziętara miał natrafić na ślad przemytu.

-Moi pracownicy doszli do takich wniosków na podstawie zeznań pracowników szefa Elektromisu. Ale to były tylko przesłanki, dowodów nie widziałem — zeznał K. Dodał, że z ustaleń jego biura wynikało, że dziennikarz „został zamordowany i zutylizowany”, w tym miejscu również zaznaczył, że to tylko „przesłanki, bo dowodów nie widział”.

Warto też dodać, że świadek zeznał, iż jeszcze przed uprowadzeniem Ziętary przyjął zlecenie od Elektromisu. Jednak nie powiedział o co chodziło, poinformował tylko, że nie otrzymał zapłaty za wykonaną pracę. Znamienne jest także, że ani razu przed sądem nie użył nazwy UOP posługiwał się słowem służby lub nawet służba bezpieczeństwa.

Jako drugi zeznawał Piotr G., dziennikarz, politolog, który w latach 90. był redaktorem naczelnym tygodnika „Poznaniak” należącego do spółki kontrolowanej przez Elektromis. Podczas zeznań kilka razy stanowczo zaprzeczył, by Elektromis kiedykolwiek na niego w tej sprawie naciskał.

Oświadczył, że podczas swojej pracy dziennikarskiej podejmował ważne śledztwa: w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka. Jednak sprawa Jarosława Ziętary była najtrudniejsza. — Gdyby były naciski na mnie w sprawie Jarka Ziętary, na pewno od razu przestałbym kierować tym pismem. Podałbym się do dymisji.

Piotr G. osobiście pisał artykuły o losach Ziętary i spotykał się z jego ojcem Edmundem.

Pan Edmund bardzo szybko był przekonany, że stała się straszna krzywda jego synowi.

Podwładni z kierowanego przez niego tygodnika weszli też w skład grupy śledczej dziennikarzy, którzy na własną rękę szukali sprawców porwania Jarosława Ziętary.

W pierwszym numerze, który się ukazał po uprowadzeniu, zniknięciu Jarka, w okolicy 7 września napisałem, że jak ginie ktoś z taksówkarzy, wszyscy taksówkarze się jednoczą, żeby ująć przestępcę. I naszym obowiązkiem, całego środowiska dziennikarskiego jest postępować w ten sam sposób.

Rozwijając tę myśl zeznał, że w 1995 roku wystąpił na zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, gdzie opowiedział o nieznanym jeszcze wtedy losie Jarosława Ziętary, licząc że temat wywoła „wielki front dziennikarski”, jednak w ocenie świadka tak się nie stało. W 1998 roku wysłał na konkurs SDP tekst podpisany przez czterech autorów, który uzyskał wyróżnienie. Podczas rozdania nagród, na sali był obecny premier Jerzy Buzek, bo nagroda była ufundowana – według świadka – przez rząd. Jeden z autorów, Stanisław Rusek, poprosił o uczczenie minutą ciszy zmarłą matkę Jarka. Następnie umówili się na spotkanie z premierem, na które doprosili red. Krzysztofa Kaźmierczaka.

Ostatnim świadkiem była Elżbieta Ł., która osobiście poznała Jarosława Ziętarę. Opowiedziała przed sądem, że w 1991 do firmy „Promyk” prowadzonej przez jej byłego męża przyszedł „młody, przystojny mężczyzna.” To był Jarosław Ziętara, który chciał przeprowadzić wywiad. Gdy ówczesny mąż Ł. zobaczył reportera, „wyszedł z nim za drzwi i po chwili wrócił twierdząc, że to był jego „dawny kolega z więzienia.” Ł. oświadczyła, że w latach 80. były mąż siedział w więzieniu i początkowo mu uwierzyła. Jednak Jarosław Ziętara były wtedy dzieckiem i nie mógłby być „kolegą z więzienia”.  Ł. rozstała się z mężem, bo w firmie „Promyk” „dochodziło do różnych oszustw i psychicznie sobie z tym nie radziłam”. Drugi raz spotkała się z Jarosławem Ziętarą na początku 1992 roku, gdy ten pracował już w Gazecie Poznańskiej.

— Spotkaliśmy się w kawiarni. Był zdziwiony, że odeszłam z dobrze prosperującej firmy. Opowiedział mi wtedy, że w Poznaniu jest kilka firm, które prowadzą nielegalne interesy, na pewno wymienił Elektromis. Ja z kolei pamiętałam, że u nas w „Promyku” byli ludzie z Elektromisu i chcieli, żebyśmy zainwestowali w przemyt alkoholu. Gdy Ziętara zniknął 1 września 1992 r., po kilku dniach spotkałam się z moim byłym mężem. Rozmawialiśmy o alimentach na nasze dzieci. Zapytałam go wtedy, czy wie, że ten dziennikarz zniknął? A on mi na to odpowiedział, że Ziętara wkładał nos w nie swoje sprawy i nie żyje, a mnie czeka to samo — zeznała Elżbieta Ł.

Kolejne rozprawy odbędą się w lutym.

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zeznania Zdzisława K., świadka w tzw. procesie ochroniarzy

Zdzisław K. to świadek, który po 28 latach od zabójstwa red. Jarosława Ziętary sam się zgłosił do sądu. Swoje zeznania składał podczas rozprawy w tzw. „procesie ochroniarzy”. 

 

10 listopada odbyła się ostatnia rozprawa zaplanowana na rok 2021 w tzw. „procesie ochroniarzy”. Tego dnia Sąd Okręgowy w Poznaniu kontynuował sprawę dwóch byłych ochroniarzy  byłego holdingu Elektromis – Mirosława R. pseudonim Ryba oraz Dariusza L. pseudonim Lala.  Mężczyzn oskarża się o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary.  Według ustaleń krakowskiej prokuratury, oskarżeni podając się za policjantów, zmusili Jarosława Ziętarę do wejścia do samochodu przypominającego radiowóz i przekazali osobom, które zamordowały dziennikarza. Osoby te, oprócz zabójstwa, miały też zniszczyć zwłoki i ukryć szczątki reportera. Śledczy ustalili również, że oskarżonym pomagał trzeci ochroniarz, który zginął w dziwnych okolicznościach w 1993 roku. Proces od 2019 roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które na sali sądowej reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Do sądu stawiło się troje świadków. Jako pierwsza zeznawała 50 letnia Sylwia P.,  z zawodu położna. Była ona, w latach 90 -tych bliską znajomą Przemysława C. pseudonim Granat. To nieżyjący gangster, który miał się przechwalać, że ma wiedzę na temat śmierci Jarosława Ziętary. Sylwia P. zaprzeczyła, by kiedykolwiek rozmawiała z C. o losach dziennikarza i nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie. Sędzia sprawozdawca przeczytał protokoły z wcześniejszych zeznań świadka, które Sylwia P. potwierdziła.

 

Jako drugi zeznawał Paweł D., lat 52, z zawodu elektromechanik samochodowy. To współpracownik Jerzego U. Jerzy U to jeden z głównych świadków oskarżenia, którego zeznania w 2019 roku zostały utajnione i dziennikarze nie mogli uczestniczyć w rozprawie. U. miał na niej zeznać, że widział moment porwania dziennikarza sprzed jego domu, gdyż śledził go na zlecenie holdingu. Podobno siedział w samochodzie ze swoim współpracownikiem. Czy tak zeznał, tego dziennikarze nie usłyszeli.

 

Paweł D. poznał U. na początku lat 90. Miał jakąś sprawę, a U. wykonywał usługi detektywistyczne. Na początku luźno współpracowali, a w latach 92 może 1993 rozpoczął pracę w firmie ochroniarskiej należącej do U. Wspólnie jeździli do dłużników, śledził niewiernych małżonków itp. Praca nie była przez świadka dokumentowana w formie notatek, gdyż zgromadzone informacje przekazywał ustnie Jerzemu U. Jedynymi dowodami były zdjęcia i materiały wykonane kamerą vhs. Współpracę zakończyli prawdopodobnie w 2005 roku może później.

 

Zeznania Pawła D:

 

nie przypominam sobie, żebyśmy razem z U. śledzili kogoś na ulicy Kolejowej. – Chodzi o ulicę przy której mieszkał Jarosław Ziętara oraz miejsce uprowadzenia dziennikarza. Dopytany przez sędziego czy wie, gdzie jest ta ulica, D. potwierdził, że na Łazarzu i dodał – Jak ja jeździłem z U., to na pewno nie śledziliśmy żadnego dziennikarza. Nic mi też nie wiadomo, żeby któraś z osób śledzonych przez nas była dziennikarzem. U. mówił, gdzie dana osoba mieszka, gdzie mamy ustawić się samochodem, czasem pokazywał zdjęcia lub mówił, że mamy je zrobić (…) Nie pamiętam, żebym widział, że osoba przeze mnie obserwowana była zatrzymywana przez policję. Na pewno nie widziałem czegoś takiego.

 

Odnośnie Jarosława Ziętary, to świadek przyznał, że widział wizerunek dziennikarza w mediach i stanowczo wykluczył, że kiedykolwiek miał go obserwować. Dopytywany o zeznania w sprawie Ziętary, stwierdzi, że jeden raz Jerzy U. zabrał go na przesłuchanie.

 

– Nie wiedziałem gdzie i po co jadę. W czasie drogi U. coś tam mi nadmieniał. Byliśmy w hotelu pod Wrześnią. Przyjechał prokurator, policjant Bogdan i ktoś trzeci. Chyba protokolant. Przesłuchanie odbywało się w samochodzie. Najpierw U., a potem mnie zawołał. Przesłuchanie było w samochodzie prokuratora, obecny był tez protokolant.

 

W czasie zeznań Pawła D., U z policjantem Bogdanem palili, w popielnicy jakieś dokumenty. Jakie? D. nie wiedział. Świadek zeznał również, że Jerzy U. mówił mu później, że „tego nie widział”. „Tego” czyli uprowadzenia Jarosława Ziętary. U stwierdził, że ze względu na konflikt w firmie Jumbo (ochrona marketu), w której stracił pracę przez oskarżonych, potraktował swoje zeznania jako rodzaj kary.

 

Ostatnim przesłuchanym świadkiem tego dnia był Zdzisław K. Z jego zeznaniami dziennikarze mogli się już zapoznać w innym procesie dotyczącym tej samej sprawy, w którym oskarża się Aleksandra Gawronika o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. 59 letni K. do sądu zgłosił się sam, uprzednio kontaktując się z redakcją Głosu Wielkopolskiego. Milczał 28 lat, a teraz postanowił opowiedzieć co wie o tej sprawie. K. to wychowanek tego samego Domu Dziecka w Szamotułach co twórca Elektromisu Mariusz Ś. Tam też się poznali, razem także przebywali w Zakładzie Karnym w Sieradzu. Świadek przyznał, że leczył się psychiatrycznie, miał ze sobą dokumenty, które chciał okazać jednak sąd nie był zainteresowany. Z Mariuszem Ś., K. rozpoczął współpracę od 1989 roku, sprzedając towary sprowadzane przez Elektromis na ul. Bema w Poznaniu. W 1991 roku Ś. zaproponował wspólny interes przejęcia spółki Strefa Wolnocłowa. K. miał już wcześniej orzeczoną niepoczytalność, w związku z inną sprawą, którą z tego powodu umorzono. Pieniądze na Strefę Wolnocłową według świadka wyłożył Mariusz Ś., a udziałowcami były: Targi Poznańskie i Miasto Poznań.

 

W ramach tej spółki sprowadziliśmy 54 tiry papierosów o wartości 7 800 000 $. Chodziło o to, żeby sprowadzić te papierosy przed zmianą przepisów celnych. (…) Miałem wytrzymać żeby nie płacić ileś dni. A potem miałem udawać głupa. Przeciągnęło się to do września, nie zdążyli sprzedać papierosów, a urząd celny zabezpieczył towar. Wtedy poszedłem do szpitala psychiatrycznego w Kościanie. Było to od września 1991 do czerwca 1992 roku.

 

Następnie świadek opowiedział, jak inny ochroniarz Elektromisu Marek Z., który był łącznikiem między świadkiem a Mariuszem Ś., ostrzegał go przed dziennikarzami. Szczególnie jednym z Gazety Poznańskiej, zgadaliśmy się, że jakiś młody dziennikarzyna był w Kościanie na terenie szpitala. Początkowo myślałem, że jest to pacjent – zeznał świadek.

 

W grudniu 1991 roku, podczas przepustki świadek spotkał się z Mariuszem Ś. Wtedy miał się dowiedzieć, że już dwóch dziennikarzy zostało przyłapanych na obserwowaniu działalności Ś. „dostali po zębach i mieli zabrane aparaty”.  W kolejnych wyjaśnieniach doprecyzował, że ten drugi dziennikarz „miał być kupiony”. Jednocześnie K. stwierdził, że pierwszy raz nazwisko Ziętara padło w jego obecności w 1993 roku w związku ze śmiercią Kapeli. Marek Z. powątpiewał w rozmowie ze Zdzisławem K., w samobójstwo ochroniarza. Twierdził, że nie wytrzymał on psychicznie po tym co zrobiono dziennikarzowi i „zaczął się rozklejać”. W kolejnej wypowiedzi, Zdzisław K. oświadczył, że Jarosław Ziętara nie miał być zabity, tylko mieli wybić mu z głowy zainteresowanie Elektromisem. Zginął przypadkowo, bo wydarzył się „wypadek przy pracy”. Dopytany co rozumie przez to określenie, wytłumaczył „od początku nie było założone, że człowiek ma zginąć, ale miał zostać tak zmaltretowany fizycznie i psychicznie, żeby mu się odechciało”.

 

Święta trójca – tak nazwał świadek trzech ochroniarzy odpowiedzialnych za uprowadzenie Ziętary i wymienił oskarżonych Lalę i Rybę oraz nieżyjącego Kapelę. Wiedzę tę pozyskał od Marka Z. Sprawcą morderstwa miał być według Zdzisława K. rosyjskojęzyczny gangster o pseudonimie Malowany, który „przypadkowo” zastrzelił Jarosława Ziętarę z pistoletu.

 

Kolejne rozprawy już w 2022 roku.

 

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Tabaczyńska

 

Zabójstwo Jarosława Ziętary – podsumowanie rozpraw w październiku

13 i 20 października 2021, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu odbyły się dwie rozprawy w trwającym od 2019 roku tzw. „procesie ochroniarzy”. Zeznawać miało dziewięciu świadków, jednak do sądu stawiło się pięciu. Proces, w którym oskarża się dwóch byłych ochroniarzy Mirosława R. pseudonim Ryba oraz Dariusza L. pseudonim Lala, byłego holdingu Elektromis obserwuje od początku Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Obaj mężczyźni w ocenie krakowskiej prokuratury porwali poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętarę i przekazali nieustalonym zabójcom.

 

Relacja z rozprawy z 13 października 2021 r.

 

Pierwszy na sali sądowej zeznawał Aleksander Gawronik, który w tym samym sądzie ma swój własny proces w tej samej sprawie. Byłego senatora oskarża się o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza. Oskarżony nie przyznaje się do winy. Jego proces również obserwuje CMWP SDP. Jednak tym razem przed sądem stawił się jako świadek. 73 letniemu, z zawodu prawnikowi, przysługiwała odmowa zeznań, ale zgodził się je składać dodając, że nie ma nic do ukrycia. Oskarżonych ochroniarzy nie zna, widział ich tylko na swojej rozprawie, gdyż zeznawali jako świadkowie. Pytany o związki z Mariuszem Ś., twórcą Elektromisu, odpowiedział, że wszystko co wie powiedział już w swojej sprawie i jest to w protokołach. W dalszej części sędzia sprawozdawca odczytywał kolejne protokoły, które świadek złożył zarówno w charakterze podejrzanego jak i później oskarżonego. Wynika z nich, że Aleksander Gawronik nie znał Jarosława Ziętary, a o podejrzeniach skierowanych pod adresem swojej osoby dowiedział się od dziennikarzy w 2014 roku. Nie zna również Macieja B. pseudonim Baryła, świadka oskarżenia w obu procesach. Mariusza Ś. poznał dopiero w 1997 roku, gdy wydzierżawił na kilka miesięcy tygodnik Poznaniak. Z zeznań byłego senatora wybrzmiewa również zaprzeczenie informacjom, że w jego ochronie na początku lat 90. pracowali obywatele dawnego ZSRR. Według relacji innych świadków, to właśnie Rosjanie, których widziano z  A. Gawronikiem, mieliby zabić Ziętarę. Gawronik stwierdził w sądzie, że w jego otoczeniu nikogo takiego nie było, choćby dlatego, że w takim wypadku straciłby koncesję na prowadzenie prywatnych kantorów. Oświadczył ponadto, że w jego opinii „legenda Jarosława Ziętary rośnie z roku na rok. W prasie pojawia się coraz więcej szczegółów, a gdy się je zaczyna sprawdzać, to one upadają.” Swoje zeznania zakończył stwierdzeniem, że „kryminalistyka zna takie przypadki, że po 30 latach znajdują się ludzie, którzy z różnych względów nie chcą mieć kontaktów z innymi. Ludzie się zawieruszają, ale się także znajdują pod zmienionym nazwiskiem.”

 

Jako drugi, tego dnia zeznawał Zbigniew B. pseudonim Makowiec, cinkciarz w czasach PRL, a także znajomy Aleksandra Gawronika, który również w tych czasach handlował walutą na ulicach Poznania. Na początku lat 90., “Makowiec” trudnił się działalnością przestępczą i miał napaść na konkurencyjny gang. Ówczesny senator pomógł B. zapewniając mu alibi. To znaczy oświadczył, że gangster nie mógł niszczyć samochodów na poznańskich Ratajach, bo w chwili popełnienia zarzucanego mu czynu przebywał u niego w biurze.

 

69 letni Zbigniew B., został na salę sądową doprowadzony w kajdankach przez funkcjonariuszy policji, gdyż odsiaduje wyrok. Na wstępie zeznał, że nic nie wie o sprawie Jarosława Ziętary i sądzi, że wezwano go ze względu na znajomość z  A. Gawronikiem. Jednak nie chciał nic więcej mówić, twierdząc, że wszystko co wie powiedział i jest już to zaprotokołowane. Sędzia Sławomir Szymański odczytał kolejne protokoły z prokuratury i z sądu. Wynika z nich, że świadek z Mariuszem Ś. współpracował w taki sposób, że „ jego ludzie przychodzili do mojego kantoru i kupowali walutę. To było przed rokiem 90. (…) Ja nigdy z nim nie współpracowałem tylko w zakresie waluty, gdy potrzebował  dużych ilości to wysyłał ochroniarzy.” Świadek przyznał również, że bywał w lokalu „Sami Swoi” należącym do Elektromisu. Zapytany o Macieja B. stwierdził, że Baryła był w Piątkowskiej grupie przestępczej, z którą grupa Makowca się zwalczała. „To był mój wróg nr 1. W więzieniu byliśmy razem w jednej celi i na oddziale N. i się dogadaliśmy. To było w 2005 roku.” Dodał również, że Maciej B. bardzo dużo mówił i „tyle trupów mi wymienił, że głowa mi pęka.” Zeznania zakończyła odpowiedź na pytanie o ewentualne interesy Aleksandra Gawronika i Mariusza Ś. „Dla mnie Gawronik to był bajkopisarz i idiota. Przyklejał się do różnych ludzi, mógł się także przykleić do Mariusza Ś. z Elektromisu, ale o ich wspólnych interesach niczego nie wiem.” Stwierdził także, że Gawronik nie proponował mu żadnych działań niezgodnych z prawem.Trzecim i ostatnim świadkiem, który stawił się podczas rozprawy był Piotr Sz., dawny wychowanek domu dziecka w Szamotułach, gdzie poznał Mariusza Ś., późniejszego twórcę holdingu Elektromis. Świadek niewiele zeznał, gdyż źle słyszał oraz przeszedł dwa udary. Nie umiał powiedzieć co wie, a co przeczytał w prasie. Nazwisko Ziętara nic mu nie mówiło.

 

Relacja z rozprawy z 20. października 2021 r.

 

Na ten dzień sąd wezwał sześciu świadków, a stawiło się jedynie trzech. Na rozprawę nie dotarli: Paweł D., Piotr G. i Marian K. Jako pierwszy zeznawał Jarosław. S. pseudonim Masa, który nie pojawił się na sali sądowej, tylko zeznawał za pośrednictwem połączenia internetowego. Świadek zwrócił się z wnioskiem do sądu o wyłączenie jawności, ochronę wizerunku, danych osobowych oraz głosu, gdyż jest świadkiem koronnym i obawia się o swoje bezpieczeństwo. Sąd nie uwzględnił wniosku Masy wyjaśniając, że nie posiada on statusu świadka koronnego w tej konkretnej sprawie. 59 letni z zawodu mechanik, nie był karany za składanie fałszywych zeznań i oświadczył, że wcześniej składał już zeznania w sprawie A. Gawronika. Sędzia odczytał protokoły zeznań, które Masa potwierdził.

 

Aleksandra Gawronika znał. Nie podobało mu się, że się otacza „ruskimi”, o czym mówiła wiedza grupowa. Tu warto dopowiedzieć, że Masa wyjaśnił ,iż wiedza grupowa „to nie są plotki, proszę tego nie lekceważyć, to jest wiedza, którą przekazują sobie przestępcy.” W swoim domu, świadek skarżył się, że ma kłopoty z dziennikarzami, bo się nim interesują. Gawronik miał powiedzieć, że ma doświadczenie w uciszaniu dziennikarzy i Masa ma mu tylko dać znać. Pierwsze spotkanie obu mężczyzn było w 1998 roku, a w 1999 spotykali się cyklicznie aż do aresztowania S. w 2000 roku. Gawronika nazwał mitomanem. „ on próbował się chwalić, uwiarygodnić w naszych oczach, a my byliśmy przestępcami.” W tym czasie przestępstwo to było intratne zajęcie, a za kontrabandę w Poznaniu odpowiadały trzy osoby: Mariusz Ś. Wiesław P. i Aleksander Gawronik. Dodał że kontakt z grupą Masy zapewniał im bezpieczne przewożenie przemycanego spirytusu. „Gdyby z nami w tym zakresie się nie dogadali, to napadalibyśmy również na ich transporty.”

 

Pytany o zabójstwo Jarosława Ziętary S. zeznał:

 

– W latach 90 ludzie ginęli na ulicach i zabicie dziennikarza to nie było nic specjalnego. Nie mam wiedzy na ten temat. Dopiero teraz, jak się patrzy na to z perspektywy czasu jest to bulwersująca sprawa.

 

Następnie przed sądem zeznania składał Piotr Najsztub, który wraz z Maciejem Gorzelińskim opublikowali na łamach Gazety Wyborczej artykuł pt. Państwo Elektromis. Materiał poświęcony Elektromisowi odsłaniał mechanizmy działalności holdingu. Dziennikarz przybył do Poznania w  1993 roku i nie ma wiedzy na temat śmierci Jarosława Ziętary. Przygotowując materiał o Elektromisie autorzy otrzymali ostrzeżenie, że jest na nich „zlecenie”.  Gazeta poinformowała MSW o zainteresowaniu tematem Elektromisu co miało chronić dziennikarzy. Dodatkowo pilnowali ich pracownicy Wyborczej. Podczas swojego dziennikarskiego śledztwa, Piotr Najsztub nie natrafił na żadne „konkrety typu wspólny biznes Mariusza Ś. i Aleksandra Gawronika. W latach 90. było dużo podłożeń bomb, zabójstw i to się wpisywało w poetykę tamtych lat, jednak dziennikarze masowo nie ginęli.”  Mariusz Ś. ostrzegał kilkakrotnie świadka, żeby nie pisali o jego firmie, bo to się może źle skończyć. Jednak nie precyzował dla kogo. Po opublikowanie artykułu Najsztub nie miał więcej problemów i nie spotkał się już z Mariuszem Ś.  Odczytane na sali sądowej wcześniejsze zeznania, dziennikarz w całości potwierdził.

 

Ostatnim świadkiem był Mariusz M., doprowadzony przed sąd z więzienia. Świadek dzielił celę między innymi z Przemysławem C., pseudonim Granat. To gangster, który zginął w wypadku motocyklowym i przechwalał się, że swoimi wyczynami. Straszył współwięźniów, że zrobi im to, co poznańskiemu dziennikarzowi. Świadek  oraz Przemysław C. siedzieli razem w więzieniu w latach 2005 – 2006, później Granat przyjeżdżał do Mariusza M. na widzenia. Rozmowy nie dotyczyły jednak Jarosława Ziętary, tylko głównie mówił o Mariuszu Ś. i że się obawia jego ludzi w związku z tym co dla nich wykonał. O ‘czarnej robocie” nie rozmawiali. W tym czasie świadek należał do podkultury więziennej i do Przemysława C. były wtedy pretensje, że ujawniał wiedzę, której nie powinien ujawniać. „Z 5 osób, które były wtedy najbliżej Przemka, 3 nie żyją, jedna odsiaduje dożywocie (Maciej B. ps. Baryła), a jedna się ukrywa (Bolesław J. ps. Bolek). Bolesława J. dwukrotnie próbowano porwać sprzed więzienia, ale jakoś udało mu się uciec. Gdy C. wyszedł z więzienia to też za dużo gadał. „ jak się mówiło o różnych grupach przestępczych w Poznaniu, to często z przymrużeniem oka, ale kiedy zaczynał się temat Orzecha czy Elektromisu, to zawsze na poważnie i każdy starał się unikać tego tematu.”

 

Świadek stwierdził, że jego jedyne źródło wiedzy o sprawie Ziętary to rozmowy w celi z C. oraz Bolesławem J.

 

Kolejne dwie rozprawy sąd zapowiedział na 4 i 10 listopada br.

 


 

„Proces ochroniarzy” to potoczne sformułowanie odnoszące się do toczącej się przed Sądem Okręgowym w Poznaniu sprawy, w której oskarżonymi są dwaj byli ochroniarze nieistniejącego obecnie poznańskiego holdingu Elektromis. Mirosława R., pseudonim “Ryba”, i Dariusza L., pseudonim “Lala” obwinia się o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. Obaj oskarżeni nie przyznają się do winy. Rozprawy trwają od stycznia 2019 roku. Od 2016 roku trwa też drugi proces w poznańskim Sądzie Okręgowym, a obserwowany od czerwca 2019 przez CMWP SDP. Na ławie oskarżonych zasiada Aleksander Gawronik. Byłemu senatorowi, twórcy pierwszych kantorów oraz funkcjonariuszowi służb PRL, prokuratura postawiła zarzuty podżegania i pomocnictwa w zabójstwie dziennikarza. Aleksander Gawronik nie przyznaje się do winy.

 


 

Jarosław Ziętara

Ponad 29 lat temu, przed dziewiątą rano, 1 września 1992 roku, wyszedł ze swojego mieszkania na ulicy Kolejowej 49, na poznańskim Łazarzu 24. letni, dziennikarz Jarosław Ziętara. Wyszedł do pracy, do redakcji w ówczesnej Gazecie Poznańskiej. Dystans niecałych 2 km miał pokonać pieszo. Tego dnia jednak nie dotarł do pracy. Do dziś nie odnaleziono ciała mężczyzny. W roku 1999 został sądownie uznany za zmarłego. Jego symboliczny grób znajduje się w Bydgoszczy. Rodzice Jarka, pomimo ogromnego zaangażowania przede wszystkim jego ojca, zmarli, nie doczekawszy się informacji o synu. Jest to jedyne morderstwo dziennikarza w Polsce po 1989 roku. Śmierć Ziętary miała związek z jego pracą dziennikarską, pomimo młodego wieku i kilkuletniego dopiero stażu w zawodzie.

 

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Tabaczyńska, obserwator procesu w imieniu CMWP SDP

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Będzie konfrontacja twórcy Elektromisu z byłym naczelnym „Wprost”

16 września Sąd Okręgowy w Poznaniu kontynuował proces, w którym oskarża się byłego senatora Aleksandra Gawronika o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie redaktora Jarosława Ziętary. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP obserwuje ten proces od 2019 roku. Tym razem zeznawało dwóch świadków. Rozprawa rozpoczęła się od uwzględnienia przez sąd wniosku obrony o przeprowadzenie dowodu z uzupełniającego zeznania Mariusza Ś. oraz Łucjana Z. Świadkowie mieli być przesłuchani na okoliczność spotkań z Aleksandrem Gawronikiem w obecności innego świadka Zdzisława K., który zeznawał 20 maja br.Podczas rozprawy pojawiła się także nowa okoliczność – do tej pory szef Elektromisu oraz były senator twierdzili, że nie rozmawiali o zabójstwie Jarosława Ziętary, bo  w pierwszej połowie lat 90. nie mieli ze sobą kontaktu, jednak zeznania Mariusza Ś. z 16 września temu przeczą. Dlatego prokurator złożył wniosek o konfrontację zeznań świadków Mariusza Ś., twórcy Elektromisu i Marka Króla, byłego redaktora naczelnego tygodnika „Wprost” na okoliczność określenia roli Aleksandra Gawronika, podczas spotkań opisywanych przez obu świadków (Marka Króla i Mariusza Ś.) w dwóch różnych wersjach.

Jako pierwszy wezwany został Łucjan Z. 70 letni emerytowany radca prawny i oświadczył, że oskarżonego „nie zna i nigdy z nim nie zamienił jednego zdania”. Nie zna również Zdzisława K., choć powinien go znać. Okazuje się, że Z. był syndykiem upadłości spółki Strefa Wolnocłowa, a Zdzisław K. był jej prezesem. K. powinien był przekazać syndykowi dokumentację spółki. Łucjan Z. pamiętał tą sprawę dlatego, że pierwszy raz w karierze zawodowej zdarzyło się, że nie miał od kogo odebrać dokumentów. „Z informacji, które otrzymałem wynikało, że K. jest na badaniu psychiatrycznym w szpitalu”. Po zakończeniu działalności syndyka Z. też nie miał możliwości przekazać dokumentów prezesowi K. i nie zrobił tego osobiście.

 

Mariusza Ś. zna i ta znajomość dotyczy kilkudziesięciu lat. Łucjan Z. był przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Puszczykowie gdzie Ś. pod koniec lat osiemdziesiątych, zakupił dom.  „Nic nie wiem na temat interesów Ś., nie robiłem z nim żadnych interesów”. Prowadził sprawy dla spółek związanych z Elektromisem, ze względu na swój zawód radcy prawnego, ale nie pamięta już szczegółów. Gdyby było coś nielegalnego, to zgodnie z etyką musiałby zawiadomić organa ścigania.

 

Jako drugi na salę sądową wszedł Mariusz Ś., twórca holdingu Elektromis. Zeznania rozpoczęły się od pytań obrońcy oskarżonego Aleksandra Gawronika. Mariusz Ś. oświadczył, że w 1991 roku nie spotykał się równocześnie z Aleksandrem Gawronikiem, Łucjanem Z. i Zdzisławem K. Nie przejął też w 1991 roku spółki Strefa Wolnocłowa, Gawronik w lipcu 1991 roku nie przekazał mu żadnych informacji dotyczących zmian przepisów oraz informacji przydatnych do przejęcia spółki Strefa Wolnocłowa. Nie spotykał się też z oskarżonym w swoim domu w Puszczykowie. Nigdy też nie rozmawiał z K. o Ziętarze ani o jakimkolwiek innym dziennikarzu, którego miałaby zatrzymać ochrona Elektromisu i odebrać mu aparat fotograficzny. Zdzisław K. dwa lata temu zgłosił się do Ś. do biura i zażądał żeby Mariusz Ś. mu dopłacił za dostawę towarów do sieci hurtowni w roku 1991 (prawdopodobnie)  i – cyt.   jeżeli mu nie zapłacę tych pieniędzy to będzie składał oświadczenia i zeznania obciążające mnie w sprawie Ziętary. Mariusz Ś. stwierdził, że był zdziwiony tym roszczeniem, tym bardziej, że ucieszył się, na widok Zdzisława K. po 30 latach. Jednak K. wyjaśnił, że gdyby nie musiał, to by nie szantażował Mariusza Ś. Twórca Elektromisu zakończył natychmiast spotkanie, nie ustalając co zmusza K. do takiego postępowania ani też żądanej kwoty. Według świadka nie mieli żadnych nierozliczonych spraw z przeszłości.

 

Następnie prokurator spytał Mariusza Ś. czy zna Marka Króla. Świadek potwierdził i doprecyzował:

spotkałem się z nim w jego domu. Zostałem poproszony o to spotkanie albo przez Aleksandra Gawronika albo przez Marka Króla, ale za pośrednictwem sekretariatu. Nie pamiętam. Tematem spotkania było dokapitalizowanie spółki wydającej tygodnik Wprost. Byłem tym zainteresowany i spotkaliśmy się w prywatnym domu pana Króla.”

 

Po tych słowach prokurator dopytał o rolę Aleksandra Gawronika w świetle wcześniejszych zeznań, że panowie się nie znali. Mariusz Ś. wyjaśnił, że Aleksander Gawronik był z nim na tym spotkaniu, gdyż red. Król prosił go o pośrednictwo i pomoc. Jednocześnie dodał, że oni mogli mieć ze sobą jakieś rozliczenia, ale Ś. nie uzgadniał żadnej prowizji i nie miał żadnych ustaleń biznesowych czy umowy na ewentualne negocjacje. Nie prosił też Gawronika o spotkanie z Królem. Nie wiedział o spotkaniu w Warszawie pomiędzy oskarżonym i Królem. Nie spotkał się w żadnym lokalu gastronomicznym z Gawronikiem i Królem. Do domu Marka Króla przyjechał raczej sam, nie pamięta czy był z nim kierowca czy może też oskarżony. Na pytanie prokuratora, kim był dla twórcy Elektromisu oskarżony, że mógł zaaranżować takie spotkanie Ś. odpowiedział: „Był senatorem w tym czasie i gdy do sekretariatu dzwoni pan senator, to się odbiera telefony. To jest poważna publiczna funkcja”.

 

O samym spotkaniu „ odbyło się w miłej atmosferze, wymieniliśmy się numerami telefonów, ale pan Król do mnie więcej nie przedzwonił.” Oczywiście był skłonny dokapitalizować spółkę, tytuł go interesował. Na spotkanie przyjechał bez broni, bo jej nie nosi i żadnej nie widział. Rutynowo ochrona posiadała broń i mieli na nią pozwolenie. Przypuszcza, że nikt w aucie nie trzymał broni tylko przy sobie [ oczywiście zakładając, że przyjechał z kierowcą lub ochroną – od autorki]. Po tych zeznaniach prokurator zapowiedział wniesienie o konfrontację pomiędzy Markiem Królem, a świadkiem na okoliczność określenia roli oskarżonego. Obrońca Aleksandra Gawronika nie sprzeciwił się, a sam oskarżony zajął stanowisko podobne co jego mecenas.

 

Pytany o materiały we Wproście, które według świadka były szkalujące i niekorzystne dla niego i holdingu Elektromis, odpowiedział: To że chciałem dokapitalizować ten tygodnik nie stoi w sprzeczności z tym, że te artykuły się ukazywały. To był dobry projekt biznesowy. Co do artykułów to nie pamiętam, czy rzecznik prasowy pisał sprostowania czy inaczej reagowaliśmy na nie.

 

Na koniec głos zabrał Aleksander Gawronik. „Jak byłem senatorem w 1993 i 4 roku zadzwonił do mnie Marek Król i spytał czy jak będę w Warszawie to się z nim spotkam. Powiedziałem czemu nie, a to było blisko od senatu i po paru dniach w umówionym terminie spotkaliśmy się w jego redakcji. Zaproponował spacer, bo pogoda była sympatyczna. Król zapytał czy podjąłbym się negocjacji dotyczących ewentualnej sprzedaży tygodnika Wprost. Gawronik zgodził się, po jakimś czasie Król zadzwonił ponownie i zaproponował spotkanie w jego domu. Pojechałem i była rozmowa. Nie pamiętam czy chodziło o dokapitalizowanie czy sprzedaż. Ja chyba pierwszy wyszedłem. Król poprosił mnie o negocjacje, bo znaliśmy się długo, a ja miałem doświadczenie biznesowe. Przyjechałem z kierowcą, który miał broń, ja też miałem pozwolenie. Więcej się nie spotkałem uznałem, że jego kondycja psychiczna jest niezasługująca na to, by się z nim spotykać.”

 

Następna rozprawa 11 stycznia 2022 roku.

SDP uczciło pamięć redaktora Jarosława Ziętary

1 września mija 29. rocznica uprowadzenia i śmierci dziennikarza Jarosława Ziętary. W środę już od rana pod tablicą, znajdującą się na murze kamienicy przy ulicy Kolejowej 49 w Poznaniu zapalono znicze i złożono wiązanki kwiatów.

 

Tablica upamiętnia bramę, z której wyszedł do pracy do redakcji ówczesnej „Gazety Poznańskiej” Jarosław Ziętara. Niestety, nie dotarł na miejsce i wszelki ślad po nim zaginął. Według ustaleń prokuratury, dziennikarza uprowadzono, zamordowano, a szczątki rozpuszczono w kwasie. Strażnikiem pamięci tragicznych losów młodego dziennikarza jest redaktor Krzysztof M. Kaźmierczak. To z jego inicjatywy powstała tablica oraz nazwa ulicy Jarosława Ziętary – tuż przy redakcji nieistniejącej już „Gazety Poznańskiej”.

 

W imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich kwiaty przy ulicy Kolejowej 49 złożyła dr Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, Wielkopolski Oddział SDP reprezentowała Aleksandra Tabaczyńska.

at

 

 

 

 

Rozmowa z Krzysztofem M. Kaźmierczakiem TUTAJ.

 

Wspomnienie Krzysztofa M. Kaźmierczaka o Jarosławie Ziętarze TUTAJ.

 

Sylwetka zamordowanego dziennikarza Aleksandry Tabaczyńskiej TUTAJ.

 

Zginął, bo był dziennikarzem – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o Jarosławie Ziętarze

Wkrótce, 1 września, minie 29 lat od zniknięcia Jarosława Ziętary. Ten 24-letni dziennikarz padł ofiarą porywaczy i zginął, według świadka Macieja B. pseudonim „Baryła”,  po trzech dniach. To bardzo dużo czasu, żeby uratować młodego dziennikarza i jestem pewna, że chłopak na to bardzo, bardzo liczył. Komu i po co był potrzebny ten czas? Kto pozwolił na tę straszliwą zbrodnię? Aż siedem osób związanych ze sprawą Ziętary poniosło gwałtowną śmierć w zagadkowych okolicznościach.

 

We wtorek, 1 września 1992 roku przed godziną 9. Jarosław Ziętara wyszedł do pracy w „Gazecie Poznańskiej”. Nigdy nie dotarł do redakcji i nikt go już nigdy nie widział.

 

Według bliskich Jarka, a także prokuratury 24-letni dziennikarz został zamordowany. Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczą się dwa procesy w tej sprawie. Jednym z oskarżonych jest Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa. W drugim procesie oskarża się byłych ochroniarzy Elektromisu, o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza. Mirosław R., pseudonim „Ryba” i Dariusz L., pseudonim Lala, udając policjantów, mieli zwabić Ziętarę do samochodu przypominającego radiowóz, a potem przekazać reportera osobom, które go zamordowały. Cała trójka: Aleksander Gawronik, „Ryba” i „Lala” nie przyznają się do winy. Oba procesy, od 2019 roku, obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Pięć lat temu na murze kamienicy przy ul. Kolejowej 49, gdzie mieszkał Ziętara odsłonięto tablicę ku jego pamięci. Umieszczony na niej napis głosi: „zginął dlatego, że był dziennikarzem”. Każdego roku, w dzień uprowadzenia, czyli 1 września, pod dom przychodzą bliscy oraz znajomi Jarka, składają kwiaty i zapalają znicze. Tak będzie również i w tym roku. Tablica powstała z inicjatywy Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, który do dziś walczy o wyjaśnienie okoliczności śmierci reportera.

 

Jarosław Ziętara urodził się 16 września 1968 roku w Bydgoszczy. W latach 1987 -1992 studiował w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Studia zakończył 26 czerwca 1992 r. z wynikiem bardzo dobrym. W okresie od października 1988 do czerwca 1992 r. działał w Uniwersyteckim Centrum Radiowym, gdzie w 1990 r. został redaktorem naczelnym. W styczniu 1992 r. rozpoczął pracę na pełen etat w „Gazecie Poznańskiej”. Kilka miesięcy później, 1 września rano, wyszedł do pracy. Dystans niecałych dwóch kilometrów miał pokonać pieszo. W tym miejscu warto uzupełnić, że pierwotnie tego dnia, Ziętara miał zaplanowany wyjazd w teren, który rano anulowano. Kierowcę redakcyjnego powiadomiono o zmianie planów, w dzień wyjazdu o 8.00 i nie otrzymał innych zadań przez cały dzień pozostając do dyspozycji redakcji. Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji „Gazety Poznańskiej” mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i go uprowadzić. Z zeznań świadków, które do tej pory wybrzmiały na sali sądowej wynika, że poznański dziennikarz został porwany, następnie był torturowany i ostatecznie zamordowany, a jego zwłoki rozpuszczono w kwasie.

 

W roku 1999 Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego. Jego symboliczny grób znajduje się w Bydgoszczy. Rodzice Jarka, pomimo ogromnego zaangażowania przede wszystkim jego ojca Edmunda Ziętary, zmarli, nie doczekawszy się informacji o synu. Wysiłki dojścia do prawdy kontynuuje brat Jarka, Jacek Ziętara, który jest oskarżycielem posiłkowym w obu toczących się w Poznaniu procesach. Jacek Ziętara jest praktycznie na wszystkich rozprawach, co z pewnością nie jest łatwe, zwłaszcza gdy prowadzi się normalne życie zawodowe. Bywa, że rozprawy odbywają się  2 a nawet 3 razy w miesiącu, oczywiście w dni robocze. 29 lat życia w cieniu straszliwej zbrodni, która spotkała tę rodzinę jest jednym z bardzo ważnych wymiarów śmierci dziennikarza, nie wspominając już o wysłuchiwaniu drastycznych opisów wstrząsających losów brata, a czasem nieprawdy, niedomówień czy nawet pomówień na jego temat.

 

W 2019 roku Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie umorzył wątek sprawy Ziętary dotyczący sprawców zabójstwa dziennikarza. Powodem jest śmierć osób wskazywanych przez świadków jako uczestnicy i realizatorzy zbrodni.

 

W maju 2021 roku do sądu z własnej woli zgłosił się Zdzisław K. Wcześniej skontaktował się z redakcją „Głosu Wielkopolskiego”. Do tej pory, 28 lat, milczał, ale zmienił zdanie i postanowił powiedzieć przed sądem co wie o tej sprawie, a jego zeznania miały w założeniu wzmocnić akt oskarżenia. To znaczy potwierdzić stanowisko prokuratury, że Jarosław Ziętara interesował się przekrętami Elektromisu, jego właścicielem oraz że Mariusz Ś. znał się z oskarżonym Aleksandrem Gawronikiem. Kłopot w tym, że świadek wielokrotnie w przeszłości leczył się psychiatrycznie. Zdiagnozowano u niego psychozę schizoafektywną. Dokumenty wskazujące na kłopoty ze zdrowiem pozwoliły mu uniknąć w latach 80. służby wojskowej, a potem pomogły w uniknięciu więzienia. Przyznał, że celowo kładł się do szpitala psychiatrycznego. Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i  zabójstwa dziennikarza, jest autorem książki na ten temat oraz współzałożycielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, odnośnie tego świadka zamieścił na stronie internetowej jarek.sledzczy.pl następującą informację:

 

(…) Zeznań (nawet jeśli są prawdziwe) człowieka, który miał orzeczoną niepoczytalność żaden sąd nie uzna za wiarygodne. A jeśli zostałby on przesłuchany mimo niepoczytalności, to w przyszłości może to być podstawą do kwestionowania wyroku i prawidłowości przebiegu procesu oskarżonych w sprawie Ziętary.

 

Dodam przy tym, że z tekstu opublikowanego w „Głosie Wielkopolskim” (i przytaczanego w innych mediach w omówieniach) wynika, że K. nie ma żadnych dowodów i mówi generalnie to, co już wiadomo z trwających procesów. Istotne wątpliwości co do jego chęci złożenia zeznań budzi sprawa zatargu z twórcą Elektromisu (jego dobrym kolegą) i kontakt z adwokatem oskarżonych o udział w zbrodni. Tak więc radzę podchodzić do tej sprawy ze sporym dystansem. (…)

 

Ponadto tezy głoszone przez Zdzisława K. rozmiękczają i podważają dotychczasowy materiał dowodowy i zeznania innych, wiarygodniejszych świadków. Choćby to, że według K, chodziło o papierosy z kierowanej przez niego firmy Strefa Wolnocłowa wyklucza udział w sprawie Aleksandra G., który z tą transakcją z papierosami nie miał nic wspólnego, nie miałby więc powodów podżegać do zabójstwa dziennikarza, a o to jest oskarżony.

 

Trudno dziś przesądzić czy sprawy sądowe wyjaśnią wszystkie niewiadome tej zbrodni. Nie wiadomo też czy udowodnią winę oskarżonym, czy też może w sposób wiarygodny oczyszczą ich z zarzutów. Czy bliscy dowiedzą się gdzie znajdują się szczątki zamordowanego dziennikarza i będą mogli po tylu latach go pochować. I dla mnie osobiście bardzo ważne pytanie: Czy Jarka można było uratować z rąk oprawców? W latach 1991-1992 Ziętarę próbowano zwerbować do pracy w Urzędzie Ochrony Państwa, a kiedy odmówił – oferowano mu współpracę. Niedługo przed uprowadzeniem opisał przekręty w bazach państwowych przedsiębiorstw transportowych. Sprawa przyniosła mu rozgłos, a  jego tekst przedrukowała „Rzeczpospolita”.

 

Sprawdzą czy to był wypadek – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o śmierci dziennikarki z Chodzieży

Prokuratura Krajowa ma przeanalizować śledztwo w sprawie wypadku, w którym zginęła dziennikarka Anna Karbowniczak. Tuż przed śmiercią kobieta otrzymywała groźby związane z jej pracą.

 

„Na polecenie Zastępcy Prokuratora Generalnego Krzysztofa Sieraka w Departamencie Postępowania Przygotowawczego przeprowadzona zostanie kompleksowa analiza śledztwa dot. śmierci dziennikarki Anny Karbowniczak oraz prawidłowości wydanych w nim decyzji końcowych.” Czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej zamieszczonej w mediach 28 lipca br. Wygląda na to, że wrzesień w współczesnej historii poznańskich dziennikarzy, zapisze się bardzo boleśnie. 1 września 1992 roku został uprowadzony, a następnie zamordowany red. Jarosław Ziętara. 18 lat później, również we wrześniu, dokładnie w czwartek 3 września 2020 roku straciła życie red. Anna Karbowniczak z „Głosu Wielkopolskiego” i portalu naszemiasto.pl. Dziennikarka została śmiertelnie potrącona przez samochód dostawczy podczas jazdy na kolarzówce na trasie pomiędzy Budzyniem a Wągrowcem. Do wypadku doszło na prostym odcinku drogi. Kierowca nie zatrzymał się by udzielić pomocy kobiecie, zbiegł. Dzień później Ania miała świętować swoje 35. urodziny.

 

W poniedziałek, 16 sierpnia 2021 roku, blisko rok po tragicznej śmierci dziennikarki, w Sądzie Rejonowym w Wągrowcu odbyła się pierwsza rozprawa Macieja N.Oliwii P. Maciej N. to kierowca busa, który miał uderzyć w jadącą na rowerze kobietę, a Oliwia P. siedziała na fotelu pasażera. Oboje nie udzielili pomocy Annie Karbowniczak, po wypadku drogowym, do czego się przyznali i pragną dobrowolnie poddać się karze. Pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego nie zgadza się jednak z decyzją o umorzeniu śledztwa wyjaśniającego okoliczności wypadku z września 2020 roku, sprawie ma się przyjrzeć także Prokuratura Krajowa oraz, decyzją sądu, dostarczone zostaną dodatkowe opinie biegłych. W busie był jeszcze trzeci pasażer Mateusz C., który nie zgodził się na dobrowolne poddanie karze i w związku z tym jego sprawa będzie rozpatrywana osobno.

 

Co się wydarzyło

 

Anna Karbowniczak, fot. Facebook

Według relacji policji, w czwartek, 3 września 2020 roku ok. godziny 14.00, zadzwoniła kobieta, która przejeżdżając trasą Budzyń-Wągrowiec, w okolicy miejscowości Brzekiniec zauważyła leżącą, potrąconą przez samochód rowerzystkę. Następnego dnia, 4 września, przed południem ukazał się poniższy komunikat:

 

„Policjanci z Chodzieży poszukują niebieskiego Renault Trafic lub Opla Vivaro. Kierowca takiego auta w czwartek potrącił śmiertelnie 35 letnią rowerzystkę i uciekł z miejsca wypadku (…)

 

Policjanci na miejscu zabezpieczyli ślady wskazujące na to, że poszukiwany mógł poruszać się samochodem Renault Trafic albo Oplem Vivaro koloru niebieskiego. (…)W związku z tą sprawą prosimy o kontakt wszystkie osoby, które widziały takie auto z uszkodzeniami przedniej, prawdopodobnie prawej strony nadwozia.(…).

 

Dodatkowo „Komendant Powiatowy Policji w Chodzieży wyznaczył specjalną nagrodę finansową dla osoby, która przekaże istotne informacje, przydatne do identyfikacji pojazdu i sprawcy wypadku.”

 

W piątek, ok 18.00 policja ogłosiła, że udało się odnaleźć busa. Kierowcę i samochód namierzono między innymi dzięki zapiskom z monitoringu. Zatrzymano trzech mieszkańców Wągrowca w wieku 25 – 33 lat. Prokuratura wycofała zarzuty wobec brata kierowcy busa i jego znajomego, którzy naprawiali samochód po wypadku oraz zarzuty dotyczące zacierania śladów przez kierowcę i dwoje jego pasażerów. Śledczy, na podstawie opinii biegłego uznali, że to dziennikarka, a nie kierowca, spowodowała wypadek.

 

– Kierowca nie mógł go uniknąć i nie ponosi za to winy. Skoro nie ponosi, to nie mógł zacierać śladów przestępstwa, bo go nie popełnił. Tym samym umorzono wątek zacierania śladów przez pozostałe osoby – powiedział dziennikarzowi portalu Onet.pl, Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

 

Groźby pod adresem red. Anny Karbowniczak

 

Zmarła dziennikarka jeszcze w sierpniu, przed śmiercią spotkała się z poważnymi groźbami, związanymi z jej pracą. Była to wiadomość, w której autor poinformował że posiada informacje o rodzinie dziennikarki, a także o wyglądzie i zainteresowaniach jej samej. Do redakcji wpłynęło też sfałszowane pismo oczerniające kobietę.

 

Anna Karbowniczak relacjonowała dramatyczną historię 2-letniego chłopca, który był ofiarą wielomiesięcznej przemocy domowej i stracił życie uduszony przez 21-letnią matkę. W sierpniu ukazał się kolejny artykuł autorstwa Anny, w którym poinformowała o zbliżającym się akcie oskarżenia wobec matki chłopca i jej partnera. Zwróciła także uwagę, że konsekwencji dyscyplinarnych uniknie odwołany za tę sprawę były komendant policji, gdyż odszedł na własną prośbę na emeryturę. O groźbach pod adresem reporterki została powiadomiona prokuratura. W piątek 4 września 2020 formalnie wszczęto śledztwo dotyczące wspomnianych gróźb i zniesławienia. Rzecznik poznańskiej policji Andrzej Borowiak potwierdził, że śledczy badają ten wątek sprawy. Na ten moment nie łączą jednak obu zagadnień.

Anna Karbowniczak przez wiele lat była dziennikarką „Chodzieżanina”, portalu Chodzież NaszeMiasto.pl i „Głosu Wielkopolskiego”.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close