Czy BOLESŁAW PRUS wyparłby się LALKI z NETFLIXA po obejrzeniu trailera? „You’re so fu…ng special…”

Rzadko większość recenzentów i dziennikarzy ocenia filmową adaptację klasyki, w tym przypadku Bolesława Prusa, na podstawie zwiastunu telewizyjnego, a właściwie reklamy serialu streamingowego giganta. Lalka Netflixa w reż. Pawła Maślony – zdaniem wielu oglądających tylko trailer – jest dziwna, złowieszcza, ilustrowana hitem rockowym i zapowiada film skandalizujący.

A może nie? Trudno wyrokować na podstawie samej zapowiedzi, która zakłada przyciągnięcie jak największej liczby widzów.

To tylko filmik promocyjny

Bardzo prawdopodobne, że reżyser, realizatorzy zwiastunu i ludzie z Netflixa tak wymyślili promocję Lalki, aby uczynić z serialu obraz  kontrowersyjny i totalnie różny od powieści?

Bzdura. W recenzjach powieści Prusa z jego epoki też były przekazy o wyjątkowej „brutalności i surowości” powieści. A nie było Internetu. Autor zaś napisał Lalkę bez wewnętrznych hamulców, jako pisarz, który sam recenzuje rzeczywistość XIX wieku, między innymi w Warszawie, w zaborze rosyjskim. O ile Prusa obowiązywały rygory cenzury politycznej i obyczajowej, to Maślona i Netflix nie mają takich problemów. Po prostu trailer musi być niejednoznaczny i wywoływać dyskusję o narodowym, polskim romansie.

Kilka Lalek

Netflix powinien się wyróżniać także z innego powodu. W tym samym czasie powstawała inna ekranizacja Lalki, w reżyserii Macieja Kawalskiego, z rolami Kamili Urzędowskiej (Łęcka), Marcina Dorocińskiego (Wokulski) i powracającego na ekrany na ten jeden raz (?) Marka Kondrata (Rzecki). Film jest równie wypatrywany przez widzów jak serial. Poza tym – moim zdaniem –obu najnowszym produkcjom trudno będzie przebić się przez legendy naszej kinematografii: film z 1968 roku w reż. Jerzego Wojciecha Hasa z rolami Beaty Tyszkiewicz, Mariusza Dmochowskiego i – w roli Rzeckiego – Tadeusza Fijewskiego oraz serial z 1977 roku w reżyserii Ryszarda  Bera z Małgorzatą Braunek, Jerzym Kamasem i Bronisławem Pawlikiem, jako starym subiektem.

Konkurencja konkurencją, ale Netflix jest zbyt ekspansywną firmą i bogatym koncernem, aby oglądać się na inne ekranizacje tej samej powieści. Bo Lalka Bolesława Prusa jest takim dziełem, jakim chcemy.

Kiedy czytano mi fragmenty w latach wczesnej podstawówki  a wtelewizji emitowano serial Ryszarda Bera, Lalka była dla mnie tajemniczym ogrodem. Bajką z ładnymi strojami z czasów, które w zaczątkach świadomości jawiły mi się, jako skojarzenie z dziewiętnastowiecznymi zrywami narodowymi, w tym przypadku z Powstaniem Styczniowym.

Po latach, kiedy w łódzkim liceum musieliśmy już przeczytać Lalkę (no, przynajmniej obszerne fragmenty), zaczynałem myśleć nie ekranizacjami, ale jakimiś połączeniami – nie wiem dlaczego – Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumas’a i książek sensacyjnych Alistair’a MacLean’a (Tylko dla Orłów i Działa Nawarony),  m.in. Żegnaj Kalifornio wydanej pod koniec lat 80. ub. w. tzw. drugim obiegu, nie wiem co ta książka zawiniła komunie. A, już wiem, zimna wojna była. Tak jak zimne relacje Łęckiej i Wokulskiego. Czy rzeczywiście jednak zimne..?

Odbiór łagonieje z wiekiem?

Już jako dorosły dziennikarz, „walczyłem” z Lalką Prusa potępiając ją w czambuł  za archaiczne wyobrażenie Polski, której ,w czasach akcji  powieści, nie było wtedy na mapie świata, Teraz, w wieku dawno dojrzałym, powieść o miłości kupca i ubogiej arystokratki wydaje mi się filarem naszej, polskiej literatury, ale także literatury światowej. Lecz nie takim dziełem, na piedestale, nie do dotykania. Jak najbardziej można zaznać przy lekturze lalki innych niż zwykle, w spółcześnie, uczuć. A niech tam sobie producenci wariują odchodząc od pierwowzoru, niech realizują jeszcze trzy kolejne ekranizacje. Co ja muwię trzy, dziesięć nawet…

Trzeba kończyć, a nie wyjaśniłem, dlaczego zwróciłem uwagę na zwiastum netflixowej Lalki. Otóż, są trzy powody: Sandra Drzymalska, która nie musi (w trailerze) grać Łęckiej, bo nią jest; dobór scen nieoczywistych i – powiedzieliby ludzie z XIX wieku – wyuzdanych, ale, już moim zdaniem, w sposób wysublimowany; no i muzyka zwiastunu z „Creep” zespołu Radiohead z lat 90. ub. w., kiedy byłem piękny i młody, a teraz jestem tylko mądry i bogaty.

Muzyka, ale nie z pozytywki

Po fragmentach Radiohead w trailerze odczuwałem wzruszenie. 20 lat temu powiedziałbym, iż utwór „Creep” ze znamiennymi słowami „You’re so fu…ng special” tak pasuje do powieści Prusa, jak rząd premiera Tuska do międzynarodowej nagrody wolności słowa. Dzisiaj „Creep” też nie pasuje do Lalki, ale przecież każdy może sobie Łęcką wyobrażać jak chce i w dowolny sposób interpretować jej zachowanie wobec Wokulskiego.

Każdemu wolno kochać i robić zwiastuny filmów oraz seriali. Ale… spróbujcie proszę wyprodukować trailer Lalki z muzyką „Wypijmy za błędy” w wykonaniu Ryszarda Rynkowskiego albo do piosenki „Do zakochania jeden krok” zaśpiewanej przez Andrzeja Dąbrowskiego.

Prus ze snu…

Czy znajdziecie przywołanie poniższego fragmentu powieści w dwóch współczesnych ekranizacjach? Bolesław Prus (właściwie Aleksander Głowacki) tak opisywał miłosne i niemiłosne relacje pary swoich bohaterów w śnie Izabeli Łęckiej:

>>”Zrobiło się już zupełnie ciemno; na ulicy zapalono latarnie, których blask wpadał do gabinetu panny Izabeli malując na suficie ramę okna i zwoje firanki. Wyglądało to jak krzyż na tle jasności, którą powoli zasłania gęsty obłok.

„Gdzie to ja widziałam taki krzyż, taką chmurę i jasność?…” – zapytała się panna Izabela. Zaczęła przypominać sobie widziane w życiu okolice i – marzyć.

Zdawało się jej, że powozem jedzie przez jakąś znaną miejscowość. Krajobraz jest podobny do olbrzymiego pierścienia, utworzonego z lasów i zielonych gór, a jej powóz znajduje się na krawędzi pierścienia i zjeżdża na dół. (…)

Teraz panna Izabela spostrzega ojca, który siedzi przy niej i z uwagą ogląda sobie paznokcie, od czasu do czasu rzucając okiem na krajobraz. (…) „Czy my jedziemy, czy stoimy?” – pyta ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie widział; ogląda swoje piękne paznokcie i czasami rzuca okiem na okolicę…

Wtem (powóz ciągle drży i słychać turkot) z głębi jeziora czarnych dymów i białych par wynurza się do pół figury jakiś człowiek. Ma krótko ostrzyżone włosy, śniadą twarz, która przypomina Trostiego, pułkownika strzelców (a może gladiatora z Florencji?), i ogromne czerwone dłonie. Odziany jest w zasmoloną koszulę z rękawami zawiniętymi wyżej łokcia; (…) Reszty postaci nie widać spośród dymu.

„Co on robi, ojcze?” – pyta się zalękniona panna Izabela.

„Gra ze mną w pikietę” – odpowiada ojciec, również trzymając w rękach karty.

„Ależ to straszny człowiek, papo!”

„Nawet tacy nie robią nic złego kobietom” – odpowiada pan Tomasz<<.

Tyle Prus o koszmarach Łęckiej.

Nie ma mocnych

Co stałoby się z panią Izabelą w pierwszych latach XXI wieku? Skończyłaby pewnie politologię. I pracowałaby w jednej z komercyjnych telewizji gardząc dziewiętnastym wiekiem.

A Wokulski? Cóż, albo nie byłoby go wcale w życiu Izabeli albo miałby firmę reklamową i koncern spedycyjny. Z tym, że nie znając dziś rosyjskiego – bo to zbrodniczy reżim był, jest i będzie – pan Stanisław na pewno nie handlowałby ze Wschodem.

 

Hubert Bekrycht

 

Lalka – serial Netflix – 2026, reżyseria: Paweł Maślona; wykonawcy, m.in.: Sandra Drzymalska – Izabela Łęcka, Tomasz Schuchardt – Stanisław Wokulski, Dariusz Chojnacki – Ignacy Rzecki

zdj. Sandra Drzymała, która w serialu gra Izabelę Łęcką – trailer Netflix

W poniedziałek POGRZEB śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO, realizatoara dźwięku Telewizji Polskiej

Realizator dźwięku Telewizji Polskiej i TVP we Łodzi Wacław Romański zmarł 3 lutego 2026 roku w wieku 87 lat… Właściwie Wacek Romański w TVP i TVP Łódź był zawsze. Kiedy pytałem go, kiedy zaczynał, udawał zamyślenie i mówił „no, to było w tym roku, kiedy pożyczyłem od Poli Negri 5 złotych”.

***

Pogrzeb śp. Wacława Romańskiego w poniedziałek 9 lutego o 11.30 na cmentarzu ewangielickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

***

Wacław Romański…

Lubiany, otwarty, gaduła, profesjonalista w każdym calu. Dowcipny a jednocześnie wrażliwy. „W tak nerwowej pracy i taki pogodny” – mówili koledzy z reżyserki.

Poczucia humoru nie miał tylko wówczas, kiedy trzeba było ratować program, tak z powodów technicznych, jak i merytorycznie. Nie umiem sobie wyobrazić, że Wacek nie żyje…

 

Wacek nie był tylko dźwiękowcem. Kiedy była taka potrzeba i zdjęcia zrobił i światło ustawił. Takich ludzi już niestety w zawodzie jest coraz mniej. Nade wszystko kochał tę robotę. Chyba przez prawie pół wieku trudno sobie było wyobrazić TVP bez Romańskiego i Wacka bez telewizji w Łodzi.

Aż w końcu nastąpił ten dzień. „Przeszedłem na emeryturę, jestem już w odstawce, ale może odpocznę, chociaż powiem ci, brakuje mi tej adrenaliny, kiedy zaczyna się transmisja lub ŁWD (serwis informacyjny w TVP Łódż)” – powiedział mi kiedyś gorzko, może ponad dwie dekady temu.

„Nawet wtedy nie tracił kontaktu z oddziałem, no może nie tyle z firmą, co z ludźmi, z którymi pracował” – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl wieloletnia dziennikarka, spikerka Polskiego Radia i prezenterka Telewizji Polskiej Grażyna Jeżewska.

Wacław Romański w Zespole Emisji zdj. www.art.intv.pl

„Koleżeński, towarzyski. Takich ludzi jak Wacuś, jak mówi, młodzież już >>nie produkują<<. Jego praca to było jego życie” – mówiła. „Oprócz tego, że Wacek był absolutnym fachowcem, to jeszcze pomagał zrozumieć telewizyjną pracę mniej doświadczonym. Lubił pracę z młodzieżą” – dodała Jeżewska. Dawny dziennikarz TVP Łódź i prezes oddziału łódzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Zbigniew Natkański wspomina Zmarłego jako rzemieślnika i artystę jednocześnie.„W czasach, kiedy Wacek zaczynał, kiedy telewizja raczkowała i nadawała tylko na żywo, musiał być jednocześnie bezbłędnym realizatorem dźwięku i wrażliwym człowiekiem słuchającym interpretacji tekstu w ekranizacji klasycznego dramatu w Teatrze Telewizji. A tego typu produkcje często gościły w łódzkim studio. Ze znanymi reżyserami i znakomitymi aktorami” – wspominał Natkański.

 

 

***

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś o Wacławie Romańskim napiszę, ale, jako młodszy kolega, mogę zapewnić, że Wacka nie będzie można zastąpić. Bo oprócz szacunku dla innych i  swojego zawodu rozumiał, że w telewizji jego marzeń, najważniejsi są ludzie…Nie polityka.

Żegnaj Wacku, szkoda, że nie opowiesz mi teraz kolejnych anegdotek, których nie moglibyśmy nigdzie opublikować. Szkoda, że nie zobaczymy się już na stadionie Widzewa czy Orła… Szkoda.

Wacuś, do zobaczenia

 

Hubert Bekrycht

 

Pogrzeb śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO odbędzie się 9 lutego, w poniedziałek o gdzinie 11.30 na na cmentarzu ewangelickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

 

zdjęcia ze strony www.art.intv.pl

HUBERT BEKRYCHT: W przededniu katastrofy, czyli przedwierzchołek upadłości mediów publicznych

Termin „przedwierchołek” używany jest często przez wspinaczy wysokogórskich, geologów i geografów. Przedwierzchołek to jeszcze nie szczyt góry, ale prawie. Od szczytu czasem dzieli go kilkanaście metrów. Szczyt bezczelności natomiast bardzo chcą osiągnąć władze, niektórzy pracownicy i protektorzy mediów publicznych.

Nielegalnie przejęte ponad 2 lata temu TVP, PR, rozgłośnie regionalne PR i PA szczytu bezczelności jeszcze nie osiągnęły. Na razie musnęły zaledwie przedwierzchołek buty, chamstwa, cenzury, łamania wolności słowa, dezinformacji…

Uff, a to zaledwie początek. Pozostając w Himalajach hipokryzji, media publiczne brodząc po szyję w szlamie manipulacji i kłamstw podążają ku zagładzie. Utrzymują setki propagandystów koalicji i zwykłych hien dziennikarskich. Z naszych podatków.

W alpinizmie wspinacze i geografowie obserwują czasem kilka tzw. przedwierzchołków szczytu, który chcą osiągnąć. Media publiczne po 2023 roku też mają kilka prawie szczytów. Negatywnych, hańbiących, skandalicznych.

Przedwierzchołek nr 1 – kasa z Marsa

Dotyczy finansowej niekompetencji. Mając bezterminowe i określane mianem rządowej studni bez dna finansowanie, wciąż media publiczne nie mogą wyprodukować, czegoś, co przebije komercyjną konkurencję, w tym konserwatywnych nadawców, m.in. TV Republikę, telewizję wPolsce24, Radio Wnet, Radio Maryja, Telewizję Trwam i wiele, wiele innych. Do wierzchołka jeszcze trochę, bo komunikaty manipulacyjne w rządowych mediach płyną leniwie jak Nil. Ale wylewają jak szambo. Bardzo spektakularnie.

Przedwierzchołek nr 2 – etyczny Armagedon

W TVP, PR i PAP nie ma obecnie żadnych zahamowani molalnych. Byle tylko „dowalić” opozycji, mediom konserwatywnym i niezależnym jeszcze instytucjom. I ludziom z tych środowisk. Są w państwowych mediach pokłady zgnilizny etycznej, ale to nie znaczy, że nie będą się powiększać. Tu do szczytu daleko.

Przedwierzchołek nr 3 – media publiczne jak mafia

W tej chwili, chcąc dotrzeć na wierzchołek zemsty, wraz z przypadkowo wylosowanymi sędziami, media publiczne udowodniają, że wszystkie ich decyzje były zgodnie z prawem. M.in. zwolnienia dyscyplinarne, zwolnienia wymuszone, zastraszanie dziennikarzy, który jeszcze zostali i dezinformacje, które pojawiają się każdego dnia. I też do szczytu daleko jak z Warszawy do Drezna.

Atak szczytowy

Katalog wszystkich łotrostw nowych, nielegalnych władz mediów publicznych jest też długi jak taśma w kasie supermarketu. Trzeba poczekać aż się wyczerpie. Kiedy TVP, PR i PAP w likwidacji będą ledwo żywe, wówczas ktoś ich majątek sprawiedliwie podzieli. I zrobi się – jak mawiał klasyk – protokół zniszczenia.

A wtedy szczyty dopiero będą przed likwidatorami i ich rządowymi mecenasami. Szczyty albo upadki z wierzchołków mediów publicznych.

 

 

KONSERWATYWNI CZŁONKOWIE RADY PROGRAMOWEJ TVP W LIKWIDACJI nie poparli emisji antypolskiego filmu ukazującego Polaków jako antysemitów

Do antypolskiego, zmanipulowanego filmu „Wśród sąsiadów”, pokazanego w TVP w przeddzień Narodowego Dnia Niepodległości w ub. roku domontowano 26 minut materiałów szkalujących Polaków. Pomimo tego mająca większość koalicyjną Rada Programowa Telewizji Polskiej w likwidacji poparła stanowisko o „wysokiej ocenie” dokumentu. Stało się to mimo sprzeciwu czworga reprezentantów rekomendowanych przez konserwatywne organizacje, w tym SDP.

Już jesienią Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wskazywało na szkodliwy i manipulacyjny charakter filmu robiący z Polaków – którym jako jedynym w okupowanej przez Niemców Europie za pomoc Żydom groziła śmierć – morderców i antysemitów. Oto fragment skargi SDP z listopada ub. roku:

„ZG SDP składa skargę do KRRiT na wyemitowany przez TVP w likwidacji film dokumentalny >>Wśród sąsiadów<< w reżyserii Yoava Potasha. Film opublikowano w przededniu 107. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, tj. 10 listopada 2025 r., o godzinie 22:05 w TVP1 i nadal jest dostępny w serwisie internetowym TVP VOD. Nawiązuje on swoją wymową do książki Tomasza Grossa >>Sąsiedzi<< z roku 2000 i tak jak on manipuluje źródłami, przedstawia zachowania marginalne jako powszechne i typowe oraz obarcza Polaków winą za to, co generalnie na terenie naszego kraju robili Niemcy” – czytamy w stanowisku SDP z listopada 2025 roku.

Oto tekst z portalu SDP ze skargą władz Stowarzyszenia w sprawie filmu „Wśród sąsiadów” z 22 listopada 2025 roku:

 

Skarga ZG SDP w sprawie emisji filmu „Wśród sąsiadów” w TVP w likwidacji

 

Po światowej premierze dokumentu okazało się, że do kopi filmu w reżyserii Yoava Potasha emitowanej w TVP domontowano (oficjalnie nie wiadomo, kto to zrobił) 26 minut z zakłamanymi sugestiami politycznymi o antysemickich ciągotach obecnej opozycji i wizerunkiem prezydenta Karola Nawrockiego jako antyeuropejskiego i antyizraelskiego skrajnego nacjonalisty. W momencie ukończenia krótszej wersji filmu Nawrocki nie był jeszcze prezydentem RP…

„Wśród sąsiadów”, dokument autorstwa Potasha przy współpracy wielu polskich filmowców, wyemitowano 10 listopada w TVP w likwidacji. W streszczeniu filmu na platformie VOP czytamy, deokumet „odkrywa trudną i bolesną historię relacji polsko-żydowskich, pokazując ją przez pryzmat jednego miasteczka, w którym przez wieki obok siebie żyli polscy katolicy i Żydzi”.

Media, w tym portal Do Rzeczy, dostrzegły, że „ >Wśród sąsiadów<< (…)  opiera się na wspomnieniach dotyczących II wojny światowej ostatniego ocalałego Żyda oraz kobiety. Tymczasem, jak alarmowała minister w Kancelarii Prezydenta Agnieszka Jędrzak, film pokazuje Polaków w wyjątkowo tendencyjny sposób jako naród, który przede wszystkim wydawał Żydów Niemcom, a nie ich ratował. Minister określała produkcję jako >>antypolską manipulację historyczną<<, domagając się wyjaśnień od TVP” – napisał portal Do Rzeczy

„Telewizja Polska w likwidacji również zabrała głos w tej sprawie, twierdząc, że emisja filmu >>miała charakter programowy i edukacyjny<< i wpisuje się w >>misję nadawcy publicznego<< – czytamy w komunikacie TVP” – relacjonuje portal. „>>Oskarżenia, jakoby rzetelnie przygotowany, poruszający dokument był antypolski, mogą formułować wyłącznie osoby, które tego filmu nie widziały<< – oceniło TVP” – podało DR.

Po wielu tygodniach sporów w gronie Rady Programowej TVP, gdzie koalicja rządząca ma większość, część tego gremium związana rekomendacjami z rządem przyjęła kuriozalne – jak twierdzą pozostali członkowie RP TVP wybrani z polecenia organizacji konserwatywnych, w tym SDP – oświadczenie, które nie ma nic wspólnego z misją publicznego nadawcy.

„Rada programowa TVP wysoko ocenia film dokumentalny >>Wśród sąsiadów<< i popiera decyzję o jego wyemitowaniu” – cytuje oświadczenie części Rady Programowej TVP w likwidacji

Do rzeczy wskazuje co najmniej dziwną wypowiedź doradcy dyrektora TVP Tomasza Syguta i członka RP Krzysztofa Lufta. Od wyboru wiosną ub. roku do Rady Programowej Luft nie wytłumaczył się, czy pracuje w TVP, czy jest doradcą Syguta i jednocześnie członkiem RP oraz ile otrzymuje wynagrodzenia od władz z Woronicza. Krzysztof Luft przekazał, że szefowa Rady Barbara Bilińska nie poparła oświadczenia w sprawie filmu, wstrzymując się od głosu w tej sprawie.

„TVP nie umiała wyjaśnić w jakich okolicznościach domontowano 26 minut do oryginalnej wersji filmu pokazywanego na festiwalu, stąd 2 członków rady wstrzymało się od głosu, a 4 było przeciw. Za uchwałą było 8 członków” — cytowało DoRzeczy Barbarę Bilińską przewodniczącą Rady Programowej TVP w likwidacji.

 

 

 

 

 

DYSKUSJA SDP: Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji to reanimacja medialnego trupa – nagranie i zdjęcia

Projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie spełnia oczekiwań między innymi środowisk dziennikarskich oraz pracowników mediów – podkreślali uczestnicy dyskusji w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na Foksal w Warszawie. Debatowali: prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dyrektor Centrum Monitoringu Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz, były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w latach 2007-2010 i 2016 – 2022 Witold Kołodziejski, członek Zarządu Głównego SDP i wieloletni prezes Stowarzyszenia oraz założyciel i szef Radia Wnet Krzysztof Skowroński oraz członek KRRiT jej przewodniczący w latach 2022 – 2025 Maciej Świrski. Dyskusję transmitowaliśmy na portalu sdp.pl (wideo na końcu relacji).

Rozpoczynając rozmowę z gośćmi prezes SDP Jolanta Hajdasz przypomniała, że 5 grudnia 2025 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przesłało do konsultacji społecznej projekt ustawy medialnej, czyli projektu zmiany ustawy o radiofonii i telewizji.

Uczestnicy dyskusji SDP o projekcie nowej ustawy o radiofonii i telewizji: na zdj. od lewej członek Zarządu Głównego SDP i wieloletni prezes Stowarzyszenia oraz założyciel i szef Radia Wnet Krzysztof Skowroński, członek KRRiT jej przewodniczący w latach 2022 – 2025 Maciej Świrski, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dyrektor Centrum Monitoringu Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz oraz były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w latach 2007-2010 i 2016 – 2022 Witold Kołodziejski
zdj. hub

W sprawie zmian są poważne wątpliwości, dziennikarzy i pracownikó mediów oraz twórców cyfrowych prowadzących działalność w Internecie.

Komplikacje dla nadawców

„Ta dyskusja z udziałem dwóch przewodniczących KRRiT będą bardzo pomocne w ostatecznym kształcie stanowiska SDP w sprawie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji” – podkreśliła prezes Hajdasz. Dodała, że nie można lekceważyć próby tej nowelizacji, bo sytuacja w polskich mediach jest bardzo poważna, wręcz niebezpieczna. Projekt nowej ustawy medialnej – zdaniem szefowej SDP – gdyby regulacja została przyjęta, pogorszy i skomplikuje sytuację na przykład małych nadawców, m.in. stowarzyszeń twórczych, np. SDP.

Maciej Świrski i Jolanta Hajdasz zdj. hub

 

„Mamy kanał na YouTube. Stowarzyszenie nie jest bogate, ale według projektu musielibyśmy zatrudnić dodatkowych ludzi do sprawozdawczości. Tylko jednego kanału, który nie przynosi zysków” – argumentowała Hajdasz.

Gdyby nowelizacja stała się faktem prawnym, właściciele małych kont, na przykład na YouTube, skazani byliby na jeszcze większą biurokrację i obowiązek sprawozdawania z działalności programowej zdj. hub

Współprowadzący dyskusję Krzysztof Skowroński z Zarządu Głównego SDP, założyciel Radia Wnet zwrócił uwagę, że po bezprawnym przejęciu przez rząd mediów publicznych i ich fikcyjnej likwidacji, sytuacja TVP, PR i PAP staje się katastrofalna. „Wydaje się, że to wielkie zagrożenie dla tych państwowych spółek i odbiorców. Ten stan jest dramatyczny i niebezpieczny dla tzw. misji publicznej. Największy chyba w historii spadek słuchalności całego Polskiego Radia, a w szczególności Trójki to symbol upolitycznienia radiofonii” – dodał Skowroński.

Czy prezydent zawetuje nowelizację?

„Mam nadzieję, że, o ile nowe prawo uchwali parlament, prezydent Nawrocki nie podpisze tej ustawy” – powiedział szef Radia Wnet. „Ten projekt, na przykład w kwestii wyboru władz mediów publicznych, jest tak skomplikowany, że może należałoby wprowadzić wybór prezesa TVP w wyborach powszechnych” – zażartował Skowroński.

Od lewej: Krzysztof Skowroński, Maciej Świrski, Jolanta Hajdasz zdj. hub

Członek KRRiT i do niedawna jej szef Maciej Świrski powiedział, że projekt nowelizacji jest archaiczny, ale może spowodować chaos. „Rynek pod rygorem nowej ustawy może być zupełnie inny. Propozycja zmian z ministerstwa kultury to 47 stron przepisów, ale to nie jest tekst jednolity, scalony. Wszystko po to, aby się obywatel nie zorientował” – przekonywał Świrski.

Nowelizacja = reanimacja medialnego trupa

„Taka zmiana systemu medialnego pociąga za sobą zmiany ustrojowe. Bez zmiany Konstytucji. W tym mieści się ogromny koszt dla obywateli mających do czynienia z mediami” – powiedział były szef KRRiT. Dodał, że według nowych przepisów KRRiT organ podległy władzy wykonawczej, co jest sprzeczne z ustawą zasadniczą. Poza tym, jego zdaniem, ustawa wprowadza po prostu kontrolę polityczną aktualnych władz państwowych. „Ustawę tę uszyto pod wielkie mainstreamowe, duże media” – dodał Świrski.

Maciej Świrski
zdj. hub

„Na przykład niewielki nadawca internetowy jest na straconej pozycji, bo po nowelizacji, będzie musi zgłosić do KRRiT zmiany programowe, a tam się w ciągu godzin potrafi zmienić ramówka” – mówił Świrski „Trzeba więc zatrudnić nowych pracowników. Taka nowelizacja to zabicie rynku medialnego” – podsumował.

Świrski poinformował, że jako członek KRRiT ogłosił w czwartek swoje stanowisko w sprawie ustawy medialnej – tekst poniżej.

Stanowisko w sprawie projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji

Z Maciejem Świrskim, w sprawie trudności na rynku mediów, po ewentualnym wejściu w życie ustawy, zgodził się były przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski. „Nowa ustawa, to próba reanimacji trupa medialnego, a nie wdrożenie ustaw europejskich” – oświadczył Kołodziejski.

Witold Kołodziejski
zdj. hub

„Nowelizacja wprost uzależnia nowy system medialny od rządzących polityków betonując przynajmniej na 6 lat obecny układ na polskich scenie publicznej” – podsumował były przewodniczący KRRiT (2007 – 2010 i 2016 – 2022).

***

Konsultacje w sprawie nowej ustawy medialnej zakończą się w piątek 23 stycznia br. Prezes SDP Jolanta Hajdasz poinformawała, że w najbliższych godzinach należy spodziewać się oficjalnego stanowiska SDP w tej sprawie.

Link do nagrania transmisji debaty:

 

 

29 stycznia kolejne spotkanie KLUBU HISTORYCZNEGO SDP

Serdecznie zapraszam na pierwsze w tym roku spotkania Klubu Historycznego  SDP, które odbędzie się 29 stycznia 2026 roku o godzinie 18 przy  ul. Foksal 3/5. Tym razem o wstrząsającej, zbrodniczej akcji Niemców w Warszawie w czasie II Wojny Światowej, o której wie nawet niewielu Warszawiaków.

Obejrzymy niezwykły film dokumentalny pt. „Góry Szwedzkie – ostatnie ogniwo” w reżyserii Hanny Etemadi. Film opowiada o egzekucji 96 Polaków dokonanej przez Niemców w Warszawie 6 stycznia 1940 roku. Po emisji odbędzie się spotkanie i dyskusja z zaproszonymi gośćmi: Andrzejm Kryńskim z Biura Edukacji IPN o/Warszawa i Piotrem Grzybowskim – dziennikarzem, historykiem, badaczem zbrodni w Górach Szwedzkich.

Zapraszam i proszę o rozesłanie informacji.

Hanna Budzisz – szefowa Klubu Historycznego Stowarzyszenia Dziennikarz Polskich

Naiwność w likwidowanych MEDIACH PUBLICZNYCH, czyli mokra tektura

Bez zdziwienia przyjęto bzdury z ostatniego programu markizy kitu i szambelanowej marnego poczucia humoru Doroty Wysockiej-Schnepf. Chodziło o opis siłowego przejęcia mediów publicznych. Nie, nie tego jednak sprzed dwóch lat, ale tego z 2016 roku…

Wszystko byłoby to nawet śmieszne, gdyby ta karykatura publicystyki miała życzliwą kreskę. A rysunek wykonano na mokrej tekturze chińską świecową kredką.

Fachowcy jak z zakładu komunikacji

Słowem, od dwóch lat media publiczne po siłowym przejęciu przez polityków koalicji są po prostu skrzyżowaniem nowoczesnego zarządzania Włodzimierza Sokorskiego i oszczędności Macieja Szczepańskiego. Ci byli przyjajmniej politykami. Komunistycznymi, ale tego przynajmniej wtedy nie ukrywano. Teraz na pewno o programach publicystycznych nie decydują  likwidator TVP Daniel Gorgosz i dyrektor TVP w likwidacji Tomasz Sygut. Nie umieją. Za to politycy koalicji bez mrugnięcia okiem wyczuwają komu należy powierzyć wciskanie kitu – baronowa propagandowa świetnie się do tego nadaje.

I jakiż to błyskotliwy „dowcip” wymyśliła i dlaczego? Do całej grupy z ul. Woronicza (TVP), al. Niepodległości (Polskie Radio) i Brackiej w Warszawie – przy siedzibie dawnej cenzury – (Polska Agencja Prasowa), dociera pewnie, że konsekwencje zamachu na media z grudnia 2023 roku poniosą nie tylko jego architekci. Aby zakrzyczeć drugą rocznicę brutalnego wejścia do mediów publicznych i wyłączenia sygnału telewizyjnego, wymyśliła Wysocka-Schnepf telewizyjne odwrócenie kota ogonem.

Klechdy z Woronicza

Mistrzyni robienia niczego mówiła o przejęciu mediów… Ale przez PiS w 2016 roku. Aby to uwiarygodnić, no nie wiem, czy to dobre określenie, ale chyba innego kulturalnego opisu nie ma, zaprosiła dwoje świadków „prawicowych zbrodni medialnych” sprzed dziesięciu lat – ochmistrzynię sejmowego krzyku Justynę Dobrosz-Oracz i powielacza mitów Kamila Dziubkę.

I to oni mieli opowiedzieć o tym, jak ich Jacek Kurski zwalniał. I jak bardzo to było straszne, dramatyczne. Znam część faktów z tamtych lat. I wiem, że ani Dobrosz-Oracz ani Dziubka nie byli aż tak ważni, aby ich od razu wywozić do więzień. I niepotrzebne były tortury, aby zgodnie z prawem i z niezłą odprawą ich zwolnić. Bo nie są to ludzie, których metody dziennikarskie będą omawiane na seminariach naukowych, a cechy ich charakteru nie nadają się do podręcznika etyki. Zatem, po co TVP wymyśliła mit założycielski ze zwolnieniami z 2016, które tak się mają do czystki z 2023 roku jak oglądalność publicznej telewizji przed i po przejęciu jej przez obecną ekipę rządową?

Czy chodziło o odwrócenie uwagi? Też, ale także o zaczarowanie rzeczywistości. Ci, którzy jeszcze wierzą TVP, PR i PAP w likwidacji muszą mieć dobre legendy. Wierzyć w to nie sposób, ale bzdury dla wyznawców Donalda Tuska to po prostu chleb powszedni.

Patrząc na fragmenty programu baronowej manipulacji przypomniało mi się powiedzonka sprzed 35 lat. Na przykład: „Dziennikarz może być głupi, ale nigdy naiwny”.  I jeszcze jedno dotyczące naiwnego właśnie przekonania pracowników dzisiejszych mediów publicznych: „Nie ma powrotu pasty do tuby…”

 

GLEJAK – ZAUFAĆ PANU BOGU. Wyznania JAROMIRA KWIATKOWSKIEGO, dziennikarza, któremu ciężka choroba nie odebrała nadziei

To tytuł najnowszej książki Jaromira Kwiatkowskiego, rzeszowskiego dziennikarza, wieloletniego członka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który przeżył dwie ciężkie operacje guza mózgu. Zainspirowały go one do napisania książki, opisującej nie tylko odkrywanie na nowo własnych relacji z rodziną i przyjaciółmi, ale też ze Stwórcą i wybranymi przez siebie patronami. Na stronie rozpoczynającej książkę autor napisał: „To nie jest książka przeznaczona tylko dla chorych na glejaka, czy tych, którzy go pokonali. Bardzo wiele skorzystają na jej lekturze chorzy na inne choroby, ale również zdrowi.”

Cała, niespełna 150-cio stronicowa książka, jest opisem dziennikarskich doświadczeń – niezamierzonego reportażu uczestniczącego autora, oraz historii patronów, których Jaromir przywołuje w ciężkich dla siebie chwilach. Patronów, którzy tak jak on, stawali przed trudnymi wyborami i cierpieniem, którego nie mogli odrzucić. To historie ich wiary i zaufania pokładanego w Stwórcy.

„Kochani, jeśli chcecie rozśmieszyć Pana Boga, powiedzcie Mu o swoich planach…” – napisał na pierwszej stronie Jaromir.

– Jeszcze kilka lat temu miałem tych planów sporo. Lecz 7 października 2023 roku, moje życie mocno zwolniło. Do tamtego dnia kalendarz miałem ściśle wypełniony, bo to i praca w „Nowinach” i książki, które zamierzałem skończyć, wreszcie zaangażowanie w różne inne dzieła…. Zawsze byłem bardzo aktywny, snułem kolejne plany.

W tamten dzień dostałem jednak od Pana Boga dużo czasu na „przystanek w drodze”, bo zatrzymała mnie trudna diagnoza. Był to czas, który zaowocował mnóstwem życzliwości i miłości ze strony rodziny (moja żona Renia jest tu dla mnie absolutną bohaterką), przyjaciół i znajomych, którzy dowiedzieli się o moich problemach zdrowotnych.

Od tamtej daty nic nie jest takie samo. …

Zaczął się dla mnie okres „spowolnienia”. To dobry czas, bo Pan Bóg pokazuje w nim co jest najważniejsze. Daje mi czas na refleksję.”

Dalszy ciąg książki stanowią zapisy kolejnych dni w szpitalu, operacji ze znieczuleniem, ale bez uśpienia, gdy pacjent z otwartą czaszką musiał prowadzić dialog z operującymi go lekarzami, aby ci wiedzieli czy nie naruszają ważnych ośrodków mózgu. Kolejne dni, tygodnie i miesiące wracania do zdrowia, kolejna operacja odrastającego guza i cały „serial” spotkań, rozmów, modlitw jego rodziny, przyjaciół i jego samego.

W książce pojawiają się opisy losów wybranych przez Jaromira patronów: rodziny Ulmów z podrzeszowskiej Markowej, bł. księdza Kowalskiego, ks. Blachnickiego, ks. Andrzeja Szpaka, św. Szarbela, ks. Piotra Sofija, czy ks. Jerzego Popiełuszki.

Pojawiają się też miejsca ważne dla autora, które poprzez płynącą z nich wiarę niosą ulgę w jego cierpieniu: Medjugorie, Lourdes czy krakowski kościół sióstr benedyktynek z kaplicą słynącego łaskami dzieciątka Jezus Koletańskiego – Towarzysza autora książki w ostatnich bataliach o zdrowie – jak sam o tym pisze.

Ostatni rozdział książki Jaromira kończy się pytaniem: „Nie wiesz jak będzie z Twoim zdrowiem? Mimo to ufaj Panu Bogu. Choroba nie musi być końcem świata, zwłaszcza gdy ON jest na pierwszym miejscu.

Nie znam Panie Twoich planów. Nie wiem co jest mi przeznaczone. Ale ufam Ci z całego serca, które bije dzięki Tobie i dla Ciebie. Bądź wola Twoja!” – Tym wersem z modlitwy Jaromir kończy swoją opowieść o chorobie, otaczających go ludziach i sile modlitwy.

 

Andrzej Klimczak

 

Książkę można kupić: [email protected]

 

 

 

BARBARA SUŁEK-KOWALSKA: Skończmy z tą likwidacją

Himalaje hipokryzji i Alpy absurdu! Można jeszcze trochę  powiedzonek dorzucić, ale sytuacja jest zbyt poważna na    abawy.  „Stan likwidacji”, w jakim znajdują się media publiczne. Zaraz będzie druga rocznica. I co? I nic!

Na niedawnych targach książki, najpierw w październiku i na następnych w listopadzie, rzuciły  mi się w oczy wielkie napisy „Telewizja Polska SA” oraz „Polskie Radio RDC”. Napisy są kłamliwe, nie oddają stanu rzeczy, fałszują rzeczywistość. Pełna nazwa tych instytucji brzmi wszak „Telewizja Polska SA w likwidacji”, „Polskie Radio w likwidacji”, i tak dalej. Jeszcze jeden przykład: przez cały październik oglądałam transmisje Konkursu Chopinowskiego –  aż  wreszcie  do mnie dotarło, że powtarzane podczas każdej sesji przesłuchań informacje, komu zawdzięczamy transmisje  –  Polskiemu Radiu i Telewizji Polskiej – zawierają nieprawdziwe nazwy tych instytucji. To jest przecież „Polskie Radio w likwidacji” i „TVP w likwidacji”!!! To jest pełna oficjalna nazwa!

Tak naprawdę, to taka nazwa powinna chyba figurować na planszach, które wypełniają ekran telewizora między programami i między reklamami. Może wtedy do odbiorców by dotarło, że coś tu nie funkcjonuje. Bo na razie wychodzi na to, że stan powszechnego zakłamania w tej dziedzinie nikomu nie przeszkadza.

Ale co z tego  – mógłby ktoś zapytać – przecież nie to żadnego znaczenia dla funkcjonowania tych mediów. Seriale lecą, interwencje regionalne też, a newsy polityczne każdy ogląda w mediach społecznościowych. A jednak nic tu nie jest w porządku.

Stan likwidacji – formalnie – nie pozwala na rozwój firmy będącej w takim stanie. Nie można zatrudniać, kupować sprzętu, inwestować, rozbudowywać.  Stan likwidacji powoduje  więc wielką chroniczną niepewność co do stanu finansowego , organizacyjnego,  kadrowego  i tym samym  programowego.

Jestem – delegowanym tam przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich –  członkiem Rady Programowej TVP Warszawa, przedtem byłam członkiem Rady Programowej Radia dla Ciebie  (RDC) . Wciąż domagam się na posiedzeniach Rady Programowej informacji, kiedy zakończy się stan likwidacji i jakie wiadomości na ten temat ma Zarzad , obecnie TVP Warszawa, przedtem RDC.  Nie ma żadnych, bo tez nie o to władzy chodzi, żeby miał.

Uważam jednak, że jest moim podstawowym obowiązkiem domagać się nieustannie tej informacji i żądać zakończenia stanu likwidacji – fałszywego, szkodliwego, destrukcyjnego, groźnego podwójnie, bo także przez to, że już uśpił część opinii publicznej. Co więcej, w tej sytuacji jest to obowiązek jedyny,  jedyny powód dla którego zasiadamy w tych radach, jedyna legitymacja – aby domagać się zakończenia stanu likwidacji.

Nie mówią o tym politycy, nie mówią o tym samorządy, nie mówią organizacje społeczne.  Wydawałoby się, że na każdym posiedzeniu Sejmu powinien paść o tym głos, zapytanie poselskie, interwencja czy informacja o kontroli poselskiej . Wydawałoby się, że sprawa jest priorytetowa, bo dotyczy mediów publicznych, także ich niejasnej w tej sytuacji przyszłości – i dotyczy podstawowych wolności obywatelskich. Ale nie dzieje się nic.

Twierdzenia, że Rada Programowa opiniuje sprawy programowe sa nie tylko bałamutne, ale tez oparte na nieznajomości rzeczy – otóż Rozporządzenie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z dnia 4 grudnia 2018 r. w sprawie szczegółowego zakresu planów programowo-finansowych i trybu ich uzgadniania wyraźnie mówi, że „plany programowo-finansowe, opracowywane przez jednostki publicznej radiofonii i telewizji i  przekazywane Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji zawierają   opinię rady programowej i rady nadzorczej o planowanym programie lub usługach oraz kosztach i źródłach finansowania”. A wszystko to na podstawie art. 21c ust. 4 ustawy z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji . Mówiąc po ludzku: nie da się zrobić programu bez pieniędzy.

A nie ma pieniędzy z powodu stanu likwidacji.

Można jeszcze długo dywagować, o co w tym wszystkim chodzi – kto chce  załatwić jaki interes, kto ma strategiczne plany dotyczące mediów, kto może chciałby je zawłaszczać choć niekoniecznie prywatyzować,   kto taktycznie milczy – ale to już zupełnie inna dyskusja.

Rzecz jest więcej niż poważna, bo dotyczy mediów publicznych w Polsce. I ich przyszłości.  Na razie bowiem media są publiczne i mają ustawową misję  – o misji mediów publicznych i o publicznej misji mediów uczą już na studiach więc nie będę się powtarzać. I jest naszym – dziennikarzy – podstawowym obowiązkiem  domagać się możliwości realizacji tych misji.

Skończę  jednak  na sprawie, o której nie da się powiedzieć – w odróżnieniu od powyższych – że jest wagi państwowej. Ale za   to jest bardzo konkretna, choć może dla władzy prozaiczna:   otóż pracownik zakładu pracy będącego w stanie likwidacji nie dostanie kredytu w banku, gdyby się o takowy starał. Doświadczyło tego w ciągu minionych dwóch lat wielu pracowników mediów publicznych, nie tylko dziennikarzy. Oni tez, niezależnie od poglądów politycznych, mają dość stanu likwidacji.

Bardzo możliwe, że w obozie władzy pojawiły się już opinie, że coś trzeba z tym fantem zrobić. Ale nie ma pomysłu jak. Tym głośniej więc powinniśmy protestować i domagać  się likwidacji stanu likwidacji.

 

Barbara Sułek-Kowalska