Prezes SDP na Konwencji Programowej Prawa i Sprawiedliwości w gronie ekspertów

Po zmianie rządu w grudniu 2023 temat wolności słowa i mediów stał się wyjątkowo aktualny, a wręcz newralgiczny. Nawet przeciętny obserwator może odnieść wrażenie, że obecna sytuacja mediów i organizacji takich jak Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wygląda tak, jakby ktoś nas zmusił do gry terenowej w lesie, z tym, że my tzn. dziennikarze i media prawicowe mamy się chować po krzakach, a nasi przeciwnicy gonią nas biegając po tym samym lesie z karabinami i mogąc do nas strzelać, ale teoretycznie wszyscy gramy wg tych samych reguł i uczestniczymy w tej samej grze  powiedziała Jolanta Hajdasz w czasie panelu dyskusyjnego „Polska wolność – przedsiębiorczość , nauka, edukacja, kultura, media” ,  który kończył pierwszy dzień obrad Konwencji Programowej Prawa i Sprawiedliwości, jaka odbyła się w dniach 24-25 października w Katowicach.   Wzięło w niej udział kilka tysięcy osób, odbyło się w niej ponad 130 dyskusji tematycznych .

Była to trzecia konwencja programowa Prawa i Sprawiedliwości z cyklu „Myśląc Polska”. Pierwsza była przeprowadzona w lipcu 2015 roku między wyborami prezydenckimi, które wygrał Andrzej Duda, a parlamentarnymi, w których PiS uzyskał  większość mandatów  w Sejmie i Senacie stając się pierwszym ugrupowaniem politycznym po transformacji 1989 roku, które mogło sprawować samodzielne rządy.

Druga konwencja programowa odbyła się przed wyborami w 2019 roku.  Tegorocznej konwencji przyświeca cel odbudowania tego wszystkiego, co przez ten tak krótki czas niespełna dwóch lat zostało przez rząd Donalda Tuska zniszczone – napisał Jarosław Kaczyński we wstępie do Agendy programowej konwencji .

Jolanta Hajdasz  została zaproszona do udziału w trzech panelach dyskusyjnych. Wspomniany we wstępie pierwszy z nich dotyczył szeroko rozumianej wolności, w tym wolności słowa i mediów. Odbył się on w sali głównej Centrum Kongresowego  katowickiego Spodka. Obok prezes SDP wypowiadali się na ten temat : Zdzisław Krasnodębski, Magdalena Gawin, Dominika Chorosińska, Konrad Banecki, Andrzej Biernacki i w charakterze moderatora dyskusji  posłanka Joanna Lichocka.  Drugi panel z udziałem SDP prowadzony także przez Joannę Lichocką dotyczył szeroko rozumianej reformy mediów publicznych, uczestniczyła w nim red. Dorota Kania , Witold Kołodziejski, Jacek Kurski i Jolanta Hajdasz. Trzecia dyskusja ogniskowała się wokół zagadnień wiązanych m.in. z własnością mediów i ich koncentracją . Jakie są konsekwencje dominacji zagranicznego kapitału dla suwerenności informacyjnej Polski? Czy media powinny być traktowane jako element infrastruktury krytycznej państwa? Czy państwo powinno mieć narzędzia do ochrony przestrzeni medialnej przed wpływem zewnętrznym? – to pytania, na które wraz z Jolantą Hajdasz odpowiadali uczestnicy dyskusji  tj. Wojciech Surmacz, Michał Białek, Maciej Chudkiewicz, Dariusz Stefaniuk i poseł Paweł Lewandowski jako moderator.

Będę walczył do końca… Z ROBERTEM KWIATKIEM, dziennikarzem, fotoreporterem, związanym z opozycją antykomunistyczną rozmawiała ANNA POPEK

Anna Popek: Robert Kwiatek, fotoreporter, związany także z działalnością opozycyjną, od wielu lat, mieszkający w Gdańsku. To ty sfotografowałeś słynnego Batmana, który wywiesił baner z napisem „Byle nie Trzaskowski”. Wydawałoby się, że to normalna reporterska robota. Coś się dzieje, od razu automatycznie obiektyw skierowany jest w to miejsce, na to wydarzenie, po to żeby uwiecznić. Czy dobrze myślę? Czy tym razem to już tak nie działa?

Robert Kwiatek: Ja też tak myślałem. Całe życie tak myślałem. Działając w podziemiu, wydawaliśmy gazetki, stosowaliśmy pseudonimy, ukrywaliśmy się. Miałe pseudonim Jacek, ale używałem też innych, śmiesznych, zabawnych na przykład Kapitan Kloss. Takie były ówczesne zasady gry. Później mieliśmy Polskę, umownie mówiąc, wolną i za jej czasów, dziennikarze też nie mieli lekko. Mnie jako fotoreportera zatrzymywano, stawiano mi zarzuty, np. za rzucanie kamieniami w autokar niemiecki po meczu, gdzie ja robiłem zdjęcia. Innym razem byłem zatrzymany i siedziałem za próbę uwolnienia kibiców, gdzie też robiłem zdjęcia. Metoda wtedy była trochę inna. To znaczy policjanci, już nie milicjanci, próbowali odebrać mi film. Ja się mogę szczycić tym, że zawsze zdążyłem podmienić film w aparacie. Kiedyś były filmy w aparatach. Warto to pamiętać, bo dzisiaj są karty. Udawało mi się podmienić i nigdy nie zabrano mi filmu ze zdjęciami, które potem były w gazecie z małym opóźnieniem, bo nie od razu po np. meczu. Następnie otrzymywałem z prokuratury uzasadnienie, że ten film odebrany był tak istotny jako materiał dowodowy, że oni sankcjonowali to, że mi policjanci siłą odbierali ten film.

Takie metody też bywały, czyli próby utrudnienia robienia zdjęć, odpychania, zasłaniania, to się w naszym fachu zdarzało i zdarza. Czasem się oberwało kamieniem, a czasem pałką. W pewnym sensie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Teraz wkroczyliśmy w nowy etap, z którym ja się nie spotkałem, nie liczyłem i nie spodziewałem, że będziemy o czymś takim rozmawiali. To znaczy w majestacie prawa dano narzędzia różnym funkcjonariuszom publicznym, czyli policjantom również, do ścigania dziennikarzy w momencie, gdy opublikują ich wizerunek. Zazwyczaj w sytuacji niekorzystnej. Fotografowałem kiedyś pięciu policjantów kopiących kibica, uważałem, że to są bandyci. Z dumą pokazywałem dwóch policjantów, którzy się naparzali z pięcioma gangsterami i dla mnie to byli bohaterowie i nie było żadnego problemu. Natomiast dzisiaj uzyskali oni narzędzie do tuszowania swoich wszelkich nadużyć. Zgodnie z definicją prawa, które w tej chwili stosują prawnicy, funkcjonariusz publiczny nie tylko policji, również polityki – jego wizerunek jest chroniony.

Anna Popek
fot. SDP

AP: Z jakiego paragrafu jest chroniony? Jakie to jest prawo? Jakie to jest narzędzie?

RK: To jest narzędzie, o którym nie wiedziałem, ono niedawno weszło. To wynika chyba z tego, że nie dostosowano naszych przepisów do przepisów unijnych. Wprowadzono nam RODO. My dziennikarze znamy prawo prasowe i wiemy, jak się nim posługiwać, wiemy, kogo możemy fotografować, w jakich sytuacjach, na jakich zasadach. Ja się do tego stosuję. Funkcjonariuszy publicznych na służbie można było fotografować i pokazywać ich wizerunek. Owszem, funkcjonariuszy kryminalnych zazwyczaj grzecznościowo nie pokazywaliśmy. Zasada była taka, że gdy akcja jest dynamiczna i trzeba puścić szybko materiał, nie ma czasu na blurowanie. To raczej obowiązkiem funkcjonariusza jest zasłanianie swojej twarzy, jeżeli nie chce być pokazany publicznie podczas interwencji. Policjanci robią to stosując maski, kominiarki i to jest też naturalne.

Robert Kwiatek
fot. SDP

Natomiast funkcjonariusz sam się nie chroni, a wymaga tego ode mnie. Raczej to jest grzeczność z mojej strony. Jeżeli materiał idzie na żywo, nie ma w ogóle takiej możliwości. RODO daje każdemu obywatelowi, w tym funkcjonariuszowi i politykowi, prawo do ochrony własnego wizerunku. Nasze prawo prasowe, które znamy, które studiowaliśmy i stosujemy, może być różnie przez sądy interpretowane. Raz może być na naszą korzyść, tak jak orzekł TSUE, który wypowiedział się w tej sprawie. Jednak każdy nasz sąd indywidualnie w zależności od upodobań politycznych, czy lubi tego dziennikarza, czy nie lubi, może w różny sposób sobie to interpretować.

AP: Rozumiem, że jak się zrobi zdjęcie politykowi w sejmie na przykład, marszałkowi albo premierowi, to on też może powiedzieć, że naruszono jego dobra osobiste?

RK: Tak, jeżeli przejdzie ta definicja przez sąd, a może tak się zdarzyć. Definicja, na którą powołują się funkcjonariusze policji, że RODO ich chroni. No bo chroni, więc jeżeli on się powoła na RODO, a sąd to uzna, to ten człowiek jest w prawie. Jeśli dziennikarz nie ma podpisanej deklaracji ze zgodą na użycie tego wizerunku, no to w tym momencie powinien liczyć się z konsekwencjami od każdej sfotografowanej osoby. Nawet na koncercie, gdy fotografuje grupę ludzi. Do tej pory myślałem, że grupę ludzi mogę fotografować. Do tego w prawie nie jest określone od jakiej cyfry ta grupa się zaczyna i to też sędziowie mogą różnie interpretować. Przyjęło się, że od trzech to już jest grupa. Załóżmy, że kamerą zrobimy scenę publiczności bawiącej się na koncercie. 500 osób i z tych 500 osób ktoś nagle uzna, jakaś kancelaria prawna, że fajnie byłoby wyciągnąć pieniądze od telewizji takiej czy innej. Na biletach nie będzie oświadczenia o RODO, więc pójdą do sądu, z powództwa cywilnego założą sprawę i wyciągają kasę i to będą duże pieniądze.

AP: Ale przecież to paraliżuje w ogóle jakikolwiek sposób przekazywania informacji wizualnej: czy na ulicy zdjęcia zrobione, czy w sklepie jako ilustracja do tematu.

RK: Tak, wszystkie zdjęcia za moment będą zamazywane. Jeszcze te historyczne mogą być ale na nowszych będą wstawiane jakieś buźki zamiast twarzy, co wypacza kompletnie wiarygodność. My jako dziennikarze pokazując zdjęcie jakiegoś wydarzenia uwiarygadniamy się tym, że pokazujemy całą sytuację. Ten ktoś tam był i to konkretnie robił. Oczekuje się od nas, zamazywania wizerunku w sytuacji nieuzasadnionej. Zamazujemy wizerunek,  bo takie też jest prawo, gdy „chronimy” umownie mówiąc przestępców. Oni mogą nas zaskarżyć, bo w danym momencie my ich stygmatyzujemy, że są przestępcami, a oni mogą nimi nie być i podadzą nas do sądu. Ale to jest inna sytuacja. Jako dziennikarze też mamy swoje ograniczenia, natomiast wprowadzając przepisy bezmyślnie, bezdusznie, nie dostosowując ich do naszych norm prawnych, ale też i zwyczajowych, nagle doprowadzamy do sytuacji takiej, że ktoś instrumentalnie, tak jak ci policjanci, będzie wykorzystywał to prawo. To może sparaliżować nam pracę oraz misję i sens istnienia mediów.

AP: To będzie dotyczyło Instagrama, Facebooka, czy jakiejkolwiek platformy, bo te zdjęcia, filmy w zasadzie krążyły bardziej w mediach społecznościowych. Wróćmy do Batmana i do tej sytuacji, co tam się wydarzyło?

RK: Był wiec Rafała Trzaskowskiego. Batman pojawił się w oknie hotelu z transparentem „Byle nie Trzaskowski”, czyli typowy happening, których jest pełno w Polsce. Batman stał w oknie, coś tam krzyczał, zainteresowanie było niewielkie, dziennikarze byli skupieni na wiecu Trzaskowskiego. To było w oddaleniu gdzieś 200 metrów, więc nie było mowy o zakłócaniu wiecu. Fotografowałem wiec Rafała Trzaskowskiego na początku, ale zobaczyłem Batmana, widziałem, że żadni dziennikarze, z drobnym wyjątkiem, się tym nie zainteresowali. Udałem się w tamtą stronę. Po zakończeniu wiecu Rafała Trzaskowskiego policja wchodziła systematycznie do tego budynku. Ja nie wiedziałem, że jest to budynek hotelu. I w pewnym momencie Batman zniknął, no to ja wiedziony instynktem dziennikarskim pobiegłem na górę. Liczyłem się z tym, że mnie na dole zatrzymają, ale okazało się, że wbiegłem na samą górę. No i tam usłyszałem hałasy i krzyki. Mnie oskarża 10 funkcjonariuszy, więc pewnie ich tam było 10, a może i więcej, część po cywilu, część mundurowych. Nie wiedziałem kto jest kto.

Próbowałem robić zdjęcia, bo drzwi od pokoju były otwarte. Była szarpanina jakaś, więc próbowałem wchodzić. Rzucił się na mnie jeden z funkcjonariuszy, po cywilnemu, wypychając i łapiąc za aparat. Ja bardzo tego nie lubię. Stawiam opór, bo to nie jest tak, że ja grzecznie się wycofuję. Sytuacja była dynamiczna, ja robiłem zdjęcia. Powiedzmy trzy osoby były od Batmana w tym pokoju hotelowym. Jeden z nich okazał się być też dziennikarzem, ale powiedzmy powiązanym z Batmanem, czyli on nie występował w roli dziennikarza. W Gdańsku jest to znany człowiek. On mnie rozpoznał i powiedział, że oni żądają, żebym absolutnie był obecny, żeby był dziennikarz, że oni mnie zapraszają, że jestem ich gościem hotelowym. Więc ta szarpanina się skończyła. Trwała interwencja funkcjonariuszy policji. Są nagrane filmy i polecam posłuchać sobie. Ludzie od Batmana twierdzili, że oni się włamali, bo nie mieli żadnego nakazu rewizji, niczego. Weszli, stosując swoje techniki. Tam jest zamek na klucz elektroniczny, więc nie to, że wyważyli drzwi, ale w jakiś sposób weszli, gdyż pokój był zamknięty. Tak twierdzili wynajmujący pokój, a policja odwrotnie.

Zażądałem podstawy prawnej do tego wejścia, więc najpierw to była próba zakłócenia wiecu. Ja twierdziłem, że to kłamstwo, bo miejsce jest oddalone i nic nie było słychać, nie było żadnego zakłócenia, więc to nie jest żadna podstawa. To jest wyimaginowane, więc poprosimy o faktyczną podstawę. Jeden z tych policjantów powiedział, że według nich była to próba samobójstwa, i oni interweniowali ze względu na próbę samobójczą. To jest też nagrane i widać, jak potrzebne są media, bo jeżeli ja bym to opowiadał, a nie byłoby to nagrane, nikt by mi dzisiaj nie uwierzył. Wtedy Batman zapytał, czy oni do każdego, kto myje okna, w taki sam sposób wchodzą i interweniują. Żeby było jasne, Batman, nie stał za oknem tylko przed oknem i nie wychylał się. Zresztą wiadomo, że to nie była próba samobójcza. Interwencja była na polecenie, i też nie wiadomo, czyje polecenie, kto wydał rozkaz policji. Rzecznik prasowy później uzasadnił, że interwencja była absolutnie słuszna ze względu na próbę zakłócenia wiecu. W ogóle według nich wszystko jest ok, nikt nie ma zarzutów, nikt nie przepytuje policjantów. Natomiast Batman nie został zatrzymany, nawet nie został wylegitymowany, bo mówił, że dał komuś dokumenty, nie wie komu. Ci policjanci nawet nie spisali Batmana, natomiast wzięli się za fotoreportera, czyli za mnie i żądają 990 tysięcy złotych, łącznie to będzie milion. Żądają też od pani menadżer, która też nagrywała, chyba nawet kwoty większej. Wiem, że jeszcze dołączono do tego wniosku, który ja dostałem, kilku innych dziennikarzy, którzy powielali ten materiał. Łącznie chyba na kwotę miliona złotych, oni chcą tych roszczeń skupić.

AP: A na jakiej podstawie?

RK: Twierdzą, że na podstawie upublicznienia ich wizerunku. Jeszcze żądają przeprosin. Przeprosiny miały być specyficzne w telewizji Republika, na jakimś tam tle, czcionką Times New Roman. Bardzo szczegółowo opisany wręcz taki pozew cywilny. To jest próba ośmieszenia mnie i doprowadzenia do parteru. W moim przekonaniu jest to próba zastraszenia w ogóle dziennikarzy, czy innych ludzi, którzy próbują robić coś niezależnie. Policjanci są bardzo mocno u nas politycznie podlinkowani. Mam informacje ze środowiska policyjnego, a znam tam dość dużo ludzi, mam swoje lata. Komendant miejskiej policji, który niczym się nie może za bardzo poszczycić, powiedział tym funkcjonariuszom, że absolutnie mają mnie dojechać, udupić, i że jak będą koszty jakiekolwiek, to w formie premii, nagród wyrówna.

Komenda Główna Policji, zresztą o czym też się dowiedziałem później, pisze instrukcje długopisami swoich rzeczników, jak mają się zachowywać. To jest nowa metoda, o której my jako dziennikarze nie wiemy. Jest napisane, że funkcjonariusz podczas interwencji, jeżeli jest dziennikarz, ma jasno powiedzieć, że nie życzy sobie, żeby jego zdjęcie było upublicznione gdziekolwiek, czy materiał filmowy, a jeżeli będzie, to on będzie ścigał z powództwa cywilnego o upublicznienie wizerunku. I to są wręcz oficjalne instrukcje już w tej chwili dla policjantów. I oni zaczynają się stosować do tego.

AP: Czy w swojej karierze fotoreportera, jeszcze za czasów komuny, spotkałeś się z podobnym działaniem?

RK: Nie. Wtedy były prostsze zasady. Albo wyrwali aparat, albo rzucili o ziemię i rozwalili, albo dostało się po zębach. Raczej nie zamykali za to, raczej nie ponosiło się konsekwencji finansowych. No chyba, że się poszło na współpracę i potem te zdjęcia udostępniało. Robiłem wtedy zdjęcia, starając się robić tak, żeby nie było widać, że ja je robię, więc dwie strony miały jakieś tam szanse. Natomiast tutaj jest tak, że w obliczu prawa to jest loteria, na jakiego sędziego się trafi. Jak będę miał sprawę, to chyba na początku powinien zapytać, czy ten sędzia jest z Iustitii, bo w zasadzie, jeżeli jest, to ja powinienem wyjść i powiedzieć, że dziękuję. Ja bardzo mocno nagłośniłem tę sprawę, bo jestem ze starszego pokolenia i za naszych czasów jedyną metodą obrony i walki w podobnych sytuacjach było upublicznienie wszystkiego. Dlatego tak bardzo kocham media, bo uważam, że to jest nasza jedyna tarcza w sytuacji, kiedy ktoś sobie zaczyna za dużo praw uzurpować do czegoś.

Teraz większość spraw dziennikarskich, co ciekawe, jest za zamkniętymi drzwiami. To znaczy, że dziennikarze nie mogą ich relacjonować, nikt się nie może nic dowiedzieć. To jest kolejny element w tej układance. Jeżeli ja przedstawiam swoje racje, mam te racje albo nie mam, opinia publiczna może sobie wyrobić zdanie. W takiej sytuacji nie może sobie wyrobić. Lecą wyroki, jak za czasów głębokiego PRL-u. Sądy, sędziowie posłuszni władzy wydawali wyroki taśmowo. Wtedy nawet mordowano ludzi w majestacie prawa. Tu mam nadzieję, że już tak daleko się nikt nie posunie, ale wykluczyć tego nie można, bo to są ludzie pozbawieni jakichkolwiek zasad. Często spadkobiercy pokoleniowi, rodzinni, albo nawet jeszcze wtedy zasiadający w tych sądach prokuratorów. To jest przerażające.

AP: A co masz teraz zamiar zrobić?

RK: Jestem człowiekiem walki, mnie walka mobilizuje i będę walczył do końca. Nawet, powiem kolokwialnie, do mnie się mnóstwo ludzi zgłaszało, słuchaj, my ci damy te pieniądze, pomożemy. Tu mi ktoś chce dać 10 tysięcy, tu coś, tu coś. Mówią zorganizuj zbiórkę, chociaż okazuje się, że zbiórek też nie można za organizować, bo zamykają.

AP: Zrzutka ostatnio zamknęła zbiórkę dla Samuela Pereiry. Dokładnie w ten sposób.

RK: Jestem człowiekiem honorowym i ja będę walczył do końca z uśmiechem. Nieraz walczyłem z milicją, nieraz zdarzało mi się potykać z policją. Dostawałem fałszywe wyroki, zarzuty, raz byłem zatrzymany. Nawet widziałem siebie, i to też pewnie mi nikt nie uwierzy, ale mam świadków. Pracując w gazecie, chodziłem na komisariaty. Robiłem materiały o różnych ludziach, więc wpuszczano mnie. Byłem może wrogiem publicznym numer jeden, ale musieli mnie wpuszczać. I na jednym z komisariatów Komendy Głównej policji w Gdańsku, widzę w dyżurce listę. Jestem wzrokowcem, patrzę, a tam Robert Kwiatek na pierwszym miejscu. Pytam, co to jest za lista? Policjanci w dyżurce nie wiedzieli, że jestem Robertem Kwiatkiem. Mówią „to są tacy do zabrania prawa jazdy”. Więc te metody działały. Raz byłem zatrzymany, dostałem mandat. Za szybko jechałem, zdarzało mi się, już jeżdżę wolniej. Trzymali mnie pół godziny, mimo że ten mandat przyjąłem. Policjanci wysiedli z radiowozu, podeszli do mnie i powiedzieli, że będę miał wniosek za próbę przekupstwa funkcjonariuszy na służbie… No i jak się wybronię? Nie ma takiej możliwości. Zeznaję dwóch funkcjonariuszy. Ja wiem, że to co opowiadam jest nie do uwierzenia.

Mój brat, który został w pewnym momencie policjantem, przeze mnie nie mógł dostać się do policji. Mistrz Polski, wygrywał zawody w taekwondo, po wojsku, po studiach. To było jego pasją, chciał służyć w policji. W Sopocie powiedzieli, że nie, a w wojewódzkiej powiedzieli, że to przez brata.

Poszedłem, bo znałem komendanta głównego, potem był nawet chyba głównym w Polsce. Pytam, co jak złoży papiery do was, to też go nie przyjmiecie przeze mnie. Zgodził się, żeby przyniósł papiery. Najpierw został odrzucony, ale potem faktycznie go przyjęli. Już jest na emeryturze. Służył i starał się być sensownym, uczciwym policjantem.

On sam, zanim podjął pracę w policji, nie wierzył jak opowiadałem czasami w domu te historie, które są nie do uwierzenia, a mówimy o wolnej Polsce. Uwierzył dopiero kiedy sam za brata dostał mandat. Kwiatek jest łatwe nazwisko do zapamiętania, a wszystko, co najgorsze to byłem ja. Odprawy przed meczami to „uważajcie na Kwiatka”. Nie to, żebym robił z siebie kogoś tam, natomiast był czas, gdzie byłem na mocno czarnej liście. Potem już przestałem pracować w gazecie, ale wszystko, co złe szło na moje konto. To też nie jest tak, że ja policjantów nie lubię, wręcz przeciwnie. Szanuję ich. Jeździłem z grupami operacyjnymi, gdzie wysportowani funkcjonariusze po cywilnemu wchodzili w dzielnice, gdzie naprawdę musieli wyciągać broń.

Ja to fotografowałem, pokazywałem, sam się bałem i takich policjantów chciałbym mieć obok. W tej chwili dużo jest różnych ludzi, którzy z powodów politycznych, bo mają swoje poglądy, czy z powodów nieumiejętności, nieudacznictwa, próbują przykryć to działaniami, które mają spowodować, żeby pewne rzeczy nie zostaną ujawnione.  A naszą dziennikarską rolą jest dokładnie wszystko pokazywać – patologie we władzy, w policji, też u siebie, gdziekolwiek. To jest nasza misja ludzi, którzy kochają dziennikarstwo, którzy kochają Polskę i chcą, żeby pewne rzeczy nie miały miejsca. Dlatego o tym mówię, żeby nie powtórzyło w przyszłości, żeby ludzie zobaczyli, że to tak działa.

Dani dziennikarze pracujący dziś w takiej czy innej telewizji, albo dla miasta, czy gdzieś, oni dzisiaj mogą spać spokojnie, bo oni służą tej władzy. Natomiast kiedyś gdzieś tam podpadną w jakiejś sytuacji i ta władza ich dojedzie bez problemu.

AP: Powiedz Robercie, czy myślałeś, że w Gdańsku, gdzie rodziła się wolność, że w stoczni, gdzie takie piękne słowa padały, gdzie papież bywał, że po tylu latach w wolnej Polsce będzie się tak prześladowało ludzi?

RK: Na pewno tak nie myślałem. Wierzyłem w to, że jednym z elementów, który będzie stał na straży wolności, to będą dziennikarze. W Gdańsku, w moim ukochanym mieście, mogę na palcach jednej ręki policzyć dziennikarzy, którzy są i próbują coś robić niezależnie. Dwóch czy trzech jest bardziej aktywnych zakładając swoje portale. To jest wszystko niszowe, niezauważalne przez władzę, dlatego być może im się jeszcze jakoś tam udaje.

Natomiast reszta, jeżeli nie jesteś z nami, nie jesteś zaakceptowany przez nas to… Ja byłem tego przykładem. Znam wszystkich tych ludzi. Pracowałem u Donalda Tuska przez jakiś czas nawet w kancelarii premiera. Latałem samolotem, kiedy latali wtedy z Kaczyńskim, robiąc zdjęcia, bo byłem fotoreporterem rządowym. Dość krótko, bo ja miałem być tam wtedy, kiedy się pojawi POPIS. POPISu nie było i tak wylądowałem w kancelarii, ale potem wylądowałem poza kancelarią, i nie ma żadnego problemu, ale znam tych ludzi. To nie jest tak, że są moimi przyjaciółmi. Znam w Gdańsku wszystkich, a z Gdańska dużo ludzi trafiło też do Warszawy. Znając te osoby mogę opowiedzieć różne rzeczy, widziałem różne sytuacje.

Powstają tak zabetonowane układy, które w pewnym momencie chyba nawet zatraciły, zgubiły jakikolwiek azymut. Pamiętam śp. Pawła Adamowicza, którego bardzo lubiłem. Paweł też był zaangażowany w podziemie. Widziałem, jak on zostawał prezydentem. Był to normalny, fajny chłopak, który się rozwijał. Na początku może był nawet słabym prezydentem, potem się rozwinął, a potem poszedł w takie ścieżki, gdzie nasze drogi się rozeszły.

Człowiek, który zarabia jako prezydent średnie pieniądze, a ja, przez całe życie, zarabiałem zbliżone do niego, bo zapierdzielałem 7 dni w tygodniu – ja się nie dorobiłem w tamtym czasie żadnego mieszkania, on miał z 8. Coś jest nie tak. Myśmy to Pawłowi też mówili. W pewnym momencie doszło do spięcia i po tej sytuacji ja już nie pracowałem w Dzienniku Bałtyckim tylko już działałem niezależnie.

Przez 10 lat nie byłem w Gdańsku. Oczywiście bywałem, bo dzieci są, ale szukałem pracy poza Gdańskiem, gdziekolwiek. Wszystkie zlecenia, które miałem, firmy developerskie, bo dla takich dwóch też pracowałem, nagle się pokończyło i od niektórych też słyszałem, że „było nie zadzierać z Pawłem”.

Tak ten układ działa. Pozwalamy na to, jeżeli nie ma niezależnych mediów, ludzi, którzy się postawią, ale też nie ma odbiorców, którzy w to wierzą. Tak budujemy ten koszmarny system, który oczywiście dla wielu jest piękny i wspaniały. Wartki nurt dla tych którzy są w układzie. Deweloperzy i inni świetnie odnajdują się i korzystają. Natomiast każdy, który patrzy inaczej nie będzie miał wsparcia, żadnej nagrody, wystawy, chyba, że ze swoich pieniędzy coś tam zrobi. Staram się być niezależny od początku do końca i mi to odpowiada, daję sobie radę. 10 lat byłem poza Gdańskiem, wróciłem, pracuję w firmie prywatnej i nie narzekam. Mam dużą frajdę z niezależności i z tego co mogę robić.

Martwię się tylko, że jak sprawę przegram, bo się z tym liczę, to ktoś inny może mieć podobne problemy. Ja też, za moment mogę mieć te same kłopoty. Największym dla mnie problemem jest to, że będę musiał zapłacić takie pieniądz tym policjantom. Gdyby to jeszcze szło na jakąś fundację, to by mniej mnie bolało. Dlatego nie będę robić zbiórki, bo nie mam sumienia prosić, aby tym paskudnym ludziom dawać pieniądze. Być może będę zmuszony przez sąd, bo przyjdzie komornik mi zabierze. Nie chciałbym jednak, żeby ktokolwiek się dołożył, żeby oni dostali te pieniądze. Przełknąłbym, gdyby to było na dobroczynne cele. Z trudem, ale bym przełknął, natomiast dla nich, absolutnie nie. To jest też problem procesów cywilnych. W karnych, nie zapłacę trafię do więzienia. Ja bym to wolał. Za komuny szło się do więzienia, może podszlifowałbym angielski, trochę czasu miałbym dla siebie. Lądowałem już w areszcie, byłem pobity, dam sobie radę. W tym procesie oni mogą dostać pieniądze, plus oczywiście kancelaria, która jest podlinkowana, cały ten aparat.

AP: Czyli kolejne karmienie tej hydry.

RK: Nawet nie mogę pójść do prezydenta, tak jak inni dziennikarze skazani z artykułu 212 z prośbą o ułaskawienie, bo w powództwie cywilnym nie ma czegoś takiego.

AP: Oby koledzy dostali to ułaskawienie od prezydenta Nawrockiego, bo też są zupełnie niesprawiedliwie skazani.

RK: Dołączyłem się, podpisałem petycję. Myślę, że prezydent Karol Nawrocki, jeżeli tylko to dotrze do niego, nie będzie miał żadnego problemu, żeby podpisać w tak jaskrawych sprawach. Natomiast to też nie chodzi o to, żebyśmy budowali model, że akurat jest prezydent i będzie nas wszystkich wyciągał z tarapatów, bo ktoś w te tarapaty celowo nas wpędza.

Anna Popek: Bardzo dziękujemy, Robert Kwiatek, który przejdzie do historii fotografii nie tylko jako autor, fotoreporter i opozycjonista. Sprawa Batmana może okazać się punktem zwrotnym, ale od każdego dna można się odbić, więc mam nadzieję, że jesteśmy już tak blisko tego dna, że teraz już tylko czekamy na odbicie.

Robert Kwiatek: Podobnych spraw miałem dużo. Wczoraj była rocznica, ktoś mi wrzucił zdjęcia z jednej z zadym, gdzie mnie zatrzymywała policja. Nawet są fajne zdjęcia. Dokładnie 29 lat temu. Te rzeczy się powtarzają, ale w zupełnie innym stylu. Teraz jest niestety w majestacie prawa z przepisami, z paragrafami, a wtedy mogłem się bronić. Ktoś mnie szarpnął, ktoś kłamał, zaznawał fałszywie, można się jakoś obronić. Teraz wytacza się przeciwko nam armaty, przed którymi nie ma możliwości obrony, bo każdy sędzia może interpretować to prawo jak chce. Dostał możliwości interpretowania prawa i nakaz, żeby interpretować je we właściwy sposób. A to już jest kolejny krok.

Do mądrości (a może tylko do normalności) przez mądre książki i nie tylko – REKAPITULACJA – PROF. RYSZARD LEGUTKO

Kiedyś nikogo nie trzeba było zachęcać do czytania dobrych, mądrych książek. Te czasy pamiętam wcale nie przez mgłę… Nawet, a może przede wszystkim… Zacznijmy od 1989 roku, kiedy wyraźnie do było widać kult wydawnictw dobrych i bardzo dobrych. I już wydawało nam się, że ci wszyscy sowieciarze „od czytelnictwa”, mentalni cenzorzy, pojadą sobie – wszak wolność podróżowania to jedna z podstaw demokracji – gdzie pieprz na Syberii rośnie, ale okazało się, że na książkach można zarobić…

Niektórzy, co chwalebne, zarabiali jeszcze 25, 20 lat temu na książkach dobrych, ale potem były już przeważnie książki „dla wszystkich”. Kryminały i poradniki w zalewie lektur „poczytaj mi aktorze” spowodowały stworzenie społeczności „raczej miałkej” – jak mówi mój uczony kolega. Na szczęście jednak, nie zaniechano, w dużym trudzie zresztą, pokazywania ludziom tego, co – przepraszam  za banał – dobre i piękne. Wybaczcie, łatwo jednak przy tej kwestii wpadam w egzaltację, jak panienka z pensji o surowych obyczajach.

Książka jak powietrze

Niektórzy mi nie wybaczą „pomijania” czasów komuny w tzw. czytelnictwie, ale nie chodzi naprawdę o to, że w PRL nie wydawano dobrych, a nawet mądrych książek. Były takie, przeoczone przez cenzurę. Były publikacje dostępne „spod lady”.

Rzecz w tym, iż za komuny, co dla ludzi mojego pokolenia oczywiste, nie wydawano wszystkich książek wartych publikacji, bo nie było po prostu wolności słowa. Tak, tak,  w to dalej  nadal nie mogą uwierzyć niektórzy liberalni i lewaccy dziennikarze krzyczący, że poddano ich cenzurze, bo cytowano ich słowa, ale  – uwaga – skomentowano inaczej niż „autorzy” sobie życzyli.

Prawie pozytywizm

Cóż… No, właśnie, ci ludzie to ofiary książek takich sobie, oddalonych od naszej mentalności i kręgu kultury judeochrześcijańskiej i innych kultur zresztą też. Czytanie książek dobrych i mądrych stało się ofiarą wolnego rynku, też jednego z filarów demokracji.

Na szczęście są jeszcze oficyny, które stawiają na publikacje dobre i wybitne, na książki, które zmuszają do myślenia i czytania innych książek. Książek, przy których dobrze się myśli. Do takich oficyn można zaliczyć Wydawnictwo Fronda, które właśnie oddało do rąk Czytelników książkę „Rekapitulacja” autorstwa profesora Ryszarda Legutko.

Człowiek, po prostu

Encyklopedie podają, że to pisarz, filozof publicysta z wykształceniem filozoficznym właśnie, który skończył też anglistykę. Niektóre te almanachy pomijają już fakt, że prof. Legutko skończył te kierunki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czytający ludzie, nawet kiedy pierwszy raz zetkną się z profesorem (chyba musieliby przybyć z innej galaktyki, ale mogą tacy jeszcze być), od razu zorientują się, że autora „Rekapitulacji” wychował i ukształtował Kraków.

I to, co ważne, że Legutkę wychował Kraków, bez zarzucanych często pierwszej stolicy Polski stereotypów i akcentów wywyższania się i „wiedzy bibliotecznej”. Ryszard Legutko po prostu podąża swoją drogą. Był wykładowcą, był politykiem, ale przed, po i w trakcie jest przede wszystkim filozofem z otwartym umysłem. Bo profesor to postać.

Opinie

Inny wybitny humanista, historyk i przewodnik konserwatystów, profesor Andrzej Nowak tak pisze o Rekapitulacji autorstwa Ryszarda Legutki: „Książka o zdobywaniu mądrości napisana przez najmądrzejszego człowieka, jakiego spotkałem. Autobiografia intelektualna na tle bezpardonowej analizy upadku naszej cywilizacji. Gorzki ma smak, lecz odświeżający. Nie pozostawia złudzeń, ale pokazuje dobrą drogę” – napisał prof. Andrzej Nowak

Jeszcze jedna opinia – profesora Zdzisław aKrasnodębskiego: „Jak Ryszard Legutko, jeden z najwybitniejszych umysłów europejskich, znakomity filozof i polityk, którego przemówienia potrząsały Parlamentem Europejskim i Ursulą von der Leyen, stał się tym, kim jest? Przyznam się, że często zadawałem sobie to pytanie. Ta książka jest jego własną na nie odpowiedzią. To fascynująca, refleksyjna opowieść o rozwoju intelektualnym – o dzieciństwie i studiach w PRL, o przeczytanych książkach, o poszukiwaniach filozoficznych,o rozczarowaniu liberalizmem, o zwrocie ku filozofii starożytnej oraz miłości do Sokratesa i Platona, o trosce o Polskę. To plastyczny obraz czasów minionych i gorzka diagnoza współczesności, niespełniającej dawnych nadziei” – wspomniał owe „czasy minione” prof. Zdzisław Krasnodębski

 

Fragment

W pochwałach Kolegów po piórze, fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja rozsyłany przez Wydawnictwo Fronda wydaje się nieprzypadkowy:

(…)

Marzec ’68 w Krakowie

Marzec ’68 był dla nas, studentów UJ, całkowitym zaskoczeniem. Zaliczyłem pierwszy semestr pierwszego roku (z niejakimi trudnościami), a po przerwie semestralnej wróciłem jak inni na uczelnię, by zacząć semestr drugi z daną sobie obietnicą wzięcia się do pracy. Planów innych poza naukowymi i rozrywkowymi nie miałem ani ja, ani nie mieli koledzy. Życie w Krakowie, w tym także na uniwersytecie, toczyło się leniwie i nic nie zapowiadało, by gomułkowską stabilizacją mogło cokolwiek za chwiać. Kościół – praktycznie jedyna siła opozycyjna – wydawał się nieco wycofany po ostrych konfliktach z władzą komunistyczną, walkami o krzyże i świątynie, brutalnej reakcji na list biskupów i groteskowo-prymitywnych atakach komunistów na Wielką Nowennę w rodzaju aresztowania świętego obrazu. Robotnicy i urzędnicy jak zwykle pracowali nad wykonaniem kolejnych planów produkcyjnych, a aparat partyjny pełnił, również jak zwykle, swoją rolę kierowniczą, dbając o to, by nic się na lepsze nie zmieniło. Trudno więc było przewidzieć, że w przedwiośniu 1968 roku Polska Ludowa dozna poważnych wstrząsów, a już niemal nie możliwe się wydawało, że owe wstrząsy wywołają studenci i intelektualiści: ci pierwsi zajęci byli przecież swoim miłym życiem studenckim, a tych drugich powszechnie uważano, i to nie bez racji, za najbardziej konformistyczną grupę w PRL-u.

Wiadomość, że coś się dzieje w Warszawie, dotarła do nas poniedziałkowego ranka, 11 marca. Później wydarzenia potoczyły się szybko: wiece na Rynku, zadymy z Milicją Obywatelską, wtargnięcie tejże milicji na teren UJ i pobicie studentów oraz kilku profesorów, wyłonienie studenckiej reprezentacji, kolejne wiece, petycje, zebrania, plotki, roznoszenie ulotek oraz słuchanie Wolnej Europy; to ostatnie najczęściej bez sukcesów, bo zagłuszarki pracowały pełną mocą.

Gdy po latach spróbowałem uporządkować zapamiętane wydarzenia i informacje z tamtych lat, te, o których miałem dobrą wiedzę, bo bezpośrednio ich doświadczałem, wyłonił mi się obraz niejednorodny. Z jednej strony, byłem zdumiony zjawiskiem, które później w dalszych latach PRL-u, a także w III RP miało się powtarzać w skali ogólnopolskiej i z którym wówczas zetknąłem się po raz pierwszy. Oto społeczeństwo, które wydaje się trwać w stanie drzemki, jakby nie pomne swojej podłej sytuacji, a do tej pory niemal do niej nawykłe, nagle się budzi i zaczyna groźnie ryczeć i szarpać kraty klatki, w której przebywa. Obudzili się w pamiętnym marcu nie tylko studenci, lecz także inni mieszkańcy Krakowa. Pamiętam, że taksówkarz, który mnie wiózł na uczelnię, nie wziął pieniędzy za kurs, zagrzewając do boju; pamiętam liczne okrzyki zachęty i poparcia ze strony przechodniów; pamiętam sąsiadów, którzy mnie zaczepiali, podekscytowani pytali o nowiny, solidarnie klepali po plecach, starając się dodać otuchy.

Pamiętam także pierwsze godziny owego marcowego poniedziałku, kiedy przychodziły informacje o rozruchach w Warszawie. To nie były zwykłe suche przekazy o niepokojach w PRL-u, podobne do tych, jakie znaliśmy z przeszłości. Niosły one ze sobą ładunek społecznego dynamizmu i bodziec do działania prawie natychmiast zmieniający nasze nastawienie z biernego na czynny. Nie umawialiśmy się przecież co do dalszych wspólnych akcji, bo było nas zbyt wielu i mieliśmy za mało czasu na jakiekolwiek narady i koordynacje. Wiedzieliśmy jednak od samego początku z wyrazu twarzy rozmawiających, z używanej retoryki, z intonacji wypowiedzi, a nawet z samej atmosfery dla nas ożywiająco nowej, że niesie nas fala, niespodziewana, ale wspaniała fala, której chętnie, a nawet radośnie się poddajemy, bo chcemy płynąć z jej nurtem. Później podobne doznania unoszenia się wraz z wielką wyzwoleńczą falą odczuwałem tylko w Sierpniu 1980.

Wspaniałe było również i to, że owa kryzysowa sytuacja powstała tak nagle i tak niespodzianie spowodowała ujawnienie się wspólnych z nami poglądów u ludzi, o których nigdy nie sądziliśmy, że mogą sprzyjać buntowi przeciw władzy. To nie tylko nasi koledzy studenci sprawiający do tej pory wrażenie, że posłuszeństwo wobec autorytetu było ich drugą naturą, okazywali się w ciągu krótkiego czasu zuchwałymi kontestatorami, lecz także ludzie starsi, w tym profesorowie. Profesor uniwersytetu zbuntowany przeciw władzy to była wcześniej postać nam raczej nieznana, a nawet fikcyjna. Gdy więc w marcu zobaczyliśmy po raz pierwszy profesorów okazujących swój polityczny sprzeciw wobec polityki partii komunistycznej, czuliśmy się pokrzepieni ich widokiem, a przede wszystkim podbudowani ich słowami. Odsłoniło się nam to oblicze uniwersytetu, jakiego nie znaliśmy, a o jakim wielu z nas wątpiło, że jeszcze istnieje.

Nie znaczy to wcale, że wiedzieliśmy dokładnie, o co nam chodzi i co chcemy osiągnąć. Brak informacji, ogólna konfuzja, nadmiar plotek, przesadne podniecenie wielu uczestników oraz wrzaskliwa propaganda lejąca się z prasy, radia i telewizji nie pozwalały na jasne wytyczenie linii działania i skierowanie uwagi buntujących się młodzieńców na jakieś konkretne cele. Wiadomo, że chodziło nam wszystkim o Dziady, a ponieważ przedstawienia nie znaliśmy i nie mieliśmy pojęcia, co takiego bulwersującego umieścił w nim reżyser, że wywołało zdjęcie ze sceny, wyrażaliśmy ogólną solidarność ze studentami warszawskimi. Ale przecież wszyscy czuliśmy, że taka solidarność to za mało i że zbiorowy pęd emocji, nagle wyzwolony, pcha nas ku sprawom bardziej zasadniczym, niemal ustrojowym, bo, jak wie dział każdy żyjący w PRL, cenzura i polityczna kontrola myśli ustrój ten tworzyła i utrzymywała w istnieniu. No więc bardziej świadomi i stanowczy spośród nas domagali się zniesienia cenzury. „Domagali się” – to może za dużo powiedziane. Bardziej precyzyjnie byłoby rzec, że wypowiadano te i podobne żądania we własnym gronie wśród gorączkowych licytacji słownych i wypisywano na ulotkach, które z niemałym na kładem żmudnej pracy ręcznie kopiowano, a następnie nieporadnie rozprowadzano.

Jaki sens miało pisanie takich żądań? Głównie taki, żeby je wykrzyczeć, a wykrzyczawszy, poczuć, że mówi się rzecz głęboko słuszną, której wcześniej ze strachu, z ostrożności lub nawyku uległości nie ośmielano się wypowiadać. Krzyk – jak to często się zdarza – był więc odreagowaniem uprzedniego milczenia, a także nie całkiem czystego sumienia, które temu milczeniu towarzyszyło. Atak władz na Mickiewicza stał się do takiej reakcji wyborną okazją, bo stworzył sytuację krystalicznie czystą moralnie – z jednej strony barbarzyńcy i łajdacy podnoszący bluźnierczo rękę na wieszcza, na którego nikt dotąd podnieść ręki się nie ważył, a z drugiej my broniący wielkiej literatury, piękna i polskiej tradycji.

Zniesienie cenzury było stałym motywem zgłaszanych haseł, a oprócz niego pojawiały się dziesiątki innych, jeszcze mniej realistycznych, wypowiadanych chaotycznie w uniesieniu lub w przelotnej niefrasobliwości. Pamiętam kilkakrotnie wypowiadany postulat upublicznienia prawdy o Katyniu. Pamiętam kilka osób na jednym z wieców, które przekonywały, że po winniśmy się domagać wypuszczenia z więzienia Kuronia i Modzelewskiego, autorów listu otwartego do partii. Pamiętam też, że ktoś inny zasugerował poruszenie sprawy odebrania Polsce Lwowa i Wilna przez Związek Sowiecki i przyklepania aneksji przez aliantów zachodnich. Widać było, że wprawdzie dotychczasowa cenzura i trwająca ponad dwadzieścia lat indoktrynacja wypchnęły ze zbiorowej oraz z indywidualnej świadomości wiele treści i sparaliżowały je mechanizmami strachu i fałszu, wystarczył moment zachwiania się systemu, a wszystko w sposób cudowny odżywało. Jakkolwiek te hasła mogły drażnić niewczesną lekkomyślnością polityczną, to przecież trudno było nie docenić oznak życia i zdrowia w tych wybuchach pragnienia poznania prawdy, nazwania rzeczy słowem właściwym czy poddania osądowi sprawiedliwości tego, co przeszłe i teraźniejsze. Bardziej niepokojące byłoby, jak sądzę, gdyby w momentach mobilizacji i buntu, takich jak ów pamiętny marzec, ludzie okazali się nie zdolni do zdjęcia kagańca ze swoich myśli i pragnień, ważąc każde słowo po to, by wykazać się przed władzą swoją roztropnością. Roztropności buntowników władza nie potrzebowała, a przyzwyczajenie do kagańca źle by rokowało przyszłym protestom przeciw władzy komunistycznej w Polsce.

Ale w ruchu marcowym pojawiały się też rzeczy mniej krzepiące, a niekiedy przygnębiające. Myliłby się ten, kto by sądził, że ruch ogarnął większość studentów. Prawda jest taka, że w Krakowie najbardziej zaangażowali się pierwszo- i drugoroczniacy, natomiast starsze lata mniej chętnie włączały się w protesty. Istniał wręcz rozpowszechniany w uczelnianym środowisku pogląd, że protesty mają w sobie coś na tyle szczeniackiego, że szanujący się student czwartego i piątego roku nie powinien się wygłupiać, dołączając do marcowej awantury. Wypowiadano chętnie kąśliwe uwagi deprecjonujące bunt, z których najbardziej chwytliwe było łączenie protestów z juwenaliami: „W tym roku juwenalia zaczęły się już w marcu”, mawiano, co wywołało w nas, protestujących, bezsilną złość, taką, jaką się od czuwa, gdy wiadomo, że żadna perswazja nie złagodzi złej woli kpiarza ani nie naruszy jego głęboko wkorzenionego uprzedzenia.

Ta obojętność starszych kolegów mnie drażniła, choć właściwie nie powinna. Przecież sam wybuch marcowych protestów uznałem za fakt cudownie niespodziewany, a skoro tak, to po co zżymałem się na obojętność lub małą przychylność większości, która wszak reprezentowała postawę, do jakiej się wcześniej już przyzwyczaiłem? Zderzenie się z brutalnym faktem, że bunt przeciw ustrojowi może nie mieć szerokiego poparcia – niechby z ostrożności tajonego, lecz szczerego – był gorzkim doznaniem. Pokazywał on, choć wniosku takiego jeszcze wtedy nie wyciągałem, że nie ma czegoś takiego jak opór całego społeczeństwa przeciw komunizmowi, bo niezależnie od komunistycznych absurdów, od szkodliwości i brutalności systemu górę zawsze bierze społeczny konserwatyzm, znacznie głębszy niż ostrożność, strachliwość czy inne słabości charakterologiczne jednostek, przejawiający się w naturalnym dążeniu do nienaruszania status quo.

Taki konserwatyzm ma swoje uzasadnienie, choćby przez to, że jest nieusuwalnym społecznym faktem; nie tylko więc nie należy go negować jako aberrację, lecz także – ta w gruncie banalna myśl przyszła mi do głowy znacznie później – powinien być brany pod uwagę przy wszelkich bardziej zasadniczych przekształceniach społecznych mogących wywołać silny odruch obronny. Gorsze jest to, że w momentach przesilenia, gdy siły zła wygrywają, ten konserwatyzm niechętny oporowi wobec władzy despotycznej daje wsparcie bierne, a niekiedy czynne dla działań represywnych i moralnie paskudnych przez tę władzę przedsiębranych. Zawsze w takich razach – tak stało się w Marcu, a także, jak żywo pamiętam, w stanie wojennym – nagle pojawiają się jakby spod ziemi ludzie właśnie z tej konserwatywnej rzeszy się wywodzący, ludzie nijacy i wcześniej nie znani lub znani mało, którzy chętnie wykonują brudną robotę, kontrolują, spisują, donoszą, kłamią, straszą, a czynią to bez widocznych objawów wstrętu do wykonywanej roboty.

Wśród kadry uniwersyteckiej w czasach Marca takich typów na UJ było niewielu, ale potrafiłbym wymienić przynajmniej kilkunastu, których marcowe zaistnienie pozwoliło wspiąć się wyżej mimo dość wyraźnego dyzgustu, który wywoływali i którego, jeśli nie byli skończonymi głupcami, musieli być świadomi. Później na zlecenie partii prowadzili dla studentów rozmaite indoktrynacyjne dokształty o wspaniałości PRL-u i komunizmu oraz o nikczemności ich wrogów, gdzie – ale to już później – opowiadali o wojskach Bundeswehry gotowych do inwazji na Czechosłowację, o Niemcach mordujących polskich oficerów w Katyniu, o brudnych dolarach, za które wywołano w Warszawie zamieszki, i tym podobne. Ludzie, którzy tę podłą robotę wykonywali, byli oczywiście miernotami. Profesorowie z najwyższych pięter hierarchii o dobrych nazwiskach trzy mali się przyzwoicie. Rektor UJ w tamtych czasach, Mieczysław Klimaszewski, nie zachowywał się szczególnie bojowo, ale z powodu swojej powściągliwości w wypowiadaniu politycznych opinii i raczej przychylnego nastawienia do własnych studentów, niezależnie od wykrzykiwanych przez nich haseł, zyskał sympatię i nikt o nim, o ile wiem, nie powiedział nieprzyjaznego słowa.

Znacznie gorszą opinię miał jego zastępca, językoznawca, profesor Mieczysław Karaś. Ten raczej nie pokazywał się w wielkich zgromadzeniach studenckich, by nie być wygwizdanym, ale chadzał w towarzystwie podejrzanych typów po gmachach uniwersyteckich i w obmierzłym stylu strofował studentów, strasząc ich karami za działalność antyustrojową. Karaś był partyjniakiem o topornym kroju gomułkowskim, bezwzględnie powolny rozkazom egzekutywy, za co później, a także z uwagi na jego postawę w czasie Marca, towarzysze nagrodzili go funkcją rektora UJ. Studenci, rzecz jasna, Karasia serdecznie nie lubili, co przejawiało się na różne sposoby, przede wszystkim przez złośliwe komentarze, jakimi kwitowano każdorazowe wymienienie jego nazwiska. Krążyła wśród nas, na przykład, opowieść z upodobaniem rozpowszechniana, że Karaś miał jedno oko szklane i o tym właśnie jego szklanym oku opowiadano szereg mało wytwornych, lecz wówczas niezmiernie nas śmieszących anegdot. Żartowanie ze szklanego oka niemiłego prorektora nie było oczywiście karą nazbyt ostrą, biorąc pod uwagę dokonania Karasia na urzędzie, a i też – przyznajmy – niezbyt godną nobilitującego statusu studentów najstarszej uczelni w Polsce, ale przecież tylko taka forma retorsji pozostawała w naszym zasięgu. (…)

 

Fragment książki prof. Ryszarda Legutko Rekapitulacja, Wydawnictwo Fronda/ Biblioteka Konserwatysty

Wielkie bitwy w KLUBIE HISTORYCZNYM SDP

Klub Historyczny Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza 25 IX 2025 roku o godz. 17.30 na wykład dr Krzysztofa Jabłonki „Największe wygrane i przegrane bitwy w historii Polski i ich skutki dla Rzeczpospolitej.” 

Chyba wszyscy znamy zwycięskie  bitwy: np. Grunwald  (1410 r.), Wiktorię Wiedeńską (1683 r.) czy Bitwę Warszawską (1920). Ale czy wiemy, jakie były przegrane batalie i ich straszne konsekwencje dla Polski? Być może słyszeliśmy o Maciejowicach, ale czy wiemy coś o innych bitwach?

Kościuszko pod Maciejowicami rys. autostwa francuskiego malarza i grafika Jana Piotra Norblina wł. Jean-Pierre Norblin de La Gourdaine

Opowie o nich wybitny znawca tematu,  historyk, autor wielu książek m.in. monumentalnego dzieła „100 polskich bitew na lądzie, morzu i w powietrzu”.

Zapraszamy do siedziby SDP w Warszawie przy ul Foksal 3/5  25 września o godzinie 17.30. Prosimy o rozesłanie informacji o wykładzie.

Przewodnicząca  Klubu Historycznego  Hanna Budzisz

W obronie dobrego imienia red. WANDY NADOBNIK

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wyraża zaniepokojenie medialnymi atakami na wiceprezes SDP redaktor Wandę Nadobnik, jakie miały miejsce po jej wyborze na wiceprzewodniczącą Rady Programowej TVP w likwidacji. Wybory odbyły się 10 lipca b.r., po nich w mediach społecznościowych m.in. na platformie X i na Facebooku została ona przedstawiona w nieprawdziwy, deprecjonujący jej osiągnięcia zawodowe sposób przez osoby związane w przeszłości z mediami, a dziś z politykami rządzącej partii Platforma Obywatelska.

Po protestach  część nagannych wpisów została usunięta z internetu, ale z całą pewnością wpisy te naruszyły dobra osobiste wiceprezes SDP, niesłusznie posądzanej o „bycie dziennikarką reżimu Jaruzelskiego” i związaną z „obrzydliwą działalnością SDP”.

Wyjątkowo bulwersujące jest to, że kłamliwe, oparte na insynuacjach wpisy na temat red. Wandy Nadobnik opublikowały także osoby publiczne, które z racji pełnionych dziś bądź w przeszłości funkcji powinny wyjątkowo ostrożnie formułować zarzuty pod adresem kogokolwiek, a szczególnie osób tak zasłużonych w walce o wolność słowa i niezależność mediów, jak red. Wanda Nadobnik.  Szkalujące ją wypowiedzi i wpisy opublikowali m.in.  Krzysztof Luft, członek Rady Programowej TVP  i Krzysztof Król,  w przeszłości działacz KPN i poseł, dziś znany jako aktywista KOD. Obaj wyrazili w ten sposób swoje emocje wywołane tym, iż w głosowaniach kandydatów do pełnienia funkcji w Radzie Programowej TVP w likwidacji przegrali popierani przez nich kandydaci związani ze środowiskiem  PO.

SDP oświadcza, iż takie działanie psuje debatę publiczną i nigdy nie powinno mieć miejsca.

Red. Wanda Nadobnik  to dziennikarka prze wiele lat związana z mediami publicznymi w Polsce. W latach  1970 – 1975 pracowała w Polskiej Agencji Prasowej. Od 1 listopada 1975 w TVP, odsunięta od pracy dziennikarskiej i  negatywnie zweryfikowana przez tzw. Komisję weryfikacyjną  w stanie wojennym, przywrócona do pracy w TVP pracowała tam do 30 września 2011 r.  zajmując się głównie informacją i publicystyką międzynarodową. Przez cztery kadencje była członkiem Komisji Etyki w TVP S.A. pełniła także funkcję jej przewodniczącej. Była także członkiem Rady Programowej Polskiej Agencji Prasowej (2003-2007)  oraz wiceprzewodniczącą Rady Programowej TVP 3 Warszawa (2017 – 2021). Wanda Nadobnik jest aktywnym członkiem SDP, od ponad 10 lat jest jurorem w Konkursie Dziennikarskim SDP , a od 2017 roku jest członkiem Zarządu Głównego Stowarzyszenia, a od 2024 roku jest jego wiceprezesem.

 

Jolanta Hajdasz, prezes SDP

Mariusz Pilis, wiceprezes SDP

Aleksandra Tabaczyńska, skarbnik SDP

Hubert Bekrycht, sekretarz generalny SDP

 

Warszawa, 16 lipca 2025 r.

PIOTR SEMKA I PIOTR GURSZTYN odznaczeni Krzyżami Oficerskimi Orderu Odrodzenia Polski

Prezydent RP Andrzej Duda w obecności prezydenta-elekta Karola Nawrockiego wręczył w czwartek 26 czerwca wysokie odznaczenia państwowe a wśród uhonorowanych byli m.in. nasi Koledzy dziennikarze.

Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski odznaczeni zostali publicyści konserwatywni Piotr Semka, którego kilka lat temu wyróżniono Laurem SDP, za – jak napisano w uzasadnieniu – „za wybitne osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju działalności zawodowej i społecznej, za zasługi dla wolnej Polski”, a także Piotra Gursztyna „za wybitne zasługi w pracy publicystycznej i dziennikarskiej”.

Podczas tej samej uroczystości prezydent Duda odznaczył także między innymi Jacka Saryusz-Wolskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług w działalności państwowej i publicznej, w szczególności na rzecz integracji i wzmacniania pozycji Polski w Unii Europejskiej” oraz Jana Malickiego także Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług w rozwijaniu współpracy między narodami Europy Środkowo–Wschodniej na rzecz budowy demokracji, za osiągnięcia w działalności naukowej i społecznej”.

Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski otrzymał przewodniczący NSZZ Solidarność Piotr Duda „za wybitne zasługi w działalności na rzecz obrony godności, praw i interesów pracowniczych w ramach ogólnopolskiego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego <<Solidarność>>, za aktywność społeczną”.

Odznaczenie państwowe otrzymał również Jarosława Guzy, pierwszy przewodniczący Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Guzy został uhonorowany Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

„Za wybitne osiągnięcia w pracy duszpasterskiej, za zasługi w działalności charytatywnej” Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski prezydent odznaczył księdza Jacka Stryczka.

 

Nowa sekretarz ds. praw człowieka w ambasadzie USA w Domu Dziennikarza SDP

W czwartek 12 czerwca – z inicjatywy  strony amerykańskiej – w siedzibie SDP odbyło się spotkanie prezes naszego Stowarzyszenia dr Jolanty Hajdasz prezes SDP z Natalią Susak z Ambasady USA w Polsce. 

Natalia Susak ma objąć stanowisko po Emily Martinez Roca kończącej w Polsce swoją misję sekretarza ds. praw człowieka w Ambasadzie USA.

Tematem rozmowy były diagnozowane i publikowane przez Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zagrożenia wolności słowa oraz  pluralizmu w mediach w czasie kampanii prezydenckiej oraz  działalność Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. W spotkaniu uczestniczyły także dotychczasowa sekretarz ds. praw człowieka Emily Martinez Roca i Katarzyna Dragan z wydziału politycznego Ambasady.

Wielkopolski Oddział SDP w Gnieźnie: Dzień Prymasa Tysiąclecia, konkurs, wystawa organów elektronicznych

Dziennikarze Dawid Jung i Irmina Kosmala zaprosili WO SDP na dzień patrona w Katolickiej Szkole Podstawowej „Rodzice-Dzieciom” w Gnieźnie. Obchody odbyły się 28 maja, we wspomnienie liturgiczne Prymasa Tysiąclecia, gdyż szkoła nosi imię ks. Kardynał Stefana Wyszyńskiego.

Na uroczystości przyjechała delegacja WO SDP w składzie red. Barbara Miczko-Malcher, red. Barbara Ziółkowska oraz autorka.

Patron

Reprezentację SDP dopełniali, pracująca w szkole red. Kosmala oraz red. Jung, członek Zarządu Wielkopolskiego Oddziału SDP. Dzień Patrona rozpoczęła msza św. podczas której dyrektor Jacek Maćkowiak zawierzył społeczność szkolną Matce Boskiej Częstochowskiej.

Konkurs

Jednym z punktów uroczystości, już w murach szkolnych, było wręczenie nagród zwycięzcom konkursu recytatorskiego, w którym uczniowie deklamowali utwory autorstwa Dawida Junga. Na scenie można było usłyszeć zarówno bajki pełne humoru, jak i utwory niosące ważne przesłania, a także ukazujące bogactwo języka polskiego.

Młodzi ludzie z dużym zaangażowaniem i wrażliwością recytowali wiersze, a autor po wręczeniu laureatom nagród opowiedział o dalszych planach wydawniczych oraz pogratulował szkole uzdolnionych wychowanków. Na prośbę organizatorów, nasi dziennikarze podzielili się z młodzieżą szkolną swoim doświadczeniem opisując specyfikę pracy w mediach.

Muzeum

Kolejnym  punktem spotkania był wykład księdza dra Jarosława Bogacza, historyka sztuki, pt. „Organy w sztuce europejskiej. Od mistyki do surrealizmu”.

 

Zwieńczeniem tego dnia było zwiedzenie przez członów SDP Muzeum Polskich Organów Elektronicznych – największego zbioru kolekcjonerskiego na świecie, którego założycielem i pomysłodawcą jest red. Dawid Jung.

Po wystawie oprowadzał oraz wciągająco opowiedział o swej pasji, której oddaje się od ponad dwudziestu lat – sam właściciel. Wystawę można oglądać przez najbliższe pół roku w Starym Ratuszu w Gnieźnie (zgłoszenia pod numerem tel.: 572-988-174).

 

Red. Przemysław Jarasz z Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej uniewinniony! Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP

30 maja b.r. Sąd Rejonowy w Zabrzu ogłosił wyrok w  procesie przeciwko red. Przemysławowi  Jaraszowi,  dziennikarzowi śledczemu Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej.  Sąd  uniewinnił dziennikarza  i potwierdził, że informacje zawarte w artykule  „Nielegalne papierosy” były prawdziwe i rzetelnie zweryfikowane, a stawiane w nim pytania prasowe były zasadne. Dziennikarza pozwała  w trybie karnym z art. 212 kk Anna Sosnowska, radna klubu KO–Nowe Zabrze. CMWP SDP  objęło monitoringiem tę sprawę w lutym 2025 r. CMWP SDP apelowało  o umorzenie postępowania w tej sprawie  oraz o uwolnienie red. Przemysława Jarasza od zarzutów związanych z profesjonalnym wykonywaniem przez niego zawodu dziennikarza. 

Sąd nie dopatrzył się popełnienia przestępstwa zniesławienia radnej Sosnowskiej przez red. Przemysława Jarasza.  Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, w związku z tym nie można upublicznić szczegółów ustnego uzasadnienia wyroku wygłoszonego przez sędzię Gabrielę Szczypkę. Wyrok jest nieprawomocny.

W październiku ub.r. red. Przemysław Jarasz  w artykule p.t.„Nielegalne papierosy” ujawnił, że w Prokuraturze Rejonowej w Zabrzu toczy się śledztwo przeciwko mężowi radnej klubu Koalicji Obywatelskiej.  Informacje te potwierdził prokurator rejonowy Wojciech Czapczyński w rozmowie z dziennikarzem. W opublikowanej na łamach gazety wypowiedzi potwierdził on, iż  Wiesław S. usłyszał zarzuty karne i karno – skarbowe za dystrybucję papierosów bez polskich znaków akcyzy (a ściąganych zza wschodniej granicy). Straty skarbu państwa prokuratura wyceniła na 47 tys. zł, a za stawiane mężowi radnej zarzuty może grozić do 8 lat więzienia. Gazeta informowała także, że sprawę mężczyzny wyłączono do odrębnego postępowania z większej sprawy dotyczącej handlu nielegalnie wprowadzonym na rynek polski tytoniem w ramach działania zorganizowanej grupy przestępczej.  Należy  podkreślić, iż przed publikacją artykułu Redakcja bezskutecznie zabiegała o komentarz  Radnej do tej sprawy. W publikacji Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej na ten temat nie było nazwisk osób  których dotyczy sprawa, jednak krótko po tej publikacji radna Anna Sosnowska ujawniła w swoich mediach społecznościowych, że artykuł dotyczy jej męża  i  że zawarte w nim informacje są kłamstwem.  Nagłośniła tę sprawę także podczas sesji Rady Miasta w Zabrzu oraz wytoczyła sprawę przeciwko dziennikarzowi z prywatnego aktu oskarżenia z art. 212 kk.  Niezależnie od procesu karnego radna Anna Sosnowska zażądała także od redakcji Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej odszkodowania w wysokości 150 tys. zł.,   co  – jak poinformowała redakcja – oznaczałoby upadek wydającej gazetę  Zabrzańskiej Spółdzielni Pracy Dziennikarzy i bankructwo  gazety istniejącej na rynku śląskich mediów gazet od  1956 roku czyli od prawie  70 lat.

Na stronie internetowej Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej  sprawę skomentował red. Przemysław Jarasz:

 Choć zajmuję się dziennikarstwem od 30 lat i uczestniczyłem w przeróżnych procesach, nigdy nie spotkałem się z tak absurdalnym atakiem na media i to ze strony przedstawicielki władzy samorządowej. Przecież wszystkie zgromadzone przeze mnie informacje finalnie zostały oficjalnie potwierdzone przez szefa zabrzańskiej prokuratury. A mimo to radna Sosnowska wytoczyła najcięższe działa prawne przeciwko mojej osobie, jak i naszej redakcji – zauważa red. Jarasz. Z perspektywy czasu zaczyna on podejrzewać, że cała ta historia miała na celu wyłącznie zdyskredytowanie jego wiarygodności oraz redakcji, jako jedynego lokalnego tygodnika w mieście, który krytycznie patrzył prezydent Agnieszce Rupniewskiej na ręce i systematycznie ujawniał niewygodne jej fakty. – Nie jest bowiem tajemnicą, że panie Rupniewska i Sosnowska znają się prywatnie od dawna, zaś pierwotnie radna chciała, by prezydent miasta była jedynym jej świadkiem oskarżenia w moim procesie. A przecież dotyczył on prywatnej działalności męża radnej, a nie wprost samorządu. Nadto po publikacji artykułu, bardzo ostro i kłamliwie zaatakowała mnie w mediach społecznościowych społeczniczka i radna dzielnicowa Katarzyna Kosieradzka, uchodząca za nieformalny głos prezydent Rupniewskiej i często pojawiająca się w jej bliskim otoczeniu. Za te oszczercze zarzuty przeprosiła mnie dopiero, gdy sam zmuszony byłem podjąć kroki prawne – podsumowuje red. Jarasz.

więcej na ten temat : TUTAJ

Informacja o monitoringu CMWP SDP :

CMWP SDP w obronie dziennikarza oskarżonego z 212 kk za opisanie faktów