Zdegradować Kiszczaka, Jaruzelskiego i innych sprawców oraz patronów morderstw Kapłanów Niezłomnych!

Od czasu do czasu przez media przetacza się potężny walec dotyczący pozbawienia przywilejów komunistycznych zdrajcach. Po kilku dniach walec zwalnia lub się zatrzymuje. Owych komunistycznych zbrodniarzy już prawie nie ma, bo biologii nie oszukali, tak jak część narodu. Komunistom można jednak odebrać im odznaczenia, zdegradować.

Niedawno nasza Koleżanka z SDP Teresa Kaczorowska, autorka książki o komunistycznej zbrodni – Obławie Augustowskiej, zaproponowała na łamach tego portalu, aby odebrać odzaczenia Maksymilianowi Schnepfowi. To jeden z tamtych zbrodniarzy, o którym zrobiło się poniwnie głośno z powodu jego rodziny. Otóż, syn bandyty w mundurze Maksymiliana, dyplomata PO Ryszard i jego synowa Dorota – propagandystka w TVP w likwidacji, zaczęli wręcz panicznie bronić pamięci zbrodniarza.

Zabili Polskę kolejny raz…

Dlaczego? Bo niewiele osób domaga się odebrania tytułów honorowych, stopni wojskowych i odznczeń tym komunistom, którzy po wojnie pod sowieckim butem, zabili Polskę po raz drugi…

Żeby było jasne, nie chodzi mi o „rozkopytanie grobów” tych ludzi.  Chociaż trudno jest np. takim patriotom jak dziennikarz Tadeusz M. Płużański myśleć o jego Ojcu, którego niszczyli komuniści, kiedy to właśnie oprawcy prof. Tadeusza Płużańskiego leżą na honorowych miejscach państwowej metropolii na Powązkach…

Niech nawet groby sowieckich zdrajców pozostaną tam, gdzie teraz. Zawsze można po prostu zapalić więcej zniczy Bohaterom, nie bandytom. Chodzi o to, aby moskiewskim agentom odebrać  to, czym szczycą się ich rodziny, odebrać „honory”, odzanczenia, stopnie wojskowe.

Niezłomni

W kolejną rocznicę śmierci kapłana Solidarności, błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, wzywam naszych rodaków, aby zastanowili się, czy chcą mieć w Panteonie Narodowym zleceniodawców morderstw na przykład Niezłomych Duchownych.

Nie może byc znaku równości między Dobrem a złem. Przypomnijmy sobie Bohaterów w sutannach, m.in. księży: bł. Jerzego Popiełuszkę, Franciszka Blachnickiego, Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha… To tylko zabici przez komunistycznych oprawców pod koniec żałosnego PRL. Lecz są inni kapłani zamęczeni za stalinizmu, nieznani, proszący o sprawiedliwość, o prawdę. Są tysiące osób – ofiar komunistycznego reżimu – zamęczeni przez ludzi złych, podających się za polskich patriotów.

Naśladowcy Jaruzelskiego, Stalina, Breżniewa, Putina

Jaruzelski, Kiszczak i ich pomocnicy to także osoby odpowiedzialne za krew na Wybrzeżu w 1970 roku, za morderstwo w Kopalni Wujek, za cierpienia w PRL, w stanie wojennym. Wszystkich nazwisk ofiar komunizmu przypomnieć nie sposób.

Tylko w ostatnim półwieczu, Bohaterowie, szczególnie młodzi, np. Stanisław Pyjas, Grzegorz Przemyk, Emil Barchański i wielu innych, byli mordowani przez podwładnych Jaruzelskiego i Kiszczaka oraz naśladowców Stalina, Breżniewa a może nawet Putina.

Inni Bohaterowe walki z komuną odeszli, bo nie mieli już sił. Jeszcze inni umarli w zapomnieniu… Oddajmy im hołd nie tylko w rocznice…

Cześć i Chwała Bohaterom!

Wieczna hańba zdrajcom Ojczyzny

Hubert Bekrycht

19 października 2025 roku

PS. Nie można oczywiście porównywać okropieństw komunistycznych zbrodni z tym, co dzieje się dzisiaj w kraju, ale można a nawet trzeba przypominać metody. Te metody to m.in. szykanowanie, nękanie, bezprawne, podkreslam bezprawne działania wymiaru sprawiedliwości.

Co oznaczają prześladowania polityków i urzędników opozycji? Co oznaczają bezprawne przejmowanie mediów publicznych i prokuratury, represje w mediach konseratywnych, przesłuchiwanie dziennikarzy pracujących poza mainstreamem, szykanowanie organizacji pozarządowych, takich jak SDP, Ordo Iuris i wielu innych? Co to wszystko oozncza? To nic więcej, jak nawiązywanie obecnych władz do metod komunistycznych oprawców m.in. błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki.

Nie można zapomnieć o księdzu Jerzym. Tak jak w rocznicę Jego zamordowania nie wolno zapomnieć o ofierze nagonki politycznej na środowiska konserwatywnej Marku Rosiaku, który zginał w biurze PiS 19 października 2010 roku…

HB

HUBERT BEKRYCHT: Likwidacja rozumu, czyli tandeta w mediach publicznych

Obrońcy farsy w mediach publicznych mają się dobrze. Obrośli przez prawie dwa lata w piórka pozornego legalizmu.  Po bezprawnym i siłowym przejęciu przez rząd TVP, PR i PAP, pojawiły się marionetkowe władze tych państwowych mediów. Namaszczone przez premiera i ówczesnego ministra kultury tzw. zarządy tych spółek, zamiast pokazać akty nominacyjne, których mieć nie mogli, zostali od razu likwidatorami. I do końca swoich dni zostaną tak zapamiętani.

Podczas posiedzenia sejmowej Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu 9 października 2025 roku, wbrew logice, nielegalne władze wraz ze swoimi mecenasami z PO i pozostałych rybek w koalicyjnym akwarium, pouczały m.in. posłów opozycji, szefową KRRiT, prezes SDP i dziennikarzy konserwatywnych. „Pouczały” to protekcjonalne określenie.

Likwidacja rozumu…

W rzeczywistości nielegalne władze mediów publicznych i sekundującego im Towarzystwa Dziennikarskiego po prostu uciekali od pytań i kontrowersyjnych kwestii, które TVP, PR i PAP namnożyły w tych instytucjach jak drożdże. Stan prawnej likwidacji umożliwia… likwidację .A nie stosowanie kruczków prawnych. Likwidacja to nie przeznaczanie olbrzymich sum na tandetne programy, tandetne audycje i fałszywe informacje, które w najlepszym razie można określić jako fake newsy.

Władze TVP, PR i PAP kpią sobie z Odbiorców, których zresztą stale ubywa. Kpili sobie też podczas posiedzenia komisji kultury razem z członkami TD i posłami koalicji. Kpiły sobie zatem tzw. elity medialne z inteligencji pozostałych osób zgromadzonych podczas obrad.

Kiedy absurdy goniły absurdy a „zasługi” szefów mediów publicznych w „przywracaniu wolności słowa” i „sprzątaniu po PiS” niebezpiecznie zbliżały się do poziomu zasolenia Morza Martwego, nastąpił cud.

Likwidacja publicznej waty…

W kilkanaście minut przewodnicząca KRRiT Agnieszka Glapiak, prezes SDP Jolanta Hajdasz i dziennikarz TVP Republika Adrian Borecki przejechali się po tandetnych tłumaczeniach niczym ciężka maszyna drogowa zrywająca asfalt ze źle zbudowanej za rządów Tuska autostrady. Dla porządku trzeba dodać, że aby Glapiak, Hajdasz i Borecki doszli do głosu trzeba było stoczyć walkę. Bili się o to m.in. posłowie PiS wiceszefowa komisji Joanna Lichocka, prof. Piotr Gliński i Marek Suski.

Szefowa KRRiT miała wyłączony mikrofon, ale mimo tej oczywistej prowokacji zdominowanej przez koalicję rządową komisji, mówiła donośnie o tym, co naprawdę stało się z mediami państwowymi, zwanymi szumnie publicznymi, po grudniu 2023 roku.

Agnieszka Glapiak przeszła od razu do rzeczy posiłkując się merytorycznym raportem KRRiT. Ludzie władzy z TVP i PR nie mówili na temat, bo temat obrad komisji to informacje o kampanii prezydenckiej w mediach publicznych. O tym było w wystąpieniach likwidatorów niewiele…

„Likwidatorzy lekceważą KRRiT, nie ma z nimi żadnego porozumienia. Przekaz kampanii prezydenckiej był w mediach publicznych stronniczy, bez balansu i nierzetelny” – mówiła Glapiak dodając, że kandydata PO wychwalały TVP, Polsat i TVN a kandydydacie popieranym przez PiS nie zostawiano suchej nitki. Zdaniem szefowej KRRiT dominował w tych mediach „przekaz negatywny” a TVP była tuba propagandową PO.

Likwidacja kolorowych wykresów…

Prezes SDP i dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz poszła w krytyce mediów publicznych jeszcze dalej. „Po 30 latach pracy dziennikarskiej (…) jestem zażenowana niewiedzą i niskim poziomem prezentowanych przez likwidatorów informacji” – powiedziała Hajdasz. Oświadczyła również, że manipulacje władz mediów publicznych przekraczają jakiekolwiek wyobrażenia. Przede wszystkim jeśli chodzi o prezentacje udziału poszczególnych sił politycznych w kampanii prezydenckiej 2025 roku.

„Macie nas za idiotów, za kogoś komu można przedstawić kolorowe wykresy i udowadniać coś czego nie ma” – komentowała prezes SDP wystąpienia szefów mediów publicznych.

Likiwdacja fikcyjnej debaty…

Adrian Borecki z TV Republika przypomniał m.in. słynną już debatę prezydencką, którą zorganizował sztab Rafała Trzaskowskiego. Debatę pokazywaną przez TVP, jak twierdzili przedstawiciele telewizji publicznej, za pieniądze komitetu wyborczego kandydata PO.

„Tutaj sytuacja jest dla was beznadziejna” – zwrócił się do władz TVP. „ Bo jeżeli rzeczywiście całą debatę opłacał komitet wyborczy Rafała Trzaskowskiego, to pani Joanna Dunikowska-Paź powinna już dawno zostać dyscyplinarnie [zwolniona – red.] za złamanie kodeksu etyki TVP,  ponieważ dziennikarz TVP – sam to podpisywałem, kiedy pracowałem w mediach publicznych – nie może brać udziału w wydarzeniach organizowanych przez komitet wyborczy, a tutaj tak było” – argumentował dziennikarz TV Republika podczas posiedzenia komisji kultury.

„Jeżeli z kolei rzeczywiście TVP opłacało panią Dunikowską-Paź, wydawcę, operatorów, albo i inne rzeczy to jest to nielegalne finansowanie kampanii wyborczej z publicznych pieniędzy. Więc – albo beznadziejnie, albo jeszcze gorzej” – dodał Borecki.

Likwidacja regionalnych wydmuszek…

Żałosne było niezrozumienie przez przewodniczącego komisja Piotra Adamowicza z PO istoty działalności Polskiego Radia i rozgłośni regionalnych PR. Reprezentowała je likwidatorka i szefowa Polskiego Radia Katowice Ewelina Kosałka-Passia. Powtarzała, jak osiemnastocyfrowy PiN przez skorzystaniem z bankomatu, że regionalne rozgłośnie PR „przywracają wolność słowa i standardy dziennikarskie.

Znam likwidatorkę i szefową PR Katowice, więc muszę jej kiedyś zadać pytanie, na czym polegała i polega jej rola? Przed grudniem 2023 roku i teraz. Bo trochę to dziwne, że obecna szefowa rozgłośni i likwidatorka pracuje w niej od ponad 21 lat –  tak podaje na portalach społecznościowych – krytykując działalność za rządów PiS. Podaje też że „jako dziennikarz, wydawca” pracowała w rozgłośni w latach 2016-23. I co u diabła? Dopiero po grudniu przywracała „standardy dziennikarskie i wolność słowa” w Polskim Radiu w Katowicach? Może czegoś nie wiem o ludziach, ale to naprawdę dziwne, że likwidatorka jest teraz twórcą i tworzywem… No, cóż, to przykre.

Likwidacja poglądów politycznych….

Podobnie przykro było słuchać Jana Ordyńskiego z Towarzystwa Dziennikarskiego i szefa Rady Programowej Polskiego Radia, w której – jako reprezentant SDP – zasiadam. Tam Ordyński wydawał się rozsądniejszy. Chociaż też pilnuje interesu PO, to jednak w radiowej radzie robi to, tylko trochę, ale jednak subtelniej.

W jego biogramach można przeczytać m.in.:

„Jan Ordyński, rocznik 1953, dziennikarz. Urodził się w Łodzi i tam studiował na UŁ. Był też w tym mieście animatorem kultury studenckiej” – czytamy w biogramie Ordyńskiego. Też znam człowieka i wiem, że nie tylko w Łodzi jest znany jako sympatyk lewicowego Stowarzyszenia Ordynacka i w ogóle poglądy ma takie trochę „partyjne”. Ale ja też jestem od 33 lat dziennikarzem i też nie ukrywam poglądy. Akurat konserwatywne. Nigdy nie przeszkadzało mi to mieć poprawne relacje z Ordyńskim. Teraz jednak znowu – jak mawiają jego koledzy z UŁ – stał się jastrzębiem lewicy.

Sam Ordyński szydził, niby z siebie, kiedy opozycja podczas posiedzenia opozycja zarzucała mu szerzenie komunistycznej i postkomunistycznej propagandy.  Broniąc jednej z dziennikarek Polskiego Radia zwolnionej przez poprzednie władze rozgłośni nerwowo zaczął powtarzać: „(…) Jasne, ja uprawiałem propagandę komunistyczną, postkomunistyczną i tak dalej. Tak jasne…” – dodał emocjonalnie członek władz Towarzystwa Dziennikarskiego.

Likwidacja prowokacji…

Pomyślałem, kto podpuścił Ordyńskiego, żeby plótł takie androny? I nie na temat, bo mówił o zwolnieniach dziennikarzy w mediach publicznych 10 lat temu, a nie zauważał brutalnego wyrzucania z pracy kilkuset osób po grudniu 2023 roku. I wtedy mój wzrok padł na siedzące obok Ordyńskiego dwie osoby. Pierwsza z nich to Krzysztof Bobiński, dziennikarz z TD, niegdyś w SDP, z którego odszedł jak przegrał walkę o fotel prezesa Stowarzyszenia z Krzysztofem Skowrońskim.

Druga osoba uśmiechająca się promieniście na słowa Ordyńskiego to Andrzej Krajewski, dziennikarz – publicysta, kiedyś członek komunistycznej PZPR, korespondent TVP w USA na początku lat 90. ub. w., kandydat PO w wyborach do PE, które na szczęście przegrał.

Pogromca PiS i SDP na międzynarodowych zjazdach dziennikarskich. Zresztą, Krajewski lata świetlne temu był nawet wiceszefem SDP, ale odszedł, kiedy uznał, że niczego więcej nie osiągnie. Na pewno więcej osiągnie w komisji antyprawicowej Ministerstwa Sprawiedliwości, gdzie zatrudnił go Adam Bodnar. Teraz wyjęty „z lewicowej szafy” dziennikarz ściga dziennikarzy, którzy nie mają jego poglądów. Śmieszne, żałosne? Nie wiem, na pewno jednak pasuje do Krajewskiego.

I Bobiński i Krajewski mieli niezły ubaw, jak Jan Ordyński mówił nie na temat podczas komisji kultury 9 października 2023 roku. Obrady zakończono, aby nie dać głosu większej liczbie posłów opozycji. No i na szczęcie nie udzielić go Bobińskiemu i Krajewskiemu. Kompromitację tę odłożono na tydzień.

Likwidacja likwidacji…

Głos zdążyli zabrać posłowie PiS: wiceszef komisji Norbert Kaczmarczyk i Marek Suski. Kaczmarczyk tłumaczył na czym polega olbrzymia manipulacja, a właściwie fałszowanie statystyk przez władze mediów publicznych w sprawie czasu dla partii podczas ostatniej kampanii prezydenckiej. Po prostu, wcześniej, w latach 2016 – 23 politycy PO po prostu nie przychodzili demonstracyjnie do mediów publicznych. Oczywiście przed wyborami przestali się obrażać, ale z reguły parlamentarzyści PO odmawiali uczestnictwa w debatach medialnych, jeśli nie były to debaty w TVN. Stąd statystyka ich udziału w programach TVP, PR nie może być porównywana do obecnych danych…

Marek Suski z kolei chłodno wypunktował skandal na komisji a także opowiedział o brutalnym przejęciu mediów publicznych w grudniu 2023 roku. „To było bandyckie przejęcie. Media publiczne blokowane przez policję. Wyłączenie sygnału” – wymieniał. Poseł Suski scharakteryzował też kilka osób z tzw. grupy Wejście koordynującej bezprawne przejęcie TVP, PR i PAP w nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku. Wymienił m.in. mec. Sylwię Gregorczyk-Abram, która z grupy „Wejście” awansowała na szefową komisji Ministerstwa Sprawiedliwości ds. wyjaśnienia mechanizmów represji w latach 2016 – 2023, tej samej komisji w której zasiada Andrzej Krajewski z Towarzystwa Dziennikarskiego.

Marek Suski spośród członków grupy Wejście wymienił jeszcze obecnego likwidatora PAP Marka Błońskiego. W momencie bezprawnego przejęcia agencji był… szefem komisji zakładowej Solidarności PAP. „Członek grupy Wejście Marek Błoński, obecnie chyba prezes, likwidator PAP” – mówił poseł PiS. Dodał, ze kiedy Błoński siedział w korytarzu podczas przejęcia PAP pisał SMS-y [które sfotografowali dziennikarze a zdjęcie opublikowano w Niezależnej.pl – red.]. „Błoński pisał, że >>pachnie stanem wojennym<<” – opisywał parlamentarzysta PiS, który prawie dwa lata temu bronił PAP przed bezprawnym przejęciem.

Suski wskazał też innych członków  tzw. grupy Wejście, m.in. dyrektora generalnego TVP Tomasza Syguta i Juliusza Kaszyńskiego. „Juliusz Kaszyński, wiceprezes, czy zastępca likwidatora Polskiego Radia, były dziennikarz TVN, człowiek, który pisał pracę podziwiającą Putina jak likwidował demokrację i wolność słowa w Rosji” – mówił o Kaszyńskim poseł Suski.

Likwidacja komisji kultury…

Za tydzień kolejne boje w sejmowej komisji kultury, której przerwane posiedzenie dotyczyło mediów publicznych w likwidacji i relacjonowaniu przez nie kampanii prezydenckiej w 2025 roku. Nie wiem, czy znowu życzliwi rządowi i obecnym władzom TVP, PR i PAP posłowie będą dominowali, ale coś mi się wydaje, że niektórzy z nich nie będą chcieli tak ochoczo bronić tandetnych teraz mediów publicznych w likwidacji. Nie dlatego tandetnych, że upolitycznionych, ale dlatego, że po prostu słabych. Takich słabych wcieleń TVP, PR i PAP nie było nawet za Gomułki. Towarzysz Wiesław, choć sowiecki pachołek i zatwardziały komunista nie pozwoliłby takie marnotrawstwo pieniędzy. Obecnym towarzyszom w koalicji z mediami publicznymi takie niuanse nie przeszkadzają psuć i tak już porządnie nadwyrężone mechanizmy państwowej telewizji i agencji prasowej

A gdzie w tym wszystkim Odbiorcy mediów publicznych? W TV Republika, TV Trwam, wPolsce24, Radiu Wnet, Radiu Republika, w portalach konserwatywnych, m.in. w Tysolu, Niezależnej. pl. wPolityce, Do Rzeczy i wielu, wielu innych niezależnych mediów…

Ciąg dalszy nastąpi.

hub/ sdp.pl – 9 października 2025 roku

„Nie mam za co przepraszać”. Ratusz nęka procesem b. dyrektora TVP3 Opole. Monitoring CMWP SDP

Urząd Miasta Opole pozwał dziennikarza, byłego dyrektora i redaktora naczelnego TVP3 red. Mateusza Magdziarza. Chodzi o program lokalny z 11 listopada 2021 roku z relacją z uroczystości. W przemówieniu, prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski nawiązał do sytuacji na polsko-białoruskiej porównując nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali wtedy funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego… Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.

Urząd Miasta Opola najpierw próbował spowodować, aby red. Magdziarz stanął przed sądem na podstawie przepisów prawa karnego. Potem ratusz pozwał m.in. telewizję, b. szefa TVP3 Opole i reportera Adama Wołka za to, że – zdaniem władz miasta – w programie lokalnym nierzetelnie przedstawiono uroczystości 11 listopada 2021 roku.

Przemówienie, czy antyrządowa propaganda?

Chodzi o przemówienie prezydenta Opola, niegdyś związanego z PO, Arkadiusza Wiśniewskiego. Nawiązał do ówczesnej sytuacji na granicy polsko-białoruskiej.

Wiśniewski porównał nielegalnych imigrantów z Bliskiego i Środkowego Wschodu, którzy atakowali jesienią 2021 roku funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej, do kobiet i dzieci podczas Powstania Warszawskiego…

Prezydent Opola usłyszał wówczas okrzyki „Skandal”, co pokazała TVP3 Opole. Okrzyki wznosił wtedy m.in. działacz opozycji antykomunistycznej Wiesław Ukleja.

Głuchy telefon i „MZ Trias Opolski”

Nie można się skontaktować z rzecznikiem opolskiego urzędu, naczelnikiem biura prasowego Adamem Leszczyńskim, bo telefon podany na stronie internetowej ratusza nie odpowiada.

Smartfony identyfikują podany numer jako kontakt do Międzygminnego Związku Trias Opolski:

Pytanie o powód pozwania Mateusza Magdziarza redakcja sdp.pl przesłała do rzecznika Leszczyńskiego mailem. Do czasu publikacji artykułu nie dostaliśmy odpowiedzi.

Co powiedział prezydent?

Prezydent Opola mówił 11 listopada 2021 roku podczas uroczystości 103. rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości : „(…) Polska nie może odwracać się od matek z dziećmi [w tle wyraźnie słychać okrzyk <<skandal >>], które głodne [dale i przez całą relację słychać m.in. okrzyki <<skandal, hipokryta>>] przed wojną próbują przedostać się przez granicę. Polska wiele lat, wiele razy była ofiarą walki zbrojnej. Wiemy jak wyglądają obrazy cierpiących matek (…) choćby przypominając sobie zdjęcia z Powstanie Warszawskiego” – powiedział w Święto Niepodległości w 2021 roku prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski. Jego przemówieniu cały czas towarzyszyły okrzyki protestu, że wykorzystuje politycznie sytuację na polsko-białoruskiej granicy do walki politycznej z rządem Zjednoczonej Prawicy.

https://x.com/matt_magdziarz/status/1798760191250534670

Zdaniem obserwatorów uroczystości i samego ówczesnego redaktora naczelnego TVP Opole, która pokazała przemówienie, prezydent sugerował, iż SG nie chce przepuszczać nielegalnie imigrujących „matek z dziećmi”, a w rzeczywistości młodzi ludzie m.in. sprowadzani przez Moskwę i Mińsk z Bliskiego i Środkowego Wchodu rozbijali strażnice i atakowali kamieniami funkcjonariuszy służb. Wielu z nich ranili.

Skandaliczna retoryka

We poście na X z ub. roku Magdziarz napisał m.in.: „11 listopada 2021 roku prezydent Opola wygłosił przemówienie. Oczywiście jak wielu krytyków PiS nie mógł przegapić takiej okazji i odnosił się do sytuacji na granicy z Białorusią. Zdaniem wielu osób w tym fragmencie zastosował skandaliczną retorykę odwołując się do Powstania Warszawskiego. Minęły prawie 3 lata a Gmina Opole w pozwie cywilnym zarzuca mi naruszenie jej dóbr osobistych (jako redaktorowi naczelnemu TVP3 Opole) za publikację materiału zawierającego krytyczną ocenę tego przemówienia” – przekazał Magdziarz.

Teraz – jak mówi pozwany dziennikarz – niewiele się zmieniło, na pewno nie w jego postrzeganiu sprawy. „Wiśniewski niebezpiecznie zestawił to, co się działo wtedy na granicy z Powstaniem Warszawskim. Wykorzystał uroczystości 11 listopada 2021 roku do wskazania, bez kontekstu, iluzorycznej winy obrońców granicy” – podkreślił we wtorek Mateusz Magdziarz w rozmowie z portalem SDP.  „TVP3 Opole rzetelnie to relacjonowała te wydarzenia” – mówił dziennikarz.

Nigdy nie będziesz sam

„Zostałem pozwany, bo prezydent nie może znieść porażki, jaką niewątpliwie było jego przemówienie, co zresztą potwierdzali uczestnicy uroczystości” – zaznaczył były szef TVP3 Opole. „W tym procesie zostałem sam, TVP Opole, po zmianie rządu, na kolanach przeprosiła urząd i prezydenta. Reporter też przeprosił. Co ciekawe prezydenta a nie gminę która go pozwała” – powiedział Magdziarz.

„Na <<placu boju>> pozostałem tylko ja” – przyznał Magdziarz.

„Nie mam zamiaru przepraszać i wpłacać 50 tysięcy złotych na WOŚP. Jestem zdania, że jeśli ktoś w tym przypadku działał na szkodę Opola to prezydent swoim przemówieniem” – powtórzył Mateusz Magdziarz. Następna rozprawa 17 września br.. Sąd będzie przesłuchiwał Magdziarza. Potem, najprawdopodobniej, na następnej rozprawie mowy stron i wyrok. Co ciekawe, sąd nie przesłuchał prezydenta Opola.

Centrum Monitoringu Wolności Mediów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło monitoringiem tę sprawę. Będziemy się przyglądać dalszemu postępowaniu sądowemu.

 

 

 

Fałszywa nuta na orkiestrę i większość, czyli, co może RADA PROGRAMOWA POLSKIEGO RADIA w likwidacji?

Do wybranej na przednówku tego roku Rady Programowej Polskiego Radia w likwidacji najlepiej pasowałaby inna nazwa: Rada Problemowa, bo większość jej członków, zamiast pomagać, sprowadzi chyba na rozgłośnię kłopoty. Prawne. I należy ufać, że nieświadomie. RP PR przyjęła bowiem uchwałę, w której zwraca się do ministra kultury o współprowadzenie Orkiestry Polskiego Radia, ale odrzuciła projekt uchwały z propozycją dotowania muzyków przez MKiDN kwotą 10 mln zł.

Rady Programowe mediów są niepotrzebne. Wiadomo to od ponad 30 lat.

Komu radzić?

Chętnych do tych rad jednak nie brakuje, bo partie i organizacje społeczne chcą wiedzieć, co dzieje się w TVP, PR i PAP. Dlatego wciąż są osoby, które dają się namówić na kandydowanie z rekomendacji instytucji społecznych lub ugrupowań politycznych. Zarobek żaden, bo członkowie rad programowych dostają ok. 300 złotych za posiedzenie plus zwrot kosztów podróży. Szefowie tych rad biorą trochę więcej, ale niewiele więcej.

Z kronikarskiego obowiązku dodać należy, że większość obecnych członków Rady Programowej Polskiego Radia to ludzie popierający pomysły rządu Donalda Tuska na media publiczne, a raczej na ich likwidację. Z 15-osobowego składu RP PR zaledwie kilka reprezentuje punkt widzenia mediów konserwatywnych. Niestety, mniejszość owa nie może powstrzymać zapędów większości rady. Po kolei jednak.

Polityczny bigos muzyczny i jak go zjeść

Na posiedzeniu Rady Programowej Polskiego Radia w likwidacji 12 września 2025 roku wydarzyło się coś dziwnego i niepokojącego zarazem.

Otóż w ten piękny dzień końca lata w stołecznej siedzibie Polskiego Radia w likwidacji przy al. Niepodległości rada programowa tej publicznej rozgłośni rozpatrywała projekt uchwały, w której paragrafie pierwszym napisano: „Rada Programowa Polskiego Radia – Spółki Akcyjnej w likwidacji zwraca się do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, o rejestrację Orkiestry Polskiego Radia do Rejestru Instytucji Kultury, dla których organizatorem jest Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – czytamy w projekcie, który przedstawiała wiceprzewodnicząca RP PR, dziennikarka TVP w likiwdacji Anna Kwiatkowska-Bieda.

Nie oceniając jednak nikogo, doszło do prezentacji krótkiej treści uchwały, zdaniem wszystkich obecnych na posiedzeniu RP PR, bardzo potrzebnej w jej intencji. Chodzi o wsparcie Orkiestry Polskiego Radia w likwidacji, bo – jak uzasadniano – muzykom Zespołu OPR się nie przelewa. Czy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego z jej nową szefową Martą Cienkowską to zmienią? Nie wiadomo, bo współprowadzenie orkiestry publicznej rozgłośni przez resort – nawet zdaniem jej władz PR reprezentowanych przez wiceprezesa, czyli zastępcę likwidatora Polskiego Radia Juliusza Kaszyńskiego – nie oznacza od razu powodzenia i wyższych honorariów dla artystów. Większość RP PR uznała jednak, że można spróbować.

Bezprawne, ale bezpieczne

Rekomendowany przed Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, poparty m.in. przez PiS członek rady i sekretarz generalny SDP, dziennikarz Hubert Bekrycht miał spore zastrzeżenia do projektu. Przede wszystkim – jak mówił – nie można go przyjąć, bo Polskie Radio jest od prawie dwóch lat w likwidacji. Nawiasem mówić – zdaniem Bekrychta – fikcyjnej, bo po nielegalnym przejęciu PR, TVP i PAP, pieniądze na rozwój rozgłośni spływają z rządu. Likwidacja PR jest tylko po to, aby mała już część załogi, której nie podobają się nowe porządki koalicji w Polskim Radiu nie protestowała i nie dążyła do strajku – akcentował dziennikarz.

Bekrycht powoływał się na artykuł 486 paragraf 1 Kodeksu Spółek Handlowych stanowiący instrukcję, czynności likwidacyjnych. „Likwidatorzy powinni zakończyć interesy bieżące spółki, ściągnąć wierzytelności, wypełnić zobowiązania i upłynnić majątek spółki (czynności likwidacyjne). Nowe interesy mogą podejmować tylko wówczas, gdy to jest potrzebne do ukończenia spraw w toku. Nieruchomości mogą być zbywane w drodze publicznej licytacji, a z wolnej ręki – jedynie na mocy uchwały walnego zgromadzenia i po cenie nie niższej od uchwalonej przez zgromadzenie” – napisano w KSH.

Zdaniem sekretarza generalnego SDP, popierającego ideę wspierania Orkiestry PR, przepisy są jednoznaczne i wykluczają przyjęcie uchwały m.in. o wpisie „Orkiestry Polskiego Radia do Rejestru Instytucji Kultury”. To przekroczenie przepisów w firmie w stanie likwidacji. Likwidacji, która – jak tłumaczył członek RP PR rekomendowany przez PiS, prawnik, ekonomista i… muzyk Tomasz Siwak – sprawia zresztą kłopoty nie tylko władzom PR, ale i pracownikom, bo jaki bank chętnie udzieli kredytu osobie zatrudnionej w firmie w likwidacji?

Zlikwidować likwidację

Do większości członków Rady Programowej argumenty Bekrychta i Siwaka nie dotarły. Siwak zresztą zaproponował inne wyjście. Mianowicie opracowanie projektu uchwały Rady Programowej Polskiego Radia z żądaniem zakończenia fikcyjnej likwidacja państwowej rozgłośni. Chodzi o wycofanie się MKiDN z decyzji z grudnia 2023 roku o postawienie w stan likwidacji spółek medialnych – TVP, PR i PAP. Siwiak zwracał też uwagę na fakt, że nie ma żadnego harmonogramu likwidacji Polskiego Radia, bo ten stan wprowadzono wyłącznie z powodów politycznych i na życzenie koalicji PO, PSL, PL 2050 i Lewicy.

Propozycja Siwaka nie była jednak dyskutowana. Przewodniczący RP PR, liberalno-lewicowy dziennikarz wybrany do rady z rekomendacji PO Jan Ordyński z Towarzystwa Dziennikarskiego nie poddał tego rozwiązania pod głosowanie.

Wniosek formalny zgłosił jednak Hubert Bekrycht. Zaproponował projekt uchwały, aby Rada Programowa Polskiego Radia w likwidacji poprosiła minister kultury o przekazania 10 milionów złotych na działalność OPR. Głosowano ten projekt. Nie przyjęto propozycji. Czy to była niespodzianka? Chyba nie.

Zamiast 10 milionów

Większość członków rady chcąca pomóc muzykom poprzez współprowadzenie zespołu przez ministerstwo nie chciała pomocy w postaci 10 milionów złotych dla tejże orkiestry… Spośród 11 obecnych za byli tylko Hubert Bekrycht, Tomasz Siwak i dziennikarka z oddziału warszawskiego SDP wybrana z rekomendacji PiS Hanna Budzisz. Przeciwko było 5 osób, m.in. szef RP PR Jan Ordyński. Wstrzymały się 4 osoby. 10 milionów OPR nie dostanie i może nawet nigdy by nie dostała, ale nawet nie próbowano. Bo jak ktoś domaga się od tego rządu 10 milionów, to dostaje trzy… Może koalicji coś z KPO zostało.

Z kolei za przyjęciem propozycji współprowadzenia przez resort kultury Orkiestry Polskiego Radia za byli wszyscy obecni, z wyjątkiem Bekrychta, Budzisz i Siwaka. Bo ta trójka była w tej sprawie od początku przeciw.

Wyszło na to, że większość członków rady, zamiast dotacji, domaga się czegoś, co prawnie jest niemożliwe. Nawet dla pomysłowego rządu Tuska, który dzieli kasę na jachty i na seks-kluby. Na orkiestry symfoniczne tyle jednak nie daje.

I nawet można by o tym coś jeszcze napisać, ale… nie warto.

 

 

JOLANTA HAJDASZ na zaprzysiężeniu – KAROL NAWROCKI: Walczyć trzeba z tymi, którzy naród pchają do upadku i do upodlenia

Takiej inauguracji prezydentury jeszcze nie było. Ogromne tłumy ludzi z biało czerwonymi flagami na ulicach stolicy, radość, wzruszenie i podniosły charakter uroczystości na każdym kroku, w każdym punkcie programu ze środy 6 sierpnia 2025 roku.

I co dla nas wymowne i ważne, wśród zaproszonych oficjalnych gości tylu dziennikarzy, że trudno uznać to za przypadek. Ufam, że jest to zapowiedź dobrej współpracy Prezydenta Karola Nawrockiego z naszym środowiskiem i poważnego traktowania przez niego nabrzmiałych i nawarstwiających się od lat problemów dziennikarzy i mediów.

Niestety, nie udało się to zbyt dobrze za prezydentury Andrzeja Dudy, choć wielu z nas ocenia ją bardzo pozytywnie i wielu rozumie gigantyczne problemy, z jakimi musiał się zmierzyć na przestrzeni obu kadencji PAD.  Nie zamierzam w tym miejscu analizować i roztrząsać tego co było (czy nie było, a wg nas powinno było być), ale po ludzku jest nam przykro, że były prezydent na koniec swojej kadencji  nie ułaskawił naszego kolegi Mateusza Teski skazanego w niejawnym procesie karnym za zadanie pytania rzecznikowi prasowemu. Taki zwykły ludzki gest, którego zabrakło. To jest jak symbol dla naszego środowiska, sytuacja jak z koszmarnego snu, gdy dziennikarz widzi, że w razie kłopotów zostanie na placu boju sam, bo wsparcie środowiska nic nie znaczy, nikt się nie liczy z apelami, pismami i prośbami, gdy wielu znanych, popularnych i cenionych dziennikarzy podpisuje się pod wnioskiem o ułaskawienie, bo wyrok jest jawnie niesprawiedliwy, bo przeczy wolności słowa i niezależności dziennikarskiej itd, itp…. Oby takie wyroki naprawdę stały się historią. To akurat jest w stanie zmienić Prezydent, bo on dysponuje prawem łaski.

Może jednak zacznę od wymienienia tych, których zaproszono oficjalnie na tę uroczystość i którzy wraz z wieloma innymi zaproszonymi gośćmi oglądali zaprzysiężenie Prezydenta Karola Nawrockiego w Sali Kolumnowej Sejmu.  Nie jest to żadna pełna lista, wymieniam tylko tych, których udało mi się dostrzec, ale to zestawienie jest wymowne. I prawie wszyscy to członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Anita Gargas, Dorota Kania, Monika Rutke, Grzegorz Górny, Michał Rachoń, Jarek Olechowski, Marcin Wolski, Krzysztof Ziemiec, Jacek Karnowski, Marcin Tulicki, Jacek Kurski, Rafał Ziemkiewicz, Małgorzata Raczyńska-Weinsberg, Michał Adamczyk, Cezary Gmyz… Oczywiście, każdy dziennikarz w trakcie takich uroczystości i tak zawsze jest w pracy, więc od strony wizerunkowej to zrozumiałe, że się zaprasza tych, którzy generują zasięgi, ale ufam, że nie był to taki tani zwyczajny polityczny koniunkturalizm Kancelarii Prezydenta, tylko chęć wskazania kogo się szanuje i z jakim środowiskiem chce się współpracować.

Na sali było zresztą wiele znajomych twarzy i nie byli to tylko politycy. Prof. Zybertowicz, prof. Krasnodębski i prof. Stanisław Mikołajczak, prof. Ryba i Piotr Bernatowicz, Maciej Szymanowski i Józef Orzeł, Marcin Dybowski i tylu innych, społeczników, działaczy, naukowców i pracowników mediów.  Z całą pewnością są to ludzie ideowi, od lat angażujący się w pracę i działalność na rzec innych, zgodnie z dewizą Bóg, Honor Ojczyzna. Spontaniczne oklaski w trakcie oglądanego przecież na ekranie telewizora orędzia świeżo zaprzysiężonego Prezydenta, skandowanie jego imienia i nazwiska, a nawet ocierane łzy wzruszenia u niektórych, to świadectwo tego, że chyba wszyscy mamy poczucie uczestnictwa w wydarzeniu wyjątkowym.  Wielki dzień dla Polski – te słowa słyszałam najczęściej.

Wybaczam tę pogardę z którą się spotkałem w trakcie kampanii prezydenckiej powiedział Karol Nawrocki, co w Sejmie przyjęto gromkimi oklaskami. Pogarda ta wyrażała się w tym roku w tylu środkach masowego komunikowania, że jako całe środowisko powinniśmy  chyba przygotować na ten temat jak najobszerniejszy Raport. Kto i kiedy rozpoczynał nagonkę, co było jej główną treścią, gdzie ona rezonowała i kto to napędzał, to pytania na które wreszcie trzeba spróbować dać odpowiedź. Winnych trzeba chociaż wskazać i nazwać po imieniu i nazwisku.

Jeszcze dłużej zebrani w Sali Kolumnowej klaskali, gdy usłyszeli, że „tak dalej rządzić nie można” i że powołana będzie Rada Naprawy Ustroju Państwa i że pod kierownictwem Prezydenta rozpoczną się prace nad nową Konstytucją, którą powinna być gotowa do przyjęcia w 2030 r.  Jej częścią zapewne będą zapisy dotyczące wolności słowa, niezależności mediów i prawa każdego obywatela do głoszenia swoich poglądów , a więc znowu, w myśl znanego hasła „nic o nas bez nas” warto by się włączyć i współpracować.  To samo dotyczy projektów  już bliższych w terminie realizacji jak choćby nowa ustawa medialna, czy ustawa o procesach typu SLAPP, a nawet szumnie zapowiadana przez Adama Bodnara likwidacja art. 212 kk. czy tzw. ustawa o mowie nienawiści. Warto upewnić się, że nowy Prezydent widzi zagrożenia związane z niektórymi obowiązującymi, a także tymi proponowanymi przepisami.

 

Karol Nawrocki zakończył swoje orędzie – jak sam się wyraził – lekcją polskich Ojców Niepodległości z roku 1918 r. To uniwersalne, ponadczasowe przesłanie, warto więc je po raz kolejny przypomnieć.   Prezydent zacytował Lecha Kaczyńskiego, który powiedział że „warto być Polakiem”, cytował Romana Dmowskiego, który powtarzał, że   „jesteśmy Polakami i mamy obowiązki polskie”, przypomniał Józefa Piłsudskiego, który mówił, że „niepodległość nie jest dana nam raz na zawsze”, oraz to, że „wrażliwości społecznej możemy się uczyć od Wojciecha  Korfantego”, bo on przypominał, że „główną powinnością państwa  jest służenie, służenie polskim obywatelom i ludziom”, więc i  ja jako prezydent też nie jestem od niczego innego, tylko od służenia . Walczyć trzeba z tymi, którzy naród pchają do upadku i do upodlenia. Niech Bóg błogosławi Polsce, niech żyje Polska – zakończył Karol Nawrocki. Mocne, poważne wystąpienie w Sejmie. Dobry początek.

W  Katedrze Warszawskiej uderzająca była nieobecność przedstawicieli rządzącej koalicji. Nawet katolik Szymon Hołownia nie zdobył się na to, by w święto Przemienienia Pańskiego, jakie przypada właśnie 6 sierpnia uczestniczyć w czymś tak ważnym dla ludzi wierzących, jak Msza św. Smutny to był widok, gdy w pierwszej ławce obok byłego już Prezydenta Andrzeja Dudy i jego żony siedział tylko wicemarszałek z Konfederacji Krzysztof Bosak i politycy Prawa i Sprawiedliwości. Z  drugiej strony może to i lepiej, niech skończy się ta hipokryzja pseudokatolików i ich wizja kościoła , który „ma łączyć, a nie dzielić”. Tym razem mieli taką dobrą okazję wcielić w życie to co głoszą ci „otwarci katolicy”  i jak zwykle nawet z tego nie chcieli skorzystać.

Ale i bez nich  było pięknie i podniośle. Kilkudziesięciu księży przy ołtarzu i Bogurodzica i Mazurek Dąbrowskiego, i Boże coś Polskę i Pieśń Konfederatów Barskich, i kwiaty na grobach przedwojennych prezydentów,  przy tablicy upamiętniającej Marię i Lecha  Kaczyńskich i pry sarkofagach prymasów – kardynałów Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego. I jeszcze te słowa do Karola Nawrockiego skierowane w poruszającej homilii arcybiskupa Adriana Galbasa „doświadczy Pan góry Tabor i góry Kalwarii,  bo nasze codzienne życie rozgrywa się pomiędzy tymi dwiema górami: pomiędzy Taborem i Kalwarią. Doświadczamy na przemian śmiechu i łez, pocieszenia i strapienia, radości i smutku. Mamy „siniaki i cekiny”, jak śpiewa jedna ze współczesnych artystek polskiej sceny. Nie ma na świecie nikogo, kogo życie byłoby tylko samą euforią i nie ma nikogo, kogo życie byłoby samą tylko tragedią. Zawsze jest wesele i pogrzeb, szczęście i nieszczęście, „z górki” i „pod górkę”, posiadanie i strata. I chodzi o to, byśmy – jako wierzący – mieli pewność, że we wszystkim jest z nami Chrystus. Przeżywając szczęście, byśmy nie popadli w pychę, a przeżywając nieszczęście, byśmy nie wpadli w rozpacz.(…).

Tak jest i tak będzie również w życiu Pana Prezydenta – powiedział abp Galbas.  Także on doświadczy „prawa falowania”, tego, że będzie i tak i siak. Góra Kalwaria i góra Tabor. Oby w ciągu najbliższych pięciu lat intensywność tych gór nie rozłożyła się w Pana życiu, w Pana posługiwaniu i w życiu Pana rodziny po połowie, a tym bardziej, oby nie zdominowało to co trudne i ciężkie, ale nie jesteśmy naiwni: wiecznego Taboru na pewno nie będzie, pięć usłanych różami lat nie nadejdzie – powiedział duchowny (…) ale  jeśli statek nie wie do, którego portu płynie – mówi Seneka – wtedy każdy wiatr jest mu przeciwny”. Jeśli nie wiem, jaki jest cel mojego życia, wtedy wszystko jest trudniejsze, wszystko będzie jakby przeciwko mnie –  mówił  przejęciem abp metropolita warszawski.

I właśnie to zdanie zapadło mi najmocniej w pamięć, bo dotyczy także naszego środowiska, nas dziennikarzy.  Też musimy „znaleźć port, do którego płynie nasz statek”, cel, do którego powinniśmy dążyć w najbliższych latach, my, czyli nasze środowisko, nasze Stowarzyszenie.  Najwyższy czas poszukać aktualnej koncepcji zawodu dziennikarskiego, sformułować nową Kartę Etyczną Mediów (bo obecna coraz mniej uwzględnia realia współczesności), czy zawalczyć o jakiekolwiek zabezpieczenia socjalne dla dziennikarzy. Brzmi utopijnie, ale może jednak warto spróbować. Gdy wieje wiatr zmian, warto dać mu się ponieść.

 

                                                                                                               

 

Z uroczystości inaugurujących prezydenturę Karola Nawrockiego

prezes SDP i dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz

 

 

Wniosek o pozbawienie Maksymiliana Sznepfa orderów i odznaczeń – TERESA KACZOROWSKA o inicjatywie posła Jarosława Zielińskiego

Poseł Jarosław Zieliński złożył do Prezydenta RP Andrzeja Dudy wniosek o pozbawienie Maksymiliana Mariana Sznepfa /właściwie Schnepfa/ orderów i odznaczeń.

O Maksymilianie Marianie Sznepfie /1920-2003/ -żołnierzu Armii Czerwonej, oficerze „ludowego” Wojska Polskiego, funkcjonariuszu partyjnym i aparatu bezpieczeństwa PRL, nauczycielu akademickim /uczył studentów UW przysposobienia obronnego/, działaczu społeczności żydowskiej w Polsce – zrobiło się ostatnio głośno.

Najpierw przez zatrudnienie w TVP w likwidacji Doroty Wysockiej-Schnepf, „arcykapłanki propagandy” /jak ją nazwał Krzysztof Stanowski/, która wychwalała swego teścia. Potem przez jego syna Ryszarda Schnepfa, dyplomatę, powołanego niedawno przez rząd Donalda Tuska na szefa polskiej ambasady w Rzymie. A ostatnio poprzez gorące dyskusje o udział por. Sznepfa w Obławie Augustowskiej w lipcu 1945 r. i jego zaangażowanie w likwidacji podziemia niepodległościowego w północno-wschodniej Polsce.  Szczególnie zawrzało w 80. rocznicę Obławy Augustowskiej – największej po II wojnie światowej i zupełnie niewyjaśnionej zbrodni komunistycznej – kiedy rolę tego komunistycznego oprawcy pominięto na wystawie stałej w otwartym 12 lipca 2025 r. w Domu Pamięci (muzeum) Obławy Augustowskiej w Augustowie /w miejscu kaźni polskich patriotów, tzw. w Domu Turka/.

Wystawę tę obejrzałam, podczas uroczystego otwarcia 12 lipca. I rzeczywiście – nie wspomina się tam w ogóle o Maksymilianie Sznepfie. Pomimo iż w Obławie Augustowskiej kierował on specjalną kompanią 1.Praskiego Pułku Piechoty – jedyną polską formacją wojskową, która – obok miejscowych ubeków i milicjantów, konfidentów i zdrajców – pomagała Sowietom /Armii Czerwonej, NKWD, kontrwywiadowi Smiersz/ w potężnej pacyfikacji – „likwidacji band dywersyjnych” w Puszczy Augustowskiej i jej obrzeżach. Według danych prof. Sławomira Cenckiewicza, w okresie od czerwca do września 1945 r., 1. Praski Pułk Piechoty zamordował 45 polskich partyzantów z AK/NZW, a aresztował 271 walczących o wolną Polskę. Tylko w lipcu podczas Obławy Augustowskiej, według dokumentów, do których dotarł historyk, 1.PPP zatrzymał 86 partyzantów i zamordował 37. W 1945 r. Maksymilian Sznepf otrzymał za to od Związku Sowieckiego Medal „Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941–1945” oraz Medal „Za zdobycie Berlina”. Władze komunistyczne nad Wisłą uhonorowały go natomiast, w tym samym 1945 r., Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Później w PRL-u płk. Maksymilian Sznepf też był często odznaczany. Otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi (1947), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1961), Krzyż Walecznych (brak daty) i kilka innych. Podobno nosił te odznaczenia z dumą, szczególnie te nadane przez Sowietów.

„Maksymilian Marian Schnepf otrzymał powyższe odznaczenia od władz komunistycznych za <<zasługi>> dla Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i Związku Sowieckiego, w tym zapewne za udział w Obławie Augustowskiej. W wolnej i niepodległej Polsce powinien zostać ich pozbawiony, ponieważ jego antypolska działalność była służbą na rzecz obcego państwa, była wymierzona w polski interes narodowy i niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej, a w kontekście udziału w Obławie Augustowskiej miała charakter zbrodniczy i nosiła znamiona zdrady narodowej. Udział polskich komunistycznych formacji ubecko-milicyjno-wojskowych i politycznych oraz osób wspierających siły Związku Sowieckiego w tej zbrodni jest przejawem polskiej <<hańby domowej>>” – pisze 17 lipca 2025 r. poseł Zieliński do prezydenta Dudy /na podstawie art. 36 ust. 1 i 2 ustawy z dnia 16 października 1992 r. o orderach i odznaczeniach (Dz. U. 1992 Nr 90 poz. 450 z późn. zm.).

Poseł Jarosław Zieliński podczas obchodów upamiętniających ofiary Obławy Augustowskiej w Gibach 12 lipca 2025

Zieliński wspomina też o fałszowaniu historii oraz brakach na wystawie w świeżo otwartym Domu Pamięci Obławy Augustowskiej. Dodaje, że Dom ten jest dziełem rządu Mateusza Morawieckiego, zaś obecnie się go zawłaszcza i stronniczo interpretuje wydarzenia sprzed 80. lat oraz późniejszą walkę o pamięć o Obławie Augustowskiej.

Przypomina mi się wiosna 2016 r., kiedy swoją książkę „Obława Augustowska” (Bellona, Warszawa 2015) prezentowałam w Stanach Zjednoczonych. Na terenie pięciu stanów USA odbyłam wówczas 12 spotkań. I na każdym z nich stawiano mi pytania, dlaczego Ryszard Schnepf, syn komunistycznego zbrodniarza, jest ambasadorem RP w najpotężniejszym państwie świata. Pamiętam, że po jednym z takich gorących spotkań wysłałam ambasadorowi Ryszardowi Schnepfowi swoją książkę „Obława Augustowska”, pytając jednocześnie, czy wśród rodzinnych archiwaliów nie ma dokumentów, które pomogłyby wyjaśnić zbrodnię z lipca 1945 r. Odpowiedział mi, że jego ojciec był bohaterem i… zaprosił mnie do Waszyngtonu. Nie poleciałam, miałam bardzo napięty kalendarz…

Czy prezydent Polski przychyli teraz się do prośby posła Jarosława Zielińskiego? Jestem ciekawa, bo zapewne i o to będę pytana na następnych spotkaniach o Obławie Augustowskiej.

 

Z całą treścią wniosku posła Jarosława Zielińskiego można zapoznać się TUTAJ

 

Po wygranej obozu rządowego Polska będzie opanowana… – pisze HUBERT BEKRYCHT: Okruchy prawdy i wolności (AKTUALIZACJA)

Miało nie być tego felietonu, bo jestem na Węgrzech przygotowując się do kolejnego kongresu dziennikarskiego, który rozpoczyna się w niedzielę. Tę niedzielę. Chcąc głosować w Budapeszcie zarejestrowałem się. W Ambasadzie. Nad posiadłością przy Városligeti fasor 16 powiewa polska flaga. Obok unijnej. Czy w niedzielę na tym kawałku Polski nad Dunajem będą kolejki wyborców?

Kolejne pytania, to ilu ich może być głosujących w ambasadach RP Polaków, na przykład na Węgrzech i w innych krajach? Czy wszyscy chcący głosować będą mogli to zrobić? Nie wiem.

Na pewno o nieprawidłowościach podczas głosowania poza granicami Polski, oby ich nie było, ludzie nie dowiedzą z publikujących i nadających z Polski tzw. mediów głównego nurtu. O programach kandydatów i innych ważnych sprawach dotyczących głosowania też zresztą nie.

Słowa, słowa, słowa

Z tych mediów, których głównymi przedstawicielami są publiczne spółki: TVP, PR i PAP (wszystkie trzy w likwidacji) oraz m.in. TVN, Onet, Gazeta Wyborcza nie dowiemy się niczego ważnego, jeśli nie głosujemy na kandydata rządu. Z oceną Polsatu od lat mam kłopot.

Są na szczęście, powoli podnoszące się po zamachu na media w grudniu 2023 roku, media prywatne o konserwatywnym, prawicowym, chrześcijańskim charakterze, rozwijają się – wobec cenzury rządu Donalda Tuska – nieprawdopodobnie. Niestety, koalicjanci atakują od wielu miesięcy m.in. TV Republikę, wPolsce24, TV Trwam, Radio Wnet, Radio Republika, Gazetę Polską, GPC, Niezależną pl., wPolityce, DoRzeczy, Tysola.pl, ten skromny portal, który Państwo teraz czytacie oraz wiele mediów chrześcijańskich, katolickich i mnóstwo niezależnych od rządu portali ze swoim przekazem w telewizji, radiu, prasie, tak lokalnych jak i ogólnopolskich (bardzo przepraszam, że nie wszystkie normalne media tu wymieniłem, ale jest Was, nas, coraz więcej).

Nagonka na tradycję

Media konserwatywne i niezależne od nacisków rządu, są przez niego atakowane. Haniebnie, obrzydliwie i kłamliwie. Dzieje się to przy rozlicznych manipulacjach rządowych i kontrolowanych przez rząd mediów mainstreamowych przy najważniejszych od 1989 roku wyborach w Polsce.

Koalicja wściekle atakowała przed pierwszą i przed drugą turą wyborów prezydenckich kandydatów, którzy nawet nieśmiało krytykowali kandydata/ kandydatów – akolitów Donalda Tuska. Nie wspominając już o bezprecedensowych na polskiej scenie publicznej atakach personalnych na kandydatów konserwatywnych, prawicowych. Najwięcej oczywiście dostało się od rządu i przyjaznych mu mediów prezesowi IPN, który „śmiał wystartować” (cytat polityka PO) w tych wyborach…

Proste i logiczne

Niby teraz to wszystko wiemy, wiemy o tym, bo przekazują to media konserwatywne. A co będzie, jeśli… No właśnie.

Wtedy niczego się nie dowiecie, tak jak ja nie dowiedziałem się jak skasować bilet w budapesztańskim trolejbusie od przemiłej Węgierki…

Bo chodzi przecież o język przekazu, nie o to „jak my to rozumiemy”, ale o to, jak się istotnie sprawy mają. W dziennikarstwie to system, na pozór, skomplikowany, ale logiczny – obarczony, a jakże, błędami, kodeksami etycznymi, przepisami prawa, ale sprowadzający się do jednego – do przekazywania PRAWDY. Co z kolei prowadzi właśnie do istoty systemu demokratycznego, do WOLNOŚCI.

Dowcip?

Nie lubię pisać dużymi literami, bo – powie ktoś – po co to, kiedy wszystko jasne? Tak, tak jasne, jak w niemodnym w mediach mainstreamowych dowcipie.

Budzi się Rafał Trzaskowski po wyborach i patrzy a tam na Placu Bankowym przed warszawskim ratuszem prezes TV Republika Tomasz Sakiewicz rozdaje ulotki. Trzaskowski natychmiast każe go aresztować.

Policjanci to robią i spisując protokół patrzą na zarekwirowane ulotki. „Za co jestem aresztowany?” – pyta Sakiewicz. „Za ulotki” – odpowiada policjant. „Jak to, przecież tu nic nie ma” – pokazuje puste kartki szef Republiki.

„Nie ma… No, może nie ma, ale i tak wszystko jasne” – podkreśla stróż prawa.

Głosujcie!

Oby ten sen się nie ziścił, bo dowcip jest przeróbką innego, bardziej ponurego – z czasów sowieckich.

Dlatego, nawet jeżeli jesteście daleko. Poza Polską, na działce, u rodziny, znajomych, postarajcie się głosować, bo mogą pozostać nam już wkrótce tylko okruchy prawdy i wolności…

Głosujcie na Antypodach, w Europie Zachodniej, w Amerykach, Azji, Afryce, na statkach a nawet w Arktyce i na Antarktydzie, no i oczywiście w Budapeszcie, gdzie jestem.

A ambasadora RP na Węgrzech chyba jeszcze rząd tu nie przysłał. Chociaż akurat nad Dunajem, raczej trudno to wszystko zrozumieć. Nie tylko z powodu języka.

 

Hubert Bekrycht

 

MARIA GIEDZ pisze o wyborach samorządowych w Libanie, które mogą zmienić kraj

Co prawda teraz w Libanie wybiera się nie jak w Polsce prezydenta, tylko samorządowców, bo Liban, po ponad dwóch latach przerwy, od 9 stycznia ma już swojego prezydenta. Ma też już własny rząd, który dość długo nie funkcjonował, ale dla Libańczyków najważniejsze są wybory samorządowe, bo dotyczą ich codziennego życia. Czy owe wybory można porównać z naszymi, polskimi prezydenckimi?

W Libanie jestem już od 12 dni i mimo trwających wyborów samorządowych w tym kraju jest bardzo spokojnie. Żadnych awantur na ulicach, żadnych przepychanek, niewiele plakatów.

Wybory w zniszczonym kraju

Kraj podzielono na regiony i w każdym wybory odbywały się w innym terminie. Czyli przez cały maj pod koniec tygodnia ludzie szli do urn. Najpierw ci z centrum kraju, potem z północy, a na końcu z południa.

Tak się złożyło, że w sobotę 24 maja byłam właśnie na południu kraju, czyli w Sydonie i Tyrze. Teoretycznie są to tereny zagrożone, położone blisko granicy z Izraelem – z Tyru do Izraela jest zaledwie kilkanaście kilometrów. Jednocześnie są to tereny zamieszkane głównie przez ludność muzułmańską, chociaż chrześcijan też można spotkać. Wydawałoby się, że jest tam niebezpiecznie, zwłaszcza dla samotnie chodzących po ulicach zagranicznych turystów. Nic mylącego, wszędzie był spokój. Co prawda większość stoisk na tamtejszym suku (bazarze) było zamkniętych, ale przechodnie, czy właściciele otwartych sklepików byli pogodni i bynajmniej nie agresywni, chociaż między sobą dyskutowali, a nawet nie kryli się z eksponowaniem atrybutów partii, na które głosowali.

W kilku miejscach spotkałam punkty wyborcze, niestety proszono, abym ich nie fotografowała. Udało mi się jedynie zrobić kilka ujęć z samochodu.

„Kolorowe” głosowanie

Gromadzący się wokół wyborczych pubktów ludzie mieli na głowach żółte albo zielone czapeczki. Nieliczni nosili czapki w kolorach flagi Libanu, a więc dwa czerwone pasy po bokach, w środku biały z zielonym drzewem cedrowym. Kobiety odziane w czarne czadory na szyjach wieszały sobie żółte albo zielone szaliki. Są to barwy dwóch partii politycznych.

Żółty to kolor Hezbollahu, radykalnej partii politycznej szyitów (Partii Boga), ugrupowania, które przyznaje się do wielu aktów terroryzmu, wspieranego i finansowanego przez Iran i Syrię, ugrupowania, którego przez lata było poza kontrolą władz Libanu i funkcjonowało jak państwo w państwie.

Drugi kolor to zielony identyfikowany z Ruchem Amal, czyli z „Partią Nadziei”. Reprezentuje również społeczność szyicką, ale na swoim koncie ma także walkę z proirańskim Hezbollahem. Mężczyźni z czapeczkami w kolorach flagi libańskiej mogli reprezentować jedną z partii chrześcijańskich np. libańską Falangę popieraną przez maronitów. Niektórzy chrześcijanie nosili białe czapeczki, a ci bez czapeczek, czyli z gołymi głowami mogli reprezentować partie sunnicie.

Jednak istotą owych zgromadzeń wokół punktów wyborczych była atmosfera działania wspólnotowego. Wszystkim chodziło o to, aby ich kraj, rejon, w którym żyją był miejscem spokojnym, dalekim od wojny, mógł się rozwijać gospodarczo, był domem dla wszystkich. Zauważyłam, że między wyborcami toczyły się normalne, a nawet przyjacielskie rozmowy. W Polsce poglądy polityczne dzielą całe rodziny. Tu w Libanie nie, bo niemal w każdej libańskiej rodzinie są osoby o różnych poglądach politycznych, ale rodzina jest najważniejsza i żadna przynależność do partii politycznej, czy tylko bycie sympatykiem danej partii nie jest w stanie podzielić rodziny. Dla Libańczyków rodzina to „świętość”.

Wojskowi obserwatorzy czy wojska stabilizujące?

Wybory odbywały się pod nadzorem wojska, które dbało o bezpieczny przebieg głosowania. Niemniej libańscy żołnierze nie ingerowali, byli obecne, ale jakby się tylko tym wyborom przyglądali. Postronny obserwator mógłby odnieść wrażenie, że wojsko na ulicach jest na wszelki wypadek. Bowiem w tym kraju wszyscy ze wszystkimi jakoś się dogadują.

Aczkolwiek tereny na północy kraju zamieszkane przez większość sunnicką i alawicką, głównie syryjską, a także szyicką i sunnicką są bardziej pilnowane przez wojsko, a może raczej należałoby powiedzieć, że strzeżona jest mieszkająca tam ludność chrześcijańska.

Generalnie wybory w Libanie przebiegały spokojnie. Niemniej warto podkreślić, że decydującym głosem niemal we wszystkich działaniach w kraju, również w wyborach jest głos Patriarchy Kościoła maronickiego, który jest autorytetem dla mieszkańców, niezależnie od wyznawanej religii i przynależności partyjnej. To nie znaczy, że Patriarcha mówi, na kogo głosować, ale on ma najwięcej do powiedzenia i słuchają się go wszyscy.  Szkoda, że u nas tak to nie działa.

 

Tekst i zdjęcia Maria Giedz

 

 

MARIA GIEDZ: Świat w pigułce, czyli misyjne serce Polski

Muzeum Misyjno-Etnograficzne Księży Werbistów w Pieniężnie winno być obowiązkowym miejscem edukacji dziennikarzy turystycznych, korespondentów wojennych, wolontariuszy, a i misjonarzy. Dlaczego? Bo nie jest to jedynie zbiór bez mała dziewięciu tysięcy obiektów etnograficznych i ponad 600 przyrodniczych ładnie poustawianych na półkach lub czekających w magazynach na kolejne wystawy, ale zbierana przez lata kolekcja przedmiotów ukazujących pracę misjonarzy i ich codzienne życie wśród społeczeństw z 82 krajów świata.

Na dodatek prezentacja owej kolekcji, a raczej owych kolekcji jest tak przemyślana, że wprowadza zwiedzającego w przeszłość, teraźniejszość, ale i wychodzi w przyszłość świata, który chętnie krytykujemy, a którego nie znamy i którego nie zrozumiemy, o ile nie wejdziemy w jego głąb, nie poznamy jego duszy.

Należy zobaczyć

Po siedmiu latach remontów i najróżniejszych prac konserwatorskich Muzeum Misyjno-Etnograficzne Księży Werbistów w Pieniężnie ponownie udostępniono zwiedzającym. Nie jest to jedna wielka sala, a kilkanaście „boksów” czy raczej salek ze szklanymi gablotami, szafami pełnymi szuflad, tablicami wypełnionymi napisami, mapami, przepięknymi fotografiami, planszami połączonymi z elementami multimedialnymi.

Stroje ludowe
Kolekcja butów z całego świata

Te wszystkie elementy wprowadzają zwiedzającego w świat misji, który jest przebogaty.

Narzędzia łowieckie i broń

A cytując o. Sylwestra Grabowskiego, prowincjała Zgromadzenia polskiej prowincji, to „w Pieniężnie jest misyjne serce Polski”. Co to znaczy? Zacznijmy od początku.

Muzeum jak Warmia i świat

Zwiedzanie owej ekspozycji rozpoczyna się od historii Zgromadzenia, które jest stosunkowo młode, gdyż powstało dopiero w 1875 r. Potem są dzieje Pieniężna, ważnego miasta na Warmii – jednego z 12 miast, skąd po odpowiednich kilkuletnich działaniach formacyjnych młodzi misjonarze wyruszają w świat.

 

A jest to świat trudny, często niebezpieczny nie tylko z powodu klimatu, różnic wysokości, innej kultury, braku środków do życia, ale i dlatego, że trwają tam niekończące się konflikty zbrojne, takie miejscowe, nas Europejczyków niedotyczące – czyżby? A skąd biorą się rzesze migrantów, którzy nie chcą mieszkać u siebie?

Motocykl misjonarza pracującego na afrykańskiej ziemi

Wśród tej części ekspozycji można znaleźć odpowiedź na pytanie po co, w imię czego młody człowiek wyrusza w świat, do obcego kraju poświęcając się dla innych? Teoretycznie, zgodnie z podstawowym założeniem Zgromadzenia, jedzie, aby pracować tam, gdzie Ewangelii w ogóle nie głoszono albo gdzie głoszono ją w niedostatecznym stopniu lub gdzie miejscowy Kościół nie jest jeszcze zdolny do samodzielnego życia.

Biurko (sekretarzyk) misjonarza

Postronny obserwator, a zwłaszcza człowiek niewierzący mógłby powiedzieć, że misjonarz narzuca swoją religię innym ludom, a wręcz nawet swoim pobytem wśród nich zmusza ich do przejścia na chrześcijaństwo (chodzi głównie o Kościół katolicki). No cóż, większość społeczności na świecie już od dawna słyszało o Chrystusie, a przekazywanie innym Dobrej Nowiny bynajmniej nie ma nic wspólnego ze zmuszaniem do konwersji. Są kraje, w których znaczny procent społeczeństwa wyznaje inną niż chrześcijaństwo religię, a jednak ich dzieci uczą się w chrześcijańskich, najchętniej katolickich szkołach, co występuje np. w Hongkongu, w Indiach, czy wielu pozaeuropejskich krajach, o czym dowiedziałam się z autopsji.

Misjonarz w dalekim kraju

Wróćmy jednak do muzeum i do przedstawiania życia misjonarza w owym obcym kraju. I tu dowiadujemy się o szerokim spektrum działalności edukacyjnej, ale i medycznej. Otóż misjonarze prowadzą całą gamę szkół poczynając od przedszkola, poprzez szkołę podstawową do szkoły zawodowej. Często są to również szkoły średnie, a nawet uniwersytety. Zazwyczaj w większości państw szkolnictwo jest płatne, a jeśli występuje darmowe, to zaledwie kilka klas na poziomie podstawowym. Po takiej edukacji młody człowiek posiada jedynie umiejętność pisania, czytania, dodawania i bardzo niewielką wiedzę ogólną, która nie ułatwia mu wejścia w świat dorosłych.

Szkoły prowadzone przez misjonarzy teoretycznie są płatne, ale to właśnie misjonarze szukają najróżniejszych donatorów, dzięki którym biedna młodzież ma szansę na zdobycie zawodu, podniesienia swoich kwalifikacji, a tym samym już jako ludziom wykształconym pozwala na pozostanie we własnym kraju i przyczynianie się do jego rozwoju. To właśnie misjonarze edukując uczą miejscowych zakładać spółdzielnie, kooperatywy, warsztaty pracy, przygotowują do przyjmowania turystów. Ponadto otwierając szkoły często zatrudniają w nich swoich absolwentów.

Misjonarz jak lekarz i pielęgniarz

Kolejną działalnością misjonarzy jest pomoc medyczna. To dzięki nim powstają szpitale, ośrodki zdrowia, hospicja… Wielu misjonarzy przed wyjazdem do obcego kraju kończy studia medyczne. Są więc, oprócz osobami duchownymi, lekarzami, farmaceutami, pielęgniarzami…

W misyjnym ośrodku zdrowia

I o tym wszystkim „opowiada” muzealna ekspozycja. Ale to nie koniec. Misjonarz to człowiek, który potrafi słuchać i obserwować i to znacznie lepiej niż dziennikarz, bo on tam mieszka nie tydzień, miesiąc czy rok, ale kilkadziesiąt lat i wtapia się w miejscową społeczność. Żyje jak tamtejsi, jest jednym z nich, więc dla nas dziennikarzy stanowi „kopalnię wiedzy”. To oni podpatrują, jak w trudnych dla Europejczyków warunkach bytowania pozyskuje się pożywienie, czyli co się zbiera, łowi, uprawia… Jakie miejscowi ludzie mają zachowania, wyznają wartości, jakie są ich obrzędy również te inicjacyjne. Jest to przyjęcie dziecka lub młodzieńca do społeczności dorosłych, obrzędy zaślubin, obrzędy związane ze śmiercią, z pochówkiem zmarłego…

Religia codzienna

Aż sześć sal poświęcono na wierzenia, czyli jest tam zaprezentowany kult przodków – wizerunki duchów, rzeźby związane z kultem przodków. Właśnie w tych salach można dowiedzieć się o większości religii świata. Oprócz tablic informacyjnych są tam księgi, akcesoria towarzyszące modlitwie. Są też informacje dotyczące magii, zwłaszcza tej ochronnej.

Maski związane m.in. z kultem przodków

I w tym miejscu pojawia się cała gama masek, ale i fetyszy, amuletów chroniących przed nieszczęściami. Oczywiście nie brakuje eksponatów etnograficznych związanych ze sztuką chrześcijańską.

 

Stuły kapłanów pracujących w różnych rejonach świata

Są też ubiory, również te liturgiczne, biżuteria, zabawki dla dzieci, ale i wiele książek. Każda sala, to inny temat, inne zagadnienia. Jest sala poświęcona instrumentom muzycznym, a także sala z tablicą z magnesami, które dzieci mogą układać dopasowując teren do występujących na nim zwierząt.

Podsumowując, można stwierdzić, że muzeum w Pieniężnie jest swoistym zaproszeniem do wędrówki po życiu misjonarzy pracujących niemal na całym świecie.

 

Tekst i zdjęcia: Maria Giedz