Home / Publicystyka  / Granica prywatności – z punktu widzenia ŁUKASZA WARZECHY

Granica prywatności – z punktu widzenia ŁUKASZA WARZECHY

Z pewnym opóźnieniem – aczkolwiek uzasadnionym – postanowiłem zająć się sprawą, prezentującą jeden z fundamentalnych dla dziennikarzy dylemat: gdzie powinna przebiegać granica prywatności lub też: kto jest, a kto nie jest osobą publiczną. Te dylematy objawiły się ostatnio przy sprawie Tymoteusza Szydło, który odszedł ze stanu kapłańskiego i dostał pracę pod zmienionym nazwiskiem w jednej z firm będących współwłasnością Daniela Obajtka, na stanowisku zresztą mocno podrzędnym. Opóźnienie, o którym mowa na początku, jest uzasadnione o tyle, że być może lepiej o tej sprawie pisać, gdy budzi ona już trochę mniej emocji.

 

Jedne media i dziennikarze o nowej posadzie syna Beaty Szydło informowali, inni nie, jeszcze inni oburzali się na te pierwsze – a podział, co ciekawe, szedł tutaj w poprzek podziału politycznego. Sam zastanawiałem się, czy i jak o sprawie wspominać w mediach społecznościowych i ostatecznie tego nie zrobiłem – głównie dlatego, że uważam, iż bardzo trudno znaleźć tutaj ostateczną, jednoznaczną, jasną odpowiedź.

 

Najpierw trzeba przypomnieć podstawowe fakty. O Tymoteuszu Szydło dowiedzieliśmy się w czerwcu 2017 r., gdy miała się odbyć jego msza prymicyjna. Beata Szydło pojawiała się wtedy w mediach, jeszcze jako premier, jako dumna matka, a na uroczystości na Jasnej Górze zjawiła się cała wierchuszka władzy. Później przez jakiś czas było cicho, aż zaczęły się pojawiać dziwne informacje na temat losów księdza Tymoteusza – takie na przykład, że nie stawił się w parafii, w której miał pełnić posługę. Spekulacje ucięło oświadczenie Tymoteusza Szydło, wydane pod koniec 2019 r., w którym stwierdzał, że nie udało mu się pokonać kryzysu wiary i powołania, zatem odchodzi ze stanu kapłańskiego. Sprawa znów ucichła, aż do chwili, gdy niedawno syn byłej premier odnalazł się w firmie związanej z Danielem Obajtkiem.

 

Na początek muszę zaznaczyć: decyzję pana Szydły o odejściu z kapłaństwa bardzo szanuję. Jak się w ostatnim czasie okazuje, mamy wystarczająco wielu księży, którzy księżmi być nie powinni i którzy Kościołowi zwyczajnie szkodzili. Nie porównuję tu absolutnie Szydły juniora do drastycznych przypadków zwykłych przestępców w sutannach. Myślę o tych, którzy na kapłanów się po prostu nie nadają, ale pozostali w kapłaństwie, nie mając innego pomysłu na życie. Szydło postąpił inaczej. Dla młodego księdza, poddanego w dodatku rodzajowi publicznej presji, decyzja o zerwaniu z kapłaństwem na pewno nie była łatwa i wymagała odwagi – przede wszystkim odwagi spojrzenia sobie samemu w oczy. Uważam, że była ze wszech miar uczciwa i byłego już księdza nie ma za co tutaj krytykować. Wręcz przeciwnie.

 

Pozostaje ważne dla dziennikarza pytanie: czy można o tym pisać? Jeszcze zanim wyszła na jaw sprawa zatrudnienia Tymoteusza Szydło w firmie byłego wójta Pcimia, odzywały się głosy, żeby to zostawić – że jest to już prywatne życie syna byłej premier. I chyba na tamtym etapie było to najbardziej uzasadnione. Mniej wówczas, gdy okazało się, że były ksiądz znalazł po znajomości – to przyznał on sam oraz Daniel Obajtek – zatrudnienie w firmie, w której udziały ma prezes Orlenu.

 

Przeciwko zajmowaniu się Tymoteuszem Szydło przemawia fakt, że sam nie był nigdy politykiem, a więc osobą publiczną. Jednak są też argumenty za odmiennym podejściem. Po pierwsze – trudno było nie odnieść wrażenia w 2017 r., że prymicje i święcenia syna pani premier są wykorzystywane jako element rządowego piaru. Można sobie przecież wyobrazić, że uroczystość prymicyjna mogła zostać zorganizowana po cichu, nie na Jasnej Górze i bez udziału rządowej wierchuszki. Można było zrobić z tego sprawę faktycznie ściśle prywatną – tak się jednak nie stało. Młody Szydło został w ten sposób – pomijam kwestię, czy za swoją pełną zgodą czy nie – wciągnięty w orbitę polityczno-medialną.

 

Jego odchodzenie z kapłaństwa mogło zatem budzić również naturalne zainteresowanie. Jeżeli bowiem była premier inaugurację tegoż kapłaństwa uznała oraz przedstawiła jako element swojego wizerunku, to zerwanie z kapłaństwem przez jej syna automatycznie również stało się fragmentem tej układanki.

 

Jest wreszcie rozdział ostatni: praca w ERG Bieruń Folie. Zwolennicy pozostawienia młodego Szydły w spokoju wskazują, że próbuje sobie jakoś ułożyć życie po odejściu z kapłaństwa, a firma jest przecież prywatna. To prawda – jednak Szydło nie trafił do niej z ulicy, ale został przyjęty po znajomości, zaś tutaj już wchodzi do gry sprawa stricte polityczna – relacji pomiędzy obecnym prezesem Orlenu a byłą premier. Niezależnie więc od tego, że Szydło dostał posadę naprawdę mało istotną – oberwał rykoszetem.

 

Gdyby przyjąć bliską mi optykę amerykańskich mediów w relacjonowaniu życia polityków, nie byłoby tu w ogóle powodu do wątpliwości: ktoś taki jak Tymoteusz Szydło byłby pod nieustającym ostrzałem i obserwacją, co najmniej od momentu, gdy został wciągnięty do piarowej gry pani premier. Przyjmuję jednak, że nasze europejskie i polskie podejście jest nieco inne, co zresztą wynika również z orzecznictwa dotyczącego wytaczanych spraw o naruszenie przez media prywatności. Inna sprawa, czy to orzecznictwo jest spójne, logiczne i czy uwzględnia kwestię wolności słowa i mediów.

 

Po ludzku Tymoteusza Szydło zwyczajnie mi szkoda. Ma za sobą bardzo trudne wybory, a na dodatek znów musi się zmagać z publicznym zainteresowaniem. Życzę mu, żeby udało mu się z tej orbity jak najszybciej trwale zniknąć, to jednak musiałoby oznaczać niekorzystanie z koneksji swojej matki.

 

Piszę o tej sprawie jako o przykładzie naprawdę trudnego dziennikarskiego dylematu. Wbrew temu, co twierdzą strony sporu – jak zwykle w naszej polskiej rzeczywistości trzeciej dekady XXI wieku maksymalnie spolaryzowane – nie jest to problem zero-jedynkowy i nie ma tu odpowiedzi niepozostawiającej wątpliwości. Każdy człowiek mediów musi we własnym rozeznaniu rozważyć, czy pisząc o Tymoteuszu Szydło – lub kimkolwiek w podobnej sytuacji – wypełnia interes publiczny czy nie. Nie ma tu jednej jasnej odpowiedzi.

 

Łukasz Warzecha

Podziel się!

Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Publicysta "Do Rzeczy". Karierę dziennikarską rozpoczynał w tygodniku „Najwyższy Czas!” Był redaktorem działu opinii dziennika „Życie” oraz wieloletnim komentatorem w „Fakcie”. Publikował m.in. w tygodniku „wSieci” oraz w dzienniku „Rzeczpospolita”. Był jednym z prowadzących program „W tyle wizji” w TVP Info. Obecnie jego teksty ukazują się m.in. w „Super Expressie” i na portalu Onet.pl.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close