W dziennikarstwie najważniejszy jest człowiek – rozmowa z JERZYM JACHOWICZEM, wyróżnionym Laurem SDP 2018

 

W tekście najważniejsze są nie czyny, nie wydarzenia tylko człowiek, który jest ich autorem, ofiarą albo sprawcą. Człowiek to ten, od którego się zaczyna i na którym kończy się dziennikarstwo śledcze – mówi Jerzy Jachowicz, w rozmowie z Marcinem Makowski.

 

Dziennikarstwo śledcze to pana branża od ponad 40 lat. Czy ten zawód we współczesnych mediach w ogóle istnieje?

Niestety w takim kształcie, wymiarze i z takimi zadaniami jak kiedyś, dzisiaj już raczej nikt się nie mierzy. Jest oczywiście kilku ludzi, którzy uprawiają coś na kształt dziennikarstwa śledczego w sposób moim zdaniem udany.

 

Kogo ma pan na myśli?

 

To na przykład Marek Pyza i Marcin Wikło, Czarek Gmyz, trochę Wojciech Wybranowski. Niestety oni wszyscy są usytuowani po jednej stronie sceny politycznej, w związku z tym obecnie nie dotykają i nie zmagają się w swojej pracy z realną władzą. Tymczasem potykanie się z nią jest i najatrakcyjniejsze dla czytelnika i najbardziej cenne z punktu widzenia misji dziennikarskiej. Nie chcę przesadzać z tą misją, jednak nietrudno się domyślić, że bez względu na sympatie partyjne opinia publiczna chętniej przeczyta o aferze związanej z premierem czy ministrem, zamiast politykiem opozycji.

 

Wniosek z tego taki, że dziennikarstwo śledcze uprawia dzisiaj tylko „Gazeta Wyborcza” i TVN?

 

Nie, bo głębszy problem polega na tym, że gdy rządziła władza im bliższa, też nie było parcia do głębszych śledztw. Jest przecież taki portal Oko.press, z definicji śledczy i skupiający kilku naprawdę wybitnych dziennikarzy oraz redaktorów, ale również widzący tylko na jedno oko. Jedyna rzecz, która „z tamtej strony” była w ostatnich latach na plus to opisanie warszawskiej afery reprywatyzacyjnej przez stołeczną „Gazetę Wyborczą”, co wymagało prześwietlenia pracy tamtejszego ratusza i ukazania skali złodziejstwa warszawskich nieruchomości. Nie chciałbym jednak, aby zabrzmiało to tak, jakbym zupełnie dyskredytował dziennikarstwo śledcze w Polsce. Lata 90. i jego rozkwit były czasami, których nie musimy się dzisiaj wstydzić. Problemy zaczęły się jednak wtedy, gdy najlepsze pióra stopniowo porzucały zawód, przechodząc do sektora prywatnego. Niektórzy nie wytrzymywali stresu.

 

Co dzisiaj zabija dziennikarstwo śledcze? Jego ryzykowna specyfika, czy raczej brak finansowania i „nieopłacalność” z perspektywy wydawcy?

 

Moim zdaniem to nie jest kwestia ryzyka, bo jest wiele osób, które mają stalowe nerwy i umiałyby to robić. W młodym pokoleniu ambicji nie brakuje, ale wszystko ostatecznie rozbija się o brak warunków. Komercjalizacja i tabloidyzacja mediów z roku na rok postępuje, dodatkowo wzmacniając rolę mediów tożsamościowych. Redakcje w jakimś stopniu upodobniły swój model działania do świata polityki, tj. działają na krótki dystans i chcą mieć sukces teraz, a nie za miesiąc czy kwartał. Tymczasem dziennikarstwo śledcze to pewna wizja, podejmowanie ryzyka związanego z dużymi kosztami, bez gwarancji ich zwrotu. Proszę zauważyć, że bostońska gazeta, która rozpracowywała aferę pedofilską w amerykańskim Kościele – a miałem okazję z tymi ludźmi rozmawiać – zanim cokolwiek napisała, przez kilka lat utrzymywała czteroosobowy zespół badający sprawę. Raportowali tylko szefostwu na jaki wątek wpadli, kogo złapali za rękę, i tak dalej.

 

Dzisiaj takie warunki pracy brzmią jak science fiction.

 

Bo to dzisiaj niemożliwe, w Ameryce w takim wymiarze również. Bardziej jednak od braku pieniędzy bolą mnie obciążenia polityczne. W każdej redakcji są osoby i tematy niedotykalne. Nie chodzi o jakieś tabu, ale jeszcze zanim się je ruszy, są one przez szefostwo delikatnie wyhamowywane.

 

Zawsze tak było?

 

Oczywiście, takich tematów zawsze było mnóstwo. Gdy pracowałem w „Wyborczej” czasami dochodziło do konfliktów na tym tle.

 

Pamięta pan któryś z nich?

 

Pamiętam, ale chcę podkreślić, że nie byłem wtedy jakiś waleczny i bohaterski. Czasami niewiele dało się zrobić, np. ze sprawą gen. Kiszczaka. Kierownictwo gazety nie mogło mi zabronić zajmowania się nim, ale za każdym razem gdy o nim wspominałem w tekście, żądali wyjaśnień. Stawiano przeszkody, polegające na doszukiwaniu się słabości tego tekstu. Adam Michnik i inni nie mogli mi stawić czoła wprost i powiedzieć wtedy, że „Kiszczakiem się nie zajmujemy”. Przecież pisaliśmy jeszcze pod szyldem solidarnościowym. Pewnego razu wykryłem rzecz bardzo wtedy atrakcyjną, czyli niszczenie na ogromną biuletynów biura politycznego KC PZPR. To mogło być cenniejsze niż tajne materiały służb z tamtego okresu, ponieważ w zamkniętym gronie decydentów normalnym językiem omawiano najważniejsze sprawy państwa i opozycji. Wyobraża pan sobie przeczytać takie stenogramy odnośnie śmierci Grzegorza Przemyka i ks. Jerzego Popiełuszki? I ja zacząłem badać kto niszczył, jak ten proces przebiegał. Powstał szczegółowy tekst na rozkładówkę, redakcja go przyjęła, ale przyjechał Michnik i powiedział: „Ten tekst nie może iść”. „Dlaczego?”. „Bo ma za dużo luk” – odparł. A przecież nie ma tekstu, w którym nie da się znaleźć luk.

 

Naczelny wskazał na konkretne słabości i kazał je uzupełnić?

 

Problem polega na tym, że nie. Nie było konkretnych uwag warsztatowych, tylko uwaga ogólna. To była metoda, którą zrozumiałem dopiero po latach. Działała w stylu: „ja teraz nie mam czasu, spotkamy się za tydzień i zajmiemy tą sprawą, na razie niech poczeka”. Oczywiście to zajęcie się czymś niewygodnym nigdy nie następowało. Jedyne, czego dzisiaj żałuję, to że nie zdjąłem „szczotki” ze ściany i nie zachowałem tego tekstu jako pamiątki tamtych czasów.

 

Niektórzy dziennikarze mówią, że dzisiaj w mediach nie prowadzi się już śledztw, co po prostu opisuje otrzymane z zewnątrz „kwity”. Coś w tym jest?

 

Oczywiście, miałem o to swego czasu lekkie pretensje do Gmyza, że skopał omówienie afery hazardowej, po prostu publikując rozmowy. Tymczasem dałoby się z niej zrobić epopeję demaskującą ówczesny rząd w całości, a nie kilka osób. Trzeba było jednak cierpliwości, zaangażowania kilka osób, zbudowania tła i przeprowadzenia wywiadów. Osobiście najbardziej żałuję jednak, że podobnie upadła afera Rywina, do której Adam Michnik nie dał mi się dotknąć, a ja czekałem w gotowości. Mentalnie byłem gotowy do jej opisu, ale oczywiście co by ostatecznie wyszło, nie mam pewności i nie było okazji, aby się dowiedzieć.

 

Jak pan ocenia na tym tle dzisiejsze, najgłośniejsze i najczęściej odznaczane branżowymi laurami materiałami? Weźmy chociaż „Urodziny Hitlera” Superwizjera TVN24.

 

Szkoda gadać. Wystarczyło, abym napisał o tym reportażu, przeanalizował jego recepcję w przestrzeni publicznej, zwrócił uwagę gry polityczne wokół treści i zauważył, że był w telewizji szeroko reklamowany przed projekcją, aby przyszedł pozew. I tego ostatniego aspektu się chwycono, wytaczając mi proces, ponieważ muszę udowodnić, że stacja obudowała emisję szeroką akcją reklamową. Nie pamiętam już dokładnie wszystkich szczegółów, ale przecież zapowiadano ten „Superwizjer” szeroko w innych programach na antenie TVN24, budowano wokół jego emisji napięcie i oczekiwania. To normalna procedura, więc gdzie problem?

 

Rozumiem, że ma pan do tego reportażu uwagi natury ogólnej, ale czego od strony technicznej brakowało pana zdaniem w pracy Bertolda Kittela?

 

Chciałbym jeszcze podkreślić, że ten materiał był nagradzany z powodów politycznych, a nie tyle warsztatowych. Nie jestem ekspertem od formy telewizyjnej, ale pytałem na temat tego materiału dwóch ekspertów w dziedzinie i oni powiedzieli mi, że to była inscenizacja na wpół dziennikarska. Przecież każdy wie, że jeżeli przyjeżdża się na miejsce jakiegoś protestu i świadomość tego, że są dziennikarze i kamery telewizyjne w jakiś sposób modeluje zachowanie.

 

Przecież nagrywano z ukrytej kamery pod przykrywką.

 

Pod jaką przykrywką?

 

Dziennikarze TVN nie przyjechali z kamerami i nie przedstawili się uczestnikom tych „urodzin”.

 

Dowiedzieć się jak naprawdę wyglądał ten reportaż moglibyśmy dopiero wtedy, gdyby została ujawniona taśma matka. Jest to rzecz niebywała, że nie ma do tej sprawy materiału wyjściowego, który – jak twierdzą znajomi filmowcy – powinien zawierać ponad godzinę zdjęć. My ostatecznie z lasu otrzymujemy kilka minut, a co z resztą? Wiele rzeczy pobocznych, pomijając sam obraz, wskazuje na to, że to była inscenizacja z udziałem dziennikarzy. Znam dokładnie Bertolda Kittela i już kilka lat przed reportażem o Hitlerze zauważyłem, że zdarza mu się manipulować materiałem źródłowym w celu otrzymania finalnego efektu – taka była moja obserwacja i opinia, która się nie zmienia. Wystarczy prześledzić dokładnie jego materiał o sprawie Szeremietiewa.

 

Wróćmy do pana pracy. Do jakich materiałów, która realizował pan w swojej działalności najczęściej wraca pan po latach? Które były dla pana najważniejsze?

 

Miałem w swojej pracy dużo szczęścia, trafiając na tematy. Na pewno żadnym nie chciałbym się chwalić, ale faktycznie było kilka dla mnie istotnych. Choćby możliwość przyczynienia się w jakimś stopniu do skazania części osób odpowiedzialnych za skatowanie Grzegorza Przemyka. Ważne było dla mnie zdemaskowanie grupy generałów, z gen. Bułą na czele, którzy palili akta dawnych służb wojskowych, co zakończyło się wyrokami. Cieszę się, że mogłem opisać losy jednego z przywódców bojówek rozbijających wiece Solidarności, który mimo nominacji przez Krzysztofa Kozłowskiego na szefa Komendy Stołecznej Policji, po moim tekście został odwołany. Oczywiście były również porażki. Nie zawsze udawało się zdobyć wystarczający materiał, do pisania jakiejś sprawy. Często było tak, że po publikacji nie było żadnej konkluzji i tekst nie zmieniał rzeczywistości, która moim zdaniem była patologiczna. Taki już bywa los dziennikarza, nie ma się na co żalić.

 

Wiem, że to może być nadal dla pana trudne, ale chciałbym zapytać o cenę, którą czasami płaci się w konsekwencji tej pracy. W kwietniu 1990 roku nieznani sprawcy podpalili pana mieszkanie. W środku była pana żona, której nie udało się wydostać….

 

Nie będę robić z siebie herosa, bo to była ogromna cena, którą zapłaciła przede wszystkim moja niewinna żona. Cudowna, uczciwa osoba. Dzieci również, syn i córka, zostały pokiereszowane psychicznie. Ja uszedłem z życiem, choć nie taki był plan podpalaczy i jest rzeczą naturalną, że człowiek cały czas o tym myśli. Ale są rzeczy nieodwracalne, trzeba nadal żyć. Tamta tragedia sprawiła jednak, że z dnia na dzień to ja musiałem zostać nauczycielem dzieci i przejąć za nie odpowiedzialność po żonie. Do tej pory nie znałem takiej roli, owszem, dzieci kochałem, ale ojcostwa nigdy nie traktowałem jako poważnej sprawy. Zmieniłem się, mam nadzieję pod tym względem na lepsze, ale do dziś spłacam ten dług i nadrabiam stracony czas.

 

Myślał pan wtedy, aby wycofać się z dziennikarstwa?

 

Nie, nigdy nie miałem takich myśli. Zawsze byłem odporny na wszelkie ciosy losu, taką już mam biografię. Wtedy opowiadałem co prawda androny, że udowodnię mordercom swoją pracą, że ich wysiłki okazały się nieskuteczne, ale po prostu nie umiałem odnaleźć się w innym zawodzie, niż dziennikarstwo, które nadal kocham.

 

Co w dziennikarstwie jest dla pana ponadczasowe, jakie rzeczy powinien mieć dziennikarz „z tyłu głowy”, gdy pisze swój tekst?

 

Na pewno dziennikarstwo zawsze wymagało i musi wymagać nadal ogromnej rzetelności. W ważnym materiale trzeba sprawdzić wszystko, począwszy od imienia głównego bohatera, które niby zna się na pamięć, po markę samochodu, który prowadził. W przeciwnym przypadku, jeśli zamiast o oplu napiszemy o skodzie, w sądzie obrona może podważyć rzetelność materiału, który we wszystkich innych miejscach opisywał prawdziwą i patologiczną sytuację. Dziennikarz musi być również cierpliwy i weryfikować źródła. I zajmując się branżą śledczą trzeba pamiętać, że w tekście najważniejsze są nie czyny, nie wydarzenia tylko człowiek, który jest ich autorem, ofiarą albo sprawcą. Człowiek to ten, od którego się zaczyna i na którym kończy się dziennikarstwo śledcze.

 

Rozmawiał Marcin Makowski

 


Jerzy Jachowicz

Jeden z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Przed 1989 r działał w opozycji demokratycznej. W latach 1989–2005 dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Zajmował się głównie problematyką przestępczości zorganizowanej oraz jej powiązań z dawnymi służbami bezpeczeństwa PRL-u. Pracował także w „Newsweek Polska”, „Dzienniku”, prowadził audycje w radiowej Trójce. Publikował w „Uważam Rze” i „Gazecie Polskiej Codziennie”. Jest felietonistą tygodnika „Sieci”. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi na rzecz przemian demokratycznych oraz wyróżniony Medalem Stulecia Odzyskania Niepodległości.