Nie znam się na muzyce, zatem jestem właściwą osobą, która może bez cienia wstydu pisać o muzyce właśnie. Zasłonięty a potem odsłonięty pomnik naszego Frycka w Łazienkach przypomina, że nie o kompetencje chodzi. Tylko o władzę. Także nad muzyką. Państwowe media w likwidacji szczycą się transmisjami z XIX Konkursu Chopinowskiego. Czy jednak, gdyby mógł, nasz Fryderyk wystąpiłby w koncercie zorganizowanym przez likwidowane TVP, PR i PAP?
Wątek z tytułu i wstępu jest czysto fantastyczny. I chociaż leczymy już gruźlicę a Japończycy i Chińczycy dożywają ponoć 120 lat, to jednak nie 176 lat… A tyle miałby Fryderyk Chopin, gdyby jakimś cudem wystąpił podczas gali XIX Konkursu imienia kompozytora.
Spacerkiem
Powiedzmy, że po wybudzeniu z przewoźnej komory hibernacyjnej – gdzie artyska spał sobie smacznie za pieniądze największych koncernów produkujących fortepiany i firm chirurgicznych wszczepiających implanty rąk i dłoni – poczłapałby nasz Frycek ze swoją świtą z hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu w kierunku Filharmonii Narodowej:
Najpierw zdziwiłby się i wzruszył przechodząc obok Pałacu Prezydenckiego. Wszak to tu wystąpił w 1818 roku jako dziecko rozkochując w sobie całą Warszawę. No i w Pałacu z lwami mieszka teraz Polak i to hołdujący naszej tradycji, a nie – jak chcieliby niektórzy – kolejny namiestnik Moskwy na pasku Kremla.
Dalej szedłby Chopin Traktem Królewskim wśród wiwatów i klaksonów aut. Przystanąłby chwilę przy dzisiejszej bramie Uniwersytetu Warszawskiego, minąłby kościół Świętego Krzyża, w którym dopiero planował złożyć swoje serce. Idąc dalej uśmiałby się Fryderyk serdecznie na widok kostiumów do filmu Lalka na podstawie powieści Aleksandra Głowackiego, który urodził się dwa lata przed historyczną „pierwszą śmiercią” pianisty.
Za mało reklam?
Dochodząc w pobliże Filharmonii Narodowej 176- letni Chopin zobaczyłby nieprawdopodobny zator komunikacyjny na budowie dróg miejskich imienia Rafała Trzaskowskiego. Zator na szczęście troszkę odwróciłby uwagę pianisty od nieszczęsnego tworu komunizmu zwanego pałacem kultury. I nauki.
I tutaj, przed filharmonią, zacząłby się dopiero medialny młyn. Do Chopina doskoczyliby menadżerowie firm muzycznych z pytaniami, dlaczego na fraku pianisty, zamiast starego nie ma najnowszego logo firmy Steinway & Sons? Dlaczego znak Yamahy jest mniejszy od Fazoli a ten z kolei większy od Kawai.
Zmęczony Chopin usiadłby w hallu. A tam kolejne sępy. Tym razem producenci protez ramion i dłoni, których używał od Wielkiej Wojny artysta, mieliby pretensje do służby Fryderyka, że nie widać tatuaży z logo firmy produkującej sztuczne palce. Takie właśnie miał kompozytor.
Decyzja kompozytora
Nasz Chopin był od lat przyzwyczajony do takich brewerii, ale do polskich dziennikarzy nie. Szczególnie tych z mediów prorządowych, publicznych i komercyjnych sprzyjających koalicji.
Najpierw zuchwały reporter TVP w likwidacji, już na początku wywiadu z Chopinem, wyrwał mu mikrofon, bo nie było widać znaku stacji. Potem dziennikarka Polskiego Radia kazała zanucić albo zagwizdać Fryderykowi Poloneza As – dur op. 61. Do tego depeszowiec PAP zachęcał kompozytora do wzięcia udziału w konkursie na najlepsze tłumaczenie przemówień prezydenta USA…
Potem był wywiad-rzeka. Inny niż we Francji, bo w centrum byli dziennikarze, nie artysta. Przeprowadziły go Dorota Wysocka-Schnepf i Anita Werner. Obie panie pytały kompozytora o takie rzeczy, że Chopinowi pękły niemieckie implanty słuchu a holenderskie soczewki z kosmicznego materiału przywiezionego przez poseł Wiśniewską-Uznańską z Księżyca zaczęły niebezpiecznie iskrzyć.
Pytanie na rządu żądanie i kawa, czy relanium…
Wysocka-Schepf pytała naszego Frycka o to, dlaczego nie poparł kandydata PO na prezydenta. Werner chciała wiedzieć, dlaczego kompozytor nie używa feminatywów. Potem była poważna część rozmowy. Prowadzące oraz medialna publiczność w osobach Jacka Czarneckiego i Renaty Grochal z Polskiego Radia oraz samego, skromnego, ale kompetentnego szefa PAP Marka Błońskiego, pytali artystę o jego preferencje seksualne. Po tym wycieńczającym dla prowadzących wątku zarysowała się nic sympatii między przesłuchiwanym Chopinem a przesłuchującymi.
Fryderyk musiał wysłuchać jeszcze pretensji dziennikarzy o to, że pianista nie gra w kostiumie królika. W stroju będącym hołdem dla ofiar mizoginistycznego koncernu na wielu miliardach kobiet robiących obiady swoim mężom…
Chopinowski finał
Kiedy już w sali koncertowej wszyscy witali dwudziestominutową owacją na stojąco premiera Tuska, pianista siedział sobie w scenicznym kątku przed prawykonaniem Poloneza Polonia Magna*. Chopin odjął już decyzję…Nie był pewien, czy robi dobrze?
Po kilku minutach, kiedy widzowie finałowej gali XIX Koncertu oklaskiwali jeszcze ministra Kierwińskiego i minister zdrowia, której nazwiska nikt nie pamiętał, kiedy huragan braw witał posłów Szczerbę i Jońskiego, nasz geniusz muzyczny Fryderyk Chopin wymknął się z Filharmonii Narodowej. Tajnym przejściem używanym jeszcze przez byłych milicjantów i ormowców pacyfikujących w imieniu rządu siedzibę TVP w grudniu 2023 roku, przemknął się śródmiejskimi uliczkami na Chmielną a stamtąd na koniec ulicy Foksal. Tam w Domu Dziennikarza Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przygotowane było studio na wywiad dla mediów konserwatywnych. Sam Chopin witając na Foksal tych dziennikarzy przyznał, że od mediów konserwatywnych powinien zacząć, bo w końcu sam jest z XIX wieku…
***
Ucząca się w poznańskim konserwatorium młodziutka Chinka Tianyao Lyu ** obudziła się z delikatnym, ale inspirujacym bólem głowy w południe po gali XIX Konkursu Chopinowskiego. „Fajnie było wygrać, ale nie powinnam pić tego małego kieliszeczka wódki… Zaraz, to chyba był Polonez” – pomyślała pianistka nazywana w Polsce Marysią albo… reinkarnacją Chopina. I Tianyao Lyu wróciła pamięcią do niezwykłego snu…
Hubert Bekrycht
Warszawa – Łódź 18 października 2025 roku
*nie ma takiego utworu Chopina
**kiedy pisałem felieton nie wiadomo było, kto wygra…