Home / Wywiady  / Dziennikarz to nie zawód, tylko charakter – rozmowa z MICHAŁEM KAMIŃSKIM, redaktorem naczelnym „Tygodnika Zamojskiego”

Dziennikarz to nie zawód, tylko charakter – rozmowa z MICHAŁEM KAMIŃSKIM, redaktorem naczelnym „Tygodnika Zamojskiego”

Zakazując nam publikacji na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu, sąd działał wbrew interesowi społecznemu. Jako dziennikarze mamy wręcz obowiązek, nie tylko prawo, patrzeć na to, co się dzieje z publicznymi pieniędzmi – mówi Michał Kamiński, redaktor naczelny i wydawca „Tygodnika Zamojskiego”, w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

Pierwszy numer „Tygodnika Zamojskiego” ukazał się 23 listopada 1979 roku. 40 lat później, w wolnej Polsce, 4 listopada 2019 roku dostaje Pan sądowy zakaz publikacji. Nie takiego prezentu spodziewał się Pan na czterdziestkę?

 

Nie patrzyłem na to w ten sposób, ale rzeczywiście, dzięki temu postanowieniu zaistnieliśmy praktycznie w całym kraju. Pisały o nas media branżowe, ogólnopolskie portale, były teksty w kilkudziesięciu tygodnikach lokalnych, „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Wschodnim” i „Kurierze Lubelskim”. I w tym sensie od sędzi Justyny Rzepy dostaliśmy prezent dość specyficzny, ale głośny.

 

Ale to nie tak, że wcześniej nikt o „Tygodniku Zamojskim” nie słyszał. Jesteście tytułem z długą historią i dobrymi wynikami sprzedażowymi, które też zostały zauważone.

 

To są sprawy, które niespecjalnie czytelników interesują, ale „Tygodnik Zamojski” zawsze był w czołówce. Kiedyś pokazywały to badania czytelnictwa, teraz dane sprzedażowe. Ale przez długi czas, nikogo to specjalnie nie interesowało. Teraz i owszem…

 

Wróćmy do postanowienia Sądu Okręgowego w Zamościu, który 4 listopada zakazał wam pisania przez 11 miesięcy na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu i usunięcie ze strony internetowej artykułów na temat tej spółki. Jak Pan zareagował na tą informację?

 

Byłem poirytowany, bo okazało się, że sąd wydając takie postanowienie oparł się wyłącznie na dokumentach, które przedstawiło PGK. Były tam nasze teksty i ich sprostowania.

 

Publikowaliście te sprostowania?

 

Dobrze Pan wie, że jeśli sprostowanie spełnia wymogi formalne, to redakcja ma obowiązek je opublikować, bez względu na to, jakie banialuki są w nim zawarte.

 

Natomiast nasze stanowisko prezentowaliśmy w wyjaśnieniach, które ukazywały się w gazecie. Ale tych argumentów PGK do sądu nie dostarczyło.

 

Sąd zdecydował o cenzurze prewencyjnej na podstawie twierdzeń jednej strony?

 

Tak to wyglądało, stąd irytacja. Funkcjonowanie tego typu zabezpieczeń jest prawnie uzasadnione, na przykład w sprawach finansowych. W przypadku mediów, trzeba postępować inaczej, bo zawsze można tak sformułować wniosek, by takie zabezpieczenie otrzymać.

 

Trzeba zmienić prawo?

 

Być może. Z drugiej strony kiedy bulwarówka opisuje bez zgody czyjeś życie prywatne, to zastosowanie takiego zabezpieczenia może być uzasadnione. Kluczowa jest odpowiedź na pytanie: czy istnieje interes społeczny, by pisać o danej sprawie, czy nie.

 

W przypadku pisania o spółce komunalnej sytuacja wydaje się być oczywista.

 

Zakazując nam publikacji na temat PGK, sąd ewidentnie działał wbrew interesowi społecznemu. Przecież jako dziennikarze mamy wręcz obowiązek, nie tylko prawo, patrzeć na to, co się dzieje z publicznymi pieniędzmi. Sąd jednak tego nie zauważył. W dodatku brak naszego stanowiska spowodował, że sąd mógł stwierdzić, że dobra spółki PGK zostały naruszone. Ale nigdy nie pisaliśmy, że PGK jest złą firmą, lecz opisywaliśmy decyzje kierownictwa tej spółki i ich konsekwencje. A to jest zasadnicza różnica. Nie naruszaliśmy więc dóbr osobistych spółki komunalnej i na to się powołaliśmy składając zażalenie.

 

Wtedy też pojawiła się głośna okładka w „Tygodniku Zamojskim”. W oryginalny sposób poinformowaliście o tym, że sąd zakazał wam publikacji na temat PGK. Daliście wielką ramkę w formie nekrologu opatrzoną pieczęcią „Cenzura”. Skąd taki pomysł?

 

Mieliśmy kolejny tekst na temat PGK. Konsultowałem z prawnikami jak powinniśmy się zachować, bo choć sąd w swoim postanowieniu nałożył na nas wiele ograniczeń, to do końca nie miałem jasności, o czym możemy pisać. Ostatecznie tekstu nie opublikowałem, ale pomyślałem, że forma nekrologu z napisem „Cenzura” na pierwszej stronie byłaby jasnym przedstawieniem stanowiska redakcji. Postawiliśmy sprawę na ostrzu noża.

 

W ten sposób „Tygodnik Zamojski” sam trafił na okładki.

 

Sporo tego było. O naszej sprawie podawały nawet media zagraniczne. Postanowieniem sądu zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich, otrzymaliśmy wsparcie z Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, popierała nas Izba Wydawców Prasy i Stowarzyszenie Gazet Lokalnych.

 

I wtedy też pojawił się pomysł z publikacją tekstów o PGK w mediach należących do Stowarzyszenia Gazet Lokalnych?

 

To był świetny pomysł Andrzeja Andrysiaka z „Gazety Radomszczańskiej”. Jednego dnia, 12 grudnia, na znak protestu i w geście solidarności 32 lokalnych wydawców z całej Polski, skupionych w SGL, opublikowało w 56 tytułach teksty, które na postawie sądowego postanowienia musieliśmy usunąć ze strony internetowej „Tygodnika Zamojskiego”.

 

To przypomina mi sprawę „Pentagon papers”, którą zresztą niedawno Steven Spielberg opowiedział w hollywoodzkiej produkcji „Czwarta władza”. Tam też był federalny zakaz publikacji, który udało się ominąć dzięki solidarności ówczesnych mediów.

 

I to było fantastyczne! Media pokazały wielką solidarność i siłę.  Trudno powiedzieć, że właśnie dlatego, ale szybko, bo już 13 grudnia, sąd apelacyjny zdjął z nas zakaz pisania o PGK.

 

Symboliczna data.

 

Nawet tak napisaliśmy, że 13 grudnia skończyła się w Zamościu cenzura.

 

A dlaczego w ogóle podjęliście temat PGK?

 

Zaczęło się od tekstu w sierpniu 2018 roku, który dotyczył przetargu na budowę instalacji fotowoltaicznej. Wygrała go zamojska firma, ale okazało się, że jej oferta była o 2 mln zł droższa od oferty, którą złożyła – mająca duże doświadczenie w tej materii – firma z Gdańska. Pytań i niejasności wokół tego przetargu było coraz więcej. Sprawą zainteresowało się Centralne Biuro Antykorupcyjne, śledztwo wszczęła też prokuratura. Bez naszych publikacji w kolejnych tekstach sprawa mogłaby być zamieciona pod dywan. Prawda też jest taka, że gdyby nie nasi informatorzy o sprawie byśmy nie wiedzieli. Śmiem twierdzić, że tego typu afer w firmach należących do samorządów czy państwowych jest na pewno wiele. Dlatego wszelkie interesy biznesu prywatnego z  firmami samorządowymi i państwowymi powinny być pod nadzorem powołanych do tego służb. A przy okazji mediów. Bo przecież wiadomo, że dziennikarze nie dysponują takim aparatem, by zastępować te służby.

 

Sprawa przetargu PGK musiała też uderzać w prezydenta Zamościa, Andrzeja Wnuka. To były dziennikarz, a swego czasu także redaktor naczelny konkurencyjnej dla „Tygodnika Zamojskiego” „Kroniki Tygodnia”. Jakie są wasze relacje?

 

Nigdy nie były dobre, bo zawsze byliśmy krytyczni wobec prezydenta, który notabene przez kilka lat pracował w  „Tygodniku Zamojskim”. Zresztą nie tylko on, bo także zastępca prezydenta też była naszą dziennikarką, jak i jego rzecznik prasowy. Wygląda na to, że staliśmy się taką kuźnią kadr dla zamojskiego magistratu.

 

Ale dawni dziennikarze dziś niechętnie na was patrzą. Podpadliście władzy?

 

Od początku punktowaliśmy działalność prezydenta za typowe dla naszych polityków  zachowania, czyli obsadzanie stanowisk znajomymi i „rodziną królika”. Na przykład prezesem Miejskiego Zakładu Komunikacji został wuefista, z którym Wnuk jeździł na narty. Prezes PGK to też wieloletni kolega prezydenta.

 

A łączą was jakieś relacje biznesowe? Samorząd zamieszcza ogłoszenia?

 

Odkąd Andrzej Wnuk został prezydentem, a rządzi Zamościem już drugą kadencję, nigdy się u nas nie ogłaszał. Ale nie narzekam. Nie będę „sprzedawał” prawa do krytyki i patrzenia władzy na ręce. Choć ogłaszanie się w gazecie, którą się kierowało i która ma o wiele mniejszą sprzedaż – a to robi prezydent – na pewno nie idzie w parze z interesami miasta.

 

Patrząc na wyniki sprzedaży radzicie sobie całkiem nieźle. Według raportu portalu Wirtualnemedia.pl w pierwszym półroczu 2019 roku byliście liderem wśród tygodników lokalnych w Polsce. Sprzedajecie średnio 17,5 tysiąca egzemplarzy jednego wydania, przy nakładzie sięgającym 22-23 tysiące egzemplarzy. Jaka jest recepta na sukces i przetrwanie w tych trudnych dla każdego wydawcy warunkach?

 

Uściślę: jesteśmy liderem sprzedaży prawie od zawsze. Ale wracam do pytania. Robiąc gazetę trzeba mieć wyczucie i wiedzieć, co w danym momencie jest interesujące dla czytelnika. I nie zawsze są to informacje typowo lokalne, bo o nich ludzie często wiedzą więcej niż dziennikarz.

 

To o czym chcą czytać czytelnicy „Tygodnika Zamojskiego”?

 

Nie tylko czytelnicy „Tygodnika Zamojskiego” chcą czytać o aferach, przekrętach, kryminałach, ważnych sprawach gospodarczych, czy historii, zwłaszcza regionalnej. Ale poruszamy też istotne problemy społeczne, także ogólnopolskie. Tekst o misiach koala w dalekiej Australii też się u nas znalazł.

 

Lokalność nie jest dla was priorytetem?

 

Oczywiście, że jest! Ale staramy się pisać o tym, co w danym tygodniu było przedmiotem najszerszego zainteresowania. Poza tym w „Tygodniku” mamy możliwość pogłębić temat, który w innych mediach, głównie elektronicznych, potraktowany został zdawkowo.

 

Zwykle wydawcy lokalnych mediów mówią coś dokładnie odwrotnego.

 

Może dlatego jesteśmy liderem sprzedaży? Jeśli ktoś mieszka w Biłgoraju, to sprawy komunalno-samorządowe z Hrubieszowa go nie interesują. Staramy się pisać tak, by zaciekawić czytelnika z każdego z czterech powiatów, gdzie sprzedajemy „Tygodnik Zamojski”. Kolejny stereotyp, to popularność tematyki sportowej. Kiedyś mieliśmy trzy strony sportowe, od kilku lat mamy dwie. Nie zauważyłem, by gazeta na tym straciła. Sport gminno-wiejski już tak bardzo czytelników nie interesuje. Ludzie oglądają Eurosport, więc śledzimy sport z wyższej półki. Redakcja musi czuć, co ludzi w danym momencie chwyta.

 

Dlatego jest też sporo rozrywki?

 

Ogromną popularnością cieszą się nasze „Romanse niezmyślone”, czyli konkurs z ponad 30-letnią historią. Mamy już dziesiątą edycję, na którą napłynęło około 350 prac z całej Polski, opisujące miłości, zawody, zdrady. I można zapytać, jaki to ma związek z lokalnością… Oczywiście mamy też dużo krótkich informacji z regionu, które są podzielone na poszczególne powiaty i miasta. Jest ich w każdym numerze kilkadziesiąt i dobrze się to czyta. Moglibyśmy je rozdmuchiwać, wypełniając nimi gazetę. Tylko po co? Jeszcze jedno. Dobrze jest pamiętać, przynajmniej ja tak uważam, że czytelnik jest coraz bardziej wykształcony i bardzo dużo wie o tym, co się dzieje dzięki dziesiątkom kanałów TV i Internetowi. Dlatego formuła pisania głównie o sprawach lokalnych mu nie wystarcza.

 

Przepisywanie informacji ze stron internetowych i biuletynów informacji publicznych samorządów nie ma sensu?

 

Dokładnie. Dlatego ograniczam teksty o samorządach, jeśli nie są krytyczne, bo inaczej interesują tylko samych urzędników. Ale jeśli jakiś burmistrz, czy wójt kręci lody, to jak najbardziej jest to temat. Dlatego też nie chwalimy samorządowców. Jeśli coś jest rzeczywiście dobre, to samo się obroni. Gazeta nie jest od tego, by dawać władzy laurki. Zresztą, zawsze staramy się być daleko od władzy.

 

Każdej władzy?

 

Tak. Nie promujemy żadnego ugrupowania, nie faworyzujemy nikogo. Bo czytelnik od razu wyczuje, że gazeta się komuś podlizuje. Dzięki temu, że nie przechylamy się ani na prawo, ani na lewo, a nasz czytelnik jest nam wierny. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy ponad 5 tys. prenumeratorów. To największy poziom prenumeraty na wschód od Wisły.

 

To wynika z waszej postawy?

 

Nie ma jednego źródła sukcesu. Każde wydanie gazety trzeba traktować jakby było najważniejsze. Nie unikamy żadnych tematów, nawet tak kontrowersyjnych jak pedofilia wśród kleru. Czytelnik to na pewno odczuje i będzie chciał mieć następny numer gazety w domu.  Oczywiście, jak przychodzą wybory, to korzystamy na tym, pojawiają się reklamy i ogłoszenia wyborcze. Ale politycy, przychodząc do mnie, usłyszą: „My zarabiamy na gazecie, a wy na polityce”. I zapraszam do biura ogłoszeń.

 

Ale czy to wszystko, co Pan wie o swoich czytelnikach, wynika wyłącznie z redaktorskiego nosa i doświadczenia, czy na przykład badań opinii publicznej?

 

Ja po prostu zadaję sobie pytanie czy to co czytam zainteresuje czytelnika. Tak robimy gazetę.

 

Pan jest redaktorem naczelnym od 1991 roku.

 

Kiedy są roszady, to wtedy każdy naczelny chce się wykazać, robi rewolucje, często uzyskując efekt odwrotny od założonego. W ten sposób można wykończyć każdą gazetę, także finansowo.

 

Co Pan ma na myśli?

 

Na przykład kiedyś wiele gazet dołączało do numerów jakieś gadżety. Sprzedaż chwilowo rosła, ale gdy prezenty się kończyły, spadała do poziomu niższego niż przed akcją gadżetową. Zyskiwali tylko ich producenci. Nie kierowałem się stereotypami i do „Tygodnika Zamojskiego” nigdy nie dołączaliśmy dodatku telewizyjnego, co czyniło większość tytułów. Jak widać, nie przeszkodziło nam to w osiągnięciu największej sprzedaży wśród tygodników regionalnych.

 

Lepiej inwestować w dziennikarzy?

 

Z tego co wiem, to zarobki naszych dziennikarzy są większe niż w Lublinie.

 

W tej chwili zespół „Tygodnika Zamojskiego” tworzy sześciu dziennikarzy i ośmiu stałych współpracowników. Co usłyszy od pana człowiek, który chce zostać dziennikarzem?

 

Że dziennikarz to nie zawód tylko charakter. Dziennikarzem powinna być osoba interesująca się tym, co się dzieje dookoła, ale też niepokorna, którą denerwuje bałagan i głupota. Dziennikarz musi być krytyczny. To nie może być osoba, której wszystko się podoba, bo będzie się przewracała o tematy.

 

A u swoich dziennikarzy co Pan ceni najbardziej?

 

Warsztat dziennikarski. Dziennikarze „Tygodnika Zamojskiego” wiedzą jak podejść do tematu, co jest istotne, o co należy zapytać i jak pisać teksty. I robią to sprawnie. A pamiętam czasy kiedy składaliśmy gazetę do późnej nocy, bo czekaliśmy na teksty.  Teraz wszystko idzie szybciej. Inna rzecz, że czasy kultury obrazkowej wymusiły skracanie tekstów. Bo – jak mówił Melchior Wańkowicz – krótszy tekst, zawsze jest lepszy od dłuższego.

 

To biorąc sobie do serca te słowa i nam czas kończyć, bo trochę się rozgadaliśmy.

 

Takie czasy.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

 

Podziel się!

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close