Na pierwszy rzut oka to anachronizm: kartki, zszywki, farba drukarska – kiedy wszystko jest już w sieci. Kto dziś chce robić zin? Odpowiedź nie jest ani sentymentalna, ani jednowymiarowa.
Od kilku lat obserwujemy w Polsce coś w rodzaju powrotu do papieru: nie masowego, mainstreamowego drukowania, lecz drobnej, lokalnej produkcji – zinów robionych metodą DIY (angielski skrót od wyrażenia „Do It Yourself”, które oznacza „Zrób to sam”), kolekcjonerskich, często limitowanych, z wyraźnym podpisem autora i społecznością wokół nich. Ziny to nie przypomnienie dawnego undergroundu na siłę, lecz świadomy wybór formy komunikacji.
Zin historyczny
Jako pierwszy polski zin wskazuje się nieraz „Notatnik Robotnika Sztuki” – niezależne pismo wydawane przez artystów związanych z elbląską Galerią El, którego pięć numerów ukazało się w latach 1972-1973. Impuls zinotwórczy w PRL-u – tu nie będzie niespodzianki – przyszedł wraz z pierwszą falą polskiego punk rocka. W 1979 roku w Warszawie, w środowisku związanym z zespołem Kryzys pojawił się fanzin „Szmata”. Krzysztof Grabowski z Dezertera wydawał „Azotox” (1983-1986) – na ostatniej stronie drugiego numeru widniało punkowe hasło: „GAZETY MANIPULUJĄ – TA TEŻ!!! MYŚL SAM”.
W analizach badawczych tamtego okresu przyjmuje się, że w latach 1978-1998 ukazywało się ok. 1275 tytułów (i prawie 3300 numerów!). Zapewne było ich więcej.
Wariaci wydawniczy
Kto to wydaje? Najczęściej ludzie, których trudno jednoznacznie opisać: twórcy, muzycy, graficy, aktywiści, a czasem całe kolektywy. Przykład najbardziej rozpoznawalny – „Chaos w Mojej Głowie”. Fanzin był wydawany w drugiej połowie lat 90-tych, by zakończyć żywot w 2001 roku. Po dekadzie jednak znalazło się kilkoro ludzi od lat związanych ze sceną hardcorepunk, którzy wznowili zina (ostatni numer „Chaos w Mojej Głowie” #31 – lato 2025, format A4 i 280 stron!). Projekt, który od lat układa się jak hybryda magazynu i kroniki sceny: duże numery, setki stron wywiadów, rysunków, reportaży.
Za zinami stoją konkretni ludzie i lokalne sieci. W przypadku „Chaosu” inicjatywa odżywała dzięki grupie związanej z Opolem i osobom, które się z niego wywodzą. Drobne inicjatywy, jak „Bunkier” (Radom) czy „Ściana Wschodnia”, pokazują z kolei jak zin potrafi być narzędziem lokalnej opowieści i wymiany.
Dlaczego druk, skoro jest internet?
Odpowiedzi zebrane z rozmów z twórcami i uczestnikami sceny powtarzają parę motywów. Po pierwsze gest. Zin jest fizycznym znakiem istnienia, przedmiotem, który można położyć na stole, schować do pudełka, wymienić na koncercie. To ważne w kulturach, które cenią rytuał: koncert → stoisko → rozmowa → sprzedaż/zamiana.

Po drugie estetyka i kontrola: papier pozwala na eksperyment z formatem, typografią, kolażem, ręcznymi poprawkami, wprowadza do pracy element „unikatu”.
Po trzecie zaufanie i trwałość Papier wciąż ma wartość archiwalną, trudniej go skasować niż post w mediach społecznościowych.
Wreszcie, ekonomia społeczna. Dla wielu wydawców zin to sposób na finansowanie działań (drobne sprzedane nakłady, wymiany, zrzutki) i utrzymanie niezależności od algorytmów i reklam. Te motywy powtarzają się w analizach i reportażach poświęconych renesansowi zinów w Polsce.
Ziny jako pierwowzór Internetu
Michał Chojecki, artysta wizualny, założyciel Oficyny Peryferie – pracowni drukarsko-introligatorskiej i artzinowego wydawnictwa stwierdził: „Zarówno śmierć zinów na przełomie wieków, jak i ich współczesne odrodzenie, są ściśle związane z Internetem. Pojawienie się blogów, a następnie mediów społecznościowych, bardzo szybko doprowadziło do tego, że niezależne i rozproszone treści, które były publikowane w zinach, przeniosły się do sieci. Tam zyskały możliwość o wiele łatwiejszej dystrybucji i uwolniły się z sideł fizycznego nośnika.

Jednak szybko okazało się, że wolność Internetu stała się – bo ten pierwotny Internet był rzeczywiście zdecentralizowany i nieregulowany – ułudą. Przypomnijmy sobie arabską wiosnę, gdy Facebook i Twitter były narzędziami, które sprzyjały łamaniu monopoli medialnych – dzięki nim ludzie organizowali się i umawiali na protesty. Jednak niedługo później wypłynęła sprawa Cambridge Analytica, co pokazało, że tak naprawdę cyfrowe media są narzędziem kontroli, dominacji i manipulacji. Dlatego dziś dostrzegam w zinach reakcję na nieskończoność cyfrowego strumienia danych, a także tęsknotę za osadzeniem w fizycznym świecie. Ziny współcześnie mają inne znaczenie niż miały 30 lat temu, kiedy były najprostszą formą subkulturowej komunikacji. Z dzisiejszej perspektywy tak nie jest – stworzenie zina wymaga większego wysiłku, ale odgrywają one znaczącą rolę: są jak ognisko, przy którym gromadzą się ludzie, żeby pogadać i wspólnie spędzić czas”.[1]
Kultura papierowa funkcjonuje równolegle do sieci: stoiska na festiwalach i koncertach, lokalne księgarnie niezależne (tych niestety ubywa), biblioteki zinów (w 2022 r. kolekcję zinów w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich prezentowano na specjalnej wystawie w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu!), a także spotkania warsztatowe — nauka składania i powielania numeru to dziś osobny rytuał i sposób na budowanie społeczności. To nie są jedynie egzotyczne eksponaty — to żywa wymiana. Warsztaty „jak zrobić zina?” i festiwale zinowe, które przyciągają pokolenia od nastolatków po doświadczonych wydawców.
Prawo zinów
Ziny rządzą się swoimi zasadami: mały nakład, dobre relacje z dystrybucją niezależną, przemyślana sprzedaż podczas wydarzeń. Wiele projektów korzysta też z Internetu jako narzędzia promocji i sprzedaży (media społecznościowe, Bandcamp, newsletter), ale papier pozostaje produktem centralnym – medium, które daje autorowi pełnię wyrazu. Dla części ludzi zin to forma oporu wobec standaryzacji treści online; dla innych – przestrzeń do eksperymentu, gdzie błędy i surowość są wartością.
Współczesna „scena zinowa” w Polsce jest bardzo zróżnicowana i dynamiczna. Ziny, które kiedyś kojarzyły się głównie z punkową subkulturą i kserowanymi, amatorskimi wydawnictwami, dziś ewoluowały, choć nadal zachowały swój niezależny, często non-profitowy charakter. Cechuje je różnorodność form i tematyki: ziny nie są już tylko fanzinami muzycznymi. Znajdziemy wśród nich artziny (skupione na sztuce wizualnej), ziny komiksowe, literackie, feministyczne, fotograficzne, a nawet kulinarne. Tematyka jest praktycznie nieograniczona, od osobistych notatek i pamiętników, przez reportaże, po eseje i poezję.
Łatwiej, chociaż trudniej
Chociaż duch DIY (do it yourself) wciąż jest żywy, twórcy coraz częściej sięgają po profesjonalne techniki druku, takie jak risograf czy sitodruk, co nadaje zinowym publikacjom unikalny, estetyczny charakter. To sprawia, że wiele współczesnych zinów to prawdziwe małe dzieła sztuki. Doskonałym przykładem wysokiej jakości wykonania jest „Striptiz” – zin artystyczny Marcina Pryta z Łodzi (znanego też jako Henryk Ulik, M11P, Xylen Mazaki) — poety, komiksiarza, muzyka (projekty: 19 Wiosen, Tryp, MASZYNOWA), aktywnie działającego w strukturach kultury niezależnej – m.in. poprzez fundację Kosmopolitania.

Przyszłość? Ziny nie będą dominować w krajobrazie medialnym, nie po to powstały. Ich siła polega na tym, że są niszowe, ale wpływowe: kultywują pamięć, pozwalają testować pomysły, przypominają, że słowo i obraz mogą istnieć także poza ekosystemem klików. Nie chodzi o rozgłos, nie chodzi o pieniądze. Ważna jest…idea!
Festiwale i biblioteki zinów, warsztaty i małe wydawnictwa pokazują, że papier w 2025 roku ma więcej twarzy niż kiedykolwiek – od ostrego punkowego, czy metalcore fanzinu, po artystyczne, limitowane edycje. Dziesięć lat temu w Domu Słów w Lublinie odbył się Samizdat: Lublin Zine Festival. Nomen omen 13 grudnia 2015 r. odbyła się konferencja połączona z całodniowymi warsztatami tworzenia małych autorskich publikacji artystycznych. Kserowane samizdaty jako świadomy wybór artystycznej ekspresji.
Ciągle drukują…
W Łodzi niedawno też miało miejsce wydarzenie łączące dwie inicjatywy związane z drukowaniem, niezależnym wydawaniem, działaniem kolektywnym: warszawski Drukuj Zinfest oraz łódzki Render. Podczas wspólnego wydarzenia w formule targów wydawców tworzących ziny, art magazyny, druki, niezależne publikacje, eksperymentujących z technikami, realizacjami i materiałami w ramach formuły „zrób to sam”.

Dla tych, którzy chcą doświadczyć kultury w trybie „offline”, zin jest dziś jeszcze bardziej atrakcyjną alternatywą niż jeszcze dekadę temu. Ziny w Polsce AD 2025 to nie nostalgiczny powrót ani obrona przed technologią, lecz świadomy wybór formy komunikacji – fizycznej, ograniczonej, ale dzięki temu często bardziej szczerej i bliższej. Jeśli ktoś chce poczuć tę energię, niechaj idzie na zinfest, kupi numer ze stoiska, porozmawia z autorem. To najlepszy sposób, by zrozumieć, po co ktoś dziś rozdaje papier w dobie internetu. Zinowe „podziemie” w Polsce jest dowodem na to, że papier nie umarł, a ręczne, niezależne tworzenie wciąż ma się świetnie i przyciąga nowych, kreatywnych ludzi.
W dobie znikających tytułów, politycznych zawirowań na rynku prasy, istnienie i pewien rozkwit „obiegu alternatywnego” (trzeciego obiegu?), to dobra czy zła wiadomość dla dziennikarzy?
[1] Chojecki M. (2022) – Jak Zrobić Zina? Self-publishing dla artystek i artystów. Warszawa: Oficyna Peryferie.