Home / Hyde Park  / MIKOŁAJ JULIUSZ WACHOWICZ: Eskapizm w przeszłość

MIKOŁAJ JULIUSZ WACHOWICZ: Eskapizm w przeszłość

We wrześniu zapowiadałem podjęcie problemu eskapizmu w przeszłość, a rozmaite wydarzenia i komentarze utwierdziły mnie w słuszności tego postanowienia.

 

Adam Szustak, którego cenię za dowcip, bezpośredniość i syntetyczne Wstawaki, nader często (np. w odcinku 648 z 28 października 2020) przestrzega przed życiem tym, co się dawno skończyło. Oczywiście nie neguje on doświadczeń i widzę wyraźnie, że chodzi mu głównie o to, aby iść naprzód bez obciążeń. Czy jednak aby na pewno ma rację? Czy zawsze i w każdej sytuacji jest to właściwe? Przecież istnieją również konstruktywne formy życia przeszłością, np. kiedy odtwarzamy dzieje rodzin i ich genealogię, czyniąc z tego zarazem pasję, a nawet zawód.

 

Wydaje się, że niemal wszyscy ludzie zbytnio koncentrują się na teraźniejszości i stąd mają problemy. Owszem, zapewne wielu chciałoby o przeszłości zapomnieć. Jedni, bo stanowi to dla nich destrukcyjny balast. Drudzy, ponieważ pochodzenie i curriculum vitae nie są mile widziane w środowiskach, w które chcieliby wkroczyć. Jeszcze innych uwiera przeszłość nie tyle osobista czy rodzinna, ile historyczna. Znam i takich, którym ongiś nieźle się wiodło, lecz dziś są nieszczęśliwi i nie tylko nie potrafią siebie z tego stanu wydobyć, ale nawet nie umieją podbudować się wspomnieniem. Gdyby zaś filozoficznie podchodzili do zagadnienia, skonstatowaliby, że po prostu spotkała ich równowaga. Szczęście i powodzenie na ziemi trwać wiecznie nie mogą. Księga Koheleta i opowieść o Pierścieniu Polikratesa mówią o tym najwymowniej. O równowadze życiowej jednak będzie kiedy indziej.

 

Od zawsze uciekałem w przeszłość: historyczną, rodzinną i swoją własną. Nigdy nie byłem zachwycony epoką, w której przyszło mi żyć, a teraz – kiedy cywilizowany świat przechodzi w fazę degeneracji – tym bardziej nie jestem nią zachwycony. Pewnie tak mają wszyscy świadomi faktu, że ich przodkom wiodło się znacznie lepiej. Ludzie bez przeszłości, z awansu – siłą rzeczy myślą odwrotnie i nie należy ich za to potępiać. My – z fortunniejszymi przodkami i barwnymi życiorysami – patrzymy inaczej i staramy się dobrze to wykorzystać. W ponurych latach 80-tych, kiedy nie mogłem jeszcze do końca decydować o sobie, uciekałem do barwnych wspomnień z kolorowszych i stabilniejszych lat 70-tych, w opowieści rodzinne i w dzieje odległe, przede wszystkim w Cesarstwo Rzymskie. Słuchałem dawnej muzyki, która mnie hipnotyzowała i działała na wyobraźnię. Mieszkając na ponurym, warszawskim osiedlu, z rzadka kontaktując się z prawdziwą przyrodą czy autentycznymi zabytkami, odpływałem w czasy, gdy miasta nie były jeszcze tak potwornie rozbudowane, a ludność tak okropnie stłoczona. Marzyłem o zamieszkaniu w XIX-wiecznej kamienicy, w małym, historycznym miasteczku (zatem w takiej przeszłości w teraźniejszości), którego opuszczenie zajmuje nie więcej niż 10 minut jazdy rowerem albo 20 minut szybkiego marszu, choćby nawet w Kępnie Wielkopolskim, gdzie żyli moi lwowscy dziadkowie. A najlepiej na wsi. I z rozkoszą wspominałem przeszłość, kiedy podróżowałem więcej niż 4 tygodnie rocznie. Te klimaty, takie postrzeganie rzeczywistości, uciekanie w marzenia, w przeszłość i w głąb siebie świetnie opisał zresztą mój przyjaciel Andrzej Pilipiuk w początkowych rozdziałach „Raportu z północy”, albowiem jego doświadczenia są podobne. Nie wątpię, że owa autoterapia uchroniła  mnie przed stoczeniem się w używki i nałogi, przed popadnięciem w depresję. Ilu jednak nie uchroniła, skoro nie znali tej prostej, dostępnej każdemu metody?

 

Gdy jednak w roku 1987 zaczęło się wreszcie coś zmieniać na lepsze – trochę w kraju, a więcej w mym życiu – jąłem znów żyć teraźniejszością, a ciekawsze sprawy zapisywać w Dzienniku, gromadząc kapitał, który – stawszy się przeszłością – zacznie procentować. I tak już zostało: notatki prowadzę dotąd nieprzerwanie. Mój gigantyczny projekt życiopisania trwa 34-ty rok! – podsumowałem 20 kwietnia br. Dla historyka życia codziennego materiał to bezcenny. Ale i dla mnie, gdyż wyciągi z Dzienników pomagają mi często stworzyć dobry artykuł, na przykład wspomnieniowy, jak chociażby o ks. Janie Twardowskim na 100-lecie Jego urodzin. Albo skompilować kronikę podróży. W mojej książce o Jarosławie Zielińskim i pokoleniu 1971, wydanej 3 lata temu, wykorzystałem fragmenty Dzienników z lat 1989 – 90 i 1992. Co więcej, ponieważ Zieliński też w tym czasie prowadził tego typu zapiski (zwał je Notesem), nadarzyła się okazja porównania tego samego okresu z różnych punktów widzenia, stylów, a nawet tych samych wydarzeń, w których braliśmy udział. Tak więc być może teraz przygotowuję materiał do kilku książek – również fabularnych, bo kto wie, czy nie przerobię kiedyś tego na beletrystykę? Żyłem dotąd niebanalnie i ciekawych ludzi spotkałem, dziwnych spraw i wielu niebezpieczeństw doświadczyłem, więc jest z czego wybierać. Przyszłość zaś w obecnej sytuacji pandemicznej to jedna wielka niewiadoma. Dlatego należy się śpieszyć i nie odkładać tego, co zaniedbywaliśmy przez wiele, wiele lat.

 

Fragmenty krążą też w obiegu prywatnym, gdyż wielu bohaterom przypominam, co ongiś robiliśmy. „Ale fajne wspomnienia!” – zawołała artystka-malarka, koleżanka z licealnej klasy, gdy przysłałem jej miesiąc temu opis wycieczki w Pieniny z maja 1987.

 

Okres pandemii ograniczył moją (i nie tylko moją) normalną aktywność. Przebywając w górskim refugium, postanowiłem przepisać wybrane tomy wspomnień. Natomiast notatki bieżące wysłałem na konkurs „Dziennik Pandemiczny” Instytutu Literatury w Krakowie. Powrót do dawnych wydarzeń pozwolił doświadczyć czegoś niezwykłego:

 

18 kwietnia sobota – 20 DZIEŃ

 

(…) ZACZYNAM PRZEPISYWAĆ rok 2001. Myślałem, że się zdołuję. Owszem, codzienność urzędnika ministerialnego była wredna, lecz opisy wyjazdów – pełne czystości, wrażliwości, piękna przyrody. NIE MOGĄC TERAZ WYJŚĆ NA SZLAKI, POWRÓCIŁEM NA NIE WYRAZIŚCIE DZIĘKI OBRAZOM Z III 2001. Nagle zacząłem postrzegać ten czas (19 lat) jako WYJĄTKOWO ODLEGŁY. Dotychczas bowiem całą ZAPRZESZŁOŚĆ ustawiałem przed r. 2000. I tak doszedłem aż do 17 III 2001 – przełom stron 8 i 9. NIEWIELE, ALE KONKRETNIE. (…)

 

24 maja niedziela – 56 DZIEŃ – zatem jestem tu już 8 tygodni.

(…)

Do 19.54 przepisałem ok. 10 stron Dziennika 2002. Aż do 2-go dnia pielgrzymki kanonizacyjnej Escrivy (5 X). W REZULTACIE – PRZEŻYŁEM TO RAZ JESZCZE. CZY CI, KTÓRZY NIE PISZĄ DZIENNIKÓW, BĄDŹ W INNY SPOSÓB NIE REJESTRUJĄ DOKŁADNIEJ ZDARZEŃ – SĄ POZBAWIENI NA ZAWSZE MOŻLIWOŚCI DOZNANIA TEGO STANU? PRZEPISYWANIE i PRZEŻYWANIE POWTÓRNE to RODZAJ AUTOTERAPII: POWODUJE ZUPEŁNE NIEMAL WYŁĄCZENIE się z RZECZYWISTOŚCI i PRZENIESIENIE w INNY CZAS.

 

Skoro ten felieton nabiera struktury szkatułkowej, zajrzyjmy do owej soboty 5 października 2002:

 

Granicę unijną (gdzie wybudowali w „pasie niczyim” różne „rozrywki” typu zgon samolotu, zielona hala podświetlona, smok) przejeżdżamy jeszcze szybciej. NIGDZIE NIE DOSTALIŚMY STEMPLI, więc NIE UDOWODNILIŚMY ISTNIENIA TEJ PODRÓŻY! Ok. 2.00 lub później wreszcie drzemię z h czy 1,5.

 

Budzę się gdzieś w Tyrolu pośród ściany lasu i mam wrażenie, iż to jakaś opadająca dolina. Potem zaczynają się tunele i mgła. Postój jeszcze przed Klagenfurtem. Znów drzemię i oto wyłaniają się BLADYM ŚWITEM BAJKOWE MASYWY ALPEJSKIE. (Od wielu dni nastawiałem się na ten widok! Dlatego też szkoda mi było pieniędzy na samolot – dodaję w przypisie). Ostre lub poszarpane, przyprószone śniegiem, przymglone. Koło Villach rozpoznaję dolinę, w której obudziliśmy się 7 LAT TEMU – trakcja kolejowa biegnie równolegle. Wtedy urwiska wydawały się wyższe. Dziś realnie oceniam je na 1.000 m wysokości względnej. To jedziemy doliną, to kolejne przecinamy. Mnóstwo tuneli. Towarzyszy nam znowu kamieniste, szerokie koryto wyschniętej (lub osuszonej) rzeki. W pewnej chwili na lewo liściaste, brązowo-złote zbocze, a na prawo mleczno-szare, nagie skały posępne. Ok. 8.00 wjeżdżamy na równinę.

 

Jak często, gdy nie ma czasu notować na bieżąco, relacja urywa się nagle, a dalej brakuje również dni 3 i 4. Póki nie sięgnę do zdjęć i innych materiałów, których aktualnie nie mam przy sobie, muszę zadowolić się takim zakończeniem, odtworzonym z pamięci:

 

[Robert też stopniowo się budzi i o różnych rzeczach rozmawiamy. Także przeszedł grypę żołądkową – źródło zakażenia pewnie więc było wspólne (czyli na zebraniu przedpielgrzymkowym – trzeba dodać w przypisie). Ale jako wyższy o 10 cm i masywniejszy – znacznie łagodniej. Wyłączyło go tylko na cały dzień. Pił wódkę z colą i to mu pomogło. Z lekarzem się nie konsultował. Gadamy też o filmach naszego dzieciństwa, w tym  o „Stawce większej niż życie”. O zaroście – latem R. zapuścił go na 2 tygodnie i okazało się, że połowę włosów ma już siwych. A przecież dopiero skończył 35 lat! Z pewnością śpiewamy Godzinki i inne modlitwy. W końcu informują, że czeka nas rejs po Wenecji.]

 

Badania podobno wykazały (czytałem to w jakimś w artykule naukowym, którego teraz nie potrafię wskazać, toteż zacytuję uogólnienie, zawarte w tekście A. Gajowiak „Rola pamięci autobiograficznej” na portalu Party), że dawniejsze wspomnienia magazynowane są w postaci schematycznej, natomiast te, które nie sięgają w przeszłość dalej niż 2 lata charakteryzują się dużą obrazowością (dominują w nich dane abstrakcyjne). Moje doświadczenie temu przeczy. A może i nie tylko moje… Jeżeli więc ktoś – dziś zdołowany Pandemią Koronawirusa – przeżył ongiś coś pomyślnego albo nawet serię pomyślnych wydarzeń, niechaj – zachowując równowagę między wspomnieniami a bieżącym staraniem i rozsądnym planowaniem przyszłości – tak jak ja poeksperymentuje.

 

Podziel się!

Rocznik 1971. Absolwent politologii i polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarz, autor opowiadań, wierszy. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, sekretarz Sądu Koleżeńskiego Oddziału warszawskiego SDP.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close