Home / Hyde Park  / Palestra – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Palestra – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Paskudny zimowy dzień. Pada. Przenikliwe zimno. Rynek w Skoczowie.

 

– Tu, między ratuszem a restauracją – pokazuje Józef Borkała – wyrzucono z samochodu na bruk ciało mojego ojca. Leżał tak półtorej doby. Zakrwawiony. Ubłocony. Ludzie mieli się napatrzeć: tak kończą wrogowie ludowego państwa! Zabili go funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa.

 

Był 11 stycznia 1946 roku. Kilkanaście godzin wcześniej osaczono, w pobliżu leśnej kryjówki używanej przez kilka lat niemieckiej okupacji, 10 osobowy oddział byłych NSZ-owców. Miesiąc wcześniej się ujawnili. Potem zgłosili się do pracy w milicji. Zostali przyjęci. Ale szybko zrozumieli, że ich dni są policzone, gdy zainteresowała się nimi służba bezpieczeństwa. Wrócili do lasu. Ktoś zdradził. Wysłano oddzielnie dwa oddziały. Nie wiedząc o sobie bezpieczniacy i milicjanci wzajemnie się ostrzelali. Byli partyzanci, doświadczeni w walkach próbowali wyrwać się z kotła. Wywiązała się bitwa. Dowódca NSZ-owców zginął.

 

Ciało Józefa Borkały nie zostało wydane rodzinie. Wraz z innymi ofiarami akcji mającej miejsce pod Skoczowem w nocy z 10 na 11 stycznia 1946 roku zostało zakopane lub spalone. Do dnia dzisiejszego syn nie wie co się stało z ciałem ojca.

 

W krótkim czasie po śmierci Józefa Borkały została aresztowana jego żona Antonina, matka 3-letniego synka – tak jak ojciec – Józefa. W UB-ckich więzieniach (między innymi w Cieszynie) poddano ją torturom, dotkliwie poraniono, spowodowane uszkodzenie słuchu.

 

W czasie pierwszego przesłuchania kopano ją, bito po głowie, po rękach i plecach. Umieszczono w celi jednoosobowej. Musiała stać przy drzwiach. Nie mogła siadać ani spać. Była bita. Zwolniona została po sześciu miesiącach.

 

Jeszcze do lat siedemdziesiątych niepokojona była przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Wychowywała urodzonego w 1942 roku syna.

 

W domu nigdy nie rozmawiano o tamtych czasach. Całe życie Pani Antoninie towarzyszył strach, że tamten koszmar powróci. Syn traktowany był przez kontrolującą rodzinę władzę jako „element” niepewny, wrogi. Został górnikiem. Do emerytury pracował w kopalniach, przez wiele lat na dole jako górnik przodowy.

 

Józef Borkała, syn Józefa od lat bezskutecznie walczy o zadośćuczynienie za śmierć ojca, męczeństwo matki i życie naznaczone piętnem zbrodniczej władzy. Sprawy się toczą w sądach – okręgowym, apelacyjnym. Materiały IPN-owskie jednoznacznie potwierdzają fakty. Ale to nie wystarcza sędziom. W ich ocenie pojawiają się opinie, że „nie udało się udowodnić, ani chciałby uprawdopodobnić, że pozbawienie wolności – aresztowanie matki wnioskodawcy związane było z jej działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, czy też oporu wobec kolektywizacji wsi oraz obowiązkowym dostawom”.

 

Pełnomocnik Józefa Borkały, mecenas Andrzej Wołoszyn z Gliwic, wnosi kolejne odwołania. 5 lat temu Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej zasądził od Skarbu Państwa zadośćuczynienie w kwocie 80 tysięcy złotych. Wyrok ten utrzymany został w mocy w roku 2017 przez Sąd Apelacyjny w Katowicach. Obecnie zgłoszona została apelacja wnioskodawcy od wyroku zapadłego we wrześniu 2019 roku, a rozprawa wyznaczona początkowo na grudzień jest znów przekładana o kilka miesięcy.

 

Pan Józef Borkała ma 77 lat. Ciągle czeka na sprawiedliwość. Ta, która przedstawia się sumą osiemdziesięciu tysięcy złotych sprawiedliwością nie jest. Ktoś walczył, ginął. Jakiż to sąd. Jakiż człowiek w todze zamienia w swoim sumieniu morderstwo afirmowane przez państwo na nędzne zadośćuczynienie. I jak to ten ważny człowiek – z orłem na łańcuchu – liczy?

 

 

IRENA JASTRZĘBOWSKA

… ma dziś 92 lata. Też czeka. I czekają jej córki. Tym razem sądy okazują się łaskawe, ale z sędziami nie zgadza się pan prokurator.

 

Pani Jastrzębowska odwołuje się więc do prokuratorskich władz, we wrześniu 2019 roku: „pomimo tzw. starczego wieku jaki osiągnęłam, posiadam znakomitą pamięć, inteligencję, zasób wiadomości, zdolność logicznego myślenia i wysuwania właściwych konkluzji (…) Jako wdowa po „wyklętym żołnierzu” Adamie Jastrzębowskim, który doznał ze strony komunistycznego aparatu ucisku wieloletniego uwięzienia, bezprzykładnych straszliwych tortur, z zagrożeniem utraty życia, a także niewypowiedzianych cierpień psychicznych posiadałam i nadal posiadam antykomunistyczne przekonania, co przekłada się na moje elektoralne wybory”.

 

Pani Irena pisze więc z ufnością do władzy, której na imię prawo i sprawiedliwość. Stwierdza jednak, że „istnieje autentyczny rozziew pomiędzy werbalnymi deklaracjami ze strony PiS-u dotyczącymi rzekomego docenienia dorobku żołnierzy wyklętych i ich materialnego zadośćuczynienia, a autentycznym stanowiskiem jakie prokuratury realizują w procesach o odszkodowanie i zadośćuczynienie”.

 

 

Chodzi o to, że Prokuratura Okręgowa w Katowicach wniosła – cytuję z listu Pani Ireny Jastrzębowskiej do Prokuratora Generalnego (23.09.2019) – „haniebną apelację od wyroku sądu pierwszej instancji żądając daleko idącego obniżenia kwot pieniężnych”.

Przypomnijmy:

 

Pan Adam Jastrzębowski był człowiekiem dzielnym, patriotą, który zachował się jak trzeba (to cytat z przedśmiertelnych słów „Inki”). Nie bał się w obliczu najpierw brunatnej, a potem czerwonej zarazy stanąć do walki z nadzieją i bronią w ręku. Ale gdy nadeszło ze wschodu wyzwolenie od Niemców, został zniszczony rodzimymi rękami. Bez uwzględnienia tego, że walczył jako żołnierz podziemia, że walczyła wraz z nim, tak – walczyła(!), o życie i przetrwanie jego rodzina.

 

Jeździłem w ciągu ostatnich miesięcy na sprawy sądowe i przysłuchiwałem się procesom. Potem wertowałem materiały przygotowane przez nieustępliwą gliwicką kancelarię – pełnomocnika Pani Ireny Jastrzębowskiej. Dokumenty odwołań obrońcy, ale także niespodziewanych apelacji prokuratury.

 

Ciągle z nadzieją czekają rodziny. I ja czekam. Ale i informuję przez dostępne mi media.

 

Ktoś powie – to tylko jeden z przykładów działania bezwzględnej machiny sprawiedliwości. Ten walec może i drgnął, ale niestety miażdży również ludzi skrzywdzonych, oszczędzając srebrniki należne za krew, ból, łzy i lata pogardy.

 

Pan Adam Jastrzębowski to żołnierz wyklęty”. Nie za bardzo podoba mi się to określenie, ale jeżeli już to dodawać trzeba, że nie przez ludzi, ale przez bestie.

 

To wszystko działo się w 1949 roku. Za co tak torturowano człowieka?

 

Za to, że – cytując dalej Postanowienie prokuratora z 2016 roku: „w rodzimej wsi Jastrząbki powiat Mława w okresie letnim 1941 r. wstąpił do miejscowej organizacji Narodowe Siły Zbrojne. W latach 1943 – 44 zdobywał dokumenty dla ukrywających się członków organizacji (…) Przez cały okres okupacji był członkiem ruchu oporu, początkowo NSZ, a następnie AK. W maju 1945 roku po wyzwoleniu terenów Mazowsza został aresztowany przez funkcjonariuszy z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie (…) osadzono go wówczas w piwnicy siedziby Komendy Milicji w Mławie. Przesłuchiwali go nieznani mu funkcjonariusze UB. Zapamiętał jedynie nazwisko „Złotowski”, który był starszym oficerem i prawdopodobnie kierownikiem grupy śledczej”.

To było przed laty. Adam Jastrzębowski więziony był przez lat pięć. Zbrodniarze dawno już nie żyją. Żyje rodzina, której ta sama władza zgotowała koszmar egzystencji – lata chorób i cierpienia psychicznego, szykany na każdym kroku życia codziennego. „Oni też byli wyklęci”.

 

Dziś po latach zabiegów o odszkodowanie prokurator z Katowic w apelacji uzasadniającej z dn. 2 października 2019 roku żonie i córkom ofiarom stalinowskich zbrodni dokonywanych polskimi rękami redukuje zasądzone przez Sąd Okręgowy odszkodowanie, wysokość zadośćuczynienia – czterokrotnie. Cytuję: „Zarzucam rażącą niewspółmierność zasądzonego na rzecz wnioskodawczyń wygórowanego zadośćuczynienia w kwocie po 470 000 zł nieadekwatnego do rozmiaru krzywd moralnych i fizycznych jakich doznał Adam Jastrzębowski co skutkowało ich bezpodstawnym wzbogaceniem (…) wnoszę o zmianę zaskarżonego orzeczenia przez rozstrzygnięcie o zasądzeniu na rzecz wnioskodawczyń w kwocie po 117 500 zł oraz wskazanie, iż na działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (Dz. U. z dnia 23 kwietnia 1991 r.), było co do zasady słuszne”.

 

No proszę: jednak … słuszne jest zadośćuczynienie, brzmi łaskawe stwierdzenie pana prokuratora.

 

Krzywda i zadośćuczynienie.

 

Zbrodnia i nieprawość.

 

Cytując dalej z pisma Katowickiej Prokuratury Okręgowej do Sądu Apelacyjnego w tymże mieście, bezczelnie nazywanego w czasie wrednego okresu – Stalinogrodem: „wysokość zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wynikła z pozbawienia wolności należy więc do sfery swobodnego uznania sędziowskiego, co implikuje stwierdzenie, że zarzut wadliwego określenia wysokości zadośćuczynienia może być uwzględniony jedynie w sytuacjach, w których przyznane zadośćuczynienie w sposób oczywisty i rażący nie odpowiada relewantnym okolicznościom, występującym w danej sprawie, jest niewspółmierne do stopnia i długotrwałości cierpień doznanych przez wnioskującego o zadośćuczynienie”.

 

Trudno spokojnie czytać treść apelacji prokuratora. I jeszcze ten język.

 

Jakaż przepaska oślepia i jakaż waga mierzy ból w złotówkach. To są pytania również do Prokuratury Krajowej reprezentowanej przez Departament Postępowania Sądowego, która w piśmie do Pani Ireny Jastrzębowskiej i jej córki Ewy Domańskiej (4 X 2019), informuje o zwrocie akt sprawy do Sądu Okręgowego w Katowicach, a także (w sprawie cofnięcia apelacji) do Prokuratury Rejonowej w Katowicach.

 

Wiekowa wdowa ciągle czeka z nadzieją.

 

EDMUND KRASOWSKI

 

Chodzą teraz ulicami i protestują. Jedni liczą ich w tysiące, inni że jest ich dużo mniej. „Togi” nie maszerowały w Gliwicach, Bielsku-Białej. Za to „reprezentanci” przeciwni ustawie sądowej głośno szkodzą Polsce w Strasburgu i Brukseli. Francuska policja leje sędziów długimi pałami, ale to podobno u nas palestra cierpi.

 

Na szczęście trafiają się sędziowie mądrzy i sprawiedliwi. Przed kilkoma miesiącami chodziłem na sprawy naszego kolegi, wieloletniego członka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odważnego nie tylko słowem ale i czynem opozycjonisty z wybrzeża, strasznie poranionego przez ZOMO. Przeżył, w szpitalu poznał swoją przyszłą żonę, też dziennikarkę, która się nim opiekowała. Potem został posłem, mianowano go szefem gdańskiego oddziału IPN-u. przepłynął jachtem z kolegami dziennikarzami przez Zalew Wiślany na Bałtyk pod lufami dział w Bałtyjsku, bez rosyjskiej zgody.

 

Edmunda Krasowskiego oszkalowano. Zrobili to ludzie „z gazety” wydawnictwa „Faktu”, niemieckiego właścicielstwa, którzy wyssali z brudnego palca kłamstwo o jego drogowym pijaństwie. Ordynarna bzdura i chamstwo niespotykane. Nie sprawdzono, albo i sprawdzono specjalnie „fakty”. Ukazało się to w wielonakładowej „książeczce” reporterskiej. Wydano paszkwil, a potem przez wiele miesięcy nie sprostowano łgarstwa i sprzedawano egzemplarze w sieciach dystrybucyjnych. Kłamcy nie chcieli zniszczyć nakładu „książki”, choć kolejne wyroki to zasądzały.

 

Człowiek z bohaterską, nieposzlakowaną opinią nie tylko został opluty, ale nie mógł nawet doczekać się przeprosin i wycofania książki z obiegu. Nawet mając już pewne dowody przestępstwa, wydawcy sprzedawali i zarabiali.

 

Sprawa trafiła do warszawskiego sądu. Trwało długo, ale po kilku miesiącach mecenas Maciej Śledź z Gdańska i kancelaria adwokacka „Nowosielski i Partnerzy” sprawę wygrali. Wydawnictwo zapłaciło pokaźną sumę. Była zbrodnia – bo tak trzeba nazwać to przestępstwo – ale i kara.. nie wiem, czy Dostojewski by się ucieszył. Bo wydawcy „Faktu” na pewno nie!

 

Wracam do tej odległej dziś już sprawy, ponieważ bardzo chciałbym pisać o mądrych i sprawiedliwych sędziach i prokuratorach.

 

W sądzie warszawskim, bo tu zapadł wyrok, godnym zawodu sędzią okazała się Pani Anna Zalewska. Nie przestraszyła się „redaktorów” wielusettysięcznego dziennika i jego mocodawców. Napisała obszerne i udokumentowane uzasadnienie wyroku. I „Fakt”, który z faktami nie miał nic wspólnego zamknął twarz.

 

Przykro, że nie wszyscy sędziowie tak postępują, niestety mamy złe przykłady. Tuż obok, w stolicy, zapadły niedawno zdumiewające wyroki na dziennikarzy-celebrytów nieproporcjonalne do ich bezczelności i tupetu. „Dziennikarzy” szkodzących opinii o naszym środowisku.

 

WYBRAŃCY, CZY KASTA?

 

Mamy w Polsce około dziesięciu tysięcy sędziów, piętnaście tysięcy prokuratorów i ponad czterdzieści tysięcy adwokatów i radców prawnych. W każdym stadzie biegają czarne… osobniki. Może to i nie owieczki, na które wystarczyłby jeden mądry baca.

 

Trwa próba naprawy. Ale tak jak po czerwcowych wyborach ’89 niektórzy znowu mówią, że palestra sama się zreformuje. Niestety nadzieja często okazuje się matką głupich.

 

Adam Słomka z grupą swoich NIEZŁOMNYCH, głównie ludzi bardzo zasłużonych dla wywalczenia solidarnościowej niepodległości, ale i biednych i często schorowanych chodzi po sądach i demonstruje przeciwko bezprawiu. Słomka informuje, że wyroki feruje nadal około czterystu sędziów, którzy skazywali ludzi w stanie wojennym, że żyje jeszcze około dwustu takich, którzy w okresie stalinowskim skazywali na śmierć przeciwników politycznych.

 

Słomka jest głośny, bywa aresztowany. Ale naprawdę niezwykle niezłomny. Podobnie jak Zygmunt Miernik, starszy pan, którego trzymała – dzisiejsza już władza – w celi z kryminalistami, za radykalny, tortowy protest!

 

Jedna pani sędzina poinformowała nas onegdaj, że należy do grupy szczególnej. Rzeczywiście odpowiedzialność tym ludziom  powierzona jest wielka. Ale muszą za tym iść samokrytycyzm i praktyczne działania reformatorskie. Sędziowie, prokuratorzy – tak jak my wszyscy – jesteśmy tylko wykonawcami woli suwerena. Jego głos decyduje, by wszystko było uczciwie i dobrze rządzone.

 

WOLNE WYBORY MAMY CZĘSTO.

 

W stanie wojennym, jak wielu moich kolegów latałem po ulicach przeganiany przez ZOMO. Teraz można swobodnie protestować, pisać i mówić co tylko się chce. Pieniacze są żałośni i po prostu kłamią. Ale zacietrzewienie i upór to trudny przeciwnik.

 

Palestro! Bądź jak Pani Anna Zalewska. Oczywiście nie ta, co nie dokończyła oświatowej reformy i pojechała precz. Palestro! Ty nad poziomy wylatuj. Będziesz wtedy nie „kastą”, a ważną grupą zawodową, darzoną szacunkiem i sympatią.

 

Ale kiedy to będzie?

 

Stefan Truszczyński

 

Podziel się!

Dziennikarz, reporter, publicysta, dokumentalista filmowy. Pracował w prasie, telewizji publicznej i telewizjach prywatnych; doświadczenie w kierowaniu dużymi zespołami. W dorobku ma programy telewizyjne - wielkie transmisje, kilkadziesiąt godzinnych wywiadów na żywo z najważniejszymi - najbardziej znanymi ludźmi w Polsce, reportaże i filmy dokumentalne z kilkunastu krajów - był kilkakrotnie korespondentem wojennym (m.in. w Chorwacji), przez ponad 30 lat organizował wyprawy i realizował filmy o tematyce podwodnej - głównie o wrakach z II wojny światowej leżących na dnie Bałtyku. Angażuje się w obronie ludzi i ich spraw. Żonaty, mieszka w Warszawie od ponad pół wieku (po studiach na Polonistyce UW). Członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close