Teatr jednej aktorki – ŁUKASZ WARZECHA o zdalnej rozmowie dziennikarza z ministrą

Miałem kiedyś, za dawnych lat pracy w nieistniejącym już „Życiu”, w jego dziale opinii, takie zdarzenie. Szef polecił mi, abym zadzwonił po komentarz w jakiejś sprawie do Władysława Bartoszewskiego (śp. pan minister miał duże poczucie humoru, więc mam nadzieję, że patrząc dziś z góry wybaczy mi tę krotochwilną anegdotkę oraz moje ówczesne niefrasobliwe zachowanie). Rozmówca był znany z tego, że gdy zaczynał mówić, mówił bardzo długo bez przerwy i naprawdę niełatwo było mu zadać choćby drugie pytanie. O trzecim nie mówiąc.

 

Zadzwoniłem, Władysław Bartoszewski odebrał, zacząłem nagrywać, zadałem pytanie, on zaczął odpowiadać. W tym momencie do naszego pokoju wszedł kolega. Spytał ściszonym głosem: „Zamawiam pizzę, chcesz jakąś?”. Odłożyłem słuchawkę na biurko, wziąłem od kolegi ulotkę z pizzerii, przejrzałem spokojnie, wybrałem pizzę, pogadałem jeszcze chwilę z kolegą. Trwało to kilka minut. Przez cały czas z odłożonej słuchawki dobiegał szmer mojego rozmówcy, więc wiedziałem, że mam czas. Gdy słuchawkę podniosłem ponownie, czekało mnie jeszcze około dziesięciu minut wypowiedzi pana ministra. Drugiego pytania już nie miałem, piętnaście minut nagrania w odpowiedzi na pierwsze wystarczyło w zupełności.

 

Ta historia z zamierzchłej przeszłości przypomniała mi się pod wpływem hitu ubiegłego tygodnia, którym był wywiad Marcina Zaborskiego z minister Marleną Maląg w RMF FM. Nie żebym porównywał panią Maląg do Władysława Bartoszewskiego. Co to, to nie.

 

Wywiad ten był, jak to się dziś w większości dzieje, zdalny, co jest dla sprawy być może nie bez znaczenia.

 

Choć właściwie trudno powiedzieć, czy z wywiadem mieliśmy do czynienia. Owszem, początkowo tak to wyglądało. Było pytanie, była odpowiedź i tak kilka razy (całość można zobaczyć tutaj). Mimo to od startu rozmowy zanosiło się na to, co stało się później. Zaborski zadał bowiem pytanie o to, dlaczego zasiłku opiekuńczego nie dostają rodzice dziewięcio- czy dziesięciolatków. Odpowiedź brzmiała mniej więcej: „Przyjęliśmy zasadę, że zasiłek przysługuje do 8. roku życia”. „To już wiem” – powiedział Zaborski i dopytywał, dlaczego nie przysługuje rodzicom starszych dzieci. Odpowiedź była identyczna jak poprzednio. Pani minister wygłaszała ją w dodatku tak, jakby się swoich kwestii wcześniej nauczyła. I mimo że Zaborski przytaczał argumenty wskazujące, że granica 8. roku życia jest nieracjonalna, pani minister Maląg powtarzała jedynie, że tak postanowiono i tak będzie, przyczyn nie objaśniając. Zwracam na to uwagę, bo to jedna z najbardziej prymitywnych metod zbywania dziennikarzy, zadających sensowne i dobrze przygotowane pytania: zamiast odnoszenia się do ich treści lub próby wyjaśnienia motywów takiej czy innej decyzji powtarza się to, co i tak wszyscy wiedzą: że mianowicie taka właśnie decyzja została podjęta.

 

Mniej więcej w szóstej minucie rozmowy Zaborski zadał pytanie następujące: „Od kiedy pani wie, że na Mazowszu działa 66 domów opieki bez odpowiednich pozwoleń? Taką liczbę podał wojewoda mazowiecki”. Tu pani minister zaczęła wypowiedź, która nie miała większego związku z pytaniem. I ciągnęła ją, mimo prób interwencji Zaborskiego, przez mniej więcej dwie minuty. Po tym czasie Zaborski zdołał w końcu pytanie powtórzyć, wyraźnie powołując się na wypowiedź wojewody mazowieckiego i pytając, czy szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej o nielegalnie działających placówkach wcześniej wiedziała. Maląg oznajmiła, że całodobowe placówki opieki w kraju są pod nadzorem wojewodów. Zaborski zauważył na to, że wojewodowie są przedstawicielami rządu w terenie.

 

Wtedy pani minister Maląg złapała, że się tak kolokwialnie wyrażę, fazę, trwającą coś koło pięciu minut. Zaborski nie miał szans przerwać potoku słów, z którego można było wyłowić między innymi, że jacyś tajemniczy „wy” (można się domyślić, że pani minister chodziło o media niedyspozycyjne wobec władzy) próbują forsować narrację, zgodnie z którą rząd nie opiekuje się osobami starszymi, a na taką narrację „nie można się godzić”. Zaborski próbował się wciąć („Pani minister!”), w końcu stwierdził, że tak nie da się rozmawiać. Potem pytał: „Czy pani mnie słyszy?”. Wówczas minister Maląg odparła: „Odpowiadamy na te pytania, które pan chce zadać…”. Na co Zaborski stwierdził przytomnie: „Ale pani nie wie, jakie pytania chcę zadać”. Minister Maląg postanowiła kontynuować swoją wypowiedź ex cathedra, całkowicie ignorując pytania coraz bardziej zdetonowanego Zaborskiego: „Ale o czym pani do nas mówi?”.

 

Nie będę państwu relacjonował przebiegu całej „rozmowy” (bo chyba jednak trzeba to pisać w cudzysłowie). Był podobny: pytania Zaborskiego, które czasami udawało się zadać, po czym sążniste deklaracje pani minister, na ogół luźno z tymi pytaniami związane. Fragmenty „wywiadu” zrobiły w sieci furorę – i trudno się dziwić. Ja sam miałem wrażenie, że oglądam nie wywiad, ale skecz. Chwila szczerej radości nie ma dzisiaj ceny.

 

 

Powstaje jednak pytanie, które wielu komentujących w sieci zadawało: co w takiej sytuacji powinien zrobić dziennikarz? Niektórzy sugerowali, że powinien wywiad przerwać, inni – że powinien wyłączyć głos rozmówczyni. Problem w tym, że ta rozmowa nie była wyjątkowa. Takich rozmów zdarza się wiele, choć może faktycznie nie wszystkie mają tak wyraźny kabaretowy posmak.

 

 

Marcin Zaborski to jeden z najbardziej kulturalnych, a zarazem dociekliwych dziennikarzy. Jego sposobowi prowadzenia wywiadów nie sposób wiele zarzucić. Można by uznać, że jak na tę sytuację Zaborski jest zbyt kulturalny. Ale czy naprawdę?

 

Pierwszym utrudnieniem było dla Zaborskiego to, że nie miał gościa przed sobą w studiu. O problemach związanych ze zdalnymi rozmowami pisałem niedawno na portalu SDP. W sytuacji takiej jak ta zdyscyplinowanie osoby, która łączy się z dziennikarzem zdalnie, jest znacznie trudniejsze.

 

Zadaniem dziennikarza jest wydobyć od polityka odpowiedź na zadawane pytania – w imieniu czytelników, słuchaczy, widzów. Jeśli rozmówca uparcie odmawia współpracy, tak jak pani minister Maląg, wystawia świadectwo sam sobie. Zaborski wybrnął z sytuacji w możliwie najlepszy sposób. Słuchanie wykładu szefowej MPRiPS bez próby przerwania oznaczałoby, że pozwala się politykowi potraktować rozmowę z dziennikarzem jako formę oświadczenia bez zadawania pytań – którą to formę władza (każda) niewątpliwie najbardziej lubi, bo jest najmniej kłopotliwa. Na taki układ najłatwiej liczyć w mediach przychylnych danej formacji politycznej (nie dotyczy to wcale jedynie władzy w mediach państwowych, ale też opozycji w tych, które jej sprzyjają), lecz dziennikarz, który na coś takiego pozwala, degraduje się sam do pozycji piarowca polityków.

 

Nie jest też dobrym wyjściem emocjonalne kończenie rozmowy – nie od tego jest dziennikarz, żeby w ten sposób dyscyplinować rozmówcę. To zresztą działałoby na jego niekorzyść – trudno byłoby mu zaprosić kolejnych gości z danej politycznej formacji.

 

Kto jednak nigdy nie prowadził rozmowy, szczególnie na żywo, ten nie wie, że sytuacja w jej trakcie zawsze jest dynamiczna. Polscy dziennikarze (Zaborski jest tu jednym z wyjątków) nie umieją dociskać rozmówców w taki sposób, żeby musieli odpowiedzieć na konkretne pytanie – lub przynajmniej tak, żeby dla odbiorców stało się jasne, że rozmówca nie chce lub nie umie odpowiedzieć. To jednak tworzy ryzyko – może się okazać, że z ograniczonego przecież czasu niewiele zostaje na inne sprawy. Decyzje co do taktyki wobec rozmówcy trzeba podejmować błyskawicznie.

 

Nie wiem, czy pani minister Maląg ktokolwiek doradza w sprawie kontaktu z mediami – sądzę, że raczej nie. Ja zatem udzielę rady całkowicie pro bono: sposób na zagadanie dziennikarza i wygłaszanie własnych sążnistych deklaracji zamiast odpowiadania na pytania może wydawać się skuteczny, ale tak nie jest. W „zaprzyjaźnionych” mediach to taktyka zbędna – tam i tak pytania nigdy nie będą kłopotliwe. Można zatem udawać, że prowadzi się rzeczywiście rozmowę i coś się wyjaśnia. W mediach, gdzie na służalczą przychylność prowadzącego rozmowę liczyć nie można, taka postawa sprawia natomiast, że w oczach odbiorców stajemy się kimś aroganckim, unikającym odpowiedzi, niekompetentnym. Obawiam się, że taki właśnie był skutek rozmowy pani minister z Marcinem Zaborskim.

 

Łukasz Warzecha