Home / Wywiady  / Staram się nie ulegać emocjom – rozmowa z TOMASZEM KRZYŻAKIEM, laureatem nagrody „Ślad” im. bpa Jana Chrapka

Staram się nie ulegać emocjom – rozmowa z TOMASZEM KRZYŻAKIEM, laureatem nagrody „Ślad” im. bpa Jana Chrapka

Piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele  –  mówi Tomasz Krzyżak, dziennikarz, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej” w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Gratuluję otrzymania tegorocznej nagrody „Ślad” im. biskupa Jana Chrapka. Czym jest dla pana ta nagroda?

 

Wielkim, niezasłużonym wyróżnieniem, ale jednocześnie zobowiązaniem i motywacją do jeszcze cięższej pracy. Zwłaszcza, że nagroda przyszła do mnie w dość trudnym momencie.

 

Został pan nagrodzony za konkretny tekst czy za całość pracy dziennikarskiej?

 

To wyróżnienie za całą moją dotychczasową pracę. Kapituła w uzasadnieniu napisała, że trafia ona do mnie za „niezależność i odwagę w podejmowaniu tematów trudnych, w tym dotyczących Kościoła i religii, oraz formułowanie opinii w sposób, który nikogo nie obrażając, zmusza do refleksji i debaty publicznej”. W tym uzasadnieniu niejako wyznaczono mi zadania na przyszłość…

 

Pracuje pan jako dziennikarz od dwudziestu pięciu lat. Przez ten czas w dziennikarstwie bardzo wiele się zmieniło.

 

Bardzo dużo. Kiedy zaczynałem pracę wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Dzisiaj każdy może być dziennikarzem. Wystarczy, że ma dostęp do mediów społecznościowych. Podaje informację i w jakimś sensie staje się dziennikarzem. Powiedziałem na początku, że nagroda przychodzi do mnie w trudnym momencie. Wynika to z pewnego namysłu nad kondycją dziennikarstwa w naszym kraju. Podobnie jak w otaczającym nas świecie nieustannie prowadzimy wyścig z czasem, bezrefleksyjnie podajmy informacje w świat, często nawet ich nie weryfikując. Nie godzę się z tym. I byłem już blisko podjęcia decyzji o odłożeniu pióra na bok. Ale Kapituła „Śladu” teraz to zweryfikowała i chyba będę musiał swoje plany zmienić (śmiech). Swój zawód traktuję jako misję i od dawna staram się uprawiać dziennikarstwo rozumiejące albo tłumaczące. Na ile potrafię usiłuję tłumaczyć czytelnikom o co chodzi w otaczającym nas świecie. Przedstawiam ludziom zjawiska, które dzieją się wokół nich. Oczywście, że prezentuję im swój własny punkt widzenia. Zajmuję się tematyką społeczną i kościelną, piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele.

 

Podczas wręczania nagrody mówił pan, że w swojej pracy kieruje się dobrem wspólnym. Ten termin często pojawia się w wypowiedziach dziennikarzy i polityków. Co pan rozumie pod tym pojęciem?

 

Wszyscy na różne przypadki odmieniają to sformułowanie Ujmowanie tego terminu będzie zróznicowanie w zależności od światopoglądu, wyznawanych wartości, oceny przeszłości i teraźniejszości. Są jednak pewne wspólne elementy, które pozwalają na powstanie pomiędzy nami, członkami tego samego społeczeństwa, szansy na porozumienie. Nawet jeżeli pod terminem dobro wspólne pojmujemy zupełnie inne rzeczy. W ostatnich latach tak mocno się podzieliliśmy, że nie jesteśmy w stanie ze sobą rozmawiać. Dlatego w moim dziennikarstwie staram się zachęcać do podjęcia na nowo dialogu z drugim człowiekiem, do wysłuchania jego argumentów i być może do przyjęcia części jego argumentów i zaczerpnięcia z jego pomysłów. Chciałbym, żebyśmy nie zamykali się od razu przed drugim człowiekiem, dlatego, że jest z partii X albo partii Y, albo dlatego, że jest związany ze środowiskiem Z.

 

Jaki jest pański sposób na opisywanie tematów na styku Kościoła i państwa?

 

Prosty, polega na używaniu wrażliwości, refleksji i kontrolowaniu emocji. Bardzo często włącza mi się mechanizm kontrolny. Nie jestem typem dziennikarza, który komentuje wszystko na gorąco. Staram się tego nie robić. Nie jest to łatwe. Często dopada mnie pokusa żeby coś ocenić na szybko, ale wtedy włącza mi się ten mechanizm kontrolny, który mówi: „zaczekaj chwilę, zastanów się nad problemem i pomyśl czy rzeczywiście jest tak, jak to oceniasz w tym momencie”. Staram się rozpatrywać sytuacje na wielu poziomach, bo nigdy nie jest tak, że coś jest czarno-białe. Zawsze występuje poziom szarości. Opisując jakiś temat należy uwzględnić wszystkie składające się na niego składniki, elementy i aspekty. Teraz głośnym tematem jest wykorzystywanie seksualne małoletnich przez duchownych. Temat bardzo emocjonalny. Nic, nawet pieniądze nie działa tak na ludzi jak krzywda dziecka. Jednak trzeba do tego tematu podchodzić spokojnie, bez ulegania emocjom, chociaż one siłą rzeczy zawsze się pojawiają. Widać to w komentarzach, kiedy stawia się pytanie dlaczego ksiądz, którego 15 lat temu przyłapano na czynach pedofilskich nie został ukarany.

 

To zasadnicze pytanie.

 

Tak, ale trzeba w odpowiedzi na nie uwzględniać obowiązujące wówczas cywilne i kanoniczne prawodawstwo. Trzeba sprawdzić czy rzeczywiście na duchownego nie nałożono żadnej kary. Ale należy również zastanowić się czy po 15 latach jest sens wracania do sprawy? Mam na myśli ocenę na gruncie prawnym. A może ten człowiek został ukarany i nie pełni żadnych funkcji? Co zrobić z takim człowiekiem? Czy wyrzucenie go teraz z kapłaństwa przyniosłoby więcej pożytku czy strat? Nad tym wszystkim należy się zastanawiać i wyważyć racje. Jeśli weźmiemy jakąś sprawę sprzed lat, to musimy wiedzieć, że Kościół nie dysponował wówczas takimi narzędziami jak ma dziś. Był można powiedzieć na początku drogi walki z wykorzystywaniem seksualnym, uczył się. W kontekście pedofilii często przywołuje się sprawę Tylawy. Pojawia się pytanie dlaczego ten ksiądz wciąż jest księdzem? Dziś prawdopodobnie zostałby wyrzucony z szeregów kapłańskich, ale wtedy sprawę rozwiązywano na podstawie wówczas obowiązujących wytycznych. I jak się wydaje, załatwiono ją dobrze. Dzisiaj sprawa jest na nowo odgrzebywana, więc trzeba ludziom ją na nowo tłumaczyć.

 

Pogdybajmy. To nie Tomasz Sekielski, ale Tomasz Krzyżak robi film pod tytułem „Tylko nie mów nikomu”. Co w pańskim filmie się pojawia, a co pan pomija?

 

Zacznę od tego, że jest to film ważny i w każdym seminarium duchownym powinno się go pokazywać. Jest to także dobry materiał szkoleniowy dla delegatów poszczególnych biskupów i prowincji zakonnych, który pokazuje jakich błedów należy unikać. Ja zrobiłbym ten film nieco inaczej. Zabrakło mi w nim pewnego ciągu dalszego pokazanych spraw, bo wiele z nich na długo przed emisją miała swój finał. Rozumiem, że te tłumaczenia rozciągnęłyby film i osłabiłyby jego wymowę, ale… Weźmy przykład księdza, który został wyrzucony ze stanu kapłańskiego i pojawił się w innej diecezji i tam prowadził pracę duszpasterską. Tam prawdopodobnie zadziałała źle pojmowana solidarność między księżmi. Ale z tego co wiem arcybiskup gnieźnieński dowiedział się o tym na długo przed premierą filmu i podjął stosowne kroki. Człowiek ten zniknął z parafii, a wobec winnych wyciągnięto jakieś konsekwencje. Tymczasem z filmu Sekielskich się tego nie dowiadujemy. Widz zostaje z przeświadczeniem, że teoretycznie kapłana wyrzucono ze stanu kapłańskiego, ale biskupi się dogadali i dalej go kryją. Wyrzucono go z diecezji toruńskiej, a znalazł się w diecezji gnieźnieńskiej. Wiemy, że było inaczej. Brakuje mi takich dopowiedzeń w filmie.

 

Czego jeszcze brakuje w dokumencie Tomasza Sekielskiego?

 

Przedstawiono na przykład przypadek księdza z Warszawy, który odsiedział wyrok w więzieniu i ma dożywotni zakaz kontaktów z dziećmi, ale pojechał głosić rekolekcje. Mamy scenę, w której bohater filmu usiłuje dostać się do siedziby metropolity warszawskiego. Ktoś mu wreszcie otwiera i mówi, że kardynał będzie za dwa tygodnie. Widz zostaje z przekazem, że nikt nie chciał wyjaśnić problemu. Scena jest kręcona na dziedzińcu warszawskiej kurii po zapadnięciu zmroku. Przecież każdy przytomny człowiek wie, że o tej porze kuria już nie pracuje. Brakuje mi sceny, w której np. Tomasz Sekielski przychodzi w godzinach urzędowania kurii i przekazuje informacje na temat wspomnianego kapłana. Nie wiem jaka byłaby wówczas reakcja, być może taka sama, ale jestem jej ciekaw.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

Fot. Rzeczpospolita

 


Tomasz Krzyżak

Dziennikarz, publicysta, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej”. Pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Wprost” i „Ozonie”. W 2012 r. otrzymał nagrodę „Feniks” Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w kategorii edytorstwo za biografię św. Maksymiliana M. Kolbego. Autor biografii abp. Józefa Michalika „Nie mam nic do stracenia” (2015) oraz „Biografii z charakterem” poświęconej Wandzie Półtawskiej (2017).

Podziel się!

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close