To mogło spotkać każdego dziennikarza. I spotykało… Z JANUSZEM ŻYCZKOWSKIM, reporterem TV Republika rozmawiała ANNA POPEK

Anna Popek: Janusz Życzkowski, który stał się twarzą dziennikarza pierwszej linii frontu. Ciebie pokazywaliśmy, kiedy próbowałeś się dostać na konferencje prasowe premiera. Dotyczyło to zarówno powodzi, jak i innych ważnych wydarzeń na Dolnym Śląsku, bo ten region obsługujesz. Pierwszy pokrzywdzony fizycznie dziennikarz podczas kampanii prezydenckiej. Opowiedz o tych najgroźniejszych momentach. Jak to jest być w tłumie nienawistnych ludzi, którzy chcą Ci odebrać głos?

Janusz Życzkowski: Unikam takiego sformułowań: pierwszy pokrzywdzony czy jedyny, bo było nas więcej.

AP: Ale pierwsza linia frontu, to się zgadza i można uznać, że dziennikarstwo stało się już dziennikarstwem wojennym niemalże.

JŻ: Warunki były skrajnie niesprzyjające, bo pracujesz w otoczeniu osób, które bardzo źle, negatywnie na Ciebie reagują. Również na mikrofon z kostką Republiki, który trzymasz w ręce. Ale to jest kampania, to są ważne wydarzenia, które też trzeba pokazać. W pewnym sensie czekamy na nie. Jeśli żyjemy w państwie demokratycznym, a wybory uważamy za święto demokracji, to w tym wszystkim niezwykle istotna jest rola mediów. To jest zadanie, by wszystko, co dzieje się w kampanii pokazać. I udział w wiecach wyborczych jest czymś zupełnie naturalnym, a nawet koniecznym i oczywistym.

AP: Właściwie to warunek sine qua non demokracji. Bez tego się nie da szeroko, czy też obiektywnie opowiedzieć.

JŻ: Dziś żyjemy w okolicznościach skrajnie rozognionych, w czasie dużej polaryzacji. Zdajemy sobie z tego sprawę. Zdajemy sobie sprawę też z pewnego niebezpieczeństwa z tym związanego. Choć raczej nie do końca. To, że ktoś krzyknie, to, że ktoś ma jakiś złośliwy komentarz, to, że spotykamy się z tą złą emocją w sieci, w internecie, to już są sytuacje, do których chyba się przyzwyczailiśmy. Niestety. Jednak dla mnie nowością były sytuacje, z którymi miałem do czynienia podczas wieców wyborczych. Było dwóch głównych kontrkandydatów. Mówiąc konkretnie chodzi o kandydata związanego z obozem, który sam nazywa się obozem demokratycznym. Jego zwolennicy zachowywali się poniżej jakichkolwiek standardów: było przepychanie, popychanie, kopnięcia, no i także te wydarzenia, które być może naszym widzom są dobrze znane z Wielunia. Tam doszło wprost do ataku na dziennikarza. Nawet nie mówię o sobie imiennie, nie traktuję tego wydarzenia w ten sposób. Jestem jednym z dziennikarzy, którzy pracują w naszej redakcji. W naszej redakcji pracuje oczywiście bardzo dużo osób, również w terenie, którzy uczestniczą bezpośrednio w wydarzeniach. To co wydarzyło się w Wieluniu, w tamtym momencie mnie zaskoczyło, co widać na nagraniach. Widać też bardzo dużo emocji i takiej głębokiej niezgody na to, co mnie spotkało. Ale tak jak powiedziałem, to mogło spotkać każdego dziennikarza i spotykało w kolejnych dniach.

AP: A czy wcześniej miałeś do czynienia z takimi zachowaniami? Widziałeś coś takiego przy poprzednich kampaniach prezydenckich, czy konferencjach prasowych?

JŻ: Nie przypominam sobie, prawdę mówiąc. Do tej pory miałem przekonanie, że dziennikarz, który jest z kamerą, z mikrofonem, nawet jeśli reprezentuje redakcję, która nie jest przez otoczenie lubiana czy akceptowana, to jednak traktujemy dziennikarzy jako ludzi w pracy. Wykonują zadania, więc się im nie przeszkadza po prostu.

AP: Pomijam, że traktujemy drugiego człowieka z jakimś elementarnym szacunkiem i kulturą. Nawet jeżeli ma on inne poglądy. Przecież oni to wszystko deklarują, że można mieć różne poglądy i musimy tylko nauczyć się rozmawiać, wyciągać wnioski i tak dalej. Po czym, kiedy stajesz między nimi, to do mnie dotarło, że sześć szczekaczek znalazło się wokół ciebie i wszystkie krzyczą ci do ucha, kiedy ty próbujesz coś powiedzieć, czy coś nagrać. To przecież jest fizyczny ból związany z falą akustyczną.

JŻ: To była jakaś przedziwna strategia sztabowców, żeby zakrzyczeć. Zakrzyczeć, uniemożliwić przeprowadzenie relacji czy zarejestrowania wystąpień przeciwników politycznych. Na wiecach zawsze jest tak, że pojawiają się jedni i drudzy. Taka jest dynamika tego rodzaju spotkań. Tutaj mamy do czynienia z atakiem na dziennikarza podczas wiecu. Sławomir Nitras, chyba szef sztabu czy jeden z rzeczników, był na tyle zaangażowany w prowadzenie kampanii, że sam uderzył w mikrofon.

AP: Czyli dochodziło do ataków fizycznych? I to nie ze strony zwykłych obywateli, którzy mogli być pod wpływem emocji, których nie kontrolują, tylko ze strony funkcjonariuszy, ludzi pełniących role publiczne w tym wydarzeniu.

JŻ: Tak, przykład idzie też z góry i tak na to trzeba patrzeć. Skoro politycy zachowują się w ten sposób, kiedy zachowuje się w ten sposób jeden z głównych sztabowców…

AP: To rozwścieczony tłum powtarza to zachowanie.

JŻ: Tak i podczas tego samego wiecu ktoś podszedł i kopnął mnie z tyłu w nogę.

AP: A czy zniszczono Ci sprzęt?

JŻ: To było w Wieluniu. Tam jeden z uczestników, chyba zaangażowany w takie różnego rodzaju akcje, pociągnął za statyw, zrzucając go na ziemię. Sprzęt upadł na chodnik, roztrzaskał się. W tym momencie uniemożliwiono mi prowadzenie pracy dziennikarskiej.

AP: A zgłosiłeś się na policję?

JŻ: Tak, ten temat został zgłoszony na policję. Początkowo policja chciała umorzyć to postępowanie. Przysłano taką informację, że nie można wykryć sprawcy zniszczenia. Pozostało opublikować nagranie z tego zdarzenia, gdzie było wyraźnie widać, kto chwyta za sprzęt, kto dopuścił się tego zachowania. Sam kandydat podczas tego zajścia próbował odwrócić przebieg zdarzenia i sugerował, wręcz oskarżając mnie, że to ja jestem agresorem, że to ja napadam na niego, na jego otoczenie.

AP: Wszystko poza prawdą miał po swojej stronie, czyli świadków sprzyjających i policję.

JŻ: Tak, natomiast podczas tego samego wiecu, kilkanaście minut wcześniej dostałem informację, że będę mógł porozmawiać z kandydatem na prezydenta. Miałem takie wrażenie, że kiedy rozeszła się informacja, że na miejscu jest reporter Republiki, wiec szybko przerwano i właściwie ewakuowano Rafała Trzaskowskiego z Wielunia. Problem w tym, że ja stanąłem na drodze i bardzo chciałem zadać pytania. Dodam tylko, że w tamtym momencie to było naprawdę istotne, by Rafał Trzaskowski odpowiedział na pytanie.

AP: Jakie to było pytanie?

JŻ: To miało być pytanie o jego udział w debacie, którą kolejnego dnia organizowaliśmy w Końskich. Czy została podjęta decyzja o udziale Rafała Trzaskowskiego w tym spotkaniu? Wiemy, że nie wziął. Zresztą cała strategia tej kampanii, tego konkretnego kandydata to była jakaś próba uników kontaktów z mediami. Uników konfrontowania się z opinią publiczną w sposób, na który nie ma się wpływu. Tam było jednak bardzo dużo kreacji, bardzo dużo wyreżyserowanych spotkań. Tak to miało wyglądać, a my robiliśmy wszystko, żeby pokazać jak jest naprawdę. Co dany kandydat myśli, co chce zaproponować Polakom.

AP: Czy czułeś się zagrożony, jak tam byłeś między tymi ludźmi?

JŻ: Ja o tym nie myślałem w tych kategoriach. Obawiam się, że na kolejnych spotkaniach ta myśl może już mi towarzyszyć. Sam poczułem, czym może skończyć się spotkanie z ludźmi, którzy nie szanują naszej pracy i nie zgadzają z nami. Teraz pomyślę dwa razy. To jednak nie wpłynie na brak mojej dziennikarskiej determinacji w konkretnych sytuacjach. Taka jest rola dziennikarzy. My musimy być w różnych miejscach, nawet jeśli one są dla nas skrajnie nieprzychylne.

AP: Tylko chyba następnym razem będziesz musiał porządny rycerski hełm założyć, bo dodajmy, że nietykalność cielesna już poszła do lamusa. Zniszczono ci okulary? Czy one gdzieś przepadły? Ktoś je ukradł?

JŻ: One spadły na ziemię i według osób, które później mnie o tym poinformowały, zostały odłożone, na parapet jakiejś kamienicy. Kiedy tam podeszliśmy, to już ich nie było. Później dowiedziałem się, że ktoś mógł je zabrać, bo zniszczone okulary, ponoć w kontekście możliwości kwalifikacji czynu, dodają powagi zarzutom. Mogły być dowodem i mogłyby spowodować, że waga tej napaści byłaby większa.

AP: Jeszcze jedno, mnie interesuje. Co ci mówili, jak próbowałeś wejść na konferencje prasowe, które z reguły są dla prasy dostępne, a nawet dla wszystkich. Dotyczyły sztabu kryzysowego przy powodzi we Wrocławiu. Pamiętam scenę, gdzie zostałeś dość brutalnie odepchnięty od drzwi i nie wpuszczony do sali. Co mówili ci wszyscy oficjele, którzy przecież twierdzą, że działają zgodnie z prawem i w ramach praworządności. Dlaczego nie mogłeś wejść na konferencję prasową?

JŻ: To nawet nie była konferencja prasowa, ta sytuacja, o której mówimy. To był sztab zarządzania kryzysowego w czasie klęski żywiołowej, która dotknęła południowo-zachodnią Polskę. Ja byłem po nocy przespanej w samochodzie, w Głuchołazach, które były odcięte komunikacyjnie. Byłem po doświadczeniu powodzi, po dziesiątkach rozmów z mieszkańcami, którzy byli przerażeni, którzy stracili dobytek swojego życia. I z tą emocją dramatu, który tam się wydarzył, jechałem do Wrocławia na posiedzenie sztabu z udziałem premiera Rzeczpospolitej Polskiej, urzędnika państwowego i innych urzędników, którzy mieli przekazywać tam najważniejsze informacje dotyczące kolejnych działań. Chodziło o skalę zniszczeń, co się wydarzy, jaka jest także perspektywa, bo woda szła dalej. I tam na miejscu, kiedy przyjechałem, dowiedziałem się, że nie ma mnie na liście akredytowanych dziennikarzy. Wydało mi się to wręcz nieprawdopodobne, że w takich okolicznościach, w takiej sytuacji można być tak małostkowym i tak potraktować medium, które dociera do milionów odbiorców.

AP: A czy inni dziennikarze tam weszli?

JŻ: To było najsmutniejsze. Ja nie zrezygnowałem z wejścia do środka. Uznałem, że moją rolą jest dostać się do środka, by przekazywać te informacje. I w momencie, kiedy zostały otwarte drzwi dla prasy, ci wszyscy dziennikarze, jak takie pokorne trusie, jeden za drugim ze spuszczonymi głowami wchodzili do środka, widząc mnie szamoczącego się z funkcjonariuszami ochrony. Tam przyszła jeszcze ochrona z urzędu. I to było takie uderzające. To jest też obrazek, który zapamiętam z tego zdarzenia. Koleżanki, koledzy, bo znamy się przecież z pracy, z obsługi różnych wydarzeń, którzy nie mieli w sobie żadnej refleksji związanej z tym, co się dzieje. To już samo w sobie dla nich powinno być powodem do publikacji, do przygotowania materiałów o tym, jak w nieodpowiedzialny sposób zachowuje się ta władza. Bo to, że jest brutalna, arogancka, to może jest publicystyka. Jeden oceni to tak, drugi inaczej. Ale w tych konkretnych okolicznościach zachowali się po prostu nieprzyzwoicie.

AP: Jak będą wyglądały kolejne kontakty Telewizji Republika z premierem czy z jego otoczeniem? Czy coś się zmieni? Czy oni dostrzegą, że to jest błędna droga, czy będą szli nią dalej?

JŻ: Coś zmienia się dziś, bo przy spadających sondażach być może komuś towarzyszy już refleksja, że to jest broń obosieczna. Jeśli odcinamy największą informacyjną stację telewizyjną od kontaktu z urzędnikami, bo to są urzędnicy, ale też politykami, to ludzie to widzą. Zresztą ta niezwykle wysoka oglądalność naszej stacji tylko utwierdza nas w przekonaniu, że Polacy widzą tą niesprawiedliwość i odbierają to jako próbę tuszowania rzeczywistości, fałszowania jej, oraz że tak dalej być nie może. Mamy ostatnio konferencje, na których już się pojawiamy. Mamy możliwość, w niektórych przypadkach zadawania pytań. Czy to będzie trwała tendencja? Zobaczymy. Na razie pracujemy dalej i nawet jeśli nie jesteśmy wpuszczani, zawsze próbujemy dostać się zgodnie z zasadami, które obowiązują.

AP: Albo mówicie o tym, że nie jesteście wpuszczani, co też ich denerwuje. Czego oni się boją? Czego się bali? Czy trudnych, niewygodnych pytań, czy też takich lekko krytycznych?

JŻ: Myślę, że cały ten układ władzy, z którym mamy dziś do czynienia, nie jest tak hermetyczny. Część środowiska politycznego, nigdy się na to nie zgadzała. Część dziś zaczyna zmieniać zdanie. Próbowano pewnego zanegowania środowisk, z jednej strony politycznych, a z drugiej dziennikarskich, które od lat funkcjonowały. Usiłowano wymazać nas ze świadomości Polaków. To rodzaj jakiegoś utopijnego działania, tak oceniam, które miało do tego doprowadzić.

AP: Nie ma ich w telewizji, to znaczy, że nie ma ich wcale. Nie zadają pytań, to znaczy, że nie mają o co zapytać. Nie mają kamery, to znaczy, że nie mają co pokazywać. A to, że kamera jest przez nich zniszczona, a materiał zatrzymany, to inna sprawa.

JŻ: Próbowali zamilczeć to, wymazać, a na wiecach zakrzyczeć. Jedna i druga droga zawiodła. Teraz widzimy jakiś kolejny etap, ale co będzie dalej zobaczymy.

AP: Na razie dziennikarzom czy fotografom grożą wielkie kary finansowe, grożą kary więzienia, więc ten proces jeszcze trwa. Ale my jesteśmy też od tego, żeby na to patrzeć. Czy uda się zatrzymać ten proceder? Zobaczymy.