Te prorocze słowa wypowiedziane przez św. Jana Pawła II w 1997 r. potwierdza pielgrzymka Papieża Leona XIV do Libanu. Na lotnisku w Bejrucie Papieża witali wszyscy przedstawiciele najwyższych władz Libanu, Patriarcha i duchowieństwo Kościoła Maronickiego, przedstawiciele Muzułmanów dwóch nurtów, a także wyjątkowo ulewny deszcz, który w Libanie traktowany jest jak błogosławieństwo.
Pobyt Papieża Leona XIV w Annaya, gdzie znajduje się grób św. Szarbela, jak się o Nim mówi „świętego na nasze czasy” trwał niecałą godzinę, ale dla wiernych przeliczało się to niemal na wieczność.
Przesłanie papieskie i św. Szarbela
Wielogodzinne czekanie w deszczu, bez toalet czy miejsc do siedzenia było trudne, a jednak Libańczycy wszystko zniosą, bo Papież przyjechał do nich z przesłaniem pokoju. Patrząc z boku można by stwierdzić, że ich trochę rozczarował, gdyż długie przywitanie o. Youssefa Matta (jeden z 16 maronickich mnichów żyjących w klasztorze św. Marona w Annaya) skwitował niemal w kilku zdaniach, odpowiadając sobie na zadane przez siebie pytanie: „Czego nas uczy dzisiaj św. Charbel, mnich, który żył w milczeniu, ukryciu, który niczego nie napisał, a jednak jego słowa rozeszły się po całym świecie?” Odpowiedź brzmiała: Modlitwy, ciszy i skromności oraz ubóstwa, a osobom konsekrowanym przypomniał o ewangelicznych wymaganiach ich powołania. Poza tym: „Jego spójność życia, tyle radykalna, co pokorna jest przesłaniem dla wszystkich chrześcijan”.

Papież przyjechał do Annaya około godziny 10, ale wierni na spotkanie z Nim wyruszyli już o drugiej w nocy i nawet nie dotarli do klasztoru, zadawalając się miejscami wzdłuż drogi przejazdu Papieża. Pielgrzymi z Polski, prawie 80 osób, którzy wyjechali z Byblos około godz. 5 rano, mieli więcej szczęścia – udało się im zdobyć niezłe „miejscówki”, choć i tak większość z nich Papieża widziała jedynie na telebimie.

Co ciekawe, poza flagami libańskimi i papieskimi najwięcej było flag polskich, a to za sprawą pielgrzymki Radia Wnet.

Deszcz i inne uciążliwożliwości pielgrzymowania
Ponad godzinny dojazd i to nie do samej Annaya, mimo że odległość z Byblos to zaledwie 19 km – trzeba było jechać drogą okrężną, bo główna była zarezerwowana dla Papieża, a następnie pieszo pokonać dwukilometrowy odcinek drogi i to w deszczu nie należały do przyjemności. No, ale czego nie robi się dla wspólnej z Papieżem modlitwy u grobu św. Szarbela. Zmęczenie, zimno i brak nadziei na bezpośrednie zobaczenie Papieża nikogo nie zniechęcały. Nie mówiąc już o takich niedogodnościach, jak brak toalety… Libańczycy zbyt byli chyba zajęci sprzątaniem dróg, naprawianiem zbombardowanych domów, rozstawianie i rozwieszaniem flag, plakatów, banerów witających Papieża, ustawianiem punktów kontrolnych z żołnierzami pilnującymi bezpieczeństwa…

Miejscowi Polaków rozpoznawali po flagach, kotylionach, ale i po mowie. Kiedy dowiedzieli się, że przyjechaliśmy głównie z okazji wizyty Papież, mówili: „Niech Bóg Was błogosławi”. A tak na marginesie, to nas podziwiali za pomysłowość. Na przykład nie można było wnosić metalowych, a nawet drewnianych stylisk, aby zawiesić flagę, więc Polak potrafi – wieszano ją na plecach, stelażach do aparatów, parasolkach, albo trzymano w rękach i to kilku osób.
Nic dziwnego, że na telebimie dość często pojawiała się nasza flaga. Libańczycy, tez próbowali dorównać pomysłowością, wchodząc np. na jedyne w okolicy drzewo, aby móc zobaczyć Papieża – jak w Ewangelii. Mieli też pomysł na deszcz, zamieniając plastykowe krzesła na parasolki.

Ciekawostką było również to, że ledwie Papież wsiadł do samochodu i odjechał deszcz przestał padać i wyjrzało słońce. Czyżby to znak, że dla Libanu rozpoczną się dobre czasy?

Tekst i zdjęcia Maria Giedz (poniżej z lewej w zielonej kurtce)

zdj. Radio Wnet

