Rząd Donalda Tuska mimo udawania twardej formacji politycznej już kolejny raz był w Zaleszczykach. Chociaż porównując to z 1939 rokiem, teraz ruscy nas nie napadli. Jeszcze… Po ataku rakietowym spaliły się jednak w blokach prorządowe media. To nie był jednak zwykły błąd. To skutek zaniedbań.
Media publiczne, jeśli zaufać obserwacjom ekspertów i zwykłej logice, nie podały komunikatu, chociaż – jeśli wiedziały – powinny ostrzec ludzi na Lubelszczyźnie. A jeśli TVP, PR i PAP rano o ataku nie wiedziały, tym gorzej dla nich. I powinny być zlikwidowane, nie tylko fikcyjnie.
Czy wyłączenie nadajników mediów publicznych było testem?
W sumie jednak nie ma, co się dziwić nieporadności mediów państwowych. Mediów, które nie zapomniały jednak podawać we wszystkich serwiskach, że, rząd nagrodził mec. Sylwię Gregorczyk-Abram stanowiskiem RPO. Dlaczego nagrodził? Właśnie prawniczka, czyli teraz, przepraszam za wyrażenie, Rzecznik Praw Obywatelskich (nie moich) była w grudniu 2023 roku liderem grupy Wejście. Do czego? Już niczego. Bo wówczas Gregorczyk-Abram kierowała akcją, de facto, niszczącą media publiczne jako tzw. środki przekazu demokratycznego państwa. Rozumiecie to? Obecna RPO, raptem dwa i pół roku temu, nadzorowała bezprawne przejęcie przez rząd mediów publicznych. Towarzyszyli jej marionetkowi szefowie TVP, PR i PAP powołani kilka godzin wcześniej na mocy dokumentów przygotowanych przez… cóż za przypadek, podpisanych przez mecenas Gregorczyk-Abram.
To właśnie wtedy koalicja Tuska – wahałem się czy napisać „po raz pierwszy”, ale w końcu napisałem – wyłączyła sygnał telewizyjny, który stanowi pasmo zapasowe dla wojska podczas wojny. A wówczas za naszą południowo-wschodnią granicą już od prawie dwóch lat trwała wojna, Rosja napadła na Ukrainę. Czy trzeba coś dodawać?
Media państwowe bezradne wobec wojny?
Układ się domyka. Podejrzewam, ale chcę się mylić, że teraz, gdyby – nie daj Boże – ruskie wojska weszły na Przesmyk Suwalski, media publiczne nadałyby jakiś dobry mecz lub premierowy, sensacyjny film szpiegowski. Nie odciągnęliby uwagi mieszkańców z – też nie daj Boże – okupowanych terenów, ale na pewno, w rozumieniu koalicji Tuska, ten przekaz „uspokajałyby sytuację do reakcji Berlina, Paryża i Brukseli”. NATO i Stany Zjednoczone dowiedziałyby się wcześniej i zawiadomiłyby media niezależne, czyli w Polsce konserwatywne…
Czarne wizje? Scenariusz jak z horroru? Nie, to to tylko łagodna jego wersja. W każdej jednak negatywnej sytuacji antycypowanej przez analityków, polskie media stanowią ważny filar systemu bezpieczeństwa. No właśnie polskie media, a wiele z popularnych portali i czasopism nie ma większości kapitału polskiego.
To chyba nie przez przypadek, że na miejsce, gdzie spadła ruska rakieta, jako pierwsza dotarła reporterka Polsatu. A nie na przykład ktoś z TVP, Polskiego Radia, czy Polskiej Agencji Prasowej. Co nie przeszkadza tym mediom publicznym w fikcyjnej likwidacji rozwijać się za pieniądze podatników. Za pieniądze nie ujęte prawidłowo w budżecie, ale dawane „po uważaniu” przez rząd. Zatem za te pieniądze, samochody reporterskie powinny mieć teraz 24-godzinne dyżury w kilku oddziałach terenowych na wschodzie Polski. Plus ekipy z Warszawy, które też muszą mieć zadania związane z informowaniem o zagrożeniach.
Mozolne sklejanie systemu informacji w razie wojny może się odbyć tylko wtedy, kiedy z TVP, PR i PAP odejdą szkodnicy mieniący się władzami tych spółek skarbu państwa. Ale to nie nastąpi natychmiast. A Moskwa nie zaczeka aż Tusk wyrzuci z pracy Daniela Gorgosza i Tomasz Syguta z TVP, Pawła Majchera z PR i Marka Błońskiego z PAP.
Hubert Bekrycht
red. nacz. portalu SDP
zdj. hub