Chichot trolla i cenzora – MIROSŁAW USIDUS o skutkach tzw. ACTA2

Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi. Faktyczną twarzą ACTA2 będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny.

 

W sprawie zamordystycznej dyrektywy zwanej u nas ACTA2 nadzieja umiera ostatnia. Z jednej strony widać jej pierwsze negatywne (zapowiadane przez wielu, w tym także przeze mnie) konsekwencje. Z drugiej – podjęto akcję prawną przeciw przyjętej w marcu regulacji i zrobił to  polski rząd, co zostało wśród internautów na świecie bardzo dobrze odebrane.

 

Spodziewaliśmy się, że filtry będą toporne, że wymagany przez Dyrektywę natychmiastowy prewencyjny filtr (wcześniej art. 13 potem zawarty w art. 17)  będzie działał prymitywnie i „po całości”, wycinając bez szczególnej dystynkcji bardzo wiele materiałów, które są całkowicie w porządku, jeśli chodzi o copyright, lub w ogóle nie powinny być objęte filtrowaniem, bo są to materiały z domeny publicznej, do których żadne „prawa autorskie” nie mają zastosowania. I od pewnego czasu mamy nowe bijące po oczach świeże przykłady, że obawy były słuszne. Filtry działają błędnie i prymitywnie, w dodatku, dokładnie tak jak się obawialiśmy, pojawiają się sygnały, że ochrona praw autorskich wykorzystywana jest jedynie jako pretekst do prostackiej cenzury politycznej.

 

Z powodu toporności tych mechanizmów na YouTube np. amerykańskiej agencji kosmicznej NASA zablokowana została możliwość publikowania jej własnych materiałów wideo z Marsa. Nie ma to jeszcze związku z ACTA2, ale powszechnie jest odbierane jako pokaz bezmyślności mechanizmów filtrowania, które przecież z mocy Dyrektywy mają być wykorzystywane. Inny skandaliczny przypadek nadużyć filtru praw autorskich, to zablokowanie w serwisie Scribd kopii raportu Muellera, dokumentu z punktu widzenia prawa jak najbardziej publicznego z powodu nieuzasadnionych roszczeń jednego podmiotu. W Polsce przed wyborami jeszcze europoseł Dobromir Sośnierz alarmował, że YT zablokowało jego film z powodu rzekomych naruszeń praw autorskich, choć miał uregulowaną kwestię oprawy muzycznej w materiale, przy czym on sam podejrzewał, że prawdziwe przyczyny blokady były polityczne.

 

Corynne McSherry, dyrektor ds. prawnych Electronic Frontier Foundation, która zdecydowanie sprzeciwiała się dyrektywie UE, skomentowała niedawno, że budowanie tego typu systemu jest zadaniem, którego „żadne YouTube’y świata nie będą w stanie wykonać”. Mogę dodać od siebie, że mimo to owe „YouTube’y” będą próbowały, skoro ich ACTA2 do tego zmusza, a skutki będą takie, jak przytoczone tu przykłady.

 

Drakońska „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, kładąca nacisk na natychmiastowe, prewencyjne działanie wymusza na firmach z sektora technologicznego wprowadzenie filtrów praw autorskich zapobiegających naruszeniom za wszelką cenę. W bilansie korzyści i strat krzywda zwykłego youtubera, za którym nie stoi wielka korporacja zarządzająca copyrightem, przestaje się liczyć, zwłaszcza w obliczu ryzyka konsekwencji dla YouTube czy Facebooka z mocy przepisów europejskich. Euroregulatorzy stworzyli raj dla tzw. copyright trolli, którzy zachęceni przez artykuły Dyrektywy zaczynają pokazywać na co ich stać. A to dopiero początek.

 

Młot na krytyczne recenzje

 

W kwietniu agencja Social Element w imieniu swojego klienta zażądała od Twittera usunięcia informacji o tym, że w sieci pojawiły się pirackie kopie seriali z amerykańskiej telewizji. Sam inkryminowany tweet jest jedynie informacją o tym, że doszło do piractwa takich a takich materiałów z linkiem do artykułu na ten temat a nie do źródła pirackich plików. W żaden sposób nie narusza praw autorskich. A jednak został usunięty przez Twittera z powodu „roszczeń związanych z prawem autorskim”. To była tylko sucha informacja, więc sprawa nie dla każdego musi być oczywista, ale wyobraźmy sobie teraz, że piszemy artykuł w sposób wyraźny i dobitny piętnujący piractwo z podaniem rażących jego przykładów. Z doświadczenia skargi agencji Social Element płynie wniosek, że w świecie ACTA2 artykuł taki zostanie usunięty. Jeśli to nie jest cenzura, to nie wiem, co nią jest?

 

To, że automatyczne filtry mają wpływ na artystów działających w Internecie, jest już dobrze widoczne. Dan Bull, rapper i twórca youtubowy z 1,5 milionem subskrybentów opowiadał niedawno serwisowi CNBC jak wprowadzenie (a było to jeszcze przez Dyrektywą) filtra Content ID na platformie wideo wpłynęło na jego twórczość. Obecnie np. niechętnie już tworzy klipy o charakterze parodystycznym. „Nie chcę już tworzyć parodii muzycznych. Kiedyś naprawdę lubiłem je robić, ale teraz, kiedy nabieram na to ochoty, myślę o tym, jak bardzo bolałaby mnie głowa z powodu możliwych roszczeń z tytułu praw autorskich” –  wyjaśniał Bull. I w ten sposób to, co było pełnoprawną uznaną i cenioną formą sztuki zanika w reżimie copyrightowym.

 

Możemy sobie wyobrazić więcej. Piszemy np. krytyczną recenzję na temat jakiegoś filmu i gry aktorów w tym dziele. Publikujemy w Internecie i wrzucamy linki do serwisów społecznościowych. Klient agencji Social Element lub innej nie lubi tego i chce zablokować nieprzychylną opinię, zwłaszcza jeśli mamy szerokie grono czytelników. Co robi? Każe agencji zaskarżyć materiał za „naruszenie praw autorskich”. Że bez sensu? W świecie ACTA2 nie ma to znaczenia. Właściciel platformy, Facebooka, YouTube, Twittera, ma działać natychmiast a ciężar problemu i dowodu swojej niewinności spoczywa na barkach publikującego. Administrator nie wnika, tylko blokuje. To autor recenzji ma teraz problem, bo musi udowodnić, że jego artykuł nie narusza praw autorskich. Może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, mu się to w końcu uda, ale wtedy film, nie niepokojony krytycznymi recenzjami, zaliczy już kasowy sukces.

 

Można usunąć raport Muellera, można i memy

 

Gdy platforma hostingująca dokumenty Scribd zaczęła masowo usuwać kopie raportu Roberta Muellera, które wgrali tam jej użytkownicy, zaczęto wietrzyć spisek rządu i Trumpa. To dokument wytworzony przez organ rządowy w USA i jest w domenie publicznej, co oznacza, że każdy może go opublikować i zapoznać się z jego treścią bez opłat.

 

Okazało się, że mimo to pojawiły się podmioty, które wydały raport i oferowały kopie w sprzedaży. Jeden lub więcej z tych wydawców wprowadził swoją kopię raportu do filtra praw autorskich Scribd, który jest w pełni zautomatyzowanym systemem, działającym bez ingerencji człowieka. I filtr zaczął traktować opublikowane wcześniej kopie raportu jako naruszające prawa autorskie. Rażący przykład copyright trollingu.

 

Trzeba tu podkreślić, że europejska Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana w ten właśnie sposób – za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi, w dodatku o wymaganych relatywnie wysokich kwalifikacjach czyli drogich, do ręcznego weryfikowania zgłoszeń i zaskarżanych treści, np. memów, które zgłaszane będą przez ośmieszanych w nich polityków. Faktyczną twarzą ACTA2 wobec milionów użytkowników będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny. Jeśli coś zostanie zgłoszone jako chronione prawem autorskim, to z automatu będzie chronione a wszelka próba naruszenia fikcyjnego copyright zostanie prewencyjnie zdławiona.

Już słychać chichot trolla i cenzora.

 

Europrawo niejasne i marnej jakości

„Wiele obaw i konsternacji związanej z tymi zmianami wynika z niepewności co do tego, co dokładnie będą musieli zrobić właściciele platform treści, twórcy treści i użytkownicy” –  powiedział w debacie, której zapis opublikowano na stronach Uniwersytetu Pensylwanii, R. Polk Wagner, profesor prawa z tejże uczelni.

 

Dlaczego platformy internetowe zgodzą się na taki daleko idący zamordyzm i ryzyko nadużyć. Dlatego, że próby walki z toporną logiką ACTA2 mogą ich bardzo dużo kosztować. Według również wypowiadającego się w debacie Penn State, Stevena Wilfa, profesora Uniwersytetu Connecticut i eksperta w dziedzinie własności intelektualnej, kary na Facebooka czy YouTube, z którymi mogliby się zmierzyć w przypadku naruszeń Dyrektywy nie są jeszcze jasno określone, ale platformy obawiają się, że będą bardzo dotkliwe.

 

W Stanach Zjednoczonych regulacje takie jak Digital Millennium Copyright Act (DMCA), chronią dostawców treści przed pozwami sądowymi dotyczącymi naruszeń, jeśli podejmą natychmiastowe działania, takie jak usunięcie materiału naruszającego prawo i przyjęcie polityki zapobiegającej ponownym naruszeniom. Podobne w duchu przepisy obowiązywały wcześniej w Europie, w tym w Polsce. „Teraz nagle pojawi się odpowiedzialność natychmiastowa i bezwzględna” – zauważa Wilf. To zupełnie nowa sytuacja dla serwisów i platform internetowych. Wzbudza ich ogromny niepokój. A ofiarami ich lęku mogą stać się w największym stopniu zwykli użytkownicy i drobni wydawcy.

 

Oczywiście zmniejszeniu niepewności i lęków nie sprzyja brak precyzji sformułowań Dyrektywy. Na przykład słynny „link tax”, podatek od linków, który wymusza opłaty licencyjne za treści zamieszczane nawet w postaci krótkich fragmentów w agregatorach newsów czy w streamach społecznościowych. Nie wiadomo dokładnie, jak krótki ma być cytat z materiału, aby autor publikacji nie musiał się obawiać a platforma go nie zablokowała. Na to prof. Wilf również zwraca uwagę. „Nowa dyrektywa pozwala na tworzenie hiperłączy przez osoby prywatne i instytucje edukacyjne lub w celach edukacyjnych, ale przepis ten nie jest wystarczająco jasny” – pisze. – „Co,  tak naprawdę, wolno podmiotom prywatnym, jeśli chodzi o publikowanie linków? Jak odróżnić oficjalne agregatory wiadomości od wiadomości osób prywatnych?”. Przepisy te są dość jasne w odniesieniu do takich serwisów jak Google News, ale wiele innych stron internetowych i rodzajów publikacji będzie poruszać się w szarej strefie, w której nigdy do końca nie wiadomo co jest naruszeniem prawa a co jeszcze w jego granicach.

 

Czy o prawo o tak marnej jakości w Unii Europejskiej chodzi? A może chodzi o to by, jak to mówi stare polskie przysłowie – „łowić ryby w mętnej wodzie”.

 

Polk Wagner z Uniwersytetu Pensylwanii pyta, kiedy, w rozumieniu ACTA2, jednostkowy użytkownik (któremu wolno publikować linki swobodnie) przestaje być zwykłym użytkownikiem. „Jeśli mam 50 tys. obserwujących na Instagramie i zarabiam na swojej popularności pieniądze, to czy wciąż jestem zwykłym użytkownikiem, czy też muszę być traktowany jako podmiot gospodarczy i płacić honoraria za linki?”

 

Polska skarga i inne iskierki nadziei

 

Złożona tuż przed eurowyborami w maju skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań Dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w nazwie Dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze od kilku tygodni piszą liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa.

 

Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

Jest kilka iskierek nadziei, że uda się obalić ACTA2. Pierwsza wiąże się z polską skargą, ale nie liczmy na to za mocno. Trzeba pamiętać, że wolność w dzisiejszych czasach nie jest dla elit europejskich, także prawniczych, wartością nadrzędną i najważniejszą. Druga to możliwość zmiany Dyrektywy wskutek nowej konfiguracji sił w europarlamencie i w innych organach europejskich, ale, jak to w polityce bywa, perspektywy zmian nie są zbyt jasne.

 

I wreszcie jest trzecia droga, która kogoś, kto przeczytał, co powyżej napisałem może nieco zaskoczyć. Pozwólmy mianowicie działać ACTA2. Niech wszyscy zobaczą jej absurdalność, jej antywolnościowe i cenzorskie oblicze. Niech rozszaleją się copyright trolle i cyniczni najemnicy prawni, którzy samowolnie tępić będą niekorzystne i krytyczne wobec swoich klientów treści pod hasłem walki o poszanowanie praw autorskich.

 

Smutna prawda jest taka, że ludzie relatywnie słabo interesowali się Dyrektywą, a walka z nią miała ograniczony zasięg. Może, gdy oberwą osobiście po sempiternie, i zamordyzm tych regulacji zacznie dopadać na każdym kroku ich codziennego internetowego życia, powstanie klimat i wystarczająco silna presja społeczna na wyrzucenie ACTA2 tam gdzie od początku jej miejsce – do śmietnika.

 

Mirosław Usidus