Fot. Pixabay

MIROSŁAW USIDUS: To nie był dobry czas dla wolności słowa

Jakkolwiek się by nie gimnastykować pojęciowo, to 2021 roku nie można uznać za dobry rok dla wolności słowa. Jeśli coś w tej sferze rosło, to zapewne była to głownie liczba pretekstów pod jakimi władze państw, platformy internetowe i każdy, który dostał choć nieco władzy i wpływu, ograniczał, limitował i dławił swobodę wypowiedzi.

 

Podsumowania roku, jeśli chodzi o wolność mass mediów zaczęły się już na początku grudnia. Wtedy właśnie opublikowany został raport organizacji non-profit Committee to Protect Journalists informujący, że liczba dziennikarzy na całym świecie, którzy są za kratami, wyniosła – 293 – od początku 2021 r. W tym samym okresie zabitych z powodu wykonywania swojego zawodu zostało co najmniej 24 dziennikarzy, a dalszych osiemnastu zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Liderem tego ponurego rankingu są Chiny, które uwięziły w minionym roku pięćdziesięciu dziennikarzy, najwięcej ze wszystkich krajów, a za nimi Myanmar z liczbą 26 reporterów aresztowanych w ramach represji po przewrocie wojskowym w lutym,. Niewiele mniej bo 25 miał na koncie Egipt (25) a po nim Wietnam (23). Kolejne miejsce w tym rankingu „niewolności” dzierży Białoruś z liczbą dziewiętnastu aresztowanych dziennikarzy. Pamiętajmy jednak, że nasz wschodni sąsiad to kraj znacznie mniej ludny niż wcześniej wymienione. Zatem, gdyby przeliczać liczbę uwięzionych na głowę mieszkańca, to reżim Łukaszenki zdecydowanie prowadziłby w tym zestawieniu.

 

Bezwzględne więzienie dziennikarzy w Chinach nie nowością. Jednak po raz pierwszy w corocznym raporcie CPJ znaleźli się dziennikarze pozbawiani wolności w Hongkongu. Jest to rezultat wdrożenia w Chinach drakońskiego prawa o bezpieczeństwie narodowym w 2020 roku, w reakcji na głośne protesty prodemokratyczne w tym mieście. Osiem osób związanych z mediami w Hongkongu, w tym Jimmy Lai, założyciel Apple Daily i Next Digital oraz laureat nagrody CPJ za wolność prasy w 2021 r., Gwen Ifill, zostało uwięzionych, co stanowi poważny cios dla i tak już osłabionej niezależnej prasy w tym mieście. Niektórym z aresztowanych może grozić dożywocie.

 

W Chinach kontynentalnych, prześladowani ludzie mediów stają przed litanią niejasnych, orwellowskich ze swej natury zarzutów. Np. niezależna internetowa reporterka Zhang Zhan, aresztowana w maju 2020 r. za krytyczną relację na temat reakcji władz Chin na pandemię wirusa COVID-19, odsiadywała i odsiaduje karę czterech lat za „wszczynanie kłótni i podsycanie problemów”, zarzut często stosowany wobec krytyków rządzącej Komunistycznej Partii Chin. Inni są oskarżani o „dwulicowość”, przestępstwo o niejasnej definicji, typowo totalitarną kategorię, która pozwala prześladować ludzi, nawet, gdy w sposób otwarty nic szczególnego nie zrobili. Reżim w Pekinie szczególnie chętnie sięga po ten kij przeciwko ujgurskim dziennikarzom z prowincji Xinjiang. Chiny wzięły na celownik również nie-dziennikarzy, aresztując 11 osób za rzekome przesyłanie materiałów do „The Epoch Times”, firmy medialnej powiązanej z grupą religijną Falun Gong.

 

Meksyk jest z kolei najbardziej śmiercionośnym dla reporterów krajem półkuli zachodniej. Trzech dziennikarzy zostało zamordowanych w 2021 r. w bezpośrednim odwecie za ich relacje. CPJ prowadzi dochodzenie w sprawie pozostałych sześciu zabójstw, aby ustalić, czy miały one związek z ich działalnością jako dziennikarzy. Sześciu dziennikarzy znajduje się w spisie więzień w Ameryce Łacińskiej – trzech na Kubie, dwóch w Nikaragui i jeden w Brazylii. CPJ odnotował alarmujący spadek wolności prasy w tym regionie.

 

W Ameryce Północnej w momencie zakończenia spisu nie uwięziono żadnego dziennikarza. U.S. Press Freedom Tracker, partner CPJ, odnotował 56 aresztowań i zatrzymań dziennikarzy w Stanach Zjednoczonych w 2021 roku. Osiemdziesiąt sześć procent z nich miało miejsce podczas demonstracji. Zapewne do tych statystyk przygotowywanych raczej z lewicowym nastawieniem nie został zaliczonym Richard O’Keefe z Project Veritas, na którego nalot zrobiło jesienią FBI. Do tej bulwersującej sprawy jeszcze wrócę. W Kanadzie dwóch dziennikarzy aresztowanych podczas relacjonowania protestu dotyczącego praw do ziemi w północnej Kolumbii Brytyjskiej spędziło trzy noce w areszcie, zanim sąd nakazał ich warunkowe zwolnienie.

 

Co najmniej siedemnastu spośród uwięzionych w 2021 roku dziennikarzy zostało oskarżonych o cyberprzestępstwa. W afrykańskim kraju Benin, dwóch zostało oskarżonych na podstawie ogólnie sformułowanego kodeksu cyfrowego, umożliwiającego ściganie karne wszystkiego, co zostało opublikowane lub rozpowszechnione w Internecie.

 

W Afryce Subsaharyjskiej największy regres dla wolności mediów nastąpił w ostatnim okresie w Etiopii. Rząd Abiy Ahmeda stał się w 2021 roku drugim najgorszym więzieniem dla dziennikarzy w Afryce Subsaharyjskiej, zaraz po Erytrei. Liczni dziennikarze zostali aresztowani w kraju po wybuchu walk pomiędzy federalnymi siłami rządowymi, a siłami kierowanymi przez Ludowy Front Wyzwolenia Tigray. CPJ udokumentował wiele innych przypadków łamania wolności mediów w Etiopii w ciągu minionego roku.

 

Prawdą jest, że niektóre kraje wsadziły do więzień w 2021 roku nieco mniej dziennikarzy. Turcja, niegdyś najgorsza pod tym względem, zajmuje obecnie szóste miejsce na liście CPJ po uwolnieniu dwudziestu więźniów. Pozostało osiemnastu. Arabia Saudyjska uwolniła dziesięciu dziennikarskich więźniów – obecnie przetrzymuje 14. Jak zauważył jednak raport CPJ, po nieudanej próbie zamachu stanu w 2016 roku w Turcji skutecznie zlikwidowano media opozycyjne w tym kraju, zaś wielu dziennikarzy zmuszonych zostało do odejścia z zawodu. Liczba uwięzień w Turcji maleje także dlatego, że rząd wypuszcza ich na zwolnienia warunkowe, aby oczekiwali na wyniki procesu lub apelacji. W Arabii Saudyjskiej zastraszający efekt morderstwa i rozczłonkowania Jamala Khashoggiego w 2018 roku, wraz z kilkoma nowymi zatrzymaniami w 2019 roku, prawdopodobnie uciszył wielu dziennikarzy skuteczniej niż jakakolwiek fala aresztowań.

 

Godne uwagi jest, że autorytarni przywódcy coraz częściej znajdują bardziej wyrafinowane niż areszty i więzienie sposoby walki z niezależnymi reporterami i środkami przekazu, zwłaszcza przez wyłączanie Internetu i zwiększoną inwigilację za pomocą zaawansowanego technologicznie oprogramowania szpiegowskiego. To mniej kosztowne wizerunkowo niż wsadzanie reporterów do więzień. Zaś zarzuty dotyczące blokowania sieci zawsze można odeprzeć, gdyż dziś takie zabiegi można dość skutecznie maskować i udawać, że się nie wie o co chodzi.

Raport CPJ to nie jedyne podsumowanie represji spotykających media i dziennikarzy na świecie. Z okazji przypadającego 10 grudnia Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) opublikowała swoje wykazy uwięzionych i zabitych dziennikarzy w 2021 roku. Według nich, stan na 10 grudnia 2021 roku to 365 dziennikarzy przebywających w więzieniach, co oznacza (w tym zestawieniu) wzrost z 235 w zeszłym roku. Największymi więzieniami dziennikarzy są Chiny (102), Turcja (34), Białoruś (29), Erytrea (29), Egipt (27), Wietnam (21), Myanmar (18), Rosja (12), Azerbejdżan i Jemen (11), Kambodża (10) i Iran (9).  Na czele listy regionów IFJ znajduje się Azja, gdzie w więzieniach przebywa 162 dziennikarzy, następnie Europa (87), Bliski Wschód i kraje arabskie (65), Afryka (49) oraz obie Ameryki (2).

 

Natomiast statystyka IFJ dotycząca dziennikarzy i pracowników mediów zabitych w 2021 roku jest nieco niższa niż w zeszłym roku, z 45 zabójstwami odnotowanymi w porównaniu do 65 w 2020 roku. Chociaż ten spadek to dobra wiadomość, jest on niewielkim pocieszeniem w obliczu ciągłej przemocy, która pochłonęła życie dziennikarzy w takich krajach jak Afganistan (9), Meksyk (8), Indie (4) i Pakistan (3).

 

Przy całym tym ponurym bilansie warto zwrócić uwagę na jaśniejszy punkt, czyli fakt, że praca dziennikarzy była w ubiegłym roku doceniona jak nigdy dotąd przez przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla w 2021 r. dwojgu dziennikarzom Marii RessieDimitrijowi Muratowowi. Przy okazji posłużyło to jako przypomnienie o represjach i niebezpieczeństwach, jakie spotkały Muratowa, redaktora naczelnego „Nowej Gaziety” w putinowskiej Rosji i Ressę w jej rodzinnych Filipinach.

 

USA i zapach „trzecioświatowych standardów”

 

Gdy FBI dokonało jesienią nalotu na Project Veritas, publikujący niewygodne, często dotyczące korupcji materiały dotyczące Demokratów i administracji Bidena, USA zaczęto w wielu komentarzach porównywać do krajów, które niejako w sposób dyżurny goszczą w takich zestawieniach jak raporty CPJ.

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok wcześniej, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze, czyli Departament Sprawiedliwości zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że w tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Pojawiły się pytania np. do „The New York Times” – jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów, który wyłonił się w Stanach Zjednoczonych.

 

Sąd federalny nakazał Departamentowi Sprawiedliwości Joe Bidena zaprzestanie „wydobywania” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. Bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU). Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”. Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny. Zauważa też, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie zrobiły. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy. W kwietniu 2021 r. serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwijmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sądu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam Goldman i Mark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Bałkański splinternet

 

2021 rok był kolejnym rokiem postępowania zjawiska tzw. „bałkanizacji internetu”, które zapowiadane i odnotowywane jest od wielu lat. Początkowo to ostatecznie zawsze sprowadzające się do cenzury wygradzanie połaci sieci i zamykanie we własnym, narodowym lub regionalnym segmencie, kojarzyło się głównie z chińskim „Wielkim Firewallem”. Stopniowo wygrodziły się w ten sposób Rosja i Iran, w dużym stopniu Turcja i Indonezja a także Indie. Do tworzenia europejskiej bańki za pomocą różnego rodzaju narzędzi cenzorskich dążą również eurokraci.

 

Splinternet (inne określenie dla zjawiska bałkanizacji internetu) to rozszczepienia i dzielenie sieci z powodu różnych czynników, związanych z technologią, handlem, polityką, religią. Opisany jako koncepcja po raz pierwszy został w opracowaniu autorstwa Marshalla Van Alstyne’a i Erika Brynjolfssona z MIT, które zostało opublikowane pod koniec 1996 r. Clyde Wayne Crews z Cato Institute, użył tego terminu w 2001 r., aby opisać swoją koncepcję „równoległych sieci internetowych, które byłyby prowadzone jako odrębne, prywatne i autonomiczne wszechświaty”. Crews używał tego terminu w pozytywnym znaczeniu, ale późniejsi autorzy, tacy jak Scott Malcomson z New America’s International Security Program, używali tego terminu w sensie pejoratywnym, jakorosnące zagrożenie dla idei Internetu jako sieci obejmującej cały świat.

 

W książce „Republic.com” z 2001 roku Cass Sunstein dowodził, że cyberbałkanizacja może nawet zaszkodzić demokracji, ponieważ pozwala różnym grupom unikać kontaktu ze sobą, ponieważ gromadzą się one w coraz bardziej podzielonych kręgach i społecznościach, co sprawia, że prawdopodobieństwo uznania innych punktów widzenia lub wspólnej płaszczyzny maleje. I to zjawisko w 2021 roku było coraz lepiej widoczne. Wycenzurowani, wybanowani z Facebooka i Twittera, użytkownicy, którzy nie widzą świata przez lewicowe okulary, migrują do swoich serwisów, grup, w których nie prześladuje się ich za poglądy. Gdy powstanie zapowiedziana kilka miesięcy platforma społecznościowa Trumpa, zjawisko to może gwałtownie przyspieszyć.

 

Komercyjną bałkanizacją określa się również zabiegi wielkich korporacji godzące w neutralność internetu. Firmy rozbudowujące infrastrukturę chcą serwować własną wersję internetu, z której wykluczone są usługi konkurencji, a także pewne  wykraczające poza akceptowany przez korporacje nurt treści polityczne. Bałkanizacją w tym, komercyjnym rozumieniu są więc zarówno zabiegi takich firm jak AT&T, która jako dostawca usług sieciowych, a zarazem treści, niemile widzi treści konkurencyjne, np. rywalizujący serwis VOD, Amazon, który korzystając z serwerowej potęgi wycina, a czasem nieuczciwie konkuruje z usługami własnych klientów, prowadząc do ich usunięcia, i w końcu Google, które preparując wyniki w wyszukiwarce z jednej strony szkodzi konkurencyjnym ofertom, z drugiej nie przestawia obiektywnie najlepszej listy wyników, lecz, taką jaka Google uważa za najlepszą, co, jak pisał „The Wall Street Journal” w tym roku, jest zarówno nieuczciwością w sensie handlowym jak też zwykłą cenzurą, także polityczną.

 

W USA atak na Kapitol 6 stycznia 2021 roku miał decydujące znaczenie w kreowaniu pretekstu dla ustawodawców, by wziąć się „za internet”.  Niemal natychmiast pojawiły się wezwania do większej kontroli nad firmami z branży internetowej. Innym aspektem tej samej bałkanizacji są nałożone przez władze USA ograniczenia na chińskie technologie. Jest to oczywiście odpowiedź na chińskie działania również ograniczające możliwość operowania amerykańskim firmom. Dającym się przewidzieć jest rozwój internetu coraz bardziej odizolowanych od siebie ekosystemach technologicznych. Wyraźnie widać po amerykańsko-chińskiej wojnie technologicznej dotyczącej technicznej infrastruktury 5G, że mogą co najmniej dwa, jeśli nie więcej, standardy mobilnego internetu przyszłości. To oznacza, podkreślmy to, że prawdopodobnie jeden globalny internet stanie się przeszłością. Taka całkiem realna możliwość wyraźnie zarysowała się w 2021 roku.

 

Obecnie te tendencje izolacjonistyczne dostrzegamy najczęściej w wymiarze formalnoprawnym, gdy np. nie możemy przeczytać artykułu z amerykańskiego lub indyjskiego serwisu ze względu na europejską GDPR. Pogłębienie procesów wygradzania na poziomy technologiczne sprawi, że nie będziemy w ogóle widzieć tych barier, tak jak widzimy je obecnie w postaci komunikatów na amerykańskich stronach. Po prostu coraz większe połacie cyberprzestrzeni staną się dla nas niewidzialne.

Oczywiście bałkanizacja internetu pociąga za sobą ogromne koszty, gdyż dławi wymianę handlową, gospodarczą, naukową i jakąkolwiek inną. Autarkia nie wyszła nikomu na korzyść. Dlatego nawet Chiny zainteresowane są pozostawieniem połączeń służących do globalnej wymiany. Myślę, że tworzenie i rozwój takich mechanizmów i platform umożliwiających komunikację z resztą świata będzie jednym z głównym nurtów rozwojowych w sieci w najbliższych latach. Pamiętajmy, że np. Rosja, choć zbudowała sobie infrastrukturę pozwalająca odciąć kraj od reszty internetu, to jednak trzyma ja na razie jako jedynie opcję na wszelki wypadek, utrzymując wciąż normalną łączność z siecią światową.

 

Globalna debata na temat bezpieczeństwa 5G doprowadziła do sytuacji, w której już jesteśmy świadkami rozwoju dwóch niezależnych obozów, prowadzonych przez USA i Chiny. Będą one prawdopodobnie rozwijać standard w nieco odmienny sposób, kierując się krajowymi wymaganiami i wartościami. Chiny przyspieszą realizację swojej strategii „Made in China 2025”, aby zapewnić sobie posiadanie i budowę krytycznych technologii. W rezultacie inne narody będą musiały zdecydować, który obóz lepiej służy ich interesom narodowym, ponieważ jedyne firmy produkujące tę technologię są związane z tymi krajami. W ten sposób powstanie schemat, który będzie się powtarzał w przypadku innych krytycznych technologii.

 

Cenzura plus hipokryzja

 

W miarę rozwoju sieci w Afryce rośnie tam lawinowo liczba przypadków politycznie motywowanego blokowania sieci. Robiły to w minionym roku władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, potem także Konga, gdy oskarżono rząd o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Takie rzeczy spotyka się również na innych kontynentach i to coraz bardziej nagminnie. Np. rząd Indii regularnie blokuje internet w spornym Kaszmirze.

 

Twitter dostał bana podczas wyborów powszechnych w Ugandzie w 2021 roku, podobnie jak wcześniej społecznościowe blokowane były także w trakcie wyborów powszechnych w Tanzanii w 2020 r. Przeciwnicy cenzury po tych wydarzeniach zażądali od władz Zambii, by nie robiły tego w tym kraju a prezydent Lungu zobowiązał się, że nie będzie cenzury. Jednak później rząd zagroził, że zamknie internet, jeśli obywatele będą go używać do „wprowadzania w błąd i dezinformowania” wyborców (jak wiadomo, to pod tymi hasłami Google, Facebook, Twitter i Amazon cenzurują w najlepsze na swoich platformach). W dniu wyborów, 12 sierpnia 2021 roku, pojawiły się jednak liczne doniesienia o zablokowaniu WhatsAppa i innych internetowych serwisów społecznościowych w Zambii. Zostało to potwierdzone przez rzecznika Facebooka, który poinformował również, że „wyłączenie mediów społecznościowych w Zambii miało wpływ na ich aplikacje i inne, takie jak Twitter”.

 

Cenzura mediów i internetu jest w wielu krajach, nie tylko owego często przywoływanego „trzeciego świata”, normą. Jej kolejne przykłady w 2021 roku nie były więc nowością. Nowością ostatnich kilkunastu miesięcy jest otwarte wprowadzanie i oficjalne sankcjonowanie jako czego dobrego i słusznego cenzury w krajach uchodzących za demokratyczne. Właściwie prawdziwą nowością było powszechne przekonanie w kręgach rządzących, że to jest „całkiem OK”. No i ta hipokryzja pełnych patosu zapewnień, że walczy się o demokrację, gdy ręce pałka do walnie każdego, kto myśli inaczej, w łeb.

 

Hipokryzja firm Big Tech, które same stosują coraz ostrzejszą cenzurę, na tym etapie już całkowicie polityczną i jednostronną, np. Twitter blokujący kilka miesięcy temu informacje na temat audytu wyborów prezydenckich w Arizonie, idzie w parze często ze zwykłym tchórzostwem korpo-świata. Bo czym innym jak nie tchórzostwem jest bezwzględność wobec słabych, gdy zgina się kornie kark w obliczu silnych. Apple i Google szybko „pękły”, gdy władze Rosji przy okazji niedawnych wyborów zażądały usunięcia ze sklepów z aplikacjami aplikacji służącej do komunikacji i walki protestującym przeciw Kremlowi. Appka była dziełem zwolenników Aleksieja Nawalnego, a jej celem miało być ujawnianie korupcji w otoczeniu Władimira Putina oraz zachęcanie do głosowania przeciwko kandydatom partii Jedna Rosja w wyborach parlamentarnych. Po tym jak posłusznie wobec moskiewskiego reżimu postąpiły wielkie korporacje z Krzemowej Doliny tym bardziej warto obserwować starcie Rosji z YouTube, gdyż, z tego co wiem, w Rosji zablokowanie tej platformy jest technicznie wykonalne, zatem groźba Kremla brzmi realnie.

 

A zatem cenzura i hipokryzja to dwie rzeczy, z którymi wielkie platformy zaczynają kojarzyć się nierozłącznie. Honorową nagrodę Mistrza Hipokryzji powinien dostać za 2021 roku serwis Twitter, który ukończył 15 lat.. „Happy birthday, Twitter!” – życzyły nieletnie ofiary przemocy i wykorzystywania seksualnego, które ofiarami zostały dzięki platformie, która w przypadkach nadużyć seksualnych wobec nieletnich i pornografii dziecięcej „nie widzi problemu”. Filmowych życzeń dla przyjaznego pornografii dziecięcej mikroblogowego serwisu wysłuchać można na YouTube, pod tym adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QbNh6L7sybw.

 

Ofiary seksualnych przestępstw przypominały Twitterowi swoje historie, gdy próbowały administracji serwisu zgłosić nadużycia i krzywdy wyrządzone im przez przestępców seksualnych na platformie, a ta ignorowała skargi lub wręcz twierdziła, że zasady nie zostały naruszone. Problem przestępczości wobec nieletnich na tle seksualnym na Twitterze nie maleje lecz narasta. Organizacja o nazwie National Centre For Missing and Exploited Children, podaje, że ilość publikowanych na Twitterze materiałów wiążących się z seksualnym wykorzystywaniem dzieci wzrosła w ubiegłym roku o 41 proc.

 

Podsumowanie Twittera po piętnastu latach istnienia jest ponure, a nawet przerażające. Gdy powstał, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę, wyróżniającą się ekstrawaganckim w swojej lapidarności pomysłem na tle kwitnącej wówczas mody na blogi internetowe. Dziś Twitter nie jest już niewinnie śmiesznym, dla jednych głupawym, dla innych uroczo ćwierkającym ptaszkiem. Ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty i tonie w obłudzie jednostronnej cenzury politycznej. W dodatku, tępiąc z jednej strony nielewicowe treści, z drugiej – toleruje i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych, wyrządzających ludziom, także tym najmłodszym i bezbronnym, prawdziwe krzywdy i szkody.

 

Dlatego zapewne niewielu było chętnych do obrony platformy przed blokadą wyborczą w Ugandzie, która miała miejsce wkrótce po cenzorskich „osiągnięciach” Twittera z okazji wyborów prezydenckich w USA. Po jego ekscesach tylko skrajni naiwniacy kupują komunikaty przedstawicieli Twittera głoszące, że „zapewnia on swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

 

Nawiasem mówiąc, w zapewnianiu mu wolności wypowiedzi pomóc mu chcą prawodawcy w wielu krajach, np. w Meksyku, Brazylii czy w Indiach, gdzie w 2021 r. zapowiedziano przepisy gwarantujące wolność słowa w sieciach społecznościowych. Twitterowi jednak, podobnie jak równie miłującym wolność słowa kolegom w Facebooka, pomysły te są nie w smak. Politycy bowiem w wymienionych krajach chcą wolności wypowiedzi dla każdego. Nie tak Twitter wyobraża sobie „swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

 

Zniesmaczenie cenzorryzmem politycznym wielkich platform społecznościowych przyniosło pewne nowego zjawiska także na naszym podwórku. Np. serwis Albicla.

 

Kwestią do dyskusji jest, czy autorzy powinni uruchomić tak niegotową jeszcze rzecz. Łatwo się mówi, że upubliczniać należy stuprocentowo dopracowaną, pozbawioną błędów, wersję. W przypadku czegoś tak złożonego jak platforma społecznościowa to wydaje się w ogóle niemożliwe. Pewne rzeczy trzeba przetestować bojem i chyba takie było założenie Albicla, platformy która od razu została zaatakowana za wiele rzeczy, niekiedy słusznie, bo nie była jeszcze technicznie dopracowana. W jednym z komentarzy zauważyłem żartobliwie, że twórcy Albicli mieli za darmo szeroki test prototypu połączony z wszechstronnymi crash-testami i bogatym feedbackiem użytkowniczym. Z czasem większość niedociągnięć została poprawiona.

 

To dzięki Albicla dowiedziałem się, że są plany stworzenia polskiej, pozbawionej google’owskiej cenzury politycznej, alternatywy dla YouTube. I rzeczywiście pod koniec roku coś takiego powstało – serwis o nazwie BanBye.pl, którego nazwa (w wolnym tłumaczeniu – „pożegnanie z banami”) odzwierciedla bóle i frustracje twórcy, Marcina Roli, ciężko doświadczonego przez cenzurę YouTube.

 

Podwaliny „Głównego Urzędu Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Miłośnicy cenzury, ograniczania wolności słowa, kontrolowania obiegu informacji, nigdy nie mają wolnego i nigdy nie odpuszczają. Dowodzi tego przyjęcie wiosną 2021 roku, cichaczem, bez głosowania w Parlamencie Europejskim, rozporządzenia zwanego TERREG, wykwitu cenzorskiej myśli, przy którym sławetna ACTA2 blednie. Pisałem o tym projekcie dwukrotnie na portalu SDP. Nigdy nie był tak nagłośniony jak dyrektywa o prawie autorskim ACTA2 a ostatnio w ogóle nie było o nim mowy. Europejskie mrówki-cenzorki wykonywały jednak swoją robotę cierpliwie i jak się niedawno okazało – skutecznie.

 

Ma się rozumieć, w TERREG chodzi oficjalnie o bezpieczeństwo i walkę z terroryzmem. A że każda władza może sobie definiować sama, kto jest „terrorystą”, więc tak naprawdę odpowiednia represja w efekcie dotyczyć może każdego w dowolnie wybranym przez władze momencie. Skutek praktyczny tego cenzorskiego euro-obłędu będzie taki, że właściciele stron będą musieli w ciągu godziny usuwać wszelkie treści promujące „terroryzm”, wedle przyjętej na bieżąco politycznej definicji, na żądanie jakiegoś organu administracyjnego, pod groźbą surowych kar. Czyli w praktyce  będzie tak: władza nakaże wycięcie czegoś – wydawca musi natychmiast czyli bez dyskusji to wyciąć, bo taka procedura nie zostawia miejsca i czasu na sprzeciw, polemikę, zdanie odrębne.

 

„Terroryzm”? W wielu krajach to nad wyraz wygodne narzędzie do zwalczania ludzi niewygodnych a niekiedy wyjmowania spod prawa całych grup społecznych. Chiny nazywają terrorystami walczących o swobody autonomiczne Ujgurów, uzasadniając w ten sposób agresywne represje, jakim poddały tę mniejszość narodową. Powstały tam nawet aplikacje rozróżniające Ujgurów po twarzy, po to, ma się rozumieć, by Pekin mógł skuteczniej rozpoznawać „terrorystów”. Turcja terrorystami nazywa Kurdów, a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Jak widać po rozlicznych przykładach z różnych miejsc świata, zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy, ma inne poglądy lub niesłuszne pochodzenie, byśmy mogli zaufać jakiemukolwiek rządowi, gdy chce definiować „terroryzm”.

 

To nie są żarty. W świecie TERREG, jeśli władza uzna, że niniejszy tekst, przez sprzeciw wobec TERREG promuje „terroryzm”, to wydawcy portalu SDP muszą go w ciągu godziny zdjąć. I żadnej dyskusji pod groźbą ciężkich kar nie będzie.

 

Ponadto surowa cenzura TERREG ma działać ponad granicami państw. Czy doprowadzi to do sytuacji, że znana z zamordystycznej cenzury Szwecja będzie blokować treści publikowane w Polsce. U nas np. panuje znacznie większa swoboda w podawaniu tożsamości i pochodzenia sprawców ataków terrorystycznych. W Szwecji w mediach są to jedynie „młodzi ludzie”, nawet nie „o południowej urodzie”. Pewne treści są w tym północnym kraju ściśle cenzurowane i nie ma dla nich miejsca w publikacjach, za co lewicowa organizacja „Reporterzy bez Granic” nagradza Szwecję wysoką pozycją w swoim „rankingu wolności mediów”, czy jak tam się on zwie. Czy pod rządami TERREG Szwecja będzie mogła zaprowadzić swój zamordyzm także w polskim internecie, który w porównaniu z krajami zachodnimi cieszy się ciągle względna swobodą (choć Facebook, Twitter a także Google, robią dużo by to się zmieniło)?

 

Cenzorskie nakazy dla wydawców wydawać mają jakieś specjalnie w tym celu tworzenie organy administracyjne. Dla nas to powtórka z komunistycznej rozrywki, zaś dla przesiąkniętej lewicową myślą zachodniej Europy kolejny krok na drodze odchodzenia od demokracji i praworządności.

 

Gdy pierwszy projekt TERREG (od ang. nazwy „TERrorist content REGulation”) pojawił się w 2018 roku, niosła go fala publicznych wezwań do działania w następstwie serii ataków terrorystycznych w krajach zachodniej Europy w latach 2015-2016. Pierwszy projekt rozporządzenia TERREG zawierał taką oto definicję „treści terrorystycznych”: „wszelkie materiały, które podżegają lub wspierają popełnianie przestępstw terrorystycznych, promują działalność grupy terrorystycznej lub dostarczają instrukcji i technik popełniania przestępstw terrorystycznych”. Prawda, że w razie czego można tu wiele treści, pozornie niewinnych dopasować. A to przecież tylko wyjściowa definicja. Nie wątpię w twórczy potencjał urzędników europejskich w coraz pojemniejszym definiowaniu „terroryzmu”.

 

Powiedzieć, że europolitykom pomysł inwigilacji i kontroli informacji przypadł do gustu, to bardzo mało powiedzieć. Na fali cenzorskiego entuzjazmu Jean-Claude Juncker, wciąż jeszcze szef Komisji Europejskiej, rzucił myśl, by wprowadzić zmiany w przepisach UE, które pozwolą na usuwanie wszelkich „nielegalnych treści w Internecie” w ciągu godziny. I w 2021 po przyjęciu TERREG rzucona przeze mnie kiedyś żartem wizja „Głównego Urzędu Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej” jest już znacznie bliższa urzeczywistnienia.

 

By twoje dane nie były daniem (dla nie wiadomo kogo)

 

Rok miniony to także kolejna odsłona trwającej już od lat, ale być może zaczynającej się dopiero teraz na poważnie wojny o naszą prywatność, o ochronę danych, o wyrwanie się z roli towaru, którym Facebook i Google handlują na setki sposobów, najczęściej zupełnie nieprzejrzystych dla zwykłego człowieka.

 

Po tym jak firma Apple, sama niezbyt święta po tym jak zaczęła ścigać aplikacje w swoim sklepie żądając haraczu, zapowiedziała, że w systemie operacyjnym iOS 14 na telefony iPhone, wprowadza zmiany ograniczające śledzenie użytkowników, Facebook w histerycznej kampanii, w ramach której wykupił ogłoszenia w papierowych, o ironio, amerykańskich gazetach, oskarżył producenta sprzętu o szkodzenie internetowi i małym przedsiębiorcom. Drobny przedsiębiorca, który jako popierający Trumpa „bigot” i „faszysta” przeczołgany został wcześniej politycznie przez Facebooka, może się chyba trochę dziwić troską niebieskiego dealera prywatności o jego los. Przy okazji mamy też dobitne potwierdzenie tego, o czym pisałem wcześniej – jak czułym punktem dla tej firmy jest reklama i kasa.

 

Oliwy do ognia dolała globalna afera z wielkim wyciekiem danych użytkowników błękitnej platformy, o której dowiedzieliśmy się parę miesięcy później. Początkowo, po wycieku danych z 533 milionów kont facebookowych, większość skupiła się na ciekawej informacji, która wyszła w ujawnionych danych. Okazało się, że szef platformy, Mark Zuckerberg, używa konkurencyjnego wobec narzędzi fejsowych szyfrowanego i uchodzącego za bezpieczny komunikatora Signal. To znamienne i zabawne.

 

Warto może wspomnieć, że wyciek z początku kwietnia nie był rzeczą nową, lecz niejako kontynuacją starszego wycieku. Facebook sam podaje, że dane, które teraz wypłynęły, zostały pozyskane wcześniej dzięki luce, która została załatana w sierpniu 2019 roku. Porcje tych danych pojawiły się w sprzedaży już w styczniu 2021 roku. Ale danie główne podano na talerzu trzy miesiące później. Według raportu opublikowanego przez „Business Insider”, do sieci wyciekły dane osobowe ponad pół miliarda użytkowników Facebooka ze 106 krajów. W sumie, wyciek zawierał, według opublikowanych szczegółowych raportów, 2 837 793 637 pozycji z danymi. Oznacza to, że hakerzy ujawnili pięć typów danych w przeliczeniu na przeciętnego użytkownika. „Suma ta zawiera numery telefonów, identyfikatory na Facebooku, pełne nazwiska, lokalizacje, daty urodzenia, biogramy i, w niektórych przypadkach, adresy e-mail,” podał Vytautas Kaziukonis, szef zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym firmy Surfshark, która była jednym ze źródeł informacji o wycieku.

 

Big Tech kontra „stare media”

 

Początek minionego roku upływał pod znakiem sporu Australii z Google i Facebookiem dotyczącego, mówiąc w uproszczeniu opłat za linki umieszczane za platformach. Beneficjentami tych płatności miały być australijskie media, tracące na wysysaniu reklam z rynku przez Big Tech. W praktyce okazało się, że główne korzyści odniosą wielkie koncerny medialne na czele z imperium Ruperta Murdocha. Jednak zanim wyszło to z analiz, Facebook zrobił coś głupiego – zablokował wszelkie odsyłacze do serwisów australijskich mediów na swojej platformie. Okazało się to bardziej szkodlwie, pod każdym względem, dla samego fejsa niż dla tamtejszych mediów. Google też protestował, ale nie tak radykalnie. Jednocześnie Microsoft od razu skorzystał z okazji, że Google znalazło się na cenzurowanym, by podsunąć mediom i tamtejszym władzom swoje usługi, z wyszukiwarka Bing na czele.

 

Zgodnie z gangsterską logiką Facebooka, jeśli stawiający się nie zostanie przykładnie zdzielony w łeb bejzbolem, to wkrótce, za jego przykładem, mogą zacząć stawiać się inni… Jednakowoż gangsterski zamach ludzi Zuckerberga na australijskie media odbił się rykoszetem. Odizolowani w swoich krzemowo-dolinowych, w swoich hi-techowych szklanych klatkach, chłopcy i dziewczęta nie mieli chyba wielkiego pojęcia, jak są niepopularni, a także – o ile bardziej zostaną znienawidzeni, gdy zaczną demonstrować takie niewydarzone kaprysy jak blokowanie najważniejszych mediów w dużym, liczącym się na świecie, bądź co bądź, kraju. Noszące znamiona emocjonalnej niedojrzałości działania Facebooka w Australii, podobały się chyba tylko ścisłemu gronu współpracowników Marka Zuckerberga.

 

Wkrótce Facebook zgodził się przywrócić treści pochodzące z australijskich serwisów medialnych na swojej platformie w Australii. Nic nie zyskał, gdyż o tym, że projekty będą jeszcze przedmiotem konsultacji było wiadomo wcześniej. Zatem deklaracji władz Australii dotyczących dalszego ustalania szczegółowych rozwiązań nie można w żadnym wypadku uznać za zwycięstwo negocjacyjne Facebooka. Za to mnóstwo przegrał, tak jak tylko może przegrać w oczach świata niedojrzały i niewydarzony gangsterek, który wymachuje bronią, ale w gruncie rzeczy jest znacznie bardziej śmieszny niż groźny.

Google w porównaniu z Facebookiem to wyższa liga wyrachowania i subtelnej dyplomacji. Przypomnijmy, iż kiedy Francja stała się pierwszym krajem europejskim, który wdrożył dyrektywę zwaną u nas ACTA2, Google groził, że zamknie Google News w tym kraju, jak to już zrobił siedem lat temu w Hiszpanii, jeśli zostanie zmuszony do płacenia za licencje. Jednak w styczniu ubiegłego roku ostatecznie potentat wyszukiwarkowy zawarł umowę z grupą francuskich wydawców, której celem jest stworzenie ram pozwalających gratyfikować  wydawców medialnych za treści.

Podobnie w Australii, zamiast wymachiwać maczugą jak Facebook, Google zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem będzie wstępne wynegocjowanie umów z wydawcami, w tym z News Corp należącą do Ruperta Murdocha i z innymi największymi australijskimi konglomeratami medialnymi Nine Entertainment i Seven West Media. Te licencyjne umowy opiewają na „dziesiątki milionów” dolarów na różnego rodzaju treści News Corp. To zrodziło od razu podejrzenia, że Murdoch wylobbował w rządzie australijskim ostry projekt regulacji, by wymusić od Google’a opłaty. Cała rzecz, wedle tych teorii, to gra w której mali, słabsi wydawcy, w końcu zostaną na lodzie, bo dogadali się potężni z potężnymi. Jak pisał australijski „Sydney Morning Herald”, mniejsi wydawcy nie kwalifikują się do płatności w ramach proponowanej ustawy, więc duzi wydawcy, tacy jak News Corp, mogą odnieść największe korzyści.

 

Sprawa płacenia za linki, która jest osią sporu a Australii i wielu innych krajach, jest wielowątkowa i nieoczywista, choć front, który kiedyś nazwałem „Bezahlen, bitte!” poszerza się o kolejne kraje. Kanadyjski rząd poparł proponowane przez Australię rozwiązania prawne i wezwał Google’a i Facebooka do płacenia wydawcom w jego kraju. Alex Saliba, członek Parlamentu Europejskiego, powiedział serwisowi CNET, że chce włączyć podobne środki w nadchodzącym prawodawstwie Unii Europejskiej. Co ciekawe, wzmiankowany Microsoft lobbuje na rzecz wprowadzenia podobnych regulacji w USA.

 

Zgodnie z wprowadzanym w Australii modelem, za każdym razem, gdy Google publikuje nagłówki i streszczenia artykułów w Google News, musi płacić niewielką sumę wymienionym gazetom lub czasopismom. Trudno nie przypomnieć w tym miejscu, że podobne rozwiązania już kilka lat temu wprowadzono w Hiszpanii, a także w Niemczech. Wówczas nie odbiło się to aż tak głośnym echem. W Niemczech przepisy te potem unieważniono, ale hiszpańskie media są w Google News nieobecne od 2014 roku. Panowały opinie, że ruch na stronach hiszpańskich wydawców spadł drastycznie. Nowsze dane i głębsza analiza pokazuje, że może jednak katastrofy nie było. Spadki ponoć nie były tak wielkie. W Google News nie znajdziemy również mediów duńskich czy fińskich. I jakoś żyją bez tego, radząc sobie może nie lepiej, ale też nie gorzej niż tam, gdzie media serwują treści przez google’owego  pośrednika.

 

Także doniesienia na temat skutków „banu” australijskich mediów na Facebooku brzmiały w tym kontekście interesująco. Według danych z firmy analitycznej Chartbeat, w pierwszym okresie po wprowadzeniu blokady na treści mediów australijskich na Facebook ruch w ich serwisach internetowych spadł o około 20 proc. Potem zaczęły dziać się rzeczy ciekawe. Australian Broadcasting Corporation zanotowała piętnastokrotny wzrost liczby pobrań w ciągu jednego dnia. Zajęła pierwsze miejsce w kraju sklepach z aplikacjami zarówno na platformie iOS jak Google Play. Skoki popularności zanotowały też aplikacje informacyjne mediów australijskich 7Plus i 9Now. O wzrostach bezpośrednich, nie przekierowywanych, wizyt na stronach donosiły inne media, m. in. dziennik „The Australian”

 

Rok początku rozprawy z Big Tech?

 

Najgłośniejszym w świecie społeczności internetowych skandalem 2021 roku są tzw. „Facebook Files” – dokumenty wewnętrzne firmy Marka Zuckerberga, do których dotarł i w cyklu publikacji ujawnił „The Wall Street Journal, jednoznacznie świadczące o tym, iż wiedziała ona o szkodach wyrządzanych przez platformę Instagram swoim użytkownikom, a dokładniej mówiąc, użytkowniczkom, dziewczętom i młodym kobietom, nie robiąc w tej sprawie nic. Nie mniej ważne, choć mniej nagłośnione były dowody na to, że algorytm Facebooka „nagradza za hejt”, pozwalając za większe zasięgi i zaangażowanie wokół wszelkiego rodzaju negatywnych treści. Inne zarzuty wynikające z dziennikarskich śledztw obracały się wokół bierności i nieudolności Facebooka w reagowaniu na ocean dezinformacji covidowo-szczepionkowej, a także dowodów na to, że pozwalał a wręcz umożliwiał działalność przestępczą, praktyki takie jak handel ludźmi i narkotykami z wykorzystaniem platformy.

 

Szczególnie ciekawy wątek w publikacjach WSJ to dokładny opis stosowanej przez Facebooka praktyki „whitelistingu”, czyli „białej listy” użytkowników cieszących się specjalnymi przywilejami na platformie, którym, po prostu,, „wolno więcej”. Mechanizm ten pozwala politykom, celebrytom, wszelkiego rodzaju sławnym osobom i osobistościom publicznym lekceważyć oficjalne zasady platformy – wnioskowali dziennikarze WSJ na podstawie wewnętrznego raportu Facebooka, który poddali analizie.

 

Wersja Facebooka brzmi mniej więcej tak: Ani automatyczny system moderacji, ani większość moderatorów-ludzi zgodnie z zasadami usuwającymi nieodpowiednie treści, nie zwracała odpowiedniej (w mniemaniu kierownictwa firmy) uwagi na to, że niektórzy użytkownicy platformy są równiejsi. Zaś w razie usunięcia naruszającego zasady Facebooka posta pochodzącego od osobistości ze świata rozrywki lub też polityki kryzysowa sytuacja z zakresu PR, w mniemaniu speców od wizerunku, groziła platformie społecznościowej a nie gwieździe, które się to czy tamto wymsknęło Zatem by chronić się przed takimi sytuacjami Facebook wymyślił program o nazwie XCheck, polegający na dodatkowej weryfikacji treści pochodzących od niektórych użytkowników, który choć formalnie nią nie jest, ostatecznie sprowadza się do istnienia „białej listy”, nadzwyczajnej kasty użytkowników mogących liczyć na specjalne traktowanie ze strony serwisu Zuckerberga. Jeśli post zostaje odpowiednio oznaczony przez algorytm, to jest wysyłany do innego zespołu moderatorów, którzy, jak podaje WSJ, „są lepiej wyszkoleni i pracują w pełnym wymiarze czasu”.

 

Wszelako w miarę jak lista „użytkowników specjalnych” rosła, zespoły moderacyjne XCheck najwyraźniej nie były w stanie obsłużyć twórczości coraz liczniejszego grona lepszych użytkowników. „Obecnie sprawdzamy mniej niż 10 proc. treści,” przyznaje ktoś z Facebooka w jednym z dokumentów opisującym sytuację w tym segmencie. W praktyce, jak wynika z publikowanych w WSJ informacji, XCheck pozwala celebrytom, politykom, sportowcom, aktywistom, wybranym dziennikarzom, publikować co tylko chcą, z niewielkimi lub żadnymi konsekwencjami w przypadku naruszenia zasad platformy.

 

Jest jeszcze jeden drobiazg. Facebook podkreśla, że tych „równiejszych” jest „niewielu”. Być może 5,8 miliona wybrańców, których dotyczy XCheck to dla półtoramiliardowej platformy niewiele, ale dla mnie i dla wielu innych jest to wystarczająco dużo, aby skonstatować, że istnieje inny niż serwowany plebsowi, lepszy i bardziej komfortowy Facebook dla starannie wyselekcjonowanej elity. I tu, niejako odpowiadając na zadane wcześniej łatwe pytanie, dodam, iż jestem dziwnie spokojny, że nie ma na „białej liście” ludzi o poglądach niesłusznych politycznie (z wielokrotnie ujawnianego punktu widzenia kierownictwa Facebooka).

 

Kilka tygodni po publikacji „WSJ” w mediach zapanowała nadzwyczajna ekscytacja z powodu zeznań w Kongresie „whistleblowerki” Frances Haugen, które zbiegły się w czasie z wielką awarią Facebooka. Rewelacje Haugen, która przy okazji została zidentyfikowana jako osoba skrajnie stronnicza w sensie politycznym, zwolenniczka ścisłej cenzury i kontroli, zostały całkiem przytomnie skontrowane przez Marka Zuckerberga i zastęp oficerów prasowych Facebooka.

 

Zuckerberg zwraca między innymi uwagę na to, że wiele zarzutów i oskarżeń wobec Facebooka nie ma logicznego sensu. „Gdybyśmy chcieli ignorować badania, to nie tworzylibyśmy ekosystemu badawczego w celu lepszego rozumienia zjawisk,” napisał na blogu. „Jeśli nie zależy nam na walce ze szkodliwymi treściami, to dlaczego zatrudniamy o wiele więcej osób poświęconych temu niż jakakolwiek inna firma w tej branży, nawet te większe od nas? (…) A jeśli media społecznościowe są tak odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego widzimy wzrost polaryzacji w USA, zaś w innych krajach nie ma tego wzrostu albo nawet da się zauważyć spadek, przy tak samo intensywnym wykorzystaniu mediów społecznościowych?”.

 

„Argument, że celowo promujemy treści, które denerwują ludzi, dla zysku, jest głęboko nielogiczny” – ciągnął szef fejsa. „Zarabiamy na reklamach, a reklamodawcy nieustannie mówią nam, że nie chcą reklam obok treści szkodliwych lub pełnych gniewu. I nie znam żadnej firmy technologicznej, której chodziłoby o wywołujące depresję produkty. Wszystko, argumenty zarówno etyczne jak i biznesowe, przemawiają raczej za dążeniem w przeciwnym kierunku”.

 

Mark zwrócił też uwagę na wybiórczość oskarżycieli w traktowaniu badań wpływu Instagrama na nastolatków i dzieci. Bo choć z jednej strony rzeczywiście pewna część młodych ludzi ma związane z tą aplikacją problemy z samooceną, to z drugiej strony wśród zarzutów pominięto również wychodzący z badań pozytywny wpływ social media na samopoczucie i relacje wielu nastolatków.

 

Prawne karty przeciwników Facebooka (w kontekście postepowań antymonopolowych i pokrewnych) nie są wcale tak mocne jak to się być może niektórym wydaje. Politycy grożą, że rozbiją firmę na kawałki, ale, jak się zauważa, wymierzony przeciw niemu proces antymonopolowy jest wadliwy. Twierdzenie Departamentu Sprawiedliwości, że Facebook jest monopolistą, opiera się na zdefiniowaniu rynku w taki sposób, aby wykluczyć większość innych sieci społecznościowych. Monopolowi w pewnym sensie przeczy to, co działo się podczas niedawnej awarii. Użytkownicy bez większych problemów przeszli do aplikacji takich jak Telegram, TikTok czy Twitter. Gdyby to był prawdziwy monopol, to korzystanie z konkurencyjnych produktów nie byłoby tak łatwe. Postepowania antymonopolowego bardziej więc powinien obawiać się Google a nie serwis Zuckerberga.

Jak wiadomo nad Google również zbierają się czarne chmury dochodzeń antymonopolowych. Najpoważniej to wygląda w USA, ale obiektem skarg, dochodzeń i pozwów firma z Mountain View jest w wielu innych krajach. Amerykański Departament Sprawiedliwości wszczął dochodzenie przeciw Google za utrzymywanie nielegalnego monopolu na „usługi ogólnego wyszukiwania, reklamy, w tym w szczególności tekstowe reklamy w wynikach wyszukiwania”. Grupa amerykańskich stanów, pod przewodnictwem Teksasu, złożyła pozew antymonopolowy przeciwko Google zarzucając mu bezprawną zmowę z Facebookiem, prowadzącą do nielegalnego ustalania cen w aukcjach reklam. Kolejny pozew, koalicji stanowych prokuratorów generalnych, zarzuca Google nielegalne faworyzowanie własnych „obiektów i usług” w wynikach wyszukiwania, co „wypycha konkurencję i powoduje szkody z punktów widzenia innowacji”.

 

To nie koniec. Ponadpartyjna grupa senatorów zaproponowała przepisy mające na celu osłabienie kontroli Google nad mniejszymi deweloperami w sklepie z aplikacjami i zakazanie Google’owi preferencyjnego dawania własnym aplikacjom preferencyjnego traktowania w wyszukiwaniach. Także prezydent Biden powołał najbardziej doświadczony zespół antymonopolowy, jaki widziała administracja prezydencka od lat, w celu zbadania działań i pozycji Google’a.

 

Procesy te dopiero zaczynały nabierać rozpędu w 2021 roku a i w 2022 raczej się nie zakończą. Często zauważa się, że prawdziwym celem kroków prawnych podejmowanych przez przedstawicieli Stanów Zjednoczonych i innych państw nie jest rozbicie i zniszczenie Facebooka i Google’a (trzeba dodać też Amazona). Chodzi bardziej o zapewnienie sobie kontroli, także politycznej nad molochami, których potęga rozrosła się w sposób dla polityków może i przerażający, ale co tu kryć, także nad wyraz pociągający.

 

MIROSŁAW USIDUS: Flirt z fejkiem

Może wielu zdziwię, ale opowieści TVN o Ibrahimie, który płynął lodowatą rzeką sześć dni, nie uważam za fejka. Oczywiście nie jest to też reportaż, czy jakakolwiek faktografia. To zupełnie inny gatunek sztuki, sporo mający wspólnego z twórczością Andy’ego Kaufmana, prowokacyjnymi rozbudowanymi inscenizacjami, które miały zszokować i wstrząsnąć odbiorcą.

 

Za fake newsy bez wątpienia natomiast należy uznać wiele innych doniesień z granicy polsko-białoruskiej, które trafiły do przestrzeni publicznej w ostatnich tygodniach, o rzekomym dziecku, które zmarło w polskim lesie, o głodujących polskich żołnierzach, o polskich szkoleniach białoruskiego OMON, o grzebaniu zmarłych w lesie patykiem itp., itd.

 

Największych chyba fejkiem jest nazywanie migrantów szturmujących polską granicę „uchodźcami” w sytuacji, gdy mają oni tyle wspólnego z uchodźcami w rozumieniu Konwencji Genewskiej, ile wchodząca na tereny Polski w 1944 roku Armia Czerwona z wyzwoleniem Polaków. Można by nawet powiedzieć, że osobnicy sprowadzeni przez Łukaszenkę na granicę mają więcej wspólnego z tamtymi czerwonoarmiejcami niż z uchodźcami i nie chodzi jedynie o to, że również maszerują ze wschodu.

 

W serwisie fact checkingowym Polskiej Agencji Prasowej FakeHunter, którego byłem współtwórcą u zarania pandemii, z powodu zalewu fejków, nie tylko zresztą z polsko-białoruskiego pogranicza, otworzyliśmy właśnie nową, geopolityczną kategorię, przeznaczoną do weryfikacji tego wszystkiego, co płynie w lejącej się ze wschodu rzece, a nie są to bynajmniej nie „uchodźcy”, ile kłamstwa, dezinformacje, fake newsy, manipulacje i zwykłe oszustwa, ulewające się z szerokich rur ściekowych znanego i nieznanego pochodzenia.

 

Odbiorem tej nowej, silnej fali fejków i dezinformacji, nawet, gdy są to dość ewidentnie bzdury, jak owa historia człeka płynącego lodowatym Bugiem sześć dni, lub rewelacje szybko dementowane, jak opowieści o niedożywieniu polskich żołnierzy, rządzą reguły nie różniące się od tych, które już kilka razy na portalu SDP opisywałem. Uaktywniły się dające się rozpoznać centra dystrybucji i sieci rozpowszechniania. I tym razem nie brakuje ludzi, którzy nie wracają uwagi na jakąkolwiek weryfikację podawanych dalej treści, jeśli wywodzą się z ich plemienia politycznego. Są mechanizmy lekceważenia prawdy i faktów napędzające powielanie nawet już zdemaskowanych fake newsów, zwłaszcza jeśli są niekorzystne dla „nich” a korzystne dla „nas”. I jest w końcu mechanika mediów społecznościowych, która daje przewagę efektownej i szokującej nieprawdzie nad mniej atrakcyjnymi informacjami oddającymi rzeczywisty stan rzeczy.

 

To wszystko widać było i wciąż jest bardzo wyraźnie widoczne w przypadku rozpowszechniania dezinformacji pandemicznych. FakeHunter, który fake newsów na temat koronawirusa, pandemii i szczepień zweryfikował setki, raz po raz był obiektem agresji ze strony dystrybutorów dezinformacji, gdy psuł im ukształtowany przez spiskowe teorie obraz świata a nierzadko całkiem świadomy, misterny plan zrobienia wody z mózgu jak największej liczbie osób.

 

Z mojego punktu widzenia, osoby, która z fact checkingiem miała sporo w sensie zawodowym do czynienia, rzeka fejków z pogranicza polsko-białoruskiego, w sensie „technicznym” niczym nie różni się od infodemii covidowej. Rolę panów Januszy z Facebooka, „Bobów Gedronów” z Twittera, wszelkiego rodzaju anonimowych i, co tu kryć, dość podejrzanych jestestw serwujących nieprzerwany ciąg manipulacji, dezinformacji albo po prostu ordynarnych kłamstw na temat pandemii, w przypadku ataku Łukaszenki „uchodźcami” przejęli różnego rodzaju aktywiści, politycy i karmieni „informacjami” zaangażowanych politycznie mediów celebryci.

 

Nie widzę istotnej różnicy pomiędzy nieznaną gębą pomstującą na „morderców covidowych” a znaną gębą bredzącą w mediach, czy w social mediach o „polskich żołnierzach mordujących kobiety i dzieci na granicy”. Co do zasady to tacy sami siewcy kłamstwa. Tak samo trzeba treści, które rozpowszechniają tak samo poddawać weryfikacji, i, opierając się na wiarygodnych źródłach, rzetelnej wiedzy o faktach, przekazać opinii publicznej informację o wartości faktograficznej tego co głoszą.

 

Internet i prawica. Czyżby?

 

Wiele razy o tym już pisałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilka prawd o fake newsach. Po pierwsze o tym, że w gruncie rzeczy jest nimi większość obiegowych przekonań o fake newsach. Np. o tym, która polityczna opcja dominuje w ich rozpowszechnianiu, o tym, że tzw. media mainstreamowe z natury rzeczy są od nich wolne i w końcu również o tym, że ludzie łatwo się na nie nabierają.

 

Lewica lansowała i wciąż lansuje teorię o przemożnym wpływie fałszywych wiadomości podawanych w Internecie na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 r. To fejki według tych poglądów miały dać zwycięstwo Donaldowi Trumpowi. Tymczasem, według badań, wpływ fake newsów na efekty kampanii prezydencką w USA z 2016 roku był niewielki we wszystkich kategoriach wiekowych oprócz jednej – osób powyżej 65 roku życia. Ogólnie z badań wyszło, że około 90 proc. osób nie udostępniło na swojej tablicy żadnego „fake newsa”. Jednak emeryci mieli udostępniać nieprawdziwe informacje w sieciach społecznościowych siedmiokrotnie częściej niż osoby z najmłodszej badanej kategorii wiekowej (18-25 lat).

 

Oczywiście dało to upust fali „ejdżystowskich” komentarzy. Zastanówmy się jednak, co to w rzeczywistości oznacza. Wychodzi, iż większość ludzi jest nieźle immunizowana na fake newsy a starsze osoby po prostu są „słabsze w social media”. Ich brak krytycyzmu wynika także z tego, że wychowali się w starym, przedinternetowym świecie, w którym mediom się wierzy. Młodsi, którzy media (zarówno te social jak i te mass) traktują z większą rezerwą, są bardziej ostrożni.

 

Jeszcze w 2017 r., firma F-Secure sprawdzała, jak korelują się poglądy polityczne internautów z zamiłowaniem do upowszechniania fake newsów. Z badań wynikło, że liderami w dystrybucji fałszywek są sympatycy lewicy (35 proc.), z niewielką, ale mimo wszystko, przewagą nad prawicowcami (32 proc.). Centrowcy mieli skłonność do tego w wyraźnie mniejszym stopniu (28 proc.).

 

Burzy to budowaną przez dużą część mediów mitologię wokół armii „prawicowych trolli” prowadzących informacyjną wojnę na za pomocą fałszywek. Także najgłośniejsze polskie przypadki rozpowszechniania fake newsów w polskich sieciach społecznościowych z ostatnich kilku lat to robota raczej lewicy niż prawicy. Nie znaczy to oczywiście, że prawica nie ma na koncie tego rodzaju grzechów, ale to przecież przede wszystkim lewica lansuje tezę, że fake newsy są narzędziem prawicy. Przykłady, że często jest zgoła odwrotnie, obalają mitologię nawarstwiającą się wokół problemu fałszywek. Podobnie jak przykłady spektakularnych wpadek środków przekazu głównego nurtu, które z kolei nader chętnie widzą problem dystrybucji fejków jako problem wyłącznie Internetu. Tak nie jest.

 

Wiadomo bowiem nie od dziś, że także renomowane media z tradycjami zaliczają kompromitujące wpadki z fałszywkami. Cytowałem w jednym z dawniejszych artykułów na portalu SDP przykład  cytowania i komentowania przez dziennikarzy „New York Timesa”, „Washington Post” i agencji Bloomberg danych statystycznych na temat seksizmu w branży technologicznej. Okazało się, że badań, o których pisali tak łacno, w ogóle nie było. Wymienione media najwyraźniej nie pofatygowały się, aby to sprawdzić, choć nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza dla redakcji, które opierają się na „solidnym warsztacie” i „standardach”.

 

Amerykańskie media lubią upatrywać w byłym prezydencie Trumpie głównego winowajcę obniżenia poziomu zaufania do ich przekazu, ale czy po takich wpadkach mają coś na swoją obronę? Tamtejsi odbiorcy rzeczywiście darzą środki przekazu niewielkim zaufaniem. Jak wynika z sondażu Monmouth University z kwietnia 2018 roku, trzech w czterech Amerykanów uważa, że tradycyjne główne stacje telewizyjne i gazety podają fake newsy,  31 proc.  jest zdanie, że dzieje się to regularnie, a 46 proc. – że zdarza się to sporadycznie.  Przekonanie, że media mainstreamu przynajmniej sporadycznie rozpowszechniają fałszywe wiadomości, wzrosło rok do roku wśród wszystkich grup politycznych, w tym wśród republikanów (89 proc. – wzrost z 79 proc. w 2017 r.), niezależnych (82 proc. wzrost z 66 proc.) i demokratów (61 proc. wzrost z 43 proc.). Republikanie, czyli po naszemu prawica, tradycyjnie nie mają zaufania do mass mediów. Ponad połowa z nich twierdzi, że media regularnie kłamią. Jednak fakt, że przekonanie o skażeniu fake newsami środków przekazu silnie wzrosło również wśród demokratów, raczej nie może być „zasługą” krytyki wygłaszanej przez Donalda Trumpa.

 

W świecie europejskich mediów głośnym w ostatnich latach skandalem była sprawa Claasa Relotiusa, znanego dziennikarza niemieckiego, który skończył swoją karierę w niesławie, jak twórca fake newsów, które publikowały znane tytuły, m. in. „Der Spiegel”. Inny niemiecki dziennikarz, którego nazwiska nie podano, ale widomo, że była to osoba znana i nagradzana, został zdymisjonowanych przez „Süddeutsche Zeitung Magazin”, za materiał, w którym uczynił bohaterką swojego tekstu nieistniejącą w rzeczywistości osobę.

 

Co z tego wynika? Choćby wniosek, że chętnie powtarzana przez przedstawicieli mainstreamu medialnego teza o zasadniczo wyższej wiarygodności „starych mediów” w porównaniu z Internetem,  jest coraz bardziej wątpliwa. Co więcej, jeśli przypomnimy sobie dane o znacznie wyższej łatwowierności osób z pokolenia, chętniej konsumującego tradycyjne media, to całkiem na miejscu wydaje się spostrzeżenie, że odziedziczone po dawnych czasach zaufanie do mediów bardziej szkodzi niż pomaga. Dlaczego odbiorca, któremu mówi się, aby był ostrożny, sceptyczny i nieufny, miałby wszystkie swoje receptory weryfikacyjne wyłączać, gdy ma do czynienia ze „starymi” mediami? Zwłaszcza, że jak pokazują powyższe i dziesiątki innych przykładów, receptory te trzeba mieć tak samo wyostrzone dziś w przy każdym kontakcie z publikowanymi w przestrzeni publicznej informacjami.

 

Kocham cię, fake newsie

 

Wracając do analizy fake newsów, warto też przypomnieć, iż mechanizm ich dystrybucji jest czymś znacznie bardziej złożonym niż propagowany często model „potężnych graczy” (politycznych?, komercyjnych?), którzy manipulują, jak chcą, bezwolną masą za pomocą fałszywek, na które masa się bezwolnie nabiera”. To wcale tak nie działa. Np. w cytowanych przez mnie w starszych tekstach przykładach rzekomego spalenia flagi na Marszu Niepodległości, napastliwego człowieka z demonstracji, statystyk o seksizmie, miało się nieodparte wrażenie, że udostępniający fejki wiedzą o niskiej wiarygodności tych informacji lub przynajmniej „przeczuwają” to, ale kłamstwa te tak bardzo zgadzają się z ich poglądami i obrazem świata, że nie mogą się oprzeć.

 

Można by to opisać jako specyficzną odmianę dysonansu poznawczego, niechęci do informacji prawdziwych, ale zaprzeczających naszej wizji świata. W konsekwencji prowadzi to do flirtu z fejkiem, o którym albo wie się, że jest fałszem, albo tylko to podejrzewa, ale jest on tak miły naszym poglądom, że folgujemy sobie. Dochodzi do tego, wierzmy, że tylko czasem i jedynie u niektórych, całkowity cynizm, czyli udostępnianie fałszywek z premedytacją, aby pognębić oponentów. Granica jest płynna, więc trudno orzec, ilu jest „uwiedzionych”, ilu zaś kłamie świadomie. Moim skromnym zdaniem, a wynika to z wieloletnich obserwacji, z pełną premedytacją fejki udostępniają politycy, ponieważ w ich świecie liczy się narzucanie narracji i zdobywanie przewagi a nie dochodzenie do prawdy.

 

Ponadto fake newsy mają większą siłę przyciągania, choćby dlatego, że są zazwyczaj informacjami nowymi. nie powielają wiedzy już znanej. Takie wnioski wynikają z badań przeprowadzonych kilka lat temu w Massachusetts Institute of Technology, których wyniki opublikowano w prestiżowym „Science”. Aby zbadać, jak rozpowszechniają się fałszywe wiadomości w Internecie, Soroush Vosoughi i jego koledzy przyjrzeli się danym zebranym na Twitterze z okresu obejmującego aż dwanaście lat. Po odfiltrowaniu pewnych treści np. rozpowszechnianych przez boty, mieli próbę 126 tysięcy fake newsów udostępnionych na Twitterze 4,5 miliona razy przez około trzy miliony ludzi. Przyjrzeli się tempu, w jakim treści te rozprzestrzeniają się w porównaniu z wpisami zawierającymi prawdziwe informacje. Odkryli, że fałszywe historie dotarły do większej liczby osób i propagowane były szybciej niż prawdziwe publikacje.

 

„Fałszywe informacje radzą sobie w społecznościach lepiej niż prawdziwe informacje” –  komentował Vosoughi. Na podstawie wyników badania uczeni sugerowali, że ludzie są o 70 proc. bardziej skłonni dzielić się ze znajomymi fałszywymi informacjami niż prawdziwymi.  Badacze stawiają hipotezę, że nowość fałszywych wiadomości czyni je bardziej atrakcyjnymi z punktu widzenia udostępniania. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane lub w ogóle „śmierdzą fejkiem na odległość”.

 

Rozliczne dowody wskazują, że dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szerszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rhode Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby tę fałszywkę udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników. Nie wiadomo, ilu z udostępniających robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują te treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” jest tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie być może nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znaleźć można w sieci to „beka”.

 

Podważasz wiarygodność źródeł – nie oczekuj wiary w twoją wiarygodność

 

To czym zajmujemy się w FakeHunterze, czyli fact checking zaczyna się, moim zdaniem, od uznania własnej, ludzkiej niedoskonałości, podatności na błędy poznawcze, uprzedzenia i manipulacje. Chodzi o to, by uniknąć nastawienia, że wiem lepiej i założenia z góry, że mam rację. Z pułapek zastawianych przez manipulatorów i trzęsawisk sprzeczności faktograficznych dobrze pomyślana weryfikacja faktów ratować powinna za pomocą czegoś, co możemy nazwać uczenie aparatem metodologicznym, choć nie jest to wcale aż tak skomplikowana konstrukcja. A mówiąc dokładnie – nie jest skomplikowana sama konstrukcja i metoda, ale już przeprowadzanie na jej podstawie fact checkingu to na ogół trudna, żmudna i czasem niewdzięczna robota. Z doświadczenia własnego i kolegów weryfikujących informacje wiem, że poprawne, zdyscyplinowane metodologicznie, odwołujące się do rzeczywistego stanu rzeczy i wiarygodnych źródeł, sprawdzanie nazywane fact checkingiem, to ciężka, intelektualnie bardzo wymagająca, praca.

 

Wydawane werdykty – „prawda” lub „fałsz” – muszą być oparte na wiarygodnych źródłach. Trudno sobie inaczej wyobrazić rzetelny fact checking. I na tym, gdy dochodzi do konfrontacji, wykładają się zwykle i demaskują dystrybutorzy fejków. Oni nie potrafią wskazać żadnych wiarygodnych źródeł swoich informacji. Nawiasem mówiąc, za pomocą formy reakcji na pytania o źródła można rozpoznać i odróżnić amatora, nazywanego różnie, czasem użytecznym idiotą, czasem po prostu trollem, które zwykle coś tam nieporadnie próbuje podać na podparcie swoich tez, zwykle posta z Facebooka i Twittera podobnego mu nieboraka, od zawodowca, który zapytany o źródła nie reaguje (bo dobrze wie, że ich nie ma, ale nie za podawanie wiarygodnych źródeł mu płacą).

 

Trochę inny problem to wiarygodne źródła. Dla antyszczepionkowych fanatyków publikacje w renomowanych, recenzowanych naukowo periodykach takich jak np. „Lancet”, „Science” czy „Nature”, nie mają większej wartości niż wpis kolegi po poglądach na Fejsie, a nawet mniejszą. Podobnie upolitycznieni dziennikarze nie wierzą w informacje polskiej straży granicznej, policji i wojska. Bez zastrzeżeń natomiast „łykają” i bezkrytycznie powielają opowieści migrantów o trupach leżących w lesie i grzebaniu zmarłych patykiem. Bo zakładam, że rzeczywiście jacyś migranci im coś powiedzieli. Chyba to przynajmniej jest prawdą.

 

Jeśli nie ma konsensusu, co do tego, co uznamy za wiarygodne źródła, weryfikacja informacji rzeczywiście traci sens. Pamiętajcie jednak, o bracia dziennikarze, że to rozciąga się na wszystkich. W rzeczywistości, w której nie ma wiarygodnych źródeł, wasze publikacje również nie mają szans na taki status. Wszystko co piszecie i pokazujecie, będzie zawsze wyglądało jak co najwyżej kreacja w stylu wspominanego przeze mnie na początku Andy’ego Kaufmana. A to i tak będzie ten lepszy dla was scenariusz odbioru.

 

MIROSŁAW USIDUS: Wyrazy uznania dla „Gazety Wyborczej” i Agory

Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowej, niekonwencjonalnej, opartej na szoku i nagłych zwrotach akcji, kampanii reklamowej, jaką obmyśliła „Gazeta Wyborcza” wraz z kierownictwem spółki Agora. Tego jeszcze na polskim rynku mediów nie było. Co za kreatywność. Co za odwaga w sięganiu po niekonwencjonalne środki.

 

Przyznam, że na początku, jak wszyscy, dałem się zwieść i wziąłem na poważnie te wymiany ciosów, te salwy strzelistych stanowisk odpalane na przemian przez Adama Michnika i kolegów z redakcji „GW” i przez zarząd Agory.

 

Potem przyszedł moment refleksji, zastanowienie. Przecież to co się dzieje tam na linii „GW” – kierownictwo spółka jest tak niebywałe, jeśli chodzi o na znane nam standardy korporacyjne i tak groteskowo-absurdalne, że to nie może być na serio, pomyślałem. Tam musi być drugie dno, kombinowałem. I w końcu olśniło mnie.

 

To jest taka „flash-mobowa”, nadzwyczaj oryginalna, oparta na szoku i skandalu, kampania marketingowa. Przez to właśnie skutecznie angażuje, koncentruje uwagę, wiraluje, mobilizuje związanych z marką i wciąga wcześniej niezaangażowanych. Inscenizacja ta spełnia wszystkie wymogi shockvertisingu, nowoczesnego, innowacyjnego wirusowego marketingu.

 

Ostentacyjne ekstrema na zewnątrz – genialny plan w środku

 

Wymiana ciosów redakcji ze spółką przypomina mi po raz kolejny przywoływanego przeze mnie niedawno Andy’ego Kaufmana. Był on mistrzem prowokowania, szokowania i skupiania na sobie uwagi. Także przez inscenizowane konflikty, kłótnie, nawet bójki.

 

Jego starcie, walka zapaśnicza, a potem publiczna bijatyka na antenie telewizyjnej z zawodowym zapaśnikiem Jerrym Lawlerem była taką właśnie jedną wielką inscenizacją. W ferworze spektaklu doszło nawet do złamania karku Kaufmanowi (picnego, jak się potem okazało). Wszystko odbywało się w atmosferze ostrego konfliktu i wymiany ciosów, zaangażowane były media, miliony widzów, osoby znane publicznie, które dawały się wciągać w komentowanie tego dziwowiska. Z talentem opowiedział tę historię w filmie „Człowiek z Księżyca” Miloš Forman, angażując Jima Carreya do roli Andy’ego.

 

Podobną sekwencję wydarzeń można uchwycić w wymianie oświadczeń i działaniach zarówno po stronie Agory jak redakcji. Przy czym raport Wojciecha Czuchnowskiego o „nieudanych inwestycjach Agory” można chyba uznać za odpowiednik chwytu duszącego w zapasach. Świetnie to wszystko jest rozegrane. A jakie wiarygodne. Wszyscy myślą, że to naprawdę.

 

Eksperci biznesowi zszokowani łamaniem wszelkich standardów racjonalnego postępowania, wpadli w osłupienie. Wielu z nich w swoich firmach, instytucjach, organizacjach, nigdy nie miało do czynienia z podobnymi rzeczami. Podlegający kierownictwu korporacji ludzie, którzy nie tylko „nie uznają” decyzji zarządu, ale także piszą szeroko o tym publicznie, obrzucając przy tym różnego rodzaju zarzutami, czasem wręcz insynuacjami. To są formy i treści tak nieprawdopodobne i niespotykane w ramach świata znanego korpo-cywilizacji i kultury, że… no właśnie, właśnie to powinno wszystkim dać do myślenia.

 

Ta ostentacyjna ekstremalność w bezmyślnym (na pozór), świadomym szkodzeniu wizerunkowi własnej firmy. To właśnie wskazuje, że to nie jest naprawdę. Że to pozory, z którymi stoi drobiazgowo przemyślany genialny plan.

 

Nikt normalny, komu zależałoby na powodzeniu firmy i marki, z którą wszyscy uczestnicy przedstawienia, jak często i gorąco podkreślają, są silnie uczuciowo związani, nikt komu zależy na „Gazecie Wyborczej”, ale również na wizerunku jej korporacyjnej matki, nie robiłby przecież takich rzeczy na serio. Co innego realizacja scenariusza kreatywnie pomyślanej strategii reklamowej, w której taką ma właśnie rolę – pieniacza nie zważającego na szkody, jakie może wyrządzić wizerunkowi swojej gazety i korporacji.

 

W tej, rozpisanej na kolejne odsłony, inscenizacji, jeszcze zapewne nie odegrano wszystkich przewidzianych scenopisem wydarzeń i kwestii scenicznych. Ale już widać wyraźnie, że genialny plan i kampania to wielki sukces. Tytuł podupadły w ostatnim okresie na znaczeniu (zwłaszcza w odniesieniu do potęgi, jaką była „GW” w latach 90-tych) znów jest na ustach wszystkich. Znów są cytowania, wzmianki i komentarze. Znów wszyscy żyją tym co pisze „Wyborcza”.

 

Podziwiam śmiałość koncepcji i odwagę grupy osób, które w „GW” i w Agorze podjęły to obarczone przecież niemałym ryzykiem wyzwanie. Strategia ta, oparta na szokowaniu z premedytacją radykalizmem opinii, eskalowaniu (pozornego przecież) konfliktu, i kreowaniu atmosfery rokoszu w firmie, przejdzie, czego jestem pewien, do podręczników. Adepci reklamy, promocji i marketingu przez dekady będą wkuwać i wprawiać się w tej niedościgłe w swym mistrzostwie sztuce prowadzenia kampanii wymagającej ogromnej precyzji i wyczucia, by przewidzieć, w którym momencie jest czas na strzeliste stanowisko, w którym – należy zasugerować powiązania oponenta z wrogami „o których wszyscy wiemy”, a w którym wytknąć zarządowi nieudolność i błędne decyzje.

 

Co będzie dalej?

 

Na to pytanie nie znam oczywiście odpowiedzi i na tym również polega genialność napisanego na Czerskiej scenariusza. Będą teraz nas trzymać w napięciu. Możemy tylko snuć przypuszczenia. Jako wciągnięty w przedstawienie widz snuję różne przywidywania co do dalszej akcji.

 

Być może np. Adam Michnik ogłosi nową wersję „swoich typów”, listy nazwisk, którą opublikował w czerwcu 2008 roku, na której znajdowali się, przypomnę:

 

„Ks. Bajda Jerzy. Barański Marek. Ks. Bartnik Czesław. Bender Ryszard. Bożyk Paweł. Bugaj Ryszard. Cenckiewicz Sławomir. Chodakiewicz Marek Jan. Cichocki Marek. Czarzasty Włodzimierz. Dudek Antoni. Fedyszak-Radziejowska Barbara. Fotyga Anna. Gawin Dariusz. Giertych Maciej. Giertych Roman. Głębocki Henryk. Gontarczyk Piotr. Gowin Jarosław. Gudzowaty Aleksander. Jackowski Jan Maria. Janecki Stanisław. Kaczyński Jarosław. Kamiński Mariusz. Kania Dorota. Karłowicz Dariusz. Karnowski Michał. Korwin-Mikke Janusz. Kotecka Patrycja. Krajski Stanisław. Krasnodębski Zdzisław. Król Marek. Kuczyńska Teresa. Kurski Jacek. Kurtyka Janusz. Kwiatkowski Robert. Kwieciński Jacek. Lasota Irena. Legutko Ryszard. Lepper Andrzej. Lichocka Joanna. Lisicki Paweł. Łysiak Waldemar. Macierewicz Antoni. Magierowski Marek. Michalkiewicz Stanisław. Michalski Cezary. Musiał Bogdan. Nowak Andrzej. Nowak Jerzy Robert. Orzechowski Mirosław. Paliwoda Paweł. Perzyna Łukasz. Pospieszalski Jan. Poznański Kazimierz. Reszczyński Wojciech. Roszkowski Wojciech. Rybiński Maciej. O. Rydzyk Tadeusz. Sakiewicz Tomasz. Semka Piotr. Staniszkis Jadwiga. Szubarczyk Piotr. Szymański Wiesław Paweł. Śpiewak Paweł. Świetlik Wiktor. Targalski Jerzy. Terlikowski Tomasz. Trznadel Jacek. Urbankowski Bohdan. Wencel Wojciech. Wieczorkiewicz Piotr Paweł. Wierzejski Wojciech. Wildstein Bronisław. Wolski Marcin. Wyszkowski Krzysztof. Zambrowski Antoni. Zaremba Piotr. Ziemkiewicz Rafał. Ziobro Zbigniew. Zybertowicz Andrzej. Żaryn Jan. Żukowski Tomasz.”

 

Tym razem niewykluczone, że po odjęciu niektórych nazwisk, nie tylko z powodu odejścia z tego świata, Adam Michnik umieści wśród „swoich typów” takie oto osobistości: Seweryn Blumsztajn, Helena Łuczywo, Wanda Rapaczyńska, Barbara Piegdoń, Bartosz Hojka. Zaznaczam, że nie śmiałbym panu Michnikowi niczego podpowiadać a już na pewno nie układać mu listy jego „typów”. To po prostu gra wyobraźni wciągniętego w pasjonujący spektakl odbiorcy. Wyobrażać sobie dalszy ciąg wypadków podczas inscenizacji to chyba całkiem ludzkie i zrozumiałe.

 

Kiedyś, dawno temu napisałem na blogu w serwisie Wirtualnemedia.pl, że Adam Michnik ma moce demiurgiczne, tworzy postacie przez dzielenie i oddzielanie ich od osób i rzeczy zupełnie od nich innych. Tworzy przez negację, oddzielenie i logos. Jego niedawne ostro sformułowane wystąpienie przeciwko zarządowi Agory, jest tym samym co robił zawsze jako demiurg stwarzający odrębności ontologiczne. Jego tekst kreuje i opisuje role w inscenizacji, której jesteśmy widzami. Nie oznacza to jednak, że to Michnik jest głównym autorem kreatywnej kampanii. Jest do pewnego stopnia autorem, bo przydziela role znaczenia i definicje, formułując przekaz dla typowego odbiorcy „GW”, który nie rozumiejąc tego spektaklu, nie wie jeszcze co myśleć.

 

Z tym, że czytelnicy „Wyborczej” tego potrzebują zetknąłem się już. Na przykład, gdy po imprezie kulturalnej spytałem pewną panią, która na niej była tak samo jak ja, co myśli o wydarzeniu. Powiedziała z rozbrajającą szczerością, że jeszcze nie wie co myśleć, bo musi najpierw przeczytać recenzję wydarzenia w „GW”. Rozumiem więc jak zagubieni są sympatycy „GW” i jak potrzebne są im wykładnie dotyczące osób dramatu i znaczenia tego co się dzieje.

 

Oczywiście, nie tylko dla nieboraków czytelników „Wyborczej”, którzy nie wiedzą co myśleć, dopóki nie przeczytają tego w swojej gazecie, scenariusz musi mieć wiarygodne, pozytywne rozwiązanie dramatycznej akcji. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że autorzy tej shockvertisingowej kampanii, z maestrią doprowadzą nas wszystkich, gryzących paznokcie w napięciu, co wydarzy się w kolejnej scenie, do happy endu. Być to może wprowadzenie postaci zbawcy, który w scenie finałowej zjawia się znienacka, wszystkich godzi i staje się symbolem nowej lepszej ery w Agorze i w „Gazecie Wyborczej”. A może autorzy inscenizacji rozwiążą to inaczej. Nie mogę się doczekać.

 

Mirosław Usidus

 

 

MIROSŁAW USIDUS: Medialny smród w amerykańskim stylu

Wykradziony został raport o wojnie wietnamskiej, tzw. „Pentagon papers”, który opublikowali dziennikarze „Washington Post”, zaś kilka lat temu przedstawieni jako bohaterowie w filmie „Czwarta Władza”. Kradzione były materiały „Watergate”. Jednak tamte śledztwa były „wielkimi momentami dziennikarstwa”. Dlaczego te same media nie protestują, gdy teraz FBI robi nalot na Project Veritas?

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości Bidena, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok temu, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze czyli Departament Sprawiedliwości Bidena zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Oczywiście wielu jest chętnych do pomniejszania rangi pamiętnika córki prezydenta Bidena, co pomaga migać się od zarzutów o stosowanie podwójnych standardów w cenie postępowania wobec niezależnego śledczego dziennikarstwa. Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu, a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Poza tym, na co zwraca uwagę wielu prawników, skoro sprawa dotyczy sfery całkiem prywatnej i panna Ashley jest ofiarą złodzieja osobistych sekretów, to dlaczego nie rozgrywa się to na poziomie zwykłego lokalnego (stanowego) wymiaru sprawiedliwości, lecz zajmuje się tym Departament (ministerstwo) Sprawiedliwości USA i Federalne Biuro Śledcze. Krążą też pytania do mediów, nie tylko o to, dlaczego nabrały wody w usta i udają, że nie widzą, że sprawa jest uderzeniem w wolność i niezależność mediów, w zasadę ochrony ich źródeł informacji i niezależności dziennikarzy.

 

Pyta się także np. „The New York Times”, jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów w tym przypadku.

 

Woń trzecioświatowych amerykańskich standardów

 

Na szczęście są jeszcze w USA sądy, że zacytuję pewnego mecenasa, bo na obiektywne i sprawiedliwe media, jak widać, nie ma już co liczyć, nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych. Sąd federalny nakazał kilka dni temu Departamentowi Sprawiedliwości zaprzestanie „wydobycia” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. No bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”.

 

Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Czy „New York Times” ma dostęp do telefonu O’Keefe’a?

 

Do tej brzydko pachnącej sprawy dochodzą dwuznaczne postawy i zachowania mediów „mainstreamu”, polegające nie tylko na stosowaniu podwójnych standardów i stronniczości politycznej. O’Keefe w swoim wystąpieniu po nalocie BFI zwrócił uwagę, że „w ciągu godziny” od momentu, gdy w jego drzwi załomotali agenci FBI, reporter „The New York Times” skontaktował się z nim w celu uzyskania komentarza. Fakt, że „NYT” wie o akcjach służb Bidena niemal natychmiastowo i jest doskonale poinformowany o wszystkich szczegółach śledztwa (w końcu, przypominam, to „New York Times” a nie Project Veritas potwierdził w swojej publikacji autentyczność pamiętnika Ashley Biden), nie uszedł uwagi obserwatorów polityczno-medialnej sceny.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie, a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas, a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny.

 

Akademik przypomniał, że Biden ma już na koncie wykorzystanie FBI do załatwiania swoich spraw. Gdy był wiceprezydentem, FBI szukało broni należącej do jego syna Huntera Bidena, która została w tajemniczych okolicznościach wyrzucona w pobliżu jakiejś restauracji. Joe Biden ma więc tendencję do korzystania z państwowych służb w takich „szczególnie bliskim mu” sprawach, w których nie te służby nie powinny być angażowane. Turley zauważa, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie robią. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy.

 

Jeszcze we wrześniu 2015 roku serwis O’Keefe’a publikował informacje o nieprawidłowościach wyborczych w Minnesocie. Wówczas grupa lewicowych, czyli po amerykańsku mówiąc, liberalnych, naukowców m. in. z Uniwersytetu Stanforda oskarżyła Project Veritas o dezinformację. O’Keefe zażądał dowodów a gdy przedstawiciele uczelni ich nie przedstawili, pozwał grupę akademików występujących w ramach grupy o nazwie Election Integrity Partnership, do sądu, zarzucając im zniesławienie. W pokrewnej sprawie Project Veritas toczył prawną batalię z reporterką „The New York Times”, Maggie Astor, która powoływała się w swoich filipikach na temat Project Veritas na raport Election Integrity Partnership.

 

Okazało się, że zarówno badacze ze Stanforda, jak też dziennikarka „NYT” nie tyle obalali fakty podawane przez Project Veritas, ile „demaskowali mechanizm wirusowej i skoordynowanej dystrybucji tych materiałów w internecie”. Cóż, mnóstwo zarówno prawdziwych jak też nieprawdziwych, a także np. komercyjno-reklamowych materiałów dystrybuowanych jest według precyzyjnie opracowanych planów, kampanii, czasem angażujących spore środki. Nie ma w samym tym mechanizmie nic niewłaściwego. Jest to wykorzystywanie narzędzi, z których każdy może skorzystać. Istotne jest, że według tych badaczy i dziennikarzy o podobnie lewicowych poglądach dowodem na dezinformację była nie tyle sama dezinformacja, ile technika jej dystrybucji.

 

Przypadków, które sprawiają, że media „głównego nurtu” mają powody nie znosić  Project Veritas jest znacznie więcej. W kwietniu tego roku serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwIjmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sadu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam GoldmanMark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Wychodzą w tej sprawie zatem kolejne brudy i są to brudy pomiędzy mediami po przeciwnych stronach politycznej barykady. Skandalem jest najeżdżanie przed świtem dziennikarza oddziałem siepaczy ze służb, skandalem – wykorzystywanie do sprawy, która ma rangę zwykłego przestępstwa, państwowego aparatu, skandalem jest także stosowanie podwójnych standardów wobec mediów, które przecież już dawno temu wywalczyły sobie prawo do publikacji zdobytych, a nawet wykradzionych (pod warunkiem, że nie same wykradły), ale ważnych dla opinii publicznej, materiałów. Ale wykorzystywanie swoich dziennikarskich kontaktów do zdobywania informacji na temat strategii drugiej strony w procesie – to już jest po prostu smród.

 

P.S. Jest w tej wieloaspektowo przykrej sprawie i optymistyczny akcent. Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU), organizacja mająca opinię skłaniającej się raczej w lewym kierunku politycznym. Zdobyła się więc na coś, na co nie umieją się zdobyć, równie lewoskłonne, media „głównego nurtu” w USA.

 

MIROSAŁW USIDUS: „Siła ciążenia” uratuje Facebooka

Z tego, co można ostatnio przeczytać w mediach na temat Facebooka, trudno wywnioskować, jaka będzie przyszłość niebieskiej platformy. Nie dlatego, że brakuje przepowiedni i prognoz, ale raczej z powodu ich nadmiaru.

 

Ton analiz rozciąga się od przekonania, że nic społecznościówce się nie stanie, bo Facebook jest zbyt wielki i opłacalny jako biznes, by miał upaść lub zostać zamknięty, do wieszczb niechybnego rozkładu gigantycznej platformy internetowej, już to z powodu odwrócenia się od niej użytkowników (w przypadku najmłodszych to już się dzieje), już to wskutek antymonopolowych postępowań, nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

 

W mediach zapanowała nadzwyczajna ekscytacja z powodu zeznań w Kongresie „whistleblowerki” Frances Haugen, które zbiegły się w czasie z wielką awarią Facebooka. Rewelacje Haugen, która przy okazji została zidentyfikowana jako osoba skrajnie stronnicza w sensie politycznym, zostały całkiem przytomnie skontrowane przez Marka Zuckerberga i zastęp oficerów prasowych Facebooka.

 

Mniej głośne medialnie, ale równie ciekawe, były decyzje podejmowane w ostatnim czasie przez wymiar sprawiedliwości stanu Teksas. Potencjalnie mogą one w równie ciekawy sposób, co publikowane w mediach od września rewelacje, doprowadzić do ujawnienia mechanizmów funkcjonowania serwisu społecznościowego, zasad moderacji i cenzury politycznej, którą stosuje. Na mocy decyzji sędziego okręgowego z Austin, Roberta Pitmana, teksański prokurator generalny będzie mógł wejrzeć w wewnętrzne dane i dokumenty nie tylko Facebooka, ale również Google i Twittera. W tym przypadku firmy Big Tech same się o to prosiły. Zaskarżyły bowiem nowe prawo stanu Teksas zakazujące im zawieszania kont użytkowników z powodów politycznych, na co odpowiedzią była decyzja sądu. Jeśli rzeczywiście dojdzie do ujawnienia wewnętrznych materiałów na temat cenzury politycznej w firmach Big Tech, to może być dużo ciekawsze niż sensacje pani Haugen.

 

Cenzura, głupcze!

 

Wróćmy jednak do niej, bo media zrobiły wokół jej wystąpienia wiele szumu, co gdy się zna polityczne poglądy dziennikarzy amerykańskiego mainstreamu medialnego, nie dziwi. Była kierownik produktu najpierw ujawniła tajniki Facebooka jako anonimowe źródło „The Wall Street Journal”, o czym szeroko niedawno pisałem na portalu SDP, a potem już jawnie przez komisją Kongresu Stanów Zjednoczonych opowiadała o tym, co określała jako pozbawioną zahamowań gotowość korporacji do rozprzestrzeniania wszelkiego rodzaju szkodliwych dezinformacji, ponieważ napędza to zaangażowanie użytkowników i zyski reklamowe, choć dzieje się to z ogromną, rozpoznaną w badaniach szkodą dla młodzieży, społeczeństwa i demokracji.

 

Recepta Haugen, gdy została o nią zapytana, brzmiała mniej więcej tak: więcej nadzoru nad Facebookiem i nad treściami w nim publikowanymi. Czyli więcej jednostronnie politycznej cenzury, bo pani Haugen jest politycznie zaangażowana i to bardzo aktywnie, po lewicowej stronie. Jeśli mówi o dezinformacji to tylko o dezinformacji publikowanej przez „prawicę”, jeśli mówi o hejcie to tylko o mowie nienawiści ze strony prawicowych użytkowników. Dezinformacja  i hejt lewicy ma, jak należałoby to rozumieć, pozostawać poza zasięgiem tej najnowszej krucjaty.

 

O pomysłach objęcia platform internetowych Big Tech ściślejszą państwową kontrolą, a nawet przejęcia ich przez państwo również pisałem. Jest takich koncepcji wiele. Jedne brzmią nie najlepiej, wręcz złowrogo, gdyż oznaczają wprowadzenie pełnej państwowej cenzury politycznej na wzór modelu chińskiego. Inne, takie jak opisana przez mnie kiedyś koncepcja profesora Jeffa Jarvisa z The City University of New York proponują cos w rodzaju umowy społecznej, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, miałaby zawierać ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa.

 

Przypomnę te idealistyczne założenia, mając pełną świadomość, że rządzącej obecnie w USA lewicy na pewno nie o to chodzi. A więc jak to wyobrażał sobie Jarvis, umowa taka zobowiązywałaby użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego. A zatem, z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i przestępstw (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstawałby po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma musiałaby podjąć działania i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście trzeba też założyć, że może działać z własnej inicjatywy powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Oczywiście, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy, byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Obie strony mogą uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy. Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach, chociaż z drugiej strony, może warto dla typowo internetowych sporów rozszerzyć ten model również na kolejne instancje online.

 

Jest pytanie o możliwość występowania do takiego sądu przez anonimowego, lub posługującego się inną niż prawdziwa tożsamością, użytkownika. Wydaje się, że nie ma możliwości rozpatrywania skarg anonimów przez sąd działający na mocy państwowego prawa. Jednak w określonych sytuacjach, gdy np. sprawa dotyczy aktywności pod dobrze znanym w Internecie pseudonimem, a rzecz dotyczy wyłącznie aktywności sieciowej związanej z tym pseudonimem, można chyba dopuścić sytuację, że sąd zweryfikuje prawdziwą tożsamość użytkownika, ale jej nie ujawni, podobnie jak druga strona.

 

Jak pisze Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to tylko pozornie źle. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Przywołałem i przypomniałem szerzej ten pomysł, by skontrastować go z tym, co, moim zdaniem, lewicowe siły w USA i nie tylko tam mają ochotę zrobić z Facebookiem, a pewnie w konsekwencji z Twitterem i innymi platformami społecznościowymi. Google to trochę inna para kaloszy, ale administracja USA za pomocą postępowań antymonopolowych też zapewne będzie chciała zmusić tę firmę do większej „współpracy”. Podstawą wymuszania przez lewicę jeszcze silniejszego cenzorryzmu politycznego będą przygotowane w jej kręgach politycznych definicje niepożądanych osób i treści. Próbkę tego jednostronnego etykietowania widać np. stosowanym niedawno przez przedstawicieli administracji Bidena w odniesieniu do rodziców dzieci w szkołach epitecie – „terroryści”. Władze będą następnie egzekwować od firm Big Tech cenzurę i innego rodzaju prześladowania tak właśnie ideologicznie, dowolnie i wygodnie zdefiniowanych „ekstremistów”.

 

Zuckerberg: dlaczego cytujecie tylko niektóre badania

 

Możecie więc zapomnieć o „umowie społecznej” i równości podmiotów w internecie. Rządzący mają zupełnie inne plany. I to z czym wystąpiła pani Haugen jest dla nich doskonałym pretekstem. Sprzyja im ogólna irytacja, którą wzbudza w kręgach zarówno lewicowych jak i prawicowych serwis Zuckerberga. Jednak i temu ostatniemu nie brakuje argumentów wobec tego najnowszego ataku. Spisał je i opublikował na swoim blogu w reakcji na wystąpienie Haugen a także na wielką awarię. Jego argumenty są raczej chwalone za racjonalność i trafne zbijanie zarzutów byłej menedżerki, do której jednak w żadnym miejscu się nie odwołuje personalnie.

 

Wpis Marka Zuckerberga, o którym mowa, jest długi i przemyślany. Nie wymienia on z nazwiska Frances Haugen, ale pisząc o informacjach, które wyciekły za jej sprawą, szef Facebooka podkreśla, że zostały przeinaczone zarówno przez nią, jak i przez cytujące ją media.

 

Zuckerberg zwraca między innymi uwagę na to, że wiele zarzutów i oskarżeń wobec Facebooka nie ma logicznego sensu. „Gdybyśmy chcieli ignorować badania, to nie tworzylibyśmy ekosystemu badawczego w celu lepszego rozumienia zjawisk” – pisze na blogu. „Jeśli nie zależy nam na walce ze szkodliwymi treściami, to dlaczego zatrudniamy o wiele więcej osób poświęconych temu niż jakakolwiek inna firma w tej branży, nawet te większe od nas? (…) A jeśli media społecznościowe są tak odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego widzimy wzrost polaryzacji w USA, zaś w innych krajach nie ma tego wzrostu albo nawet da się zauważyć spadek, przy tak samo intensywnym wykorzystaniu mediów społecznościowych?”.

 

„Argument, że celowo promujemy treści, które denerwują ludzi, dla zysku, jest głęboko nielogiczny” – ciągnie szef Fejsa. „Zarabiamy na reklamach, a reklamodawcy nieustannie mówią nam, że nie chcą reklam obok treści szkodliwych lub pełnych gniewu. I nie znam żadnej firmy technologicznej, której chodziłoby o wywołujące depresję produkty. Wszystko, argumenty zarówno etyczne jak i biznesowe, przemawiają raczej za dążeniem w przeciwnym kierunku”.

 

Mark zwrócił też uwagę na wybiórczość oskarżycieli w traktowaniu badań wpływu Instagrama na nastolatków i dzieci. Bo choć z jednej strony rzeczywiście pewna część młodych ludzi ma związane z tą aplikacją problemy z samooceną, to z drugiej strony wśród zarzutów pominięto również wychodzący z badań pozytywny wpływ social media na samopoczucie i relacje wielu nastolatków.

 

Komentatorzy nieco bardziej zdystansowani zwracają uwagę, że w całym tym zgiełku najmniej zwrócono uwagę na najbardziej chyba niewygodny dla Facebooka zarzut Frances Haugen, dotyczący  ukrywania przez niego spadku liczby młodych amerykańskich użytkowników. Ujawniła wewnątrzfirmowe prognozy, że spadek zaangażowania nastolatków może prowadzić do ogólnego spadku amerykańskich użytkowników 45 proc. w ciągu najbliższych dwóch lat. Jeśli zostanie to potwierdzone, to oznacza to wprowadzanie reklamodawców w błąd, co podważyłoby źródło 99 proc. przychodów Facebooka ale także potencjalnie złamałoby prawo. Zuckerberg również temu zaprzecza, ale nie pozwala sobie na figury retoryczne przy tej okazji.

 

Prawne karty przeciwników Facebooka nie są wcale tak mocne jak to się być może niektórym wydaje. Politycy grożą, że rozbiją firmę na kawałki, ale, jak się zauważa, wymierzony przeciw niemu proces antymonopolowy jest wadliwy. Twierdzenie Departamentu Sprawiedliwości, że Facebook jest monopolistą, opiera się na zdefiniowaniu rynku w taki sposób, aby wykluczyć większość innych sieci społecznościowych. Monopolowi w pewnym sensie przeczy to, co działo się podczas niedawnej awarii. Użytkownicy bez większych problemów przeszli do aplikacji takich jak Telegram, TikTok czy Twitter. Gdyby to był prawdziwy monopol, to korzystanie z konkurencyjnych produktów nie byłoby tak łatwe. Postepowania antymonopolowego bardziej więc powinien obawiać się Google a nie serwis Zucekrberga.

 

Siła ciążenia

 

Eksperci uważają, że mimo wcale nie tak silnych podstaw do ataku na Facebooka, samo nagromadzenie negatywnych zjawisk, zarzutów i problemów, może platformę Zuckerberga sprowadzić do tak niskiego poziomu reputacji, że już się z tego dołka nie wydostanie. Nawet przedstawienie racjonalnych i całkiem sensownych odpowiedzi, jak te które padły na zarzuty pani Haugen, może na tak niskim poziomie wiarygodności nic nie pomóc. Często przywoływane porównanie do koncernów tytoniowych oznacza, że nikt nie ma ochoty wyciągnąć ręki do firmy, która upadła tak nisko. Z drugiej strony firmy produkujące papierosy wciąż funkcjonują i sprzedają, więc upadek w sensie biznesowym nie musi nastąpić, przynajmniej nie od razu. Raczej długotrwała wegetacja w cieszącej się coraz gorszą opinią piwnicy internetowej, okraszona być może kosztownymi pozwami zbiorowymi

 

Niewykluczone jednak, że ten upadek może być szybszy, zważywszy, że starzejąca się, coraz mniej atrakcyjna dla reklamodawców, społeczność użytkowników, niekoniecznie będzie trzymać się nieatrakcyjnej już dla młodych platformy. Jeśli wypali inicjatywa Donalda Trumpa Truth Social, prawdopodobnie co bardziej konserwatywnie nastawieni użytkownicy odejdą bez żalu tam gdzie nie czeka ich niechęć i cenzura (Facebook bez litości tnie zasięgi nielewicowym serwisom informacyjnym, co również wyszło w niedawno ujawnionych wewnętrznych dokumentach).

 

Rozpatruje się wiele scenariuszy spodziewanej przyszłości Facebooka, w tym rozbicie antymonopolowe (wątpliwa sprawa, o czym wyżej), przejęcie przez państwo/polityków (to w zasadzie nie byłaby prawdziwa zmiana, raczej ewentualnie ilościowe wahnięcie, gdyż Facebook już jest we władaniu lewicy), albo nawet rychły koniec platformy z powodu odejścia reklamodawców niechętnych reklamowaniu się na serwisie o coraz niższej reputacji. To ostatnie w świetle ujawnionych niedawno informacji o reklamowej zmowie cenowej Facebooka z Google’m rysuje się jako nieco bardziej prawdopodobne, a dodać do tego trzeba oczywiście dochodzenie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.

 

Moim skromnym zdaniem, w najbliższym czasie nie stanie się nic szczególnego, jeśli chodzi o Facebooka, choć może wiele rzeczy jeszcze zostanie powiedzianych, padną kolejne oskarżenia, a nawet otwarte nowe procesy, i rozdarte zostaną kolejne szaty obrońców prywatności, młodzieży i politycznego pokoju w społeczeństwie.

 

Kluczem do trwania, względnej niezmienności pozycji i znaczenia błękitnego serwisu jest inercja, czy też może „siła ciążenia” sieci społecznościowych. Okazuje się, że grawitacja ziemska zmuszająca nas do budowy potężnych rakiet, by oderwać się od naszej planety choćby na niską orbitę, jest niczym przy niutonach uwikłania społecznościowego. Przekonałem się o tym blisko rok temu na własnym przykładzie.

 

Gdy, zdegustowany represyjną, ingerującą nawet treści prywatnej komunikacji cenzurą polityczną, próbowałem namówić znajomych w sieci społecznościowej do odejścia, to choć wszyscy się zgadzali, że tak, to skandal i jak ten Facebook może tak cenzurować, nikt nie kwapił się do zakończenia swojej przygody z tą platformą. Także i ja w tej sytuacji nie pożegnałem się panem Zuckerbergiem. Okazało się, że ta „siła ciążenia”, która nie pozwoliła mojej społeczności oderwać się od Facebooka, także i mnie przytrzymała, choć niby uruchomiłem silniki i zapraszałem do swojej rakiety.

 

Grawitacja jak wiadomo ma związek z masą. Masą tą są sieci połączeń, kontaktów, gigantyczne zasoby danych. Niedawno przeczytałem, że Facebook jest największym repozytorium danych w historii świata. To tak masa stabilizuje platformę i wiąże jej użytkowników w taki sposób, że nawet jeśli mają ochotę to trudno im odejść. Z tego też powodu nie wierzę w prawdziwą chęć zniszczenia Facebooka przez polityków. Takiego bogactwa nie niszczy się. Wierzę jednak w chęć ściślejszej i dokładniejszej kontroli nad tą skarbnicą.

 

Mirosław Usidus

MIROSŁAW USIDUS:  Mistrzowie wyrafinowanej cenzury

Reżimy i dyktatorzy muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Z jednej strony wydaje się, że to dobrze, że YouTube usunął dwa duże niemieckojęzyczne kanały informacyjne Russia Today, które siały kremlowską propagandę i dezinformację. Z drugiej – niełatwo solidaryzować się należącą do Google platformą, znaną tak samo jak Facebook lub Twitter z bezwzględnej, niesprawiedliwej i hipokryzją podszytej cenzury politycznej.

 

Swoją drogą, ciekawe jak się to starcie z YT skończy, bo Rosja w odpowiedzi na zdjęcie kanałów RT DE i DFP zagroziła wprowadzeniem całkowitego zakazu korzystania z platformy u siebie. Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nazwało posunięcie YouTube „aktem bezprecedensowej agresji informacyjnej” i „oczywistym przejawem cenzury i tłumienia wolności słowa”.

 

I tu jesteśmy u sedna problemu. Fala bezpardonowej walki politycznej i cenzury, w którą wdało się w Big Tech, z apogeum w trakcie kampanii prezydenckiej, gdy koalicja reprezentantów Krzemowej Doliny wzięła bezpośredni udział w walce politycznej jednoznacznie po stronie kandydata Demokratów Joe Bidena, powoduje, że niewielu ma ochotę stawać po stronie YouTube, Twittera lub Facebooka w tego rodzaju starciach z reżimami i politykami, nawet jeśli tych ostatnich nie kochamy. Zaczynamy raczej skłaniać się do opinii, że obie strony są „warte siebie”.

 

Rosja zresztą wini także niemieckie władze, które domagały się od YouTube cenzury tych treści. Ciekawe, że Niemcy domagają się wprowadzenia cenzury również od „nielewicowej” (w odróżnieniu od Facebooka czy Twittera) amerykańskiej platformy społecznościowej Gab, stawiając to jako warunek operacji w tym kraju. Gab na wprowadzenie cenzury nie godzi się, inaczej, jak widać, niż YouTube.

 

Australia? Zambia? Nie ma różnicy

 

W Australii pośród zamieszek i gwałtownych protestów przeciwników covidowych restrykcji pojawiły się pogłoski o blokowaniu internetu, zwłaszcza mediów społecznościowych, które po tym jak władze ograniczyły działalność mediów w rejonie starć z policją, stały się główną platformą dystrybucji relacji z miejsc zamieszek.

 

Pogłoski te nie zostały oficjalnie w żaden sposób potwierdzone. Jednak informacje o blokowaniu sieci, nawet gdy rzeczywiście dochodzi do tego, rzadko są potwierdzane przez tzw. „czynniki oficjalne” w krajach, które takie rzeczy praktykują. Na przykład w afrykańskiej Zambii również nie było oficjalnych potwierdzeń pogłosek na temat cenzury i blokowania serwisów społecznościowych, gdy odnotowano problemy z ich funkcjonowaniem przy okazji niedawnej kampanii wyborczej. Czy władze Myanmaru w sposób otwarty przyznają, że blokują internet? Nie słyszałem.

 

Stanowisko sieciowych cenzorów w różnych krajach, od Rosji, przez USA po Zambię czy Australię, gdy blokuje się i banuje pod dziesiątkami pretekstów, dobrze opisuje staropolski zwrot „rżnięcie głupa”. Rzeczonego „głupa” rżną obie strony zgodnie udające, że nie cenzurują i oburzające się, gdy Big Tech cenzuruje nie po ich politycznej myśli, władze państw jak też platformy internetowe, które cokolwiek robią, robią to zawsze „dla dobra użytkowników”. W tej zgrai hipokrytów żadnych pozytywnych bohaterów nie widzę.

 

Wróćmy na chwilę do przykładu Zambii, gdzie przez lata problemy z internetem raportowała pozarządowa organizacja Zambian Watchdog, sama zresztą niejeden raz blokowana w sieci przez władze tego kraju. W 2016 roku przeprowadzono tam pomiary sieci w celu zbadania dostępności stron internetowych i aplikacji. Nie znaleziono wówczas żadnych niezbitych dowodów na cenzurę internetu w czasie wyborów powszechnych w Zambii, choć odnotowano przypadki restrykcji wobec tradycyjnych mediów. Temat powrócił w sierpniu tego roku, po tym jak kilka innych krajów afrykańskich postanowiło zablokować społecznościówki na czas wyborów, co było, jak wspominałem, pokłosiem ingerencji Facebooka i Twittera w procesy wyborcze w USA.

 

Cenzura polityczna, na którą sobie pozwoliły firmy z grupy Big Tech podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych, gdy np. Twitter poświęcił 20 proc. ruchu w swoim serwisie, aby wycinać treści nieprawomyślne, niezgodne z lewicową linią szefów platformy, w sposób wyraźny zachęciła miłośników zamykania ust inaczej myślącym na całym świecie. Mieli świetny pretekst i wymówkę a argumenty walczących z praktykami dyktatorów platform społecznościowych o „blokowaniu wolności słowa” ociekały groteskową hipokryzją w świetle tego, co same zrobiły w USA.

 

W Afryce politycznie motywowane blokowanie sieci jest dość często spotykane. Robiły to władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, niedawno też Konga, gdy oskarżono rząd o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Takie rzeczy spotyka się również na innych kontynentach i to coraz bardziej nagminnie. Np. rząd Indii regularnie blokuje internet w spornym Kaszmirze.

 

Sprawy nie zawsze mają czarno-biały charakter. Rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował w ostatnich latach rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolne media oznaczały zarazem wolność słowa dla podżegaczy do waśni na tle etnicznym. Prawie trzy miliony Etiopczyków zostało wypędzonych w ostatnim czasie ze swoich domów, wskutek walk pomiędzy nienawidzącymi się plemionami. Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. W planie jest uznanie „mowy nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję.

 

Jak wspominałem Twitter dostał bana np. podczas wyborów powszechnych w Ugandzie w 2021 r. Aplikacje społecznościowe blokowane były także w trakcie wyborów powszechnych w Tanzanii w 2020 r. Przeciwnicy cenzury po tych wydarzeniach zażądali od władz Zambii, by nie robiły tego w tym kraju a prezydent Lungu zobowiązał się, że nie będzie cenzury. Jednak później rząd zagroził, że zamknie internet, jeśli obywatele będą go używać do „wprowadzania w błąd i dezinformowania” wyborców (jak wiadomo, to pod tymi hasłami Google, Facebook, Twitter i Amazon cenzurują w najlepsze na swoich platformach).

 

W dniu wyborów, 12 sierpnia 2021 r., pojawiły się liczne doniesienia o zablokowaniu WhatsAppa i innych internetowych serwisów społecznościowych w Zambii. Zostało to potwierdzone przez rzecznika Facebooka, który poinformował również, że „wyłączenie mediów społecznościowych w Zambii miało wpływ na ich aplikacje i inne, takie jak Twitter”.

 

Hipokryzja firm Big Tech, które same stosują coraz ostrzejszą cenzurę, na tym etapie już całkowicie polityczną i jednostronną, np. tak jak w przypadku Twittera blokującego niedawno informacje na temat audytu wyborów prezydenckich w Arizonie, idzie w parze często ze zwykłym tchórzostwem potentatów technologicznych. Bo czym innym jak nie tchórzostwem jest bezwzględność wobec słabych, gdy zgina się kornie kark w obliczu silnych. Apple i Google szybko „pękły”, gdy władze Rosji przy okazji niedawnych wyborów zażądały usunięcia ze sklepów z aplikacjami aplikacji służącej do komunikacji i walki protestującym przeciw Kremlowi. Apka była dziełem zwolenników Aleksieja Nawalnego a jej celem miało być ujawnianie korupcji w otoczeniu Władimira Putina oraz zachęcanie do głosowania przeciwko kandydatom partii Jedna Rosja w wyborach parlamentarnych. Po tym jak posłusznie wobec moskiewskiego reżimu postąpiły wielkie korporacje z Krzemowej Doliny tym bardziej warto obserwować starcie Rosji z YouTube, gdyż, z tego co wiem, w Rosji zablokowanie tej platformy jest technicznie wykonalne, zatem groźba Kremla brzmi realnie.

 

Jednocześnie ci sami, którzy kulą ogony przed Putinem, głośno atakują Zambię, Ugandę i inne kraje, za cenzurę. Twitter próbował rozkręcić kampanię walki o „wolność słowa” przy okazji blokady w Ugandzie. Jednak z tonu większości komentarzy wynikało, że internauci uznali pełne frazesów o „wolności słowa” oświadczenia administracji tej platformy za dość kiepski żart.

 

Nowy wspaniały „splinternet”

 

Wyłączanie czy blokowanie całości lub części internetu nie jest dziś sprawą prostą do przeprowadzenia. Trzeba pamiętać, że nawet w uboższych krajach spora część gospodarki i państwa zależna jest od działania sieci. W wielu krajach jednak opracowuje się i ćwiczy różne techniki, warianty blokowania sieci, jeśli nie „wyłączania”, to nadzorowanego „odgrodzenia” sieci krajowej od reszty cyberprzestrzeni z zachowaniem kontroli nad ruchem przychodzącym i wychodzącym. Nad technikami takimi intensywnie pracowały m. in. Rosja i Iran, zaś Chiny są stale odgrodzone swoją „wielką zaporą ogniową”, która nie pozwala funkcjonować wielu znanym serwisom i usługom w kraju środka, m. in. Google’owi i Facebookowi. Tendencja do wydzielania lokalnych sieci i odgradzania się od reszty sieci nazywana jest „splinternetem”. To szerszy temat, do omówienia przy innej okazji.

 

Po raz pierwszy techniki wyłączania internetu na wielką skalę ćwiczono podczas „Arabskiej Wiosny” na początku ubiegłej dekady. Ruchy protestacyjne powstawały w grupach na Facebooku, były nagłaśniane na Twitterze i relacjonowane w serwisie YouTube. Można było swobodnie oglądać na rozlicznych nagraniach wideo brutalność reżimów broniących swojej władzy.

 

W styczniu 2011 roku, dwa dni po tym, jak protestujący zaczęli gromadzić się na placu Tahrir w Kairze, egipski prezydent Hosni Mubarak odłączył kraj z sieci i blokował usługi przez pięć dni. W Libii pułkownik Kaddafi poszedł w jego ślady, reagując na rodzące się powstanie serią zakłóceń w dostępie do Internetu, których kulminacją było czterodniowe zamknięcie sieci w marcu 2011 roku. Posunięcie to spotkało się z międzynarodowym potępieniem i skłoniło Organizację Narodów Zjednoczonych do wystąpienia przeciwko tłumieniu wolności słowa.

 

Według wielu opinii, tamte blokady były grubym błędem dyktatorów. Jared Cohen, były pracownik Departamentu Stanu USA, który dołączył do Google’owego think tanku Google Ideas i był w Egipcie podczas rewolucji, powiedział w wywiadzie opublikowanym w 2011 roku, że decyzja Mubaraka zmotywowała wielu młodych Egipcjan, którzy w przeciwnym razie być może nigdy nie przyłączyliby się do protestów.

 

Access Now, organizacja zajmująca się prawami cyfrowymi, założona w 2009 roku, od lat rejestruje liczbę przypadków wyłączeń internetu lub jego segmentów. I tak w 2016 roku organizacja odnotowała na świecie siedemdziesiąt wyłączeń, w 2017 roku – 106, w 2018 roku – 198, a w 2019 roku – 213. W 2020 roku, po raz pierwszy od pół dekady, odnotowano spadek w stosunku do roku poprzedniego, do 155 wyłączeń internetu w 29 krajach. Uznaje się, że na pewien spadek liczby blokad miała wpływ pandemia i wzrost roli sieci w życiu i pracy ludzi na całym świecie.

 

Wzrost liczby potwierdzonych wyłączeń może być, nawiasem mówiąc, częściowo konsekwencją wzrostu świadomości społecznej i liczby doniesień. Obserwatorzy uważają jednak, że wyłączanie internetu staje się coraz powszechniejszą polityką w wielu państwach. „To jest prawdziwy kryzys dla wolności słowa, pod wieloma względami. W dodatku ten kryzys rozszerza się na cały świat,” mówił podczas jednej z konferencji David Kaye, profesor prawa na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine i specjalny sprawozdawca ONZ ds. wolności słowa w latach 2014-2020. „Co gorsza, wyłączanie internetu staje się praktyką znormalizowaną, nawet w takich miejscach, gdzie wydaje się, że mamy rządy prawa”.

 

Według danych Access Now, Indie, kraj nazywany „największą demokracją na świecie”, odpowiadały za aż 109 wyłączeń sieci w całym 2020 roku. Te działania są tam przeprowadzane na poziomie lokalnym, np. w spornych regionach Dżammu i Kaszmir, gdzie nie było dostępu do sieci przez półtora roku. Niedaleko Indii jest niedemokratyczny Myanmar, gdzie praktyka wyłączania dostępu do sieci przez rządzących wojskowych to praktycznie norma.

 

Cenzorskie know-how

 

Z raportów Access Now wynika wyraźnie, o czym była już mowa, że większość rządów nie przyznaje oficjalnie, że trwa wyłączenie, zrzucając winę za zakłócenia na problemy techniczne lub ataki cybernetyczne, albo po prostu kłamiąc. Jeśli podawane jest uzasadnienie, to wyłączenia są opisywane jako działania ostatniej szansy w celu zapobieżenia przemocy, w obronie bezpieczeństwa narodowego i, coraz częściej, w celu powstrzymania „rozprzestrzeniania się dezinformacji”. I tu znów wracamy do przykładu jaki nieuchronnie musi dawać dyktatorom Big Tech, którego cenzura wprowadzana jest w ostatnim okresie głównie pod tym hasłem.

 

Wielu ekspertów sądziło, że po katastrofach w Egipcie i Libii całkowite wyłączenia zostaną zastąpione subtelniejszymi, mniej destrukcyjnymi strategiami – cenzurą, blokowaniem, celowym usuwaniem stron internetowych. Jednak wiele z krajów, które wprowadzają wyłączenia, nie ma doświadczenia, ani know-how, by działać bardziej elegancko. W 2011 roku Birma miała niewiele ponad 495 tys. użytkowników internetu, teraz ma ich ponad 20 mln. W całej Afryce odsetek osób podłączonych do sieci wzrósł niemal trzykrotnie od 2010 do 2019 roku. Sytuację komplikuje coraz częstsze korzystanie przez użytkowników z zaszyfrowanych komunikatorów, VPN-ów i innych narzędzi do omijania ograniczeń sieciowych. I to także skłania rządy do podejmowania akcji „po całości”.

 

Jedną z najbardziej rudymentarnych metod wymuszenia wyłączenia jest tzw. manipulacja BGP. BGP, czyli Border Gateway Protocol, w skrócie to system, który pozwala pakietowi informacji znaleźć drogę z punktu A do punktu B poprzez plątaninę węzłów i połączeń tworzących Internet. Dzięki BGP każdy węzeł w sieci, reprezentujący punkt wejścia dla grupy adresów internetowych, które z kolei reprezentują użytkowników, stale ogłasza, do których adresów ma dostęp. Rządy mogą nakazać temu, kto odpowiada za węzły ogłaszające wejście do klastra adresów – zazwyczaj jest to dostawca usług internetowych lub firma telekomunikacyjna – aby wycofał te ogłoszenia, skutecznie wymazując tych użytkowników z mapy globalnego Internetu. Wycofywanie tras BGP jest o tyle wygodne, że umożliwia wybranym grupom adresów, np. tym należącym do urzędników państwowych, zachować połączenie z Internetem, podczas gdy wszyscy inni przebywają w sieciowym blackoucie. Konfigurowanie BGP jest pożądaną przez władze alternatywą dla prymitywnych metod egzekucji wyłączeń, czyli fizycznego odcinania całej sieci co może odciąć całkowicie kraj od komunikacji usług, których władze sobie życzą. Wadą tego rozwiązania jest to, że zabiegi BGP dość łatwo jest wykryć.

 

Bardziej znane medialnie firewalle, czyli systemy zdolne do filtrowania ruchu przychodzącego i wychodzącego, zazwyczaj buduje się przez instalację na kablach sieciowych urządzeń zwanych middleboxami. Sprzęt ten może być zaprogramowany tak, aby blokować cały ruch zmierzający do konkretnego adresu docelowego lub pochodzący z konkretnego adresu źródłowego, albo też całe protokoły internetowe lub klasy treści, takie jak wideo, głos lub e-mail. To bardzo skuteczna metoda, gdy się chce zablokować jednorodne adresowo platformy, takie jak Facebook czy Twitter. Ściany ogniowe tego typu wymagają jednak znaczących zasobów obliczeniowych.

 

Do perfekcji sztukę odcinania się od globalnego Internetu przy jednoczesnym zachowaniu wewnętrznej łączności opanował Iran. Istnieje tam coś o nazwie National Information Network, ogólnokrajowy intranet, który pozwala na wykonywanie codziennych czynności w stosunkowo niezakłócony sposób na irańskich aplikacjach, jednocześnie uciszając wszelkie niepożądane treści i serwisy. Sieć została wystawiona na próbę podczas tygodniowego wyłączenia w listopadzie 2019 r. przy okazji fali demonstracji i zamieszek. Według doniesień, pomimo całkowitego odłączenia od internetu z zewnątrz, krajowe usługi sieciowe w Iranie działały normalnie. Podobną sieć krajową opracowała Rosja, ale przetestowała ją jedynie doświadczalnie, bez „startu ostrego”.

 

Niedoścignionym wzorcem skuteczności dla wszystkich miłośników cenzury politycznej jest chiński internetowy firewall. Zresztą ChRL już eksportuje swoje cenzorskie hi-tech do innych krajów. W listopadzie 2020 r. amerykański Departament Skarbu nałożył sankcje na chińskiego producenta elektroniki CEIEC za sprzedaż skomercjalizowanej wersji chińskiej „sieciowej zapory ogniowej” Wenezueli. W maju pojawiły się informacje, że także junta wojskowa w Myanmarze planuje stworzenie krajowego „intranetu”.

 

Niedoścignionymi mistrzami najbardziej wyrafinowanej technicznie cenzury internetowej nie są jednak Chiny, ale Google, Facebook, Twitter lub Amazon. Wyszukiwarka, o czym pisał w serii demaskatorskich publikacji, dziennik „The Wall Street Journal” wykorzystuje najbardziej zaawansowany algorytm w historii do ukrywania tego co chce ukryć i eksponowania tego, co chce eksponować. W efekcie widzisz w internecie nie ten świat, którego szukasz, lecz ten, który chce ci pokazać Google. Facebook i Twitter mogą cię tak „shadowbanować”, że nawet nie wiesz, że jesteś cenzurowany i blokowany. Zaś Amazon, którego serwery zechciałbyś wykorzystać może podpatrzyć twój pomysł na biznes, skopiować go a ciebie „zdeplatformować” pod byle pretekstem, głosząc np., że uprawiasz dezinformację.

 

Reżimy i dyktatorzy, którzy powołują się na działania Big Tech, muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Mirosław Usidus

Równi i równiejsi – MIROSŁAW USIDUS o brudnych sekretach Facebooka i Google’a

Jeśli dziwicie się, że niektórym na sucho uchodzą na platformach społecznościowych wybryki, za które zwykli zjadacze postów są banowani z miejsca, to trzeba wam wiedzieć, że są to lepsi od was użytkownicy, których umieszcza się na „białej liście”, by nie stała im się żadna krzywda, np. ze strony moderujących automatów. A to tylko jeden z wielu brudnych sekrecików Facebooka et al.

 

Najgłośniejszym w świecie społeczności internetowych skandalem ostatnich tygodni są tzw. „Facebook Files” – dokumenty wewnętrzne firmy Marka Zuckerberga, do których dotarł i w cyklu publikacji ujawnił „The Wall Street Journal”, jednoznacznie świadczące o tym, iż wiedziała ona o szkodach wyrządzanych przez platformę Instagram swoim użytkownikom, a dokładniej mówiąc, użytkowniczkom, dziewczętom i młodym kobietom, nie robiąc w tej sprawie nic. To najgłośniejszy wątek skandalu. Nie mniej ważne, choć mniej nagłośnione były dowody na to, że algorytm Facebooka „nagradza za hejt”, pozwalając za większe zasięgi i zaangażowanie wokół wszelkiego rodzaju negatywnych treści.

 

Inne zarzuty wynikające z dziennikarskich śledztw obracają się wokół bierności i nieudolności Facebooka w reagowaniu na ocean dezinformacji covidowo-szczepionkowej, a także dowodów na to, że pozwalał, a wręcz umożliwiał działalność przestępczą, praktyki takie jak handel ludźmi i narkotykami z wykorzystaniem platformy.

 

Komentatorzy zwracają ponadto uwagę na różnorodność wniosków, które można wyciągać z dochodzenia „The Wall Street Journal”. Jedną z obserwacji jest prostota i swoista szczerość, z jaką w wewnętrznej komunikacji Facebooka opisuje się problemy, wady i grzechy platformy.

 

„Sprawiamy, że u jednej na trzy nastoletnie dziewczyny pogłębiają się problemy z postrzeganiem własnego ciała” –  głosi jeden ze slajdów wewnątrz-firmowej prezentacji z 2019 roku, który cytuje w swoich materiałach WSJ. W innym, będącym relacją z badań ankietowych czytamy: „Nastolatki obwiniają Instagram za wzrost wskaźnika lęku i depresji … Ta odpowiedź była niewymuszona i spójna we wszystkich grupach”. Tu warto przypomnieć, że Facebook często powołuje się na różne zewnętrzne badania, twierdząc, że między korzystaniem z mediów społecznościowych a depresją zachodzi niska korelacja. Jego wewnętrzne, do bólu szczere materiały mówią co innego.

 

Lepsza wersja Facebooka dla wybranych

 

Szczególnie ciekawy wątek w publikacjach WSJ to dokładny opis stosowanej przez Facebooka praktyki „whitelistingu”, czyli „białej listy” użytkowników cieszących się specjalnymi przywilejami na platformie, którym, po prostu,, „wolno więcej”. Mechanizm ten pozwala politykom, celebrytom, wszelkiego rodzaju sławnym osobom i osobistościom publicznym lekceważyć oficjalne zasady platformy – wnioskowali dziennikarze WSJ na podstawie wewnętrznego raportu Facebooka, który poddali analizie.

 

Interesująca i charakterystyczna była reakcja przedstawicieli platformy na te zarzuty. Rzecznik Facebooka Andy Stone przyznał w rozmowie z gazetą, że krytyka tej praktyki jest uzasadniona, ale, jak dodał, „zostało to tak zaprojektowane z ważnego powodu – po to, by stworzyć dodatkowy krok, abyśmy mogli dokładniej egzekwować zasady dotyczące treści, które mogą wymagać więcej analizy”. Przekładając z face-mowy na nasze – jedni dostają ban z miejsca, bez dodatkowej analizy, a nad innymi (pochodzącymi od celebrytów) pochylamy się dokładniej.

 

Problem Facebooka polegał od lat na tym, że ani automatyczny system moderacji, ani większość moderatorów-ludzi zgodnie z zasadami usuwającymi nieodpowiednie treści, nie zwracała odpowiedniej (w mniemaniu kierownictwa firmy) uwagi na to, że niektórzy użytkownicy platformy są równiejsi. Zaś w razie usunięcia naruszającego zasady Facebooka posta pochodzącego od osobistości ze świata rozrywki lub też polityki kryzysowa sytuacja z zakresu PR, w mniemaniu speców od wizerunku, groziła platformie społecznościowej a nie gwieździe, które się to czy tamto wymsknęło

 

Zatem by chronić się przed takimi sytuacjami Facebook wymyślił program o nazwie XCheck, polegający na dodatkowej weryfikacji treści pochodzących od niektórych użytkowników, który choć formalnie nią nie jest, ostatecznie sprowadza się do istnienia „białej listy”, nadzwyczajnej kasty użytkowników mogących liczyć na specjalne traktowanie ze strony serwisu Zuckerberga. Jeśli post zostaje odpowiednio oznaczony przez algorytm, to jest wysyłany do innego zespołu moderatorów, którzy, jak podaje WSJ, „są lepiej wyszkoleni i pracują w pełnym wymiarze czasu”. Ci dokonują pogłębionego przeglądu.

 

Wszelako w miarę jak lista „użytkowników specjalnych” rosła, zespoły moderacyjne XCheck najwyraźniej nie były w stanie obsłużyć twórczości coraz liczniejszego grona lepszych użytkowników. „Obecnie sprawdzamy mniej niż 10 proc. treści” –  przyznaje ktoś z Facebooka w jednym z dokumentów opisującym sytuację w tym segmencie. W praktyce, jak wynika z publikowanych w WSJ informacji, XCheck pozwala celebrytom, politykom, sportowcom, aktywistom, wybranym dziennikarzom, publikować co tylko chcą, z niewielkimi lub żadnymi konsekwencjami w przypadku naruszenia zasad platformy. Mam na marginesie łatwą zagadkę o to, jaką stronę politycznego sporu reprezentują w 100 proc. reprezentanci „białej listy” poruszający tematykę polityczną?

 

W dokumentach omawianych przez WSJ wyróżnia się przypadek brazylijskiego piłkarza Neymara, który w 2019 r. opublikował na Facebooku i Instagramie wideo przedstawiające nagą kobietę, która, jak sam pisał mistrz widowiskowego turlania się po murawie, niesłusznie oskarżyła go o gwałt. Tego rodzaju publikacja z golizną oznacza dla zwykłego użytkownika Fejsa nieomal natychmiastowe usunięcie publikacji i konta. Filmik Neymara pozostawał w sieci przez ponad dobę. Zwykli moderatorzy nie mogli nic z nim zrobić. Zanim został usunięty przez zespół XCheck, film obejrzało 56 milionów ludzi. Wideo zostało udostępnione wiele tysięcy razy, nie wspominając już o zalewie hejtu, jaki spotkał tę kobietę. Pomimo publikacji materiału, który sam Facebook określa jako „revenge porn”, konto Neymara nie zostało usunięte. „Sprawa dotarła na samą górę, która zdecydowała, by nie usuwać konta Neymarowi konta” –  czytamy w wypowiedziach przedstawiciela Facebooka w WSJ.

 

Jest jeszcze jeden drobiazg. Facebook podkreśla, że tych „równiejszych” jest „niewielu”. Być może 5,8 miliona wybrańców, których dotyczy XCheck to dla półtoramiliardowej platformy niewiele, ale dla mnie i dla wielu innych jest to wystarczająco dużo, aby skonstatować, że istnieje inny niż serwowany plebsowi, lepszy i bardziej komfortowy Facebook dla starannie wyselekcjonowanej elity. I tu, niejako odpowiadając na zadane wcześniej łatwe pytanie, dodam, iż jestem dziwnie spokojny, że nie ma na „białej liście” ludzi o poglądach niesłusznych politycznie (z wielokrotnie ujawnianego punktu widzenia kierownictwa Facebooka).

 

Nieudolność (lub coś gorszego) w zwalczaniu dezinformacji i przestępczości

 

Kolejny, może tym razem nie tak brudny, ale z pewnością przykry sekret Facebooka, obnażony przez dziennikarzy „The Wall Street Journal” to jego bezradność i żałosna nieudolność w walce z pandemiczną i antyszczepionkową dezinformacją. Przy czym interpretacja, że Facebook sobie nie radził jest i tak tą lepszą dla niego wersją w porównaniu z oceną, że całkiem świadomie nie chciał z tym sobie radzić.

 

Z danych ujawnionych przez dziennik wynika, że w grupie setek tysięcy kont odpowiedzialnych za rozprzestrzenianie dezinformacji na temat COVID-19, połowę treści produkował zaledwie pięć proc. użytkowników, zaś większość z owych setek tysięcy członków owej swoistej „społeczności dezinformacji” przyciągała relatywnie nieliczna konstelacja zaledwie półtora tysiąca kont. Tę specyficzną, sugerującą istnienie swoistego społecznościowego centrum dowodzenia dystrybucją covidowych fejków potwierdzają inne badania, np. opublikowane w tym roku przez Center for Countering Digital Hate i Anti-Vax Watch, które wykazały, że za fałszywe informacje na temat szczepionek, które dotarły do dziesiątek milionów ludzi na Facebooku, Instagramie, YouTube Google’a i Twitterze, odpowiada relatywnie niewielka liczba kont antyszczepionkowców.

 

Każdemu, kto ma jako takie pojęcie o dynamice funkcjonowania społeczności internetowych, ten mechanizm jest znany. Wiadomo, że za większość treści w jakiejkolwiek ukierunkowanej i kontrolowanej kampanii odpowiada ograniczona liczba superaktywnych, kreujących większość oryginalnych treści kont. To swoisty krąg wewnętrzny, który w przypadku kampanii świadomie planowanych składać się może z profili ludzi, którzy są po prostu zatrudnieni w danej kampanii, mogą to być ludzie wynajęci przez agencję, aktywiści jakiejś organizacji, komando rosyjskich botów itd. Treści rozprzestrzeniają się promieniście do kręgów luźniej związanych z ośrodkiem, a ostatecznie do dowolnych użytkowników społeczności. A wszystko to dzieje się przez wykorzystanie całego „oprzyrządowania” platformy społecznościowej, czyli widocznych udostępnień, polubień, komentarzy, algorytmów zaangażowania itd. Pytanie do Facebooka brzmi, jak mógł tak słabo identyfikować i tak rachitycznie walczyć z tymi działaniami, które przecież opierają się na jego własnym krwioobiegu i narzędziach?

 

Materiałów, które pozyskali dziennikarze było sporo i dotyczyły rozlicznych innych wątków. Niektóre z nich sugerowały, że platforma  wykorzystywana jest, prócz siania dezinformacji, także do działalności pospolitych przestępców. Na przykład jeden z pracowników Facebooka, były policjant, opisywał w jednym z dokumentów, że udało mu się zidentyfikować sieć kont meksykańskiego kartelu narkotykowego Jalisco New Generation Cartel na Facebooku i Instagramie, wykorzystywanych m. in. do rekrutacji nowych członków. Jak pisał „The Wall Street Journal”, choć pracownik ten zalecił Facebookowi zajęcie się tym, platforma nie zlikwidowała kont powiązanych z przestępcami, ograniczając restrykcje jedynie do niektórych publikowanych na grupach treści.

 

Wypychanie konkurencji ze „świata Google”

 

Wiele z opisywanych wyżej problemów Facebooka można położyć na karb trudności w radzeniu sobie z gargantuą społecznościową, do jakiej rozrosła się platforma, gdy się ma ograniczone zasoby ludzkie a także finansowe, zważywszy dodatkowo presję akcjonariuszy na dochody. Przebąkuje o tym czasem sam Mark Zuckerberg, choć oczywiście w oficjalnej korpo-gadaninie wszystko jest OK a Facebook zapewnia, że panuje nad sytuacją.

 

Gdyby porównać Facebooka z kolegą z gangu Big Tech – Google’m, to w Mountain View (kwatera dominatora wyszukiwarkowego) również można zauważyć silną, a nawet w pewnym sensie silniejszą, tendencję do pokrywania różnego rodzaju kontrowersji i problemów specyficznym językiem – korporacyjną nowomową. Możemy go nazwać „googlo-mową”. Pojęcie to będzie zapewne jeszcze nie raz przydatne, bo w przypadku Google głównym obszarem operowania jest, nieco inaczej niż przypadku Facebooka, działającego przede wszystkim w sferze relacji, obszar języka, słów, fraz, kluczy pojęciowych, które z jednej strony opisują świat serwowanej użytkownikowi „targetowanej behawioralnie” wersji cyberprzestrzeni, a z drugiej – służą, przez świadomą, jak się okazuje, politykę manipulacji językiem, stosowaną w praktyce przez Google’a do aktywnego przekształcania tej przestrzeni i przemożnego narzucania sposobu myślenia na określone tematy, pisania i mówienia o nich.

 

Do „googlo-mowy” (angielskojęzyczne słowo to „googlespeak”) jeszcze wrócę. Najpierw o tym jak Google zniekształca proces wyszukiwania informacji, ofert, produktów, który nieświadomemu użytkownikowi wydaje się wolny i zależny wyłącznie od jego wyboru. Niestety wcale tak nie jest. Badanie przeprowadzone niedawno przez amerykańską organizację non-profit The Markup wykazało, że Google aż 41 proc. wyników wyszukiwania na pierwszej stronie to własne treści i usługi Google dostępne bezpośrednio lub przez strony z odnośnikami do własnych zasobów giganta. Prowadzi to oczywiście do postępującego spadku liczby użytkowników odwiedzających zewnętrzne („niegoogle-pochodne”) strony internetowe.

 

Jest to oczywiście nieco uproszczony opis sytuacji. Nie wszystko da się tak łatwo odgrodzić i zdefiniować. Google jest znany z tego, że potrafi budować całe serwisy internetowe z treściami ze stron zewnętrznych, wykorzystuje takie mechanizmy jak Accelerated Mobile Pages, oficjalnie korzystne dla wydawców, ale, w gruncie rzeczy, „kontent zewnętrzny” zamykany jest coraz bardziej w świecie Google. Choć to może wydawać się twierdzenie nieco na wyrost, to jednak trudno, analizując te mechanizmy, oprzeć się wrażeniu, że potentat coraz silniej pasożytuje na treściach wytwarzanych przez firmy, oficjalnie nazywane „partnerami Google”.

 

Jednocześnie Google, choć „na miękko” to jednak z żelazną konsekwencją ruguje konkurencję w  kolejnych branżach, czyli chociażby firmy, którym wydawało się naiwnie, że mogą zarabiać na prezentacji swojej oferty dla klientów w wyszukiwarce. Przykładem tego zjawiska jest uruchomienie usługi Google Flights, która w miejsce darmowych ofert w wynikach zwykłego organicznego wyszukiwania, narzuca konieczność wykupienia reklam. Oznacza to w praktyce, że firmy, które opierały swoją sprzedaż na widoczności ich atrakcyjnych ofert w wynikach wyszukiwania, tracą. Głośnym w ubiegłym roku wydarzeniem w branży było zamknięcie lubianej, innowacyjnej wyszukiwarki lotów Hipmunk, której problemy wiąże się właśnie z polityką Google’a, choć nie była to jedyna przyczyna.

 

To tego typu m. in. praktyki sprawiły, że nad Google zbierają się czarne chmury dochodzeń antymonopolowych. Najpoważniej to wygląda w USA, ale obiektem skarg, dochodzeń i pozwów firma z Mountain View jest w wielu innych krajach. Amerykański Departament Sprawiedliwości wszczął dochodzenie przeciw Google za utrzymywanie nielegalnego monopolu na „usługi ogólnego wyszukiwania, reklamy, w tym w szczególności tekstowe reklamy w wynikach wyszukiwania”. Grupa amerykańskich stanów, pod przewodnictwem Teksasu, złożyła pozew antymonopolowy przeciwko Google zarzucając mu bezprawną zmowę z Facebookiem, prowadzącą do nielegalnego ustalania cen w aukcjach reklam. Kolejny pozew, koalicji stanowych prokuratorów generalnych, zarzuca Google nielegalne faworyzowanie własnych „obiektów i usług” w wynikach wyszukiwania, co „wypycha konkurencję i powoduje szkody z punktów widzenia innowacji”.

 

To nie koniec. Ponadpartyjna grupa senatorów zaproponowała przepisy mające na celu osłabienie kontroli Google nad mniejszymi deweloperami w sklepie z aplikacjami i zakazanie Google’owi preferencyjnego dawania własnym aplikacjom preferencyjnego traktowania w wyszukiwaniach. Także prezydent Biden powołał najbardziej doświadczony zespół antymonopolowy, jaki widziała administracja prezydencka od lat, w celu zbadania działań i pozycji Google’a.

 

„Googlomowa” mówi „dobrze użytkowników”

 

W kontekście zagęszczającej się wokół wyszukiwarkowego dominatora atmosfery wróćmy do wspominanej kwestii „googlomowy”. Jak się okazuje, aby w sferze języka obowiązującego w korporacji, jak też zapewne w sferze wypowiedzi publicznych, ukryć niekorzystny wydźwięk takich „niefortunnych wydarzeń i okoliczności” jak postępowania antymonopolowe w sądach i administracji, Google kodyfikuje swoją własną wersję nowomowy, czyniąc jej używanie oficjalną polityką, a raczej – narracją, firmy.

 

W dokumentach uzyskanych przez The Markup, Google jasno daje do zrozumienia, że pewne słowa są tabu zarówno w komunikacji wewnętrznej jak i zewnętrznej. Jeden z dokumentów, zatytułowany „Five Rules of Thumb for Written Communication”, wyraźnie wyjaśnia, jak przez kształtowanie pożądanego dla Google’a języka komunikacji i mówienia o pewnych sprawach firma chce nie tylko minimalizować szkody wizerunkowe, ale również próbuje narzucać pełen, co tu kryć, hipokryzji, styl mówienia o swoich działaniach biznesowych.

 

W jednym z fragmentów wspomnianego dokumentu, mówi się pracownikom Google wprost, jakie pojęcia są niepożądane. Należy do nich np. „ekspansja rynkowa”, rzecz, której tradycyjnie korporacje wcale się nie wstydziły, natomiast w google’owej nowomowie ma zostać zastąpiona przez „pomoc użytkownikom”.

 

W innym wewnętrznym dokumencie szkoleniowym Google, zatytułowanym „Communicating Safely”, podkreśla się, że w żadnym wypadku nie wolno mówić o „udziale w rynku” firmy. To są złe słowa, których nie należy używać. Zamiast tego Googlerzy powinni w tego rodzaju kontekstach używać dobrych słów, takich jak „branża” lub „przestrzeń”.

 

Także „konkurent” jest złym słowem. Zamiast o pokonywaniu lub wyprzedzaniu konkurencji, przedstawiciele Google mają mówić o „udoskonalania naszego produktu/usługi”. Ogólnie rzecz biorąc, za każdym razem, gdy Google robi coś, co może zaszkodzić konkurentom, standardowa formuła powinna brzmieć: „po prostu ulepszyliśmy nasze usługi” lub „to jest dobre dla użytkowników”. Zupełnie tak samo, jak protestujący lekarze, którzy na specjalnych szkoleniach mają wbijane do głowy, by zamiast mówić o tym, że chcą pieniędzy, mówili zawsze o „dobrze pacjentów”.

 

Jak działa „googlomowa” w praktyce, mogli przekonać się np. przedstawiciele społeczności pozycjonerów SEO, gdy w ubiegłym roku Rand Fishkin opublikował badania pokazujące wzrost liczby wyszukiwań zero-click w wyszukiwarce Google. Chodzi o takie wyszukiwania, które nie skutkują kliknięciem na zewnętrzną stronę internetową. Z przedstawionych danych wynikało, że dotyczy to aż 65 proc. wszystkich operacji typu „search”, co stanowiło znaczący wzrost w stosunku do lat poprzednich. Wynika to w dość oczywisty sposób z opisanych wyżej działań firmy, zamykających użytkownika w świecie usług, stron i rozwiązań Google’a z minimalizowaniem „wychodzenia na zewnątrz”.

 

Szybka odpowiedź Google’a na te wyniki, oskarżenia o użycie „wadliwej metodologii” (bez wyjaśnienia, na czym miałoby to polegać) i próby zdezawuowania twierdzeń Fishkina bez dostarczenia jakichkolwiek rzeczywistych danych, zdają się świadczyć o tym, że strzał był celny. Ostatecznie gigant doszedł chyba do wniosku, że lepiej sprawę przemilczeć niż brnąć w polemikę z tezami Fishkina. One po prostu nie są częścią „googlomowy” – Google w takim języku nie mówi.

 

Firma zatrudnia też na całym świecie setki prawników, lobbystów i specjalistów od PR, którzy pomagają wpływać na przekaz. W samych Stanach Zjednoczonych Google regularnie wydaje dziesiątki milionów dolarów rocznie na działania lobbingowe. Kolejne miliony wydaje na reklamy, które mają nas przekonać, byśmy komunikowali się i myśleli zgodnie z regułami „googlomowy”. W rezultacie to nawijanie google’owego makaronu na uszy przenika do języka rozmów, dyskusji, prezentacji itp. Sam miałem okazję rozmawiać z człowiekiem, dla którego fakt, że Google serwuje mi w wynikach wyszukiwania jakieś poprawne politycznie brednie, zamiast tego czego naprawdę szukam, był całkowicie w porządku, bo to „dla mojego dobra”.

 

Orwellowskim praktykom w obszarze języka towarzyszy oczywiście cenzura, przede wszystkim polityczna, tępienie odstępstw od linii tolerowanej przez mniej lub bardziej lewicowo sformatowanych szefów korporacji. Od niedawna do znanej już wielokrotnie opisywanej cenzury politycznej dochodzi inna kontrola, nie mniej alarmująca. Jak wynika z głośnego niedawno w USA śledztwa dziennikarskiego telewizji NBC News, Google wprowadził weryfikację „wrażliwych tematów” badań naukowych, która wydaje się dążyć do ograniczania naukowcom możliwości badania potencjalnych zagrożeń związanych z nowymi technologiami, zwłaszcza tymi opracowanymi przez Google i inne firmy z grupy Alphabet. Jak sugerują autorzy materiału, pod przykrywką przepisów o nieujawnianiu tajemnic handlowych prowadzona ma być ścisła kontrola naukowych publikacji.

 

Wewnętrzne dokumenty Google, do których dodarła NBC, mówią nawet o konieczności dokładania przez badaczy wysiłków, aby „uderzać w pozytywny ton”, bez poruszania kontrowersyjnych aspektów nowych technologii, nad którymi pracują, takich jak np. etyczne wątpliwości co do działania algorytmów rozpoznawania twarzy lub samochodów autonomicznych. W Raporcie NBC podawany jest konkretny przykład opracowanego przez naukowców mechanizmu dla serwisu YouTube, służącego do sugestii nowych materiałów. Pierwotne opracowanie naukowe na temat algorytmu zawierać miała uwagi, iż technologia ta może promować „dezinformację, dyskryminację lub wyniki nieodpowiednie w inny sposób” a także grozi „niewystarczającą różnorodnością treści”. W ostatecznej, poprawionej, wersji pracy, po dokonaniu przeglądu przez „czynniki” Google, czytamy, że mechanizm promuje „dokładne informacje, uczciwość i różnorodność treści”. Prawda, że lepiej.

 

Nie wiem co gorsze. Toksyczność i nieudolność Facebooka czy orwellowska polityka Google’a, który chce nam sformatować świat w taki sposób, by pasował do jego korpo-wizji. Być może najgorsze jest to, że oba te przypadki, ich działalność i polityka, monstrualną hipokryzją są podszyte, niczym materac chciwca – forsą. No bo o forsę tu głównie chodzi.

 

Mirosław Usidus

 

Miliarderzy z kosmosu – MIROSŁAW USIDUS o tym jak media zniekształcają rzeczywistość

Media tak bardzo chcą uprościć świat, który nam pokazują, po to oczywiście „byśmy mogli go zrozumieć”, że serwują nam całkiem inną, luźno związaną ze stanem faktycznym, wersję rzeczywistości. Uderzające było to w przypadku opisu medialnego letniej kosmicznej przygody paru bogatych panów.

 

Trzech miliarderów ściga się w kosmos – tyle mniej więcej mógł zrozumieć przeciętny łykacz przekazu serwisów informacyjnych w gorących tygodniach lipca. Mass media, nienawidzące szczegółów oraz wszelkich okoliczności wymykających się ze zgrabnie wymyślonej i opakowanej story, zakłócających zwartość przekazu, orzekły, że pierwszy w kosmosie był Branson, a potem Bezos, ale za to razem z wyciskającą łzy wzruszenia staruszką, której zmowa męskich szowinistów nie pozwoliła być astronautką, bo nie przyjęto na pokład Apollo, choć „była najlepsza”. A Elon Musk? Musk zazdrośnie patrzył, jak ci dwaj orbitują, knując swoje plany?

 

Ponieważ zajmuję się lotami kosmicznymi odrobinę wnikliwiej niż portale kręcące ową story, znanych jest mi sporo owych nudnych detali oraz okoliczności, które w uproszczonych, ale sensacyjnych, doniesieniach były pomijane lub zgrabnie (choć częściej niezgrabnie) „metonimizowane” *. Te wszystkie wchodzące w temat głębiej i szerzej szczegóły może i są nudne, ale gdy je zebrać tworzą zgoła inną „story”, a właściwie odrębne trzy historie, również zresztą bardzo interesujące, niekoniecznie ze sobą powiązane, przynajmniej nie tak jak wiązały je media. Bo wmontowywanie przedsięwzięć trzech panów z ich firmami, ich motywacji i celów, które sobie stawiają, w jedną prościutką pigułkę informacyjną serwowaną w egzaltowanym tonie przez popularne środki masowego przekazu, jest uprawnione w niewielkim stopniu.

 

Branson przeleciał się rakietoplanem wysoko nad Ziemią… i tyle

 

Jedynym wyraźniejszym śladem zazębienia pomiędzy nimi jest i tak wciąż jedynie domniemana chęć wyprzedzenia Bezosa przez Bransona, którego firma Virgin Galactic pracuje nad rakietoplanem do lotów suborbitalnych od piętnastu bez mała lat. Może właśnie dlatego Branson chciał Bezosowi coś udowodnić. Tego nie wykluczam.

 

Problem jednak w tym, że wbrew sformułowaniom w wystrzeliwanych na gorąco relacjach medialnych pojazd VSS Unity Bransona NIE DOLECIAŁ DO PRZESTRZENI KOSMICZNEJ, gdyż maksymalna wysokość lotu, którą osiągnął 11 lipca 2021 roku była o ok. 14 km niżej niż pułap 100 km uznawany przez Międzynarodową Federację Lotniczą, jako umowna granica kosmosu. W USA przyjmuje się nieco inną umowną granicę na wysokości 80 km. No i, Houston, mamy pierwszy problem dla mediów. Zostały po pierwszych doniesieniach poprawione w serwisach społecznościowych przez ludzi dysponujących ową wiedzą, dla dziennikarzy strzelających szybkimi newsami i formułkami, wcześniej całkiem „tajemną”. Pisałem wyżej, że media nienawidzą takich komplikacji i wszelkiego rodzaju niejasnych, niejednoznacznych okoliczności, choć tak naprawdę nie tyle samych komplikujących faktów, ile nie znoszą o nich pisać, mówić, generalnie podejmować wysiłek tłumaczenia tego wszystkiego odbiorcy.

 

Więc, skoro nie ma mowy, by wchodzić za bardzo w szczegóły, trzeba wymyślić wytrych. Zostało nim sformułowanie lot do „granicy kosmosu” albo „na krawędź kosmosu” lub coś w tym stylu. Co ciekawe, stosowane później również w opisie lotu Bezosa, choć ten jednoznacznie przekroczył pułap 100 km. Chodziło zapewne o wpasowywanie obu wydarzeń do założonej ujednoliconej narracji – obaj polecieli gdzieś „na krawędź kosmosu”, bez wnikania, który naprawdę był w kosmosie a który odbył bardzo wysoki lot w atmosferze ziemskiej. Używano też na lot Bransona określenia „lot suborbitalny”, ciesząc się zapewne z wynalazku, ale radość wynikała z ignorancji, gdyż taka nazwą określa się loty, które bez wątpliwości definicyjnie osiągają przestrzeń kosmiczną (czyli przekraczają pułap 100 km).

 

Wiele mediów stosowało też sformułowanie „pierwszy kosmiczny lot turystyczny”, nazywając Bransona zarazem „pierwszym kosmicznym turystą”, co jest dezinformacją nie tylko ze względu na wspomniane wyżej zastrzeżenia co do tego, czy w ogóle dotarł do kosmosu, ale przede wszystkim dlatego, że turystyka kosmiczna dostępna była już dwie dekady temu i ludzie tacy jak Dennis Tito, Mark Shuttleworth, Gregory Olsen, Anousheh Ansari i Charles Simonyi za grube miliony odbyli turystyczne właśnie loty na orbitę Ziemi. Nie ma żadnych wątpliwości, że byli w kosmosie. Przypomnę, że na początku pierwszej dekady XXI wieku spekulowano nawet, że bilet turystyczny w kosmos kupi sobie u Rosjan nikt inny tylko Leszek Czarnecki.

 

By dodać jeszcze tak nienawidzonego przez media komplikującego przekaz sosu, dodam, że pierwszy prototyp rakietoplanu, na którego bazie stworzono VSS Unity Bransona, wehikuł latający o nazwie SpaceShipOne, zbudowany przez wybitnego konstruktora Burta Rutana, w 2004 roku dwa razy w ciągu pięciu dni odbył loty na wysokość przekraczającą pułap 100 kilometrów, co było warunkiem zdobycia prestiżowej nagrody Ansari X PRIZE. To byłyby więc, szesnaście lat temu, pierwsze loty samolotu rakietowego w kosmos.

 

Całe zatem przedsięwzięcie Bransona, po detalicznej analizie, jawi się jako nie wiadomo dokładnie co. Bo wątpliwe, czy w ogóle lot w kosmos, na pewno nie pierwsza turystyka kosmiczna, a sama maszyna (jej protoplastki) miała już wiele lat temu bardziej imponujące osiągnięcia. Skąd więc ta medialna heca połączona z robieniem ludziom wody z mózgu?

 

Bo Bezos miał kilka dni później lecieć? O to chodzi?

 

W medialnym coverage’u lotu Jeffa Bezosa i dobranych przez niego załogantów, w tym jednej przemiłej starszej pani, do której jeszcze wrócę, najzabawniejszy był chaos nazewniczy. Nie dla każdego było jasne czym jest Blue Origin – rakietą, nazwą misji, czy też firmą Bezosa, która zajmuje się rozwojem techniki kosmiczno-rakietowej. Niech za przykład tej konfuzji posłuży tekst z portalu WP.pl, w którym da się znaleźć wszystkie te trzy smaki semantyczne plus bonus w postaci alternatywnej nazwy „New Origin” (zrobiłem screena oryginalnej wersji artykułu, jakby co).

 

Niektóre media obruszyły się na kolportowanego w społecznościach fejka, że pojazd New Sheppard Bezosa wyemitował ileś tam ton dwutlenku węgla. To oczywista bzdura, gdyż jego silniki rakietowe spalają ciekły wodór i nie mają z węglem nic wspólnego. Jednak te same i inne środki przekazu nagminnie fejkowały pisząc o pani Wally Funk i sugerując niedwuznacznie, że ta uczestniczka „programu” Mercury 13, odrzucona przez NASA jako kobieta. „A w testach wypadała świetnie” co prowadziło medialnych mędrków do wniosku, że „mogła polecieć na Księżyc”, ale mówiąc skrótem publicystycznym „zazdrosne samce nie pozwoliły”.

 

Prostowanie tej kreacji medialnej zacznijmy może od tego, że „program” Mercury 13 był prywatnym przedsięwzięciem, w którym kobiety poddawane były testom podobnym do astronautów-mężczyzn. Nie był to w żadnym wypadku program NASA. Wally Funk, która była pilotem, wypadła w niektórych testach bardzo dobrze, ale ogólnie nie była najlepsza w grupie trzynastu testowanych kobiet-pilotów. W tamtych czasach nie miała szans zostać astronautą nie dlatego, że była kobietą, ale z tego samego powodu, z którego szans nie miała większość mężczyzn-pilotów. NASA po prostu rekrutowała wtedy do misji kosmicznych jedynie „test pilots”, czyli według naszej terminologii – pilotów doświadczalnych. Potem kryteria naboru zmieniły się i z czasem zaczęły latać również i kobiety. Ale w latach 60-tych to był podstawowy warunek. Ot i wyjaśnienie historii Wally Funk.

 

Wróćmy do Bezosa, dla którego wbrew medialnemu story Branson z jego ambicjami nie są istotnym i prawdopodobnie w ogóle żadnym punktem odniesienia. Jeśli myśli o kimś, z kim chciałby rywalizować, to jest to z pewnością Elon Musk i jego SpaceX. A ta barwna postać i jego firma są już w zupełnie innej lidze niż zarówno Branson, jak i Bezos (co Bezosa jak sądzę frustruje). SpaceX posyła w kosmos regularnie nie tylko cargo, ale również od niedawna załogi na Międzynarodową Stację Kosmiczną, rozmieszcza na orbicie infrastrukturę kosmicznej telekomunikacji Starlink, buduje rakietę, która ma za kilka lat zabierać ludzi nie w jakieś tam loty „suborbitalne” ale wokół Księżyca a potem także na jego powierzchnię, a niedawno firma Muska została wybrana przez NASA jako partner do misji do księżyca Jowisza – Europy. Nawiasem mówiąc, gdyby Elon chciał polecieć w kosmos to zapewne łatwo mógłby to zrobić, ale wolał wysłać tam samochód Tesla, który znajduje się obecnie gdzieś okolicy orbity Marsa.

 

Lot Bezosa z załogą i to akurat 20 lipca, w rocznicę pierwszego lądowania człowieka na Księżycu, należy rozpatrywać nie w kontekście wymyślonego przez media „wyścigu” z Bransonem, lecz w kontekście przetargu NASA na lądownik księżycowy, który ma pozwolić Amerykanom w ramach programu Artemis powrócić na naszego największego naturalnego satelitę. Po tym jak wiosną agencja wybrała SpaceX jako jedynego partnera w księżycowym programie Bezos być może chciał zademonstrować wszystkim, ale przede wszystkim amerykańskiej administracji, że on i jego Blue Origin mają „kompetencje kosmiczne”. Może większe wrażenie zrobiłoby, gdyby założyciel Amazona i jego załoga wylądowali na pokładzie odzyskiwanej rakiety, bo takie mniej więcej są wymagania lądowania na Księżycu. Niestety członkowie załogi Bezosa wylądowali na ziemi za pomocą tradycyjnej kapsuły ze spadochronem, metodą, która na Księżycu jest niewykonalna z powodu braku atmosfery.

 

O tym, jak bardzo Bezosowi zależy na księżycowym kontrakcie świadczy jego deklaracja, tydzień po tym nagłośnionym locie na orbitę, że wykona w ramach kontraktu prace warte dwa miliardy dolarów, co będzie finansową ulgą dla NASA, aby tylko Blue Origin został dopuszczony jako drugi alternatywny wykonawca infrastruktury załogowej na Księżyc. Jednak trzy dni później biuro Government Accountability Office (GAO) , instytucja kontrolna Kongresu Stanów Zjednoczonych, uznała w sprawie skargi Bezosa i jeszcze jednej firmy na decyzję agencji, że NASA miała pełne prawo do wyboru jednego tylko wykonawcy, SpaceX. Bezos zapowiada, mimo to, dalszą walkę o kontrakt księżycowy.

 

A co z Muskiem? Prawdę mówiąc nie ma wyraźnych śladów zainteresowania szefa SpaceX wyczynami BransonaBezosa. Przynajmniej nie w sferze publicznej. Zatem, zgodnie z przyjętym, zwłaszcza w mediach społecznościowych, sposobem komentowania, Musk „nienawistnie milczał”. To oczywiście żart, gdyż, jak wspomniałem wyżej, on i jego firma grają w innej lidze – Bezosem nie musi się przejmować, a Branson jest dla niego ciekawostką.

 

Piszę o tym wszystkim, by pokazać jak fikcyjna i daleka od rzeczywistego kontekstu była kreślona w popularnych środkach przekazu narracja o „wyścigu miliarderów”. Wychodząc od pomyłek, uproszczeń, czasem wręcz manipulacji i dezinformacji, dochodzimy do poważniejszego zagadnienia, jakim jest zniekształcanie przez media obrazu świata. Ktoś powie – to tylko jakieś zabawy bogatych facetów w kosmosie, bez znaczenia dla naszego codziennego życia. Jednak, skoro media z taką dezynwolturą robią wodę z mózgu w tej sprawie, to mogą robić w każdej innej, także w tej, która bliska jest tym niechętnych kosmicznym tematom, twardo stąpającym po ziemi miłośnikom „rzeczywistych problemów”.

 

Przypadek, który wyżej opisuję, pokazuje też, że nie trzeba bezczelnie kłamać i wypuszczać fake newsy, aby efektywnie zniekształcić rzeczywistość i wykreować narrację niewiele mającą wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Wystarczy trochę uproszczeń, sugestii, mieszania pojęć, montowania informacji, które powiązane są ze sobą w wątpliwy sposób, wszystko to ma się rozumieć podlane sosem „czyniącym przekaz zrozumiałym i strawnym dla przeciętnego odbiorcy” i publice serwuje się alternatywny świat zamiast prawdziwego, tak nieznośnie dla mediów skomplikowanego i niejednoznacznego.

 

Mirosław Usidus

 

*) „Metonimizowane” – od metonimii, czyli zamienni, omówienia czegoś inną nazwą.

Agappe.pl zaskakuje dojrzałością – ekspert o szansach „katolickiego Facebooka”

Serwis społecznościowy dla katolików? Dlaczego nie. Początkowo myślałem tak: Agappe.pl nie należy z góry skreślać, że niby „niszowy” serwis, w necie na wszystko jest miejsce. Okazało się, że to dobrze naoliwiona społecznościówka z wszystkimi znanymi z Facebooka czy Twittera „wodotryskami”. W dodatku jest to, co może kogoś zaskoczy, platforma biznesowa plus ecommerce. Zaskoczyli mnie.

 

Po problemach z telefoniczną weryfikacją konta, bo mechanizm weryfikacji telefonicznej nie zadziałał zrazu, w końcu jednak dołączyłem do społeczności. Problemy techniczne to oczywiście nic nowego czy zaskakującego i nie powinno być niespodzianką dla nikogo, kto cokolwiek tworzył, budował, testował i recenzował w internecie. Sygnalizuję autorom jako problem do „ogarnięcia”.

 

Przypomniałem sobie od razu, jak kilka miesięcy temu pisałem tu o platformie Albicla. Udostępniona została jako serwis ewidentnie niegotowy, z mnóstwem luk, niedoróbek i błędów. Po kilku miesiącach, sprawdzona ciężkim bojem (bo rzucili się na nią hejterzy polityczni, ubrani w strój „ekspertów”, oraz armia zwykłych trolli), Albicla, można powiedzieć, technicznie wyszła na prostą. Gdy rejestrowałem się w serwisie rozwijanym przez ludzi Kościoła, spodziewałem się czegoś podobnego jak w styczniu w Albicla. Okazało się, że serwis Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica Archidiecezji Lubelskiej jest na zupełnie innym poziomie niż startująca wówczas Albicla. W Agappe.pl wszystko „śmiga” jak należy. To w sensie technicznym właściwie już dojrzały serwis.

 

Facebook, biznes i modlitwa

 

Po przezwyciężeniu problemu weryfikacji w Agappe.pl (choć nie wiem dokładnie, jak to się stało – nagle znalazłem się na nowej stronie, która pozwalała na weryfikację emailową, która zadziałała), wszedłem do społeczności, jak się okazało, już do pewnego stopnia rozwiniętej i do serwisu, w którym była już historia publikacji, stron, grup, forów. Okazało się, że jest to już gotowy do użytku, działający sprawnie ekosystem.

 

Użytkownik ma na platformie do dyspozycji obiekty i funkcje podobne do znanych z Facebooka, możliwości tworzenia stron, grup, albumów, relacji, z mechanizmem powiadomień w postaci oczywiście dzwonu. Zaskoczył mnie silny element komercyjny w postaci sklepu, prezentacji ofert, ogłoszeń o pracy, połączony również z możliwością zamieszczania własnych produktów i ofert sprzedaży. Agappe.pl oferuje oprócz podstawowego darmowego członkostwa, także cztery poziomy „premium”, od „Sympatyka”, przez „Ambasadora Ewangelizacji” i „Apostoła” po „Vip”-a. Jednak te plany, ceny i harmonogramy ważności planów cenowych są z pewnością jeszcze do przemyślenia dla autorów serwisu. Ja w tym, co ujrzałem, zauważyłem mankamenty logiczne.

 

Ustawienia profilu, prywatności, uwierzytelniania, powiadomień, zarządzanie sesjami i zarobkami zarówno w punktach jak i w realnych pieniądzach, pierwsze zresztą wymienialne na drugie – to wszystko jest w Agappe.pl zaskakująco bogato rozbudowane. Wchodziłem tam z nastawieniem, że wszystko tu będzie kręcić się wokół Kościoła, modlitwy i życia parafialnego, a ujrzałem serwis skrojony na charakter w dużym stopniu biznesowy, dający użytkownikom w tych aspektach potencjalnie ciekawsze możliwości niż Facebook i LinkedIn razem wzięte. Oczywiście nie sprawdziłem, jak działają te komercyjne funkcje, bo to niemożliwe bez prawdziwego zaangażowania, czyli… podjęcia na Agappe.pl operacji biznesowych a ja byłem jedynie zwiedzającym. Oceniam zamysł a ten wcale nie jest taki „kościółkowy” jak to mogłoby się wydawać komuś, kto o Agappe.pl przelotnie usłyszy czy przeczyta w mediach jakąś pobieżną wzmiankę.

 

Co więcej, czytając w strumieniu wpisów komunikaty sygnowane „Platforma Agappe”, odnoszę wrażenie, że twórcy mają pełną świadomość tego co robią, mają przemyślaną strategię i harmonogram rozwoju serwisu. „Pan Bóg się troszczy, dlatego idziemy do przodu. Na tym etapie Agappe.pl posiada funkcje podobne do Facebooka (posty, strony, wydarzenia itd.),” czytam we wpisie. Zatem tak miało być, serwis miał na tym etapie odtwarzać typowe doświadczenie użytkownika Facebooka i tego rodzaju użytkownik łatwo odnajdzie na alternatywnej platformie Agappe to wszystko, co zna z zuckerbergowego tworu.

 

Co dalej? „W kolejnym etapie razem z developerami będziemy tworzyć specyficzne narzędzia dla duszpasterstw, wspólnot, ruchów, księży, diecezji i.in.,” informują twórcy zapraszając do dyskusji i zgłaszania potrzeb i sugestii. No więc zgłosiłem tam na forum pomysł funkcjonalności „Pomódl się za autora posta,” jako społecznościowej reakcji na trollowanie, np. antyklerykałów, którzy mogą zjawić się na Agappe.pl i zapewne nie przegapią okazji.

 

W odróżnieniu jednak od Albicli, z pewnością ta społecznościówka dla katolików, nie jest łatwym celem dla szukających niedoskonałości techniczno-funkcjonalnych, i pretekstu, by móc kopnąć nielubianą przez nich grupę społeczną. Konto nie jest weryfikowane przez proboszcza, więc antyklerykalne trolle z pewnością się zjawią. Jednak jakoś jestem spokojny, że prowadzący Agappe sobie z nimi poradzą.

 

Platforma ma rozbudowany regulamin, który chroni ją przed treściami o bezprawnym charakterze. Czy jest bezpieczna? Cóż, jeśli nie pozwoli ukraść danych użytkowników, co nagminnie zdarza się Facebookowi, Twitterowi czy LinkedIn, to jest bezpieczniejsza niż te wielkie społecznościówki i to kończy temat.

 

Bierność użytkowników z Facebooka – czy można ją przezwyciężyć?

 

Porównuję Agappe.pl głównie z Facebookiem, gdyż platforma w obecnym kształcie silnie się kojarzy z wszystkim tym, co znają użytkownicy tego giganta. I, jeśli będzie się rozrastać, to zapewne głównie kosztem Facebooka.

 

Choć upadek może potrwać jeszcze dość długo, Facebook jest bez wątpienia serwisem schyłkowym, którego młodsi ludzie przestali używać, a najmłodsi nawet nie podejmują już próby używania. Grupą aktywną pozostają na nim ludzie w średnim i starszym wieku. Dla większości z nich samo stworzenie konta i używanie funkcjonalności błękitnej platformy jest największym „technologicznym” osiągnięciem w życiu. Trochę przykro mi to mówić, ale ja, osoba, która od dawna ma dość Facebooka i najchętniej by go porzuciła, używam go wciąż w celach komunikacyjnych, promocyjnych, komercyjnych w pewnym sensie właśnie z powodu inercji odbiorców z wyżej opisanej grupy, którzy są wciąż potencjalnymi odbiorcami tego co tworzę i staram się promować.

 

Tak, starałem się namówić znajomych na alternatywy, na przejście na platformy mniej cenzurowane politycznie, mniej opresyjne i wredne, ale, choć wiele osób w dyskusjach zgadza się ze mną, to pozostaje i tkwi w tej swojej facebookowej „ojczyźnie”, niestety, mam wrażenie, iż na tej samej zasadzie co glisty ze znanego być może niektórym dosadnego dowcipu.

 

Może tym razem, gdy pojawiła się społecznościówka Agappe.pl dadzą się namówić, zwłaszcza ci, którzy na Facebooku zapraszają mnie do modlitwy. Ta katolicka platforma, zapewniam, ma to wszystko, co ma Facebook, a nawet więcej. Czas na kolejne wielkie wyzwanie i osiągnięcie w waszym życiu – opuszczenie Facebooka i wejście (razem ze znajomymi i rodziną) na podobną, nie gorszą platformę.

 

Nisza czy uniwersalność

 

Raczej na pewno nie można powiedzieć, że Agappe.pl jest serwisem sprofilowanym głównie z myślą o najmłodszym użytkowniku, ale oczywiście nie jest to też „platforma dla osób starszych”. Stosuje inny kwantyfikator, ponadpokoleniowy, wyznaniowy, tożsamościowy. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że choć powstała pod patronatem Kościoła, platforma w swej strukturze i funkcjach nie wymaga, aby użytkownik w jakikolwiek sposób zajmował się kwestiami religii. Owszem tego rodzaju wątki w serwisie obecnie dominują, ale to dlatego, że użytkowników nie jest jeszcze tak wielu i społeczność obraca się w kręgu zbliżonym do twórców.

 

Przypominam ponownie, że Agappe.pl, co dla wielu może być największym zaskoczeniem, jest również pomyślana jako platforma biznesowa z mechanizmami pozwalającymi użytkownikom zarabiać. Ja po dwóch dniach od założenia konta, jednym poście i jednym komentarzu, miałem trzy grosze w swoim portfelu. Potencjalnie te aspekty mogą sprawić, że ów teoretyczne „modlitewny” serwis jest czymś bardzo nowoczesnym, gdyż płynie na fali najnowszych światowych trendów w społecznościach internetowych.

 

W ostatnich latach dało się zauważyć coś takiego, jak nowa fala społecznościówek, które, oprócz tego, że zwykle są „antyfacebookiem” albo „antytwitterem”, charakteryzują się najczęściej tym, że pozwalają użytkowników generować przychody, często z dużym stopniem swobody i twórczej samodzielności. Jak należy rozumieć, projektuje się takie mechanizmy z chęci odróżnienia od wielkich chciwych platform, które generują przychody tylko dla siebie, zarabiając na użytkownikach, a ściśle na ich danych.

 

Pisałem już o nowych propozycjach tego typu na portalu SDP, wymieniając w tym gronie np. komunikator Kik, bardzo podobny do Messengera Facebooka a zarazem do Snapchata. Użytkownicy mogą wysyłać tu wiadomości zarówno do pojedynczych znajomych, jak i do całych grup. Od innych komunikatorów odróżnia Kika nacisk na prywatność. W przeciwieństwie do innych aplikacji do wysyłania wiadomości, nie wymaga podania numeru telefonu. Użytkownicy mogą zachować anonimowość, rejestrując się za pomocą nazwy lub adresu e-mail. Kik znajduje się w pierwszej dziesiątce aplikacji dla nastolatków w Stanach Zjednoczonych. Użytkownicy Kika mogą zarabiać pieniądze (serwis ma swoją własną kryptowalutę nazywaną Kin), biorąc udział w ankietach przeprowadzanych przez marki, udostępniając treści lub podejmując inne działania w społeczności.

 

Umożliwiającym użytkownikom generowanie przychodów serwisem do transmisji strumieniowych jest Caffeine.tv, zbudowany przez byłych deweloperów Apple. Można tam strumieniowo transmitować treści multimedialne z komputera lub telewizora, gry wideo, ale również inne treści. Serwis oferuje aktywnym i popularnym „nadawcom” możliwość zarabiania.

 

Jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo za aktywność i ciekawe treści jest Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu.

 

Agappe.pl, jak pisałem, niekoniecznie jest serwisem tematycznym, o niszowym charakterze. Może, dzięki użytkownikom, zyskać znacznie bardziej uniwersalny charakter, ale można też dzieło ludzi Kościoła potraktować jako taką „wąską” tematycznie platformę. Jeśli serwis społecznościowy rozwija się, to jego oblicze i charakter wyłaniają się z czasem a potem mogą ewoluować. Doświadczenie uczy, że sztywne ramy tracą na znaczeniu a jeśli ktoś się przy nich upiera, to szkodzi rozwojowi platformy.

 

Jednak gdyby Agappe.pl trzymało się jednego tematu, religii, modlitwy, życia duchowego, to nie jest to nic szczególnie nowego, gdyż takie tematyczne i „sektorowe” społecznościówki powstają od bardzo dawna. Są takie propozycje na świecie jak np. społecznościowa FindSisterhood dla kobiet, która pozwala użytkowniczkom dyskutować na tematy osobiste w sposób całkowicie anonimowy, giełda lokalnych i sąsiedzkich informacji NextDoor czy Care2, skupiająca 30 milionów ludzi społeczność, która „o coś walczy”, przez organizowanie się, petycje i samopomoc stara się zmienić świat na lepsze.

 

Nisze społecznościowe bywają mocno specyficzne. Jest serwis AOC poświęcony aktywności Alexandrii Ocasio-Cortez, kontrowersyjnej amerykańskiej polityk o poglądach będących mieszanką komunizmu i skrajnego ekologizmu. Powstała sieć tych, którzy odeszli z Facebooka – FaceOff – której celem jest zachowanie kontaktu z wszystkimi, którzy wciąż pozostają na błękitnej platformie. Istnieje nawet platforma nastolatków o nazwie ParentsSpace, która skupia się tematycznie na przewagach nowych typów serwisów społecznościowych nad „serwisami rodziców”, głównie Facebookiem i Twitterem. Podobno analitycy giełdowi opierają na jej treściach swoje przewidywania dotyczące akcji „starych” społecznościówek.

 

Powstało nawet coś takiego jak Readit – anonimowa platforma społecznościowa dla osób, które lubią czytać książki tylko w formacie papierowym, poświęcona w dużym stopniu krytykowaniu ludzi, którzy czytają książki w formacie elektronicznym. Najniżej na Readit notowani są ci, którzy czytają książki w smartfonach i na tabletach.

 

Czy Agappe.pl pójdzie tą drogą, serwisu niejako „wertykalnego”, czyli skupiającego się na jednym typie wątków i aspektów życia społecznościowego, związanych z aktywnością religijną, czy też jednak rozprzestrzeni się horyzontalnie i uniwersalnie, bo konstrukcja techniczna na to pozwala, na wielotematyczną alternatywę dla udręczonych użytkowników Facebooka i trochę w mniejszym stopniu Twittera? Tego nie wiem. Spokojnie i bez zastrzeżeń mogę jednak polecić serwis ludziom szukającym ucieczki z opresyjnych wielkich społecznościówek.

 

Mirosław Usidus

Internet nie gwarantuje wieczności – MIROSŁAW USIDUS o archeologii sieci

Nigdy więcej smutnego losu Biblioteki Aleksandryjskiej, która, według legend zgromadziła całą mądrość starożytnego świata i przepadła w całości – taka myśl patronowała wczesnym twórcom i „ideologom” internetu. Okazało się, że cyfrowa przestrzeń jest tkanką równie kruchą i podatną na zniszczenie, zaginięcie i zapomnienie, jak wszelkie zasoby kulturowe.

 

Ćwierć wieku temu, gdy internet zaczynał się rozgaszczać w naszym życiu i pracy, nie zastanawialiśmy się nad tym, czy wszystko, co wówczas powstaje, owe pierwsze proste strony, katalogi, bazy danych, projekty, dokumenty i obrazy, zostanie z nami na stałe lub „na zawsze”. Tak, tak. Tak właśnie wtedy myślano o cyberprzestrzeni – jako o sposobie na „uwiecznienie” wytworów myśli i kultury, w przeciwieństwie do np. ulotnego życia egzemplarza gazety codziennej, który przestawał mieć znaczenie, gdy minął dzień. Internet miał stać się wreszcie trwałym uniwersów wypełnionym całym dorobkiem ludzkości, w którym wszystko co stworzyliśmy i zapisaliśmy na nietrwałych nośnikach materialnych, książkach, płytach, taśmach, miało już po wieczne czasy być w całości dostępne jako ogromne archiwum, wiecznotrwała biblioteka ludzkości, której nikt nie będzie mógł spalić czy rozkraść.

 

Po dwu dekadach z hakiem okazuje się, że, owszem zasoby internetowe stały się przebogate, ale wciąż trudno o cyberprzestrzeni mówić jako o pełnym i trwałym repozytorium dorobku ludzkości. Okazało się też, że przetrwanie rzeczy wydawałoby się (wtedy w latach 90-tych XX wieku) oczywistej, czyli różnego rodzaju artefaktów wczesnego, ale nawet tego nieco późniejszego internetu, wcale nie jest takie oczywiste. Wiele stron czy publikacji, jeśli nikt specjalnie, z planem w głowie, nie zadbał o ich utrwalenie, zapis czy chociażby zrobienie zrzutu ekranowego, istnieje jedynie w pamięci ludzi, którzy je widzieli i czytali. Nawet pierwsza strona WWW, powstała w 1991 roku już nie istnieje. Strona, którą można zobaczyć na stronie World Wide Web Consortium jest kopią wykonaną rok później.

 

Zdajemy sobie coraz silniej sprawę, że sieć nie różni się zasadniczo od terenów eksploracji archeologicznej, gdzie trzeba żmudnie odtwarzać stratygrafię pradziejową, a w głębszych pokładach podobnie jak w archeologii pełno jest luk, braków, których nie da się już niczym wypełnić, bo historyczne artefakty, po prostu zniknęły, zostały zniszczone, przerobione na coś nowszego, jak np. meksykańskie piramidy z których budulec posłużył budowie katolickich kościołów.

 

Są oczywiście narzędzia, które specjalizują się w gromadzeniu danych archiwalnych, pomagające w archeologii dawnej sieci, ale nie ma w nich, bo nie może być, wszystkiego. Nie można powiedzieć, że za ich pomocą dotrzemy do dowolnej starej treści, strony, czy wiadomości. W zasobach służących do archeologii starego internetu, np. w serwisie Internet Archive, jest tylko to, co ktoś przezorny w odpowiednim momencie postanowił zindeksować, zachować i uchronić przed całkowitym skasowaniem.

 

Internet upiorów

 

Strony WWW są aktualizowane – stare wersje znikają. Tak to zwykle bywa. Czasami strony z zasobami, na których nam jako odbiorcom, zależało, z dnia na dzień przestają istnieć na zawsze a przyczyny mogą być różne. Choćby zaprzestanie publikacji przez autora (lub firmę), który od razu sam zamyka serwis lub wygasa on z powodu braku opłat za hosting. Powodów i przypadków jest bardzo wiele. Efektem jest po prostu rozpływanie się w nicość tego, co miało być „wiecznotrwałym repozytorium ludzkości”.

 

Inna para kaloszy to platformy społecznościowe. Właściwie, obecnie wciąż jest na nich dostępne wszystko, nawet publikacje z poprzedniej dekady, ale raczej nie w taki prosty sposób, by po prostu wpisać do wyszukiwarki czy cofnąć się na osi czasu. Facebook jeszcze kilka lat temu oferował tego typu narzędzie, za pomocą którego łatwo, z poziomu profilu, można było wyszukać swoje publikacje od początku obecności na platformie. Była to dosłownie „oś czasu”, w sensie wizualnym. Wycofał się z tego, jak łatwo się domyślić, ze względu na ogromną zasobochłonność takiego kalendarium na żądanie. Pamiętajmy, że łączna liczba postów ponad miliarda użytkowników Fejsa już dawno sięgnęła poziomu bilionów, a pewnie i biliardów.

 

Obecnie swoje i innych stare facebookowe wpisy można wyszukiwać, ale w nieco mniej poręczny sposób, ustawiając słowa kluczowe i lata w wyszukiwarce. Do pradziejowych tweetów też można dotrzeć za pomocą wyszukiwarki Twittera, a dokładnie mówiąc jej rozbudowanej wersji pod adresem: https://twitter.com/search-advanced.

 

Co się jednak stanie z tym wszystkim, co może w nie tak prosty sposób, ale jednak wciąż jest dostępne na Twitterze i Facebooku, gdy te platformy przestaną istnieć. Jeśli ktoś mi mówi, że nigdy nie przestaną istnieć, to reakcją może być tylko pobłażliwy uśmiech. Pozostaje tam spory i rosnący kawałek naszego życia, rzeczy czasem cenne ze względów osobistych, czasem mające szersze, nawet społeczne i kulturowe znaczenie. I myślicie, że w razie czego tymi biliardami wpisów ktoś się ot tak, za darmo, z dobrego serca i „oczywistej potrzeby przechowania tak cennego archiwum”, zaopiekuje? Wątpię.

 

Spójrzmy na zasobny Google. Ktoś pamięta jego podejścia do serwisów społecznościowych, np. Google Buzz. Gdzie są treści z tego serwisu? Ktoś umie wskazać, wydobyć, odzyskać? Po co zresztą tak daleko w przeszłość sięgać. Przypomnijmy sobie Google+, kolejną próbę Google’a walki z Facebookiem. Gdzie są te kręgi znajomych, te udostępniane treści itd.? Przypomnijmy sobie w końcu serwis Myspace, kilkanaście lat temu najpopularniejszą społecznościówkę. Ktoś umie pokazać archiwa owego nadzwyczaj bogatego przecież życia społecznościowego?

 

Jak uważają badacze problemu, na platformach społecznościowych znacząca część publikacji użytkowników i tak znika szybciej, a dokładnie mówiąc – znikają treści, do których odsyłają użytkownicy. Już w 2011 roku Hany Salah-EldeenaMichael L. Nelson z Old Dominion University. Snappily opublikowali pracę pt. „Losing My Revolution: How Many Resources Shared on Social Media Have Been Lost?”. Praca analizowała treści w społecznościach dotyczące sześciu najważniejszych wydarzeń informacyjnych z poprzednich lat – epidemię wirusa H1N1, śmierć Michaela Jacksona, irańskie wybory i protesty, pokojową Nagrodę Nobla dla Baracka Obamy, rewolucję egipską i powstanie syryjskie. Badacze przeanalizowali zasoby, do których odsyłają te tweety, oraz to, czy są one nadal dostępne, czy zostały zachowane w cyfrowym archiwum, czy też przestały istnieć. Okazało się, że rok po wydarzeniu, średnio około 11 proc. treści online, do których odnoszą się media społecznościowe, zostało utraconych, a tylko 20 proc. zarchiwizowanych. Z czasem to zjawisko się pogłębiało – po dwóch i pół roku 27 proc. opublikowanych treści zostało utraconych, a jedynie 41 proc.  Można by powiedzieć, że to nie problem platform, takich jak Twitter, lecz samego WWW. Jednak jaki sens mają i ile są warte wpisy z pourywanymi i pustymi linkami?

 

Podobne zjawisko, które nasuwa łacińską refleksję „sic transit glora mundi”, możemy ujrzeć na stronie Million Dollar Homepage, która powstała w połowie pierwsze dekady XXI wieku opierając się na pomyśle reklamowej sprzedaży pikseli na powierzchni. Sama strona wciąż jest dostępna, stanowiąc pomnik dobrego pomysłu jej twórcy Alexa Tewa, który rzeczywiście zarobił na niej milion a nawet więcej, ale również jako muzeum upiorów internetu. To może przesada, bo tylko część linków prowadzących z obrazkowych reklam pokrywających stronę jest całkowicie urwana, ale wiele jest np. takich, które odsyłają do czegoś innego niż to, do czego prowadziły pierwotnie.

 

Oczywiście nie można powiedzieć, że postęp w kierunku cyfryzacji zasobów kultury i myśli ludzkiej nie został dokonany przez te wszystkie lata i dekady. Do sieci trafiły ogromne biblioteki i archiwa nie tylko tekstu, ale również obrazu i filmu. Trudno wręcz opisać całe to bogactwo, z którego możemy czerpać w cyberprzestrzeni, zarówno w otwartym jak tez tym zamkniętych, komercyjnym internecie. Jednak szybkie, czasem niespodziewane i bardzo bolesne znikanie treści wygenerowanych w internecie przed laty zasiewa niepokój o trwałość tej współczesnej nieprzebranej skarbnicy zasobów. Skoro zniknęły te wszystkie strony i publikacje społecznościowe sprzed dwudziestu pięciu, dwudziestu a nawet piętnastu lat, to zaczynamy myśleć o kruchości tego świata, który istnieje tylko wtedy, gdy ktoś za to płaci, czyli ma czym płacić.

 

Rośnie znaczenie archiwów starej sieci

 

Liczbę stron internetowych istniejących obecnie szacuje się na blisko dwa miliardy. Co sekundę pojawiają się nowe, co widać w serwisie Live Stats, rejestrującym na żywo rozwój internetu za pomocą serii, nieustannie obracających się liczników. Powstawanie nowych obiektów, na przykład stron na WWW, jest często połączone z kasowaniem obiektów starszych. Jeśli starsze wersje nie zostały nigdzie zapisane, to znikają bez powrotu. Zapisywanie wszystkich starszych obiektów to sprawa nieoczywista, bo miejsce na dyskach kosztuje. Czy jest jakiś sposób za odzysk dawniejszych wersji stron i publikacji sieciowych? Owszem, są takie możliwości, ale, wszystko wskazuje na to, że każdy z nich pozwala na to jedynie częściowo, do pewnego stopnia.

 

Istnieje na przykład coś takiego jak Cache Google’a, czyli pamięć podręczna wyszukiwarki Google. Zapisuje zrzuty wszystkich stron internetowych, by wyświetlać je, gdy bieżące wersje nie są dostępne. Strony te zostają zapisane w pamięci podręcznej Google. Trzeba w wynikach wyszukiwani kliknąć w link „Kopia”, by zobaczyć poprzednią zapisaną wersję strony.

 

Trudno jednak uznać to narzędzie za rzeczywiście przydatne do prawdziwej archeologii internetu. Cache podaje wersję poprzednią, wykonaną wtedy, kiedy ostatni raz Googlebot odwiedził stronę, indeksując jej zawartość. A zatem pamięć podręczna Google nie pozwala nam kopać wystarczająco głęboko dla prawdziwego amatora internetowych wykopalisk. Daje nam jedynie dostęp do najnowszej wersji strony, która w 99 proc. przypadków będzie dokładnie tą samą stroną, która działa w danej chwili.

 

Archeolog internetu potrzebuje nie narzędzia, które odsłoni najwyżej to, co było wczoraj, lecz chciałby wkopać się znacznie głębiej. Crawlery Internet Archive w odróżnieniu od robotów indeksujących Google’a skupiają się nie na wyszukiwaniu najnowszych wersji, lecz na „zatrzymywaniu w kadrze” i zapisie wersji historycznych. Serwis prowadzony jest przez organizację non-profit, która podjęła się zadania zachowania informacji cyfrowej dla przyszłych pokoleń. Gromadzi ona wszelkiego rodzaju dane – skany książek, filmy, nagrania audio, obrazy, a nawet programy komputerowe. A co najważniejsze dla nas, Internet Archive daje nam dostęp do sięgającej lat 90-tych historii sieci, mając już w bazie grubo prawie sześćset miliardów zapisanych stron internetowych. Można je przeszukiwać za pomocą strony internetowej Wayback Machine.

 

Serwis powstał w San Francisco z inicjatywy Brewstera Kahle w 1996 roku, czyli we właściwym, można powiedzieć, momencie. Upubliczniony został w 2001 roku, po pięciu latach zbierania danych. W 2016 roku pojawiła się bardziej zaawansowana wersja serwisu. Jak wspomniano wcześniej, Wayback Machine, trochę podobnie do Google, wykorzystuje bota do archiwizacji stron. Nawiguje on między stronami, korzystając z linków. I zapisuje wszystko, co znajdzie w tym procesie. Im więcej linków kierujących do strony z innych domen, tym większa szansa, że strona ta zostanie odkryta, czyli znów analogia do Google, ale z innym punktem ciężkości niż w wyszukiwarce. Dlatego duże i popularne strony mają większe szanse na bycie zapisanymi w sposób automatyczny. Natomiast niewielki blog osobisty może umknąć temu mechanizmowi. Dlatego Internet Archive zaprasza wszystkich do zgłaszania swoich stron do archiwum.

 

Aby znaleźć zarchiwizowane wersje jakiejś strony, trzeba wpisać jej adres URL w pasku wyszukiwania w Wayback Machine. Jeśli nie znamy dokładnego adresu, można spróbować wyszukać po słowach kluczowych, które powinien zawierać. Wynik ma postać graficznego kalendarza z zaznaczeniami. Demonstruje to, ile migawek danej strony zostało utworzonych w ciągu jednego roku. Po wybraniu roku, na kalendarzu poniżej osi czasu pojawiają się kropki, różnej wielkości i barwy. Kropka oznacza, że strona została zarchiwizowana w danym punkcie czasu, a wielkość kropki wskazuje, ile zrzutów zostało wykonanych dla danej daty. Dokładną liczbę można zobaczyć po prostu najeżdżając na kropkę. Kropki mogą mieć cztery różne kolory. Niebieska kropka wskazuje, że obiekt (adres URL) został pomyślnie odwiedzony i zarchiwizowany. Zielony punkt oznacza, że obiekt zawiera przekierowanie do innego snapshota (lub do innego obiektu, który może nie być dostępny w archiwum). Pomarańczowa kropka oznacza, że bot odwiedzając dany URL natrafił na błąd http. Czerwona zaś kropka to wskaźnik, że pojawił się błąd serwera, gdy bot próbował dotrzeć do oryginalnego adresu URL. Jedynymi więc kropkami, które zawierają przechowywane archiwa, są niebieskie. Pozostałe kolory mogą informować o napotkanych problemach lub zmianach w strukturze strony.

 

To co archeolog sieci otrzymuje po wejściu w zarchiwizowany punkt czasowy może być dość zbliżone do oryginalnej strony, jednak nie będzie to kopia „jeden do jednego”. Widać arkusze stylów i kod HTML oryginalnej strony, ale brakuje m. in. możliwości obsługi JavaScript. Innymi słowy, jeśli strona jest dynamiczna, oparta na skryptach, nie otrzymamy dokładnej kopii. Ponadto archiwum często ma problem z przechowywaniem obrazów. Pomimo swoich ograniczeń, narzędzie jest nadal niezwykle użyteczne i daje możliwość zbadania historii pojedynczej strony i jej ewolucji na przestrzeni lat (pod warunkiem, że istnieje wystarczająca ilość zarchiwizowanych danych). Można również uzyskać dostęp do podsumowania historii strony.

 

Nikt nie ma wszystkiego

 

Internet Archive uchodzi za najbogatsze repozytorium historii internetu. Ma jednak swoje ograniczenia i, jak wspominaliśmy nie pokazuje wszystkiego. Narzędzi przydatnych dla archeologów sieciowych jest więcej, ale jasno trzeba sobie powiedzieć, że żadne z nich nie dotrze do wszystkiego a przede wszystkim nie dotrze do tego co fizycznie nie istnieje i nie można zrobić kopii i zrzutu strony. Zamierzenie znalezienia wszystkiego co kiedykolwiek ukazało się w sieci, jest w ogóle niewykonalne. Mając świadomość tych ograniczeń możemy podjąć realistyczną eksplorację, której wyniki będą lepsze, jeśli skorzystamy nie z jednego a z kilku narzędzi, dodając kolejne obszary oferowane przez różne narzędzia.

 

Nie tyle alternatywą Internet Archive, ile innym sposobem utrwalania archiwaliów jest odpłatny serwis Stillio, który wykonuje regularne automatyczne zrzuty ekranowe stron internetowych. Jest to zasadniczo serwis komercyjny stworzony z myślą o webmasterach, specjalistach SEO itp., ale przez to, że gromadzi bazę wersji stron jest również narzędziem dla archeologów sieci. Podobnymi do Stillio rozwiązaniami są PageFreezer lub Domain Tools, w którym można również sprawdzić rekordy Whois, aby ustalić dane kontaktowe właściciela witryny, datę rejestracji domeny, jej historię IP i wiele innych

 

Narzędziem do badania historii serwisów i domen jest archive.today. W porównaniu z Internet Archive nacisk kładzie się tu nie tylko na aspekty tekstowe, ale również przechowanie obrazów, które, o czym każdy użytkownik Wayback Machine wie, że znikają i są niedostępne znacznie częściej niż tekst. Serwis jest darmowy w użyciu, prosi jednak o darowizny bez których nie może funkcjonować.

 

Interfejs programistyczny API archive.today i Internet Archive jest wykorzystywany przez inne szperacze historyczne, np. Memento TimeTravel. Istnieją też lokalizowane wersje repozytoriów archiwalnych takie jak budowany przez British Library od 2004 roku, ukierunkowany na internet brytyjski (choć można znaleźć tym repozytorium także wiele zasobów z innych krajów) serwis – www.webarchive.org.uk, lub archiwum portugalskie arquivo.pt, które jak się w praktyce okazuje, potrafi również serwować polskie zasoby internetowe z dawnych lat.

 

Można się spodziewać, że z biegiem czasu i starzeniem się internetu, rola historycznych archiwów, narzędzi pozwalających wejrzeć w dawne strony, zamierzchłe wersje  i zapomniane publikacje, będzie rosła. Niewykluczone, że archeologia, historia i badanie dziejów sieci stanie się tak samo poważną dziedziną nauki jak historia wojen czy ekonomii a ludzie chętnie będą odwiedzać muzea artefaktów dawnego internetu

 

Internet oprócz wielu innych cech miał też charakterystyczny rys „szybkości” – szybkości działania, dostępu, dystrybucji, zapisu itd. Okazało się, że tempo, w jakim stał się polem badań dla archeologów, w końcu ledwie trzy dekady, również potwierdza tę cechę. Ruiny, skorupy i inne artefakty tradycyjnej archeologii czekały tysiące i setki lat. Cyberprzestrzeń staje się obszarem poszukiwań artefaktów już po kilkunastu latach. Może wkrótce dorobi się swojego Indiany Jonesa?

 

Mirosław Usidus

Zmiany w konstelacjach – MIROSŁAW USIDUS o różnicach między celebrytami starych i nowych mediów

Stare media nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów.

 

Rozmowa w dużej firmie medialnej. „Potrzebujemy do udziału w wydarzeniu kogoś znanego, celebryty”. Ja: „To może Friz? Ma na YouTube miliony wyświetleń i wyprzedza każdą gwiazdę telewizji o kilka długości”. Milczenie. „A kto to jest?” – pyta ktoś w końcu. Krąg rozmówców to ludzie mediów, ale wygląda na to, że ich świat i świat Karola „Friza” Wiśniewskiego wraz z jego „Ekipą” to dwa odrębne i nieznające się kontinua czasoprzestrzenne.

 

Można by w tym oderwaniu środowisk starych mediów upatrywać kolejnej edycji odpowiedzi na pytanie – dlaczego nie potrafią dotrzeć do odbiorców „minus 30”, a może tak naprawdę – „minus 35”, bo segment rynku wychowany na internecie, YouTube i social media wiekowo nie stoi w miejscu i z roku na rok ta „młodzież, która odrzuca tradycyjne środki masowego przekazu” jest coraz starsza, zaś grupa, która wciąż jeszcze chce czytać prasę, słuchać radia i oglądać telewizję, przesuwa się w górę na osi wieku, aż do spadania w przepaść wymierania.

 

W Internecie Orłosiem być trudno

 

Jednak może wróćmy do YouTuberów, którzy w internecie zawstydzają starych celebrytów popularnością, zasięgami i odsłonami. Ktoś słyszał o kimś jakim jak Blowek? Nie. Cóż jest to polska youtube’owa gwiazda, która ma jeszcze więcej subskrybentów niż wspomniany Friz, choć jego twórczość jest nieco mniej popularna, jeśli chodzi o liczbę odsłon. Niemniej kryjący się za tym pseudonimem Karol Gązwa liczy swoje dochody w miliony. Zaczynał od czegoś, co ludzie w wieku powiedzmy, powyżej czterdziestu lat, nigdy nie zrozumieli i nie zrozumieją, czyli od streamowania swoich rozgrywek w grach.

 

Friz, który rywalizuje z Blowkiem o pierwszą pozycje w rankingu YouTube, to, pomimo swoich zaledwie 25 lat, pełna gębą przedsiębiorca. Stworzona przez niego „Ekipa” czyli grupa youtuberów tworzących treści i zarabiających podobnie jak on, szykuje się do giełdowego debiutu. Zarabiają na umowach reklamowych, marketingu i sprzedaży produktów pod własną marką. Podobnie, choć na mniejszą skalę, zarabia kolejna gwiazda polskiego YT, pan o pseudo Rezigiusz. Wraz z FrizemBlowkiem oraz niejakim Stuu, który z nieznanych powodów zakończył działalność, tworzą obecnie top polskiego YouTube’a.

 

Być może niektórzy lepiej kojarzą starszych potentatów tego świata, Wardęgę, Abstrachuje TV, Niekryty Krytyk, czy Isamu. Wciąż są legendami, ale ich gwiazdy w ostatnim czasie wyraźnie przygasły. Także w tym świecie widać swoistą wymianę pokoleniową, trochę podobną do tego zjawiska, które można zaobserwować pomiędzy ich internetowym światem a dawnymi konstelacjami gwiazd ekranu i estrady.

 

Dość często zdarza się internetowym celebrytom gościć w mediach tradycyjnych. Można bez trudu zrozumieć, dlaczego są przez „stare media” zapraszani do udziału i współtworzenia programów i audycji. Tradycyjne środki przekazu, zwłaszcza telewizja, chce w ten sposób przyciągnąć przed telewizory młodszą widownię, to dość jasny zamiar. Skoro to zdarza się coraz częściej, to znaczy, że daje zapewne efekty oglądalnościowe.

 

Niestety, nie można tego samego powiedzieć o zjawisku odwrotnym, czyli próbach wchodzenia celebrytów tego starego świata do internetu. Np. Cezary Pazura, który i tak jest spośród „dawnych” gwiazd, osobą najlepiej radzącą sobie na polskim YouTube, spośród tych, które w ogóle podejmują próby okiełznania nowego medium. Wszelako pan Cezary osiąga popularność o rząd wielkości mniejszą niż wspomniana wyżej czołówka youtuberów. O dokonaniach na YT innych, przecież bardzo znanych z TV postaci, jak Tomasz Kammel czy Maciej Orłoś na przykład, przez wzgląd na miłosierdzie nie wspomnę.

 

Krótko mówiąc, wygląda na to, że stare media tych nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów. Przykro mi.

 

Korporacje nie kontrolują procesu „celebryfikacji”

 

Porównania i analizy świata nowych, internetowych celebrytów z konstelacjami wylansowanych przez stare media, przemysł filmowy i muzyczny, gwiazd są przeprowadzane od wielu lat. Powstała całkiem obszerna literatura naukowa, za której przykład niech posłuży opublikowana pod koniec 2018 roku obszerna praca Melody Nouri z Uniwersytetu w Santa Clara pt. „The Power of Influence: Traditional Celebrity vs. Social Media Influencer” ( z ang. „Siła wpływu: Tradycyjny celebryta vs. influencer mediów społecznościowych”).

 

„Chociaż tradycyjni celebryci mieli ogromny wpływ na trendy popkulturowe naszego społeczeństwa w przeszłości, w ostatnich latach nowe gwiazdy mediów społecznościowych potrafiły zdobyć więcej odbiorców i wpływać na popkulturę w znacząco większym stopniu niż tradycyjni celebryci” –  pisze pani Nouri.

 

Tłumaczy to charakterystyczna dla sieciowych gwiazd „zdolnością do tworzenia społeczności, w których użytkownicy czują się bardziej związani z influencerem” a dzieje się to dzięki „wyższemu poziomowi zaangażowania, autentyczności i siły relacji”.

 

Już w 2004 roku znany badacz mediów Nick Couldry zauważył, że w związku ze zmianami, jakie wtedy przecież dopiero zaczęły zachodzić, proces „celebryfikacji” przestaje być domeną wielkich korporacji medialnych.

 

O procesie „demokratyzacji” celebryctwa i zmniejszaniu dystansu pisało potem wielu innych badaczy, m. in. Alice E. Marwick i Danah Boyd w 2011 i David Marshall w 2016 roku. Powstało też pojęcie „mikrocelebryty”, które ma  nieco rozmyte znaczenie, bo niekiedy rozumie się pod nim jakąkolwiek nie wylansowana przez mainstream medialny, lecz przez internet, gwiazdę, a innym razem nazywa się tak influencera operującego w mniejszej, niekoniecznie masowej, skali, co jest częstym zjawiskiem na Twitterze czy Facebooku.

 

Istotne dla świata tradycyjnych mediów jest pojęcie „ekonomii uwagi”, które skupia się na konkurencji o zainteresowanie i czas odbiorcy. Otóż przegrywają one, przede wszystkim w młodszych grupach odbiorców, walkę konkurencyjną w tej dziedzinie czyli o uwagę i czas odbiorców. Przegrywają nie tylko z największymi gwiazdami Youtube i Instagrama, ale z dziesiątkami innych „mikro” i nawet całkiem „nano”-influencerów, z którymi na co dzień o czas i zainteresowanie musza walczyć mass media. Prawdę mówiąc, gdy mówimy o niektórych grupach wiekowych, to wcale nie muszą już walczyć, bo dawno ich nie ma na placu boju. Jest tylko sieć i świat wirtualny.

 

Chcesz być gwiazdą? Nie gwiazdorz

 

Świat YouTube, Instagrama a od niedawna TikToka, wypracował sobie własne nazewnictwo, kategorie i klasyfikacje celebrytów. Na przykład istnieje takie pojęcie w języku angielskim jak „Instafamous”, jak łatwo zauważyć związane z Instagramem. Osoby tak nazywane przeważnie dobrze wyglądają, pracują w „fajnych” branżach, takich jak modeling czy tatuaże, podążają za tropami i symboliką tradycyjnego świata celebrytów, z pełnymi przepychu autoprezentacjami, designerskimi towarami czy luksusowymi samochodami.

 

Blogi i kanały na Instagramie analizowane w badaniu Erin Duffy & Emily Hund z 2017 roku prezentowały kolekcje produktów Valentino, torebki Chanel i okulary przeciwsłoneczne marki Céline, czyli dobra luksusowe, ale… ale w produkcjach influencerów (właściwie częściej influncerek) nie brakuje także towarów pochodzących z wyprzedaży w „zwykłych sklepach” lub produktów z dyskontów. I to, zdaniem autorek opracowania, całkowicie świadoma strategia „instafamous”. Profesjonalnie myślący o swojej karierze influencerzy z Instagrama wiedzą coś, czego nie wie zapewne epatująca w mediach społecznościowych tylko i wyłącznie luksusowością Kinga Rusin. Umieją i nie obawiają się pokazać, że są „bliżej zwykłych internautów”, pomijając, że generalnie w porównaniu z tradycyjnymi celebrytami o wiele lepiej idzie im tworzenie relacji z odbiorcami, choćby przez bezpośrednie interakcje w komentarzach.

 

Ów specyficzny talent robienia z siebie gwiazdy w internecie polega na takich właśnie zabiegach, które starym konstelacjom celebrytów przychodzą z trudem. Rzadko kogoś śledzą i są aktywni w interakcjach z innymi użytkownikami platformy. Jeśli celebryta wrzuca na swój profil jakiś poruszający wpis na ważny temat np. o zanieczyszczeniu środowiska, przemocy domowej, konieczności wsparcia dzieci z ubogich rodzin, i ten spotyka się z żywą reakcją, tysiącami komentarzy, a gwiazda jest w tym wszystkim, w całej tej fali zaangażowania, nieobecna, to co mają myśleć zwykli ludzie.

 

Znana także w Polsce, dzięki książce „YouTube. Wideo online i kultura uczestnictwa”, Jean Burgess, uważa, że na tej największej na świecie platformie wideo, która jest, o czym niektórzy czasem zapominają, również serwisem społecznościowym, takie atrybuty jak autentyczność i uczciwość twórców treści są  wysoko cenione, a nawet wymagane.

 

Jak łatwo się domyślić, dawnym gwiazdom trudno się na to zdobyć, choćby dlatego, że ich wizerunek jest zwykle produktem opracowanym przez profesjonalistów, konsultantów, zespoły ds. strategii, nad czym sami aktorzy, prezenterzy telewizyjni czy artyści estradowi, mają niewielką kontrolę. Nieraz widziałem różnego rodzaju zapisy i plany strategii marketingu, komunikacji, budowania wizerunku czy to produktu, czy ludzi, w których na potrzeby „nowych mediów”, czyli internetu i społeczności, formułowano zalecenia bycia „autentycznym” i „naturalnym”. I nieodmiennie śmieszyły mnie te strategie, wymyślone w szczelnie odizolowanych od otoczenia korporacyjnym szkłem i chłodną kalkulacją.

 

A jak to robią influencerzy. Na przykład niezbyt u nas znana Aspyn Ovard, która ma 3,4 miliona obserwatorów na swoim kanale, skupiającym się na modzie, czyli jest trochę mniej popularna niż Friz czy Blowek. Młoda pani prowadzi jednak oprócz kanału lifestyle’owego także kanał o nazwie „Aspyn and Parker” z filmikami demonstrującymi jej życie rodzinne. I jest to mniej więcej zwykłe życie pary dwojga młodych ludzi mających małe dziecko. Zarazem charakterystyczny przykład zastosowania zabiegu „zbliżającego” gwiazdę do zwykłego odbiorcy, bo reagowanie na komentarze to nie jedyny przecież sposób.

 

Innym przykładem może być angielska vlogerka modowa i urodowa, znana w internecie jako Zoella, prowadząca kanał z aż jedenastoma milionami subskrybentów. Zoella jest zwykle ostrożna w ferowaniu opinii i poradnictwie. Akcentuje swoją równość z odbiorcami (odbiorczyniami głównie), zwyczajność i fakt bycia taką samą dziewczyną, jak te do których się zwraca. Mówiąc krótko, nie gwiazdorzy i to jest klucz do jej sukcesu.

 

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby artykułu pt. „Badanie wiarygodności profili na Instagramowych profili celebrytów online we wpływaniu na decyzje zakupowe młodych użytkowniczek” (ang. tytuł „Exploring the credibility of online celebrities’ Instagram profiles in influencing the purchase decisions of young female users”) Elmira Djafarovaa i Chloe Rushworth przeprowadziły wywiady z osiemnastoma użytkowniczkami Instagrama w wieku 18-30 lat. Zapytana o opinie dotyczące promocji produktów w mediach społecznościowych, większość z uczestniczek ankiety odpowiadała, że bardziej ceni sobie opinie mniej znanych „Instafamous” i blogerów, niż tradycyjnych celebrytów. Jedna z uczestniczek badania powiedziała bardziej konkretnie, że ufa opiniom internetowych celebrytów, ponieważ są one mniej powierzchowne w porównaniu do, na przykład sławnych osobistości z Hollywood. Okazało się też, że kobiety dobrze zdawały sobie sprawę, że wiele produktów promowanych przez celebrytów jest zbyt drogich i nieosiągalnych dla nich, dlatego też cenią influencerów internetowych, którzy zajmują się również produktami bardziej przystępnymi cenowo. Wielkim gwiazdom z Hollywood to się w zasadzie nie zdarza.

 

Zatem, skoro wiarygodność reklamowa influencerów jest wyższa, to także z punktu widzenia firm szukających możliwości promocji produktów rośnie ich wartość a spada wartość dawnych celebrytów. Choć zapewne nie w każdym segmencie produktów, ale to inna sprawa. Jednak, aby gwiazdy internetu zachowały, to za co są cenione, zwłaszcza w porównaniu do „starych” gwiazd, czyli autentyczność, bliskość o otwartość, reklama i marketing, z którego się utrzymują (choć to mało powiedziane – czasem są to dochody idące w dziesiątki milionów), muszą być inne niż to co znamy z tradycyjnych mass mediów.

 

Powstaje pytanie czy reklamodawcy i biznes są przygotowani na konsekwencje zmian w konstelacjach gwiazd promujących ich produkty. Pomimo korpo-entuzjastycznego „tak”, jakie zapewne usłyszymy, gdy zadamy im to pytanie, sądzę, że jeszcze powinniśmy się wstrzymać z ostatecznym osądem, gdyż ostateczne przestawienie się budżetów reklamowych jeszcze nie nastąpiło.

 

 

MIROSŁAW USIDUS: Dziennikarski obiektywizm na jednym wózku z wolnością

Około rok temu przeczytałem w jednym z najbardziej znanych tekstowisk internetowych, „Medium”, tekst pani (panny?) Nafari Vanaski, osoby o czarnym kolorze skóry, co ma tu znaczenie, o tym jak porzuciła pracę w zawodzie dziennikarskim, gdy uznała, że dążenie do obiektywizmu oznacza rasizm.

 

Być może spłycam jej wywody, ale z tego, co napisała nie chce płynąć inny wniosek. Vanaski opowiedziała, jak po kilkunastu latach pracy w zawodzie dziennikarskim dochrapała się pozycji felietonisty, ale jak sama wyjaśnia, głównie dlatego, że zastąpiła innego czarnego felietonistę. Może dla niej wygląda to OK, ale mnie trudno oprzeć się wrażeniu, że redakcja gazety w Pitsburgu, gdzie pracowała, zwracała uwagę nie tyle na jej umiejętności i talent, ile na parytet rasowy.

 

Dziennikarce przyszło zrelacjonować historię aresztowanego czarnego mężczyzny, który przejechał na czerwonym i nie zatrzymał się na wezwanie policji, rozbijając się w końcu swoim samochodem o taksówkę. Policja otworzyła podczas pościgu ogień, zakładając, jak sądzę, że takie zachowanie to znak, że ma do czynienia z groźnym przestępcą. Z jej relacji wynika, że bardzo zależało jej na publikacji materiału demonstrującego przede wszystkim nagranie pochodzące od prawnika zatrzymanego, ukazujące punkt widzenia uciekiniera, jak bał się o swoje życie, gdy policjanci zaczęli strzelać.

 

Z relacji czarnej byłej dziennikarki wynika, że zależało jej na przedstawieniu głównie racji aresztanta, z naciskiem na okrucieństwo i bezwzględność policji. Dążyła do całkowicie jednostronnego, zgodnego z broniącą przestępców, jeśli są czarnoskórzy, linią ideologiczną ruchu Black Lives Matter. Wyrażała oburzenie, że redakcja chciała zrównoważyć artykuł ukazując również wyjaśnienie zachowania policjantów i stanowisko policji. Całkowicie zamknięta w swojej jednostronności zupełnie nie przyjmowała do wiadomości, że przekaz aresztowanego przestępcy raczej nie powinien dominować tego materiału.

 

W konkluzji swoich wywodów Vanaski wygłasza napompowaną rasową ideologią tyradę to ty, jak to newsroomy gazet „są idealnym schronieniem dla rasizmu i białej supremacji”. Z wszystkiego co pisze wynika jednoznacznie, iż takie pojęcie jak obiektywizm dla niej nie istnieje – jest tylko systemowy rasizm, który każe źle (czyli obiektywnie) pisać o czarnych. Każdy, kto ma jakieś pojęcie o amerykańskich mediach, zdaje sobie sprawę, że to, co wypisuje egzaltowana aktywistka (bo już nie dziennikarka) to piramidalna bzdura. W dotkniętych wieloma problemami, skarlałych i znajdujących się pod nieustanna presją hunwejbinów, amerykańskich mediach jest po prostu wciąż sporo ludzi, którym zależy na relacjonowaniu wydarzeń w sposób bezstronny i kontradyktoryjny. Obawiam się jednak, że przyszłość należy do hunwejbinów takich jak Nafari Vanaski, bo w spolaryzowanych społeczeństwach obiektywizm jest coraz mniej ceniony i poszukiwany.

 

Debata nawołująca do „skończenia wreszcie z obiektywizmem” w tamtejszych mediach rozgorzała z ogromną siłą szczególnie po śmierci George’a Floyda, narkomana wynoszonego obecnie przez neomarksistów na ołtarze. Dobrym przykładem wzbudzonych ideologicznie komentarzy lewicowych komentatorów może być to, co napisał były reporter „Washington Post”, Wesley Lowery, w „New York Times”, że medialny obiektywizm „stanowi szczyt piramidy zbudowany z subiektywnych decyzji” i został zdefiniowany „prawie wyłącznie przez białych reporterów i ich przeważnie białych szefów”.

 

Z kwestii rasowych lewicowi „myśliciele” chętnie przenosili się na inne ważne dla nich tematy. Określający się jako „trans” Lewis Raven Wallace, autor książki „The View From Somewhere” napisał m. in.: „Uważam, że obiektywizm sam w sobie jest mitem, który został utrwalony w oparciu o normatywną perspektywę białego mężczyzny cisgender w dziennikarstwie. Dziennikarstwo, które nazywamy obiektywnym, jest generalnie po prostu stronnicze, skłaniając się w kierunku akceptowalnych norm społecznych i politycznych”. Gdyby pan Wallace był oczytany w Leninie i innych teoretykach marksizmu to zapewne by dodał, że obiektywizm jest „burżuazyjnym przeżytkiem” i narzędziem zniewolenia klasy robotniczej przez klasę panującą, gdyż jego wywody maja właściwie ten sam wydźwięk, używają jedynie innej terminologii.

 

Prasa plemienna

 

Obiektywizm dziennikarski i bezstronność polityczna mediów, jeśli były kiedykolwiek na jakimś szczycie piramidy, to z pewnością nie był to szczyt piramidy potrzeb i oczekiwań rynku odbiorców produktu medialnego. Takie jest moje zdanie i postaram się je uzasadnić odwołując się do polskiego rynku środków masowego przekazu.

 

„Gazeta Wyborcza” nigdy nie była medium bezstronnym politycznie – co do tego możemy się chyba wszyscy zgodzić. Kiedyś jednak, powiedzmy, jeszcze jakieś dwie dekady temu, przydawała się czasem do czegoś poza aktywistycznym samopotwierdzaniem w ograniczonym politycznym kręgu, by nie powiedzieć – sekcie. Dziś, inaczej niż kiedyś, sprawia wrażenie oszalałego politycznego biuletynu, redagowanego przez kogoś owładniętego silną manią prześladowczą.

 

Czy to źle czy dobrze? Chyba źle, jednak wyjście z tego ekstremalnego ciągu i podjęcie próby zdobycia się na obiektywizm, na jakiś rodzaj neutralności politycznej, nawet względnej, byłoby prawdopodobnie dla „GW” zabójcze. Z tego drogi nie ma odwrotu, bo nie ma na rynku innej, czekającej na odmienioną „Wyborczą”, grupy czytelniczej. Jest ta, która oczekuje nie obiektywizmu lecz serwowania politycznych, plemiennych, całkowicie jednostronnych samopotwierdzeń.

 

Zresztą, czy są i kiedykolwiek były w ogóle jakieś znaczące, także w sensie biznesowym, grupy odbiorców, które oczekują obiektywizmu, cenią go i są gotowe zapłacić godną cenę tylko i właśnie dlatego, że oferuje im się  bezstronność i obiektywizm? Niestety wątpię. Można by sięgnąć po obecne przykłady, takie jak media wydawnictwa Infor, „Gazeta Prawna” czy portal Dziennik.pl, która może nie stawia sobie explicite takich celów, ale wyważa, utrzymuje się gdzieś w środku, w równowadze i w jako takiej bezstronności. Ma swoją grupę odbiorców, ale czy tej grupie właśnie nade wszystko o bezstronność chodzi, czy może o inne cechy produktu oferowanego przez Infor? Poza tym, po pierwsze nie jest to grupa najliczniejsza, po drugie – z danych rynkowych wynika, że nie rośnie. Z większych zasięgowo mediów można by wskazać na informacyjne kanały Polsatu, krytykowane, co znamienne, zarówno z lewa jak i z prawa. Byłyby więc bliskie środka i obiektywizmu. Jednak nie widać, by na tym rynkowo wygrywały, przynajmniej jak do tej pory.

 

Obiektywizm i wyważenie nie były w najwyższej cenie także wcześniej, w czasach zwłaszcza dla prasy znacznie lepszych. Za bezstronną gazetę uchodziła w latach 90-tych ubiegłego wieku „Rzeczpospolita”. Zarazem dość powszechna była opinia, że była „nudna”. Piszę o tym, abyśmy nie idealizowali dawnych czasów w mass mediach i samych siebie jako czytelników/odbiorców. Ani to, że media mają być obiektywne było wówczas aż tak oczywiste, ani też nie było ze strony publiczności jakiejkolwiek silnej presji na to i oczekiwania bezstronności.

 

Dawniej jednak, nawet w „wyrazistych” politycznie mediach, jeśli chciały uchodzić za poważne (a chciały, co być może jest istotą różnicy z czasami obecnymi), dokładano starań o zachowanie pewnych standardów, przedstawienia przeciwstawnych racji, wysłuchania drugiej strony, pokazywania różnych aspektów zjawisk i wydarzeń. Wpuszczanie na łamy czy antenę oszalałego aktywizmu bez wyraźnego zaznaczenia, że nie wyraża to poglądów redakcji, przesuwało zazwyczaj tytuł czy kanał do segmentu innego niż definicyjne mass media.

 

Winni politycy, social media, ale…

 

Przyczyn rozstania może nie z obiektywizmem, bo ten w mediach zawsze był czymś wątpliwym, lecz ze staraniami, by go okazać, jak zwykle jest cała chmara. Dziennikarze lubią zwalać na polityków i zapewne mają sporo racji, gdyż politycy w dużym stopniu przyczynili się do spolaryzowania sporu i radykalizacji plemion medialnych. Donald Tusk, choć jako premier rządził rządem decydującym o losie wszystkich Polaków, pewne środki przekazu omijał, pomijał, nie wypowiadał się dla nich a czasem wręcz na różne sposoby starał się im zaszkodzić. Kontynuatorem tego typu „polityki informacyjnej” jest dziś Rafał Trzaskowski, który zresztą całkiem otwarcie zwalcza cześć mediów, które nie są zgodne z jego mediaplanem i nie współpracują w budowaniu jego wizerunku.

 

Politycy drugiej strony, choć w mniejszym stopniu, też mieli przypadki podobnych zachowań. Wspomnę o nieco zapomnianej już sprawie bojkotu TVN przez opozycyjne wówczas PiS. Nie różniło się to znacząco od stosowanego dziś przez polityków PO bojkotu „mediów PiS”.

 

Te bojkoty i dzielenie przez polityków mediów na „nasze” i „ich” silnie wzmacniały polaryzację polityczną w świecie środków masowego przekazu. Gdyby dla mediów najważniejsza była bezstronność i obiektywizmu, wystąpiłyby solidarnie przeciw zabiegom dzielącym polityków. Jednak nie zrobiły tego. Milcząco, a czasem całkiem otwarcie i aktywnie, akceptują te polaryzację i dzielenie mediów podług podziałów plemiennych w polityce. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, ma to związek z profitami, reklamami, kontraktami sponsorskimi, zleceniami na kampanie, jakimi politycy, gdy rządzą, nagradzają „swoje” media. Jakoś trudno dziś wyobrazić sobie taką sytuację, gdy media zgodnie, ponad podziałami, protestują przeciw temu systemowi dystrybucji konfitur. Protestują raczej, gdy z powodu politycznej zmiany, konfitury trafiają do mediów z przeciwnego plemienia.

 

Zatem, owszem, politycy z pełną premedytacją polaryzują, ale media akceptują system tworzony przez polityków i chętnie stają jednoznacznie po stronie plemienia.

 

Można też za zmierzch pretensji do obiektywizmu obwiniać ekspansję internetu a szczególnie mediów społecznościowych. Wielokrotnie pisałem w artykułach na portalu SDP o tym, jak potężnymi wzmacniaczami polaryzacji społecznych i politycznych są algorytmy Facebooka czy Twittera. Gdyby jednak dziennikarze, redaktorzy i publicyści, chcieli wskazywać na te mechanizmy jako przyczynę radykalnej rezygnacji z dążeń do obiektywnego relacjonowania faktów przez środki masowego przekazu, to uznałbym to za kompromitację samych mediów. Oznaczałoby to, że nawet nie próbują wracać do standardów, nie starają się zaoferować żadnej alternatywy dla zalewu fejków, półprawd, bezpodstawnych oskarżeń, zwykłego hejtu i wszelkiego innego „dobra” płynącego szeroką strugą przez social media. Co gorsza, może zrodzić się podejrzenie, że media same wykorzystują algorytmy do lansowania się na najmniej wartościowym i polaryzującym „kontencie”.

 

Mam coraz silniejsze wrażenie, że nasilanie się plemienności i polaryzacji w mediach, przy rezygnacji z jakichkolwiek prób zachowania obiektywizmu, wynika z nieco innych przyczyn. Chodzi mianowicie o specyficzną strategię biznesową „zminiaturyzowanych” mediów. Np. gazeta taka jak „GW” nie ma już liczonych wiele setek tysięcy nakładów, nie spełnia tych wszystkich funkcji, czytadła, poradnika, guide’a po mieście, życiu kulturalnym i telewizyjnym, tablicy ogłoszeń drobnych, nie ma dziesiątków innych zastosowań spełniających rozliczne potrzeby, jakie miała jeszcze ponad dwie dekady temu. Ma za to wierne, choć już stosunkowo nieliczne plemię polityczne jako czytelników, które ma oczekiwania zredukowane do codziennego potwierdzania poglądów i plemiennego sposobu myślenia. I „Wyborcza” tej ostatniej reduty swojego biznesu broni, całkiem świadomie. Tak uważam.

 

Nawiasem mówiąc głośny ostatnio spór portalu Gazeta.pl z redakcją „Gazety Wyborczej” w dużym stopniu dotyczy właśnie tego o czym wyżej piszę. W warstwie definiowania biznesu, oczywiście, bo zapewne duże znaczenie w tej wewnątrz-agorowej kłótni mają kwestie personalne i ambicjonalne.

 

Społeczeństwo, które ucieka od wolności, nie potrzebuje obiektywnych mediów

 

W wielu publikacjach neomarksistowskich hunwejbinów zwalczających ostatnio w USA z nasiloną nienawiścią pojęcie tradycyjnie rozumianego obiektywizmu w dziennikarstwie, jako wyrazu „białej” czy też „hetero”-supremacji, przewija się opinia, że obiektywizm nie pozwala reporterowi poznać „prawdy”. To zwróciło moją uwagę gdy czytałem serię artykułów nie będących właściwie już żadna publicystyką lecz ideologicznymi manifestami.

 

Z tą „prawdą” właściwie to jest racja, gdyby się tak głębiej zastanowić. Wprawdzie pisze się zwyczajowo od dawien dawna, że media mają dążyć do pokazywania prawdy. Trzeba jednak przyznać, iż nigdy nie chodziło o tę jedną jedyną prawdę, bo ta jedyna, jest w sensie filozoficznym nieosiągalna, niepoznawalna. Obiektywizm dziennikarski polegał nie na docieraniu do tej „jedynej”, co jest zajęciem daremnym, ale raczej pokazywaniu „jednej prawdy”, „drugiej prawdy”, „tamtej prawdy” i „prawdy przeciwnej”, tak by odbiorca miał możliwie jak najdokładniejsze i najuczciwsze ich przedstawienie, mógł je poznać i wyrobić sam sobie własne zdanie o tym, kto w tym wszystkim wydaje się być najbliższy prawdy.

 

Obiektywizm dziennikarski więc rzeczywiście nie oferuje jednej i niepodważalnej prawdy w takim rozumieniu, w jakim próbują wcisnąć nam swoją „prawdę” politycy i ideologowie. Zwalczający obiektywizm, czy to neomarksiści z Black Lives Matter, czy medialni przywódcy plemion politycznych w Polsce, nie oferują różnorodnych i ścierających się, ale jedną prawdę.

 

W tradycyjnie rozumianym obiektywizmie dziennikarskim chodzi o jak najwierniejsze, najdokładniejsze i jak najuczciwsze przekazanie różnorodnych prawd. Ma to sens dla społeczeństwa wolnych, zdolnych do samodzielnego myślenia i decydowania, ludzi. W świecie osobników uciekających od wolności obiektywizm rzeczywiście przestaje być potrzebny. W wielu miejscach w tym tekście sugerowałem, że wcale nie tak dużo ludzi dawniej ani tym bardziej teraz oczekuje bezstronności i obiektywizmu, co oznacza zarazem, że słabe były dążenia do wolności i samodzielności w decyzjach, i słabną coraz bardziej. Mówiąc w skrócie – w społeczeństwie, w którym jest słaby popyt wolność i niezależność poglądów, nie potrzeba również obiektywizmu w mediach.

 

Mirosław Usidus