Home / Publicystyka  / Równi i równiejsi – MIROSŁAW USIDUS o brudnych sekretach Facebooka i Google’a

Równi i równiejsi – MIROSŁAW USIDUS o brudnych sekretach Facebooka i Google’a

Jeśli dziwicie się, że niektórym na sucho uchodzą na platformach społecznościowych wybryki, za które zwykli zjadacze postów są banowani z miejsca, to trzeba wam wiedzieć, że są to lepsi od was użytkownicy, których umieszcza się na „białej liście”, by nie stała im się żadna krzywda, np. ze strony moderujących automatów. A to tylko jeden z wielu brudnych sekrecików Facebooka et al.

 

Najgłośniejszym w świecie społeczności internetowych skandalem ostatnich tygodni są tzw. „Facebook Files” – dokumenty wewnętrzne firmy Marka Zuckerberga, do których dotarł i w cyklu publikacji ujawnił „The Wall Street Journal”, jednoznacznie świadczące o tym, iż wiedziała ona o szkodach wyrządzanych przez platformę Instagram swoim użytkownikom, a dokładniej mówiąc, użytkowniczkom, dziewczętom i młodym kobietom, nie robiąc w tej sprawie nic. To najgłośniejszy wątek skandalu. Nie mniej ważne, choć mniej nagłośnione były dowody na to, że algorytm Facebooka „nagradza za hejt”, pozwalając za większe zasięgi i zaangażowanie wokół wszelkiego rodzaju negatywnych treści.

 

Inne zarzuty wynikające z dziennikarskich śledztw obracają się wokół bierności i nieudolności Facebooka w reagowaniu na ocean dezinformacji covidowo-szczepionkowej, a także dowodów na to, że pozwalał, a wręcz umożliwiał działalność przestępczą, praktyki takie jak handel ludźmi i narkotykami z wykorzystaniem platformy.

 

Komentatorzy zwracają ponadto uwagę na różnorodność wniosków, które można wyciągać z dochodzenia „The Wall Street Journal”. Jedną z obserwacji jest prostota i swoista szczerość, z jaką w wewnętrznej komunikacji Facebooka opisuje się problemy, wady i grzechy platformy.

 

„Sprawiamy, że u jednej na trzy nastoletnie dziewczyny pogłębiają się problemy z postrzeganiem własnego ciała” –  głosi jeden ze slajdów wewnątrz-firmowej prezentacji z 2019 roku, który cytuje w swoich materiałach WSJ. W innym, będącym relacją z badań ankietowych czytamy: „Nastolatki obwiniają Instagram za wzrost wskaźnika lęku i depresji … Ta odpowiedź była niewymuszona i spójna we wszystkich grupach”. Tu warto przypomnieć, że Facebook często powołuje się na różne zewnętrzne badania, twierdząc, że między korzystaniem z mediów społecznościowych a depresją zachodzi niska korelacja. Jego wewnętrzne, do bólu szczere materiały mówią co innego.

 

Lepsza wersja Facebooka dla wybranych

 

Szczególnie ciekawy wątek w publikacjach WSJ to dokładny opis stosowanej przez Facebooka praktyki „whitelistingu”, czyli „białej listy” użytkowników cieszących się specjalnymi przywilejami na platformie, którym, po prostu,, „wolno więcej”. Mechanizm ten pozwala politykom, celebrytom, wszelkiego rodzaju sławnym osobom i osobistościom publicznym lekceważyć oficjalne zasady platformy – wnioskowali dziennikarze WSJ na podstawie wewnętrznego raportu Facebooka, który poddali analizie.

 

Interesująca i charakterystyczna była reakcja przedstawicieli platformy na te zarzuty. Rzecznik Facebooka Andy Stone przyznał w rozmowie z gazetą, że krytyka tej praktyki jest uzasadniona, ale, jak dodał, „zostało to tak zaprojektowane z ważnego powodu – po to, by stworzyć dodatkowy krok, abyśmy mogli dokładniej egzekwować zasady dotyczące treści, które mogą wymagać więcej analizy”. Przekładając z face-mowy na nasze – jedni dostają ban z miejsca, bez dodatkowej analizy, a nad innymi (pochodzącymi od celebrytów) pochylamy się dokładniej.

 

Problem Facebooka polegał od lat na tym, że ani automatyczny system moderacji, ani większość moderatorów-ludzi zgodnie z zasadami usuwającymi nieodpowiednie treści, nie zwracała odpowiedniej (w mniemaniu kierownictwa firmy) uwagi na to, że niektórzy użytkownicy platformy są równiejsi. Zaś w razie usunięcia naruszającego zasady Facebooka posta pochodzącego od osobistości ze świata rozrywki lub też polityki kryzysowa sytuacja z zakresu PR, w mniemaniu speców od wizerunku, groziła platformie społecznościowej a nie gwieździe, które się to czy tamto wymsknęło

 

Zatem by chronić się przed takimi sytuacjami Facebook wymyślił program o nazwie XCheck, polegający na dodatkowej weryfikacji treści pochodzących od niektórych użytkowników, który choć formalnie nią nie jest, ostatecznie sprowadza się do istnienia „białej listy”, nadzwyczajnej kasty użytkowników mogących liczyć na specjalne traktowanie ze strony serwisu Zuckerberga. Jeśli post zostaje odpowiednio oznaczony przez algorytm, to jest wysyłany do innego zespołu moderatorów, którzy, jak podaje WSJ, „są lepiej wyszkoleni i pracują w pełnym wymiarze czasu”. Ci dokonują pogłębionego przeglądu.

 

Wszelako w miarę jak lista „użytkowników specjalnych” rosła, zespoły moderacyjne XCheck najwyraźniej nie były w stanie obsłużyć twórczości coraz liczniejszego grona lepszych użytkowników. „Obecnie sprawdzamy mniej niż 10 proc. treści” –  przyznaje ktoś z Facebooka w jednym z dokumentów opisującym sytuację w tym segmencie. W praktyce, jak wynika z publikowanych w WSJ informacji, XCheck pozwala celebrytom, politykom, sportowcom, aktywistom, wybranym dziennikarzom, publikować co tylko chcą, z niewielkimi lub żadnymi konsekwencjami w przypadku naruszenia zasad platformy. Mam na marginesie łatwą zagadkę o to, jaką stronę politycznego sporu reprezentują w 100 proc. reprezentanci „białej listy” poruszający tematykę polityczną?

 

W dokumentach omawianych przez WSJ wyróżnia się przypadek brazylijskiego piłkarza Neymara, który w 2019 r. opublikował na Facebooku i Instagramie wideo przedstawiające nagą kobietę, która, jak sam pisał mistrz widowiskowego turlania się po murawie, niesłusznie oskarżyła go o gwałt. Tego rodzaju publikacja z golizną oznacza dla zwykłego użytkownika Fejsa nieomal natychmiastowe usunięcie publikacji i konta. Filmik Neymara pozostawał w sieci przez ponad dobę. Zwykli moderatorzy nie mogli nic z nim zrobić. Zanim został usunięty przez zespół XCheck, film obejrzało 56 milionów ludzi. Wideo zostało udostępnione wiele tysięcy razy, nie wspominając już o zalewie hejtu, jaki spotkał tę kobietę. Pomimo publikacji materiału, który sam Facebook określa jako „revenge porn”, konto Neymara nie zostało usunięte. „Sprawa dotarła na samą górę, która zdecydowała, by nie usuwać konta Neymarowi konta” –  czytamy w wypowiedziach przedstawiciela Facebooka w WSJ.

 

Jest jeszcze jeden drobiazg. Facebook podkreśla, że tych „równiejszych” jest „niewielu”. Być może 5,8 miliona wybrańców, których dotyczy XCheck to dla półtoramiliardowej platformy niewiele, ale dla mnie i dla wielu innych jest to wystarczająco dużo, aby skonstatować, że istnieje inny niż serwowany plebsowi, lepszy i bardziej komfortowy Facebook dla starannie wyselekcjonowanej elity. I tu, niejako odpowiadając na zadane wcześniej łatwe pytanie, dodam, iż jestem dziwnie spokojny, że nie ma na „białej liście” ludzi o poglądach niesłusznych politycznie (z wielokrotnie ujawnianego punktu widzenia kierownictwa Facebooka).

 

Nieudolność (lub coś gorszego) w zwalczaniu dezinformacji i przestępczości

 

Kolejny, może tym razem nie tak brudny, ale z pewnością przykry sekret Facebooka, obnażony przez dziennikarzy „The Wall Street Journal” to jego bezradność i żałosna nieudolność w walce z pandemiczną i antyszczepionkową dezinformacją. Przy czym interpretacja, że Facebook sobie nie radził jest i tak tą lepszą dla niego wersją w porównaniu z oceną, że całkiem świadomie nie chciał z tym sobie radzić.

 

Z danych ujawnionych przez dziennik wynika, że w grupie setek tysięcy kont odpowiedzialnych za rozprzestrzenianie dezinformacji na temat COVID-19, połowę treści produkował zaledwie pięć proc. użytkowników, zaś większość z owych setek tysięcy członków owej swoistej „społeczności dezinformacji” przyciągała relatywnie nieliczna konstelacja zaledwie półtora tysiąca kont. Tę specyficzną, sugerującą istnienie swoistego społecznościowego centrum dowodzenia dystrybucją covidowych fejków potwierdzają inne badania, np. opublikowane w tym roku przez Center for Countering Digital Hate i Anti-Vax Watch, które wykazały, że za fałszywe informacje na temat szczepionek, które dotarły do dziesiątek milionów ludzi na Facebooku, Instagramie, YouTube Google’a i Twitterze, odpowiada relatywnie niewielka liczba kont antyszczepionkowców.

 

Każdemu, kto ma jako takie pojęcie o dynamice funkcjonowania społeczności internetowych, ten mechanizm jest znany. Wiadomo, że za większość treści w jakiejkolwiek ukierunkowanej i kontrolowanej kampanii odpowiada ograniczona liczba superaktywnych, kreujących większość oryginalnych treści kont. To swoisty krąg wewnętrzny, który w przypadku kampanii świadomie planowanych składać się może z profili ludzi, którzy są po prostu zatrudnieni w danej kampanii, mogą to być ludzie wynajęci przez agencję, aktywiści jakiejś organizacji, komando rosyjskich botów itd. Treści rozprzestrzeniają się promieniście do kręgów luźniej związanych z ośrodkiem, a ostatecznie do dowolnych użytkowników społeczności. A wszystko to dzieje się przez wykorzystanie całego „oprzyrządowania” platformy społecznościowej, czyli widocznych udostępnień, polubień, komentarzy, algorytmów zaangażowania itd. Pytanie do Facebooka brzmi, jak mógł tak słabo identyfikować i tak rachitycznie walczyć z tymi działaniami, które przecież opierają się na jego własnym krwioobiegu i narzędziach?

 

Materiałów, które pozyskali dziennikarze było sporo i dotyczyły rozlicznych innych wątków. Niektóre z nich sugerowały, że platforma  wykorzystywana jest, prócz siania dezinformacji, także do działalności pospolitych przestępców. Na przykład jeden z pracowników Facebooka, były policjant, opisywał w jednym z dokumentów, że udało mu się zidentyfikować sieć kont meksykańskiego kartelu narkotykowego Jalisco New Generation Cartel na Facebooku i Instagramie, wykorzystywanych m. in. do rekrutacji nowych członków. Jak pisał „The Wall Street Journal”, choć pracownik ten zalecił Facebookowi zajęcie się tym, platforma nie zlikwidowała kont powiązanych z przestępcami, ograniczając restrykcje jedynie do niektórych publikowanych na grupach treści.

 

Wypychanie konkurencji ze „świata Google”

 

Wiele z opisywanych wyżej problemów Facebooka można położyć na karb trudności w radzeniu sobie z gargantuą społecznościową, do jakiej rozrosła się platforma, gdy się ma ograniczone zasoby ludzkie a także finansowe, zważywszy dodatkowo presję akcjonariuszy na dochody. Przebąkuje o tym czasem sam Mark Zuckerberg, choć oczywiście w oficjalnej korpo-gadaninie wszystko jest OK a Facebook zapewnia, że panuje nad sytuacją.

 

Gdyby porównać Facebooka z kolegą z gangu Big Tech – Google’m, to w Mountain View (kwatera dominatora wyszukiwarkowego) również można zauważyć silną, a nawet w pewnym sensie silniejszą, tendencję do pokrywania różnego rodzaju kontrowersji i problemów specyficznym językiem – korporacyjną nowomową. Możemy go nazwać „googlo-mową”. Pojęcie to będzie zapewne jeszcze nie raz przydatne, bo w przypadku Google głównym obszarem operowania jest, nieco inaczej niż przypadku Facebooka, działającego przede wszystkim w sferze relacji, obszar języka, słów, fraz, kluczy pojęciowych, które z jednej strony opisują świat serwowanej użytkownikowi „targetowanej behawioralnie” wersji cyberprzestrzeni, a z drugiej – służą, przez świadomą, jak się okazuje, politykę manipulacji językiem, stosowaną w praktyce przez Google’a do aktywnego przekształcania tej przestrzeni i przemożnego narzucania sposobu myślenia na określone tematy, pisania i mówienia o nich.

 

Do „googlo-mowy” (angielskojęzyczne słowo to „googlespeak”) jeszcze wrócę. Najpierw o tym jak Google zniekształca proces wyszukiwania informacji, ofert, produktów, który nieświadomemu użytkownikowi wydaje się wolny i zależny wyłącznie od jego wyboru. Niestety wcale tak nie jest. Badanie przeprowadzone niedawno przez amerykańską organizację non-profit The Markup wykazało, że Google aż 41 proc. wyników wyszukiwania na pierwszej stronie to własne treści i usługi Google dostępne bezpośrednio lub przez strony z odnośnikami do własnych zasobów giganta. Prowadzi to oczywiście do postępującego spadku liczby użytkowników odwiedzających zewnętrzne („niegoogle-pochodne”) strony internetowe.

 

Jest to oczywiście nieco uproszczony opis sytuacji. Nie wszystko da się tak łatwo odgrodzić i zdefiniować. Google jest znany z tego, że potrafi budować całe serwisy internetowe z treściami ze stron zewnętrznych, wykorzystuje takie mechanizmy jak Accelerated Mobile Pages, oficjalnie korzystne dla wydawców, ale, w gruncie rzeczy, „kontent zewnętrzny” zamykany jest coraz bardziej w świecie Google. Choć to może wydawać się twierdzenie nieco na wyrost, to jednak trudno, analizując te mechanizmy, oprzeć się wrażeniu, że potentat coraz silniej pasożytuje na treściach wytwarzanych przez firmy, oficjalnie nazywane „partnerami Google”.

 

Jednocześnie Google, choć „na miękko” to jednak z żelazną konsekwencją ruguje konkurencję w  kolejnych branżach, czyli chociażby firmy, którym wydawało się naiwnie, że mogą zarabiać na prezentacji swojej oferty dla klientów w wyszukiwarce. Przykładem tego zjawiska jest uruchomienie usługi Google Flights, która w miejsce darmowych ofert w wynikach zwykłego organicznego wyszukiwania, narzuca konieczność wykupienia reklam. Oznacza to w praktyce, że firmy, które opierały swoją sprzedaż na widoczności ich atrakcyjnych ofert w wynikach wyszukiwania, tracą. Głośnym w ubiegłym roku wydarzeniem w branży było zamknięcie lubianej, innowacyjnej wyszukiwarki lotów Hipmunk, której problemy wiąże się właśnie z polityką Google’a, choć nie była to jedyna przyczyna.

 

To tego typu m. in. praktyki sprawiły, że nad Google zbierają się czarne chmury dochodzeń antymonopolowych. Najpoważniej to wygląda w USA, ale obiektem skarg, dochodzeń i pozwów firma z Mountain View jest w wielu innych krajach. Amerykański Departament Sprawiedliwości wszczął dochodzenie przeciw Google za utrzymywanie nielegalnego monopolu na „usługi ogólnego wyszukiwania, reklamy, w tym w szczególności tekstowe reklamy w wynikach wyszukiwania”. Grupa amerykańskich stanów, pod przewodnictwem Teksasu, złożyła pozew antymonopolowy przeciwko Google zarzucając mu bezprawną zmowę z Facebookiem, prowadzącą do nielegalnego ustalania cen w aukcjach reklam. Kolejny pozew, koalicji stanowych prokuratorów generalnych, zarzuca Google nielegalne faworyzowanie własnych „obiektów i usług” w wynikach wyszukiwania, co „wypycha konkurencję i powoduje szkody z punktów widzenia innowacji”.

 

To nie koniec. Ponadpartyjna grupa senatorów zaproponowała przepisy mające na celu osłabienie kontroli Google nad mniejszymi deweloperami w sklepie z aplikacjami i zakazanie Google’owi preferencyjnego dawania własnym aplikacjom preferencyjnego traktowania w wyszukiwaniach. Także prezydent Biden powołał najbardziej doświadczony zespół antymonopolowy, jaki widziała administracja prezydencka od lat, w celu zbadania działań i pozycji Google’a.

 

„Googlomowa” mówi „dobrze użytkowników”

 

W kontekście zagęszczającej się wokół wyszukiwarkowego dominatora atmosfery wróćmy do wspominanej kwestii „googlomowy”. Jak się okazuje, aby w sferze języka obowiązującego w korporacji, jak też zapewne w sferze wypowiedzi publicznych, ukryć niekorzystny wydźwięk takich „niefortunnych wydarzeń i okoliczności” jak postępowania antymonopolowe w sądach i administracji, Google kodyfikuje swoją własną wersję nowomowy, czyniąc jej używanie oficjalną polityką, a raczej – narracją, firmy.

 

W dokumentach uzyskanych przez The Markup, Google jasno daje do zrozumienia, że pewne słowa są tabu zarówno w komunikacji wewnętrznej jak i zewnętrznej. Jeden z dokumentów, zatytułowany „Five Rules of Thumb for Written Communication”, wyraźnie wyjaśnia, jak przez kształtowanie pożądanego dla Google’a języka komunikacji i mówienia o pewnych sprawach firma chce nie tylko minimalizować szkody wizerunkowe, ale również próbuje narzucać pełen, co tu kryć, hipokryzji, styl mówienia o swoich działaniach biznesowych.

 

W jednym z fragmentów wspomnianego dokumentu, mówi się pracownikom Google wprost, jakie pojęcia są niepożądane. Należy do nich np. „ekspansja rynkowa”, rzecz, której tradycyjnie korporacje wcale się nie wstydziły, natomiast w google’owej nowomowie ma zostać zastąpiona przez „pomoc użytkownikom”.

 

W innym wewnętrznym dokumencie szkoleniowym Google, zatytułowanym „Communicating Safely”, podkreśla się, że w żadnym wypadku nie wolno mówić o „udziale w rynku” firmy. To są złe słowa, których nie należy używać. Zamiast tego Googlerzy powinni w tego rodzaju kontekstach używać dobrych słów, takich jak „branża” lub „przestrzeń”.

 

Także „konkurent” jest złym słowem. Zamiast o pokonywaniu lub wyprzedzaniu konkurencji, przedstawiciele Google mają mówić o „udoskonalania naszego produktu/usługi”. Ogólnie rzecz biorąc, za każdym razem, gdy Google robi coś, co może zaszkodzić konkurentom, standardowa formuła powinna brzmieć: „po prostu ulepszyliśmy nasze usługi” lub „to jest dobre dla użytkowników”. Zupełnie tak samo, jak protestujący lekarze, którzy na specjalnych szkoleniach mają wbijane do głowy, by zamiast mówić o tym, że chcą pieniędzy, mówili zawsze o „dobrze pacjentów”.

 

Jak działa „googlomowa” w praktyce, mogli przekonać się np. przedstawiciele społeczności pozycjonerów SEO, gdy w ubiegłym roku Rand Fishkin opublikował badania pokazujące wzrost liczby wyszukiwań zero-click w wyszukiwarce Google. Chodzi o takie wyszukiwania, które nie skutkują kliknięciem na zewnętrzną stronę internetową. Z przedstawionych danych wynikało, że dotyczy to aż 65 proc. wszystkich operacji typu „search”, co stanowiło znaczący wzrost w stosunku do lat poprzednich. Wynika to w dość oczywisty sposób z opisanych wyżej działań firmy, zamykających użytkownika w świecie usług, stron i rozwiązań Google’a z minimalizowaniem „wychodzenia na zewnątrz”.

 

Szybka odpowiedź Google’a na te wyniki, oskarżenia o użycie „wadliwej metodologii” (bez wyjaśnienia, na czym miałoby to polegać) i próby zdezawuowania twierdzeń Fishkina bez dostarczenia jakichkolwiek rzeczywistych danych, zdają się świadczyć o tym, że strzał był celny. Ostatecznie gigant doszedł chyba do wniosku, że lepiej sprawę przemilczeć niż brnąć w polemikę z tezami Fishkina. One po prostu nie są częścią „googlomowy” – Google w takim języku nie mówi.

 

Firma zatrudnia też na całym świecie setki prawników, lobbystów i specjalistów od PR, którzy pomagają wpływać na przekaz. W samych Stanach Zjednoczonych Google regularnie wydaje dziesiątki milionów dolarów rocznie na działania lobbingowe. Kolejne miliony wydaje na reklamy, które mają nas przekonać, byśmy komunikowali się i myśleli zgodnie z regułami „googlomowy”. W rezultacie to nawijanie google’owego makaronu na uszy przenika do języka rozmów, dyskusji, prezentacji itp. Sam miałem okazję rozmawiać z człowiekiem, dla którego fakt, że Google serwuje mi w wynikach wyszukiwania jakieś poprawne politycznie brednie, zamiast tego czego naprawdę szukam, był całkowicie w porządku, bo to „dla mojego dobra”.

 

Orwellowskim praktykom w obszarze języka towarzyszy oczywiście cenzura, przede wszystkim polityczna, tępienie odstępstw od linii tolerowanej przez mniej lub bardziej lewicowo sformatowanych szefów korporacji. Od niedawna do znanej już wielokrotnie opisywanej cenzury politycznej dochodzi inna kontrola, nie mniej alarmująca. Jak wynika z głośnego niedawno w USA śledztwa dziennikarskiego telewizji NBC News, Google wprowadził weryfikację „wrażliwych tematów” badań naukowych, która wydaje się dążyć do ograniczania naukowcom możliwości badania potencjalnych zagrożeń związanych z nowymi technologiami, zwłaszcza tymi opracowanymi przez Google i inne firmy z grupy Alphabet. Jak sugerują autorzy materiału, pod przykrywką przepisów o nieujawnianiu tajemnic handlowych prowadzona ma być ścisła kontrola naukowych publikacji.

 

Wewnętrzne dokumenty Google, do których dodarła NBC, mówią nawet o konieczności dokładania przez badaczy wysiłków, aby „uderzać w pozytywny ton”, bez poruszania kontrowersyjnych aspektów nowych technologii, nad którymi pracują, takich jak np. etyczne wątpliwości co do działania algorytmów rozpoznawania twarzy lub samochodów autonomicznych. W Raporcie NBC podawany jest konkretny przykład opracowanego przez naukowców mechanizmu dla serwisu YouTube, służącego do sugestii nowych materiałów. Pierwotne opracowanie naukowe na temat algorytmu zawierać miała uwagi, iż technologia ta może promować „dezinformację, dyskryminację lub wyniki nieodpowiednie w inny sposób” a także grozi „niewystarczającą różnorodnością treści”. W ostatecznej, poprawionej, wersji pracy, po dokonaniu przeglądu przez „czynniki” Google, czytamy, że mechanizm promuje „dokładne informacje, uczciwość i różnorodność treści”. Prawda, że lepiej.

 

Nie wiem co gorsze. Toksyczność i nieudolność Facebooka czy orwellowska polityka Google’a, który chce nam sformatować świat w taki sposób, by pasował do jego korpo-wizji. Być może najgorsze jest to, że oba te przypadki, ich działalność i polityka, monstrualną hipokryzją są podszyte, niczym materac chciwca – forsą. No bo o forsę tu głównie chodzi.

 

Mirosław Usidus

 

Podziel się!

Redaktor naczelny miesięcznika m.technik ("Młody Technik"). Dziennikarz i przedsiębiorca. Weteran Internetu. Współtwórca „Rzeczpospolitej" Online, portalu TVP, i wielu innych serwisów internetowych. Jako partner, mentor i szkoleniowiec pomaga ludziom, organizacjom i firmom, ulepszać komunikację w nowych mediach

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close